Medicalpress

Kolorowa skala od zielonego „A” do czerwonego „E” miała ułatwiać wybór żywności, ale od lat budziła kontrowersje. Ministerstwo Zdrowia zdecydowało o rezygnacji z Nutri-Score w ramach polityki zdrowotnej państwa. Nie oznacza to jednak automatycznego zniknięcia oznaczeń ze wszystkich produktów dostępnych w polskich sklepach.

System miał upraszczać zakupy i w kilka sekund podpowiadać konsumentowi, który produkt ma korzystniejszy profil żywieniowy. Zamiast stać się powszechnym standardem, Nutri-Score od lat wywołuje jednak spory wśród producentów, dietetyków i przedstawicieli administracji. Teraz Ministerstwo Zdrowia przesądziło, że system nie będzie elementem polskiej polityki zdrowotnej.

Nutri-Score jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych systemów znakowania żywności na froncie opakowania. Produkty otrzymują ocenę od zielonego „A” do czerwonego „E”, wyliczaną na podstawie algorytmu uwzględniającego ich skład i wartość odżywczą. Założenie jest proste: konsument nie musi studiować tabeli wartości odżywczej, aby szybko porównać produkty.

Jednocześnie Polska nie rezygnuje z prób wpływania na wybory żywieniowe konsumentów. Kierunek wydaje się jednak inny: zamiast jednej syntetycznej oceny produktu resort coraz mocniej sięga po regulacje dotyczące konkretnych kategorii żywności i środowisk, w których dokonywane są wybory.

Dobrym przykładem są szkoły. Od 1 września 2026 roku obowiązują nowe przepisy dotyczące żywności sprzedawanej dzieciom i młodzieży oraz posiłków serwowanych w szkołach i przedszkolach. Ograniczają one dostęp do wysoko przetworzonej żywności o niskiej wartości odżywczej, zwiększają znaczenie warzyw, owoców i produktów pełnoziarnistych oraz wskazują wodę jako podstawowy napój.

Resort zwraca uwagę, że problem nie jest marginalny. Według danych przywoływanych przez Ministerstwo Zdrowia nawet 80 proc. dzieci w Polsce nie spożywa rekomendowanej ilości warzyw i owoców, a rosnący odsetek dzieci i nastolatków ma nieprawidłową masę ciała. Niewłaściwa dieta i otyłość zwiększają ryzyko chorób przewlekłych w późniejszym życiu, w tym chorób układu krążenia i niektórych nowotworów.

Rezygnacja z Nutri-Score nie kończy dyskusji o znakowaniu żywności. Przesuwa ją raczej na inne pytanie: jak przekazywać informacje o wartości odżywczej w sposób wystarczająco prosty, by były użyteczne podczas codziennych zakupów, a jednocześnie na tyle precyzyjny, by pojedyncza litera nie była odbierana jako ostateczny werdykt na temat tego, czy dany produkt jest „zdrowy”.

Dla konsumenta najważniejsza konsekwencja jest więc mniej spektakularna, niż może sugerować hasło o „końcu Nutri-Score”. Kolorowe oznaczenie nie powinno być traktowane jako jedyne kryterium wyboru żywności, podobnie jak jego brak nie zwalnia z czytania składu i tabeli wartości odżywczej. A dla państwa pozostaje znacznie trudniejsze zadanie: stworzenie takich warunków informacyjnych i regulacyjnych, które rzeczywiście pomagają dokonywać zdrowszych wyborów, zamiast jedynie przenosić odpowiedzialność na konsumenta.

Leki stosowane w leczeniu otyłości i cukrzycy zaczynają wpływać na rynek daleko poza gabinetami lekarskimi i aptekami. Osoby przyjmujące preparaty z grupy GLP-1 jedzą mniej, częściej wybierają mniejsze porcje i zwracają większą uwagę na zawartość białka. Dla branży spożywczej to sygnał, że wraz ze spadkiem apetytu milionów konsumentów może zmienić się również model biznesowy oparty przez lata na coraz większych porcjach, przekąskach i dodatkowych produktach. Do nowej rzeczywistości dostosowuje się nawet McDonald’s.

Jeszcze kilka lat temu dyskusja o semaglutydzie czy tirzepatydzie była przede wszystkim dyskusją medyczną. Dziś GLP-1 stają się również zjawiskiem ekonomicznym. W Stanach Zjednoczonych około 10 proc. dorosłych przyjmuje obecnie leki z tej grupy – wynika z danych przytoczonych przez McDonald’s podczas Investor Day we wrześniu 2026 roku. Firma uważnie obserwuje, co ta grupa klientów robi po wejściu do restauracji.

