Medicalpress

Aż 66% Polaków ma zdiagnozowaną wadę wzroku, ale coroczne badania profilaktyczne wykonuje zaledwie 17% populacji – pokazują wyniki badania Huawei CBG Polska[. W konsekwencji co dziesiąta osoba ze zdiagnozowaną wadą nie wie, jak głębokie ma dioptrie, a zaniechania profilaktyczne zbiegają się z przewlekłymi symptomami – w ciągu ostatnich 12 miesięcy 32% Polaków doświadczyło suchości oczu, 31% ich pieczenia, 25% zamglonego widzenia, a 21% zaczerwienienia. Polacy ujawniają jednak wyraźny zwrot ku technologicznym rozwiązaniom, które chronią wzrok – blisko 60% badanych wybiera dziś smartfony lub tablety z matowym ekranem zamiast tradycyjnego ekranu błyszczącego.

Procesy biomechaniczne, które zachodzą wewnątrz aparatu wzrokowego ujawniają, jak różnie reagują oczy w zależności od budowy i rodzaju posiadanej wady wzroku. Badania wykazały, że struktura oraz skurcz mięśnia rzęskowego – który odpowiada bezpośrednio za akomodację i ogniskowanie obrazu – różnią się u osób z krótkowzrocznością w porównaniu do osób bez wady wzroku. Podczas ogniskowania wzroku na bliskich odległościach anatomicznie dłuższy i grubszy mięsień rzęskowy w oku krótkowzrocznym ulega silniejszemu skróceniu oraz mocniejszemu lokalnemu pogrubieniu niż w oku bez zaburzeń, co stawia aparat akomodacyjny osoby z wadą wzroku w stanie wyższego obciążenia mechanicznego podczas codziennego widzenia.

Astygmatyczna młodość i dalekowzroczna dojrzałość

Rozkład anomalii refrakcji Polaków ujawnia naturalne zróżnicowanie w zależności od wieku badanych. Najczęściej występującą wadą pozostaje krótkowzroczność, która dotyczy 36% ogółu społeczeństwa i kształtuje się na zbliżonym poziomie we wszystkich grupach wiekowych – od 33% u osób w wieku do 24 lat, przez 37% w grupie 25–34 lata oraz 34% u osób od 35 do 49 lat, aż do 38% wśród osób powyżej 50. roku życia.

Badanie wskazuje na wyższy odsetek występowania astygmatyzmu wśród młodszych respondentów. Wada ta dotyczy 21% Polaków, w tym 30% w grupie do 24 lat oraz 27% u osób w wieku 25–34 lata, podczas gdy u osób powyżej 50. roku życia wskaźnik ten wynosi 18%. Z kolei dalekowzroczność dotyczy 13% Polaków. Najczęściej występuje u osób po 50. roku życia (19%), wobec 11% w grupie do 24 roku życia, 7% w grupie 25–34 lata i 10% Polaków między 35. a 49. rokiem życia.

Brak zdiagnozowanej wady wzroku deklaruje 34% Polaków, przy czym najwyższy odsetek z nich znajduje się w grupie 35–49 lat (45%), a wśród osób powyżej 50 lat zdiagnozowaną wadę posiada 73% badanych.

Zdiagnozowani, ale nieświadomi dioptrii

Spośród osób z wadą wzroku najliczniejszą grupę stanowią osoby z wadą małą oraz umiarkowaną. Przedział od:

Najniższe wartości dioptrii (-0,49/ +0,49), wskazuje 4% osób.

W przypadku głębszych wad, zakres od:

Dużą wadę przekraczającą -5,0 lub +5,0 dioptrii posiada 8% Polaków.

Zjawiskiem, które świadczy o niedostatecznej świadomości w zakresie własnego zdrowia jest fakt, że aż 10% osób ze zdiagnozowaną wadą wzroku nie wie lub nie pamięta, jak głęboka jest ich dioptria.

Młode pokolenie poza kontrolą okulistów

Porównanie podejścia do profilaktyki wzroku w grupach wiekowych pokazuje luki z uwzględnieniem w szczególności najmłodszych dorosłych. W grupie osób do 24 roku życia aż 16% nigdy nie było u okulisty ani optometrysty, a kolejne 12% nie pamięta, kiedy odbyło taką wizytę. W grupie 25–34 lata 10% nigdy nie badało wzroku, a 9% nie pamięta wizyty, wśród osób w wieku 35–49 lat to odpowiednio 11% i 9%, natomiast wśród osób powyżej 50 roku życia 5% nigdy nie odwiedziło specjalisty, a 6% nie pamięta wizyty.

Zalecaną coroczną profilaktykę realizuje tylko 11% Polaków do 24. roku życia i 12% osób w wieku 25–34 lata. Dbałość o coroczne badania wzrasta jednak wraz z wiekiem, osiągając 14% w grupie 35–49 lat oraz 22% wśród osób powyżej 50. roku życia, co oznacza dwukrotnie większą odpowiedzialność w zakresie profilaktyki niż u najmłodszych dorosłych.

Świadomy wybór w ochronie wzroku

Codzienne korzystanie z cyfrowych wyświetlaczy ze zdiagnozowaną wadą wzroku wiąże się z dodatkowym obciążeniem ergonomicznym. Prawidłowa korekcja wady refrakcji ma istotne znaczenie podczas długotrwałej pracy przy ekranie. Nieskorygowana lub niedokorygowana wada refrakcji może przyczyniać się do występowania asthenopii, obejmującej m.in. zmęczenie i dyskomfort oczu oraz bóle głowy. W ciągu ostatnich 12 miesięcy aż 32% Polaków doświadczyło uczucia suchości oczu („piasek pod powiekami”), 31% zmagało się z ich pieczeniem, szczypaniem lub kłuciem oczu, 25% doświadczyło przejściowego niewyraźnego, zamglonego lub podwójnego widzenia, a 21% skarżyło się na zaczerwienienie oczu lub pękanie naczynek.

Badania przeprowadzone wśród użytkowników komputerów wskazują również, że nieprawidłowa korekcja astygmatyzmu może pogarszać komfort widzenia podczas pracy przy monitorze. Z tego względu osoby korzystające z ekranów powinny mieć aktualnie określoną wadę refrakcji i odpowiednio dobraną korekcję wzroku.

Odpowiedzią na te wyzwania stają się również nowoczesne rozwiązania technologiczne, takie jak matowe ekrany antyrefleksyjne z technologią PaperMatte, które redukują uciążliwe odbicia i zapewniają stonowany, miękki kontrast obrazu. Zastosowanie powłok, które rozpraszają światło eliminuje efekt lustra i sprzyja stabilności widzenia. Polacy dostrzegają zalety tego typu rozwiązań przy planowaniu zakupów nowego sprzętu. W przypadku zakupu komputera lub laptopa na ekran matowy zdecydowałoby się 61% badanych, przy wyborze smartfona wariant ten wskazuje 59% respondentów, a w przypadku tabletu – 57%. Matowy wyświetlacz pozostaje również najpopularniejszym wyborem przy zakupie konsoli – preferowałoby go 47% pytanych. Klasyczny ekran błyszczący wybiera natomiast jedynie od 10% do 15% badanych w zależności od kategorii urządzenia.

Połączenie technologii, która chroni wzrok z regularną kontrolą wady u okulisty lub optometrysty wspiera w minimalizowaniu skutków cyfrowego zmęczenia i dbaniu o dobrostan narządu wzroku.

Źródło: inf pras

Pierwsze w Polsce bezinwazyjne zabiegi leczenia jaskry z użyciem lasera femtosekundowego przeprowadzili specjaliści Samodzielnego Publicznego Klinicznego Szpitala Okulistycznego w Warszawie. To czwarty ośrodek na świecie wykonujący takie operacje.

Jest to kolejny przełom w polskiej okulistyce i ogromny sukces zespołu prof. Jacka P. Szaflika, dyrektora SPKSO w Warszawie – twierdzą lekarze placówki. Zaznaczają, że w zakupie technologii pomogły środki pozyskane z Unii Europejskiej. Nowego typu zabieg z użyciem lasera femtosekundowego przeznaczony jest dla pacjenta z jaskrą otwartego kąta przesączania, zarówno w stadium łagodnym, jak i zaawansowanym.  

Nowa technologa operacyjna o nazwie FLigHT (Femtosecond Laser, Image-Guided, High-precision Trabeculotomy) jest całkowicie bezinwazyjną (bez nacięć) metodą trabekulektomii z wykorzystaniem lasera femtosekundowego. 

Trabekulotomia to najczęstszy zabieg leczenia jaskry, polegający obniżeniu ciśnienia wewnątrzgałkowego, poprzez ułatwienie odpływu cieczy wodnistej z wnętrza oka (dzięki utworzeniu nowej drogi jej odpływu). W tym celu torowane jest połączenie między komorą przednią oka a przestrzenią pod spojówką. W górnej części gałki ocznej powstaje tzw. pęcherzyk filtracyjny, przez który swobodnie odpływa ciecz wodnista.

W dotychczasowych operacjach tego typu, takich jak tradycyjna trabekulektomia czy mniej inwazyjna chirurgia MIGS, konieczne jest fizyczne nacięcie oka i wprowadzenie narzędzi lub implantów. System z użyciem lasera femtosekundowego ViaLuxe całkowicie to zmienia. Przede wszystkim nie ma nacięć (Incision-free), ponieważ tego typu laser działa przez nienaruszoną, przezierną rogówkę. Okulista nie musi otwierać gałki ocznej ani aplikować żadnych stałych implantów drenażowych.

Laser femtosekundowy z ogromną dokładnością tworzy jedynie niewielki otwór (aperturę o wymiarach ok. 500×200 mikronów) w tzw. sieci beleczkowania (trabekulum). Otwiera to bezpośrednią drogę odpływu cieczy wodnistej z komory przedniej oka do kanału Schlemma, co obniża ciśnienie wewnątrzgałkowe.

Bardzo ważne jest też wykorzystanie w zabiegu zintegrowanego system obrazowania gonioskopowego oraz tomografii OCT o mikronowej precyzji. Dzięki temu lekarz widzi strukturę oka w czasie rzeczywistym w technologii High-Definition. Obrazowanie OCT pomaga lekarzowi dokładnie wybrać miejsce działania lasera, a ultrakrótkie impulsy pozwalają ograniczyć uszkodzenia sąsiednich tkanek. Technologia umożliwia dopasowanie lokalizacji i liczby kanałów odpływowych do anatomii oka danego pacjenta. 

