Medicalpress

Ograniczenie kalorii, metformina, senolityki, modyfikacja mikrobiomu, a nawet przeprogramowanie komórek – naukowcy badają różne sposoby spowalniania starzenia. Na razie jednak „nie mamy cudownych metod” na długowieczność – zauważa prof. Zbigniew Gaciong.

Najdłużej żyjący ludzie przekraczają granicę 110 lat, a rekordzistka dożyła 122. roku życia. Naukowcy próbują ustalić, jak wpłynąć na tempo starzenia i wydłużyć ludzkie życie.

– To jest coś, czego ludzkość niewątpliwie chciałaby i czego oczekuje. Czyli tabletka, która po przyjęciu rozwiąże wszystkie problemy – mówił podczas 30. Festiwalu Nauki w Warszawie prof. Zbigniew Gaciong, specjalista chorób wewnętrznych i nadciśnienia tętniczego z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, rektor WUM w latach 2020–2024.

Jak podał, wśród rekordzistów długowieczności dominują kobiety. W 2026 r. najstarszą żyjącą osobą na świecie była 117-letnia Brytyjka. Rekord należy do Francuzki Jeanne Calment, która dożyła 122 lat. Prof. Gaciong zwrócił uwagę, że w jej rodzinie stosunkowo wiele osób osiągało zaawansowany wiek.

Naukowcy szukają źródeł długowieczności zarówno w genach, jak i stylu życia. Prof. Gaciong przypomniał o regionach, w których szczególnie wiele osób dożywa sędziwego wieku. Jak mówił, ich mieszkańców łączą m.in. codzienna aktywność, tradycyjny sposób życia, lokalna żywność oraz silne więzi rodzinne i społeczne. Ich dieta opiera się przede wszystkim na produktach roślinnych, z udziałem ryb i nabiału oraz ograniczeniem czerwonego mięsa.

W Japonii, gdzie żyje wielu stulatków, znaczenie może mieć również sposób funkcjonowania w społeczności – codzienne cele, działanie na rzecz innych i poczucie bycia potrzebnym.

Żyjemy dłużej, ale dłużej chorujemy

– Krótko mówiąc: umieramy później, ale za to dłużej chorujemy – powiedział prof. Gaciong.

Współczesne badania genetyczne, jak mówił, nadal wskazują, że na ryzyko zgonu większy wpływ ma styl życia i środowisko niż odziedziczone podłoże genetyczne. Jednym z najważniejszych czynników ryzyka przedwczesnej śmierci jest nadciśnienie tętnicze.

– Dzisiaj możemy bardzo precyzyjnie określić czynniki ryzyka przedwczesnych zgonów. (…) Numerem jeden jest nadciśnienie tętnicze – mówił.

Jak przypomniał, jeszcze kilkadziesiąt lat temu wzrost ciśnienia wraz z wiekiem uznawano za naturalny element starzenia. Późniejsze obserwacje pokazały jednak, że wysokie ciśnienie wiąże się z większym ryzykiem śmierci.

Prof. Gaciong przywołał badania społeczności prowadzących tradycyjny tryb życia, z dala od zachodniego modelu życia. Obserwowano u nich ciśnienie około 90/60 mm Hg, bardzo niskie stężenie cholesterolu i brak typowych zmian miażdżycowych.

– Jeśli członkowie plemion dżungli się cywilizują, czyli przechodzą na zachodni styl życia, ich ciśnienie tętnicze zmienia się i zmierzają prostą drogą do wartości typowych dla społeczeństw uprzemysłowionych – mówił prof. Gaciong.

Jak wskazał, obniżenie ciśnienia tętniczego o 5 mm Hg wiąże się z redukcją ryzyka chorób sercowo-naczyniowych.

Prof. Gaciong odniósł się też do przekonania, że niewielkie ilości czerwonego wina służą zdrowiu. Jak zaznaczył, współczesne wytyczne nie zalecają picia alkoholu dla korzyści zdrowotnych, a każda jego porcja może podnosić ciśnienie.

– Proszę bardzo pamiętać, że ten kieliszek czerwonego wina nie jest metodą profilaktyki zdrowotnej – podkreślił.