– 84 proc. gospodarstw domowych, w których są użytkownicy GLP-1, odwiedza McDonald’s. To szansa – mówiła inwestorom Skye Anderson, prezes McDonald’s USA.

Fast food w epoce mniejszego apetytu

Według Anderson osoby stosujące leki na otyłość i cukrzycę sięgają w McDonald’s m.in. po Chicken McNuggets, Filet-O-Fish czy Happy Meals. Firma dostrzega jednak zainteresowanie jedzeniem, które zapewnia sytość bez konieczności spożywania dużej porcji. Dlatego rozważa rozwinięcie oferty bardziej skoncentrowanej na białku, m.in. o sałatkowe miski z kurczakiem, grillowanego kurczaka czy jajka.

Nie chodzi wyłącznie o chwilową modę. GLP-1 zmieniają fizjologię apetytu, a wraz z nią zachowania konsumentów. Leki z tej grupy zwiększają uczucie sytości i ograniczają spożycie energii. W przypadku części pacjentów oznacza to, że dotychczasowa restauracyjna logika „więcej za niewiele więcej” zaczyna tracić atrakcyjność.

Badania Circana pokazują, że użytkownicy GLP-1 nie tyle całkowicie rezygnują z restauracji, ile zmieniają sposób zamawiania. Wybierają więcej dań głównych, a mniej dodatków, przekąsek i pieczywa. Z kolei według National Restaurant Association częstymi zmianami są mniejsze porcje, wybór produktów bogatszych w białko oraz większa ilość warzyw.

Mniej chipsów, słodyczy i fast foodów

Skalę zmiany dobrze pokazują dane dotyczące zakupów spożywczych. Badacze z Cornell University połączyli informacje o stosowaniu GLP-1 z rzeczywistymi transakcjami gospodarstw domowych. Wyniki opublikowano w „Journal of Marketing Research”.

W ciągu sześciu miesięcy od rozpoczęcia terapii gospodarstwa domowe ograniczały wydatki na żywność w sklepach średnio o 5,3 proc. W gospodarstwach o wyższych dochodach spadek przekraczał 8 proc. O około 8 proc. zmniejszały się również wydatki w restauracjach szybkiej obsługi, w tym fast foodach i kawiarniach.

Największe spadki dotyczyły kalorycznej, wysoko przetworzonej żywności. Wydatki na słone przekąski zmniejszały się o około 10 proc., a wyraźne spadki obserwowano również w przypadku słodyczy, wypieków i ciastek. Nieliczne kategorie notowały wzrosty należały do nich m.in. jogurty, świeże owoce i batony odżywcze.

Nowsze badania konsumenckie PwC pokazują podobny kierunek. W 2026 roku już 21 proc. badanych amerykańskich gospodarstw domowych deklarowało obecność aktualnego użytkownika GLP-1. Wydatki na zakupy spożywcze były w tej grupie niższe, a konsumenci przesuwali je m.in. z przekąsek, słodzonych napojów i alkoholu w stronę świeżych produktów, białka i suplementów.

Białko staje się nowym polem walki o klienta

Dlaczego McDonald’s mówi akurat o białku?

Pacjent stosujący GLP-1 może spożywać znacznie mniej jedzenia, dlatego znaczenie ma nie tylko liczba kalorii, ale również jakość tego, co znajduje się w mniejszej porcji. Podczas redukcji masy ciała tracona jest bowiem nie tylko tkanka tłuszczowa, ale również część beztłuszczowej masy ciała. Zbyt mała podaż białka przy silnie ograniczonym apetycie może dodatkowo utrudniać zachowanie masy mięśniowej.

Wspólne stanowisko American College of Lifestyle Medicine, American Society for Nutrition, Obesity Medicine Association i The Obesity Society wskazuje więc na konieczność zwracania uwagi na odpowiednią podaż białka. Eksperci zaznaczają jednocześnie, że samo zwiększenie ilości białka nie wystarcza do ochrony mięśni – istotny jest także trening oporowy. Preferowane źródła to m.in. ryby, jaja, nabiał, rośliny strączkowe czy chudy drób.

To ważne zastrzeżenie w kontekście nowej marketingowej mody. Napis „high protein” nie sprawia automatycznie, że produkt staje się optymalnym wyborem dla osoby leczonej z powodu otyłości.