Jak podkreślają specjaliści Samodzielnego Publicznego Klinicznego Szpitala Okulistycznego w Warszawie w informacji przekazanej PAP, po zabiegu FLigHT nie odnotowano poważnych zdarzeń niepożądanych związanych z procedurą, a badania obrazowe wykonane po dwóch latach wykazały drożność kanałów bez oznak ich zamknięcia lub bliznowacenia. W tej technice tkanka nie jest uszkadzana termicznie, a oko nie jest otwierane, ryzyko infekcji czy gwałtownych skoków ciśnienia pooperacyjnego zredukowano do minimum.

Efekt operacji może być długotrwały. „W opublikowanym badaniu po 24 miesiącach od zabiegu średnie ciśnienie było niższe o 34,6 proc. w porównaniu z wartością wyjściową” – twierdzą okuliści SPKSO w Warszawie. Średnie ciśnienie wewnątrzgałkowe po czterech latach od zabiegu było o 30 proc. niższe niż przed leczeniem. 

Pierwsze oficjalne tego typu zabiegi w Europie wykonano w klinikach w Londynie i Duesseldorfie. Są one też wykorzystywane w Stanach Zjednoczonych, lecz tam wciąż mają status technologii badawczej (investigational device) i są dostępne wyłącznie w ramach restrykcyjnych, wieloośrodkowych badań klinicznych zatwierdzonych przez Agencję Żywności i Leków (FDA). Polska jest zatem czwartym krajem, po Wielkiej Brytanii, Niemczech i USA, w którym technologia ta jest już dostępna. 

Lasery femtosekundowe są w Polsce stosowane od wielu lat w chirurgii zaćmy (metoda FLACS) i korekcji wad wzroku (np. FemtoLASIK). W przypadku leczenia jaskry polskie kliniki stosują inne zaawansowane procedury laserowe i mikrochirurgiczne (np. selektywną trabekuloplastykę laserową SLT, mikropulsową MLT czy zabiegi mikroinwazyjne MIGS).

Źródło: Nauka w Polsce

Tegoroczny Światowy Dzień Wzroku, obchodzony 8 października w ramach kampanii #LoveYourEyes, zwraca uwagę na szerszy wymiar troski o zdrowie oczu. Dbanie o wzrok nie jest wyłącznie kwestią medyczną, ma również znaczenie społeczne i ekonomiczne. To inwestycja w edukację, aktywność zawodową i rozwój gospodarczy. Według danych z raportu IAPB (Międzynarodowej Agencji do Zapobiegania Ślepocie, która jest jednym z organizatorów Światowego Dnia Wzroku), na każdy 1 dolar zainwestowany w sześć priorytetowych obszarów zdrowia wzroku może przypadać aż 28 dolarów zwrotu. Takie spojrzenie na opiekę okulistyczną będzie szczególnie istotne w najbliższych miesiącach, gdy światowy sektor zdrowia przygotowuje się do pierwszego Globalnego Szczytu na rzecz Zdrowia Oczu (Global Summit for Eye Health), zaplanowanego na listopad 2026 roku.

Pięć lat #LoveYourEyes

Kampania #LoveYourEyes została zainicjowana w 2021 roku przez IAPB jako wezwanie do większej troski o zdrowie wzroku. W ciągu pięciu lat projekt przerodził się w międzynarodowy ruch angażujący decydentów, organizacje, ekspertów, miejsca pracy, szkoły i społeczności. Jego przekaz pozostaje prosty: zdrowie oczu ma znaczenie dla każdego człowieka, a troska o wzrok powinna być częścią codziennej profilaktyki i publicznej debaty.

Jak podkreśla Caroline Casey[1], prezeska IAPB, #LoveYourEyes nigdy nie miało być kampanią ograniczoną do jednego dnia czy roku. Jej celem było budowanie trwałego impulsu do zmiany: od zwiększania świadomości społecznej po zwracanie uwagi decydentów na znaczenie zdrowia wzroku. Pięć lat wspólnych działań stworzyło fundament pod kolejny ważny etap, jakim jest Globalny Szczyt na rzecz Zdrowia Oczu, który odbędzie się 2 listopada, na terenie Antigui i Barbudy. W wydarzeniu mają uczestniczyć przedstawiciele rządów, organizacji międzynarodowych, sektora prywatnego i społeczeństwa obywatelskiego. Jego celem jest wypracowanie konkretnych zobowiązań dotyczących finansowania, polityk publicznych i krajowych działań na rzecz powszechnego dostępu do opieki okulistycznej.

Każdy dolar zainwestowany we wzrok może przynieść 28 dolarów zwrotu gospodarczego

Jednym z najmocniejszych argumentów przemawiających za traktowaniem zdrowia oczu jako inwestycji są dane przedstawione przez IAPB we współpracy z Seva Foundation i Fred Hollows Foundation. Wskazują one, że realizacja działań w sześciu priorytetowych obszarach zdrowia oczu może przynieść zwrot gospodarczy w wysokości 28 dolarów za każdego zainwestowanego dolara[2]. Skala potencjalnych korzyści jest jeszcze większa. Inwestycja rzędu 7,1 mld USD właśnie w te sześć priorytetowych obszarów, obejmujących m.in. badania przesiewowe i okulistyczne w społecznościach lokalnych, dostęp do okularów (zarówno do czytania, jak i korekcyjnych) oraz zwiększenie skali operacji zaćmy, mogłaby w ciągu zaledwie pięciu lat (2026–2030) przynieść wzrost produktywności o wartości 199 mld USD. W szerszej perspektywie, objęcie odpowiednią opieką 1 mld osób żyjących z możliwą do uniknięcia utratą wzroku mogłoby wygenerować 447 mld dolarów korzyści dla światowej gospodarki rocznie[3]. Wśród efektów wymieniane są m.in. większa liczba osób aktywnych zawodowo, dodatkowe lata edukacji oraz ograniczenie obciążenia związanego z nieodpłatną opieką.

Dane te zmieniają sposób, w jaki można mówić o profilaktyce wzroku. Dobre widzenie przekłada się na możliwość uczenia się, pracy, samodzielnego funkcjonowania i uczestniczenia w życiu społecznym. Inwestowanie w zdrowie oczu może więc przynosić korzyści nie tylko pojedynczym osobom, ale także całym społecznościom i gospodarkom.

Profilaktyka zaczyna się od codziennych wyborów

Globalne dane pokazują skalę wyzwania, ale troska o wzrok zaczyna się na poziomie indywidualnym. Regularne badania pozwalają nie tylko kontrolować ostrość widzenia, lecz także odpowiednio wcześnie wychwycić niepokojące zmiany. Równie istotne jest reagowanie na pierwsze symptomy problemów ze wzrokiem oraz świadome dbanie o oczy w środowisku, w którym ekrany stały się stałym elementem nauki, pracy i odpoczynku.

Zdrowie oczu warto traktować podobnie jak inne obszary profilaktyki. Nie należy czekać na moment, w którym problem zacznie wyraźnie utrudniać codzienne funkcjonowanie. Regularne badania wzroku, zwracanie uwagi na pierwsze objawy, takie jak pogorszenie ostrości widzenia, częste mrużenie oczu, bóle głowy czy zmęczenie oczu, a także odpowiednie nawyki higieny pracy wzrokowej np. podczas korzystania z ekranów, to proste działania, które pomagają świadomie dbać o wzrok – mówi Sylwia Kijewska, optometrystka, ekspertka HOYA Lens Poland.

W cyfrowym świecie szczególnego znaczenia nabiera także równowaga: warto robić regularne przerwy od patrzenia na przedmioty znajdujące się blisko, zmieniać odległość, z której obserwujemy ekran oraz pamiętać o czasie spędzanym na zewnątrz.

Profilaktyka nie jest jednorazowym działaniem, ale procesem, który powinniśmy wpisać w naszą codzienną rutynę. Z punktu widzenia higieny wzroku korzystne jest łączenie aktywności fizycznej, światła dziennego i patrzenia na bardziej oddalone obiekty. Podczas nauki czy korzystania z ekranu warto również pamiętać o odpowiedniej odległości od urządzenia, właściwym oświetleniu i regularnych przerwach. Takie proste zasady nie wymagają dużych zmian w codziennym planie dnia, a pomagają zadbać o zdrowie oczu – dodaje Sylwia Kijewska, optometrystka, ekspertka HOYA Lens Poland.

Zdrowy wzrok jako inwestycja w przyszłość

Światowy Dzień Wzroku przypomina nam o dwóch wymiarach troski o zdrowie oczu. Pierwszy jest bardzo osobisty: należy regularnie badać wzrok, reagować na niepokojące symptomy i świadomie dbać o oczy każdego dnia. Drugi ma wymiar społeczny: warto dostrzec, że zdrowie oczu jest inwestycją, która może przynosić wymierne korzyści całym społecznościom. Właśnie w tym znaczeniu #LoveYourEyes jest czymś więcej niż hasłem kampanii. To wezwanie do działania, którego znaczenie wykracza poza jeden dzień.


[1] Love your eyes by The International Agency for the Prevention of Blindness, Campaign Wrap, Report 2025. https://assets.nationbuilder.com/iapb/pages/83/attachments/original/1769584985/IAPB-World-Sight-Day-2025-Campaign-Report.pdf?1769584985

[2] Tamże.

[3] Stern J., The Value of Vision: The case for investing in eye health, IAPB Vision Atlas. https://visionatlas.iapb.org/news/the-value-of-vision-the-case-for-investing-in-eye-health/

źródło: mat. prasowe

Polscy naukowcy pracują nad robotycznym systemem do podawania leków do oka i wykonywania biopsji. Ma on wspomagać okulistów przy zabiegach wymagających bardzo dużej precyzji, m.in. w terapiach genowych, w których lek trzeba dostarczyć w ściśle określone miejsce siatkówki. Rozwiązanie rozwijane w Międzynarodowym Centrum Badań Oka jest obecnie na etapie badań przedklinicznych. Docelowo ma wspierać rozwój nowych metod leczenia chorób oczu.

