Medicalpress
Polskie Towarzystwo Onkologii Klinicznej PTOK) po raz szósty ogłosiło TOP 10 ONKO – listę dziesięciu priorytetów refundacyjnych, które zdaniem ekspertów powinny zostać rozpatrzone przez system w pierwszej kolejności, w tym terapie w raku jelita grubego, raku płuca, raku nosogardła, raku piersi, raku prostaty, raku wątrobowokomórkowym, raku pęcherza moczowego, glejaku.
W zestawieniu znalazły się terapie dla chorych m.in. na raka jelita grubego z mutacją BRAF V600E, raka nosogardła, raka prostaty kwalifikującego się do terapii radioligandowej ukierunkowanej na PSMA, a także kilka kluczowych strategii w raku płuca – zarówno w drobnokomórkowym (leczenie konsolidujące po radiochemioterapii), jak i w niedrobnokomórkowym z wybranymi zaburzeniami molekularnymi (EGFR, BRAF). Lista obejmuje również leczenie w HER2-dodatnim raku piersi, immunoterapię w raku wątrobowokomórkowym, nowe podejście w raku pęcherza moczowego oraz terapię celowaną w glejakach z mutacją IDH.

TOP 10 ONKO to ekspercka lista priorytetów refundacyjnych opracowana przez ekspertów klinicznych Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej. Jej celem jest uporządkowanie potrzeb terapeutycznych z perspektywy praktyki klinicznej i wskazanie tych technologii, które – w ocenie środowiska – mogą mieć największy potencjał wpływu na wyniki leczenia, rokowanie oraz organizację opieki onkologicznej w Polsce.

W ubiegłorocznej edycji listy (TOP 10 ONKO 2025) kilka technologii znalazło swoje odzwierciedlenie w decyzjach refundacyjnych – m.in. abemacyklib we wczesnym raku piersi, trastuzumab derukstekan w raku żołądka czy zolbetuksymab w raku żołądka, a także selperkatynib w guzach litych z fuzją RET. Jednocześnie część terapii, mimo wskazania jako priorytet, nie została objęta refundacją i wraca na listę 2026.

Nad listą priorytetów 2026 głosowali: prof. Maciej Krzakowski, prof. Barbara Radecka, prof. Piotr Wysocki, prof. Andrzej Kawecki, prof. Jakub Kucharz, prof. Tomasz Kubiatowski, prof. Michał Jarząb oraz dr Maryna Rubach.

Przegląd terapii jest realizowany we współpracy z zespołem analitycznym HTA, który porządkuje dostępne dane kliniczne i rejestracyjne, co pozwala nadać procesowi wyboru przejrzystą strukturę merytoryczną. Zestawienie ma charakter rankingowy: pozycja na liście odzwierciedla wagę potrzeby klinicznej oraz pilność decyzji refundacyjnej.

TOP 10 ONKO 2026 – lista priorytetów refundacyjnych (kolejność rankingowa):
  1. Enkorafenib (w skojarzeniu z cetuksymabem) – przerzutowy rak jelita grubego z mutacją BRAF V600E

    Biologiczne uzasadnienie terapii polega na jednoczesnym zahamowaniu dwóch elementów szlaku sygnałowego – zmutowanego BRAF oraz receptora EGFR. – Dlatego leczenie polega na skojarzeniu inhibitora BRAF – enkorafenibu – z przeciwciałem anty-EGFR, czyli cetuksymabem. Drugi punkt blokowania na poziomie receptora zwiększa skuteczność terapii, a jednocześnie zapobiega reaktywacji szlaku sygnałowego na zasadzie sprzężenia zwrotnego. Próby stosowania inhibitorów BRAF w monoterapii okazały się mało skuteczne, dlatego takie skojarzenie jest rozwiązaniem oczywistym z punktu widzenia biologii molekularnej. – podkreśliła prof. Barbara Radecka.

    Skuteczność tej strategii została potwierdzona w badaniu III fazy BEACON CRC, które wykazało wydłużenie przeżycia wolnego od progresji oraz poprawę przeżycia całkowitego u chorych z mutacją BRAF V600E.

    Jednocześnie – jak zwróciła uwagę prof. Radecka – dostęp do tej terapii w Polsce pozostaje ograniczony. – Obecnie leczenie to dostępne jest jedynie w ramach ratunkowego dostępu do technologii lekowych. Zapis obligujący do jego zastosowania dopiero po wyczerpaniu innych opcji powoduje, że w praktyce oznacza to czwartą lub piątą linię leczenia. Tymczasem wielu chorych z mutacją BRAF nie dożywa tak odległych etapów terapii – część nie dociera nawet do trzeciej linii. W efekcie jest to dostęp w dużej mierze pozorny.

  2. Toripalimab (z cisplatyną i gemcytabiną) – nawrotowy lub przerzutowy rak nosogardła


    Jak podkreślił prof. Andrzej Kawecki, w tej chorobie przez dekady nie obserwowano istotnego postępu terapeutycznego. – Toripalimab jest inhibitorem PD-1, czyli lekiem z grupy immunoterapii. W raku nosowej części gardła sytuacja przez wiele lat była podobna jak w drobnokomórkowym raku płuca – przez ponad trzy dekady właściwie niewiele się zmieniało. Standardem leczenia radykalnego pozostawała radiochemioterapia z cisplatyną, a w chorobie nawrotowej lub przerzutowej stosowano schematy oparte na dubletach z platynę.

    Toripalimab uzyskał już rejestrację FDA i EMA w pierwszej linii leczenia nawrotowego lub przerzutowego raka nosogardła. Dane dotyczące aktywności leku w kolejnych liniach terapii pochodzą również z badania POLARIS-02, w którym odpowiedź na leczenie obserwowano u około jednej czwartej pacjentów. – Cieszę się, że lek ten znalazł się tak wysoko w zestawieniu i mam nadzieję, że w przyszłości nie będziemy już musieli o niego zabiegać, tylko będzie dostępny w ramach programu lekowego – podsumował prof. Kawecki.

  3. Lutetium (¹⁷⁷Lu) vipivotide tetraxetan (¹⁷⁷Lu-PSMA-617) – przerzutowy rak prostaty (mCRPC)

    Jak podkreślił prof. Piotr Wysocki, terapia ta odpowiada na istotną lukę terapeutyczną u chorych z zaawansowanym rakiem prostaty. – Nie bez powodu ta terapia znalazła się tak wysoko w zestawieniu. Jest to niezwykle wartościowa metoda leczenia, przede wszystkim dlatego, że adresowana jest do bardzo dużej grupy chorych. Według danych Krajowego Rejestru Nowotworów za 2023 rok w Polsce odnotowano około sześciu tysięcy zgonów z powodu raka gruczołu krokowego. W zdecydowanej większości są to chorzy, którzy wyczerpali już wszystkie dostępne opcje leczenia systemowego. Natomiast wciąż brakuje nam terapii lutetem.

    Skuteczność tej strategii została potwierdzona w badaniu III fazy VISION, do którego kwalifikowano pacjentów z potwierdzoną w badaniu PET ekspresją PSMA w ogniskach nowotworu. – W badaniu tym porównywano terapię lutetem z najlepszym standardowym leczeniem systemowym. Takie postępowanie wiązało się z ponad piętnastokrotnym zwiększeniem odsetka obiektywnych odpowiedzi. Co trzeci chory uzyskiwał obiektywną odpowiedź na leczenie, a kontrolę choroby obserwowano u ponad 60% pacjentów. Mediana czasu przeżycia wolnego od progresji wydłużała się około 2,5-krotnie, natomiast mediana całkowitego przeżycia zwiększała się o około cztery miesiące.

  4. Durwalumab – leczenie konsolidujące w ograniczonej postaci drobnokomórkowego raka płuca (DRP) po jednoczasowej radiochemioterapii


    Jak podkreślił prof. Maciej Krzakowski, pojawienie się durwalumabu stanowi pierwszy istotny postęp terapeutyczny w tej populacji od wielu lat. – Jest to pierwszy element leczenia systemowego od – można powiedzieć – trzech dekad, który wnosi coś nowego u chorych na drobnokomórkowego raka płuca w postaci ograniczonej. Mniej więcej jedna trzecia pacjentów z rozpoznanym drobnokomórkowym rakiem płuca znajduje się w stadium choroby ograniczonej i u tych chorych stosujemy leczenie o założeniu radykalnym.

    Kluczowych danych dostarczyło badanie III fazy ADRIATIC, które wykazało istotną poprawę przeżycia całkowitego oraz czasu wolnego od progresji. Jak zwrócił uwagę prof. Maciej Krzakowski – W badaniu tym wykazano wydłużenie mediany całkowitego przeżycia do około 55 miesięcy, przy różnicy wynoszącej mniej więcej 23 miesiące w porównaniu z ramieniem kontrolnym. Oznacza to zmniejszenie ryzyka zgonu o około 27%. Jak na drobnokomórkowego raka płuca są to naprawdę bardzo silne argumenty.

  5. Trastuzumab derukstekan (z pertuzumabem) – HER2-dodatni rak piersi w pierwszej linii leczenia zaawansowanego

    W leczeniu choroby przerzutowej trastuzumab derukstekan ma już dobrze ugruntowaną pozycję, a wyniki najnowszych badań wskazują na możliwość dalszej poprawy wyników leczenia w pierwszej linii. – Coraz bliżej jesteśmy momentu, w którym zaczynamy dyskutować, czy w części przypadków będziemy w stanie uzyskać bardzo długotrwałą kontrolę choroby u pacjentek z przerzutowym rakiem piersi. W badaniu dotyczącym leczenia pierwszej linii mediana czasu przeżycia przekroczyła czterdzieści miesięcy. Oznacza to, że duży odsetek kobiet może funkcjonować z chorobą przerzutową przez długi czas, pozostając w dobrej sprawności. – mówił dr Michał Jarząb.

    Wyniki te pochodzą z badania III fazy DESTINY-Breast09, w którym trastuzumab derukstekan w skojarzeniu z pertuzumabem porównano z dotychczasowym standardem pierwszej linii leczenia HER2-dodatniego raka piersi. W Polsce w pierwszej linii leczenia HER2-dodatniego raka piersi finansowany jest schemat pertuzumab, trastuzumab i docetaksel, natomiast trastuzumab derukstekan pozostaje terapią stosowaną w późniejszych liniach leczenia.

  6. Lazertynib + amiwantamab – niedrobnokomórkowy rak płuca (NDRP) z najczęstszymi mutacjami EGFR w pierwszej linii


    Dotychczas standardem leczenia pierwszej linii u chorych z najczęstszymi mutacjami EGFR – delecją w eksonie 19 lub mutacją L858R w eksonie 21 – pozostawał inhibitor trzeciej generacji ozymertynib. Jednym z głównych ograniczeń tej strategii jest jednak rozwój oporności, często związany z aktywacją szlaku sygnałowego MET. Jak wyjaśnił prof. Maciej Krzakowski Część pacjentów otrzymujących ozymertynib doświadcza oporności na leczenie związanej z aktywacją szlaku MET. W przypadku omawianego schematu dwulekowego mówimy o przeciwciele monoklonalnym – amiwantamabie – które jest inhibitorem zarówno EGFR, jak i MET. Lazertynib jest natomiast silnym inhibitorem EGFR, który ma dodatkową zaletę w postaci dobrej penetracji do ośrodkowego układu nerwowego.

    Jak zaznaczył ekspert, wprowadzenie takiej terapii wpisuje się w szerszy trend personalizacji leczenia onkologicznego. – Cały czas mówimy o personalizacji i indywidualizacji postępowania przyczynowego w chorobach nowotworowych. Ten dwulek jest właśnie przykładem rozwiązania, które może służyć dalszej personalizacji leczenia. Chorzy z zaawansowanym niedrobnokomórkowym rakiem płuca z aktywującymi mutacjami EGFR różnią się między sobą pod względem nasilenia objawów, dynamiki choroby czy masy nowotworu.

    Zdaniem prof. Krzakowskiego pojawienie się tej terapii zwiększa możliwości wyboru strategii leczenia w pierwszej linii. – Mając w tej chwili trzy opcje – sam ozymertynib, ozymertynib z chemioterapią oraz kombinację amiwantamabu z lazertynibem – będziemy mogli podejmować decyzje terapeutyczne na podstawie klinicznych przesłanek i stosować bardziej spersonalizowane postępowanie.

  7. Durwalumab + tremelimumab (schemat STRIDE) – nieoperacyjny lub zaawansowany rak wątrobowokomórkowy (HCC)

    Jak podkreślił prof. Tomasz Kubiatowski, rak wątrobowokomórkowy w stadium zaawansowanym lub nieoperacyjnym pozostaje chorobą o bardzo ograniczonych możliwościach leczenia systemowego. – Wiemy, z jakim rokowaniem wiąże się rak wątrobowokomórkowy nieoperacyjny, zaawansowany. Opcji terapeutycznych nie ma wiele – to głównie terapie oparte na lekach antyangiogennych albo ich skojarzeniu z immunoterapią. Nie każdy chory kwalifikuje się jednak do tego typu leczenia, dlatego dobrze, żeby miał również inne możliwości terapeutyczne. 

    Jedną z takich strategii jest podwójna immunoterapia oparta na skojarzeniu durwalumabu i tremelimumabu. – Skojarzenie tych leków opiera się na bazowym podaniu przeciwciała anty-CTLA-4 i przeciwciała anty-PD-L1, czyli tremelimumabu z durwalumabem, a następnie już co cztery tygodnie podawany jest sam durwalumab. – tłumaczył ekspert. 

    Jak zaznaczył prof. Tomasz Kubiatowski, skuteczność takiego podejścia została potwierdzona w badaniu III fazy HIMALAYA. – Po pierwsze dlatego, że – jak pokazały wyniki badania HIMALAYA – zastosowanie skojarzenia durwalumabu z tremelimumabem przekłada się na wydłużenie mediany całkowitego przeżycia. W stosunku do ramienia kontrolnego w tym badaniu odsetek chorych pozostających przy życiu zwiększał się niemal dwukrotnie – do około 20%, czyli praktycznie rzecz biorąc co piąty chory może osiągnąć pięcioletnie przeżycie całkowite.

  8. Durwalumab z chemioterapią – rak pęcherza moczowego


    Wśród priorytetów refundacyjnych coraz mocniej wybrzmiewa potrzeba objęcia finansowaniem schematu okołooperacyjnego, który realnie poprawia wyniki leczenia chorych na raka pęcherza moczowego z naciekaniem warstwy mięśniowej (MIBC), kwalifikujących się do leczenia cisplatyną i radykalnej cystektomii. Jednym z najbardziej obiecujących podejść terapeutycznych w tej grupie chorych jest połączenie immunoterapii z chemioterapią neoadjuwantową, a następnie kontynuacja immunoterapii w leczeniu adjuwantowym po operacji.

    Strategię tę oceniano w dużym międzynarodowym badaniu III fazy NIAGARA, obejmującym ponad tysiąc pacjentów z rakiem pęcherza naciekającym mięśniówkę. – W badaniu tym pacjenci otrzymywali chemioterapię gemcytabina + cisplatyna z durwalumabem przed operacją, a następnie osiem cykli durwalumabu po operacji, w porównaniu z klasyczną chemioterapią GC – wyjaśnił prof. Jakub Kucharz.`

    Wyniki badania pokazały, że dodanie immunoterapii do chemioterapii okołooperacyjnej przekłada się na wyraźną poprawę wyników leczenia. Po dwóch latach od rozpoczęcia terapii bez oznak nawrotu pozostawało prawie 68% chorych leczonych z użyciem durwalumabu, w porównaniu z około 60% w grupie leczonej standardowo. Również odsetek pacjentów żyjących po dwóch latach był wyższy – 82% wobec 75%, a jednocześnie większy odsetek chorych osiągał całkowitą odpowiedź patologiczną. – W badaniu wykazano redukcję ryzyka zdarzeń o 32%, redukcję ryzyka zgonu o 25% oraz o około 10% wyższy odsetek całkowitych odpowiedzi patologicznych. Są to wyniki bardzo istotne – niejedna terapia została zarejestrowana i zrefundowana na podstawie znacznie mniej spektakularnych rezultatów. – podkreślił prof. Kucharz.

  9. Enkorafenib + binimetynib – zaawansowany niedrobnokomórkowy rak płuca z mutacją BRAF V600E


    Jak zwrócił uwagę prof. Piotr Wysocki – W przypadku niedrobnokomórkowego raka płuca mutacja BRAF V600E jest zjawiskiem rzadkim, ale jej obecność wiąże się ze złym rokowaniem i zdecydowanie mniejszą skutecznością klasycznego leczenia systemowego.

    Enkorafenib jest selektywnym inhibitorem kinazy BRAF, natomiast binimetynib hamuje kinazy MEK1 i MEK2. Terapia skojarzona tych dwóch leków pozwala na skuteczniejsze zahamowanie szlaku sygnałowego MAPK i bardziej trwałą kontrolę choroby. Schemat ten jest przeznaczony dla dorosłych pacjentów z zaawansowanym lub przerzutowym NDRP z obecnością mutacji BRAF V600E – zarówno w pierwszej linii leczenia, jak i po jednej wcześniejszej linii terapii systemowej.

    Jak podkreślił prof. Wysocki, dane z praktyki klinicznej pokazują wyraźną przewagę terapii celowanej nad klasycznym leczeniem systemowym. – Analizy danych z rzeczywistej praktyki klinicznej wskazują, że u chorych z tą mutacją odsetek odpowiedzi obiektywnych po klasycznej chemio- lub chemioimmunoterapii nie przekracza około 30%. Zastosowanie skojarzenia encorafenibu z binimetinibem zwiększa ten odsetek niemal trzykrotnie.

