Medicalpress

Branża pharma & medical wkracza w kolejny etap dynamicznych zmian. Rozwój nowych technologii, zmieniające się regulacje, rosnące oczekiwania pacjentów oraz presja na zwiększanie efektywności sprawiają, że organizacje muszą dziś działać szybciej, elastyczniej i podejmować decyzje w oparciu o dane oraz nowoczesne narzędzia.

Jednocześnie sektor mierzy się z wyzwaniami związanymi z dostępnością terapii, rosnącymi kosztami operacyjnymi, transformacją modeli sprzedaży i marketingu oraz koniecznością budowania organizacji gotowych na zmieniające się realia rynkowe.

Odpowiedzi na najważniejsze pytania stojące dziś przed branżą będzie można poznać podczas VIII Forum Pharma Planet 360°, które odbędzie się 4–5 listopada 2026 r. w Warszawie pod hasłem „Pharma under pressure: market, regulation, technology and people”. Wydarzenie zgromadzi liderów rynku, ekspertów oraz przedstawicieli całego ekosystemu pharma & medical, którzy wspólnie będą dyskutować o kierunkach rozwoju sektora i praktycznych rozwiązaniach odpowiadających na aktualne wyzwania.

Program VIII Forum Pharma Planet 360° obejmuje m.in.:

Swoimi doświadczeniami i najlepszymi praktykami podzielą się przedstawiciele czołowych firm rynku pharma & medical, m.in.: AstraZeneca, Aurovitas Pharma, Baxter, Bioton, Boehringer Ingelheim, Coloplast, Dr.Max, Farmacja Polska, Gemini Polska, Haleon, Merck, Neuca, Neuraxpharm, Novartis, Nutricia, Opella, Perrigo, Reckitt, Recordati Polska, Sandoz, Stada, Teva Pharmaceuticals, TZF Polfa, Urtica oraz USP Zdrowie.

Podczas dwóch dni Forum uczestnicy będą mieli okazję wziąć udział w inspirujących debatach, praktycznych case studies oraz licznych spotkaniach networkingowych, wymieniając doświadczenia z przedstawicielami największych firm i organizacji działających na rynku pharma & medical.

Więcej informacji o Forum: www.pharmaplanet.pl

Program Forum: www.pharmaplanet.pl/program-1-dzien

Dostępne są pakiety indywidualne oraz grupowe.

Zarezerwuj swoje miejsce już dziś! Masz pytania? Skontaktuj się z nami:

Anna Banaś: anna.banas@braveconferences.pl

Wśród pacjentów dializowanych wciąż pokutuje przeświadczenie, że konieczność hemodializy 3 razy w tygodniu zmusza ich do pozostawania blisko swojej stacji dializ, a myśl o dalszym wyjeździe jest źródłem stresu. Przykłady pacjentów z całej Polski jednak udowadniają, że dializy nie muszą przekreślać marzeń o podróżach. Kluczem do wolności są tzw. dializy wakacyjne.

Pan Piotr z Krakowa regularnie odwiedza swój rodzinny dom w Żywcu. Kiedyś przyjeżdżał tam na tydzień w miesiącu, a niedawno zdecydował się na dłuższy, półroczny pobyt, podczas którego kontynuuje leczenie dzięki dializom gościnnym. Pan Piotr wypoczywał w ten sposób również nad polskim morzem.

Z kolei Pani Wanda z Bydgoszczy już 7 lat temu odkryła możliwość korzystania z dializ wakacyjnych i od tego czasu regularnie wyjeżdża na słoneczną Sycylię. Zabiegi w krajach Unii Europejskiej odbywają się bezpłatnie dzięki Europejskiej Karcie Ubezpieczenia Zdrowotnego (EKUZ).

– Diagnoza i rozpoczęcie dializoterapii bez wątpienia zmieniają codzienność, jednak nie powinny oznaczać rezygnacji z odpoczynku ani podróży – podkreśla Dorota Ligęza, wiceprezeska Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Moje Nerki. Możliwość zmiany otoczenia, spędzenia urlopu nad morzem czy odwiedzenia rodziny ma ogromny, pozytywny wpływ na stan psychiczny pacjenta. – Pacjenci pytają nas, jak zorganizować dializę poza miejscem zamieszkania, a my staramy się edukować ich na temat niezbędnych formalności lub odsyłać do specjalnych koordynatorów w kraju i za granicą. Często wystarczy zapytać w swojej macierzystej stacji dializ, aby uzyskać odpowiednią pomoc. – dodaje.

Pacjenci najchętniej wybierają polskie morze

Naprzeciw chorym wychodzą też inicjatywy takie jak strona dializygoscinne.pl, która pomaga pacjentom oraz ich bliskim w wyszukiwaniu wolnych miejsc i rezerwacji terminów. Projekt wspiera firma Fresenius NephroCare Polska, operator 69 centrów dializ w całej Polsce.

Dzięki tej akcji planowanie urlopu nad morzem czy w górach staje się o wiele prostsze, co pokazują dane podsumowujące ostatnie miesiące. Według organizatorów aż 60% pacjentów poszukiwało w tym roku dializ nad polskim morzem. Zgłoszenia napływały z całej Polski,
a najwięcej z nich pochodziło z województw oddalonych od wybrzeża: mazowieckiego, śląskiego, wielkopolskiego, dolnośląskiego i łódzkiego. Drugie pod względem popularności były góry i uzdrowiska górskie.

Dializy wakacyjne organizowane w ramach akcji najczęściej trwały tydzień, chociaż zdarzały się również wyjazdy na cały miesiąc. Najważniejsze było jednak planowanie z wyprzedzeniem. Pacjenci zgłaszający się 40 dni przed wyjazdem mieli o wiele większe szanse na zarezerwowanie miejsca niż ci, którzy zgłosili się dzień przed wyjazdem. Organizatorzy akcji dializygoscinne.pl rekomendują, aby zgłaszać się na 6-7 tygodni przed planowanym urlopem.

– Dzięki standaryzacji procedur medycznych oraz odpowiedniemu wyposażeniu placówek pacjent poddający się dializie gościnnej otrzymuje dokładnie taką samą opiekę jak w swojej stacji macierzystej. Co równie ważne, na terenie Polski leczenie w ramach dializ gościnnych jest w pełni refundowane przez NFZ. Jedyne, co musi zrobić pacjent, to poszukać ośrodka dializ, który będzie miał wolny termin. Pomaga w tym nasz Koordynator dializ gościnnych – wyjaśnia Mariusz Młodzikowski, Dyrektor Operacyjny Fresenius NephroCare Polska.

Pacjenci dializowani przełamują bariery

O tym, jak w praktyce wygląda podróżowanie na dializie, najlepiej opowiadają sami pacjenci. Wśród nich nie brakuje osób, dla których dializy gościnne stały się sposobem na ciekawe życie przez cały rok.

Pan Dariusz z Tarnowskich Gór, u którego niewydolność nerek uaktywniła się po przechorowaniu COVID-19, wraz z żoną prowadzi aktywny tryb życia, jeździ na rowerze i stale odkrywa nowe miejsca. W ciągu jednego roku skorzystał z zabiegów w trzech różnych ośrodkach w Polsce, a w planach ma już wyjazd do Włoch. – Trzeba po prostu nie załamywać się i nie myśleć, że to koniec świata. Da się z tym żyć i normalnie funkcjonować – przekonuje.

Wspiera go w tym podejściu Pan Tomasz z Piotrkowa Trybunalskiego, 74-letni emeryt, który w trakcie swojej terapii wielokrotnie korzystał z dializ gościnnych m.in. w Zamościu, Wejherowie czy Skierniewicach. Jego receptą jest umiejętność oddzielenia czasu leczenia od życia prywatnego. Podobne zdanie ma pan Andrzej, dializowany w Kraśniku od 1996 roku: – Dzisiaj stacje dializ są w niemal każdym mieście. Można normalnie podróżować i cieszyć się życiem.

Koniec lata i zbliżająca się jesień to okres, gdy chętnie wracamy myślami do słonecznych dni i wypoczynku, a także planujemy kolejne wyjazdy. Dzięki dializom wakacyjnym również osoby z przewlekłą chorobą nerek mogą swobodnie podróżować i wypoczywać.

źródło: inf. prasowa

Ponad 32 tys. publikacji w polskich mediach tradycyjnych i ponad 347 tys. wpisów w mediach społecznościowych dotyczących dezinformacji medycznej pojawiło się od stycznia 2025 roku do 15 maja 2026 roku – wynika z raportu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu i Mediaboard. Eksperci podkreślają, że skala problemu rośnie i może stanowić poważne zagrożenie dla zdrowia publicznego, w tym m.in. dla osób chorujących na nowotwory.

– Dezinformacja medyczna przy tak dużej liczbie social mediów, informacji, które codziennie do nas napływają, jest bardzo poważnym problemem. Widzimy, że szczególnie poprzez kategoryzowanie internautów dezinformacja od razu działa na osoby, które na przykład mówią o tym, że mają jakąś przypadłość. Tak działają mechanizmy social mediów – mówi w rozmowie z agencją Newseria Konrad Madejczyk, rzecznik prasowy Biura Rzecznika Praw Pacjenta.

W okresie analizowanym przez Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu i Mediaboard publikacje medialne dotyczące dezinformacji medycznej wygenerowały szacunkowe 2,67 mld kontaktów z przekazem, a wpisy w mediach społecznościowych nieco ponad 850 mln.

– Zaczynamy się borykać z problemem, który będzie później narastał. Osoby, które obecnie stosują różne dziwne praktyki, ale nie naturalne metody leczenia, ale te, które są stosowane przez osoby mające tytuł zawodowy inżyniera, to jest kredyt zdrowia, który trzeba będzie spłacić – podkreśla Konrad Madejczyk.

Największą część przekazu dotyczącego dezinformacji medycznej stanowiły ruchy antyszczepionkowe (54 proc.). Dominowały treści podważające bezpieczeństwo szczepień, które łączyły je z autyzmem, chorobami przewlekłymi, NOP-ami, ukrywaniem danych czy też interesami firm farmaceutycznych.

Na drugim miejscu znalazły się teorie żywieniowe (23 proc.), które obejmowały m.in. lewoskrętną witaminę C, duże dawki witaminy D, głodówki, zakwaszenie organizmu, odrobaczanie czy pasożyty. Wspólnym motywem było promowanie prostych, „naturalnych” rozwiązań jako alternatywy dla diagnostyki i leczenia.

Kategoria dotycząca środowiska (16 proc.) obejmowała przede wszystkim chemtrails, 5G, Wi-Fi i fluoryzację. Narracje łączyły zdrowie z technologią i otoczeniem. Sugerowały zatruwanie ludzi, sterowanie pogodą, szkodliwość promieniowania czy też kontrolę społeczną.

– Obawiamy się tego, że problem będzie narastał. On zaczął się w bardzo prężny sposób rozwijać po 2020 roku w czasie pandemii COVID-19, na którą bardzo często powołują się przeciwnicy ustawy potocznie zwanej „lex szarlatan”. Że to była pandemia, która nie istniała. Doskonale wiemy, że miała miejsce. Oczywiście było wiele różnych sytuacji, o których możemy dzisiaj dyskutować, aczkolwiek wtedy właśnie ci szarlatani bardzo łatwo znaleźli podatny grunt, na którym mogli zacząć zarabiać – podkreśla rzecznik prasowy Biura Rzecznika Praw Pacjenta.

