Medicalpress

W Polsce żyje ponad 2 mln osób z astmą.Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że od 5 do 10 proc. osób borykających się z tą chorobą cierpi na astmę ciężką.2 Eksperci wskazują, że w Polsce może się z nią zmagać 50-100 tys. osób.3

Astma to jedna z najczęstszych chorób przewlekłych układu oddechowego.4 Gdy przechodzi w postać ciężką, jakość życia chorych istotnie się pogarsza5. Na tę trudną do kontrolowania postać najczęściej chorują kobiety, zwłaszcza po okresie dojrzewania i w wieku dorosłym.6

Pacjenci z astmą ciężką żyją w ciągłym strachu, poczuciu wstydu, ograniczenia i wykluczenia; obawiają się samodzielnych wyjść na spacer czy zakupy; żyją w lęku, że choroba zaatakuje ich wtedy, gdy będą sami i nikt nie będzie mógł im pomóc.7 Odczuwają zarówno zmęczenie fizyczne, jak i psychiczne, a choroba zmusza ich do wprowadzania zmian w codziennym funkcjonowaniu – inaczej niż przed jej wystąpieniem spędzają wolny czas, ograniczają kontakty towarzyskie, a z powodu uporczywego kaszlu rezygnują z wyjścia do kina czy teatru.8 Część pacjentów jest także zmuszona do zmian w życiu zawodowym – jedni, wykonujący pracę wymagającą wysiłku fizycznego, rezygnują z niej, inni pracują w mniejszym wymiarze godzin, a jeszcze inni przechodzą na własną działalność.9

Zgodnie z definicją, astma ciężka to astma, która pozostaje niekontrolowana pomimo zoptymalizowanego leczenia o maksymalnej intensywności oraz opanowywania czynników współistniejących mogących zaostrzać chorobę, lub astma nasilająca się po zmniejszaniu dużych dawek leków.10

Pacjenci z astmą ciężką nie odpowiadają na standardowe leczenie, takie jak kortykosteroidy.11 Mają bardziej nasilone i uporczywe objawy, takie jak duszność czy ból w klatce piersiowej, niż osoby z innymi postaciami astmy, a także większe ryzyko wystąpienia chorób współistniejących, m.in. otyłości, bezdechu sennego czy zaburzeń lękowo-depresyjnych.12   

Astmę ciężką można skutecznie i bezpiecznie leczyć terapią biologiczną.13 Leczenie biologiczne poprawia także stan emocjonalny i psychologiczny pacjentów – stosowanie terapii przynoszącej realną poprawę łagodzi objawy, przywraca możliwość normalnego funkcjonowania i redukuje towarzyszący chorobie lęk. Poprawa stanu pacjentów pozytywnie wpływa również na ich najbliższych.14

To nie jedyna korzyść wynikająca z leczenia biologicznego. Pacjenci wskazują między innymi na brak konieczności częstych wizyt w szpitalu, co pozwala zaoszczędzić czas i przeznaczyć go np. na pracę lub opieką nad dziećmi; lepsze samopoczucie wynikające z większej ilością czasu dla siebie i rodziny; brak konieczności korzystania ze zwolnień lekarskich lub urlopu na wizyty w szpitalu związane z przyjęciem leku; większe poczucie większej kontroli nad chorobą i własnym życiem w bezpiecznych warunkach domowych, a także duże oszczędności finansowe związane z ograniczeniem absencji w pracy.15  

Jednak w  Polsce tylko niewielki odsetek chorych na astmę ciężką otrzymuje terapie biologiczne w ramach programu lekowego B.44 Narodowego Funduszu Zdrowia.16

Dlatego tak ważne jest pogłębianie wiedzy na temat astmy ciężkiej oraz wszystkich dostępnych metod leczenia. Wczesna diagnoza, właściwie dobrana terapia oraz dobra współpraca między pacjentem a lekarzem mogą znacząco poprawić jakości życia osób zmagających się z jej ciężką postacią, zwiększyć ich poczucie bezpieczeństwa i ograniczyć strach, którego tak często doświadczają.

Źródło: Newseria

Do 2050 roku zachorowalność na raka na całym świecie wzrośnie o 66,7 proc., a liczba nowych przypadków wyniesie blisko 35 mln. W Europie ma ona wzrosnąć o 19,2 proc., do poziomu 5,16 mln – wynika z najnowszych prognoz Międzynarodowej Agencji Badań nad Rakiem (IARC). Eksperci podkreślają, że wśród czynników ryzyka znajdują się m.in. wiek i styl życia, a edukacja zdrowotna powinna być obowiązkowym przedmiotem nauczanym w szkole.

– Dane Międzynarodowej Agencji Badań nad Rakiem sugerują, że w ciągu kolejnych dekad będziemy mieli lawinowy wzrost zachorowalności na nowotwory złośliwe w całej Europie. Jest to sygnał dla osób, które projektują systemy opieki zdrowotnej w Europie, aby podjąć to wyzwanie – mówi w rozmowie z agencją Newseria dr hab. n. med. Paweł Koczkodaj, kierownik Pracowni Prewencji Pierwotnej i Polityki Zdrowotnej w Zakładzie Epidemiologii i Prewencji Pierwotnej Nowotworów Narodowego Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie – Państwowego Instytutu Badawczego.

W Europie do 2024 roku zdiagnozowano 4,33 mln nowotworów. Do 2050 roku ta liczba ma wzrosnąć o 833 tys. i tym samym osiągnąć poziom 5,16 mln. Tak wynika z najnowszych danych IARC.

– Coraz częściej mówimy o tym, że coraz więcej osób choruje na nowotwory złośliwe. Powinniśmy pamiętać o tym, że nadal ich najsilniejszym czynnikiem ryzyka pozostaje rosnący wiek. Jesteśmy na progu zjawiska, które nazywa się silver tsunami. Widzimy, że populacja europejska i Polski bardzo szybko się starzeje. Obserwujemy taką zależność wykładniczą, że jest coraz więcej przypadków zachorowań, co nie znaczy, że w młodszych grupach ryzyka ich nie ma – tłumaczy dr hab. n. med. Paweł Koczkodaj.

