Medicalpress
Rak prostaty pozostaje najczęściej diagnozowanym nowotworem u mężczyzn w Polsce. Choć nowoczesne metody diagnostyki i leczenia są coraz szerzej dostępne, wielu pacjentów decyduje się na prywatną ścieżkę terapeutyczną, by uniknąć długiego oczekiwania. Jak wynika z najnowszego kosztorysu przygotowanego przez Pomagam.pl, całkowite wydatki związane z diagnostyką, leczeniem i rehabilitacją mogą sięgać nawet ponad 100 tys. zł, stając się ogromnym obciążeniem dla domowych budżetów.
Choć system publicznej opieki zdrowotnej oferuje nowoczesne rozwiązania, w realiach 2026 roku pacjenci nagle stają przed koniecznością ponoszenia gigantycznych kosztów z własnej kieszeni. Według zebranych danych, pełna prywatna ścieżka diagnostyczna i terapeutyczna – od pierwszych niepokojących wyników do powrotu do sprawności – może kosztować od kilku tysięcy do nawet ponad 100 000 zł w przypadku zaawansowanego stadium z przerzutami.

Czas to życie: Dlaczego pacjenci omijają kolejki NFZ?

Kluczem do pełnego wyleczenia raka stercza jest szybka diagnostyka. Podstawowe badanie PSA oraz wizyta u urologa na NFZ wymagają jednak wielomiesięcznego oczekiwania. Z tego powodu mężczyźni decydują się na ścieżkę prywatną. Prawdziwe schody finansowe zaczynają się przy podejrzeniu zmian złośliwych. Koszt nowoczesnej i precyzyjnej biopsji fuzyjnej (łączącej obraz rezonansu z USG w czasie rzeczywistym) wynosi obecnie od 3 400 do 7 000 zł, a badanie PET-CT to wydatek rzędu 3 000 – 6 000 zł.

Złotym standardem chirurgicznym jest obecnie prostatektomia radykalna z użyciem robota da Vinci. Choć od 2022 roku operacja ta znajduje się na liście refundacyjnej NFZ, limity i kolejki w publicznych szpitalach zmuszają pacjentów z agresywną postacią nowotworu do natychmiastowego działania w sektorze prywatnym. Koszt takiej operacji komercyjnej w 2026 roku waha się w granicach od 20 000 do 48 000 zł.

Ukryte koszty, o których nie mówią kliniki

Wydatki na samą operację lub radioterapię (której prywatny cykl kosztuje od 30 000 do 60 000 zł) to jedynie wierzchołek góry lodowej. Pacjenci zmagają się z tzw. kosztami ukrytymi życia z chorobą. Aż 50–80% mężczyzn po usunięciu prostaty cierpi na nietrzymanie moczu. Kluczowa dla powrotu do sprawności jest fizjoterapia dna miednicy w ciągu pierwszych 3 miesięcy po zabiegu.

Tymczasem średni czas oczekiwania na taką rehabilitację w ramach NFZ wynosi w niektórych regionach (np. w Krakowie) aż 267 dni. Pacjent, który nie może czekać, musi wydać od 1 500 do 5 000 zł za prywatny cykl sesji. Do tego dochodzą nierefundowane leki na zaburzenia erekcji (100–400 zł miesięcznie), wsparcie psychoonkologiczne (600–1 200 zł miesięcznie) oraz logistyka – dojazdy i zakwaterowanie w pobliżu dużych ośrodków onkologicznych mogą pochłonąć kolejne 8 000 zł.

– Z danych BIG InfoMonitor wynika, że 43% Polaków nie ma odłożonych nawet 10 000 zł. Oznacza to, że niemal co drugi pacjent i jego rodzina w momencie diagnozy stają przed dramatycznym wyborem: czekać w groźnych dla życia kolejkach albo szukać ratunku finansowego. Właśnie dlatego zbiórki w internecie stały się dla chorych tak ważne.                      

W kryzysowej sytuacji, kiedy liczy się każdy dzień, to właśnie zbiórka online okazuje się najszybszym i najbardziej przejrzystym sposobem na zebranie pieniędzy na leczenie – komentuje Katarzyna Kalińska z
portalu Pomagam.pl.

