Diagnostyka onkologiczna w Polsce: między rosnącą skalą świadczeń a wciąż niespójną ścieżką pacjenta
Opublikowane 12 marca 2026Polska onkologia działa dziś pod podwójną presją. Z jednej strony rośnie liczba pacjentów, świadczeń i publicznych nakładów, z drugiej coraz wyraźniej widać, że sam wzrost finansowania nie rozwiązuje problemów związanych z organizacją diagnostyki, dostępnością badań i rzeczywistą drogą pacjenta od podejrzenia choroby do rozpoczęcia leczenia. W tle pozostaje także pytanie, czy system rzeczywiście nadąża za współczesną medycyną precyzyjną, skoro coraz więcej decyzji terapeutycznych zależy nie od samego rozpoznania nowotworu, lecz od jakości, kompletności i szybkości diagnostyki.
Skala wyzwania jest duża. Jak wskazywała Dominika Janiszewska-Kajka, zastępca dyrektora Departamentu Analiz i Strategii Ministerstwa Zdrowia, „Karta DiLO stanowi podstawowy instrument organizujący przyspieszoną ścieżkę diagnostyczno-terapeutyczną w onkologii. Na dzień 4 marca 2026 roku wystawiono ponad 71 tys. kart DiLO. Największy udział w ich wystawieniu ma ambulatoryjna opieka specjalistyczna – 47%, podstawowa opieka zdrowotna odpowiada za około 35%, a leczenie szpitalne za 18%. W ujęciu wieloletnim obserwujemy stały wzrost liczby wystawianych kart DiLO. Zjawisko to nasiliło się po 2020 roku, a w latach 2023–2025 osiągnęło najwyższy poziom.”
Rosnąca liczba kart nie oznacza jednak automatycznie sprawnej diagnostyki. Jak zaznaczała przedstawicielka resortu zdrowia, „Z danych NFZ wynika, że diagnostyka wstępna została zrealizowana w przewidzianym terminie w 58% przypadków, natomiast diagnostyka pogłębiona w 65% przypadków. Dane za 2026 rok wskazują na obniżenie poziomu terminowości diagnostyki onkologicznej.”
W tym samym czasie rośnie skala świadczeń onkologicznych i ich finansowanie. Jak wskazywała Dominika Janiszewska-Kajka, „W latach 2023–2025 systematycznie rosła liczba pacjentów korzystających ze świadczeń onkologicznych – z około 2,5 mln do 2,6 mln. Wartość refundacji świadczeń onkologicznych wzrosła z 21 mld zł w 2023 roku do 26,8 mld zł w 2025 roku. W 2025 roku refundacja leczenia szpitalnego przekroczyła 22,5 mld zł, podczas gdy ambulatoryjna opieka specjalistyczna wynosiła niespełna 2 mld zł. Istotne znaczenie dla możliwości finansowania świadczeń w 2026 roku ma przekazanie do NFZ dodatkowych 4 mld zł, co zwiększyło dotację podmiotową do poziomu 30 mld zł.”
DiLO jako narzędzie monitorowania
Karta DiLO została wprowadzona jako mechanizm monitorowania diagnostyki onkologicznej. Jak mówił dyrektor Instytutu Zdrowia Publicznego Bernard Waśko, „Karta DiLO służy monitorowaniu diagnostyki w określonych przedziałach czasowych – odpowiednio około 3–4 tygodni dla diagnostyki wstępnej i pogłębionej. Jeżeli spojrzymy na dane zagregowane, to mniej więcej dwie trzecie pacjentów mieści się w tych terminach, około 60% (…) Na pierwszy rzut oka wygląda to więc całkiem nieźle. Natomiast jest to obraz tylko powierzchowny.”
Ograniczeniem pozostaje fakt, że system obejmuje tylko pacjentów, którzy od początku zostali włączeni do ścieżki DiLO. „Te czasy możemy mierzyć tylko dla pacjentów, którzy mają założoną kartę DiLO od początku podejrzenia choroby. Natomiast ucieka nam z radaru duża grupa pacjentów leczonych poza systemem DiLO. To jest problem systemowy (…)” – wskazywał Bernard Waśko.