Jak podaje Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), częstość występowania nowotworów gwałtownie rośnie wraz z wiekiem, najprawdopodobniej z powodu kumulacji narażenia na czynniki ryzyka. Wiąże się to z tendencją do zmniejszania się skuteczności mechanizmów naprawy komórkowej.

– Na przykładzie raka jelita grubego widać, że coraz więcej młodych osób choruje. Powstaje więc naturalne pytanie, dlaczego tak się dzieje? Mamy tutaj kilka odpowiedzi. Jedną z nich jest to, że rak jelita grubego jest bardzo mocno związany z naszym stylem życia, który, w szczególności w środowiskach wysoko zurbanizowanych czy w populacjach wysoko rozwiniętych, pozostawia wiele do życzenia – wyjaśnia ekspert Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie – Państwowego Instytutu Badawczego.

W Europie do 2024 roku zdiagnozowano 328,5 tys. nowotworów jelita grubego, a liczba ta do 2050 roku ma wzrosnąć o 27,1 proc., do 417,7 tys.

– Mówimy tutaj przede wszystkim o nadwadze i otyłości. Podwyższone BMI jest bardzo silnym czynnikiem, który zwiększa ryzyko zachorowania na raka jelita grubego. Do tego rosnące spożycie alkoholu czy palenie papierosów, narażenie na działanie dymu tytoniowego. Dieta ubogoresztkowa, czyli wysoko przetworzona, zawierająca mięso czerwone oraz wysoko przetworzone – peklowane, wędzone czy solone, powoduje, że w młodszych grupach wiekowych również w przypadku tego rodzaju nowotworu możemy mówić o wzrostach – podkreśla dr hab. n. med. Paweł Koczkodaj.

Jak podaje WHO, rak jelita grubego często nie daje żadnych objawów lub są one łagodne we wczesnym stadium. Gdy się pojawią, mogą obejmować m.in. biegunkę, zaparcia lub zwężenie stolca, krew w stolcu, skurcze brzucha, ból lub wzdęcia, które nie ustępują, niewyjaśnioną nagłą utratę wagi bez podejmowania żadnych starań, uporczywe zmęczenie czy też niedokrwistość.

– Generalnie rosnący wiek nadal pozostaje decydującym czynnikiem, który zwiększa ryzyko występowania chorób nowotworowych, w tym złośliwych. Często też możemy przeczytać w literaturze, że wczesne zachorowania w najmłodszych grupach wiekowych są związane z genetycznym obciążeniem, więc dla większości z nas zagrożenie niestety wzrasta wraz z wiekiem – zaznacza ekspert Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie – Państwowego Instytutu Badawczego.

Z ostatnich dostępnych danych Krajowego Rejestru Nowotworów wynika, że w 2023 roku w Polsce zdiagnozowano 192 922 przypadków nowotworów złośliwych, w tym 96 925 u mężczyzn i 95 997 u kobiet.

– Jeżeli popatrzymy na dane epidemiologiczne, które dotyczą Polski, widzimy, że tzw. duża trójka nowotworów wśród obydwu płci pozostaje mniej więcej taka sama w ostatnich latach. Jeżeli chodzi o mężczyzn, to na pierwszym miejscu mamy raka gruczołu krokowego, czyli raka prostaty. Następnie raka płuca i jelita grubego. Wśród kobiet na pierwszym miejscu jest rak piersi, następnie płuca i jelita grubego – podkreśla dr hab. n. med. Paweł Koczkodaj.

W 2023 roku na nowotwór złośliwy gruczołu krokowego zachorowało 23 710 Polaków. Rok wcześniej było to 21,5 tys., a dwa lata wcześniej nieco ponad 18 tys.

– Jeżeli chodzi o raka gruczołu krokowego, to wykazuje on największą dynamikę zachorowań. Widzimy bardzo duży przyrost. Natomiast rak piersi to jest ten nowotwór, o którym mówimy już bardzo dużo i jest to najczęstszy nowotwór na świecie, niezależnie od płci. To też jest przedmiotem dużego zmartwienia osób, które zajmują się prewencją chorób nowotworowych – zaznacza ekspert Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie – Państwowego Instytutu Badawczego.

U 21,7 tys. Polek w 2023 roku wykryto nowotwór piersi. W 2022 roku było to 22 tys. przypadków, a w 2021 roku  21,3 tys. 

– W przypadku raka piersi wiemy, że mamy pewną listę czynników ryzyka, które predysponują kobietę do zachorowania. Światowa Organizacja Zdrowia podkreśla, że w przypadku ponad 50 proc. zachorowań nie możemy zidentyfikować czynników ryzyka modyfikowalnych, poza dwoma, które są niemodyfikowalne, czyli płeć żeńska oraz wiek powyżej 40. roku życia. Prewencja wtórna, czyli mammografia, odgrywa tutaj kluczowe znaczenie – podkreśla dr hab. n. med. Paweł Koczkodaj.

WHO szacuje, że  w 2024 roku na świecie zdiagnozowano raka piersi u 2,4 mln kobiet i odnotowano 694 tys. zgonów. Występuje w każdym kraju na świecie u kobiet w każdym wieku po okresie dojrzewania, ale jego częstość wzrasta w późniejszym wieku. 

– Zachorowania wśród osób młodych często są związane z mutacjami genetycznymi, natomiast dla większości populacji ze środowiskiem, w którym żyjemy, i z czynnikami modyfikowalnymi. Edukacja zdrowotna jest podstawą i ona powinna rzeczywiście zaistnieć. Nie lubię tego określenia, że powinna być obowiązkowa. Ona powinna być naturalnym elementem programu w szkołach – uważa ekspert Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie – Państwowego Instytutu Badawczego.

Źródło: Newseria

Starzenie się organizmu ma związek m.in. ze stanami zapalnymi, skróceniem telomerów, uszkodzeniami mitochondriów czy zaburzeniami odżywiania komórek. Otyłość przyspiesza liczne spośród tych procesów – wynika z przeglądu badań.

