Medicalpress

30 pacjentów przeszło dotąd w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu leczenie LDL-aferezą, a 22 pozostaje obecnie pod opieką ośrodka. Zabieg polega na usuwaniu z krwi cholesterolu LDL i jest przeznaczony dla chorych, u których standardowe leczenie nie przynosi wystarczających efektów.

LDL-afereza jest uzupełnieniem farmakoterapii u pacjentów, u których mimo stosowania leków nie udaje się osiągnąć zalecanego poziomu cholesterolu. Jak powiedział PAP kardiolog ŚCCS prof. Zbigniew Kalarus, chodzi o osoby z bardzo wysokim ryzykiem kolejnych zdarzeń sercowo-naczyniowych, m.in. zawału serca i udaru.

Podstawą leczenia podwyższonego poziomu cholesterolu są leki doustne, przede wszystkim statyny i ezetymib. U części pacjentów, u których nie przynoszą one wystarczającego efektu, stosuje się również leki biologiczne. Jeżeli mimo takiego postępowania nie udaje się osiągnąć celów terapeutycznych, można rozważyć LDL-aferezę.

– To nie jest metoda alternatywna dla farmakoterapii, ale jej uzupełnienie u tych chorych, u których standardowe leczenie nie przynosi oczekiwanych rezultatów – zaznaczył prof. Kalarus.

Dr Witold Streb, który zainicjował wdrożenie tej metody w Zabrzu, wyjaśnił, że potrzeba jej stosowania stała się widoczna wraz z rozwojem poradni lipidowej i wprowadzeniem nowoczesnych leków biologicznych. Do ośrodka zaczęło trafiać więcej osób z rodzinną hipercholesterolemią oraz wysokim stężeniem lipoproteiny Lp(a).

– Okazało się, że u części tych pacjentów nawet najnowsze, silnie działające leki praktycznie nie przynoszą efektu. Trzeba było zaproponować tym chorym coś innego. Jedyną pozostałą możliwością było leczenie zabiegowe – powiedział dr Streb.

Jak dodał, wśród 22 pacjentów obecnie leczonych w Zabrzu cztery osoby mają oporność na inne leki, a pozostali charakteryzują się bardzo wysokim stężeniem Lp(a) i zaawansowaną miażdżycą. Dla tej drugiej grupy nie ma obecnie dostępnych leków, które skutecznie obniżałyby poziom tej cząsteczki.

Zabieg polega na pobraniu krwi pacjenta, przepuszczeniu jej przez specjalny system, w którym usuwane są frakcje zawierające cholesterol LDL, a następnie zwróceniu krwi do organizmu. Procedura trwa około trzech godzin, wymaga wkłucia do żył i obserwacji pacjenta po jej zakończeniu.

W ŚCCS afereza jest wykonywana w ramach hospitalizacji jednodniowej. Pacjent jest przyjmowany rano, a jeśli zabieg przebiega prawidłowo i jego stan na to pozwala, jeszcze tego samego dnia wraca do domu. Terapię trzeba regularnie powtarzać, zazwyczaj co dwa tygodnie.

– Dysponujemy trzema stanowiskami do wykonywania zabiegów – powiedział prof. Kalarus. Zwiększenie liczby pacjentów wymagałoby większej liczby urządzeń oraz zaangażowania dodatkowych lekarzy i pielęgniarek.

Dr Streb dodał, że jest to leczenie długoterminowe, bez z góry określonego terminu zakończenia. Można je przerwać, jeśli pojawią się nowe, skuteczne możliwości farmakologiczne. Obecnie prowadzone są badania kliniczne nad kolejnymi lekami obniżającymi poziom lipidów.

Jak zaznaczył, afereza jest na ogół bezpieczna, ale nie każdy pacjent może z niej korzystać. Ograniczeniem bywają problemy z dostępem naczyniowym, czyli brak żył umożliwiających regularne pobieranie i zwracanie krwi. Podczas zabiegu konieczne jest również monitorowanie stanu pacjenta, m.in. ciśnienia tętniczego.

Według prof. Kalarusa w skali kraju kilka tysięcy osób może potencjalnie wymagać takiego leczenia. Wskazał, że wśród pacjentów z zawałem serca i zaawansowaną miażdżycą pozostaje grupa, u której mimo dostępnych metod nie udaje się uzyskać odpowiedniej kontroli cholesterolu. Obniżenie jego stężenia zmniejsza ryzyko kolejnych zdarzeń sercowo-naczyniowych.

ŚCCS było drugim ośrodkiem w Polsce, który wdrożył LDL-aferezę, po Gdańskim Uniwersytecie Medycznym. Obecnie zabiegi wykonują również ośrodki w Warszawie i Białymstoku. Zabrze jest jedynym takim ośrodkiem w południowej Polsce, a jego pacjenci pochodzą także z województw dolnośląskiego, opolskiego i świętokrzyskiego.

– Nadal jednak brakuje takich ośrodków w innych częściach kraju. Potrzebna jest większa sieć centrów lipidologicznych, które będą mogły wykonywać aferezę – ocenił dr Streb.

Pacjenci, którzy przebyli incydent sercowo-naczyniowy, a mimo stosowanego leczenia nadal mają wysokie stężenie LDL, mogą zostać skierowani przez prowadzącego lekarza na konsultację kardiologiczną. Ostateczna kwalifikacja do aferezy zależy od wyników badań, historii choroby i oceny, czy wyczerpano inne możliwości leczenia. (PAP)

Źródło: Nauka w Polsce

Codziennie sprawdzamy dziesiątki liczb – godzinę, temperaturę, kurs euro czy poziom baterii w telefonie. A czy wiemy, jaki mamy poziom cholesterolu? Zbyt wysoki cholesterol ma około 21 mln Polaków, czyli nawet 60-70% dorosłej populacji, a przez długi czas może on nie dawać żadnych objawów. 28 września rusza ogólnopolska kampania edukacyjna „Cholesterol. Poznaj swoje liczby”, która zachęca: zbadaj cholesterol, poznaj swój cholesterol LDL i sprawdź, co ta liczba mówi o Twoim zdrowiu.

Kampania jest realizowana w ramach Koalicji Liga Walki z Cholesterolem przez Polskie Towarzystwo Lipidologiczne oraz Fundację TO SIĘ LECZY. Jej celem jest zachęcenie Polaków do kontrolowania poziomu cholesterolu i poznania swojego LDL-C, który podwyższony odpowiada za proces miażdżycy. Równie istotnym zadaniem jest zwrócenie uwagi na inne ważne czynniki ryzyka sercowo-naczyniowego, które nierzadko towarzyszą podwyższonemu cholesterolowi.

W Polsce i Europie choroby sercowo-naczyniowe pozostają główną przyczyną zgonów (aż 160 tys. rocznie). Jednym z kluczowych modyfikowalnych czynników ich rozwoju są zaburzenia lipidowe. Najnowsze wyniki programu „Moje Zdrowie” wskazują, że 50% Polaków nigdy nie zbadało swojego cholesterolu, a z tych, którzy to zrobili, aż 18% ma poziom LDL-C ponad 190 mg/dl – leczy się tylko 22%. Najnowszy bilans zdrowia Polaków WOBASZ3 także pokazuje, że hipercholesterolemia dotyczy prawie 60 proc. Polaków i od 20 lat pozostaje ona jednym z najpowszechniejszych czynników ryzyka. Dlatego znajomość własnego poziomu cholesterolu – przede wszystkim LDL-C – jest ważnym elementem profilaktyki.

– Zbyt wysokie stężenie cholesterolu LDL przez lata może nie dawać żadnych objawów, a jednocześnie prowadzić do rozwoju miażdżycy i zwiększać ryzyko zawału, udaru czy choroby tętnic obwodowych. Niestety znajomość swojego stężenia cholesterolu z ostatnich 12 miesięcy zna tylko co 8. Polak. Dlatego tak ważne jest, aby poznać swoje stężenie LDL-C i nie czekać z badaniem na pierwszy sygnał choroby, której skutecznie potrafimy zapobiegać. Szczególnie, że obecnie, biorąc pod uwagę leczenie niefarmakologiczne, zmianę stylu życia oraz leki, potrafimy bardzo skutecznie radzić sobie z zaburzeniami lipidowymi. Pamiętajmy jednocześnie, że jeśli chcemy z sukcesem zapobiegać miażdżycy, musimy pamiętać też o innych składowych profilu lipidowego – nie-HDL, triglicerydach czy lipoproteinie(a) – o co zawsze powinniśmy także zapytać swojego lekarza.  – podkreśla prof. Maciej Banach, prezes Polskiego Towarzystwa Lipidologicznego, przewodniczący Międzynarodowego Panelu Ekspertów Lipidowych (ILEP).

Poznaj swój cholesterol

Kampania „Cholesterol. Poznaj swoje liczby” stawia cholesterol w centrum uwagi, ponieważ z zaburzeniami lipidowymi zmaga się dwóch na trzech mieszkańców naszego kraju. Mogą one długo pozostawać niezauważone, a ich wczesne wykrycie pozwala odpowiednio wcześnie podjąć działania prewencyjne. Warto znać nie tylko poziom LDL-C, którego wartość docelowa zależy od indywidualnego ryzyka sercowo-naczyniowego, ale także inne składowe profilu lipidowego i wiedzieć za co odpowiadają i co sami możemy zrobić by je poprawić.

– Z rozmów z pacjentami widzimy także, że problemem nie zawsze jest samo wykonanie badania. Czasem wynik trafia do szuflady, bo nie wiemy co oznacza, czy powinniśmy się nim przejmować i co zrobić dalej. Chcemy, żeby ta kampania pomagała przejść od samej liczby do świadomego działania. Zbadać cholesterol, poznać swój wynik, zrozumieć go i – jeśli jest taka potrzeba – wspólnie z lekarzem zdecydować o dalszym postępowaniu. Profilaktyka zaczyna się od wiedzy o własnym zdrowiu – mówi Marek Kustosz, prezes Fundacji TO SIĘ LECZY.

Cholesterol jest jednocześnie częścią większej układanki. Ciśnienie tętnicze, poziom glukozy czy nadmierna masa ciała nie funkcjonują w oderwaniu od niego. Poszczególne czynniki ryzyka mogą współwystępować i zwiększać swoje niekorzystne oddziaływanie, a przez długi czas nie powodować wyraźnych dolegliwości. Nierozpoznane i nieleczone stopniowo zwiększają ryzyko rozwoju miażdżycy oraz poważnych chorób i zdarzeń sercowo-naczyniowych, takich jak choroba wieńcowa, zawał serca, udar mózgu, czy choroba tętnic obwodowych.

Cholesterol i trzy inne liczby, które należy znać

Pierwsze pytanie brzmi: jaki jest mój poziom cholesterolu? Warto znać nie tylko cholesterol całkowity, ale przede wszystkim poziom LDL-C, a także nie-HDL-C, który przedstawia masę wszystkich cząsteczek lipidowych odpowiedzialnych za proces miażdżycy. Wartość docelowa zależy od indywidualnego ryzyka sercowo-naczyniowego. U osób zdrowych norma stężenia LDL wynosi poniżej 3,0 mmol/l (115 mg/dl). Kampania będzie zachęcała także, by każdy z nas sam sprawdził swoje ryzyko sercowo-naczyniowe.  Jest to bardzo łatwe dzięki powszechnie dostępnym online kalkulatorom ryzyka SCORE2. Wówczas dowiemy się, że możemy mieć ryzyko umiarkowane, wysokie czy bardzo wysokie, a wówczas stężenie LDL powinno wynosić odpowiednio <100, 70 czy 55 mg/dl.  

