Medicalpress

Jak rozmawiać z dziećmi o zagrożeniach, o których słyszą zewsząd, nie wzmacniając ich lęku? Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu i Fundacja Prospołeczna.org przygotowały instrukcję dla rodziców i nauczycieli, dostępną w aplikacji KidsAlert. Materiał uzupełnia działania uczelni na rzecz edukacji zdrowotnej i zdrowia psychicznego, obejmujące także kształcenie przyszłych psychologów na nowym kierunku Wydziału Nauk o Zdrowiu UMW.

Po doniesieniach o atakach w szkołach rodzice i nauczyciele mierzą się zarówno z pytaniami o bezpieczeństwo, jak i z niepokojem dzieci wywołanym wiadomościami, nagraniami i komentarzami w sieci.

Jak odpowiedzieć na obawy dziecka?

Opracowanie „Jak pomóc sobie i dzieciom w obliczu niepokojących informacji o zagrożeniach?” jest dostępne w aplikacji KidsAlert. Instrukcja zawiera wskazówki dostosowane do wieku dziecka, dotyczące reagowania na lęk i zgłaszania zagrożeń.

– Instrukcja, którą opracowaliśmy wspólnie z Fundacją Prospołeczna.org, realizującą projekt KidsAlert, ma wspierać rodziców i nauczycieli w prowadzeniu rozmów z dziećmi na temat przemocy i zagrożeń w sposób, który wzmacnia poczucie bezpieczeństwa, a jednocześnie nie nasila niepotrzebnie lęku. W rozmowach warto unikać drastycznych szczegółów, wysłuchać obaw dzieci i pomagać im odróżniać fakty od przypuszczeń. Ważne jest również przekazywanie zasad bezpieczeństwa oraz wskazywanie możliwości uzyskania pomocy – mówi dr Luba Ślósarz, psycholog i psychoterapeutka z UMW, współautorka opracowania.

Działająca od tego roku na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu Katedra Psychologii, będzie temu zagadnieniu poświęcać sporo uwagi.

Porażający zasięg. Blisko 4 miliardy wyświetleń w kilka dni

Skalę przekazu, z którym mierzą się odbiorcy, pokazują dane przedstawione przez dr. Andrzeja Jarynowskiego, epidemiologa z Wydziału Nauk o Zdrowiu UMW.

– Według naszego monitoringu w dniach 6–12 października treści dotyczące tego tematu odnotowały łącznie 3,9 mld wyświetleń. Szacunkowo w czwartek i piątek odpowiadało to około 25 kontaktom z materiałem dziennie w przeliczeniu na jednego mieszkańca Polski. Tak intensywny przekaz mógł nasilać społeczny lęk i wzmacniać poczucie zagrożenia – mówi dr Andrzej Jarynowski.

Przeliczenie na mieszkańca obrazuje intensywność przekazu, a nie doświadczenie każdej osoby czy poziom rzeczywistego niebezpieczeństwa. Często powtarzane wiadomości o przemocy mogą jednak wywoływać przekonanie, że również nam zagrażają podobne zdarzenia. Ciągłe sprawdzanie kolejnych doniesień może dodatkowo podtrzymywać niepokój.

Osobnym zagadnieniem jest ryzyko naśladowania przemocy, które również należy uwzględniać przy informowaniu o takich zdarzeniach.

– Modelowanie zachowań to uczenie się poprzez obserwację innych. W klasycznych eksperymentach Alberta Bandury dzieci, które obserwowały dorosłych zachowujących się agresywnie wobec lalki Bobo, częściej odtwarzały podobne zachowania podczas późniejszej zabawy. W kontekście współczesnych mediów sensacyjne i szczegółowe przedstawianie przemocy, zwłaszcza nadmierne eksponowanie sprawców, może w określonych okolicznościach sprzyjać naśladownictwu. Nie oznacza to jednak, że sam kontakt z takimi treściami prowadzi do agresji – wyjaśnia dr Luba Ślósarz.

Bezpieczeństwo w sieci jest częścią edukacji zdrowotnej

Instrukcja uzupełnia wcześniejsze działania UMW. Uczelnia udostępnia bezpłatny podręcznik edukacji zdrowotnej dla nauczycieli, z którego mogą korzystać również rodzice. Rozdział poświęcony cyberbezpieczeństwu i higienie cyfrowej obejmuje m.in. rozpoznawanie dezinformacji, cyberprzemoc, niebezpieczne relacje w internecie i ochronę prywatności. Publikacja omawia także skutki nadmiernego używania technologii. Uczelnia dużo uwagi poświęciła temu zagadnieniu także w programie studiów podyplomowych dla nauczycieli, którzy uczyć będą edukacji zdrowotnej, przygotowując ich do rozmów na ten temat.

Dr Agnieszka Siennicka, dziekan Wydziału Nauk o Zdrowiu UMW, podkreśla, że odpowiedzialność za cyfrowe środowisko dzieci dotyczy zarówno dorosłych użytkowników, jak i twórców technologii.

