Medicalpress

Wojskowy Instytut Medyczny – Państwowy Instytut Badawczy rozpoczyna realizację programu laserowej korekcji wad wzroku żołnierzy zawodowych Sił Zbrojnych RP. Finansowany przez Ministerstwo Obrony Narodowej program ma poprawić bezpieczeństwo i komfort służby, a przede wszystkim zwiększyć możliwości wykonywania zadań na stanowiskach wymagających wysokiej sprawności wzrokowej. Realizację zabiegów powierzono Klinice Okulistycznej WIM-PIB.

Program obejmuje żołnierzy zawodowych wybranych korpusów, grup osobowych i specjalności, w których jakość widzenia ma szczególne znaczenie dla skutecznego i bezpiecznego wykonywania zadań. Wśród uprawnionych znajdują się m.in. żołnierze jednostek powietrznodesantowych, piloci i nawigatorzy, członkowie personelu pokładowego, operatorzy i piloci bezzałogowych statków powietrznych, nurkowie oraz żołnierze wojsk specjalnych.

Medycyna, która zwiększa możliwości żołnierza

Dla żołnierza wada wzroku nie zawsze oznacza jedynie konieczność noszenia okularów lub soczewek. W części specjalności może mieć bezpośrednie znaczenie dla możliwości wykonywania zadań operacyjnych.

Laserowa korekcja wzroku pozwala ograniczyć zależność od okularów i soczewek kontaktowych – wyposażenia, które w warunkach pola walki, podczas skoków spadochronowych, działań specjalnych, lotów czy innych wymagających zadań może stanowić dodatkowe ograniczenie.

Znaczenie dobrego widzenia w warunkach operacyjnych potwierdzają doświadczenia armii sojuszniczych przywołane w dokumentacji programu. Stany Zjednoczone prowadzą program laserowej korekcji wzroku personelu wojskowego od lat 90. W badaniach amerykańskich żołnierze po takich zabiegach wskazywali m.in. poprawę gotowości i możliwości operacyjnych, w tym podczas celowania, używania noktowizji czy działania w warunkach nocnych.

WIM-PIB – medycyna podporządkowana potrzebom współczesnego pola walki

Powierzenie realizacji programu Wojskowemu Instytutowi Medycznemu – PIB oznacza połączenie wysokospecjalistycznej medycyny z doświadczeniem wynikającym ze znajomości specyfiki służby wojskowej.

To szczególnie istotne w okulistyce. Celem nie jest bowiem samo usunięcie wady refrakcji, ale uzyskanie efektu, który będzie odpowiadał wymaganiom stawianym żołnierzowi wykonującemu konkretne zadania.

Dlatego program zakłada wieloetapową kwalifikację. Kandydaci muszą spełnić zarówno kryteria formalne, jak i szczegółowe kryteria zdrowotne. Dokumentacja określa m.in. zakres wad wzroku kwalifikujących do programu oraz bezwzględne i względne przeciwwskazania okulistyczne i ogólnomedyczne.

Ostateczną decyzję o możliwości wykonania zabiegu podejmują specjaliści WIM-PIB po przeprowadzeniu badań kwalifikacyjnych. Bezpieczeństwo pacjenta i przewidywalność efektu medycznego pozostają nadrzędnymi kryteriami.

Zaufanie do Kliniki Okulistycznej WIM-PIB

Powierzenie Klinice Okulistycznej WIM-PIB realizacji programu przeznaczonego m.in. dla pilotów, żołnierzy wojsk specjalnych, wojsk powietrznodesantowych, nurków i operatorów systemów bezzałogowych jest jednocześnie wyrazem zaufania do kompetencji zespołu oraz możliwości diagnostycznych i zabiegowych Instytutu, który od lat wykonuje zabiegi dla Sił Zbrojnych, ale również na NFZ jak i komercyjne dla ludności.

Program został WIM-PIB zlecony decyzją Ministra Obrony Narodowej jako zadanie dotyczące wdrożenia w Siłach Zbrojnych RP procedury laserowej korekcji wzroku wśród żołnierzy zawodowych.

To także przykład roli, jaką WIM-PIB pełni w systemie wojskowej ochrony zdrowia: nie tylko leczy następstwa chorób i urazów, lecz wykorzystuje nowoczesną medycynę do zwiększania zdolności żołnierzy do bezpiecznego i skutecznego wykonywania powierzonych im zadań.

Pierwsze 100 zabiegów w 2026 roku

W 2026 roku zaplanowano wykonanie 100 operacji gałek ocznych, a w kolejnych latach liczba zabiegów ma wzrastać. Program jest w całości finansowany przez Ministerstwo Obrony Narodowej.

Udział żołnierza wymaga potwierdzenia przez dowódcę jednostki przynależności do grupy uprawnionej do programu. Następnie kandydat przechodzi kwalifikację medyczną w WIM-PIB. Wzór zaświadczenia dowódcy jednoznacznie wskazuje, że dokument służy potwierdzeniu uprawnienia żołnierza do udziału w programie realizowanym przez Instytut.

Program ma charakter wieloletni i jest przewidziany na lata 2026-2029.

Korzyść dla żołnierza, korzyść dla Sił Zbrojnych

Dla żołnierza laserowa korekcja wzroku może oznaczać przede wszystkim większy komfort służby, uniezależnienie od okularów lub soczewek oraz poprawę możliwości wykonywania zadań w wymagającym środowisku.

Z perspektywy Sił Zbrojnych jest to inwestycja w człowieka – w jego bezpieczeństwo, sprawność i gotowość operacyjną.

WIM-PIB wykorzystuje w ten sposób potencjał nowoczesnej medycyny tam, gdzie jej efekt ma znaczenie nie tylko dla zdrowia pojedynczego pacjenta, ale również dla zdolności operacyjnych Sił Zbrojnych RP.

Źródło: inf pras

Rozpoznanie krótkowzroczności u dziecka i dobranie okularów nie oznacza jeszcze, że problem został rozwiązany. Wada może postępować, dlatego coraz większą rolę odgrywa tzw. kontrola krótkowzroczności. Jakimi metodami można dziś spowalniać jej rozwój i dlaczego znaczenie ma wczesne rozpoczęcie działania?

Dlaczego sama korekcja nie wystarczy? 

Kiedy specjalista zdiagnozuje u dziecka krótkowzroczność, początkowym rozwiązaniem są najczęściej okulary korekcyjne z soczewkami jednoogniskowymi wypukło-wklęsłymi, tzw. „minusy”. Dzięki nim dziecko zaczyna wyraźnie widzieć, łatwiej odczytuje to, co jest na tablicy, rozpoznaje osoby z daleka i może wrócić do codziennych aktywności bez mrużenia oczu. Rodzic ma więc poczucie, że problem został rozwiązany. Często zapomina się jednak o tym, że standardowe okulary co prawda korygują jak wyraźny jest obraz, ale nie zatrzymują procesu wydłużania się gałki ocznej, który stoi za rozwojem krótkowzroczności. Dlatego dziś coraz częściej mówi się nie tylko o korekcji, ale także o kontroli krótkowzroczności, czyli działaniach, których celem jest spowolnienie narastania wady. Czym różnią się oba te procesy?

Korekcja krótkowzroczności polega na takim skorygowaniu wady, aby dziecko mogło wyraźnie widzieć przedmioty znajdujące się w różnej, szczególnie dalszej, odległości. Kontrola krótkowzroczności to natomiast działania, których celem jest spowolnienie narastania wady. To ważne rozróżnienie, ponieważ samo zapewnienie ostrego widzenia nie oznacza, że krótkowzroczność przestanie się pogłębiać. Im wcześniej zaczniemy reagować na tempo jej rozwoju, tym większa szansa na ograniczenie ryzyka pojawienia się poważnych problemów ze zdrowiem oczu w przyszłości, takich jak jaskra, zaćma czy odwarstwienie siatkówki – podkreśla Sylwia Kijewska, optometrystka, ekspertka Hoya Lens Poland.

Dostępne metody kontroli krótkowzroczności

Rodzice, którzy chcą lepiej zrozumieć, jakie możliwości daje dziś kontrola krótkowzroczności, mogą sięgnąć do wytycznych Polskiego Towarzystwa Okulistycznego, dotyczących postępowania u dzieci i młodzieży.

Ogólnie dostępne metody kontroli krótkowzroczności można podzielić na dwie główne grupy: optyczne i farmakologiczne.

Metody optyczne:

Metody farmakologiczne:

Kontrola krótkowzroczności to proces

Sama decyzja o rozpoczęciu kontroli krótkowzroczności to dopiero początek. Wybraną metodę trzeba dopasować do dziecka, a następnie obserwować, jak oko reaguje na zastosowane rozwiązanie. Regularne wizyty u specjalisty pozwalają ocenić postęp wady i w razie potrzeby modyfikować sposób postępowania. Równie ważna jest codzienna konsekwencja, ponieważ nawet najlepiej dobrana metoda nie przyniesie oczekiwanych rezultatów, jeśli nie będzie stosowana zgodnie z zaleceniami.

Wybór metody kontroli krótkowzroczności powinien zawsze uwzględniać wiek dziecka, jego codzienne aktywności, możliwości i komfort. Nie każda metoda będzie odpowiednia dla każdego pacjenta. Atropina czy ortokorekcja wymagają bezpośredniego kontaktu z powierzchnią oka, co dla niektórych dzieci może być barierą. Na tym tle okulary z soczewkami wykorzystującymi rozogniskowanie wielosegmentowe mogą być prostszym rozwiązaniem, szczególnie dla dzieci, które nie są gotowe na bardziej wymagające metody. Jednocześnie trzeba pamiętać, że żadna z dostępnych metod nie daje gwarancji całkowitego zatrzymania progresji wady. Dlatego tak ważne są wczesne wykrycie krótkowzroczności, regularne kontrole i możliwie szybkie dobranie rozwiązania odpowiedniego dla konkretnego dziecka – mówi Sylwia Kijewska, optometrystka i ekspertka Hoya Lens Poland.

Codzienna profilaktyka i regularność badań

Dbanie o wzrok dziecka nie kończy się na dobraniu odpowiedniej korekcji czy metody kontroli krótkowzroczności. Równie ważne są codzienne nawyki i cykliczne badania, które pozwalają odpowiednio wcześnie zauważyć niepokojące zmiany. Dziecko powinno mieć możliwość spędzania co najmniej dwóch godzin dziennie na świeżym powietrzu, korzystać z naturalnego światła i robić regularne przerwy podczas nauki czy korzystania z ekranów: pomocna może być zasada 20-20-20 (co 20 minut 20 sekund patrzenia w dal na odległość 20 stóp, czyli ok. 6 metrów). Jednocześnie wzrok warto kontrolować regularnie, nawet jeśli dziecko nie zgłasza żadnych problemów. W przypadku zdrowych oczu zaleca się badania co najmniej raz w roku, a przy zdiagnozowanej krótkowzroczności częściej, zgodnie z zaleceniami specjalisty. Takie podejście pozwala nie tylko wspierać prawidłowy rozwój wzroku, ale także szybko reagować, jeśli wada zaczyna się pogłębiać.

