Medicalpress

Rzecznik Praw Pacjenta zbadał, jak polskie szpitale zgłaszają i analizują zdarzenia niepożądane. Ankietę wypełniło 327 podmiotów leczniczych. Wyniki wskazują na rozwój elektronicznych systemów raportowania, ale także na problem zbyt małej liczby zgłoszeń i brak jednoznacznych zasad klasyfikowania zdarzeń.

Do udziału w badaniu zaproszono wszystkie szpitale w Polsce. Kwestionariusz RPP wypełniło 327 podmiotów leczniczych. Badanie było anonimowe, choć 65 placówek dobrowolnie przekazało swoje dane kontaktowe.

Jednym z najważniejszych wniosków jest niewielka liczba raportowanych zdarzeń. Największa grupa szpitali zebrała w 2024 roku do 50 zgłoszeń. RPP interpretuje ten wynik jako sygnał, że zdarzenia niepożądane nadal nie są w pełni raportowane i gromadzone. Problemem dla placówek pozostaje również brak jednoznacznego określenia, jakie sytuacje powinny być klasyfikowane jako zdarzenia niepożądane.

„Rzetelne zgłaszanie, gromadzenie i analizowanie informacji o zdarzeniach niepożądanych jest jednym z podstawowych elementów budowania bezpieczeństwa pacjentów. Każde takie zdarzenie powinno być źródłem wiedzy, która pozwala zapobiegać podobnym sytuacjom w przyszłości. Dlatego tak ważne jest, aby szpitale miały sprawnie działające systemy raportowania, a zgromadzone informacje były wykorzystywane do poprawy jakości udzielanych świadczeń i bezpieczeństwa pacjentów” – mówi Bartłomiej Chmielowiec, Rzecznik Praw Pacjenta.

Badanie pokazuje jednocześnie postępującą cyfryzację raportowania. W połowie szpitali dostępna jest więcej niż jedna forma zgłaszania zdarzeń niepożądanych, a wewnętrzne systemy elektroniczne są coraz bardziej rozwijane. Formularz papierowy jako jedyny sposób raportowania stosuje obecnie 25 proc. badanych podmiotów.

Istotną kwestią pozostaje anonimowość zgłoszeń. Tylko 13 proc. placówek zbiera i przechowuje informacje pozwalające zidentyfikować osobę zgłaszającą zdarzenie niepożądane.

Szpitale dostrzegają również potrzebę stworzenia rozwiązania obejmującego cały kraj. Aż 70 proc. badanych placówek opowiedziało się za powstaniem centralnego systemu zbierania informacji o zdarzeniach niepożądanych. Prawie 60 proc. spośród tej grupy wskazało Rzecznika Praw Pacjenta jako instytucję, która powinna prowadzić taki rejestr.

Gromadzenie informacji jest jednak dopiero pierwszym etapem. Znaczenie systemu raportowania zależy od tego, czy zgłoszenia są później analizowane i prowadzą do zmian w organizacji opieki. Dane o zdarzeniach niepożądanych mogą pozwolić na identyfikowanie ich przyczyn i okoliczności, ocenę skuteczności obowiązujących procedur oraz wskazanie obszarów, w których potrzebne są działania naprawcze.

Druga edycja badania pozwala RPP nie tylko opisać aktualną sytuację, lecz także obserwować zmiany zachodzące w szpitalach. Wyniki wskazują na rozwój elektronicznych sposobów zgłaszania zdarzeń, ale jednocześnie pokazują, że jednym z podstawowych wyzwań pozostaje samo upowszechnienie kultury ich raportowania. Bez odpowiedniej liczby zgłoszeń nawet najlepiej zaprojektowany system nie dostarczy wiedzy potrzebnej do ograniczania ryzyka podobnych sytuacji w przyszłości.

Źródło: RPP

Elektroniczna Dokumentacja Medyczna ma zapewniać pacjentowi i uprawnionym lekarzom dostęp do najważniejszych informacji o przebiegu leczenia. Rzecznik Praw Pacjenta zwraca jednak uwagę, że nie wszystkie placówki wywiązują się z obowiązku jej prowadzenia i wymiany. Problem dotyczy między innymi wyników badań laboratoryjnych oraz opisów badań diagnostycznych.

Dokumentacja medyczna nie jest wyłącznie wewnętrznym zapisem prowadzonym przez placówkę. Pacjent ma prawo do dostępu do swojej dokumentacji, a informacje w niej zawarte powinny rzetelnie odzwierciedlać jego stan zdrowia, przebieg leczenia oraz udzielone świadczenia.

„Prawidłowo prowadzona i udostępniana dokumentacja medyczna jest bardzo ważna zarówno podczas leczenia, jak i później, na przykład podczas kontroli lub dalszej opieki nad pacjentem. Pacjent ma prawo otrzymać swoją dokumentację medyczną. Ma również prawo do tego, aby była ona prowadzona rzetelnie, zgodnie z faktycznie wykonanymi czynnościami medycznymi oraz przebiegiem leczenia” – podkreśla Bartłomiej Chmielowiec, Rzecznik Praw Pacjenta.

Placówki medyczne powinny prowadzić Elektroniczną Dokumentację Medyczną i udostępniać ją w sposób pozwalający na dostęp uprawnionym osobom. Chodzi zarówno o samego pacjenta, jak i lekarzy z innych placówek, którzy potrzebują informacji o dotychczasowym leczeniu.

Zakres EDM jest szeroki. Obejmuje między innymi kartę informacyjną z leczenia szpitalnego, wyniki badań laboratoryjnych wraz z opisem oraz opisy badań diagnostycznych. Należą do niej również informacje przekazywane lekarzowi kierującemu pacjenta do poradni specjalistycznej lub szpitala, dotyczące rozpoznania, sposobu leczenia, rokowania, stosowanych leków i zalecanych wizyt kontrolnych.

W elektronicznej dokumentacji mogą znaleźć się ponadto informacje związane z odmową przyjęcia do szpitala, karta profilaktycznego badania ucznia, Indywidualny Plan Opieki Medycznej, karta medycznych czynności ratunkowych oraz karta medyczna lotniczego zespołu ratownictwa medycznego.

