Medicalpress

Radiologia interwencyjna pozwala wykonywać małoinwazyjne zabiegi pod kontrolą obrazowania, które znajdują zastosowanie m.in. w leczeniu udarów, nowotworów, krwotoków czy chorób dróg żółciowych. Ablacje guzów, embolizacje czy trombektomie mogą zmniejszać obciążenie organizmu i skracać rekonwalescencję, ale nie mają zastępować klasycznej chirurgii – wybór metody powinien zależeć od indywidualnej sytuacji pacjenta i decyzji zespołu wielodyscyplinarnego. O możliwościach radiologii interwencyjnej, barierach w dostępie do takich procedur w Polsce oraz rosnącej roli sztucznej inteligencji mówi prof. Magdalena Januszewicz, kierownik II Zakładu Radiologii Klinicznej UCK WUM.

Co to właściwie jest radiologia interwencyjna i czym różni się od „tradycyjnej” radiologii?

Radiologia interwencyjna to dziedzina medycyny, która zajmuje się zabiegami małoinwazyjnymi, przezskórnymi wykonywanymi pod kontrolą badań obrazowych. Można przyjąć, że jest to połączenie chirurgii i radiologii. Natomiast radiologia to po prostu diagnostyka obrazowa.

A jakie techniki obrazowania najczęściej się stosuje?

Najczęściej fluoroskopię. Jest to technika wykorzystująca promieniowanie rentgenowskie do generowania ruchomego obrazu wnętrza ciała w czasie rzeczywistym. Przypomina to film. Możemy też wykorzystywać obrazowanie za pomocą fal dźwiękowych (USG), tomografii komputerowej (TK) i rezonansu magnetycznego (RM).

Kiedy radiologia z narzędzia diagnostycznego stała się metodą leczenia?

Stało się to pod koniec lat 60. XX wieku, gdy rozwinęła się angiografia obwodowa a następnie koronarografia. Radiolodzy i kardiolodzy wykonujący te badania obserwowali zwężenia w tętnicach wieńcowych. To dało impuls do prób rozszerzania światła tętnic metodami wewnątrznaczyniowymi. Pierwsza udana próba poszerzenia tętnicy (udowej) cewnikami teflonowymi została przeprowadzona przez Charlesa Dottera w 1964 roku. Potem wprowadzono cewniki balonowe – pierwszy na świecie cewnik balonowy do przezskórnej angioplastyki wieńcowej (PTCA) został zaprojektowany i wykonany w latach 70. XX wieku przez Andreasa Gruentziga (wraz z zespołem). Historyczny, pierwszy udany zabieg poszerzenia tętnicy wieńcowej u człowieka przy użyciu takiego dwukanałowego cewnika z PVCA, Gruentzig przeprowadził we wrześniu 1977 roku w Zurychu. To wydarzenie rozpoczęło ogromny postęp technologiczny. I tak od cewników o grubości „sznurka” przeszliśmy do cewników cienkich jak włos, które są elastyczne, sprężyste i wytrzymałe. Pozwalają bezpiecznie dotrzeć przez naczynie bardzo daleko na jego obwód. Z czasem pojawiły się kolejne różnego rodzaju balony, a następnie wspomagające efekt poszerzania wewnątrznaczyniowe metalowe protezy – stenty. To już lata 80. XX wieku. Od tego czasu postęp technologiczny pozwala na coraz śmielsze i różnorodne zastosowania technik małoinwazyjnych. 

Czyli wszystko zaczęło się od zabiegów poszerzania naczyń. A co zdecydowało, że radiologia interwencyjna trafiła do onkologii? 

Gdy w badaniach naczyniowych radiolodzy zaczęli uwidaczniać guzy, narodziła się koncepcja embolizacji, czyli zamknięcia naczyń, które odżywiają nowotwór. Często np. wykonywano i wykonuje się do dziś zabiegi embolizacyjne guza nerki. Zwłaszcza przedoperacyjne, żeby podczas operacji uniknąć dużego krwawienia. Wygląda to tak, że do głównej tętnicy unaczyniającej guz podaje się przez cewnik materiał embolizacyjny. Na początku nie było zbyt wiele możliwości materiałowych, podstawowym materiałem był spongostan. Obecnie mamy dużo lepsze materiały i metody. Na przykład zabieg TACE (Transcatheter Arterial Chemoembolization) stosowany głównie w leczeniu raka wątroby. Polega on na tym, że działamy dwutorowo – bezpośrednio do guza podajemy jednocześnie materiał embolizacyjny i chemioterapeutyk. Chemioterapeutyk podany bezpośrednio może działać w dużym stężeniu. Lek pozostaje w guzie dłużej dzięki embolizacji, która zamyka naczynia odżywcze guza (dzięki czemu zmniejsza się przepływ).