Przyszłość wygląda obiecująco

Choć krótkowzroczność nadal pozostaje jednym z największych wyzwań współczesnej okulistyki i optometrii, dzięki najnowszym technologiom, możliwości jej kontroli systematycznie się zwiększają.

Dla rodziców oznacza to przede wszystkim większą szansę na ograniczenie postępu krótkowzroczności i lepszą ochronę wzroku dziecka w przyszłości. Jeszcze kilka lat temu taki kierunek rozwoju wydawał się odległą perspektywą. Dziś staje się coraz bardziej realny.

Technologia rozwija się bardzo szybko i daje nam coraz bardziej precyzyjne narzędzia do kontroli krótkowzroczności. Nie oznacza to jeszcze, że potrafimy całkowicie zatrzymać wadę u każdego dziecka, ale jesteśmy zdecydowanie bliżej tego celu niż kiedykolwiek wcześniej. Najważniejsze, aby wykorzystać te możliwości odpowiednio wcześnie – podsumowuje Sylwia Kijewska, optometrystka i ekspertka Hoya Lens Poland.

Źródło: mat. pras.

Postępująca utrata pola widzenia może występować mimo prawidłowego obrazu gałki ocznej i braku ewidentnych nieprawidłowości w rezonansie magnetycznym. W Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Białymstoku pacjenci z takimi zaburzeniami poddawani są specjalistycznej diagnostyce, a w wybranych przypadkach również małoinwazyjnemu odbarczeniu nerwu wzrokowego. Zabieg może zahamować pogarszanie się widzenia i dać lekarzom czas na dalszą diagnostykę przyczyny problemu.

Widzenie pogarsza się, ale badania nie pokazują oczywistej przyczyny

Charakterystycznym objawem może być stopniowa utrata widzenia obwodowego przy zachowanej zdolności czytania i rozpoznawania szczegółów. Pole widzenia stopniowo się zawęża, a u niektórych pacjentów proces ten postępuje bardzo szybko – nawet w ciągu kilku tygodni.

Problem polega na tym, że standardowa diagnostyka nie zawsze pozwala szybko ustalić przyczynę.

– Od kilkunastu lat zajmujemy się zaburzeniami widzenia o niejasnej etiologii, czyli takimi, w których przyczyna nie jest oczywista. Co ważne, nie wynikają one bezpośrednio z choroby gałki ocznej, a w takich przypadkach okuliści niewiele mogą pomóc – wyjaśnia dr hab. Tomasz Łysoń, kierownik Kliniki Neurochirurgii USK w Białymstoku.

Jednym z pacjentów był 53-letni pan Zbigniew z Ostródy. Zanim trafił do białostockich neurochirurgów, konsultował się z okulistami, neurologiem i neurochirurgami. Ostatecznie pojawiło się podejrzenie, że zaburzenia widzenia mogą mieć związek z nieprawidłowym ciśnieniem płynu mózgowo-rdzeniowego.

Jak ciśnienie płynu mózgowo-rdzeniowego może wpływać na wzrok?

Mózg znajduje się w zamkniętej przestrzeni czaszki, a organizm każdego dnia produkuje około pół litra płynu mózgowo-rdzeniowego. Jeżeli jego odpływ lub wchłanianie są zaburzone, może dojść do wzrostu ciśnienia wewnątrzczaszkowego.

Ma to znaczenie również dla narządu wzroku. Nerw wzrokowy otacza pochewka zawierająca płyn mózgowo-rdzeniowy. Wzrost ciśnienia może prowadzić do jej rozdęcia, obrzęku tarczy nerwu wzrokowego oraz ucisku samego nerwu, a w konsekwencji – do pogarszania się widzenia.

Jak wskazują lekarze z USK, tego rodzaju problemy częściej występują u osób z otyłością. Ich rozpoznanie wymaga niejednokrotnie współpracy okulistów, neurologów i neurochirurgów, a w wybranych przypadkach również laryngologów.

Dostęp do nerwu bez przecinania mięśni oka

Kilka lat temu neurochirurdzy z Białegostoku, wykorzystując doświadczenie w technikach endoskopowych stosowanych podczas operacji mózgu, kręgosłupa i oczodołu, opracowali małoinwazyjną metodę odbarczania nerwu wzrokowego. Polega ona na wykonaniu niewielkiego nacięcia pochewki nerwu.

– My przez niewielkie nacięcie spojówki, bez przecinania mięśni poruszających gałką oczną, docieramy do pochewki nerwu wzrokowego tuż za gałką oczną i wykonujemy w niej mikronacięcie. Płyn mózgowo-rdzeniowy może dzięki temu wypłynąć, przez co likwidujemy ucisk na nerw wzrokowy – tłumaczy dr hab. Tomasz Łysoń.

To właśnie brak konieczności przecinania mięśnia poruszającego gałką oczną jest jedną z istotnych cech stosowanej w Białymstoku techniki. W klasycznym dostępie chirurgicznym mięsień musi zostać przecięty, a następnie ponownie zszyty, co może wiązać się m.in. z przejściowymi zaburzeniami ustawienia oka i dłuższym gojeniem.

Sama operacja trwa niespełna godzinę, jednak – jak podkreślają specjaliści – jest wymagająca technicznie i wymaga odpowiedniego doświadczenia oraz specjalistycznego instrumentarium.

Zabieg może „kupić czas” na dalsze leczenie

U części chorych poprawa następuje bardzo szybko po odbarczeniu nerwu. Operacja nie zawsze oznacza jednak zakończenie leczenia, ponieważ nie usuwa w każdym przypadku pierwotnej przyczyny zaburzeń ciśnienia.

– Ten zabieg często kupuje nam czas. Jeżeli uda się odbarczyć nerw i poprawić widzenie, mamy możliwość dalszej, spokojnej diagnostyki i leczenia przyczyny problemu. U części pacjentów efekt utrzymuje się długotrwale, ale u niektórych konieczne jest dalsze postępowanie – zaznacza dr hab. Łysoń.

Dlatego szczególne znaczenie ma odpowiednio szybkie skierowanie pacjenta do specjalistycznego ośrodka. Długotrwały ucisk i uszkodzenie nerwu wzrokowego mogą bowiem doprowadzić do zmian, których nie uda się już odwrócić.

– Przyjeżdżają do nas pacjenci z całej Polski i zza granicy. I czasem zdarza się, że ten czas niedowidzenia trwa na tyle długo, że zmiany są nieodwracalne i już nie możemy pomóc – podkreśla Łukasz Lisowski, okulista z Kliniki Okulistyki USK.

53-letni pacjent przeszedł zabieg 19 sierpnia, a dwa dni później został wypisany do domu. Badanie kontrolne wykazało ustąpienie obrzęku tarczy nerwu wzrokowego. Po zagojeniu oka zostanie przeprowadzona pełna ocena okulistyczna, która pozwoli określić, w jakim stopniu poprawiło się jego widzenie, oraz zaplanować dalszą diagnostykę i ewentualne leczenie.

Białostocki zespół analizuje również wyniki stosowanej metody i prowadzi badania naukowe dotyczące rzadkich i trudnych diagnostycznie zaburzeń widzenia.

Źródło: Uniwersytet Medyczny w Białymstoku / Uniwersytecki Szpital Kliniczny w Białymstoku

Środowe zaćmienie Słońca przyciągnęło miliony obserwatorów w całej Europie. Dla części z nich zakończyło się jednak wizytą na okulistycznym oddziale ratunkowym. Berlińskie szpitale odnotowały wzrost liczby pacjentów z zaburzeniami widzenia po obserwowaniu zjawiska bez certyfikowanych filtrów ochronnych. Specjaliści ostrzegają, że uszkodzenie siatkówki może rozwijać się bez bólu, a pierwsze objawy pojawiają się dopiero po kilku godzinach, a nawet dniach. To właśnie dlatego osoby, które podczas zaćmienia patrzyły bezpośrednio na Słońce, powinny zachować szczególną czujność.

Jeszcze kilka dni po zaćmieniu Słońca do okulistów mogą zgłaszać się kolejni pacjenci z uszkodzeniem wzroku. Takie ostrzeżenie płynie z berlińskich klinik, które już w pierwszej dobie po zjawisku przyjęły kilkadziesiąt osób z zaburzeniami widzenia po obserwowaniu Słońca bez odpowiedniej ochrony. Sama Charité udzieliła pomocy dziesięciu pacjentom, podobną liczbę zgłoszeń odnotował szpital Vivantes, a kolejni chorzy trafili do Kliniki Okulistycznej Berlin-Marzahn. Lekarze podkreślają, że nie jest to koniec, ponieważ część objawów rozwija się z opóźnieniem.

To zjawisko znane okulistom od wielu lat. Nosi nazwę retinopatii słonecznej (solar retinopathy) i polega na fotochemicznym uszkodzeniu plamki żółtej, czyli centralnej części siatkówki odpowiedzialnej za ostre widzenie. Problem nie wynika z wysokiej temperatury promieniowania, lecz z intensywnego światła widzialnego i promieniowania podczerwonego, które uszkadzają komórki fotoreceptorów oraz nabłonek barwnikowy siatkówki. Uszkodzenie może pojawić się nawet po stosunkowo krótkiej obserwacji Słońca, zwłaszcza podczas zaćmienia, kiedy zmniejszona jasność tarczy słonecznej daje złudne poczucie bezpieczeństwa.

Najbardziej podstępne jest to, że siatkówka nie posiada receptorów bólowych. W przeciwieństwie do oparzenia skóry czy urazu rogówki człowiek nie odczuwa bólu w momencie uszkodzenia. Dlatego wiele osób wychodzi z założenia, że skoro po obserwacji zaćmienia „nic się nie stało”, to wzrok nie ucierpiał. Tymczasem pierwsze objawy mogą pojawić się dopiero następnego dnia lub nawet po kilku dniach.

Na jakie sygnały należy zwrócić uwagę? Okuliści wymieniają przede wszystkim nagłe pogorszenie ostrości widzenia, trudności z czytaniem, pojawienie się ciemnej lub szarej plamy w centrum pola widzenia, falowanie prostych linii (metamorfopsje), pogorszenie rozpoznawania kolorów oraz zwiększoną wrażliwość na światło. Objawy mogą dotyczyć jednego lub obu oczu.

