Medicalpress

Produkty spożywcze opatrzone stwierdzeniami dotyczącymi wartości prozdrowotnych, np. naturalny, ekologiczny, bez cukru, nie zawsze są zdrowsze od pozostałych. Często mają nawet mniej korzystny skład – potwierdziła analiza obejmująca niemal 150 tys. produktów spożywczych i napojów wprowadzonych na rynek USA.

Analizę przeprowadzili prof. Miguel Gomez z Cornell University oraz Pei Zhou, badaczka w jego zespole. Wykorzystali dane dotyczące niemal 150 tys. nowych produktów wprowadzanych na rynek w Stanach Zjednoczonych w ciągu dziesięciu lat, zgromadzone przez firmę badania rynku Mintel. Wyniki opublikowali w „Nature Food”.

„Pewnego dnia poszłam do supermarketu i zauważyłam zwykły serek śmietankowy oraz jego wariant o obniżonej zawartości tłuszczu” – powiedziała Zhou, cytowana w prasowym komunikacie. – „Zmniejszono w nim ilość tłuszczu, ale jednocześnie zawierał więcej cukrów ogółem i sodu. Na opakowaniach znajduje się tak wiele informacji dotyczących właściwości zdrowotnych. Naszym głównym pytaniem było, czy produkty z takimi oznaczeniami są rzeczywiście zdrowsze od tych, które ich nie mają”.

Zespół z Cornell zastosował Nutrient Profiling Model, system oceny opracowany przez brytyjską Food Standards Agency. Model ten uwzględnia całościowy skład odżywczy produktu: odejmuje punkty za nadmiar cukru, sodu, tłuszczów nasyconych i kalorii, a przyznaje je m.in. za zawartość błonnika, białka oraz owoców i warzyw.

Po zastosowaniu tego kryterium do produktów dostępnych na amerykańskim rynku badacze stwierdzili, że dwie trzecie analizowanych, nowo wprowadzonych produktów miało ogólnie mniej korzystny profil żywieniowy, mimo że połowa z nich miała na opakowaniu deklaracje dotyczące wartości zdrowotnych.

Problem często wynikał z „kompromisów” związanych ze zmianami receptury na pozornie zdrowsze. Na przykład napój oznaczony jako „o obniżonej zawartości sodu” częściej zawierał dodatkową ilość cukru. Z kolei pakowana żywność reklamowana jako „bez tłuszczów trans” często zawierała więcej tłuszczów nasyconych i sodu. Samo oświadczenie było więc zgodne z prawdą, ale, jak wskazują wyniki badania, ogólna wartość odżywcza produktu niekoniecznie się poprawiała. Czasem nawet ulegała pogorszeniu.

Największe rozbieżności zaobserwowano w przypadku napojów. Oznaczenia takie jak „niska zawartość sodu”, „bez cukru” czy „niska zawartość tłuszczów nasyconych” najczęściej nie odpowiadały rzeczywistej ogólnej jakości odżywczej produktu.

Szczególnie interesujące okazały się oznaczenia, które formalnie nie są deklaracjami żywieniowymi. Terminy takie jak „naturalny”, „ekologiczny”, „bez GMO” czy „pełnoziarnisty” nie informują bezpośrednio o zawartości cukru, sodu czy tłuszczu. Wcześniejsze badania cytowane przez autorów pokazują jednak, że konsumenci często interpretują określenie „naturalny” jako synonim „zdrowy”. Naukowcy określają ten mechanizm mianem efektu aureoli.

„W naszej pracy przedstawiamy pewne wskazówki dla decydentów. Ogólną ideą jest odejście od pojedynczych stwierdzeń na rzecz szerszej oceny profilu składników odżywczych” – powiedział prof. Gomez. Jak wyjaśnił, w krajach takich jak Chile czy Meksyk stosuje się oznaczenia przypominające znaki ostrzegawcze, informujące o wysokiej zawartości sodu, cukru lub tłuszczu, a system ten ogranicza również sposób eksponowania takich produktów w sklepach.

Na razie badacze mają dość prostą radę dla wszystkich konsumentów: informacja na przedniej stronie opakowania jest zwykle jedynie wskazówką, a nie pełną oceną produktu. Bardziej kompletny obraz jego wartości odżywczej daje tabela umieszczona z tyłu opakowania, uwzględniająca jednocześnie m.in. cukry dodane, sód czy tłuszcze nasycone. (PAP)

Źródło: Nauka w Polsce

Leki stosowane w leczeniu otyłości i cukrzycy zaczynają wpływać na rynek daleko poza gabinetami lekarskimi i aptekami. Osoby przyjmujące preparaty z grupy GLP-1 jedzą mniej, częściej wybierają mniejsze porcje i zwracają większą uwagę na zawartość białka. Dla branży spożywczej to sygnał, że wraz ze spadkiem apetytu milionów konsumentów może zmienić się również model biznesowy oparty przez lata na coraz większych porcjach, przekąskach i dodatkowych produktach. Do nowej rzeczywistości dostosowuje się nawet McDonald’s.

Jeszcze kilka lat temu dyskusja o semaglutydzie czy tirzepatydzie była przede wszystkim dyskusją medyczną. Dziś GLP-1 stają się również zjawiskiem ekonomicznym. W Stanach Zjednoczonych około 10 proc. dorosłych przyjmuje obecnie leki z tej grupy – wynika z danych przytoczonych przez McDonald’s podczas Investor Day we wrześniu 2026 roku. Firma uważnie obserwuje, co ta grupa klientów robi po wejściu do restauracji.

– 84 proc. gospodarstw domowych, w których są użytkownicy GLP-1, odwiedza McDonald’s. To szansa – mówiła inwestorom Skye Anderson, prezes McDonald’s USA.