Mówimy o guzach wątroby… Jakie jeszcze nowotwory można leczyć wykorzystując radiologię zabiegową?

Coraz więcej. Obecnie duży nacisk kładzie się na to, aby tam gdzie to możliwe wykonywać zabiegi jak najmniej inwazyjne. I rzeczywiście trafia do nas coraz więcej pacjentów, bo też mamy coraz większe możliwości technologiczne. W naszym ośrodku wykonujemy ablacje guzów wątroby, nerki, płuca i nadnercza. Przymierzamy się do wykonywania ablacji guzów kości. 
Stosujemy przy tym różne rodzaje ablacji – najczęściej termoablację lub krioablację.

Na czym te różne rodzaje ablacji polegają?

Główna różnica wynika z temperatury jaką stosujemy. Możemy wykorzystywać wysoką temperaturę – wtedy mówimy o termoablacji lub bardzo niską temperaturę – wówczas mamy do czynienia z krioablacją. 

Jak takie zabiegi wyglądają w praktyce?

W zabiegach ablacji chodzi o to, żeby jak najskuteczniej dostarczyć do guza określony rodzaj energii. Służą do tego igły ablacyjne. Mają one różną budowę w zależności od tego, jaki rodzaj energii przez nie przeprowadzamy. Takimi igłami przez nakłucie przezskórne docieramy do samego centrum guza. Trafiamy tam pod kontrolą tomografii komputerowej, USG lub MR. Czasami wystarcza jedna igła, niekiedy potrzebujemy kilku – tak jest zwykle w krioablacjach. 

Czy można powiedzieć, że np. krioablacja jest lepsza od termoablacji lub odwrotnie? 

To, jaką technikę zastosujemy, zależy od rodzaju guza, lokalizacji i narządu. Przy guzach nerki czy kości stosujemy w większości krioablację, czyli mrozimy nowotwór. Metodę tę stosujemy też często w leczeniu pacjentów z guzkami w płucach. Natomiast w przypadku guzów wątroby wykorzystujemy termoablację. 

Wspomniała Pani, że obecnie duży nacisk kładzie się na to, by wykonywać zabiegi najmniej inwazyjne, w tym zabiegi radiologii interwencyjnej. Jakie są ich zalety w porównaniu z klasyczną chirurgią? 

Zabiegi radiologii interwencyjnej stanowią mniejsze obciążenie dla organizmu. Trwają krócej, wymagają więc krótszego znieczulenia. Nie mamy rany ani „otwartej” otrzewnej, co zmniejsza ryzyko powikłań bakteryjnych. I wreszcie, okres rekonwalescencji jest znacznie krótszy niż w przypadku tradycyjnej chirurgii. 

Jednak u większości pacjentów onkologicznych nadal stosuje się klasyczną chirurgię. Dlaczego, skoro zabiegi małoinwazyjne mają tyle zalet?

Przede wszystkim nie chodzi o zastąpienie chirurgii radiologią interwencyjną. Chirurgia pozostaje podstawową i najlepiej przebadaną metodą leczenia wielu nowotworów, zwłaszcza gdy guz można bezpiecznie usunąć w całości. Ablacja jest natomiast szczególnie wartościowa u odpowiednio dobranych pacjentów – na przykład z niewielkim guzem, ograniczoną liczbą przerzutów, przeciwwskazaniami do operacji albo wtedy, gdy chcemy zachować jak najwięcej zdrowego narządu.

Problem polega na tym, że w Polsce metody małoinwazyjne nadal nie są dostępne na równych zasadach. Brakuje wyspecjalizowanych ośrodków, odpowiedniej infrastruktury, finansowania i radiologów interwencyjnych, a część pacjentów nie jest nawet konsultowana pod kątem takiego leczenia. Decyzje terapeutyczne nadal zbyt często podejmowane są bez udziału radiologa interwencyjnego.