– W tej chwili mamy bardzo wiele nowych sposobów leczenia oka i wzroku, które wymagają wsparcia najnowszych technologii, między innymi tego, żeby leki były dostarczane bardzo precyzyjnie do miejsca, w którym mają zadziałać. Od wielu wieków rozwijano metody chirurgiczne oka, ale dopiero w XX wieku mogły się one bardzo silnie rozwinąć. Takie zrobotyzowane, bardzo zaawansowane systemy pomagają ograniczyć uszkodzenia oka przy zastosowaniu terapii – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria prof. dr hab. Maciej Wojtkowski, kierownik Międzynarodowego Centrum Badań Oka i kierownik projektu Międzynarodowe Agendy Badawcze.

Projekt Międzynarodowego Centrum Badań Oka (ICTER) jest realizowany w ramach działania Międzynarodowe Agendy Badawcze, prowadzonego przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej i finansowanego ze środków pochodzących z Funduszy Europejskich dla Nowoczesnej Gospodarki (FENG).

Projekt zakłada stworzenie platformy wspierającej rozwój nowych terapii okulistycznych. Zautomatyzowany system do podawania leków i wykonywania biopsji ma być połączony z obrazowaniem, które pozwoli określać położenie narzędzia w oku. W pracach wykorzystywane są także kompetencje z zakresu terapii genowej, genomiki pojedynczych komórek i bioinformatyki.

– To jest projekt absolutnie innowacyjny, ponieważ takich produktów jeszcze nie ma na rynku. Lekarze okuliści bardzo potrzebują takich instrumentów, które pomogą im w testowaniu i wprowadzaniu nowych metod leczenia. Te metody leczenia są bardzo skomplikowane i często możliwe do zastosowania tylko raz, na przykład terapie genowe, ponieważ nasz układ odpornościowy uczy się tych wirusów, które przenoszą geny, i nie można powtórzyć takiego zabiegu. Ten zabieg musi więc być zrobiony perfekcyjnie. Skuteczność leczenia bardzo mocno zależy od sposobu podania leku – wyjaśnia prof. Maciej Wojtkowski.

– Największy potencjał robotyki i automatyki we wspomaganiu okulistów i zabiegów chirurgicznych widzę w tych elementach, które wymagają zwiększonej precyzji, niekoniecznie tam, gdzie istotne są wiedza i doświadczenie operatora. Pewne końcowe fragmenty zabiegu, które wymagają precyzyjnego podejścia lub podejścia wzdłuż wyznaczonej osi, możemy wykonać za pomocą robota, ale to okulista czy operator decyduje np. o kącie podejścia i ma też możliwość zatrzymania procedury w trakcie jej trwania – mówi dr Karol Karnowski, biofizyk z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, kierownik grupy IDoc w projekcie ICTER.

Przykładem takiego podziału zadań może być podawanie leku do struktur oka. Lekarz wybiera miejsce i kąt wprowadzenia igły, a robot może wspomagać jej precyzyjny ruch wzdłuż wyznaczonej osi. Wyposażony w czujniki system ma również pomóc określić moment, w którym narzędzie znajdzie się w odpowiednim miejscu do podania leku.

– W tej chwili możliwość podawania leków w przypadku terapii genowej jest bardzo ograniczona. To bardzo skomplikowany zabieg, w którym trzeba dostarczyć lek w konkretne miejsce na siatkówce z precyzją pojedynczych mikrometrów, czyli milionowych części metra. Taka precyzja jest w tej chwili osiągana tylko przez bardzo wyspecjalizowanych operatorów, a w przyszłości chcielibyśmy, żeby te zabiegi były możliwe do przeprowadzenia wszędzie. Dlatego to urządzenie jest kluczowe – mówi prof. Maciej Wojtkowski.

Nowe rozwiązania mają być testowane m.in. w pracach nad terapią optogenetyczną ślepoty, badaniach pojedynczych komórek związanych z rozwojem czerniaka błony naczyniowej oka oraz nad metodami wczesnego wykrywania retinopatii cukrzycowej.

Prace nad robotyką i automatyką prowadzone w Międzynarodowym Centrum Badań Oka są obecnie na etapie badań przedklinicznych. Pierwsze testy prowadzono na modelach ex vivo, czyli tkankach poza żywym organizmem. Naukowcy przygotowują się do badań in vivo, czyli prowadzonych na żywych organizmach.

– Pierwsze testy robi się na modelach ex vivo, bo są one łatwiej dostępne. Ustawia się wszystkie parametry, testuje się wszystkie procedury i wtedy możemy wykonywać dalsze kroki. Jeżeli chodzi o zastosowania u ludzi, to już jest zupełnie inna bajka. To nie są do końca rzeczy naukowe, to bardziej temat dla przemysłu, który mógłby przejąć technologie i narzędzia, które wytwarzamy. Na dalszym etapie wymagałoby stosowania się do wszelkich regulacji pozwalających na stosowanie u ludzi – mówi dr Karol Karnowski.

Nad projektem pracuje pięć grup badawczych o różnych specjalizacjach. Ich współpraca ma umożliwić rozwój i testowanie całej platformy oraz jej wykorzystanie w badaniach nad nowymi terapiami okulistycznymi.

– Połączenie robotyki z genetyką, biologią oka, bioinformatyką i obrazowaniem daje nam unikatowe możliwości opracowania platformy do wprowadzania leków i nowych terapii w okulistyce. Bez współpracy grup z różnych dziedzin nie byłoby możliwe przetestowanie takiego nowego urządzenia robotycznego i jego dalsze wprowadzenie. Takie połączenie doświadczeń i wiedzy z różnych dziedzin jest unikatowe w skali światowej i oferowane tylko przez nasz instytut – podkreśla prof. Maciej Wojtkowski.

Jednym z elementów rozwijanej platformy jest obrazowanie, które ma pozwalać na śledzenie położenia narzędzia względem struktur oka. Zespół IDoc pracował już wcześniej nad integracją manipulatora robotycznego z optyczną tomografią koherencyjną (OCT), umożliwiającą obrazowanie tkanek oka.

Projekt Międzynarodowe Agendy Badawcze jest realizowany w ramach programu Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki. Jego całkowite finansowanie wynosi 30 mln zł. W ramach projektu naukowcy zakładają rozwój technologii od poziomu TRL 4 do TRL 7, czyli od rozwiązania zweryfikowanego w warunkach laboratoryjnych do demonstracji prototypu w warunkach zbliżonych do rzeczywistych.

Źródło: Newseria

Wojskowy Instytut Medyczny – Państwowy Instytut Badawczy rozpoczyna realizację programu laserowej korekcji wad wzroku żołnierzy zawodowych Sił Zbrojnych RP. Finansowany przez Ministerstwo Obrony Narodowej program ma poprawić bezpieczeństwo i komfort służby, a przede wszystkim zwiększyć możliwości wykonywania zadań na stanowiskach wymagających wysokiej sprawności wzrokowej. Realizację zabiegów powierzono Klinice Okulistycznej WIM-PIB.

Program obejmuje żołnierzy zawodowych wybranych korpusów, grup osobowych i specjalności, w których jakość widzenia ma szczególne znaczenie dla skutecznego i bezpiecznego wykonywania zadań. Wśród uprawnionych znajdują się m.in. żołnierze jednostek powietrznodesantowych, piloci i nawigatorzy, członkowie personelu pokładowego, operatorzy i piloci bezzałogowych statków powietrznych, nurkowie oraz żołnierze wojsk specjalnych.

Medycyna, która zwiększa możliwości żołnierza

Dla żołnierza wada wzroku nie zawsze oznacza jedynie konieczność noszenia okularów lub soczewek. W części specjalności może mieć bezpośrednie znaczenie dla możliwości wykonywania zadań operacyjnych.

Laserowa korekcja wzroku pozwala ograniczyć zależność od okularów i soczewek kontaktowych – wyposażenia, które w warunkach pola walki, podczas skoków spadochronowych, działań specjalnych, lotów czy innych wymagających zadań może stanowić dodatkowe ograniczenie.

Znaczenie dobrego widzenia w warunkach operacyjnych potwierdzają doświadczenia armii sojuszniczych przywołane w dokumentacji programu. Stany Zjednoczone prowadzą program laserowej korekcji wzroku personelu wojskowego od lat 90. W badaniach amerykańskich żołnierze po takich zabiegach wskazywali m.in. poprawę gotowości i możliwości operacyjnych, w tym podczas celowania, używania noktowizji czy działania w warunkach nocnych.

WIM-PIB – medycyna podporządkowana potrzebom współczesnego pola walki

Powierzenie realizacji programu Wojskowemu Instytutowi Medycznemu – PIB oznacza połączenie wysokospecjalistycznej medycyny z doświadczeniem wynikającym ze znajomości specyfiki służby wojskowej.

To szczególnie istotne w okulistyce. Celem nie jest bowiem samo usunięcie wady refrakcji, ale uzyskanie efektu, który będzie odpowiadał wymaganiom stawianym żołnierzowi wykonującemu konkretne zadania.

Dlatego program zakłada wieloetapową kwalifikację. Kandydaci muszą spełnić zarówno kryteria formalne, jak i szczegółowe kryteria zdrowotne. Dokumentacja określa m.in. zakres wad wzroku kwalifikujących do programu oraz bezwzględne i względne przeciwwskazania okulistyczne i ogólnomedyczne.

Ostateczną decyzję o możliwości wykonania zabiegu podejmują specjaliści WIM-PIB po przeprowadzeniu badań kwalifikacyjnych. Bezpieczeństwo pacjenta i przewidywalność efektu medycznego pozostają nadrzędnymi kryteriami.

Zaufanie do Kliniki Okulistycznej WIM-PIB

Powierzenie Klinice Okulistycznej WIM-PIB realizacji programu przeznaczonego m.in. dla pilotów, żołnierzy wojsk specjalnych, wojsk powietrznodesantowych, nurków i operatorów systemów bezzałogowych jest jednocześnie wyrazem zaufania do kompetencji zespołu oraz możliwości diagnostycznych i zabiegowych Instytutu, który od lat wykonuje zabiegi dla Sił Zbrojnych, ale również na NFZ jak i komercyjne dla ludności.

Program został WIM-PIB zlecony decyzją Ministra Obrony Narodowej jako zadanie dotyczące wdrożenia w Siłach Zbrojnych RP procedury laserowej korekcji wzroku wśród żołnierzy zawodowych.