Jeżeli którykolwiek z tych objawów wystąpi po obserwacji zaćmienia Słońca, nie należy czekać, aż samoistnie ustąpi. Specjaliści zalecają pilną konsultację okulistyczną lub zgłoszenie się do okulistycznego oddziału ratunkowego. W diagnostyce wykorzystuje się m.in. badanie dna oka oraz optyczną koherentną tomografię (OCT), która pozwala uwidocznić uszkodzenia plamki żółtej.

Czy uszkodzenie można wyleczyć? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. U części pacjentów dochodzi do stopniowej poprawy ostrości wzroku w ciągu kilku tygodni lub miesięcy, jednak niektórzy zachowują trwałe ubytki widzenia centralnego. Obecnie nie istnieje leczenie, które odwracałoby uszkodzenie siatkówki wywołane patrzeniem na Słońce. Opisy przypadków wskazują, że poprawa jest możliwa, ale nie można jej zagwarantować.

Eksperci przypominają, że jedyną bezpieczną metodą obserwacji częściowego zaćmienia Słońca są certyfikowane okulary spełniające normę ISO 12312-2 lub pośrednie metody projekcyjne. Zwykłe okulary przeciwsłoneczne, przyciemniane szyby, klisze fotograficzne czy płyty CD nie chronią siatkówki przed szkodliwym promieniowaniem.

Berlińskie doświadczenia pokazują, że mimo wieloletnich kampanii edukacyjnych problem wciąż pozostaje aktualny. Lekarze spodziewają się, że kolejni pacjenci będą zgłaszać się jeszcze przez kilka najbliższych dni. Dla osób, które podczas zaćmienia choć przez chwilę patrzyły na Słońce bez odpowiedniej ochrony, najważniejszym zaleceniem jest dziś uważna obserwacja własnego wzroku. Nawet niewielka ciemna plama w centrum pola widzenia czy trudności z czytaniem powinny być sygnałem do pilnej konsultacji okulistycznej.

Międzynarodowy zespół naukowców opracował system sztucznej inteligencji, który może znacząco zwiększyć skuteczność diagnostyki dziedzicznych chorób siatkówki. Choroby te są jedną z głównych przyczyn utraty wzroku u dzieci i osób młodych. Informuje o tym najnowsze wydanie periodyku „Nature Medicine”.

W badaniu uczestniczyli również naukowcy z Polski, w tym prof. Andrzej Grzybowski z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, kierownik Instytutu Okulistycznych Badań Naukowych w Poznaniu, a także dr hab. Adrian Smędowski, zastępca kierownika Katedry i Kliniki Okulistyki Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach.

Diagnostyka z wykorzystaniem sztucznej inteligencji jest szczególnie ważna w dziedzicznych chorobach siatkówki. Za rozwój tych schorzeń odpowiada ponad 300 genów, a podobny obraz kliniczny mogą wywołać różne mutacje. Rozpoznanie wymaga połączenia badania okulistycznego, wielomodalnego obrazowania oraz kosztownych badań genetycznych, które nie są powszechnie dostępne.

Ogromne znaczenie ma wczesne wykrycie tych schorzeń, gdyż coraz częściej opracowywane są terapie genowe. „Im szybciej zostanie ustalone najbardziej prawdopodobne podłoże genetyczne choroby, tym wcześniej pacjent może zostać zakwalifikowany do odpowiedniego leczenia lub badania klinicznego” – przekonuje w przekazanej PAP informacji prasowej prof. Andrzej Grzybowski.

System sztucznej inteligencji o nazwie PRetina4IRD analizuje fotografie dna oka, obrazy optycznej koherentnej tomografii (OCT) oraz podstawowe dane kliniczne pacjenta, aby przewidzieć najbardziej prawdopodobne podłoże genetyczne choroby jeszcze przed wykonaniem kosztownych badań genetycznych. Dzięki temu można zmniejszyć liczbę tych badań, typując u danej osoby najbardziej prawdopodobne genotypy.

Model opracowano na podstawie danych 1843 pacjentów (3376 oczu) z genetycznie potwierdzonymi dziedzicznymi chorobami siatkówki, pochodzących z dziewięciu ośrodków w Chinach, Korei Południowej i Polsce. Przeprowadzono także prospektywne, randomizowane badanie kliniczne obejmującym prawie 300 pacjentów z podejrzeniem dziedzicznych chorób siatkówki. Badanie to polegało na tym, że lekarzy losowo przydzielono do grupy korzystającej z Retina4IRD lub do grupy prowadzącej diagnostykę standardową bez wsparcia sztucznej inteligencji. W obu badaniach analizowano 17 najważniejszych kategorii genotypowych.

Wykazano, że lekarze korzystający ze wsparcia systemu Retina4IRD osiągnęli 88,5 proc. trafności w identyfikacji właściwego genu wśród pięciu najbardziej prawdopodobnych rozpoznań, w porównaniu z 67,3 proc. w grupie specjalistów pracujących bez pomocy sztucznej inteligencji. Zastosowanie systemu poprawiło również decyzje dotyczące dalszej diagnostyki i postępowania terapeutycznego.

Prof. Grzybowski stwierdził, że system sztucznej inteligencji wpływał na decyzje lekarzy. Ci, którzy korzystali z Retina4IRD częściej korygowali początkowe rozpoznanie w sposób zgodny z późniejszym wynikiem badania genetycznego, co wskazuje, że system skutecznie wspomagał proces podejmowania decyzji klinicznych.

Specjalista zaznaczył przy tym, że AI nie ma zastąpić badań genetycznych. „System ma wspomagać diagnostykę poprzez wskazanie najbardziej prawdopodobnych genotypów, natomiast ostateczne rozpoznanie nadal wymaga potwierdzenia badaniem genetycznym” – wskazał. Może zatem skrócić proces diagnostyczny, ograniczyć liczbę niepotrzebnych badań genetycznych, ułatwić wybór odpowiednich paneli genetycznych oraz przyspieszyć kwalifikację pacjentów do terapii genowych i badań klinicznych.

Retina4IRD obejmuje jednak jedynie 17 najważniejszych genotypów. Większość danych pochodzi z populacji azjatyckich, a system wykorzystuje wyłącznie fotografie dna oka i OCT, bez integracji innych badań, takich jak autofluorescencja czy elektroretinografia.

„Badanie pokazuje, że sztuczna inteligencja może wspierać przewidywanie genotypu na podstawie fenotypu okulistycznego oraz realnie poprawiać proces diagnostyczny, co stanowi istotny krok w kierunku medycyny precyzyjnej” – uważa prof. Grzybowski. Dodaje, że AI nie zastępuje lekarza, może jedynie usprawnić diagnostykę i poprawić trafność decyzji klinicznych.

Międzynarodowe badania wpisują się w działalność Polskiego Konsorcjum Sztucznej Inteligencji w Okulistyce, utworzonego w 2024 r. z inicjatywy prof. Andrzeja Grzybowskiego. Konsorcjum skupia czołowe polskie ośrodki kliniczne, akademickie i technologiczne oraz partnerów zagranicznych, tworząc platformę współpracy w zakresie rozwoju, walidacji i wdrażania metod sztucznej inteligencji do diagnostyki i leczenia chorób oczu. (PAP)

Źródło: Nauka w Polsce

Letnie dni sprzyjają zabawie i aktywności na świeżym powietrzu. Choć rodzice coraz częściej pamiętają o kremach z filtrem i nakryciach głowy dla swoich pociech, ochrona oczu dzieci przed światłem słonecznym nadal bywa pomijana. Tymczasem to właśnie najmłodsi są bardziej narażeni na uszkodzenia wzroku spowodowane promieniowaniem UV, ponieważ struktury ich oka nie są jeszcze w pełni rozwinięte i przepuszczają więcej promieniowania UV do wnętrza gałki ocznej.

Dlatego odpowiednio dobrane okulary przeciwsłoneczne powinny być stałym elementem letniej profilaktyki zdrowotnej dzieci. Na jakie parametry warto zwrócić uwagę podczas ich wyboru?

Dlaczego ochrona oczu dziecka przed słońcem jest tak ważna?

Dziecięcy wzrok jest szczególnie podatny na negatywne skutki promieniowania ultrafioletowego, ponieważ soczewki oczu najmłodszych są bardziej przezierne, co pozwala na dotarcie większej ilości światła o krótkiej długości fali do siatkówki[1].

Promieniowanie UV akumuluje się m.in. w rogówce i soczewce, które pełnią funkcję naturalnych filtrów, jednak nie zapewniają pełnej ochrony przed jego szkodliwym działaniem. W efekcie, najmłodsi są bardziej narażeni na rozwój poważnych chorób wzroku w dorosłości, takich jak zaćma czy zwyrodnienie plamki żółtej – tłumaczy Sylwia Kijewska, optometrystka, ekspertka Hoya Lens Poland.

W związku z tym odpowiednia ochrona przeciwsłoneczna powinna stać się codziennym nawykiem, zwłaszcza podczas letnich aktywności na świeżym powietrzu. Nadmierna ekspozycja na promieniowanie UV może prowadzić do uszkodzeń spojówki i rogówki, powodować podrażnienia, przesuszenie oczu, a także obniżać jakość widzenia. Intensywne światło słoneczne może dodatkowo zmniejszać kontrast widzenia i wpływać na komfort dziecka podczas zabawy. Z tego względu okulary przeciwsłoneczne powinny być traktowane jako podstawowy element ochrony przed słońcem, podobnie jak nakrycie głowy czy krem z filtrem UV.

Jakie okulary przeciwsłoneczne wybrać dla dziecka?

Wybór okularów przeciwsłonecznych nie powinien być przypadkowy. Często zdarza się, że rodzice kupują dziecku okulary przeciwsłoneczne ze względu na ich atrakcyjny kolor lub ciekawy wzór, nie zwracając przy tym większej uwagi na poziom ochrony, jaki zapewniają. Tymczasem wygląd okularów nie powinien być najważniejszym kryterium wyboru. Kluczowe znaczenie mają przede wszystkim obecność odpowiedniego filtra UV, jakość zastosowanych soczewek oraz właściwe dopasowanie oprawek do kształtu twarzy dziecka.

Warto dodać, że zwykłe ciemne okulary, bez filtra UV, mogą zaszkodzić bardziej niż ich brak. Powodują, że źrenica się rozszerza, dostosowując się do ciemniejszych warunków. W konsekwencji, do wnętrza oka przedostaje się większa ilość szkodliwego promieniowania. Dodatkowo osłabieniu ulega naturalny odruch mrużenia oczu, który stanowi jedną z podstawowych barier chroniących przed nadmiernym nasłonecznieniem[2].

