Medicalpress

Kiedy młoda kobieta słyszy diagnozę raka piersi, jej świat na chwilę się zatrzymuje. Pojawia się strach o życie, pytania o leczenie i przyszłość. A czasem także jeszcze jedno, niezwykle osobiste: czy będę mogła zostać mamą? Jeszcze niedawno takie pytanie często schodziło na dalszy plan. Dziś lekarze coraz częściej rozmawiają z pacjentkami o ich marzeniach i możliwościach zachowania płodności, zanim rozpocznie się leczenie. Bo skuteczna terapia to nie tylko szansa na pokonanie choroby, ale również na życie, które kobieta chciała prowadzić.

O macierzyństwie po chorobie onkologicznej, zabezpieczaniu płodności przed leczeniem oraz możliwościach terapii raka piersi rozpoznanego w czasie ciąży rozmawiali eksperci, pacjentki i przedstawiciele organizacji społecznych podczas konferencji „Rak piersi – profilaktyka, postęp, przyszłość”, zorganizowanej 9 października 2026 roku w Warszawie przez Polskie Towarzystwo Onkologii Klinicznej oraz Narodowy Instytut Onkologii – PIB. Jednym z najważniejszych przesłań spotkania było to, że diagnoza nowotworu nie powinna automatycznie oznaczać rezygnacji z planów macierzyńskich.

„Ojej, to ja będę żyć”. Dlaczego pytanie o macierzyństwo jest tak ważne?

Przez wiele lat najważniejszym celem leczenia onkologicznego było uratowanie życia pacjentki. Dziś pozostaje to absolutnym priorytetem, ale współczesna medycyna coraz częściej pozwala myśleć również o tym, jak będzie wyglądało życie po zakończeniu terapii.

Dla młodych kobiet jednym z takich pytań jest możliwość posiadania dzieci. Nie każda pacjentka planuje macierzyństwo, jednak każda powinna mieć możliwość rozmowy o swoich oczekiwaniach i poznania dostępnych rozwiązań.

– Dawniej chcieliśmy tylko wyleczyć. Ktoś powie: tylko. Przede wszystkim wyleczyć. My dalej chcemy wyleczyć, ale chcemy też spełniać marzenia naszych pań. Te bardzo głębokie, skryte marzenia, które często każda z nas miała bądź ma – marzenia o posiadaniu potomstwa. Rozmawiamy o tym, żeby nasze pacjentki miały szansę zostać mamami – mówiła dr Katarzyna Pogoda, przewodnicząca Sekcji Raka Piersi Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej. 

Jak podkreślała ekspertka, samo pytanie o plany macierzyńskie może mieć dla kobiety ogromne znaczenie. W chwili, gdy cała uwaga skupia się na chorobie, rozmowa o przyszłości bywa pierwszym sygnałem, że nadal można ją planować.

– Moment diagnozy jest bardzo trudny, ale kiedy pytam moje pacjentki, czy jeszcze planują potomstwo, to nagle otwiera się cały świat: „Ojej, to ja będę żyć”. I to jest niezwykle ważne. Tak naprawdę każdy aspekt życia powinniśmy spróbować zabezpieczyć – podkreśliła dr Pogoda.

Zabezpieczenie płodności przed leczeniem. Dziś jest więcej możliwości

Niektóre metody leczenia przeciwnowotworowego mogą wpływać na płodność. Dlatego tak istotne jest, aby rozmowa o ewentualnym macierzyństwie odbyła się jeszcze przed rozpoczęciem terapii, zwłaszcza gdy planowane leczenie może uszkodzić funkcję jajników.

W zależności od wieku kobiety, jej stanu zdrowia, rodzaju nowotworu i planowanego leczenia możliwe jest rozważenie metod zabezpieczenia płodności, w tym zamrożenia komórek jajowych lub zarodków. O tym, jakie rozwiązanie będzie odpowiednie, decyduje się indywidualnie, we współpracy onkologa i specjalisty medycyny rozrodu.

Ważną zmianą jest możliwość korzystania z publicznie finansowanego programu zabezpieczania płodności u pacjentek onkologicznych spełniających określone kryteria. Wcześniej wiele kobiet musiało samodzielnie szukać odpowiednich placówek i finansować procedury.

– Ten rządowy program jest niezwykle ważny dla naszych pań. Mamy szansę zabezpieczyć ich płodność, zanim rozpoczniemy leczenie. To zupełnie inna jakość niż jeszcze kilka lat temu, kiedy pacjentki mówiły: „Tak, chcę zostać mamą”, ale wówczas musiały we własnym zakresie organizować i finansować procedury zabezpieczenia płodności. Teraz mamy program, kierujemy nasze panie do ginekologa i dopiero rozpoczynamy leczenie. To ogromna radość – zaznaczyła dr Katarzyna Pogoda. 

Możliwość zabezpieczenia płodności nie oznacza gwarancji przyszłej ciąży. Daje jednak części kobiet dodatkową szansę na realizację planów rodzinnych po zakończeniu leczenia.

Nie tylko dwudziestolatki. O macierzyństwie myślą również kobiety po czterdziestce

Rozmowy o onkopłodności często kojarzą się z bardzo młodymi pacjentkami. Tymczasem diagnoza raka piersi może pojawić się również u kobiety, która dopiero po czterdziestce planuje pierwsze lub kolejne dziecko.

Zwróciła na to uwagę dr Ewa Szombara, pełniąca obowiązki kierownika Oddziału Zachowawczego Kliniki Nowotworów Piersi i Chirurgii Rekonstrukcyjnej NIO-PIB.

– Jest oddzielna grupa, i to spora grupa pań zdecydowanie powyżej 40. roku życia, która otrzymuje diagnozę raka piersi, a jeszcze nie zrealizowała planów macierzyńskich. Są kobiety między 40. a 44. rokiem życia, które mówią: „Właśnie myślałam o realizacji tych planów i w tym momencie otrzymałam taką diagnozę” – mówiła dr Ewa Szombara.

W tej grupie wiekowej możliwości zabezpieczenia płodności i późniejszego zajścia w ciążę mogą być bardziej ograniczone. Tym bardziej potrzebna jest szybka, rzetelna konsultacja uwzględniająca zarówno sytuację onkologiczną, jak i możliwości medycyny rozrodu.

Najważniejsze, aby nie zakładać z góry, że temat macierzyństwa nie dotyczy pacjentki tylko dlatego, że przekroczyła określony wiek.

Czy zabezpieczenie płodności opóźnia leczenie raka piersi?

Dla kobiety, która właśnie dowiedziała się o chorobie, perspektywa odłożenia rozpoczęcia leczenia może budzić zrozumiały niepokój. Dlatego tak ważna jest sprawna współpraca między ośrodkiem onkologicznym a specjalistami zajmującymi się medycyną rozrodu.

O doświadczeniach Białostockiego Centrum Onkologii mówiła dr Bogumiła Czartoryska-Arłukowicz. W tamtejszym Breast Cancer Unit rozmowa o planach macierzyńskich odbywa się już na etapie konsylium, czyli spotkania specjalistów ustalających plan leczenia.

– Wszystkim proponujemy na etapie konsylium taką możliwość, pytamy o ich plany macierzyńskie. Mówimy o tym, że jest możliwość przeprowadzenia tej procedury. I w momencie, kiedy kobieta wyraża zgodę, od razu na konsylium ustalany jest termin konsultacji. Mamy bardzo dobrą współpracę z Kliniką Rozrodczości i Endokrynologii Ginekologicznej – relacjonowała ekspertka.

Dzięki odpowiedniej organizacji pacjentka może szybko uzyskać konsultację i rozpocząć procedurę zabezpieczenia płodności, jeśli pozwala na to jej sytuacja kliniczna.

– To tak naprawdę mocno nie przedłuża rozpoczęcia naszego leczenia, bo to maksimum dwa tygodnie, a z reguły krócej. Takich procedur w zeszłym roku zostało przeprowadzonych u 20 naszych pacjentek – podkreśliła dr Czartoryska-Arłukowicz.

Przy dobrej organizacji można w wielu przypadkach pogodzić potrzebę szybkiego rozpoczęcia leczenia z zabezpieczeniem szans na przyszłe macierzyństwo.

Ciąża po raku piersi jest możliwa. Co z kobietami przyjmującymi hormonoterapię?

Jednym z częstych pytań pacjentek jest to, czy po zakończeniu leczenia raka piersi można bezpiecznie planować ciążę.

Odpowiedź zależy od wielu czynników, w tym rodzaju nowotworu, zastosowanego leczenia, czasu od jego zakończenia i indywidualnego ryzyka nawrotu choroby. Coraz więcej danych wskazuje jednak, że u odpowiednio dobranych kobiet ciąża po leczeniu raka piersi jest możliwa.

Szczególnie ważne są wyniki badania POSITIVE, dotyczącego pacjentek z hormonozależnym rakiem piersi. Wykazało ono, że u wybranych kobiet możliwe jest czasowe przerwanie uzupełniającej hormonoterapii po wcześniejszym okresie leczenia, aby podjąć starania o dziecko.

Jak wyjaśniała dr Bogumiła Czartoryska-Arłukowicz, taka możliwość jest istotna, ponieważ hormonoterapia uzupełniająca trwa zwykle wiele lat, a dla części pacjentek oznaczałoby to odłożenie macierzyństwa na bardzo długi czas.

– Można to leczenie przerwać po dwóch, trzech latach na urodzenie dziecka i potem wrócić do tego leczenia. Ważne jest, żeby o takiej możliwości kobiety informować – zaznaczyła.

Warto jednak pamiętać, że nie chodzi o samodzielne odstawienie leków. Decyzja wymaga indywidualnej oceny przez zespół leczący, a dotychczasowe wyniki badań dotyczące bezpieczeństwa takiego postępowania są najbardziej uspokajające w krótszej obserwacji. Konieczne jest dalsze monitorowanie odległego ryzyka nawrotu.

Rak piersi rozpoznany w ciąży. Dwie troski, jeden plan leczenia

Inną, szczególnie trudną sytuacją jest rozpoznanie raka piersi u kobiety, która już jest w ciąży. Wtedy decyzje medyczne muszą uwzględniać zarówno skuteczność leczenia nowotworu, jak i bezpieczeństwo rozwijającego się dziecka.

Nie oznacza to jednak, że leczenie raka piersi w czasie ciąży jest niemożliwe. W zależności od trymestru, rodzaju i zaawansowania nowotworu można zastosować określone metody terapii, a pozostałe zaplanować na późniejszy etap. Wymaga to ścisłej współpracy onkologów, chirurgów, położników i innych specjalistów.

– Rozpoznanie raka piersi w ciąży trochę ogranicza nasze możliwości leczenia. Chcemy jednak dać tym młodym paniom możliwie najlepsze, optymalne leczenie jeszcze przed rozwiązaniem. Termin porodu jest zawsze zaplanowany i omówiony z lekarzem ginekologiem prowadzącym – wyjaśniała dr Ewa Szombara.

„To się leczy, to prowadzi”. Historia mamy, która zachorowała w ciąży

Najbardziej poruszającym momentem dyskusji była osobista historia Beaty Mikitki, która przed laty usłyszała diagnozę raka piersi, będąc w upragnionej ciąży.

Na dziecko czekała długo. Dlatego wiadomość o nowotworze pojawiła się w momencie, kiedy – jak sama opowiadała – była już bardzo blisko spełnienia największego marzenia.

Swoją drogę do macierzyństwa porównała do zdobywania Mount Everestu. Choroba była dla niej jak gwałtowna zamieć śnieżna, która pojawiła się w połowie wspinaczki.

Wspominała również pierwsze spotkania z lekarzami i słowa, które pomogły jej odzyskać nadzieję:

– Usłyszałam jedną rzecz: „To się leczy, to prowadzi” – mówiła Beata Mikitka.

Dzięki pomocy lekarzy z Rzeszowa i Warszawy rozpoczęła leczenie prowadzone z uwzględnieniem ciąży. Kolejne miesiące oznaczały nie tylko terapię i wizyty w szpitalu, ale również ogromny wysiłek związany z organizacją codziennego życia.

5 października 2017 roku urodził się jej syn Michał.

Podczas konferencji mówiła o nim z ogromnym wzruszeniem. O tym, jak wiele znaczą dla niej zwyczajne chwile – wspólne poranki, obecność dziecka, możliwość obserwowania, jak dorasta.

Za medycznymi decyzjami dotyczącymi leczenia kobiet w ciąży kryją się nie tylko wyniki badań i procedury, ale również marzenia, relacje i całe przyszłe życie rodziny.

„To nie jest fanaberia”. Pacjentka ma prawo mówić o swoich marzeniach

Magdalena Kardynał z Fundacji OmeaLife zwróciła uwagę, że rozmowa o przyszłości pacjentki nie powinna ograniczać się do pytań o skuteczność terapii. Ważne są również jej plany rodzinne, poczucie kobiecości, wygląd ciała, sprawność i jakość życia.

– Dzisiaj młode pacjentki mają prawo przyjść i wnieść swoje oczekiwania odnośnie kobiecości. I to jest niezbywalne prawo każdej kobiety, niezależnie od wieku – podkreśliła.

Jak zaznaczyła, kobieta, która przekracza próg gabinetu onkologicznego, nie przestaje być osobą z własnymi marzeniami, relacjami i planami.

– Zanim pacjentka otworzyła drzwi gabinetu i usłyszała tę trudną diagnozę, miała swoje bardzo ważne życie. W momencie, kiedy staje się pacjentką, trzeba też usłyszeć jej głos: kim była do tej pory, jakie ma oczekiwania i jakie będzie miała plany na przyszłość, żeby to leczenie w nie wpisać – mówiła Magdalena Kardynał.

Przywołała również bolesne doświadczenie jednej z podopiecznych fundacji, która podczas rozmowy o możliwości zabezpieczenia płodności usłyszała od lekarza:

– Po co pani onkopłodność, skoro pani nie wychowa tego dziecka?

Jak podkreśliła przedstawicielka OmeaLife, tego rodzaju wypowiedzi mogą mieć poważne konsekwencje psychologiczne, szczególnie w momencie rozpoznania choroby nowotworowej. Dlatego tak ważne jest, aby rozmowa o zabezpieczeniu płodności opierała się na aktualnej wiedzy medycznej, uwzględniała indywidualną sytuację kliniczną pacjentki i pozostawiała jej możliwość świadomego podejmowania decyzji dotyczących przyszłego macierzyństwa. 

Przyszłość to również powrót do pracy i codzienności

Plany życiowe kobiet po leczeniu raka piersi nie ograniczają się oczywiście do macierzyństwa. Dla wielu ważny jest również powrót do pracy, aktywności społecznej i dotychczasowych zainteresowań.

Aleksandra Sienkiewicz, dyrektor Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, zwróciła uwagę na rolę pracodawców w tworzeniu warunków umożliwiających osobom po leczeniu onkologicznym stopniowy powrót do aktywności zawodowej.

– Zakładamy, że ten pracownik, pacjent, pacjentka wrócą do pracy i teraz rolą pracodawcy jest to, żeby stanowisko pracy też było elastyczne, dopasowane do jej możliwości w danym momencie życia – podkreśliła.

Ważne jest nie tylko dostosowanie obowiązków czy godzin pracy, ale również atmosfera zrozumienia i szacunku. Kobieta wracająca po leczeniu nie potrzebuje stygmatyzacji ani nadmiernego współczucia, lecz możliwości funkcjonowania zgodnie ze swoim stanem zdrowia i własnymi potrzebami.

Leczenie ma chronić życie. Ale także pozostawiać przestrzeń na marzenia

Współczesna onkologia coraz częściej pozwala kobietom z rakiem piersi myśleć o przyszłości szerzej niż tylko w kategoriach zakończenia terapii.

Możliwość zabezpieczenia płodności, planowania ciąży po leczeniu, prowadzenia terapii w czasie ciąży czy powrotu do aktywności zawodowej pokazuje, jak bardzo zmienia się podejście do potrzeb pacjentek.

Nie każda kobieta będzie mogła skorzystać ze wszystkich tych możliwości. Nie każda też będzie chciała zostać mamą. Najważniejsze jednak, aby każda miała prawo mówić o swoich planach i otrzymać rzetelną informację o dostępnych rozwiązaniach.

Bo za diagnozą raka piersi stoi kobieta, która miała swoje życie przed chorobą i chce mieć przyszłość również po niej.

Źródło: Konferencja „Rak piersi – profilaktyka, postęp, przyszłość”, 9 października 2026 r., Narodowy Instytut Onkologii – PIB w Warszawie. Organizatorzy: Narodowy Instytut Onkologii – PIB i Polskie Towarzystwo Onkologii Klinicznej. Wypowiedzi uczestników panelu „Onkopłodność – macierzyństwo po chorobie onkologicznej”.

Opracowanie: redakcja Medicalpress

Diagnoza raka piersi potrafi w jednej chwili zmienić wszystko. Pojawiają się pytania o skuteczność leczenia, przyszłość, rodzinę, pracę i codzienne życie. Czy konieczna będzie chemioterapia? Czy uda się zachować pierś? Jak długo potrwa leczenie? I czy po jego zakończeniu będzie można wrócić do tego, co było wcześniej? Współczesna onkologia daje coraz więcej możliwości, ale równie ważne jak nowoczesne leki są odpowiednia diagnostyka, skoordynowana opieka, rehabilitacja i wsparcie psychologiczne.

O tym, jak zmienia się leczenie raka piersi i czego dziś potrzebują pacjentki, rozmawiali eksperci oraz przedstawiciele organizacji pacjenckich podczas konferencji „Rak piersi – profilaktyka, postęp, przyszłość”, zorganizowanej 9 października 2026 roku w Warszawie przez Polskie Towarzystwo Onkologii Klinicznej i Narodowy Instytut Onkologii – PIB.

Jedna pacjentka, wielu specjalistów. Dlaczego koordynacja leczenia jest tak ważna?

Dla kobiety, która właśnie usłyszała diagnozę, jednym z największych wyzwań może być odnalezienie się w kolejnych etapach diagnostyki i leczenia. Wizyty u różnych specjalistów, dodatkowe badania, oczekiwanie na wyniki i decyzje dotyczące terapii potrafią być przytłaczające. Dlatego coraz większe znaczenie ma organizacja opieki w taki sposób, aby pacjentka nie musiała samodzielnie koordynować całego procesu.

Taką rolę pełnią ośrodki kompleksowej diagnostyki i leczenia raka piersi, czyli Breast Cancer Units. W jednym miejscu współpracują specjaliści różnych dziedzin, którzy wspólnie ustalają plan postępowania, uwzględniając rodzaj nowotworu, stopień jego zaawansowania i indywidualną sytuację pacjentki.

– Wdrożono koordynację całego procesu diagnostyczno-terapeutycznego właśnie w Breast Unitach, gdzie opisano, jak powinien wyglądać ten proces, w jakich ramach czasowych powinny odbywać się konsylia i jak powinien przebiegać późniejszy etap leczenia. Czy to się udało? Zdecydowanie tak. To takie małe comprehensive cancer center, dedykowane pacjentkom chorym na nowotwory piersi. A więc w jednym miejscu wszystko jak najlepszej jakości – podkreślała dr hab. Beata Jagielska, dyrektor Narodowego Instytutu Onkologii – PIB.

Znaczenie takiego modelu opieki wykracza poza samą wygodę organizacyjną. W raku piersi decyzje dotyczące leczenia często wymagają współpracy chirurga, onkologa klinicznego, radioterapeuty, radiologa, patomorfologa czy genetyka. Im lepiej zaplanowana jest ta współpraca, tym większa szansa na sprawne przeprowadzenie pacjentki przez kolejne etapy terapii.

Genetyka pozwala dowiedzieć się więcej, zanim pojawi się choroba

Postęp w diagnostyce raka piersi oznacza dziś nie tylko coraz dokładniejsze wykrywanie zmian nowotworowych. Dzięki badaniom genetycznym możliwe jest również rozpoznawanie dziedzicznych predyspozycji do zachorowania i objęcie kobiet z grup wysokiego ryzyka odpowiednim nadzorem.