Polska zaświeci przykładem

W ramach kampanii 29 września, w Światowy Dzień Serca, podświetlone zostaną charakterystyczne budynki i obiekty użyteczności publicznej w różnych częściach Polski. W ten sposób miasta i instytucje włączą się w akcję, przypominając mieszkańcom o znaczeniu profilaktyki i regularnych badaniach. O liczbach, które naprawdę mają znaczenie, przypominać będą m.in. Filharmonia im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie, Enea Stadion w Poznaniu, Fontanna Neptuna w Gdańsku, Opera i Filharmonia Podlaska w Białymstoku, Kładka o. Bernatka w Krakowie, Pałac Kultury i Nauki oraz most Śląsko-Dąbrowski w Warszawie, Plac Litewski w Lublinie i Spodek w Katowicach.

Polska kampania częścią europejskiej inicjatywy

Termin rozpoczęcia kampanii nie jest przypadkowy. Jej start zbiega się ze Światowym Dniem Serca oraz Europejskim Tygodniem Badań Przesiewowych (EU Screening Week), organizowanym w ramach europejskiej inicjatywy Know Your Numbers powiązanej z EU Safe Hearts Plan. Wspólnym celem tych działań jest zwiększanie świadomości czynników ryzyka chorób sercowo-naczyniowych oraz zachęcanie do profilaktyki, regularnych badań i wczesnego wykrywania zagrożeń dla zdrowia. EU Safe Hearts Plan, zaprezentowany przez Komisję Europejską w grudniu 2025 r., jest pierwszym kompleksowym unijnym planem dotyczącym zdrowia sercowo-naczyniowego.

A zatem, czy znasz swój cholesterol by zadbać o swoje zdrowie tu i teraz?

Więcej informacji będzie dostępnych na stronie kampanii od 28 września www.cholesterol.poznajswojeliczby.pl

Po aktualności związane z wydarzeniami w ramach kampanii zapraszamy na profil FB Polskiego Towarzystwa Lipidologicznego: https://www.facebook.com/PTLipid oraz Fundacji TO SIĘ LECZY: https://www.facebook.com/ToSieLeczy

Żródło: inf pras

Na nadciśnienie tętnicze cierpi 32 proc. Polaków w wieku 20-75 lat i co dziesiąty między 20. i 35. rokiem życia – wynika z najnowszych badań WOBASZ III, przedstawionych w piątek podczas odbywającej się w Warszawie XXV Ogólnopolskiej Konferencji „Polka w Europie”.

Najnowszy raport potwierdził częste występowanie w naszej populacji nadciśnienia tętniczego (NT), za jakie uznaje się takie, które przekracza 130/80 mmHg. – Niepokojące jest, że rozpowszechnienie nadciśnienia, które dotyczy co najmniej jednej trzeciej dorosłej populacji, stale się zwiększa – powiedział dr hab. Piotr Jędrusik z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, który przedstawił wyniki badań.

WOBASZ III to najnowsza edycja Ogólnopolskiego Badania Stanu Zdrowia Ludności, realizowanego w latach 2025-2026. Jednym z jego głównych ustaleń jest występowanie nadciśnienie tętniczego i skuteczność jego leczenia, gdyż choroba ta znacznie zwiększa ryzyko chorób sercowo-naczyniowych, w tym zawałów serca i udarów mózgu, będących główną przyczyną zgonów.

– Niestety przewidujemy dalszy wzrost częstotliwości występowania nadciśnienia tętniczego – powiedział dr hab. Piotr Jędrusik z Katedry i Kliniki Chorób Wewnętrznych, Nadciśnienia Tętniczego i Angiologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Jednym z głównych tego powodów – podkreślił – jest narastanie nadwagi i otyłości w naszym społeczeństwie.

Specjalista powołał się na badania opublikowane przez pismo medyczne JAMA, z których wynika, że otyłość jest głównym czynnikiem ryzyka nadciśnienia. Powiedział, że w większym stopniu przyczynia się ona do zbyt dużego wzrostu ciśnienia tętniczego, aniżeli na przykład nadużywanie alkoholu.

Według JAMA przestrzeganie diety DASH (obniżającej ciśnienie tętnicze), zmniejsza ryzyko NT o 14 proc., a ograniczenie spożycia alkoholu poniżej 10 gramów alkoholu dziennie – o 10 proc. Prawidłowy wskaźnik masy ciała (BMI), czyli taki który nie przekracza 25 punktów, obniża ryzyko NT o 40 proc. Tymczasem ponad 18 mln dorosłych Polaków ma nadmierną masę ciała.

– Niepokojące jest, że w leczeniu nadciśnienia jesteśmy nieskuteczni – zaznaczył kardiolog WUM. – Dobą kontrolę ciśnienia uzyskuje się u 30-40 proc. osób z NT.

Jego zdaniem głównym tego powodem jest nieprzestrzeganie zaleceń przez pacjentów. Wielu z nich stosuje leki nieregularnie lub po pewnym czasie je odstawia, wtedy ciśnienie ponownie wzrasta. Z kolei lekarze nie zawsze zmieniają leki, gdy te, które przepisali, okazują się nieskuteczne (jeśli pacjent w ogóle je stosuje). U wielu pacjentów lepsze efekty daje zażywanie dwóch lub trzech leków obniżających ciśnienie tętnicze.

Z badania WOBASZ III wynika, że leki na nadciśnienie przyjmuje 63,5 proc. Polaków z NT, przy czym ciśnienie 140/90 uzyskuje się u 32 proc. naszych rodaków z nadciśnieniem. W wielu innych krajach jest znacznie lepiej – kontrolę prawidłowego ciśnienia uzyskuje się u 70-80 proc. chorych.

Polskiego Towarzystwo Nadciśnienia Tętniczego w ramach kampanii „Misja 50/30. Ciśnienie Pod Kontrolą”, zamierza uzyskać prawidłowe wartości ciśnienia tętniczego u co najmniej 50 proc. pacjentów do 2030 r. Aby to osiągnąć, trzeba zwiększyć w naszym społeczeństwie świadomość, że ciśnienie tętnicze trzeba regularnie kontrolować. – Wciąż 40-60 proc. Polaków nie zna swojego ciśnienia tętniczego – alarmował dr hab. Piotr Jędrusik.

Nadciśnienie nieco rzadziej występuje u kobiet niż mężczyzn, co zmienia się w starszym wieku, gdy u pań zdarza się częściej i jest słabiej kontrolowane. Według WOBASZ III w wieku 30-79 lat na NT cierpi 61 proc. mężczyzn i 53 proc. kobiet. Rozpoznane jest ono u 72 proc. mężczyzn i 81 proc. kobiet, leczone – odpowiednio u 64 proc. i 76 proc., a dobrze kontrolowane – u 34 proc. i 43 proc. Jednak w starszym wieku kontrola ciśnienia tętniczego u kobiet jest gorsza.

– Pamiętajmy, że ryzyko chorób sercowo-naczyniowych wzrasta od najniższych progów nadciśnienia tętniczego zarówno u mężczyzn, jak i kobiet – ostrzegał dr hab. Piotr Jędrusik. – Z kolei dobra kontrola ciśnienia eliminuje wzrost tego ryzyka nawet u osób w starszym wieku.

Źródło: Nauka w Polsce

Polska kardiologia potrafi dziś skutecznie leczyć pacjentów, którym 30 lat temu nie mogła zaoferować równie wiele, a w wielu obszarach należy do europejskich liderów. Ten dorobek trzeba jednak chronić, ponieważ choroby sercowo-naczyniowe nadal zbierają w Polsce ogromne żniwo. Co może zagrozić osiągnięciom ostatnich dekad, gdzie możliwości medycyny rozmijają się dziś z dostępnością leczenia i jakie zmiany zdecydują o zdrowiu Polaków w kolejnych latach? Odpowiedzi na te pytania będą szukać uczestnicy XXX Międzynarodowego Kongresu Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego, który rozpoczyna się właśnie w Poznaniu.

Trzy dekady, które zmieniły rokowanie pacjentów

Kiedy 30 lat temu odbywał się pierwszy Kongres PTK, polska kardiologia funkcjonowała w zupełnie innych realiach. Od tego czasu dokonał się skok, który zmienił rokowanie całych grup pacjentów. Powstała jedna z najlepiej rozwiniętych w Europie sieci leczenia ostrych zespołów wieńcowych,
a polskie ośrodki stały się liderami w kardiologii interwencyjnej, elektroterapii i leczeniu strukturalnych chorób serca. Dziś wszczepiamy zastawki bez otwierania klatki piersiowej, zdalnie monitorujemy pracę serca, wykorzystujemy zaawansowane obrazowanie, sztuczną inteligencję i badania genetyczne, które pozwalają rozpoznawać genetycznie uwarunkowane ryzyko oraz dobierać leczenie do konkretnego pacjenta. Skuteczniej leczymy zawały, niewydolność serca i zaburzenia rytmu, podejmujemy się terapii chorych, którym jeszcze kilkanaście lat temu nie mogliśmy pomóc. Polska kardiologia nie tylko korzysta dziś ze światowych osiągnięć. W wielu obszarach sama wyznacza kierunki rozwoju, a doświadczenie naszych specjalistów jest cenione i wykorzystywane w innych krajach.

Jubileusz nie może być jednak wyłącznie okazją do podsumowania sukcesów. Przedwczesna umieralność sercowo-naczyniowa w Polsce nadal jest wyższa niż w Europie Zachodniej,
a możliwości medycyny nie zawsze przekładają się na dostępność leczenia.

„Przez te lata zbudowaliśmy bardzo wiele: kompetentne zespoły, nowoczesne ośrodki
i możliwości leczenia na światowym poziomie. Nie możemy tego stracić. Dziś problemem coraz częściej nie jest brak wiedzy czy technologii, ale to, czy system pozwala nam z nich skorzystać. Jeżeli ograniczamy dostęp do skutecznego leczenia, tracą przede wszystkim pacjenci”
– przekonuje prof. Marek Gierlotka, Prezes Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego.

Nie możemy wybierać między profilaktyką a leczeniem

Polska pozostaje krajem wysokiego ryzyka sercowo-naczyniowego. Żyjemy krócej niż mieszkańcy wielu państw Unii Europejskiej, częściej chorujemy i nadal mamy zbyt wiele zawałów oraz udarów. Dlatego kolejnym etapem rozwoju musi być skuteczna profilaktyka:  wcześniejsze rozpoznawanie nadciśnienia, zaburzeń lipidowych i dziedzicznego ryzyka, leczenie otyłości, ograniczanie palenia oraz zwiększanie udziału Polaków w badaniach przesiewowych.

Nie oznacza to jednak, że można ograniczać środki na leczenie osób, które już zachorowały.

„Nie może być żadnego przeciwstawiania medycyny naprawczej i prewencji. Oba te obszary muszą w Polsce dobrze funkcjonować. Nadal mamy wysoką śmiertelność sercowo-naczyniową, dlatego musimy inwestować zarówno w zapobieganie chorobom, jak i w skuteczne interwencje” – podkreśla prof. Jacek Legutko, Przewodniczący Komitetu Naukowego Kongresów PTK.

Szczególnie wyraźnie widać to w leczeniu strukturalnych chorób serca. Polskie ośrodki mają doświadczone zespoły i potrafią wykonywać najbardziej zaawansowane zabiegi, jednak ich liczba zależy od finansowania. Dotyczy to między innymi przezcewnikowej implantacji zastawki aortalnej, stosowanej u chorych z ciężką stenozą aortalną. Bez leczenia rokowanie tych pacjentów jest bardzo złe, mimo że istnieje skuteczna terapia przedłużająca życie. Ograniczenie liczby finansowanych procedur oznacza więc nie tylko dłuższą kolejkę, ale także pogorszenie rokowania konkretnych osób.