Cyfrowa forma dokumentacji ma znaczenie nie tylko ze względu na wygodę dostępu do informacji. Pozwala lepiej kontrolować, kto uzyskuje dostęp do danych, chronić ich integralność i sprawdzać historię wprowadzanych zmian. Ogranicza także ryzyko nieuprawnionej modyfikacji danych oraz utraty dokumentacji wskutek jej fizycznego zniszczenia. Oprogramowanie wykorzystywane przez placówki powinno przy tym zapewniać bezpieczną transmisję danych, odpowiednio zabezpieczone kanały komunikacji i dostęp wyłącznie dla osób uprawnionych.

Obowiązek raportowania zdarzeń medycznych i wymiany informacji za pośrednictwem EDM obowiązuje placówki medyczne od 1 lipca 2021 roku. Mimo to do Rzecznika Praw Pacjenta docierają informacje o podmiotach, które nadal nie realizują go w wymaganym zakresie.

Szczególną uwagę zwrócono na wyniki badań laboratoryjnych i opisy badań diagnostycznych. Brak wymaganej dokumentacji lub niewymienianie jej w przewidzianym zakresie oznacza działanie niezgodne z prawem. Może być również uznane za naruszenie zbiorowych praw pacjentów.

Rzecznik Praw Pacjenta analizuje napływające informacje dotyczące takich przypadków. W razie podejrzenia naruszenia zbiorowych praw pacjentów zapowiada podjęcie działań służących zapewnieniu ich przestrzegania.

Dla pacjenta znaczenie EDM jest szczególnie widoczne wtedy, gdy leczenie prowadzone jest w kilku miejscach. Dostęp do wyników badań, wcześniejszych rozpoznań i informacji o zastosowanym leczeniu pozwala zachować ciągłość opieki bez względu na to, w której placówce odbywa się kolejna konsultacja. Dlatego problem niepełnej lub niedostępnej dokumentacji nie jest wyłącznie kwestią administracyjną. Może mieć bezpośrednie znaczenie dla dalszego procesu diagnostycznego i terapeutycznego.

Źródło: RPP

Nie tylko diagnoza, leczenie czy wiedza o chorobie. Jednym z największych problemów rodzin osób z chorobą Alzheimera i innymi zaburzeniami otępiennymi okazuje się znalezienie odpowiedzi na znacznie bardziej praktyczne pytanie: co mamy teraz zrobić? Dane z niemal pierwszego roku działania ogólnopolskiej infolinii Helpline pokazują, że bliscy chorych potrzebują przede wszystkim przewodnika po rozproszonym systemie pomocy.

Aż 84 proc. osób zgłaszających się do Helpline to rodziny i bliscy osób z chorobą Alzheimera lub innymi zaburzeniami otępiennymi. Sami chorzy stanowią 10 proc. korzystających ze wsparcia. Jeszcze bardziej wymowne jest jednak to, czego dotyczą rozmowy. Około 70 proc. porad wiąże się ze znalezieniem konkretnej formy pomocy dostępnej w miejscu zamieszkania chorego.

Dane obejmujące okres od 1 października 2025 r. do 31 lipca 2026 r. pokazują więc problem szerszy niż brak wiedzy o samej demencji. Rodzina może wiedzieć, czym jest choroba Alzheimera, a mimo to nie wiedzieć, gdzie zgłosić się po diagnozie, jak zorganizować codzienną opiekę, jakie świadczenia przysługują choremu, gdzie znaleźć wsparcie psychologiczne albo kiedy zacząć rozważać pomoc instytucjonalną.

Wraz z postępem choroby lista pytań rośnie. Bliscy szukają informacji o pomocy MOPS, lokalnych organizacjach, świadczeniach finansowych i dostosowaniu mieszkania. Później pojawiają się pytania o zakłady opiekuńczo-lecznicze i domy pomocy społecznej. Do tego dochodzą kwestie prawne związane z pełnomocnictwem, orzeczeniem o niepełnosprawności czy ubezwłasnowolnieniem, szczególnie wtedy, gdy chory stopniowo traci zdolność rozumienia konsekwencji własnych decyzji.

Helpline uruchomiono 1 października 2025 r. przez Rzecznika Praw Pacjenta w partnerstwie z Alzheimer Polska. Infolinia nie ma być wyłącznie miejscem udzielania informacji o chorobie. Jej zadaniem jest również wskazywanie dostępnych w konkretnym regionie form wsparcia, a osoby korzystające z niej mogą uzyskać pomoc psychologa, prawnika czy terapeuty zajęciowego.

To ważne, ponieważ pierwszym problemem rodziny często jest już samo rozpoznanie momentu, w którym należy zacząć działać. Powtarzanie tych samych pytań, problemy z wykonywaniem codziennych czynności czy gubienie się w dobrze znanych miejscach mogą być przez bliskich długo interpretowane jako naturalny element starzenia. Później pojawia się kolejne wyzwanie: jak przekonać do konsultacji osobę, która nie dostrzega problemu albo nie chce zgłosić się do lekarza.

„Osoby zgłaszające się po pomoc często nie mają jednego konkretnego pytania. Zwracają się do nas, ponieważ zauważają niepokojące zmiany w zachowaniu i stanie zdrowia bliskiej osoby lub po otrzymaniu diagnozy nie wiedzą, jakie działania podjąć i gdzie szukać wsparcia” – mówi Bartłomiej Chmielowiec, Rzecznik Praw Pacjenta.

To zdanie dobrze oddaje specyfikę opieki nad osobą z otępieniem. Diagnoza nie uruchamia automatycznie jednej, czytelnej ścieżki, którą pacjent i rodzina mogą podążać przez kolejne etapy choroby. Potrzeby zmieniają się wraz z jej przebiegiem, a odpowiedzialność za znalezienie właściwych rozwiązań w dużej mierze spada na bliskich.

Problem nie ogranicza się przy tym do organizacji opieki nad chorym. Demencja stopniowo zmienia funkcjonowanie całej rodziny. Opiekun może przez wiele miesięcy lub lat łączyć opiekę z pracą zawodową, wychowywaniem dzieci i własnymi obowiązkami. W rozmowach z psychologiem Helpline pojawiają się wyczerpanie, złość, bezradność i poczucie winy. Bliscy pytają, jak reagować na trudne zachowania osoby chorej, kiedy poprosić kogoś o pomoc i jak rozpoznać, że sami zbliżają się do granicy swoich możliwości.