Jak wyjaśniał dr hab. Michał Jarząb, kierownik Centrum Diagnostyki i Leczenia Chorób Piersi NIO-PIB w Gliwicach, szczególne znaczenie ma objęcie kobiet z grup wysokiego ryzyka zachorowania na raka piersi regularnym nadzorem. Dzięki odpowiednio dobranym badaniom możliwe jest wykrycie nawet bardzo małych zmian nowotworowych, zanim pojawią się objawy choroby.

– W naszym ośrodku diagnostykę genetyczną raka piersi prowadzimy już od 25 lat, a program opieki z wykorzystaniem rezonansu magnetycznego, najpierw nieformalny, potem formalny, od 15 lat. Jeśli pacjentka była w tym programie, to przychodzi z rakiem, który jest bardzo mały, mniejszy niż centymetr – mówił dr hab. Michał Jarząb.

Regularny nadzór nie oznacza, że można całkowicie zapobiec zachorowaniu. Pozwala jednak zwiększyć szanse na wykrycie nowotworu na bardzo wczesnym etapie, kiedy możliwości leczenia są największe.

Szczególnie ważna jest konsultacja genetyczna w rodzinach, w których występowały zachorowania na raka piersi, zwłaszcza u bliskich krewnych. Co istotne, brak rodzinnej historii choroby nie zawsze wyklucza dziedziczną predyspozycję.

Ekspert przywołał przykład 73-letniej pacjentki, u której badania genetyczne wykonane w związku z planowaniem leczenia wykazały zmianę związaną ze zwiększonym ryzykiem nowotworów. Informacja ta okazała się ważna również dla jej dwóch córek, które mogą teraz skorzystać z poradnictwa genetycznego i dowiedzieć się, czy potrzebują szczególnego nadzoru.

Biopsja płynna – czego o nowotworze może dowiedzieć się lekarz z badania krwi?

Badania genetyczne pomagają nie tylko oceniać ryzyko zachorowania. Współczesna diagnostyka molekularna pozwala również analizować zmiany zachodzące w samym nowotworze. Ma to szczególne znaczenie przy wyborze leczenia, ponieważ dwa nowotwory piersi mogą różnić się biologicznie, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydają się podobne.

Jednym z rozwijanych rozwiązań jest biopsja płynna. Polega ona na poszukiwaniu we krwi fragmentów DNA uwalnianych przez komórki nowotworowe. W określonych sytuacjach klinicznych może dostarczyć dodatkowych informacji o chorobie, bez konieczności pobierania kolejnego fragmentu tkanki.

– Genetyka to również przewidywanie, jak będzie zachowywać się choroba. Nie jest to łatwe na podstawie genów, które odziedziczyliśmy po rodzicach, dlatego że nowotwór zmienia swoje DNA. DNA raka jest inne niż DNA jego nosiciela. – wyjaśniał dr hab. Michał Jarząb.

Biopsja płynna nie zastępuje wszystkich dotychczasowych badań i nie jest rozwiązaniem odpowiednim dla każdej pacjentki. Stanowi jednak kolejny krok w kierunku bardziej precyzyjnej diagnostyki, szczególnie w zaawansowanej chorobie nowotworowej.

Nowoczesne leki dają więcej możliwości. Ale najpierw trzeba dobrze poznać nowotwór

Jeszcze kilkanaście lat temu możliwości leczenia raka piersi były znacznie bardziej ograniczone. Dziś lekarze dysponują coraz większą liczbą terapii ukierunkowanych na określone cechy biologiczne nowotworu. Postęp dotyczy zarówno leczenia choroby przerzutowej, jak i niektórych postaci wczesnego raka piersi.

Jak podkreślała dr Katarzyna Pogoda, przewodnicząca Sekcji Raka Piersi Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej, rozwój nowych leków sprawia, że coraz większym wyzwaniem staje się nie tylko wybór terapii, ale również ustalenie najlepszego momentu jej zastosowania.

– Leków jest bardzo dużo. Trudne nazwy, bardzo wymyślne, które my najpierw musimy mocno przyswajać. I tylko się zastanawiamy, czy ten lek zastosować troszkę później, troszkę wcześniej. To są te nasze dyskusje, jak planować ścieżkę leczenia, żeby nasze panie naprawdę miały długie, dobre życie – mówiła dr Katarzyna Pogoda.

W praktyce oznacza to, że leczenie raka piersi coraz rzadziej można opisać jednym uniwersalnym schematem. Znaczenie mają m.in. obecność receptorów hormonalnych, status HER2, określone zmiany molekularne, stopień zaawansowania choroby oraz wcześniejsze leczenie.

Dlatego dostęp do nowoczesnych leków musi iść w parze z dostępem do odpowiednich badań diagnostycznych.

– Za diagnostyką idzie nowoczesne leczenie. To nie jest tak, że bez diagnostyki możemy ułożyć tę ścieżkę optymalnie. Rzeczywiście diagnostyka jest tą ogromną potrzebą – zaznaczyła dr Pogoda.

Dla pacjentki najważniejsze jest to, że coraz częściej można dobrać leczenie nie tylko do rozpoznania „rak piersi”, ale do konkretnego rodzaju nowotworu i jej indywidualnej sytuacji.

Rehabilitacja zaczyna się wcześniej, niż wiele kobiet myśli

Leczenie raka piersi to nie tylko operacja, farmakoterapia czy radioterapia. Choroba i jej leczenie mogą wpływać na sprawność fizyczną, siłę mięśni, zakres ruchu, samopoczucie oraz zdolność do wykonywania codziennych czynności.

Dlatego rehabilitacja nie powinna rozpoczynać się dopiero wtedy, gdy leczenie przeciwnowotworowe dobiegnie końca.

– Nie mogę się zgodzić z tym, że to jest dodatek. Rehabilitacja jest integralną częścią leczenia od momentu rozpoznania. W rehabilitacji mówi się już również o przygotowywaniu pacjentek do leczenia. Rehabilitacja jest szeroko rozumianym procesem społeczno-medycznym, w którym fizjoterapia jest jednym z jej elementów – podkreślała dr Hanna Tchórzewska-Korba, kierownik Zakładu Rehabilitacji NIO-PIB w Warszawie.

Odpowiednio dobrana aktywność fizyczna może pomagać pacjentkom zarówno podczas leczenia, jak i w okresie powrotu do zdrowia. Ważne jest jednak, aby rodzaj ćwiczeń i ich intensywność były dostosowane do stanu zdrowia, przebytych zabiegów oraz aktualnych możliwości kobiety.

– Musimy bardzo głośno mówić o aktywności fizycznej, która jest ważna zarówno w profilaktyce, jak i w trakcie leczenia oraz po jego zakończeniu. Musimy też mówić o tym, żeby ani pacjenci, ani lekarze nie bali się ruchu – zaznaczyła ekspertka. 

Współczesna rehabilitacja onkologiczna obejmuje nie tylko ćwiczenia poprawiające wydolność, ale również odpowiednio dobrany trening siłowy, pracę nad zakresem ruchu i wsparcie w odzyskiwaniu samodzielności.

„Zakończę leczenie i co dalej?”. O tym mówi się wciąż za mało

Wraz z postępem medycyny coraz więcej kobiet może żyć przez wiele lat po rozpoznaniu raka piersi. Nie oznacza to jednak, że zakończenie leczenia jest równoznaczne z końcem wszystkich trudności.

Ewa Grabiec-Raczak, prezes Stowarzyszenia „Amazonki” Warszawa-Centrum, zwróciła uwagę, że moment diagnozy nadal jest dla wielu kobiet ogromnym wstrząsem, niezależnie od tego, jak wiele wiedzą o współczesnych możliwościach leczenia.

– W momencie diagnozy, obojętnie, co wiemy na temat raka piersi, jak jesteśmy wykształcone czy wykształceni, taka sama trauma jest teraz, jak była, powiedzmy, 30 lat temu. W danym momencie pacjentka nie może myśleć o niczym innym, tylko o tym, że praktycznie jej świat się skończył – mówiła Ewa Grabiec-Raczak.

Dlatego tak ważna bywa rozmowa z kobietą, która sama przeszła przez chorobę. Wolontariuszki Amazonek odwiedzają pacjentki już w pierwszej dobie po operacji. Dają im możliwość zadawania pytań, dzielenia się obawami i rozmowy bez konieczności ukrywania emocji przed rodziną.

Trudny może być również czas po zakończeniu intensywnej terapii. Znika rytm kolejnych wizyt i zabiegów, ale pozostają zmęczenie, obawy przed nawrotem, zmiany w wyglądzie czy trudności z powrotem do pracy. Nie każda kobieta może po prostu wrócić do dawnego życia.

– Pacjentka ma wyznaczoną ścieżkę leczenia, ale w pewnym momencie zaczyna się zastanawiać: dobrze, zakończę leczenie i co dalej? To również bardzo trudny moment, bo nie wszyscy możemy wrócić do swojego dawnego życia. Nieraz trzeba je przemodelować, odnaleźć nową siebie, znaleźć nowe zainteresowania, zmienić pracę. Wszystko to pięknie wygląda, ale jak ja mam to zrobić? – pytała przedstawicielka Amazonek. 

Organizacje pacjenckie starają się odpowiadać na te potrzeby, organizując warsztaty, spotkania, zajęcia ruchowe i programy rehabilitacji psychofizycznej. Ich znaczenie nie ogranicza się do przekazywania wiedzy o chorobie. Pomagają również odzyskiwać pewność siebie i budować życie po leczeniu.

Choroba wpływa również na pracę i życie całej rodziny

Rak piersi często dotyka kobiety aktywne zawodowo, które łączą pracę z obowiązkami rodzinnymi. Leczenie może oznaczać wielomiesięczne nieobecności, ograniczenie możliwości wykonywania dotychczasowych zadań, a czasem konieczność zmiany pracy.

Jak wskazała dr Katarzyna Sejbuk-Rozbicka z Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego, skutki choroby wykraczają daleko poza wydatki na leczenie.

– Choroba nowotworowa generuje nie tylko koszty bezpośrednie ponoszone przez NFZ, ale również koszty pośrednie: absencje chorobowe, świadczenia z tytułu niezdolności do pracy, utratę produktywności czy wcześniejsze wyjście z rynku pracy pacjentek, a niekiedy również ograniczenie aktywności osób bliskich, które wspierają je w procesie terapeutycznym – wyjaśniała.

Według przywołanych przez ekspertkę danych ZUS w 2023 roku rak piersi odpowiadał za około 1,385 mln dni absencji chorobowej kobiet.

Za tą liczbą stoją nie tylko koszty gospodarcze, ale przede wszystkim indywidualne historie kobiet, które musiały przerwać pracę, zmienić plany i na nowo zorganizować codzienne życie. Dlatego powrót do aktywności zawodowej, jeśli pozwala na to stan zdrowia i kobieta tego chce, powinien być ważnym elementem opieki po leczeniu.

Pacjentka powinna wiedzieć, jaki jest plan jej leczenia

Ważnym kierunkiem zmian jest również zapewnienie kobietom większego dostępu do informacji o własnej diagnostyce i terapii. Jak zapowiadał dr Michał Chrobot, dyrektor Departamentu Opieki Koordynowanej Ministerstwa Zdrowia, jednym z narzędzi mających wspierać ten proces będzie elektroniczna karta diagnostyki i leczenia onkologicznego (e-DiLO).

Jej rozwój ma umożliwić lepsze dokumentowanie przebiegu opieki, wymianę informacji między placówkami i zapewnienie pacjentkom wglądu w planowane postępowanie.

– Każda pacjentka będzie mogła zobaczyć, jaką zaplanowano diagnostykę, jaki planuje się dla niej plan leczenia. Będzie mogła ten plan leczenia skonsultować w innym ośrodku. Dzisiaj pacjenci stają się też recenzentami naszego postępowania. Czy to dobrze? Uważam, że bardzo dobrze – zaznaczył dr Michał Chrobot.

To istotna zmiana z punktu widzenia kobiet, które chcą lepiej rozumieć swoją sytuację, zadawać pytania i świadomie uczestniczyć w podejmowaniu decyzji dotyczących leczenia.

Rozwijana Krajowa Sieć Onkologiczna ma również służyć upowszechnianiu standardów diagnostyki i terapii oraz ocenie jakości opieki na podstawie rzeczywistych danych. Docelowo miejsce zamieszkania nie powinno decydować o tym, czy pacjentka otrzyma leczenie zgodne z aktualną wiedzą medyczną.

Leczyć nie tylko chorobę, ale człowieka

Współczesne leczenie raka piersi zmienia się na wielu poziomach. Coraz dokładniejsza diagnostyka pozwala lepiej poznać nowotwór, nowe leki zwiększają możliwości terapeutyczne, a kompleksowe ośrodki pomagają sprawniej organizować opiekę.

Jednak dla kobiety, która mierzy się z diagnozą, równie ważne są pytania o życie poza gabinetem lekarskim. Czy będzie mogła wrócić do pracy? Jak odzyska sprawność? Gdzie znajdzie wsparcie, kiedy zakończy leczenie? Czy będzie mogła nadal realizować swoje plany?

Podczas otwarcia konferencji przypomniała o tym prof. Barbara Radecka, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej:

– Za każdą dokumentacją stoi konkretna kobieta i jej losy. Dla nas, klinicystów, pacjentka jest w centrum uwagi. Jej rodzina, jej plany, nie tylko jej choroba. Nie leczymy choroby, a leczymy człowieka.

I właśnie w tym kierunku zmierza współczesna opieka nad kobietami z rakiem piersi – aby skuteczne leczenie szło w parze z troską o sprawność, samodzielność, poczucie bezpieczeństwa i jakość życia.

Źródło: Konferencja „Rak piersi – profilaktyka, postęp, przyszłość”, 9 października 2026 r., Narodowy Instytut Onkologii – PIB w Warszawie. Organizatorzy: Narodowy Instytut Onkologii – PIB i Polskie Towarzystwo Onkologii Klinicznej. Wypowiedzi uczestników panelu „Postęp w diagnostyce, leczeniu i opiece” oraz wystąpień otwierających konferencję.

Opracowanie: redakcja Medicalpress

Praca, dom, dzieci, rodzice, codzienne obowiązki. W tym wszystkim łatwo znaleźć powód, żeby mammografię przełożyć na kolejny miesiąc. Czasem powstrzymuje nas strach przed wynikiem, czasem brak czasu, a czasem zwyczajnie nie wiemy, gdzie się zgłosić. Tymczasem rak piersi wykryty wcześnie daje znacznie większe szanse na skuteczne, mniej obciążające leczenie. Jak sprawić, żeby badania profilaktyczne stały się naturalną częścią troski o siebie, a nie kolejnym obowiązkiem odkładanym na później?

O tym, co pomaga kobietom podjąć decyzję o badaniu, dlaczego mimo dostępności mammografii zgłaszalność wciąż pozostaje niska i jak skuteczniej docierać do kobiet, rozmawiali eksperci, przedstawiciele instytucji publicznych i organizacji pacjenckich podczas konferencji „Rak piersi – profilaktyka, postęp, przyszłość”, zorganizowanej 9 października 2026 roku w Warszawie przez Polskie Towarzystwo Onkologii Klinicznej oraz Narodowy Instytut Onkologii – PIB.

Nie czekajmy na październik, żeby zadbać o siebie

Rak piersi pozostaje najczęściej rozpoznawanym nowotworem złośliwym u kobiet w Polsce. Każdego dnia diagnozę słyszy około 60 Polek, a blisko 20 umiera z powodu tej choroby. Choć możliwości leczenia są dziś nieporównywalnie większe niż jeszcze kilkanaście lat temu, jednym z najważniejszych czynników wpływających na rokowanie nadal pozostaje moment wykrycia nowotworu.

Mammografia pozwala rozpoznawać zmiany, które nie dają jeszcze objawów i często są zbyt małe, by można je było wyczuć podczas samobadania piersi. To właśnie dlatego regularne uczestnictwo w badaniach przesiewowych ma tak duże znaczenie dla ograniczania umieralności z powodu raka piersi.

– Znaczenie mammografii jako badania przesiewowego, pozwalającego wcześnie wykryć chorobę, jest w świetle współczesnej wiedzy niekwestionowane. Jest niewiele technologii w onkologii, które tak niewielkim kosztem mają potencjał zmniejszenia umieralności z powodu nowotworu – podkreśla prof. Barbara Radecka, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej. 

Ekspertka zwraca jednak uwagę, że troska o zdrowie nie może ograniczać się do kampanii prowadzonych w październiku, czyli Miesiącu Świadomości Raka Piersi. Potrzebujemy codziennej edukacji, rozmów w rodzinach i budowania nawyku regularnego korzystania z badań profilaktycznych.

Różowa wstążka, kampanie październikowe – to wszystko jest ważne, ale rok ma 12 miesięcy. Profilaktyka raka piersi musi być obecna przez cały rok i stanowić element edukacji prozdrowotnej całego społeczeństwa. Nie tylko kampanie związane z październikiem, ale edukacja na każdym kroku – podkreśla prof. Barbara Radecka. 

To także zadanie dla najbliższych. Czasem wystarczy zwykłe pytanie: „Mamo, kiedy ostatnio byłaś na mammografii?”. Badanie umówione z pomocą córki, syna czy wnuczki może być znacznie cenniejszym prezentem niż kolejny przedmiot.

Dlaczego wciąż tak niewiele kobiet wykonuje mammografię?

Mimo udowodnionej skuteczności badań przesiewowych i coraz większej liczby dostępnych rozwiązań organizacyjnych, z profilaktycznej mammografii korzysta zbyt mało kobiet.

Według danych NFZ przywołanych przez prof. Pawła Koczkodaja, kierownika Pracowni Prewencji Pierwotnej i Polityki Zdrowotnej NIO-PIB, uczestnictwo w programie przesiewowym wynosiło około 33%. 

Dane międzynarodowe pokazują, że Polska osiąga postępy w ograniczaniu umieralności z powodu raka piersi, jednak wciąż pozostaje wiele do zrobienia. Według analiz OECD w latach 2011–2021 spadek umieralności z powodu raka piersi, której można było uniknąć dzięki skutecznej opiece zdrowotnej, był w Polsce mniejszy niż przeciętnie w krajach Unii Europejskiej. 

Co ważne, zgłaszalność na mammografię nie jest jednakowa w całym kraju. W niektórych powiatach z badań korzysta zaledwie 6% uprawnionych kobiet, podczas gdy w innych odsetek ten przekracza 56%.

– Są w Polsce regiony, w których zgłaszalność na badania mammograficzne przekracza 56%. To zasługa ośrodków regionalnych i świadczeniodawców, którzy aktywnie zapraszają kobiety na badania, korzystając z wypracowanych przez siebie systemów i narzędzi. Często stoi za tym inicjatywa lokalnych liderów. Takie miejsca mogą być wzorem dla innych, ponieważ są również powiaty, w których zgłaszalność wynosi zaledwie 6%. Różnice między regionami Polski są więc znaczące – wyjaśnia Beata Janik, pełniąca obowiązki kierownika Programu Profilaktyki Raka Piersi w Centrum Onkologii Kobiecej NIO-PIB. 

Różnice te pokazują, że samo zapewnienie bezpłatnego badania nie wystarcza. Równie ważne jest dotarcie do kobiet z informacją, zachęcenie ich do udziału i usunięcie przeszkód, które utrudniają wykonanie mammografii.

Mammobus, który pojawił się w odpowiednim momencie

Czasami o wykonaniu badania decyduje przypadek. Tak było w przypadku Katarzyny Piekarskiej, przewodniczącej Parlamentarnego Zespołu ds. Profilaktyki Nowotworowej – RAK STOP, która o swoim doświadczeniu raka piersi mówi publicznie, zachęcając inne kobiety do profilaktyki.