Otyłość nie tylko utrudnia życia i pogarsza bieżące zdrowie, ale też aktywnie przyspiesza proces starzenia się organizmu – twierdzą naukowcy z Sichuan University i innych ośrodków z Chin, autorzy przeglądu badań opublikowanego w piśmie „Genes & Diseases”.

Publikacja po pierwsze wskazuje, że starzenie się jest napędzane przez liczne procesy biologiczne, m.in. przewlekły stan zapalny, skracanie telomerów, zaburzenia funkcjonowania mitochondriów, niestabilność genomu, zaburzenia homeostazy białek, wyczerpywanie się puli komórek macierzystych oraz zaburzenia wykrywania składników odżywczych.

Otyłość, jak informują naukowcy, wydaje się nasilać wiele z tych procesów, co sugeruje, że może przyspieszać biologiczne starzenie się, a nie tylko niezależnie zwiększać ryzyko chorób.

Podkreślają, że jeden z najsilniejszych związków dotyczy chronicznych, słabych stanów zapalnych. Wynikają one z tego, że do tkanki tłuszczowej naciekają komórki układu odpornościowego, produkujące cytokiny prozapalne. Powoduje to z kolei przewlekły stan zapalny w całym organizmie, sprzyjający insulinooporności, zaburzeniom metabolicznym, chorobom sercowo-naczyniowym i uszkodzeniom tkanek. Przypomina to przewlekły stan zapalny związany z naturalnym starzeniem się – wyjaśniają eksperci.

Dowody naukowe wskazują przy tym, że utrata wagi może osłabić wspomniane szkodliwe procesy.

Według naukowców pozytywne zmiany stylu życia, takie jak ograniczenie kalorii w diecie i zwiększenie ilości aktywności fizycznej, a także leczenie farmakologiczne i chirurgia bariatryczna, wiążą się z poprawą funkcjonowania metabolicznego oraz obniżeniem poziomu biologicznych markerów związanych ze starzeniem.

Badacze omawiają także nowoczesne leki przeciw otyłości, w tym liraglutyd, semaglutyd, tirzepatyd i orlistat, pod kątem ich potencjalnego wpływu na wydłużenie życia w zdrowiu. Mają one zmniejszać stan zapalny, poprawiać funkcjonowanie mitochondriów, zwiększać aktywności wydłużającej telomery telomerazy i ograniczać stresu oksydacyjnego.

Źródło: Nauka w Polsce

Niewydolność serca dotyka już ponad 60 milionów ludzi na świecie i należy do najczęstszych przyczyn hospitalizacji osób po 65. roku życia. Choć kojarzona jest głównie z zaawansowaną chorobą kardiologiczną, rozwija się przez wiele lat, często bezobjawowo. Eksperci przekonują, że właśnie dlatego kluczowe znaczenie ma profilaktyka podejmowana na długo przed pojawieniem się pierwszych symptomów.

Na łamach European Heart Journal ukazało się kompleksowe opracowanie poświęcone zapobieganiu niewydolności serca. Autorzy podsumowali aktualną wiedzę na temat czynników ryzyka, skutecznych działań profilaktycznych oraz metod identyfikacji osób szczególnie narażonych na rozwój tego schorzenia.

Choroba, która zaczyna się dużo wcześniej

Niewydolność serca nie jest pojedynczą chorobą, lecz zespołem objawów wynikających z niezdolności serca do efektywnego pompowania krwi. Najczęściej jest konsekwencją trwających przez lata procesów chorobowych i może rozwijać się długo, zanim pacjent odczuje pierwsze dolegliwości.

– Niewydolność serca jest jednym z najczęstszych powikłań chorób sercowo-naczyniowych i stanowi istotną przyczynę hospitalizacji oraz przedwczesnej śmiertelności. Starzenie się społeczeństw oraz rosnąca częstość występowania otyłości, cukrzycy i nadciśnienia tętniczego sprawiają, że liczba chorych stale wzrasta. Dlatego działania zapobiegawcze mają dziś kluczowe znaczenie zarówno dla zdrowia pacjentów, jak i dla wydolności systemów ochrony zdrowia – podkreśla prof. Izabella Uchmanowicz, dziekan Wydziału Pielęgniarstwa i Położnictwa UMW.

Profilaktyka zamiast leczenia skutków

Przez lata działania związane z niewydolnością serca koncentrowały się przede wszystkim na leczeniu osób, u których choroba już wystąpiła. Autorzy publikacji wskazują, że równie ważne jest wcześniejsze rozpoznawanie zagrożenia i zapobieganie rozwojowi schorzenia.

– Największe znaczenie mają działania ukierunkowane na modyfikację czynników ryzyka: regularna aktywność fizyczna, zdrowa dieta, utrzymanie prawidłowej masy ciała oraz unikanie palenia tytoniu. Coraz więcej dowodów wskazuje także na znaczenie indywidualizacji profilaktyki oraz wczesnego wdrażania skutecznych terapii u osób z grup wysokiego ryzyka – mówi prof. Uchmanowicz.

Współczesna profilaktyka nie ogranicza się przy tym wyłącznie do zmiany stylu życia. Coraz większe znaczenie mają także nowoczesne terapie farmakologiczne, które mogą chronić serce jeszcze przed pojawieniem się pierwszych objawów niewydolności. Dotyczy to szczególnie osób z cukrzycą typu 2 oraz przewlekłą chorobą nerek, należących do grup najbardziej narażonych na rozwój choroby.

Niewydolność serca nie zaczyna się w gabinecie kardiologa

Przez wiele lat organizm może skutecznie maskować skutki rozwijających się chorób przewlekłych. Pacjent funkcjonuje normalnie, nie odczuwa bólu ani duszności i często nie postrzega siebie jako osoby zagrożonej chorobą serca. Tymczasem właśnie wtedy mogą zachodzić zmiany, które po latach doprowadzą do niewydolności serca.

Szczególna rola przypada więc podstawowej opiece zdrowotnej, która umożliwia wieloletnią obserwację stanu zdrowia pacjenta i odpowiednio wczesną reakcję na niekorzystne zmiany.