Dlatego trzeba wybierać okulary przeciwsłoneczne ze sprawdzonego źródła, najlepiej w salonie optycznym, a nie w przypadkowych miejscach sprzedaży. Przy zakupie należy zwrócić uwagę na oznaczenie CE, które potwierdza zgodność produktu z normami Unii Europejskiej. Podobny symbol może być jednak mylący: oznaczenie „China Export” wygląda bardzo podobnie, ale nie gwarantuje odpowiedniego poziomu ochrony. Istotnym parametrem zapewniającym bezpieczeństwo jest filtr UV 400, który chroni oczy przed pełnym zakresem promieniowania ultrafioletowego. Liczy się też dopasowanie: okulary, które uciskają skronie albo zsuwają się z nosa, dziecko szybko zdejmie i już ich nie założy – dodaje Sylwia Kijewska, optometrystka, ekspertka Hoya Lens Poland.

Należy również pamiętać, że współczesne okulary przeciwsłoneczne mogą pełnić więcej niż jedną funkcję. Obecnie możliwe jest połączenie ochrony przed promieniowaniem słonecznym z korekcją wad wzroku, co pozwala jednocześnie poprawić jakość widzenia i ograniczyć ryzyko pogłębiania się problemów okulistycznych w przyszłości. Z tego względu warto skonsultować wybór okularów ze specjalistą, który pomoże dobrać rozwiązanie uwzględniające zarówno skuteczną ochronę oczu, jak i indywidualne potrzeby wzrokowe dziecka.

Jak dbać o oczy dziecka podczas letnich aktywności?

Oprócz odpowiednio dobranych okularów przeciwsłonecznych, dobrze jest pamiętać o kilku dodatkowych nawykach, które wspierają ochronę wzroku dziecka:

Wdrożenie tych prostych zasad może znacząco zmniejszyć ryzyko negatywnego wpływu słońca i innych czynników środowiskowych na wzrok dziecka. Nie należy też zapominać o regularnych kontrolach okulistycznych, które pozwalają wcześnie wykryć ewentualne wady i wspierają prawidłowy rozwój wzroku.

Choć uwaga opinii publicznej i decydentów koncentruje się głównie na wydatkach Narodowego Funduszu Zdrowia, najnowsze analizy pokazują, że stanowią one jedynie niewielką część rzeczywistych kosztów chorób. Z raportów EconMed Europe wynika, że rak piersi oraz choroby siatkówki, takie jak AMD i DME, kosztowały polską gospodarkę w 2024 roku blisko 27,5 mld zł. Największe obciążenie stanowiły koszty pośrednie związane m.in. z utratą produktywności, absencjami w pracy, koniecznością sprawowania opieki nad chorymi oraz wydatkami ponoszonymi bezpośrednio przez pacjentów i ich rodziny.
Blisko 27,5 mld zł – tyle w 2024 roku kosztowało polską gospodarkę leczenie raka piersi i chorób siatkówki (AMD i DME). Z raportów EconMed Europe wynika, że w przypadku pierwszego obszaru terapeutycznego tylko 20 proc. kosztów stanowiły wydatki z NFZ, a w drugim – zaledwie 8 proc., chociaż to właśnie na tych kosztach bezpośrednich ponoszonych przez fundusz koncentruje się uwaga. Eksperci wskazują na znaczące wydatki ponoszone przez pacjentów, ale też wiele ukrytych, pośrednich kosztów tych chorób wynikających m.in. z absencji chorobowej pacjentów i ich bliskich, obniżonej produktywności czy utraty samodzielności.

– Obecne wskaźniki, jeżeli mówimy o kosztach technologii medycznej i chorób, niestety nie odzwierciedlają w pełni rzeczywistości. Patrzymy głównie na koszty bezpośrednie, na to, ile wydaje płatnik, czyli Narodowy Fundusz Zdrowia, co oczywiście jest rozsądne. Ale nie patrzymy na cały szereg innych kosztów pośrednich, związanych z utraconą produktywnością z powodu chorób. Nie patrzymy na to, ile wydają pacjenci z własnej kieszeni, ile my jako gospodarka tracimy na chorobach, a ile moglibyśmy zyskać, gdybyśmy skutecznie i efektywnie je leczyli – mówi agencji Newseria dr Michał Seweryn, wiceprezes EconMed Europe.

EconMed Europe opracowało dwa raporty, w których policzyło koszty społeczne raka piersi oraz chorób siatkówki (zwyrodnienia plamki związanego z wiekiem i cukrzycowego obrzęku plamki, czyli AMD i DME). Oba są dostępne na stronie Fundacji Zdrowia Publicznego: fzp.com.pl/raporty. Jak pokazuje raport „Systemowa analiza opieki onkologicznej nad pacjentami z rakiem piersi w Polsce”, w 2024 roku leczeniem z powodu raka piersi objętych było ponad 231 tys. Polek. Całkowite koszty tej choroby oszacowano na 18 mld zł, z czego koszty bezpośrednie po stronie NFZ wyniosły 3,58 mld zł (20 proc.), a po stronie pacjentek – 1,38 mld zł (7 proc.).

Z kolei raport „Systemowa analiza leczenia pacjentów z chorobami siatkówki – AMD i DME w Polsce” wskazuje, że liczba pacjentów w 2024 roku wyniosła nieco ponad 339 tys. Koszty leczenia całej populacji to ponad 9,4 mld zł. Całkowite koszty bezpośrednie ponoszone przez pacjentów, na które składały się prywatne wydatki medyczne i te związane z wizytami w ośrodku, wyniosły ponad 750 mln zł (8 proc.). Podobna była wysokość wydatków po stronie NFZ, w tym m.in. na program lekowy i leczenie szpitalne – 767 mln zł (8 proc.).

 Najbardziej zaskakujące jest to, że pomimo faktu, iż w takich chorobach wydajemy mnóstwo pieniędzy na leczenie, bardzo drogie leki, to okazuje się, że te wydatki płatnika stanowią zaledwie niewielką część kosztów, które ponosimy jako społeczeństwo – podkreśla dr Michał Seweryn. – W przypadku raka piersi 73 proc. kosztów to są właśnie koszty pośrednie, czyli niezwiązane z wydatkami płatnika. W przypadku chorób siatkówki, takich jak AMD i DME, koszty pośrednie wynosiły prawie 85 proc.

– Koncentrujemy się wyłącznie na kosztach, które ponosi Narodowy Fundusz Zdrowia. Nawet nie bierzemy pod uwagę kosztów ZUS-u, który też z pieniędzy publicznych opłaca absencje chorobowe czy renty, które są wskutek nieefektywnego działania na poziomie profilaktyki czy medycyny naprawczej – mówi dr Jakub Gierczyński, członek Prezydium Rady Ekspertów przy Rzeczniku Praw Pacjenta.

W kosztach pośrednich autorzy raportów uwzględnili te związane z krótko- i długotrwałą nieobecnością na rynku pracy, mniejszą produktywnością w miejscu pracy, kosztami pracy nieodpłatnej czy opieki nieformalnej. W przypadku AMD i DME wyniosły one w sumie 7,9 mld zł, a w przypadku raka piersi – 13,3 mld zł.

 W perspektywie kosztów społecznych patrzymy właśnie na to, ile tracimy z powodu tego, że chorzy nie pracują, ponieważ są nieobecni, muszą zrezygnować z pracy. Patrzymy na to, czy opiekunowie nie ponoszą dodatkowych kosztów, nie muszą się zwalniać z pracy lub ograniczać swoich etatów, czy chorzy nie tracą pieniędzy w związku z dodatkowymi wydatkami, które generuje ta choroba – wymienia dr Michał Seweryn.

Spośród aktywnych zawodowo pacjentek z rakiem piersi 66 proc. zrezygnowało z pracy z powodu choroby, a pracujące chore korzystały ze zwolnień lekarskich średnio 31 dni rocznie, a ich średnia produktywność spadła do 58 proc. Około 50 proc. pacjentek przeznaczało część swojego urlopu wypoczynkowego na leczenie, a 13 proc. musiało poświęcić na ten cel ponad 19 dni w roku. W przypadku AMD i DME, gdzie szczyt zachorowań przypada na 60.–75. rok życia, co trzeci pracujący pacjent zredukował wymiar pracy średnio o 13 godz. tygodniowo. 37 proc. pacjentów wskazało częste wizyty w ośrodku jako napotkaną trudność.

– Każda złotówka, którą wydaje NFZ na leczenie, to jest 3 zł, które wydają chorzy i ich rodziny. Patrzymy na chorobę i jej leczenie nie tylko przez pryzmat tego, ile wydajemy, ale bardziej jak na inwestycję. Dzięki temu, że lepiej i skuteczniej leczymy choroby, unikamy bardzo dużych kosztów – podkreśla wiceprezes EconMed Europe.

 Niestety Polaków trzeba cały czas przekonywać do tego, że inwestowanie w zdrowie i finanse osobiste to jest inwestycja z wysoką stopą zwrotu. Pojawiło się takie pojęcie jak finansowe zdrowie i myślę, że to bardzo ładnie odpowiada na to pytanie, czy zająć się zdrowiem, czy finansami. Zajmijmy się jednym i drugim – mówi Dominika Nawrocka, ekspertka ds. finansów osobistych, założycielka serwisu Kobieta i Pieniądze.

Jak wynika z danych McKinsey & Company z 2020 roku, każdy dolar zainwestowany w ochronę zdrowia przynosi oczekiwany zwrot gospodarczy w wysokości 24 dol.

– Gdy myślimy o następnych pokoleniach, warunkiem koniecznym jest patrzenie na inwestycje w innowacje w zdrowiu z perspektywy wartości społecznej. Przypomnę, że w 1950 roku oczekiwana długość życia kobiety wynosiła 62 lata, a mężczyzny – 56 lat. W 2025 roku jest to odpowiednio 82 i 76 lat – tłumaczy dr Jakub Gierczyński. – To jest sukces między innymi medycyny i zmiany stylu życia, więc musimy utrzymać dostęp do medycyny na najwyższym europejskim poziomie, żeby polskie społeczeństwo miało szansę uniknąć nadmiarowych zgonów i żyć z chorobą przewlekłą w sposób możliwie zbliżony do normalnego życia.

Jak podkreśla, kluczowe są nie tylko innowacje w medycynie, ale też większy nacisk na profilaktykę.