W skali kraju liczba kart może sprawiać wrażenie spójnej z epidemiologią chorób nowotworowych. „Za 2024 rok mamy około 403 tysięcy wystawionych kart DiLO. Jeśli porównamy to z liczbą zachorowań na nowotwory w Polsce, która wynosi nieco poniżej 200 tysięcy rocznie, to relacja kart DiLO do potwierdzonych rozpoznań wynosi nieco powyżej dwa do jednego (…) Problem tkwi jednak w tym, na jakim etapie ta karta jest zakładana.”
Kluczowe znaczenie ma moment jej wystawienia. „Istotą problemu jest to, czy karta DiLO zakładana jest na etapie POZ, w AOS, czy dopiero w szpitalu. Karty zakładane w szpitalu również mieszczą się w statystyce, ale w rzeczywistości diagnostyka już wtedy się zakończyła (…) De facto ci pacjenci znikają nam z systemu monitorowania” – mówił Bernard Waśko.
Różnice widać szczególnie w analizach regionalnych. „Jeżeli spojrzymy głębiej w dane, widać ogromne różnice między województwami. W niektórych regionach, jak podkarpackie, lubelskie czy lubuskie, około 40% kart DiLO zakładanych jest dopiero w szpitalu (…) Jednocześnie w tych samych województwach tylko około 10–14% kart zakładanych jest w POZ. Tymczasem są też województwa, w których w POZ zakłada się ponad 40% kart, a w szpitalach zaledwie 7–8%.”
Jednym z planowanych rozwiązań jest wprowadzenie elektronicznej karty e-DiLO. Jak wskazywał Bernard Waśko, „Środkiem zaradczym ma być wprowadzenie elektronicznej karty e-DiLO jako obowiązkowego narzędzia w diagnostyce i leczeniu onkologicznym. Pozwoli to zapewnić kompletność danych i możliwość rzeczywistego monitorowania całego procesu diagnostycznego (…)”
W tym kierunku zmierzają także zapowiadane zmiany organizacyjne. Ministerstwo Zdrowia zapowiedziało wprowadzenie obowiązkowej karty DiLO oraz silniejsze powiązanie ścieżki pacjenta z zaleceniami diagnostyczno-terapeutycznymi i oceną jakości w ramach Krajowej Sieci Onkologicznej.
Znaczenie etapu diagnostycznego widać również w danych epidemiologicznych. „Polska ma o około 10% gorsze wskaźniki umieralności z powodu nowotworów niż średnia unijna. Jednocześnie zachorowalność jest u nas niższa niż w wielu krajach UE (…) W dużej mierze wynika to z problemów na etapie opieki przedszpitalnej” – wskazywał Bernard Waśko.
Na problem zwracają uwagę także organizacje pacjenckie. Z danych przywoływanych przez Fundację Onkologiczną Alivia wynika, że znaczna część leczenia niektórych nowotworów odbywa się poza ścieżką DiLO – w przypadku raka gruczołu krokowego nawet około 70%, podczas gdy w raku piersi około 5%. Badanie ankietowe fundacji wskazało również, że jedna trzecia pacjentów otrzymała rozpoznanie po ponad trzech miesiącach od pojawienia się pierwszych objawów, a blisko 20% czekało na diagnozę ponad pół roku.
Dyskusję uzupełnił wątek finansowania diagnostyki obrazowej. W konsultacjach publicznych pojawiła się propozycja zmian w rozliczaniu nadwykonań badań takich jak tomografia komputerowa, rezonans magnetyczny, kolonoskopia czy gastroskopia, zakładająca rozliczenie części świadczeń po zakończeniu okresu rozliczeniowego z zastosowaniem współczynnika 0,40. Badania obrazowe pozostają jednym z podstawowych elementów diagnostyki onkologicznej, dlatego sposób ich finansowania ma bezpośredni wpływ na dostępność diagnostyki i czas rozpoznania choroby.
