Medicalpress

Migrena to poważna choroba neurologiczna, która dotyka przede wszystkim kobiety w najbardziej aktywnym okresie życia. 12 września obchodzony jest Europejski Dzień Migreny – to dobra okazja, aby mówić o tej chorobie i przedstawiać argumenty, które zmienią sposób postrzegania migreny. Bo to nie jest „zwykły ból głowy”, to wyzwanie zdrowotne, społeczne i gospodarcze, które kosztuje polską gospodarkę ponad 56 mld zł. rocznie, co odpowiada 1,5% PKB.

Migrena to nie „zwykły ból głowy”. To często godziny spędzone w ciemnym pokoju, ból, nudności, wymioty, i nadwrażliwość na światło, zapachy i dźwięki. To dni, w których osoby cierpiące na ból migrenowy nie mogą pracować, zajmować się dziećmi, prowadzić domu czy realizować codziennych obowiązków. Skala konsekwencji tej choroby jest ogromna.

– Migrena to choroba, którą cechuje oprócz bólu głowy, również szereg dodatkowych objawów, w tym objawów autonomicznych, takich jak nudności, wymioty, nadwrażliwość na dźwięki, na światło, na zapachy. Ból głowy jest najczęściej silny lub bardzo silny, ma charakter pulsujący, tętniący, a gdy pacjent wykonuje aktywność ruchową, fizyczną, to ból i objawy towarzyszące się nasilają i powodują niepełnosprawność pacjenta. Ta niepełnosprawność dotyczy aktywności i pracy fizycznej, ale także pracy umysłowej, bo pacjent nie może się na niczym skupić, a jedyne o czym może myśleć, to żeby zasnąć i nie mieć żadnego kontaktu ze światem – mówi prof. UMed dr hab. n. med. Jacek Rożniecki, Kierownik Kliniki Neurologii, Udarów Mózgu i Neurorehailitacji Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, Past-Prezes Polskiego Towarzystwa Bólów Głowy

Z powodu napadu migreny pacjenci nie mogą pracować, zajmować się dziećmi, a część obowiązków muszą przejmować osoby trzecie. Ma to swoje konsekwencje ekonomiczne.  Według raportu WifOR społeczno-ekonomiczny koszt migreny w Polsce przekracza 56 mld zł rocznie, co odpowiada około 1,55% polskiego PKB. Aby go zrekompensować, każda osoba powyżej 15. roku życia musiałaby pracować dodatkowo niemal dwa dni w roku. 72% tego obciążenia wynika z występowania choroby u kobiet, bo migrena występuje trzykrotnie częściej u kobiet niż u mężczyzn. Największe obciążenie chorobą przypada na lata największej aktywności zawodowej i rodzinnej.

– Niemiecki Instytut Naukowy WifOR zbadał pośrednie i bezpośrednie koszty migreny w 7 krajach – Polsce, Grecji, Szwajcarii, Chorwacji, Litwie, Słowacji i Słowenii. Koszty migreny w Polsce są jedne z najwyższych spośród tych krajów i składają się na nie koszty bezpośrednie  i pośrednie. Te pierwsze to koszty leków, które są używane do leczenia migreny zarówno doraźnego, jak i profilaktycznego, koszty konsultacji neurologicznych w poradniach i SORach/szpitalach, także nierzadkie hospitalizacje, oraz często wykonywane badania neuroobrazowe takie jak tomografia komputerowa i rezonans magnetyczny głowy. Koszty pośrednie zaś związane są z absencją chorobową i tak zwanym prezenteizmem, czyli nieproduktywnością w pracy. Bo pacjenci albo w ogóle nie idą do pracy, bo biorą zwolnienie lub urlop, albo idą do pracy, ale są mniej wydolni lub wręcz zupełnie niezdolni  zarówno do pracy umysłowej, jak i w pracy fizycznej. Mówimy wtedy o utarcie potencjalnych zysków w miejscu, gdzie wykonywaliby pracę – dodaje prof. Jacek Rożniecki.

W latach 2011–2024 migrena odpowiadała za ponad 300mld zł. utraconej pracy zarobkowej oraz kolejne 193 mld zł. utraconej pracy nieodpłatnej wykonywanej w domach i rodzinach.

72% społeczno-ekonomicznego ciężaru migreny jest związane z chorobą występującą u kobiet. Kobiety ponoszą nieproporcjonalnie dużą część społeczno-ekonomicznego ciężaru migreny – przypada na nie 72% całkowitego obciążenia związanego z chorobą. Łączne straty związane z migreną występującą u kobiet wyniosły 356 mld zł., a ich całkowite obciążenie było ponad trzykrotnie większe niż u mężczyzn. Migrena jest więc także problemem zdrowia kobiet.

Migrena to problem rynku pracy

Raport WifOR pokazuje, że największa część kosztów migreny wiąże się z utraconą produktywnością. To dlatego migreny nie należy postrzegać wyłącznie jako problemu medycznego. Jednocześnie część kosztów pozostaje całkowicie niewidoczna: to praca wykonywana w domu, której pacjenci nie są w stanie wykonać podczas napadu, oraz obowiązki przejmowane przez członków rodziny.

Skala obciążenia społeczno-ekonomicznego migreną jest porównywalna z obciążeniem związanym z cukrzycą, a w niektórych analizach, w zakresie utraconej produktywności zawodowej, przewyższa obciążenie wynikające z chorób sercowo-naczyniowych.

Europejski Dzień Migreny to dobry moment, by zmienić perspektywę.

Migrena nie jest „tylko bólem głowy”. To choroba, która może odbierać pacjentkom dni nauki czy pracy, czas z rodziną, niezależność i możliwość normalnego funkcjonowania. Jej konsekwencje ponosi także gospodarka.

Dlatego skuteczniejsze leczenie migreny powinno być postrzegane nie tylko jako wydatek systemu ochrony zdrowia, ale jako inwestycja w zdrowie kobiet, aktywność zawodową i gospodarkę.

Skuteczne leczenie to mniej wyłączonych z życia dni

Skala obciążenia migreną pokazuje, że nie wystarczy mówić o jej skutkach – trzeba również skutecznie im przeciwdziałać. Odpowiednio dobrane i nowoczesne leczenie może ograniczać częstość i nasilenie napadów oraz pozwalać pacjentom na powrót do normalnego funkcjonowania.

Dlatego jednym z ważnych elementów odpowiedzi na rosnące obciążenie migreną powinien być szerszy dostęp do nowoczesnych, skutecznych i dobrze tolerowanych terapii. Szczególne znaczenie ma możliwość korzystania z leczenia w ramach refundacji aptecznej, bez konieczności kierowania wszystkich pacjentów wymagających nowoczesnego leczenia do programu lekowego.