Fast food w epoce mniejszego apetytu

Według Anderson osoby stosujące leki na otyłość i cukrzycę sięgają w McDonald’s m.in. po Chicken McNuggets, Filet-O-Fish czy Happy Meals. Firma dostrzega jednak zainteresowanie jedzeniem, które zapewnia sytość bez konieczności spożywania dużej porcji. Dlatego rozważa rozwinięcie oferty bardziej skoncentrowanej na białku, m.in. o sałatkowe miski z kurczakiem, grillowanego kurczaka czy jajka.

Nie chodzi wyłącznie o chwilową modę. GLP-1 zmieniają fizjologię apetytu, a wraz z nią zachowania konsumentów. Leki z tej grupy zwiększają uczucie sytości i ograniczają spożycie energii. W przypadku części pacjentów oznacza to, że dotychczasowa restauracyjna logika „więcej za niewiele więcej” zaczyna tracić atrakcyjność.

Badania Circana pokazują, że użytkownicy GLP-1 nie tyle całkowicie rezygnują z restauracji, ile zmieniają sposób zamawiania. Wybierają więcej dań głównych, a mniej dodatków, przekąsek i pieczywa. Z kolei według National Restaurant Association częstymi zmianami są mniejsze porcje, wybór produktów bogatszych w białko oraz większa ilość warzyw.

Mniej chipsów, słodyczy i fast foodów

Skalę zmiany dobrze pokazują dane dotyczące zakupów spożywczych. Badacze z Cornell University połączyli informacje o stosowaniu GLP-1 z rzeczywistymi transakcjami gospodarstw domowych. Wyniki opublikowano w „Journal of Marketing Research”.

W ciągu sześciu miesięcy od rozpoczęcia terapii gospodarstwa domowe ograniczały wydatki na żywność w sklepach średnio o 5,3 proc. W gospodarstwach o wyższych dochodach spadek przekraczał 8 proc. O około 8 proc. zmniejszały się również wydatki w restauracjach szybkiej obsługi, w tym fast foodach i kawiarniach.

Największe spadki dotyczyły kalorycznej, wysoko przetworzonej żywności. Wydatki na słone przekąski zmniejszały się o około 10 proc., a wyraźne spadki obserwowano również w przypadku słodyczy, wypieków i ciastek. Nieliczne kategorie notowały wzrosty należały do nich m.in. jogurty, świeże owoce i batony odżywcze.

Nowsze badania konsumenckie PwC pokazują podobny kierunek. W 2026 roku już 21 proc. badanych amerykańskich gospodarstw domowych deklarowało obecność aktualnego użytkownika GLP-1. Wydatki na zakupy spożywcze były w tej grupie niższe, a konsumenci przesuwali je m.in. z przekąsek, słodzonych napojów i alkoholu w stronę świeżych produktów, białka i suplementów.

Białko staje się nowym polem walki o klienta

Dlaczego McDonald’s mówi akurat o białku?

Pacjent stosujący GLP-1 może spożywać znacznie mniej jedzenia, dlatego znaczenie ma nie tylko liczba kalorii, ale również jakość tego, co znajduje się w mniejszej porcji. Podczas redukcji masy ciała tracona jest bowiem nie tylko tkanka tłuszczowa, ale również część beztłuszczowej masy ciała. Zbyt mała podaż białka przy silnie ograniczonym apetycie może dodatkowo utrudniać zachowanie masy mięśniowej.

Wspólne stanowisko American College of Lifestyle Medicine, American Society for Nutrition, Obesity Medicine Association i The Obesity Society wskazuje więc na konieczność zwracania uwagi na odpowiednią podaż białka. Eksperci zaznaczają jednocześnie, że samo zwiększenie ilości białka nie wystarcza do ochrony mięśni – istotny jest także trening oporowy. Preferowane źródła to m.in. ryby, jaja, nabiał, rośliny strączkowe czy chudy drób.

To ważne zastrzeżenie w kontekście nowej marketingowej mody. Napis „high protein” nie sprawia automatycznie, że produkt staje się optymalnym wyborem dla osoby leczonej z powodu otyłości.

Big Food już znalazł nowego klienta

McDonald’s nie jest pierwszą firmą, która zauważyła zmianę. Nestlé już w 2024 roku wprowadziło w USA markę Vital Pursuit stworzoną z myślą m.in. o osobach stosujących leki GLP-1. Mrożone dania mają mniejsze, dopasowane do apetytu porcje, zwiększoną zawartość białka, błonnika i wybranych składników odżywczych.

W 2026 roku koncern nadal rozwija produkty adresowane do tej grupy konsumentów. Inni producenci również próbują zagospodarować nową kategorię – pojawiają się produkty oznaczane jako „GLP-1 friendly”, mniejsze porcje oraz żywność eksponująca zawartość białka i błonnika.

Badania ekonomiczne sugerują, że nie jest to wyłącznie marketingowa intuicja. Analiza opublikowana w 2026 roku w „Food Policy” wskazuje, że stosowanie GLP-1 może zwiększać gotowość konsumentów do płacenia za część produktów białkowych.

Rynek dostał więc dość czytelny sygnał: jeśli klient zjada mniej, trzeba sprawić, aby właśnie tę mniejszą porcję kupił od konkretnej marki.

Czy „GLP-1 friendly” znaczy zdrowe?

Dostosowanie wielkości porcji czy zwiększenie zawartości białka może odpowiadać realnym potrzebom osób, których apetyt podczas leczenia znacząco się zmniejszył. Nie oznacza to jednak, że każdy produkt reklamowany w kontekście GLP-1 jest automatycznie zdrowy.

W USA określenie „GLP-1 friendly” nie stanowi regulowanej przez FDA kategorii żywności. Eksperci zwracają uwagę, że konsument powinien patrzeć na cały skład i wartość odżywczą produktu, a nie wyłącznie na hasło marketingowe czy zawartość białka. Część żywności kierowanej do tej grupy nadal może zawierać dużo sodu, tłuszczu czy kalorii.

Także zalecenia dla pacjentów nie sprowadzają się do „jedz więcej białka”. Obejmują odpowiednią jakość diety, warzywa i owoce, błonnik, nawodnienie oraz dostosowanie posiłków do tolerancji leczenia. Przy nudnościach zaleca się m.in. unikanie bardzo tłustych i smażonych potraw.

