Medicalpress

Codziennie sprawdzamy dziesiątki liczb – godzinę, temperaturę, kurs euro czy poziom baterii w telefonie. A czy wiemy, jaki mamy poziom cholesterolu? Zbyt wysoki cholesterol ma około 21 mln Polaków, czyli nawet 60-70% dorosłej populacji, a przez długi czas może on nie dawać żadnych objawów. 28 września rusza ogólnopolska kampania edukacyjna „Cholesterol. Poznaj swoje liczby”, która zachęca: zbadaj cholesterol, poznaj swój cholesterol LDL i sprawdź, co ta liczba mówi o Twoim zdrowiu.

Kampania jest realizowana w ramach Koalicji Liga Walki z Cholesterolem przez Polskie Towarzystwo Lipidologiczne oraz Fundację TO SIĘ LECZY. Jej celem jest zachęcenie Polaków do kontrolowania poziomu cholesterolu i poznania swojego LDL-C, który podwyższony odpowiada za proces miażdżycy. Równie istotnym zadaniem jest zwrócenie uwagi na inne ważne czynniki ryzyka sercowo-naczyniowego, które nierzadko towarzyszą podwyższonemu cholesterolowi.

W Polsce i Europie choroby sercowo-naczyniowe pozostają główną przyczyną zgonów (aż 160 tys. rocznie). Jednym z kluczowych modyfikowalnych czynników ich rozwoju są zaburzenia lipidowe. Najnowsze wyniki programu „Moje Zdrowie” wskazują, że 50% Polaków nigdy nie zbadało swojego cholesterolu, a z tych, którzy to zrobili, aż 18% ma poziom LDL-C ponad 190 mg/dl – leczy się tylko 22%. Najnowszy bilans zdrowia Polaków WOBASZ3 także pokazuje, że hipercholesterolemia dotyczy prawie 60 proc. Polaków i od 20 lat pozostaje ona jednym z najpowszechniejszych czynników ryzyka. Dlatego znajomość własnego poziomu cholesterolu – przede wszystkim LDL-C – jest ważnym elementem profilaktyki.

– Zbyt wysokie stężenie cholesterolu LDL przez lata może nie dawać żadnych objawów, a jednocześnie prowadzić do rozwoju miażdżycy i zwiększać ryzyko zawału, udaru czy choroby tętnic obwodowych. Niestety znajomość swojego stężenia cholesterolu z ostatnich 12 miesięcy zna tylko co 8. Polak. Dlatego tak ważne jest, aby poznać swoje stężenie LDL-C i nie czekać z badaniem na pierwszy sygnał choroby, której skutecznie potrafimy zapobiegać. Szczególnie, że obecnie, biorąc pod uwagę leczenie niefarmakologiczne, zmianę stylu życia oraz leki, potrafimy bardzo skutecznie radzić sobie z zaburzeniami lipidowymi. Pamiętajmy jednocześnie, że jeśli chcemy z sukcesem zapobiegać miażdżycy, musimy pamiętać też o innych składowych profilu lipidowego – nie-HDL, triglicerydach czy lipoproteinie(a) – o co zawsze powinniśmy także zapytać swojego lekarza.  – podkreśla prof. Maciej Banach, prezes Polskiego Towarzystwa Lipidologicznego, przewodniczący Międzynarodowego Panelu Ekspertów Lipidowych (ILEP).

Poznaj swój cholesterol

Kampania „Cholesterol. Poznaj swoje liczby” stawia cholesterol w centrum uwagi, ponieważ z zaburzeniami lipidowymi zmaga się dwóch na trzech mieszkańców naszego kraju. Mogą one długo pozostawać niezauważone, a ich wczesne wykrycie pozwala odpowiednio wcześnie podjąć działania prewencyjne. Warto znać nie tylko poziom LDL-C, którego wartość docelowa zależy od indywidualnego ryzyka sercowo-naczyniowego, ale także inne składowe profilu lipidowego i wiedzieć za co odpowiadają i co sami możemy zrobić by je poprawić.

– Z rozmów z pacjentami widzimy także, że problemem nie zawsze jest samo wykonanie badania. Czasem wynik trafia do szuflady, bo nie wiemy co oznacza, czy powinniśmy się nim przejmować i co zrobić dalej. Chcemy, żeby ta kampania pomagała przejść od samej liczby do świadomego działania. Zbadać cholesterol, poznać swój wynik, zrozumieć go i – jeśli jest taka potrzeba – wspólnie z lekarzem zdecydować o dalszym postępowaniu. Profilaktyka zaczyna się od wiedzy o własnym zdrowiu – mówi Marek Kustosz, prezes Fundacji TO SIĘ LECZY.