– Program lekowy, który funkcjonuje w Polsce od 3 lat ma pewnie ograniczenia. To jedyny program, który jest ograniczony czasowo i pacjenci mogą się w nim leczyć tylko 2 razy po roku, łącznie maksymalnie przez 2 lata. W tej chwili korzysta z niego 1400 pacjentów z migreną przewlekłą – najcięższą formą migreny z bardzo licznymi napadami. To zdecydowanie zbyt mała liczba w stosunku do grupy potrzebujących. Dobrze by było po pierwsze wydłużyć ten program lekowy albo w ogóle nie limitować go czasowo, a po drugie, aby nowe leki w postaci tabletek zarejestrowane w leczeniu migreny przewlekłej, a może nawet leki przyjmowane przez pacjentów samodzielnie za pomocą autowstrzykiwacza, były dostępne w sprzedaży aptecznej. Oczywiście trzeba by było uwarunkować to specjalistycznym monitorowaniem terapii pacjenta  odpowiednią dokumentacją medyczną, a przede wszystkim, że pacjent spełnia kryteria migreny przewlekłej, a starsze, klasyczne leki profilaktyczne okazały się nieskuteczne, źle tolerowane lub przeciwskazane. Takie rozwiązanie byłoby racjonalne, mniej kosztochłonne i zapewniłoby łatwiejszy dostęp do terapii dla pacjenta – dodaje prof. Jacek Rożniecki.

Dostęp do nowoczesnego leczenia powinien być więc postrzegany także jako element racjonalnej polityki zdrowotnej. Im wcześniej i skuteczniej migrena jest kontrolowana, tym mniej dni pacjent traci z powodu choroby, a tym samym mniejsze są straty ponoszone przez pracodawców, rodziny i gospodarkę.

Inwestowanie w skuteczne leczenie migreny jest jednocześnie inwestowaniem w zdrowie i aktywność zawodową kobiet oraz w produktywność całego społeczeństwa.

Źródło: inf pras

Tylko sześć wybranych powikłań choroby otyłościowej kosztowało NFZ w 2023 roku 3,8 mld zł. Podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu eksperci przekonywali, że dalsze odkładanie systemowego leczenia otyłości może oznaczać nie tylko rosnące wydatki, ale również więcej przedwczesnych zgonów i niepełnosprawności. Jednym z proponowanych rozwiązań jest program lekowy zapewniający wybranym pacjentom dostęp do farmakoterapii oraz opieki wielospecjalistycznego zespołu. Środowisko czeka również na włączenie KOS-BAR do koszyka świadczeń gwarantowanych.

Otyłość – koszty czy inwestycja w zdrowie?

Podczas XXXV Forum Ekonomicznego w Karpaczu jednym z kluczowych tematów w ścieżce „Ochrona zdrowia” był panel poświęcony chorobie otyłościowej, która stanowi jedno z największych wyzwań zdrowotnych, społecznych i ekonomicznych XXI wieku. Główna oś dyskusji skoncentrowała się na pytaniu, czy leczenie otyłości należy postrzegać bardziej jako koszt, czy jako inwestycję w zdrowie publiczne, która zaprocentuje na lata. W tym kontekście rozpatrywane były rozwiązania systemowe, jakie można wprowadzić w najbliższej przyszłości, szczególnie dla pacjentów, którzy pilnie potrzebują pomocy ze względu na poważne powikłania, stanowiące nawet ryzyko przedwczesnego zgonu.

Eksperci jednoznacznie wskazali, że dług zdrowotny Polski spowodowany konsekwencjami choroby otyłościowej już teraz jest ogromy i będzie wzrastał, jeśli nie podejmiemy kroków w kierunku jej profilaktyki i leczenia. Według danych Narodowego Funduszu Zdrowia, w 2023 roku tylko sześć wybranych powikłań otyłości (nadciśnienie, cukrzyca typu 2, zwyrodnienie kolan, dyslipidemia, stłuszczenie wątroby, bezdech senny) kosztowało NFZ 3,8 mld zł. Do tego należy doliczyć koszty pośrednie, związane z absencjami lub niezdolnością do pracy, a także koszty związanie m.in. z rosnącym ryzykiem spadku dzietności ze względu na negatywny wpływ otyłości na płodność u kobiet i mężczyzn.

Leczenie otyłości stanowi więc inwestycję w stabilność społeczną, gospodarczą i demograficzną. Pacjenci potrzebują uporządkowanej ścieżki diagnostyczno-terapeutycznej oraz kompleksowej, wielospecjalistycznej opieki medycznej z dostępem do farmakoterapii i zabiegów chirurgii bariatrycznej.

Najbardziej pilnej pomocy potrzebują chorzy z groźnymi powikłaniami otyłości na tle m.in. kardiologicznym czy diabetologicznym, które stanowią zagrożenie dla życia. Mowa tu przede wszystkim o dorosłych z otyłością olbrzymią (BMI ≥ 40 kg/m2), u których tego rodzaju powikłania są już bardzo zaawansowane. Wśród nich są m.in. pacjenci, u których nie można wykonać różnego rodzaju zabiegów medycznych, w tym bariatrii, ze względu na brak aparatury dostosowanej do wagi, pacjenci po udarach czy osoby, u których ze w względu na otyłość występują ciężkie powikłania tkankowe. Eksperci wskazują także na bardzo pilną potrzebę wsparcia pacjentów w wieku 18-26 lat z BMI ≥ 35 kg/m2 i chorobami współistniejącymi, takimi jak choroba sercowo-naczyniowa czy obturacyjny bezdech senny (OSA), lub ze stanem przedcukrzycowym. W ich przypadku interwencja na wcześniejszym etapie choroby pozwoli uniknąć rozwoju dalszych, zagrażających życiu powikłań, które są również bardziej kosztochłonne dla systemu ochrony zdrowia.

Co więcej, w przypadku obu grup pacjentów dochodzi czynnik ekonomiczny – młodzi dopiero wchodzą lub będą za kilka lat wchodzić na rynek pracy, a osoby z otyłością olbrzymią często mają ograniczoną zdolność do jej wykonywana. Tym samym, mogą nie mieć wystarczających środków na pokrycie kosztów leczenia.