Właśnie dlatego statystyka mówiąca, że 84 proc. zgłaszających się po pomoc to bliscy chorych, jest tak istotna. Choroby otępienne dotyczą pacjenta, ale ich konsekwencje organizacyjne, psychologiczne, społeczne i finansowe obejmują znacznie szersze grono osób. System opieki nad pacjentem z demencją w praktyce musi więc uwzględniać także potrzeby jego nieformalnego opiekuna.

Dane Helpline można również odczytać jako wskazówkę dotyczącą organizacji systemu. Skoro zdecydowana większość porad dotyczy tego, gdzie znaleźć pomoc, samo tworzenie kolejnych świadczeń nie wystarczy, jeżeli pacjent i jego rodzina nie wiedzą o ich istnieniu albo nie potrafią do nich dotrzeć. Potrzebna jest informacja, ale przede wszystkim koordynacja i czytelna ścieżka prowadząca od pierwszego podejrzenia zaburzeń poznawczych, przez diagnostykę, aż po wsparcie medyczne, społeczne, prawne i opiekuńcze na kolejnych etapach choroby.

Helpline częściowo wypełnia tę lukę. Można się do niego zgłosić nie tylko po postawieniu diagnozy, ale również wtedy, gdy rodzina dopiero zauważa niepokojące zmiany. Konsultanci pomagają uporządkować sytuację i znaleźć dostępne lokalnie formy wsparcia.

Ogólnopolska infolinia działa pod numerem 800 201 801 od poniedziałku do piątku w godzinach 10.00–21.00 oraz w soboty od 10.00 do 16.00. Dostępny jest również kontakt mailowy, czat i wideoczat. Pomoc jest bezpłatna.

Przed Światowym Dniem Choroby Alzheimera, obchodzonym 21 września, dane z pierwszych miesięcy działania Helpline przypominają więc o problemie, który łatwo przeoczyć w dyskusji koncentrującej się na diagnostyce i leczeniu. Rodzinom nie zawsze brakuje informacji o tym, czym jest choroba. Często brakuje im kogoś, kto powie, co zrobić z tą wiedzą następnego dnia.

Źródło: inf pras

Każdego roku 1 września obchodzimy Światowy Dzień Przewlekłej Białaczki Limfocytowej (PBL). To okazja nie tylko do edukowania o samej chorobie, ale także dobry moment by zadać pytanie: Czy w systemie przeciążonym brakami kadrowymi i długim oczekiwaniem na wizytę w poradni hematologicznej jest szansa, by zadbać kompleksowo o potrzeby starszych pacjentów? Jak wygląda rozmowa z pacjentem podczas przekazania diagnozy? Czy jest przestrzeń, by omówić możliwości leczenia i rozwiać wszelkie wątpliwości chorego? Nowoczesne terapie poprawiają rokowania, ale bezpieczeństwo leczenia, adherencja i jakość życia zależą również od tego, czy pacjent rozumie dostępne opcje i może współdecydować o terapii.


Każdy pacjent ma inne potrzeby

Przewlekła białaczka limfocytowa jest chorobą, która dotyczy najczęściej osób starszych i może mieć bardzo różny przebieg. Część pacjentów przez lata pozostaje w obserwacji, inni wymagają możliwie jak najwcześniejszego rozpoczęcia leczenia. W ostatnich latach w hematoonkologii znacząco zwiększyły się możliwości leczenia, ale to jednocześnie sprawiło, że rozmowa o terapii staje się bardziej wymagająca.

– Pacjenci z PBL są bardzo różni. To często osoby starsze, u których poza chorobą krwi występują inne choroby m.in. kardiologiczne, metaboliczne, nefrologiczne, co sprawia, że podczas wyboru terapii należy wziąć pod uwagę wiele czynników: wspomniane choroby współistniejące, biologię choroby, wyniki badań genetycznych oraz preferencje pacjenta. Dla jednej osoby kluczowe będzie ograniczenie wizyt w szpitalu, dla innej możliwość elastycznego dawkowania leków, a dla jeszcze innej dobór terapii tak, aby mogła kontynuować pracę zawodową czy realizować się w życiu rodzinnym. Potrzeby są różne, dlatego umiejętność aktywnego wsłuchania się w preferencje pacjenta powinna być standardem – mówi prof. dr hab. n. med. Iwona Hus, kierownik Kliniki Hematologii Państwowego Instytutu Medycznego MSWiA w Warszawie.

Realia polskiego systemu ochrony zdrowia są wymagające. Średni czas oczekiwania na wizytę w poradni hematologicznej wynosi 146 dni. Brakuje także kadry medycznej – w publicznym systemie ochrony zdrowia pracuje obecnie 542 specjalistów hematologii, co daje wskaźnik ok. 1,4 lekarza na 100 tys. mieszkańców, tymczasem zalecany poziom to co najmniej 2,5-3 hematologów. To pokazuje jak bardzo potrzebne są rozwiązania, które wyposażą pacjenta w niezbędną wiedzę, zwiększając w konsekwencji jego poczucie bezpieczeństwa oraz adherencję w leczeniu.

Udział pacjenta w decyzjach terapeutycznych to dobra praktyka czy utopijna wizja?

Z badań dotyczących shared decision-making (SDM) w PBL wynika, że 70–75% pacjentów chce aktywnie uczestniczyć w decyzjach terapeutycznych, równolegle tylko 1 na 5 pacjentów zgodził się z stwierdzeniem, że decyzja rzeczywiście była wspólna. Inne międzynarodowe badanie również podkreśla pewną lukę – 70% pacjentów z PBL deklaruje, że podczas wizyty zaproponowano im tylko jedną opcję terapeutyczną, a 48% nie było zaangażowanych w proces decyzyjny w takim stopniu, jakiego oczekiwało. Podobne konkluzje płyną z raportu ARC Rynek i Opinia zrealizowanego wśród polskich pacjentów z PBL, który pokazuje, że chorzy w dużej mierze polegają na rekomendacji lekarza. Jednocześnie z ich relacji wynika, że nie zawsze omówiono
z nimi alternatywne możliwości leczenia, wady i zalety różnych form terapii. Rozmowa częściej dotyczyła skutków ubocznych leczenia już wskazanego przez specjalistę niż przedstawienia dostępnych opcji.