Jak wskazują autorzy raportu, dezinformacja medyczna wpływa na decyzje dotyczące szczepień, leczenia, diagnostyki, profilaktyki czy też zaufania do instytucji medycznych. Oddziałuje również na relacje społeczne, zwiększa polaryzację i osłabia zaufanie do lekarzy. Może prowadzić nawet do rezygnacji z terapii, opóźnienia diagnostyki lub podejmowania działań zagrażających zdrowiu. Dodatkowym wyzwaniem staje się rozwój sztucznej inteligencji, która może wspierać medycynę, ale jednocześnie ułatwiać tworzenie fałszywych autorytetów i nasilać chaos informacyjny.

– Medyczne fake newsy bardzo dobrze się sprzedają. Każdy z nas szuka informacji na temat naszego stanu zdrowia. Kiedyś to było pytanie do tzw. wujka Google, dziś często do sztucznej inteligencji. Ona znajduje różne wyniki, a my wchodzimy na te strony. Te, które są nam podpowiadane, to są bardzo często strony osób, które działają w internecie, zarabiając na tej działalności na zasadzie prywatnej praktyki zawodowej, niemedycznej. Te informacje są bardzo łatwe dla nas, ponieważ ci rzeczeni szarlatani zawsze mają proste odpowiedzi: „wszystko da się wyleczyć bardzo szybko, ja mam złoty środek, który ci pomoże, nie bierz innych leków” – tłumaczy Konrad Madejczyk.

Analiza trendu publikacji na platformach społecznościowych pokazuje, że największy udział w strukturze przekazu miał YouTube, który odpowiadał za 54,2 proc. wszystkich wpisów. Zdaniem autorów raportu pokazuje to ważną rolę materiałów wideo w rozpowszechnianiu narracji dotyczących zdrowia, pseudomedycyny i teorii spiskowych. Na drugim miejscu znalazł się Facebook (39,5 proc.), a na trzecim serwis X (4,9 proc.).

– To jest największy problem, kiedy na przykład oni mówią do osób chorych na nowotwory: odstaw chemioterapię. Miały miejsce takie przypadki, kiedy zgłaszali się do nas pacjenci, którzy odłożyli chemioterapię, a ich stan wtedy drastycznie się pogorszył mimo stosowania tych „cudownych” metod z internetu. To jest informacja, która zawsze znajdzie podatny grunt, tak jak informacja o lądowaniu kosmitów w historii – uważa rzecznik prasowy Biura Rzecznika Praw Pacjenta.

Pod koniec lipca br. do podpisu prezydenta trafił rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta, czyli tzw. lex szarlatan. Nowe przepisy miały jeszcze skuteczniej przeciwdziałać niebezpiecznym praktykom oraz rozszerzyć uprawnienia Rzecznika Praw Pacjenta. Chodzi m.in. o walkę z oferowaniem niesprawdzonych metod leczenia i działalnością osób podszywających się pod specjalistów medycznych.

Prezydent Karol Nawrocki 19 sierpnia br. skierował ustawę do Trybunału Konstytucyjnego. Jednocześnie przygotował i przedstawił własny projekt zmian w prawie, obejmujący dodanie art. 160a do Kodeksu karnego oraz nowelizację ustawy o prawach pacjenta.

– „Lex szarlatan” to jest taka ustawa, która będzie walczyć z dezinformacją, ale też ważna jest współpraca z wielkimi platformami internetowymi. Tutaj zawsze będzie się pojawiał argument prewencyjnej cenzury. Jej nie ma, ale nie możemy pozwolić na to, żeby ktoś, kto stosuje nieprawdziwe metody leczenia, odnosił się do bezpieczeństwa pacjentów, wmawiając im, że jego metoda jest jedyną słuszną – zaznacza Konrad Madejczyk.

źródło: newseria

Zbyt wysokie koszty leczenia lub poszczególnych wizyt są obecnie najczęściej wskazywanym czynnikiem zniechęcającym Polaków do korzystania z usług stomatologicznych. Wymienia je 41,9% badanych. Na drugim miejscu w zestawieniu znajduje się ogólny strach przed tzw. „białym fartuchem” lub lekarzem – 36,7%. Obawa przed bólem dotyczy 27,2% respondentów, a długie oczekiwanie na specjalistę – 25,6%. Pierwszą piątkę powodów zamykają negatywne doświadczenia z wcześniejszych wizyt lub leczenia, wskazane przez 19,4% rodaków. Wyniki pokazują, że Polaków najpierw odstraszają koszty, następnie – strach, a później ból i problemy z dostępnością leczenia.

Najnowszy raport autorstwa UCE RESEARCH i Implant Medical pt. „Bariery w leczeniu stomatologicznym Polaków. Edycja 2026” pokazuje, co obecnie najbardziej demotywuje, odstrasza, zniechęca lub irytuje pacjentów w kwestii korzystania z usług stomatologicznych. Raport powstał na kanwie specjalnego badania opinii publicznej, które zostało przeprowadzone metodą CAWI na próbie 1017 osób w wieku od 18 do 80 lat. Respondenci mogli jednocześnie wskazać kilka odpowiedzi.

Na pierwszym miejscu w rankingu znalazły się zbyt wysokie koszty leczenia lub poszczególnych wizyt – 41,9%. Jest to jedyna odpowiedź przekraczająca poziom 40%. Kwestie finansowe wyprzedzają o 5,2 pkt proc. ogólny strach przed lekarzem, o 14,7 pkt proc. – obawę przed bólem, a o 16,3 pkt proc. – długie oczekiwanie na specjalistę.

– Dla znacznej części Polaków problem zaczyna się jeszcze przed wejściem do gabinetu. Pierwszą obawą może być wysokość wydatku, zwłaszcza gdy pacjent nie wie, jaki będzie ostateczny zakres leczenia, ile wizyt okaże się koniecznych i czy po wykonaniu dokładnej diagnostyki nie pojawią się dodatkowe koszty. W stomatologii poczucie finansowej niepewności może być równie istotne jak sama cena. Dlatego ważne jest, aby pacjent od początku otrzymał możliwie przejrzysty plan leczenia wraz z informacją o jego kolejnych etapach, dostępnych wariantach oraz przewidywanych wydatkach – mówi dr n. med. Piotr Przybylski, współautor raportu z Implant Medical.

Badanie jednak nie odpowiada bezpośrednio na pytanie, ilu Polaków rezygnuje z leczenia z powodów finansowych. Natomiast tak wysoki wynik może mimo wszystko wskazywać na ryzyko odwlekania decyzji o rozpoczęciu terapii, ograniczania jej zakresu albo zgłaszania się do dentysty dopiero wtedy, gdy pojawiają się poważniejsze dolegliwości.

– Odkładanie wizyty z powodu obawy przed wydatkiem może uruchomić niekorzystny mechanizm. Problem stomatologiczny zwykle nie znika sam, a z czasem może wymagać bardziej rozbudowanego, dłuższego i droższego leczenia. Pacjent, który początkowo chce uniknąć kosztu, może więc później stanąć przed jeszcze większym obciążeniem. Z tego punktu widzenia istotne są zarówno regularne kontrole, jak i przedstawianie kosztów w sposób zrozumiały i możliwie przewidywalny – dodaje ekspert.

Raport pokazuje też, że na drugim miejscu znalazł się ogólny strach przed tzw. „białym fartuchem” lub lekarzem, wskazany przez 36,7% respondentów. Wynik ten jest tylko o 5,2 pkt proc. niższy od odsetka dotyczącego kosztów. Jednocześnie ogólny strach przed lekarzem występuje wyraźnie częściej niż konkretna obawa przed bólem. Różnica między tymi odpowiedziami wynosi 9,5 pkt proc.

– To pokazuje, że lęku przed stomatologią nie można sprowadzać wyłącznie do perspektywy bolesnego zabiegu. Strach może dotyczyć także diagnozy, utraty kontroli, niepewności co do przebiegu wizyty, oceny stanu uzębienia czy informacji o konieczności przeprowadzenia kosztownego leczenia. Dla części osób napięcie pojawia się jeszcze przed rozpoczęciem badania i jest związane z całą sytuacją medyczną, a nie z jednym konkretnym elementem – wyjaśnia dr n. med. Piotr Przybylski.

Zdaniem współautora raportu, ograniczanie takiego lęku wymaga nie tylko zapewnienia odpowiednich metod znieczulenia, ale również właściwej komunikacji z pacjentem. Znaczenie może mieć sposób przyjęcia go w gabinecie, przedstawienie planowanych czynności oraz upewnienie się, że poprawnie rozumie kolejne etapy leczenia.

– Pacjent powinien mieć poczucie, że jest wysłuchany, wie, co będzie wykonywane, jak również zachowuje pewien wpływ na przebieg wizyty. Nawet nowoczesne wyposażenie gabinetu nie zlikwiduje lęku, jeżeli lekarz nie wyjaśnia swoich działań lub nie reaguje na ewidentne sygnały bólu lub stresu. Spokojna komunikacja, uprzedzanie o kolejnych czynnościach i ustalenie sposobu sygnalizowania potrzeby przerwy mogą istotnie zwiększać poczucie bezpieczeństwa – zaznacza ekspert z Implant Medical.

Trzecie miejsce zajmuje obawa przed bólem związanym stricte z leczeniem, którą wskazało 27,2% respondentów. Pomimo rozwoju metod znieczulenia i coraz większego nacisku na komfort pacjenta perspektywa bolesnego zabiegu nadal zniechęca ponad jedną czwartą dorosłych Polaków.

– W świadomości części pacjentów wciąż funkcjonuje obraz leczenia stomatologicznego jako doświadczenia bolesnego i trudnego. Takie nastawienie może wynikać z wcześniejszych wizyt, opowieści innych osób albo doświadczeń pochodzących z okresu, gdy dostępne metody leczenia bólu były mniej rozwinięte. Samo poinformowanie o możliwości zastosowania znieczulenia nie zawsze wystarcza. Pacjent potrzebuje także pewności, że jego dyskomfort zostanie zauważony, a lekarz odpowiednio zareaguje – stwierdza dr n. med. Piotr Przybylski.

Tuż za obawą przed bólem znalazło się długie oczekiwanie na specjalistę. Taką odpowiedź zaznaczyło 25,6% badanych, czyli tylko o 1,6 pkt proc. mniej niż w przypadku bólu. Wynik pokazuje, że problemy organizacyjne i dostępność terminów mogą zniechęcać niemal tak często jak perspektywa nieprzyjemnego zabiegu, choć z pewnością w dużej części dotyczy to pacjentów leczących się państwowo, czyli na NFZ.

– To jeden z mocniejszych wniosków płynących z raportu. Nawet pacjent gotowy do rozpoczęcia leczenia może stracić motywację, jeżeli znalezienie odpowiedniego specjalisty wymaga długiego oczekiwania, wielokrotnego kontaktowania się z placówkami lub znacznego dostosowania życia zawodowego i rodzinnego do dostępnych terminów. Problem może dotyczyć zwłaszcza bardziej wyspecjalizowanych świadczeń, w przypadku których liczba dostępnych lekarzy i placówek jest ograniczona – zwraca uwagę ekspert.

Koszty, strach, ból i kolejki mogą jednocześnie występować u tych samych osób i wzajemnie wzmacniać ich niechęć. Respondent mógł bowiem zaznaczyć kilka czynników. Jak podkreślą autorzy raportu, w tym przypadku nie można zatem dodawać ich wyników, ale można wskazać pewien mechanizm, w którym odwlekanie wizyty zwiększa ryzyko pogłębienia problemu zdrowotnego.