Nowotwór wykryto u niej dzięki mammografii wykonanej w mobilnej pracowni, na którą trafiła podczas jednego ze spotkań.

– Stał mammobus, a ja przyszłam trochę wcześniej na spotkanie i pomyślałam: „To wejdę”. Gdyby było tam dużo ludzi albo gdyby ktoś powiedział, że właśnie ma przerwę, pewnie bym zrezygnowała i poszła dalej. Oczywiście zrobiłabym to badanie, bo mając doświadczenia mojej mamy i sióstr, które niestety za późno zgłosiły się do lekarza, a ich choroba zakończyła się przedwczesną śmiercią, regularnie się badałam. Tylko że człowiek zawsze ma wiele ważnych spraw, często pozornie ważniejszych niż troska o własne zdrowie. Pewnie więc poszłabym na mammografię dopiero za kilka miesięcy – wspomina posłanka Katarzyna Piekarska. 

Jej historia pokazuje, jak wiele może zmienić możliwość wykonania badania blisko domu, pracy czy miejsca codziennych aktywności.

Dla kobiet mieszkających w małych miejscowościach problemem bywa nie tylko brak czasu, ale również transport. Konieczność dojazdu do większego miasta, pogodzenia wizyty z obowiązkami rodzinnymi czy zorganizowania samochodu może sprawić, że badanie zostanie odłożone na kolejne miesiące.

– Uważam, że powinniśmy teraz postawić na tę „medycynę na kółkach”. Kobiety, szczególnie w mniejszych miejscowościach, często mają trudności z dojazdem na badania. W rodzinie jest jeden samochód, trzeba zorganizować wyjazd do większego miasta, a potem powrót. Często decydują się na to dopiero wtedy, gdy pojawiają się problemy zdrowotne. Ale jeśli lekarze przyjadą do ich miejscowości, te kobiety pójdą się zbadać. I trzeba zrobić wszystko, żeby rzeczywiście mogli do nich docierać – podkreśla Katarzyna Piekarska. 

Nie zawsze wystarczy jednak, że mammobus przyjedzie do miejscowości. Ważne, żeby kobiety wiedziały o możliwości wykonania badania i czuły się zachęcone, by z niej skorzystać. Tu ogromne znaczenie mogą mieć osoby, które znają lokalną społeczność i cieszą się jej zaufaniem – samorządowcy, przedstawiciele lokalnych organizacji czy kół gospodyń wiejskich. Szczególną rolę mogą odegrać również lekarze i pielęgniarki, z którymi kobiety mają kontakt na co dzień.

Jak podkreśla prof. Maciej Krzakowski, prezes Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej, warto w większym stopniu wykorzystać potencjał lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej i medycyny pracy.

– Z nimi kobiety mają najczęstszy kontakt i im pewnie w największym stopniu ufają. Myślę, że większa aktywizacja lekarzy medycyny pracy i podstawowej opieki zdrowotnej bardzo wiele by zmieniła – zaznacza prof. Maciej Krzakowski. 

Mammografia bez skierowania. Jak i gdzie można się zapisać?

Z bezpłatnej mammografii w ramach programu profilaktyki raka piersi finansowanego przez NFZ mogą korzystać kobiety w wieku 45–74 lat, co do zasady raz na 24 miesiące. Badanie nie wymaga skierowania.

W określonych sytuacjach z programu mogą korzystać również kobiety po wcześniejszym leczeniu raka piersi, dla których przewidziano możliwość wykonywania mammografii co 12 miesięcy.

Badania realizowane są zarówno w placówkach stacjonarnych, jak i w mammobusach. Miejsce i termin można znaleźć m.in. za pośrednictwem centralnej e-rejestracji, Internetowego Konta Pacjenta oraz aplikacji mojeIKP.

Jak informuje Krzysztof Napora, dyrektor Departamentu Rozwoju Systemu Informacji Medycznej w Centrum e-Zdrowia, do centralnej e-rejestracji włączono wszystkie placówki wykonujące mammografię w ramach programu przesiewowego.

– Mamy w tym momencie w centralnej e-rejestracji 100% podmiotów, które wykonują świadczenia w zakresie mammografii. I to jest o tyle istotne, że do każdego z tych podmiotów poprzez centralną e-rejestrację, czyli przez Internetowe Konto Pacjenta bądź aplikację mojeIKP, można się w łatwy sposób zarejestrować. Wolne terminy, które mamy w e-rejestracji, to 340 188 wizyt. Mamy taką liczbę slotów, na które dokładnie w tym momencie każdy z państwa może się zapisać – wskazuje.

Coraz większą rolę odgrywają również przypomnienia o badaniach. Centrum e-Zdrowia wysłało w sierpniu i wrześniu setki tysięcy wiadomości SMS oraz powiadomień w aplikacji mojeIKP, zachęcających kobiety do umówienia mammografii.

Prof. Paweł Koczkodaj podkreśla, że regularne zaproszenia i przypomnienia mogą być szczególnie ważne dla kobiet, które dotychczas nie korzystały z badań przesiewowych.

– Każda kobieta ma też prawo do przypomnienia, to znaczy do przypomnienia o badaniu profilaktycznym. I to jest coś, o czym mówimy już bardzo długo, czyli o zaproszeniach na badania przesiewowe, które zaczynają powracać. Te zaproszenia zaczynają powracać w formie elektronicznej, wiadomości push, wiadomości SMS – zaznacza.

Wcześnie wykryty rak piersi to często mniej obciążające leczenie

Za każdą decyzją o wykonaniu mammografii stoi coś znacznie ważniejszego niż kolejny termin w kalendarzu. Wczesne wykrycie nowotworu może oznaczać większe szanse na wyleczenie, mniej rozległą operację i szybszy powrót do codziennych aktywności.

Jak wyjaśnia prof. Zbigniew Nowecki, kierownik Kliniki Nowotworów Piersi i Chirurgii Rekonstrukcyjnej NIO-PIB, w przypadku niewielkich guzów, przy odpowiednich wskazaniach klinicznych, możliwe jest zastosowanie leczenia oszczędzającego pierś, połączonego z biopsją węzła wartowniczego.

– Pacjentki, które przychodzą z wczesnym rozpoznaniem, leczą się szybko, szybko dochodzą do zdrowia i wracają do normalnego życia. Około 80% nowotworów rozpoznawanych u naszych pacjentek to nowotwory hormonozależne. Jeśli guz ma wielkość 2–3 centymetrów, przy średniej wielkości piersi standardową operacją, którą wykonujemy, jest wycięcie guza i jednoczesne wykonanie biopsji węzła wartowniczego. To jest taki złoty standard – tłumaczy profesor. 

Dalsze postępowanie zależy od biologii nowotworu, jego zaawansowania i indywidualnej sytuacji pacjentki. Może obejmować radioterapię, hormonoterapię lub inne leczenie systemowe.

„Żeby badania profilaktyczne weszły nam w krew, a nie rak”

O tym, jak wiele znaczy szybka reakcja na niepokojącą zmianę, mówi również Joanna Górska, dziennikarka i założycielka Fundacji Silni Sobą, u której w 2017 roku rozpoznano trójujemnego raka piersi.

Podczas rodzinnego urlopu wyczuła niewielką, siedmiomilimetrową zmianę między pachą a piersią. Choć początkowo nie wydawała się ona groźna, nie zignorowała jej i szybko zgłosiła się do lekarza.

– Robiłam regularne badania, ale też samokontrolę i samobadanie swojego ciała. Dzięki temu, będąc na urlopie z rodziną, w zupełnie przypadkowy sposób wyczułam coś pod pachą, właściwie nie pod pachą, tylko między pachą a piersią. Myślałam, że to nic takiego, miało 7 milimetrów. Poszłam, zbadałam, okazało się, że bardzo agresywny, trójujemny rak piersi. I dzięki temu, że miałam rękę na pulsie, naprawdę tutaj z państwem jestem i żyję – opowiada.

Jej doświadczenie przypomina, że znajomość własnego ciała i reagowanie na niepokojące objawy są ważne, ale nie zastępują regularnych badań przesiewowych. Mammografia pozwala bowiem wykrywać również zmiany, których kobieta nie jest w stanie sama zauważyć.

Joanna Górska zwraca też uwagę na strach, który często towarzyszy myśleniu o badaniach. Lęk przed diagnozą jest naturalny, ale odkładanie wizyty nie sprawia, że potencjalny problem znika.

– Ale iść mimo strachu i obawy to jest rzeczywiście duża sprawa i należy walczyć, żeby każdy z nas rzeczywiście pomyślał sobie, jak dużo będzie miał spokoju w momencie, kiedy dostanie wyniki świadczące o tym, że jest zdrowy – mówi.

Jej apel jest prosty: rozmawiajmy o profilaktyce, zachęcajmy bliskie nam kobiety do badań i nie pozwólmy, by codzienne obowiązki zawsze były ważniejsze niż własne zdrowie.

Bo troska o siebie nie jest egoizmem. Jest szansą na to, żebyśmy mogły jak najdłużej być obecne w życiu tych, których kochamy – i realizować także własne plany.

Jak mówi Joanna Górska: „Żeby badania profilaktyczne weszły nam w krew, a nie rak”.

Źródło: Konferencja „Rak piersi – profilaktyka, postęp, przyszłość”, 9 października 2026 r., Narodowy Instytut Onkologii – PIB w Warszawie. Organizatorzy: Narodowy Instytut Onkologii – PIB i Polskie Towarzystwo Onkologii Klinicznej. Wypowiedzi uczestników panelu „Profilaktyka raka piersi – badania przesiewowe, ocena ryzyka i wczesne wykrywanie” oraz wystąpienia otwierające konferencję.

Opracowanie: redakcja Medicalpress

Nowy system, inny zakres obowiązków, reorganizacja zespołu. W pracy regularnie pojawiają się sytuacje, które wymagają odnalezienia się w nowych warunkach. Część z nich wiąże się również z potrzebą zdobycia kolejnych umiejętności i rosnącą presją. 10 października, w Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego, eksperci zwracają uwagę na wpływ ciągłej adaptacji na pracowników oraz na to, jak wspierać zespoły w dynamicznym środowisku.

Praca nie stoi w miejscu

Jak często trzeba dziś przestawiać się na nowe warunki, pokazuje globalne badanie Deloitte 2026 Global Human Capital Trends. Co trzeci badany pracownik deklarował, że w ciągu roku doświadczył 15 dużych zmian związanych z pracą. Deloitte wymienia wśród nich m.in. zmieniające się oczekiwania klientów, modyfikacje strategii i modeli biznesowych oraz zmiany związane ze sztuczną inteligencją i innymi technologiami.¹

Wysiłki, jakie pracownicy podejmują, aby dostosować się do tak intensywnego tempa zmian, mają negatywne konsekwencje, takie jak spadek poziomu dobrostanu – wskazywany przez 68 proc. respondentów – i zaangażowania – 50 proc. – a także wzrost obciążenia pracą, na który wskazało 60 proc. badanych.¹

– Sama zmiana nie jest czymś złym. Może oznaczać awans, nową rolę albo sposób pracy, który docelowo okaże się lepszy. Każda zmiana wymaga od nas jednak wysiłku – mobilizuje nas do wyjścia z utartych schematów i nauki nowych kompetencji, co może prowadzić do dodatkowego obciążenia, także psychicznego. I właśnie tutaj na znaczeniu zyskuje rezyliencja, czyli zdolność do odzyskiwania równowagi w procesie adaptowania się do nowych warunków. Nie buduje się jej jednak dopiero wtedy, kiedy pojawia się kolejna zmiana. Łatwiej odnajdujemy się w nowych sytuacjach, kiedy na co dzień mamy dobre podstawy do funkcjonowania i przestrzeń na regenerację oraz rozwój. W dynamicznie zmieniającym się środowisku pracy znaczenie ma więc również to, czy mamy stały dostęp do wiedzy i wsparcia – mówi dr hab. n. med. Andrzej Silczuk, psychiatra i ekspert Multi.Life.

Rozwój jest nieodłącznym elementem zmiany

Badanie Multi.Life wskazuje, że 82 proc. pracujących Polaków uznaje rozwój umiejętności za priorytet, a 90 proc. oczekuje wsparcia w rozwoju ze strony firmy. Jednocześnie co trzeci pracownik nie brał udziału w minionym roku w żadnych inicjatywach rozwojowych.²

– Rozwój z jednej strony może być wynikiem zmian, ale powinien też je wyprzedzać. Stała możliwość rozwoju jest jednym z elementów budowania odporności w sytuacji zmiany. Jeśli możemy rozwijać się elastycznie i w sposób dopasowany do swoich potrzeb, w różnych obszarach – nie tylko kompetencji zawodowych, ale też np. odporności na stres czy kondycji fizycznej – mamy lepszą bazę do radzenia sobie z nowymi wyzwaniami. W efekcie sama zmiana może być dla nas mniej obciążająca – podkreśla Andrzej Silczuk.

Potrzeby związane z rozwojem obejmują przy tym bardzo różne obszary. W badaniu Multi.Life 43 proc. Polaków wskazało, że chciałoby nauczyć się lepiej dbać o zdrowie fizyczne, 36 proc. – budować odporność psychiczną, a 31 proc. – rozwijać kompetencje związane z nowymi technologiami.²

– Ludzie chcą się rozwijać, ale nie każda potrzeba oznacza konieczność dokładania kolejnego kilkugodzinnego szkolenia do kalendarza. Czasem potrzebny jest pełny kurs, a czasem konkretna wiedza właśnie wtedy, kiedy pojawia się nowe zadanie albo odpowiedzialność. Dlatego znaczenie ma nie tylko to, czy pracownik ma dostęp do rozwoju i wsparcia, ale również czy może dopasować ich formę i moment do własnej sytuacji – mówi Izabela Nasiłowska-Włodarek, Business Development Director w Benefit Systems.

Podobny kierunek opisuje Deloitte. Autorzy raportu zwracają uwagę, że rozwój i dostosowywanie się do nowych warunków coraz częściej powinny być włączane w samo doświadczenie pracy, zamiast funkcjonować jako dodatkowe zadanie realizowane obok codziennych obowiązków. Wśród sposobów integrowania nauki z codzienną pracą Deloitte wskazuje m.in. praktyczne doświadczenia, coaching koleżeński oraz krótkie materiały i wskazówki dostępne wtedy, kiedy pojawia się konkretna potrzeba.¹

– Taką elastyczność staramy się zapewniać również w Multi.Life. W jednym miejscu pracownik ma dostęp do materiałów eksperckich i kursów w różnych formatach audio i wideo, w tym treści podzielonych na kilkuminutowe odcinki, a także do konsultacji online z ekspertami z obszaru zdrowia, dobrostanu oraz rozwoju osobistego i zawodowego. Może korzystać z nich w dogodnym dla siebie czasie, przerwać kurs i wrócić do niego później. Dzięki temu rozwój może łatwiej wpisać się w codzienność, zamiast stawać się kolejnym sztywnym punktem w kalendarzu – dodaje Izabela Nasiłowska-Włodarek.

Zdrowie psychiczne na co dzień

Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego obchodzony jest 10 października. Według WHO służy zwiększaniu świadomości dotyczącej zdrowia psychicznego oraz mobilizowaniu działań na rzecz wsparcia.³

– Zdrowie psychiczne nie zaczyna się dopiero w momencie kryzysu. Wcześniej jest codzienne funkcjonowanie – to, jak radzimy sobie z obowiązkami, jak reagujemy na nowe wymagania i ile mamy przestrzeni, żeby się do nich dostosować. Rolą pracodawcy nie jest zatrzymanie świata w miejscu ani sprawienie, żeby pracownik nigdy nie doświadczał stresu. Nie jest nią również przejmowanie odpowiedzialności za jego zdrowie. Może natomiast ułatwić dostęp do rzetelnej wiedzy i profesjonalnego wsparcia. Adaptacja jest naturalną częścią życia, również zawodowego. Dobrze jednak wiedzieć, gdzie można szukać pomocy, zanim trudniejszy moment przerodzi się w poważniejszy problem – podsumowuje Andrzej Silczuk.

Źródła:

¹ Deloitte, 2026 Global Human Capital Trends, „Creating an adaptable workforce”, 2026; Deloitte, „Change fatigue, the new challenge faced by employees globally”, 2026.

² Badanie wykonane na zlecenie marki Multi.Life, Ogólnopolski Panel Badawczy Ariadna, 28-30 grudnia 2025 r.

³ World Health Organization, World Mental Health Day 2026.

Tegoroczny Światowy Dzień Wzroku, obchodzony 8 października w ramach kampanii #LoveYourEyes, zwraca uwagę na szerszy wymiar troski o zdrowie oczu. Dbanie o wzrok nie jest wyłącznie kwestią medyczną, ma również znaczenie społeczne i ekonomiczne. To inwestycja w edukację, aktywność zawodową i rozwój gospodarczy. Według danych z raportu IAPB (Międzynarodowej Agencji do Zapobiegania Ślepocie, która jest jednym z organizatorów Światowego Dnia Wzroku), na każdy 1 dolar zainwestowany w sześć priorytetowych obszarów zdrowia wzroku może przypadać aż 28 dolarów zwrotu. Takie spojrzenie na opiekę okulistyczną będzie szczególnie istotne w najbliższych miesiącach, gdy światowy sektor zdrowia przygotowuje się do pierwszego Globalnego Szczytu na rzecz Zdrowia Oczu (Global Summit for Eye Health), zaplanowanego na listopad 2026 roku.

Pięć lat #LoveYourEyes

Kampania #LoveYourEyes została zainicjowana w 2021 roku przez IAPB jako wezwanie do większej troski o zdrowie wzroku. W ciągu pięciu lat projekt przerodził się w międzynarodowy ruch angażujący decydentów, organizacje, ekspertów, miejsca pracy, szkoły i społeczności. Jego przekaz pozostaje prosty: zdrowie oczu ma znaczenie dla każdego człowieka, a troska o wzrok powinna być częścią codziennej profilaktyki i publicznej debaty.

Jak podkreśla Caroline Casey[1], prezeska IAPB, #LoveYourEyes nigdy nie miało być kampanią ograniczoną do jednego dnia czy roku. Jej celem było budowanie trwałego impulsu do zmiany: od zwiększania świadomości społecznej po zwracanie uwagi decydentów na znaczenie zdrowia wzroku. Pięć lat wspólnych działań stworzyło fundament pod kolejny ważny etap, jakim jest Globalny Szczyt na rzecz Zdrowia Oczu, który odbędzie się 2 listopada, na terenie Antigui i Barbudy. W wydarzeniu mają uczestniczyć przedstawiciele rządów, organizacji międzynarodowych, sektora prywatnego i społeczeństwa obywatelskiego. Jego celem jest wypracowanie konkretnych zobowiązań dotyczących finansowania, polityk publicznych i krajowych działań na rzecz powszechnego dostępu do opieki okulistycznej.

Każdy dolar zainwestowany we wzrok może przynieść 28 dolarów zwrotu gospodarczego

Jednym z najmocniejszych argumentów przemawiających za traktowaniem zdrowia oczu jako inwestycji są dane przedstawione przez IAPB we współpracy z Seva Foundation i Fred Hollows Foundation. Wskazują one, że realizacja działań w sześciu priorytetowych obszarach zdrowia oczu może przynieść zwrot gospodarczy w wysokości 28 dolarów za każdego zainwestowanego dolara[2]. Skala potencjalnych korzyści jest jeszcze większa. Inwestycja rzędu 7,1 mld USD właśnie w te sześć priorytetowych obszarów, obejmujących m.in. badania przesiewowe i okulistyczne w społecznościach lokalnych, dostęp do okularów (zarówno do czytania, jak i korekcyjnych) oraz zwiększenie skali operacji zaćmy, mogłaby w ciągu zaledwie pięciu lat (2026–2030) przynieść wzrost produktywności o wartości 199 mld USD. W szerszej perspektywie, objęcie odpowiednią opieką 1 mld osób żyjących z możliwą do uniknięcia utratą wzroku mogłoby wygenerować 447 mld dolarów korzyści dla światowej gospodarki rocznie[3]. Wśród efektów wymieniane są m.in. większa liczba osób aktywnych zawodowo, dodatkowe lata edukacji oraz ograniczenie obciążenia związanego z nieodpłatną opieką.