    Różnice widoczne są także w zakresie kontroli choroby. – W przypadku klasycznej chemioterapii dotyczy ona około połowy chorych, natomiast przy zastosowaniu terapii celowanej osiąga niemal 95% pacjentów.

  10. Worasidenib – glejak II stopnia z mutacją IDH


    Glejaki pozostają jednym z najbardziej wymagających wyzwań współczesnej neuroonkologii. Choć w skali populacyjnej są nowotworami rzadkimi, wiążą się z wysoką śmiertelnością i ogromnym obciążeniem neurologicznym. W Polsce co roku rozpoznaje się około 1500–1700 glejaków, a liczba zgonów z powodu nowotworów ośrodkowego układu nerwowego sięga około 3000. Przez ostatnie dwie dekady postęp koncentrował się głównie na udoskonalaniu neurochirurgii, radioterapii i diagnostyki molekularnej, natomiast nowych leków o udowodnionym wpływie na przebieg choroby praktycznie nie było.

    – Worasidenib jest inhibitorem enzymów IDH1 i IDH2 stosowanym u chorych na rozlane glejaki o niskiej złośliwości z mutacją IDH. Nie ukrywam, że jego znaczenie jest duże, ponieważ jest to pierwszy lek od ponad dwudziestu lat, który wykazuje wyraźną aktywność w tej grupie guzów mózgu. W pewnym sensie jest to pierwsza nowa opcja terapeutyczna od czasu wprowadzenia temozolomidu. – powiedział prof. Andrzej Kawecki.

    Worasidenib jest doustnym inhibitorem zmutowanych enzymów IDH1 i IDH2. Mutacje te prowadzą do produkcji nieprawidłowego metabolitu – 2-hydroksyglutaranu – który zaburza różnicowanie komórek i sprzyja procesom nowotworzenia. Zahamowanie aktywności IDH ogranicza ten patologiczny szlak metaboliczny i może spowalniać progresję choroby.

    Kluczowych danych dostarczyło badanie III fazy INDIGO, obejmujące chorych z glejakiem II stopnia z mutacją IDH po leczeniu operacyjnym, którzy nie wymagali natychmiastowej radioterapii ani chemioterapii. W tej populacji zastosowanie worasidenibu istotnie wydłużało czas wolny od progresji oraz opóźniało moment konieczności wdrożenia kolejnej interwencji terapeutycznej.


Wyjątkowo w tegorocznej edycji zestawienia eksperci wskazują także jedenasty priorytet refundacyjny, dotyczący leczenia pacjentek z nawrotowym lub przerzutowym rakiem szyjki macicy. Mimo dostępności skutecznej profilaktyki – badań cytologicznych i szczepień przeciwko HPV – choroba ta nadal pozostaje poważnym problemem zdrowotnym. Na świecie co roku rozpoznaje się blisko 600 tysięcy nowych przypadków, a ponad 300 tysięcy kobiet umiera z jej powodu. W zaawansowanym stadium rokowanie jest niekorzystne, a możliwości leczenia po niepowodzeniu wcześniejszej terapii są ograniczone.

Jedną z nowych opcji terapeutycznych jest tisotumab wedotyny – lek z grupy koniugatów przeciwciało–lek (ADC, antibody–drug conjugate). W tej klasie terapii przeciwciało rozpoznaje określoną cząsteczkę na powierzchni komórek nowotworowych i dostarcza bezpośrednio do komórki rakowej cytostatyk, co pozwala bardziej precyzyjnie niszczyć komórki raka przy mniejszym wpływie na zdrowe tkanki. Jak wyjaśniła dr Maryna RubachJest to połączenie przeciwciała monoklonalnego z cytostatykiem z grupy inhibitorów mikrotubul, który działa na wrzeciono podziałowe komórki. Lek jest skierowany przeciwko czynnikowi tkankowemu (tissue factor), który jest często obecny na powierzchni komórek raka szyjki macicy.

Europejska Agencja Leków pod koniec stycznia 2025 r. zaleciła dopuszczenie do obrotu w Unii Europejskiej tisotumab wedotyny do stosowania w monoterapii u dorosłych pacjentek z nawrotowym lub przerzutowym rakiem szyjki macicy, u których doszło do progresji choroby po wcześniejszym leczeniu systemowym. Lek uzyskał już wcześniej pełne zatwierdzenie w Stanach Zjednoczonych.

Publikacja listy TOP 10 ONKO jest wskazówką dla decydentów podejmujących decyzje refundacyjne, która uwzględnia potrzeby kliniczne i mierzalne efekty dla chorych. W praktyce TOP 10 ONKO jest jednocześnie listą terapii i warunków, bez których innowacje nie zadziałają. W większości wskazań kluczowa jest dostępność diagnostyki molekularnej i właściwej kwalifikacji chorych oraz odpowiednia infrastruktura i organizacja świadczeń (np. w medycynie nuklearnej), a w jeszcze innych – możliwość realnego wyboru między równorzędnymi opcjami terapeutycznymi przy różnych obciążeniach pacjentów.

Ranking PTOK porządkuje więc nie tylko technologie medyczne z punktu widzenia ich wartości klinicznej, ale też wskazuje najważniejsze „wąskie gardła” systemu, które decydują o tym, czy postęp wynikający z badań klinicznych przełoży się na codzienną praktykę w Polsce. – Mając na uwadze listy z poprzednich lat i ich późniejsze przełożenie na rzeczywistość w postaci dostępności terapii, mam nadzieję, że podobnie będzie także tym razem. Myślę na przykład o kombinacji enkorafenibu z cetuksymabem – tutaj rzeczywiście widzę dużą szansę na zmianę – zaznaczył prof. Maciej Krzakowski, prezes PTOK.

Ekspert zwrócił jednak uwagę, że część terapii znajdujących się wysoko w rankingu wciąż pozostaje w Polsce niedostępna, mimo silnych dowodów naukowych. – Mam tu na myśli dwie pozycje – pozycję trzecią, czyli terapię lutetem w raku prostaty, oraz pozycję pierwszą, czyli wspomnianą kombinację enkorafenibu z cetuksymabem. Mówimy o terapiach, które mają silne dowody naukowe, a mimo to wciąż nie są powszechnie dostępne. – podkreślił prof. Krzakowski. – Mam marzenie – że możliwie najwięcej z tych terapii uda się wspólnymi siłami, zarówno naszego środowiska, jak i decydentów, doprowadzić do refundacji – dodał.

źródło: PTOK

Fundacja OnkoCafe – Razem Lepiej opublikowała raport „Ścieżka raka prostaty – okiem pacjenta”, opracowany na podstawie dwóch ogólnopolskich badań ankietowych przeprowadzonych w 2024 i 2025 roku (łącznie 248 respondentów). Dokument pokazuje doświadczenia mężczyzn przechodzących przez proces diagnostyki i leczenia raka prostaty – od pierwszych objawów, przez badania diagnostyczne, po wybór terapii i wsparcie psychologiczne. To jedna z nielicznych analiz w Polsce, która w tak szeroki sposób opisuje doświadczenia pacjentów.
Z raportu wynika, że:
 
Z raportu wynika, że niemal połowa pacjentów (45,1%) zwlekała z wizytą u lekarza ponad 6 miesięcy od pojawienia się objawów, takich podwyższone wyniki PSA lub dolegliwości ze strony układu moczowego. Jednocześnie 7% respondentów wskazało, że nowotwór wykryto u nich przypadkowo – bez wcześniejszych objawów.

– W raku prostaty czas ma ogromne znaczenie, zwłaszcza w kontekście stadium choroby w momencie rozpoznania. Jeśli pacjent zwleka z wizytą pół roku lub dłużej, to wzrasta ryzyko rozpoznania choroby na bardziej zaawansowanym etapie, kiedy leczenie jest już trudniejsze, bardziej obciążające i nie zawsze skuteczne. Dlatego tak ważna jest edukacja społeczeństwa, dotycząca objawów raka gruczołu krokowego i regularnych badań, w tym poziomu białka PSA – podkreśla dr n. med. Paweł Potocki z Katedry i Kliniki Onkologii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Choć 83% ankietowanych zna badanie PSA, to aż 37% ocenia swoją wiedzę na temat raka prostaty jako słabą lub bardzo słabą. To pokazuje paradoks: podstawowe pojęcia są znane, ale zrozumienie choroby i jej leczenia – już niekoniecznie.

System, który nie nadąża
Jeśli chodzi o ścieżkę diagnostyczną, to wielu pacjentów opisuje ją jako wymagającą samodzielnej organizacji badań. Aż 45,1% respondentów zadeklarowało, że samodzielnie finansowało przynajmniej jedno badanie obrazowe na wczesnym etapie diagnostyki – najczęściej rezonans magnetyczny (MRI) lub tomografię komputerową. Część chorych trafiała do właściwego ośrodka w ciągu kilku tygodni, ale 27,5% wskazało, że od podejrzenia nowotworu do rozpoczęcia leczenia minęło ponad 3 miesiące.

– W raku prostaty mamy dziś wiele skutecznych metod leczenia, ale ich dobór zależy od precyzyjnej diagnostyki i właściwego momentu rozpoczęcia terapii. Jeśli pacjent musi sam finansować badania lub czekać miesiącami na wizytę, system przestaje być realnym wsparciem. To nie powinno mieć miejsca – mówi dr Bożena Sikora-Kupis z Kliniki Nowotworów Układu Moczowego Narodowego Instytutu Onkologii w Warszawie.

Ekspertka podkreśla jednocześnie, że współczesna onkologia oferuje coraz bardziej zaawansowane i celowane metody terapii: – Nowoczesne terapie w raku prostaty, w tym terapia radioligandowa z wykorzystaniem lutetu-177, otwierają nowe możliwości leczenia chorych z zaawansowanym rakiem gruczołu krokowego. W codziennej praktyce klinicznej stanowią realną szansę na wydłużenie życia przy jednoczesnym zachowaniu dobrej jakości życia pacjentów. Terapia radioligandowa umożliwia selektywne oddziaływanie na komórki nowotworowe, przy jednoczesnym ograniczeniu uszkodzeń zdrowych tkanek, co przekłada się na dobrą tolerancję leczenia. Warunkiem skutecznego wykorzystania tej terapii jest dostęp do nowoczesnej diagnostyki obrazowej oraz jasno zdefiniowana ścieżka kwalifikacji do leczenia w programie lekowym – zaznacza dr n. med. Bożena Sikora-Kupis.

Raport wskazuje również na problemy organizacyjne: kolejki do specjalistów, brak ciągłości opieki, zmiany lekarza prowadzącego oraz ograniczoną dostępność fizjoterapii urologicznej w ramach NFZ.

Świadomość ścieżki leczniczej
51% ankietowanych uważa, że o metodzie leczenia raka prostaty decyduje onkolog, 37% wskazuje urologa, a 19% – że decyzja powinna należeć do pacjenta w konsultacji z lekarzem. Jednocześnie 27% respondentów nie wie, jaką rolę w leczeniu raka prostaty odgrywa onkolog.
– Onkolog nie zawsze jest pierwszym lekarzem, z którym styka się pacjent z rakiem prostaty. W wielu przypadkach lekarzem prowadzącym pozostaje urolog. Ale pacjent powinien rozumieć, kiedy i dlaczego do procesu włącza się onkolog kliniczny i dlaczego podejmowane są określone decyzje terapeutyczne. Brak tej wiedzy rodzi niepewność i poczucie chaosu – uważa dr n. med. Paweł Potocki.

Aż 16% ankietowanych nie zna żadnej opcji leczenia raka prostaty.  Mimo że 73% kojarzy operację, a 58% radioterapię, to wiedza o terapii hormonalnej – kluczowej w wielu stadiach choroby – jest już wyraźnie niższa (zna ją 40% respondentów).

Komunikacja – największa luka
Najmocniej wybrzmiewającym wątkiem w odpowiedziach otwartych była jakość komunikacji lekarz–pacjent. Chorzy wskazywali na brak wspólnego omówienia wyników badań, niewystarczające wyjaśnienia dotyczące diagnozy, pomijanie rozmowy o skutkach ubocznych leczenia oraz brak informacji o rehabilitacji i stylu życia.

– Współczesna onkologia to nie tylko skuteczne leki. To także rozmowa z pacjentem o jakości życia, działaniach niepożądanych, wsparciu psychicznym. Jeśli pacjent wychodzi z gabinetu z poczuciem niedoinformowania, trudno mówić o partnerskim modelu opieki. Diagnoza raka prostaty to ogromne obciążenie psychiczne. Raport wyraźnie pokazuje, że pacjenci sygnalizują brak dostępu do psychoonkologa oraz potrzebę bardziej empatycznej komunikacji. To elementy, które realnie wpływają na jakość leczenia. Warto jednak zauważyć, że lekarze nie mają zbyt wielu treningów ze sposobu przekazywania informacji oraz komunikacji z pacjentem, sami lekarze zazwyczaj też nie mają wsparcia psychologicznego. Obarczeni są natomiast wymogami systemu rozliczeniowego oraz nadmiernie rozbudowaną biurokracją – w takiej sytuacji stosunkowo mało czasu pozostaje na spokojną rozmowę. Chcielibyśmy, aby pacjenci lepiej przygotowywali się do konsultacji z lekarzem, aby mieli uporządkowaną dokumentację medyczną, listę przyjmowanych leków, kopie swoich wyników badań, a nawet zapisane pytania do lekarza – wszystko to może pomóc we wzajemnej komunikacji – zaznacza dr n. med. Iwona Skoneczna, kierownik Oddziału Chemioterapii Szpitala Grochowskiego im. dr med. Rafała Masztaka w Warszawie.

Do tej perspektywy odnosi się także Krzysztof Jakubiak, redaktor naczelny mZdrowie i jeden z ekspertów raportu: – Ten raport jest ważny nie tylko dla środowiska medycznego, ale także dla decydentów. Pokazuje bowiem, że problemem nie jest wyłącznie dostęp do terapii, ale cała ścieżka pacjenta – od pierwszego niepokoju, przez diagnostykę, aż po wsparcie po leczeniu. Jeśli chcemy mówić o nowoczesnej onkologii, musimy patrzeć na system oczami chorego, a nie wyłącznie przez pryzmat procedur.

Internet – pomoc czy zagrożenie?
67% respondentów wskazuje lekarza specjalistę jako główne źródło wiedzy, ale już 53% korzysta przede wszystkim z Internetu.
– Internet może być wsparciem, ale też źródłem dezinformacji. Jeśli pacjent nie otrzyma pełnych i zrozumiałych informacji w gabinecie, będzie ich szukał gdzie indziej. Dlatego tak ważne jest, by lekarz był pierwszym i najważniejszym przewodnikiem po procesie leczenia – zauważa dr n. med. Bożena Sikora-Kupis.

– W debacie publicznej często skupiamy się na refundacji konkretnych leków. Tymczasem z raportu wynika, że równie istotne są kwestie organizacyjne: czas oczekiwania, finansowanie badań, dostęp do psychoonkologa czy rehabilitacji. To są elementy, które realnie wpływają na poczucie bezpieczeństwa pacjenta – dodaje Krzysztof Jakubiak.

Głos pacjentów jako impuls do zmian
Raport Fundacji OnkoCafe – Razem Lepiej pokazuje wyraźnie, że społeczna świadomość raka prostaty rośnie, ale system wciąż wymaga usprawnienia – zwłaszcza w obszarze komunikacji, koordynacji opieki oraz dostępności badań diagnostycznych, nowoczesnego lecznia i wsparcia psychologicznego.
– Rak prostaty coraz częściej staje się chorobą przewlekłą, z którą pacjent żyje wiele lat. Tym bardziej potrzebujemy modelu opieki, który będzie nie tylko skuteczny medycznie, ale także zrozumiały, skoordynowany i oparty na dialogu – podsumowuje dr n. med. Iwona Skoneczna.

Fundacja zapowiada, że raport będzie punktem wyjścia do dalszych działań edukacyjnych i rzeczniczych, skierowanych zarówno do pacjentów, jak i decydentów systemu ochrony zdrowia.

RAPORT DO POBRANIA

źródło: Onkocafe

 
Movember przez lata dorobił się w Polsce dziesiątek akcji, kampanii i medialnych fleszy. Mężczyźni zapuszczają wąsy, robią sobie zdjęcia, udostępniają posty, a wiele miast organizuje punkty badań PSA czy USG jąder w centrach handlowych. Ale jak wygląda rzeczywistość, kiedy kończy się listopad, a z kalendarza znikają wąsy? Co zostaje — poza symbolami?
Podczas posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Zdrowia Mężczyzn, poświęconego diagnozie, leczeniu i życiu z chorobami męskimi, eksperci bardzo wyraźnie pokazali, że za medialnymi akcjami stoi znacznie poważniejszy problem: mężczyźni w Polsce żyją krócej, chorują później i nie korzystają z badań, które mogłyby uratować im zdrowie, a często także życie.

Statystyki dotyczące zdrowia mężczyzn w Polsce nie pozostawiają złudzeń. Według danych Eurostatu mężczyźni żyją w naszym kraju ponad siedem lat krócej niż kobiety, co plasuje Polskę na jednym z ostatnich miejsc w Europie pod względem długości życia. Jednocześnie istnieje duża rozbieżność między subiektywnym poczuciem zdrowia a rzeczywistym stanem zdrowia — jak zauważa prof. Bolesław Samoliński, „świadomość mężczyzn dotycząca ich stanu zdrowia rozjeżdża się z faktycznym ich stanem zdrowia”. To zjawisko dotyczy wielu grup wiekowych: mężczyźni często deklarują dobre samopoczucie, mimo że przez lata nie odwiedzają lekarza, nie wykonują badań przesiewowych i trafiają do specjalisty dopiero wtedy, gdy choroba jest już zaawansowana.