– Jeżeli pacjent długo czeka albo sam odkłada wizytę, problem może się rozwinąć. Wówczas leczenie bywa bardziej złożone, może budzić większy lęk i generować wyższe koszty. Z kolei strach przed wydatkiem lub bólem może prowadzić do dalszego zwlekania. Dlatego barier finansowych, emocjonalnych i organizacyjnych nie powinno się rozpatrywać w całkowitym oderwaniu od siebie – dodaje współautor raportu.

Pierwszą piątkę zamykają negatywne doświadczenia z poprzednich wizyt lub leczenia, wskazane przez 19,4% respondentów. Oznacza to, że niemal co piąty dorosły Polak wymienia wcześniejsze przeżycia jako jeden z czynników wpływających na obecne podejście do stomatologii.

– Negatywne doświadczenie może stać się źródłem utrwalonej niechęci do kolejnych wizyt. Nie musi ono dotyczyć wyłącznie bólu czy samego efektu leczenia. Pacjent może źle zapamiętać brak empatii, niezrozumiały sposób komunikacji, poczucie pośpiechu, brak wpływu na przebieg zabiegu albo zaskoczenie wysokością rachunku. Takie wspomnienia mogą później zwiększać ogólny strach przed lekarzem i wzmacniać oczekiwanie, że kolejna wizyta również będzie nieprzyjemna – zauważa dr n. med. Piotr Przybylski.

Zdaniem eksperta z Implant Medical, odbudowanie poczucia bezpieczeństwa wymaga czasu oraz konsekwentnego podejścia ze strony lekarza i personelu. Pacjent mający negatywne doświadczenia może potrzebować dokładniejszego wyjaśnienia planu leczenia, większej liczby informacji oraz wyraźnego zapewnienia, że zgłaszany przez niego stres na pewno będzie brany pod uwagę.

– Każda wizyta ma znaczenie nie tylko dla aktualnego leczenia, ale także dla przyszłej gotowości pacjenta do korzystania ze stomatologii. Jedno dobrze przeprowadzone spotkanie nie zawsze od razu usuwa wcześniejszy lęk, ale z pewnością może rozpocząć proces odbudowywania zaufania. Pomagają w tym przewidywalność, spokojna komunikacja, przejrzyste zasady finansowe oraz przede wszystkim reagowanie na sygnały dyskomfortu – podkreśla ekspert.

W dalszej części rankingu znalazły się kwestie związane z atmosferą gabinetu. Specyficzny zapach wskazało 10,3% respondentów. Natomiast odgłos urządzeń, np. pracującego wiertła, oraz wygląd specjalistycznych narzędzi uzyskały po 9,2% wskazań.

– Zapach, dźwięk wiertła czy widok narzędzi mogą uruchamiać skojarzenia z poprzednimi wizytami i zwiększać napięcie jeszcze przed rozpoczęciem zabiegu. Nie są to główne problemy w skali całego rankingu, ale dla części pacjentów mogą być wyraźnymi bodźcami nasilającymi lęk. W takich przypadkach duże znaczenie ma spokojne przygotowanie pacjenta do wizyty i wyjaśnienie, do czego będą służyły poszczególne urządzenia – dodaje współautor raportu.

Z raportu również wynika, że najrzadziej wskazywanymi konkretnymi czynnikami były silne oświetlenie gabinetu – 3,2%, niekompetencja lub brak zaufania do lekarzy – 5,3%, a także niekompetencja lub brak zaufania do personelu – 7,2%. Ponadto 7,1% badanych zaznaczyło inną, niewymienioną kwestię, a 10,4% odpowiedziało „nie wiem” lub „ciężko powiedzieć”. Jedynie 1,2% respondentów zadeklarowało, że nie ma niczego, co demotywowałoby, odstraszało, zniechęcało lub irytowało ich w związku z korzystaniem z usług stomatologicznych.

– Niskie pozycje odpowiedzi dotyczących niekompetencji lub braku zaufania wcale nie oznaczają automatycznie, że wszyscy pozostali badani wysoko oceniają pracę lekarzy i personelu. Pokazują natomiast, że na tle kosztów, strachu, bólu i kolejek kwestie te są zdecydowanie rzadziej wymieniane jako czynniki zniechęcające. Cały ranking wskazuje, że poprawa doświadczeń pacjentów wymaga działań na kilku poziomach. Większej przewidywalności kosztów, lepszej dostępności terminów, skutecznego ograniczania bólu oraz komunikacji dającej poczucie bezpieczeństwa – podsumowuje dr n. med. Piotr Przybylski.


***
Opis metody analitycznej/badawczej

Raport pt. „Bariery w leczeniu stomatologicznym Polaków. Edycja 2026” powstał na podstawie specjalnego badania opinii publicznej, przeprowadzonego metodą CAWI (Computer Assisted Web Interview) przez UCE RESEARCH we współpracy merytorycznej z kliniką Implant Medical z Gniezna. Badanie zrealizowano na próbie 1017 Polaków w wieku od 18 do 80 lat. Respondenci mogli wskazać kilka odpowiedzi, dlatego wyżej przedstawione wyniki nie sumują się do 100%.

źródło: inf. prasowa.

Prezydent Karol Nawrocki nie podpisał nowelizacji ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta, określanej jako „Lex szarlatan”, i skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli prewencyjnej. Jednocześnie zapowiedział własną inicjatywę legislacyjną, która ma penalizować świadome zniechęcanie pacjentów do leczenia zgodnego z aktualną wiedzą medyczną. Ministerstwo Zdrowia krytycznie ocenia tę decyzję i przekonuje, że uchwalone przepisy dawały państwu narzędzia do szybkiej ochrony pacjentów przed pseudomedycyną i dezinformacją.

Decyzję dotyczącą ustawy prezydent ogłosił 20 sierpnia. Jak podkreślił, sam cel regulacji – ochrona pacjentów przed osobami żerującymi na chorobie, strachu i desperacji – uważa za słuszny. Jego zastrzeżenia dotyczą jednak sposobu, w jaki ustawa miałaby ten cel realizować.

Prezydent wskazał przede wszystkim na wątpliwości konstytucyjne związane z zakresem uprawnień Rzecznika Praw Pacjenta oraz możliwością nakładania sankcji i blokowania działalności jeszcze przed prawomocnym rozstrzygnięciem sądu.

– Państwo musi chronić pacjentów przed oszustami, którzy żerują na chorobie i ludzkim strachu, szczególnie przed tymi, którzy dla zysku odciągają ludzi od skutecznego leczenia – podkreślił Karol Nawrocki.

Prezydent: cel słuszny, ale środki budzą wątpliwości

Zdaniem prezydenta uchwalone przepisy zbyt szeroko ujmują grupę podmiotów, które mogłyby zostać objęte sankcjami. W jego ocenie istnieje ryzyko, że obok osób faktycznie zagrażających zdrowiu pacjentów restrykcje mogłyby dotknąć także przedsiębiorców zajmujących się m.in. zielarstwem, zdrowym odżywianiem czy medycyną komplementarną.

Karol Nawrocki argumentował również, że proponowane rozwiązania mogą ograniczać prawo do skutecznej obrony. Szczególne zastrzeżenia budzi możliwość wykonania określonych decyzji, w tym blokad i kar, zanim sprawa zostanie prawomocnie oceniona przez sąd.

W jego ocenie problemem jest również brak obowiązkowego udziału niezależnych ekspertów medycznych w ocenie, czy doszło do dezinformacji lub praktyki pseudomedycznej.

Prezydent zapowiedział więc skierowanie ustawy do Trybunału Konstytucyjnego, który ma ocenić zgodność jej przepisów z ustawą zasadniczą.

Własny projekt prezydenta: odpowiedzialność karna za odciąganie od leczenia

Równocześnie Karol Nawrocki zapowiedział własny projekt nowelizacji Kodeksu karnego.

Zgodnie z przedstawionymi założeniami odpowiedzialności mieliby podlegać ci, którzy dla zysku lub innych korzyści świadomie zniechęcają pacjentów do leczenia metodami opartymi na nauce.

Prezydent przekonywał, że o winie i karze powinien decydować niezawisły sąd po przeprowadzeniu pełnego postępowania. Projekt ma jednocześnie wzmacniać rolę Rzecznika Praw Pacjenta, umożliwiając mu udział w działaniach prokuratury i w postępowaniu sądowym.

– Potrzebujemy przepisów, które skutecznie zablokują działalność oszustów, ale nie będą uderzały w uczciwych ludzi – argumentował prezydent.

Ministerstwo Zdrowia: państwo zostało pozbawione narzędzi szybkiej reakcji

Decyzję prezydenta krytycznie oceniła minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda.

Jak podkreśliła, nowelizacja była przygotowywana przy udziale lekarzy, ekspertów, organizacji pacjenckich oraz Rzecznika Praw Pacjenta, a jej nadrzędnym celem było zwiększenie bezpieczeństwa osób chorych.

– Pacjent ma być bezpieczny, a państwo ma mieć narzędzia, żeby stanąć po jego stronie. I właśnie tych narzędzi zostaliśmy dziś pozbawieni – komentowała minister zdrowia.

Resort wskazuje, że ustawa miała umożliwić Rzecznikowi Praw Pacjenta szybsze reagowanie na niebezpieczne praktyki, wydawanie publicznych ostrzeżeń oraz nakazywanie natychmiastowego wstrzymania działań zagrażających pacjentom.

Jednym z najważniejszych elementów zmian miało być również zwiększenie kar finansowych. Za naruszenie zbiorowych praw pacjentów lub stosowanie praktyk pseudomedycznych możliwe byłoby nałożenie sankcji do 1 mln zł, a za brak współpracy z Rzecznikiem Praw Pacjenta – do 100 tys. zł.

Spór o to, kogo obejmowałyby przepisy

Ministerstwo Zdrowia odrzuca argument, że „Lex szarlatan” miałoby być wymierzone w szeroką grupę legalnie działających przedsiębiorców.

Według resortu firmy oferujące np. zioła, masaże czy inne legalne usługi nie byłyby objęte sankcjami tylko z powodu charakteru działalności. Problem pojawiałby się wtedy, gdy podmiot oferowałby wyleczenie ciężkiej choroby za pomocą niesprawdzonej metody lub nakłaniał pacjenta do rezygnacji z leczenia zgodnego z aktualną wiedzą medyczną.

Resort podkreśla, że ustawa miała dotyczyć przede wszystkim sytuacji, w których pacjent jest świadomie wprowadzany w błąd i narażany na utratę zdrowia lub życia.

Rejestr dezinformacji i ostrzeżenia dla pacjentów

Jednym z elementów uchwalonych przepisów było utworzenie jawnego rejestru podmiotów rozpowszechniających dezinformację medyczną w celu uzyskania korzyści majątkowej lub osobistej.

Przewidywano również możliwość przekierowywania użytkowników z niektórych stron internetowych na stronę Rzecznika Praw Pacjenta, gdzie dostępne byłyby ostrzeżenia i zweryfikowane informacje zdrowotne.

Z perspektywy resortu rozwiązania te miały ograniczyć sytuacje, w których chorzy trafiają na fałszywe autorytety i rezygnują z diagnostyki lub skutecznego leczenia pod wpływem pseudomedycznych przekazów.

Ochrona pacjentów pozostaje wspólnym celem, spór dotyczy narzędzi

W stanowiskach obu stron pojawia się wspólny punkt: potrzeba skuteczniejszej ochrony pacjentów przed osobami i podmiotami, które dla zysku oferują niesprawdzone terapie lub odciągają chorych od leczenia zgodnego z wiedzą medyczną.