Dlatego wysokobiałkowa kanapka czy porcja kurczaka w restauracji może być elementem diety, ale nie staje się przez samą zawartość białka produktem „leczniczym” ani koniecznym dodatkiem do farmakoterapii.

Ozempic zmienia więcej niż obwód pasa

Przez dziesięciolecia duża część rynku spożywczego rozwijała się w kierunku zwiększania konsumpcji: większych opakowań, większych porcji, zestawów, przekąsek i dodatkowych produktów kupowanych między posiłkami. GLP-1 uderzają dokładnie w mechanizm, na którym ten model korzystał czyli apetyt.

PwC wylicza, że po 6–8 miesiącach stosowania GLP-1 wydatki gospodarstw domowych w restauracjach szybkiej obsługi spadają o 8,7 proc. Jednocześnie 35 proc. użytkowników oczekuje od restauracji mniejszych porcji za proporcjonalnie niższą cenę.

Dlatego 84 proc. gospodarstw domowych z użytkownikami GLP-1 odwiedzających McDonald’s jest dla firmy ważną informacją. Klienci nie zniknęli. Zmieniło się natomiast pytanie, jak sprzedać im posiłek, kiedy chcą zjeść mniej.

Odpowiedzią branży stają się białko, błonnik, mniejsze porcje i większa koncentracja składników odżywczych. To, co zaczęło się jako rewolucja w farmakologicznym leczeniu otyłości i cukrzycy, coraz wyraźniej staje się więc także rewolucją konsumencką.

I być może jednym z najbardziej wymownych dowodów jej skali jest to, że do ery GLP-1 swoje menu zaczyna dostosowywać największa sieć fast foodów na świecie.

Ograniczenie spożycia produktów pochodzenia zwierzęcego może zmniejszać ryzyko chorób przewlekłych i niektórych zakażeń, presję na środowisko i użycie antybiotyków w hodowli. Dlatego dieta powinna stać się ważniejszym elementem międzynarodowej koncepcji One Health – przekonują polscy naukowcy.

Autorzy z Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu (UMP) przedstawili swoją argumentację na łamach „Frontiers in Environmental Science”.

One Health, czyli Jedno Zdrowie, to koncepcja, która zaczęła się formować na początku XXI w., a dziś rozwijają ją wspólnie Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa (FAO), Program Narodów Zjednoczonych ds. Środowiska (UNEP) oraz Światowa Organizacja Zdrowia Zwierząt (WOAH).

Opiera się na założeniu, że zdrowie ludzi jest ściśle związane ze zdrowiem zwierząt i stanem środowiska, dlatego problemy takie jak choroby odzwierzęce, oporność drobnoustrojów na leki czy degradacja ekosystemów powinny być rozpatrywane łącznie.

Do tej pory właśnie te zagadnienia znajdowały się w centrum koncepcji. Zdaniem polskich naukowców zbyt mało uwagi poświęcano temu, co je łączy, czyli produkcji żywności.

– W naszej pracy proponujemy włączenie w ramy One Health diety roślinnej, bo może ona jednocześnie realizować niemal wszystkie jej cele: wspierać zdrowie ludzi i dobrostan zwierząt oraz ograniczać antybiotykooporność, ryzyko chorób odzwierzęcych i presję na środowisko – wyjaśniła w rozmowie z PAP Anna Choręziak ze Szkoły Doktorskiej UMP, główna autorka publikacji.

Jak dodała, nie chodzi jedynie o znany od dawna związek diety z chorobami sercowo-naczyniowymi, cukrzycą i otyłością. Zależności zaczynają się bowiem już na etapie produkcji żywności.

Na przykład w hodowlach przemysłowych wiele zwierząt przebywa na niewielkiej przestrzeni. – Lochy czy kury przetrzymywane są w tak ciasnych klatkach, że nie mogą się obrócić. Przewlekły stres, złe warunki i liczne rany mogą osłabiać ich odporność, przez co stają się bardziej podatne na zakażenia – wyjaśniła Anna Choręziak.

Ryzyko rozprzestrzeniania zakażeń zwiększa też kontakt pracowników z dużą liczbą zwierząt, przenoszenie drobnoustrojów między hodowlą a środowiskiem przez dzikie ptaki, gryzonie i owady oraz transport zwierząt na duże odległości. Jak zaznaczyli badacze z UMP, o skali problemu świadczy fakt, że ok. 75 proc. chorób zakaźnych człowieka, które pojawiły się w ostatnich dekadach, ma pochodzenie odzwierzęce.

Z intensywną produkcją zwierzęcą wiąże się też duże zużycie antybiotyków. Według danych przytaczanych przez autorów odpowiada ona za niemal trzy czwarte ich globalnego wykorzystania i sprzyja powstawaniu antybiotykooporności.

Kolejną kwestią jest to, że produkcja mięsa ma ogromny wpływ na klimat oraz zasoby ziemi i wody. Najbardziej widocznym przykładem jest czerwone mięso. – Średni ślad wodny produkcji kilograma wołowiny to ok. 15,4 tys. litrów, a kilograma soczewicy tylko 1,25 tys. litrów – powiedziała badaczka.

Zmniejszenie zapotrzebowania na mięso mogłoby też ograniczyć presję na wycinkę lasów i degradację innych ekosystemów naturalnych. Obecnie ponad 75 proc. światowej produkcji soi przeznacza się na paszę dla zwierząt, podczas gdy jedynie ok. 6 proc. trafia bezpośrednio na nasze talerze. Ograniczenie hodowli zwierząt zmniejszyłoby więc zapotrzebowanie zarówno na grunty wykorzystywane jako pastwiska, jak i na tereny przeznaczane pod uprawę roślin paszowych. Autorka zwróciła też uwagę na duży ślad węglowy hodowli przeżuwaczy, związany m.in. z emisją metanu podczas trawienia. Nieco niższe są emisje z produkcji jaj, nabiału i wieprzowiny, jednak nadal pozostają wyższe niż w przypadku strączków i innych produktów roślinnych.