Między młodymi a starszymi mężczyznami powstaje nowa przepaść
Widoczny jest wyraźny rozdźwięk między postawami młodszych i starszych mężczyzn. Coraz więcej młodych mężczyzn jest gotowych korzystać z badań profilaktycznych, podczas gdy panowie w starszym wieku wciąż rzadko trafiają do lekarza, często dopiero w chwili pojawienia się zaawansowanych objawów. Przedstawiciele organizacji pacjenckich zwracali uwagę, że dobrze zaprojektowane akcje edukacyjne potrafią realnie zmieniać zachowania – zwłaszcza wtedy, gdy wychodzą z gabinetów lekarskich do przestrzeni, w których młodzi mężczyźni faktycznie spędzają czas.

Stowarzyszenie Gladiator, reprezentowane podczas posiedzenia przez Martę Bogucką, od kilku lat konsekwentnie szuka sposobów dotarcia do młodszych roczników. Organizacja zaczynała od kampanii informacyjnych i krótkich materiałów wideo, a następnie włączyła do działań znanych sportowców i raperów, którzy stali się wiarygodnymi ambasadorami profilaktyki jąder i prostaty. To połączenie języka popkultury z konkretną ofertą badań przyniosło wymierne efekty: podczas ostatniej akcji w jednej z warszawskich galerii handlowych, gdzie zaoferowano badania PSA i USG jąder, pojawili się młodzi mężczyźni z różnych dzielnic stolicy i okolicznych miejscowości. Wielu z nich przyznawało, że przyszło właśnie dlatego, że zobaczyli przekaz „swoich” idoli.

Doświadczenia Gladiatora pokazują, że młodzi mężczyźni chcą się badać, jeśli profilaktyka zostanie osadzona w przyjaznym, nieformalnym kontekście i nie będzie wymagała przebijania się przez kolejne progi systemu. Krótkie kolejki, brak konieczności wcześniejszej rejestracji i brak wymogu skierowania sprawiają, że badanie można wykonać „przy okazji”, bez dodatkowego stresu i poczucia stygmatyzacji. W takich warunkach profilaktyka przestaje być abstrakcyjnym hasłem, a staje się realną, dostęp­ną usługą, z której młodzi mężczyźni korzystają zaskakująco chętnie.

Jednocześnie Bogucka podkreślała, że organizacje pozarządowe są ograniczone finansowo. Deklarowała, że stowarzyszenie chętnie będzie promować akcje, robić kolejne kampanie i spoty edukacyjne, ale bez stabilnego wsparcia sponsorów trudno jest prowadzić działania przez cały rok, nie tylko w listopadzie. Zwracała uwagę, że dziewczynki i kobiety mają od lat zorganizowane programy badań profilaktycznych, natomiast w przypadku chłopców i młodych mężczyzn brakuje porównywalnych rozwiązań, które w naturalny sposób wprowadzałyby badania jąder czy konsultacje urologiczne do kalendarza wizyt zdrowotnych.

Działania kierowane do mężczyzn w wieku 20–40 lat mają kluczowe znaczenie, bo to okres, w którym kształtuje się świadomość zdrowotna i realne nawyki profilaktyczne. Jednocześnie wielu mężczyzn po pięćdziesiątce wciąż żyje w przekonaniu, że „nic im nie grozi”, a pierwsze poważniejsze badania wykonują dopiero wtedy, gdy pojawiają się wyraźne objawy choroby. Stowarzyszenie Gladiator pokazuje, jak ważna jest edukacja prowadzona z perspektywy osób, które same przeszły leczenie onkologiczne i potrafią przekazywać wiedzę w sposób wiarygodny i bliski doświadczeniu młodszych pokoleń. Problemem pozostają też formalne bariery — zwłaszcza konieczność uzyskania skierowania do urologa i długie terminy wizyt — które skutecznie zniechęcają wielu mężczyzn do wykonania badań we właściwym momencie.

Leczenie raka prostaty: wciąż za dużo przypadków trafia zbyt późno
Dr Bożena Sikora-Kupis z Kliniki Nowotworów Układu Moczowego Narodowego Instytutu Onkologii w Warszawie wskazuje, że mimo dostępu do nowoczesnych leków hormonalnych i rozbudowanych schematów leczenia, w Polsce nadal brakuje jednego z kluczowych elementów opieki nad pacjentami z zaawansowanym rakiem prostaty — terapii radioligandowej. To ważny etap postępowania, szczególnie dla chorych, którzy wyczerpali wcześniejsze linie leczenia, jednak obecnie metoda ta jest dostępna wyłącznie w ramach ratunkowego dostępu do technologii lekowych. Taki model ogranicza liczbę pacjentów, którzy mogą z niej skorzystać, zwłaszcza że Narodowy Instytut Onkologii pozostaje jednym z nielicznych ośrodków w kraju, które prowadzą tę terapię, a przyjmowanie chorych spoza własnej populacji jest w praktyce utrudnione.

Radioligandoterapia wymaga też rozbudowanego zaplecza – współpracy z zakładem medycyny nuklearnej, odpowiedniego planowania dostaw leków i zespołu z odpowiednim doświadczeniem. Oznacza to, że nawet po wprowadzeniu refundacji liczba ośrodków zdolnych do jej realizacji nie będzie duża, podobnie jak miało to miejsce przy leczeniu radioizotopowym radem-223. Jednocześnie doświadczenia kliniczne pokazują, że ta forma terapii potrafi przynieść znaczące korzyści: zmniejszyć masę guza, złagodzić objawy i wydłużyć życie pacjentów.

W aktualnym krajobrazie leczenia raka prostaty widać wyraźnie, że polska onkologia dysponuje wieloma nowoczesnymi narzędziami, jednak brak systemowego finansowania radioligandoterapii pozostaje jednym z najistotniejszych brakujących elementów. Jej włączenie do programu lekowego byłoby realnym krokiem w stronę kompletnej, europejskiej jakości opieki nad chorymi z zaawansowaną postacią tego nowotworu.

Rak pęcherza – wciąż niedostrzegany problem mężczyzn
W rozmowie o zdrowiu mężczyzn nie można pomijać raka pęcherza, który dotyka panów czterokrotnie częściej niż kobiety. To nowotwór kojarzony zwykle ze starszym wiekiem i wieloletnim paleniem, choć w rzeczywistości coraz częściej pojawia się również u osób młodszych, zwłaszcza narażonych zawodowo na kontakt z substancjami chemicznymi. Wyższe ryzyko obserwuje się m.in. u pracowników przemysłu farbiarskiego i chemicznego oraz wśród strażaków mających kontakt z toksycznymi produktami spalania.

Leczenie raka pęcherza należy do najbardziej obciążających w całej urologii onkologicznej. W wielu przypadkach konieczne jest wyłonienie urostomii, co całkowicie zmienia codzienne funkcjonowanie i wymaga stałego, wyspecjalizowanego wsparcia, którego w Polsce nadal brakuje. Choć w ostatnich latach pojawiły się nowe metody leczenia – terapie celowane, immunoterapia i coraz bardziej obiecujące terapie skojarzone – dostęp do nich wciąż jest ograniczony, a ścieżka terapeutyczna pacjentów z rakiem pęcherza pozostaje jedną z najbardziej wymagających w całej onkologii.

Coraz więcej dowodów naukowych wskazuje także na związek między rakiem pęcherza a zanieczyszczeniem powietrza, również u osób niepalących i nienarażonych zawodowo. W szerszym kontekście zdrowia publicznego ten nowotwór staje się ważnym wskaźnikiem wpływu środowiska na zdrowie mężczyzn, a jednocześnie przypomnieniem, że tematyka Movember obejmuje znacznie więcej niż tylko gruczoł krokowy i jądra. Rak pęcherza, choć mniej obecny w debacie publicznej, pozostaje jednym z najbardziej wymagających wyzwań współczesnej urologii onkologicznej i powinien być równorzędnie uwzględniany w strategiach profilaktycznych i terapeutycznych dotyczących zdrowia mężczyzn.

Diagnozujemy późno i zbyt powierzchownie
Wciąż jednym z największych problemów w opiece nad mężczyznami pozostaje diagnostyka — nie tylko zbyt późna, ale również zbyt ograniczona i fragmentaryczna. Wiele procesów, od badań wstępnych po zaawansowane testy molekularne, nadal nie tworzy spójnej ścieżki, która pozwalałaby szybko i precyzyjnie ocenić ryzyko choroby oraz dobrać optymalne leczenie.

Dr hab. Andrzej Tysarowski wskazał, że rak prostaty „wymaga zaawansowanej diagnostyki… Obecny system finansowania badań genetycznych już przestaje wystarczać”. Ekspert wymienił kilka palących problemów: w Polsce nie finansuje się płynnej biopsji w raku prostaty, a kompleksowe profilowanie genomowe jest dostępne jedynie w ograniczonym zakresie. Dodatkowo u nawet połowy pacjentów pierwsza biopsja okazuje się niediagnostyczna. To prowadzi do powtarzanych procedur, niepotrzebnego stresu i opóźnień w terapii. Kolejnym problemem jest brak równoległego kierowania na badania genetyczne i patomorfologiczne, przez co czas od rozpoznania do momentu, kiedy pacjent może rozpocząć odpowiednie leczenie, wydłuża się o tygodnie, a czasem miesiące.

Szczególną uwagę zwrócono także na nadużywanie badań PSA. Wielu ekspertów podkreślało, że samo otrzymanie komunikatu z IKP „zrób PSA” nie jest równoznaczne z sensowną profilaktyką. Badanie to musi być wykonywane i interpretowane w określonym kontekście klinicznym, z uwzględnieniem wieku pacjenta, jego objawów, wywiadu rodzinnego i innych czynników ryzyka. Bez tego PSA staje się jedynie liczbą, która generuje lęk i nadrozpoznawalność u jednych, a fałszywe poczucie bezpieczeństwa u innych.

Słabo widoczny, a jednak fundamentalny wątek Movember: zdrowie seksualne i HPV
W trakcie posiedzenia pojawił się również temat, który dotychczas zbyt rzadko wybrzmiewa w debacie o Movember – profilaktyka pierwotna u chłopców i młodych mężczyzn, w tym szczepienia przeciw HPV. Jedna z uczestniczek, zaangażowana w edukację i warsztaty w szkołach, opowiadała o pracy z uczniami 6–8 klas szkoły podstawowej, podczas której uczy młodych chłopców samobadania jąder. Zderza się przy tym z wyraźną barierą, gdy próbuje wprowadzić temat szczepień HPV. Jak podkreślała, HPV jest jednym z czynników ryzyka nowotworów u chłopców i dorosłych mężczyzn, ale w przestrzeni publicznej wciąż kojarzy się niemal wyłącznie z dziewczętami i rakiem szyjki macicy.

Zwracała uwagę, że podczas ogólnopolskiej kampanii szczepień w materiałach promocyjnych pojawiała się wyłącznie dziewczynka, co wzmacniało przekonanie, że HPV „dotyczy kobiet”. Tymczasem zakażenie tym wirusem ma znaczenie również dla zdrowia mężczyzn – zarówno w kontekście nowotworów narządów płciowych, jak i nowotworów regionu głowy i szyi. Jej zdaniem konieczne jest tworzenie programów profilaktycznych skierowanych wprost do chłopców i młodych mężczyzn, tak aby mówić o HPV w sposób dla nich zrozumiały, a nie jedynie „przy okazji” kampanii dla dziewcząt.

Wypowiedź ta naturalnie połączyła się z dyskusją o znaczeniu poradnictwa genetycznego. Zwracano uwagę, że w wielu rodzinach, w których matka, ojciec, siostra czy brat zachorowali na nowotwór złośliwy, pacjenci próbują uzyskać skierowanie do poradni genetycznej, ale odbijają się od systemu – słyszą odmowę lub informację, że nie ma wskazań. Tymczasem w sytuacji obciążenia rodzinnego to właśnie szybki dostęp do diagnostyki genetycznej może pomóc zapobiec chorobie albo przynajmniej wykryć ją na bardzo wczesnym etapie.

Podkreślano też, że w materiałach kierowanych do rodziców w sprawie szczepień HPV wśród ekspertów wymieniani są ginekolodzy i lekarze różnych specjalności, ale często brakuje urologów. A to właśnie urolodzy obserwują konsekwencje braku szczepień i zaniedbań profilaktycznych u chłopców i dorosłych mężczyzn. Wartościowym efektem ostatnich kampanii było natomiast to, że zaangażowanie kobiet w programy profilaktyczne „otworzyło drzwi” także dla mężczyzn – to partnerki, żony i matki zaczęły pytać, kiedy ich bliscy będą mogli skorzystać z badań, i apelować o łatwiejszy dostęp do urologów, bez zbędnych barier administracyjnych.

Movember nie może kończyć się 30 listopada
Profilaktyka męskich nowotworów nie może być traktowana jako jednorazowa akcja ani temat pojawiający się tylko w listopadzie. Powinna stać się stałym, całorocznym elementem polityki zdrowotnej, bo to właśnie konsekwentne działania – nie sezonowe kampanie – realnie wpływają na zdrowie mężczyzn. Młodzi są gotowi się badać, jeśli mają stworzone sprzyjające warunki: brak wstydu, brak biurokratycznych przeszkód i szybki dostęp do specjalisty. Z kolei chorzy na raka prostaty, pęcherza i inne nowotwory urologiczne mogliby żyć dłużej i w lepszym stanie, gdyby system zapewniał im kompleksową diagnostykę, skuteczne terapie oraz odpowiednią opiekę w okresie leczenia i po jego zakończeniu.

Movember 2025 pokazał jednak, że choć symbole mają swoją siłę, nie zastąpią realnych działań. Mężczyźni w Polsce wciąż żyją zauważalnie krócej niż kobiety, a wiele ich problemów zdrowotnych pozostaje niewidocznych aż do momentu późnej diagnozy. Zmiana jest możliwa dopiero wtedy, gdy profilaktyka, diagnostyka i leczenie będą dostępne przez cały rok, a społeczne zainteresowanie męskim zdrowiem przestanie zależeć od kalendarza. Wtedy kampanijne wąsy przestaną być jedynie symbolem – staną się początkiem rzeczywistej poprawy zdrowia i jakości życia tysięcy mężczyzn.

źródło: redalcja Medicalpress na podstawie posiedzenia Zespołu ds. Zdrowia Mężczyzn z dnia 28.11.25
Listopad od lat kojarzy się z Movember – globalnym ruchem, który przypomina o nowotworach męskich, przede wszystkim raku prostaty i raku jądra. Zwykle jednak świadomość społeczna różni się diametralnie od realnej sytuacji pacjentów, a system ochrony zdrowia nie nadąża za tempem rozwoju medycyny. Eksperci Polskiego Towarzystwa Onkologicznego i Polskiego Towarzystwa Urologicznego spotkali się, aby omówić najważniejsze wyzwania współczesnej onkologii męskiej. Dyskusja – momentami bardzo szczera i bezpośrednia – pokazała, jak wiele mamy narzędzi i równocześnie jak wiele szans wciąż tracimy. 
W debacie „Męskie nowotwory w XXI wieku: świadomość, organizacja opieki i leczenie raka prostaty oraz jądra” udział wzięli: prof. Piotr Rutkowski, prof. Tomasz Drewa, dr hab. Krzysztof Tupikowski, dr Iwona Skoneczna oraz Marek Kustosz jako moderator. Treść ich rozmowy ujawnia zaskakująco spójną diagnozę: w Polsce mamy świetnych specjalistów, nowoczesne terapie, coraz bardziej zaawansowaną diagnostykę, a mimo to wielu pacjentów trafia do systemu za późno, niewłaściwą ścieżką lub zbyt długo czeka na odpowiednie leczenie. W efekcie nowotwory, które można leczyć z bardzo wysoką skutecznością, nadal są dla wielu mężczyzn śmiertelnym zagrożeniem.

Rak jądra – choroba młodych, o której wciąż się nie mówi
Rak jądra dotyczy ok. 1300 mężczyzn rocznie w Polsce (ok. 1% wszystkich nowotworów). Jest on jednak najczęstszym nowotworem młodych dorosłych. To choroba, która przy właściwym prowadzeniu diagnostycznym i terapeutycznym daje ogromne szanse wyleczenia, jednak w Polsce wciąż bywa bagatelizowana lub mylona z innymi schorzeniami. 

Dr Iwona Skoneczna, Kierownik Oddziału Chemioterapii, Szpital Grochowski w Warszawie, zwróciła uwagę na brak doświadczenia lekarzy w rozpoznawaniu przerzutów do przestrzeni zaotrzewnowej, wskazując, że młodzi pacjenci nierzadko zgłaszają się z ogromnymi zmianami, których nikt nie powiązał wcześniej z nowotworem germinalnym. Jak mówiła: „Jak coś jest rzadkie, to nie wszyscy się na tym znają. Spotykam pacjentów z guzami zaotrzewnowymi po dziesięć centymetrów, a to nie są zmiany, które nie rosną w pięć minut. Brakuje właściwego monitorowania, brakuje świadomości ryzyka, brakuje jasnych zaleceń, które pacjent powinien otrzymać po orchidektomii (usunięcie jądra/jąder)”. 