Szansą dla nich może być program lekowy obejmujący leczenie farmakologiczne pod okiem wielospecjalistycznego zespołu terapeutycznego, który zadbałby także o budowanie zdrowych nawyków w zakresie żywienia i aktywności fizycznej oraz o wsparcie pacjentów pod kątem psychologicznym. Takie rozwiązanie zapewnia większą kontrolę nad wydatkami płatnika publicznego oraz pozwala precyzyjnie określić kryteria kwalifikacji i monitorowania efektów terapii. Daje także pacjentom wiedzę i nowe możliwości w zakresie prowadzenia zdrowego stylu życia.

Celem programu byłoby przeciwdziałanie przedwczesnej umieralności spowodowanej powikłaniami choroby otyłościowej oraz zahamowanie rozwoju niebezpiecznych chorób współistniejących wśród tzw. młodych dorosłych, którzy już teraz lub w ciągu kilku najbliższych lat będą wchodzili na rynek pracy i będą zakładali rodziny.

Przy realizacji nowego programu lekowego można korzystać z doświadczeń z programu KOS-BAR, który stanowi najlepszy dowód, że kompleksowa, wielospecjalistyczna opieka nad pacjentem, przynosi najlepsze efekty terapeutyczne. Wśród uczestników programu obserwowano znaczącą redukcję, a nawet remisję wybranych powikłań choroby otyłościowej, takich jak zaburzenia lipidowe czy cukrzyca typu 2. Zarówno klinicyści, jak i pacjenci niecierpliwie czekają więc na włączenie KOS-BAR do koszyka bezterminowych świadczeń gwarantowanych.

Jak wskazują eksperci, nowy program lekowy można byłoby prowadzić w ok. 20 ośrodkach w Polsce, podobnie jak miało to miejsce w przypadku programu KOS-BAR. Biorąc pod uwagę ich przepustowość, nowy program leczenia otyłości w pierwszej kolejności mógłby być realizowany w 1-2 ośrodkach na województwo, co pozwoliłoby objąć opieką terapeutyczną najbardziej potrzebujących pacjentów.

Leczenie otyłości wpisuje się w strategię zdrowotną Polski i Unii Europejskiej

Warto dodać, że leczenie choroby otyłościowej wpisuje się w działania Polski w kierunku redukcji zgonów z przyczyn sercowo-naczyniowych, prowadzone w ramach programu P26 „Zdrowe serce, zdrowy mózg”. Program ten zakłada wprowadzenie kompleksowej, koordynowanej opieki w kardiologii i neurologii oraz ograniczanie wspólnych czynników ryzyka, w tym wspomnianej choroby otyłościowej. Jego celem jest poprawa jakości życia osób dotkniętych chorobami sercowo‑naczyniowymi i neurologicznymi poprzez zmniejszenie zachorowalności, liczby hospitalizacji, zgonów i niepełnosprawności oraz poprzez podniesienie efektywności systemu opieki zdrowotnej. Wprowadzenie aktualnie dyskutowanego programu lekowego dla osób z otyłością, u których występują te powikłania, może znacząco przyspieszyć realizację celów programu P26 i uplasować Polskę w gronie pierwszych krajów Unii Europejskiej wprowadzających tak kompleksowe i precyzyjne rozwiązanie medyczne.

Kierunek ten jest spójny z podejściem Komisji Europejskiej, przedstawionym w dokumencie „EU cardiovascular health plan: the Safe Hearts Plan”, który kładzie nacisk na skoordynowaną prewencję, wczesne wykrywanie oraz poprawę dostępu do leczenia czynników ryzyka, takich jak otyłość. Według przytoczonych w nim danych, 75 proc. nadmiarowych zgonów związanych z otyłością jest spowodowanych chorobami układu krążenia. Dokument wskazuje, że zapobieganie oraz wczesne interwencje dotyczące głównych czynników ryzyka, w tym otyłości i cukrzycy, należą do najbardziej efektywnych podejść do ograniczania śmiertelności. Unijna strategia wyznacza kilka kluczowych celów do osiągnięcia do 2035 roku i jednym z nich jest zmniejszenie przedwczesnej umieralności o 25 proc. z powodów sercowo-naczyniowych (w stosunku do 2022 roku).

Podsumowując, wprowadzenie celowanego programu lekowego dla najbardziej potrzebujących pacjentów chorych na otyłość pozwoli nie tylko zredukować ryzyko zgonów oraz dalszego rozwoju groźnych powikłań choroby otyłościowej, ale także osiągnąć wymierne korzyści finansowe, gospodarcze oraz społeczne, wpisując się w strategie zdrowotne, zarówno Polski, jak i całej Unii Europejskiej.

Źródło: inf pras

Postęp w diagnostyce i leczeniu zasadniczo zmienił perspektywę osób z rdzeniowym zanikiem mięśni. SMA coraz częściej staje się chorobą przewlekłą, a dzieci, które otrzymują leczenie odpowiednio wcześnie, mogą rozwijać się prawidłowo lub niemal prawidłowo. To ogromny sukces medycyny, nauki, systemu ochrony zdrowia, środowiska medycznego, ale także pacjentów, ich rodzin i organizacji pacjenckich. Wraz z tym sukcesem pojawiają się jednak nowe wyzwania. Dziś nie chodzi już wyłącznie o to, jak długo osoba z SMA będzie żyła, ale także o to, jak będzie żyła – czy będzie mogła zachować samodzielność, uczyć się, pracować, zakładać rodzinę i aktywnie uczestniczyć w życiu społecznym.

3 września 2026 roku w Sejmie RP, z inicjatywy Wicemarszałek Sejmu RP Moniki Wielichowskiej, odbył się briefing „Polski wkład w rozwój wiedzy o rdzeniowym zaniku mięśni (SMA)”. Spotkanie było jednocześnie podsumowaniem sierpnia – Miesiąca Świadomości SMA – oraz okazją do rozmowy o tym, jak bardzo w ostatnich latach zmieniła się sytuacja osób żyjących z rdzeniowym zanikiem mięśni i jakie zadania stoją dziś przed polskim systemem opieki.

Briefing poświęcono polskiemu wkładowi w rozwój wiedzy o SMA, w tym doświadczeniom polskich ekspertów i ośrodków w zakresie badań klinicznych, gromadzenia danych z rzeczywistej praktyki klinicznej (RWD), oceny długoterminowej skuteczności i bezpieczeństwa leczenia oraz rozwoju standardów opieki nad osobami z SMA. W wydarzeniu uczestniczyli przedstawiciele środowiska medycznego, pacjenckiego, parlamentu i administracji publicznej: prof. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska, przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Neurologów Dziecięcych i kierownik Kliniki Neurologii Rozwojowej Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego; prof. Magdalena Chrościńska-Krawczyk, kierownik Kliniki Neurologii Dziecięcej Uniwersytetu Medycznego w Lublinie; wicemarszałek Sejmu RP Monika Wielichowska; posłanka Iwona Kozłowska, przewodnicząca Parlamentarnego Zespołu ds. SMA; wiceminister zdrowia Tomasz Maciejewski; prezes Fundacji SMA Dorota Raczek oraz wiceprezes Fundacji SMA Katarzyna Pedrycz.