W odpowiedzi na rosnące koszty i luki w refundacjach (jak np. ograniczenia w sekwencyjnej nowoczesnej hormonoterapii czy utrudniony dostęp do terapii radioligandowej lutetem-177), Polacy masowo szukają pomocy poprzez zbiórki internetowe. Serwis Pomagam.pl pozwala na błyskawiczne i darmowe założenie zbiórki, z której pieniądze mogą być wypłacane wielokrotnie na bieżące wydatki – od biopsji, przez operacje, aż po rehabilitację i dojazdy. Dla pacjentów z agresywnymi postaciami raka, gdzie liczy się każdy tydzień, to często jedyna szansa na przeżycie.

 
Załóż darmową zbiórkę online: https://pomagam.pl/nowa-zbiorka

Źródło: inf pras

Mimo że rak prostaty jest najczęściej diagnozowanym nowotworem u mężczyzn, wiedza na temat podstawowych badań profilaktycznych wciąż pozostaje niewystarczająca. Z badania „Prostata na prostej”, przeprowadzonego na zlecenie firmy Bayer, wynika, że mniej niż połowa mężczyzn słyszała o badaniu PSA, a jedną z głównych barier profilaktyki pozostaje przekonanie, że bez objawów nie ma potrzeby wykonywania badań. Respondenci przyznają również, że obawiają się diagnozy, a po uzyskaniu niepokojącego wyniku oczekują przede wszystkim jasnych informacji o dalszej diagnostyce, możliwościach leczenia oraz wsparcia w podejmowaniu decyzji zdrowotnych.
Rak prostaty należy do najczęściej diagnozowanych nowotworów u mężczyzn, a czerwiec – m.in. za sprawą Ogólnopolskiego Dnia Świadomości Raka Prostaty, obchodzonego 23.06 – jest okazją do rozmowy o profilaktyce i wcześniejszej diagnostyce. Punktem wyjścia dyskusji mogą być wyniki badania opinii publicznej „Prostata na prostej”, zrealizowanego na zlecenie Bayer. Pokazują one, że wielu mężczyzn w Polsce nadal nie zna podstawowego badania profilaktycznego PSA, obawia się diagnozy i chce otrzymać konkretne, praktyczne informacje o dalszych krokach w przypadku niepokojącego wyniku.

Najważniejsze wyniki badania „Prostata na prostej”

 
„Wyniki badania jasno pokazują, że sama zachęta do profilaktyki nie wystarcza. Mężczyźni potrzebują także prostych, praktycznych informacji o tym, co oznacza ‘niepokojący wynik’ i jakie mogą być kolejne kroki – oraz poczucia, że nie zostają z tym sami” – mówi Aleksandra Mrowiec, szefowa komunikacji Bayer w Europie Środkowo-Wschodniej.

„Skoro nie ma objawów, nie trzeba się badać” – najczęstsza bariera profilaktyki

Badanie „Prostata na prostej” wskazuje, że największą przeszkodą w profilaktyce prostaty jest przekonanie, że badania wykonuje się dopiero wtedy, gdy pojawiają się objawy. Tymczasem rak prostaty przez długi czas może rozwijać się bezobjawowo, a pierwsze dolegliwości bywają zauważane dopiero w późniejszym etapie choroby.

„Dlatego kluczowe znaczenie ma profilaktyka i regularne wykonywanie badania PSA: prostego badania krwi, które może pomóc wykryć nowotwór na wczesnym etapie” – mówi prof. dr hab. n. med. Piotr Radziszewski, urolog. – „Skrót PSA pochodzi od angielskiego „Prostate-Specific Antigen“ i oznacza białko produkowane przez prostatę. Jego podwyższony poziom nie zawsze oznacza chorobę nowotworową, ale może być sygnałem zmian wymagających dalszej diagnostyki. Zawsze po wykonaniu badania PSA konieczna jest wizyta u urologa, aby prawidłowo zinterpretować wynik.”

Choroba przewlekła – nie wyrok: jak Polacy postrzegają raka prostaty

Badanie pokazuje, że w społecznej świadomości dominuje przekonanie o możliwości skutecznego leczenia: rak prostaty częściej kojarzy się z chorobą uleczalną (53 proc.) i przewlekłą (20 proc.) niż z wyrokiem (12 proc.).