Technologia już jest. Teraz potrzebny jest dostęp

Miniaturyzacja urządzeń, telemonitoring i sztuczna inteligencja zmieniają sposób opieki nad pacjentem. Wszczepiony defibrylator lub stymulator nie tylko reaguje na groźną arytmię, lecz może również przekazywać dane pozwalające wcześniej wykryć pogorszenie niewydolności serca. Certyfikowane algorytmy wspierają analizę badań obrazowych, rozpoznawanie ryzyka
i podejmowanie decyzji klinicznych.

„Kardiologia jest dziedziną, która nowe technologie chłonie jak gąbka. Bardzo szybko przechodzimy od badań i pilotaży do rozwiązań wykorzystywanych w praktyce. Problem zaczyna się wtedy, gdy gotowa i sprawdzona technologia nie może być powszechnie stosowana z powodu braku finansowania albo różnic w dostępie między regionami” – mówi prof. Marcin Grabowski, Rzecznik PTK.

Z perspektywy konsultanta krajowego prof. Waldemara Banasiaka najpilniejsze pozostają nie tylko dostęp do diagnostyki i leczenia, lecz także kadry, organizacja opieki i dalsze prowadzenie chorego po hospitalizacji. System powinien nadążać za rozwojem medycyny i zapewniać pacjentowi ciągłą drogę od rozpoznania, przez leczenie, po rehabilitację i opiekę ambulatoryjną.

Kongres o tym, co zmieni praktykę

W programie XXX Międzynarodowego Kongresu PTK znalazły się najnowsze wytyczne Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego, nowa definicja zawału serca oraz sesje poświęcone niewydolności serca, zaburzeniom lipidowym, kardiologii interwencyjnej, elektroterapii, kardioonkologii, telemonitoringowi i sztucznej inteligencji.

„Jubileusz jest ważny, ale Kongres ma przede wszystkim wymiar praktyczny. Chcemy pokazać wiedzę i rozwiązania, które lekarze będą mogli wykorzystać w codziennej opiece nad pacjentami, a jednocześnie rozmawiać o barierach, które ograniczają ich dostępność” – wskazuje prof. Przemysław Mitkowski, Przewodniczący Komitetu Organizacyjnego Międzynarodowego Kongresu PTK.

Polska kardiologia nie musi już udowadniać, że potrafi leczyć na światowym poziomie. Mamy wiedzę, technologie, wyspecjalizowane zespoły i rozwiązania, dzięki którym znaleźliśmy się
w europejskiej czołówce. Osiągnięcia ostatnich 30 lat nie są jednak dane raz na zawsze. Bez równoległej inwestycji w profilaktykę i leczenie, stabilnego finansowania oraz dostępu do nowoczesnych terapii możemy stracić nie tylko pozycję budowaną przez trzy dekady, lecz także lata życia, które współczesna medycyna potrafi dziś dać polskim pacjentom.

Źródło: inf pras

Odsetek osób palących w ciągu ostatnich dwóch dekad spadł z 31 proc. do 17 proc., a liczba pacjentów z prawidłowo kontrolowanym nadciśnieniem niemal się podwoiła. Problemem pozostaje otyłość – wynika z badań WOBASZ3 – narodowego bilansu zdrowia sercowo-naczyniowego Polaków.

Dane te zaprezentowano w poniedziałek podczas konferencji „Zdrowie sercowo-naczyniowe Polaków” w Narodowym Instytucie Kardiologii. WOBASZ3 to kolejna odsłona ogólnopolskiego badania prowadzonego według porównywalnej metodologii. Bezpośrednie wywiady, pomiary ciśnienia i badania laboratoryjne pozwalają nie tylko określić skalę czynników ryzyka, ale także prześledzić ich zmiany od pierwszego badania WOBASZ z początku lat 2000.

„Badanie pokazuje, że konsekwentna profilaktyka może realnie zmieniać zdrowie społeczeństwa. Jednocześnie wyniki badania precyzyjnie wskazują obszary, w których potrzebujemy dalszych działań: od zdrowia młodych dorosłych, przez otyłość i zaburzenia metaboliczne, po wcześniejsze rozpoznawanie ryzyka sercowo-naczyniowego” – powiedziała Katarzyna Kęcka podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia”.

Jak zaznaczył resort, najbardziej pozytywny trend dotyczy palenia: jeszcze dwie dekady temu paliło 31 proc. Polaków w wieku 20–75 lat, dziś – 17 proc. MZ zaalarmowało, że nadmierna masa ciała dotyczy 18 mln Polaków, a aż 39 proc. choruje na otyłość.

Sukces profilaktyki kontra nowa epidemia

Najbardziej pozytywna zmiana dotyczy używania tradycyjnych wyrobów tytoniowych. Dwie dekady temu paliło 31%. Polaków w wieku 20–75 lat, dekadę później – 25%, dziś – 17%. Oznacza to, że w ciągu 20 lat odsetek palaczy zmniejszył się niemal o połowę – to jeden z największych sukcesów w ograniczaniu ryzyka sercowo-naczyniowego.

Ponad 18 mln Polaków z nadmierną masą ciała

Gorzej wyglądają dane dotyczące masy ciała. Dziś 39%. dorosłych Polaków ma nadwagę, a 21% choruje na otyłość. Łącznie problem nadmiernej masy ciała dotyczy ponad 18 mln osób. W ciągu 20 lat odsetek dorosłych z otyłością praktycznie się nie zmienił, wzrosła natomiast częstość nadwagi: z 34,2%. do 37,6%

Zespół metaboliczny stwierdzono u 27,6% badanej populacji, co odpowiada około 7,6 mln Polaków. Problem ten ma szczególne znaczenie, ponieważ oznacza współwystępowanie kilku czynników zwiększających ryzyko chorób sercowo-naczyniowych.

– Wyniki WOBASZ3 pokazują, że zmienia się profil ryzyka sercowo-naczyniowego Polaków. Badanie wykazało mniejszą częstotliwość palenia wśród Polaków, jednak nadmierna masa ciała nadal dotyczy ogromnej części populacji. To ważne, ponieważ nadwaga i otyłość często współwystępują z nadciśnieniem tętniczym, zaburzeniami lipidowymi i nieprawidłową gospodarką węglowodanową. Kumulacja tych czynników istotnie zwiększa ryzyko zawału serca, udaru mózgu i niewydolności serca – podkreśla prof. Janina Stępińska, dyrektor Narodowego Instytutu Kardiologii, członkini Naukowego Komitetu Sterującego Badania WOBASZ3.

Nadciśnienie – leczymy lepiej, ale w systemie nadal pozostają duże luki

W przypadku nadciśnienia tętniczego widać wyraźną poprawę. Dwadzieścia lat temu dotyczyło ono 35,5% Polaków w wieku 20–75 lat, dziesięć lat później 39,2%, dziś 32,3%. Obecnie z nadciśnieniem żyje około 11,5 mln dorosłych Polaków, a farmakoterapię otrzymuje około 7,3 mln.

Jeszcze większą zmianę widać w skuteczności leczenia. Odsetek pacjentów z prawidłowo kontrolowanym ciśnieniem wzrósł z 28,5% do 56,4%. Poprawiła się skuteczność terapii: wśród osób przyjmujących leki około 55% osiąga wartości poniżej 140/90 mm Hg. W odniesieniu do wszystkich osób z nadciśnieniem skuteczna kontrola dotyczy obecnie 32% chorych. To niemal dwukrotny wzrost. Nadal jednak około 4 mln chorych pozostaje poza leczeniem farmakologicznym.

Hipercholesterolemia nadal jednym z największych wyzwań

W przypadku zaburzeń lipidowych postęp jest znacznie mniejszy. Hipercholesterolemia od 20 lat dotyczy ponad połowy Polaków, a jej częstość zmniejszyła się nieznacznie, z 58,4% do 56,3%. Jeszcze bardziej niepokoją wyniki leczenia pacjentów po zawale serca lub udarze. Docelowe stężenie LDL-C poniżej 55 mg/dl osiąga mniej niż co piąty z nich. Potrafimy skutecznie ratować pacjentów w ostrej fazie choroby, ale później zbyt rzadko osiągamy cele leczenia, które mają zmniejszyć ryzyko kolejnego zawału lub udaru.

– WOBASZ3 dostarczył nam unikatowego zbioru danych o zdrowiu Polaków. Teraz najważniejsze jest zrozumienie zależności między poszczególnymi czynnikami ryzyka i wskazanie tych obszarów, w których możemy najskuteczniej interweniować. Chcemy, aby wyniki badania przełożyły się na lepsze strategie prewencji i leczenia chorób układu krążenia, oparte na rzeczywistym obrazie zdrowia polskiej populacji – wyjaśnia prof. Aleksander Prejbisz z Narodowego Instytutu Kardiologii, główny badacz badania WOBASZ3.

Młodzi dorośli wymagają szczególnej uwagi

Szczególnie niepokoją wyniki w grupie 20–35 lat. W tej grupie osób nie widać oczekiwanej poprawy części parametrów metabolicznych i skuteczności leczenia. Nadciśnienie ma już około 10%. młodych dorosłych, narasta problem otyłości brzusznej, a objawy bezsenności dotyczą około co dziesiątej osoby. Czynniki ryzyka chorób sercowo-naczyniowych są więc obecne już na początku dorosłego życia.

To ważne także z perspektywy kolejnych dekad i dobry argument za rozpoczynaniem profilaktyki wcześniej, zanim wieloletnia ekspozycja na czynniki ryzyka przełoży się na rozwój choroby. Im wcześniej pojawiają się nadciśnienie, otyłość brzuszna czy zaburzenia metaboliczne, tym dłużej organizm jest narażony na ich niekorzystne działanie. Jeśli ten trend się utrzyma, choroby sercowo-naczyniowe mogą pojawiać się wcześniej, a liczba pacjentów wymagających leczenia już w wieku produkcyjnym może rosnąć. Dzisiejsze wyniki młodych dorosłych mogą więc zdecydować o tym, jak za kilkanaście lat będzie wyglądał bilans zdrowia całej populacji.

Ukryte, ciche zagrożenia

WOBASZ3 po raz pierwszy pozwolił tak szeroko ocenić skalę problemów, które przez lata mogą rozwijać się bez wyraźnych objawów. Niemal 900 tys. Polaków żyje z nierozpoznaną, a więc nieleczoną cukrzycą. Ponad 2,3 mln ma przewlekłą chorobę nerek. Blisko 4 mln ma podwyższone stężenie lipoproteiny(a), w dużej mierze uwarunkowanego genetycznie czynnika zwiększającego ryzyko sercowo-naczyniowe.

Do tego dochodzi zespół metaboliczny, który dotyczy około 7,6 mln Polaków. To szczególnie ważny wynik, ponieważ oznacza współwystępowanie kilku zaburzeń zwiększających ryzyko chorób sercowo-naczyniowych i cukrzycy. Najnowsze wyniki pokazują więc nie tylko znane od lat problemy, takie jak nadciśnienie, cholesterol czy nadmierna masa ciała. Ujawnia również skalę ryzyka, o którym wielu pacjentów może nie wiedzieć, dopóki nie zostanie ono wykryte w badaniach.

To zmienia perspektywę profilaktyki. Nie wystarczy reagować na chorobę, kiedy pojawią się jej objawy. Coraz większego znaczenia nabiera wcześniejsze rozpoznawanie ryzyka i identyfikowanie osób, które wymagają dalszej diagnostyki lub leczenia, zanim dojdzie do zawału, udaru czy innych powikłań.