Czas w SMA ma fundamentalne znaczenie

Otwierając briefing, wicemarszałek Sejmu RP Monika Wielichowska zwróciła uwagę na jeden z najważniejszych czynników decydujących o przyszłości osoby z SMA, jakim jest czas. – Rdzeniowy zanik mięśni coraz częściej nie jest wyrokiem. To jest ogromny sukces medycyny, nauki, lekarzy, ale przede wszystkim samych pacjentów oraz ich rodzin. W SMA każdy miesiąc, a nawet każdy tydzień może decydować o tym, ile sprawności uda się zachować. Dlatego fundamentalne znaczenie mają badania przesiewowe, szybka diagnoza oraz możliwie szybkie rozpoczęcie leczenia. Rok 2026 został ogłoszony przez Sejm RP Rokiem Profilaktyki Zdrowotnej. W przypadku SMA profilaktykę należy rozumieć szerzej niż tradycyjnie. To także możliwość wykrycia choroby przed wystąpieniem objawów i rozpoczęcia leczenia na tyle wcześnie, aby wyprzedzić jej postęp – podkreśliła wicemarszałek Monika Wielichowska.

O skali zmiany, jaka nastąpiła w ostatnich latach mówiła posłanka Iwona Kozłowska: –Dzieci z SMA chodzą dziś do żłobków, przedszkoli i szkół, a młodzi ludzie podejmują studia. Teraz już myślimy o nich jako dzieciach, które rozwijają się, które zaczynają realizować swoje plany i swoje marzenia. Ale tym samym przed całym systemem pojawiają się zupełnie nowe pytania: jak wspierać ich rozwój, edukację, samodzielność i realizację życiowych planów – mówiła, zaznaczając przy tym znaczenie współpracy Parlamentarnego Zespołu ds. SMA z Wicemarszałek Moniką Wielichowską, Ministerstwem Zdrowia, Fundacją SMA oraz ekspertami medycznymi.

Sukces leczenia otwiera nowe wyzwania

Prezes Fundacji SMA Dorota Raczek przypomniała, jak ogromna zmiana dokonała się w Polsce dzięki dostępowi do leczenia oraz badaniom przesiewowym noworodków:  – Mamy dostępne trzy terapie, mamy badania przesiewowe i dzięki temu nasze dzieci rozwijają się prawidłowo lub prawie prawidłowo. Ale ten sukces terapeutyczny nie może sprawić, że zapomnimy o osobach, u których choroba zdążyła doprowadzić do niepełnosprawności. One również potrzebują kompleksowego wsparcia i rozwiązań pozwalających poprawiać jakość codziennego życia.

Prof. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska podkreśliła natomiast, że zmiana, jaka dokonała się w SMA, jest wynikiem wspólnego wysiłku wielu środowisk: naukowców, klinicystów, organizacji pacjenckich, pacjentów i ich rodzin. Zwróciła uwagę, że Polska znajduje się dziś w światowej i europejskiej czołówce pod względem opieki i dostępności leczenia dla osób z SMA, jednocześnie przestrzegając, aby sukces ostatnich lat nie przesłonił potrzeb osób, które nadal wymagają bardzo intensywnej, koordynowanej i wielospecjalistycznej opieki.

Podobne stanowisko przedstawiła prof. Magdalena Chrościńska-Krawczyk: – Część osób z SMA nadal wymaga interdyscyplinarnej, skoordynowanej opieki obejmującej neurologów, neurologów dziecięcych, fizjoterapeutów, ortopedów, pulmonologów, psychologów, pedagogów i przedstawicieli innych specjalności. Osoby z SMA uczą się, wchodzą w dorosłość i podejmują pracę. Oznacza to, że wraz z sukcesem terapeutycznym system musi być gotowy odpowiadać na ich potrzeby przez kolejne dekady życia.

O tym, jak sukces leczenia zmienia oczekiwania pacjentów i rodzin, mówiła także Katarzyna Pedrycz, reprezentująca perspektywę rodzin i opiekunów. – Możliwość myślenia o długim życiu sprawia, że na pierwszy plan coraz wyraźniej wysuwa się jego jakość. Potrzeby mamy takie same jak osoby zdrowe, różnią nas jedynie możliwości – podkreśliła. Wśród nadal istniejących problemów wymieniła m.in. bariery architektoniczne i organizacyjne, problemy związane z orzecznictwem i dostępnością szkół, a także dostęp do asystencji osobistej oraz opieki wytchnieniowej. Rodziny często muszą również samodzielnie zdobywać informacje o dostępnych formach wsparcia oraz krążyć pomiędzy wieloma rozwiązaniami systemowymi.

Polska w światowej czołówce leczenia SMA

Wiceminister zdrowia Tomasz Maciejewski przedstawił skalę dotychczasowych osiągnięć polskiego systemu. Jak poinformował podczas briefingu, dzięki badaniom przesiewowym wykryto SMA u ponad 100 noworodków, u których leczenie wdrażano w ciągu maksymalnie 14 dni od rozpoznania. Nowoczesnymi terapiami w programie lekowym leczenia SMA objętych jest natomiast ponad 1200 osób. Wiceminister również zwrócił również uwagę na konsekwencje tego sukcesu: SMA staje się chorobą przewlekłą, dlatego system ochrony zdrowia musi przygotować się na potrzeby osób żyjących z chorobą przez wiele lat, w tym coraz większej grupy dorosłych pacjentów.

Dorota Raczek przypomniała, że rola Polski nie ograniczała się do wdrażania nowych możliwości terapeutycznych. Polskie ośrodki uczestniczyły w badaniach klinicznych leków, które obecnie są dostępne i refundowane w naszym kraju. W Polsce prowadzono także rejestr chorych, o obecnie gromadzone są dane z rzeczywistej praktyki klinicznej. Kolejnym etapem powinno być dalsze rozwijanie opieki kompleksowej. Osoby z SMA potrzebują nie tylko terapii farmakologicznej, ale również rehabilitacji, dostępu do edukacji, wsparcia społecznego i odpowiednio przygotowanych placówek ochrony zdrowia. Wyzwaniem pozostaje również dostęp dorosłych pacjentów do ośrodków prowadzących leczenie w niektórych regionach kraju. Wyniku leczenia nie można bowiem oceniać wyłącznie w wymiarze medycznym. Ważna jest także samodzielność i możliwość realizowania własnych planów. Podsumowując spotkanie, wicemarszałek Monika Wielichowska zwróciła uwagę, że profilaktyka to nie tylko zdrowy styl życia. To również dostęp do badań przesiewowych, wczesnej diagnostyki oraz natychmiastowego rozpoczęcia leczenia. – Naszym celem nie może być wyłącznie to, jak długo pacjent żyje, tylko jak długo pacjent żyje w samodzielności i dobrobycie. Bo miarą postępu w SMA jest dziś nie tylko długość życia, jest nią także jego jakość – podkreśliła.