Z wyrokiem utożsamiają tę chorobę najczęściej osoby młode. Mniej lękowe postrzeganie rośnie wraz z wiekiem, a wśród mężczyzn – także wraz z kontaktem z profilaktyką (wykonywaniem badania PSA).

Postępy współczesnej medycyny w ostatnich latach zmieniają rokowania w raku prostaty. W wielu przypadkach możliwe jest skuteczne leczenie lub wieloletnie kontrolowanie choroby przy jednoczesnym utrzymaniu dobrej jakości życia i codziennej aktywności pacjentów.

„Przy podejrzeniu raka prostaty warto jak najszybciej zgłosić się do specjalisty: im lepsza jest ogólna kondycja pacjenta, tym większe są możliwości leczenia“ – mówi prof. dr hab. n. med. Paweł Wiechno, onkolog. „- Współczesna terapia raka prostaty opiera się na indywidualnym doborze metod leczenia, z uwzględnieniem stanu zdrowia pacjenta, chorób współistniejących oraz stylu życia. Obok radykalnego leczenia chirurgicznego i radioterapii stosowane są w leczeniu choroby zaawansowanej nowoczesne terapie hormonalne i chemioterapia. Jednym z najważniejszych elementów pozostaje dziś utrzymanie jakości życia chorego“.

Mężczyźni potrzebują rozmowy, informacji i poczucia bezpieczeństwa

Z perspektywy respondentów kluczowe są jasne, praktyczne informacje: omówienie dostępnych opcji diagnostyki i leczenia (51 proc.), wyjaśnienie sytuacji medycznej (48 proc.) oraz informacja o skuteczności leczenia (47 proc.). Dla wielu mężczyzn – szczególnie starszych – istotne jest również to, czy choroba wpłynie na codzienne życie, samodzielność i jakość funkcjonowania.

 
Badanie pokazuje, że trudne emocje pojawiają się często jeszcze przed postawieniem diagnozy. Skierowanie do onkologa najczęściej budzi niepewność (49 proc.), obawę przed diagnozą (47 proc.) i strach (42 proc.). Jednocześnie respondenci wskazują, że wsparciem w podjęciu decyzji o konsultacji u onkologa mogłaby być możliwość rozmowy z innym lekarzem oraz dostęp do większej ilości informacji o raku prostaty (po 39 proc.), a także wsparcie emocjonalne ze strony bliskich (35 proc.).

„W Fundacji OnkoCafe od lat rozmawiamy z pacjentami z rakiem prostaty i ich bliskimi. Mężczyźni coraz częściej chcą rozumieć swoją chorobę, etapy leczenia i możliwości współpracy z lekarzami, bo to daje im poczucie bezpieczeństwa i wpływ na proces terapii“ – mówi Anna Kupiecka, prezes Fundacji OnkoCafe Razem Lepiej. – „Z perspektywy pacjentów ważne jest zarówno skuteczne leczenie, jak to jak czują się na co dzień – czy mają siłę spotkać się z rodziną, wyjść z domu i zachować niezależność. Jakość życia jest dla nich równie ważna jak jego długość. Dlatego pacjenci potrzebują dziś zarówno nowoczesnych terapii, doskonałej organizacji opieki onkologicznej, jak i dobrej rozmowy, jasnych informacji i kompleksowego wsparcia na każdym etapie leczenia“.

Pierwszy krok: regularne badania i rozmowa z lekarzem

Eksperci podkreślają znaczenie regularnych badań profilaktycznych, w tym badania PSA, szczególnie po 50. roku życia oraz wcześniej w przypadku historii raka prostaty w rodzinie. Warto regularnie – nie tylko w razie niepokojących objawów – konsultować się z urologiem.

Badanie „Prostata na prostej” wskazuje także na rolę kobiet w motywowaniu mężczyzn do profilaktyki: 54 proc. respondentek deklaruje, że zachęcała bliskiego mężczyznę do badań. To pokazuje, że rozmowa w domu i wsparcie najbliższych mogą być pierwszym impulsem do zgłoszenia się do lekarza.