Problemy te prowadzą do jednego oczywistego wniosku: aby skutecznie leczyć rzadkie nowotwory, konieczna jest centralizacja zabiegów i stworzenie kilku ośrodków referencyjnych w Polsce. Jak podkreślali eksperci, takie rozwiązania funkcjonują w większości rozwiniętych krajów. Zabiegi usuwania dużych mas zaotrzewnowych wymagają wysokospecjalistycznych zespołów, współpracy z chirurgami naczyniowymi, zaplecza intensywnej terapii i doświadczenia, którego nie sposób zdobyć, wykonując pojedyncze operacje rocznie. Dr Skoneczna mówiła wprost: „To nie są zabiegi do robienia w każdym ośrodku. Powinniśmy stworzyć jedno, dwa, maksymalnie trzy centra w kraju”. Prof. Tomasz Drewa, Prezes Polskiego Towarzystwa Urologicznego, tylko to potwierdził, wskazując, że podobne zasady obowiązują w operowaniu raków nerki z czopem do serca: „Nie każdy ośrodek powinien się tym zajmować. To bardzo specyficzna chirurgia”.

Rak prostaty – choroba cywilizacyjna, której częstość będzie rosnąć
Rak prostaty to najczęstszy nowotwór mężczyzn – ponad 23 tys. nowych przypadków rocznie. Eksperci nie mają wątpliwości: diagnozujemy go za późno i zbyt nierównomiernie.

Choć dysponujemy nowoczesnymi technikami obrazowania, biopsją fuzyjną, zaawansowanymi terapiami systemowymi i całą gamą narzędzi diagnostycznych, wciąż nie potrafimy ich wykorzystać w sposób skoordynowany. Jednym z kluczowych problemów jest brak równego dostępu do podstawowej diagnostyki. Jak zauważył dr hab. Krzysztof Tupikowski, Prof. Politechniki Wrocławskiej, prowadzący na Dolnym Śląsku prospektywny program PRAISE – nowoczesny model screeningu z wykorzystaniem PSA, rezonansu i biopsji fuzyjnej – mamy w Polsce populacje nadmiernie diagnozowane i populacje praktycznie nietknięte jakąkolwiek profilaktyką. „W dużych miastach mężczyźni robią PSA nawet kilka razy w roku. W gminach wiejskich wielu nie wykonało go nigdy, nawet podczas wizyt u lekarza rodzinnego” – mówił ekspert. 

W badaniu opinii publicznej jedynie 34% Polaków potrafi wyjaśnić, czym właściwie jest PSA. To paradoks: najprostsze badanie krwi, które może uratować życie, nadal budzi niepewność, a w praktyce największy problem zaczyna się dopiero po jego wykonaniu. W Polsce nadal nie istnieje spójna ścieżka postępowania po uzyskaniu podwyższonego wyniku PSA, a to właśnie na tym etapie najczęściej gubimy pacjentów. Brakuje szybkiego dostępu do urologa, oceny ryzyka raka klinicznie istotnego i koordynacji kolejnych kroków diagnostycznych. Równie duże wyzwania dotyczą dostępu do rezonansu prostaty i biopsji fuzyjnej – narzędzi uznawanych za fundament europejskich standardów.

„Zgodnie z wytycznymi Europejskiego Towarzystwa Urologicznego każdą biopsję prostaty powinien poprzedzać rezonans magnetyczny – w naszym kraju wciąż jest to wyjątek, nie standard. Brakuje aparatów, radiologów i zespołów wykonujących biopsję fuzyjną, która powinna być dziś podstawą diagnostyki.” – prof. Krzysztof Tupikowski

Podobne trudności dotyczą nowoczesnej diagnostyki PET-PSMA – w Warszawie na badanie czeka się trzy tygodnie, ale w innych regionach kraju pacjent musi szukać miejsca, które w ogóle ma dostęp do odpowiedniego znacznika i aparatury.

W tym kontekście prof. Tomasz Drewa zwrócił uwagę na fundamentalny problem: decyzje administracyjne nie mogą wyprzedzać realnych możliwości systemu. Jako przykład przytoczył sytuację ze scyntygrafią kości, która – po wprowadzeniu wymogu wykonania jej przed prostatektomią robotyczną – spowodowała blokadę pracowni medycyny nuklearnej w wielu regionach kraju. Jak mówił: „Refundacja jakiegoś badania nic nie zmienia, jeśli nie ma ośrodków zdolnych je wykonać. W pewnym momencie scyntygrafia była tak przeciążona, że musieliśmy kierować pacjentów na rezonans całego ciała jako ‘alternatywę’, która w rzeczywistości żadną alternatywą nie jest – jest droższa, czasochłonna i nie do tego wskazania. Rozwiązania administracyjne mają sens tylko wtedy, gdy system jest gotowy, by je udźwignąć.”

Kolejny mocny akcent padł ze strony ekspertów w kontekście patomorfologii i genetyki. Standardy opisu badań w raku prostaty są w Polsce bardzo nierówne, co wprost przekłada się na jakość leczenia. Jak podkreślił prof. Piotr Rutkowski:Nie widzę możliwości poprawy jakości onkologii bez pełnej certyfikacji patomorfologii. Opis raka prostaty powinien być jednolity i wystandaryzowany”. 

Dr Skoneczna wskazała także na rosnącą rolę badań genetycznych, szczególnie mutacji BRCA, które coraz częściej determinują wybór leczenia. – „Wielu pacjentów powinno mieć badanie BRCA na początku diagnostyki. Niestety często nie mamy wyniku wtedy, kiedy jest kluczowy dla leczenia.” W praktyce jednak wielu pacjentów nie otrzymuje takiego badania na etapie, kiedy jest ono najbardziej potrzebne. Idealny model diagnostyczny – co podkreślali wszyscy eksperci – powinien obejmować wykonanie badań molekularnych już na początku ścieżki u pacjentów z chorobą przerzutową.

Problemy z dostępnością badań i brakiem jednolitej ścieżki postępowania przekładają się bezpośrednio na wybór sposobu leczenia. Eksperci podkreślili, że decyzja między prostatektomią a radioterapią nie może być traktowana wyłącznie jako wybór dwóch równorzędnych technik — to złożony proces zależny od anatomicznych, czynnościowych i indywidualnych uwarunkowań pacjenta. Prof. Tomasz Drewa zaznaczył, że leczenie dotyczy narządu, który „reguluje funkcje dolnych dróg moczowych”, dlatego wybór terapii musi uwzględniać przeszkodę podpęcherzową, funkcję pęcherza, wielkość prostaty, schorzenia współistniejące oraz potencjalny wpływ leczenia na jakość życia. W opinii eksperta to sytuacja modelowa dla konsylium — miejsca, w którym wszystkie te elementy mogą zostać omówione wspólnie. Jak podkreślił: urolog, mający największą wiedzę o fizjologii układu moczowego, nadal powinien odgrywać kluczową rolę w rekomendowaniu metody leczenia, ponieważ to właśnie aspekty urologiczne najczęściej determinują późniejsze powikłania i komfort życia pacjenta.

Najtrudniejszym obszarem pozostaje jednak postępowanie w grupie pacjentów z rakiem niskiego ryzyka — tam, gdzie możliwość aktywnej obserwacji nie tylko istnieje, ale bywa najlepszą i najmniej obciążającą formą leczenia. Eksperci zgodzili się, że w Polsce wciąż zbyt mało korzysta się z tej opcji, mimo że jej skuteczność i bezpieczeństwo zostały potwierdzone w licznych badaniach. Prof. Drewa zwrócił uwagę na złożony charakter tego problemu: „Pacjenci, którzy słyszą rozpoznanie raka prostaty, niezależnie od wyniku Gleasona, są przerażeni. Bardzo trudno jest namówić ich do aktywnej obserwacji, nawet jeśli to najlepsza ścieżka. Wielu szuka ośrodków, które będą gotowe wykonać leczenie radykalne, choć nie zawsze jest to konieczne.”

Do tego dochodzą ograniczenia obecnych narzędzi diagnostycznych: nawet świetnie wykonany rezonans i biopsja fuzyjna nie eliminują ryzyka niedoszacowania zaawansowania choroby. Jak zauważył ekspert, w części ośrodków niedoszacowanie może sięgać nawet 30%. W praktyce oznacza to, że pacjent zakwalifikowany do aktywnej obserwacji w rzeczywistości może mieć zmianę obustronną lub naciekającą torebkę prostaty, co zmienia całkowicie zakres leczenia. To również powód, dla którego — jak dodaje — patomorfolodzy mają dziś ograniczone narzędzia, by formalnie sklasyfikować niektóre raki o niskim ryzyku jako zmiany o charakterze łagodnym.

Skierowanie do urologa – bariera, która nie powinna istnieć
W dyskusji pojawił się także wątek systemowej bariery w dostępie do urologa – obowiązek posiadania skierowania, który dla wielu pacjentów jest realnym utrudnieniem i oddala ich od właściwej ścieżki diagnostycznej. Prof. Tomasz Drewa podkreślił, że zniesienie skierowań mogłoby w praktyce natychmiast uporządkować i przyspieszyć diagnozowanie raka prostaty: „Urolog jest osobą dedykowaną do diagnozowania i leczenia raka prostaty. Zagęszczenie poradni urologicznych jest kilkadziesiąt, a nawet kilkaset razy większe niż poradni onkologicznych. W Polsce jest 1846 urologów zrzeszonych w Polskim Towarzystwie Urologicznym, co – jak zauważył prof. Piotr Rutkowski – stanowi ponad dwukrotność liczby onkologów klinicznych. Ten potencjał kadrowy, dostępny w całym kraju, mógłby być natychmiast wykorzystany, gdyby pacjenci trafiali do urologów bezpośrednich barier administracyjnych. Niewykorzystanie tego potencjału to błąd systemowy”. Prof. Rutkowski podkreślił przy tym, że rozwiązanie to wyrównałoby dysproporcje między mężczyznami a kobietami – do ginekologa skierowanie nie jest potrzebne, choć rak prostaty jest najczęstszym nowotworem populacji mężczyzn.

Unit urologiczny zamiast prostate cancer unit. Realna wizja?
Jednym z najciekawszych elementów debaty stała się szeroka refleksja o organizacji opieki onkologicznej, w tym o sensowności tworzenia prostate cancer units. Eksperci, wbrew popularnym trendom europejskim, zaproponowali inne podejście – unity urologiczne zamiast jednostek poświęconych wyłącznie rakowi prostaty. Według prof. Drewy takie rozszerzone jednostki miałyby większą rację bytu, bo obejmowałyby leczenie całego spektrum nowotworów urologicznych, nie dzieląc systemu na coraz mniejsze, wyspecjalizowane fragmenty, dla których brakuje zarówno kadry, jak i infrastruktury. 

Profilaktyka – temat, o którym mówimy za mało
W dyskusji o raku prostaty i raku jądra od lat pomijamy kluczowy aspekt – profilaktykę rozumianą nie jako jednorazowe badanie, ale jako fundament stylu życia i edukacji zdrowotnej. Podstawowe czynniki ryzyka, takie jak otyłość, brak aktywności fizycznej, niezdrowa dieta, nadużywanie alkoholu i palenie papierosów, wciąż są bagatelizowane, choć mają znaczenie również w przypadku raka prostaty, który często mylnie postrzega się jako nowotwór całkowicie niezależny od stylu życia. Prof. Krzysztof Tupikowski ocenił to jednoznacznie: „Zdrowy styl życia, ruch, prawidłowa masa ciała, unikanie tłuszczów i alkoholu, niepalenie. To podstawy. Palenie papierosów odpowiada także za część przypadków raka prostaty.”

Dopełnił to prof. Tomasz Drewa, zwracając uwagę na konieczność budowania świadomości znacznie wcześniej niż w wieku dojrzałym: „Prawdziwa profilaktyka zaczyna się w szkole. Jeżeli nie uczymy dzieci zdrowego stylu życia, ruchu, diety – nie zmienimy wskaźników zachorowalności.” Eksperci zgodzili się, że bez długofalowej polityki edukacyjnej żadne systemowe reformy nie odwrócą trendu rosnącej liczby zachorowań.

Profilaktyka to jednak nie tylko styl życia, ale również świadomość objawów, które powinny skłonić mężczyzn do konsultacji urologicznej. W tym kontekście prof. Drewa przypomniał, że sygnały ostrzegawcze są często bagatelizowane, choć nie wymagają specjalistycznej wiedzy: Zaburzenia w oddawaniu moczu, problemy z funkcjonowaniem pęcherza, problemy seksualne. To nie muszą być objawy raka, ale zawsze wymagają konsultacji. I oczywiście PSA – kluczowe badanie.” To właśnie podstawowe badania i szybka reakcja na pierwsze dolegliwości dają największą szansę na wykrycie choroby na wczesnym etapie, kiedy terapia jest najskuteczniejsza i najmniej obciążająca.

Medycyna dała nam narzędzia do skutecznego leczenia złośliwych nowotworów męskich. Przełomy terapeutyczne, nowe techniki, rozwój diagnostyki molekularnej – to wszystko mamy już dziś. Problem w tym, że organizacja systemu i świadomość społeczna nie nadążają za tempem rozwoju. Jak zauważył prof. Rutkowski: „Mamy niesłychane możliwości leczenia. Szkoda, że czasem tracimy moment, w którym moglibyśmy naprawdę uratować pacjenta”. Nowotwory męskie da się leczyć skutecznie – ale musimy zacząć je wykrywać na czas, a system musi wreszcie n/PTOadążyć za medycyną.

źródło: Medicalpress/PTO
Listopad to miesiąc świadomości raka jąder i prostaty, znany jako Movember. Niestety liczby są brutalne: Polska jest krajem o najwyższej śmiertelności z powodu raka prostaty w całej Unii Europejskiej, a w ostatnich latach liczba zgonów z tego powodu w naszym kraju wrosła, podczas gdy w większości państw UE – spadła. To oznacza, że pacjenci wciąż zbyt często trafiają do lekarza zbyt późno lub nie mogą skorzystać z pełni możliwości terapeutycznych, oferowanych przez współczesną medycynę. Dlatego warto mówić głośno nie tylko o profilaktyce męskich nowotworów, ale też o nowych szansach dla chorych z zaawansowanym rakiem prostaty. Taką szansą jest nowoczesna terapia radioligandowa (RLT).
„Podczas tegorocznego kongresu ESMO (European Society od Medical Oncology), który odbywał się w październiku 2025 w Berlinie, pokazano, że krajem o najniższym wskaźniku śmiertelności z powodu nowotworów w Europie jest Finlandia. Na drugim biegunie znajduje się niestety Polska – w naszym kraju wyniki przeżywalności pacjentów są najgorsze. Oznacza to, że mamy naprawdę dużo do zrobienia na polu poprawy wyników leczenia chorych na nowotwory, w tym również na raka gruczołu krokowego” – mówi dr Iwona Skoneczna, onkolog kliniczny, kierująca Oddziałem Chemioterapii w Szpitalu Grochowskim w Warszawie.

Kiedy rak prostaty staje się nieuleczalny

Standard leczenia raka prostaty jest dobrze opisany: w fazie wczesnej stosuje się chirurgię i radioterapię, często z intencją wyleczenia. Gdy choroba jest bardziej zaawansowana lub uogólniona, sięga się po hormonoterapię, kombinację chemioterapii z nowoczesnymi lekami hormonalnymi a następnie – w razie rozwoju oporności – po chemioterapię kolejnego rzutu i leki ukierunkowane molekularnie, np. z grupy inhibitorów PARP.

„Z czasem mimo leczenia hormonalnego dochodzi do tzw. raka prostaty opornego na kastrację (CRPC), a potem do jego postaci rozsianej – mCRPC. Na tym etapie choroba staje się nieuleczalna i bardzo wyniszczająca. Pięcioletnie przeżycia w mCRPC sięgają zaledwie ok. 30%. Nawet jeśli mamy do dyspozycji kolejne linie nowoczesnej chemioterapii, w pewnym momencie możliwości tych metod się wyczerpują. Choroba postępuje, pojawiają się bolesne przerzuty, konieczne są kolejne hospitalizacje. Właśnie w tym miejscu pojawia się szansa, jaką daje terapia radioligandowa” – wyjaśnia dr Iwona Skoneczna.

Terapia radioligandowa łączy ligand, czyli cząsteczkę rozpoznającą specyficzny cel na komórce nowotworowej, z radioizotopem, który dostarcza promieniowanie niszczące tę komórkę.

„W raku prostaty celem terapii jest antygen błonowy PSMA. To białko występuje bardzo często na komórkach raka prostaty – szczególnie w przerzutach – natomiast w prawidłowych tkankach jest obecne w znikomych ilościach (również w zdrowej prostacie jego ekspresja jest bardzo mała). PSMA jest więc idealnym punktem uchwytu dla terapii celowanej. Dzięki wykorzystaniu PSMA lek radioligandowy wybiórczo trafia do komórek nowotworowych, zarówno w kościach, jak i węzłach chłonnych czy narządach miąższowych i tam emituje promieniowanie beta, uszkadzając DNA komórek raka. Warunkiem skutecznego leczenia jest to, aby w ogniskach nowotworowych była odpowiednia ekspresja PSMA, co oceniamy w badaniu PET-PSMA. W przeciwieństwie do klasycznej radioterapii z pól zewnętrznych, efekt cytotoksyczny RLT skupia się głównie w komórkach wychwytujących radioligand. Dzięki temu toksyczność ogólnoustrojowa jest stosunkowo niewielka, a terapia jest zwykle dobrze tolerowana przez pacjentów”– mówi prof. Daria Handkiewicz-Junak z Zakładu Medycyny Nuklearnej i Endokrynologii Onkologicznej Narodowego Instytutu Onkologii w Gliwicach.