Różnica dotyczy przede wszystkim modelu działania państwa.

Ministerstwo Zdrowia opowiada się za silnymi uprawnieniami administracyjnymi pozwalającymi Rzecznikowi Praw Pacjenta reagować szybko, zanim dojdzie do poważnych konsekwencji zdrowotnych. Prezydent wskazuje natomiast, że sankcje powinny być bardziej precyzyjnie opisane i w większym stopniu opierać się na odpowiedzialności karnej oraz rozstrzygnięciach sądowych.

Dalszy los uchwalonej ustawy zależy teraz od orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego. Niezależnie od tego prezydent zapowiedział wniesienie własnego projektu przepisów dotyczących działalności osób świadomie odciągających pacjentów od terapii o potwierdzonej skuteczności.

Spór o „Lex szarlatan” będzie więc prawdopodobnie toczył się dalej – już nie wokół pytania, czy pacjentów należy chronić przed pseudomedycyną, lecz jak zrobić to skutecznie, szybko i jednocześnie z zachowaniem gwarancji prawnych dla osób i podmiotów objętych postępowaniem.

opracowanie: redakcja Medicalpress

Liczba aptek w Polsce spadła już poniżej 11 tysięcy[1] osiągając poziom z 2007 roku, pomimo rosnących potrzeb zdrowotnych pacjentów[2]. Największe problemy z dostępnością do leków występują w mniejszych miejscowościach, szczególnie we wschodnich województwach, a rekordowy spadek liczby aptek miał miejsce na Dolnym Śląsku[3]. W niektórych gminach apteki są przekształcane w punkty apteczne, które oferują ograniczony dostęp do leków i często znacznie wyższe ceny, przez co pacjenci coraz częściej muszą wybrać się w podróż po lek.

Przykładem zamiany apteki na punkt apteczny jest gmina Krasne na Mazowszu, gdzie od 35 lat mieszkańcy korzystali z apteki prowadzonej przez farmaceutkę. Pod koniec 2025 r. placówka została zamknięta. Kilka miesięcy później, w tym samym lokalu otworzył się punkt apteczny, lecz mieszkańcy utracili dostęp do wielu leków oraz do opieki magistra farmacji. Krasne nie jest wyjątkiem, przez ostatnie 8 lat podobna zmiana nastąpiła w wielu miejscowościach w Polsce.

Po 1 stycznia 2018 r. w 96 miejscowościach zamkniętą aptekę ogólnodostępną zastąpił punkt apteczny. Oznacza to, że na każdy przypadek, gdy punkt apteczny zastąpiła apteka, przypadają ponad cztery zmiany w przeciwnym kierunku. Przypadki zastąpienia apteki punktem aptecznym odnotowano po 2018 r. w aż 14 województwach. Najwięcej było ich w województwie podkarpackim – 19, małopolskim – 13 oraz łódzkim – 10.

Punkt apteczny: mniejszy wybór leków, wyższe ceny

Apteka i punkt apteczny nie są tym samym. W punkcie aptecznym pacjent może kupić tylko część leków i traci gwarantowany dostęp do farmaceuty oraz dodatkowych świadczeń, tj. szczepień ochronnych czy usług opieki farmaceutycznej. Gdy brak leku zagraża zdrowiu pacjenta, w punkcie aptecznym zazwyczaj nie otrzyma on ratunkowej recepty farmaceutycznej, gdyż tą może wydać jedynie farmaceuta.

Opublikowane przez Fundację Forum Konsumentów badanie pokazuje, że punkty apteczne oferują ograniczony asortyment w wyższej cenie – niektóre leki potrafią być w nich nawet dwukrotnie droższe niż w aptekach działających w warunkach pełnej konkurencji. Brak pełnej dostępności leków i usług oraz wysokie ceny są najmocniej odczuwalne właśnie na terenach mniej zurbanizowanych. Z raportu wyłania się obraz kryzysu dostępności do leków w mniejszych miejscowościach. To szczególnie groźne tam, gdzie pacjent nie może po prostu pójść do innej apteki. Największe ryzyko przerwania leczenia wystąpiło w mniejszych miejscowościach, w punktach aptecznych, gdzie braki dostępności sięgnęły aż 40%, podczas gdy w mieście wynosiły ok. 5%.

Z tego względu punkt apteczny powinien być traktowany jako ratunkowa forma dostępu do ograniczonego katalogu leków na terenach wiejskich, jednak docelowo powinno się dążyć do zastępowania punktów aptecznych pełnoskalowymi aptekami. Aktualnie obserwujemy proces dokładnie odwrotny – mieszkańcy wsi tracą dostęp do apteki na rzecz ograniczonych asortymentowo i usługowo punktów aptecznych. Jak pokazują badania, płacą też więcej za te same leki niż mieszkańcy miast, mimo że średnio zarabiają od nich mniej. Średnia wartość koszyka leków pełnopłatnych w aptece w mieście wynosiła ok. 150 złotych, podczas gdy za te same produkty w punkcie aptecznym pacjent musiał zapłacić ponad 183 złote.

Paradoks w przepisach

Punkt apteczny może zostać otwarty tylko w gminie, w której nie funkcjonuje żadna apteka ogólnodostępna. Paradoksalnie więc zamknięcie ostatniej apteki tworzy warunek umożliwiający otwarcie punktu aptecznego. Teoretycznie mogłaby się tam ponownie otworzyć kolejna apteka, np. prowadzona przez innego właściciela. W praktyce jednak z powodu zaostrzonych regulacji brakuje osób, które mogłyby taką aptekę otworzyć. Co istotne, nałożone regulacje obejmują tylko apteki, nie dotyczą one punktów aptecznych.

Liczba aptek spada, a to przez paradoks, który tworzą przepisy. Otwarcie nowej apteki obwarowane jest ograniczeniami wynikającymi z ustawy „Apteka dla Aptekarza”. Zezwolenie na prowadzenie apteki może uzyskać wyłącznie farmaceuta. Dodatkowo obowiązuje limit czterech aptek na jednego farmaceutę lub spółkę farmaceutów. Bardzo restrykcyjne przepisy utrudniają, a nawet czasami uniemożliwiają uzyskanie kredytu bankowego na otworzenie apteki. W przypadku punktów aptecznych takie wymagania nie istnieją – placówkę może prowadzić dowolny przedsiębiorca, w dowolnej formie.

„Zastępowanie aptek punktami aptecznymi to cicha degradacja ochrony zdrowia w mniejszych miejscowościach. Mieszkańcy wsi i małych miasteczek płacą wyższą cenę za ograniczony asortyment leków i brak stałego dostępu do opieki farmaceutycznej. Nie możemy akceptować sytuacji, w której miejsce zamieszkania decyduje o tym, czy pacjent dostanie potrzebny lek na miejscu, czy będzie musiał po niego jechać kilkanaście kilometrów” – podkreśla Mariusz Kisiel, prezes Związku Aptek Franczyzowych

Pacjenci podróżują za lekiem

Przed 2017 rokiem i wejściem ustawy „Apteka dla Aptekarza”, obserwowano systematyczny wzrost liczby aptek na terenach wiejskich. Od 2017 roku nowe apteki powstają niezwykle rzadko, a w miejsce zamykanych wiejskich aptek powstają punkty apteczne. Od czasu wejścia tych regulacji, z mapy Polski zniknęło ok. 2300 aptek ogólnodostępnych. To rekordowe, na skalę europejską, tempo degradacji rynku aptecznego. Obecnie liczba aptek spadła poniżej 11 tysięcy zniżając się do poziomu z 2007 roku, gdy rynek dopiero się kształtował. Wróciliśmy do stanu sprzed dwóch dekad.

Jednocześnie GUS podał[4], że w 2025 r. wartość sprzedaży leków na receptę wyniosła 33,4 mld zł i było to o 13,1% więcej niż w roku poprzednim. Liczba zrealizowanych recept również wzrosła, osiągając poziom 515,6 mln recept, czyli o 2,3 mln więcej niż w roku poprzednim. Udział refundacji z NFZ w wartości sprzedanych leków na receptę wyniósł 45,9%. Najwięcej recept na jednego mieszkańca zrealizowano w województwie łódzkim (15,8) a najmniej – w podkarpackim (12,5), podczas gdy średnia krajowa wyniosła 13,8 recepty na mieszkańca rocznie. Oznacza to, że każda placówka apteczna jest coraz bardziej obciążona, a pacjenci muszą podróżować, aby znaleźć swój lek w normalnej cenie.

Podróż pacjentów za tańszym i w ogóle dostępnym lekiem jest widoczna w danych GUS. Najmniejszą liczbę recept w stosunku do liczby mieszkańców powiatu zanotowano w powiecie przemyskim (bez miasta Przemyśl), łomżyńskim (bez miasta Łomża) i suwalskim (bez miasta Suwałki). Natomiast na przeciwnym krańcu odnotowanych wartości tego wskaźnika znalazły się miasta na prawach powiatu pełniące funkcje centrów usług, gdzie znajdowały się placówki medyczne, apteki odwiedzane także przez mieszkańców okolicznych miejscowości. Oznacza to, że pacjenci często po lek muszą jeździć do miasta powiatowego.

Dla mieszkańca małej miejscowości czy wsi zastąpienie apteki punktem aptecznym nie jest jedynie zmianą szyldu czy właściciela. To utrata dostępu do wybranych leków oraz usług farmaceutycznych. Dane wskazujące na drastyczne i systematyczne pogarszanie się dostępu do leków w Polsce powinny być impulsem do podjęcia konkretnych działań na rzecz odwrócenia tego niepokojącego trendu.


[1] https://rejestry.ezdrowie.gov.pl/ra/search/public – 10 983 apteki aktywne w dniu 20.08.2026 

[2] https://publikacje.new.stat.gov.pl/portal-publikacje/sprzedaz-lekow-na-recepte-w-2025-r

[3] https://gazetawroclawska.pl/na-dolnym-slasku-jest-coraz-mniej-aptek-sytuacja-z-roku-na-rok-jest-coraz-bardziej-dramatyczna/ar/c1p2-27868027

[4] https://publikacje.new.stat.gov.pl/portal-publikacje/sprzedaz-lekow-na-recepte-w-2025-r

źródło: Związek Aptek Franczyzowych

Ogólnopolskie Dni Endoskopowe, jedno z największych wydarzeń gastroenterologicznych w Polsce, przeznaczone dla lekarzy, pielęgniarek oraz asystentów wykonujących badania endoskopowe, odbędą się w dniach 20-21 listopada 2026 r. w Międzynarodowym Centrum Kongresowym w Katowicach.

Wydarzenie tradycyjnie będzie połączeniem dwóch równoległych wydarzeń: 51. Ogólnopolskich Dni Endoskopowych przeznaczonych dla lekarzy oraz 32. Ogólnopolskiej Sesji Pielęgniarek i Asystentów Endoskopowych.

W ramach programu naukowego na uczestników czekają liczne sesje wykładowe, praktyczne warsztaty oraz konkursy wiedzy. W gronie wykładowców, jak co roku, znajdą się najważniejsze postacie polskiej sceny gastroenterologicznej. W ramach sesji wykładowych oraz warsztatów omówione zostaną najważniejsze zagadnienia w obszarze badań endoskopowych, najnowsze trendy w badaniach endoskopowych, nowinki techniczne, aktualne wytyczne wraz z praktycznymi wskazówkami wdrożenia w praktykę oraz ciekawe przypadki kliniczne.