Cholesterol jest jednocześnie częścią większej układanki. Ciśnienie tętnicze, poziom glukozy czy nadmierna masa ciała nie funkcjonują w oderwaniu od niego. Poszczególne czynniki ryzyka mogą współwystępować i zwiększać swoje niekorzystne oddziaływanie, a przez długi czas nie powodować wyraźnych dolegliwości. Nierozpoznane i nieleczone stopniowo zwiększają ryzyko rozwoju miażdżycy oraz poważnych chorób i zdarzeń sercowo-naczyniowych, takich jak choroba wieńcowa, zawał serca, udar mózgu, czy choroba tętnic obwodowych.

Cholesterol i trzy inne liczby, które należy znać

Pierwsze pytanie brzmi: jaki jest mój poziom cholesterolu? Warto znać nie tylko cholesterol całkowity, ale przede wszystkim poziom LDL-C, a także nie-HDL-C, który przedstawia masę wszystkich cząsteczek lipidowych odpowiedzialnych za proces miażdżycy. Wartość docelowa zależy od indywidualnego ryzyka sercowo-naczyniowego. U osób zdrowych norma stężenia LDL wynosi poniżej 3,0 mmol/l (115 mg/dl). Kampania będzie zachęcała także, by każdy z nas sam sprawdził swoje ryzyko sercowo-naczyniowe.  Jest to bardzo łatwe dzięki powszechnie dostępnym online kalkulatorom ryzyka SCORE2. Wówczas dowiemy się, że możemy mieć ryzyko umiarkowane, wysokie czy bardzo wysokie, a wówczas stężenie LDL powinno wynosić odpowiednio <100, 70 czy 55 mg/dl.  

Polska zaświeci przykładem

W ramach kampanii 29 września, w Światowy Dzień Serca, podświetlone zostaną charakterystyczne budynki i obiekty użyteczności publicznej w różnych częściach Polski. W ten sposób miasta i instytucje włączą się w akcję, przypominając mieszkańcom o znaczeniu profilaktyki i regularnych badaniach. O liczbach, które naprawdę mają znaczenie, przypominać będą m.in. Filharmonia im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie, Enea Stadion w Poznaniu, Fontanna Neptuna w Gdańsku, Opera i Filharmonia Podlaska w Białymstoku, Kładka o. Bernatka w Krakowie, Pałac Kultury i Nauki oraz most Śląsko-Dąbrowski w Warszawie, Plac Litewski w Lublinie i Spodek w Katowicach.

Polska kampania częścią europejskiej inicjatywy

Termin rozpoczęcia kampanii nie jest przypadkowy. Jej start zbiega się ze Światowym Dniem Serca oraz Europejskim Tygodniem Badań Przesiewowych (EU Screening Week), organizowanym w ramach europejskiej inicjatywy Know Your Numbers powiązanej z EU Safe Hearts Plan. Wspólnym celem tych działań jest zwiększanie świadomości czynników ryzyka chorób sercowo-naczyniowych oraz zachęcanie do profilaktyki, regularnych badań i wczesnego wykrywania zagrożeń dla zdrowia. EU Safe Hearts Plan, zaprezentowany przez Komisję Europejską w grudniu 2025 r., jest pierwszym kompleksowym unijnym planem dotyczącym zdrowia sercowo-naczyniowego.

A zatem, czy znasz swój cholesterol by zadbać o swoje zdrowie tu i teraz?

Więcej informacji będzie dostępnych na stronie kampanii od 28 września www.cholesterol.poznajswojeliczby.pl

Po aktualności związane z wydarzeniami w ramach kampanii zapraszamy na profil FB Polskiego Towarzystwa Lipidologicznego: https://www.facebook.com/PTLipid oraz Fundacji TO SIĘ LECZY: https://www.facebook.com/ToSieLeczy

Żródło: inf pras

Przez dekady diagnoza wydawała się prosta: masa ciała podzielona przez wzrost do kwadratu, wynik powyżej 30 kg/m² – otyłość. BMI stało się jednym z najbardziej rozpoznawalnych wskaźników medycznych na świecie. Problem w tym, że dwie osoby z identycznym BMI mogą mieć zupełnie inny skład ciała, rozmieszczenie tkanki tłuszczowej, stan metaboliczny i ryzyko zdrowotne.