– W Polsce rodzi się 240 tys. dzieci rocznie przy zgonach na poziomie 400 tys., czyli 160 tys. osób więcej umiera, niż się rodzi. To znaczy, że zmierzamy nieuchronnie w kierunku depopulacji, czyli zmniejszenia się liczby Polaków w Polsce. Jeżeli nie poprawimy stanu zdrowia dzieci i młodzieży, osób w wieku produkcyjnym i osób senioralnych, to po prostu będzie dalej postępować. Wskaźnik zgonów możliwych do uniknięcia dzięki leczeniu i profilaktyce, jeżeli dotarlibyśmy do średniej unijnej, wynosi 36 tys. – wskazuje członek Prezydium Rady Ekspertów przy Rzeczniku Praw Pacjenta. 

Źródło: Newseria

Ochrona przeciwsłoneczna coraz częściej staje się elementem codziennej troski o zdrowie. Regularnie sięgamy po kremy z filtrem UV, zwracamy uwagę na wpływ promieniowania słonecznego na skórę i unikamy nadmiernej ekspozycji na słońce. Znacznie rzadziej pamiętamy jednak, że promieniowanie UV oddziałuje również na nasze oczy – i to przez cały rok, nie tylko podczas letnich miesięcy.
 
Ochrona oczu nadal bywa bagatelizowana

Świadomość wpływu promieniowania ultrafioletowego na wzrok pozostaje ograniczona, a wiedza na temat skutecznych metod ochrony jest nadal niewystarczająca. Wiele osób kojarzy okulary przeciwsłoneczne głównie z modnym dodatkiem lub sezonowym trendem, a nie z elementem profilaktyki zdrowotnej. Tymczasem oczy są szczególnie wrażliwe na promieniowanie UV, a skutki wieloletniej ekspozycji na słońce mogą kumulować się przez lata.

Wciąż bardzo często spotykamy się z przekonaniem, że oczy wymagają ochrony wyłącznie podczas intensywnego, letniego słońca. Nic bardziej mylnego! Promieniowanie UV oddziałuje na wzrok przez cały rok, podczas codziennych aktywności na zewnątrz, kiedy często nie odczuwamy bezpośrednio intensywności światła. Zrozumienie tego, że ochrona oczu powinna być elementem codziennej profilaktyki, nadal pozostaje niewystarczające – podkreśla Sylwia Kijewska, optometrystka, ekspertka Hoya Lens Poland.

Problemem pozostaje również sposób wybierania okularów przeciwsłonecznych. Wiele osób kupuje okulary w przypadkowych miejscach, kierując się przede wszystkim wyglądem oprawek, kolorem lub stopniem przyciemnienia soczewek. Takie podejście sprawia, że możemy sobie jeszcze bardziej zaszkodzić niż w przypadku, kiedy nie nosimy okularów przeciwsłonecznych wcale.

Iluzja bezpieczeństwa, czyli dlaczego niewłaściwe szkła mogą być ryzykowne?

Noszenie okularów przeciwsłonecznych bez odpowiedniego filtra UV może prowadzić do fałszywego poczucia bezpieczeństwa. Przyciemnione soczewki oszukują mechanizm widzenia, ponieważ redukują intensywność światła widzialnego, co sprawia, że źrenica rozszerza się w odpowiedzi na „ciemniejsze” warunki. W efekcie do wnętrza oka może docierać większa ilość promieniowania ultrafioletowego, jeśli soczewki nie posiadają skutecznej ochrony UV.

W takich sytuacjach ekspozycja na promieniowanie UV może być paradoksalnie wyższa niż w przypadku braku okularów. Wynika to z faktu, że naturalny odruch mrużenia oczu, który ogranicza ilość światła docierającego do oka, zostaje osłabiony. W rezultacie oko pozostaje szerzej otwarte i bardziej narażone na działanie promieniowania UVA i UVB, szczególnie w warunkach silnego nasłonecznienia oraz przy obecności powierzchni odbijających światło, takich jak woda, piasek czy beton.

Jakie rozwiązania wspierają ochronę oczu?

Współczesna optyka proponuje dziś różne rozwiązania oferujące ochronę wzroku przed intensywnym światłem i promieniowaniem UV. Dobór odpowiednich soczewek okularowych powinien być uzależniony od stylu życia użytkownika oraz warunków, w jakich najczęściej przebywa.

Soczewki barwione zapewniają nie tylko ochronę przed słońcem, ale także poprawiają komfort w różnych warunkach oświetleniowych. Soczewki okularowe polaryzacyjne redukują odblaski pojawiające się m.in. na mokrych nawierzchniach, wodzie czy szybach samochodowych, co może zwiększać kontrast widzenia i komfort podczas prowadzenia auta lub aktywności na zewnątrz.

Coraz większą popularnością cieszą się również soczewki okularowe fotochromowe, które automatycznie dostosowują poziom zabarwienia do warunków oświetleniowych.

Soczewki fotochromowe reagują na promieniowanie UV i dostosowują stopień przyciemnienia do natężenia światła. Dzięki temu mogą wspierać komfort widzenia zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz pomieszczeń, bez konieczności zmieniania okularów w ciągu dnia – tłumaczy Sylwia Kijewska, optometrystka, ekspertka Hoya Lens Poland.

Ekspertka podkreśla jednak, że niezależnie od rodzaju soczewek najważniejsze pozostaje świadome podejście do ochrony wzroku oraz konsultacja z profesjonalistą.

Wybór odpowiednich soczewek warto dopasować do codziennych nawyków i warunków, w jakich funkcjonujemy. Innych rozwiązań mogą potrzebować osoby spędzające dużo czasu za kierownicą, a innych osoby aktywne na zewnątrz czy pracujące w zmiennym oświetleniu. Dlatego tak ważna jest konsultacja ze specjalistą, który pomoże dobrać rozwiązanie wspierające zarówno komfort widzenia, jak i ochronę oczu przed promieniowaniem UV – podsumowuje Sylwia Kijewska.

Źródło: inf pras

Dla poprawy sytuacji pacjentów w ochronie zdrowia powinniśmy rozszerzać zakres skoordynowanej opieki, która z jednej strony usprawni diagnostykę, z drugiej ułatwi pacjentom proces leczenia – ocenili eksperci podczas debaty „Zdrowie i Pacjent”, która odbyła się w ramach Europejskiego Kongresu Gospodarczego 2026 w Katowicach. Zaapelowali o zwiększenie nakładów organizacyjnych i finansowych na profilaktykę.
Dyskusję o sytuacji pacjentów w ochronie zdrowia rozpoczął przedstawiciel Rzecznika Praw Pacjenta – Konrad Madejczyk, dyrektor Departamentu Współpracy Biura Rzecznika Praw Pacjenta. Zwrócił on uwagę, że najwięcej zgłoszeń i skarg kierowanych do Biura RPP dotyczy prawa do informacji medycznej (37 tys. zgłoszeń rocznie) oraz przebiegu leczenia, na co skarży się ok. 24 tys. pacjentów rocznie.

„Pacjenci wciąż gubią się w systemie. Dużym problem jest np. przenoszenie dokumentacji medycznej z przychodni do szpitala, którą obarczony jest pacjent. Tak nie powinno być, bo mamy w systemie narzędzie do tego, ale nie jest ono wykorzystane” – zaznaczył dyrektor Madejczyk.

Zwrócił też uwagę na konieczność wzmocnienia bezpieczeństwa pacjenta w kontekście działalności szarlatanów. Przypomniał o tym, że do prac parlamentarnych trafił projekt ustawy pozwalający skutecznie ograniczyć pseudomedyczną działalność.

Według Agnieszki Gorgoń-Komor, senatorki RP i wiceprzewodniczącej Senackiej Komisji Zdrowia, legislacja nie rozwiąże wszystkich problemów w ochronie zdrowia.

„Potrzebujemy większych nakładów na zdrowie i lepszej organizacji, żeby z jednej strony lekarze mieli więcej czasu dla pacjentów, a z drugiej strony, by usprawnić i skrócić proces diagnostyki. To pozwoli też na efektywniejsze wydatkowanie środków w systemie” – wskazała.

Jej zdaniem kluczowe jest przesunięcie ciężaru działań na profilaktykę. „Profilaktyka to inwestycje, a leczenie to koszt. Kto nie jest leczony, powinien być w systemie opieki profilaktycznej. Oczywiście powinniśmy płacić za efekt leczenia, ale musimy zmienić organizacyjnie dostęp do profilaktyki i pamiętać, że opieka szpitalna jest najdroższa” – podkreśliła senatorka.

Według prof. Marcina Czecha, kierownika Zakładu Farmakoekonomiki w Instytucie Matki i Dziecka, członka Rady Naukowej Ogólnopolskiego Programu Zwalczania Chorób Infekcyjnych, biorąc pod uwagę sytuację demograficzną, bez zwiększenia profilaktyki, w tym rozszerzenia szczepień ochronnych, nie da się na dłuższą metę poprawić sytuacji w publicznej ochronie zdrowia.

„Jesteśmy w Polsce nastawieni na medycynę naprawczą, ale jeśli chcemy przejść na poziom populacyjny, musimy postawić na profilaktykę – tak pod względem organizacyjnym, jak i finansowym. W Polsce ledwie 1,7 proc. budżetu zdrowotnego trafia na profilaktykę, to o połowę mniej niż średnia w UE” – podał prof. Czech. Dodał, że tylko 0,5 proc. trafia na szczepienia ochronne zapobiegające wielu chorobom, które później generują bardzo duże koszty leczenia.

Konrad Korbiński, dyrektor generalny w Ministerstwie Zdrowia, zwrócił uwagę, że resort zdrowia próbuje nadrobić wieloletnie zapóźnienia w profilaktyce.

„Już 1 mld zł zainwestowaliśmy w prewencję. Efekty tego będą odroczone w czasie, ale bardzo wymierne, bo 1 złoty zainwestowany w profilaktykę oznacza zwrot 4 złotych na leczeniu” – podał urzędnik.

Przyznał, że są opóźnienia we wprowadzaniu opieki koordynowanej, ale w onkologii już jest wdrażana. Dodał, że przygotowywana jest najpierw standaryzacja, a potem nastąpi wprowadzanie koordynatora do kolejnych specjalizacji.

Prof. Sebastian Majewski z Kliniki Pneumonologii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, członek Polskiego Towarzystwa Chorób Płuc, zwrócił uwagę, że w chorobach płuc potrzebna jest strategia na wzór kardiologii i onkologii.

Podał przykład przewlekłej obturacyjnej choroby płuc (POChP) i jej niedostatecznego rozpoznania, a jak podał przypomniał choruje na nią ok. 400 mln osób na świecie, a w Polsce ok. 2 mln.