– Aktualne i wiarygodne dane epidemiologiczne są podstawą skutecznej polityki zdrowotnej. WOBASZ3 pozwala precyzyjnie wskazać najważniejsze zagrożenia i grupy, które wymagają szczególnej uwagi. Dzięki temu możemy lepiej projektować działania profilaktyczne, szybciej reagować na niekorzystne zmiany i skuteczniej planować leczenie chorób cywilizacyjnych – przekonuje prof. Piotr Dobrowolski, pełnomocnik Ministra Zdrowia ds. Narodowego Programu Chorób Układu Krążenia na lata 2022-2032, zastępca głównego badacza badania WOBASZ3, Narodowy Instytut Kardiologii.

Bilans dwóch dekad. Czy jesteśmy zdrowsi niż 20 lat temu?

Ogólny bilans jest lepszy. „Indeks 10 dla zdrowia” pokazuje wzrost odsetka osób z dobrym wynikiem z 48,2% do 71,1%. Znacznie mniej palimy, poprawiła się kontrola nadciśnienia, a w części starszych grup obserwujemy korzystne zmiany. Ale za tą poprawą kryje się wyraźna kumulacja czynników ryzyka i niepokojący obraz zdrowia młodych dorosłych. Miliony Polaków żyją z nadmierną masą ciała, hipercholesterolemią lub nierozpoznanymi czynnikami ryzyka, a młodzi dorośli wymagają szczególnej uwagi. To właśnie od ich zdrowia zależy, czy za kolejne 20 lat ten bilans nadal będzie dodatni.

WOBASZ3 nie jest tylko bilansem ostatnich 20 lat. To mapa najważniejszych wyzwań dla profilaktyki, wczesnego wykrywania ryzyka i leczenia na kolejne dekady.

Badanie zostało zrealizowane w ramach Narodowego Programu Chorób Układu Krążenia na lata 2022–2032, finansowanego przez Ministra Zdrowia.

Źródło: WOBASZ, NIKard

Radiologia interwencyjna pozwala wykonywać małoinwazyjne zabiegi pod kontrolą obrazowania, które znajdują zastosowanie m.in. w leczeniu udarów, nowotworów, krwotoków czy chorób dróg żółciowych. Ablacje guzów, embolizacje czy trombektomie mogą zmniejszać obciążenie organizmu i skracać rekonwalescencję, ale nie mają zastępować klasycznej chirurgii – wybór metody powinien zależeć od indywidualnej sytuacji pacjenta i decyzji zespołu wielodyscyplinarnego. O możliwościach radiologii interwencyjnej, barierach w dostępie do takich procedur w Polsce oraz rosnącej roli sztucznej inteligencji mówi prof. Magdalena Januszewicz, kierownik II Zakładu Radiologii Klinicznej UCK WUM.

Co to właściwie jest radiologia interwencyjna i czym różni się od „tradycyjnej” radiologii?

Radiologia interwencyjna to dziedzina medycyny, która zajmuje się zabiegami małoinwazyjnymi, przezskórnymi wykonywanymi pod kontrolą badań obrazowych. Można przyjąć, że jest to połączenie chirurgii i radiologii. Natomiast radiologia to po prostu diagnostyka obrazowa.

A jakie techniki obrazowania najczęściej się stosuje?

Najczęściej fluoroskopię. Jest to technika wykorzystująca promieniowanie rentgenowskie do generowania ruchomego obrazu wnętrza ciała w czasie rzeczywistym. Przypomina to film. Możemy też wykorzystywać obrazowanie za pomocą fal dźwiękowych (USG), tomografii komputerowej (TK) i rezonansu magnetycznego (RM).

Kiedy radiologia z narzędzia diagnostycznego stała się metodą leczenia?

Stało się to pod koniec lat 60. XX wieku, gdy rozwinęła się angiografia obwodowa a następnie koronarografia. Radiolodzy i kardiolodzy wykonujący te badania obserwowali zwężenia w tętnicach wieńcowych. To dało impuls do prób rozszerzania światła tętnic metodami wewnątrznaczyniowymi. Pierwsza udana próba poszerzenia tętnicy (udowej) cewnikami teflonowymi została przeprowadzona przez Charlesa Dottera w 1964 roku. Potem wprowadzono cewniki balonowe – pierwszy na świecie cewnik balonowy do przezskórnej angioplastyki wieńcowej (PTCA) został zaprojektowany i wykonany w latach 70. XX wieku przez Andreasa Gruentziga (wraz z zespołem). Historyczny, pierwszy udany zabieg poszerzenia tętnicy wieńcowej u człowieka przy użyciu takiego dwukanałowego cewnika z PVCA, Gruentzig przeprowadził we wrześniu 1977 roku w Zurychu. To wydarzenie rozpoczęło ogromny postęp technologiczny. I tak od cewników o grubości „sznurka” przeszliśmy do cewników cienkich jak włos, które są elastyczne, sprężyste i wytrzymałe. Pozwalają bezpiecznie dotrzeć przez naczynie bardzo daleko na jego obwód. Z czasem pojawiły się kolejne różnego rodzaju balony, a następnie wspomagające efekt poszerzania wewnątrznaczyniowe metalowe protezy – stenty. To już lata 80. XX wieku. Od tego czasu postęp technologiczny pozwala na coraz śmielsze i różnorodne zastosowania technik małoinwazyjnych. 

Czyli wszystko zaczęło się od zabiegów poszerzania naczyń. A co zdecydowało, że radiologia interwencyjna trafiła do onkologii? 

Gdy w badaniach naczyniowych radiolodzy zaczęli uwidaczniać guzy, narodziła się koncepcja embolizacji, czyli zamknięcia naczyń, które odżywiają nowotwór. Często np. wykonywano i wykonuje się do dziś zabiegi embolizacyjne guza nerki. Zwłaszcza przedoperacyjne, żeby podczas operacji uniknąć dużego krwawienia. Wygląda to tak, że do głównej tętnicy unaczyniającej guz podaje się przez cewnik materiał embolizacyjny. Na początku nie było zbyt wiele możliwości materiałowych, podstawowym materiałem był spongostan. Obecnie mamy dużo lepsze materiały i metody. Na przykład zabieg TACE (Transcatheter Arterial Chemoembolization) stosowany głównie w leczeniu raka wątroby. Polega on na tym, że działamy dwutorowo – bezpośrednio do guza podajemy jednocześnie materiał embolizacyjny i chemioterapeutyk. Chemioterapeutyk podany bezpośrednio może działać w dużym stężeniu. Lek pozostaje w guzie dłużej dzięki embolizacji, która zamyka naczynia odżywcze guza (dzięki czemu zmniejsza się przepływ).

Mówimy o guzach wątroby… Jakie jeszcze nowotwory można leczyć wykorzystując radiologię zabiegową?

Coraz więcej. Obecnie duży nacisk kładzie się na to, aby tam gdzie to możliwe wykonywać zabiegi jak najmniej inwazyjne. I rzeczywiście trafia do nas coraz więcej pacjentów, bo też mamy coraz większe możliwości technologiczne. W naszym ośrodku wykonujemy ablacje guzów wątroby, nerki, płuca i nadnercza. Przymierzamy się do wykonywania ablacji guzów kości. 
Stosujemy przy tym różne rodzaje ablacji – najczęściej termoablację lub krioablację.

Na czym te różne rodzaje ablacji polegają?

Główna różnica wynika z temperatury jaką stosujemy. Możemy wykorzystywać wysoką temperaturę – wtedy mówimy o termoablacji lub bardzo niską temperaturę – wówczas mamy do czynienia z krioablacją. 

Jak takie zabiegi wyglądają w praktyce?

W zabiegach ablacji chodzi o to, żeby jak najskuteczniej dostarczyć do guza określony rodzaj energii. Służą do tego igły ablacyjne. Mają one różną budowę w zależności od tego, jaki rodzaj energii przez nie przeprowadzamy. Takimi igłami przez nakłucie przezskórne docieramy do samego centrum guza. Trafiamy tam pod kontrolą tomografii komputerowej, USG lub MR. Czasami wystarcza jedna igła, niekiedy potrzebujemy kilku – tak jest zwykle w krioablacjach. 

Czy można powiedzieć, że np. krioablacja jest lepsza od termoablacji lub odwrotnie? 

To, jaką technikę zastosujemy, zależy od rodzaju guza, lokalizacji i narządu. Przy guzach nerki czy kości stosujemy w większości krioablację, czyli mrozimy nowotwór. Metodę tę stosujemy też często w leczeniu pacjentów z guzkami w płucach. Natomiast w przypadku guzów wątroby wykorzystujemy termoablację. 

Wspomniała Pani, że obecnie duży nacisk kładzie się na to, by wykonywać zabiegi najmniej inwazyjne, w tym zabiegi radiologii interwencyjnej. Jakie są ich zalety w porównaniu z klasyczną chirurgią? 

Zabiegi radiologii interwencyjnej stanowią mniejsze obciążenie dla organizmu. Trwają krócej, wymagają więc krótszego znieczulenia. Nie mamy rany ani „otwartej” otrzewnej, co zmniejsza ryzyko powikłań bakteryjnych. I wreszcie, okres rekonwalescencji jest znacznie krótszy niż w przypadku tradycyjnej chirurgii. 

Jednak u większości pacjentów onkologicznych nadal stosuje się klasyczną chirurgię. Dlaczego, skoro zabiegi małoinwazyjne mają tyle zalet?

Przede wszystkim nie chodzi o zastąpienie chirurgii radiologią interwencyjną. Chirurgia pozostaje podstawową i najlepiej przebadaną metodą leczenia wielu nowotworów, zwłaszcza gdy guz można bezpiecznie usunąć w całości. Ablacja jest natomiast szczególnie wartościowa u odpowiednio dobranych pacjentów – na przykład z niewielkim guzem, ograniczoną liczbą przerzutów, przeciwwskazaniami do operacji albo wtedy, gdy chcemy zachować jak najwięcej zdrowego narządu.

Problem polega na tym, że w Polsce metody małoinwazyjne nadal nie są dostępne na równych zasadach. Brakuje wyspecjalizowanych ośrodków, odpowiedniej infrastruktury, finansowania i radiologów interwencyjnych, a część pacjentów nie jest nawet konsultowana pod kątem takiego leczenia. Decyzje terapeutyczne nadal zbyt często podejmowane są bez udziału radiologa interwencyjnego.

Dlatego nie powinniśmy stawiać chirurgii i ablacji w opozycji. Są to metody uzupełniające się. Chodzi o to, aby każdy pacjent został oceniony przez wielodyscyplinarny zespół i otrzymał leczenie najlepiej dopasowane do swojej choroby – czasem będzie to operacja, czasem ablacja, a czasem połączenie kilku metod.

Wobec tego, jacy pacjenci onkologiczni są kwalifikowani do ablacji guzów?

Zazwyczaj zabiegi radiologii interwencyjnej wykonujemy u pacjentów „nieoperacyjnych”. Jeśli np. pacjent ma cztery małe przerzuty w wątrobie, to może się nie udać przeprowadzenie resekcji. A możliwości ablacyjne są. Decydują zatem wielkość i liczba zmian nowotworowych oraz ich rozmieszczenie. 

Warto tu zaznaczyć, że do zabiegu zawsze kwalifikuje pacjenta zespół multidyscyplinarny. Pacjent z chorobą nowotworową musi być oceniony zarówno pod względem anestezjologicznym (czy można go znieczulić do zabiegu), pod względem klinicznym (czy jest wydolny krążeniowo i oddechowo), pod względem chirurgicznym (czy jeżeli dojdzie do powikłań, chirurdzy będą mogli go zoperować) i wreszcie pod względem radiologicznym.