– Z kolei kury należą do najliczniej hodowanych zwierząt na świecie, dlatego ich łączny wpływ środowiskowy także pozostaje bardzo duży. I nie należy pomijać ryb – tu presja dotyczy ekosystemów wodnych, wykorzystania paszy w akwakulturze oraz ryzyka rozprzestrzeniania się chorób – przypomniała.

Jak podkreśliła, nie oznacza to, że jedynym rozwiązaniem jest przejście całego społeczeństwa na weganizm.

– Nie ma takiej konieczności. Dla części osób dieta wegańska może być dobrym wyborem. Ważne by była prawidłowo zbilansowana, wtedy może być stosowana różnym wieku i na różnych etapach życia, w tym przez kobiety w ciąży i karmiące, dzieci, osoby starsze czy sportowców. Jednak równie ważnym kierunkiem jest po prostu ograniczanie spożycia produktów odzwierzęcych i zwiększanie udziału żywności roślinnej w diecie – powiedziała.

– Światowe rekomendacje mówią, że spożycie 300-600 g mięsa tygodniowo jest wystarczające, tymczasem w Europie zjadamy go nawet 1,5 kg, czyli 2,5 razy więcej. A badania wskazują, że zmniejszenie o połowę udziału produktów odzwierzęcych w diecie może ograniczyć związane z nią emisje gazów cieplarnianych o 30-50 proc. – dodała.

Taka zmiana przynosi korzyści również zdrowiu, kluczowe jest jednak, czym zastępujemy mięso, nabiał i jaja. Udowodniono, że dobrze skomponowane diety roślinne obniżają ryzyko chorób sercowo-naczyniowych, cukrzycy typu 2 i niektórych nowotworów, a także sprzyjają utrzymaniu prawidłowej masy ciała, ciśnienia tętniczego, stężenia glukozy i profilu lipidowego.

Sama etykieta „roślinny” nie gwarantuje jednak, że produkt jest zdrowy. Podstawą jadłospisu powinny być rośliny strączkowe, warzywa, owoce, pełne ziarna, orzechy i nasiona, a także odpowiednie zbilansowanie witamin B12 i D, wapnia, żelaza, jodu, cynku i kwasów omega-3.

– Jeśli naszym głównym wyborem będą bezmięsne produkty wysokoprzetworzone albo po prostu wykluczymy odzwierzęce źródła białka i nie zastąpimy ich odpowiednimi źródłami roślinnymi, nie będzie to zdrowa ani zbilansowana dieta – wytłumaczyła badaczka.

Poza tym, jak dodała, trzeba mieć świadomość, że żywność roślinna także może prowadzić do wylesiania, nadmiernego zużywania wody i utraty bioróżnorodności. Ostateczny efekt zależy bowiem nie tylko od rodzaju produktu, ale też miejsca i sposobu jego wytwarzania.

Dlatego autorzy nie chcą przerzucać całej odpowiedzialności za zmianę systemu żywnościowego na konsumentów. Uważają, że potrzebne są zmiany w oficjalnych zaleceniach żywieniowych i żywieniu zbiorowym, edukacja, wsparcie rolników w produkcji roślin wysokobiałkowych oraz inwestycje w nowe źródła białka i technologie, w tym mięso hodowane komórkowo.

Zmiany te nie muszą wyglądać tak samo w każdym kraju. Powinny uwzględniać lokalną produkcję żywności, jej ceny, dostępność oraz tradycje kulinarne.

– Najważniejsza zmiana polega na tym, by przestać traktować sposób żywienia wyłącznie jako prywatną sprawę konsumenta. Jeżeli system żywnościowy wpływa jednocześnie na choroby przewlekłe i zakaźne, antybiotykooporność, klimat, wodę, bioróżnorodność oraz dobrostan zwierząt, to polityka żywieniowa staje się także polityką zdrowotną – podsumował współautor pracy prof. Piotr Rzymski.

Źródło: Nauka w Polsce

Śpij lepiej, ruszaj się więcej, zdrowiej jedz, mniej scrolluj, rozwijaj się, dbaj o relacje. Wellbeing ma pomagać nam lepiej o siebie zadbać. W praktyce łatwo jednak zamienić go w kolejną, długą listę rzeczy do odhaczenia na już. Wtedy, zdaniem ekspertów, może zniechęcać i przytłaczać. Jak dbać o siebie uważnie i bez nadmiernej presji, ale regularnie? Jaką rolę w tym wszystkim może odegrać technologia?

8 września obchodzony jest Światowy Dzień Wellbeingu.¹ To dobra okazja, żeby spojrzeć na dobrostan nie jak na modne hasło, ale jak na codzienne pytanie: czego potrzebuję, aby funkcjonować lepiej, spokojniej i bardziej świadomie?

Według badania Multi.Life 88 proc. Polaków martwi się o stan swojego zdrowia, a ponad 4 na 10 często lub bardzo często odczuwa z tego powodu stres. Jednocześnie 43 proc. badanych deklaruje, że chciałoby nauczyć się lepszego dbania o zdrowie fizyczne, a 36 proc. chciałoby zdobyć więcej wiedzy w zakresie profilaktyki zaburzeń zdrowia psychicznego.² W innym badaniu Multi.Life blisko co trzeci Polak – 28 proc. – wskazał również, że chciałby nauczyć się zasad świadomego i zdrowego odżywiania.³

– Za tymi danymi stoją bardzo codzienne potrzeby: jak lepiej spać, jak radzić sobie ze stresem, jak wrócić do ruchu albo kiedy warto porozmawiać ze specjalistą? Dlatego rozmowa o dobrostanie coraz rzadziej sprowadza się do jednego, ogólnego zalecenia. Powinna dotyczyć ułożenia priorytetów i wyboru pierwszego kroku, który jest realny dla konkretnej osoby – przekonuje dr hab. n. med. Andrzej Silczuk, psychiatra, ekspert Multi.Life i dodaje:

– W rozmowie o dobrostanie łatwo niechcący uruchomić mechanizm presji. Człowiek słyszy, że powinien lepiej spać, więcej się ruszać, zdrowiej jeść, ograniczyć ekran, zadbać o relacje i jeszcze znaleźć czas na rozwój. Każda z tych rekomendacji jest potrzebna, ale razem mogą zabrzmieć jak kolejna lista wymagań, dlatego warto wprowadzać zmiany gradacyjnie. Jeżeli ktoś jest już przeciążony, taka lista nie zawsze motywuje. Czasem tylko wzmacnia poczucie, że znowu sobie z czymś nie radzi – mówi.