„Wielu chorych pozostaje niezdiagnozowanych, ponieważ początkowe objawy – takie jak kaszel, zmęczenie czy duszność – są bagatelizowane i przypisywane wiekowi lub paleniu papierosów. Tymczasem szacuje się, że nawet 50 proc. chorych nie wie o swojej chorobie, co ma swoje konsekwencje” – ocenił.

Jak wyjaśnił prof. Majewski, POChP jest chorobą społeczną, wpływającą nie tylko na zdrowie, ale też na funkcjonowanie pacjentów – obniża jakość życia, prowadzi do utraty zdolności do pracy i zwiększa zależność od opieki bliskich.

„Zaostrzenia choroby często wymagają hospitalizacji i generują wysokie koszty dla systemu ochrony zdrowia. Dlatego kluczową rolę w profilaktyce i diagnostyce odgrywa identyfikacja czynników ryzyka, przede wszystkim palenia tytoniu, wieku oraz narażenia na zanieczyszczenia powietrza” – zauważył specjalista.

Podkreślił, że chorym „dramatycznie” potrzebna jest rehabilitacja, bo ledwie 1 proc. pacjentów z POchP na nią trafia.

„Potrzebujemy też poprawy wyceny w pulmonologii, bo już od trzeciego dnia z zapaleniem płuc szpital dopłaca do pacjenta” – wskazał prof. Majewski.

Według prof. Edwarda Wylęgały, konsultanta wojewódzkiego w dziedzinie okulistyki, prorektora d/s Rozwoju i Transferu Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, do chorób cywilizacyjnych trzeba włączyć problemy okulistyczne. Wskazał, że z jednej strony mamy starzejące się społeczeństwo, z drugiej zaczyna się epidemia krótkowzroczności u dzieci z powodu nadmiernej ekspozycji na ekrany.

„Musimy zwiększyć profilaktykę i edukację oraz rozwijać dostęp do programu lekowego” – podkreślił specjalista.

Krystian Wit, konsultant wojewódzki w dziedzinie kardiologii w woj. śląskim, zastępca dyrektora ds. lecznictwa, kierownik Oddziału Intensywnego Nadzoru Kardiologicznego Górnośląskiego Centrum Medycznego im. prof. Leszka Gieca w Katowicach, powiedział, że Polska jest w czołówce europejskiej w dziedzinie kardiologii.

Zauważył, że powoływanie koordynatorów jeszcze wymaga doprecyzowania ich roli w ramach elektronicznej karty pacjenta kardiologicznego. Podkreślił jednak, że w Polsce cyfryzacja w ochronie zdrowa jest jedną z najwyższych w Europie, a sam system na bardzo „przyzwoitym poziomie”.

Źródło: PAP MediaRoom

Naukowcy znaleźli sposób na to, jak zobaczyć wyraźnie całą siatkówkę oka bez konieczności wykonywania wielu oddzielnych skanów. Dla pacjentów może to w przyszłości oznaczać wizytę nawet 3-5 razy krótszą niż w przypadku dzisiejszych, bardziej złożonych procedur – poinformował IChF PAN.

 
Współczesne metody obrazowania siatkówki są dziś na tyle czułe, że pozwalają zobaczyć struktury na poziomie pojedynczych komórek. To ogromna szansa dla medycyny, ponieważ siatkówka jest jedną z bardzo nielicznych części układu nerwowego, które można badać nieinwazyjnie przez przezroczyste struktury oka. Jej mikrostruktura może ujawniać nie tylko choroby okulistyczne, takie jak zwyrodnienie plamki żółtej związane z wiekiem (AMD) czy retinopatia cukrzycowa, ale także schorzenia ogólnoustrojowe i neurodegeneracyjne. Obrazowanie oka staje się coraz ważniejszym narzędziem we wczesnym wykrywaniu patologii i monitorowaniu przebiegu choroby.

Im dokładniej chcemy oglądać ludzką siatkówkę, tym wyraźniej widać jedno z podstawowych ograniczeń fizyki. W obrazowaniu komórkowym od lat obowiązuje ten sam kompromis: można zobaczyć drobne struktury z imponującą ostrością, ale tylko w bardzo cienkiej warstwie tkanki. Żeby obejrzeć całą siatkówkę, trzeba zwykle wielokrotnie przestawiać ostrość i wykonywać kilka osobnych skanów. Ten sekwencyjny proces wydłuża badanie, zwiększa złożoność całej procedury i podnosi ryzyko powstawania artefaktów, na przykład wskutek drobnych ruchów oka.

Międzynarodowy zespół naukowców z udziałem Dawida Boryckiego i Macieja Wojtkowskiego z ICTER i Instytutu Chemii Fizycznej PAN oraz Zhoulin Liu i Daniela X. Hammera z FDA Center for Devices and Radiological Health (CDRH) pokazał właśnie, że ten problem można obejść. Zamiast dalej komplikować aparaturę, badacze połączyli procedury. „To ważny krok nie tylko dla fizyki obrazowania, ale także dla przyszłej diagnostyki chorób oka i schorzeń neurologicznych” – inforuje w prasowym komunikacie Instytut Chemii Fizycznej PAN.

Szczegóły opisano w pracy opublikowanej na łamach Biocybernetics and Biomedical Engineering. 

Kluczową rolę w tym badaniu odgrywa AO-OCT, czyli optyczna tomografia koherencyjna połączona z optyką adaptacyjną, rozwijana w grupie dr. Hammera w CDRH. Łączy ona dwie technologie. OCT to dobrze ugruntowana technika w okulistyce – w istocie optyczny odpowiednik ultrasonografii, wykorzystujący światło podczerwone zamiast fal dźwiękowych i oferujący znacznie wyższą precyzję. Z kolei optyka adaptacyjna (AO) poprawia obraz OCT poprzez korekcję zniekształceń optycznych wprowadzanych przez samo oko oraz układ obrazujący. Dzięki tej korekcji można znacząco zwiększyć ostrość obrazu, zbliżając się do fizycznych granic możliwości układów optycznych.

AO-OCT umożliwia uzyskiwanie trójwymiarowych obrazów siatkówki żywego oka z rozdzielczością komórkową. Pozwala to zobaczyć fotoreceptory, niektóre przezroczyste neurony, takie jak komórki zwojowe siatkówki, naczynia włosowate oraz wiele innych drobnych struktur, które jeszcze niedawno pozostawały poza zasięgiem nieinwazyjnych metod obrazowania. Dlatego AO-OCT uznawane jest za jedną z najbardziej zaawansowanych i obiecujących technik we współczesnej diagnostyce okulistycznej i badaniach nad siatkówką.

Jednak wysoka rozdzielczość AO-OCT ma swoją cenę.

Wysoka apertura numeryczna stosowana w AO-OCT ogranicza głębię ostrości do zaledwie kilkudziesięciu mikrometrów. To bardzo niewiele, jeśli weźmiemy pod uwagę, że siatkówka jest tkanką wielowarstwową o grubości ok. 300 mikrometrów, a z punktu widzenia biologii i medycyny często chcemy jednocześnie obserwować struktury położone na różnych głębokościach – tak jak ma to miejsce w klasycznym OCT. To ograniczenie, między innymi, utrudniało dotąd wdrożenie AO-OCT do praktyki klinicznej na szerszą skalę i ograniczało dostęp lekarzy do bardziej szczegółowego obrazu chorób oka.

Dlatego badacze od lat poszukują sposobów na „rozciągnięcie” zakresu ostrego obrazowania bez utraty wysokiej rozdzielczości.

Naukowcy z ICTER i CDRH postawili sobie za cel znalezienie sposobu, aby zobaczyć całą siatkówkę wyraźnie bez konieczności wykonywania wielu oddzielnych skanów na różnych głębokościach. Do tej pory jedynym rozwiązaniem było tzw. focus stitching. W praktyce polega ono na kolejnym ustawianiu ostrości – najpierw na jednej warstwie, potem na następnej i kolejnych – a następnie na rejestracji, wyrównaniu i połączeniu wszystkich uzyskanych obrazów w jeden wolumen. Takie łączenie obrazów działa, ale jest kosztowne zarówno pod względem sprzętu, jak i czasu. Technika wymagająca dużych nakładów czasu i zasobów może być wartościowa w badaniach eksperymentalnych, ale nie jest praktyczna w zastosowaniach klinicznych, dlatego kluczowe jest uproszczenie całej procedury.

Autorzy zaproponowali podejście hybrydowe, w którym optyka adaptacyjna koryguje główne aberracje oka i zapewnia wysoką jakość danych wejściowych dla wielu warstw jednocześnie, a następnie całość danych przetwarzana jest przez algorytm tzw. obliczeniowej korekcji aberracji (Computational Aberration Correction, CAC), który rozszerza zakres ostrego obrazowania.

„W tym badaniu skupiliśmy się przede wszystkim na korekcji defocusu zależnego od głębokości – czyli rozogniskowania wynikającego z tego, że różne warstwy siatkówki nie znajdują się w tej samej płaszczyźnie ostrości. Jeśli aparat jest idealnie ustawiony na jedną warstwę, ostrość pozostałych warstw staje się suboptymalna. Algorytm CAC ma za zadanie odzyskać ostrość tych warstw, które podczas akwizycji nie znajdowały się w najlepszym położeniu ogniskowania” – powiedział dr hab. Dawid Borycki, kierownik Grupy PICO w ICTER i pierwszy autor publikacji, cytowany w prasowym komunikacie.

„Najważniejsze było dla nas nie tylko poprawienie jakości obrazu, ale uproszczenie całego badania pacjenta. Jeśli z jednego ustawienia ostrości można uzyskać wiarygodne informacje z całej grubości siatkówki, otwieramy drogę do bardziej praktycznego i klinicznie użytecznego obrazowania oka z rozdzielczością komórkową” – podsumował dr Daniel Hammer.

Choć publikacja dotyczy bardzo zaawansowanej techniki obrazowania, jej praktyczne znaczenie jest proste. Celem jest przyspieszenie i uproszczenie szczegółowych badań siatkówki oraz zmniejszenie ich zależności od wielokrotnych akwizycji. Dla pacjentów może to w przyszłości oznaczać wizytę nawet 3-5 razy krótszą niż w przypadku dzisiejszych, bardziej złożonych procedur badawczych. Im krótsze i prostsze badanie, tym mniejsze ryzyko pogorszenia jakości obrazu przez naturalne ruchy oka, zmęczenie czy trudności w utrzymaniu stabilnego spojrzenia.