Źródło: inf pras

Rak gruczołu krokowego to najczęściej diagnozowany nowotwór złośliwy u mężczyzn w Polsce, choć nadal nie najczęstsza przyczyna zgonów onkologicznych – tu wciąż przoduje rak płuca. Mimo że liczba diagnoz systematycznie rośnie, a dostęp do nowoczesnych terapii poprawił się znacząco, system opieki zdrowotnej wciąż nie radzi sobie z podstawowym wyzwaniem – skuteczną i dostępną diagnostyką we wczesnym stadium choroby.
 
Problemem nie są tylko procedury, brak sprzętu czy finansowanie, ale również – a może przede wszystkim – luki organizacyjne, fałszywe przekonania i niska zgłaszalność mężczyzn do lekarza. Wciąż pokutuje stereotyp męskości oparty na bagatelizowaniu problemów zdrowotnych i unikaniu wizyt lekarskich. Według badania CBOS z 2023 roku aż 38% mężczyzn po 45. roku życia nigdy nie badało się u urologa, a 57% uważało, że „nie miało takiej potrzeby”. W efekcie wielu pacjentów trafia do systemu zbyt późno – a rak prostaty, który w wielu przypadkach mógłby być chorobą przewlekłą, zbyt często kończy się zgonem.

Mit PSA i brak realnej profilaktyki

Dla większości mężczyzn skrót „PSA” oznacza coś oczywistego – badanie, które warto wykonać po czterdziestce, bo może wykryć raka prostaty. Dla lekarzy – to jedno z najbardziej kontrowersyjnych narzędzi ostatnich dekad. Mimo popularności wśród pacjentów, oznaczenie poziomu antygenu specyficznego dla prostaty nie jest uznawane za skuteczny test przesiewowy. Wręcz przeciwnie: nadmierna interpretacja wyników PSA może prowadzić do nadrozpoznawalności, niepotrzebnych biopsji, a w skrajnych przypadkach – do leczenia pacjentów, którzy tego leczenia nigdy by nie potrzebowali.

To nie znaczy, że PSA nie ma wartości – przeciwnie. Badanie to może być cennym elementem diagnostyki, pod warunkiem że towarzyszy mu mądra, specjalistyczna interpretacja. Kluczowe jest bowiem nie samo wykrycie podwyższonego poziomu antygenu, ale ocena ryzyka: jakie jest tempo wzrostu PSA, jakie są inne parametry kliniczne, czy pacjent należy do grupy ryzyka, jak wygląda wynik rezonansu, czy badania per rectum.

Dlatego eksperci zgodnie podkreślają: mężczyzna z niepokojącym wynikiem PSA powinien jak najszybciej trafić do urologa – a nie samodzielnie podejmować decyzje na podstawie jednego wskaźnika. Problem w tym, że dostęp do specjalisty nie jest w Polsce tak prosty, jak być powinien.

Bez skierowania – ale tylko w teorii

Kobieta może pójść do ginekologa bez skierowania – to jedno z założeń funkcjonujących w systemie od lat. Mężczyzna, który chce skonsultować problemy urologiczne, nadal musi uzyskać skierowanie od lekarza rodzinnego. Choć temat ten powraca regularnie w debacie publicznej, zmiany nie następują. W efekcie wielu pacjentów rezygnuje z konsultacji, zniechęconych dodatkową biurokracją.

Psychologiczna bariera również odgrywa ogromną rolę. Wielu mężczyzn unika tematu, niechętnie mówi o problemach z oddawaniem moczu, a objawy tłumaczy „wiekiem”. Tymczasem czas działa na niekorzyść – od pierwszych symptomów do rozpoznania choroby mija często nawet półtora roku. I dopiero interwencja partnerki lub nagłe pogorszenie stanu zdrowia skłania ich do działania.

Problem ten dotyczy w sposób szczególny mężczyzn z tzw. grupy rodzinnego ryzyka. W ich przypadku – podobnie jak u kobiet z historią raka piersi – badania przesiewowe w kierunku mutacji BRCA1 i BRCA2 mogą mieć kluczowe znaczenie dla wczesnego rozpoznania i wdrożenia odpowiedniego leczenia. W Polsce takie testy są już dostępne w trybie ambulatoryjnym. Ale żeby z nich skorzystać, trzeba najpierw znaleźć się w systemie – a to nadal dla wielu zbyt wysoki próg.