Źródło: inf pras

Jeszcze kilka lat temu rodzice dzieci z rdzeniowym zanikiem mięśni musieli organizować leczenie poza granicami kraju, walczyć o dostęp do terapii i samodzielnie szukać środków na kolejne wyjazdy. Dziś sytuacja pacjentów z SMA wygląda zupełnie inaczej, ale emocjonalne konsekwencje diagnozy pozostają ogromnym wyzwaniem dla całej rodziny. Katarzyna Pedrycz, mama chłopca chorego na SMA i wiceprezes Fundacji SMA, opowiada o drodze od desperackiej walki o leczenie do pomagania innym rodzicom oraz o tym, dlaczego opiekunowie dzieci z chorobami przewlekłymi nie mogą zapominać o własnym życiu.

Zanim zdążyłam przeżyć diagnozę, weszłam w aktywność. I to mnie uratowało – mówiKatarzyna Pedrycz, mama Benia chorego na rdzeniowy zanik mięśni (SMA), z zawodu architektka, wiceprezes Fundacji SMA.Dziś opowiada o partyzanckiej walce o dostęp do pierwszej terapii w leczeniu SMA, cenie, jaką płaci cała rodzina, ale też potrzebie odbudowania swojej tożsamości: – Żeby dzieci nie widziały mnie tylko w roli opiekunki, i żebyśmy my matki same się w tej roli nie zatraciły.

Jak doszło do rozpoznania SMA? Co Pani poczuła, gdy dowiedziała się o chorobie synka?

Sytuacja rozwijała się stopniowo. Przez pierwsze pół roku Benio rozwijał się normalnie, potem zaczęły pojawiać się pierwsze niepokojące objawy. Diagnostyka była bardzo stresująca – na wyniki badań genetycznych w tamtym czasie czekało się nawet dwa lata, więc szukaliśmy szybszych możliwości. To okazało się kluczowe, bo szybkość podania leczenia w tej chorobie ma ogromne znaczenie.

Diagnozę SMA otrzymaliśmy, gdy Benio miał dziewięć miesięcy. Towarzyszyły temu dwa uczucia jednocześnie – załamanie i nadzieja, bo wiedzieliśmy, że za granicą jest możliwość leczenia. Cały ból przekuliśmy w działanie i skupiliśmy się na tym, by jak najszybciej je zdobyć.

Który to był rok?

Benio urodził się w 2015 roku. Tuż przed jego pierwszymi urodzinami – dwa dni wcześniej – udało nam się uzyskać lek we Francji. Od razu po diagnozie skontaktowaliśmy się z Fundacją SMA i postanowiliśmy połączyć siły, możliwości i kontakty, by jak najszybciej otrzymać leczenie.

Benek, wraz z innymi dziećmi z Polski, zakwalifikował się do francuskiego programu charytatywnego dostępu do leczenia, przeznaczonego dla dzieci z najcięższą postacią SMA – typem pierwszym. Lek był bezpłatny, jednak musieliśmy pokrywać wysokie koszty hospitalizacji i znaleźć neurologa wspierającego nas w programie. Udało się nam to wszystko zorganizować.

Gdy Francja wprowadziła refundację, program charytatywny został zamknięty. Lekarz przeniósł nas do Belgii – tam nadal otrzymywaliśmy terapię bezpłatnie, ale koszty hospitalizacji pozostały równie wysokie.

Czyli Pani życie bardzo szybko zaczęło toczyć się w rytmie podań leku, podróży i organizowania leczenia zza granicą?

Wówczas jeszcze nie wiedzieliśmy, czy Polska zdecyduje się na refundację. Trwały intensywne prace w tym kierunku. W międzyczasie w Belgii lek również zaczął być refundowany i program wczesnego dostępu zakończono. Na szczęście taki program uruchomiono w Polsce i wszyscy chorzy, którzy brali udział w tych zagranicznych programach charytatywnych, mogli do niego przejść, dzięki czemu otrzymywali terapię aż do czasu jej refundacji.

To wszystko było bardzo „partyzanckie”, to był czas walki o leczenie, pozyskiwania środków i działań zaradczych. Zanim zdążyłam przeżyć diagnozę, weszłam w aktywność. Ta sytuacja stała się też impulsem do zaangażowania w Fundację SMA.

Jak to przekładało się na życie rodzinne i zawodowe?

Zgadzam się z określeniem, że ciężka choroba członka rodziny jest chorobą całej rodziny. Bardzo to odczuliśmy. Zmienił się cały nasz świat. Ja wiedziałam, że już na długo nie wrócę do pracy, a może nawet nigdy. Na początku mąż praktycznie też zarzucił swoje działania zawodowe. Skupiliśmy się tylko na leczeniu. Nasz starszy syn nam w tym towarzyszył, ale jego życie też stanęło na głowie.

W pierwszym etapie każdy z nas miał jeden cel, a cała reszta zeszła na trzeci, czwarty plan. Dopiero z czasem, kiedy życie się ustabilizowało – Benio dostał leczenie w polskim szpitalu, pojawiła się refundacja i program lekowy, zaczęłam rozumieć, że powinnam zacząć myśleć o sobie, spróbować chociaż w jakimś stopniu wrócić do życia sprzed diagnozy.

Swoje umiejętności i talenty oraz czas zaangażowałam w pracę w pełnym wymiarze w fundacji. W ten sposób zaczęłam wracać do życia zawodowego. Teraz, wraz z innymi mamami rozwijamy projekt aktywizacji mam SMAków – tak aby każda z nas we wspólnocie, którą tworzymy, rozkwitała i nie bała się robić czegoś dla siebie. Stworzyłyśmy projekt „Weekendy dla mam SMA”, podczas którego spotykamy się, rozmawiamy, tworząc w ten sposób pewnego rodzaju grupę wsparcia. Dzielimy się trudem, ale też wspieramy w odbudowywaniu własnej tożsamości. Chodzi o to, żeby dzieci nie widziały w nas tylko opiekunów, i żebyśmy same się w tej roli nie zatraciły.