Radiologia interwencyjna zaczęła się od zabiegów naczyniowych i na początku dotyczyło to głównie naczyń wieńcowych. A czy można ją zastosować również w przypadku naczyń mózgowych, czyli w leczeniu udarów? 

Oczywiście, udary coraz częściej leczymy pod kontrolą obrazowania. W przypadku udaru niedokrwiennego dochodzi do zamknięcia naczynia przez skrzeplinę. Dzieje się to w różnych mechanizmach. Najczęściej u osób starszych z powodu spadku przepływu przez naczynia, obecności blaszek miażdżycowych, zwężeń i zagęszczenia krwi. Mówimy wówczas o udarze niedokrwiennym. Zwykle dochodzi do niego nad ranem. W świetle naczynia pojawia się skrzeplina i trzeba ją stamtąd wydobyć. Mamy na to w radiologii interwencyjnej dwie metody. Możemy zadziałać na zasadzie odessania, to znaczy pod kontrolą obrazowania docieramy do skrzepliny, rozbijamy ją i odsysamy. Druga metoda polega na tym, że wprowadzamy w skrzeplinę specjalny stent i tak jak korkociągiem „wykręcamy” z naczynia. 

Czy takie metody można zastosować u każdego pacjenta z udarem?  

Możliwość zastosowania leczenia wewnątrznaczyniowego zależy przede wszystkim od czasu, jaki upłynął od wystąpienia objawów udaru, oraz od stanu tkanki mózgowej. 

Kluczowe znaczenie ma tzw. okno terapeutyczne. W większości przypadków liczy się jak najszybsze przywrócenie przepływu krwi, jednak o kwalifikacji do zabiegu decyduje nie tylko czas, ale także stan tkanki mózgowej oceniany w badaniach obrazowych.

Warto zaznaczyć, że u niektórych osób, zwłaszcza z przewlekłymi zwężeniami tętnic, rozwija się tzw. krążenie oboczne, które częściowo kompensuje niedokrwienie. Dzięki temu tkanka mózgowa może pozostawać żywotna przez dłuższy czas niż wskazywałoby na to okno terapeutyczne, a możliwość leczenia utrzymuje się dłużej.

Dlatego przed podjęciem decyzji o zabiegu wykonujemy badania obrazowe, przede wszystkim tomografię komputerową wraz z oceną perfuzji mózgu. Pozwalają one sprawdzić zarówno drożność naczyń, jak i stan tkanki mózgowej. Oceniany jest obszar nieodwracalnie uszkodzony, tzw. rdzeń zawału (core), oraz otaczająca go strefa zagrożona, ale jeszcze możliwa do uratowania, czyli penumbra. Jeżeli obszar nieodwracalnych uszkodzeń jest niewielki, a penumbra duża, oznacza to, że przywrócenie przepływu krwi może przynieść pacjentowi istotne korzyści.

Badania te są szczególnie ważne wtedy, gdy nie wiadomo dokładnie, kiedy doszło do udaru, na przykład gdy objawy pojawiły się podczas snu. W takich sytuacjach o kwalifikacji do leczenia decyduje przede wszystkim stan mózgu widoczny w badaniach obrazowych, a nie wyłącznie czas od wystąpienia objawów.

Jakie jeszcze zabiegi można wykonać metodami radiologii interwencyjnej?

Możemy leczyć krwotoki z przewodu pokarmowego czy powikłania nadciśnienia wrotnego u pacjentów z marskością wątroby. Przykładem jest zabieg TIPS (przezszyjne wewnątrzwątrobowe zespolenie wrotno-systemowe), wykonywany u chorych z nawracającymi krwawieniami z żylaków przełyku. Pod kontrolą obrazowania, przez żyłę szyjną, wprowadzamy cewnik do układu żylnego wątroby i tworzymy połączenie między żyłą wrotną a krążeniem ogólnoustrojowym. Dzięki temu zmniejsza się ciśnienie w układzie wrotnym, a ryzyko kolejnych krwotoków znacząco spada.

Wykonujemy również wiele zabiegów dotyczących dróg żółciowych. Są to m.in. procedury odbarczenia zastoju żółci, poszerzania zwężeń oraz implantacji stentów. W przypadkach, gdy nie można dotrzeć do dróg żółciowych metodą endoskopową, wykonujemy te zabiegi przezskórnie.

W ostatnich latach ogromny postęp dotyczy także materiałów wykorzystywanych podczas zabiegów. Coraz częściej stosowane są nowoczesne stenty biodegradowalne wykonane ze stopów magnezu. Utrzymują one drożność dróg żółciowych przez kilka miesięcy, a następnie stopniowo się wchłaniają.

Czy polscy pacjenci mają dostęp do nowoczesnej radiologii interwencyjnej na poziomie porównywalnym z innymi krajami Europy?

Jeśli chodzi o wiedzę, umiejętności i doświadczenie lekarzy to są one równe europejskim. Problemem nie jest jakość specjalistów, lecz ich liczba. W Polsce pracuje około 3 tys. radiologów, z czego jedynie około 160 specjalizuje się w radiologii interwencyjnej. Nie jest to zawrotna liczba. Dla porównania – we Francji jest ich 1250, a w Niemczech ok 1600. Nadal istnieją również bariery systemowe. Część procedur nie jest odpowiednio wyceniona, a nowoczesny sprzęt i materiały są kosztowne. Brak sprawnych angiografów i tomografów zabiegowych jest bardzo istotną barierą, widoczną także w naszym ośrodku. Problemem pozostaje także organizacja opieki i kierowanie pacjentów do wyspecjalizowanych ośrodków. W onkologii sytuację poprawiło funkcjonowanie ścieżki DILO, jednak w wielu innych obszarach nadal brakuje sprawnego systemu kwalifikowania i przekazywania pacjentów do leczenia metodami radiologii interwencyjnej. 

Radiologia interwencyjna rozwija się bardzo dynamicznie. Skąd bierze się to tempo zmian?

To efekt ogromnego postępu technologicznego. Rozwój radiologii interwencyjnej wspomagają producenci sprzętu medycznego, cewników, stentów i zaawansowanych systemów obrazowania. Dzięki temu możliwe jest wykonywanie coraz bardziej precyzyjnych zabiegów przy jednoczesnym zmniejszaniu obciążenia dla pacjenta.

Nowoczesne technologie sprawiają, że procedury stają się bezpieczniejsze i bardziej komfortowe zarówno dla chorych, jak i dla operatorów. Jednocześnie medycyna coraz wyraźniej zmierza w stronę technik małoinwazyjnych, które pozwalają skrócić hospitalizację i przyspieszyć powrót do zdrowia.

Oczywiście istnieją granice takiego rozwoju. Są sytuacje, w których klasyczna chirurgia pozostanie niezastąpiona. Jednak obszar zastosowań metod małoinwazyjnych stale się poszerza.

Czy sztuczna inteligencja może zmienić radiologię interwencyjną?

Już dziś wspiera nas w planowaniu i wykonywaniu zabiegów. Zaawansowane programy komputerowe pomagają wyznaczyć najbezpieczniejszą drogę dojścia do zmiany, zaplanować przebieg procedury i zwiększyć jej precyzję.
Sztuczna inteligencja nie zastąpi jednak lekarza. Ostateczna decyzja zawsze należy do człowieka, który bierze odpowiedzialność za leczenie pacjenta. Należy więc traktować ją przede wszystkim jako zaawansowane narzędzie wspomagające planowanie i realizację zabiegów. Jej znaczenie będzie rosło wraz z rozwojem systemów obrazowania i nawigacji medycznej.

Źródło: WUM

Nikotyna nie jest obojętna dla układu sercowo-naczyniowego, nawet jeśli jest dostarczana bez spalania tytoniu. Autorzy obszernego przeglądu opublikowanego w „Nature Reviews Cardiology” przeanalizowali dane dotyczące papierosów, fajek wodnych, wyrobów podgrzewanych, e-papierosów oraz doustnych produktów nikotynowych. Wskazują na wyraźne kontinuum szkodliwości: największe ryzyko wiąże się z produktami spalanymi, ale wyeliminowanie procesu spalania nie oznacza wyeliminowania niekorzystnego wpływu na naczynia. Jedyną opcją pozbawioną ryzyka związanego z używaniem produktów nikotynowych pozostaje całkowita abstynencja.

Praca zespołu kierowanego przez prof. Thomasa Münzela z University Medical Center Mainz, opublikowana 20 sierpnia 2026 r., łączy dane dotyczące mechanizmów biologicznych i biomarkerów z wynikami badań przedklinicznych i klinicznych dla różnych sposobów dostarczania nikotyny. Autorzy prześledzili procesy zachodzące w układzie sercowo-naczyniowym – od oddziaływania nikotyny na komórki ściany naczyń po zmiany sprzyjające miażdżycy i destabilizacji blaszki miażdżycowej.

Nikotyna sama w sobie oddziałuje na układ krążenia

Przez lata istotna część dyskusji dotyczącej alternatywnych produktów nikotynowych koncentrowała się na tym, w jakim stopniu ograniczenie lub wyeliminowanie spalania tytoniu zmniejsza związane z nimi szkody.

Nowy przegląd wskazuje, że ma to znaczenie – produkty spalane pozostają najbardziej szkodliwe – ale jednocześnie sama nikotyna aktywnie uczestniczy w procesach niekorzystnych dla układu sercowo-naczyniowego.

Nikotyna sprzyja aktywacji układu współczulnego, obciążeniu hemodynamicznemu, stresowi oksydacyjnemu i procesom zapalnym. Prowadzi również do zaburzeń funkcjonowania śródbłonka – wewnętrznej warstwy naczyń, która odgrywa kluczową rolę m.in. w regulacji ich napięcia.

– Chcieliśmy rozstrzygnąć kwestię, która od lat jest przedmiotem dyskusji: czy szkodliwość nikotyny wynika z palenia, czy też sama nikotyna jest toksyczna? Pokazujemy, że nikotyna aktywuje receptory na komórkach naczyń krwionośnych, co prowadzi do zahamowania działania enzymu odpowiedzialnego za utrzymanie naczyń w stanie rozkurczu. W efekcie w ścianie naczynia gromadzą się szkodliwe cząsteczki i uruchamia się samonapędzający cykl stanu zapalnego oraz tworzenia zakrzepów. Mechanizm ten działa niezależnie od sposobu dostarczania nikotyny – wyjaśnia prof. Thomas Münzel.

Nikotyna uderza w naczynia na dwa sposoby

Autorzy przeglądu opisują dwa niezależne mechanizmy oddziaływania nikotyny na ścianę naczynia.

Pierwszym jest jej wpływ na śródbłonek. Nikotyna ogranicza działanie prostacykliny – naturalnej substancji rozszerzającej naczynia – a jednocześnie pobudza uwalnianie endoteliny-1, jednego z najsilniejszych czynników powodujących ich skurcz.

Drugi mechanizm dotyczy bezpośredniego działania na komórki mięśni gładkich naczyń, które odpowiadają za regulację ich napięcia. Nikotyna blokuje kanały potasowe zależne od ATP i zaburza gospodarkę wapniową. W efekcie może sprzyjać zwężaniu naczyń nawet wtedy, gdy sam śródbłonek nie jest uszkodzony.

– Nikotyna nie tylko osłabia ochronną funkcję wyściółki naczynia, ale również bezpośrednio powoduje skurcz otaczających je mięśni. To dwa odrębne mechanizmy prowadzące do tego samego efektu: naczynie silniej się kurczy, słabiej rozkurcza i łatwiej dochodzi w nim do tworzenia zakrzepów – tłumaczy prof. Münzel.

Długotrwałe działanie tych procesów może sprzyjać rozwojowi dysfunkcji śródbłonka, miażdżycy i niestabilności blaszki miażdżycowej, a w konsekwencji zwiększać ryzyko zdarzeń sercowo-naczyniowych.