Właśnie dlatego tak ważne wydaje się powiązanie przyszłej obowiązkowej e-DILO z rozliczaniem świadczeń i wskaźnikami jakości w ramach Krajowej Sieci Onkologicznej. Ministerstwo Zdrowia zapowiedziało, że od stycznia karta DiLO ma stać się obowiązkowa, a ścieżka pacjenta będzie coraz silniej powiązana z zaleceniami diagnostyczno-terapeutycznymi i oceną jakości. Jeżeli te rozwiązania zostaną konsekwentnie wdrożone, mogą pomóc ograniczyć sytuację, w której system formalnie premiuje monitorowanie, a praktycznie wynagradza jego omijanie.
Medycyna precyzyjna nie działa bez uporządkowanej genetyki
Drugim dużym obszarem wyzwań pozostaje organizacja diagnostyki genetycznej i molekularnej. Współczesna onkologia coraz rzadziej opiera się wyłącznie na rozpoznaniu histopatologicznym. Coraz częściej o doborze terapii decydują warianty genetyczne, profile molekularne i markery predykcyjne, a także możliwość wykonania badań w odpowiedniej kolejności, czasie i jakości. W praktyce oznacza to, że genetyka przestaje być dodatkiem do leczenia, a staje się jego elementem warunkującym właściwą terapię.
Jak wskazywała dr hab. Edyta Borkowska, konsultantka krajowa w dziedzinie laboratoryjnej genetyki medycznej, „Wszystkim nam zależy na tym, aby diagnostyka onkologiczna była jak najbardziej spersonalizowana. Każdy z nas może mieć inne zmiany genetyczne i to właśnie w oparciu o te zmiany możemy być skutecznie leczeni.” Za tym podejściem stoi jednak pytanie o organizację systemu badań: gdzie powinny być wykonywane, kto odpowiada za ich interpretację i jakie standardy powinny obowiązywać.
Prof. Borkowska przypominała, że badania genetyczne i molekularne powinny być realizowane w medycznych laboratoriach diagnostycznych, których funkcjonowanie reguluje ustawa o medycynie laboratoryjnej. W praktyce organizacyjnej pojawiają się jednak rozwiązania, które powodują rozproszenie kompetencji w tym obszarze. W takim modelu szczególnego znaczenia nabiera nie tylko samo wykonanie badania, lecz także sposób interpretacji wyników.
Jak podkreślała konsultantka krajowa, „Technika NGS to nie jest jedna metoda. Mamy sekwencjonowanie pierwszej, drugiej, trzeciej, a nawet czwartej generacji, a każde z tych podejść wymaga wielu lat doświadczenia, aby odpowiedzialnie interpretować wyniki badań. Absolutnie najważniejszym etapem jest interpretacja danych. Odbywa się ona w oparciu o narzędzia bioinformatyczne i bazy danych klinicznych, które pozwalają na właściwą klasyfikację wariantów. Cała trudność polega na rozróżnieniu, który wariant jest patogenny, a który łagodny. To naprawdę nie jest łatwe zadanie i wymaga dużego doświadczenia.”
W tej perspektywie kluczowe znaczenie ma analiza i autoryzacja wyniku, który może bezpośrednio wpływać na decyzję terapeutyczną. Jednocześnie problem nie wynika wyłącznie z dostępności specjalistów. Jak zaznaczała prof. Borkowska, „W Polsce jest obecnie około 280 specjalistów laboratoryjnej genetyki medycznej. Pod ich nadzorem mogą pracować zespoły diagnostów i innych specjalistów, więc jesteśmy w stanie zapewnić tę diagnostykę. Diagnostyka działa najlepiej, gdy mamy duży wolumen próbek. Bardzo proszę, aby kierować ich jak najwięcej - każda próbka, która do nas trafia, na pewno zostanie przeanalizowana. Martwimy się raczej tymi próbkami, które mogłyby do nas trafić, a nie trafiają.”