Patronat naukowy nad Wydarzeniem sprawują Sekcja Endoskopii Przewodu Pokarmowego Polskiego Towarzystwa Gastroenterologii, Klinika Gastroenterologii i Hepatologii Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach, Oddział Śląski Polskiego Towarzystwa Gastroenterologii oraz Ogólnopolska Sekcja Pielęgniarek i Asystentów Endoskopowych.

Więcej informacji na stronie Wydarzenia: https://endoskopia.katowice.pl/

Uniwersyteckie Centrum Kliniczne Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego (UCK WUM) pozyskało dla Kliniki Chorób Wewnętrznych i Kardiologii z Centrum Diagnostyki i Leczenia Żylnej Choroby Zakrzepowo-Zatorowej Szpitala Klinicznego Dzieciątka Jezus 12,5 mln złotych ze środków Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększenia Odporności (KPO).

Z części tych funduszy zakupiono nowoczesny tomograf spektralny, który będzie służył pacjentom SOR, w tym pacjentom z ostrą zatorowością płucną i ostrymi zespołami wieńcowymi, jak np. zawały serca. Dzięki nowemu urządzeniu możliwe będzie prowadzenie szybkiej, nowoczesnej i bardzo precyzyjnej diagnostyki obrazowej pacjentów z udarami i obrażeniami wielonarządowymi.

Tomograf spektralny został zainstalowany na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym Szpitala Klinicznego Dzieciątka Jezus (SDKJ), co fundamentalnie zmienia standardy obsługi pacjentów w stanach nagłego zagrożenia życia.

Jesteśmy w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, w sercu tego oddziału, czyli w bardzo ważnej Pracowni Diagnostycznej, która zyskuje nowoczesny sprzęt. Dzięki temu mamy świadomość, jak szybko i jak krótką ścieżką możemy diagnozować pacjentów. Czas jest ważny we wszystkich obszarach medycyny, ale w medycynie ratunkowej odgrywa absolutnie podstawową rolę. Te minuty przekładają się na sukces terapeutyczny wielu pacjentów. Ogromnie się cieszę, ponieważ każdy postęp w zakresie wyposażenia buduje nie tylko potencjał Szpitala Klinicznego Dzieciątka Jezus, lecz także Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Jest to potencjał służący nie tylko pacjentom, ale również dydaktyce i badaniom naukowym. – podkreśla Prof. Rafał Krenke, Rektor Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Nowy aparat zainstalowano w miejscu, gdzie o zdrowiu i życiu często decydują minuty. Umiejscowienie sprzętu w samym sercu oddziału ratunkowego eliminuje konieczność uciążliwego i czasochłonnego transportu pacjentów w stanie ciężkim do Zakładu Radiologii Klinicznej umieszczonego w innym pawilonie.

Kluczowe korzyści z zakupu nowego sprzętu

Diagnoza w kilka minut: Nowoczesny tomograf umożliwia błyskawiczne wykonywanie badań obrazowych, co skraca czas oczekiwania na kluczowe decyzje terapeutyczne – m.in. przy udarach, zawałach czy ciężkich urazach wielonarządowych.

– Zakup nowego tomografu komputerowego z funduszy KPO to dla naszego szpitala krok milowy. Dzięki tej inwestycji skracamy ścieżkę diagnostyczną pacjenta na SOR do absolutnego minimum. Co równie ważne, nowy sprzęt pozwala odciążyć nasz Zakład Radiologii, podnosząc wydajność diagnostyczną całej placówki. – mówi Prof. Paweł Łęgosz, Zastępca Dyrektora ds. Lecznictwa w SKDJ UCK WUM, Kierownik Katedry i Kliniki Ortopedii i Traumatologii Narządu Ruchu.

Mniejsza dawka promieniowania i wyższa precyzja: Zastosowana w nowym aparacie zaawansowana technologia spektralna zapewnia najwyższą jakość obrazowania przy jednoczesnym znacznym obniżeniu dawki promieniowania, co zwiększa bezpieczeństwo pacjentów.

Dzięki zakupionemu tomografowi spektralnemu możliwe będzie prowadzenie szybkiej, nowoczesnej i bardzo precyzyjnej diagnostyki obrazowej u chorych z ostrymi schorzeniami sercowo naczyniowymi, w tym z podejrzeniem ostrej zatorowości płucnej oraz podejrzeniem ostrych zespołów wieńcowych.  Z 12,5 mln złotych z KPO większość została przeznaczona na unowocześnienie bazy sprzętowej Kliniki Chorób Wewnętrznych i Kardiologii z Centrum Diagnostyki i Leczenia Żylnej Choroby Zakrzepowo-Zatorowej: zakupiono wysokiej klasy echokardiografy, system do spiroergometrii, a także rozbudowano angiograf, telemetrię, system holterowski oraz monitoring chorych hospitalizowanych w Oddziale Intensywnej Opieki Kardiologicznej.

W 2025 roku Klinika uzyskała status Centrum Doskonałości Kardiologicznej Chorób Naczyń Płucnych. Od ponad 10 lat prowadzone w niej jest interwencyjne leczenie ostrej zatorowości płucnej w ramach PERT, tj. Zespołu Szybkiego Reagowania w Ostrej Zatorowości Płucnej (Pulmonary Embolism Response Team) stosując przezskórną trombektomię mechaniczną lub niskodawkową lokalną trombolizę. Wykonywane są plastyki tętnic płucnych u chorych z zakrzepowo zatorowym nadciśnieniem płucnym z wykorzystaniem wewnątrznaczyniowego obrazowania (ultrasonografii wewnątrznaczyniowej i optycznej konferencji tomografii).

Obecna inwestycja, zrealizowana ze środków KPO, pozwoli na dalszy rozwój zarówno Szpitala Klinicznego Dzieciątka Jezus UCK WUM jaki samej  Kliniki Chorób Wewnętrznych i Kardiologii z Centrum Diagnostyki i Leczenia Żylnej.

Nowy tomograf stanowi również realne wsparcie dla szpitalnego Zakładu Radiologii, gdzie od prawie roku funkcjonuje już podobne nowoczesne urządzenie. W godzinach mniejszego natężenia na oddziale ratunkowym aparat na SOR będzie wspomagał diagnostykę planową i hospitalizowanych pacjentów z innych oddziałów, co pozwala skrócić kolejki i usprawnić pracę całego szpitala.

Inwestycja została zrealizowana w ramach programu wsparcia systemu ochrony zdrowia z Krajowego  Planu Odbudowy i Zwiększenia Odporności (KPO) „Rozwój i modernizacja infrastruktury centrów opieki wysokospecjalistycznej i innych podmiotów leczniczych w obszarze kardiologii ośrodków zakwalifikowanych do ośrodków II  poziomu zabezpieczenia opieki kardiologicznej Krajowej Sieci Kardiologicznej (KSK)” , którego celem jest zwiększenie efektywności, dostępności oraz jakości świadczeń medycznych w Polsce.

źródło: WUM

Rusztowanie dla serca – lekarze z I Katedry i Kliniki Kardiologii WUM wszczepili implant, na którym organizm buduje własną tkankę. Kiedy implant spełni swoją rolę jest wchłaniany i znika!

Wszczepienie bioresorbowalnego okludera PFO przeprowadzone w Klinice Kardiologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego to ważny krok w rozwoju kardiologii interwencyjnej, otwierający nowe możliwości leczenia pacjentów z przetrwałym otworem owalnym – PFO (patent foramen ovale).

Zastosowana technologia pozwala na zamknięcie PFO bez pozostawiania w sercu trwałego metalowego implantu.

Zabieg wykonał zespół w składzie: Prof. Zenon Huczek, doc. Piotr Scisło, dr Bartosz Rymuza z Pracowni Kardiologii Inwazyjnej kierowanej przez Prof. Janusza Kochmana.

„Zabieg, który wykonaliśmy wraz z moimi współpracownikami to jeden z pierwszych tego typu w Europie i, ważny krok w rozwoju leczenia przetrwałego otworu owalnego (PFO). Okluder bioresorbowalny (wchłanialny)  MemoSorb® pozwala na skuteczne zamknięcie PFO i tym samym ochronę pacjenta przed kolejnym udarem, a jednocześnie nie pozostawia w sercu trwałego metalowego implantu, tak jak w przypadku innych klasycznych urządzeń. To szczególnie ważne u osób z alergią na nikiel (składnik stopów metali używanych w klasycznych implantach), ale także u wszystkich pacjentów, którzy w przyszłości mogą wymagać kolejnych zabiegów przezcewnikowych. Wchłanialny implant nie zamyka im drogi do dalszego leczenia, np w obrębie zastawki mitralnej czy uszka lewego przedsionka.” – powiedział Prof. Zenon Huczek.

„To, co czyni ten zabieg szczególnie interesującym, to zupełnie nowa filozofia leczenia. W przeciwieństwie do klasycznych implantów, które pozostają w sercu pacjenta na całe życie, tutaj wszczepiamy tymczasowe rusztowanie. Stanowi ono szkielet, na którym organizm pacjenta stopniowo buduje nową strukturę z własnych komórek i tkanek. Kiedy proces ten się zakończy, materiał implantu stopniowo się wchłania – proteza znika, a pozostaje własna tkanka pacjenta zamykająca ubytek.” – zaznaczył Prof. Marcin Grabowski, kierownik I Katedry i Kliniki Kardiologii WUM.

I dodał: „Można to obrazowo porównać do swoistego „biologicznego druku 3D” wewnątrz serca. Lekarz wszczepia rusztowanie i wskazuje organizmowi miejsce oraz kształt, w którym ma odbudować strukturę. Organizm „drukuje” ją własnymi tkankami, a gdy rusztowanie przestaje być potrzebne – ono zanika.”

Innowacyjny zabieg to kolejne przełomowe osiągnięcie zespołu I Katedry i Kliniki Kardiologii WUM, kierowanej przez prof. Marcina Grabowskiego. To także kolejny dowód na to, że Warszawski Uniwersytet Medyczny wyznacza kierunki rozwoju nowoczesnej medycyny, a rozwiązania wdrażane przez specjalistów WUM dają możliwości leczenia pacjentów najnowszymi metodami.

„Zastosowanie bioresorbowalnego okludera PFO wpisuje się w jeden z najważniejszych kierunków rozwoju współczesnej kardiologii interwencyjnej w którym skuteczność terapii łączy się z dbałością o długoterminowe bezpieczeństwo pacjenta i zachowanie możliwości dalszego leczenia. Zamknięcie PFO bez pozostawienia trwałego metalowego implantu może mieć istotne znaczenie kliniczne, szczególnie u młodszych chorych oraz osób, które w przyszłości mogą wymagać kolejnych interwencji wymagających nakłucia przegrody międzyprzedsionkowej. Wprowadzenie tej technologii w naszym ośrodku jest naturalną konsekwencją wieloletniego doświadczenia zespołu w obszarze nowoczesnego, przezcewnikowego leczenia chorób strukturalnych serca. Jako ośrodek akademicki chcemy wdrażać innowacyjne technologie tam, gdzie mogą one przynieść pacjentom rzeczywistą korzyść kliniczną, jednocześnie poddając je rzetelnej ocenie naukowej i długoterminowej obserwacji.”– podkreślił Prof. Janusz Kochman, kierownik Pracowni Kardiologii Inwazyjnej I Katedry i Kliniki Kardiologii WUM.