Papierosy, podgrzewacze, e-papierosy i saszetki. Hierarchia szkodliwości

Jednym z najważniejszych elementów publikacji jest zestawienie dostępnych produktów zawierających nikotynę pod względem ich wpływu na naczynia.

Najwyżej w hierarchii szkodliwości znajdują się produkty, w których dochodzi do spalania – tradycyjne papierosy oraz fajki wodne. Kolejne są produkty podgrzewające tytoń, następnie urządzenia aerozolowe, czyli e-papierosy, a dalej doustne produkty nikotynowe, takie jak tytoń do żucia i saszetki nikotynowe. Na końcu tego kontinuum znajduje się całkowita abstynencja.

Nie oznacza to jednak, że produkty znajdujące się niżej w tej hierarchii można uznać za bezpieczne dla serca i naczyń.

– E-papierosy i urządzenia podgrzewające tytoń były początkowo przedstawiane jako alternatywy o mniejszym ryzyku niż tradycyjne papierosy, jednak nasze dane pokazują, że produkty te znajdują się na kontinuum ryzyka sercowo-naczyniowego, a nie poza nim. Wyeliminowanie spalania wyraźnie zmniejsza szkodliwość, ale jej nie usuwa – podkreśla prof. Thomas Münzel.

Dostępne badania wskazują, że e-papierosy, produkty podgrzewane oraz doustne produkty nikotynowe mogą zaburzać funkcję śródbłonka, zwiększać stres oksydacyjny i sztywność tętnic oraz aktywować szlaki współczulne i zapalne.

Autorzy zwracają jednocześnie uwagę na ograniczenia obecnej wiedzy. W przypadku e-papierosów oraz nowszych doustnych produktów nikotynowych brakuje jeszcze długoterminowych danych dotyczących występowania zdarzeń klinicznych. Interpretacja dostępnych badań wymaga więc ostrożności.

Dysfunkcja śródbłonka może być pierwszym sygnałem

Szczególną uwagę w publikacji poświęcono dysfunkcji śródbłonka jako wczesnemu wskaźnikowi szkodliwego wpływu na naczynia. Autorzy wskazują m.in. na zaburzenia rozszerzalności tętnic zależnej od przepływu, podwyższone stężenia białka C-reaktywnego o wysokiej czułości i interleukiny 6 oraz zwiększoną prędkość fali tętna.

Parametry te są związane ze zwiększonym ryzykiem zdarzeń sercowo-naczyniowych i pozwalają łączyć wyniki badań podstawowych z obserwacjami klinicznymi.

– Ten przegląd wypełnia istotną lukę w wiedzy, ponieważ po raz pierwszy zestawia istniejące dane dotyczące mechanizmów, biomarkerów i badań klinicznych dla różnych produktów, zamiast analizować każdy z nich osobno. Widać wyraźnie, że nikotyna aktywnie przyczynia się do dysfunkcji śródbłonka – najwcześniejszego etapu na drodze do rozwoju miażdżycy, nadciśnienia i niewydolności serca – a jedyną opcją pozbawioną ryzyka jest abstynencja – wskazuje prof. Filippo Crea, współautor publikacji.

Nie tylko nikotyna

Choć jednym z głównych wniosków przeglądu jest bezpośredni wpływ nikotyny na układ sercowo-naczyniowy, nie jest ona jedynym szkodliwym składnikiem produktów analizowanych przez badaczy.

W zależności od sposobu ich używania organizm może być narażony również na drobne cząstki, metale, aldehydy czy substancje aromatyzujące. Jak wskazują badania mechanistyczne i eksperymentalne, czynniki te mogą nasilać stres oksydacyjny i stan zapalny naczyń, zaburzać funkcjonowanie mitochondriów oraz śródbłonkowej syntazy tlenku azotu.

To również wyjaśnia, dlaczego wyeliminowanie spalania może zmniejszyć szkodliwość produktu, ale nie oznacza automatycznie braku niekorzystnego wpływu na układ sercowo-naczyniowy.

Szczególne obawy dotyczą młodych osób

Autorzy zwracają uwagę na szybko rozwijający się rynek nowych sposobów dostarczania nikotyny i związane z nim ryzyko uzależnienia wśród młodych ludzi. Nowoczesne urządzenia mogą dostarczać duże dawki nikotyny, co może ułatwiać wczesny rozwój zależności i prowadzić do wieloletniej ekspozycji.

Problem ma istotne znaczenie dla zdrowia publicznego. Według danych przytoczonych przez European Society of Cardiology w 2023 roku ponad miliard ludzi na świecie paliło tytoń. Bezpośrednie używanie tytoniu miało odpowiadać za około 5,81 mln zgonów, a bierne palenie za kolejne 1,66 mln. Blisko 40 proc. tych zgonów było związanych z chorobami układu sercowo-naczyniowego.

Autorzy wskazują również na wysoki potencjał uzależniający nikotyny.

– Toksyczny wpływ nikotyny na układ sercowo-naczyniowy na poziomie molekularnym, w połączeniu z jej dobrze udokumentowanym, wysokim potencjałem uzależniającym, przemawia za stworzeniem spójnych regulacji odnoszących się do nikotyny, zamiast obecnego systemu odrębnych przepisów dla poszczególnych produktów – mówi prof. Münzel.

Eksperci apelują o nowe podejście do produktów nikotynowych

Zdaniem autorów rozwój nowych produktów nikotynowych postępuje szybciej niż gromadzenie długoterminowych danych dotyczących ich bezpieczeństwa. Dlatego jednym z najważniejszych postulatów publikacji jest stworzenie bardziej spójnych regulacji obejmujących różne sposoby dostarczania nikotyny.

– Badanie to pokazuje, dlaczego ESC i Unia Europejska apelują o aktualizację regulacji dotyczących tytoniu i nikotyny jako integralnego elementu planu Safe Hearts. Dowody jasno wskazują, że nikotyny nie można uznać za nieszkodliwą. Musimy uwzględnić to w sposobie regulowania, promowania i komunikowania informacji o tych produktach, szczególnie w odniesieniu do młodych ludzi – podkreśla prof. Thomas F. Lüscher, prezydent European Society of Cardiology i współautor publikacji.

Autorzy wskazują na potrzebę zapobiegania rozpoczynaniu używania produktów nikotynowych, szczególnie przez młodych ludzi. Wśród działań, które ich zdaniem powinny stanowić element szerszej strategii zdrowia publicznego, wymieniają m.in. regulacje dotyczące substancji smakowych, politykę podatkową, monitorowanie biomarkerów oraz zapewnienie dostępu do opartych na dowodach metod wspierających wychodzenie z uzależnienia.

Materiał opracowany na podstawie komunikatu European Society of Cardiology oraz publikacji: Thomas Münzel, Marin Kuntic, John F. Keaney Jr, Julia Lurz, Filippo Crea, Thomas F. Lüscher, Sanjay Rajagopalan, Andreas Daiber, Nicotine-containing products and the cardiovascular system: mechanisms and global health implications, „Nature Reviews Cardiology”, 20 sierpnia 2026 r.

Przez wiele lat walka z wysokim cholesterolem kojarzyła się przede wszystkim z jednym momentem – przekroczeniem określonego wyniku w badaniu laboratoryjnym. Tymczasem współczesna kardiologia coraz wyraźniej odchodzi od myślenia wyłącznie o liczbach. Znaczenia nabiera całkowite ryzyko sercowo-naczyniowe pacjenta, jego wiek, obciążenia rodzinne oraz perspektywa zdrowia w kolejnych dekadach życia.

To właśnie ten kierunek wyznaczają zaktualizowane amerykańskie wytyczne dotyczące postępowania z zaburzeniami lipidowymi i profilaktyki miażdżycowej choroby sercowo-naczyniowej (ASCVD). Eksperci podkreślają, że najważniejszą zmianą nie jest pojawienie się nowych leków, lecz przesunięcie akcentu na wcześniejsze wykrywanie zaburzeń lipidowych oraz szybsze podejmowanie działań zapobiegających rozwojowi chorób układu krążenia.

Problem ma ogromną skalę. Według danych przywoływanych przez autorów zaleceń podwyższony poziom cholesterolu LDL dotyczy około jednej czwartej dorosłych Amerykanów. W Polsce sytuacja wygląda jeszcze poważniej – szacuje się, że podwyższony cholesterol całkowity lub LDL może występować nawet u 50-60 proc. dorosłych, czyli około 20 milionów osób.

Eksperci przypominają jednak, że samo stężenie LDL nie wyczerpuje problemu. Zaburzenia gospodarki lipidowej obejmują także inne lipoproteiny i tłuszcze obecne we krwi. Łącznie określa się je mianem dyslipidemii, która należy do najważniejszych czynników prowadzących do miażdżycowej choroby sercowo-naczyniowej. To właśnie ona pozostaje jedną z głównych przyczyn przedwczesnych zgonów na świecie.

Nowe rekomendacje wyraźnie podkreślają, że nie warto czekać, aż wyniki badań staną się jednoznacznie nieprawidłowe lub pojawią się pierwsze objawy choroby.

„Wiemy, że 80 proc. lub więcej chorób układu krążenia można zapobiec, a podwyższony poziom cholesterolu LDL stanowi istotną część tego ryzyka” podkreśla dr Roger Blumenthal, przewodniczący zespołu ekspertów opracowujących nowe wytyczne.

Podstawą postępowania nadal pozostaje zdrowy styl życia. Zbilansowana dieta, regularna aktywność fizyczna, redukcja masy ciała i zaprzestanie palenia tytoniu są pierwszym krokiem u większości pacjentów. Autorzy zaleceń zwracają jednak uwagę, że jeśli takie działania nie przynoszą oczekiwanych rezultatów, decyzję o rozpoczęciu leczenia farmakologicznego warto podejmować wcześniej niż dotychczas.

Statyny nadal pozostają podstawą terapii obniżającej stężenie LDL. W nowych wytycznych większy nacisk położono jednak również na indywidualny dobór leczenia oraz wykorzystanie innych dostępnych terapii, takich jak ezetymib, kwas bempediowy, inhibitory PCSK9 czy inclisiran, szczególnie u osób z wysokim ryzykiem sercowo-naczyniowym lub niewystarczającą odpowiedzią na leczenie.

Jedną z najbardziej zauważalnych zmian jest także podejście do badań przesiewowych u dzieci. Eksperci zalecają oznaczanie profilu lipidowego między 9. a 11. rokiem życia. U dzieci obciążonych rodzinnym występowaniem przedwczesnych chorób sercowo-naczyniowych diagnostykę można rozpocząć już około 2. roku życia. Tak wczesne wykrywanie zaburzeń lipidowych ma pozwolić ograniczyć wieloletnią ekspozycję naczyń krwionośnych na podwyższone stężenie aterogennych lipoprotein.

Autorzy wytycznych zwracają również uwagę na coraz większą rolę oceny długoterminowego ryzyka. W rekomendacjach znalazł się kalkulator PREVENT, który umożliwia oszacowanie prawdopodobieństwa wystąpienia chorób sercowo-naczyniowych zarówno w perspektywie 10, jak i 30 lat. Uwzględnia on nie tylko stężenie cholesterolu, ale także wiek, wartości ciśnienia tętniczego oraz inne czynniki wpływające na ryzyko.

Takie podejście oznacza, że leczenie może zostać rozważone również u osób, których aktualne wyniki badań nie wydają się alarmujące, ale których przewidywane ryzyko rozwoju chorób serca w kolejnych latach jest podwyższone.