W dyskusji pojawił się także wątek standardów jakości w patomorfologii. Ministerstwo Zdrowia pracuje nad wprowadzeniem docelowego systemu akredytacji zakładów patomorfologii. Wcześniejsze standardy funkcjonowały w formie pilotażu, w którym jednostki spełniające określone wymagania mogły uzyskać czasowy certyfikat akredytacyjny i rozliczać badania na uprzywilejowanych zasadach. Nowe rozwiązania mają wprowadzić stały system akredytacji jakościowej i uporządkować zasady funkcjonowania tych jednostek w systemie ochrony zdrowia.
Zmiany te mają również doprecyzować podział kompetencji między patomorfologią a diagnostyką genetyczną, ponieważ obie dziedziny pełnią w procesie diagnostycznym różne, ale uzupełniające się funkcje. W tym kontekście prof. Borkowska wskazywała: „Czy naprawdę Ministerstwo uważa, że patomorfolodzy - według obecnego programu specjalizacji - są grupą zawodową kompetentną do nadzoru i autoryzacji wyników badań genetycznych? Bardzo prosiłabym o uspójnienie regulacji i przywrócenie jednolitej ścieżki wykonywania badań genetycznych - tam, gdzie od początku były projektowane, czyli w medycznych laboratoriach diagnostycznych.”
Podobny problem organizacyjny sygnalizowała dr hab. Małgorzata Oczko-Wojciechowska z Narodowego Instytutu Onkologii w Gliwicach. W praktyce część mniejszych ośrodków zleca pojedyncze, fragmentaryczne badania molekularne, co prowadzi do zużycia ograniczonego materiału tkankowego zanim trafi on do ośrodka zdolnego wykonać pełną diagnostykę. W takich sytuacjach może pojawić się konieczność ponownego pobrania materiału lub ograniczenie możliwości dalszych analiz. Ekspertka zwracała również uwagę na ograniczoną dostępność poradnictwa genetycznego dla pacjentów z podejrzeniem nowotworów dziedzicznych.
Testy wielogenowe: nie każda pacjentka potrzebuje chemioterapii
Jednym z przykładów roli diagnostyki molekularnej w podejmowaniu decyzji terapeutycznych są testy wielogenowe stosowane u części pacjentek z rakiem piersi. Ich zastosowanie dotyczy ściśle określonej grupy chorych i sytuacji klinicznej, w której klasyczna ocena patomorfologiczna nie pozwala jednoznacznie określić optymalnej strategii leczenia.
Jak wyjaśniała prof. Renata Duchnowska, specjalistka w dziedzinie onkologii klinicznej, „W raku luminalnym HER2-ujemnym we wczesnym stadium często nie jesteśmy w stanie, na podstawie samych czynników kliniczno-patomorfologicznych, zdecydować, czy pacjentka powinna otrzymać chemioterapię okołooperacyjną, czy wystarczy hormonoterapia. Testy wielogenowe pozwalają lepiej zrozumieć biologię nowotworu – (…) Aktywacja określonych szlaków sprawia, że jeden nowotwór rokuje lepiej, inny gorzej – i jeden wymaga leczenia z udziałem chemioterapii, a inny nie.”
Znaczenie tych badań polega często na ograniczeniu leczenia do sytuacji, w których przynosi ono realną korzyść. Jak podkreślała prof. Duchnowska, „Test wielogenowy wykonuje się tylko raz w życiu – na etapie rozpoznania, przy kwalifikacji do leczenia uzupełniającego. (…) Z badań wynika, że nawet około 50% chorych, które według klasycznej oceny uznalibyśmy za wysokiego ryzyka, w ogóle nie potrzebuje chemioterapii. Jeśli chemioterapia nie przynosi korzyści, to po co ją stosować? To dodatkowe koszty i dodatkowe cierpienie dla pacjentki.”