„W badaniu, które doprowadziło do rejestracji leku, dodanie radioligandu do najlepszej terapii standardowej istotnie wydłużyło całkowite przeżycie oraz czas do progresji choroby, zmniejszyło też ryzyko wystąpienia bolesnych powikłań kostnych. Co ważne, leczenie było dobrze tolerowane, a poważnych działań niepożądanych było mniej niż przy klasycznej chemioterapii. Z punktu widzenia klinicysty u pacjentów z ekspresją PSMA nie mamy wątpliwości, że jest to bardzo cenna opcja leczenia, pozwalająca wydłużyć życie przy zachowaniu możliwie dobrej jakości tego życia” – zaznacza dr Iwona Skoneczna.

Francuskie doświadczenia: duża skala, realne korzyści

Terapia radioligandowa w raku prostaty jest intensywnie rozwijana w wielu krajach, a do państw z największym doświadczeniem klinicznym należy Francja.

„We Francji uruchomiono duży program wczesnego dostępu do leku radioligandowego w zaawansowanym raku prostaty, opartego na PSMA. Do tej pory leczenie to zastosowano u 3709 pacjentów, a w rejestrach znajduje się już około 5700 chorych zakwalifikowanych do tej terapii Na 2026 r. przewidywany jest blisko 50-procentowy wzrost liczby leczonych pacjentów, i mimo to nadal nie uda się zaspokoić wszystkich potrzeb” – mówił dr Raffaele Ratta, onkolog kliniczny z Fondazione IRCCS Istituto Nazionale dei Tumori w Mediolanie podczas konferencji GU Masterclass Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej.

„Nasze dane są niezwykle cenne, bo pokazują, jak ta terapia działa poza ścisłymi ramami badania klinicznego, w prawdziwej praktyce klinicznej. Nasze obserwacje są zgodne z wynikami badań klinicznych – widzimy wydłużenie przeżycia pacjentów, poprawę jakości życia, a jednocześnie akceptowalny profil bezpieczeństwa. Co ważne radioligand działa również w lokalizacjach, które są trudne do opanowania innymi metodami, Dla chorych z uogólnionym rakiem prostaty to często jedyna szansa na uzyskanie tak dobrej odpowiedzi” – podkreśla ekspert z Francji.

Ważny aspekt organizacyjny

Doświadczenie francuskie pokazuje, że nawet w dobrze zorganizowanym systemie opieki zdrowotnej poważnym ograniczeniem w zastosowaniu terapii radioligandowej na większą skalę jest liczba wyspecjalizowanych ośrodków i dobrze wyszkolonych zespołów. Dlatego do szerokiego wdrożenia tej terapii należy się dobrze przygotować organizacyjnie. W odpowiedzi na dynamiczny rozwój terapii radioligandowej w październiku 2025 r. opublikowano polskie rekomendacje multidyscyplinarnego zespołu ekspertów, które opisują zasady kwalifikacji, prowadzenia leczenia, monitorowania oraz organizacji opieki nad chorymi, w tym pacjentami z rakiem prostaty.

„Odrobiliśmy pracę domową. Mamy opracowane wytyczne, wiemy, jak budować zespoły, jak prowadzić kwalifikację w konsyliach, jak organizować pracę zakładów medycyny nuklearnej, jak dbać o bezpieczeństwo pacjentów i personelu. Jednak  terapia radioligandowa w raku prostaty nie jest jeszcze w Polsce refundowana. Chorzy mogą z niej korzystać wyłącznie w trybie ratunkowego dostępu do technologii lekowych (RDTL). To procedura, która daje możliwość leczenia pojedynczych chorych, ale to nie jest sposób na systemowe wykorzystanie terapii o udowodnionej skuteczności” – mówi prof. Daria Handkiewicz-Junak.

„Naturalnym kolejnym krokiem powinno być zapewnienie dostępu do diagnostyki PET-PSMA oraz uruchomienie programu lekowego, w którym moglibyśmy stosować leczenie radioligandowe u naszych pacjentów z zaawansowanym rakiem gruczołu krokowego. W przeciwnym razie będziemy dalej obserwować, jak nasi chorzy korzystają z tej terapii w innych krajach, a nie u siebie. Wąsy w listopadzie to świetna sprawa, że za nimi powinny iść konkretne zmiany w systemie: lepsze programy profilaktyki, wcześniejsze rozpoznanie i dostęp do przełomowych terapii, które dają chorym z przerzutowym rakiem prostaty realną szansę na dłuższe, lepsze życie – podsumowuje dr Iwona Skoneczna.

Źródło: Komunikat Prasowy

W świadomości Polaków krew w nasieniu kojarzy się z rakiem prostaty, ale czy słusznie? Najnowsze badanie SW Research, przeprowadzone na zlecenie marki Domowe Laboratorium, pokazuje, jak mężczyźni reagują na taki objaw. Co trzeci respondent (27%) przyznał, że gdyby zauważył krew w nasieniu byłby przerażony, a 22% automatycznie pomyślałoby o chorobie nowotworowej. Równocześnie niemal połowa (46%) zadeklarowała, że natychmiast skonsultowałaby się z lekarzem. Obecność krwi w nasieniu może oznaczać różne problemy, od infekcji dróg moczowych po kamicę nerkową, aż po raka prostaty, dlatego każda taka sytuacja wymaga niezwłocznej konsultacji.
 
Krew w moczu lub nasieniu jest jednym z najczęściej wskazywanych przez Polaków objawów raka prostaty. Aż 39,8% respondentów kojarzy ten symptom z chorobą nowotworową. Na pierwszym miejscu znalazły się trudności w oddawaniu moczu (40%), a niewiele rzadziej wskazywano osłabiony lub przerywany strumień moczu (38%) oraz częstą potrzebę oddawania moczu, zwłaszcza nocą (38%).

Ponad jedna trzecia ankietowanych wymienia, jako objaw raka prostaty, uczucie parcia na pęcherz (35,7%) oraz ból lub pieczenie przy oddawaniu moczu (35,1%). Z kolei 33% zwraca uwagę na bóle w pachwinach lub mosznie, a 28% łączy chorobę z problemami z erekcją. 22% kojarzy raka prostaty z bólami w obrębie pleców i miednicy, a 20% z bolesnym wytryskiem. Wiele z tych objawów faktycznie może być związanych z nowotworem, ale mogą również świadczyć o innych problemach urologicznych.

Gdy pojawia się krew jedni idą do lekarza, inni najpierw szukają odpowiedzi w sieci

Na pytanie o realne zachowanie w sytuacji zauważenia krwi w moczu lub nasieniu, mężczyźni w pierwszej kolejności deklarują wizytę u lekarza: 46% wskazało tę odpowiedź. 35% poddałoby się kompleksowym badaniom, a 31% szukałoby informacji w Internecie. Ponieważ ankietowani mogli wskazać 3 reakcje, które jako pierwsze przyszły im na myśl, to wielu z nich (20%) przyznało, że rozpoczęłoby samoobserwację, co oznacza dalszą zwłokę w diagnostyce. U części respondentów pojawiłby się wyraźny lęk: 27% badanych byłoby przerażonych, 22% automatycznie pomyślałoby o raku, a 10% wskazało, że przeżyłoby załamanie. Co dziesiąty mężczyzna myślałby o reakcji rodziny (7%). Zaledwie 1% ankietowanych przyznał, że nie zmieniłby nic w swoim postępowaniu.

– Rak prostaty przez wiele miesięcy, a nawet lat, może nie dawać żadnych objawów. Zdarza się, że symptomy związane z oddawaniem moczu nie świadczą jednoznacznie o obecności nowotworu. Dzieje się tak dlatego, że jeśli guz rozwija się poza obszarem uciskającym cewkę moczową – czyli na zewnętrznej powierzchni prostaty – może rosnąć zupełnie bezobjawowo. Często spotykamy pacjentów, którzy przychodzą do gabinetu zaniepokojeni, ponieważ zauważyli krew w nasieniu i automatycznie łączą ten objaw z rakiem prostaty. To błędne myślenie. Obecność krwi w nasieniu bardzo rzadko ma związek z nowotworem – w rzeczywistości jest to objaw bardzo zaawansowanego raka prostaty, a takie przypadki zdarzają się wyjątkowo rzadko. W zdecydowanej większości sytuacji – nawet w 70% przypadków – krew w nasieniu jest objawem przejściowego stanu zapalnego w drogach wyprowadzających nasienie – mówi dr Anna Bonder-Nowicka, urolog, seksuolog, ordynator oddziału urologii Szpitala Praskiego w Warszawie.

Dwa podstawowe badania, które mogą uratować życie

Lekarze są zgodni: każdy niepokojący objaw powinien być sygnałem alarmowym i skłonić do badań profilaktycznych. Jednym z nich jest oznaczenie poziomu PSA, czyli specjalnego białka wytwarzanego przez komórki nabłonka gruczołu krokowego. To podstawowe i najpowszechniej stosowane badanie diagnostyczne, które można wykonać zarówno w laboratorium, jak i samodzielnie w domu, korzystając z prostego testu dostępnego w aptekach. Problem polega na tym, że Polacy wciąż mają niewielką wiedzę na temat PSA: aż 64% mężczyzn nigdy nie słyszało o testach do samobadania, a co trzeci nie ma świadomości, czym właściwie jest oznaczenie PSA i że chodzi o białko produkowane przez prostatę. Wielu nie potrafi też wskazać, czy badanie wykonuje się z krwi czy z moczu, co pokazuje, że edukacja w tym obszarze nadal jest niewystarczająca.

Drugim kluczowym badaniem jest badanie per rectum, czyli palpacyjne badanie prostaty przez odbyt. Choć trwa krótko i jest niezwykle ważnym elementem diagnostyki, wciąż budzi dużo emocji. Większość mężczyzn kojarzy je jednak z dyskomfortem (47%), skrępowaniem i zakłopotaniem (40%), a nawet wstydem. Wielu boi się bólu podczas badania (26%), część odczuwa strach (24%). Warto się jednak badać, bo mimo że oba podstawowe badania nie cieszą się zbyt dużą wiedzą i wzbudzają niechęć, to jednak mogą uratować życie.

Wyniki badania SW Research dla marki Domowe Laboratorium pokazują, że aż 47% Polaków kojarzy je przede wszystkim z dyskomfortem, a 40% z poczuciem skrępowania, które często skutecznie zniechęca do wizyty w gabinecie. Co czwarty mężczyzna (26%) obawia się, że badanie będzie bolesne, a 24% przyznaje, że odczuwa strach na samą myśl o jego wykonaniu. Dla wielu to wciąż temat związany ze wstydem, niepewnością i lękiem przed oceną. Co dziesiąty ankietowany przyznaje, że odczuwa też lęk przed niekontrolowanymi reakcjami ciała podczas badania np. wzwodem (14%).

Listopad, uznawany na całym świecie za miesiąc męskiego zdrowia. Celem międzynarodowej kampanii Movember jest edukacja społeczeństwa i zachęcenie mężczyzn do badań profilaktycznych w kierunku raka prostaty i jąder.

Zachęcamy do pobrania całego raportu „Męska choroba, wspólna sprawa” W publikacji znajdą Państwo nie tylko dane z badania opinii, ale także komentarze i wskazówki ekspertów: dr Anny Bonder-Nowickiej, urologa i ordynatora Oddziału Urologii Szpitala Praskiego w Warszawie, Anny Kozickiej, fizjoterapeutki dna miednicy, oraz Dominiki Gołąb, psycholożki i seksuolożki: https://domowelaboratorium.pl/data/include/cms//Raport_Wiedza_Polakow_na_temat_raka_prostaty_listopad_2025.pdf

 
Źródło: Komunikat Prasowy
Z okazji trwającego Miesiąca Świadomości Męskich Nowotworów #Movember – Polskie Towarzystwo Onkologiczne zaprasza na kolejną debatę ekspercką z cyklu „Onkologia – Wspólna Sprawa” poświęconą wyzwaniom w profilaktyce, diagnostyce i leczeniu raka prostaty i jądra, już 18 listopada.
Transmisja debaty 18 listopada 2025 r. o godz. 15:00

Prelegenci:
Moderator: Marek Kustosz, moderator, redaktor naczelny Medicalpress

Oglądaj transmisję na żywo:

Rak prostaty to jeden z najczęściej diagnozowanych nowotworów u mężczyzn w Polsce i jedna z głównych przyczyn zgonów onkologicznych. Rak jąder jest natomiast najpowszechniejszym nowotworem wśród młodych mężczyzn w wieku 15-35 lat. Niestety wciąż zbyt wielu panów trafia do lekarza za późno – bo „nie ma objawów”, „to wstyd”, „to mnie nie dotyczy”. Listopad to Miesiąc Świadomości Męskich Nowotworów (Movember) – czas, by przypomnieć, że profilaktyka ratuje zdrowie, życie i męskość.
Movember narodził się w Australii na początku lat 2000. To właśnie wtedy mężczyźni zaczęli zapuszczać wąsy, by zwrócić uwagę na zdrowie panów – przede wszystkim na raka prostaty i jąder oraz dobrostan psychiczny. Wąsy stały się prostym symbolem rozmowy o tym, o czym mężczyźni często milczą. Dziś te działania mają zasięg globalny: zachęcają do badań, rozmowy i udziału w badaniach profilaktycznych.

Zdrowie mężczyzn pod lupą: alarmujący wzrost zachorowań na raka prostaty

Według danych Krajowego Rejestru Nowotworów w 2022 roku w Polsce z powodu nowotworów złośliwych zmarło ponad 96 tysięcy osób, w tym aż 52 tysiące mężczyzn. Najczęściej rejestrowane nowotwory to rak prostaty (23,3%), rak płuca (13,7%), rak jelita grubego (11,7%) oraz rak pęcherza moczowego (5,7%)[1].

Szczególnie niepokojącą sytuację obserwujemy w przypadku raka prostaty. Zachorowalność i śmiertelność na ten nowotwór, mimo postępów medycyny, od 2004 roku systematycznie rosną[2]. Nasz kraj wypada również niekorzystnie na tle Europy – podczas gdy w innych państwach Unii Europejskiej śmiertelność z powodu raka prostaty spadła o 7,1%, to w Polsce w latach 2015-2020 wzrosła aż o 18%[3]. W 2023 roku, według najnowszych danych Krajowego Rejestru Nowotworów roku, odnotowano 23 710 nowych zachorowań na raka gruczołu krokowego[4] –  to o ponad 10% więcej niż rok wcześniej.
 
– Rak prostaty często rozwija się po cichu. Wielu mężczyzn dowiaduje się o nim dopiero wtedy, gdy pojawiają się przerzuty. Tymczasem wczesne wykrycie daje bardzo wysokie szanse na całkowite wyleczenie – przypomina Marta Sikorska, Koordynatorka ds. komunikacji i PR w Onkofundacji Alivia.
 
Wczesne wykrycie ma także kluczowe znaczenie w przypadku raka jądra występującego głównie u młodych mężczyzn (15–35 lat). Dzięki nowoczesnym terapiom ten rodzaj nowotworu w 95% przypadków może być całkowicie wyleczalny[5]. Kluczem jest jednak szybka reakcja na niepokojące objawy.

Dlaczego mężczyźni się nie badają? Wstyd, lęk i mit „niezniszczalności”
 
Mężczyźni w Polsce wciąż rzadziej niż kobiety korzystają z badań profilaktycznych i pomocy psychologicznej. Często bagatelizują objawy lub odkładają wizytę u lekarza. Dlaczego? Argumenty są różne: “to wstyd”, “to mnie nie dotyczy”, “nie chcę wyjść na hipochondryka”.
 
– Za tymi słowami często stoi lęk – przed słabością, chorobą, utratą kontroli. Mężczyźni byli wychowywani w przekonaniu, że mają być silni i samowystarczalni, dlatego proszenie o pomoc bywa dla nich trudniejsze – mówi psychoonkolog Aleksandra Dryzner.

W konsekwencji mężczyźni unikają wizyt lekarskich, rozmów o zdrowiu i wsparcia psychologicznego, które mogłoby realnie poprawić ich jakość życia. Tymczasem wczesne leczenie często pozwala zachować pełnię życia seksualnego, a unikanie lekarza – wręcz przeciwnie – zwiększa ryzyko powikłań i trwałych konsekwencji.

– Prawdziwa siła i odpowiedzialność polega nie na udawaniu, że nic się nie dzieje, ale na odwadze, by zadbać o siebie i swoje zdrowie – dodaje Aleksandra Dryzner.

 
 Jak się badać? Profilaktyka ratuje życie
 
Wiele nowotworów rozwija się po cichu. Rak prostaty przez lata może nie dawać żadnych objawów. Nowotwór jelita grubego zaczyna się od niepozornych zmian, które widać tylko w kolonoskopii. Rak jądra często nie boli. Brak dolegliwości nie oznacza jednak gwarancji braku nowotworu, dlatego tak ważne są badania!
 
PSA to proste badanie z krwi, które może pomóc wykryć nowotwór prostaty we wczesnym stadium. Mężczyźni po 50. roku życia powinni wykonywać je wraz w roku. Jeśli natomiast w rodzinie występował rak prostaty, badanie zalecane jest już po 40. roku życia[6].
 
Podstawowym elementem diagnostyki pozostaje także badanie per rectum, które – mimo że budzi wciąż opór – jest szybkie, bezpieczne i może uratować życie. U młodszych mężczyzn kluczowa jest natomiast samoobserwacja jąder i szybka reakcja na niepokojące objawy, takie jak zgrubienia, obrzęk czy ból.

Profilaktyka to inwestycja we własne życie i spokój bliskich – podkreśla Marta Sikorska, Koordynatorka ds. komunikacji i PR w Onkofundacji Alivia. Regularne badania pozwalają wykryć chorobę, zanim da jakiekolwiek objawy. To moment, w którym leczenie jest najskuteczniejsze i najmniej obciążające.
 