– Badanie ARC Rynek i Opinia przeprowadzone wśród pacjentów z przewlekłą białaczką limfocytową pokazuje, że zaledwie 2 spośród 15 respondentów wyraziło w rozmowie z lekarzem swoje obawy dotyczące proponowanego leczenia. Z kolei badanie organizacji Myeloma Patients Europe zrealizowane wśród pacjentów z szpiczakiem mnogim pokazało, że aż 57% ankietowanych nigdy wcześniej nie słyszało o shared decision-making. Wspomniane badania potwierdzają, że pomimo deklarowanej przez pacjentów hematologicznych chęci aktywnego uczestnictwa w procesie terapeutycznym, w praktyce dzieje się to niestety dość rzadko. Mam nadzieję, że ta rzeczywistość będzie się zmieniać, bo w przypadku chorób przewlekłych wspólne podejmowanie decyzji to ważny element budowania życia po diagnozie – mówi Barbara Leonardi, prezes Myeloma Patients Europe i przedstawicielka Fundacji Carita.

SDM nie oznacza, że pacjent zostaje sam z wyborem terapii. To proces, w którym lekarz wnosi wiedzę kliniczną, a pacjent swoje obawy i realia życia. Ma to nieocenioną wartość w kontekście bezpieczeństwa całego procesu leczenia, bo pacjent, który rozumie terapię, wie, czego się spodziewać, dokładniej przestrzega zaleceń i szybciej wychwyci potencjalne działania niepożądane.

– Pacjenci chcą rozumieć, dlaczego dana opcja terapeutyczna jest dla nich tą najbardziej odpowiednią. Co więcej badanie ARC Rynek i Opinia potwierdza, że niezależnie od terapii, pacjenci starają się koncentrować na jej pozytywach. Mają nadzieje, że ostatecznie będą mogli żyć prawie normalnie. Pytanie o potrzeby pacjenta, omówienie dostępnych możliwości, zrozumiałe materiały edukacyjne i przygotowanie pytań do lekarza przed konsultacją są szczególnie ważne w systemie, w którym wizyta u hematologa jest wręcz dobrem deficytowym – mówi Dominik Romiński, prezes Stowarzyszenia Kierunek Zdrowie.

Pilotaż, który może ułatwić pacjentom drogę przez system

Szansą na wzmocnienie takiego modelu opieki jest uruchomiony 1 lipca 2025 r. pilotaż Krajowej Sieci Hematologicznej, który ma potrwać do 2029 roku. Jednym z wyzwań najbliższych lat będzie nie tylko poprawa organizacji opieki hematologicznej, ale także lepsze wsparcie pacjenta w poruszaniu się po systemie. Okres pilotażu może być dobrą okazją do wzmocnienia roli koordynatorów opieki, którzy mogliby pomagać pacjentom przygotować się do wizyt, lepiej rozumieć proces leczenia oraz skuteczniej komunikować swoje potrzeby zespołowi medycznemu.

Eksperci wskazują, że poprawa nie musi oznaczać wyłącznie dłuższych wizyt. Realistyczne rozwiązania to krótkie checklisty pytań dla pacjenta, materiały porównujące opcje leczenia, wzmocnienie roli pielęgniarki hematologicznej, kierowanie do rzetelnych źródeł wiedzy i partnerska współpraca z organizacjami pacjenckimi.

– W przypadku chorób przewlekłych, takich jak przewlekła białaczka limfocytowa, leczenie staje się częścią życia. Pacjenci i ich bliscy muszą „wkomponować” chorobę w codzienność i pogodzić ją z pracą zawodową, prowadzeniem domu, opieką nad rodziną, pasjami czy ulubionymi sposobami spędzania wolnego czasu. Dlatego warto się zapoznać z ideą shared decision-making i aktywnie uczestniczyć w procesie leczenia. O ile lekarz jest ekspertem od medycyny, o tyle to pacjent jest ekspertem od własnego życia i tylko on wie, jaki wpływ choroba ma na jego codzienne funkcjonowanie. Częścią strategii shared decision-making jest rozmowa o priorytetach życiowych, obawach, codziennych wyzwaniach związanych ze stanem zdrowia oraz tym jak zminimalizować wpływ choroby, leczenia i skutków ubocznych na jakość życia. Współpraca z lekarzem oparta na dialogu daje również pacjentowi poczucie wpływu na własne życie, które choroba często odbiera – podsumowuje Barbara Leonardi.

***

Pełna treść raportu ARC Rynek i Opinia dotyczącego przewlekłej białaczki limfocytowej dostępna online: RAPORT

Źródło: inf pras

Ponad 32 tys. publikacji w polskich mediach tradycyjnych i ponad 347 tys. wpisów w mediach społecznościowych dotyczących dezinformacji medycznej pojawiło się od stycznia 2025 roku do 15 maja 2026 roku – wynika z raportu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu i Mediaboard. Eksperci podkreślają, że skala problemu rośnie i może stanowić poważne zagrożenie dla zdrowia publicznego, w tym m.in. dla osób chorujących na nowotwory.

– Dezinformacja medyczna przy tak dużej liczbie social mediów, informacji, które codziennie do nas napływają, jest bardzo poważnym problemem. Widzimy, że szczególnie poprzez kategoryzowanie internautów dezinformacja od razu działa na osoby, które na przykład mówią o tym, że mają jakąś przypadłość. Tak działają mechanizmy social mediów – mówi w rozmowie z agencją Newseria Konrad Madejczyk, rzecznik prasowy Biura Rzecznika Praw Pacjenta.

W okresie analizowanym przez Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu i Mediaboard publikacje medialne dotyczące dezinformacji medycznej wygenerowały szacunkowe 2,67 mld kontaktów z przekazem, a wpisy w mediach społecznościowych nieco ponad 850 mln.

– Zaczynamy się borykać z problemem, który będzie później narastał. Osoby, które obecnie stosują różne dziwne praktyki, ale nie naturalne metody leczenia, ale te, które są stosowane przez osoby mające tytuł zawodowy inżyniera, to jest kredyt zdrowia, który trzeba będzie spłacić – podkreśla Konrad Madejczyk.