Testy wielogenowe są uwzględniane w zaleceniach międzynarodowych towarzystw naukowych. Jak przypominał dr Andrzej Tysarowski, konsultant wojewódzki w dziedzinie laboratoryjnej genetyki medycznej, „Testy wielogenowe są zalecane przez międzynarodowe towarzystwa naukowe, takie jak NCCN czy ESMO. Do AOTMiT trafiły informacje o zastosowaniu tych testów w wielu nowotworach jednocześnie. W efekcie oceniano je w szerokim kontekście, podczas gdy zasadność ich stosowania była udowodniona tylko w raku piersi. Dlatego ponowiono wniosek o ocenę skuteczności tych testów wyłącznie w raku piersi, gdzie ich wartość kliniczna jest udowodniona.”
Ekspert zwracał również uwagę, że chodzi o jedno konkretne badanie o jasno określonej metodologii i populacji pacjentek. „Mówimy tu o jednym, konkretnym badaniu. To nie jest tak, że można je wykonać różnymi metodami – jest to określony test wykonywany w konkretnym laboratorium, w którym został zwalidowany. Populacja pacjentek w Polsce, które mogłyby być objęte tym badaniem, szacowana jest na około 3000 przypadków rocznie. (…)”
Decyzja dotycząca ewentualnego włączenia testów wielogenowych do koszyka świadczeń gwarantowanych ma zapaść po analizie Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. Jak informowała Dominika Janiszewska-Kajka, zastępca dyrektora Departamentu Analiz i Strategii Ministerstwa Zdrowia, „14 kwietnia otrzymamy rekomendację z AOTMiT-u w zakresie zakwalifikowania [testów wielogenowych] do koszyka świadczeń gwarantowanych. Zostanie oceniona efektywność kliniczno-kosztowa – podkreślam kliniczna, ponieważ choć argumenty ekonomiczne są ważne, to przeważają aspekty bezpieczeństwa pacjentki. (…) Bardzo uważnie obserwujemy i przyglądamy się temu procesowi analitycznemu, oczekując na wyniki agencji.”
Przedstawicielka resortu zdrowia wskazywała jednocześnie, że analiza ta jest częścią szerszego przeglądu systemu badań genetycznych w onkologii. „Agencja [AOTMiT] otrzymała bardzo duże zlecenie dotyczące uporządkowania badań genetycznych, ponieważ obecnie mamy zbyt duże rozproszenie zarówno procedur, jak i sposobu ich rozliczania. 14 kwietnia dostaniemy efekt pracy agencji, ale także ekspertów, którzy pracują przy realizacji tego zlecenia.”
Szybkość diagnostyki nie zależy wyłącznie od technologii
Nowoczesna onkologia opiera się na patomorfologii i diagnostyce molekularnej. Znaczenie ma nie tylko dostępność technologii, lecz także organizacja procesu diagnostycznego i moment wykonania badań, które wpływają na decyzje terapeutyczne.
Na znaczenie organizacji diagnostyki zwracał uwagę prof. Artur Kowalik ze Świętokrzyskiego Centrum Onkologii. Jak mówił, „Często słyszymy argument, że na badania się długo czeka – i to jest prawda. Tylko trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie dlaczego. Duża grupa pacjentów trafia tam, gdzie nie powinna, czyli nie do ośrodków kompleksowych. Materiał jest wożony między placówkami, nie ma własnej patomorfologii, a w dużych centrach, gdzie specjaliści mogą się konsultować na miejscu, wszystko odbywa się znacznie szybciej.”
W wielu przypadkach opóźnienia wynikają z organizacji systemu, a nie z braku technologii. Dotyczy to również badań zaawansowanych. Jak wskazywał prof. Kowalik, „Te drogie testy, o których mówimy, są tak naprawdę dokładnie policzone. Na przykład kompleksowy test CGP w raku płuca dotyczy około trzech tysięcy chorych w całej Polsce (…) Podobnie jest w raku jajnika, gdzie mówimy o około 2,5 tysiąca badań HRD. To nie są więc liczby niekontrolowane.”