Dane te zmieniają sposób, w jaki można mówić o profilaktyce wzroku. Dobre widzenie przekłada się na możliwość uczenia się, pracy, samodzielnego funkcjonowania i uczestniczenia w życiu społecznym. Inwestowanie w zdrowie oczu może więc przynosić korzyści nie tylko pojedynczym osobom, ale także całym społecznościom i gospodarkom.

Profilaktyka zaczyna się od codziennych wyborów

Globalne dane pokazują skalę wyzwania, ale troska o wzrok zaczyna się na poziomie indywidualnym. Regularne badania pozwalają nie tylko kontrolować ostrość widzenia, lecz także odpowiednio wcześnie wychwycić niepokojące zmiany. Równie istotne jest reagowanie na pierwsze symptomy problemów ze wzrokiem oraz świadome dbanie o oczy w środowisku, w którym ekrany stały się stałym elementem nauki, pracy i odpoczynku.

Zdrowie oczu warto traktować podobnie jak inne obszary profilaktyki. Nie należy czekać na moment, w którym problem zacznie wyraźnie utrudniać codzienne funkcjonowanie. Regularne badania wzroku, zwracanie uwagi na pierwsze objawy, takie jak pogorszenie ostrości widzenia, częste mrużenie oczu, bóle głowy czy zmęczenie oczu, a także odpowiednie nawyki higieny pracy wzrokowej np. podczas korzystania z ekranów, to proste działania, które pomagają świadomie dbać o wzrok – mówi Sylwia Kijewska, optometrystka, ekspertka HOYA Lens Poland.

W cyfrowym świecie szczególnego znaczenia nabiera także równowaga: warto robić regularne przerwy od patrzenia na przedmioty znajdujące się blisko, zmieniać odległość, z której obserwujemy ekran oraz pamiętać o czasie spędzanym na zewnątrz.

Profilaktyka nie jest jednorazowym działaniem, ale procesem, który powinniśmy wpisać w naszą codzienną rutynę. Z punktu widzenia higieny wzroku korzystne jest łączenie aktywności fizycznej, światła dziennego i patrzenia na bardziej oddalone obiekty. Podczas nauki czy korzystania z ekranu warto również pamiętać o odpowiedniej odległości od urządzenia, właściwym oświetleniu i regularnych przerwach. Takie proste zasady nie wymagają dużych zmian w codziennym planie dnia, a pomagają zadbać o zdrowie oczu – dodaje Sylwia Kijewska, optometrystka, ekspertka HOYA Lens Poland.

Zdrowy wzrok jako inwestycja w przyszłość

Światowy Dzień Wzroku przypomina nam o dwóch wymiarach troski o zdrowie oczu. Pierwszy jest bardzo osobisty: należy regularnie badać wzrok, reagować na niepokojące symptomy i świadomie dbać o oczy każdego dnia. Drugi ma wymiar społeczny: warto dostrzec, że zdrowie oczu jest inwestycją, która może przynosić wymierne korzyści całym społecznościom. Właśnie w tym znaczeniu #LoveYourEyes jest czymś więcej niż hasłem kampanii. To wezwanie do działania, którego znaczenie wykracza poza jeden dzień.


[1] Love your eyes by The International Agency for the Prevention of Blindness, Campaign Wrap, Report 2025. https://assets.nationbuilder.com/iapb/pages/83/attachments/original/1769584985/IAPB-World-Sight-Day-2025-Campaign-Report.pdf?1769584985

[2] Tamże.

[3] Stern J., The Value of Vision: The case for investing in eye health, IAPB Vision Atlas. https://visionatlas.iapb.org/news/the-value-of-vision-the-case-for-investing-in-eye-health/

źródło: mat. prasowe

Kefir na Kaukazie, matzoon w Armenii, dahi na subkontynencie indyjskim, jogurt na Bałkanach – na długo przed pojawieniem się kapsułek i saszetek z probiotykami ludzie wykorzystywali mikroorganizmy do fermentowania mleka. Nie wiedzieli jeszcze, czym jest mikrobiota, gatunek czy szczep bakterii. Wiedzieli natomiast, że mleko poddane fermentacji zmienia smak, konsystencję i trwałość. Dziś potrafimy zajrzeć znacznie głębiej: zidentyfikować konkretny mikroorganizm, określić szczep i policzyć żywe komórki. I właśnie dlatego wybór współczesnego probiotyku może okazać się bardziej skomplikowany, niż sugeruje apteczna półka.

Skala tego rynku jest duża. Z opublikowanej w 2025 roku analizy danych pochodzących z reprezentatywnego badania 5006 dorosłych Polaków w wieku 18–64 lat wynika, że 39,1 proc. respondentów regularnie stosowało suplementy diety w ciągu trzech miesięcy poprzedzających badanie, a kolejne 31,5 proc. sięgało po nie okazjonalnie. Łącznie to 70,6 proc. badanych. Tylko 11,4 proc. osób przyjmujących suplementy deklarowało, że wszystkie zostały zalecone przez lekarza, a 22,7 proc. – że lekarz zalecił część z nich.

W przypadku probiotyków konsument spotyka się dodatkowo z językiem, którego na co dzień właściwie nie używa: łacińskimi nazwami bakterii, kodami szczepów oraz liczbami wyrażonymi w miliardach CFU. Zdaniem Viktora Balabanova z Narex właśnie tutaj warto zmienić kolejność zadawanych pytań.

– „Na półce najłatwiej porównać to, co najbardziej rzuca się w oczy: 5, 10 czy 20 miliardów bakterii. Tyle że w przypadku probiotyków nie wystarczy wiedzieć, ile bakterii zawiera produkt. Najpierw trzeba sprawdzić, jaki gatunek bakterii zawiera, a przede wszystkim – jaki konkretny szczep”– mówi Viktor Balabanov, przedstawiciel Narex.

Od tradycji fermentacji do precyzyjnej mikrobiologii

Historia jest znacznie starsza niż współczesny rynek suplementów. Badania naczyń znalezionych na terenie dzisiejszej Polski dostarczyły bezpośrednich chemicznych dowodów przetwarzania mleka na ser już w VI tysiącleciu p.n.e. Fermentowane produkty mleczne rozwijały się później w różnych kulturach niezależnie od siebie. Kefir jest tradycyjnie związany z Kaukazem, matzoon z Armenią, a dahi pozostaje tradycyjnym fermentowanym produktem mlecznym subkontynentu indyjskiego.

Przez tysiące lat była to jednak przede wszystkim wiedza praktyczna. Kolejną porcję produktu często zaszczepiano częścią poprzedniej, nie wiedząc jeszcze, jakie dokładnie mikroorganizmy odpowiadają za fermentację. Współczesna mikrobiologia pozwala ten proces rozłożyć na czynniki pierwsze.

– Korzystanie z fermentowanych produktów nie zaczęło się wraz z pojawieniem się probiotyków w aptece. Ludzie robili to od setek, a właściwie tysięcy lat. Dziś różnica polega na tym, że potrafimy znacznie dokładniej określić, jakie mikroorganizmy biorą udział w tym procesie i z jakim konkretnie szczepem mamy do czynienia – mówi Viktor Balabanov.

To rozróżnienie jest istotne także z innego powodu: produkt fermentowany i probiotyk nie są synonimami. Panel ekspertów ISAPP definiuje żywność fermentowaną jako żywność powstałą w wyniku pożądanego wzrostu mikroorganizmów i enzymatycznych przemian składników. Probiotyk wymaga natomiast konkretnych, żywych mikroorganizmów podawanych w odpowiedniej ilości, dla których wykazano korzyść zdrowotną. Jogurt, kefir czy kiszonka mogą więc zawierać żywe kultury, ale nie każdy fermentowany produkt można z tego powodu nazywać probiotykiem.

Najpierw szczep. Dopiero później miliardy

Na etykiecie probiotyku można znaleźć np. nazwę Lactobacillus acidophilus. Pierwszy człon określa rodzaj, drugi – gatunek. To jednak jeszcze nie koniec identyfikacji.

W obrębie tego samego gatunku występują różne szczepy. Można je potraktować jak kolejne, znacznie dokładniejsze oznaczenie mikroorganizmu. Dlatego za nazwą gatunku pojawia się kod złożony z liter i cyfr.

I właśnie na tym rozróżnieniu Narex chce opierać edukację konsumentów: nie traktować słowa „probiotyk” jako informacji wystarczającej samej w sobie, lecz sprawdzać, jaki konkretnie mikroorganizm znajduje się w preparacie.

Nie jest to wyłącznie kwestia technicznego nazewnictwa. Informacje o właściwościach probiotyku wynikające z badań dotyczą określonych mikroorganizmów i określonych dawek. Nie powinno się więc automatycznie przypisywać wyników dotyczących jednego szczepu wszystkim innym szczepom należącym do tego samego gatunku. NIH (Narodowych Instytutów Zdrowia) również podkreśla, że potencjalne korzyści zależą zarówno od konkretnych mikroorganizmów, jak i ich ilości.

– W przypadku probiotyków nazwa gatunku to dopiero początek informacji. Jeśli dane naukowe dotyczą konkretnego szczepu stosowanego w określonej dawce, nie powinniśmy automatycznie przenosić tych wyników na inne szczepy tego samego gatunku. Dlatego przy wyborze warto sprawdzić nazwę gatunku, oznaczenie szczepu i ilość mikroorganizmów w zalecanej porcji, a nie kierować się wyłącznie największą liczbą na opakowaniu – mówi Tomasz Kolipiński, dietetyk kliniczny.

10 miliardów CFU. Dużo, ale czego?

Dopiero w tym miejscu warto przejść do liczby, którą producenci często eksponują na opakowaniu.

CFU to skrót od angielskiego colony-forming units – jednostek tworzących kolonie. W praktyce jest to sposób wyrażania liczby żywych mikroorganizmów zdolnych do namnażania się w odpowiednich warunkach. Dlatego na opakowaniach probiotyków możemy zobaczyć np. 1 miliard, 10 miliardów czy nawet kilkadziesiąt miliardów CFU w porcji.

Duża liczba działa na wyobraźnię, ale CFU nie jest rankingiem jakości. NIH wprost zaznacza, że produkt zawierający więcej CFU nie musi zapewniać większych korzyści niż produkt o niższej liczbie. Znaczenie ma jednocześnie to, jaki szczep znajduje się w preparacie oraz w jakiej ilości był badany.

Liczba CFU podana na opakowaniu określa minimalną liczbę żywych mikroorganizmów zdolnych do tworzenia kolonii, którą producent gwarantuje do końca okresu przydatności produktu. Uwzględnia więc ewentualny spadek ich liczby podczas przechowywania.

I właśnie tutaj dobrze domyka się zasada, na której Narex chce budować rozmowę o probiotykach: najpierw identyfikacja szczepu, później liczba CFU, a następnie sposób stosowania i warunki przechowywania.

Narine – kiedy ciąg liter i cyfr ma własną historię

Dobrym przykładem tego, po co w ogóle potrzebny jest kod szczepu, jest Narine.

W produktach Narex stosowany jest Lactobacillus acidophilus Er 317/402 Narine. Lactobacillus to rodzaj, acidophilus – gatunek, natomiast Er 317/402 pozwala wskazać konkretny szczep. Dokumentacja Narex wiąże jego historię z pracami ormiańskiego mikrobiologa Levona Akopovicha Erzinkyana. W historii szczepu Narine ważną datą jest rok 1964, kiedy wydano jego paszport. Z czasem Narine wykorzystywano m.in. do przygotowywania fermentowanych produktów mlecznych.

– Właśnie dlatego tak dużo mówimy o szczepach. Er 317/402 nie jest ozdobnikiem na etykiecie ani marketingową nazwą. To identyfikator konkretnego szczepu Narine, który pozwala odróżnić go od innych szczepów Lactobacillus acidophilus. Jeśli chcemy naprawdę wiedzieć, jakie bakterie zawiera produkt probiotyczny, takich informacji powinniśmy szukać na jego etykiecie – mówi Viktor Balabanov.

Historia Narine ma przy tym ciekawą klamrę. Szczep może być wykorzystywany nie tylko w postaci preparatu zawierającego liofilizowane kultury, lecz również jako kultura do fermentacji mleka. Wracamy więc do punktu wyjścia – fermentowanego produktu przygotowywanego w domu – z tą różnicą, że zamiast nieokreślonej mieszaniny mikroorganizmów można użyć konkretnego, zidentyfikowanego szczepu.

Co naprawdę warto sprawdzić na opakowaniu?

Jeżeli więc mamy przed sobą kilka probiotyków, sama informacja „10 miliardów bakterii” niewiele jeszcze rozstrzyga. Warto sprawdzić:

Nie wszystkie informacje znajdziemy jednak na opakowaniu. Dokumentacji dotyczącej konkretnego szczepu warto szukać w wiarygodnych źródłach i publikacjach naukowych. Nie należy przy tym zakładać, że wyniki badań jednego szczepu odnoszą się również do innych bakterii o podobnej nazwie.

Przez tysiące lat człowiek wiedział, że odpowiednio prowadzona fermentacja działa, choć nie potrafił jeszcze zobaczyć jej głównych bohaterów. Dzisiaj potrafimy ich nazwać niemal „po imieniu”. I właśnie tę zmianę Narex chce wykorzystać w edukacji o probiotykach: zamiast pytać wyłącznie „ile bakterii?”, zacząć od pytania „jaki szczep?”.

Źródła danych: R. Sierpiński, M. Jankowski, F. Raciborski, A. Kamińska, Sociodemographic differences in the use of dietary supplements in a representative sample of adults in Poland—a secondary analysis, „Frontiers in Nutrition”, 2025. M. Salque, P.I. Bogucki, J. Pyzel i in., Earliest evidence for cheese making in the sixth millennium BC in northern Europe, „Nature”, 2013.  M.L. Marco i in., The International Scientific Association for Probiotics and Prebiotics (ISAPP) consensus statement on fermented foods, „Nature Reviews Gastroenterology & Hepatology”, 2021. NIH Office of Dietary Supplements, Probiotics – Consumer oraz Probiotics – Health Professional Fact Sheet.

Viktor Balabanov jest przedsiębiorcą zaangażowanym w rozwój i dystrybucję produktów probiotycznych na rynku polskim. Jako przedstawiciel ProBiomarket Sp. z o.o. rozwija markę Narex i odpowiada za promocję produktów z probiotykiem Narine, zawierającym szczep Lactobacillus acidophilus n.v. Er 317/402.

źródło: komunkat prasowy

Każdego roku w Polsce raka piersi rozpoznaje się u około 22 tys. kobiet. Tymczasem wczesne wykrycie nowotworu daje duże szanse na skuteczne leczenie, a bezpłatna mammografia jest dostępna dla kobiet w wieku 45–74 lat. Październik, Miesiąc Świadomości Raka Piersi, to okazja, by przypomnieć, że profilaktyki nie warto odkładać na później. Tym bardziej że współczesna onkologia oferuje coraz więcej możliwości leczenia, dostosowanych do potrzeb pacjentek i ich planów życiowych.

O znaczeniu badań profilaktycznych, przełamywaniu lęku przed diagnozą oraz postępach w leczeniu raka piersi mówili eksperci, parlamentarzyści i przedstawiciele środowiska pacjenckiego podczas konferencji prasowej zorganizowanej 8 października 2026 roku w Sejmie z inicjatywy wicemarszałkini Moniki Wielichowskiej. Spotkanie odbyło się w ramach obchodów Różowego Października i było okazją do wspólnego apelu o regularne wykonywanie badań.

– Październik jest miesiącem szczególnym, kiedy głośniej i więcej mówimy o profilaktyce i raku piersi. Każdego roku w Polsce odnotowuje się 22 tysiące nowych zachorowań i 7 tysięcy zgonów z powodu raka piersi. To oznacza, że każdego dnia około 60 kobiet dowiaduje się o chorobie, a prawie 20 umiera z jej powodu. Dlatego apeluję do wszystkich kobiet: nie odkładajcie siebie na później – podkreślała Monika Wielichowska, wicemarszałkini Sejmu.

Mammografia pozwala wykryć chorobę, zanim pojawią się objawy

Rak piersi pozostaje jednym z najpoważniejszych wyzwań zdrowia publicznego. Choć znane są czynniki zwiększające ryzyko zachorowania, nie u każdej pacjentki można wskazać konkretną przyczynę rozwoju nowotworu. Dlatego tak ważne są badania przesiewowe, które umożliwiają wykrywanie zmian na wczesnym etapie, również u kobiet niemających żadnych niepokojących objawów.

Na ten aspekt zwrócił uwagę prof. Paweł Koczkodaj, kierownik Pracowni Prewencji Pierwotnej, przywołując dane Światowej Organizacji Zdrowia dotyczące czynników ryzyka raka piersi.

– Światowa Organizacja Zdrowia podkreśla, że w przypadku około 80 proc. zachorowań na raka piersi nie jesteśmy w stanie wskazać, jakie czynniki ryzyka zadziałały, poza dwoma istotnymi – wiekiem i płcią. To pokazuje, jak ważna jest profilaktyka wtórna, czyli regularne wykonywanie mammografii i udział w badaniach przesiewowych – mówił prof. Paweł Koczkodaj.

Ekspert przypomniał również o Europejskim Kodeksie Walki z Rakiem, zawierającym 14 opartych na dowodach naukowych zaleceń dotyczących ograniczania ryzyka zachorowania na nowotwory. Jednym z nich jest uczestnictwo w zalecanych badaniach przesiewowych.

Istotne jest przy tym zrozumienie, że na mammografię nie należy czekać do momentu pojawienia się bólu, wyczuwalnego guzka czy innych niepokojących zmian.

– Na badania przesiewowe zgłaszamy się jako osoby, które nie mają objawów choroby, i w większości przypadków dowiadujemy się, że wszystko jest w porządku. Pamiętajmy jednak, że przesiew ma za zadanie wyłowić osoby, u których choroba znajduje się na bardzo wczesnym etapie. Chodzi o to, aby ograniczyć jej skutki zdrowotne, przede wszystkim dla kobiety, ale także dla całego systemu ochrony zdrowia – wyjaśniał prof. Paweł Koczkodaj.

Wczesne rozpoznanie zwiększa możliwości skutecznego leczenia, a w wielu przypadkach pozwala również ograniczyć jego zakres i konsekwencje zdrowotne. Dlatego regularna mammografia pozostaje jednym z najważniejszych narzędzi profilaktyki wtórnej raka piersi.

Bezpłatna mammografia – dla kogo i jak się zapisać?

W Polsce kobiety w wieku 45–74 lat mogą korzystać z bezpłatnej mammografii w ramach programu profilaktyki raka piersi, bez konieczności uzyskania skierowania. Standardowo badanie wykonuje się raz na dwa lata, choć w określonych sytuacjach medycznych może być zalecane częściej.

– W Polsce mamy zagwarantowany dostęp do bezpłatnych badań profilaktycznych w kierunku raka piersi. Podstawowym badaniem jest mammografia, która obecnie przysługuje każdej ubezpieczonej Polce w wieku od 45 do 74 lat. W przypadku kobiet, które nie mają dodatkowych czynników ryzyka, wystarczy wykonywać ją raz na 24 miesiące – wyjaśniała Beata Janik, kierownik programu profilaktyki raka piersi.

Na mammografię można zapisać się poprzez centralną e-rejestrację, korzystając z Internetowego Konta Pacjenta lub aplikacji mojeIKP. Nadal możliwa jest także rejestracja bezpośrednio w placówkach wykonujących badania.

Podczas konferencji przypomniano, że dostępnych jest kilkaset tysięcy wolnych terminów na mammografię. 