źródło: WUM

Program lekowy raka płuca B.6. należy dziś do najbardziej rozbudowanych w polskim systemie refundacyjnym. Obejmuje dziesiątki schematów terapeutycznych, a tylko w ostatnich miesiącach pojawiły się w nim kolejne możliwości leczenia. Teraz Ministerstwo Zdrowia wspólnie z ekspertami pracuje nad jego kompleksową przebudową. Kierunek zmian jest szerszy: leczenie ma rozpoczynać się wcześniej, zwiększać szanse na terapię radykalną, a sam program ma być prostszy i bardziej elastyczny. Eksperci zwracają jednak uwagę, że wykorzystanie dostępnych możliwości będzie zależało także od szybkiej diagnostyki i wcześniejszego wykrywania raka płuca.

Możliwości leczenia raka płuca w Polsce w ostatnich latach znacząco się poszerzyły. Kolejne terapie celowane i immunoterapia są dostępne na różnych etapach choroby – od leczenia okołooperacyjnego po zaawansowaną chorobę nowotworową. Wraz z rozwojem możliwości terapeutycznych coraz większego znaczenia nabiera jednak sposób organizacji leczenia.

Ministerstwo Zdrowia zapowiada zmianę podejścia, która ma koncentrować się nie tylko na udostępnianiu kolejnych leków, ale przede wszystkim na rozpoczynaniu skutecznego leczenia możliwie wcześnie i zwiększaniu odsetka pacjentów, u których możliwe jest postępowanie z intencją radykalną.

Źródło: MZ

W ostatnich miesiącach wprowadziliśmy do refundacji, do programów lekowych nowe leki, nowe terapie, które mogą być stosowane w leczeniu zarówno niedrobnokomórkowego raka płuca, ale też drobnokomórkowego raka płuca. Jak Państwo wiecie, ten drugi typ nowotworu szczególnie jest niebezpieczny i też nie było bardzo dużo opcji terapeutycznych do tej pory w tym drobnokomórkowym raku płuca. Drugi element jest taki, że podejście nasze zakłada przesunięcie całego procesu leczenia na jak najwcześniejszy jego etap, czyli na przykład stosowanie schematów od pierwszej linii leczenia albo stosowanie leczenia okołooperacyjnego, czyli podawanie terapii przed operacją i po operacji – powiedziała Katarzyna Kacperczyk, wiceminister zdrowia.

Jak wskazała, nowe podejście jest wypracowywane wspólnie z ekspertami i ma znaleźć odzwierciedlenie również w konstrukcji programu lekowego B.6.

W związku z nowymi badaniami i też tym, co się dzieje na forum europejskim, w innych krajach, tak żeby dostosować do tego nowego podejścia, przebudowujemy wspólnie z ekspertami w tym obszarze, program B.6, który jest dedykowany leczeniu raka płuca. Wzmacniamy też działania profilaktyczne – powiedziała Katarzyna Kacperczyk.

40 schematów leczenia. Program wymaga nowej konstrukcji

Program B.6 należy dziś do największych programów lekowych w polskim systemie refundacyjnym. Jego rozwój w ostatnich latach oznacza nie tylko dostęp do kolejnych terapii, ale również coraz większą złożoność zasad kwalifikacji i prowadzenia leczenia.

Ten program lekowy jest jednym z największych, jeśli chodzi o liczebność pacjentów, jak również jednym z najbardziej kosztochłonnych programów lekowych w całym systemie refundacyjnym. Mamy wydatki na poziomie prawie już półtora miliarda złotych, gdzie jest leczonych 14 tysięcy pacjentów. Pod tym względem jedynie rak piersi go wyprzedza – powiedział Mateusz Oczkowski, dyrektor Departamentu Polityki Lekowej i Farmacji Ministerstwa Zdrowia.

Najbardziej rozbudowana jest część programu dotycząca niedrobnokomórkowego raka płuca. Dostępne możliwości obejmują dziś leczenie na różnych etapach choroby – od terapii przed- i okołooperacyjnych po leczenie choroby zaawansowanej, dobierane m.in. na podstawie charakterystyki molekularnej nowotworu.

Obecnie w ramach samego podtypu niedrobnokomórkowego raka płuca mamy 40 różnych schematów leczenia, właśnie na różnym etapie leczenia i stopniu zaawansowania klinicznego. Mamy nie dość, że leczenie przedoperacyjne, okołooperacyjne, mamy również leczenie wyłącznie pooperacyjne, mamy również leczenie zaawansowanego nowotworu z różnymi mutacjami, z różnymi biomarkerami, jak również z kilkoma liniami leczenia. Ja myślę, że nie ma, proszę Państwa, takiego drugiego programu lekowego – powiedział Mateusz Oczkowski.

Przebudowa B.6 ma więc dotyczyć nie tylko zakresu dostępnych terapii, ale również samej konstrukcji programu. Planowane jest odejście od jednego rozbudowanego układu na rzecz bardziej modułowej struktury, uporządkowanie kryteriów leczenia i sprawozdawczości oraz ujednolicenie części wskazań. Celem jest stworzenie zasad łatwiejszych do stosowania w codziennej praktyce klinicznej.

Te zmiany struktury programu lekowego są nie mniej ważne niż nowe leki, czy nie mniej ważne niż modyfikacje stosowania immunoterapii. Program lekowy powinien być przyjazny dla obu stron, m.in. poprzez łatwość interpretacji zapisów programu, jak również racjonalność, rozsądek w wykonywaniu badań kontrolnych – powiedział prof. Maciej Krzakowski, prezes Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej i konsultant krajowy w dziedzinie onkologii klinicznej.

Jednym z praktycznych elementów tej przebudowy ma być ujednolicenie kryteriów dotyczących terapii o podobnych mechanizmach działania. Ma to ograniczyć sytuacje, w których zbliżone technologie mają odmienne zapisy programu, a tym samym różne możliwości ich zastosowania u pacjentów.

Ujednoliciliśmy wskazania, bo ja nie widzę tutaj jakichkolwiek przeciwwskazań, aby tożsame technologie, z bardzo podobnymi lekami o takich samych mechanizmach działania, miały różne określone wskazania – wskazał prof. Dariusz M. Kowalski, sekretarz Polskiej Grupy Raka Płuca.

Uporządkowanie programu ma mieć także wymiar systemowy. Przy kilkudziesięciu dostępnych schematach zasady kwalifikacji powinny umożliwiać podobne prowadzenie chorego niezależnie od tego, do którego ośrodka trafi.

Musimy mieć świadomość, że aby pacjenci we wszystkich ośrodkach w Polsce byli leczeni w identyczny albo w porównywalny sposób, musimy doprowadzić do przejrzystości tego programu – podkreślił prof. Rodryg Ramlau, prezes Polskiej Grupy Raka Płuca.

Immunoterapia: możliwość ponownego zastosowania leczenia

Jedną z istotnych zmian w programie B.6 ma być możliwość ponownego zastosowania immunoterapii u wybranych pacjentów. Dotychczas chorzy, którzy otrzymali immunoterapię w ramach leczenia radykalnego, a następnie doszło u nich do progresji choroby, nie mogli ponownie skorzystać z tej formy leczenia i otrzymywali chemioterapię. Planowane zmiany mają otworzyć możliwość ponownego zastosowania immunoterapii w określonych sytuacjach klinicznych.

W tym momencie Ministerstwo zrobiło naprawdę ogromny przełom w leczeniu tych pacjentów, bo zarówno po leczeniu radykalnym, jak i immunoterapii, którą otrzymywali pacjenci przez dwa lata, jeżeli nastąpi wznowa po tych sześciu miesiącach, ci pacjenci mają szansę ponownie otrzymać leczenie innowacyjne, immunoterapię zamiast chemioterapii. Uważam, że to jest naprawdę ogromna szansa dla wielu pacjentów – powiedziała Aleksandra Wilk, dyrektor Sekcji Raka Płuca Fundacji TO SIĘ LECZY.

Zmianie mają również ulec zasady dotyczące czasu prowadzenia immunoterapii w zaawansowanej chorobie. Leczenie ma być ograniczone do 24 miesięcy, z możliwością powrotu do programu w przypadku późniejszej progresji. Jednocześnie wprowadzenie tzw. wakacji terapeutycznych ma ograniczyć konieczność regularnych wizyt części pacjentów w ośrodkach i zwiększyć możliwości kwalifikowania kolejnych chorych.

Dzięki rozwiązaniom, takim jak wakacje terapeutyczne, będziemy mogli zrekrutować aż 20 proc. dodatkowych pacjentów w aktywnym leczeniu – powiedział Mateusz Oczkowski.

Coraz ważniejsze leczenie z intencją radykalną

Zmiana podejścia do raka płuca nie ogranicza się jednak do leczenia choroby zaawansowanej. Coraz większą rolę w programie odgrywają terapie stosowane przed i po operacji, których celem jest zwiększenie skuteczności leczenia radykalnego.

To właśnie przesuwanie nowoczesnych terapii na wcześniejsze etapy choroby jest jednym z kierunków, który – według ekspertów – może przełożyć się na poprawę odsetka pięcioletnich przeżyć.

Program lekowy umożliwił leczenie nie tylko chorych z intencją paliatywną, ale z intencją radykalną, czyli mamy szeroki wachlarz możliwości leczenia tak zwanego okołooperacyjnego, który w naszym odczuciu jest jedynym kierunkiem, który zwiększy odsetek chorych, u których doprowadzimy do radykalnego leczenia dzięki współpracy z chirurgią. To poprawi w sposób jednoznaczny te źle wyglądające odsetki pięcioletnich przeżyć naszych pacjentów w perspektywie tego, jak to wygląda w innych krajach unijnych – powiedział prof. Rodryg Ramlau.

Jak zaznaczył prezes PGRP, mimo poszerzenia możliwości leczenia systemowego w Polsce nadal nie więcej niż 20 proc. chorych jest operowanych z intencją radykalną. Dlatego zwiększenie liczby pacjentów kwalifikowanych do takiego postępowania pozostaje jednym z najważniejszych celów.

Pamiętajmy o tym, że doprowadziliśmy w postępowaniu paliatywnym dzięki nowoczesnym terapiom do leczenia bardzo zbliżonego do leczenia chorób o charakterze przewlekłym u części tych chorych. Natomiast to, do czego dążymy, to poprawa odsetka chorych, których będziemy w stanie wyleczyć z tej jednostki chorobowej – zaznaczył prof. Ramlau.

Najlepszy program nie wystarczy bez szybkiej diagnostyki

Rozbudowywanie możliwości terapeutycznych uwidacznia jednocześnie kolejny problem. Aby pacjent mógł skorzystać z odpowiednio dobranego leczenia, nowotwór musi zostać wystarczająco wcześnie rozpoznany, a diagnostyka – w tym molekularna – przeprowadzona sprawnie i kompleksowo.

Zdaniem prof. Ramlaua to właśnie diagnostyka, a nie dostępność leków, staje się obecnie jednym z podstawowych wyzwań w opiece nad chorymi na raka płuca.

Cały czas w Polsce mamy przede wszystkim podstawowy dylemat już nie dostępności do leków (…). Natomiast mamy problem z diagnostyką naszych chorych. Od pierwszych objawów choroby do rozpoznania raka płuca cały czas mijają często cztery i więcej miesięcy, co jest dramatem dla tych chorych, bo z momentu choroby, którą możemy leczyć w sposób radykalny, chory przechodzi niestety do fazy leczenia paliatywnego. To jest kolejne wyzwanie, które jest przed nami – podkreślił prof. Ramlau. 