Dlatego nie powinniśmy stawiać chirurgii i ablacji w opozycji. Są to metody uzupełniające się. Chodzi o to, aby każdy pacjent został oceniony przez wielodyscyplinarny zespół i otrzymał leczenie najlepiej dopasowane do swojej choroby – czasem będzie to operacja, czasem ablacja, a czasem połączenie kilku metod.

Wobec tego, jacy pacjenci onkologiczni są kwalifikowani do ablacji guzów?

Zazwyczaj zabiegi radiologii interwencyjnej wykonujemy u pacjentów „nieoperacyjnych”. Jeśli np. pacjent ma cztery małe przerzuty w wątrobie, to może się nie udać przeprowadzenie resekcji. A możliwości ablacyjne są. Decydują zatem wielkość i liczba zmian nowotworowych oraz ich rozmieszczenie. 

Warto tu zaznaczyć, że do zabiegu zawsze kwalifikuje pacjenta zespół multidyscyplinarny. Pacjent z chorobą nowotworową musi być oceniony zarówno pod względem anestezjologicznym (czy można go znieczulić do zabiegu), pod względem klinicznym (czy jest wydolny krążeniowo i oddechowo), pod względem chirurgicznym (czy jeżeli dojdzie do powikłań, chirurdzy będą mogli go zoperować) i wreszcie pod względem radiologicznym.

Radiologia interwencyjna zaczęła się od zabiegów naczyniowych i na początku dotyczyło to głównie naczyń wieńcowych. A czy można ją zastosować również w przypadku naczyń mózgowych, czyli w leczeniu udarów? 

Oczywiście, udary coraz częściej leczymy pod kontrolą obrazowania. W przypadku udaru niedokrwiennego dochodzi do zamknięcia naczynia przez skrzeplinę. Dzieje się to w różnych mechanizmach. Najczęściej u osób starszych z powodu spadku przepływu przez naczynia, obecności blaszek miażdżycowych, zwężeń i zagęszczenia krwi. Mówimy wówczas o udarze niedokrwiennym. Zwykle dochodzi do niego nad ranem. W świetle naczynia pojawia się skrzeplina i trzeba ją stamtąd wydobyć. Mamy na to w radiologii interwencyjnej dwie metody. Możemy zadziałać na zasadzie odessania, to znaczy pod kontrolą obrazowania docieramy do skrzepliny, rozbijamy ją i odsysamy. Druga metoda polega na tym, że wprowadzamy w skrzeplinę specjalny stent i tak jak korkociągiem „wykręcamy” z naczynia. 

Czy takie metody można zastosować u każdego pacjenta z udarem?  

Możliwość zastosowania leczenia wewnątrznaczyniowego zależy przede wszystkim od czasu, jaki upłynął od wystąpienia objawów udaru, oraz od stanu tkanki mózgowej. 

Kluczowe znaczenie ma tzw. okno terapeutyczne. W większości przypadków liczy się jak najszybsze przywrócenie przepływu krwi, jednak o kwalifikacji do zabiegu decyduje nie tylko czas, ale także stan tkanki mózgowej oceniany w badaniach obrazowych.

Warto zaznaczyć, że u niektórych osób, zwłaszcza z przewlekłymi zwężeniami tętnic, rozwija się tzw. krążenie oboczne, które częściowo kompensuje niedokrwienie. Dzięki temu tkanka mózgowa może pozostawać żywotna przez dłuższy czas niż wskazywałoby na to okno terapeutyczne, a możliwość leczenia utrzymuje się dłużej.

Dlatego przed podjęciem decyzji o zabiegu wykonujemy badania obrazowe, przede wszystkim tomografię komputerową wraz z oceną perfuzji mózgu. Pozwalają one sprawdzić zarówno drożność naczyń, jak i stan tkanki mózgowej. Oceniany jest obszar nieodwracalnie uszkodzony, tzw. rdzeń zawału (core), oraz otaczająca go strefa zagrożona, ale jeszcze możliwa do uratowania, czyli penumbra. Jeżeli obszar nieodwracalnych uszkodzeń jest niewielki, a penumbra duża, oznacza to, że przywrócenie przepływu krwi może przynieść pacjentowi istotne korzyści.

Badania te są szczególnie ważne wtedy, gdy nie wiadomo dokładnie, kiedy doszło do udaru, na przykład gdy objawy pojawiły się podczas snu. W takich sytuacjach o kwalifikacji do leczenia decyduje przede wszystkim stan mózgu widoczny w badaniach obrazowych, a nie wyłącznie czas od wystąpienia objawów.