Największą część przekazu dotyczącego dezinformacji medycznej stanowiły ruchy antyszczepionkowe (54 proc.). Dominowały treści podważające bezpieczeństwo szczepień, które łączyły je z autyzmem, chorobami przewlekłymi, NOP-ami, ukrywaniem danych czy też interesami firm farmaceutycznych.

Na drugim miejscu znalazły się teorie żywieniowe (23 proc.), które obejmowały m.in. lewoskrętną witaminę C, duże dawki witaminy D, głodówki, zakwaszenie organizmu, odrobaczanie czy pasożyty. Wspólnym motywem było promowanie prostych, „naturalnych” rozwiązań jako alternatywy dla diagnostyki i leczenia.

Kategoria dotycząca środowiska (16 proc.) obejmowała przede wszystkim chemtrails, 5G, Wi-Fi i fluoryzację. Narracje łączyły zdrowie z technologią i otoczeniem. Sugerowały zatruwanie ludzi, sterowanie pogodą, szkodliwość promieniowania czy też kontrolę społeczną.

– Obawiamy się tego, że problem będzie narastał. On zaczął się w bardzo prężny sposób rozwijać po 2020 roku w czasie pandemii COVID-19, na którą bardzo często powołują się przeciwnicy ustawy potocznie zwanej „lex szarlatan”. Że to była pandemia, która nie istniała. Doskonale wiemy, że miała miejsce. Oczywiście było wiele różnych sytuacji, o których możemy dzisiaj dyskutować, aczkolwiek wtedy właśnie ci szarlatani bardzo łatwo znaleźli podatny grunt, na którym mogli zacząć zarabiać – podkreśla rzecznik prasowy Biura Rzecznika Praw Pacjenta.

Jak wskazują autorzy raportu, dezinformacja medyczna wpływa na decyzje dotyczące szczepień, leczenia, diagnostyki, profilaktyki czy też zaufania do instytucji medycznych. Oddziałuje również na relacje społeczne, zwiększa polaryzację i osłabia zaufanie do lekarzy. Może prowadzić nawet do rezygnacji z terapii, opóźnienia diagnostyki lub podejmowania działań zagrażających zdrowiu. Dodatkowym wyzwaniem staje się rozwój sztucznej inteligencji, która może wspierać medycynę, ale jednocześnie ułatwiać tworzenie fałszywych autorytetów i nasilać chaos informacyjny.

– Medyczne fake newsy bardzo dobrze się sprzedają. Każdy z nas szuka informacji na temat naszego stanu zdrowia. Kiedyś to było pytanie do tzw. wujka Google, dziś często do sztucznej inteligencji. Ona znajduje różne wyniki, a my wchodzimy na te strony. Te, które są nam podpowiadane, to są bardzo często strony osób, które działają w internecie, zarabiając na tej działalności na zasadzie prywatnej praktyki zawodowej, niemedycznej. Te informacje są bardzo łatwe dla nas, ponieważ ci rzeczeni szarlatani zawsze mają proste odpowiedzi: „wszystko da się wyleczyć bardzo szybko, ja mam złoty środek, który ci pomoże, nie bierz innych leków” – tłumaczy Konrad Madejczyk.

Analiza trendu publikacji na platformach społecznościowych pokazuje, że największy udział w strukturze przekazu miał YouTube, który odpowiadał za 54,2 proc. wszystkich wpisów. Zdaniem autorów raportu pokazuje to ważną rolę materiałów wideo w rozpowszechnianiu narracji dotyczących zdrowia, pseudomedycyny i teorii spiskowych. Na drugim miejscu znalazł się Facebook (39,5 proc.), a na trzecim serwis X (4,9 proc.).

– To jest największy problem, kiedy na przykład oni mówią do osób chorych na nowotwory: odstaw chemioterapię. Miały miejsce takie przypadki, kiedy zgłaszali się do nas pacjenci, którzy odłożyli chemioterapię, a ich stan wtedy drastycznie się pogorszył mimo stosowania tych „cudownych” metod z internetu. To jest informacja, która zawsze znajdzie podatny grunt, tak jak informacja o lądowaniu kosmitów w historii – uważa rzecznik prasowy Biura Rzecznika Praw Pacjenta.

Pod koniec lipca br. do podpisu prezydenta trafił rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta, czyli tzw. lex szarlatan. Nowe przepisy miały jeszcze skuteczniej przeciwdziałać niebezpiecznym praktykom oraz rozszerzyć uprawnienia Rzecznika Praw Pacjenta. Chodzi m.in. o walkę z oferowaniem niesprawdzonych metod leczenia i działalnością osób podszywających się pod specjalistów medycznych.

Prezydent Karol Nawrocki 19 sierpnia br. skierował ustawę do Trybunału Konstytucyjnego. Jednocześnie przygotował i przedstawił własny projekt zmian w prawie, obejmujący dodanie art. 160a do Kodeksu karnego oraz nowelizację ustawy o prawach pacjenta.

– „Lex szarlatan” to jest taka ustawa, która będzie walczyć z dezinformacją, ale też ważna jest współpraca z wielkimi platformami internetowymi. Tutaj zawsze będzie się pojawiał argument prewencyjnej cenzury. Jej nie ma, ale nie możemy pozwolić na to, żeby ktoś, kto stosuje nieprawdziwe metody leczenia, odnosił się do bezpieczeństwa pacjentów, wmawiając im, że jego metoda jest jedyną słuszną – zaznacza Konrad Madejczyk.

źródło: newseria

Rzecznik Praw Pacjenta ma zyskać nowe narzędzia do walki z osobami i podmiotami, które wprowadzają pacjentów w błąd co do metod leczenia. Ustawa określana jako „lex szarlatan” pozwoli temu organowi reagować na praktyki prowadzone poza systemem ochrony zdrowia, a za najpoważniejsze naruszenia nakładać kary do 1 mln zł. RPP podkreśla, że nowe przepisy mają chronić przed oszustami i nie będą ograniczać stosowania ziołolecznictwa, masaży czy akupunktury. Ustawa czeka na decyzję prezydenta, który na jej podjęcie ma czas do 21 sierpnia. 