Z medycznego punktu widzenia uzyskiwanie obrazów oka o wysokiej rozdzielczości ma ogromne znaczenie, ponieważ w diagnostyce chorób siatkówki oraz niektórych schorzeń neurologicznych kluczowe jest nie tylko wykrywanie zaawansowanych zmian, ale także uchwycenie najwcześniejszych, subtelnych oznak uszkodzenia. Jeśli lekarze będą mogli szybciej uzyskać bardzo szczegółowy obraz całej siatkówki, zwiększy to ich szanse na wcześniejsze rozpoznanie choroby i dokładniejsze monitorowanie jej przebiegu.

Źródło: Nauka w Polsce

Wiosna to moment, kiedy chętniej wychodzimy z domu i coraz częściej sięgamy po okulary przeciwsłoneczne. Trudno się dziwić – pogoda bywa nieprzewidywalna, a światło potrafi zmieniać się bardzo dynamicznie. Raz stoimy w pełnym słońcu, a za chwilę pojawiają się chmury i cień. O tej porze roku okulary pełnią już nie tylko praktyczną funkcję, ale stają się też ważnym elementem codziennego stroju i stylu. Coraz więcej osób szuka więc rozwiązań, które dobrze wyglądają, a jednocześnie zapewniają wygodę i komfort widzenia w zmiennych warunkach. Jednym z nich są okulary z soczewkami fotochromowymi.
Ochrona UV ma znaczenie przez cały rok

Choć o ochronie skóry przed słońcem nie trzeba nam już chyba przypominać, o ochronie oczu nadal mówi się za mało. Tymczasem promieniowanie UV oddziałuje na oczy także przy pochmurnej pogodzie, nawet jeśli światło wydaje się mniej intensywne. Mało kto pamięta również, że skutki takiej ekspozycji kumulują się w czasie, a jej długofalowy wpływ może sprzyjać zmianom w tkankach oka.

O skuteczności ochrony przeciwsłonecznej nie decyduje jednak sam kolor czy stopień przyciemnienia soczewek okularowych. Kluczowe znaczenie ma obecność odpowiedniego filtra UV. Dlatego przy wyborze okularów warto zwracać uwagę nie tylko na ich wygląd, ale również na jakość i parametry zastosowanych rozwiązań, a zakupu najlepiej dokonywać w profesjonalnych salonach optycznych.

Jedna para okularów, wiele codziennych sytuacji

W praktyce wiele osób odkłada zakup okularów przeciwsłonecznych z korekcją albo nosi je rzadziej, niż planowało, bo codzienne używanie dwóch par okularów bywa po prostu niewygodne. Trzeba pamiętać o zabraniu obu, zmieniać je zależnie od pogody i sytuacji, a to nie zawsze się sprawdza w szybkim rytmie dnia. Dlatego coraz większą popularność zyskują okulary z soczewkami fotochromowymi, które automatycznie dostosowują się do natężenia światła. W pomieszczeniach pozostają jasne, a na zewnątrz przyciemniają się, pomagając zachować komfort widzenia i ochronę oczu, bez potrzeby zmiany okularów.

„Soczewki fotochromowe reagują na promieniowanie UV obecne w świetle słonecznym. Pod jego wpływem przyciemniają się, ograniczając ilość światła docierającego do oka. Kiedy promieniowania jest mniej, stopniowo wracają do przejrzystej postaci” – tłumaczy Sylwia Kijewska, optometrystka, ekspertka Hoya Lens Poland. To rozwiązanie docenią szczególnie osoby aktywne, często przemieszczające się w ciągu dnia, ale także wszyscy ci, którzy po prostu cenią wygodę.

Więcej możliwości niż mogłoby się wydawać

Współczesne okulary z soczewkami fotochromowymi to znacznie więcej niż jedno standardowe rozwiązanie. Dostępne są różne warianty, które można dopasować do stylu życia, codziennych aktywności i indywidualnych preferencji. Obok klasycznych rozwiązań dostępne są także soczewki okularowe intensywniej reagujące na światło, warianty przeznaczone do określonych zastosowań, na przykład dla kierowców, a także opcje bardziej stylowe.

Coraz większym zainteresowaniem cieszą się również rozwiązania z delikatnym, modowym zabarwieniem bazowym, które pod wpływem promieniowania UV przyciemniają się do bardziej wyrazistego koloru. To propozycja dla osób, które chcą połączyć codzienną wygodę z ochroną i estetyką.

„Nowoczesne rozwiązania fotochromowe można dziś znacznie lepiej dopasować do stylu życia, oczekiwań estetycznych i codziennych potrzeb użytkownika. To już nie jest jedno uniwersalne rozwiązanie dla wszystkich, ale cała grupa możliwości” – podkreśla Sylwia Kijewska.

Wygoda, ochrona i rozsądny wybór na co dzień

Dla wielu osób okulary z soczewkami fotochromowymi są po prostu praktycznym rozwiązaniem na co dzień. Pozwalają ograniczyć potrzebę posiadania kilku par okularów, zwiększają wygodę w zmiennych warunkach pogodowych i pomagają lepiej zadbać o oczy wtedy, gdy ekspozycja na słońce pojawia się nagle i tylko na chwilę.

Wiosna to dobry moment, by pomyśleć o takim rozwiązaniu nie tylko z perspektywy mody, ale przede wszystkim codziennego komfortu i ochrony oczu. Najlepiej zrobić to w profesjonalnym salonie optycznym, gdzie można dobrać okulary dopasowane zarówno do wady wzroku, jak i stylu życia.

Źródło: Komunikat Prasowy

78 mln ludzi na całym świecie cierpi na jaskrę, a do 2040 roku liczba ta może wzrosnąć nawet do ponad 111 mln – wynika z szacunków Światowego Stowarzyszenia Jaskry. W Polsce problem ten może dotyczyć ponad 800 tys. pacjentów, jednak tylko u połowy z nich został on zdiagnozowany. Powodem jest bezobjawowy przebieg jaskry. Okuliści podkreślają więc potrzebę zwiększania świadomości społecznej i rutynowych badań przesiewowych. Będzie można je wykonać bezpłatnie od 8 do 14 marca br. w ramach akcji „Polscy okuliści kontra jaskra” zorganizowanej przez Polskie Towarzystwo Okulistyczne.
 Jaskra to pierwsza nieodwracalna przyczyna ślepoty na świecie. Jest chorobą, która dotyka bardzo wielu ludzi, ale często jest niezdiagnozowana. Pacjenci nie wiedzą, że na nią chorują – mówi agencji Newseria prof. dr hab. n. med. Ewa Mrukwa-Kominek, prezes Polskiego Towarzystwa Okulistycznego.

Szacuje się, że w Polsce na jaskrę choruje 800 tys. osób. Połowa nie została jednak zdiagnozowana, a 70 proc. przypadków jest wykrywanych zbyt późno.

 Szacunkowe dane mówią o tym, że jeżeli robimy badania populacyjne i screening, jak na przykład w czasie Światowego Tygodnia Jaskry, to 40 proc. osób jest kierowanych do dalszej diagnostyki. 30 proc., czyli więcej niż dwie trzecie, to osoby, które chorują na jaskrę, ale tego nie wiedziały – tłumaczy prof. Ewa Mrukwa-Kominek. – Jaskra jest chorobą neurodegeneracyjną wieloczynnikową. Nie tylko wysokie ciśnienie, ale też wiele innych czynników wpływa na to, jaki ma progres i jak występuje.

Około 65 proc. przypadków jaskry to kwestia genetyczna. Rozwojowi choroby sprzyjają również wiek powyżej 35 lat, niskie ciśnienie ogólne krwi, intensywnie leczone nadciśnienie krwi, migrena, objawy naczynioskurczowe, podwyższony poziom ciśnienia w oku czy krótkowzroczność powyżej -4,0.

W 90 proc. przypadków choroba przebiega na początku bez widocznych dolegliwości. Do badań powinny skłonić takie objawy jak stopniowe obniżenie ostrości widzenia, światłowstręt, częste łzawienie oczu czy niezdiagnozowane bóle głowy. Podczas ataku, kiedy pojawiają się tęczowe koła wokół źródeł światła, może doskwierać silny ból. Nieleczona jaskra prowadzi do nieodwracalnej utraty wzroku.

– Wczesne wykrycie jaskry jest kluczowe dla skutecznego leczenia i tym samym dla bezpieczeństwa wzroku pacjentów. Mówimy o tym często i staramy się mówić o tym jak najgłośniej, ponieważ jaskra często nie daje żadnych objawów aż do chwili, kiedy jest już tak zaawansowana, że zmiany są niemożliwe do cofnięcia – przestrzega prof. dr hab. n. med. Jacek Szaflik, okulista z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, przewodniczący Sekcji Jaskry Polskiego Towarzystwa Okulistycznego. Specjaliści podkreślają, że każdy powinien przynajmniej raz na dwa lata wybrać się na pełne badanie okulistyczne, a osoby w grupie ryzyka nawet częściej – raz w roku. Mowa o tych, które ukończyły 40 lat, leczą się kardiologicznie, cierpią na zaburzenia krążenia obwodowego czy mają historię jaskry w rodzinie.

 Jeśli zdiagnozujemy jaskrę na wczesnych etapach, to korzystając z nowoczesnych metod leczenia, zarówno farmakoterapii, metod laserowych, jak i mikrochirurgii, z bardzo dużym prawdopodobieństwem możemy zachować pacjentowi wzrok do końca życia – wyjaśnia przewodniczący Sekcji Jaskry Polskiego Towarzystwa Okulistycznego.

Jak wynika z raportu Fundacji ZIKO dla Zdrowia „Okiem Polaka: Jak dbamy o wzrok?” z kwietnia 2025 roku, 41,8 proc. ankietowanych wykonuje badania wzroku raz na dwa lub trzy lata. 19,3 proc. udaje się na nie co roku, a 30,4 proc. rzadziej niż raz na trzy lata. 8,5 proc. respondentów przyznało, że nigdy nie robiło badania wzroku u specjalisty.

– Świadomość zdrowotna Polaków rośnie i bardzo się z tego cieszymy, ale oceniamy, że zwyczaj częstego albo przynajmniej regularnego badania okulistycznego nie zakorzenił się do końca w naszej świadomości. Niestety, tak jak w przypadku innych chorób, czasami kierujemy się do lekarza tylko wtedy, kiedy nam coś dokucza. Jeśli natomiast oczy nas nie bolą i widzimy dobrze, zakładamy, że nie ma problemu – podkreśla prof. Jacek Szaflik.

Ze względu na genetyczne uwarunkowania jaskra może występować również u dzieci.