Sama dostępność badań nie wystarczy jednak, jeśli kobiety nie zdecydują się z nich skorzystać.

– Mamy Różowy Październik, mamy Rok Profilaktyki. Ale nie tylko w tym czasie musimy mówić i myśleć o profilaktyce. Musimy mówić o niej codziennie, a przede wszystkim musimy się badać. Jako kobieta, która przeszła raka piersi, mam do wszystkich kobiet szczególny apel: pamiętajcie, mammografia jest ważna – apelowała posłanka Katarzyna Stachowicz.

Posłanka zachęcała również do regularnej obserwacji własnych piersi i zwracania uwagi na wszelkie niepokojące zmiany. Podkreślała znaczenie wzajemnego przypominania o badaniach – mamom, babciom, siostrom, przyjaciółkom i koleżankom. Znajomość własnego ciała jest ważna, choć samobadanie nie zastępuje mammografii ani diagnostyki lekarskiej w przypadku pojawienia się objawów.

Badania muszą być bliżej kobiet. „Medycyna na kółkach”

Dostęp do mammografii to nie tylko liczba wolnych terminów, ale również możliwość dotarcia do miejsca, w którym można wykonać badanie. Dla części kobiet, szczególnie mieszkających w mniejszych miejscowościach, problemem może być odległość od placówki, brak dogodnego transportu czy konieczność organizowania wyjazdu do większego miasta.

Na te bariery zwróciła uwagę posłanka Katarzyna Piekarska, opowiadając się za rozwojem mobilnych punktów diagnostycznych.

– Stawiam na medycynę na kółkach i będę o nią walczyć. Jeżeli mammobus czy cytomammobus dojedzie do małej miejscowości, to kobiety będą mogły po prostu się zbadać. Czasami sama logistyka, zorganizowanie samochodu i dojazd do większego miasta, zwłaszcza gdy nie ma połączenia autobusowego, stanowi duży problem – podkreślała Katarzyna Piekarska.

Mobilne pracownie mammograficzne mogą ułatwiać udział w programie profilaktycznym kobietom, dla których dojazd do stacjonarnej placówki stanowi istotną przeszkodę. To szczególnie ważne, ponieważ skuteczność programu przesiewowego zależy nie tylko od liczby dostępnych badań, lecz przede wszystkim od tego, ile uprawnionych kobiet rzeczywiście z nich korzysta.

„To nie badanie jest groźne”. Jak przełamać lęk przed diagnozą?

Jedną z przyczyn odkładania badań może być strach przed rozpoznaniem nowotworu. Obawa przed wynikiem, leczeniem i zmianami, jakie choroba może przynieść w życiu osobistym czy zawodowym, sprawia, że niektóre kobiety zwlekają z wizytą, nawet jeśli wiedzą, jak ważna jest profilaktyka.

Prof. Barbara Radecka, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej, podkreśliła, że współczesna onkologia daje znacznie większe możliwości skutecznego leczenia niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Zmieniło się również podejście do pacjentki – coraz większą uwagę poświęca się nie tylko samej chorobie, ale także jakości życia i przyszłości kobiety po zakończeniu terapii.

– W ostatnich kilkudziesięciu latach dokonał się ogromny postęp w onkologii, ale także zmiana podejścia do leczenia. W centrum naszej uwagi, nas klinicystów, nie jest już sama choroba, lecz pacjentka, jej plany i przyszłe życie. Zdajemy sobie sprawę, że rozpoznanie raka piersi jest bardzo trudnym i zwrotnym momentem w życiu każdej kobiety. Chcę jednak z całą mocą podkreślić, że współczesna onkologia bardzo dobrze radzi sobie z rakiem piersi, jeśli zostanie on rozpoznany wcześnie – podkreślała prof. Barbara Radecka.

Ekspertka przypomniała, że kobiety z rakiem piersi rozpoznanym na wczesnym etapie mają duże szanse na pełne wyleczenie i powrót do życia rodzinnego, społecznego oraz zawodowego. Ma to szczególne znaczenie także w kontekście zachorowań wśród młodszych kobiet.

Jednocześnie zaznaczyła, że nawet najbardziej zaawansowane metody leczenia nie zastąpią wczesnej diagnostyki.

– Medycyna nie zrobi wszystkiego sama. Potrzebujemy partnerstwa, potrzebujemy kobiet, które przyjdą na badania. Zdaję sobie sprawę, że wiele opóźnień w rozpoznaniu raka piersi wynika z lęku, ale musimy starać się ten lęk pokonać. Bo to nie badanie jest groźne. Groźna jest choroba, jeśli zostanie rozpoznana zbyt późno – podkreślała prof. Barbara Radecka.

– Diagnoza, nawet ta nie najlepsza, to nie jest koniec świata. To jest po prostu plan działania. Mamy wspaniałych lekarzy, a medycyna jest dzisiaj na bardzo wysokim poziomie. Jeżeli rak zostanie zdiagnozowany na wczesnym etapie, istnieje olbrzymia szansa na wyleczenie. Przecież mamy dla kogo żyć. Badajmy się dla tych, których kochamy – dodała posłanka Katarzyna Piekarska.

Nowoczesne leczenie raka piersi. Coraz więcej możliwości dla pacjentek

Rozpoznanie raka piersi oznacza dziś dostęp do wielu metod leczenia, które można dobierać w zależności od biologii nowotworu, stopnia zaawansowania choroby oraz indywidualnej sytuacji pacjentki. Obok chirurgii i radioterapii stosuje się m.in. chemioterapię, hormonoterapię, terapie celowane, a w określonych wskazaniach także immunoterapię.

Jak podkreśliła dr Katarzyna Pogoda, przewodnicząca Sekcji Raka Piersi Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej, polskie pacjentki mają obecnie dostęp do wielu nowoczesnych terapii, a w przypadku części z nich możliwości leczenia wypadają korzystnie również na tle krajów Europy Zachodniej.

– Jako onkolodzy musimy jasno powiedzieć, że dysponujemy bardzo nowoczesnymi terapiami, którymi możemy leczyć nasze pacjentki. Nawet jeśli zostanie wykryta choroba, mamy narzędzia dedykowane konkretnej chorej, które możemy zastosować. To nie tylko chemioterapia, ale także hormonoterapia i różne terapie celowane. Bardzo często dostęp do naszych terapii jest lepszy niż w krajach zachodnich i ta informacja również powinna uspokajać kobiety – podkreślała dr Katarzyna Pogoda.

Postęp terapeutyczny oznacza nie tylko zwiększanie skuteczności leczenia, ale także możliwość uwzględniania potrzeb pacjentek na różnych etapach życia. Szczególnym przykładem są młode kobiety, dla których diagnoza raka piersi może wiązać się z obawami o przyszłe macierzyństwo.

Dr Pogoda zwróciła uwagę, że dzięki dostępnym rozwiązaniom medycznym i programowi finansowanemu ze środków publicznych część pacjentek może zabezpieczyć płodność przed rozpoczęciem leczenia przeciwnowotworowego.

– Leczymy również coraz młodsze kobiety, ale te młode pacjentki mogą później zostać mamami. Mamy wiele kobiet, które dzięki rządowemu programowi mogą zabezpieczyć swoją płodność. Każda kobieta ma inne potrzeby i staramy się zapewnić jej odpowiednią opiekę – mówiła dr Katarzyna Pogoda.

Nie odkładaj zdrowia na później – nie tylko w październiku

Różowy Październik przypomina o profilaktyce raka piersi, ale troska o zdrowie nie powinna ograniczać się do jednego miesiąca w roku. Regularne badania, znajomość własnego ciała i reagowanie na niepokojące objawy są ważne niezależnie od kalendarza.

Współczesna medycyna oferuje coraz więcej możliwości skutecznego leczenia raka piersi, jednak ich pełne wykorzystanie zależy w dużej mierze od momentu rozpoznania choroby. Mammografia pozwala wykryć zmiany, zanim pojawią się objawy, a wczesna diagnoza daje większe szanse na wyleczenie.

– Zawsze mówimy, że nie mamy czasu. Mamy czas na wszystko, ale nie mamy czasu na siebie. „Nie odkładam zdrowia na później, badam się” – to bardzo ważne przesłanie, ponieważ w chorobach nowotworowych czas liczy się podwójnie. Nikt za nas nie wykona samobadania piersi, nikt za nas nie pójdzie na mammografię czy USG. Dlatego znajdźmy czas dla siebie – apelowała Monika Wielichowska.

Październik jest dobrym momentem, aby ten pierwszy krok rzeczywiście wykonać – sprawdzić termin ostatniej mammografii, zapisać się na kolejne badanie albo przypomnieć o nim bliskiej osobie. Bo profilaktyka to nie tylko świadomość zagrożenia, ale przede wszystkim konkretne działanie, które może pomóc zachować zdrowie i życie.

Źródło: Konferencja prasowa wicemarszałkini Sejmu Moniki Wielichowskiej poświęcona profilaktyce raka piersi, Sejm RP, 8 października 2026 r. Wypowiedzi uczestników konferencji.

Opracowanie: Redakcja Medicalpress

W Polsce co roku rozpoznaje się ponad 20 tys. przypadków raka piersi, a możliwości leczenia są dziś znacznie większe niż jeszcze kilka lat temu. Problemem pozostaje jednak niska zgłaszalność na mammografię, a wraz z rozwojem nowoczesnych terapii coraz większego znaczenia nabierają dostęp do odpowiedniej diagnostyki oraz zasoby kadrowe. Eksperci zwracają uwagę m.in. na potrzebę szerszego wykorzystania badań genetycznych i testów wielogenowych oraz monitorowania rosnącej liczby świadczeń realizowanych przez onkologów.

O aktualnej sytuacji w profilaktyce, diagnostyce i leczeniu raka piersi dyskutowano 6 października podczas wspólnego posiedzenia sejmowych podkomisji stałych do spraw zdrowia publicznego oraz do spraw onkologii. Dane Ministerstwa Zdrowia pokazują, że system dysponuje znacznym potencjałem badań przesiewowych i coraz większymi możliwościami terapeutycznymi. Jednocześnie z wypowiedzi ekspertów wyłaniają się kolejne wyzwania – od skutecznego dotarcia do kobiet kwalifikujących się do mammografii po zapewnienie diagnostyki pozwalającej optymalnie wykorzystać dostępne leczenie.

Tylko co trzecia uprawniona kobieta korzysta z mammografii

Rak piersi pozostaje jednym z najważniejszych wyzwań polskiej onkologii. Rocznie odnotowuje się około 21–22 tys. nowych zachorowań i około 6–7 tys. zgonów. Tymczasem zgłaszalność na mammografię w ramach programu profilaktycznego wynosiła 1 września 2026 roku niewiele ponad 32 proc. uprawnionej populacji kobiet.

W ostatnich latach zakres programu został rozszerzony. Od listopada 2023 roku z bezpłatnej mammografii mogą korzystać kobiety w wieku 45–74 lat, podczas gdy wcześniej program obejmował grupę 50–69 lat. Badania realizowane są również przez 78 mammobusów.

– W tej chwili głównym wyzwaniem pozostaje nie tyle brak dostępu do badań profilaktycznych czy do leczenia, ale zwiększenie udziału kobiet w badaniach profilaktycznych. Według stanu na 1 września 2026 roku z mammografii w ramach programu profilaktyki raka piersi skorzystało niewiele ponad 32 proc. uprawnionych kobiet – podkreślał Dawid Stachurski, zastępca dyrektora Departamentu Analiz i Strategii Ministerstwa Zdrowia. 

Skala niewykorzystanego potencjału programu jest duża. Na początku września w centralnej e-rejestracji dostępnych było 380 tys. wolnych terminów na mammografię w perspektywie kolejnych 90 dni. Według MZ praktycznie wszystkie placówki realizujące program profilaktyki raka piersi są już zintegrowane z centralną e-rejestracją. Pacjentka może zapisać się elektronicznie, ale nadal możliwa jest również rejestracja bezpośrednio w placówce.

– Celem kampanii „Profilaktyka – podaj dalej” jest zwiększenie udziału w badaniach profilaktycznych. Wydaje się, że jeśli chodzi o dostęp, zarówno pod względem technologicznym, jak i liczby świadczeniodawców, zrobiliśmy tyle, ile było możliwe. Są wolne terminy, są świadczeniodawcy – mówił przedstawiciel MZ. 

Wolne terminy to nie wszystko. Dlaczego kobiety się nie badają?

Duża liczba dostępnych terminów pokazuje, że przyczyn niskiej zgłaszalności nie można sprowadzać wyłącznie do fizycznego dostępu do mammografii. Problemem pozostaje skuteczne dotarcie do kobiet, przekonanie ich do udziału w badaniu i rozpoznanie barier, które mogą różnić się w zależności od wieku czy miejsca zamieszkania.

Ministerstwo wykorzystuje w tym celu m.in. komunikację elektroniczną. Według stanu na 25 września wysłano ponad 557 tys. SMS-ów oraz ponad 470 tys. powiadomień push. Do końca roku planowana jest wysyłka 1 mln 338 tys. SMS-ów oraz 892 tys. powiadomień push do kobiet posiadających aktywowane IKP, w zależności od wybranego kanału komunikacji.

Pozostaje jednak grupa kobiet, które nie korzystają z narzędzi cyfrowych. W ich przypadku MZ wskazuje przede wszystkim na rolę podstawowej opieki zdrowotnej. Placówki POZ mają obowiązek informowania pacjentów o dostępnych programach profilaktycznych. 

– Skuteczność działań informacyjnych będzie zależała od poszczególnych placówek. Nie w każdym podmiocie kampania informacyjna będzie realizowana równie skutecznie, ponieważ wiele zależy od osób, które tam pracują – mówił Dawid Stachurski. 

Istotnym wyzwaniem pozostaje również duże zróżnicowanie terytorialne zgłaszalności na badania. Pokazuje ono, że przyczyn niskiego uczestnictwa w programie warto szukać także na poziomie lokalnym – sprawdzając zarówno, co powstrzymuje kobiety przed wykonaniem mammografii, jak i jakie czynniki sprawiają, że w niektórych miejscach zgłaszalność jest wyższa. Pozwoliłoby to lepiej dopasowywać działania do potrzeb konkretnych grup kobiet i lokalnych uwarunkowań. 

Coraz więcej możliwości leczenia raka piersi

Profilaktyka jest jednak dopiero początkiem ścieżki. W 2025 roku wykonano 22 607 zabiegów chirurgicznych z powodu raka piersi, wobec 18 695 w 2022 roku. To wzrost o około 21 proc., związany również ze wzrostem liczby zachorowań.

Jednocześnie szybko rozwija się leczenie systemowe. W 2025 roku programem lekowym leczenia chorych na raka piersi objętych było 23 009 pacjentów, a jego roczny koszt wynosi około 1,7 mld zł.

Zdaniem dr Katarzyny Pogody, onkolog klinicznej reprezentującej Sekcję Raka Piersi Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej, sama liczba operacji nie pokazuje jednak rzeczywistej skali świadczeń, których potrzebują dziś pacjentki.

– Profilaktyka jest podstawą, zdecydowanie tak. Warto jednak przyjrzeć się również temu, co dzieje się dalej. Operacja jest tylko jednym, stosunkowo krótkim elementem leczenia pacjentek z rakiem piersi – mówiła dr Katarzyna Pogoda.

Ekspertka zwróciła uwagę, że możliwości refundacyjne w leczeniu raka piersi są obecnie bardzo szerokie, a dostęp do części nowoczesnych terapii wypada korzystnie również na tle niektórych krajów Europy Zachodniej. 

Istotną rolę w zapewnieniu pacjentkom jednakowego standardu opieki niezależnie od miejsca zamieszkania ma odgrywać Krajowa Sieć Onkologiczna.

– Rozwija się oczywiście Krajowa Sieć Onkologiczna i to jest niesamowita szansa dla nas, dla Polaków, żeby w każdym miejscu w Polsce było dostępne takie samo leczenie. Pracuję w Narodowym Instytucie Onkologii, ale przecież nie ma potrzeby, żeby wszystkie pacjentki przyjeżdżały do Instytutu, bo „mamy lepsze leki”. Właśnie o to chodzi w programie lekowym, żeby wszystkie terapie były dostępne w Polsce – podkreślała przedstawicielka Sekcji Raka Piersi PTOK.

Dodatkowym narzędziem mają być e-konsylia, dzięki którym specjaliści będą mogli wspierać decyzje terapeutyczne podejmowane również w innych ośrodkach. Rozwiązania te zwiększają możliwości systemu, ale jednocześnie wymagają odpowiednich zasobów kadrowych.

Jak zwracała uwagę dr Pogoda, rozwój możliwości terapeutycznych powinien iść w parze z monitorowaniem rosnącej liczby porad, podań leków i innych świadczeń realizowanych przez onkologów klinicznych oraz z odpowiednim planowaniem zasobów kadrowych. Tymczasem liczba onkologów w Polsce nie zwiększa się proporcjonalnie do rosnącej skali zadań związanych z leczeniem pacjentów.

Testy wielogenowe. Jedna z najtrudniejszych decyzji onkologa

Jednym z ważnych tematów dotyczących diagnostyki raka piersi pozostaje dostęp do testów wielogenowych, które mogą wspierać decyzję o zastosowaniu chemioterapii u odpowiednio wybranej grupy pacjentek z wczesnym rakiem piersi.

Obecnie testy te nie są finansowane w ramach świadczenia gwarantowanego. Jak poinformował przedstawiciel Ministerstwa Zdrowia, 13 kwietnia 2026 roku wydano negatywną rekomendację dotyczącą modelu świadczenia obejmującego testy Oncotype DX, MammaPrint i ProSigna. Nie oznacza to jednak, że dalsze prace zostały zakończone.

– To nie jest tak, że definitywnie zarzuciliśmy prace. Nie. Tylko musimy mierzyć siły na zamiary, a w zasadzie możliwości płatnika na to, co byśmy chcieli. – mówił Dawid Stachurski.

Według danych przedstawionych przez MZ średni koszt testu MammaPrint wynosi nieco ponad 11 tys. zł, a ProSigna około 9 tys. zł.

O dalsze prace nad dostępem do testów wielogenowych apelują onkolodzy. Jak podkreśla dr Katarzyna Pogoda, ich zastosowanie nie powinno dotyczyć wszystkich chorych, ale odpowiednio wybranej grupy pacjentek, u których wynik może pomóc w podjęciu jednej z najtrudniejszych decyzji w leczeniu wczesnego raka piersi – czy zastosować chemioterapię.

– Testy wielogenowe to nie jest jakieś narzędzie wymyślone, to naprawdę podstawa do nowoczesnej terapii tak starej metody leczenia jak chemioterapia. W gronie specjalistów powinniśmy wybrać taką wąską grupę pacjentek, która odniesie z ich zastosowania największą korzyść. To my, onkolodzy, stajemy przed dylematem, czy u kobiety zastosować chemioterapię, czy nie – podkreślała dr Katarzyna Pogoda.

Znaczenie tej decyzji wykracza przy tym poza sam okres prowadzenia terapii. Chemioterapia może wiązać się z długotrwałymi konsekwencjami zdrowotnymi, ale także z kosztami społecznymi i ekonomicznymi. Dlatego – zdaniem ekspertki – przy ocenie miejsca testów wielogenowych należy uwzględniać nie tylko koszt samego badania.

– To nie jest decyzja o leczeniu, które potrwa miesiąc. To leczenie, które może mieć skutki na całe życie. To również wydatek państwa na chemioterapię, zwolnienia lekarskie, a także leczenie odległych powikłań. Często kobiety nie wracają do formy, w której były przed leczeniem, dlatego patrzmy na ten temat całościowo – podkreślała dr Katarzyna Pogoda.

Dr Pogoda zaapelowała o kontynuowanie prac nad dostępem do testów wielogenowych, wskazując również na możliwość rozpoczęcia ich od pilotażu.