Jakie jeszcze zabiegi można wykonać metodami radiologii interwencyjnej?

Możemy leczyć krwotoki z przewodu pokarmowego czy powikłania nadciśnienia wrotnego u pacjentów z marskością wątroby. Przykładem jest zabieg TIPS (przezszyjne wewnątrzwątrobowe zespolenie wrotno-systemowe), wykonywany u chorych z nawracającymi krwawieniami z żylaków przełyku. Pod kontrolą obrazowania, przez żyłę szyjną, wprowadzamy cewnik do układu żylnego wątroby i tworzymy połączenie między żyłą wrotną a krążeniem ogólnoustrojowym. Dzięki temu zmniejsza się ciśnienie w układzie wrotnym, a ryzyko kolejnych krwotoków znacząco spada.

Wykonujemy również wiele zabiegów dotyczących dróg żółciowych. Są to m.in. procedury odbarczenia zastoju żółci, poszerzania zwężeń oraz implantacji stentów. W przypadkach, gdy nie można dotrzeć do dróg żółciowych metodą endoskopową, wykonujemy te zabiegi przezskórnie.

W ostatnich latach ogromny postęp dotyczy także materiałów wykorzystywanych podczas zabiegów. Coraz częściej stosowane są nowoczesne stenty biodegradowalne wykonane ze stopów magnezu. Utrzymują one drożność dróg żółciowych przez kilka miesięcy, a następnie stopniowo się wchłaniają.

Czy polscy pacjenci mają dostęp do nowoczesnej radiologii interwencyjnej na poziomie porównywalnym z innymi krajami Europy?

Jeśli chodzi o wiedzę, umiejętności i doświadczenie lekarzy to są one równe europejskim. Problemem nie jest jakość specjalistów, lecz ich liczba. W Polsce pracuje około 3 tys. radiologów, z czego jedynie około 160 specjalizuje się w radiologii interwencyjnej. Nie jest to zawrotna liczba. Dla porównania – we Francji jest ich 1250, a w Niemczech ok 1600. Nadal istnieją również bariery systemowe. Część procedur nie jest odpowiednio wyceniona, a nowoczesny sprzęt i materiały są kosztowne. Brak sprawnych angiografów i tomografów zabiegowych jest bardzo istotną barierą, widoczną także w naszym ośrodku. Problemem pozostaje także organizacja opieki i kierowanie pacjentów do wyspecjalizowanych ośrodków. W onkologii sytuację poprawiło funkcjonowanie ścieżki DILO, jednak w wielu innych obszarach nadal brakuje sprawnego systemu kwalifikowania i przekazywania pacjentów do leczenia metodami radiologii interwencyjnej. 

Radiologia interwencyjna rozwija się bardzo dynamicznie. Skąd bierze się to tempo zmian?

To efekt ogromnego postępu technologicznego. Rozwój radiologii interwencyjnej wspomagają producenci sprzętu medycznego, cewników, stentów i zaawansowanych systemów obrazowania. Dzięki temu możliwe jest wykonywanie coraz bardziej precyzyjnych zabiegów przy jednoczesnym zmniejszaniu obciążenia dla pacjenta.

Nowoczesne technologie sprawiają, że procedury stają się bezpieczniejsze i bardziej komfortowe zarówno dla chorych, jak i dla operatorów. Jednocześnie medycyna coraz wyraźniej zmierza w stronę technik małoinwazyjnych, które pozwalają skrócić hospitalizację i przyspieszyć powrót do zdrowia.

Oczywiście istnieją granice takiego rozwoju. Są sytuacje, w których klasyczna chirurgia pozostanie niezastąpiona. Jednak obszar zastosowań metod małoinwazyjnych stale się poszerza.

Czy sztuczna inteligencja może zmienić radiologię interwencyjną?

Już dziś wspiera nas w planowaniu i wykonywaniu zabiegów. Zaawansowane programy komputerowe pomagają wyznaczyć najbezpieczniejszą drogę dojścia do zmiany, zaplanować przebieg procedury i zwiększyć jej precyzję.
Sztuczna inteligencja nie zastąpi jednak lekarza. Ostateczna decyzja zawsze należy do człowieka, który bierze odpowiedzialność za leczenie pacjenta. Należy więc traktować ją przede wszystkim jako zaawansowane narzędzie wspomagające planowanie i realizację zabiegów. Jej znaczenie będzie rosło wraz z rozwojem systemów obrazowania i nawigacji medycznej.