Znaczenie diagnostyki rośnie wraz z liczbą terapii kierowanych do precyzyjnie określonych grup pacjentów. Jednym z rozwiązań zwiększających możliwości wykonania diagnostyki molekularnej jest płynna biopsja, szczególnie istotna wtedy, gdy pobranie odpowiedniego materiału tkankowego nie jest możliwe lub uzyskany materiał okazuje się niewystarczający.

W końcu mamy biopsję płynną z możliwością zastosowania zarówno w leczeniu szpitalnym, jak i ambulatoryjnym. Na tym nam bardzo zależało, ponieważ mamy bardzo dużo pacjentów, którzy niestety przez brak materiału albo materiał niediagnostyczny tracą możliwość wdrożenia i zastosowania terapii w szybkim czasie – powiedziała Aleksandra Wilk.

Wcześniejsze wykrycie ma otwierać drogę do wyleczenia

Rozbudowie możliwości leczenia ma towarzyszyć wzmocnienie wczesnego wykrywania raka płuca. Ma to szczególne znaczenie w kontekście coraz większej roli terapii stosowanych na wcześniejszych etapach choroby, w tym leczenia okołooperacyjnego.

Od 1 października wprowadzamy jako program profilaktyczny możliwość skorzystania z niskodawkowej tomografii komputerowej, co mamy nadzieję, że pozwoli nam na szybszą diagnozę, szybsze wykrywanie nowotworów we wczesnym stadium i połączenie z tym nowym podejściem w zakresie leczenia – powiedziała wiceminister Katarzyna Kacperczyk.

Wczesne wykrycie choroby i dostęp do leczenia okołooperacyjnego są ze sobą bezpośrednio powiązane. Im wcześniej zostanie rozpoznany rak płuca, tym większa jest grupa pacjentów, u których można rozważyć postępowanie radykalne i wykorzystać możliwości oferowane przez nowe terapie.

Od dostępu do leków do całej ścieżki pacjenta

Planowana przebudowa B.6 pokazuje zmianę wyzwań stojących przed systemem leczenia raka płuca. Kolejne refundacje pozostają istotne, ale wraz z rosnącą liczbą dostępnych terapii coraz większego znaczenia nabiera ich właściwe wykorzystanie: przejrzyste kryteria programu, sprawna kwalifikacja, możliwość sekwencyjnego stosowania leczenia, odpowiednia diagnostyka molekularna oraz wcześniejsze rozpoznawanie choroby.

Te zmiany (…) miały jeden wspólny mianownik: żeby ułatwić życie, ułatwić pracę nam i ułatwić leczenie chorym. I to nam przyświecało – powiedział prof. Maciej Krzakowski. 

Kierunek zmian zakłada więc połączenie kilku elementów: profilaktyki i wczesnego wykrywania, sprawnej diagnostyki, leczenia radykalnego i okołooperacyjnego oraz dostępu do terapii w chorobie zaawansowanej. Ostatecznym miernikiem ich znaczenia będzie to, czy większa liczba chorych będzie mogła rozpoczynać właściwie dobrane leczenie na wcześniejszym etapie choroby i czy przełoży się to na poprawę wyników leczenia raka płuca w Polsce.

źródło: redakcja Medicalpress
Foto: MZ

Czy lek, który trafia do pacjenta, jest na pewno autentyczny? Choć problem sfałszowanych produktów leczniczych wciąż pozostaje realnym zagrożeniem, europejski system weryfikacji leków oraz działania służb nadzoru skutecznie chronią legalny łańcuch dostaw. Każdego dnia miliony opakowań są sprawdzane przed wydaniem pacjentowi, a najprostszym sposobem ochrony pozostaje kupowanie leków wyłącznie w legalnych aptekach.

Co się ostatnio wydarzyło?

Jak chroni nas unijna Dyrektywa Fałszywkowa w praktyce – tłumaczy Iwona McManus, Prezes Krajowej Organizacji Weryfikacji Autentyczności Leków (KOWAL).

„Od 9 lutego 2019 roku każde opakowanie leku na receptę objętego obowiązkiem serializacji posiada unikalny kod 2D Data Matrix nadrukowany przez producenta oraz dodatkowo fizyczne zabezpieczenie przed otwarciem opakowania, które wskazuje, czy ktoś je wcześniej otwierał. Dane z kodu są przekazywane do europejskiej bazy EU-Hub, a następnie przekazywane do krajowych systemów NMVS – w Polsce do systemu PLMVS (Polish Medicines Verification System), którym administrujemy jako Fundacja KOWAL.

Podczas wydawania leku farmaceuta skanuje kod 2D znajdujący się na opakowaniu. System PLMVS porównuje odczytane dane z informacjami zapisanymi w bazie i potwierdza autentyczność produktu. Jeżeli dane są zgodne, farmaceuta może bezpiecznie wydać lek pacjentowi. Gdy system wykryje niezgodność lub brak danych, generowany jest alert wymagający wyjaśnienia przed dalszym postępowaniem z produktem.

To właśnie ten moment stanowi ostatni punkt kontroli przed przekazaniem leku pacjentowi. Dla pacjenta proces ten pozostaje praktycznie niewidoczny i nie wpływa na sposób realizacji recepty. Za kulisami działa jednak rozbudowana infrastruktura technologiczna obejmująca producentów, hurtownie farmaceutyczne, apteki, szpitale oraz krajowe organizacje weryfikacji leków”.

3 rzeczy, o których pacjenci powinni pamiętać:

  1. Kupuj leki wyłącznie w legalnej aptece – stacjonarnej albo internetowej (te w UE mają wspólne, rozpoznawalne logo).
  2. Zwróć uwagę na opakowanie. Zaklejone, nienaruszone? Dobrze. W razie wątpliwości poproś farmaceutę o pomoc.
  3. Omijaj „okazje” i „promocje” z social mediów. Tani lek z nieznanego źródła może nie działać, mieć złą dawkę albo zawierać coś, czego nie chcesz mieć w organizmie.

Za każdym zeskanowanym opakowaniem stoi farmaceuta

System weryfikacji autentyczności leków nie działa samodzielnie. Jego skuteczność zależy od ludzi, którzy każdego dnia korzystają z niego w swojej pracy. To farmaceuci, często w warunkach dużego natężenia pracy, skanują kolejne opakowania, weryfikują dane i reagują na wszelkie nieprawidłowości.

Nawet najbardziej zaawansowany system informatyczny nie zapewni bezpieczeństwa pacjentom bez uważności i profesjonalizmu osób, które z niego korzystają. To farmaceuta wykonuje ostatnią kontrolę przed wydaniem leku i to on jest ostatnim ogniwem chroniącym pacjenta przed potencjalnie niebezpiecznym produktem.

Dzięki temu każdego dnia miliony opakowań leków mogą zostać zweryfikowane przed wydaniem pacjentom, a ryzyko przedostania się sfałszowanych produktów do legalnego obrotu jest skutecznie ograniczane. W rezultacie pacjent otrzymuje to, czego oczekuje najbardziej – bezpieczny i autentyczny lek.

źródło: inf. prasowa

Rozwój nowoczesnych terapii przeciwnowotworowych sprawia, że coraz więcej pacjentów może być skutecznie leczonych i żyć dłużej po rozpoznaniu choroby nowotworowej. Jednocześnie rośnie znaczenie powikłań dotyczących układu sercowo-naczyniowego, które mogą wystąpić zarówno w trakcie terapii, jak i wiele lat po jej zakończeniu. Odpowiedzią na te wyzwania jest kardioonkologia – interdyscyplinarna dziedzina medycyny łącząca wiedzę i doświadczenie onkologów, kardiologów, hematologów, radioterapeutów oraz innych specjalistów zaangażowanych w opiekę nad pacjentem.

Jej podstawowym celem jest takie zaplanowanie i prowadzenie leczenia, aby pacjent mógł otrzymać możliwie najskuteczniejszą terapię przeciwnowotworową, a jednocześnie był chroniony przed rozwojem lub nasileniem chorób układu sercowo-naczyniowego.

Kardioonkologia – młoda dziedzina odpowiadająca na rosnące potrzeby pacjentów

Choć związki pomiędzy leczeniem przeciwnowotworowym a funkcjonowaniem układu krążenia obserwowano od wielu lat, kardioonkologia jako odrębna dziedzina zaczęła rozwijać się stosunkowo niedawno. Termin „cardiooncology” po raz pierwszy pojawił się w bazie PubMed w 1996 roku. Został użyty przez prof. Danielę Cardinale z Europejskiego Instytutu Onkologii.

Kolejnym etapem rozwoju tej dziedziny było powstanie w 2009 roku Międzynarodowego Towarzystwa Kardioonkologicznego – International Cardio-Oncology Society, IC-OS. Organizacja ta połączyła specjalistów zajmujących się diagnostyką, profilaktyką i leczeniem chorób sercowo-naczyniowych u pacjentów onkologicznych.

Przełomowe znaczenie miało również opublikowanie w 2022 roku przez Europejskie Towarzystwo Kardiologiczne pierwszych kompleksowych wytycznych dotyczących kardioonkologii. W gronie ich autorów znalazł się dr hab. n. med. Sebastian Szmit, konsultant kardioonkolog w Narodowym Instytucie Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie – Państwowym Instytucie Badawczym.

Wytyczne uporządkowały zasady oceny ryzyka sercowo-naczyniowego, monitorowania pacjentów, zapobiegania powikłaniom oraz ich leczenia. Potwierdziły także, że opieka kardiologiczna nie powinna rozpoczynać się dopiero wtedy, gdy pojawią się objawy choroby serca. Powinna być częścią całego procesu leczenia – od momentu kwalifikacji pacjenta do terapii przeciwnowotworowej, przez jej kolejne etapy, aż po wieloletnią obserwację po zakończeniu leczenia.

Dlaczego współpraca onkologii i kardiologii jest tak ważna?

Nowotwory oraz choroby układu sercowo-naczyniowego należą do najczęstszych przyczyn zgonów na świecie. Coraz częściej nie występują jednak oddzielnie. Wielu pacjentów już w momencie rozpoznania choroby nowotworowej ma nadciśnienie tętnicze, chorobę wieńcową, zaburzenia rytmu serca, wady zastawkowe, przebyty zawał lub niewydolność serca.

Choroby te mogą wpływać na możliwość zastosowania określonego leczenia przeciwnowotworowego, jego intensywność i bezpieczeństwo. Z drugiej strony niektóre terapie onkologiczne mogą negatywnie oddziaływać na serce, naczynia krwionośne i cały układ krążenia.

Powikłania kardiologiczne mogą prowadzić do konieczności czasowego przerwania leczenia przeciwnowotworowego, zmniejszenia dawek leków, zmiany schematu terapii, a w niektórych przypadkach nawet jej przedwczesnego zakończenia. Wczesna konsultacja kardiologiczna i właściwe leczenie chorób serca pozwalają jednak w wielu sytuacjach ograniczyć to ryzyko.

Dzięki współpracy specjalistów możliwe jest przygotowanie pacjenta do terapii, odpowiednie monitorowanie jego stanu oraz szybkie reagowanie na pierwsze nieprawidłowości. Celem nie jest więc wyłącznie leczenie już rozwiniętych powikłań, lecz przede wszystkim zapobieganie im i rozpoznawanie ich na możliwie wczesnym etapie.

Jak leczenie przeciwnowotworowe może wpływać na układ krążenia?

Wpływ terapii przeciwnowotworowej na układ sercowo-naczyniowy może przyjmować różne formy. U części pacjentów dochodzi do osłabienia funkcji mięśnia sercowego, rozwoju lub nasilenia niewydolności serca, zaburzeń rytmu, nadciśnienia tętniczego, choroby niedokrwiennej serca albo powikłań zakrzepowo-zatorowych.