Big Food już znalazł nowego klienta

McDonald’s nie jest pierwszą firmą, która zauważyła zmianę. Nestlé już w 2024 roku wprowadziło w USA markę Vital Pursuit stworzoną z myślą m.in. o osobach stosujących leki GLP-1. Mrożone dania mają mniejsze, dopasowane do apetytu porcje, zwiększoną zawartość białka, błonnika i wybranych składników odżywczych.

W 2026 roku koncern nadal rozwija produkty adresowane do tej grupy konsumentów. Inni producenci również próbują zagospodarować nową kategorię – pojawiają się produkty oznaczane jako „GLP-1 friendly”, mniejsze porcje oraz żywność eksponująca zawartość białka i błonnika.

Badania ekonomiczne sugerują, że nie jest to wyłącznie marketingowa intuicja. Analiza opublikowana w 2026 roku w „Food Policy” wskazuje, że stosowanie GLP-1 może zwiększać gotowość konsumentów do płacenia za część produktów białkowych.

Rynek dostał więc dość czytelny sygnał: jeśli klient zjada mniej, trzeba sprawić, aby właśnie tę mniejszą porcję kupił od konkretnej marki.

Czy „GLP-1 friendly” znaczy zdrowe?

Dostosowanie wielkości porcji czy zwiększenie zawartości białka może odpowiadać realnym potrzebom osób, których apetyt podczas leczenia znacząco się zmniejszył. Nie oznacza to jednak, że każdy produkt reklamowany w kontekście GLP-1 jest automatycznie zdrowy.

W USA określenie „GLP-1 friendly” nie stanowi regulowanej przez FDA kategorii żywności. Eksperci zwracają uwagę, że konsument powinien patrzeć na cały skład i wartość odżywczą produktu, a nie wyłącznie na hasło marketingowe czy zawartość białka. Część żywności kierowanej do tej grupy nadal może zawierać dużo sodu, tłuszczu czy kalorii.

Także zalecenia dla pacjentów nie sprowadzają się do „jedz więcej białka”. Obejmują odpowiednią jakość diety, warzywa i owoce, błonnik, nawodnienie oraz dostosowanie posiłków do tolerancji leczenia. Przy nudnościach zaleca się m.in. unikanie bardzo tłustych i smażonych potraw.

Dlatego wysokobiałkowa kanapka czy porcja kurczaka w restauracji może być elementem diety, ale nie staje się przez samą zawartość białka produktem „leczniczym” ani koniecznym dodatkiem do farmakoterapii.

Ozempic zmienia więcej niż obwód pasa

Przez dziesięciolecia duża część rynku spożywczego rozwijała się w kierunku zwiększania konsumpcji: większych opakowań, większych porcji, zestawów, przekąsek i dodatkowych produktów kupowanych między posiłkami. GLP-1 uderzają dokładnie w mechanizm, na którym ten model korzystał czyli apetyt.

PwC wylicza, że po 6–8 miesiącach stosowania GLP-1 wydatki gospodarstw domowych w restauracjach szybkiej obsługi spadają o 8,7 proc. Jednocześnie 35 proc. użytkowników oczekuje od restauracji mniejszych porcji za proporcjonalnie niższą cenę.

Dlatego 84 proc. gospodarstw domowych z użytkownikami GLP-1 odwiedzających McDonald’s jest dla firmy ważną informacją. Klienci nie zniknęli. Zmieniło się natomiast pytanie, jak sprzedać im posiłek, kiedy chcą zjeść mniej.

Odpowiedzią branży stają się białko, błonnik, mniejsze porcje i większa koncentracja składników odżywczych. To, co zaczęło się jako rewolucja w farmakologicznym leczeniu otyłości i cukrzycy, coraz wyraźniej staje się więc także rewolucją konsumencką.

I być może jednym z najbardziej wymownych dowodów jej skali jest to, że do ery GLP-1 swoje menu zaczyna dostosowywać największa sieć fast foodów na świecie.

Ograniczenie spożycia produktów pochodzenia zwierzęcego może zmniejszać ryzyko chorób przewlekłych i niektórych zakażeń, presję na środowisko i użycie antybiotyków w hodowli. Dlatego dieta powinna stać się ważniejszym elementem międzynarodowej koncepcji One Health – przekonują polscy naukowcy.

Autorzy z Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu (UMP) przedstawili swoją argumentację na łamach „Frontiers in Environmental Science”.