– Ustawa potocznie zwana „lex szarlatan” ma chronić przed osobami, które oszukują pacjentów, wmawiając im nieprawdziwe informacje związane z metodami leczenia, ma bronić pacjentów przed naciągaczami, którzy mają zawsze bardzo proste odpowiedzi: bardzo łatwo da się wyleczyć, wszystko da się wyleczyć, w porównaniu do medycyny akademickiej, która mówi jasno, że często ten proces jest bardzo długi – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Konrad Madejczyk, rzecznik prasowy Biura Rzecznika Praw Pacjenta.

Jednym z powodów przygotowania nowych przepisów jest luka w obecnych regulacjach. Praktyki pseudomedyczne są często prowadzone poza systemem ochrony zdrowia, m.in. w ramach zwykłej działalności gospodarczej, przez co nie podlegają takim samym zasadom nadzoru jak podmioty lecznicze.

Z oceny skutków regulacji wynika, że w Polsce zarejestrowanych jest blisko 40 tys. działalności gospodarczych w obszarze działalności paramedycznej oraz medycyny tradycyjnej, uzupełniającej i alternatywnej. Nie oznacza to, że wszystkie stosują praktyki pseudomedyczne. Autorzy OSR szacują, że kryteria takich praktyk może spełniać od kilku do kilkunastu tysięcy osób i podmiotów.

– Ustawa „lex szarlatan” nie będzie dotyczyła osób, które leczą ziołami, masażystów, leczenia akupunkturą, medycyny chińskiej. Wszystkie te metody, które są stosowane dzisiaj jako medycyna komplementarna, będą oczywiście możliwe i dalej będą mogły być stosowane. To jest ustawa, która ma za zadanie przestrzegać pacjentów przed osobami, które polecają leczenie hormonalne, na przykład na zasadzie picia płynu Lugola, który jest skrajnie niebezpieczny przy leczeniu tarczycy – mówi rzecznik Biura RPP.

Zgodnie z ustawą za praktykę pseudomedyczną będzie uznawane przypisywanie metodzie lub substancji właściwości leczniczych niezgodnych z aktualną wiedzą medyczną, jeżeli może to prowadzić m.in. do pogorszenia stanu zdrowia, opóźnienia właściwej diagnostyki lub leczenia albo rezygnacji z leczenia o potwierdzonej skuteczności.

Nowe regulacje mają objąć także publiczne rozpowszechnianie dezinformacji medycznej w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej. W OSR zwrócono uwagę na znaczenie internetu i mediów społecznościowych w rozpowszechnianiu takich treści. Najpopularniejsze osoby promujące metody sprzeczne z aktualną wiedzą medyczną mają setki tysięcy obserwujących. Zgodnie z nowymi przepisami RPP ma prowadzić jawny rejestr podmiotów posługujących się dezinformacją medyczną, a w przypadku stron internetowych będzie mógł wystąpić do przedsiębiorcy telekomunikacyjnego o przekierowanie użytkowników z oznaczonej domeny na stronę RPP z ostrzeżeniem o dezinformacji medycznej.

– Ustawa będzie też broniła pacjentów przed osobami, które nieprawnie używają tytułu zawodowego lekarza czy nieprawnie stosują metody, jak na przykład w przypadku pacjentki na południu Polski, która była leczona tzw. perłami księżniczki – mówi Konrad Madejczyk.

W czerwcu br. ujawniono historię 40-letniej pacjentki chorej na raka jajnika, która korzystała z usług naturopaty z Bielska-Białej. Mężczyzna diagnozował ją za pomocą biorezonansu i zalecał jej m.in. tzw. perły księżniczki – tampony nasączone chińskimi ziołami. Podczas przeszukania jego gabinetu śledczy zabezpieczyli dane blisko 900 osób, które mogły korzystać z jego usług.

– Jeżeli chodzi o zgłoszenia praktyk naruszających bezpieczeństwo pacjenta, nie ma ich wiele, bo Rzecznik Praw Pacjenta dziś może się zajmować wyłącznie podmiotami leczniczymi. Często te praktyki są prowadzone w ramach prywatnej działalności gospodarczej. Mówimy o gigantycznej skali nadużyć w sieci, ale jeżeli chodzi o same skargi, to dziś mamy ich niedużo – mówi rzecznik Biura RPP.

Nowe przepisy mają umożliwić RPP prowadzenie odrębnych postępowań w sprawie praktyk pseudomedycznych. Rzecznik będzie mógł żądać od osób i podmiotów, których działalność bada, informacji i dokumentów, a także korzystać z opinii ekspertów. Jeżeli uzna, że dana praktyka może zagrażać życiu lub zdrowiu pacjentów, jeszcze przed zakończeniem postępowania będzie mógł nakazać jej natychmiastowe zaprzestanie.

– Nowe kompetencje, które zyska Rzecznik Praw Pacjenta, to przede wszystkim możliwość nałożenia kary i publikacji na stronie internetowej informacji na temat osoby, instytucji czy podmiotu, który takie praktyki stosuje – wskazuje Konrad Madejczyk.

Nowelizacja ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta przewiduje podniesienie maksymalnej kary za naruszanie zbiorowych praw pacjentów do 1 mln zł. Do 100 tys. zł będzie mogła wynieść kara za brak współpracy z rzecznikiem, np. za nieprzekazanie wymaganych informacji lub dokumentów. Sankcja będzie mogła zostać nałożona także wtedy, gdy podmiot zaprzestanie stosowania danej praktyki przed wydaniem decyzji.

Do realizacji nowych zadań Biuro Rzecznika Praw Pacjenta ma otrzymać dodatkowe etaty.

– Przewidzianych jest sześć nowych etatów. Będą to osoby, które będą miały za zadanie m.in. badać informacje, które będą do nas napływały. Jeżeli chodzi o samą organizację pracy Rzecznika Praw Pacjenta, to nic się specjalnie nie zmieni, poza tym, że będą dodatkowe uprawnienia. Ale podkreślam, te uprawnienia będą na zasadzie zbierania informacji, pozyskiwania wiedzy od osób, które zajmują się medycyną. Nie będzie to nigdy decyzja podejmowana przez jedną osobę – zapewnia rzecznik Biura RPP.