Dobrostan to system naczyń połączonych

World Happiness Report 2026 opisuje dobrostan szeroko. Uwzględnia relacje i zaufanie. Ważne miejsce zajmują w nim również zdrowie, poczucie wpływu oraz środowisko cyfrowe. Raport nie sprowadza więc tematu do jednej prostej praktyki ani jednego czynnika. Wskazuje raczej na warunki codziennego życia, które wpływają na to, jak ludzie oceniają własne funkcjonowanie.⁴

Podobne szerokie ujęcie pojawia się w raporcie „Dobrostan Polek i Polaków”, przygotowanym przez infuture.institute na zlecenie Benefit Systems. Autorzy opisują dobrostan przez sześć obszarów: zdrowie fizyczne i psychiczne, wewnętrzny spokój, komfort życia, relacje oraz kontakt z naturą. Średnia wartość dobrostanu Polek i Polaków wyliczona na podstawie Wellbeing Score wynosi 4,9/10.⁵

– To, że na dobrostan składa się wiele obszarów, nie oznacza, że w każdym momencie trzeba zajmować się nimi wszystkimi jednocześnie. Potrzeby zmieniają się wraz z sytuacją, etapem życia czy poziomem obciążenia. Czasem potrzebujemy działania, a czasem odpoczynku i odpuszczenia sobie – mówi dr Silczuk.

Telefon może rozpraszać, ale może też pomagać

Z badania Multi.Life wynika, że przebodźcowanie jest dziś jedną z głównych przyczyn stresu Polaków – wskazuje je 47 proc. badanych. Niemal tyle samo, bo 48 proc., mówi o nadmiarze obowiązków i braku czasu.²

– Nie demonizowałbym technologii jako takiej, choć często jako pierwsza przychodzi na myśl, gdy poszukujemy powodów gorszego samopoczucia czy zdrowia. Po całym dniu napięcia telefon może podtrzymywać nas w ciągłym pobudzeniu, jeśli staje się tylko źródłem kolejnych bodźców. Ale ten sam ekran może na przykład służyć kontaktowi, zdobywaniu wiedzy, treningowi czy dotarciu do konkretnego, potrzebnego w danym momencie specjalisty. Dlatego warto patrzeć nie tylko na czas spędzony online, ale przede wszystkim na to, po co sięgamy po technologię i co dzięki niej robimy. A przede wszystkim – jak czujemy się później. Tym bardziej, że to właśnie przestrzeń online wyrównuje dostęp do informacji i specjalistów – dodaje ekspert.

World Happiness Report 2026 pokazuje złożony obraz relacji między mediami społecznościowymi, technologią i dobrostanem. Znaczenie ma nie tylko czas spędzony online. Liczy się także rodzaj aktywności, kontekst korzystania z narzędzi cyfrowych oraz to, czy technologia wspiera relacje, wiedzę i poczucie wpływu.⁴

Mniej aplikacji, prostszy pierwszy krok

Technologia sprawiła, że narzędzia wspierające zdrowie i dobre nawyki możemy mieć zawsze przy sobie. To ona przypomina nam, że czas wstać i się rozruszać. Pomaga umówić rozmowę ze specjalistą, oszacować kaloryczność posiłku czy sprawdzić, jak spaliśmy. Dzięki technologii możemy też słuchać podcastów, w których głos zabierają specjaliści. W tym wszystkim łatwo się jednak zgubić, zwłaszcza gdy każda potrzeba oznacza kolejną aplikację, konto i powiadomienie. Zamiast ułatwiać dbanie o siebie, czasem nieświadomie dokładamy sobie kolejne decyzje i z czasem zniechęcamy się do korzystania z dostępnych rozwiązań.

Badanie Talker Research przeprowadzone online na zlecenie MD Live by Evernorth wśród 2 tys. ubezpieczonych dorosłych Amerykanów korzystających z aplikacji i narzędzi zdrowotnych pokazuje, że przeciętny respondent regularnie używa sześciu takich aplikacji, a 22 proc. – co najmniej dziesięciu. 57 proc. korzysta z narzędzi monitorujących aktywność fizyczną, 39 proc. z aplikacji żywieniowych, a 37 proc. z rozwiązań do monitorowania snu. Ponad połowa badanych – 53 proc. – uważa, że aplikacji zdrowotnych jest zbyt wiele, by nad nimi nadążać, a 45 proc. deklaruje, że co tydzień odczuwa wypalenie związane z koniecznością uzupełniania i śledzenia danych. Jednocześnie 91 proc. twierdzi, że narzędzia zdrowotne poprawiły ich rozumienie funkcjonowania własnego organizmu, choć 40 proc. przyznaje, że nie wie, jak najlepiej wykorzystywać je w praktyce.⁶

– Mnogość wykorzystywanych rozwiązań może prowadzić do chaosu, co czyni dbanie o dobrostan jeszcze trudniejszym. Poszukując rozwiązań technologicznych, które mogą wesprzeć nas w dbaniu o siebie, warto zatem zwracać uwagę na ich kompleksowość. Dziś na rynku odnaleźć można rozwiązania, które łączą monitorowanie elementów zdrowego stylu życia, takich jak aktywność fizyczna czy sposób odżywiania, z możliwością skorzystania z wiedzy i konsultacji eksperckich. Warto poszukiwać tych, które w ramach jednego narzędzia pokażą nam, jak dziś wygląda nasz styl życia, i pomogą realnie wprowadzić oczekiwane zmiany. Narzędzia ukierunkowane na efektywne doświadczenie użytkownika mogą pomóc określić cel oraz rekomendować odpowiednie funkcjonalności, by wspierać w jego osiąganiu – mówi Izabela Nasiłowska-Włodarek, Business Development Director w Benefit Systems S.A., odpowiedzialna za rozwój platformy wellbeingowej Multi.Life.