„Nie ma już onkologii bez badań genetycznych”

Testy wielogenowe są tylko jednym z elementów znacznie szerszego problemu – rosnącego znaczenia diagnostyki genetycznej i molekularnej w nowoczesnej onkologii.

Dr hab. Edyta Borkowska, konsultant krajowa w dziedzinie laboratoryjnej genetyki medycznej, zwróciła uwagę, że badania genetyczne są potrzebne zarówno przy podejmowaniu decyzji dotyczących leczenia, jak i w ocenie dziedzicznej predyspozycji do zachorowania.

– Profilaktyczna mastektomia przede wszystkim może zostać wykonana w sytuacji, kiedy mamy potwierdzenie obecności predyspozycji germinalnej, czyli takiej dziedzicznej, do właśnie tego typu nowotworów. A żeby taką predyspozycję potwierdzić, trzeba wykonać badanie genetyczne. Nie ma w zasadzie już onkologii bez badań genetycznych – mówiła dr hab. Edyta Borkowska.

Problemem pozostaje jednak nie tylko samo wykonanie badania.

– Mamy dużą ofertę programów lekowych, ale docierają do mnie głosy, że wiele pacjentek nie otrzymuje skierowań na badania genetyczne. Z kolei wiele pacjentek, które już wykonały takie badanie, nie może dostać się do genetyka klinicznego, aby omówić jego wynik i otrzymać poradę genetyczną – podkreślała dr hab. Edyta Borkowska, konsultant krajowa w dziedzinie laboratoryjnej genetyki medycznej. 

Dr hab. Borkowska wskazała również na niedobór specjalistów genetyki klinicznej. Problem kadrowy dotyczy więc nie tylko etapu leczenia onkologicznego, ale również diagnostyki i poradnictwa niezbędnego do właściwej interpretacji wyników badań.

Diagnostyka genetyczna potrzebuje nowego koszyka świadczeń

Zdaniem konsultant krajowej zakres finansowanej diagnostyki powinien nadążać za zmianami, jakie nastąpiły w genetyce. Współczesne badania nie ograniczają się już do poszukiwania kilku najczęstszych wariantów w pojedynczych genach. Coraz większe znaczenie mają technologie umożliwiające jednoczesną analizę szerszego zakresu zmian.

– W tej chwili nie ograniczamy się już do kilku najczęściej badanych genów. Mamy ogromną wiedzę na temat innych, rzadszych wariantów genetycznych, nie tak dobrze znanych, które w ogóle nie są zlecane. Mamy również możliwość wykonywania badań z wykorzystaniem technologii NGS – wskazywała dr hab. Edyta Borkowska. 

Ekspertka poinformowała, że wraz z kilkunastoma specjalistami przez około pół roku pracowała nad propozycją nowego koszyka świadczeń badań genetycznych, przekazaną następnie do Agencji Oceny Technologii Medycznych.

– Ten nowy koszyk świadczeń, który przygotowaliśmy i przekazaliśmy do Agencji Oceny Technologii, nie opiera się na pojedynczej nazwie genu, tylko opiera się na technice. Jest to albo panel, albo WES, albo WGS, albo inne metody – mówiła.

Borkowska zwróciła jednocześnie uwagę, że wymienione w obecnych materiałach metody, takie jak RFLP czy MLPA, nadal pozwalają wykrywać określone zmiany, jednak – w jej ocenie – nie odpowiadają już poziomowi możliwości współczesnej diagnostyki.

Dostęp do innowacyjnej terapii nie zawsze jest równoznaczny z możliwością pełnego wykorzystania jej potencjału. Potrzebne jest również odpowiednie badanie, wykonane we właściwym momencie, oraz specjalista, który potrafi zinterpretować wynik i przełożyć go na decyzję kliniczną.

W przypadku raka piersi oznacza to zarówno diagnostykę dziedzicznych predyspozycji, jak i badania służące do podejmowania decyzji o zastosowaniu określonych metod leczenia. Znaczenie ma przy tym nie tylko dostęp do badań, ale również czas ich wykonania i uzyskania wyniku. Zdarza się, że informację o mutacji BRCA1 pacjentka otrzymuje dopiero pod koniec leczenia. 

Od dostępności do realnego wykorzystania możliwości systemu

Dane pokazują wyraźny postęp: rozszerzono grupę kobiet objętych programem mammograficznym, rozwijana jest e-rejestracja i Krajowa Sieć Onkologiczna, rośnie liczba wykonywanych zabiegów, a ponad 23 tys. pacjentów korzysta z programu lekowego raka piersi. Jednocześnie zaledwie około jednej trzeciej uprawnionych kobiet uczestniczy w programie mammograficznym.

Kolejnym etapem powinno być więc nie tylko zwiększanie liczby dostępnych świadczeń, ale skuteczniejsze wykorzystywanie już istniejącego potencjału oraz rozwijanie tych elementów systemu, które warunkują efekty leczenia – od dotarcia do kobiet niekorzystających z profilaktyki, poprzez szybką i nowoczesną diagnostykę, aż po zapewnienie odpowiednich zasobów kadrowych.

Październik, Miesiąc Świadomości Raka Piersi, jest dobrym momentem, by mówić o tych potrzebach szczególnie głośno. Bo świadomość raka piersi to nie tylko przypominanie kobietom o profilaktyce. To również pytanie o to, co dzieje się później – czy pacjentka otrzyma odpowiednią diagnostykę we właściwym czasie, będzie miała dostęp do optymalnie dobranego leczenia i trafi do systemu, który jest przygotowany, by wykorzystać możliwości, jakie daje dziś współczesna onkologia.

Źródło: wspólne posiedzenie Podkomisji stałej do spraw zdrowia publicznego oraz Podkomisji stałej do spraw onkologii, Sejm RP, 6 października 2026 r.; „Informacja na temat systemu profilaktyki, diagnostyki oraz leczenia raka piersi, z uwzględnieniem dostępności, zgłaszalności i wykorzystania potencjału e-rejestracji”.

Opracowanie: redakcja Medicalpress

Przedstawiciele siedmiu medycznych towarzystw naukowych zaapelowali o wstrzymanie prac nad proponowaną zmianą zasad finansowania Agencji Badań Medycznych. Eksperci zwracają uwagę, że zastąpienie stałego odpisu z NFZ w wysokości 0,3 proc. mechanizmem pozwalającym na przekazywanie ABM środków w wysokości „do 0,3 proc.” może ograniczyć przewidywalność finansowania wieloletnich projektów badawczych.

Wspólne stanowisko medycznych towarzystw naukowych zostało opublikowane 6 października 2026 r. Dotyczy prac nad zmianą art. 97 ust. 3e ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych oraz niektórych innych ustaw (UD439), regulującego sposób ustalania wysokości odpisu Narodowego Funduszu Zdrowia na rzecz Agencji Badań Medycznych.

Z 0,3 proc. na „do 0,3 proc.”

Obecny mechanizm przewiduje przekazywanie ABM środków odpowiadających 0,3 proc. planowanych należnych przychodów NFZ z tytułu składek na ubezpieczenie zdrowotne. Jest to jedno z podstawowych źródeł finansowania m.in. niekomercyjnych badań klinicznych, eksperymentów badawczych i innych projektów biomedycznych.

Projektowana zmiana zakłada zastąpienie stałego odpisu rozwiązaniem umożliwiającym ustalanie go na poziomie „do 0,3 proc.”, stosownie do określanego każdego roku zapotrzebowania finansowego Agencji. Zdaniem przedstawicieli środowiska naukowego zasadniczym pytaniem jest to, jaki wpływ taka konstrukcja będzie miała na przewidywalność i wieloletnią stabilność finansowania badań medycznych w Polsce.

Problem ma szczególne znaczenie ze względu na specyfikę projektów badawczych. Badania kliniczne i inne projekty biomedyczne są przedsięwzięciami wieloletnimi – obejmują przygotowanie protokołu, procedury regulacyjne i bioetyczne, rekrutację pacjentów, obserwację kliniczną, analizę wyników oraz końcowe rozliczenie. Zobowiązania instytucji finansującej z konieczności wykraczają więc poza pojedynczy rok budżetowy.

Niekomercyjne badania odpowiadają na pytania ważne dla pacjentów

Autorzy stanowiska szczególną uwagę zwracają na rolę niekomercyjnych badań klinicznych.

Ich znaczenie nie sprowadza się do poszukiwania nowych produktów leczniczych. Badania te pozwalają m.in. porównywać dostępne strategie terapeutyczne, optymalizować schematy leczenia, analizować zastosowanie leków poza zarejestrowanymi wskazaniami czy oceniać interwencje, którymi z powodów ekonomicznych nie jest zainteresowany sektor komercyjny.

Są szczególnie istotne w obszarach, w których niewielka liczba pacjentów lub charakter problemu klinicznego ograniczają zainteresowanie komercyjne – m.in. w pediatrii, chorobach rzadkich, wielochorobowości oraz w przypadku niektórych procedur zabiegowych.

Jak podkreślono w stanowisku, publiczne finansowanie może być w takich sytuacjach jedyną możliwością uzyskania odpowiedzi na pytania kliniczne istotne z punktu widzenia potrzeb pacjentów. Badania finansowane ze środków publicznych są również jednym z mechanizmów wprowadzania nowych metod diagnostycznych i terapeutycznych do praktyki oraz pozyskiwania niezależnych danych potrzebnych do podejmowania decyzji medycznych i systemowych.

495 projektów o wartości 6,2 mld zł

W stanowisku przywołano również skalę rozwoju systemu badań biomedycznych po utworzeniu ABM. Według danych Agencji do końca 2025 r. podpisano umowy dotyczące 495 projektów o łącznej wartości 6,2 mld zł, a około 95 tys. pacjentów ma dzięki nim uzyskać możliwość dostępu do innowacyjnych terapii lub diagnostyki.

Rozwój objął także infrastrukturę. W 2026 r. Polska Sieć Badań Klinicznych skupiała 35 Centrów Wsparcia Badań Klinicznych, na których utworzenie przeznaczono łącznie około 400 mln zł ze środków krajowych i KPO. Równolegle rozwijana jest sieć 19 Regionalnych Centrów Medycyny Cyfrowej.

Zdaniem sygnatariuszy oznacza to, że finansowanie ABM nie dotyczy już wyłącznie pojedynczych grantów, ale jest częścią szerszego systemu obejmującego badania kliniczne, infrastrukturę badawczą, medycynę cyfrową, bezpieczeństwo lekowe oraz rozwój kompetencji polskich zespołów naukowych.

Trzy warunki: przewidywalność, ciągłość i możliwość rozwoju

Towarzystwa naukowe wskazują trzy elementy, które ich zdaniem powinny zostać zabezpieczone w przyszłym modelu finansowania ABM.

Pierwszym jest przewidywalność, pozwalająca podejmować wieloletnie zobowiązania wobec ośrodków badawczych i pacjentów. Drugim – ciągłość, umożliwiająca dokończenie już rozpoczętych projektów zgodnie z protokołami i harmonogramami. Trzecim jest możliwość dalszego rozwoju, zwłaszcza niekomercyjnych badań klinicznych w dziedzinach, w których finansowanie komercyjne pozostaje niewystarczające.

Jednocześnie autorzy stanowiska zaznaczają, że ABM powinna podlegać transparentnym mechanizmom oceny wykorzystania środków publicznych, efektów realizowanych programów, postępów projektów oraz ich znaczenia klinicznego i naukowego. Przypominają, że działalność Agencji była już przedmiotem kontroli m.in. NIK, Ministerstwa Zdrowia i Krajowej Administracji Skarbowej, które wskazywały zarówno na znaczenie realizowanych zadań, jak i obszary wymagające usprawnień organizacyjnych i nadzorczych.

Apel o wstrzymanie prac i szerszą debatę

Sygnatariusze stanowiska apelują o wstrzymanie dalszych prac nad nowelizacją w części dotyczącej zasad finansowania Agencji Badań Medycznych.

Zamiast tego postulują przeprowadzenie „spokojnej, merytorycznej i transparentnej dyskusji” nad przyszłym modelem finansowania badań medycznych w Polsce. W debacie – ich zdaniem – powinni uczestniczyć przedstawiciele środowiska naukowego, klinicznego i pacjenckiego oraz instytucji odpowiadających za organizację i finansowanie systemu ochrony zdrowia.

Pod wspólnym stanowiskiem podpisali się przedstawiciele Polskiego Towarzystwa Onkologicznego, Polskiego Towarzystwa Chirurgii Onkologicznej, Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej, Polskiego Towarzystwa Onkologii i Hematologii Dziecięcej, Polskiego Towarzystwa Hematologicznego i Transfuzjologicznego, Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego oraz Polskiego Towarzystwa Radioterapii Onkologicznej.

Pełna treść wspólnego stanowiska medycznych towarzystw naukowych

Program „Fabryka Talentów”, realizowany przez Fundację Szklane Domy, wspiera osoby z orzeczeniem o niepełnosprawności, pomagając im wrócić na rynek pracy i podnieść kwalifikacje. O przełamywaniu własnych barier opowiada jedna z jego beneficjentek.

Projekt skierowany jest do osób z całej Polski, z orzeczeniem o niepełnosprawności w różnym stopniu, które pozostają bezrobotne lub chcą podnieść swoje kwalifikacje zawodowe. Celem jest odkrycie potencjału uczestników w wybranych dziedzinach. Wykwalifikowany zespół doradców i trenerów oferuje kompleksowe wsparcie merytoryczne i psychologiczne na każdym etapie, dzięki czemu cały proces jest mniej stresujący. Do dyspozycji uczestników pozostaje wiele form wsparcia oraz warsztatów grupowych.

“Specjaliści pomagają na przykład przeredagować CV, organizowane są warsztaty z autoprezentacji oraz szkolenia zawodowe – od kompetencji cyfrowych po kursy na rejestratorki medyczne. Prowadzone są również płatne staże. Bardzo pomocne jest to, że program bierze pod uwagę indywidualne umiejętności i doświadczenia, a także potrzeby.” – tłumaczy Sylwia, praktykantka.

Sama ma na swoim koncie udział w kilku takich stażach, m.in. w Wojewódzkim Inspektoracie Nadzoru Budowlanego, Głównym Inspektoracie Farmaceutycznym oraz Inspektoracie Transportu Drogowego, gdzie po odbyciu stażu otrzymała umowę o pracę na rok.

“Świetnie sprawdziłam się przy reorganizacji i porządkowaniu archiwów. Bardzo lubiłam to robić. Czasem podejście pracodawców bywa różne – słyszałam nawet, że jestem zbyt nadgorliwa, bo ciągle prosiłam o nowe zadania. Po prostu nie lubię siedzieć bezczynnie. Moje doświadczenie pokazuje jednak, że jeśli stażysta jest zaangażowany, jest to bardzo dobrze widziane” – przyznaje.

Udział w projekcie Fabryka Talentów dla Sylwii zupełnie nowe doświadczenie zawodowe. Przez większość życia pracowała w handlu i usługach, jednak problemy zdrowotne oraz przebyte operacje kręgosłupa wykluczyły ją z tej branży.

“Kiedyś, pracując przy kasie w supermarkecie, patrzyłam przez okno i marzyłam o pracy w terenie – żeby gdzieś pojechać, coś załatwić, do kogoś dotrzeć. I taką pracę sobie wymarzyłam. Uwielbiam być w ruchu” – mówi.

Dzięki pomocy fundacji udało się – Sylwia nadal pracuje wśród ludzi, jednak teraz może realnie im pomagać. Każdy dzień jej pracy wygląda trochę inaczej i stwarza nowe wyzwania.

Obecnie w ramach praktyk Sylwia zajmuje się promowaniem działań fundacji i docieraniem do kolejnych potencjalnych beneficjentów. Odwiedza urzędy dzielnicowe, ośrodki pomocy społecznej, Caritas oraz przychodnie rehabilitacyjne.

Praca przynosi jej dużą satysfakcję. Przykładem sukcesu było nawiązanie współpracy z urzędem pracy, który początkowo odmawiał kontaktu, a ostatecznie zaproponował zorganizowanie wspólnych spotkań dla osób najbardziej potrzebujących.

“Wtedy człowiek się cieszy i czuje, że to, co robi, ma sens. Mam poczucie, że jestem potrzebna. Identyfikuję się z tą działalnością, bo taka pomoc jest niezwykle ważna, a wiele osób z niepełnosprawnościami wciąż nie wie, że może z niej skorzystać, dlatego tak istotne jest dotarcie do nich” – podkreśla.

Powrót do aktywności i wyjście z domu

Program „Fabryka Talentów” to dla uczestników nie tylko szansa na poprawę sytuacji finansowej, ale również impuls do zmiany życia społecznego, co wcześniej dla wielu było niemożliwe. Jak przyznaje Sylwia, najtrudniej jest na początku, ale program to szansa na rozwój i poznanie swoich mocnych stron.

“Mój kolega ze stażu przez długi czas był bezrobotny z powodu kontuzji kolana. Musiał polegać na finansowym wsparciu partnerki i mimo jej wyrozumiałości, nie czuł się z tym dobrze jako mężczyzna. Ostatnio powiedział mi, jak bardzo cieszy się, że może rano wstać i wyjść z domu do biura. Praca i możliwość zarobienia własnych pieniędzy to pierwszy krok ku wielkiej zmianie”  – podsumowuje praktykantka.

Fabryka Talentów 1.0 jest skierowana do osób, które obecnie pozostają bez zatrudnienia, chcą rozwinąć swoje kompetencje i nie uczestniczą w innych projektach aktywizacji zawodowej.  Dokumenty rekrutacyjne można pobrać ze strony i przesłać drogą mailową na adres fabrykatalentow@fundacjaszklanedomy.pl lub wysłać na adres ul. Włodarzewska 69/2, 02-384 Warszawa, albo przyjechać osobiście.

źródło: Fundacja Szklane Domy

Nowoczesne terapie przeciwnowotworowe coraz częściej wymagają wcześniejszego poznania biologii nowotworu. Problem w tym, że dostęp do odpowiedniej diagnostyki nadal nie jest równy i powszechny, a materiał pobrany od pacjenta potrafi krążyć pomiędzy kilkoma placówkami. Eksperci wskazują, że nie zawsze potrzeba więcej badań i więcej pieniędzy – potrzebna jest przede wszystkim spójna ścieżka, jasno określone standardy i odpowiedzialność za przeprowadzenie pacjenta przez cały proces diagnostyczny.

Nowoczesne leczenie zaczyna się od właściwej diagnostyki

W części nowotworów wynik badania molekularnego nie jest już dodatkową informacją, ale jednym z elementów niezbędnych do prawidłowego rozpoznania choroby i wyboru leczenia. Dostępność nowoczesnych terapii nie oznacza więc jeszcze, że każdy pacjent, który mógłby z nich skorzystać, rzeczywiście otrzyma taką możliwość.

Na problem nierówności w dostępie do diagnostyki zwracali uwagę eksperci podczas posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. profilaktyki nowotworowej – RAK STOP, poświęconego diagnostyce molekularnej jako warunkowi nowoczesnego leczenia onkologicznego.

Szczególnie dobrze widać to w raku płuca, w którym zakres zmian molekularnych mających znaczenie dla wyboru terapii systematycznie się zwiększa.

– Jeżeli nie zrobimy tego dobrze od początku, to niestety pacjent straci szansę na personalizowane leczenie, na leczenie nowoczesne immunoterapią, immunochemioterapią w programie lekowym. Czyli mamy bardzo dobrze zaopatrzone programy lekowe, mamy dostęp do świetnych nowoczesnych terapii, ale przez braki w dostępie do diagnostyki część pacjentów, i to spora część pacjentów, traci tę szansę – podkreślała Aleksandra Wilk, dyrektor Sekcji Raka Płuca Fundacji TO SIĘ LECZY, członkini Forum Nowoczesnej Diagnostyki.

Problem zaczyna się już na poziomie dostępu do badań.