Nowe przepisy wzbudzają duże kontrowersje już od początku prac legislacyjnych. Do prezydenta apelują zarówno zwolennicy regulacji, w tym środowiska lekarskie, pacjenckie i naukowe, jak i jej przeciwnicy, którzy wskazują m.in. na ryzyko zbyt szerokiej interpretacji nowych uprawnień Rzecznika Praw Pacjenta. Instytut Ordo Iuris zwrócił się do Karola Nawrockiego o skierowanie ustawy do ponownego rozpatrzenia przez Sejm. W swojej analizie wskazuje m.in. na niejednoznaczne – jego zdaniem – definicje praktyk pseudomedycznych i dezinformacji medycznej. Zdaniem instytutu regulacje mogą naruszać wolność słowa i badań naukowych, autonomię pacjenta oraz wolność działalności gospodarczej.

Źródło: Newseria

Jeszcze kilka lat temu pacjent, który doznał szkody podczas leczenia szpitalnego, najczęściej stawał przed trudnym wyborem. Mógł zrezygnować z dochodzenia swoich praw albo wejść na wieloletnią drogę sądową, wymagającą kosztownych opinii biegłych, pomocy prawników i dużej cierpliwości. Dziś coraz więcej osób wybiera zupełnie inną ścieżkę. Fundusz Kompensacyjny Zdarzeń Medycznych, działający przy Rzeczniku Praw Pacjenta od września 2023 roku, staje się realną alternatywą dla postępowań sądowych, a najnowsze dane pokazują, że zaufanie pacjentów do tego rozwiązania systematycznie rośnie.

Do tej pory do Rzecznika Praw Pacjenta wpłynęło już 6037 wniosków, a łączna wartość przyznanych świadczeń osiągnęła 64,5 mln zł. Spośród 1125 pozytywnie rozpatrzonych spraw jedynie 45 pacjentów zdecydowało się nie przyjąć proponowanego świadczenia i skierować roszczenia do sądu. To odsetek, który może świadczyć o wysokiej akceptacji proponowanych rozstrzygnięć oraz o tym, że pozasądowy model rekompensat zaczyna spełniać swoją rolę.

Jak podkreśla Rzecznik Praw Pacjenta Bartłomiej Chmielowiec: „To bardzo ważne dla mnie i mojego zespołu, że coraz więcej pacjentów docenia zasadę funkcjonowania Funduszu Kompensacyjnego Zdarzeń Medycznych i z niego korzysta. Do tej pory przyznałem już świadczenia o wysokości ponad 60 milionów złotych, co oznacza, że średnia wypłacana kwota dla jednej osoby to ponad 55 tysięcy złotych”.

Fundusz Kompensacyjny Zdarzeń Medycznych został stworzony jako odpowiedź na jeden z największych problemów polskiego systemu dochodzenia roszczeń medycznych – czas. W klasycznym procesie sądowym postępowania potrafią trwać wiele lat, a ich wynik często zależy od skomplikowanych opinii biegłych oraz konieczności udowodnienia winy konkretnego podmiotu lub personelu medycznego. Model zastosowany w Funduszu opiera się na zupełnie innej filozofii.

Postępowanie prowadzone jest zgodnie z zasadą „no fault”, co oznacza, że nie bada się odpowiedzialności lekarza ani szpitala. Celem nie jest wskazanie winnego, lecz ustalenie, czy pacjent doznał szkody zdrowotnej związanej z udzielaniem świadczeń zdrowotnych i czy należy mu się rekompensata. Z rozwiązania mogą korzystać osoby, które podczas pobytu w szpitalu doznały uszkodzenia ciała, rozstroju zdrowia lub zakażenia szpitalnego. W przypadku śmierci pacjenta świadczenie przysługuje również jego bliskim.

Taki model ma jeszcze jedną zaletę. Ogranicza konflikt pomiędzy pacjentem a placówką medyczną i pozwala skupić się przede wszystkim na szybszym uzyskaniu świadczenia oraz poprawie bezpieczeństwa pacjentów w przyszłości.

Mimo rosnącej popularności Funduszu Rzecznik Praw Pacjenta zwraca uwagę na zjawisko, które może budzić niepokój. Coraz więcej osób decyduje się korzystać z usług kancelarii odszkodowawczych, choć – jak podkreśla urząd – procedura została zaprojektowana tak, aby większość pacjentów mogła przeprowadzić ją samodzielnie.

Według danych Biura Rzecznika dwie największe kancelarie odszkodowawcze z Warszawy skierowały już do Funduszu ponad 413 wniosków. Problem polega na tym, że wynagrodzenie takich firm często sięga nawet 30 proc. przyznanego świadczenia, co oznacza, że znaczna część rekompensaty trafia nie do pacjenta, lecz do pośrednika.

To właśnie dlatego Rzecznik Praw Pacjenta zachęca do samodzielnego składania wniosków. Jak podkreśla urząd, formularz można wypełnić w około 20 minut, a w razie problemów pracownicy Biura udzielają bezpłatnej pomocy telefonicznej oraz merytorycznej.

Bartłomiej Chmielowiec apeluje: „Zachęcam pacjentów, aby nie obawiali się samodzielnego składania wniosków do Funduszu Kompensacyjnego Zdarzeń Medycznych, a jeśli natrafią na jakąś trudność, aby dzwonili do Biura Rzecznika Praw Pacjenta i tam uzyskają wsparcie”.

Rosnąca liczba składanych wniosków pokazuje, że Fundusz przestaje być mało znanym rozwiązaniem prawnym, a staje się elementem systemu ochrony praw pacjenta. Jednocześnie doświadczenia ostatnich dwóch lat wskazują, że samo stworzenie mechanizmu rekompensat nie wystarczy. Równie ważne jest budowanie świadomości, że pacjent może skorzystać z niego bez kosztownego pośrednictwa i bez konieczności wieloletniego procesu sądowego.

Jeżeli obecny trend się utrzyma, Fundusz Kompensacyjny Zdarzeń Medycznych może stać się jednym z najważniejszych narzędzi pozasądowego rozwiązywania sporów medycznych w Polsce. Wyzwanie na kolejne lata będzie polegało nie tylko na dalszym usprawnianiu procedur, ale również na dotarciu z informacją do pacjentów, którzy nadal nie wiedzą, że w wielu przypadkach mogą dochodzić rekompensaty szybciej, prościej i bez ponoszenia wysokich kosztów obsługi prawnej.