Prof. Gaciong przywołał również analizę spadku umieralności z powodu chorób układu krążenia w Polsce po 1990 r. Według niego ok. 5 proc. efektu wiązało się z nowoczesnym leczeniem zawału, a niemal 40 proc. – ze zmianami sposobu odżywiania i spadkiem stężenia cholesterolu.

Znaczenie ma również ruch. – Im większy mamy poziom wydolności fizycznej, tym dłuższy jest oczekiwany czas życia – powiedział profesor. Zastrzegł jednak, że bardzo duży wysiłek wyczynowy nie zawsze służy zdrowiu; u części sportowców wytrzymałościowych obserwuje się zmiany w sercu i zaburzenia rytmu.

Naukowcy próbują określać tzw. wiek biologiczny, m.in. za pomocą zegarów epigenetycznych wykorzystujących zmiany w regulacji DNA. Najwięcej danych o możliwości wpływania na starzenie nadal pochodzi jednak z badań na zwierzętach i komórkach.

W doświadczeniach na myszach ograniczenie kalorii wydłużało życie, choć interpretacja tych wyników budziła wątpliwości. Prof. Gaciong przywołał też obserwacje osób stosujących dietę dostarczającą ok. 1600 kcal dziennie. Nie wykazały one, że ludzie ci żyli dłużej, ale niektóre związane ze starzeniem zmiany w układzie sercowo-naczyniowym przebiegały u nich wolniej.

Innym kierunkiem są badania mikrobiomu. W doświadczeniach na zwierzętach przeniesienie mikrobiomu młodego osobnika do starego prowadziło do cofania niektórych procesów starzenia. Nie oznacza to jednak, że transplantacja mikrobioty jest terapią odmładzającą ludzi.

Badania Shinyi Yamanaki i Johna Gurdona pokazały, że dojrzałe komórki można przeprogramować do stanu komórek macierzystych. Dalsze eksperymenty wskazują na możliwość cofania niektórych cech starzenia komórek, ale problemem pozostaje bezpieczeństwo takiej ingerencji.

Badane są także metformina, stosowana w cukrzycy typu 2, oraz senolityki, które mają przyspieszać usuwanie starzejących się komórek.

– Nie są to badania, które mierzą długość życia człowieka. To jest poza możliwościami badaczy – podkreślił prof. Gaciong. Dlatego naukowcy wykorzystują pośrednie wskaźniki, m.in. biomarkery starzenia i zmiany epigenetyczne.

Prof. Gaciong przestrzegał też przed nieudowodnionymi metodami przeciwstarzeniowymi. – Nie ma danych, żeby którykolwiek z popularnych suplementów działał jako środek leczniczy czy odmładzający u zdrowych osób – powiedział.

Podkreślił również znaczenie profilaktyki. Jego zdaniem należy wykonywać te badania przesiewowe, w przypadku których wykazano korzyści zdrowotne.

– Niestety, wydłużenie naszego życia w dużej mierze jest w naszych rękach. Nie mamy tutaj cudownych metod. W największym stopniu zależy ono od naszego stylu życia, ale także od przestrzegania schematów zalecanych badań przesiewowych i szczepień – podsumował prof. Gaciong.

Źródło: Nauka w Polsce

Dezinformacja zdrowotna może sprawić, że chory na raka trafi do lekarza, kiedy na skuteczne leczenie będzie już za późno. Może też podważyć zaufanie do lekarzy i instytucji publicznych tak bardzo, że ludzie odmówią współpracy nawet w sytuacji realnego zagrożenia z zewnątrz – ostrzegli eksperci.

Rozmawiali o tym w piątek w Warszawie podczas debaty „Diagnoza z algorytmu, terapia z TikToka. Co zrobić z infodemią?”. W spotkaniu wzięli udział prof. Wiesław Jędrzejczak z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, prof. Dominik Batorski z Uniwersytetu Warszawskiego, Monika Waćkowska-Kabaczyńska z Głównego Inspektoratu Sanitarnego, prezes Stowarzyszenia Pravda Jakub Śliż, reporter Mirosław Wlekły oraz Paweł Nowacki, współzałożyciel Stowarzyszenia Praktyków Transformacji Cyfrowej.

Debata podsumowywała projekt „Snake Oil Nation: Investigating Pseudoscientific Health Practices in Poland”, poświęcony rosnącemu w Polsce rynkowi pseudonaukowych praktyk zdrowotnych. Jego autorzy badali, jak prywatne kliniki, influencerzy i marki sprzedają niepotwierdzone naukowo terapie i produkty oraz jak zdobywają zaufanie odbiorców.