One Health, czyli Jedno Zdrowie, to koncepcja, która zaczęła się formować na początku XXI w., a dziś rozwijają ją wspólnie Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa (FAO), Program Narodów Zjednoczonych ds. Środowiska (UNEP) oraz Światowa Organizacja Zdrowia Zwierząt (WOAH).

Opiera się na założeniu, że zdrowie ludzi jest ściśle związane ze zdrowiem zwierząt i stanem środowiska, dlatego problemy takie jak choroby odzwierzęce, oporność drobnoustrojów na leki czy degradacja ekosystemów powinny być rozpatrywane łącznie.

Do tej pory właśnie te zagadnienia znajdowały się w centrum koncepcji. Zdaniem polskich naukowców zbyt mało uwagi poświęcano temu, co je łączy, czyli produkcji żywności.

– W naszej pracy proponujemy włączenie w ramy One Health diety roślinnej, bo może ona jednocześnie realizować niemal wszystkie jej cele: wspierać zdrowie ludzi i dobrostan zwierząt oraz ograniczać antybiotykooporność, ryzyko chorób odzwierzęcych i presję na środowisko – wyjaśniła w rozmowie z PAP Anna Choręziak ze Szkoły Doktorskiej UMP, główna autorka publikacji.

Jak dodała, nie chodzi jedynie o znany od dawna związek diety z chorobami sercowo-naczyniowymi, cukrzycą i otyłością. Zależności zaczynają się bowiem już na etapie produkcji żywności.

Na przykład w hodowlach przemysłowych wiele zwierząt przebywa na niewielkiej przestrzeni. – Lochy czy kury przetrzymywane są w tak ciasnych klatkach, że nie mogą się obrócić. Przewlekły stres, złe warunki i liczne rany mogą osłabiać ich odporność, przez co stają się bardziej podatne na zakażenia – wyjaśniła Anna Choręziak.

Ryzyko rozprzestrzeniania zakażeń zwiększa też kontakt pracowników z dużą liczbą zwierząt, przenoszenie drobnoustrojów między hodowlą a środowiskiem przez dzikie ptaki, gryzonie i owady oraz transport zwierząt na duże odległości. Jak zaznaczyli badacze z UMP, o skali problemu świadczy fakt, że ok. 75 proc. chorób zakaźnych człowieka, które pojawiły się w ostatnich dekadach, ma pochodzenie odzwierzęce.

Z intensywną produkcją zwierzęcą wiąże się też duże zużycie antybiotyków. Według danych przytaczanych przez autorów odpowiada ona za niemal trzy czwarte ich globalnego wykorzystania i sprzyja powstawaniu antybiotykooporności.

Kolejną kwestią jest to, że produkcja mięsa ma ogromny wpływ na klimat oraz zasoby ziemi i wody. Najbardziej widocznym przykładem jest czerwone mięso. – Średni ślad wodny produkcji kilograma wołowiny to ok. 15,4 tys. litrów, a kilograma soczewicy tylko 1,25 tys. litrów – powiedziała badaczka.

Zmniejszenie zapotrzebowania na mięso mogłoby też ograniczyć presję na wycinkę lasów i degradację innych ekosystemów naturalnych. Obecnie ponad 75 proc. światowej produkcji soi przeznacza się na paszę dla zwierząt, podczas gdy jedynie ok. 6 proc. trafia bezpośrednio na nasze talerze. Ograniczenie hodowli zwierząt zmniejszyłoby więc zapotrzebowanie zarówno na grunty wykorzystywane jako pastwiska, jak i na tereny przeznaczane pod uprawę roślin paszowych. Autorka zwróciła też uwagę na duży ślad węglowy hodowli przeżuwaczy, związany m.in. z emisją metanu podczas trawienia. Nieco niższe są emisje z produkcji jaj, nabiału i wieprzowiny, jednak nadal pozostają wyższe niż w przypadku strączków i innych produktów roślinnych.

– Z kolei kury należą do najliczniej hodowanych zwierząt na świecie, dlatego ich łączny wpływ środowiskowy także pozostaje bardzo duży. I nie należy pomijać ryb – tu presja dotyczy ekosystemów wodnych, wykorzystania paszy w akwakulturze oraz ryzyka rozprzestrzeniania się chorób – przypomniała.

Jak podkreśliła, nie oznacza to, że jedynym rozwiązaniem jest przejście całego społeczeństwa na weganizm.