Dobrostan nie wymaga perfekcji

Dbanie o siebie nie musi być kolejnym projektem naprawczym prowadzonym pod presją. Można wprowadzać mikrozmiany, wyznaczać priorytety, ale też zostawić miejsce na odpoczynek, przyjemność czy czas, który nie służy realizacji żadnego celu.

– Dbanie o siebie nie powinno oznaczać nieustannego poprawiania siebie. Są momenty, kiedy potrzebujemy działania, zmiany nawyku czy profesjonalnego wsparcia, ale są też takie, kiedy najbardziej potrzebny jest odpoczynek. Dobrostan nie polega na tym, żeby wszystko robić idealnie. Raczej na tym, żeby potrafić zauważyć własną potrzebę i odpowiedzieć na nią bez dokładania sobie kolejnej presji – podsumowuje dr Andrzej Silczuk.

Źródło: inf pras

Od 1 września 2026 r. zmienią się zasady żywienia dzieci i młodzieży w szkołach i przedszkolach. Nowe wymagania obejmą zarówno posiłki przygotowywane w stołówkach, jak i produkty sprzedawane w szkolnych sklepikach. Eksperci zwracają uwagę, że zmiany mają nie tylko poprawić jakość diety najmłodszych, ale także pomóc w kształtowaniu zdrowszych nawyków żywieniowych na przyszłość.


Czy szkolny i przedszkolny obiad może być narzędziem walki o zdrowie przyszłych pokoleń i jednocześnie odpowiedzią na kryzys klimatyczny? Nowe rozporządzenie Ministerstwa Zdrowia dotyczące żywienia dzieci i młodzieży pokazuje, że te dwa cele nie muszą się wykluczać. Zmiany obejmą nie tylko ofertę szkolnych i przedszkolnych stołówek, ale także asortyment sklepików szkolnych. Coraz więcej dowodów naukowych wskazuje, że dieta dobra dla człowieka może być jednocześnie dietą bardziej przyjazną dla planety.

To właśnie dlatego jednym z najważniejszych elementów nowych regulacji jest wprowadzenie do szkolnych i przedszkolnych stołówek założeń diety planetarnej. Nie oznacza ona rezygnacji z mięsa, ale zmianę proporcji na talerzu: więcej produktów roślinnych, warzyw, owoców, produktów pełnoziarnistych i roślin strączkowych oraz bardziej świadome podejście do produktów pochodzenia zwierzęcego.

– Wprowadzenie roślinnej potrawy na bazie nasion roślin strączkowych w ramach obiadu w żywieniu zbiorowym dzieci to ważna zmiana, która odpowiada aktualnej wiedzy dotyczącej zdrowego żywienia. Dieta oparta na większym udziale produktów roślinnych, przy zachowaniu odpowiedniego zbilansowania, może przynosić korzyści zdrowotne i wspierać kształtowanie prawidłowych nawyków żywieniowych od najmłodszych lat – mówi dr Katarzyna Wolnicka, ekspertka think tanku Żywność dla Przyszłości i dodaje – Nauka coraz wyraźniej pokazuje, że sposób, w jaki komponujemy nasze posiłki, ma znaczenie nie tylko dla zdrowia jednostki, ale także dla kondycji środowiska. Badania dotyczące diety planetarnej wskazują, że zwiększenie udziału żywności pochodzenia roślinnego i ograniczenie nadmiernego spożycia produktów zwierzęcych może zmniejszać ryzyko chorób przewlekłych, a jednocześnie ograniczać emisję gazów cieplarnianych wynikającą z produkcji żywności.

Maksymalnie dwa mięsne obiady w tygodniu

Nowe przepisy zakładają ograniczenie liczby obiadów mięsnych do dwóch w tygodniu oraz odejście od produktów wysoko przetworzonych na rzecz mięsa świeżego i lepszej jakości. To ważna zmiana, ponieważ nie chodzi wyłącznie o ilość mięsa, ale także o jego stopień przetworzenia i miejsce w codziennej diecie dziecka. Jednocześnie nowe regulacje uwzględniają potrzeby dzieci pozostających na dietach roślinnych. Wprowadzają obowiązek zapewnienia im alternatywnej potrawy obiadowej bez produktów odzwierzęcych w dniach, w których pozostali uczniowie otrzymują obiad zawierający mięso lub rybę.

Kierunek zmian przewidzianych w rozporządzeniu jest spójny z wnioskami przedstawionymi w raporcie „Talerz Przyszłości” opracowanym w 2023 roku przez ekspertów think tanku. Autorzy wskazywali w nim na potrzebę zwiększania udziału warzyw, owoców, produktów pełnoziarnistych i roślin strączkowych w codziennej diecie oraz ograniczania nadmiernego spożycia mięsa i żywności wysoko przetworzonej.

Więcej produktów roślinnych i pełnoziarnistych

Równocześnie rozporządzenie wzmacnia wymagania dotyczące jakości całego żywienia zbiorowego. Placówki mają zwracać większą uwagę na produkty sezonowe i – w miarę możliwości – lokalne, a także pochodzące z produkcji ekologicznej.