Onkofundacja Alivia startuje z kampanią edukacyjną

W tym roku Onkofundacja Alivia po raz kolejny włącza się w globalny ruch Movember, przypominając mężczyznom, że profilaktyka to pierwszy krok do zdrowia i spokoju. Na stronie poświęconej akcji każdy może znaleźć praktyczne materiały – m.in. artykuły edukacyjne o profilaktyce raka prostaty i jąder, webinary ze specjalistami oraz instruktaż samobadania jąder.
 
Rak to nie koniec świata, jeśli zostanie wcześnie wykryty. Dlatego tak ważne jest, by mężczyźni zaczęli mówić o zdrowiu bez wstydu, lęku i bez odkładania na później. Movember to dobry moment, by zapisać się na badania, porozmawiać z lekarzem lub po prostu zainspirować innych do zadbania o siebie. Profilaktyka to nie oznaka słabości. To akt odwagi, odpowiedzialności i troski o życie – własne i tych, którzy są obok.
 
 
[1] https://onkologia.org.pl/sites/default/files/publications/2025-02/Nowotwory_2022.pdf
[2] https://onkologia.org.pl/sites/default/files/publications/2025-02/Nowotwory_2022.pdf
[3] https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0923753420360567
[4] https://onkologia.pacjent.gov.pl/pl/kompendium-chorob-nowotworowych/gruczol-krokowy/epidemilogia
[5] https://www.nfz.gov.pl/gfx/nfz/userfiles/_public/aktualnosci/aktualnosci_oddzialow/ulotka_sroda_z_profilaktykaprofilaktyka_nowotworu_prostaty_i_jader_cyfrowa.pdf
[6] https://onkologia.pacjent.gov.pl/pl/kompendium-chorob-nowotworowych/gruczol-krokowy/metody-zapobiegania
źródło: Alivia
Doktor Jacek Sadowski, kierownik Kliniki Radioterapii w Świętokrzyskim Centrum Onkologii w Kielcach, w rozmowie z redakcją Medicalpress, omawia znaczenie wczesnej diagnostyki, tłumaczy, na czym polega interdyscyplinarne podejście do leczenia raka prostaty, jaką rolę odgrywa współczesna radioterapia i czym jest radioterapia adaptacyjna „real-time” oraz obala mity dotyczące powikłań radioterapii.

Panie Doktorze, coraz częściej mówi się o konieczności dbania o zdrowie mężczyzn po 40. roku życia. Dlaczego właśnie w tym wieku tak ważna staje się czujność onkologiczna i badanie prostaty?

Doktor Jacek Sadowski: To, co chciałbym przekazać dla wszystkich mężczyzn – i nie tylko tych w grupie wiekowej, u której najczęściej rozpoznaje się raka prostaty – to apel do każdego pana, który skończył 40 lat: zwracajcie uwagę na objawy, które mogą sugerować chorobę. Nie bójmy się o nich myśleć ani mówić, a w razie wątpliwości kontaktujmy się z lekarzem. Jest to choroba, którą można zdiagnozować w bardzo prosty sposób na wczesnym etapie.

Trzeba tylko wiedzieć, na co zwrócić uwagę. Pierwsza rzecz, którą panowie mogą zrobić sami, to porównać swoje nawyki związane z oddawaniem moczu. Powszechnie dostępna jest tzw. skala IPSS – siedem prostych pytań, na które można odpowiedzieć i zsumować punkty. To daje już podpowiedź, czy trzeba udać się do lekarza.


Ostatnie lata, zwłaszcza w ramach programu „Profilaktyka 40+”, pokazały, że badanie PSA pozwalało przypadkiem wykryć chorobę u wielu mężczyzn w wieku 50–60 lat. Wczesne wykrycie raka prostaty umożliwia skuteczne leczenie, bez narażania pacjenta na poważne powikłania czy okaleczające zabiegi.

Gdy już dojdzie do diagnozy, coraz częściej mówimy o radioterapii. Wielu pacjentów kojarzy ją głównie z leczeniem wspomagającym po operacji, ale jej zastosowanie jest o wiele szersze. Jakie miejsce zajmuje radioterapia w leczeniu raka prostaty i w jakich sytuacjach klinicznych jest stosowana?

Doktor Jacek Sadowski: Radioterapia jest jedną z podstawowych metod leczenia każdego nowotworu, w tym raka prostaty. Stosuje się ją szczególnie u pacjentów, którzy nie mogą być leczeni chirurgicznie. To metoda, którą można wykorzystywać równie skutecznie samodzielnie. 

Ogromny postęp dokonał się w ciągu ostatnich kilkunastu lat – zarówno jeśli chodzi o technologię aparatów, jak i wyposażenie w urządzenia pozwalające kontrolować przebieg leczenia i ograniczać ryzyko powikłań, zarówno wczesnych, jak i późnych. To, co wydarzyło się w diagnostyce i planowaniu terapii, sprawiło, że radioterapia stała się metodą coraz bardziej bezpieczną i precyzyjną.

Leczenie raka prostaty powinno być od samego początku interdyscyplinarne. Każdy pacjent powinien przejść konsylium wielodyscyplinarne, na którym omawia się możliwe metody leczenia. W naszym ośrodku takie konsylia działają od lat i pacjent od samego początku otrzymuje informację o wszystkich dostępnych opcjach leczenia. Bardzo dobrze układa nam się współpraca z urologami i onkologami klinicznymi, co pozwala na prowadzenie terapii w sposób skoordynowany i kontrolowany. 

Radioterapia ma dziś trzy główne zastosowania: może być leczeniem samodzielnym, leczeniem uzupełniającym po zabiegu operacyjnym oraz leczeniem ratunkowym w przypadku niepowodzenia chirurgii. W każdej z tych sytuacji daje realną szansę na skuteczne wyleczenie chorego. Myślę, że w kolejnych latach jej znaczenie będzie jeszcze większe – pod warunkiem, że będzie prowadzona we współpracy z innymi specjalistami.

Radioterapia to jednak nie jedna metoda, ale różne opcje terapeutyczne. Jakie są te najważniejsze?

Doktor Jacek Sadowski: W leczeniu raka prostaty mamy do dyspozycji dwie podstawowe techniki. Pierwsza to teleradioterapia – napromienianie z zewnątrz. Druga to brachyterapia, czyli wprowadzenie źródeł promieniowania bezpośrednio do gruczołu krokowego przy pomocy specjalnych aplikatorów. Formalnie jest to zabieg, ale dla pacjentów nie jest szczególnie obciążający. W wielu sytuacjach klinicznych łączenie tych dwóch metod jest wręcz rekomendowane jako standard leczenia.

W naszym ośrodku leczymy w ten sposób około 400 pacjentów rocznie i ta liczba systematycznie rośnie, mimo że urolodzy przeprowadzają coraz więcej zabiegów chirurgicznych i stale doskonalą swoje techniki. Wynika to z faktu, że świadomość pacjentów rośnie, coraz częściej zgłaszają się oni do kontroli i udaje się rozpoznać nowotwór na wczesnym etapie, kiedy możliwe jest leczenie radykalne. Dlatego zarówno dla urologów, jak i dla nas pracy nie zabraknie.

Jeszcze kilka dekad temu radioterapia budziła obawy pacjentów związane z powikłaniami. Jak wygląda to dziś?

Doktor Jacek Sadowski: Ogromny postęp dokonał się także w samej technice radioterapii.  Wciąż zdarza się, że pacjenci pytają przed leczeniem: „Czy będę poparzony? Czy zostaną ślady?”. To przekonania historyczne, związane z aparaturą sprzed 30–40 lat. Dziś dysponujemy zupełnie inną technologią – nowoczesnymi akceleratorami, które pozwalają precyzyjnie napromieniać prostatę i jednocześnie chronić sąsiednie narządy, takie jak odbytnica, pęcherz czy jelito cienkie. Wcześniej to one często reagowały powikłaniami, które były dla pacjentów uciążliwe i wymagały dodatkowego leczenia.

Naszym priorytetem jest nie tylko skuteczność, ale też bezpieczeństwo. Radioterapia prowadzona jest w seriach – kilkunastu, czasem kilkudziesięciu frakcji – dlatego kluczowa jest powtarzalność. Codziennie musimy zapewnić pacjentowi takie same warunki, aby jakość terapii była stabilna, a efekty przewidywalne. Dzięki temu radioterapia raka prostaty jest dziś terapią skuteczną, bezpieczną i coraz mniej obciążającą dla chorego.

Wspomniał Pan o nowoczesnych technologiach. Czym jest radioterapia adaptacyjna, o której coraz częściej się mówi?

Doktor Jacek Sadowski: To przyszłość radioterapii. Polega na dostosowywaniu dawki promieniowania do zmieniających się warunków anatomicznych pacjenta w czasie rzeczywistym. W standardowej radioterapii opieramy się na jednym badaniu tomograficznym wykonanym na początku leczenia. Na tej podstawie przygotowujemy plan terapeutyczny, który staramy się realizować przez cały cykl napromieniania. Problem w tym, że prostata to narząd ruchomy, a sąsiadujące z nią odbytnica i pęcherz również mogą zmieniać swoje położenie. W efekcie codzienna sytuacja anatomiczna pacjenta bywa inna niż ta, którą uwzględniliśmy w planie referencyjnym.

Radioterapia adaptacyjna w czasie rzeczywistym pozwala na przygotowanie pacjenta do leczenia dokładnie w danym dniu i momencie – już wtedy, gdy leży na stole terapeutycznym. Dzięki specjalistycznym aparatom, oprogramowaniu i badaniom obrazowym możemy na bieżąco korygować plan leczenia, tak aby napromienianie było jak najlepiej dopasowane do aktualnej anatomii pacjenta.

To jednak wymaga pracy całego zespołu – lekarza radioterapeuty, fizyka medycznego, który sprawdza poprawność planu od strony dozymetrycznej, oraz technika elektroradiologa, który realizuje terapię. Coraz częściej wykorzystujemy w tym procesie również sztuczną inteligencję, aby szybciej i precyzyjniej dopasować dawkę do narządów, które leczymy i tych, które musimy chronić.

Taka metoda to ogromny postęp – pozwala leczyć mniejsze objętości, znacznie lepiej chroni zdrowe narządy i minimalizuje ryzyko powikłań. Na razie jednak radioterapia adaptacyjna jest technologią wymagającą – potrzebuje specjalnego sprzętu, dużego zaangażowania personelu i odpowiedniej organizacji pracy. W Świętokrzyskim Centrum Onkologii nie mamy jeszcze takich możliwości, ale traktujemy je jako nasz najbliższy cel rozwojowy. W Polsce są już ośrodki, które prowadzą takie leczenie i z roku na rok będzie ich coraz więcej.

Skoro mówimy o tak zaawansowanych technikach, pojawia się pytanie o zasoby – finansowe i organizacyjne. Co dziś jest największym wyzwaniem inwestycyjnym w radioterapii?

Doktor Jacek Sadowski: Rozwój radioterapii zawsze wiąże się z dużymi nakładami. Ośrodki same nie są w stanie udźwignąć kosztów – niezbędne jest wsparcie ministerstwa i samorządów. Planujemy doposażenie w rezonans do planowania radioterapii i rozbudowę zaplecza fizyki medycznej. W perspektywie kilku lat chcemy także wdrożyć radioterapię adaptacyjną w czasie rzeczywistym. To inwestycje, które wymagają dużych środków, ale decydują o jakości leczenia pacjentów.

Mówił Pan o inwestycjach w sprzęt i nowe technologie. Ale równie ważne wydaje się to, jak cały system leczenia jest zorganizowany. Dlaczego w onkologii tak istotna staje się dziś współpraca wielu specjalistów?

Doktor Jacek Sadowski: Onkologia stała się obecnie specjalnością wielodyscyplinarną. To już nie jest tak jak dawniej, że chirurg leczył swoich pacjentów, radioterapeuta swoich, a onkolog kliniczny swoich. Dziś przy większości rozpoznań chorób nowotworowych leczenie musi być interdyscyplinarne. Te metody się uzupełniają i – jestem przekonany – w przyszłości będą się jeszcze mocniej zazębiać.

Nie chodzi tylko o rozwój radioterapii, ale także chirurgii i onkologii klinicznej – wszystkie te obszary muszą ze sobą współpracować, aby pacjent był leczony kompleksowo i na odpowiednim poziomie. Ogromne znaczenie ma też diagnostyka, od której wszystko się zaczyna. Mówimy o diagnostyce obrazowej, molekularnej, histopatologicznej – dopiero na tej podstawie możemy planować kolejne etapy terapii.

Dlatego właśnie interdyscyplinarność to nie modny slogan, ale warunek skuteczności. Tylko wtedy, gdy różne działy i kliniki są ze sobą powiązane, ośrodek może działać tak, jak powinien, a pacjent ma pewność, że jego leczenie będzie dobrze zaplanowane i skoordynowane.

Rozmawialiśmy o organizacji leczenia i współpracy specjalistów. Ale równie ważna jest sama postawa pacjentów. Jak Pan ocenia ich świadomość – czy dziś przychodzą na leczenie z większym zaufaniem i wiedzą niż kiedyś?

Doktor Jacek Sadowski: Myślę, że świadomość pacjentów zdecydowanie wzrasta. To także zasługa działalności edukacyjnej mediów i organizacji, które pomagają ludziom zrozumieć, że leczenie onkologiczne nie jest czymś strasznym. To leczenie, które ma przywrócić zdrowie. Kiedyś radioterapia czy chemioterapia kojarzyły się głównie ze skutkami ubocznymi, dziś widzimy pacjentów, którzy przychodzą na zabiegi z uśmiechem i równie zadowoleni wychodzą z leczenia. To naprawdę cieszy.

Na pewno coraz częściej pacjenci trafiają do nas wcześniej niż kiedyś, co ma ogromne znaczenie dla skuteczności terapii. Ale pozostaje jeszcze sporo do zrobienia, zwłaszcza jeśli chodzi o proces diagnostyczny. Chodzi o to, by leczenie zaczynało się we właściwym momencie. Zmierzamy w dobrym kierunku, ale trzeba jeszcze trochę pracy i czasu, by system działał tak, jak wszyscy byśmy tego chcieli.

Coraz częściej mówi się, że nowoczesne leczenie onkologiczne pozwala pacjentom funkcjonować niemal normalnie. Czy w trakcie radioterapii chorzy mogą prowadzić życie zawodowe i codzienne tak jak wcześniej?

Doktor Jacek Sadowski: Tak, to coraz bardziej widoczne. Odsetek pacjentów, którzy w trakcie radioterapii nie zawieszają aktywności zawodowej, systematycznie rośnie. Nawet jeśli formalnie korzystają ze zwolnienia lekarskiego, to mimo wszystko pozostają aktywni. To dowód na to, że pacjent poddawany radioterapii może wrócić do pracy, a jeśli nie powie współpracownikom, że jest w trakcie leczenia, to nikt tego po nim nie pozna.

To także pokazuje, że skutki uboczne radioterapii są dziś dużo mniejsze i mniej uciążliwe niż kiedyś – nie eksponują się w trakcie leczenia, nie wykluczają pacjenta z życia społecznego czy zawodowego. Wraz z dalszym rozwojem technologii radioterapia będzie jeszcze skuteczniejsza i jeszcze mniej obciążająca dla chorego.

Wspomnieliśmy o pacjentach leczonych radykalnie, ale wielu chorych trafia do lekarzy już w zaawansowanym stadium nowotworu. Czy dla nich również medycyna ma dziś realne możliwości pomocy?

Doktor Jacek Sadowski: Zdecydowanie tak. Jeszcze 40–50 lat temu wiele zaawansowanych nowotworów uważano za choroby nieuleczalne, które przebiegały bardzo szybko i dramatycznie. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Coraz częściej nawet w stadium rozsiewu potrafimy wprowadzić chorobę w fazę przewlekłą. Oznacza to, że pacjent, choć nadal wymaga leczenia, nie odczuwa uciążliwych objawów, które przypominałyby mu o chorobie na co dzień.
 
To ogromny postęp – przeżycia pacjentów z zaawansowaną chorobą nowotworową liczymy już nie w miesiącach, ale w latach. I co ważne, są to lata w dobrym komforcie życia. Chory nie spędza czasu w szpitalu, ale normalnie funkcjonuje – zajmuje się domem, pracą, swoimi pasjami. O chorobie przypominają mu tylko wizyty kontrolne czy konieczność przyjęcia leków. To pokazuje, że nawet w zaawansowanym stadium nowotwór może być dziś traktowany jak choroba przewlekła.

Na koniec chciałabym zapytać o perspektywę międzynarodową. Jak Polska wypada dziś na tle Europy, jeśli chodzi o nowoczesną radioterapię i chirurgię onkologiczną?

Doktor Jacek Sadowski: Myślę, że absolutnie nie mamy się czego wstydzić. Jeśli chodzi o radioterapię, to nie odbiegamy od wiodących ośrodków europejskich. Podobnie wygląda sytuacja w chirurgii – zabiegi laparoskopowe stały się już standardem, a operacje przy asyście robota są dostępne w coraz większej liczbie ośrodków. Te techniki sprawiają, że pacjent nie musi spędzać w szpitalu kilku dni, ale często już po jednym–dwóch dniach może wracać do aktywności.

Podobny postęp widzimy w radioterapii. Trzy dekady temu leczenie wiązało się z poważnymi odczynami popromiennymi, które trwały tygodniami. Dziś często nie ma ich wcale, a pacjent wraca do normalnego funkcjonowania bardzo szybko, niekiedy jeszcze tego samego dnia po zakończeniu frakcji. To pokazuje, że onkologia w Polsce staje się coraz bardziej nowoczesna i coraz mniej obciążająca dla chorego i jego rodziny.