– Nie ma takiej konieczności. Dla części osób dieta wegańska może być dobrym wyborem. Ważne by była prawidłowo zbilansowana, wtedy może być stosowana różnym wieku i na różnych etapach życia, w tym przez kobiety w ciąży i karmiące, dzieci, osoby starsze czy sportowców. Jednak równie ważnym kierunkiem jest po prostu ograniczanie spożycia produktów odzwierzęcych i zwiększanie udziału żywności roślinnej w diecie – powiedziała.

– Światowe rekomendacje mówią, że spożycie 300-600 g mięsa tygodniowo jest wystarczające, tymczasem w Europie zjadamy go nawet 1,5 kg, czyli 2,5 razy więcej. A badania wskazują, że zmniejszenie o połowę udziału produktów odzwierzęcych w diecie może ograniczyć związane z nią emisje gazów cieplarnianych o 30-50 proc. – dodała.

Taka zmiana przynosi korzyści również zdrowiu, kluczowe jest jednak, czym zastępujemy mięso, nabiał i jaja. Udowodniono, że dobrze skomponowane diety roślinne obniżają ryzyko chorób sercowo-naczyniowych, cukrzycy typu 2 i niektórych nowotworów, a także sprzyjają utrzymaniu prawidłowej masy ciała, ciśnienia tętniczego, stężenia glukozy i profilu lipidowego.

Sama etykieta „roślinny” nie gwarantuje jednak, że produkt jest zdrowy. Podstawą jadłospisu powinny być rośliny strączkowe, warzywa, owoce, pełne ziarna, orzechy i nasiona, a także odpowiednie zbilansowanie witamin B12 i D, wapnia, żelaza, jodu, cynku i kwasów omega-3.

– Jeśli naszym głównym wyborem będą bezmięsne produkty wysokoprzetworzone albo po prostu wykluczymy odzwierzęce źródła białka i nie zastąpimy ich odpowiednimi źródłami roślinnymi, nie będzie to zdrowa ani zbilansowana dieta – wytłumaczyła badaczka.

Poza tym, jak dodała, trzeba mieć świadomość, że żywność roślinna także może prowadzić do wylesiania, nadmiernego zużywania wody i utraty bioróżnorodności. Ostateczny efekt zależy bowiem nie tylko od rodzaju produktu, ale też miejsca i sposobu jego wytwarzania.

Dlatego autorzy nie chcą przerzucać całej odpowiedzialności za zmianę systemu żywnościowego na konsumentów. Uważają, że potrzebne są zmiany w oficjalnych zaleceniach żywieniowych i żywieniu zbiorowym, edukacja, wsparcie rolników w produkcji roślin wysokobiałkowych oraz inwestycje w nowe źródła białka i technologie, w tym mięso hodowane komórkowo.

Zmiany te nie muszą wyglądać tak samo w każdym kraju. Powinny uwzględniać lokalną produkcję żywności, jej ceny, dostępność oraz tradycje kulinarne.

– Najważniejsza zmiana polega na tym, by przestać traktować sposób żywienia wyłącznie jako prywatną sprawę konsumenta. Jeżeli system żywnościowy wpływa jednocześnie na choroby przewlekłe i zakaźne, antybiotykooporność, klimat, wodę, bioróżnorodność oraz dobrostan zwierząt, to polityka żywieniowa staje się także polityką zdrowotną – podsumował współautor pracy prof. Piotr Rzymski.

Źródło: Nauka w Polsce

Stopień przetworzenia produktów zbożowych może zwiększyć ryzyko rozwoju nieswoistych chorób zapalnych jelit (IBD). Analiza z udziałem naukowców z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu wskazuje, że większe spożycie bardziej przetworzonego pieczywa wiązało się z chorobami jelit.

Nieswoiste choroby zapalne jelit, do których należą m.in. choroba Leśniowskiego-Crohna i wrzodziejące zapalenie jelita grubego, występują na świecie coraz częściej. Ich rozwój zależy od wielu czynników: genetycznych, immunologicznych i środowiskowych. Coraz więcej uwagi poświęca się także diecie – jako jednemu z elementów, które mogą wpływać na ryzyko choroby.

Naukowcy związani z międzynarodowym projektem PURE przyjrzeli się tym razem produktom zbożowym. Chcieli sprawdzić, czy dla ryzyka IBD znaczenie ma nie tylko to, ile ich jemy, ale również sposób, w jaki są przetwarzane.

W badaniu uczestniczyli naukowcy z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. W przesłanym w czwartek komunikacie uczelnia przekazała, że analiza objęła ponad 140 tys. dorosłych z 27 krajów, obserwowanych przez wiele lat.