To także przykład roli, jaką WIM-PIB pełni w systemie wojskowej ochrony zdrowia: nie tylko leczy następstwa chorób i urazów, lecz wykorzystuje nowoczesną medycynę do zwiększania zdolności żołnierzy do bezpiecznego i skutecznego wykonywania powierzonych im zadań.

Pierwsze 100 zabiegów w 2026 roku

W 2026 roku zaplanowano wykonanie 100 operacji gałek ocznych, a w kolejnych latach liczba zabiegów ma wzrastać. Program jest w całości finansowany przez Ministerstwo Obrony Narodowej.

Udział żołnierza wymaga potwierdzenia przez dowódcę jednostki przynależności do grupy uprawnionej do programu. Następnie kandydat przechodzi kwalifikację medyczną w WIM-PIB. Wzór zaświadczenia dowódcy jednoznacznie wskazuje, że dokument służy potwierdzeniu uprawnienia żołnierza do udziału w programie realizowanym przez Instytut.

Program ma charakter wieloletni i jest przewidziany na lata 2026-2029.

Korzyść dla żołnierza, korzyść dla Sił Zbrojnych

Dla żołnierza laserowa korekcja wzroku może oznaczać przede wszystkim większy komfort służby, uniezależnienie od okularów lub soczewek oraz poprawę możliwości wykonywania zadań w wymagającym środowisku.

Z perspektywy Sił Zbrojnych jest to inwestycja w człowieka – w jego bezpieczeństwo, sprawność i gotowość operacyjną.

WIM-PIB wykorzystuje w ten sposób potencjał nowoczesnej medycyny tam, gdzie jej efekt ma znaczenie nie tylko dla zdrowia pojedynczego pacjenta, ale również dla zdolności operacyjnych Sił Zbrojnych RP.

Źródło: inf pras

Rozpoznanie krótkowzroczności u dziecka i dobranie okularów nie oznacza jeszcze, że problem został rozwiązany. Wada może postępować, dlatego coraz większą rolę odgrywa tzw. kontrola krótkowzroczności. Jakimi metodami można dziś spowalniać jej rozwój i dlaczego znaczenie ma wczesne rozpoczęcie działania?

Dlaczego sama korekcja nie wystarczy? 

Kiedy specjalista zdiagnozuje u dziecka krótkowzroczność, początkowym rozwiązaniem są najczęściej okulary korekcyjne z soczewkami jednoogniskowymi wypukło-wklęsłymi, tzw. „minusy”. Dzięki nim dziecko zaczyna wyraźnie widzieć, łatwiej odczytuje to, co jest na tablicy, rozpoznaje osoby z daleka i może wrócić do codziennych aktywności bez mrużenia oczu. Rodzic ma więc poczucie, że problem został rozwiązany. Często zapomina się jednak o tym, że standardowe okulary co prawda korygują jak wyraźny jest obraz, ale nie zatrzymują procesu wydłużania się gałki ocznej, który stoi za rozwojem krótkowzroczności. Dlatego dziś coraz częściej mówi się nie tylko o korekcji, ale także o kontroli krótkowzroczności, czyli działaniach, których celem jest spowolnienie narastania wady. Czym różnią się oba te procesy?

Korekcja krótkowzroczności polega na takim skorygowaniu wady, aby dziecko mogło wyraźnie widzieć przedmioty znajdujące się w różnej, szczególnie dalszej, odległości. Kontrola krótkowzroczności to natomiast działania, których celem jest spowolnienie narastania wady. To ważne rozróżnienie, ponieważ samo zapewnienie ostrego widzenia nie oznacza, że krótkowzroczność przestanie się pogłębiać. Im wcześniej zaczniemy reagować na tempo jej rozwoju, tym większa szansa na ograniczenie ryzyka pojawienia się poważnych problemów ze zdrowiem oczu w przyszłości, takich jak jaskra, zaćma czy odwarstwienie siatkówki – podkreśla Sylwia Kijewska, optometrystka, ekspertka Hoya Lens Poland.

Dostępne metody kontroli krótkowzroczności

Rodzice, którzy chcą lepiej zrozumieć, jakie możliwości daje dziś kontrola krótkowzroczności, mogą sięgnąć do wytycznych Polskiego Towarzystwa Okulistycznego, dotyczących postępowania u dzieci i młodzieży.

Ogólnie dostępne metody kontroli krótkowzroczności można podzielić na dwie główne grupy: optyczne i farmakologiczne.

Metody optyczne:

Metody farmakologiczne:

Kontrola krótkowzroczności to proces

Sama decyzja o rozpoczęciu kontroli krótkowzroczności to dopiero początek. Wybraną metodę trzeba dopasować do dziecka, a następnie obserwować, jak oko reaguje na zastosowane rozwiązanie. Regularne wizyty u specjalisty pozwalają ocenić postęp wady i w razie potrzeby modyfikować sposób postępowania. Równie ważna jest codzienna konsekwencja, ponieważ nawet najlepiej dobrana metoda nie przyniesie oczekiwanych rezultatów, jeśli nie będzie stosowana zgodnie z zaleceniami.

Wybór metody kontroli krótkowzroczności powinien zawsze uwzględniać wiek dziecka, jego codzienne aktywności, możliwości i komfort. Nie każda metoda będzie odpowiednia dla każdego pacjenta. Atropina czy ortokorekcja wymagają bezpośredniego kontaktu z powierzchnią oka, co dla niektórych dzieci może być barierą. Na tym tle okulary z soczewkami wykorzystującymi rozogniskowanie wielosegmentowe mogą być prostszym rozwiązaniem, szczególnie dla dzieci, które nie są gotowe na bardziej wymagające metody. Jednocześnie trzeba pamiętać, że żadna z dostępnych metod nie daje gwarancji całkowitego zatrzymania progresji wady. Dlatego tak ważne są wczesne wykrycie krótkowzroczności, regularne kontrole i możliwie szybkie dobranie rozwiązania odpowiedniego dla konkretnego dziecka – mówi Sylwia Kijewska, optometrystka i ekspertka Hoya Lens Poland.

Codzienna profilaktyka i regularność badań

Dbanie o wzrok dziecka nie kończy się na dobraniu odpowiedniej korekcji czy metody kontroli krótkowzroczności. Równie ważne są codzienne nawyki i cykliczne badania, które pozwalają odpowiednio wcześnie zauważyć niepokojące zmiany. Dziecko powinno mieć możliwość spędzania co najmniej dwóch godzin dziennie na świeżym powietrzu, korzystać z naturalnego światła i robić regularne przerwy podczas nauki czy korzystania z ekranów: pomocna może być zasada 20-20-20 (co 20 minut 20 sekund patrzenia w dal na odległość 20 stóp, czyli ok. 6 metrów). Jednocześnie wzrok warto kontrolować regularnie, nawet jeśli dziecko nie zgłasza żadnych problemów. W przypadku zdrowych oczu zaleca się badania co najmniej raz w roku, a przy zdiagnozowanej krótkowzroczności częściej, zgodnie z zaleceniami specjalisty. Takie podejście pozwala nie tylko wspierać prawidłowy rozwój wzroku, ale także szybko reagować, jeśli wada zaczyna się pogłębiać.

Przyszłość wygląda obiecująco

Choć krótkowzroczność nadal pozostaje jednym z największych wyzwań współczesnej okulistyki i optometrii, dzięki najnowszym technologiom, możliwości jej kontroli systematycznie się zwiększają.

Dla rodziców oznacza to przede wszystkim większą szansę na ograniczenie postępu krótkowzroczności i lepszą ochronę wzroku dziecka w przyszłości. Jeszcze kilka lat temu taki kierunek rozwoju wydawał się odległą perspektywą. Dziś staje się coraz bardziej realny.

Technologia rozwija się bardzo szybko i daje nam coraz bardziej precyzyjne narzędzia do kontroli krótkowzroczności. Nie oznacza to jeszcze, że potrafimy całkowicie zatrzymać wadę u każdego dziecka, ale jesteśmy zdecydowanie bliżej tego celu niż kiedykolwiek wcześniej. Najważniejsze, aby wykorzystać te możliwości odpowiednio wcześnie – podsumowuje Sylwia Kijewska, optometrystka i ekspertka Hoya Lens Poland.

Źródło: mat. pras.

Postępująca utrata pola widzenia może występować mimo prawidłowego obrazu gałki ocznej i braku ewidentnych nieprawidłowości w rezonansie magnetycznym. W Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Białymstoku pacjenci z takimi zaburzeniami poddawani są specjalistycznej diagnostyce, a w wybranych przypadkach również małoinwazyjnemu odbarczeniu nerwu wzrokowego. Zabieg może zahamować pogarszanie się widzenia i dać lekarzom czas na dalszą diagnostykę przyczyny problemu.

Widzenie pogarsza się, ale badania nie pokazują oczywistej przyczyny

Charakterystycznym objawem może być stopniowa utrata widzenia obwodowego przy zachowanej zdolności czytania i rozpoznawania szczegółów. Pole widzenia stopniowo się zawęża, a u niektórych pacjentów proces ten postępuje bardzo szybko – nawet w ciągu kilku tygodni.

Problem polega na tym, że standardowa diagnostyka nie zawsze pozwala szybko ustalić przyczynę.

– Od kilkunastu lat zajmujemy się zaburzeniami widzenia o niejasnej etiologii, czyli takimi, w których przyczyna nie jest oczywista. Co ważne, nie wynikają one bezpośrednio z choroby gałki ocznej, a w takich przypadkach okuliści niewiele mogą pomóc – wyjaśnia dr hab. Tomasz Łysoń, kierownik Kliniki Neurochirurgii USK w Białymstoku.

Jednym z pacjentów był 53-letni pan Zbigniew z Ostródy. Zanim trafił do białostockich neurochirurgów, konsultował się z okulistami, neurologiem i neurochirurgami. Ostatecznie pojawiło się podejrzenie, że zaburzenia widzenia mogą mieć związek z nieprawidłowym ciśnieniem płynu mózgowo-rdzeniowego.

Jak ciśnienie płynu mózgowo-rdzeniowego może wpływać na wzrok?

Mózg znajduje się w zamkniętej przestrzeni czaszki, a organizm każdego dnia produkuje około pół litra płynu mózgowo-rdzeniowego. Jeżeli jego odpływ lub wchłanianie są zaburzone, może dojść do wzrostu ciśnienia wewnątrzczaszkowego.