Chciałbym też podkreślić apel, który powtarzam przy każdej okazji: mężczyźni po 40., 50., 60. roku życia muszą pamiętać o profilaktyce. Rak prostaty jest coraz częściej diagnozowany właśnie w tej grupie. Jeśli pojawiają się niepokojące objawy, nie warto zwlekać – trzeba udać się do urologa i wykluczyć poważną chorobę. To prosta decyzja, która może uratować życie.


źródło: Redakcja Medicalpress
Mijają trzy lata od pierwszej dyskusji ekspertów na temat systemowych zmian w leczeniu raka gruczołu krokowego. Jak wynika z najnowszej edycji „Monitora stanu systemu opieki nad pacjentami z rakiem gruczołu krokowego” przygotowanej przez Federację Przedsiębiorców Polskich, wiele z kluczowych postulatów wciąż pozostaje na papierze.
Monitor to narzędzie służące do analizy postępów zmian w systemie profilaktyki, diagnostyki oraz leczenia raka prostaty w Polsce. Porównanie z ubiegłoroczną publikacją nie pozostawia złudzeń – stan realizacji poszczególnych rekomendacji nie uległ znaczącym zmianom. Nie oznacza to jednak, że w obszarze zmian systemowych mamy do czynienia z całkowitą stagnacją.

FPP przypomina, że w odpowiedzi na dynamicznie rosnącą liczbę nowych rozpoznań raka gruczołu krokowego oraz wzrost śmiertelności z powodu tego nowotworu, w 2022 r. zainicjowała projekt „Wprost o prostacie”. Powstała wówczas mapa drogowa potrzebnych reform, opracowana we współpracy z przedstawicielami instytucji publicznych, organizacji pacjentów i ekspertami medycznymi. W maju 2025 r. minęły trzy lata od pierwszego spotkania ekspertów, a w lutym — dwa lata od publikacji mapy drogowej zmian.

Dane Krajowego Rejestru Nowotworów przywołane w raporcie są alarmujące. „W latach 2002-2022 liczba zgonów z powodu raka gruczołu krokowego w Polsce stopniowo wzrastała z poziomu 3 488 do 5 625”. W tym samym okresie wykrywalność nowotworu wzrosła o 321%, a w 2022 r. liczba nowych zachorowań po raz pierwszy przekroczyła 20 tysięcy w ciągu roku.

Eksperci FPP dostrzegają pozytywne zmiany, takie jak wdrożenie ustawy o Krajowej Sieci Onkologicznej, modyfikacje w programie lekowym leczenia raka prostaty czy zastąpienie programu „Profilaktyka 40 Plus” nowym programem „Moje zdrowie” od 1 maja 2025 r. Jednak problemy finansowe Narodowego Funduszu Zdrowia mają bezpośrednie przełożenie na dostępność świadczeń. Liczba pacjentów oczekujących na wizytę w poradni urologicznej w trybie pilnym wzrosła o 33% w ciągu jednego roku — do 23 436 osób, a mediana czasu oczekiwania w trybie pilnym wydłużyła się o 40%, osiągając 28 dni.

Z 19 postulatów zawartych w Mapie Drogowej, obecnie tylko 2 uznano za w pełni zrealizowane, 7 ma status „częściowo zrealizowane”, a aż 10 wciąż czeka na realizację.

„Monitor stanu systemu opieki nad pacjentami z rakiem gruczołu krokowego” to cykliczna publikacja Komitetu ds. Ochrony Zdrowia FPP. Jej celem jest umożliwienie bieżącego śledzenia i weryfikacji działań podejmowanych przez instytucje publiczne na rzecz pacjentów. Kolejna edycja nie pozostawia wątpliwości — rak prostaty w Polsce wciąż wymaga poważnych, systemowych decyzji, a czas działa na niekorzyść chorych.

Cały raport dostępny TU

Źródło: Federacja Przedsiębiorców Polskich

W zaledwie kilka lat od wprowadzenia refundacji, chirurgia robotowa przestała być w Polsce technologiczną ciekawostką, a zaczęła realnie kształtować standard leczenia nowotworu gruczołu krokowego. Najnowszy raport Narodowego Funduszu Zdrowia przedstawia szczegółową analizę porównawczą trzech metod radykalnej prostatektomii: klasycznej (ORP), laparoskopowej (LRP) oraz z użyciem systemu robotowego (RARP). To pierwszy tak kompleksowy dokument oparty na danych sprawozdawczych i statystycznych, który pozwala nie tylko porównać skuteczność i bezpieczeństwo zabiegów, ale też zrozumieć, jak szybko nowoczesne technologie torują sobie drogę w polskich szpitalach.
 
Jak przypomina lek. Michał Dzięgielewski, pełnomocnik Prezesa NFZ, „chirurgia robotowa w obecnej odsłonie dojrzewa razem z bieżącym milenium”. Zastosowanie robotów w onkologii urologicznej, choć znane od dekad, przez długi czas było w Polsce ograniczone – głównie z powodu braku finansowania. Przełom nastąpił dopiero w 2022 roku, kiedy operacja z wykorzystaniem robota została objęta koszykiem świadczeń gwarantowanych. Od kwietnia tego samego roku zabiegi RARP zaczęły być refundowane, a w sierpniu 2023 roku do wykazu dołączyły dwa kolejne wskazania: rak macicy i rak jelita grubego.

Efekt? W 2024 roku aż 9,6 tys. z 13,6 tys. prostatektomii radykalnych wykonano z użyciem systemu robotowego. To nie tylko dominacja ilościowa – raport pokazuje, że zabiegi RARP wykonywane są przez najlepiej przygotowanych świadczeniodawców, często przekraczających rekomendowany przez NICE próg 150 operacji rocznie. Jednocześnie są to zabiegi najmniej obciążające dla pacjenta: krótszy czas hospitalizacji, niższe ryzyko transfuzji, mniej rehospitalizacji, a także – co szczególnie ważne dla jakości życia – mniejsze prawdopodobieństwo refundacji wyrobów medycznych związanych z nietrzymaniem moczu.

Jak podano w analizie: „Szacowane prawdopodobieństwo przetoczenia krwi lub jej składników podczas hospitalizacji wynosiło: 10,3% dla ORP, 3,9% dla LRP i 2,4% dla RARP”. Dla pacjenta, którego zabieg wykonywał doświadczony ośrodek (powyżej 150 operacji rocznie), ryzyko rehospitalizacji zabiegowej w ciągu 180 dni wynosiło 5,6% dla operacji otwartych, 4,4% dla laparoskopowych i 3,6% dla robotowych.

Różnice dotyczą również długości hospitalizacji. „Zabiegi RARP wiązały się ze średnio o 2,6 dnia krótszą hospitalizacją niż zabiegi ORP” – czytamy w raporcie. W przypadku powikłań, takich jak zakażenie miejsca operowanego czy zgon w ciągu 30 dni, nie odnotowano istotnych różnic statystycznych między metodami.

Jednak największe zaskoczenie przynosi analiza nietrzymania moczu – jednego z najczęściej raportowanych powikłań po prostatektomii. „Dla reprezentatywnego pacjenta (wiek 67 lat, pacjent bez współistniejących chorób wg wskaźnika CCI, doświadczenie placówki >150 zabiegów rocznie), szacowane prawdopodobieństwo refundacji świadczeń związanych z nietrzymaniem moczu w ciągu 180 dni od zabiegu wynosiło: 51,3% dla ORP, 56,2% dla LRP i 45,2% dla RARP”.

Może Cię zainteresować: Wiceminister Demkow: „Ogromny problem mamy już na starcie” Rak prostaty – choroba cywilizacyjna, której wciąż nie umiemy rozpoznać na czas

Równocześnie autorzy raportu zastrzegają, że analiza oparta była wyłącznie na danych sprawozdawczych NFZ. „Główne ograniczenia analizy wynikają z wykorzystania danych sprawozdawczych, na podstawie których nie jest możliwe pełne określenie stopnia zaawansowania nowotworu czy innych parametrów klinicznych pacjentów”. Nie uwzględniano też jakości życia pacjentów po operacji, powikłań długoterminowych ani przejść z jednej metody operacyjnej do drugiej w trakcie zabiegu.

Warto jednak zauważyć, że wzrost udziału operacji robotowych pociąga za sobą istotne skutki finansowe. Zgodnie z danymi NFZ, „łączna wartość refundacji JGP wyniosła 397 mln zł”, z czego aż 272,3 mln zł przypadło na operacje z zastosowaniem systemu robotowego. Dla porównania, metoda laparoskopowa pochłonęła 108 mln zł, a klasyczna – 16,8 mln zł. RARP, choć najdroższa (średnio 32 594 zł za zabieg), stanowiła ponad 77% wszystkich kosztów związanych z prostatektomią. Jak podkreślono, część zabiegów robotowych była rozliczana jako laparoskopowe lub otwarte – ze względu na niespełnienie wymogów formalnych – co oznacza, że realne koszty mogły być jeszcze wyższe.

Pomimo tych ograniczeń, dane Funduszu pozwalają jednoznacznie wskazać kierunek. RARP nie tylko dominuje liczbowo – przynosi także mierzalne korzyści systemowe i kliniczne. I choć na pełną ocenę efektów długofalowych przyjdzie jeszcze poczekać, to jedno już dziś wydaje się jasne: chirurgia robotowa w leczeniu raka prostaty nie jest przyszłością. To teraźniejszość.

Źródło: Raport NFZ „Prostatektomia radykalna – porównanie metod zabiegu

Rok 2024 zapisze się na kartach historii polskiej medycyny jako przełomowy moment dla chirurgii robotowej. Liczba zabiegów przeprowadzanych z użyciem systemów robotycznych wzrosła aż o 70 procent w porównaniu z rokiem wcześniejszym. Na czele tej rewolucji znajduje się Centrum Onkologii im. prof. F. Łukaszczyka w Bydgoszczy, które nie tylko osiągnęło najwyższą liczbę operacji, ale również wyznacza kierunki rozwoju i standardy dla całego kraju.
 
W 2024 roku w Polsce wykonano 17,1 tysiąca operacji z użyciem systemów robotycznych. To nie tylko imponująca statystyka, ale również dowód na szybko postępującą transformację w podejściu do leczenia chirurgicznego. Kluczowym impulsem do tego wzrostu była refundacja zabiegów przez Narodowy Fundusz Zdrowia, obejmująca urologię, ginekologię i chirurgię onkologiczną.

Najwięcej operacji wykonano w Centrum Onkologii im. prof. F. Łukaszczyka w Bydgoszczy. W 2024 roku tamtejszy zespół chirurgiczny przeprowadził 838 zabiegów robotowych, korzystając z trzech systemów da Vinci. W tym 512 zabiegów urologicznych, w tym aż 468 prostatektomii, 190 operacji raka jelita grubego, 78 zabiegów torakochirurgicznych i 58 ginekologicznych.
Centrum Onkologii w Bydgoszczy jako pierwsza placówka w Polsce wdrożyła trzy systemy robotyczne do codziennej praktyki klinicznej.

Wśród liderów chirurgii robotowej znalazł się także dr n. med. Bartłomiej Małkowski z Oddziału Klinicznego Urologii Onkologicznej tego samego ośrodka. W 2024 roku przeprowadził aż 274 operacje z użyciem robota. W zestawieniu liczby operacji wykonanych przez jednego operatora w jednej placówce zajął drugie miejsce w kraju – tuż po prof. Tomaszu Drewie z bydgoskiego Szpitala Uniwersyteckiego nr 1 im. A. Jurasza.

Z raportu Modern Healthcare Institute wynika, że najczęściej wykonywaną procedurą pozostaje prostatektomia – stanowi 61% wszystkich zabiegów robotowych w Polsce. Jednak rośnie też liczba operacji raka jelita grubego (13%), raka trzonu macicy (12%) oraz zabiegów w obrębie głowy i szyi, trzustki czy żołądka.

Prof. Tomasz Drewa, prezes Polskiego Towarzystwa Urologicznego, mówi wprost: „Odrabiamy teraz 20 lat opóźnienia względem tego, co się wydarzyło na świecie w chirurgicznym leczeniu chorób”. Podkreśla również rosnącą liczbę zastosowań robotyki poza obecnie refundowanymi wskazaniami. „Wreszcie obserwujemy szeroko zakrojone próby zastosowania systemów robotycznych do leczenia innych schorzeń, nie tylko tych „refundowanych”. Doskonałym przykładem jest chirurgia dziecięca, chirurgia wątroby, głowy i szyi czy też chirurgia nerek w urologii”.

Zdaniem prof. Wojciecha Zegarskiego, krajowego konsultanta w dziedzinie chirurgii onkologicznej oraz kierownika Katedry Chirurgii Onkologicznej Collegium Medicum UMK, aż 97% operacji z użyciem robota dotyczyło leczenia onkologicznego. „To jest dobry sygnał, że następuje zrównoważony rozwój technik robotycznych w innych specjalnościach” – zauważa prof. Zegarski. Zwraca uwagę na rosnącą liczbę operacji robotowych w dziedzinach innych niż urologia, które stanowiły już 33% wszystkich 17 tysięcy zabiegów wykonanych w Polsce w 2024 roku.
Choć wzrost liczby operacji robotowych napawa optymizmem, eksperci zwracają uwagę na braki systemowe. Wciąż nie powstał centralny rejestr takich zabiegów, a dostęp do chirurgii robotowej jest nierówny geograficznie. Kujawsko-Pomorskie jest liderem, osiągając wskaźnik 99 zabiegów robotowych na 100 tysięcy mieszkańców.

Autor raportu, Krzysztof Jakubiak, prezes Modern Healthcare Institute, ostrzega jednak, że zmiany w polityce refundacyjnej NFZ mogą w przyszłości zahamować rozwój robotyki chirurgicznej. Redukcja różnic w wycenie operacji klasycznych, laparoskopowych i robotowych może zniechęcić szpitale do inwestowania w nowoczesne rozwiązania.

Pomimo tych wyzwań, kierunek jest jasny: chirurgia robotowa nie jest chwilową modą ani luksusem. To realna zmiana standardu leczenia – bardziej precyzyjna, mniej inwazyjna i szybciej przywracająca pacjentów do zdrowia. A Centrum Onkologii im. prof. F. Łukaszczyka w Bydgoszczy pozostaje niekwestionowanym liderem tej zmiany.

Zródło: Centrum Onkologii Bydgoszcz
Foto: Centrum Onkologii Bydgoszcz

Rak gruczołu krokowego to najczęściej diagnozowany nowotwór złośliwy u mężczyzn w Polsce, choć nadal nie najczęstsza przyczyna zgonów onkologicznych – tu wciąż przoduje rak płuca. Mimo że liczba diagnoz systematycznie rośnie, a dostęp do nowoczesnych terapii poprawił się znacząco, system opieki zdrowotnej wciąż nie radzi sobie z podstawowym wyzwaniem – skuteczną i dostępną diagnostyką we wczesnym stadium choroby.
 
Problemem nie są tylko procedury, brak sprzętu czy finansowanie, ale również – a może przede wszystkim – luki organizacyjne, fałszywe przekonania i niska zgłaszalność mężczyzn do lekarza. Wciąż pokutuje stereotyp męskości oparty na bagatelizowaniu problemów zdrowotnych i unikaniu wizyt lekarskich. Według badania CBOS z 2023 roku aż 38% mężczyzn po 45. roku życia nigdy nie badało się u urologa, a 57% uważało, że „nie miało takiej potrzeby”. W efekcie wielu pacjentów trafia do systemu zbyt późno – a rak prostaty, który w wielu przypadkach mógłby być chorobą przewlekłą, zbyt często kończy się zgonem.

Mit PSA i brak realnej profilaktyki

Dla większości mężczyzn skrót „PSA” oznacza coś oczywistego – badanie, które warto wykonać po czterdziestce, bo może wykryć raka prostaty. Dla lekarzy – to jedno z najbardziej kontrowersyjnych narzędzi ostatnich dekad. Mimo popularności wśród pacjentów, oznaczenie poziomu antygenu specyficznego dla prostaty nie jest uznawane za skuteczny test przesiewowy. Wręcz przeciwnie: nadmierna interpretacja wyników PSA może prowadzić do nadrozpoznawalności, niepotrzebnych biopsji, a w skrajnych przypadkach – do leczenia pacjentów, którzy tego leczenia nigdy by nie potrzebowali.

To nie znaczy, że PSA nie ma wartości – przeciwnie. Badanie to może być cennym elementem diagnostyki, pod warunkiem że towarzyszy mu mądra, specjalistyczna interpretacja. Kluczowe jest bowiem nie samo wykrycie podwyższonego poziomu antygenu, ale ocena ryzyka: jakie jest tempo wzrostu PSA, jakie są inne parametry kliniczne, czy pacjent należy do grupy ryzyka, jak wygląda wynik rezonansu, czy badania per rectum.

Dlatego eksperci zgodnie podkreślają: mężczyzna z niepokojącym wynikiem PSA powinien jak najszybciej trafić do urologa – a nie samodzielnie podejmować decyzje na podstawie jednego wskaźnika. Problem w tym, że dostęp do specjalisty nie jest w Polsce tak prosty, jak być powinien.

Bez skierowania – ale tylko w teorii

Kobieta może pójść do ginekologa bez skierowania – to jedno z założeń funkcjonujących w systemie od lat. Mężczyzna, który chce skonsultować problemy urologiczne, nadal musi uzyskać skierowanie od lekarza rodzinnego. Choć temat ten powraca regularnie w debacie publicznej, zmiany nie następują. W efekcie wielu pacjentów rezygnuje z konsultacji, zniechęconych dodatkową biurokracją.