– Szczególnie istotne jest, aby zaopatrzenie szkolnych stołówek było zapewniane na lokalnym rynku produktów ekologicznych, pochodzących z lokalnych gospodarstw ekologicznych. Lokalność wzmacnia lokalny rynek i pozwala zmniejszać ślad węglowy związany z transportem żywności. Produkcja ekologiczna oznacza natomiast żywność najwyższej jakości, pozbawioną pozostałości, które mogą być niepożądane dla młodych ludzi, a jednocześnie jest przyjazna dla klimatu i różnorodności biologicznej – podkreśla dr hab. inż. Zbigniew Karaczun, profesor w Katedrze Ochrony Środowiska i Dendrologii SGGW w Warszawie, ekspert think tanku Żywność dla Przyszłości.

Natomiast prof. dr hab. Ewelina Hallmann, Katedry Żywności Funkcjonalnej i Ekologicznej Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, ekspertka think tanku Żywność dla Przyszłości dodaje –Zwiększenie dostępności owoców i warzyw pochodzących z certyfikowanej produkcji ekologicznej w szkołach i przedszkolach wpisuje się zarówno w założenia zdrowego żywienia, jak i ideę zrównoważonego systemu żywnościowego. Wprowadzanie żywności ekologicznej do żywienia dzieci może być nie tylko elementem profilaktyki zdrowotnej i edukacji żywieniowej, ale także praktycznym sposobem kształtowania od najmłodszych lat świadomości dotyczącej wpływu wyborów żywieniowych na środowisko i przyszłość naszej planety.

Mniej cukru, soli i żywności wysoko przetworzonej

Jednym z głównych celów nowego rozporządzenia jest poprawa jakości żywienia dzieci i młodzieży oraz przeciwdziałanie narastającemu problemowi nadwagi i otyłości, które należą dziś do najważniejszych wyzwań zdrowia publicznego wśród najmłodszych.

– Na uwagę zasługuje także ograniczenie cukru w żywieniu dzieci. Nowe regulacje określają wymagania dotyczące zawartości cukru, soli i tłuszczu w produktach dostępnych w sklepikach szkolnych oraz stosowanych w żywieniu zbiorowym. Zmniejszenie ilości cukrów dodanych, ograniczenie produktów o niskiej wartości odżywczej, a także wskazanie wody jako podstawowego napoju i źródła nawodnienia to działania, które mogą realnie wspierać kształtowanie zdrowszych nawyków żywieniowych oraz zmniejszać ryzyko rozwoju nadwagi i otyłości już od najmłodszych lat – komentuje dr Katarzyna Wolnicka.

Ma to szczególne znaczenie w kontekście rosnącego problemu nadwagi i otyłości wśród najmłodszych. Jak wskazuje raport „Rola produktów mlecznych w przeciwdziałaniu nadwadze i otyłości”, opracowany przez Związek Polskich Przetwórców Mleka (ZPPM), dzieci spożywające fermentowane produkty mleczne co najmniej raz dziennie znacznie rzadziej zmagały się z nadwagą lub otyłością niż ich rówieśnicy, którzy sięgali po nie rzadziej (odpowiednio 3% i 11%). Wyniki te potwierdzają, że odpowiednio dobrane produkty mleczne mogą być ważnym elementem zdrowego modelu żywienia dzieci.

Więcej elastyczności dla różnych potrzeb żywieniowych

Rozporządzenie umożliwia zastąpienie części produktów mlecznych wzbogacanymi w wapń i witaminę B12 napojami roślinnymi. Jednocześnie podkreśla znaczenie zapewnienia odpowiedniej liczby porcji produktów mlecznych lub ich wzbogacanych alternatyw w żywieniu przedszkolnym, między innymi ze względu na rolę wapnia w rozwoju dzieci. To rozwiązanie odpowiada na potrzeby dzieci z dietami eliminacyjnymi, a jednocześnie wymaga odpowiedniej jakości i wartości odżywczej wybieranych zamienników.

Zwiększona ma być proporcja produktów zbożowych pełnoziarnistych (razowe pieczywo, pełnoziarniste kasze), które są źródłem błonnika i większej ilości witamin i składników mineralnych niże te z niepełnego przemiału ziarna. Warzywa i owoce mają stanowić ważną część każdego posiłku z przewagą warzyw. Również te wymagania wpisują się w założenia diety planetarnej i odpowiadają na potrzeby żywieniowe a tym samym zdrowotne najmłodszych.

Nowe zasady mają kształtować nawyki na lata

Nowe rozporządzenie nie zmienia jedynie menu w stołówkach. Zmienia sposób myślenia o żywieniu dzieci, pokazując, że zdrowie człowieka i zdrowie planety są ze sobą nierozerwalnie związane. Ten kierunek jest spójny z wnioskami zeszłorocznego raportu think tanku „Ile naprawdę kosztuje produkcja żywności? Koszty środowiskowe i zdrowotne”, który wskazuje, że decyzje żywieniowe wpływają nie tylko na zdrowie publiczne, lecz także na środowisko. Dlatego zwiększenie udziału produktów roślinnych i poprawa jakości żywności mogą przynosić korzyści wykraczające poza sam talerz.

Zmiana nawet jednego posiłku w tygodniowym jadłospisie szkolnych i przedszkolnych stołówek, realizowana w skali całego systemu żywienia zbiorowego, może mieć znaczenie dla ograniczania środowiskowego śladu żywności, a jednocześnie wspierać kształtowanie zdrowych nawyków żywieniowych dzieci. Zdrowie dzieci i zdrowie planety zaczynają się od tych samych decyzji.

Źródło: mat. pras.

Od 1 września 2026 r. w szkołach i przedszkolach zaczną obowiązywać nowe zasady żywienia dzieci i młodzieży. W stołówkach ma pojawić się więcej warzyw, owoców, produktów pełnoziarnistych i potraw roślinnych, a mniej cukru, soli i wysoko przetworzonej żywności. Zmiany obejmą również ofertę sklepików szkolnych i automatów vendingowych.

Nowe przepisy wynikają z rozporządzenia Ministra Zdrowia z 16 lutego 2026 r., które zastąpi regulacje obowiązujące od 2016 r. Obejmą przedszkola, szkoły oraz inne jednostki systemu oświaty, w których prowadzone jest żywienie dzieci i młodzieży lub sprzedaż żywności.