W trakcie spotkania przytoczono dane z raportu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu pokazujące, że od stycznia 2025 r. do maja 2026 r. temat dezinformacji medycznej pojawił się w ponad 32 tys. publikacji w mediach, których łączny zasięg wyniósł ok. 2,6 mld. Na platformach społecznościowych odnotowano ponadto 347 tys. wpisów, które mogły dotrzeć łącznie do odbiorców ok. 850 mln razy. Dane obejmowały zarówno treści dezinformacyjne, jak i materiały je prostujące.

Prof. Dominik Batorski z UW zwrócił uwagę, że spora część dezinformacji medycznej jest motywowana ekonomicznie. W ramach projektu analizowano więc także reklamy produktów okołomedycznych. Jednoznacznie pseudonaukowe treści stanowiły tylko kilka procent z nich, ale osiągały ogromne zasięgi, a część reklam znikała dopiero wtedy, gdy zdążyła już dotrzeć do odbiorców.

Ekspert zauważył jednak, że problem nie ogranicza się do najbardziej oczywistych przykładów pseudonauki. – Mamy całkiem sporą szarą strefę produktów, które są produktami okołomedycznymi i ich stosowanie ma pewne korzyści, ale są reklamowane w sposób, który jest problematyczny – powiedział.

Jak wyjaśnił, chodzi m.in. o obietnice niemające pokrycia w faktach. Na samych platformach należących do Meta badacze znaleźli dziesiątki tysięcy tego typu reklam. Zdaniem prof. Batorskiego jednym ze sposobów walki z dezinformacją powinna być demonetyzacja takich treści. Potrzebna jest też większa odpowiedzialność platform za rozpowszechnianie fałszywych informacji.

Naukowiec podkreślił też, że poszczególne środowiska powinny skuteczniej reagować na pseudonaukowe praktyki we własnych szeregach. Dotyczy to nie tylko lekarzy, ale także mediów, którym – jak zauważył – zdarzało się promować osoby tworzące pseudomedyczne treści.

Jak podkreślił Mirosław Wlekły, który w ramach projektu przygotował reportaż o osobach korzystających z pseudonaukowych terapii, błędem jest przekonanie, że dezinformacji medycznej ulegają wyłącznie osoby słabo wykształcone lub mało krytyczne. Jej promotorzy często są charyzmatyczni i potrafią przekonać do siebie ludzi, którzy szukają pomocy w trudnej sytuacji. Dlatego ofiarą dezinformacji może stać się każdy, zwłaszcza gdy medycyna nie jest w stanie zaoferować mu (lub jego bliskim) prostego i pewnego rozwiązania.

– Te osoby pełnią rolę lekarzy, naukowców, spowiedników, psychologów. Ludzie z problemami zdrowotnymi szukają ratunku gdziekolwiek, a tu znajdują zazwyczaj stuprocentowe odpowiedzi. Nauka jest po prostu skomplikowana i mało w niej odpowiedzi: tak albo nie, białe albo czarne – powiedział.

Jak dodał, wejście w takie środowisko może prowadzić do przyjmowania kolejnych, coraz dalej idących teorii spiskowych. Zauważył, że treści pseudomedyczne często łączą się tam z narracjami prorosyjskimi, antyukraińskimi czy podważającymi zmiany klimatu.

Jakub Śliż ze Stowarzyszenia Pravda zwrócił uwagę na potrzebę przynależności. Wokół alternatywnych terapii tworzą się grupy ludzi, którzy wzajemnie się wspierają i spotykają także poza internetem. Jego zdaniem problem jest przez to niezwykle trudny do pokonania, bo jakakolwiek próba zewnętrznej interwencji może zostać odebrana jako atak i kolejny dowód na to, że „system” ich zwalcza.

Śliż mówił też, że fact-checkerzy są w trudniejszej sytuacji niż dezinformatorzy. Muszą sprawdzać źródła i tłumaczyć złożone zagadnienia, podczas gdy fałszywy przekaz może odwołać się do emocji i błyskawicznie rozprzestrzenić w internecie.