Jedną z najważniejszych praktycznych barier pozostaje sposób rozliczania. Prof. Kowalik mówił wprost, że „Największą trudnością w praktyce klinicznej pozostaje sposób rozliczania badań. Wiele materiałów pobieranych jest ambulatoryjnie – na przykład biopsje prostaty czy inne biopsje tkankowe – i potem bardzo trudno jest je rozliczyć w ramach refundacji. Podobnie jest z płynną biopsją, o której dziś mówimy coraz częściej. To są realne bariery, które utrudniają lekarzom zlecanie badań.”
Problem dotyczy również interpretacji obowiązujących przepisów. „Według obecnej interpretacji przepisów, jeżeli materiał został pobrany ambulatoryjnie, to badanie można wykonać, ale pojawia się problem z jego refundacją. (…) lekarz ma pacjenta w poradni, widzi potrzebę wykonania badania, a system mu to utrudnia.”
W tym kontekście pojawia się postulat większej koncentracji diagnostyki. „Powinniśmy krok po kroku ewoluować w stronę względnej centralizacji diagnostyki. W Polsce na różnych etapach diagnostyki i leczenia rakiem płuca zajmuje się kilka tysięcy podmiotów. Jak w takim systemie zbierać dane i panować nad jakością? Bez pewnego poziomu centralizacji będzie to po prostu bardzo trudne.”
Skutki rozproszenia widać w podstawowych wskaźnikach diagnostycznych. Jak wskazywał prof. Kowalik, „Tylko około 30% pacjentów z rakiem płuca ma wykonaną kompleksową diagnostykę molekularną. (…) Powód jest prosty – pacjenci trafiają do ośrodków, które nie są przygotowane do prowadzenia takiej diagnostyki.”
Największym wyzwaniem nie jest brak wiedzy, ale brak spójności
Z tej debaty o diagnostyce wyłania się obraz systemu, który nie cierpi na brak wiedzy eksperckiej ani na brak świadomości problemów. Przeciwnie – środowisko bardzo precyzyjnie wskazuje, gdzie są luki: w monitorowaniu ścieżki pacjenta, w momencie wystawiania karty DILO, w rozproszeniu badań genetycznych, w braku jasnych zasad zlecania i rozliczania procedur, w niedostatecznej centralizacji najbardziej wymagających elementów diagnostyki, w słabym osadzeniu poradnictwa genetycznego i w ryzyku dalszego ograniczania dostępności badań obrazowych. Problem polega na tym, że system przez lata narastał warstwowo, a kolejne rozwiązania nie zawsze były ze sobą zgodne.
Dlatego najważniejsze pytanie nie brzmi już dziś, czy Polska potrzebuje nowoczesnej diagnostyki onkologicznej, bo to pozostaje bezdyskusyjne. Pytanie brzmi raczej, czy potrafi zbudować taki model organizacyjny, w którym pacjent trafi do właściwego miejsca odpowiednio wcześnie, materiał zostanie wykorzystany racjonalnie, badania zostaną wykonane tam, gdzie są do tego kompetencje, wynik wróci na czas, a finansowanie nie będzie premiowało omijania systemu. Dopiero wtedy wzrost liczby świadczeń i miliardów wydawanych na onkologię może zacząć przekładać się nie tylko na większą aktywność systemu, ale na realnie lepsze wyniki leczenia.
Źródło: zapis posiedzenia Podkomisji stałej do spraw organizacji ochrony zdrowia z 11.03.2026 r. oraz wypowiedzi uczestników posiedzenia
Źródło: zapis posiedzenia Podkomisji stałej do spraw organizacji ochrony zdrowia z 11.03.2026 r. oraz wypowiedzi uczestników posiedzenia
Autor:
Redakcja MedicalPress