W tym okresie rozpoznano 467 nowych przypadków nieswoistych chorób zapalnych jelit. Badacze uwzględnili w analizach m.in. wiek i płeć uczestników, ich aktywność fizyczną, palenie tytoniu, miejsce zamieszkania oraz ogólną jakość diety. Pozwoliło to dokładniej ocenić związek pomiędzy spożyciem poszczególnych produktów zbożowych a ryzykiem zachorowania.

Wyniki pokazały, że wyższe spożycie bardziej przetworzonych produktów zbożowych było związane z większym ryzykiem rozwoju IBD. W przypadku produktów zbożowych o niższym stopniu przetworzenia podobnej zależności nie stwierdzono.

„Dieta jest jednym z ważniejszych modyfikowalnych czynników ryzyka nieswoistych chorób zapalnych jelit. Badanie pokazuje, że szczególne znaczenie mogą mieć właśnie ultraprzetworzone produkty zbożowe, dlatego wyniki mają istotne znaczenie zarówno dla zaleceń żywieniowych, jak i strategii profilaktycznych” – powiedziała, cytowana w komunikacie, dr Alicja Basiak-Rasała z Zakładu Badań Populacyjnych i Profilaktyki Chorób Cywilizacyjnych UMW.

Wśród produktów uwzględnionych w obserwacjach znalazły się m.in. pakowane przemysłowo pieczywo, ciasta, ciastka oraz produkty instant na bazie makaronu. Autorzy badania podkreślają jednak, że wyników nie należy odnosić do wszystkich produktów zbożowych.

„To badanie koncentrowało się właśnie na produktach zbożowych i wykazało szczególnie silny związek z produktami wysoko przetworzonymi. Jednocześnie wysokiej jakości pieczywo o niższym stopniu przetworzenia lub spożycie ryżu nie zwiększało ryzyka wystąpienia chorób zapalnych jelit” – wyjaśniła Basiak-Rasała.

Badanie nie pozwala wskazać jednego konkretnego składnika odpowiedzialnego za obserwowany związek. Co więcej, podobnej zależności nie stwierdzono w przypadku wielu innych grup żywności, m.in. nieprzetworzonego czerwonego mięsa, drobiu, nabiału, produktów skrobiowych, warzyw, owoców czy roślin strączkowych. Badacze nie potwierdzili również związku między spożyciem sodu a ryzykiem rozwoju IBD.

Uwagę naukowców zwraca więc sam przemysłowy sposób przetwarzania żywności. Wśród czynników, które mogą odgrywać rolę, wymieniają dodatki technologiczne stosowane w produkcji, takie jak emulgatory, konserwanty czy maltodekstryny.

Badania eksperymentalne sugerują, że niektóre z nich mogą wpływać na skład mikrobioty jelitowej, osłabiać barierę jelitową i sprzyjać odpowiedzi zapalnej organizmu. Szacuje się, że nawet aż 40 proc. emulgatorów w diecie spożywa się właśnie z przetworzonymi produktami zbożowymi.

„Całkowite wyeliminowanie produktów wysokoprzetworzonych jest dziś w praktyce bardzo trudne. Warto jednak jak najczęściej wybierać produkty świeże i minimalnie przetworzone oraz dbać o dietę bogatą w błonnik, pełnoziarniste produkty zbożowe, warzywa, owoce i rośliny strączkowe. Dobrym modelem żywienia pozostaje dieta śródziemnomorska, którą wiązano w innych badaniach z niższym ryzykiem wystąpienia IBD” – podsumowała dr Basiak-Rasała.

Publikacja powstała na podstawie danych z międzynarodowego badania PURE (Prospective Urban Rural Epidemiology) – jednego z największych projektów epidemiologicznych analizujących wpływ czynników społecznych, środowiskowych oraz związanych ze stylem życia na rozwój chorób przewlekłych. Projekt jest obecnie realizowany w 27 krajach. Jego inicjatorem jest prof. Salim Yusuf z McMaster University w Kanadzie.

Polską kohortę PURE od 2007 roku prowadzą na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu prof. Katarzyna Zatońska oraz prof. Andrzej Szuba. To jedno z największych i najdłużej realizowanych badań populacyjnych w Polsce. Jego wyniki regularnie znajdują odzwierciedlenie w międzynarodowych publikacjach i pomagają lepiej zrozumieć znaczenie modyfikowalnych czynników wpływających na zdrowie – napisano w komunikacie uczelni.(PAP)

Źródło: Nauka w Polsce