Prof. Wiesław Jędrzejczak wskazał, że pseudonauka często zyskuje wiarygodność dzięki językowi. Proste produkty i praktyki są opisywane za pomocą terminów brzmiących naukowo, co może sprawiać wrażenie, że stoją za nimi wiedza i badania. Jako przykłady podał „wodę modyfikowaną genetycznie” oraz określenie „suplement diety”, które brzmi znacznie bardziej specjalistycznie niż „dodatek do pożywienia”.

Monika Waćkowska-Kabaczyńska z GIS mówiła o ogromnej asymetrii między działaniem dezinformatorów i administracji publicznej. – Influencer może w ciągu 30 sekund nagrać film, puścić go na kanale i on zaczyna żyć, być podawany dalej, robić zasięgi. My każdą informację musimy zweryfikować, ustalić źródło, często skonsultować merytorycznie i prawnie. To zajmuje czas (…), bo za każdą informacją, którą wypuszczamy jako urząd, ktoś bierze odpowiedzialność prawną i służbową – wyjaśniła.

W jej opinii prawdziwe informacje są też przeważnie mniej atrakcyjne. Komunikat, że dowody naukowe nie potwierdzają skuteczności danej terapii, przegrywa emocjonalnie z historią człowieka, który twierdzi, że lekarze nie potrafili mu pomóc, ale zrobiła to określona metoda.

Waćkowska-Kabaczyńska podkreśliła też, że skutki dezinformacji mogą wykraczać daleko poza zakup suplementu. Może ona podważać zaufanie do lekarzy, urzędów i instytucji państwa, a w skrajnym przypadku prowadzić do odmowy współpracy także podczas realnego zagrożenia zewnętrznego.

Dlatego GIS stawia na edukację i budowanie odporności na dezinformację od najmłodszych lat. Prowadzi programy dla uczniów i seniorów, czyli grup szczególnie narażonych na fałszywe informacje.

Waćkowska-Kabaczyńska zwróciła również uwagę na potrzebę uproszczenia języka administracji. – Jeżeli administracja będzie się chowała za bardzo trudnym językiem, nie zbuduje zaufania. Dlatego prosty język jest kluczowy, żeby docierać do ludzi z jasnym przekazem. Musimy szkolić urzędników, bo przez lata nabyte przyzwyczajenie do mówienia ex cathedra i w trzeciej osobie bardzo trudno jest wyplenić – podkreśliła.

Żródło: Nauka w Polsce

Spektrum płodowych zaburzeń alkoholowych (FASD) jest dziś nazywane cichą epidemią XXI wieku. 9 września, czyli w Światowym Dniu Świadomości FASD, w Centrum Prasowym PAP spotkali się specjaliści, przedstawiciele świata medycznego, samorządów, instytucji publicznych i rządu, by porozmawiać o kolejnej odsłonie kampanii „Ciąża bez alkoholu”.

Głównym przesłaniem kampanii „Ciąża bez alkoholu” jest promowanie całkowitej abstynencji od alkoholu w czasie planowania ciąży oraz w jej trakcie, a także zwiększenie świadomości na temat spektrum płodowych zaburzeń alkoholowych. Mimo że świadomość dotycząca szkodliwości alkoholu rośnie, eksperci alarmują, że picie w ciąży to nadal realny problem. 

W badaniu Instytutu Matki i Dziecka oznaczenie etylglukuronidu (EtG) we włosach wskazało na spożywanie alkoholu w którymś okresie ciąży u 50,3 proc. badanych kobiet, a u 20,7 proc. – na zwiększenie spożycia między I i II albo II i III trymestrem. W badaniu ALICJA oszacowano, że FASD występowało u co najmniej 20 na 1000, czyli jednego na 50 badanych dzieci w wieku 7-9 lat.

„Bezwzględnie trzeba pamiętać o tym, że nie ma bezpiecznej dawki alkoholu dla kobiet w ciąży, ponieważ to zawsze stanowi zagrożenie dla dziecka. Alkohol to substancja toksyczna. W dalszym ciągu nie ma też systemowych rozwiązań w bardzo wielu obszarach” – powiedziała dr Bogusława Bukowska, dyrektorka Krajowego Centrum Przeciwdziałania Uzależnieniom.

Poinformowała również, że Krajowe Centrum Przeciwdziałania Uzależnieniom, a wcześniej Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, przygotowały standardy diagnostyczne z udziałem krajowych ekspertów: lekarzy, psychologów, neuropsychologów, którzy tą tematyką się zajmują. 