Psychologiczna bariera również odgrywa ogromną rolę. Wielu mężczyzn unika tematu, niechętnie mówi o problemach z oddawaniem moczu, a objawy tłumaczy „wiekiem”. Tymczasem czas działa na niekorzyść – od pierwszych symptomów do rozpoznania choroby mija często nawet półtora roku. I dopiero interwencja partnerki lub nagłe pogorszenie stanu zdrowia skłania ich do działania.

Problem ten dotyczy w sposób szczególny mężczyzn z tzw. grupy rodzinnego ryzyka. W ich przypadku – podobnie jak u kobiet z historią raka piersi – badania przesiewowe w kierunku mutacji BRCA1 i BRCA2 mogą mieć kluczowe znaczenie dla wczesnego rozpoznania i wdrożenia odpowiedniego leczenia. W Polsce takie testy są już dostępne w trybie ambulatoryjnym. Ale żeby z nich skorzystać, trzeba najpierw znaleźć się w systemie – a to nadal dla wielu zbyt wysoki próg.

Może Cię zainteresować: Od 1 lipca badania BRCA i HRD w trybie ambulatoryjnym – przełom w diagnostyce genetycznej w onkologii

Diagnostyka: skomplikowany algorytm, nierówna dostępność

W raku prostaty nie ma jednej decyzji, która rozstrzyga o losach pacjenta. Zamiast tego – jest szereg powiązanych ze sobą kroków: od badania per rectum, przez rezonans magnetyczny i biopsję fuzyjną, po zaawansowane metody obrazowania molekularnego, takie jak PET-PSMA. Każdy z tych etapów może przesądzić o dalszym leczeniu, ale tylko wtedy, gdy pacjent ma do niego realny dostęp.

– Diagnostyka raka prostaty jest bardzo trudna, bardzo skomplikowana, oparta na szeregu kolejnych krokach i każdy krok ma nieść ze sobą jakąś decyzję, która jest czasami bardzo trudna – mówiła prof. Urszula Demkow, wiceminister zdrowia.

W teorii standard postępowania jest jasno opisany: rezonans wieloparametryczny powinien poprzedzać biopsję, a u pacjentów z podejrzeniem przerzutów stosuje się obrazowanie PET z wykorzystaniem PSMA – swoistego „nawigatora” wykrywającego komórki nowotworowe z niezwykłą czułością. W praktyce jednak dostęp do tych procedur zależy od miejsca zamieszkania, zasobów szpitala i liczby specjalistów. A to oznacza, że ścieżka pacjenta wciąż zbyt często przypomina loterię.

W czerwcu 2025 roku rozszerzono wskazania do badania PET, co – przynajmniej na papierze – powinno poprawić sytuację pacjentów. Jednak nawet najbardziej zaawansowane technologie nie pomogą, jeśli system nie będzie w stanie ich udźwignąć kadrowo i organizacyjnie.

W niektórych przypadkach alternatywą może być medycyna nuklearna – wykorzystująca izotopy promieniotwórcze zarówno do diagnostyki, jak i terapii. Jednym z jej najbardziej przełomowych zastosowań jest PET-PSMA – metoda umożliwiająca wykrycie przerzutów na bardzo wczesnym etapie, jeszcze zanim pojawią się objawy kliniczne.

– Ona pokazuje chorobę na bardzo niskim stopniu zaawansowania, tam, gdzie inne metody jeszcze nie są w stanie niczego wykryć – wyjaśniał prof. Marek Dedecjus, kierownik Kliniki Endokrynologii Onkologicznej i Medycyny Nuklearnej Narodowego Instytutu Onkologii w Warszawie. – To ma wpływ nie tylko na postępowanie diagnostyczne, ale też terapeutyczne u ponad 30% pacjentów, zmieniając to postępowanie.

Mimo przełomowego potencjału, dostępność tej technologii w Polsce wciąż jest ograniczona – m.in. ze względu na niewystarczającą liczbę specjalistów, ograniczoną liczbę urządzeń i infrastrukturę, która dopiero się rozwija.

Zbyt późna diagnostyka to nie tylko problem organizacyjny, ale też efekt społecznego i kulturowego tabu. Wielu mężczyzn – nawet mając objawy – nie decyduje się na wizytę u specjalisty, licząc, że „przejdzie samo”. Takie podejście prowadzi do opóźnień, które znacząco zmniejszają szansę na skuteczne leczenie. A przecież wczesne wykrycie, choć trudne, wciąż daje największą szansę na życie bez raka.

Terapia: od hormonalnej kastracji po teranostykę

Współczesna onkologia daje coraz większe możliwości leczenia raka prostaty, także w przypadkach zaawansowanych lub rozsianych. O ile jeszcze kilkanaście lat temu pacjent z nieoperacyjnym rakiem gruczołu krokowego miał bardzo ograniczone opcje, dziś dostępnych jest kilka linii terapii – od leczenia hormonalnego po terapie molekularne i izotopowe.

Leczenie zwykle rozpoczyna się od tzw. kastracji farmakologicznej – czyli blokowania działania testosteronu, który napędza rozwój nowotworu. W wielu przypadkach ten etap przynosi znaczną poprawę i pozwala na stabilizację choroby na długie miesiące, a nawet lata. Z czasem jednak rak uczy się „omijać” hormonalną blokadę – staje się oporny i wtedy konieczne jest wprowadzenie kolejnych metod.

– Pierwszą linią terapii jest kastracja hormonalna. Dopóki taka terapia jest skuteczna, pacjent pozostaje na niej, czasami łączonej z innymi metodami. Kiedy rak staje się hormonoporny, wprowadza się chemioterapię – tłumaczyła wiceminister zdrowia prof. Urszula Demkow.

Kolejne opcje obejmują nowoczesne leki ukierunkowane molekularnie – w tym inhibitory receptorów androgenowych, immunoterapię oraz terapie z wykorzystaniem radioaktywnego radu 223. Dodatkowo, u pacjentów z mutacjami BRCA1 lub BRCA2 można zastosować inhibitory PARP – leki znane wcześniej głównie z leczenia raka jajnika czy piersi, a dziś coraz częściej stosowane także w raku prostaty.

Postęp jest widoczny również w diagnostyce molekularnej – od lipca 2025 roku badania BRCA można wykonywać ambulatoryjnie, co znacząco poprawia dostępność. To ważna zmiana, bo umożliwia identyfikację pacjentów, którzy mogą skorzystać z kolejnej, czwartej linii leczenia.

Radioligandy i teranostyka – precyzyjna broń przyszłości

Jednym z najbardziej ekscytujących kierunków rozwoju jest tzw. teranostyka – czyli połączenie diagnostyki i terapii w jednym preparacie. Zastosowanie izotopów promieniotwórczych, które celują bezpośrednio w komórki nowotworowe, pozwala nie tylko je wykryć, ale i zniszczyć – z wysoką precyzją i minimalnym wpływem na zdrowe tkanki.

– My izotopy łączymy z takimi cząsteczkami, które wykrywają markery nowotworowe. Ale to nie wszystko, bo ten izotop diagnostyczny możemy zastąpić izotopem terapeutycznym – wyjaśniał prof. Marek Dedecjus. – Tak powstaje tzw. radioligand, który selektywnie lokalizuje komórki nowotworowe oraz je niszczy, nie interesując się, gdzie one są położone i w jakiej są ilości.

To zupełnie nowa jakość leczenia – pozwalająca kontrolować rozrost nowotworu nawet wtedy, gdy inne metody zawiodły. Dodatkową zaletą jest możliwość bieżącego monitorowania skuteczności terapii. – Możemy powiedzieć, czy działa, czy nie, już na bardzo wczesnych etapach – zaznaczał profesor.

Skuteczność tej metody potwierdzają nie tylko badania naukowe, ale i konkretne przypadki kliniczne. U jednego z pacjentów po wieloletnim leczeniu zastosowanie radioligandów doprowadziło do niemal całkowitej regresji zmian i spadku PSA do wartości bliskich zeru. Choć nie każda historia kończy się tak spektakularnie, potencjał tej technologii nie budzi wątpliwości – obecnie prowadzi się ponad 70 badań klinicznych nad terapiami radioligandowymi w raku prostaty.

Problem w tym, że ten przełom nadal nie jest dostępny dla wszystkich. Barierą jest nie tylko ograniczona liczba specjalistów i ośrodków, ale też wyzwania logistyczne: produkcja izotopów, infrastruktura do ich podania, a także finansowanie. Nawet w krajach o dużo większych zasobach – jak Francja – dostępność terapii szacuje się obecnie na zaledwie 50% potencjalnie potrzebujących pacjentów.

W Polsce jesteśmy na początku tej drogi. Kierunek został wyznaczony, ale pytanie brzmi: czy system zdąży nadążyć, zanim kolejna fala pacjentów straci swoją szansę?

Chirurgia robotyczna: precyzja kontra wycena

W ostatnich latach zabiegi chirurgiczne w leczeniu raka prostaty zyskały zupełnie nowy wymiar – dzięki rozwojowi technologii robotycznej. Operacje przeprowadzane z użyciem systemów takich jak da Vinci, pozwalają na osiągnięcie precyzji, jakiej nie daje ani klasyczna chirurgia otwarta, ani nawet laparoskopia. Efekty? Krótszy czas hospitalizacji, mniejsze ryzyko powikłań i lepsze wyniki funkcjonalne – szczególnie w obszarze tak newralgicznym, jak trzymanie moczu i zachowanie potencji.

– U wielu pacjentów te metody pozwalają zachować potencję, zachować trzymanie moczu – zaznaczał prof. Tomasz Szydełko, konsultant krajowy w dziedzinie urologii, Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu, wskazując na ogromne znaczenie jakościowe tej technologii.

Dane NFZ pokazują, że udział operacji robotycznych dynamicznie rośnie. Jeszcze w 2022 roku na refundację prostatektomii radykalnej przeznaczono 157 mln zł. W 2024 roku było to już ponad 400 mln zł, z czego aż 278,5 mln dotyczyło operacji przeprowadzonych z użyciem robota. W ciągu kilku lat ta technologia z eksperymentalnej nowinki stała się nowym standardem – przynajmniej w dużych ośrodkach.

Problem polega na tym, że za rozwojem technologii nie zawsze nadąża system wycen i finansowania. Początkowo zakładano, że sprzęt robotyczny będzie kupowany z funduszy unijnych, więc jego koszt nie był uwzględniany w taryfikacji. Dziś jednak większość placówek finansuje go z własnych środków, co czyni dotychczasową wycenę – mówiąc oględnie – nieaktualną.

– Ilość systemów jest bardzo duża i jednostki kupują z własnych środków. W związku z tym, ta pierwotna wycena już by była niedoszacowana – wskazywał dr Bartosz Małkiewicz z Polskiego Towarzystwa Urologicznego.

Dodatkowo, obniżenie wyceny zabiegów robotycznych może doprowadzić do paradoksalnej sytuacji: szpitale – zmuszone do szukania oszczędności – będą preferować starsze metody, mimo ich niższej skuteczności i większego ryzyka powikłań. I nie chodzi tylko o te krótkoterminowe.

– Nietrzymanie moczu w przypadku mężczyzny 50–60-letniego potrafi zupełnie wykluczyć go z pracy zawodowej. Taki człowiek przechodzi na rentę, a państwo polskie na niego dodatkowo wydaje około 3 tys. zł rocznie – wyliczał dr hab. Piotr Dyniarski, kierownik Kliniki Urologii ŚUM w Zabrzu.

Jego szacunki pokazują, że różnica w kosztach między prostatektomią robotyczną a laparoskopową wynosi zaledwie około 2 tys. zł na pacjenta. Ale długofalowe skutki są nieporównywalne – bo podwaja się odsetek pacjentów z nietrzymaniem moczu, wzrasta liczba koniecznych procedur urologicznych, a część chorych wymaga wszczepienia sztucznego zwieracza za kolejne 30 tys. zł. I to wszystko przy świadomości, że „tańsza” metoda leczenia mogła być bardziej kosztowna dla całego systemu – i bardziej dotkliwa dla pacjenta.

Co więcej, jak zauważają urolodzy, system bywa nie tylko niedoszacowany, ale i nielogiczny. Przykład? Obowiązek wykonywania scyntygrafii kości nawet u pacjentów z niskim ryzykiem – tylko po to, by spełnić formalne kryteria rozliczenia zabiegu robotycznego.

– To są pieniądze stracone dla systemu, bo wykonane jest to badanie niepotrzebnie – mówił prof. Szydełko. – A wszystko dlatego, że procedura została tak skonstruowana.

Eksperci apelują, by nie dopuścić do sytuacji, w której nowoczesna technologia – która już dziś ratuje tysiące pacjentów – stanie się ofiarą źle zaprojektowanej polityki taryfikacyjnej. Bo w tej rozgrywce stawką nie są tylko złotówki, ale konkretne zdrowie i przyszłość konkretnych mężczyzn.

Kiedy o leczeniu decyduje kod pocztowy

Niezależnie od tego, czy chodzi o diagnostykę obrazową, dostęp do specjalisty czy wybór metody leczenia – jednym z największych wyzwań pozostaje nierówność regionalna. W Polsce nadal obowiązuje zasada, że miejsce zamieszkania może determinować nie tylko szybkość postawienia diagnozy, ale także dostępność do nowoczesnej terapii. Eksperci i organizacje pacjentów nie mają złudzeń: w przypadku raka prostaty „bariera kodu pocztowego” wciąż działa.

Część pacjentów trafia do dobrze wyposażonych ośrodków z dostępem do rezonansu, PET-PSMA czy robota chirurgicznego. Inni muszą czekać miesiącami, odbywać dodatkowe podróże lub – co gorsza – rezygnować z leczenia w pełnym zakresie, bo lokalny szpital nie oferuje odpowiednich procedur. To przekłada się bezpośrednio na wyniki leczenia, a w konsekwencji – na przeżycia.

Dodatkowym problemem są „ukryte” koszty, z którymi pacjenci muszą się mierzyć na każdym etapie – od konieczności wykonywania prywatnych badań, po wydatki związane z transportem czy rekonwalescencją. Tego typu obciążenia nie są uwzględniane w wycenach procedur, ale mają realny wpływ na dostępność i skuteczność terapii.

Edukacja akcyjna, profilaktyka okazjonalna

W debacie publicznej temat profilaktyki raka prostaty pojawia się regularnie – najczęściej przy okazji kampanii Movember albo dni walki z rakiem. Problem w tym, że poza pojedynczymi akcjami niewiele dzieje się na poziomie systemowym. Nie istnieje ogólnopolski program edukacyjny skierowany do mężczyzn w średnim wieku. Nie ma też spójnej strategii, która łączyłaby profilaktykę pierwotną (styl życia, dieta, aktywność) z wtórną (wczesne wykrycie choroby).

– Problem profilaktyki w Polsce jest ogromny, ponieważ ona jest akcyjna, nie jest systemowa. Jest okazjonalna, podzielona na pojedyncze obszary – podkreślają przedstawiciele organizacji pacjentów. – Kolejny raz apelujemy o to, żeby powstała całościowa, wieloletnia strategia dla profilaktyki w Polsce.

Choć wiele mówi się o tym, że „mężczyźni nie chodzą do lekarza”, na poziomie praktycznym niewiele robi się, by im to ułatwić. Zniesienie obowiązku skierowania do urologa – mimo wieloletnich postulatów – wciąż nie zostało wprowadzone. Dla wielu chorych oznacza to dodatkową przeszkodę w momencie, w którym liczy się szybka reakcja. Psychologiczne opory, o których mówią lekarze, są realne: strach, wstyd, unikanie tematu. Ale jak słusznie zauważają pacjenci – zidentyfikowanie przyczyny to dopiero pierwszy krok. Potrzebne są konkretne narzędzia, by te bariery przełamać. Programy informacyjne, zmiana języka komunikacji zdrowotnej, edukacja dorosłych mężczyzn – nie tylko w mediach, ale i w miejscu pracy, w gabinecie lekarza rodzinnego, w społecznościach lokalnych.

Technologia nie wystarczy

Rosnące wydatki na raka prostaty – blisko 1,8 mld zł w 2024 roku – świadczą o tym, że państwo nie ignoruje problemu. Ale samo finansowanie nie wystarczy. Bo choć rak prostaty coraz częściej może być traktowany jako choroba przewlekła, to system nadal nie jest gotowy na skokowy wzrost liczby pacjentów wymagających zaawansowanego leczenia i długoterminowej opieki.

W wielu miejscach brakuje specjalistów, infrastruktury, koordynacji. A przede wszystkim – refleksji, że pacjent z rakiem prostaty nie jest jedynie „jednostką chorobową”, ale mężczyzną, który chce żyć, pracować, zachować sprawność i godność. Ostatecznie, skuteczne leczenie nie polega wyłącznie na wycięciu guza czy podaniu leku. Polega na objęciu pacjenta opieką, która bierze pod uwagę jego potrzeby, wybory i sytuację życiową. A do tego potrzebny jest nie tylko dobry lekarz i precyzyjny robot chirurgiczny, ale również mądrze zorganizowany system. System, który nie tylko leczy raka prostaty – ale i pomaga mężczyźnie wrócić do życia.

 
Źródło: posiedzenie Podkomisji stałej ds. onkologii (ZDR04S) z dnia 24 lipca 2025 r.
Wszystkie cytowane wypowiedzi pochodzą z posiedzenia Podkomisji stałej ds. onkologii (ZDR04S), które odbyło się 24 lipca 2025 r. w Sejmie RP.