Jak podkreśla Główny Inspektorat Sanitarny, celem zmian jest nie tylko poprawa jakości posiłków podawanych dzieciom, ale również kształtowanie zdrowych nawyków żywieniowych. Szkoła i przedszkole są miejscami, w których dzieci spędzają znaczną część dnia, dlatego dostępna tam żywność może mieć istotny wpływ na ich codzienną dietę.

Co zmieni się w szkolnych stołówkach?

Jedną z najważniejszych zmian będzie zwiększenie udziału produktów pochodzenia roślinnego.

W posiłkach częściej mają pojawiać się warzywa, owoce, produkty pełnoziarniste i nasiona roślin strączkowych. Warzywa lub owoce powinny być obecne w każdym posiłku, przy czym preferowane mają być warzywa.

Co najmniej raz w tygodniu w jadłospisie ma znaleźć się potrawa z nasion roślin strączkowych niezawierająca produktów odzwierzęcych. Minimum dwa razy w tygodniu zupy powinny być przygotowywane na wywarze warzywnym. W ciągu tygodnia przewidziano również co najmniej jedną porcję ryby oraz dwie porcje świeżego mięsa. Liczba potraw smażonych od poniedziałku do piątku ma być ograniczona maksymalnie do dwóch.

Nowością jest także obowiązek uwzględniania potrzeb dzieci, które nie spożywają produktów pochodzenia zwierzęcego. Jeśli danego dnia serwowane jest mięso lub ryba, placówka powinna zapewnić również odpowiednią alternatywę roślinną.

Mniej cukru i woda jako podstawowy napój

Nowe regulacje ograniczają także ilość cukru dodawanego do napojów przygotowywanych na miejscu. Maksymalnie będzie można dodać 5 g cukru do 250 ml napoju, podczas gdy wcześniej limit wynosił 10 g.

Preferowanym napojem ma być woda.

W przypadku części produktów sprzedawanych w szkołach określono również maksymalne wartości cukru, soli i tłuszczu. Przykładowo produkty zbożowe mogą zawierać maksymalnie 10 g cukrów, 10 g tłuszczu i 1 g soli w 100 g produktu.

Co będzie można kupić w szkolnym sklepiku?

Przepisy określają katalog produktów, które będą mogły być sprzedawane w szkołach i przedszkolach, również w automatach vendingowych.

Wśród nich znajdują się m.in. kanapki, sałatki i surówki, mleko i produkty mleczne, produkty zbożowe, warzywa, owoce, niesolone i niesłodzone orzechy oraz nasiona, woda, soki i musy bez dodatku cukrów i substancji słodzących.

Dopuszczono także napoje roślinne oraz roślinne odpowiedniki produktów mlecznych, pod warunkiem że są wzbogacone co najmniej w wapń i witaminę B12. W sprzedaży będzie mogła znaleźć się również gorzka czekolada zawierająca minimum 70 proc. kakao.

Posiłki mają być bilansowane w dłuższej perspektywie

Nowe przepisy kładą większy nacisk nie tylko na pojedynczy obiad, ale na sposób komponowania całego jadłospisu.

Zalecane jest planowanie żywienia w cyklu 10-dniowym, co ma ułatwić ocenę różnorodności diety i jej zgodności z aktualnymi normami żywienia.

Znaczenie ma również kaloryczność. Jeżeli szkoła zapewnia wyłącznie obiad, posiłek jednodaniowy powinien dostarczać około 20 proc. dziennego zapotrzebowania na energię, a obiad dwudaniowy – około 30 proc. W placówkach zapewniających trzy posiłki dziennie powinny one pokrywać łącznie około 70–75 proc. zapotrzebowania energetycznego dziecka, ocenianego w ujęciu 10-dniowym.

Dieta planetarna – co właściwie oznacza?

W nowych przepisach pojawia się również odniesienie do zasad tzw. diety planetarnej. Nie chodzi o jedną ściśle określoną dietę ani o całkowitą rezygnację z produktów pochodzenia zwierzęcego.

To model żywienia, w którym większą rolę odgrywają produkty roślinne – przede wszystkim warzywa, owoce, pełne ziarna, nasiona i rośliny strączkowe – przy jednoczesnym ograniczaniu nadmiernego udziału części produktów odzwierzęcych i wysoko przetworzonej żywności.

Założeniem jest połączenie korzyści zdrowotnych z bardziej zrównoważonym wykorzystaniem zasobów środowiska.

Ministerstwo Zdrowia wskazuje, że jednym z najbardziej widocznych elementów tej zmiany będzie stała obecność w szkolnym menu obiadu opartego na roślinach strączkowych.

Czy rodzic nadal może dać dziecku własne jedzenie?

Tak. Nowe regulacje dotyczą żywności oferowanej i przygotowywanej na terenie placówek oświatowych.

Nie regulują natomiast zawartości śniadaniówki przygotowanej w domu. Rodzice nadal decydują, jakie posiłki i przekąski dziecko zabiera ze sobą do szkoły.

Sanepid będzie kontrolował przestrzeganie nowych zasad

Państwowa Inspekcja Sanitarna sprawuje nadzór nad żywieniem w placówkach oświatowych. Jak podał GIS, w 2025 r. skontrolowano 14 426 obiektów żywności i żywienia działających w jednostkach systemu oświaty, a w zdecydowanej większości wymagania były realizowane prawidłowo.

Po wejściu nowych przepisów inspekcja będzie sprawdzać m.in. zgodność jadłospisów z normami żywienia oraz wymaganiami dotyczącymi jakości i częstotliwości podawania określonych grup produktów.

Rozporządzenie Ministra Zdrowia zostało ogłoszone 20 lutego 2026 r. w Dzienniku Ustaw pod pozycją 197 i wejdzie w życie 1 września 2026 r.

Źródła: Główny Inspektorat Sanitarny, „Szkoła – przestrzeń zdrowego odżywiania. Od 1 września zmiany w sklepikach i stołówkach szkolnych”