„Ale zastosowanie i upowszechnienie tych standardów, a przede wszystkim mapa placówek, które zajmowałyby się diagnozą i potem terapią dzieci z FASD, w dalszym ciągu jest dziurawa” – zwracała uwagę dr Bogusława Bukowska.

Ekspertka dodała, że bardzo często osoby dotknięte FASD nie są od razu diagnozowane. 

O niebagatelnym wpływie zasady 3×0 na rozwój płodu mówiła Jolanta Terlikowska, dyrektorka Fundacji Instytut Nowej Kultury. Zasada odnosi się do danych, które mówią o tym, że nie ma bezpiecznej dawki alkoholu dla kobiety w czasie ciąży, nie ma bezpiecznego rodzaju napoju alkoholowego, a także nie ma bezpiecznego momentu w trakcie trwania ciąży, kiedy alkohol mógłby być spożywany.

„To, co wyróżnia tegoroczną edycję kampanii, to zwrócenie uwagi, że odpowiedzialność nie spoczywa jedynie na kobiecie, ale również na jej partnerze, rodzinie, bliskich, specjalistach i instytucjach” – podkreślała Jolanta Terlikowska. 

Za „serce” kampanii uznano samorządy, które włączając się w akcję, mogą mieć realny wpływ na zwiększanie świadomości na temat FASD. Wiceprezydentka Warszawy Izabela Marcewicz-Jendrysik zadeklarowała pełną chęć współpracy na rzecz szerzenia profilaktyki i świadomości FASD. Podjęcie międzyresortowych działań w Sejmie zapowiedziała również obecna na konferencji posłanka Kinga Gajewska. 

O tym, jak istotne jest postawienie diagnozy bez jednoczesnej stygmatyzacji matki, mówiła z kolei dr Ewa Głuszczak-Idziakowska, pediatra i neonatolog z Kliniki Neonatologii i Chorób Rzadkich WUM. 

„Chciałabym, aby kobieta nie usłyszała tylko słów: nie pij, bo jesteś w ciąży, ale żeby miała takie niesamowite oparcie wśród osób, które jej towarzyszą. Ale i wśród osób ze służby zdrowia” – podkreślała. 

Eksperci byli zgodni co do tego, że zarówno profilaktyka, jak i późniejsze wsparcie osób z FASD oraz ich rodzin, powinno mieć charakter systemowy i obejmować władze centralne, samorządowe, edukację oraz środowisko medyczne. 

Źródło: PAP MediaRoom

Dwoje dzieci z ciężką niedomykalnością zastawki płucnej przeszło w Dziecięcym Szpitalu Klinicznym UCK WUM przezskórną implantację biologicznej zastawki. Oboje pacjenci mieli już wcześniej za sobą operacje kardiochirurgiczne. Tym razem lekarze dostali się do serca przez żyłę udową, dzięki czemu nie było konieczności ponownego otwierania klatki piersiowej. Dzieci po kilku dniach opuściły szpital w bardzo dobrym stanie.

To właśnie wcześniejsze operacje są jednym z najważniejszych elementów tej historii. W przypadku dzieci z niektórymi wrodzonymi wadami serca skuteczna operacja wykonana we wczesnym okresie życia nie zawsze oznacza koniec leczenia zabiegowego. Wraz z dorastaniem pacjenta i upływem czasu mogą pojawiać się problemy wymagające kolejnych interwencji. Jednym z nich jest istotna niedomykalność zastawki płucnej.

Przewlekły przeciek krwi przez niesprawną zastawkę zwiększa obciążenie prawej komory serca. W określonych sytuacjach konieczna staje się więc wymiana zastawki. Kluczowe pytanie brzmi jednak nie tylko „czy”, ale także „kiedy” i „w jaki sposób” przeprowadzić kolejną interwencję.

W przypadku dwóch pacjentów Dziecięcego Szpitala Klinicznego UCK WUM możliwe było zastosowanie metody przezskórnej. Biologiczną zastawkę wprowadzono do układu krążenia przez żyłę udową, a następnie za pomocą cewnika przemieszczono do serca i umieszczono w odpowiednim miejscu. Procedura wymaga zaawansowanego obrazowania i precyzyjnego zaplanowania, ale pozwala uniknąć klasycznego dostępu kardiochirurgicznego.