Źródło: WUM

Dwoje dzieci z ciężką niedomykalnością zastawki płucnej przeszło w Dziecięcym Szpitalu Klinicznym UCK WUM przezskórną implantację biologicznej zastawki. Oboje pacjenci mieli już wcześniej za sobą operacje kardiochirurgiczne. Tym razem lekarze dostali się do serca przez żyłę udową, dzięki czemu nie było konieczności ponownego otwierania klatki piersiowej. Dzieci po kilku dniach opuściły szpital w bardzo dobrym stanie.

To właśnie wcześniejsze operacje są jednym z najważniejszych elementów tej historii. W przypadku dzieci z niektórymi wrodzonymi wadami serca skuteczna operacja wykonana we wczesnym okresie życia nie zawsze oznacza koniec leczenia zabiegowego. Wraz z dorastaniem pacjenta i upływem czasu mogą pojawiać się problemy wymagające kolejnych interwencji. Jednym z nich jest istotna niedomykalność zastawki płucnej.

Przewlekły przeciek krwi przez niesprawną zastawkę zwiększa obciążenie prawej komory serca. W określonych sytuacjach konieczna staje się więc wymiana zastawki. Kluczowe pytanie brzmi jednak nie tylko „czy”, ale także „kiedy” i „w jaki sposób” przeprowadzić kolejną interwencję.

W przypadku dwóch pacjentów Dziecięcego Szpitala Klinicznego UCK WUM możliwe było zastosowanie metody przezskórnej. Biologiczną zastawkę wprowadzono do układu krążenia przez żyłę udową, a następnie za pomocą cewnika przemieszczono do serca i umieszczono w odpowiednim miejscu. Procedura wymaga zaawansowanego obrazowania i precyzyjnego zaplanowania, ale pozwala uniknąć klasycznego dostępu kardiochirurgicznego.

„To ogromny krok naprzód dla małych pacjentów, zwłaszcza tych, którzy wcześniej przeszli już operacje serca i wymagają kolejnych interwencji. Dzięki tej metodzie możemy uniknąć ponownego otwierania klatki piersiowej, a także skrócić czas hospitalizacji i rekonwalescencji” – mówi dr n. med. Krzysztof Godlewski, kierownik Pracowni Hemodynamicznej DSK UCK WUM.

Dla dziecka, które wcześniej przeszło już operację serca, różnica między kolejną sternotomią a zabiegiem wykonanym przez naczynie krwionośne ma szczególne znaczenie. Chodzi nie tylko o długość pobytu w szpitalu czy szybszy powrót do codziennego funkcjonowania. Leczenie wrodzonych wad serca trzeba rozpatrywać w perspektywie całego życia pacjenta. Każda kolejna interwencja powinna być więc planowana także z myślą o tym, jakie możliwości leczenia pozostawi na przyszłość.

Takie podejście wyraźnie widać w opublikowanym w 2026 r. międzynarodowym konsensusie dotyczącym wymiany zastawki płucnej u dzieci po korekcji tetralogii Fallota. Eksperci Society of Thoracic Surgeons, World Society for Pediatric and Congenital Heart Surgery oraz European Congenital Heart Surgeons Association podkreślają, że strategia powinna minimalizować łączną liczbę interwencji i związane z nimi ryzyko w ciągu całego życia, a jednocześnie chronić funkcję prawej komory oraz jakość życia dziecka.

Nie oznacza to jednak, że zabieg przezcewnikowy powinien automatycznie zastępować operację kardiochirurgiczną u każdego dziecka wymagającego wymiany zastawki płucnej. To istotne zastrzeżenie, zwłaszcza gdy informacje o małoinwazyjnych procedurach przedstawiane są jako prosta alternatywa dla operacji.

Tegoroczny konsensus wskazuje, że zarówno chirurgiczna, jak i przezcewnikowa wymiana zastawki mogą być dobrym rozwiązaniem, ale nie są równoważne w każdej sytuacji. Znaczenie mają m.in. anatomia drogi odpływu prawej komory, wielkość dziecka, dostęp naczyniowy, wcześniejsze operacje i przewidywane przyszłe interwencje. U mniejszych dzieci, zwłaszcza ważących poniżej 30 kg, oraz w przypadku niekorzystnej anatomii nadal preferowane może być leczenie chirurgiczne. Z kolei metoda przezcewnikowa może mieć szczególne znaczenie u pacjentów obciążonych wysokim ryzykiem kolejnej operacji.