Może Cię zainteresować: Od 1 lipca badania BRCA i HRD w trybie ambulatoryjnym – przełom w diagnostyce genetycznej w onkologii

Diagnostyka: skomplikowany algorytm, nierówna dostępność

W raku prostaty nie ma jednej decyzji, która rozstrzyga o losach pacjenta. Zamiast tego – jest szereg powiązanych ze sobą kroków: od badania per rectum, przez rezonans magnetyczny i biopsję fuzyjną, po zaawansowane metody obrazowania molekularnego, takie jak PET-PSMA. Każdy z tych etapów może przesądzić o dalszym leczeniu, ale tylko wtedy, gdy pacjent ma do niego realny dostęp.

– Diagnostyka raka prostaty jest bardzo trudna, bardzo skomplikowana, oparta na szeregu kolejnych krokach i każdy krok ma nieść ze sobą jakąś decyzję, która jest czasami bardzo trudna – mówiła prof. Urszula Demkow, wiceminister zdrowia.

W teorii standard postępowania jest jasno opisany: rezonans wieloparametryczny powinien poprzedzać biopsję, a u pacjentów z podejrzeniem przerzutów stosuje się obrazowanie PET z wykorzystaniem PSMA – swoistego „nawigatora” wykrywającego komórki nowotworowe z niezwykłą czułością. W praktyce jednak dostęp do tych procedur zależy od miejsca zamieszkania, zasobów szpitala i liczby specjalistów. A to oznacza, że ścieżka pacjenta wciąż zbyt często przypomina loterię.

W czerwcu 2025 roku rozszerzono wskazania do badania PET, co – przynajmniej na papierze – powinno poprawić sytuację pacjentów. Jednak nawet najbardziej zaawansowane technologie nie pomogą, jeśli system nie będzie w stanie ich udźwignąć kadrowo i organizacyjnie.

W niektórych przypadkach alternatywą może być medycyna nuklearna – wykorzystująca izotopy promieniotwórcze zarówno do diagnostyki, jak i terapii. Jednym z jej najbardziej przełomowych zastosowań jest PET-PSMA – metoda umożliwiająca wykrycie przerzutów na bardzo wczesnym etapie, jeszcze zanim pojawią się objawy kliniczne.

– Ona pokazuje chorobę na bardzo niskim stopniu zaawansowania, tam, gdzie inne metody jeszcze nie są w stanie niczego wykryć – wyjaśniał prof. Marek Dedecjus, kierownik Kliniki Endokrynologii Onkologicznej i Medycyny Nuklearnej Narodowego Instytutu Onkologii w Warszawie. – To ma wpływ nie tylko na postępowanie diagnostyczne, ale też terapeutyczne u ponad 30% pacjentów, zmieniając to postępowanie.

Mimo przełomowego potencjału, dostępność tej technologii w Polsce wciąż jest ograniczona – m.in. ze względu na niewystarczającą liczbę specjalistów, ograniczoną liczbę urządzeń i infrastrukturę, która dopiero się rozwija.

Zbyt późna diagnostyka to nie tylko problem organizacyjny, ale też efekt społecznego i kulturowego tabu. Wielu mężczyzn – nawet mając objawy – nie decyduje się na wizytę u specjalisty, licząc, że „przejdzie samo”. Takie podejście prowadzi do opóźnień, które znacząco zmniejszają szansę na skuteczne leczenie. A przecież wczesne wykrycie, choć trudne, wciąż daje największą szansę na życie bez raka.

Terapia: od hormonalnej kastracji po teranostykę

Współczesna onkologia daje coraz większe możliwości leczenia raka prostaty, także w przypadkach zaawansowanych lub rozsianych. O ile jeszcze kilkanaście lat temu pacjent z nieoperacyjnym rakiem gruczołu krokowego miał bardzo ograniczone opcje, dziś dostępnych jest kilka linii terapii – od leczenia hormonalnego po terapie molekularne i izotopowe.

Leczenie zwykle rozpoczyna się od tzw. kastracji farmakologicznej – czyli blokowania działania testosteronu, który napędza rozwój nowotworu. W wielu przypadkach ten etap przynosi znaczną poprawę i pozwala na stabilizację choroby na długie miesiące, a nawet lata. Z czasem jednak rak uczy się „omijać” hormonalną blokadę – staje się oporny i wtedy konieczne jest wprowadzenie kolejnych metod.