Dlatego eksperci proponują zmianę sposobu myślenia o otyłości. Nie chodzi o wyrzucenie BMI do kosza, ale o odebranie mu roli ostatecznego arbitra. Sama liczba kilogramów w odniesieniu do wzrostu nie odpowiada bowiem na najważniejsze pytanie: czy nadmiar tkanki tłuszczowej już szkodzi zdrowiu konkretnego człowieka?

BMI zostaje, ale nie wystarcza

BMI ma ogromną zaletę jest proste. Do jego obliczenia wystarczą wzrost i masa ciała. Świetnie sprawdza się w badaniach populacyjnych i jako narzędzie przesiewowe, ale gorzej radzi sobie z oceną pojedynczego pacjenta.

Nie mówi, jaka część masy ciała przypada na tkankę tłuszczową, a jaka na mięśnie. Nie pokazuje też, gdzie tłuszcz jest zgromadzony. Tymczasem szczególnie istotne dla zdrowia jest nagromadzenie tkanki tłuszczowej w okolicy brzucha i narządów wewnętrznych.

W 2025 roku międzynarodowa Komisja ekspertów „The Lancet Diabetes & Endocrinology” zaproponowała więc nowe podejście do rozpoznawania otyłości. Zamiast opierać diagnozę wyłącznie na BMI, eksperci proponują potwierdzenie nadmiernej ilości tkanki tłuszczowej za pomocą dodatkowych pomiarów.

Mogą to być m.in. obwód talii, stosunek obwodu talii do bioder czy stosunek talii do wzrostu, a tam, gdzie jest to uzasadnione – bezpośrednie metody oceny składu ciała. BMI staje się więc początkiem diagnostyki, a nie jej końcem.

Otyłość kliniczna i przedkliniczna – co to oznacza?

Jeszcze ważniejszą zmianą jest rozróżnienie dwóch stanów: otyłości klinicznej i otyłości przedklinicznej. Otyłość kliniczna oznacza przewlekłą chorobę, w której nadmiar tkanki tłuszczowej już powoduje zaburzenia funkcjonowania tkanek lub narządów albo istotnie ogranicza codzienne funkcjonowanie.

Konsekwencje mogą dotyczyć wielu układów – od sercowo-naczyniowego i oddechowego, przez metaboliczny, po układ ruchu. W praktyce lekarz ma więc oceniać nie tylko rozmiar ciała pacjenta, ale również to, co nadmiar tkanki tłuszczowej robi z jego organizmem.

Otyłość przedkliniczna oznacza natomiast nadmierną ilość tkanki tłuszczowej przy zachowanej funkcji narządów i tkanek. Nie oznacza to jednak „zdrowej otyłości”. Taka osoba pozostaje narażona na zwiększone ryzyko rozwoju otyłości klinicznej oraz innych chorób w przyszłości i wymaga oceny tego ryzyka oraz odpowiedniej profilaktyki. To subtelna, ale bardzo istotna różnica. W jednym przypadku mamy już chorobę manifestującą się zaburzeniami funkcjonowania organizmu. W drugim – stan zwiększonego zagrożenia, któremu należy przeciwdziałać.

Dwie osoby, takie samo BMI, zupełnie inne zdrowie

Najlepiej znaczenie nowej klasyfikacji pokazują wyniki międzynarodowego badania opublikowanego w 2026 roku, obejmującego ponad 2,3 tys. pacjentów poddawanych operacjom metabolicznym i bariatrycznym w czterech ośrodkach w Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Francji i Brazylii.

Według nowych kryteriów 73,8 proc. badanych miało otyłość kliniczną, a 26,2 proc. – przedkliniczną. Najciekawsze było jednak coś innego: rozkład BMI w obu grupach był podobny.

Oznacza to, że pacjent z wyższym BMI nie musiał automatycznie znajdować się w gorszej sytuacji klinicznej niż osoba z niższym wynikiem. Osoby z otyłością kliniczną miały natomiast większe obciążenie chorobami, wyższe szacowane ryzyko sercowo-naczyniowe oraz większe ryzyko zgonu oceniane przy użyciu stosowanych w medycynie skal.