– Podstawowa opieka zdrowotna ma ogromne znaczenie, ponieważ to właśnie lekarz rodzinny najczęściej jako pierwszy rozpoznaje i długofalowo monitoruje czynniki ryzyka prowadzące do niewydolności serca, takie jak nadciśnienie tętnicze, cukrzyca, otyłość, zaburzenia lipidowe czy przewlekła choroba nerek – mówi prof. Donata Kurpas z Katedry Pielęgniarstwa Wydziału Pielęgniarstwa i Położnictwa UMW.

Profilaktyka nie sprowadza się przy tym do recept i kolejnych badań. Istotne są także codzienne nawyki dotyczące ruchu, snu, odżywiania czy radzenia sobie ze stresem. To właśnie suma decyzji podejmowanych przez wiele lat może wpływać na kondycję układu sercowo-naczyniowego.

Najlepszy moment na działanie? Zanim pojawią się objawy

Jednym z najważniejszych wniosków płynących z publikacji jest znaczenie bardzo wczesnej profilaktyki. Największe możliwości zapobiegania niewydolności serca pojawiają się bowiem jeszcze wtedy, gdy człowiek nie odczuwa żadnych dolegliwości.

– Szczególnie ważna jest edukacja osób, które czują się zdrowe, ale mają już czynniki ryzyka, ponieważ właśnie wtedy możemy najwięcej zmienić. Z perspektywy opieki zintegrowanej profilaktyka niewydolności serca powinna zaczynać się nie dopiero w poradni kardiologicznej, lecz znacznie wcześniej – w POZ, w ramach edukacji zdrowotnej, w środowisku lokalnym i codziennych decyzjach, które wspierają zdrowie serca przez całe życie – podkreśla prof. Kurpas.

Takie podejście stoi również za akcją „Trzymamy Ciśnienie”, realizowaną przez Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu. Jej celem jest zwrócenie uwagi na problem, który przez lata może pozostawać niezauważony. Nadciśnienie tętnicze nie boli, ale pozostaje jednym z najważniejszych czynników prowadzących do chorób układu krążenia.

Współczesna medycyna coraz skuteczniej pozwala identyfikować osoby szczególnie narażone na rozwój niewydolności serca. Nawet najbardziej zaawansowane technologie nie zmieniają jednak podstawowej zasady: o kondycję serca warto dbać każdego dnia i reagować na czynniki ryzyka jeszcze wtedy, gdy nie pojawiły się niepokojące objawy.

Jak zmniejszyć ryzyko niewydolności serca?

Materiał powstał na podstawie artykułu: Prevention of heart failure: A scientific statement of the Heart Failure Association, the European Association of Preventive Cardiology, and the Association of Cardiovascular Nursing & Allied Professions of the ESC, and the ESC Council on Hypertension

Źródło: inf pras

Niewydolność serca dotyka już ponad 60 milionów ludzi na świecie i należy do najczęstszych przyczyn hospitalizacji osób po 65. roku życia. Choć najczęściej kojarzy się z zaawansowaną chorobą kardiologiczną, w rzeczywistości może rozwijać się przez wiele lat, początkowo nie powodując wyraźnych objawów. Autorzy nowego stanowiska naukowego opublikowanego w „European Heart Journal” przekonują, że właśnie dlatego profilaktyka może być jednym z najskuteczniejszych sposobów ograniczenia rosnącej liczby zachorowań.

Dokument przygotowany przez ekspertów kilku struktur Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego jest jednym z najbardziej kompleksowych opracowań poświęconych pierwotnemu zapobieganiu niewydolności serca. Podsumowuje aktualną wiedzę na temat czynników ryzyka, możliwości ich ograniczania oraz metod identyfikowania osób, u których choroba może rozwinąć się w przyszłości.

Wśród współautorek stanowiska znalazły się prof. Izabella Uchmanowicz i prof. Donata Kurpas z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Choroba, która zaczyna się znacznie wcześniej

Niewydolność serca nie jest pojedynczą chorobą, lecz zespołem objawów wynikających z niezdolności serca do efektywnego pompowania krwi lub z konieczności pracy przy nieprawidłowo wysokich ciśnieniach wewnątrz jego jam.

Najczęściej jest końcowym etapem procesów chorobowych trwających przez wiele lat. Do jej rozwoju mogą prowadzić między innymi nadciśnienie tętnicze, cukrzyca, otyłość, choroba wieńcowa, przewlekła choroba nerek oraz migotanie przedsionków.

Przez długi czas organizm może skutecznie kompensować zachodzące zmiany. Pacjent nie odczuwa jeszcze duszności, obrzęków czy wyraźnego pogorszenia tolerancji wysiłku, ale serce i naczynia są stopniowo uszkadzane.

– Niewydolność serca jest jednym z najczęstszych powikłań chorób sercowo-naczyniowych i stanowi istotną przyczynę hospitalizacji oraz przedwczesnej śmiertelności. Starzenie się społeczeństw oraz rosnąca częstość występowania otyłości, cukrzycy i nadciśnienia tętniczego sprawiają, że liczba chorych stale wzrasta. Dlatego działania zapobiegawcze mają dziś kluczowe znaczenie zarówno dla zdrowia pacjentów, jak i dla wydolności systemów ochrony zdrowia – podkreśla prof. Izabella Uchmanowicz z Katedry Pielęgniarstwa Wydziału Pielęgniarstwa i Położnictwa Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

W Europie z niewydolnością serca żyje ponad 14 milionów osób. Każdego roku rozpoznaje się około 2,5 miliona nowych przypadków, a liczba hospitalizacji związanych z chorobą sięga około 2,2 miliona rocznie.

Profilaktyka zamiast leczenia skutków

Przez wiele lat działania związane z niewydolnością serca koncentrowały się głównie na leczeniu pacjentów, u których choroba już wystąpiła. Autorzy nowego stanowiska wskazują jednak, że największy potencjał tkwi w zapobieganiu jej rozwojowi oraz odpowiednio wczesnym rozpoznawaniu osób szczególnie zagrożonych.

Podstawą pozostaje ograniczanie modyfikowalnych czynników ryzyka. Regularna aktywność fizyczna, zdrowe odżywianie, utrzymywanie prawidłowej masy ciała, niepalenie tytoniu oraz ograniczenie spożycia alkoholu mogą zmniejszać prawdopodobieństwo przyszłych problemów z sercem.