– Pierwszą linią terapii jest kastracja hormonalna. Dopóki taka terapia jest skuteczna, pacjent pozostaje na niej, czasami łączonej z innymi metodami. Kiedy rak staje się hormonoporny, wprowadza się chemioterapię – tłumaczyła wiceminister zdrowia prof. Urszula Demkow.

Kolejne opcje obejmują nowoczesne leki ukierunkowane molekularnie – w tym inhibitory receptorów androgenowych, immunoterapię oraz terapie z wykorzystaniem radioaktywnego radu 223. Dodatkowo, u pacjentów z mutacjami BRCA1 lub BRCA2 można zastosować inhibitory PARP – leki znane wcześniej głównie z leczenia raka jajnika czy piersi, a dziś coraz częściej stosowane także w raku prostaty.

Postęp jest widoczny również w diagnostyce molekularnej – od lipca 2025 roku badania BRCA można wykonywać ambulatoryjnie, co znacząco poprawia dostępność. To ważna zmiana, bo umożliwia identyfikację pacjentów, którzy mogą skorzystać z kolejnej, czwartej linii leczenia.

Radioligandy i teranostyka – precyzyjna broń przyszłości

Jednym z najbardziej ekscytujących kierunków rozwoju jest tzw. teranostyka – czyli połączenie diagnostyki i terapii w jednym preparacie. Zastosowanie izotopów promieniotwórczych, które celują bezpośrednio w komórki nowotworowe, pozwala nie tylko je wykryć, ale i zniszczyć – z wysoką precyzją i minimalnym wpływem na zdrowe tkanki.

– My izotopy łączymy z takimi cząsteczkami, które wykrywają markery nowotworowe. Ale to nie wszystko, bo ten izotop diagnostyczny możemy zastąpić izotopem terapeutycznym – wyjaśniał prof. Marek Dedecjus. – Tak powstaje tzw. radioligand, który selektywnie lokalizuje komórki nowotworowe oraz je niszczy, nie interesując się, gdzie one są położone i w jakiej są ilości.

To zupełnie nowa jakość leczenia – pozwalająca kontrolować rozrost nowotworu nawet wtedy, gdy inne metody zawiodły. Dodatkową zaletą jest możliwość bieżącego monitorowania skuteczności terapii. – Możemy powiedzieć, czy działa, czy nie, już na bardzo wczesnych etapach – zaznaczał profesor.

Skuteczność tej metody potwierdzają nie tylko badania naukowe, ale i konkretne przypadki kliniczne. U jednego z pacjentów po wieloletnim leczeniu zastosowanie radioligandów doprowadziło do niemal całkowitej regresji zmian i spadku PSA do wartości bliskich zeru. Choć nie każda historia kończy się tak spektakularnie, potencjał tej technologii nie budzi wątpliwości – obecnie prowadzi się ponad 70 badań klinicznych nad terapiami radioligandowymi w raku prostaty.

Problem w tym, że ten przełom nadal nie jest dostępny dla wszystkich. Barierą jest nie tylko ograniczona liczba specjalistów i ośrodków, ale też wyzwania logistyczne: produkcja izotopów, infrastruktura do ich podania, a także finansowanie. Nawet w krajach o dużo większych zasobach – jak Francja – dostępność terapii szacuje się obecnie na zaledwie 50% potencjalnie potrzebujących pacjentów.

W Polsce jesteśmy na początku tej drogi. Kierunek został wyznaczony, ale pytanie brzmi: czy system zdąży nadążyć, zanim kolejna fala pacjentów straci swoją szansę?

Chirurgia robotyczna: precyzja kontra wycena

W ostatnich latach zabiegi chirurgiczne w leczeniu raka prostaty zyskały zupełnie nowy wymiar – dzięki rozwojowi technologii robotycznej. Operacje przeprowadzane z użyciem systemów takich jak da Vinci, pozwalają na osiągnięcie precyzji, jakiej nie daje ani klasyczna chirurgia otwarta, ani nawet laparoskopia. Efekty? Krótszy czas hospitalizacji, mniejsze ryzyko powikłań i lepsze wyniki funkcjonalne – szczególnie w obszarze tak newralgicznym, jak trzymanie moczu i zachowanie potencji.