„To ogromny krok naprzód dla małych pacjentów, zwłaszcza tych, którzy wcześniej przeszli już operacje serca i wymagają kolejnych interwencji. Dzięki tej metodzie możemy uniknąć ponownego otwierania klatki piersiowej, a także skrócić czas hospitalizacji i rekonwalescencji” – mówi dr n. med. Krzysztof Godlewski, kierownik Pracowni Hemodynamicznej DSK UCK WUM.

Dla dziecka, które wcześniej przeszło już operację serca, różnica między kolejną sternotomią a zabiegiem wykonanym przez naczynie krwionośne ma szczególne znaczenie. Chodzi nie tylko o długość pobytu w szpitalu czy szybszy powrót do codziennego funkcjonowania. Leczenie wrodzonych wad serca trzeba rozpatrywać w perspektywie całego życia pacjenta. Każda kolejna interwencja powinna być więc planowana także z myślą o tym, jakie możliwości leczenia pozostawi na przyszłość.

Takie podejście wyraźnie widać w opublikowanym w 2026 r. międzynarodowym konsensusie dotyczącym wymiany zastawki płucnej u dzieci po korekcji tetralogii Fallota. Eksperci Society of Thoracic Surgeons, World Society for Pediatric and Congenital Heart Surgery oraz European Congenital Heart Surgeons Association podkreślają, że strategia powinna minimalizować łączną liczbę interwencji i związane z nimi ryzyko w ciągu całego życia, a jednocześnie chronić funkcję prawej komory oraz jakość życia dziecka.

Nie oznacza to jednak, że zabieg przezcewnikowy powinien automatycznie zastępować operację kardiochirurgiczną u każdego dziecka wymagającego wymiany zastawki płucnej. To istotne zastrzeżenie, zwłaszcza gdy informacje o małoinwazyjnych procedurach przedstawiane są jako prosta alternatywa dla operacji.

Tegoroczny konsensus wskazuje, że zarówno chirurgiczna, jak i przezcewnikowa wymiana zastawki mogą być dobrym rozwiązaniem, ale nie są równoważne w każdej sytuacji. Znaczenie mają m.in. anatomia drogi odpływu prawej komory, wielkość dziecka, dostęp naczyniowy, wcześniejsze operacje i przewidywane przyszłe interwencje. U mniejszych dzieci, zwłaszcza ważących poniżej 30 kg, oraz w przypadku niekorzystnej anatomii nadal preferowane może być leczenie chirurgiczne. Z kolei metoda przezcewnikowa może mieć szczególne znaczenie u pacjentów obciążonych wysokim ryzykiem kolejnej operacji.

Pozostaje także kwestia długoterminowych wyników. Eksperci zwracają uwagę, że w przypadku przezcewnikowej wymiany zastawki płucnej danych dotyczących bardzo odległych efektów jest nadal mniej niż w przypadku leczenia chirurgicznego. Jednym z powikłań wymagających obserwacji jest infekcyjne zapalenie wsierdzia. Dlatego małoinwazyjność nie może być jedynym kryterium wyboru metody.

W tym kontekście zabiegi przeprowadzone w Warszawie są ważne przede wszystkim jako poszerzenie możliwości leczenia dzieci, które już wcześniej wymagały interwencji kardiochirurgicznych. Nie chodzi o wyeliminowanie kardiochirurgii, ale o możliwość wyboru mniej obciążającej procedury tam, gdzie pozwalają na to anatomia i sytuacja kliniczna pacjenta.

Program przezskórnej implantacji zastawki płucnej u dzieci jest na WUM bardzo młody. Pierwszą taką procedurę zespół przeprowadził 15 kwietnia 2026 r. Kolejne dwa skuteczne zabiegi pokazują, że metoda zaczyna być wykorzystywana u następnych pacjentów.

Dla dzieci z wrodzonymi wadami serca rozwój takich technik ma znaczenie wykraczające poza pojedynczą hospitalizację. Współczesne leczenie coraz częściej nie kończy się na uratowaniu życia podczas pierwszej operacji. Jego kolejnym celem jest takie planowanie następnych interwencji, aby dziecko, a później dorosły pacjent, mogło przejść przez kolejne dekady życia z możliwie najmniejszym obciążeniem wynikającym z leczenia.

Źródło: WUM