Równie ważne jest skuteczne leczenie nadciśnienia tętniczego, cukrzycy, zaburzeń lipidowych i przewlekłej choroby nerek. To właśnie te schorzenia, często występujące jednocześnie, mogą przez lata prowadzić do niekorzystnych zmian w mięśniu sercowym.

– Największe znaczenie mają działania ukierunkowane na modyfikację czynników ryzyka: regularna aktywność fizyczna, zdrowa dieta, utrzymanie prawidłowej masy ciała oraz unikanie palenia tytoniu. Coraz więcej dowodów wskazuje także na znaczenie indywidualizacji profilaktyki oraz wczesnego wdrażania skutecznych terapii u osób z grup wysokiego ryzyka – mówi prof. Uchmanowicz.

Nadciśnienie jednym z głównych czynników ryzyka

Szczególne miejsce w stanowisku ekspertów zajmuje nadciśnienie tętnicze, uznawane za jeden z najważniejszych czynników prowadzących do niewydolności serca.

Długotrwale podwyższone ciśnienie zmusza serce do intensywniejszej pracy. Z czasem może prowadzić do przerostu lewej komory, jej sztywności, zaburzeń napełniania i kurczliwości oraz stopniowego rozwoju niewydolności.

Autorzy publikacji przywołują dane wskazujące, że każde zwiększenie ciśnienia skurczowego o 5 mmHg wiąże się ze wzrostem ryzyka niewydolności serca. Z kolei skuteczna redukcja ciśnienia może istotnie obniżyć prawdopodobieństwo jej rozwoju.

Dlatego kontrola ciśnienia nie jest jedynie sposobem zapobiegania udarowi czy zawałowi. Jest także jednym z podstawowych elementów profilaktyki niewydolności serca.

Takie myślenie stoi również za akcją „Trzymamy Ciśnienie”, realizowaną przez Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu. Jej celem jest zwrócenie uwagi na chorobę, która przez wiele lat może nie powodować dolegliwości, ale stopniowo zwiększa ryzyko poważnych powikłań sercowo-naczyniowych.

Nowoczesna profilaktyka to także odpowiednio dobrane leczenie

Współczesna profilaktyka niewydolności serca nie ogranicza się już wyłącznie do zaleceń dotyczących diety, ruchu i zaprzestania palenia.

Coraz więcej dowodów wskazuje, że niektóre leki stosowane u pacjentów z cukrzycą, przewlekłą chorobą nerek lub otyłością mogą zmniejszać ryzyko hospitalizacji z powodu niewydolności serca albo opóźniać jej rozwój.

Szczególne znaczenie mają inhibitory SGLT2. W dużych badaniach klinicznych zmniejszały one ryzyko hospitalizacji z powodu niewydolności serca u osób z cukrzycą typu 2, chorobami układu sercowo-naczyniowego i przewlekłą chorobą nerek.

Autorzy dokumentu zwracają także uwagę na rolę agonistów receptora GLP-1 oraz finerenonu u wybranych pacjentów z zaburzeniami metabolicznymi i chorobą nerek.

Nie oznacza to jednak, że leki te powinny być stosowane samodzielnie lub wyłącznie w celu zapobiegania niewydolności serca. Ich dobór musi wynikać z całościowej oceny stanu zdrowia pacjenta, współistniejących chorób i indywidualnego ryzyka.

Niewydolność serca nie zaczyna się w gabinecie kardiologa

Przez wiele lat pacjent z nadciśnieniem, cukrzycą, otyłością czy chorobą nerek może nie mieć żadnych objawów sugerujących rozwijającą się niewydolność serca. Z tego powodu ogromna część profilaktyki odbywa się poza poradniami specjalistycznymi.

Kluczową rolę pełni podstawowa opieka zdrowotna. Lekarz rodzinny często obserwuje pacjenta przez wiele lat i może zauważyć stopniowe pogarszanie się kontroli ciśnienia, wzrost masy ciała, nieprawidłowe wyniki badań laboratoryjnych czy rozwój kolejnych chorób przewlekłych.

– Podstawowa opieka zdrowotna ma ogromne znaczenie, ponieważ to właśnie lekarz rodzinny najczęściej jako pierwszy rozpoznaje i długofalowo monitoruje czynniki ryzyka prowadzące do niewydolności serca, takie jak nadciśnienie tętnicze, cukrzyca, otyłość, zaburzenia lipidowe czy przewlekła choroba nerek – mówi prof. Donata Kurpas z Katedry Pielęgniarstwa Wydziału Pielęgniarstwa i Położnictwa Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Profilaktyka nie sprowadza się przy tym wyłącznie do wystawienia recepty czy skierowania na kolejne badania. Często zaczyna się od rozmowy o codziennych nawykach: ilości ruchu, diecie, śnie, stosowaniu używek, stresie oraz regularnym przyjmowaniu zaleconych leków.

Najlepszy moment na działanie? Zanim pojawią się objawy

Jednym z najważniejszych wniosków stanowiska jest to, że największe możliwości zapobiegania niewydolności serca pojawiają się wtedy, gdy pacjent czuje się jeszcze zdrowy.

Nadciśnienie tętnicze, nadwaga, siedzący tryb życia, nieprawidłowe stężenie glukozy czy pogarszająca się funkcja nerek przez długi czas mogą nie wywoływać wyraźnych dolegliwości. Nie oznacza to jednak, że pozostają obojętne dla układu krążenia.

– Szczególnie ważna jest edukacja osób, które czują się zdrowe, ale mają już czynniki ryzyka, ponieważ właśnie wtedy możemy najwięcej zmienić. Z perspektywy opieki zintegrowanej profilaktyka niewydolności serca powinna zaczynać się nie dopiero w poradni kardiologicznej, lecz znacznie wcześniej – w POZ, w ramach edukacji zdrowotnej, w środowisku lokalnym i codziennych decyzjach, które wspierają zdrowie serca przez całe życie – podkreśla prof. Kurpas.