Ma to znaczenie również dla narządu wzroku. Nerw wzrokowy otacza pochewka zawierająca płyn mózgowo-rdzeniowy. Wzrost ciśnienia może prowadzić do jej rozdęcia, obrzęku tarczy nerwu wzrokowego oraz ucisku samego nerwu, a w konsekwencji – do pogarszania się widzenia.

Jak wskazują lekarze z USK, tego rodzaju problemy częściej występują u osób z otyłością. Ich rozpoznanie wymaga niejednokrotnie współpracy okulistów, neurologów i neurochirurgów, a w wybranych przypadkach również laryngologów.

Dostęp do nerwu bez przecinania mięśni oka

Kilka lat temu neurochirurdzy z Białegostoku, wykorzystując doświadczenie w technikach endoskopowych stosowanych podczas operacji mózgu, kręgosłupa i oczodołu, opracowali małoinwazyjną metodę odbarczania nerwu wzrokowego. Polega ona na wykonaniu niewielkiego nacięcia pochewki nerwu.

– My przez niewielkie nacięcie spojówki, bez przecinania mięśni poruszających gałką oczną, docieramy do pochewki nerwu wzrokowego tuż za gałką oczną i wykonujemy w niej mikronacięcie. Płyn mózgowo-rdzeniowy może dzięki temu wypłynąć, przez co likwidujemy ucisk na nerw wzrokowy – tłumaczy dr hab. Tomasz Łysoń.

To właśnie brak konieczności przecinania mięśnia poruszającego gałką oczną jest jedną z istotnych cech stosowanej w Białymstoku techniki. W klasycznym dostępie chirurgicznym mięsień musi zostać przecięty, a następnie ponownie zszyty, co może wiązać się m.in. z przejściowymi zaburzeniami ustawienia oka i dłuższym gojeniem.

Sama operacja trwa niespełna godzinę, jednak – jak podkreślają specjaliści – jest wymagająca technicznie i wymaga odpowiedniego doświadczenia oraz specjalistycznego instrumentarium.

Zabieg może „kupić czas” na dalsze leczenie

U części chorych poprawa następuje bardzo szybko po odbarczeniu nerwu. Operacja nie zawsze oznacza jednak zakończenie leczenia, ponieważ nie usuwa w każdym przypadku pierwotnej przyczyny zaburzeń ciśnienia.

– Ten zabieg często kupuje nam czas. Jeżeli uda się odbarczyć nerw i poprawić widzenie, mamy możliwość dalszej, spokojnej diagnostyki i leczenia przyczyny problemu. U części pacjentów efekt utrzymuje się długotrwale, ale u niektórych konieczne jest dalsze postępowanie – zaznacza dr hab. Łysoń.

Dlatego szczególne znaczenie ma odpowiednio szybkie skierowanie pacjenta do specjalistycznego ośrodka. Długotrwały ucisk i uszkodzenie nerwu wzrokowego mogą bowiem doprowadzić do zmian, których nie uda się już odwrócić.

– Przyjeżdżają do nas pacjenci z całej Polski i zza granicy. I czasem zdarza się, że ten czas niedowidzenia trwa na tyle długo, że zmiany są nieodwracalne i już nie możemy pomóc – podkreśla Łukasz Lisowski, okulista z Kliniki Okulistyki USK.

53-letni pacjent przeszedł zabieg 19 sierpnia, a dwa dni później został wypisany do domu. Badanie kontrolne wykazało ustąpienie obrzęku tarczy nerwu wzrokowego. Po zagojeniu oka zostanie przeprowadzona pełna ocena okulistyczna, która pozwoli określić, w jakim stopniu poprawiło się jego widzenie, oraz zaplanować dalszą diagnostykę i ewentualne leczenie.

Białostocki zespół analizuje również wyniki stosowanej metody i prowadzi badania naukowe dotyczące rzadkich i trudnych diagnostycznie zaburzeń widzenia.

Źródło: Uniwersytet Medyczny w Białymstoku / Uniwersytecki Szpital Kliniczny w Białymstoku

Środowe zaćmienie Słońca przyciągnęło miliony obserwatorów w całej Europie. Dla części z nich zakończyło się jednak wizytą na okulistycznym oddziale ratunkowym. Berlińskie szpitale odnotowały wzrost liczby pacjentów z zaburzeniami widzenia po obserwowaniu zjawiska bez certyfikowanych filtrów ochronnych. Specjaliści ostrzegają, że uszkodzenie siatkówki może rozwijać się bez bólu, a pierwsze objawy pojawiają się dopiero po kilku godzinach, a nawet dniach. To właśnie dlatego osoby, które podczas zaćmienia patrzyły bezpośrednio na Słońce, powinny zachować szczególną czujność.

Jeszcze kilka dni po zaćmieniu Słońca do okulistów mogą zgłaszać się kolejni pacjenci z uszkodzeniem wzroku. Takie ostrzeżenie płynie z berlińskich klinik, które już w pierwszej dobie po zjawisku przyjęły kilkadziesiąt osób z zaburzeniami widzenia po obserwowaniu Słońca bez odpowiedniej ochrony. Sama Charité udzieliła pomocy dziesięciu pacjentom, podobną liczbę zgłoszeń odnotował szpital Vivantes, a kolejni chorzy trafili do Kliniki Okulistycznej Berlin-Marzahn. Lekarze podkreślają, że nie jest to koniec, ponieważ część objawów rozwija się z opóźnieniem.

To zjawisko znane okulistom od wielu lat. Nosi nazwę retinopatii słonecznej (solar retinopathy) i polega na fotochemicznym uszkodzeniu plamki żółtej, czyli centralnej części siatkówki odpowiedzialnej za ostre widzenie. Problem nie wynika z wysokiej temperatury promieniowania, lecz z intensywnego światła widzialnego i promieniowania podczerwonego, które uszkadzają komórki fotoreceptorów oraz nabłonek barwnikowy siatkówki. Uszkodzenie może pojawić się nawet po stosunkowo krótkiej obserwacji Słońca, zwłaszcza podczas zaćmienia, kiedy zmniejszona jasność tarczy słonecznej daje złudne poczucie bezpieczeństwa.

Najbardziej podstępne jest to, że siatkówka nie posiada receptorów bólowych. W przeciwieństwie do oparzenia skóry czy urazu rogówki człowiek nie odczuwa bólu w momencie uszkodzenia. Dlatego wiele osób wychodzi z założenia, że skoro po obserwacji zaćmienia „nic się nie stało”, to wzrok nie ucierpiał. Tymczasem pierwsze objawy mogą pojawić się dopiero następnego dnia lub nawet po kilku dniach.

Na jakie sygnały należy zwrócić uwagę? Okuliści wymieniają przede wszystkim nagłe pogorszenie ostrości widzenia, trudności z czytaniem, pojawienie się ciemnej lub szarej plamy w centrum pola widzenia, falowanie prostych linii (metamorfopsje), pogorszenie rozpoznawania kolorów oraz zwiększoną wrażliwość na światło. Objawy mogą dotyczyć jednego lub obu oczu.

Jeżeli którykolwiek z tych objawów wystąpi po obserwacji zaćmienia Słońca, nie należy czekać, aż samoistnie ustąpi. Specjaliści zalecają pilną konsultację okulistyczną lub zgłoszenie się do okulistycznego oddziału ratunkowego. W diagnostyce wykorzystuje się m.in. badanie dna oka oraz optyczną koherentną tomografię (OCT), która pozwala uwidocznić uszkodzenia plamki żółtej.

Czy uszkodzenie można wyleczyć? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. U części pacjentów dochodzi do stopniowej poprawy ostrości wzroku w ciągu kilku tygodni lub miesięcy, jednak niektórzy zachowują trwałe ubytki widzenia centralnego. Obecnie nie istnieje leczenie, które odwracałoby uszkodzenie siatkówki wywołane patrzeniem na Słońce. Opisy przypadków wskazują, że poprawa jest możliwa, ale nie można jej zagwarantować.

Eksperci przypominają, że jedyną bezpieczną metodą obserwacji częściowego zaćmienia Słońca są certyfikowane okulary spełniające normę ISO 12312-2 lub pośrednie metody projekcyjne. Zwykłe okulary przeciwsłoneczne, przyciemniane szyby, klisze fotograficzne czy płyty CD nie chronią siatkówki przed szkodliwym promieniowaniem.

Berlińskie doświadczenia pokazują, że mimo wieloletnich kampanii edukacyjnych problem wciąż pozostaje aktualny. Lekarze spodziewają się, że kolejni pacjenci będą zgłaszać się jeszcze przez kilka najbliższych dni. Dla osób, które podczas zaćmienia choć przez chwilę patrzyły na Słońce bez odpowiedniej ochrony, najważniejszym zaleceniem jest dziś uważna obserwacja własnego wzroku. Nawet niewielka ciemna plama w centrum pola widzenia czy trudności z czytaniem powinny być sygnałem do pilnej konsultacji okulistycznej.

Międzynarodowy zespół naukowców opracował system sztucznej inteligencji, który może znacząco zwiększyć skuteczność diagnostyki dziedzicznych chorób siatkówki. Choroby te są jedną z głównych przyczyn utraty wzroku u dzieci i osób młodych. Informuje o tym najnowsze wydanie periodyku „Nature Medicine”.

W badaniu uczestniczyli również naukowcy z Polski, w tym prof. Andrzej Grzybowski z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, kierownik Instytutu Okulistycznych Badań Naukowych w Poznaniu, a także dr hab. Adrian Smędowski, zastępca kierownika Katedry i Kliniki Okulistyki Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach.

Diagnostyka z wykorzystaniem sztucznej inteligencji jest szczególnie ważna w dziedzicznych chorobach siatkówki. Za rozwój tych schorzeń odpowiada ponad 300 genów, a podobny obraz kliniczny mogą wywołać różne mutacje. Rozpoznanie wymaga połączenia badania okulistycznego, wielomodalnego obrazowania oraz kosztownych badań genetycznych, które nie są powszechnie dostępne.

Ogromne znaczenie ma wczesne wykrycie tych schorzeń, gdyż coraz częściej opracowywane są terapie genowe. „Im szybciej zostanie ustalone najbardziej prawdopodobne podłoże genetyczne choroby, tym wcześniej pacjent może zostać zakwalifikowany do odpowiedniego leczenia lub badania klinicznego” – przekonuje w przekazanej PAP informacji prasowej prof. Andrzej Grzybowski.