Wytyczne ponownie podkreślają również znaczenie wartości docelowych LDL. U osób z podwyższonym ryzykiem zalecanym celem pozostaje stężenie poniżej 100 mg/dl. Pacjenci z wysokim ryzykiem powinni dążyć do wartości poniżej 70 mg/dl, natomiast u osób z bardzo wysokim ryzykiem miażdżycowej choroby sercowo-naczyniowej zalecany poziom wynosi mniej niż 55 mg/dl.

„Ogólnie rzecz biorąc, im niższy poziom LDL, tym lepiej, szczególnie u osób zagrożonych zawałem serca lub udarem” – podkreśla kardiolog dr Pamela B. Morris z Medical University of South Carolina. Jak dodaje: „Badania kliniczne jasno pokazują, że obniżenie LDL-C do wartości niższych niż wcześniej zalecane przynosi wyraźne korzyści w redukcji incydentów sercowo-naczyniowych”.

Zmiany wpisują się w szerszy trend obserwowany w światowej kardiologii. Coraz większy nacisk kładzie się na zapobieganie chorobom, zanim dojdzie do pierwszego zawału czy udaru, zamiast koncentrować się wyłącznie na leczeniu ich następstw. Oznacza to również większą rolę lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej, regularnych badań profilaktycznych oraz indywidualnej oceny ryzyka każdego pacjenta.

Choć nowe zalecenia zostały opracowane dla amerykańskiego systemu ochrony zdrowia, wiele ich elementów odzwierciedla kierunek zmian obserwowany także w Europie. W praktyce oznacza to, że coraz więcej osób może usłyszeć od lekarza o potrzebie wcześniejszego leczenia zaburzeń lipidowych, nawet jeśli dotychczas uważały swoje wyniki za „wystarczająco dobre”. W świetle aktualnej wiedzy celem nie jest już jedynie poprawa wyniku badania laboratoryjnego, ale zmniejszenie ryzyka zawału serca, udaru mózgu i przedwczesnej śmierci w kolejnych dekadach życia.

Nowe amerykańskie wytyczne: https://www.ahajournals.org/doi/10.1161/CIR.0000000000001423

Źródło: Blumenthal RS, Morris PB, Gaudino M, et al. 2026

Udar mózgu kojarzy się przede wszystkim z osobami starszymi. Tymczasem każdego roku dotyka również dzieci i nastolatków, a jego rozpoznanie bywa znacznie trudniejsze niż u dorosłych. Właśnie dlatego sukces neurochirurgów z Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach ma znaczenie wykraczające poza historię jednej pacjentki. Przeprowadzona u 15-letniej dziewczynki bezpośrednia rewaskularyzacja mózgu należy do najrzadziej wykonywanych zabiegów w neurochirurgii dziecięcej i może otworzyć nowy rozdział w leczeniu najmłodszych pacjentów z ciężkimi chorobami naczyń mózgowych.

Pacjentką była 15-letnia Maja, która w grudniu 2025 roku doznała rozległego urazu głowy w wypadku komunikacyjnym. Początkowo lekarze walczyli o jej życie z powodu krwiaka wewnątrzczaszkowego oraz wieloodłamowego złamania podstawy i sklepienia czaszki. Kilka dni później pojawiło się kolejne zagrożenie – udar niedokrwienny mózgu spowodowany krytycznym zwężeniem tętnicy szyjnej wewnętrznej.

Pierwszym etapem leczenia było wszczepienie stentu, co początkowo pozwoliło przywrócić prawidłowy przepływ krwi. Jednak po kilku miesiącach kontrolne badania wykazały ponowne zwężenie naczynia. Choć organizm dziewczynki wytworzył krążenie oboczne, szczegółowa diagnostyka obrazowa oraz neuropsychologiczna wykazała, że dopływ krwi do części mózgu nadal pozostawał niewystarczający. W tej sytuacji lekarze zdecydowali się na rozwiązanie stosowane u dzieci niezwykle rzadko – bezpośredni bypass mózgowy.

Gdy standardowe leczenie przestaje wystarczać

Zabieg polegał na wykonaniu zespolenia pomiędzy tętnicą skroniową powierzchowną a tętnicą środkową mózgu. W praktyce oznacza to stworzenie nowej drogi dopływu krwi, omijającej uszkodzony odcinek naczynia. To procedura znana od wielu lat w neurochirurgii dorosłych, jednak u dzieci wykonywana jest sporadycznie ze względu na bardzo małą średnicę naczyń oraz ogromne wymagania techniczne.

Operację przeprowadził zespół kierowany przez dr. Dariusza Szarka, specjalizującego się w chirurgii naczyń mózgowych i supermikrochirurgii. Do wykonania zespolenia wykorzystano nici o grubości ludzkiego włosa, co pokazuje skalę precyzji wymaganej podczas tego typu operacji.

Jeszcze do niedawna standardem leczenia dzieci wymagających rewaskularyzacji były przede wszystkim techniki pośrednie, polegające na ułożeniu na powierzchni mózgu fragmentu mięśnia lub opony twardej, aby pobudzić stopniowy rozwój nowych naczyń krwionośnych. Rozwój supermikrochirurgii sprawił jednak, że w wybranych przypadkach możliwe stało się wykonanie bezpośrednich zespoleń, które zapewniają natychmiastową poprawę ukrwienia mózgu.

Udar u dziecka to zupełnie inna choroba niż u dorosłego

Choć udar mózgu pozostaje jedną z głównych przyczyn zgonów i niepełnosprawności dorosłych, u dzieci występuje znacznie rzadziej. Jednocześnie jego przyczyny są zupełnie inne.

Jak zwracają uwagę specjaliści z Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka, u najmłodszych pacjentów za udary odpowiadają przede wszystkim choroby naczyń mózgowych, wady rozwojowe, urazy czy arteriopatie, a nie miażdżyca lub nadciśnienie tętnicze, które dominują u dorosłych. Z tego powodu diagnostyka i leczenie muszą być prowadzone indywidualnie, często z udziałem wielospecjalistycznego zespołu neurochirurgów, neurologów dziecięcych, radiologów interwencyjnych i neuropsychologów.

To również jedna z przyczyn, dla których podobne operacje wykonuje się tak rzadko. Każdy przypadek wymaga osobnej analizy korzyści i ryzyka oraz zastosowania technik, które jeszcze kilka lat temu nie były dostępne w neurochirurgii dziecięcej.

Znaczenie wykraczające poza jeden zabieg

Historia Mai zakończyła się pomyślnie. Nastolatka odzyskała sprawność, nie wymaga rehabilitacji i przygotowuje się do rozpoczęcia nauki w szkole średniej. Jednak z medycznego punktu widzenia sukces operacji ma znacznie szerszy wymiar.

Rozwój technik supermikrochirurgicznych sprawia, że dzieci z rzadkimi chorobami naczyń mózgowych, ciężkimi następstwami urazów czy wybranymi arteriopatiami mogą w przyszłości otrzymać nowe możliwości leczenia. Dotyczy to zwłaszcza sytuacji, w których klasyczne leczenie wewnątrznaczyniowe okazuje się niewystarczające lub ryzyko kolejnych udarów pozostaje wysokie.

Nie oznacza to oczywiście, że bezpośredni bypass stanie się standardem leczenia wszystkich dzieci po udarze. Eksperci podkreślają, że nadal będzie to procedura zarezerwowana dla starannie wyselekcjonowanych pacjentów. Jednak doświadczenie zdobyte przez zespół z Katowic pokazuje, że polskie ośrodki dysponują już kompetencjami pozwalającymi wykonywać najbardziej zaawansowane operacje naczyniowe mózgu u dzieci.

W dobie dynamicznego rozwoju neurochirurgii dziecięcej sukces GCZD można więc postrzegać nie tylko jako spektakularne osiągnięcie jednego zespołu, ale także jako dowód, że najbardziej zaawansowane techniki mikrochirurgiczne coraz śmielej znajdują zastosowanie również u najmłodszych pacjentów.

Źródło: Górnośląskie Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach

W Polsce każdego roku ok. 6 mln pacjentów korzysta z opieki medycznej z powodu chorób neurologicznych, a wraz ze starzeniem się społeczeństwa liczba osób wymagających takiej opieki będzie rosła. Mówimy więc o problemie, który bezpośrednio lub pośrednio dotyczy niemal każdej rodziny. Jednocześnie neurologia przeżywa okres dynamicznego rozwoju. Pojawiają się nowe metody diagnostyczne i terapie, które jeszcze kilka lat temu wydawały się nieosiągalne. Dlaczego równie ważna jak dostęp do nowoczesnego leczenia pozostaje profilaktyka i co każdy z nas może zrobić dla zdrowia swojego mózgu? Z okazji Światowego Dnia Mózgu mówi o tym prof. dr hab. n. med. Halina Sienkiewicz-Jarosz, prezes elekt Polskiego Towarzystwa Neurologicznego.

Pani Profesor, 22 lipca obchodzimy Światowy Dzień Mózgu. Czy zdrowie mózgu powinno być obecnie jednym z najważniejszych priorytetów zdrowia publicznego?

Zdecydowanie tak. Choroby mózgu należą do największych współczesnych wyzwań medycznych, społecznych i ekonomicznych. Żyjemy coraz dłużej i jest to niewątpliwie ogromne osiągnięcie współczesnej medycyny, ale wiek nadal pozostaje głównym niemodyfikowalnym czynnikiem ryzyka wielu chorób o ogromnym wpływie społecznym, niosących za sobą ryzyko niepełnosprawności, złej jakości życia, a nawet śmierci. Są to m.in. udar mózgu, choroba Alzheimera, choroba Parkinsona oraz inne choroby neurozwyrodnieniowe. Wraz z wiekiem rośnie ryzyko padaczki, której etiologia u osób starszych w ponad 50% przypadków jest związana z chorobami naczyniowymi mózgu. Bardzo ważna jest wiedza nie tylko o profilaktyce, ale też o podstawowych objawach tych chorób, co pozwala na ich wczesne rozpoznanie i wdrożenie leczenia. W przypadku udaru mózgu szybka reakcja może uratować zdrowie, a nawet życie pacjenta.

Czy mamy wpływ na zdrowie naszego mózgu?

Tak, i jest to wpływ bardzo istotny. Nie możemy zmienić swojego wieku ani uwarunkowań genetycznych, ale na wiele innych czynników ryzyka możemy skutecznie oddziaływać. Szczególne znaczenie ma kontrolowanie czynników ryzyka naczyniowego. Regularne pomiary ciśnienia tętniczego, kontrolowanie stężenia cholesterolu i glukozy, aktywność fizyczna i zdrowa dieta to podstawa. Właściwe leczenie nadciśnienia tętniczego, cukrzycy, otyłości i zaburzeń lipidowych zmniejsza ryzyko nie tylko udaru mózgu, ale także zaburzeń poznawczych i otępienia. Bardzo ważny jest codzienny styl życia. Zaleca się dietę bogatą w warzywa, owoce, produkty pełnoziarniste i ryby, regularną aktywność fizyczną, odpowiednią ilość snu, unikanie tytoniu
i innych wyrobów nikotynowych oraz alkoholu. Nie wolno też zapominać o aktywności intelektualnej i społecznej. Czytanie książek, nauka nowych umiejętności, zwłaszcza nauka nowego języka, rozwijanie zainteresowań i utrzymywanie relacji z innymi ludźmi pomagają budować tzw. rezerwę poznawczą, która pozwala mózgowi dłużej zachować sprawność. Szacuje się, że poprzez ograniczanie modyfikowalnych czynników ryzyka można zapobiec lub opóźnić pojawienie się objawów nawet w około 45 proc. przypadków otępienia w skali globalnej, jest więc o co walczyć.