– U wielu pacjentów te metody pozwalają zachować potencję, zachować trzymanie moczu – zaznaczał prof. Tomasz Szydełko, konsultant krajowy w dziedzinie urologii, Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu, wskazując na ogromne znaczenie jakościowe tej technologii.

Dane NFZ pokazują, że udział operacji robotycznych dynamicznie rośnie. Jeszcze w 2022 roku na refundację prostatektomii radykalnej przeznaczono 157 mln zł. W 2024 roku było to już ponad 400 mln zł, z czego aż 278,5 mln dotyczyło operacji przeprowadzonych z użyciem robota. W ciągu kilku lat ta technologia z eksperymentalnej nowinki stała się nowym standardem – przynajmniej w dużych ośrodkach.

Problem polega na tym, że za rozwojem technologii nie zawsze nadąża system wycen i finansowania. Początkowo zakładano, że sprzęt robotyczny będzie kupowany z funduszy unijnych, więc jego koszt nie był uwzględniany w taryfikacji. Dziś jednak większość placówek finansuje go z własnych środków, co czyni dotychczasową wycenę – mówiąc oględnie – nieaktualną.

– Ilość systemów jest bardzo duża i jednostki kupują z własnych środków. W związku z tym, ta pierwotna wycena już by była niedoszacowana – wskazywał dr Bartosz Małkiewicz z Polskiego Towarzystwa Urologicznego.

Dodatkowo, obniżenie wyceny zabiegów robotycznych może doprowadzić do paradoksalnej sytuacji: szpitale – zmuszone do szukania oszczędności – będą preferować starsze metody, mimo ich niższej skuteczności i większego ryzyka powikłań. I nie chodzi tylko o te krótkoterminowe.

– Nietrzymanie moczu w przypadku mężczyzny 50–60-letniego potrafi zupełnie wykluczyć go z pracy zawodowej. Taki człowiek przechodzi na rentę, a państwo polskie na niego dodatkowo wydaje około 3 tys. zł rocznie – wyliczał dr hab. Piotr Dyniarski, kierownik Kliniki Urologii ŚUM w Zabrzu.

Jego szacunki pokazują, że różnica w kosztach między prostatektomią robotyczną a laparoskopową wynosi zaledwie około 2 tys. zł na pacjenta. Ale długofalowe skutki są nieporównywalne – bo podwaja się odsetek pacjentów z nietrzymaniem moczu, wzrasta liczba koniecznych procedur urologicznych, a część chorych wymaga wszczepienia sztucznego zwieracza za kolejne 30 tys. zł. I to wszystko przy świadomości, że „tańsza” metoda leczenia mogła być bardziej kosztowna dla całego systemu – i bardziej dotkliwa dla pacjenta.

Co więcej, jak zauważają urolodzy, system bywa nie tylko niedoszacowany, ale i nielogiczny. Przykład? Obowiązek wykonywania scyntygrafii kości nawet u pacjentów z niskim ryzykiem – tylko po to, by spełnić formalne kryteria rozliczenia zabiegu robotycznego.

– To są pieniądze stracone dla systemu, bo wykonane jest to badanie niepotrzebnie – mówił prof. Szydełko. – A wszystko dlatego, że procedura została tak skonstruowana.

Eksperci apelują, by nie dopuścić do sytuacji, w której nowoczesna technologia – która już dziś ratuje tysiące pacjentów – stanie się ofiarą źle zaprojektowanej polityki taryfikacyjnej. Bo w tej rozgrywce stawką nie są tylko złotówki, ale konkretne zdrowie i przyszłość konkretnych mężczyzn.

Kiedy o leczeniu decyduje kod pocztowy

Niezależnie od tego, czy chodzi o diagnostykę obrazową, dostęp do specjalisty czy wybór metody leczenia – jednym z największych wyzwań pozostaje nierówność regionalna. W Polsce nadal obowiązuje zasada, że miejsce zamieszkania może determinować nie tylko szybkość postawienia diagnozy, ale także dostępność do nowoczesnej terapii. Eksperci i organizacje pacjentów nie mają złudzeń: w przypadku raka prostaty „bariera kodu pocztowego” wciąż działa.