System sztucznej inteligencji o nazwie PRetina4IRD analizuje fotografie dna oka, obrazy optycznej koherentnej tomografii (OCT) oraz podstawowe dane kliniczne pacjenta, aby przewidzieć najbardziej prawdopodobne podłoże genetyczne choroby jeszcze przed wykonaniem kosztownych badań genetycznych. Dzięki temu można zmniejszyć liczbę tych badań, typując u danej osoby najbardziej prawdopodobne genotypy.

Model opracowano na podstawie danych 1843 pacjentów (3376 oczu) z genetycznie potwierdzonymi dziedzicznymi chorobami siatkówki, pochodzących z dziewięciu ośrodków w Chinach, Korei Południowej i Polsce. Przeprowadzono także prospektywne, randomizowane badanie kliniczne obejmującym prawie 300 pacjentów z podejrzeniem dziedzicznych chorób siatkówki. Badanie to polegało na tym, że lekarzy losowo przydzielono do grupy korzystającej z Retina4IRD lub do grupy prowadzącej diagnostykę standardową bez wsparcia sztucznej inteligencji. W obu badaniach analizowano 17 najważniejszych kategorii genotypowych.

Wykazano, że lekarze korzystający ze wsparcia systemu Retina4IRD osiągnęli 88,5 proc. trafności w identyfikacji właściwego genu wśród pięciu najbardziej prawdopodobnych rozpoznań, w porównaniu z 67,3 proc. w grupie specjalistów pracujących bez pomocy sztucznej inteligencji. Zastosowanie systemu poprawiło również decyzje dotyczące dalszej diagnostyki i postępowania terapeutycznego.

Prof. Grzybowski stwierdził, że system sztucznej inteligencji wpływał na decyzje lekarzy. Ci, którzy korzystali z Retina4IRD częściej korygowali początkowe rozpoznanie w sposób zgodny z późniejszym wynikiem badania genetycznego, co wskazuje, że system skutecznie wspomagał proces podejmowania decyzji klinicznych.

Specjalista zaznaczył przy tym, że AI nie ma zastąpić badań genetycznych. „System ma wspomagać diagnostykę poprzez wskazanie najbardziej prawdopodobnych genotypów, natomiast ostateczne rozpoznanie nadal wymaga potwierdzenia badaniem genetycznym” – wskazał. Może zatem skrócić proces diagnostyczny, ograniczyć liczbę niepotrzebnych badań genetycznych, ułatwić wybór odpowiednich paneli genetycznych oraz przyspieszyć kwalifikację pacjentów do terapii genowych i badań klinicznych.

Retina4IRD obejmuje jednak jedynie 17 najważniejszych genotypów. Większość danych pochodzi z populacji azjatyckich, a system wykorzystuje wyłącznie fotografie dna oka i OCT, bez integracji innych badań, takich jak autofluorescencja czy elektroretinografia.

„Badanie pokazuje, że sztuczna inteligencja może wspierać przewidywanie genotypu na podstawie fenotypu okulistycznego oraz realnie poprawiać proces diagnostyczny, co stanowi istotny krok w kierunku medycyny precyzyjnej” – uważa prof. Grzybowski. Dodaje, że AI nie zastępuje lekarza, może jedynie usprawnić diagnostykę i poprawić trafność decyzji klinicznych.

Międzynarodowe badania wpisują się w działalność Polskiego Konsorcjum Sztucznej Inteligencji w Okulistyce, utworzonego w 2024 r. z inicjatywy prof. Andrzeja Grzybowskiego. Konsorcjum skupia czołowe polskie ośrodki kliniczne, akademickie i technologiczne oraz partnerów zagranicznych, tworząc platformę współpracy w zakresie rozwoju, walidacji i wdrażania metod sztucznej inteligencji do diagnostyki i leczenia chorób oczu. (PAP)

Źródło: Nauka w Polsce

Letnie dni sprzyjają zabawie i aktywności na świeżym powietrzu. Choć rodzice coraz częściej pamiętają o kremach z filtrem i nakryciach głowy dla swoich pociech, ochrona oczu dzieci przed światłem słonecznym nadal bywa pomijana. Tymczasem to właśnie najmłodsi są bardziej narażeni na uszkodzenia wzroku spowodowane promieniowaniem UV, ponieważ struktury ich oka nie są jeszcze w pełni rozwinięte i przepuszczają więcej promieniowania UV do wnętrza gałki ocznej.

Dlatego odpowiednio dobrane okulary przeciwsłoneczne powinny być stałym elementem letniej profilaktyki zdrowotnej dzieci. Na jakie parametry warto zwrócić uwagę podczas ich wyboru?

Dlaczego ochrona oczu dziecka przed słońcem jest tak ważna?

Dziecięcy wzrok jest szczególnie podatny na negatywne skutki promieniowania ultrafioletowego, ponieważ soczewki oczu najmłodszych są bardziej przezierne, co pozwala na dotarcie większej ilości światła o krótkiej długości fali do siatkówki[1].

Promieniowanie UV akumuluje się m.in. w rogówce i soczewce, które pełnią funkcję naturalnych filtrów, jednak nie zapewniają pełnej ochrony przed jego szkodliwym działaniem. W efekcie, najmłodsi są bardziej narażeni na rozwój poważnych chorób wzroku w dorosłości, takich jak zaćma czy zwyrodnienie plamki żółtej – tłumaczy Sylwia Kijewska, optometrystka, ekspertka Hoya Lens Poland.

W związku z tym odpowiednia ochrona przeciwsłoneczna powinna stać się codziennym nawykiem, zwłaszcza podczas letnich aktywności na świeżym powietrzu. Nadmierna ekspozycja na promieniowanie UV może prowadzić do uszkodzeń spojówki i rogówki, powodować podrażnienia, przesuszenie oczu, a także obniżać jakość widzenia. Intensywne światło słoneczne może dodatkowo zmniejszać kontrast widzenia i wpływać na komfort dziecka podczas zabawy. Z tego względu okulary przeciwsłoneczne powinny być traktowane jako podstawowy element ochrony przed słońcem, podobnie jak nakrycie głowy czy krem z filtrem UV.

Jakie okulary przeciwsłoneczne wybrać dla dziecka?

Wybór okularów przeciwsłonecznych nie powinien być przypadkowy. Często zdarza się, że rodzice kupują dziecku okulary przeciwsłoneczne ze względu na ich atrakcyjny kolor lub ciekawy wzór, nie zwracając przy tym większej uwagi na poziom ochrony, jaki zapewniają. Tymczasem wygląd okularów nie powinien być najważniejszym kryterium wyboru. Kluczowe znaczenie mają przede wszystkim obecność odpowiedniego filtra UV, jakość zastosowanych soczewek oraz właściwe dopasowanie oprawek do kształtu twarzy dziecka.

Warto dodać, że zwykłe ciemne okulary, bez filtra UV, mogą zaszkodzić bardziej niż ich brak. Powodują, że źrenica się rozszerza, dostosowując się do ciemniejszych warunków. W konsekwencji, do wnętrza oka przedostaje się większa ilość szkodliwego promieniowania. Dodatkowo osłabieniu ulega naturalny odruch mrużenia oczu, który stanowi jedną z podstawowych barier chroniących przed nadmiernym nasłonecznieniem[2].

Dlatego trzeba wybierać okulary przeciwsłoneczne ze sprawdzonego źródła, najlepiej w salonie optycznym, a nie w przypadkowych miejscach sprzedaży. Przy zakupie należy zwrócić uwagę na oznaczenie CE, które potwierdza zgodność produktu z normami Unii Europejskiej. Podobny symbol może być jednak mylący: oznaczenie „China Export” wygląda bardzo podobnie, ale nie gwarantuje odpowiedniego poziomu ochrony. Istotnym parametrem zapewniającym bezpieczeństwo jest filtr UV 400, który chroni oczy przed pełnym zakresem promieniowania ultrafioletowego. Liczy się też dopasowanie: okulary, które uciskają skronie albo zsuwają się z nosa, dziecko szybko zdejmie i już ich nie założy – dodaje Sylwia Kijewska, optometrystka, ekspertka Hoya Lens Poland.

Należy również pamiętać, że współczesne okulary przeciwsłoneczne mogą pełnić więcej niż jedną funkcję. Obecnie możliwe jest połączenie ochrony przed promieniowaniem słonecznym z korekcją wad wzroku, co pozwala jednocześnie poprawić jakość widzenia i ograniczyć ryzyko pogłębiania się problemów okulistycznych w przyszłości. Z tego względu warto skonsultować wybór okularów ze specjalistą, który pomoże dobrać rozwiązanie uwzględniające zarówno skuteczną ochronę oczu, jak i indywidualne potrzeby wzrokowe dziecka.

Jak dbać o oczy dziecka podczas letnich aktywności?

Oprócz odpowiednio dobranych okularów przeciwsłonecznych, dobrze jest pamiętać o kilku dodatkowych nawykach, które wspierają ochronę wzroku dziecka:

Wdrożenie tych prostych zasad może znacząco zmniejszyć ryzyko negatywnego wpływu słońca i innych czynników środowiskowych na wzrok dziecka. Nie należy też zapominać o regularnych kontrolach okulistycznych, które pozwalają wcześnie wykryć ewentualne wady i wspierają prawidłowy rozwój wzroku.

Choć uwaga opinii publicznej i decydentów koncentruje się głównie na wydatkach Narodowego Funduszu Zdrowia, najnowsze analizy pokazują, że stanowią one jedynie niewielką część rzeczywistych kosztów chorób. Z raportów EconMed Europe wynika, że rak piersi oraz choroby siatkówki, takie jak AMD i DME, kosztowały polską gospodarkę w 2024 roku blisko 27,5 mld zł. Największe obciążenie stanowiły koszty pośrednie związane m.in. z utratą produktywności, absencjami w pracy, koniecznością sprawowania opieki nad chorymi oraz wydatkami ponoszonymi bezpośrednio przez pacjentów i ich rodziny.
Blisko 27,5 mld zł – tyle w 2024 roku kosztowało polską gospodarkę leczenie raka piersi i chorób siatkówki (AMD i DME). Z raportów EconMed Europe wynika, że w przypadku pierwszego obszaru terapeutycznego tylko 20 proc. kosztów stanowiły wydatki z NFZ, a w drugim – zaledwie 8 proc., chociaż to właśnie na tych kosztach bezpośrednich ponoszonych przez fundusz koncentruje się uwaga. Eksperci wskazują na znaczące wydatki ponoszone przez pacjentów, ale też wiele ukrytych, pośrednich kosztów tych chorób wynikających m.in. z absencji chorobowej pacjentów i ich bliskich, obniżonej produktywności czy utraty samodzielności.