 Jaskra w wieku dziecięcym jest rzadka. Według różnych statystyk występuje ona raz na 17–34 tys. urodzeń, czyli w sumie w ciągu roku w Polsce to jest 20, 30, maksymalnie 40 pacjentów – mówi dr hab. n. med. Wojciech Hautz, prof. Instytutu „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”, kierownik Kliniki Okulistyki. – Jaskra dzieli się na dwie grupy. Jaskra pierwotna to jest wyłącznie jaskra w oku, ale w dużej grupie dzieci występuje jaskra wtórna, która jest efektem innych schorzeń oczu. Jaskrę wrodzoną leczy się chirurgicznie, trochę inaczej niż u osób dorosłych, tam zwykle pierwszym leczeniem są leki. U dzieci leki nie działają tak jak u dorosłych, w związku z tym zwykle chirurgia jest pierwszą terapią.

Podkreśla, że jaskra u dzieci przebiega nieco inaczej niż u dorosłych. W starszym wieku dochodzi do neuropatii nerwu wzrokowego, dlatego patrząc na oko pacjenta z zewnątrz, tej choroby nie widać.

– U małych dzieci jest bardzo elastyczna twardówka i rogówka, czyli tkanki, które otaczają gałkę oczną. Ta elastyczność powoduje, że wzrost ciśnienia wewnątrzgałkowego powoduje rozdęcie gałki ocznej i te objawy można widzieć już w pierwszych dniach życia. Duża gałka oczna może być objawem jaskry – tłumaczy prof. Wojciech Hautz. – Innymi objawami wrodzonej jaskry dziecięcej mogą być zmętnienia rogówki, łzawienie, światłowstręt i kurcz powiek, kiedy dzieci bardzo mocno zaciskają powieki pod wpływem słońca, a także ból, nieuzasadniony krzyk i płacz.

Polskie Towarzystwo Okulistyczne już po raz 10. organizuje akcję „Polscy okuliści kontra jaskra” w związku ze Światowym Tygodniem Jaskry, który obchodzimy w tym roku od 8 do 14 marca br. To największa w Polsce kampania bezpłatnych badań przesiewowych w kierunku jaskry. 

– W czasie Światowego Tygodnia Jaskry okuliści z Polski deklarują swoje ośrodki i załogi do tego, żeby zbadać przesiewowo pacjentów, bezpłatnie, poza Narodowym Funduszem Zdrowia. Ta akcja uświadamia również ludziom skalę problemu, co to jest jaskra i jak ją należy diagnozować, jakie daje objawy, kiedy się pojawia i jak ją leczyć – wyjaśnia prof. Ewa Mrukwa-Kominek. W poprzednich dziewięciu edycjach przebadano 20 tys. pacjentów. 40 proc. z nich skierowano do dalszej diagnostyki. W akcji wzięło udział 400 gabinetów z całej Polski. W tym roku zarejestrowano ich ponad 60. Lista gabinetów dostępna jest na stronie tydzienjaskry.pl.

– Głównym celem naszej akcji jest edukacja społeczna i zdrowotna. Chcemy uświadomić jak najwięcej osób, że szczególnie po 40. roku życia należy się udać do okulisty. Może przy okazji dobrania okularów do czytania należy wykonać pełne badanie okulistyczne. To może być moment, który uratuje nasz wzrok – dodaje prof. Jacek Szaflik.

Źródło: Newseria

Współczesny kryzys zdrowia oczu wśród dzieci to nie tylko problem medyczny: to ogromne koszty społeczne i ekonomiczne, które dotykają całe społeczeństwa. Według najnowszej deklaracji organizacji zrzeszonych w International Agency for the Prevention of Blindness (IAPB), zmiany w stylu życia, takie jak wydłużony czas spędzany przed ekranami, ograniczony czas spędzany na zewnątrz i brak dostępu do profilaktyki, napędzają epidemię krótkowzroczności w Europie.
W dokumencie zaznaczono, że już połowa młodych Europejczyków kończących edukację ponadpodstawową może borykać się z krótkowzrocznością do 2035 roku, jeśli obecne trendy się utrzymają. Skutki tego zjawiska wykraczają poza samo zdrowie, ponieważ generują koszty związane z opieką medyczną, zakupem okularów i soczewek oraz stratami w produktywności. W Hiszpanii całkowite wydatki związane z chorobami wpływającymi na wzrok w latach 2021–2030 mają osiągnąć nawet 99,8 miliarda euro. W Holandii natomiast rodziny wydają rocznie około 400 milionów euro na kontrolę krótkowzroczności u dzieci i młodzieży.

Skala tych wydatków pokazuje, że krótkowzroczność nie jest już wyłącznie wyzwaniem klinicznym, lecz także istotnym obciążeniem dla systemów ochrony zdrowia i budżetów domowych. Właśnie dlatego eksperci podkreślają, że odpowiedzią na rosnące koszty nie może być jedynie leczenie skutków, ale przede wszystkim efektywna profilaktyka i wczesna interwencja. Odpowiednio zaplanowane działania prewencyjne mają potencjał ograniczenia zarówno progresji wady, jak i długofalowych wydatków społecznych.

Profilaktyka ma znaczenie

Według badań, przebywanie na zewnątrz przynajmniej 2 godziny dziennie, może zmniejszyć ryzyko wystąpienia krótkowzroczności i jej progresji. Dodatkowe korzyści ze spędzania czasu na świeżym powietrzu, wymieniane przez specjalistów, to chociażby pozytywny wpływ na zdrowie psychiczne dziecka, jego rozwój społeczno-emocjonalny, a także dobre samopoczucie oraz zdolności poznawcze i uczenia się.

Przebywanie na zewnątrz jest równoznaczne z większą ekspozycją na światło słoneczne, które wpływa na prawidłowy rozwój oczu.

Naturalne światło dzienne wpływa na produkcję dopaminy w siatkówce, która jest kluczowa dla właściwego rozwoju gałki ocznej. Niedobór dopaminy powoduje, że oko rośnie zbyt szybko i nie jest w stanie prawidłowo skupić obrazów na siatkówce. Skutkiem tego procesu jest rozwój krótkowzroczności – tłumaczy Sylwia Kijewska, optometrystka, ekspertka Hoya Lens Poland.

Sylwia Kijewska podkreśla, że samo przebywanie na zewnątrz nie wystarcza. Równie istotna jest forma spędzanego czasu.

Gdy dzieci angażują się w aktywność fizyczną na świeżym powietrzu, ich oczy nie są zmuszone do długotrwałego patrzenia na bliskie odległości, jak to ma miejsce podczas korzystania z ekranów. Oczy pracują w sposób bardziej naturalny, co sprzyja redukcji napięcia wzrokowego i równomiernemu rozwojowi narządu wzroku. W praktyce oznacza to, że codzienny pobyt na zewnątrz, w połączeniu z ruchem, obserwowaniem otoczenia i spojrzeniem na różne odległości, naturalnie wspiera zdrowie oczu dziecka – to coś więcej niż „odpoczynek”, to inwestycja w profilaktykę wzroku.

Regularne kontrole jako element systemowej prewencji

Dokument IAPB zwraca również uwagę na konieczność wdrożenia systematycznych badań przesiewowych wzroku wśród dzieci, zarówno w szkołach, jak i w ramach podstawowej opieki zdrowotnej. Wczesne wykrywanie wad i zaburzeń funkcji wzrokowych ma kluczowe znaczenie nie tylko dla zdrowia, ale także dla rozwoju edukacyjnego i społecznego dziecka.

Niewyrównana lub niekontrolowana wada wzroku może wpływać na efektywność nauki w dzieciństwie, a w dalszej perspektywie również na produktywność zawodową. Trudności z koncentracją, szybsze zmęczenie oczu lub ograniczona wydolność przy pracy wymagającej precyzji przekładają się na straty ekonomiczne. Przewiduje się, że do 2050 roku globalne koszty związane z krótkowzrocznością i jej powikłaniami (obejmujące bezpośrednie wydatki na opiekę zdrowotną, straty produktywności oraz koszty zabezpieczenia społecznego) osiągną 1,7 biliona dolarów.

Warto zauważyć, że wiele problemów ze wzrokiem rozwija się stopniowo i przez długi czas może nie dawać jednoznacznych objawów. Dziecko nie zawsze sygnalizuje, że widzi gorzej – często po prostu przysuwa się bliżej zeszytu, mruży oczy, szybciej się męczy podczas czytania lub traci koncentrację.

Regularne badania wzroku to inwestycja w przyszłość dziecka. Pozwalają wykryć nawet niewielkie zmiany na wczesnym etapie i wdrożyć odpowiednie działania, zanim wada zacznie znacząco wpływać na komfort życia, wyniki w nauce czy codzienne funkcjonowanie – podkreśla Sylwia Kijewska, optometrystka, ekspertka Hoya Lens Poland.

Specjalistka zwraca uwagę, że badanie wzroku to znacznie więcej niż sprawdzenie, czy dziecko dobrze widzi z daleka.

Podczas wizyty oceniamy nie tylko ostrość widzenia, ale również akomodację, widzenie obuoczne oraz to, jak oczy radzą sobie z długotrwałą pracą z bliska. To szczególnie istotne w czasach, gdy dzieci od najmłodszych lat intensywnie korzystają z urządzeń cyfrowych – wyjaśnia ekspertka.

W praktyce oznacza to, że dzieci bez zdiagnozowanej wady wzroku powinny odbywać kontrolę przynajmniej raz w roku. Jeśli wada już występuje – wizyty powinny odbywać się częściej, zgodnie z zaleceniem specjalisty. Ocena stanu zdrowia oczu powinna mieć miejsce u okulisty, natomiast regularne kontrole jakości widzenia czy funkcji wzrokowych mogą być prowadzone przez optometrystę.

Systematyczna diagnostyka pozwala nie tylko dobrać odpowiednią korekcję, ale także monitorować tempo progresji krótkowzroczności i reagować w odpowiednim momencie. W kontekście rosnącej skali problemu w Europie to jeden z kluczowych elementów realnej, długofalowej profilaktyki.

W kontekście prognozowanych miliardowych kosztów w całej Europie profilaktyka i wczesna diagnostyka krótkowzroczności stają się więc nie tylko elementem troski o zdrowie najmłodszych, lecz także racjonalną strategią ekonomiczną. Każde wcześnie wykryte zaburzenie i każda skutecznie spowolniona progresja wady to szansa na ograniczenie przyszłych wydatków, zarówno po stronie rodzin, jak i publicznych systemów ochrony zdrowia. W obliczu rosnącej skali zjawiska inwestycja w profilaktykę wzroku jest działaniem, które zwraca się całemu społeczeństwu.

Źródło: Komunikat Prasowy