A co z osobami z BMI poniżej 30?

Nowe podejście zwraca uwagę również na odwrotny problem. BMI może nie tylko przeceniać, ale również nie doszacowywać zagrożenia. Osoba może mieć BMI poniżej klasycznej granicy otyłości, a jednocześnie nadmierną ilość tkanki tłuszczowej, zwłaszcza zgromadzonej w okolicy brzucha, i związane z nią zaburzenia zdrowotne. Dlatego sama odpowiedź kalkulatora BMI nie powinna być traktowana jako pełna diagnoza.

Nowoczesna ocena pacjenta powinna uwzględniać zarówno ilość i rozmieszczenie tkanki tłuszczowej, jak i stan metaboliczny, funkcjonowanie narządów, sprawność fizyczną oraz choroby współistniejące.

Nowa definicja może zmienić także dostęp do leczenia

To nie jest wyłącznie akademicka dyskusja o nazewnictwie. Sposób definiowania otyłości może mieć bardzo praktyczne konsekwencje od kwalifikacji do farmakoterapii po dostęp do chirurgii metabolicznej i bariatrycznej.

Jeżeli decyzja o intensywności leczenia opiera się głównie na BMI, dwóch pacjentów o podobnej masie ciała można potraktować podobnie, mimo że jeden z nich ma już poważne zaburzenia związane z otyłością, a drugi jeszcze ich nie rozwinął.

Nowe podejście przesuwa punkt ciężkości z pytania „ile ważysz?” na pytanie „jak nadmiar tkanki tłuszczowej wpływa na twoje zdrowie?”. W przypadku otyłości klinicznej celem leczenia ma być poprawa lub – jeśli to możliwe – ustąpienie zaburzeń wynikających z nadmiernej ilości tkanki tłuszczowej oraz zapobieganie kolejnym powikłaniom.

W otyłości przedklinicznej nacisk przesuwa się natomiast na ograniczenie ryzyka rozwoju choroby i innych problemów zdrowotnych. Nie oznacza to automatycznie, że taka osoba nie wymaga leczenia. Decyzja powinna zależeć od jej indywidualnego profilu ryzyka i spodziewanych korzyści z terapii.

To nie koniec BMI

Hasło „koniec BMI” dobrze brzmi w nagłówkach, ale upraszcza rzeczywistość. BMI nadal jest szybkim, tanim i przydatnym narzędziem przesiewowym. Także najnowsze standardy leczenia otyłości nie proponują jego całkowitego porzucenia. Zmienia się raczej jego miejsce w procesie diagnostycznym.

BMI może powiedzieć lekarzowi: „przyjrzyj się temu pacjentowi dokładniej”. Nie powinno natomiast samo odpowiadać na pytanie: „czy ten pacjent jest chory i jakiego leczenia potrzebuje?”. Nowe kryteria również nie są ostatnim słowem nauki. Badacze zwracają uwagę, że istnieje kilka konkurencyjnych sposobów definiowania i klasyfikowania otyłości, a ich przydatność w codziennej praktyce klinicznej nadal jest oceniana.

Badania z 2026 roku przynoszą jednak coraz więcej danych wskazujących, że rozróżnienie otyłości klinicznej i przedklinicznej może nieść informacje, których sama wartość BMI nie pokazuje.

Ta zmiana może mieć jeszcze jeden ważny skutek: przesunięcie rozmowy o otyłości z wyglądu i kilogramów na zdrowie. Otyłość od lat obciążona jest społeczną stygmatyzacją. Pacjent często słyszy przede wszystkim, ile powinien schudnąć. Nowa koncepcja próbuje postawić inne pytanie: jakie procesy zachodzą w jego organizmie i w jaki sposób można poprawić jego zdrowie?

Dwie osoby ważące tyle samo nie muszą być w tej samej sytuacji klinicznej. Tak samo utrata określonej liczby kilogramów nie jest jedynym możliwym miernikiem skuteczności terapii.

W leczeniu otyłości coraz ważniejsze stają się więc nie tylko kilogramy i BMI, ale poprawa parametrów metabolicznych, funkcjonowania narządów, sprawności i jakości życia.

I być może właśnie na tym polega najważniejsza zmiana. Nie na tym, że BMI przestaje istnieć, lecz na tym, że przestajemy sprowadzać otyłość do jednej liczby.

Źródło: The Lancet Diabetes & Endocrinology