– Dostęp do diagnostyki molekularnej jest w dalszym ciągu uzależniony trochę od kodu pocztowego, czyli są nierówności w dostępie do tej diagnostyki. Niestety pacjenci z mniejszych ośrodków takiej opcji nie mają. Muszą wędrować po Polsce, muszą szukać miejsc, gdzie ta diagnostyka będzie wykonana w sposób optymalny – mówiła Aleksandra Wilk.

Materiał krąży, a pacjent czeka

Ścieżka diagnostyczna może dziś obejmować kilka niezależnych placówek. Materiał pobrany w jednym szpitalu trafia do zakładu patomorfologii w drugim ośrodku, następnie wynik wraca do placówki zlecającej, a materiał musi zostać przekazany dalej na badania molekularne. Jeżeli pomiędzy podmiotami brakuje odpowiednich umów lub sprawnego sposobu przekazywania materiału, kolejne etapy zaczynają funkcjonować niezależnie od siebie.

– To wyzwanie, które przed nami jest, to po prostu rozproszenie tej diagnostyki. […] Materiał pacjentów z rakiem płuca krąży po Polsce – mówiła Aleksandra Wilk.

Zdaniem prof. Andrzeja Marszałka, konsultanta krajowego w dziedzinie patomorfologii, eksperta odpowiedzialności za połączenie tych etapów nie można przerzucać na chorego. – Problem diagnostyki to nie jest problem pacjenta, tylko to musi być systemowo załatwione i to leży na podmiocie, który się zajął pacjentem. Taka była chyba idea Krajowej Sieci Onkologicznej, że niezależnie od tego, gdzie pacjent trafi, to on w całym kraju, niezależnie od sieci dróg bitych czy kodu pocztowego, powinien być tak samo zaopiekowany.

Rozproszenie nie musi przy tym oznaczać, że cały system powinien zostać skupiony w kilku największych instytutach. Nie każda placówka musi również posiadać własne zaplecze pozwalające na wykonanie najbardziej zaawansowanych badań. Potrzebny jest natomiast model, w którym kolejne ośrodki tworzą jedną funkcjonalną ścieżkę.

Tygodnie można stracić na samej logistyce

Dr n. med. Andrzej Tysarowski, Kierownik Zakładu Diagnostyki Genetycznej i Genomiki PIM-MSWiA, ekspert Forum Nowoczesnej Diagnostyki, wskazywał, że część barier można ograniczyć bez tworzenia od podstaw nowej infrastruktury diagnostycznej. – W większości przypadków właśnie nie chodzi o finanse, nie chodzi o zakresy działań laboratoriów, tylko właśnie o taką, można powiedzieć, prostą logistykę, organizację i komunikację między sobą.

Jako przykład podaje diagnostykę raka płuca, która – według przedstawionych przez niego informacji – może trwać od dwóch do trzech miesięcy. Problemem są m.in. kolejne przekazania materiału i wyników pomiędzy niezależnymi placówkami.

– Wystarczyłoby, żeby jednostka patomorfologiczna porozumiała się z tym laboratorium zakontraktowanym na zewnątrz i przesłała dalej materiał. Na tym zyskujemy te 2–3 tygodnie cennego czasu, czyli zwykła logistyka, bo jeżeli chodzi o możliwości sprzętowe, jeżeli chodzi o finansowanie, to te rzeczy są w dużej mierze zabezpieczone – podkreślał dr Tysarowski.

W raku płuca dodatkowym problemem może być już samo uzyskanie odpowiedniego materiału. Aleksandra Wilk wskazała na przypadki pacjentów, u których konieczne było jego kilkukrotne pobieranie. Według przedstawionych przez nią danych zdarzały się nawet przypadki pięciu pobrań, natomiast u chorych wymagających trzech pobrań droga od rozpoczęcia diagnostyki do leczenia trwała około pół roku.

– Żebyśmy mogli w ogóle mówić o tym, że będziemy wykonywać diagnostykę molekularną, o której dzisiaj szeroko mówimy, musimy mieć pobrany materiał – mówiła Aleksandra Wilk.

Diagnostyka nie może zaczynać się dopiero wtedy, gdy wybrano terapię

Problem dotyczy jednak nie tylko przepływu materiału pomiędzy ośrodkami. Prof. Bartosz Wasąg, kierownik Laboratorium Genetyki Klinicznej Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku, zwracał uwagę na samą konstrukcję ścieżki diagnostyczno-terapeutycznej.

– Badanie molekularne jest w większości przypadków kosztem wewnątrz hospitalizacji albo tym świadczeniem, które jest uruchamiane po tym, gdy lekarz rozważa kwalifikację do konkretnego programu lekowego. I to jest, myślę, wielki problem, który powoduje wydłużenie diagnostyki, bo wykonanie badania jest konsekwencją decyzji terapeutycznej, a powinno być de facto przesłanką – mówił prof. Bartosz Wasąg.

Diagnostyka molekularna nie może być przy tym traktowana w oderwaniu od wcześniejszej diagnostyki patomorfologicznej, obejmującej – zależnie od nowotworu – również odpowiednie badania immunohistochemiczne i inne metody pozwalające zarówno określić rodzaj choroby, jak i później dobrać leczenie. 

– Bardzo dobrze, że sfinansowano badania molekularne, brakuje pewnych koszyków […], ale finansując trzeci etap, zapomina się na przykład o pełnym sfinansowaniu pierwszego etapu. I do trzeciego część osób nie dojdzie, bo ten pierwszy jest nie do końca załatwiony – wskazał prof. Andrzej Marszałek.

Rozwój diagnostyki molekularnej nie oznacza, że każdy chory powinien mieć wykonywany najszerszy możliwy panel badań. Kluczowe jest określenie, jakie oznaczenia mają rzeczywistą użyteczność kliniczną w danym rozpoznaniu i na konkretnym etapie choroby.

– Nadrzędną cechą użyteczności testów diagnostycznych jest ta użyteczność kliniczna, czyli koncentrujemy się tylko i wyłącznie na biomarkerach czy na zmianach, które są istotne z punktu widzenia chorego, z punktu widzenia klinicysty, które mają wpływ na diagnostykę czy ewentualne leczenie tych chorych. I to należy rozdzielić – podkreśla prof. Wasąg.

Czy NFZ wie, za jaką diagnostykę płaci?

Oprócz samego dostępu do badań coraz większego znaczenia nabiera możliwość oceny ich kompletności i jakości. Aleksandra Wilk zwracała uwagę, że samo rozliczenie procedury nie daje jeszcze odpowiedzi na pytanie, jaki zakres diagnostyki rzeczywiście wykonano.

– W tym momencie NFZ płaci za procedurę, ale my de facto nie wiemy, czy dana jednostka zleciła tylko pojedyncze testy, czyli na przykład samego EGFR-a albo tylko trzy mutacje: EGFR, ALK, ROS1, a może się okazać, że pacjent ma KRAS-a, BRAF-a albo MET-a, na którym mamy leczenie w programie lekowym. Czyli NFZ płaci za procedurę, ale nie sprawdza jakości i generalnie, jakie badania zostały wykonane – mówiła Aleksandra Wilk.

Jednym z proponowanych rozwiązań jest „checklista” kompletności diagnostyki, powiązana z elektroniczną kartą diagnostyki i leczenia onkologicznego. Nie chodzi o wymaganie identycznego zestawu badań u wszystkich chorych, ale o możliwość sprawdzenia, czy wykonano zakres właściwy dla konkretnego rozpoznania.

e-DILO jest wdrażana od sierpnia 2026 roku, a od 1 października ma być dostępna dla pozostałych uprawnionych podmiotów. Ministerstwo Zdrowia wskazuje, że karta ma umożliwiać monitorowanie diagnostyki i leczenia w czasie rzeczywistym; do końca 2026 roku trwa okres przejściowy, w którym możliwe jest jeszcze prowadzenie karty na dotychczasowych zasadach.

– Marzy nam się, żebyśmy mieli informację o jakości i rodzaju wykonywanych badań u pacjentów z rakiem płuca. I wtedy będziemy wiedzieć […], czy są wykonywane te badania, gdzie są wykonywane, jak są wykonywane i za co tak naprawdę NFZ płaci. Generalnie płacimy po prostu za jakość – mówiła Aleksandra Wilk.

Są pierwsze zmiany. Biopsja płynna i oczekiwane Lung Cancer Units

Ministerstwo Zdrowia podkreśla, że diagnostyka molekularna jest już elementem świadczeń gwarantowanych, choć system musi być dostosowywany do szybko pojawiających się nowych biomarkerów i możliwości terapeutycznych.

– Diagnostyka molekularna staje się integralnym elementem nowoczesnej diagnostyki onkologicznej i generalnie znajduje odzwierciedlenie w zakresie świadczeń gwarantowanych, finansowanych ze środków publicznych. W wielu nowotworach wynik badania molekularnego jest niezbędny do kwalifikacji do leczenia celowanego bądź immunoterapii – mówił Tomasz Kuleta, naczelnik Wydziału Świadczeń Gwarantowanych Departamentu Lecznictwa Ministerstwa Zdrowia.

Jednym z nowych rozwiązań jest możliwość wykonywania biopsji płynnej w warunkach ambulatoryjnych u odpowiednio kwalifikowanych pacjentów, gdy nie ma możliwości uzyskania odpowiedniego materiału tkankowego lub jest on niediagnostyczny.

W przypadku raka płuca od lat oczekiwane jest natomiast wdrożenie modelu Lung Cancer Units. Przygotowane zostały trzy projekty rozporządzeń dotyczące świadczeń gwarantowanych w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej, leczeniu szpitalnym i rehabilitacji leczniczej. Przygotowanie tych projektów potwierdzają także dokumenty dotyczące realizacji Narodowej Strategii Onkologicznej.

– Projekty są gotowe i jesteśmy na etapie tak naprawdę podejmowania decyzji już o skierowaniu do konsultacji, przy czym najpierw to będą konsultacje wewnętrzne, wewnątrz Ministerstwa oraz Narodowego Funduszu Zdrowia, i dopiero po zakończeniu tych konsultacji skierowane do konsultacji publicznych – informował Tomasz Kuleta.

Nie wskazał jednak konkretnej daty.

– Nie chcę mówić o terminie, ponieważ nie ode mnie zależy czas na podejmowanie tej decyzji, ale myślę, że to będzie naprawdę już w najbliższym czasie. – dodał.

Potrzebny jeden standard niezależnie od „kodu pocztowego”

Doświadczenia z diagnostyką patomorfologiczną pokazują, że powiązanie standardów jakości z organizacją i finansowaniem może być jednym z kierunków zmian.

– Standardy, i te akredytacyjne, i te, które zostały przygotowane do badań patomorfologicznych, one nie są rzeczą ekstra, one nie są optimum, one są minimum – podkreśla prof. Andrzej Marszałek.

W przypadku diagnostyki molekularnej kolejnym krokiem powinno być stworzenie jednoznacznych schematów określających, jakie badania, u których pacjentów i na jakim etapie należy wykonywać. Dopiero taki model pozwala myśleć o równym dostępie niezależnie od miejsca zamieszkania i ośrodka, do którego trafi chory.

– Najważniejszy cel, który należy osiągnąć, to opracowanie schematów diagnostycznych, które w sposób precyzyjny określają, u kogo, w jaki sposób wykonywane są badania diagnostyczne. I mówimy raz jeszcze o tych badaniach diagnostycznych, które mają realną użyteczność kliniczną – podsumowuje prof. Bartosz Wasąg.

W praktyce wyzwanie nie sprowadza się więc do prostego zwiększenia liczby wykonywanych badań. Chodzi o to, aby właściwy pacjent miał wykonane właściwe badanie, we właściwym momencie – a jego wynik był dostępny, zanim zapadnie decyzja o leczeniu.

Źródło: posiedzenie Parlamentarnego Zespołu ds. profilaktyki nowotworowej – RAK STOP, cykl spotkań eksperckich „Wyprzedźmy chorobę”, „Najpierw diagnoza, potem terapia – diagnostyka molekularna jako warunek nowoczesnego leczenia onkologicznego”, 22.09.2026 r.; Ministerstwo Zdrowia; Narodowa Strategia Onkologiczna.

Opracowanie: Redakcja Medicalpress

Zbliża się kolejny sezon zakażeń RSV, a znaczna część najmłodszych dzieci nadal pozostaje bez bezpośredniej ochrony przed ciężkim przebiegiem infekcji. W Polsce działa program profilaktyki dla wybranych grup ryzyka, bezpłatnie szczepione przeciw RSV mogą być m.in. wcześniaki oraz kobiety w ciąży. Dostępne jest również długodziałające przeciwciało monoklonalne. To ostatnie rodzice muszą jednak obecnie sfinansować samodzielnie. Eksperci podkreślają, że największym wyzwaniem pozostaje ochrona niemowląt, które nie kwalifikują się do programu B.40 i nie uzyskały ochrony dzięki szczepieniu matki.

RSV (syncytialny wirus oddechowy) jest szczególnym zagrożeniem dla najmłodszych dzieci. Zakażenie może początkowo wyglądać niegroźnie – od kataru czy kaszlu – a następnie w krótkim czasie doprowadzić do poważnych problemów z oddychaniem.

– Ta choroba przebiega bardzo podstępnie. Nawet jeśli pierwszego dnia dziecko przyjdzie z katarem czy kaszlem do pediatry, w drugiej, trzeciej dobie może dojść do niewydolności oddechowej. Ten przebieg u najmłodszych dzieci, w pierwszym kwartale życia, jest najcięższy – mówiła prof. Teresa Jackowska, prezes Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego, podczas posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Zdrowia Matki i Dziecka poświęconego profilaktyce zakażeń RSV.

Doświadczenia rodziców pokazują, jak szybko może zmienić się stan niemowlęcia.

– W ciągu trzech dni stan Mai zmienił się tak drastycznie, że stwierdziłam, że pojadę do szpitala. Maja zaczęła bardzo ciężko oddychać, nie oddychała w ogóle przez nos. […] Podczas RSV dzieci mają takie straszne napady kaszlu, które trwają 2–3 minuty, podczas których nie mogą odkaszlnąć i nie mogą oddychać. To było przerażające dla mnie. […] Leżałyśmy dwa tygodnie w szpitalu – opowiadała mama Mai.

Do szpitali trafiają przede wszystkim najmłodsze dzieci

Skalę problemu pokazują dane przedstawione podczas posiedzenia. Jak wskazał prof. Marcin Czech z Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie, w 2025 roku odnotowano 14 982 hospitalizacje z powodu RSV wśród dzieci do 2. roku życia. Łączny koszt ich leczenia szpitalnego wyniósł około 105 mln zł, a najmłodsze dzieci odpowiadały za blisko 61 proc. wszystkich hospitalizacji związanych z RSV.

Dane z programu „Prevent RSV”, obejmującego 21 oddziałów pediatrycznych w Polsce, wskazują, że liczba hospitalizacji w monitorowanych placówkach nie maleje i utrzymuje się na poziomie około tysiąca w sezonie.

Prawie 90 proc. hospitalizowanych w rejestrze stanowią dzieci poniżej 2. roku życia. Najdłuższego pobytu w szpitalu wymagają najmłodsze niemowlęta.

– Ci najmniejsi pacjenci, którzy mają miesiąc, dwa, trzy, cztery miesiące, wymagają najdłuższej hospitalizacji. To jest mediana 8 i więcej dni. – wskazał prof. Jan Mazela, neonatolog, pediatra, koordynator programu „Prevent RSV”..

Ciężkie zakażenie nie dotyczy wyłącznie wcześniaków

Jednym z najważniejszych problemów pozostaje fakt, że do szpitali trafiają nie tylko wcześniaki czy dzieci z chorobami zwiększającymi ryzyko ciężkiego przebiegu RSV. Znaczną część hospitalizowanych stanowią dzieci, które przed zakażeniem nie miały rozpoznanych czynników ryzyka.

W Polsce od 2008 roku funkcjonuje program lekowy B.40, w którym stosowany jest paliwizumab – krótkodziałające przeciwciało monoklonalne przeznaczone dla określonych grup dzieci obciążonych zwiększonym ryzykiem ciężkiego zakażenia RSV. Program był przez lata stopniowo rozszerzany, jednak nadal obejmuje jedynie niewielką część populacji.

Dane przedstawione przez ekspertów pokazują jednocześnie, że w chronionych grupach hospitalizacje z powodu RSV należą do rzadkości.

– Dane wskazują na to, że dzieci te, mimo największego narażenia, nie chorowały ciężko i nie wymagały hospitalizacji. To pokazuje, że immunizacja, którą im oferowaliśmy, jest skuteczna – podkreśliła prof. Ewa Helwich z Instytutu Matki i Dziecka. 

Profilaktyka ma szczególne znaczenie, bo nie ma leczenia przyczynowego

Znaczenie profilaktyki wynika również z ograniczonych możliwości leczenia dziecka, które już zachoruje. Postępowanie w ciężkim zakażeniu RSV ma przede wszystkim charakter objawowy i wspomagający – obejmuje m.in. tlenoterapię i, w zależności od stanu pacjenta, różne formy wspomagania oddychania.

– Profilaktyka jest dlatego taka ważna, że pomimo upływu czasu i starań niestety nie mamy nowych metod terapeutycznych i postępowanie w sytuacji, w której dojdzie już do zakażenia, szczególnie do jego ciężkich postaci, skupia się na leczeniu zachowawczym – podkreślił prof. Tomasz Szczapa, konsultant krajowy w dziedzinie neonatologii i prezes Polskiego Towarzystwa Neonatologicznego.

Dane z rejestru „Prevent RSV” wskazują ponadto, że około połowa hospitalizowanych dzieci otrzymywała antybiotyki, mimo że zakażenie RSV ma etiologię wirusową.

– Praktycznie 50 proc. otrzymuje antybiotyki. […] To jest leczenie wspomagające, a nie leczenie przyczynowe, bo takiego nie ma, więc jeżeli byśmy mogli mieć skuteczną profilaktykę, moglibyśmy uniknąć takiej terapii – powiedział prof. Jan Mazela.

Jak można dziś chronić niemowlęta przed RSV?

Obecnie dostępnych jest kilka sposobów profilaktyki. Dzieci należące do określonych grup ryzyka mogą korzystać z programu B.40. Drugą możliwością jest szczepienie kobiety w ciąży – wytworzone przez matkę przeciwciała są przekazywane dziecku i zapewniają mu ochronę w pierwszych miesiącach życia.

Problem polega na tym, że nie wszystkie kobiety korzystają ze szczepienia, a nie każde dziecko może uzyskać w ten sposób odpowiednią ochronę.

Trzecią możliwością jest nirsewimab – długodziałające przeciwciało monoklonalne, którego pojedyncze podanie może zapewnić ochronę przez sezon RSV. Preparat jest dostępny w Polsce, ale poza obecnym systemem publicznego finansowania rodzice muszą pokryć jego koszt samodzielnie.

Eksperci podkreślają, że szczepienie kobiety w ciąży i podawanie przeciwciał niemowlętom nie powinny być traktowane jako konkurencyjne strategie.

– To, o co zabiegamy już od dłuższego czasu, kolejny sezon, mógłbym powiedzieć, to kwestia zabezpieczenia tej części populacji, która obecnie dostępu do tych metod zapobiegania zakażeniom nie ma. Przy czym wydaje się, że te metody wszystkie, o których powiedziałem, są do siebie komplementarne. Idealny jest taki model, w którym moglibyśmy zarówno ze szczepień korzystać, które są już dostępne, ale jednocześnie też u tych dzieci, których matki zaszczepione nie były, mieć możliwość podania długodziałających przeciwciał monoklonalnych – powiedział prof. Tomasz Szczapa.

Nirsewimab z pozytywnymi rekomendacjami AOTMiT

W ostatnich tygodniach nastąpił istotny krok w kierunku możliwego rozszerzenia dostępu do tej formy profilaktyki. Prezes AOTMiT wydał dwie pozytywne rekomendacje dotyczące objęcia refundacją nirsewimabu: w ramach programu lekowego B.40 dla dzieci urodzonych w sezonie RSV oraz w ramach refundacji aptecznej dla noworodków i niemowląt urodzonych poza sezonem, w pierwszym dla nich sezonie zakażeń RSV. 