Część pacjentów trafia do dobrze wyposażonych ośrodków z dostępem do rezonansu, PET-PSMA czy robota chirurgicznego. Inni muszą czekać miesiącami, odbywać dodatkowe podróże lub – co gorsza – rezygnować z leczenia w pełnym zakresie, bo lokalny szpital nie oferuje odpowiednich procedur. To przekłada się bezpośrednio na wyniki leczenia, a w konsekwencji – na przeżycia.

Dodatkowym problemem są „ukryte” koszty, z którymi pacjenci muszą się mierzyć na każdym etapie – od konieczności wykonywania prywatnych badań, po wydatki związane z transportem czy rekonwalescencją. Tego typu obciążenia nie są uwzględniane w wycenach procedur, ale mają realny wpływ na dostępność i skuteczność terapii.

Edukacja akcyjna, profilaktyka okazjonalna

W debacie publicznej temat profilaktyki raka prostaty pojawia się regularnie – najczęściej przy okazji kampanii Movember albo dni walki z rakiem. Problem w tym, że poza pojedynczymi akcjami niewiele dzieje się na poziomie systemowym. Nie istnieje ogólnopolski program edukacyjny skierowany do mężczyzn w średnim wieku. Nie ma też spójnej strategii, która łączyłaby profilaktykę pierwotną (styl życia, dieta, aktywność) z wtórną (wczesne wykrycie choroby).

– Problem profilaktyki w Polsce jest ogromny, ponieważ ona jest akcyjna, nie jest systemowa. Jest okazjonalna, podzielona na pojedyncze obszary – podkreślają przedstawiciele organizacji pacjentów. – Kolejny raz apelujemy o to, żeby powstała całościowa, wieloletnia strategia dla profilaktyki w Polsce.

Choć wiele mówi się o tym, że „mężczyźni nie chodzą do lekarza”, na poziomie praktycznym niewiele robi się, by im to ułatwić. Zniesienie obowiązku skierowania do urologa – mimo wieloletnich postulatów – wciąż nie zostało wprowadzone. Dla wielu chorych oznacza to dodatkową przeszkodę w momencie, w którym liczy się szybka reakcja. Psychologiczne opory, o których mówią lekarze, są realne: strach, wstyd, unikanie tematu. Ale jak słusznie zauważają pacjenci – zidentyfikowanie przyczyny to dopiero pierwszy krok. Potrzebne są konkretne narzędzia, by te bariery przełamać. Programy informacyjne, zmiana języka komunikacji zdrowotnej, edukacja dorosłych mężczyzn – nie tylko w mediach, ale i w miejscu pracy, w gabinecie lekarza rodzinnego, w społecznościach lokalnych.

Technologia nie wystarczy

Rosnące wydatki na raka prostaty – blisko 1,8 mld zł w 2024 roku – świadczą o tym, że państwo nie ignoruje problemu. Ale samo finansowanie nie wystarczy. Bo choć rak prostaty coraz częściej może być traktowany jako choroba przewlekła, to system nadal nie jest gotowy na skokowy wzrost liczby pacjentów wymagających zaawansowanego leczenia i długoterminowej opieki.

W wielu miejscach brakuje specjalistów, infrastruktury, koordynacji. A przede wszystkim – refleksji, że pacjent z rakiem prostaty nie jest jedynie „jednostką chorobową”, ale mężczyzną, który chce żyć, pracować, zachować sprawność i godność. Ostatecznie, skuteczne leczenie nie polega wyłącznie na wycięciu guza czy podaniu leku. Polega na objęciu pacjenta opieką, która bierze pod uwagę jego potrzeby, wybory i sytuację życiową. A do tego potrzebny jest nie tylko dobry lekarz i precyzyjny robot chirurgiczny, ale również mądrze zorganizowany system. System, który nie tylko leczy raka prostaty – ale i pomaga mężczyźnie wrócić do życia.

 
Źródło: posiedzenie Podkomisji stałej ds. onkologii (ZDR04S) z dnia 24 lipca 2025 r.
Wszystkie cytowane wypowiedzi pochodzą z posiedzenia Podkomisji stałej ds. onkologii (ZDR04S), które odbyło się 24 lipca 2025 r. w Sejmie RP.