– Obecne wskaźniki, jeżeli mówimy o kosztach technologii medycznej i chorób, niestety nie odzwierciedlają w pełni rzeczywistości. Patrzymy głównie na koszty bezpośrednie, na to, ile wydaje płatnik, czyli Narodowy Fundusz Zdrowia, co oczywiście jest rozsądne. Ale nie patrzymy na cały szereg innych kosztów pośrednich, związanych z utraconą produktywnością z powodu chorób. Nie patrzymy na to, ile wydają pacjenci z własnej kieszeni, ile my jako gospodarka tracimy na chorobach, a ile moglibyśmy zyskać, gdybyśmy skutecznie i efektywnie je leczyli – mówi agencji Newseria dr Michał Seweryn, wiceprezes EconMed Europe.

EconMed Europe opracowało dwa raporty, w których policzyło koszty społeczne raka piersi oraz chorób siatkówki (zwyrodnienia plamki związanego z wiekiem i cukrzycowego obrzęku plamki, czyli AMD i DME). Oba są dostępne na stronie Fundacji Zdrowia Publicznego: fzp.com.pl/raporty. Jak pokazuje raport „Systemowa analiza opieki onkologicznej nad pacjentami z rakiem piersi w Polsce”, w 2024 roku leczeniem z powodu raka piersi objętych było ponad 231 tys. Polek. Całkowite koszty tej choroby oszacowano na 18 mld zł, z czego koszty bezpośrednie po stronie NFZ wyniosły 3,58 mld zł (20 proc.), a po stronie pacjentek – 1,38 mld zł (7 proc.).

Z kolei raport „Systemowa analiza leczenia pacjentów z chorobami siatkówki – AMD i DME w Polsce” wskazuje, że liczba pacjentów w 2024 roku wyniosła nieco ponad 339 tys. Koszty leczenia całej populacji to ponad 9,4 mld zł. Całkowite koszty bezpośrednie ponoszone przez pacjentów, na które składały się prywatne wydatki medyczne i te związane z wizytami w ośrodku, wyniosły ponad 750 mln zł (8 proc.). Podobna była wysokość wydatków po stronie NFZ, w tym m.in. na program lekowy i leczenie szpitalne – 767 mln zł (8 proc.).

– Najbardziej zaskakujące jest to, że pomimo faktu, iż w takich chorobach wydajemy mnóstwo pieniędzy na leczenie, bardzo drogie leki, to okazuje się, że te wydatki płatnika stanowią zaledwie niewielką część kosztów, które ponosimy jako społeczeństwo – podkreśla dr Michał Seweryn. – W przypadku raka piersi 73 proc. kosztów to są właśnie koszty pośrednie, czyli niezwiązane z wydatkami płatnika. W przypadku chorób siatkówki, takich jak AMD i DME, koszty pośrednie wynosiły prawie 85 proc.

– Koncentrujemy się wyłącznie na kosztach, które ponosi Narodowy Fundusz Zdrowia. Nawet nie bierzemy pod uwagę kosztów ZUS-u, który też z pieniędzy publicznych opłaca absencje chorobowe czy renty, które są wskutek nieefektywnego działania na poziomie profilaktyki czy medycyny naprawczej – mówi dr Jakub Gierczyński, członek Prezydium Rady Ekspertów przy Rzeczniku Praw Pacjenta.

W kosztach pośrednich autorzy raportów uwzględnili te związane z krótko- i długotrwałą nieobecnością na rynku pracy, mniejszą produktywnością w miejscu pracy, kosztami pracy nieodpłatnej czy opieki nieformalnej. W przypadku AMD i DME wyniosły one w sumie 7,9 mld zł, a w przypadku raka piersi – 13,3 mld zł.

– W perspektywie kosztów społecznych patrzymy właśnie na to, ile tracimy z powodu tego, że chorzy nie pracują, ponieważ są nieobecni, muszą zrezygnować z pracy. Patrzymy na to, czy opiekunowie nie ponoszą dodatkowych kosztów, nie muszą się zwalniać z pracy lub ograniczać swoich etatów, czy chorzy nie tracą pieniędzy w związku z dodatkowymi wydatkami, które generuje ta choroba – wymienia dr Michał Seweryn.

Spośród aktywnych zawodowo pacjentek z rakiem piersi 66 proc. zrezygnowało z pracy z powodu choroby, a pracujące chore korzystały ze zwolnień lekarskich średnio 31 dni rocznie, a ich średnia produktywność spadła do 58 proc. Około 50 proc. pacjentek przeznaczało część swojego urlopu wypoczynkowego na leczenie, a 13 proc. musiało poświęcić na ten cel ponad 19 dni w roku. W przypadku AMD i DME, gdzie szczyt zachorowań przypada na 60.–75. rok życia, co trzeci pracujący pacjent zredukował wymiar pracy średnio o 13 godz. tygodniowo. 37 proc. pacjentów wskazało częste wizyty w ośrodku jako napotkaną trudność.

– Każda złotówka, którą wydaje NFZ na leczenie, to jest 3 zł, które wydają chorzy i ich rodziny. Patrzymy na chorobę i jej leczenie nie tylko przez pryzmat tego, ile wydajemy, ale bardziej jak na inwestycję. Dzięki temu, że lepiej i skuteczniej leczymy choroby, unikamy bardzo dużych kosztów – podkreśla wiceprezes EconMed Europe.

– Niestety Polaków trzeba cały czas przekonywać do tego, że inwestowanie w zdrowie i finanse osobiste to jest inwestycja z wysoką stopą zwrotu. Pojawiło się takie pojęcie jak finansowe zdrowie i myślę, że to bardzo ładnie odpowiada na to pytanie, czy zająć się zdrowiem, czy finansami. Zajmijmy się jednym i drugim – mówi Dominika Nawrocka, ekspertka ds. finansów osobistych, założycielka serwisu Kobieta i Pieniądze.

Jak wynika z danych McKinsey & Company z 2020 roku, każdy dolar zainwestowany w ochronę zdrowia przynosi oczekiwany zwrot gospodarczy w wysokości 2–4 dol.

– Gdy myślimy o następnych pokoleniach, warunkiem koniecznym jest patrzenie na inwestycje w innowacje w zdrowiu z perspektywy wartości społecznej. Przypomnę, że w 1950 roku oczekiwana długość życia kobiety wynosiła 62 lata, a mężczyzny – 56 lat. W 2025 roku jest to odpowiednio 82 i 76 lat – tłumaczy dr Jakub Gierczyński. – To jest sukces między innymi medycyny i zmiany stylu życia, więc musimy utrzymać dostęp do medycyny na najwyższym europejskim poziomie, żeby polskie społeczeństwo miało szansę uniknąć nadmiarowych zgonów i żyć z chorobą przewlekłą w sposób możliwie zbliżony do normalnego życia.

Jak podkreśla, kluczowe są nie tylko innowacje w medycynie, ale też większy nacisk na profilaktykę.

– W Polsce rodzi się 240 tys. dzieci rocznie przy zgonach na poziomie 400 tys., czyli 160 tys. osób więcej umiera, niż się rodzi. To znaczy, że zmierzamy nieuchronnie w kierunku depopulacji, czyli zmniejszenia się liczby Polaków w Polsce. Jeżeli nie poprawimy stanu zdrowia dzieci i młodzieży, osób w wieku produkcyjnym i osób senioralnych, to po prostu będzie dalej postępować. Wskaźnik zgonów możliwych do uniknięcia dzięki leczeniu i profilaktyce, jeżeli dotarlibyśmy do średniej unijnej, wynosi 36 tys. – wskazuje członek Prezydium Rady Ekspertów przy Rzeczniku Praw Pacjenta. 

Źródło: Newseria

Ochrona przeciwsłoneczna coraz częściej staje się elementem codziennej troski o zdrowie. Regularnie sięgamy po kremy z filtrem UV, zwracamy uwagę na wpływ promieniowania słonecznego na skórę i unikamy nadmiernej ekspozycji na słońce. Znacznie rzadziej pamiętamy jednak, że promieniowanie UV oddziałuje również na nasze oczy – i to przez cały rok, nie tylko podczas letnich miesięcy.
 
Ochrona oczu nadal bywa bagatelizowana

Świadomość wpływu promieniowania ultrafioletowego na wzrok pozostaje ograniczona, a wiedza na temat skutecznych metod ochrony jest nadal niewystarczająca. Wiele osób kojarzy okulary przeciwsłoneczne głównie z modnym dodatkiem lub sezonowym trendem, a nie z elementem profilaktyki zdrowotnej. Tymczasem oczy są szczególnie wrażliwe na promieniowanie UV, a skutki wieloletniej ekspozycji na słońce mogą kumulować się przez lata.

Wciąż bardzo często spotykamy się z przekonaniem, że oczy wymagają ochrony wyłącznie podczas intensywnego, letniego słońca. Nic bardziej mylnego! Promieniowanie UV oddziałuje na wzrok przez cały rok, podczas codziennych aktywności na zewnątrz, kiedy często nie odczuwamy bezpośrednio intensywności światła. Zrozumienie tego, że ochrona oczu powinna być elementem codziennej profilaktyki, nadal pozostaje niewystarczające – podkreśla Sylwia Kijewska, optometrystka, ekspertka Hoya Lens Poland.

Problemem pozostaje również sposób wybierania okularów przeciwsłonecznych. Wiele osób kupuje okulary w przypadkowych miejscach, kierując się przede wszystkim wyglądem oprawek, kolorem lub stopniem przyciemnienia soczewek. Takie podejście sprawia, że możemy sobie jeszcze bardziej zaszkodzić niż w przypadku, kiedy nie nosimy okularów przeciwsłonecznych wcale.

Iluzja bezpieczeństwa, czyli dlaczego niewłaściwe szkła mogą być ryzykowne?