Źródło: RPP

Czy lekarz powinien pytać swojego pracodawcę o zgodę, zanim skieruje pacjenta do specjalisty spoza własnej sieci medycznej? Takie pytanie jeszcze do niedawna mogło wydawać się czysto teoretyczne. Dziś staje się przedmiotem postępowań prowadzonych przez Rzecznika Praw Pacjenta. Powodem są zapisy w umowach zawieranych z lekarzami przez niektóre podmioty lecznicze, które mogą ograniczać niezależność decyzji medycznych i wpływać na dostęp pacjentów do optymalnego leczenia.

Relacja między lekarzem a pacjentem od dziesięcioleci opiera się na jednej fundamentalnej zasadzie: decyzje terapeutyczne powinny wynikać wyłącznie z wiedzy medycznej i dobra chorego. To lekarz, a nie administrator czy właściciel placówki, odpowiada za ocenę stanu zdrowia pacjenta oraz wybór najlepszej ścieżki diagnostyczno-terapeutycznej. Tym większe poruszenie wywołały doniesienia o praktykach stosowanych przez część podmiotów leczniczych, które mogą ingerować w tę niezależność.

Rzecznik Praw Pacjenta wszczął postępowania wyjaśniające dotyczące zapisów umów zawieranych z lekarzami. Analizowane dokumenty mają ograniczać możliwość kierowania pacjentów do specjalistów lub placówek spoza danej organizacji. W praktyce lekarz może wystawić takie skierowanie dopiero wtedy, gdy uzyska potwierdzenie od kierownictwa, że w ramach własnej sieci nie ma możliwości zapewnienia odpowiedniego świadczenia.

To pozornie organizacyjne rozwiązanie rodzi jednak znacznie poważniejsze pytania. Gdzie przebiega granica między zarządzaniem placówką a ingerencją w proces leczenia? Czy względy biznesowe mogą wpływać na decyzję o skierowaniu pacjenta do innego specjalisty? I wreszcie – kto powinien ostatecznie decydować o tym, gdzie pacjent otrzyma najlepszą pomoc?

Stanowisko Rzecznika Praw Pacjenta w tej sprawie jest jednoznaczne.

„W każdej sytuacji klinicznej specjalista ma prawo skierować osobę pozostającą pod jego opieką do innego specjalisty lub placówki, jeśli uzna, że będzie to korzystne dla pacjenta i procesu leczenia.”

Rzecznik przypomina również, że wykonywanie zawodu lekarza opiera się na zasadzie niezależności zawodowej, a obowiązujące przepisy nie przewidują możliwości ograniczania lekarzowi prawa do podejmowania decyzji dotyczących kierowania pacjentów do innych specjalistów wyłącznie na podstawie przesłanek medycznych.

Sprawa nabiera szczególnego znaczenia w psychiatrii i ochronie zdrowia psychicznego. W wielu przypadkach skuteczność terapii zależy od szybkiego skierowania chorego do odpowiedniego specjalisty, terapeuty lub ośrodka dysponującego doświadczeniem w leczeniu konkretnego zaburzenia. Każde dodatkowe ogniwo administracyjne może oznaczać opóźnienie rozpoczęcia leczenia, a w psychiatrii czas często ma kluczowe znaczenie dla rokowania.

Jednocześnie problem nie dotyczy wyłącznie zdrowia psychicznego. Podobne sytuacje mogą występować także w onkologii, neurologii, kardiologii czy leczeniu chorób rzadkich, gdzie dostęp do wysokospecjalistycznych ośrodków często decyduje o skuteczności terapii. Jeżeli lekarz uznaje, że pacjent powinien trafić do placówki dysponującej większym doświadczeniem lub określoną technologią, możliwość podjęcia takiej decyzji bez dodatkowych ograniczeń staje się elementem bezpieczeństwa zdrowotnego.

W praktyce analizowane przez Rzecznika rozwiązania mogą powodować, że lekarz przed podjęciem decyzji terapeutycznej zaczyna brać pod uwagę nie tylko wskazania medyczne, ale również konsekwencje wynikające z warunków współpracy z pracodawcą. To właśnie ten mechanizm budzi największe wątpliwości. Nawet jeśli zgoda kierownictwa jest ostatecznie wydawana, sam obowiązek jej uzyskania może wpływać na swobodę podejmowania decyzji klinicznych.

Do sprawy odniosło się również Polskie Towarzystwo Psychiatryczne, które podkreśliło, że prawo pacjenta do wyboru najlepszego miejsca leczenia nie powinno być ograniczane przez wewnętrzne regulacje obowiązujące w komercyjnych sieciach medycznych.

„Osoba poszukująca pomocy (pacjent) ma pełne prawo do uzyskania najlepszej możliwej formy opieki, a ograniczanie jej wyboru wyłącznie do specjalistów zatrudnionych w ramach danej sieci komercyjnej stanowi naruszenie tego prawa.”

Eksperci zwracają uwagę, że wraz z rozwojem dużych sieci medycznych i postępującą konsolidacją rynku coraz częściej pojawia się pytanie o równowagę między efektywnym zarządzaniem organizacją a zachowaniem autonomii decyzji medycznych. Wewnętrzna koordynacja opieki może poprawiać ciągłość leczenia i ograniczać dublowanie świadczeń, jednak nie powinna prowadzić do sytuacji, w której interes organizacyjny zaczyna konkurować z indywidualnym dobrem pacjenta.

Postępowanie prowadzone przez Rzecznika Praw Pacjenta może więc mieć znaczenie wykraczające poza ocenę konkretnych zapisów umownych. Jego wynik może stać się ważnym sygnałem dla całego rynku ochrony zdrowia, wskazując, gdzie kończy się prawo podmiotu leczniczego do organizowania procesu udzielania świadczeń, a zaczyna konstytucyjnie chronione prawo pacjenta do leczenia zgodnego z aktualną wiedzą medyczną oraz niezależną oceną lekarza.

Źródło: Rzecznik Praw Pacjenta