Eksperci wskazują, że właściwa profilaktyka powinna łączyć działania podejmowane przez pacjenta, podstawową opiekę zdrowotną i specjalistów. W zależności od występujących obciążeń może wymagać współpracy lekarzy rodzinnych, kardiologów, diabetologów, nefrologów, dietetyków, fizjoterapeutów i pielęgniarek.

Nie tylko dieta, ruch i ciśnienie

Nowe stanowisko zwraca uwagę również na czynniki, które dotychczas rzadziej pojawiały się w rozmowach o zapobieganiu niewydolności serca.

Należą do nich między innymi przewlekłe narażenie na zanieczyszczenie powietrza, infekcje układu oddechowego, niektóre terapie przeciwnowotworowe, zaburzenia oddychania podczas snu, używanie substancji psychoaktywnych oraz uwarunkowania społeczno-ekonomiczne.

Autorzy wskazują, że ubóstwo, brak bezpieczeństwa żywnościowego, izolacja społeczna i utrudniony dostęp do opieki mogą ograniczać możliwości zdrowego odżywiania, regularnej aktywności i właściwego leczenia chorób przewlekłych.

Dokument opisuje również czynniki charakterystyczne dla kobiet. Wczesna menopauza, powikłania nadciśnieniowe ciąży, nawracające utraty ciąż czy endometrioza mogą wiązać się ze zwiększonym ryzykiem niewydolności serca w późniejszym życiu. Historia zdrowia reprodukcyjnego powinna więc być uwzględniana podczas całościowej oceny ryzyka sercowo-naczyniowego.

Leczenie onkologiczne może wymagać szczególnej ochrony serca

Osobną grupę stanowią pacjenci leczeni z powodu choroby nowotworowej. Niektóre rodzaje chemioterapii i radioterapii mogą uszkadzać mięsień sercowy i zwiększać prawdopodobieństwo rozwoju niewydolności.

Eksperci podkreślają znaczenie oceny ryzyka sercowo-naczyniowego jeszcze przed rozpoczęciem leczenia onkologicznego. Istotne są także właściwa kontrola ciśnienia, cukrzycy i masy ciała, zaprzestanie palenia oraz regularne monitorowanie funkcji serca w trakcie terapii.

U osób szczególnie narażonych mogą być rozważane dodatkowe strategie kardioprotekcyjne, jednak ich zastosowanie powinno być indywidualnie ustalane przez zespół prowadzący leczenie.

Badania mogą pomóc rozpoznać ryzyko wcześniej

W ocenie zagrożenia niewydolnością serca coraz większe znaczenie mogą mieć nie tylko klasyczne czynniki, takie jak ciśnienie tętnicze, masa ciała, glikemia i funkcja nerek, lecz także wybrane biomarkery.

W stanowisku wymieniono między innymi peptydy natriuretyczne BNP i NT-proBNP, wysokoczułe troponiny sercowe, wskaźnik albumina–kreatynina w moczu oraz wysokoczułe białko C-reaktywne.

Nie są to jednak badania przesiewowe przeznaczone automatycznie dla wszystkich zdrowych osób. Ich wykorzystanie powinno zależeć od indywidualnego profilu ryzyka i decyzji lekarza.

Pomocne mogą być również specjalne modele służące do przewidywania prawdopodobieństwa rozwoju niewydolności serca. Autorzy dokumentu omawiają między innymi skale PCP-HF, PREVENT i europejską SCORE2-HF. Narzędzia te nie zastępują oceny klinicznej, ale mogą pomóc wyłonić osoby wymagające bardziej intensywnej profilaktyki.

Profilaktyka zaczyna się przed wystąpieniem objawów

Najważniejszy wniosek płynący z nowego stanowiska ekspertów jest jednoznaczny: niewydolności serca nie należy postrzegać wyłącznie jako schorzenia wymagającego leczenia, ale przede wszystkim jako chorobę, której w wielu przypadkach można skutecznie zapobiegać. Warunkiem jest odpowiednio wczesne rozpoznanie czynników ryzyka, ich skuteczne leczenie oraz regularna ocena stanu zdrowia osób szczególnie narażonych. Choć nie wszystkim przypadkom niewydolności serca można zapobiec, takie postępowanie może znacząco ograniczyć liczbę zachorowań, hospitalizacji i przedwczesnych zgonów.

Źródła: Piepoli M. i wsp. Prevention of heart failure: A scientific statement of the Heart Failure Association, the European Association of Preventive Cardiology, and the Association of Cardiovascular Nursing & Allied Professions of the ESC, and the ESC Council on Hypertension. „European Heart Journal”, 2026; ehag362.
Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu. Niewydolność serca, 30 czerwca 2026.

Komisja Europejska zatwierdziła doustny semaglutyd do leczenia dorosłych z otyłością oraz nadwagą współistniejącą z co najmniej jedną chorobą związaną z nadmierną masą ciała. To pierwszy agonista receptora GLP-1 w postaci tabletki dopuszczony w Unii Europejskiej do leczenia otyłości. Decyzję oparto na wynikach programu badań klinicznych OASIS, w których wykazano istotną klinicznie redukcję masy ciała przy zachowaniu profilu bezpieczeństwa zgodnego z dotychczasowymi doświadczeniami dotyczącymi semaglutydu.

Komisja Europejska zatwierdziła również wyższą dawkę preparatu Wegovy® 7,2 mg w postaci gotowego do użycia jednorazowego wstrzykiwacza.

Otyłość pozostaje jedną z największych chorób przewlekłych XXI wieku

Otyłość jest przewlekłą chorobą o złożonej etiologii, która zwiększa ryzyko rozwoju wielu poważnych schorzeń, w tym cukrzycy typu 2, nadciśnienia tętniczego, chorób sercowo-naczyniowych, obturacyjnego bezdechu sennego oraz niektórych nowotworów. Jej leczenie obejmuje zmianę stylu życia, wsparcie behawioralne, farmakoterapię, a u części chorych również leczenie bariatryczne.