Czym Pani zajmowała się zawodowo?

Pracowałam w pracowni architektonicznej. Teraz szukam możliwości połączenia tych dwóch środowisk: działań projektowych i zaangażowania w działania fundacji. Chcę łączyć te dwie rzeczy, bo 10 lat pracy w fundacji i na rzecz fundacji stało się częścią mojej misji. Nie chcę tego porzucać. Widzę jeszcze wiele rzeczy do zrobienia. Chcę po prostu dołożyć tę „drugą nogę”, z której kiedyś zrezygnowałam.

Rodzice dzieci diagnozowanych obecnie nie muszą już organizować leczenia za granicą. Czy to oznacza, że jest im łatwiej?

Mają zdecydowanie inną ścieżkę, bo leczenie jest dostępne, a diagnoza przychodzi wcześniej. Ale to nie znaczy, że śpią spokojnie. Oczywiście nie przeżywają tego samego, co my albo mamy, które rodziły dzieci jeszcze wcześniej i słyszały, że ich dziecko będzie się tylko pogarszało, aż umrze. To są diametralnie różne perspektywy.

Choroba genetyczna to obciążenie na całe życie. Towarzyszy jej lęk, wieczny niepokój o dziecko: czy leki będą działać, czy coś nie wyjdzie, czy widzę już objawy, czy nie. To też nie jest proste życie. Nawet jeśli rodzice chodzą do pracy, nie rezygnują z zawodu i mogą dalej funkcjonować, to ten niepokój bardzo często im towarzyszy.

Czy fundacja pomaga też nowym rodzicom wejść w tę rzeczywistość?

Staramy się przyjmować wszystkie mamy i funkcjonować razem. Ale wiemy też, że na samym początku nie jest łatwo dołączyć do takiej grupy, bo to oznacza przyznanie, że choroba naprawdę jest.

Czasami wiąże się to z procesem integrowania choroby we własnym życiu. W pierwszych momentach wiele z nas odsuwało od siebie myśl, że to prawda. Że jest choroba. Że może ktoś się pomylił. Pierwsze lata z chorobą to lata bardzo różnych emocji i ciężkich przejść. Każdy w rodzinie przeżywa to inaczej. Widzimy to także po dziadkach i dalszej rodzinie. Potrzeba czasu, żeby to zaakceptować.

W chorobie dziecka często cała uwaga idzie w stronę leczenia. Co dzieje się wtedy z rodzeństwem?

W walce o leczenie rodzice są bardzo zmotywowani, ale gdzieś z tyłu zostaje rodzeństwo. Te dzieci często jeszcze nie wiedzą, co się dzieje, a potem żyją z niepełnosprawnością w domu i też przeżywają różnego rodzaju ograniczenia.

Boguś jest starszy od Benia o rok i sześć miesięcy. Kiedy Benio miał rok, miał niecałe trzy latka. Mieliśmy poczucie, że taki przedszkolak jedzie z rodzicami samolotem, potem idzie do szpitala, bawi się. Ale myślę, że tej uwagi brakowało. Życie nabrało innego tempa, a napięcie, które było w domu, było odczuwalne dla każdego. Na pewno to miało na niego wpływ i na pewno jest to trud, który też niesie, tak jak my wszyscy.

Teraz widzę, że inne fundacje związane z innymi grupami osób z niepełnosprawnością mają programy dla rodzeństwa. W naszej fundacji też o tym myślimy. Nie zdejmiemy z rodzeństwa faktu, że żyje w takich rodzinach, ale możemy pomóc im odnaleźć się w tej rzeczywistości.

Jak synek odpowiedział na leczenie?

Bardzo dobrze. Kiedy miał rok, dostał pierwsze podanie dawek nasycających i odwracania efektów choroby. Bardzo dobrze reagował na leczenie, co było widać na wykresach kontrolnych. Spadek umiejętności zaczął się odwracać i pojawiło się zyskiwanie nowych funkcji. Dzięki leczeniu i stałej rehabilitacji potrafi nadrabiać ubytki. Jesteśmy też w grupie klinicznej leków mięśniowych – to również eksperyment, więc działają na niego dwie substancje.

Jak Pani patrzy na przyszłość?

Pozytywnie, z nadzieją. Wierzę, że pomimo choroby mój syn będzie się rozwijał i dożyje późnej starości. Czekamy aktualnie na możliwość podania wyższej dawki, która może przybliżyć Benia do większej samodzielności. Leczenie potrafi działać cuda, i to przy całkiem dobrej jakości życia. Dziś cieszymy się, że z choroby śmiertelnej SMA stało się chorobą przewlekłą. To ogromna ulga.

Więcej o kampanii „Matki SMAków” na stronie „Strumień życia w SMA”: https://www.facebook.com/strumienzyciawsma

Informacje o SMA na stronie: www.fsma.pl

Źródło: inf pras

Program lekowy raka płuca B.6. należy dziś do najbardziej rozbudowanych w polskim systemie refundacyjnym. Obejmuje dziesiątki schematów terapeutycznych, a tylko w ostatnich miesiącach pojawiły się w nim kolejne możliwości leczenia. Teraz Ministerstwo Zdrowia wspólnie z ekspertami pracuje nad jego kompleksową przebudową. Kierunek zmian jest szerszy: leczenie ma rozpoczynać się wcześniej, zwiększać szanse na terapię radykalną, a sam program ma być prostszy i bardziej elastyczny. Eksperci zwracają jednak uwagę, że wykorzystanie dostępnych możliwości będzie zależało także od szybkiej diagnostyki i wcześniejszego wykrywania raka płuca.

Możliwości leczenia raka płuca w Polsce w ostatnich latach znacząco się poszerzyły. Kolejne terapie celowane i immunoterapia są dostępne na różnych etapach choroby – od leczenia okołooperacyjnego po zaawansowaną chorobę nowotworową. Wraz z rozwojem możliwości terapeutycznych coraz większego znaczenia nabiera jednak sposób organizacji leczenia.

Ministerstwo Zdrowia zapowiada zmianę podejścia, która ma koncentrować się nie tylko na udostępnianiu kolejnych leków, ale przede wszystkim na rozpoczynaniu skutecznego leczenia możliwie wcześnie i zwiększaniu odsetka pacjentów, u których możliwe jest postępowanie z intencją radykalną.