Noszenie okularów przeciwsłonecznych bez odpowiedniego filtra UV może prowadzić do fałszywego poczucia bezpieczeństwa. Przyciemnione soczewki oszukują mechanizm widzenia, ponieważ redukują intensywność światła widzialnego, co sprawia, że źrenica rozszerza się w odpowiedzi na „ciemniejsze” warunki. W efekcie do wnętrza oka może docierać większa ilość promieniowania ultrafioletowego, jeśli soczewki nie posiadają skutecznej ochrony UV.

W takich sytuacjach ekspozycja na promieniowanie UV może być paradoksalnie wyższa niż w przypadku braku okularów. Wynika to z faktu, że naturalny odruch mrużenia oczu, który ogranicza ilość światła docierającego do oka, zostaje osłabiony. W rezultacie oko pozostaje szerzej otwarte i bardziej narażone na działanie promieniowania UVA i UVB, szczególnie w warunkach silnego nasłonecznienia oraz przy obecności powierzchni odbijających światło, takich jak woda, piasek czy beton.

Jakie rozwiązania wspierają ochronę oczu?

Współczesna optyka proponuje dziś różne rozwiązania oferujące ochronę wzroku przed intensywnym światłem i promieniowaniem UV. Dobór odpowiednich soczewek okularowych powinien być uzależniony od stylu życia użytkownika oraz warunków, w jakich najczęściej przebywa.

Soczewki barwione zapewniają nie tylko ochronę przed słońcem, ale także poprawiają komfort w różnych warunkach oświetleniowych. Soczewki okularowe polaryzacyjne redukują odblaski pojawiające się m.in. na mokrych nawierzchniach, wodzie czy szybach samochodowych, co może zwiększać kontrast widzenia i komfort podczas prowadzenia auta lub aktywności na zewnątrz.

Coraz większą popularnością cieszą się również soczewki okularowe fotochromowe, które automatycznie dostosowują poziom zabarwienia do warunków oświetleniowych.

Soczewki fotochromowe reagują na promieniowanie UV i dostosowują stopień przyciemnienia do natężenia światła. Dzięki temu mogą wspierać komfort widzenia zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz pomieszczeń, bez konieczności zmieniania okularów w ciągu dnia – tłumaczy Sylwia Kijewska, optometrystka, ekspertka Hoya Lens Poland.

Ekspertka podkreśla jednak, że niezależnie od rodzaju soczewek najważniejsze pozostaje świadome podejście do ochrony wzroku oraz konsultacja z profesjonalistą.

Wybór odpowiednich soczewek warto dopasować do codziennych nawyków i warunków, w jakich funkcjonujemy. Innych rozwiązań mogą potrzebować osoby spędzające dużo czasu za kierownicą, a innych osoby aktywne na zewnątrz czy pracujące w zmiennym oświetleniu. Dlatego tak ważna jest konsultacja ze specjalistą, który pomoże dobrać rozwiązanie wspierające zarówno komfort widzenia, jak i ochronę oczu przed promieniowaniem UV – podsumowuje Sylwia Kijewska.

Źródło: inf pras

Dla poprawy sytuacji pacjentów w ochronie zdrowia powinniśmy rozszerzać zakres skoordynowanej opieki, która z jednej strony usprawni diagnostykę, z drugiej ułatwi pacjentom proces leczenia – ocenili eksperci podczas debaty „Zdrowie i Pacjent”, która odbyła się w ramach Europejskiego Kongresu Gospodarczego 2026 w Katowicach. Zaapelowali o zwiększenie nakładów organizacyjnych i finansowych na profilaktykę.
Dyskusję o sytuacji pacjentów w ochronie zdrowia rozpoczął przedstawiciel Rzecznika Praw Pacjenta – Konrad Madejczyk, dyrektor Departamentu Współpracy Biura Rzecznika Praw Pacjenta. Zwrócił on uwagę, że najwięcej zgłoszeń i skarg kierowanych do Biura RPP dotyczy prawa do informacji medycznej (37 tys. zgłoszeń rocznie) oraz przebiegu leczenia, na co skarży się ok. 24 tys. pacjentów rocznie.

„Pacjenci wciąż gubią się w systemie. Dużym problem jest np. przenoszenie dokumentacji medycznej z przychodni do szpitala, którą obarczony jest pacjent. Tak nie powinno być, bo mamy w systemie narzędzie do tego, ale nie jest ono wykorzystane” – zaznaczył dyrektor Madejczyk.

Zwrócił też uwagę na konieczność wzmocnienia bezpieczeństwa pacjenta w kontekście działalności szarlatanów. Przypomniał o tym, że do prac parlamentarnych trafił projekt ustawy pozwalający skutecznie ograniczyć pseudomedyczną działalność.

Według Agnieszki Gorgoń-Komor, senatorki RP i wiceprzewodniczącej Senackiej Komisji Zdrowia, legislacja nie rozwiąże wszystkich problemów w ochronie zdrowia.

„Potrzebujemy większych nakładów na zdrowie i lepszej organizacji, żeby z jednej strony lekarze mieli więcej czasu dla pacjentów, a z drugiej strony, by usprawnić i skrócić proces diagnostyki. To pozwoli też na efektywniejsze wydatkowanie środków w systemie” – wskazała.

Jej zdaniem kluczowe jest przesunięcie ciężaru działań na profilaktykę. „Profilaktyka to inwestycje, a leczenie to koszt. Kto nie jest leczony, powinien być w systemie opieki profilaktycznej. Oczywiście powinniśmy płacić za efekt leczenia, ale musimy zmienić organizacyjnie dostęp do profilaktyki i pamiętać, że opieka szpitalna jest najdroższa” – podkreśliła senatorka.

Według prof. Marcina Czecha, kierownika Zakładu Farmakoekonomiki w Instytucie Matki i Dziecka, członka Rady Naukowej Ogólnopolskiego Programu Zwalczania Chorób Infekcyjnych, biorąc pod uwagę sytuację demograficzną, bez zwiększenia profilaktyki, w tym rozszerzenia szczepień ochronnych, nie da się na dłuższą metę poprawić sytuacji w publicznej ochronie zdrowia.

„Jesteśmy w Polsce nastawieni na medycynę naprawczą, ale jeśli chcemy przejść na poziom populacyjny, musimy postawić na profilaktykę – tak pod względem organizacyjnym, jak i finansowym. W Polsce ledwie 1,7 proc. budżetu zdrowotnego trafia na profilaktykę, to o połowę mniej niż średnia w UE” – podał prof. Czech. Dodał, że tylko 0,5 proc. trafia na szczepienia ochronne zapobiegające wielu chorobom, które później generują bardzo duże koszty leczenia.

Konrad Korbiński, dyrektor generalny w Ministerstwie Zdrowia, zwrócił uwagę, że resort zdrowia próbuje nadrobić wieloletnie zapóźnienia w profilaktyce.

„Już 1 mld zł zainwestowaliśmy w prewencję. Efekty tego będą odroczone w czasie, ale bardzo wymierne, bo 1 złoty zainwestowany w profilaktykę oznacza zwrot 4 złotych na leczeniu” – podał urzędnik.

Przyznał, że są opóźnienia we wprowadzaniu opieki koordynowanej, ale w onkologii już jest wdrażana. Dodał, że przygotowywana jest najpierw standaryzacja, a potem nastąpi wprowadzanie koordynatora do kolejnych specjalizacji.

Prof. Sebastian Majewski z Kliniki Pneumonologii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, członek Polskiego Towarzystwa Chorób Płuc, zwrócił uwagę, że w chorobach płuc potrzebna jest strategia na wzór kardiologii i onkologii.

Podał przykład przewlekłej obturacyjnej choroby płuc (POChP) i jej niedostatecznego rozpoznania, a jak podał przypomniał choruje na nią ok. 400 mln osób na świecie, a w Polsce ok. 2 mln.

„Wielu chorych pozostaje niezdiagnozowanych, ponieważ początkowe objawy – takie jak kaszel, zmęczenie czy duszność – są bagatelizowane i przypisywane wiekowi lub paleniu papierosów. Tymczasem szacuje się, że nawet 50 proc. chorych nie wie o swojej chorobie, co ma swoje konsekwencje” – ocenił.

Jak wyjaśnił prof. Majewski, POChP jest chorobą społeczną, wpływającą nie tylko na zdrowie, ale też na funkcjonowanie pacjentów – obniża jakość życia, prowadzi do utraty zdolności do pracy i zwiększa zależność od opieki bliskich.

„Zaostrzenia choroby często wymagają hospitalizacji i generują wysokie koszty dla systemu ochrony zdrowia. Dlatego kluczową rolę w profilaktyce i diagnostyce odgrywa identyfikacja czynników ryzyka, przede wszystkim palenia tytoniu, wieku oraz narażenia na zanieczyszczenia powietrza” – zauważył specjalista.

Podkreślił, że chorym „dramatycznie” potrzebna jest rehabilitacja, bo ledwie 1 proc. pacjentów z POchP na nią trafia.

„Potrzebujemy też poprawy wyceny w pulmonologii, bo już od trzeciego dnia z zapaleniem płuc szpital dopłaca do pacjenta” – wskazał prof. Majewski.

Według prof. Edwarda Wylęgały, konsultanta wojewódzkiego w dziedzinie okulistyki, prorektora d/s Rozwoju i Transferu Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, do chorób cywilizacyjnych trzeba włączyć problemy okulistyczne. Wskazał, że z jednej strony mamy starzejące się społeczeństwo, z drugiej zaczyna się epidemia krótkowzroczności u dzieci z powodu nadmiernej ekspozycji na ekrany.

„Musimy zwiększyć profilaktykę i edukację oraz rozwijać dostęp do programu lekowego” – podkreślił specjalista.

Krystian Wit, konsultant wojewódzki w dziedzinie kardiologii w woj. śląskim, zastępca dyrektora ds. lecznictwa, kierownik Oddziału Intensywnego Nadzoru Kardiologicznego Górnośląskiego Centrum Medycznego im. prof. Leszka Gieca w Katowicach, powiedział, że Polska jest w czołówce europejskiej w dziedzinie kardiologii.

Zauważył, że powoływanie koordynatorów jeszcze wymaga doprecyzowania ich roli w ramach elektronicznej karty pacjenta kardiologicznego. Podkreślił jednak, że w Polsce cyfryzacja w ochronie zdrowa jest jedną z najwyższych w Europie, a sam system na bardzo „przyzwoitym poziomie”.

Źródło: PAP MediaRoom