Agoniści receptora GLP-1 w ostatnich latach stali się jednym z najważniejszych elementów farmakoterapii otyłości. Dotychczas leki z tej grupy stosowane w tym wskazaniu były dostępne przede wszystkim w postaci iniekcji podskórnych. Zatwierdzenie doustnej postaci semaglutydu oznacza pojawienie się nowej opcji terapeutycznej dla osób preferujących leczenie niewymagające wykonywania zastrzyków.

Dla jakich pacjentów przeznaczony jest lek?

Zgodnie z decyzją Komisji Europejskiej doustny semaglutyd może być stosowany u dorosłych:

Podobnie jak w przypadku innych terapii przeciwotyłościowych lek powinien być stosowany jako uzupełnienie diety o obniżonej kaloryczności oraz zwiększonej aktywności fizycznej, a nie jako ich zastępstwo.

Co wykazały badania OASIS?

Podstawą rejestracji był program badań klinicznych III fazy OASIS. Jednym z kluczowych badań było OASIS 4 – trwające 64 tygodnie badanie z udziałem 307 dorosłych z otyłością lub nadwagą i co najmniej jedną chorobą współistniejącą.

Uczestnicy otrzymujący doustny semaglutyd 25 mg, równolegle z interwencją dotyczącą stylu życia, osiągnęli średnio około 17-procentową redukcję masy ciała. W grupie placebo, również objętej zaleceniami dotyczącymi diety i aktywności fizycznej, średni spadek masy ciała wyniósł około 3%.

Około jedna trzecia osób leczonych doustnym semaglutydem uzyskała redukcję masy ciała wynoszącą co najmniej 20%.

Profil bezpieczeństwa zgodny z dotychczasowymi doświadczeniami

Według danych przedstawionych przez producenta profil bezpieczeństwa doustnego semaglutydu był zgodny z obserwowanym wcześniej dla jego postaci podskórnej.

Najczęściej zgłaszane działania niepożądane dotyczyły przewodu pokarmowego i były zbliżone do tych obserwowanych podczas leczenia innymi agonistami receptora GLP-1. Odsetek przerwania terapii z powodu działań niepożądanych był niewiele wyższy niż w grupie placebo (6,9% vs 5,9%).

Zatwierdzono również wyższą dawkę preparatu

Komisja Europejska wyraziła także zgodę na stosowanie preparatu Wegovy® 7,2 mg w jednorazowym, gotowym do użycia wstrzykiwaczu.

W badaniach klinicznych wyższa dawka wiązała się ze średnią redukcją masy ciała sięgającą około 21%. Dobór odpowiedniej dawki powinien jednak zawsze wynikać z indywidualnej oceny klinicznej oraz obowiązujących wskazań rejestracyjnych.

Co oznacza decyzja Komisji Europejskiej?

Dopuszczenie doustnego semaglutydu do obrotu oznacza, że lek może zostać wprowadzony na rynek we wszystkich państwach członkowskich Unii Europejskiej.

Nie oznacza to jednak automatycznej dostępności ani refundacji terapii w poszczególnych krajach. W Polsce ewentualne finansowanie leczenia będzie wymagało przejścia krajowych procedur refundacyjnych.

Eksperci podkreślają, że farmakoterapia stanowi jeden z elementów kompleksowego leczenia otyłości. Najlepsze efekty osiąga się, łącząc leczenie farmakologiczne z trwałą zmianą stylu życia, odpowiednim żywieniem, regularną aktywnością fizyczną oraz długoterminową opieką medyczną.

Źródła: Novo Nordisk. European Commission approves Wegovy® pill as first oral GLP-1 for weight management in the European Union. 15 lipca 2026.

Powtarzające się chudnięcie i ponowne przybieranie na wadze może prowadzić nie tylko do utraty i odzyskiwania tkanki tłuszczowej. Osoby doświadczające znacznych wahań masy ciała straciły w ciągu czterech lat niemal czterokrotnie więcej mięśni uda niż uczestnicy utrzymujący względnie stabilną wagę – wynika z badania opublikowanego w czasopiśmie „Radiology”. Naukowcy podkreślają, że podczas odchudzania konieczne jest zwracanie uwagi nie tylko na liczbę kilogramów, ale również na zachowanie zdrowej masy mięśniowej.

Badacze z University of California, San Francisco przeanalizowali dane 1433 osób w średnim i starszym wieku uczestniczących w Osteoarthritis Initiative – wieloletnim projekcie obejmującym osoby chorujące na chorobę zwyrodnieniową stawu kolanowego lub zagrożone jej rozwojem.

W czasie czteroletniej obserwacji część uczestników utrzymywała stosunkowo stabilną masę ciała. U innych dochodziło do powtarzających się spadków i wzrostów wagi, określanych jako cykle masy ciała lub potocznie efekt jo-jo.

Co istotne, analizą objęto osoby, których masa ciała po czterech latach nie różniła się istotnie od wartości początkowej. Dzięki temu naukowcy mogli sprawdzić, czy sam przebieg zmian masy ciała ma znaczenie, nawet jeżeli ostateczny wynik na wadze pozostaje podobny.

Rezonans magnetyczny pokazał zmiany niewidoczne na wadze

Do oceny składu ciała wykorzystano obrazy rezonansu magnetycznego ud. Badacze, przy użyciu narzędzi opartych na sztucznej inteligencji, mierzyli objętość mięśni uda, ilość tłuszczu znajdującego się pomiędzy włóknami mięśniowymi oraz grubość tkanki tłuszczowej w okolicy kolana.

Analizowano obrazy wykonane na początku badania i po 48 miesiącach. W obliczeniach uwzględniono między innymi wiek, płeć, początkową wartość wskaźnika BMI, aktywność fizyczną, sposób odżywiania oraz inne czynniki zdrowotne.

Wyniki wykazały wyraźną różnicę pomiędzy obiema grupami. Osoby doświadczające cyklicznych zmian masy ciała straciły średnio około 3,7 proc. objętości mięśni uda. Wśród uczestników utrzymujących stabilną wagę spadek wyniósł około 1 proc.

Oznacza to, że w grupie z efektem jo-jo utrata mięśni była niemal czterokrotnie większa, mimo że po czterech latach uczestnicy obu grup ważyli mniej więcej tyle samo co na początku obserwacji.