Pozostaje także kwestia długoterminowych wyników. Eksperci zwracają uwagę, że w przypadku przezcewnikowej wymiany zastawki płucnej danych dotyczących bardzo odległych efektów jest nadal mniej niż w przypadku leczenia chirurgicznego. Jednym z powikłań wymagających obserwacji jest infekcyjne zapalenie wsierdzia. Dlatego małoinwazyjność nie może być jedynym kryterium wyboru metody.

W tym kontekście zabiegi przeprowadzone w Warszawie są ważne przede wszystkim jako poszerzenie możliwości leczenia dzieci, które już wcześniej wymagały interwencji kardiochirurgicznych. Nie chodzi o wyeliminowanie kardiochirurgii, ale o możliwość wyboru mniej obciążającej procedury tam, gdzie pozwalają na to anatomia i sytuacja kliniczna pacjenta.

Program przezskórnej implantacji zastawki płucnej u dzieci jest na WUM bardzo młody. Pierwszą taką procedurę zespół przeprowadził 15 kwietnia 2026 r. Kolejne dwa skuteczne zabiegi pokazują, że metoda zaczyna być wykorzystywana u następnych pacjentów.

Dla dzieci z wrodzonymi wadami serca rozwój takich technik ma znaczenie wykraczające poza pojedynczą hospitalizację. Współczesne leczenie coraz częściej nie kończy się na uratowaniu życia podczas pierwszej operacji. Jego kolejnym celem jest takie planowanie następnych interwencji, aby dziecko, a później dorosły pacjent, mogło przejść przez kolejne dekady życia z możliwie najmniejszym obciążeniem wynikającym z leczenia.

Źródło: WUM

Czy Polska potrzebuje kolejnego ośrodka przeszczepiającego serca, czy raczej wzmocnienia już istniejących centrów? Decyzja Ministerstwa Zdrowia o wydaniu zgody na uruchomienie programu transplantacji serca w Państwowym Instytucie Medycznym MSWiA wywołała jeden z najpoważniejszych sporów w polskiej transplantologii ostatnich lat. Rezygnacja konsultanta krajowego w dziedzinie kardiochirurgii prof. Mariusza Kuśmierczyka sprawiła, że dyskusja przestała dotyczyć wyłącznie jednego szpitala. Dziś pytania dotyczą sposobu organizacji całego systemu.

Transplantologia należy do najbardziej wymagających obszarów współczesnej medycyny. O sukcesie decydują nie tylko umiejętności chirurgów, ale także sprawnie działający system kwalifikacji chorych, całodobowa gotowość zespołów, koordynacja pobrań narządów, doświadczenie personelu oraz odpowiednia liczba wykonywanych procedur. Dlatego każda decyzja o uruchomieniu nowego programu transplantacyjnego ma znaczenie wykraczające daleko poza jedną placówkę.

Tak stało się również w przypadku decyzji Ministra Zdrowia o wydaniu pięcioletniego pozwolenia dla Państwowego Instytutu Medycznego MSWiA na przechowywanie i przeszczepianie serc pobranych od zmarłych dawców. Program ma być realizowany w Klinice Kardiochirurgii i Transplantologii kierowanej przez prof. Piotra Suwalskiego. Oznacza to, że Warszawa stanie się jedynym miastem w Polsce posiadającym trzy ośrodki wykonujące transplantacje serca. Łącznie takich centrów będzie osiem.

Sama decyzja nie wzbudziłaby zapewne tak dużych emocji, gdyby nie reakcja prof. Mariusza Kuśmierczyka, konsultanta krajowego w dziedzinie kardiochirurgii i kierownika Kliniki Chirurgii Serca, Klatki Piersiowej i Transplantologii Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Profesor poinformował o rezygnacji zarówno z funkcji konsultanta krajowego, jak i członkostwa w Krajowej Radzie Transplantacyjnej, wskazując, że jest to protest przeciwko utworzeniu trzeciego programu transplantacji serca w stolicy.