Źródło: MZ

– W ostatnich miesiącach wprowadziliśmy do refundacji, do programów lekowych nowe leki, nowe terapie, które mogą być stosowane w leczeniu zarówno niedrobnokomórkowego raka płuca, ale też drobnokomórkowego raka płuca. Jak Państwo wiecie, ten drugi typ nowotworu szczególnie jest niebezpieczny i też nie było bardzo dużo opcji terapeutycznych do tej pory w tym drobnokomórkowym raku płuca. Drugi element jest taki, że podejście nasze zakłada przesunięcie całego procesu leczenia na jak najwcześniejszy jego etap, czyli na przykład stosowanie schematów od pierwszej linii leczenia albo stosowanie leczenia okołooperacyjnego, czyli podawanie terapii przed operacją i po operacji – powiedziała Katarzyna Kacperczyk, wiceminister zdrowia.

Jak wskazała, nowe podejście jest wypracowywane wspólnie z ekspertami i ma znaleźć odzwierciedlenie również w konstrukcji programu lekowego B.6.

– W związku z nowymi badaniami i też tym, co się dzieje na forum europejskim, w innych krajach, tak żeby dostosować do tego nowego podejścia, przebudowujemy wspólnie z ekspertami w tym obszarze, program B.6, który jest dedykowany leczeniu raka płuca. Wzmacniamy też działania profilaktyczne – powiedziała Katarzyna Kacperczyk.

40 schematów leczenia. Program wymaga nowej konstrukcji

Program B.6 należy dziś do największych programów lekowych w polskim systemie refundacyjnym. Jego rozwój w ostatnich latach oznacza nie tylko dostęp do kolejnych terapii, ale również coraz większą złożoność zasad kwalifikacji i prowadzenia leczenia.

– Ten program lekowy jest jednym z największych, jeśli chodzi o liczebność pacjentów, jak również jednym z najbardziej kosztochłonnych programów lekowych w całym systemie refundacyjnym. Mamy wydatki na poziomie prawie już półtora miliarda złotych, gdzie jest leczonych 14 tysięcy pacjentów. Pod tym względem jedynie rak piersi go wyprzedza – powiedział Mateusz Oczkowski, dyrektor Departamentu Polityki Lekowej i Farmacji Ministerstwa Zdrowia.

Najbardziej rozbudowana jest część programu dotycząca niedrobnokomórkowego raka płuca. Dostępne możliwości obejmują dziś leczenie na różnych etapach choroby – od terapii przed- i okołooperacyjnych po leczenie choroby zaawansowanej, dobierane m.in. na podstawie charakterystyki molekularnej nowotworu.

– Obecnie w ramach samego podtypu niedrobnokomórkowego raka płuca mamy 40 różnych schematów leczenia, właśnie na różnym etapie leczenia i stopniu zaawansowania klinicznego. Mamy nie dość, że leczenie przedoperacyjne, okołooperacyjne, mamy również leczenie wyłącznie pooperacyjne, mamy również leczenie zaawansowanego nowotworu z różnymi mutacjami, z różnymi biomarkerami, jak również z kilkoma liniami leczenia. Ja myślę, że nie ma, proszę Państwa, takiego drugiego programu lekowego – powiedział Mateusz Oczkowski.

Przebudowa B.6 ma więc dotyczyć nie tylko zakresu dostępnych terapii, ale również samej konstrukcji programu. Planowane jest odejście od jednego rozbudowanego układu na rzecz bardziej modułowej struktury, uporządkowanie kryteriów leczenia i sprawozdawczości oraz ujednolicenie części wskazań. Celem jest stworzenie zasad łatwiejszych do stosowania w codziennej praktyce klinicznej.

– Te zmiany struktury programu lekowego są nie mniej ważne niż nowe leki, czy nie mniej ważne niż modyfikacje stosowania immunoterapii. Program lekowy powinien być przyjazny dla obu stron, m.in. poprzez łatwość interpretacji zapisów programu, jak również racjonalność, rozsądek w wykonywaniu badań kontrolnych – powiedział prof. Maciej Krzakowski, prezes Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej i konsultant krajowy w dziedzinie onkologii klinicznej.

Jednym z praktycznych elementów tej przebudowy ma być ujednolicenie kryteriów dotyczących terapii o podobnych mechanizmach działania. Ma to ograniczyć sytuacje, w których zbliżone technologie mają odmienne zapisy programu, a tym samym różne możliwości ich zastosowania u pacjentów.

– Ujednoliciliśmy wskazania, bo ja nie widzę tutaj jakichkolwiek przeciwwskazań, aby tożsame technologie, z bardzo podobnymi lekami o takich samych mechanizmach działania, miały różne określone wskazania – wskazał prof. Dariusz M. Kowalski, sekretarz Polskiej Grupy Raka Płuca.

Uporządkowanie programu ma mieć także wymiar systemowy. Przy kilkudziesięciu dostępnych schematach zasady kwalifikacji powinny umożliwiać podobne prowadzenie chorego niezależnie od tego, do którego ośrodka trafi.

– Musimy mieć świadomość, że aby pacjenci we wszystkich ośrodkach w Polsce byli leczeni w identyczny albo w porównywalny sposób, musimy doprowadzić do przejrzystości tego programu – podkreślił prof. Rodryg Ramlau, prezes Polskiej Grupy Raka Płuca.

Immunoterapia: możliwość ponownego zastosowania leczenia

Jedną z istotnych zmian w programie B.6 ma być możliwość ponownego zastosowania immunoterapii u wybranych pacjentów. Dotychczas chorzy, którzy otrzymali immunoterapię w ramach leczenia radykalnego, a następnie doszło u nich do progresji choroby, nie mogli ponownie skorzystać z tej formy leczenia i otrzymywali chemioterapię. Planowane zmiany mają otworzyć możliwość ponownego zastosowania immunoterapii w określonych sytuacjach klinicznych.

– W tym momencie Ministerstwo zrobiło naprawdę ogromny przełom w leczeniu tych pacjentów, bo zarówno po leczeniu radykalnym, jak i immunoterapii, którą otrzymywali pacjenci przez dwa lata, jeżeli nastąpi wznowa po tych sześciu miesiącach, ci pacjenci mają szansę ponownie otrzymać leczenie innowacyjne, immunoterapię zamiast chemioterapii. Uważam, że to jest naprawdę ogromna szansa dla wielu pacjentów – powiedziała Aleksandra Wilk, dyrektor Sekcji Raka Płuca Fundacji TO SIĘ LECZY.

Zmianie mają również ulec zasady dotyczące czasu prowadzenia immunoterapii w zaawansowanej chorobie. Leczenie ma być ograniczone do 24 miesięcy, z możliwością powrotu do programu w przypadku późniejszej progresji. Jednocześnie wprowadzenie tzw. wakacji terapeutycznych ma ograniczyć konieczność regularnych wizyt części pacjentów w ośrodkach i zwiększyć możliwości kwalifikowania kolejnych chorych.