Nie wszystkim chorobom mózgu potrafimy jednak zapobiegać.

To prawda. W przypadku wielu schorzeń neurologicznych, takich jak choroba Parkinsona, stwardnienie rozsiane czy padaczki genetyczne lub o nieustalonej przyczynie, nie dysponujemy obecnie swoistymi metodami profilaktyki. Brak możliwości całkowitego zapobiegania nie oznacza jednak, że zdrowy styl życia nie ma znaczenia. Te same zasady, uzupełnione o ograniczanie przewlekłego stresu, wspierają funkcjonowanie mózgu oraz całego organizmu. U osób, które już chorują neurologicznie, takie działania pomagają dłużej zachować sprawność, poprawiają jakość życia i wspierają efekty leczenia.

Polskie Towarzystwo Neurologiczne prowadzi wspólne działania profilaktyczne z Polskim Towarzystwem Kardiologicznym i Polskim Towarzystwem Onkologicznym. Dlaczego zdecydowali się Państwo na taką współpracę?

Choroby neurologiczne, choroby układu krążenia i nowotwory odpowiadają za znaczną część zgonów, niepełnosprawności oraz utraconych lat życia w zdrowiu. Jednocześnie ich najważniejsze czynniki ryzyka są w znacznej części wspólne i modyfikowalne. Dlatego jako przedstawiciele neurologii, kardiologii i onkologii mówimy jednym głosem: należy odejść od myślenia o profilaktyce wyłącznie w kategoriach pojedynczych chorób. Profilaktyka nie powinna być dzielona na „profilaktykę mózgu”, „profilaktykę serca” czy „profilaktykę raka”. Dlatego w maju tego roku prezesi wszystkich trzech Towarzystw podpisali wspólne stanowisko w sprawie wzmocnienia profilaktyki chorób przewlekłych, a wraz z nim „10-tkę zdrowia”, czyli zestaw zasad wspólnych dla serca, mózgu i ryzyka onkologicznego. Za tym apelem stoją liczby. Polska wydaje na profilaktykę 1,7 proc. budżetu zdrowotnego, przy średniej unijnej 4 proc.; w przeliczeniu na mieszkańca to 22 euro wobec 202. Jednocześnie zgonów możliwych do uniknięcia mamy o ponad 60 proc. więcej niż wynosi średnia unijna. Te dwa fakty należy czytać razem. Profilaktyka nie może być traktowana wyłącznie jako koszt, ponieważ jest to inwestycja w dłuższe życie Polaków w zdrowiu, lepszą jakość życia, większą samodzielność i odporność społeczeństwa. Mamy wiedzę, narzędzia i dowody naukowe. Teraz potrzebujemy konsekwentnych decyzji, które uczynią profilaktykę jednym z najważniejszych priorytetów polskiej polityki zdrowotnej.

Profilaktyka to perspektywa lat. A jeśli udar już się zdarzy – co powinien wiedzieć każdy?

Że liczy się czas i że mierzy się go w godzinach od pierwszego objawu, a nie w dniach. Udar jest stanem nagłym dokładnie tak samo jak zawał serca. Najprostszą podpowiedzią jest akronim FAST, po angielsku „szybko”: F jak face (opadający kącik ust, wykrzywiona twarz); A jak arms (opadające ramię, osłabienie jednej strony ciała); S jak speech (nagłe zaburzenia mowy albo rozumienia); T jak time (natychmiastowy telefon pod 112). Trzy rzeczy, o których się zapomina: objawy udaru zwykle nie bolą, więc łatwo je zbagatelizować, a jeżeli ustępują samoistnie, to nie powód do ulgi, tylko sygnał alarmowy – nie wolno czekać do rana ani dzwonić najpierw do przychodni.

W ostatnim czasie dużo mówi się o chorobie Alzheimera. Czy rzeczywiście stoimy u progu przełomu?

Możemy mówić o początku nowej ery w diagnostyce i leczeniu choroby Alzheimera. Przez wiele lat dysponowaliśmy przede wszystkim lekami łagodzącymi objawy otępienia. Obecnie po raz pierwszy pojawiły się terapie wpływające na jeden z mechanizmów rozwoju choroby, które mogą spowalniać jej postęp u odpowiednio zakwalifikowanych pacjentów. To bardzo ważna zmiana, ale jednocześnie ogromne wyzwanie dla całego systemu ochrony zdrowia. Nowe terapie mogą być stosowane wyłącznie u osób z łagodnymi zaburzeniami poznawczymi albo z łagodnym otępieniem w przebiegu choroby Alzheimera, po potwierdzeniu obecności patologii amyloidowej. Jeżeli pacjent trafia do neurologa dopiero wtedy, gdy otępienie jest już zaawansowane, nie ma możliwości zastosowania tych leków. Ponadto wczesne rozpoznanie daje pacjentom czas na wdrożenie interwencji niefarmakologicznych, ma więc bardzo istotne znaczenie. Niestety, obecnie duża część pacjentów otrzymuje rozpoznanie zbyt późno, często dopiero wtedy, gdy zaburzenia poznawcze wyraźnie ograniczają codzienne funkcjonowanie. Dlatego tak ważna jest edukacja społeczeństwa, a także odpowiednie przygotowanie lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej do wczesnego rozpoznawania niepokojących objawów.

W jaki sposób można wcześniej rozpoznawać chorobę Alzheimera?

Do niedawna potwierdzenie choroby Alzheimera wymagało przede wszystkim badania płynu mózgowo-rdzeniowego albo specjalistycznego badania PET. Badania te nadal są podstawą diagnostyki i potwierdzenie w jednym z nich patologii amyloidowej jest konieczne do wdrożenia terapii przeciwciałami antyamyloidowymi. Jednak coraz większe znaczenie zyskują biomarkery oznaczane we krwi, przede wszystkim fosforylowane białko tau, a zwłaszcza p-tau217. To ogromny krok naprzód, ponieważ pobranie krwi jest znacznie mniej inwazyjne i łatwiejsze do zastosowania u większej liczby pacjentów. Biomarkery nie zastępują jednak oceny klinicznej i są badaniem dodatkowym, służącym określeniu etiologii zaburzeń poznawczych. Nie rekomenduje się ich oceny u osób zdrowych bez zaburzeń pamięci.

Warto też pamiętać, że w ramach programu „Moje Zdrowie” u osób w wieku 60 lat lub starszych przewidziano ocenę funkcji poznawczych. Dzięki temu lekarz rodzinny ma szansę zauważyć niepokojące objawy i skierować pacjenta do dalszej diagnostyki. U osób, które zgłaszają problemy z pamięcią lub innymi funkcjami poznawczymi, badania biomarkerów mogą znacząco usprawnić proces diagnostyczny. Sam program jest dostępny dla wszystkich ubezpieczonych po 20. roku życia: w wieku 20–49 lat badania kontrolne przysługują co pięć lat, a od 50. roku życia – co trzy lata.

Jakie największe wyzwania stoją dzisiaj przed polską neurologią w zakresie diagnostyki i leczenia choroby Alzheimera?

Największym wyzwaniem jest przygotowanie całego systemu do wcześniejszego rozpoznawania choroby oraz wdrażania nowych terapii. Potrzebujemy dobrze zorganizowanej ścieżki diagnostycznej – od lekarza podstawowej opieki zdrowotnej, przez ambulatoryjną opiekę specjalistyczną, aż po wyspecjalizowane ośrodki zajmujące się diagnostyką i leczeniem chorób prowadzących do otępienia. Niewątpliwie będzie tutaj potrzebna pewna referencyjność ośrodków, ale także ich ścisła współpraca. Drugim ogromnym wyzwaniem pozostają kadry. Według dostępnych danych w Polsce jest nieco ponad cztery tysiące neurologów, a około jedna trzecia pracujących specjalistów osiągnęła już wiek emerytalny. Rosnąca liczba pacjentów z chorobami otępiennymi i innymi schorzeniami neurologicznymi będzie wymagała nie tylko większej liczby lekarzy, ale również pielęgniarek neurologicznych, neuropsychologów, logopedów, fizjoterapeutów, terapeutów zajęciowych i pracowników socjalnych. Nowoczesna opieka neurologiczna musi być zespołowa i kompleksowa, a w neurologii podobnie jak w onkologii i kardiologii wzrośnie rola koordynatorów opieki.

Czy postęp terapeutyczny dotyczy wyłącznie choroby Alzheimera?

Absolutnie nie. Neurologia jest dziedziną, w której w ostatnich latach pojawiło się bardzo wiele nowych terapii w chorobach uważanych dotychczas za nieuleczalne, albo prowadzące do znacznej niesprawności. Znacząco poprawił się dostęp do nowoczesnego leczenia stwardnienia rozsianego, choroby Parkinsona, spastyczności i dystonii, rdzeniowego zaniku mięśni oraz innych chorób nerwowo-mięśniowych. Rozwijają się możliwości leczenia padaczek lekoopornych i migreny. Dla wielu pacjentów nowe terapie oznaczają możliwość powrotu do aktywności zawodowej i rodzinnej albo dłuższe zachowanie samodzielności. Coraz lepiej rozumiemy również biologiczne mechanizmy chorób neurodegeneracyjnych, dlatego możemy spodziewać się kolejnych terapii modyfikujących ich przebieg.

Czy polscy pacjenci mają do tych terapii realny dostęp?

W znacznej części tak, i dzieje się to przede wszystkim przez programy lekowe. Neurolodzy
i neurolodzy dziecięcy prowadzą ich dziś 22 i to one są podstawowym źródłem dostępu polskich pacjentów do innowacyjnych terapii. Właśnie dlatego niepokoją nas problemy z finansowaniem programów lekowych. Liczba pacjentów w tych programach rośnie z roku na rok i jest to wzrost przewidywalny: w wielu z nich jesteśmy w stanie podać konkretne liczby na podstawie dotychczasowych obserwacji, a tam, gdzie zmieniają się kryteria kwalifikacji – oszacować je. Chodzi o to, żeby znalazło to odbicie w planach finansowych Narodowego Funduszu Zdrowia z wyprzedzeniem. Zabezpieczenie odpowiednich środków na diagnostykę i leczenie chorób neurologicznych jest warunkiem tego, aby móc w pełni korzystać z możliwości współczesnej medycyny.

Jakie przesłanie chciałaby Pani przekazać z okazji Światowego Dnia Mózgu?

Chciałabym, abyśmy zaczęli traktować zdrowie mózgu tak samo poważnie jak zdrowie serca. Neurologia daje dziś coraz więcej możliwości – potrafimy wcześniej rozpoznawać wiele chorób i coraz lepiej rozumiemy mechanizmy ich rozwoju, dysponujemy też skuteczniejszym leczeniem niż jeszcze kilka lat temu. Jednocześnie ogromny wpływ na zdrowie mózgu mają nasze codzienne decyzje oraz warunki, w których żyjemy, pracujemy i starzejemy się.

Edukacja zdrowotna nie powinna być traktowana jako dodatek. Znaczenie ma wszystko, o czym mówiłam – od profilaktyki po umiejętność rozpoznania niepokojących objawów i szybkiego reagowania. Najskuteczniejsza terapia nie pomoże pacjentowi, który trafi do neurologa zbyt późno, a w przypadku udaru mózgu o możliwości skutecznego leczenia często decyduje natychmiastowe wezwanie pomocy. Dlatego podstawowa wiedza o profilaktyce, objawach alarmowych i zasadach postępowania w sytuacji zagrożenia zdrowia powinna być przekazywana już od najmłodszych lat. Światowy Dzień Mózgu jest też doskonałą okazją, aby przypomnieć, że na dbanie o zdrowie mózgu nigdy nie jest ani za wcześnie, ani za późno.

Źródło: inf pras