Decyzja ma szczególny ciężar gatunkowy. Kadencja konsultanta krajowego miała zakończyć się dopiero w lutym 2030 roku, co oznacza, że profesor zrezygnował z pełnionej funkcji ponad trzy lata przed jej planowanym końcem. Jednocześnie, według dostępnych publicznie informacji, jego nazwisko nadal figuruje zarówno w wykazie konsultantów krajowych, jak i w składzie Krajowej Rady Transplantacyjnej, a Ministerstwo Zdrowia nie poinformowało dotąd o formalnym przyjęciu rezygnacji.

Sam spór nie dotyczy kompetencji nowego zespołu ani jakości kardiochirurgii prowadzonej w Państwowym Instytucie Medycznym MSWiA. Znacznie ważniejsze jest pytanie o organizację systemu transplantacyjnego w Polsce. Czy lepszym rozwiązaniem jest tworzenie nowych ośrodków, czy zwiększanie potencjału tych, które od lat wykonują największą liczbę przeszczepień?

Jeszcze w styczniu 2025 roku prof. Kuśmierczyk podczas konferencji Ministerstwa Zdrowia oceniał, że siedem funkcjonujących wówczas ośrodków w pełni zabezpiecza potrzeby kraju. Powstanie kolejnego programu nie zwiększa dostępności transplantacji w regionie dotąd pozbawionym takiej możliwości. Nowy ośrodek powstaje bowiem w mieście, w którym działają już dwa wysoko wyspecjalizowane centra.

Dyskusja dotyka jednego z najważniejszych problemów medycyny wysokospecjalistycznej: koncentracji doświadczenia. W transplantologii liczba wykonywanych procedur ma bezpośredni wpływ na utrzymanie kompetencji zespołów, organizację dyżurów oraz jakość opieki przed- i potransplantacyjnej. Jednocześnie większa liczba ośrodków może poprawić dostępność leczenia i zwiększyć bezpieczeństwo systemu, jeśli jeden z programów z różnych powodów ograniczy działalność.

Wątpliwości dotyczące organizacji nowego programu publicznie wyraził również były minister zdrowia Bartosz Arłukowicz. Napisał: „A może jeden w pełni profesjonalny, świetnie finansowany? Spełniamy ambicje profesorów czy poprawiamy jakość?”

To pytanie dobrze oddaje istotę obecnej dyskusji. W ochronie zdrowia nie zawsze większa liczba placówek oznacza lepszy dostęp do leczenia. W przypadku transplantacji znaczenie mają także liczba dostępnych dawców, aktywność poszczególnych ośrodków, doświadczenie operatorów, finansowanie oraz możliwość utrzymania przez całą dobę wielodyscyplinarnych zespołów.

W tej sprawie szczególnego znaczenia nabiera rola Krajowej Rady Transplantacyjnej. To właśnie ten organ opiniuje wnioski placówek ubiegających się o zgodę na prowadzenie działalności transplantacyjnej. Nie wiadomo jednak, jakie stanowisko Rada zajęła wobec wniosku PIM MSWiA, jakie argumenty przedstawiono podczas posiedzenia ani czy wśród członków istniała jednomyślność.

Brakuje również odpowiedzi na pytania dotyczące analizy potrzeb zdrowotnych. Nie przedstawiono publicznie danych pokazujących przewidywaną liczbę wykonywanych transplantacji, wpływ nowego programu na funkcjonowanie pozostałych warszawskich ośrodków ani ocen dotyczących zabezpieczenia kadrowego i finansowego przedsięwzięcia.

To właśnie transparentność procesu decyzyjnego wydaje się dziś najważniejsza. Rozwój transplantologii jest celem, z którym trudno polemizować, jednak w medycynie wysokospecjalistycznej równie istotne jest racjonalne wykorzystanie ograniczonych zasobów. Odpowiedź na pytanie, czy trzeci program transplantacji serca w Warszawie poprawi wyniki leczenia i dostępność świadczeń, powinna opierać się na danych epidemiologicznych, analizach systemowych oraz ocenie ekspertów, a nie wyłącznie na formalnym spełnieniu wymagań organizacyjnych.

Spór, który rozpoczął się od decyzji administracyjnej, stał się debatą o kierunku rozwoju polskiej transplantologii. Jej rozstrzygnięcie będzie miało znaczenie nie tylko dla warszawskich ośrodków, lecz także dla przyszłego modelu organizacji najbardziej zaawansowanych procedur medycznych w Polsce.

Źródło: inf pras

Foto: WUM