Badanie nie wykazało natomiast istotnych różnic pomiędzy grupami pod względem zmian proporcji tłuszczu śródmięśniowego. Grubość tkanki tłuszczowej w okolicy kolana zwiększyła się w obu grupach, ale także w tym przypadku nie stwierdzono istotnej różnicy związanej z wahaniami wagi.

Utracone mięśnie nie zostały odbudowane

– Kiedy masa ciała uczestników wielokrotnie spadała i rosła, tracili oni wraz z tłuszczem ogromne ilości mięśni, których później nie odzyskiwali (tłum. red.) – powiedział prof. Thomas Link z UCSF, kierujący badaniem.

Jak podkreślił, wyniki pokazują, że ochrona mięśni podczas redukcji masy ciała ma znaczenie dla ogólnego stanu zdrowia.

W jednym z opisanych przez UCSF przykładów 62-letni uczestnik stracił w ciągu czterech lat 16 proc. objętości mięśni uda, mimo że jego BMI zmniejszyło się jedynie o 1,6 proc. Zmiana widoczna w badaniu rezonansu magnetycznego była więc znacznie większa, niż mogłaby sugerować sama masa ciała.

Autorzy zwracają uwagę, że taka utrata mięśni może mieć znaczenie dla sprawności, mobilności oraz zdrowia układu mięśniowo-szkieletowego, szczególnie u osób w średnim i starszym wieku.

Nie tylko liczba kilogramów

Zdaniem naukowców wyniki pokazują ograniczenia oceny skuteczności odchudzania wyłącznie na podstawie masy ciała lub BMI.

Osoba może po okresie chudnięcia i ponownego przybierania na wadze wrócić do punktu wyjścia pod względem liczby kilogramów, ale jej skład ciała może być inny. Część utraconej tkanki mięśniowej może nie zostać odbudowana, podczas gdy masa tłuszczowa powróci.

– Musimy lepiej zrozumieć, jak utrata masy ciała wpływa na organizm w sposób, którego nie pokazuje liczba na wadze (tłum. red.) – powiedział prof. Link.

Jak dodał, redukcja tkanki tłuszczowej jest tylko jednym z elementów szerszej układanki obejmującej także wpływ odchudzania na mięśnie, kości, stawy i rozwój choroby zwyrodnieniowej.

Co wyniki oznaczają w kontekście leków GLP-1?

Autorzy odnoszą wyniki do coraz powszechniejszego stosowania leków wspomagających redukcję masy ciała, w tym agonistów receptora GLP-1. Podkreślają, że wraz ze wzrostem liczby osób rozpoczynających i przerywających takie leczenie coraz większego znaczenia nabierze pytanie o wpływ kolejnych zmian masy ciała na skład organizmu.

Badania nie przeprowadzono jednak wśród osób przyjmujących leki GLP-1. Nie pozwala ono zatem ocenić, czy stosowanie, odstawianie lub ponowne włączanie tych preparatów prowadzi do podobnej utraty mięśni.

Wyników nie należy również interpretować jako dowodu, że leczenie farmakologiczne otyłości jest przyczyną zaniku masy mięśniowej. Badanie dotyczyło związku pomiędzy powtarzającymi się zmianami wagi a zmianami objętości mięśni, niezależnie od sposobu, w jaki uczestnicy tracili lub odzyskiwali kilogramy.

Zdaniem badaczy obserwacje te wskazują jednak, że w czasie skutecznego leczenia otyłości warto monitorować nie tylko spadek masy ciała, ale także skład organizmu i zachowanie tkanki mięśniowej.

Jak chronić mięśnie podczas odchudzania?

Publikacja nie była badaniem interwencyjnym i nie oceniano w niej konkretnych sposobów zapobiegania utracie mięśni. Nie można więc na jej podstawie wskazać jednego programu ćwiczeń ani sposobu żywienia, który gwarantowałby zachowanie masy mięśniowej.

Wyniki wspierają jednak potrzebę prowadzenia dalszych badań nad rolą treningu oporowego, odpowiedniej podaży białka i stopniowej redukcji masy ciała. Szczególnie ważne może być to u osób starszych oraz pacjentów narażonych na sarkopenię, czyli postępującą utratę masy, siły i sprawności mięśni.

Badanie nie dowodzi związku przyczynowego

Autorzy zaznaczają, że analiza miała charakter obserwacyjny. Wykazała związek pomiędzy wahaniami masy ciała a większą utratą mięśni, ale nie pozwala jednoznacznie stwierdzić, że to efekt jo-jo bezpośrednio spowodował obserwowane zmiany.

Uczestnikami były ponadto osoby chorujące na chorobę zwyrodnieniową kolana lub zagrożone jej rozwojem. Wyniki nie muszą więc w pełni odpowiadać zmianom zachodzącym w całej populacji.

Oceniano przede wszystkim objętość mięśni uda widoczną w badaniu rezonansu magnetycznego. Badanie nie pozwala bezpośrednio określić, w jakim stopniu zmiany te przełożyły się na siłę mięśni, sprawność fizyczną lub ryzyko upadków.

Mimo tych ograniczeń autorzy uważają, że utrzymanie masy mięśniowej powinno stać się ważnym elementem oceny bezpieczeństwa i skuteczności leczenia otyłości.

– Wraz z rosnącym wykorzystaniem skutecznych terapii redukujących masę ciała musimy zastanowić się, jak wszystkie te elementy łączą się ze sobą (tłum. red.) – podsumował prof. Link.

Źródła: Marth A.A., Joseph G.B., Ziegeler K. i wsp., „Association of Weight Cycling with MRI-based Thigh Muscle Quality and Knee-adjacent Obesity: Osteoarthritis Initiative Data”, „Radiology”, 2026, DOI: 10.1148/radiol.253988.
University of California, San Francisco, „It’s Not Just Fat, a Yo-Yo Diet Means Losing Healthy Muscle Too”, 21 lipca 2026 r.
News Medical Life Sciences, „Repeatedly losing and gaining weight may accelerate muscle loss”, 21 lipca 2026 r.