– Dzięki rozwiązaniom, takim jak wakacje terapeutyczne, będziemy mogli zrekrutować aż 20 proc. dodatkowych pacjentów w aktywnym leczeniu – powiedział Mateusz Oczkowski.

Coraz ważniejsze leczenie z intencją radykalną

Zmiana podejścia do raka płuca nie ogranicza się jednak do leczenia choroby zaawansowanej. Coraz większą rolę w programie odgrywają terapie stosowane przed i po operacji, których celem jest zwiększenie skuteczności leczenia radykalnego.

To właśnie przesuwanie nowoczesnych terapii na wcześniejsze etapy choroby jest jednym z kierunków, który – według ekspertów – może przełożyć się na poprawę odsetka pięcioletnich przeżyć.

– Program lekowy umożliwił leczenie nie tylko chorych z intencją paliatywną, ale z intencją radykalną, czyli mamy szeroki wachlarz możliwości leczenia tak zwanego okołooperacyjnego, który w naszym odczuciu jest jedynym kierunkiem, który zwiększy odsetek chorych, u których doprowadzimy do radykalnego leczenia dzięki współpracy z chirurgią. To poprawi w sposób jednoznaczny te źle wyglądające odsetki pięcioletnich przeżyć naszych pacjentów w perspektywie tego, jak to wygląda w innych krajach unijnych – powiedział prof. Rodryg Ramlau.

Jak zaznaczył prezes PGRP, mimo poszerzenia możliwości leczenia systemowego w Polsce nadal nie więcej niż 20 proc. chorych jest operowanych z intencją radykalną. Dlatego zwiększenie liczby pacjentów kwalifikowanych do takiego postępowania pozostaje jednym z najważniejszych celów.

– Pamiętajmy o tym, że doprowadziliśmy w postępowaniu paliatywnym dzięki nowoczesnym terapiom do leczenia bardzo zbliżonego do leczenia chorób o charakterze przewlekłym u części tych chorych. Natomiast to, do czego dążymy, to poprawa odsetka chorych, których będziemy w stanie wyleczyć z tej jednostki chorobowej – zaznaczył prof. Ramlau.

Najlepszy program nie wystarczy bez szybkiej diagnostyki

Rozbudowywanie możliwości terapeutycznych uwidacznia jednocześnie kolejny problem. Aby pacjent mógł skorzystać z odpowiednio dobranego leczenia, nowotwór musi zostać wystarczająco wcześnie rozpoznany, a diagnostyka – w tym molekularna – przeprowadzona sprawnie i kompleksowo.

Zdaniem prof. Ramlaua to właśnie diagnostyka, a nie dostępność leków, staje się obecnie jednym z podstawowych wyzwań w opiece nad chorymi na raka płuca.

– Cały czas w Polsce mamy przede wszystkim podstawowy dylemat już nie dostępności do leków (…). Natomiast mamy problem z diagnostyką naszych chorych. Od pierwszych objawów choroby do rozpoznania raka płuca cały czas mijają często cztery i więcej miesięcy, co jest dramatem dla tych chorych, bo z momentu choroby, którą możemy leczyć w sposób radykalny, chory przechodzi niestety do fazy leczenia paliatywnego. To jest kolejne wyzwanie, które jest przed nami – podkreślił prof. Ramlau. 

Znaczenie diagnostyki rośnie wraz z liczbą terapii kierowanych do precyzyjnie określonych grup pacjentów. Jednym z rozwiązań zwiększających możliwości wykonania diagnostyki molekularnej jest płynna biopsja, szczególnie istotna wtedy, gdy pobranie odpowiedniego materiału tkankowego nie jest możliwe lub uzyskany materiał okazuje się niewystarczający.

– W końcu mamy biopsję płynną z możliwością zastosowania zarówno w leczeniu szpitalnym, jak i ambulatoryjnym. Na tym nam bardzo zależało, ponieważ mamy bardzo dużo pacjentów, którzy niestety przez brak materiału albo materiał niediagnostyczny tracą możliwość wdrożenia i zastosowania terapii w szybkim czasie – powiedziała Aleksandra Wilk.

Wcześniejsze wykrycie ma otwierać drogę do wyleczenia

Rozbudowie możliwości leczenia ma towarzyszyć wzmocnienie wczesnego wykrywania raka płuca. Ma to szczególne znaczenie w kontekście coraz większej roli terapii stosowanych na wcześniejszych etapach choroby, w tym leczenia okołooperacyjnego.

– Od 1 października wprowadzamy jako program profilaktyczny możliwość skorzystania z niskodawkowej tomografii komputerowej, co mamy nadzieję, że pozwoli nam na szybszą diagnozę, szybsze wykrywanie nowotworów we wczesnym stadium i połączenie z tym nowym podejściem w zakresie leczenia – powiedziała wiceminister Katarzyna Kacperczyk.

Wczesne wykrycie choroby i dostęp do leczenia okołooperacyjnego są ze sobą bezpośrednio powiązane. Im wcześniej zostanie rozpoznany rak płuca, tym większa jest grupa pacjentów, u których można rozważyć postępowanie radykalne i wykorzystać możliwości oferowane przez nowe terapie.

Od dostępu do leków do całej ścieżki pacjenta

Planowana przebudowa B.6 pokazuje zmianę wyzwań stojących przed systemem leczenia raka płuca. Kolejne refundacje pozostają istotne, ale wraz z rosnącą liczbą dostępnych terapii coraz większego znaczenia nabiera ich właściwe wykorzystanie: przejrzyste kryteria programu, sprawna kwalifikacja, możliwość sekwencyjnego stosowania leczenia, odpowiednia diagnostyka molekularna oraz wcześniejsze rozpoznawanie choroby.

– Te zmiany (…) miały jeden wspólny mianownik: żeby ułatwić życie, ułatwić pracę nam i ułatwić leczenie chorym. I to nam przyświecało – powiedział prof. Maciej Krzakowski. 

Kierunek zmian zakłada więc połączenie kilku elementów: profilaktyki i wczesnego wykrywania, sprawnej diagnostyki, leczenia radykalnego i okołooperacyjnego oraz dostępu do terapii w chorobie zaawansowanej. Ostatecznym miernikiem ich znaczenia będzie to, czy większa liczba chorych będzie mogła rozpoczynać właściwie dobrane leczenie na wcześniejszym etapie choroby i czy przełoży się to na poprawę wyników leczenia raka płuca w Polsce.

źródło: redakcja Medicalpress
Foto: MZ