– Ta ocena jest rzeczywiście pozytywna, natomiast jest tam zastrzeżenie odnośnie obniżenia ceny zbytu netto, więc tutaj to już jest poniekąd po stronie producenta, a poniekąd po stronie Ministerstwa Zdrowia, jak te negocjacje przebiegną – mówiła Katarzyna Skrętowska-Szyszko, dyrektorka Zespołu Zdrowia w Biurze Rzeczniczki Praw Dziecka.

Na razie nie oznacza to jednak decyzji o objęciu preparatu refundacją.

– Z naszej perspektywy czekamy. Ja jednak liczę na to, że to się zakończy pozytywnie. Oczywiście nikt z nas tutaj nie ma żadnej pewności i gwarancji co do tego – podkreśliła Katarzyna Skrętowska-Szyszko.

Przedstawicielki Koalicji dla Wcześniaka relacjonowały podczas posiedzenia, że w czasie niedawnego spotkania w Ministerstwie Zdrowia styczeń 2027 roku miał zostać wskazany jako najwcześniejszy możliwy termin uruchomienia finansowania. Termin ten nie został jednak oficjalnie potwierdzony, a według relacji uczestniczek spotkania jego realizacja zależy od przebiegu negocjacji.

Profilaktyka kosztuje, ale hospitalizacje również

Argumentem w dyskusji o rozszerzeniu profilaktyki są także koszty ponoszone przez system ochrony zdrowia. Według danych przedstawionych przez prof. Marcina Czecha hospitalizacje dzieci do 2. roku życia z powodu RSV kosztowały w 2025 roku około 105 mln zł.

Ekspert wskazywał również na doświadczenia państw, w których po wprowadzeniu szerokiej profilaktyki obserwowano znaczące zmniejszenie liczby hospitalizacji.

– Mamy dane pochodzące z różnych krajów mówiące o tym, że immunizacja połączona ze szczepieniami ochronnymi, czyli profilaktyka pierwotna zakażenia RSV, jest korzystna dla systemu. Obserwujemy w wielu krajach europejskich i pozaeuropejskich znaczną redukcję hospitalizacji, która sięga nawet ponad 80 proc. – mówił prof. Marcin Czech.

Zwracał jednocześnie uwagę, że ocena profilaktyki powinna uwzględniać zarówno wydatki związane z jej finansowaniem, jak i możliwe efekty zdrowotne oraz koszty hospitalizacji, których można uniknąć.

– Po stronie efektów to jest działanie niesłychanie skuteczne, obarczone bardzo niewielkim ryzykiem działań niepożądanych. […] Także zarówno po stronie kosztów, jak i po stronie efektów widać, że jest to godne rozważenia – powiedział prof. Marcin Czech.

Edukacja potrzebna, ale nie zastąpi dostępu

Osobnym problemem pozostaje wiedza rodziców o RSV i dostępnych możliwościach profilaktyki. Biuro Rzecznika Praw Pacjenta zwracało uwagę, że informacja powinna docierać do kobiet już podczas ciąży, a nie dopiero wtedy, gdy chore dziecko trafia do lekarza czy szpitala.

– Prawo do informacji powinno już być w gabinecie, kiedy przychodzi kobieta w ciąży. […] Jeżeli jest wyszczepialność około 30 proc. kobiet w ciąży, to gdzieś ta informacja ucieka, czyli gdzieś ta pacjentka nie dostaje informacji – mówiła Marzanna Bieńkowska, zastępca dyrektora Departamentu Współpracy w Biurze Rzecznika Praw Pacjenta.

Przedstawiciele NFZ wskazywali na możliwość większego wykorzystania podstawowej opieki zdrowotnej oraz edukacji przedporodowej. Fundusz zapowiedział również dalsze działania informacyjne dotyczące RSV w okresie zimowym.

– Na pewno będziemy również uwzględniać i kontynuować nasze działania. Planując tematykę kampanii edukacyjnych na przede wszystkim ten okres zimowy, będziemy w podejmowanych działaniach podkreślać właśnie wagę profilaktyki RSV – powiedziała Irena Łaba z Departamentu Obsługi Klientów i Profilaktyki NFZ.

Eksperci zwracali jednak uwagę, że sama edukacja nie rozwiąże problemu, jeśli za informacją o skutecznej profilaktyce nie idzie możliwość skorzystania z niej w ramach publicznego systemu.

– Edukacja kobiet w ciąży jest na pewno niedostateczna i my to widzimy, ale tutaj mamy odnośnik do konkretnego, bezpłatnego produktu. Natomiast […] do jakiego produktu mamy odnieść naszą edukację, jeżeli tego produktu nie mamy? […] Nie możemy odnieść do tego, żeby rodzice z własnych funduszy sobie tę profilaktykę zafundowali – mówiła prof. Maria Katarzyna Borszewska-Kornacka, prezeska Fundacji Koalicja dla Wcześniaka.

Przed kolejnym sezonem RSV Polska dysponuje więc kilkoma możliwościami ochrony najmłodszych dzieci, ale nadal nie tworzą one systemu obejmującego wszystkie niemowlęta. Po pozytywnych, warunkowych rekomendacjach AOTMiT dalszy etap zależy od procesu refundacyjnego i warunków finansowych. Do czasu jego zakończenia część rodziców nadal będzie mogła skorzystać z długodziałającego przeciwciała jedynie odpłatnie.

Źródło: posiedzenie Parlamentarnego Zespołu ds. Zdrowia Matki i Dziecka „Profilaktyka zakażeń wirusem RSV”, 16 września 2026 r.; AOTMiT – zlecenia nr 52/2026 i 53/2026.
Redakcja: Medicalpress

Refundacja nowoczesnej terapii nie zawsze oznacza, że pacjent może z niej skorzystać. Brak kwalifikujących ośrodków, wstrzymywanie przyjęć nowych chorych, skomplikowane kryteria programu czy niewystarczające wykorzystanie już dostępnych możliwości leczenia – bariery pojawiają się na różnych etapach ścieżki pacjenta. W przypadku POChP dochodzi do tego oczekiwanie na refundowany dostęp do terapii biologicznych.

Dostęp do nowoczesnego leczenia można rozpatrywać na kilku poziomach. Pierwszym jest refundacja – bez niej określona terapia pozostaje poza zasięgiem większości pacjentów. Kolejnym są kryteria programu lekowego, które określają, kto może zostać zakwalifikowany. Nawet spełnienie tych warunków nie gwarantuje jednak rozpoczęcia terapii, jeśli w danym regionie brakuje dostępnego ośrodka lub placówka posiadająca kontrakt nie kwalifikuje kolejnych chorych. Te różne rodzaje barier były jednym z głównych tematów dyskusji dotyczącej AZS, przewlekłego zapalenia zatok przynosowych z polipami nosa i POChP podczas posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. chorób alergicznych 15 września.

– Mamy dwa różne zjawiska. Pierwsze zjawisko jest takie, że pacjenci mają teoretyczny dostęp do leczenia, czyli powstały programy lekowe, które funkcjonują, są świadczeniami gwarantowanymi, ale mamy z nimi pewne problemy. Druga sytuacja jest taka, że mamy też kilka grup pacjentów, gdzie kryteria włączenia do programów lekowych są tak skomplikowane, że w zasadzie uniemożliwiają włączenie albo odraczają je w czasie. I sytuacja trzecia, najgorsza, jest taka, gdzie pacjenci nie mają dostępu do nowoczesnego leczenia – powiedział Hubert Godziątkowski z Polskiego Towarzystwa Chorób Atopowych.

Program jest, ale pacjent nadal czeka

W leczeniu ciężkiej postaci atopowego zapalenia skóry nowoczesne terapie są dostępne w ramach programu lekowego B.124. Problem wskazywany przez organizację pacjencką pojawia się jednak już na etapie jego realizacji.

Polskie Towarzystwo Chorób Atopowych przeprowadziło kwerendę dotyczącą ośrodków posiadających umowy na realizację programów leczenia ciężkiego AZS oraz przewlekłego zapalenia zatok przynosowych z polipami nosa. Według przedstawionych danych część placówek, mimo posiadania kontraktu, nie kwalifikuje nowych pacjentów.

– Sprawdziliśmy, jakie ośrodki w Polsce mają podpisane umowy na realizację świadczenia gwarantowanego. I okazało się, że 50 proc. ośrodków, które mają podpisane kontrakty, z powodu braku finansowania czy argumentacji o braku finansowania rzeczywiście nie prowadzi kwalifikacji pacjentów do programu lekowego. A są takie ośrodki, które na przykład leczą dzieci i jest to jeden ośrodek na całe województwo. Więc generalnie całe województwo nie ma leczenia dostępnego – mówił Hubert Godziątkowski.

Do organizacji trafiają zgłoszenia pacjentów, którzy mimo spełnienia kryteriów programu nie rozpoczynają leczenia. Podczas posiedzenia przedstawiono przypadek chorego z ciężkim AZS, u którego EASI wynosiło 25,2 przy progu kwalifikacyjnym 20, a DLQI 29. Jak wynikało z jego relacji, został ustnie poinformowany, że ze względu na brak finansowania nie może zostać włączony do programu. Po ponad pół roku nie wiedział, czy znajduje się na liście oczekujących.

PTCA zwraca uwagę także na sposób przekazywania pacjentom informacji o niewłączeniu do leczenia.

– Bardzo wielu pacjentów, jak wyliczyliśmy 53 proc. pacjentów w Polsce, którzy nie są włączani do programów lekowych, nie jest pisemnie informowanych, dlaczego ich nie włączono. My oczywiście jako organizacja pacjentów zgłaszamy te sprawy do Rzecznika Praw Pacjenta, Rzecznik Praw Pacjenta do NFZ-u, bo taka jest formuła. No ale tu problem jest szerszy, bo NFZ zrobi kontrolę i co może zrobić? Nałożyć karę na szpital, który decyzją dyrektora placówki przestał kwalifikować do programu lekowego – wskazał Hubert Godziątkowski.

Polipy nosa: barierą stają się kryteria kwalifikacji

Inaczej wygląda sytuacja pacjentów z ciężkim przewlekłym zapaleniem zatok przynosowych z polipami nosa. W programie B.156 dostępne jest leczenie biologiczne, ale przedmiotem dyskusji pozostają warunki, które trzeba spełnić, aby móc z niego skorzystać.

– Kryteria włączenia pacjentów do leczenia są na tyle skomplikowane, że w zasadzie nie do przejścia, bo jest tutaj mowa o dwóch operacjach rozległych, które musi przejść pacjent po to, żeby móc być zakwalifikowanym do leczenia. Otóż okazuje się, że średnie oczekiwanie na operację to około 18 miesięcy. Pacjent przebywa operację chirurgiczną, potem mu te polipy odrastają i musi znowu na tę operację iść, czyli musi czekać minimum 18 miesięcy, żeby tę drugą operację otrzymać, tylko po to, żeby dostać punkty, żeby się zakwalifikować do programu lekowego – mówił Hubert Godziątkowski.

Możliwa jest jednak zmiana tych zasad. Według informacji przedstawionych podczas posiedzenia, przy okazji procesu dotyczącego kolejnej terapii rozważana jest modyfikacja programu, która oznaczałaby odejście od konieczności przebycia dwóch operacji.

– Jest szansa na to, że ten program lekowy się zmieni i zmienią się kryteria włączenia pacjentów poprzez likwidację tej konieczności dwóch operacji, czyli zostanie jedna. Jeżeli tak się stanie, to będzie bardzo dobrze – powiedział Godziątkowski.

Druga kwestia dotyczy specjalistów mogących kwalifikować pacjentów do programu. Obecnie, jak wskazywał przedstawiciel PTCA, uprawnieni są do tego laryngolodzy, ale nie alergolodzy. Organizacja postuluje rozszerzenie tej możliwości, argumentując, że znaczna część pacjentów pozostaje właśnie pod opieką alergologiczną.

– Jeżeli prawie 80 proc. pacjentów, którzy mają polipy nosa albo objawy polipów nosa, leczy się u alergologów, a alergolog nie może kwalifikować do programu lekowego, to według mnie jest to systemowe ograniczenie dostępu pacjentów. Wnosiliśmy swoje postulaty na etapie AOTMiT, kiedy można było składać uwagi do tego procesu, w momencie, kiedy ten trzeci lek był rozpatrywany. Chcielibyśmy ten temat podjąć, bo jest bardzo istotny – podkreślił Hubert Godziątkowski.

POChP: nowoczesne leczenie to tylko część potrzeb

W przypadku przewlekłej obturacyjnej choroby płuc problem wygląda jeszcze inaczej. Pacjenci z określonymi postaciami choroby czekają na refundowany dostęp do terapii biologicznych, ale jednocześnie eksperci zwracają uwagę na niewystarczające wykorzystanie możliwości, które system oferuje już dziś.

– Mamy w procesie dwa leki biologiczne, które dla tych pacjentów mogłyby być w programie lekowym dostępne, ale na ten moment takiej informacji, że to będzie możliwe, nie mamy. To jest też temat o tyle istotny, że jest bardzo mocno powiązany z diagnostyką, ale również z profilaktyką – powiedział Hubert Godziątkowski.

Problem zaczyna się więc wcześniej niż na etapie kwalifikacji do nowoczesnej terapii. Dotyczy diagnostyki, w tym dostępu do spirometrii, stosowania odpowiedniego leczenia zgodnego z aktualną wiedzą oraz profilaktyki zaostrzeń.

Dr hab. n. med. Piotr Dąbrowiecki, prezes Polskiej Federacji Stowarzyszeń Chorych na Astmę, Alergie i POChP, powołał się na raporty dotyczące doświadczeń chorych na POChP. Jak wskazywał, pokazują one problemy m.in. ze stosowaniem terapii trójlekowej, wykorzystywaniem starszych metod leczenia oraz szczepieniami przeciwko patogenom mogącym prowadzić do zaostrzeń.

– Pacjenci dochodzą do ściany. Tak naprawdę większość pacjentów nie jest leczona prawidłowo z zastosowaniem już dostępnych leków. Raport na to ewidentnie wskazuje. Terapia trójlekowa jest rzadko wybierana. Często to jest terapia, która już nie istnieje w Europie, a my ją stosujemy, czyli teofilina i krótkodziałające leki rozszerzające oskrzela. Pacjenci nie są szczepieni przeciwko patogenom wywołującym zaostrzenia – powiedział dr hab. n. med. Piotr Dąbrowiecki z Kliniki Chorób Wewnętrznych, Infekcyjnych i Alergologii Wojskowego Instytutu Medycznego – PIB w Warszawie.

Jednocześnie środowisko oczekuje możliwości zastosowania terapii biologicznych u odpowiednio dobranych pacjentów. Dyskusja podczas posiedzenia dotyczyła m.in. negatywnej oceny AOTMiT jednej z technologii. Eksperci uzgodnili, że argumenty Agencji powinny zostać skonfrontowane z aktualnymi danymi naukowymi.

– Ja myślę, że to nie jest zadanie, żeby AOTMiT się tłumaczył, bo skoro AOTMiT wydał negatywną opinię, to zadaniem naukowców jest teraz odpowiedzenie na nią. Tak naprawdę piłeczka jest po naszej stronie – powiedział dr hab. n. med. Tadeusz Zielonka, specjalista chorób płuc i chorób wewnętrznych z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Dr hab. Piotr Dąbrowiecki zadeklarował przygotowanie takiego stanowiska.

Nie tylko refundacja. Co dzieje się z pacjentem później?

Przykłady AZS, polipów nosa i POChP pokazują różne miejsca, w których może zostać przerwana droga do właściwego leczenia. Zdaniem dr. hab. Tadeusza Zielonki nie wszystkie z tych problemów można przypisywać decyzjom refundacyjnym czy płatnikowi. Część dotyczy organizacji opieki, rozmieszczenia ośrodków oraz praktyki klinicznej.

– Jest program, są środki, a nie ma ludzi, którzy w danym miejscu to zrobią. […] To nie tylko brak programu decyduje o tym złym wyniku. Częściowo jest tak, że pacjent ma uprawnienia, a nie jest skierowany – zwrócił uwagę dr hab. Tadeusz Zielonka.

Ekspert wskazywał również na potrzebę edukacji lekarzy i merytorycznego nadzoru nad stosowaniem aktualnych standardów. Tym samym dostępność terapii trzeba oceniać nie tylko przez pryzmat listy refundacyjnej, ale również tego, ilu kwalifikujących się chorych rzeczywiście dociera do leczenia.

Szerszym problemem pozostaje sposób podejmowania decyzji o przeznaczaniu ograniczonych środków na poszczególne obszary medycyny.

– Alokacja środków jest problemem etycznym. I lekarze powinni zacząć na to zwracać uwagę, dlatego że to jest również etyczne zagadnienie, niezależnie od prawnego: czy jest etycznym kogoś nie leczyć i pytanie, z jakich powodów. Oczywiście ja nie chcę zabierać innym, tylko powinniśmy wrócić do refleksji, czy my sprawiedliwie dysponujemy środkami – mówił dr hab. Tadeusz Zielonka.

Jednocześnie podkreślał, że odpowiedzią nie powinno być wyłącznie zwiększanie finansowania. Wskazywał na potrzebę większego znaczenia profilaktyki oraz oceny efektywności wykorzystania już dostępnych środków.

– Jest pytanie, czy my nie powinniśmy przerzucić środków na profilaktykę, zmniejszyć różne narażenia i z zysków, które z tego wynikają, zwiększyć udział innowacyjnej terapii, czyli zmienić myślenie. My tylko gasimy pożary, wszystkie ręce na pokład, gasimy pożary, ale nie dbamy o to, żeby nie wybuchały nam pewne problemy – wskazał dr hab. Tadeusz Zielonka.

Programy lekowe otworzyły dostęp. Teraz wyzwaniem jest ich wykorzystanie

Krytyka istniejących barier nie oznacza kwestionowania samego modelu programów lekowych. Zdaniem Dr hab. Zielonki umożliwiły one dostęp do nowoczesnych terapii, ale kolejnym etapem powinno być ograniczanie przeszkód, które nie wynikają z przesłanek klinicznych.

– Dzisiaj program lekowy zmienił tę starą strategię, stworzył furtkę, tylko to musi być profesjonalnie zorganizowana furtka, nieuznaniowa, nie z jakimiś sztucznymi blokadami. Rozwijajmy programy lekowe. Wybrani chorzy, wybrane ośrodki, zgodnie z zasadami – powiedział ekspert.

Na zgłoszone podczas posiedzenia problemy ma odpowiedzieć również Ministerstwo Zdrowia. Przedstawicielka resortu zaznaczyła, że kwestie dotyczące leków w programach i kryteriów kwalifikacji zostaną przekazane do właściwego departamentu. W przypadku problemów z faktyczną dostępnością leczenia resort zapowiedział natomiast pozyskanie danych z Narodowego Funduszu Zdrowia.

– Jeśli chodzi o dostępność do programów, […] skontaktujemy się z Funduszem i dowiemy się. Zapiszemy sobie, które to są programy lekowe, […] i po prostu postaram się taką informację dla państwa pozyskać – powiedziała Magdalena Krzymowska-Zakolska, przedstawicielka Ministerstwa Zdrowia.

Przewodnicząca Parlamentarnego Zespołu ds. chorób alergicznych Ewa Nowak zwróciła się do resortu o przekazanie pisemnej odpowiedzi na pytania zgłoszone podczas posiedzenia.

Źródło: posiedzenie Parlamentarnego Zespołu ds. chorób alergicznych „Problemy w alergologii i pulmonologii. Bariery m.in. w dostępie do nowoczesnego leczenia AZS, polipów nosa i POChP”, 15 września 2026 r.

Redakcja: Medicalress