Ryzyko zależy między innymi od rodzaju zastosowanego leczenia, łącznych dawek leków, obszaru poddanego radioterapii, wieku pacjenta, jego ogólnego stanu zdrowia oraz wcześniejszych chorób serca. Znaczenie mają również czynniki ryzyka, takie jak palenie tytoniu, otyłość, cukrzyca, zaburzenia lipidowe, brak aktywności fizycznej czy nadciśnienie.

Powikłania mogą pojawić się w trakcie terapii, bezpośrednio po jej zakończeniu albo wiele lat później. Dlatego opieka kardioonkologiczna nie kończy się wraz z ostatnim cyklem leczenia przeciwnowotworowego. Część pacjentów wymaga długoterminowego nadzoru i regularnej oceny stanu układu krążenia.

Jak wygląda opieka kardioonkologiczna?

Opieka kardioonkologiczna rozpoczyna się od oceny indywidualnego ryzyka pacjenta. Specjalista analizuje wcześniejsze choroby, przyjmowane leki, wyniki badań oraz planowaną terapię przeciwnowotworową. U pacjentów obciążonych większym ryzykiem możliwe jest wcześniejsze wdrożenie leczenia kardiologicznego lub modyfikacja już stosowanej terapii.

W trakcie leczenia onkologicznego pacjent może być regularnie monitorowany za pomocą badań laboratoryjnych, elektrokardiografii, badań obrazowych oraz oceny objawów klinicznych. Pozwala to wykrywać zmiany, zanim doprowadzą one do poważnych i trudnych do odwrócenia powikłań.

Jeśli nieprawidłowości już wystąpią, zadaniem zespołu kardioonkologicznego jest takie prowadzenie leczenia, aby możliwie szybko ustabilizować stan pacjenta i ograniczyć przerwę w terapii przeciwnowotworowej. W wielu przypadkach, po zastosowaniu odpowiedniego leczenia kardiologicznego, możliwe jest bezpieczne wznowienie terapii onkologicznej nawet po poważnym incydencie sercowo-naczyniowym.

Dzięki temu pacjent nie musi wybierać pomiędzy leczeniem nowotworu a ochroną serca. Oba obszary powinny być prowadzone równolegle, a decyzje podejmowane wspólnie przez specjalistów.

Coraz więcej pacjentów z chorobą nowotworową i kardiologiczną

Liczba pacjentów, u których jednocześnie występują choroby nowotworowe i schorzenia układu sercowo-naczyniowego, systematycznie rośnie. Jedną z przyczyn jest starzenie się społeczeństwa, ponieważ ryzyko obu grup chorób wzrasta wraz z wiekiem.

Znaczenie ma również poprawa skuteczności leczenia onkologicznego. Pacjenci żyją dłużej, dlatego coraz częściej ujawniają się u nich późne następstwa terapii, w tym powikłania dotyczące układu krążenia. Jednocześnie więcej osób rozpoczyna leczenie przeciwnowotworowe z już rozpoznaną chorobą serca.

Nowotwory i choroby sercowo-naczyniowe mają także wiele wspólnych czynników ryzyka. Należą do nich przede wszystkim palenie tytoniu, otyłość, niewłaściwa dieta, brak aktywności fizycznej, nadmierne spożycie alkoholu oraz zaburzenia metaboliczne.

Zależność pomiędzy obiema grupami chorób może być jeszcze bardziej złożona. U osób z niektórymi chorobami serca, szczególnie z niewydolnością serca, obserwuje się zwiększone ryzyko rozwoju nowotworu. Z kolei powikłania, takie jak zatorowość płucna czy zawał serca, mogą być niekiedy pierwszym objawem nierozpoznanej choroby nowotworowej albo sygnałem jej progresji.

Historia kardioonkologii w Narodowym Instytucie Onkologii

Historia rozwoju kardioonkologii w Narodowym Instytucie Onkologii sięga 2012 roku. Wtedy dr hab. n. med. Beata Jagielska, obecna dyrektor NIO-PIB, podjęła się stworzenia Kliniki Chorób Wewnętrznych i Kardioonkologii. Była to odpowiedź na realne potrzeby pacjentów onkologicznych, którzy coraz częściej wymagali jednoczesnej opieki specjalistów zajmujących się leczeniem nowotworów i chorób układu krążenia.

Utworzenie Kliniki pozwoliło rozwijać model opieki, w którym problemy kardiologiczne pacjenta były analizowane w bezpośrednim związku z rozpoznaniem onkologicznym i planowanym leczeniem przeciwnowotworowym. Było to podejście pionierskie, ponieważ jeszcze kilkanaście lat temu onkolodzy i kardiolodzy często pracowali niezależnie, a współpraca pomiędzy obiema specjalnościami rozpoczynała się najczęściej dopiero po wystąpieniu poważnych powikłań.

Klinika Chorób Wewnętrznych i Kardioonkologii została następnie przekształcona w Klinikę Diagnostyki Onkologicznej, Kardioonkologii oraz Medycyny Paliatywnej. Rozwój jednostki umożliwił nie tylko poszerzanie opieki klinicznej, lecz także prowadzenie działalności naukowej i wypracowywanie zasad diagnostyki oraz leczenia powikłań sercowo-naczyniowych u pacjentów onkologicznych.

Klinika odegrała również istotną rolę w rozwoju kardioonkologii w Polsce, łącząc działalność kliniczną z naukową i edukacyjną. Wypracowywane rozwiązania pokazywały, że obecność choroby serca nie musi automatycznie oznaczać rezygnacji z optymalnego leczenia przeciwnowotworowego, a wystąpienie powikłań kardiologicznych nie zawsze musi prowadzić do trwałego zakończenia terapii.

Obecnie kardioonkologia funkcjonuje w NIO-PIB jako wyodrębniony Pododdział Kardioonkologii w strukturze Kliniki Nowotworów Piersi i Chirurgii Rekonstrukcyjnej. Opieką obejmowani są jednak pacjenci z różnymi rozpoznaniami nowotworowymi, wymagający oceny ryzyka, diagnostyki, monitorowania lub leczenia chorób układu sercowo-naczyniowego.

źródło: NIO-PIB

115 przedstawicieli placówek należących do Krajowej Sieci Onkologicznej wzięło udział w konferencji szkoleniowej zorganizowanej przez Wojewódzki Ośrodek Monitorujący działający w Narodowym Instytucie Onkologii w Warszawie. Spotkanie poświęcono zmianom wynikającym z nowelizacji ustawy o Krajowej Sieci Onkologicznej, wdrożeniu elektronicznej karty diagnostyki i leczenia onkologicznego – e-DiLO oraz praktycznym aspektom organizacji opieki nad pacjentem.

Jakie zmiany w KSO

Do udziału w konferencji zaproszono przedstawicieli wszystkich mazowieckich Specjalistycznych Ośrodków Leczenia Onkologicznego – SOLO I, SOLO II i SOLO III. Celem wydarzenia było przygotowanie placówek do wdrażania nowych rozwiązań organizacyjnych i informatycznych oraz omówienie ich wpływu na codzienną pracę ośrodków, koordynatorów opieki onkologicznej i zespołów zajmujących się obsługą pacjentów.

 Nowelizacja nie zmienia podstawowej idei Krajowej Sieci Onkologicznej, lecz doprecyzowuje i porządkuje rozwiązania, które mają usprawnić jej funkcjonowanie. Chodzi przede wszystkim o lepszą koordynację ścieżki pacjenta, wykorzystanie danych do oceny jakości opieki oraz wdrożenie narzędzi cyfrowych, w tym karty e-DiLO – podkreśla prof. Mariusz Bidziński, Pełnomocnik Dyrektora NIO-PIB ds. wdrożenia Krajowej Sieci Onkologicznej, kierujący mazowieckim Wojewódzkim Ośrodkiem Monitorującym.

Ustawa z 3 lipca 2026 r. porządkuje zasady funkcjonowania KSO, ogranicza część obowiązków administracyjnych placówek, doprecyzowuje rolę koordynatora opieki onkologicznej oraz wzmacnia znaczenie ciągłości opieki nad pacjentem. Okres, na podstawie którego weryfikowane jest spełnianie przez placówki wymagań KSO, został wydłużony z dwóch do czterech lat. Podmiot, który nie osiągnie wymaganych wartości kluczowych wskaźników jakości, będzie zobowiązany do opracowania planu naprawczego. Brak wymaganej poprawy może ostatecznie prowadzić do usunięcia placówki z wykazu ośrodków KSO.

e-DiLO na ostatniej prostej

Jednym z najważniejszych tematów konferencji była elektroniczna karta diagnostyki i leczenia onkologicznego e-DiLO. Do 31 grudnia 2026 r. papierowa wersja karty DiLO może być wystawiana i prowadzona na dotychczasowych zasadach. Od 1 stycznia 2027 r. będzie funkcjonowała jako elektroniczna dokumentacja medyczna obsługiwana w centralnym systemie teleinformatycznym. Dane z niezakończonych kart zostaną przeniesione do nowego systemu przez Narodowy Fundusz Zdrowia.

e-DiLO ma uporządkować informacje dotyczące całego procesu diagnostyki i leczenia – od podejrzenia nowotworu, poprzez badania i ustalenie planu terapii, aż po monitorowanie pacjenta po zakończeniu leczenia. Dostęp do aktualnych danych będzie możliwy także wtedy, gdy kolejne etapy opieki realizowane są w różnych placówkach. Pacjent otrzyma dostęp do swojej karty przez Internetowe Konto Pacjenta i aplikację mojeIKP. Rozwiązanie ma ograniczyć ryzyko zagubienia dokumentacji, zmniejszyć liczbę powtarzanych czynności i usprawnić współpracę między ośrodkami.

Podczas konferencji praktyczne założenia systemu e-DiLO przedstawił Andrzej Sarnowski, Dyrektor Pionu Rozwoju Systemu Informacji Medycznej i Wdrożeń w Centrum e-Zdrowia. W spotkaniu uczestniczyli także przedstawiciele dostawców systemów informatycznych wykorzystywanych przez placówki medyczne. Omówiono sposób dostosowania lokalnego oprogramowania do nowych wymagań i integracji z rozwiązaniami centralnymi.

Wdrażaniu e-DiLO będą towarzyszyły inne centralne rozwiązania cyfrowe, w tym e-rejestracja. Mają one ułatwić przepływ informacji i organizację opieki także w sytuacji, gdy pacjent korzysta z diagnostyki i leczenia w kilku różnych ośrodkach lub poza województwem, w którym mieszka.

WOM będzie szkolił cyklicznie

Konferencja była początkiem cyklu regularnych działań edukacyjnych Mazowiecki Wojewódzki Ośrodek Monitorujący planuje organizowanie szkoleń dla placówek KSO raz w miesiącu. We współpracy z dostawcami systemów informatycznych przygotowane zostaną również materiały edukacyjne online, w tym instruktażowe filmy pokazujące praktyczną obsługę nowych narzędzi – mówi prof. Bidziński

Narodowy Instytut Onkologii w Warszawie pełni funkcję Wojewódzkiego Ośrodka Monitorującego dla województwa mazowieckiego. Do jego zadań należy m.in. współpraca z ośrodkami KSO, analiza jakości opieki onkologicznej, organizowanie szkoleń oraz wspieranie placówek i koordynatorów we wdrażaniu jednolitych standardów postępowania.

źródło: NIO-PIB