– Rosnąca zależność od technologii, która charakteryzuje współczesny świat powinna wymusić refleksję nad granicami jej wykorzystania. Pracując, odpoczywając czy organizując codzienne życie nie rozstajemy się ze smartfonami. Nie chodzi tylko o czas, który spędzamy z ekranem przed nosem. Chodzi o to, na ile my sami, jako dorośli użytkownicy potrafimy świadomie rozdzielić te aktywności, przy których technologia jest tylko pomocnym narzędziem, od tych momentów, kiedy telefon zaspokaja potrzeby emocjonalne, zastępuje relacje czy ingeruje w proces podejmowania decyzji. Dzieci nas obserwują, nie zastanawiają się, do czego akurat wykorzystujemy telefon, widzą przede wszystkim jego nieustanną obecność w naszym życiu. Trudno o bardziej niespójny przekaz – podkreśla dr Siennicka.

Odpowiedzialność dorosłych obejmuje także decyzje o tym, kiedy udostępniać dzieciom technologię i jakie zasady korzystania z niej ustalać. Dotyczy również projektowania narzędzi cyfrowych z uwzględnieniem potrzeb i rozwoju najmłodszych.

–  Mówię o tym jako rodzic, będący jednocześnie użytkownikiem, ale i współtwórcą innowacyjnych rozwiązań technologicznych.  Nie wystarczy projektować rozwiązania skuteczne, bezpieczne i dostępne. Trzeba również uwzględniać ich wpływ na zachowania, relacje i rozwój dzieci oraz konsekwencje budowania świata, w którym niemal każda aktywność wymaga pośrednictwa technologii. Cieszę się z wprowadzenia zakazu korzystania ze smartfonów w szkołach podstawowych. Uważam, że ta decyzja, równolegle z obowiązkową edukacją zdrowotną  oraz ze zmianami w zakresie żywienia w szkołach są przełomowe w kontekście zdrowia młodego pokolenia. Ale regulacje nie zastąpią rozmowy i edukacji przez rodziców i opiekunów, higieny cyfrowej dorosłych ani skutecznych narzędzi chroniących dzieci przed niebezpiecznymi treściami. Rodzice muszą odpowiedzialnie decydować o wieku rozpoczynania samodzielnego korzystania z sieci, urządzeń cyfrowych, mediów społecznościowych odnosząc się do świadomej oceny potrzeb i bezpieczeństwa dziecka, nie oglądając się na własną wygodę (nic tak nie ucisza marudzącego przy obiedzie kilkulatka jak telefon) czy presję rówieśniczą (wszyscy w klasie mają, mój syn będzie wykluczony jeśli tylko on nie dostanie swojego smartfona) – apeluje dr Agnieszka Siennicka.

Gdzie znaleźć więcej informacji?

Istnieje wiele sprawdzonych i merytorycznie bezpiecznych źródeł, z których można czerpać wiedzę. W ramach kampanii „Zdrowiej wiedzieć” UMW współpracuje m.in. z NASK na rzecz przeciwdziałania dezinformacji i edukacji o bezpieczeństwie w sieci. Praktyczne wskazówki dla rodziców zawiera poradnik NASK „W sieci wyzwań. Sztuka wychowania w cyfrowym świecie”.

Uczelnia nagrywa także podcasty „Na zdrowy rozum” i „Bezpieczny Pacjent”. Pierwszy z cykli podejmuje m.in. temat dezinformacji medycznej. Jeden z odcinków „Bezpiecznego Pacjenta” dotyczy bezpieczeństwa dzieci i młodzieży w internecie.

Informacje o zdrowiu psychicznym i dostępnych formach pomocy zawiera również bezpłatny poradnik autorstwa dr Luby Ślósarz „W dobrym stanie. Poradnik zdrowia psychicznego dla mieszkańców Dolnego Śląska”, wydany przez Dolnośląski Ośrodek Polityki Społecznej.

Źródło: inf pras

Zakaz mediów społecznościowych dla dzieci poniżej 13. roku życia, minikonta dla dzieci w wieku 13–15 lat pod nadzorem rodziców, bezpieczniejsze gry online, chatboty AI czy sklepy z aplikacjami. Tego m.in. dotyczy projekt nowego unijnego rozporządzenia w sprawie ochrony małoletnich w internecie – EU Kids Act, który KE przedstawiła we wrześniu. Michał Wawrykiewicz, europoseł z KO, podkreśla, że należy nie tylko wdrażać nowe przepisy, ale również zwiększyć skuteczność egzekwowania tych już istniejących.

Tegoroczne badanie Eurobarometr wskazuje, że w Unii Europejskiej nastolatki w wieku 13–18 lat spędzają średnio online 4,5 godziny dziennie w trakcie tygodnia szkolnego i 6,1 godzin dziennie w weekendy. 14 proc. nastolatków deklaruje, że spędza przed ekranami ponad 10 godzin w trakcie dnia. Co istotne, wśród dzieci, które zaczęły korzystać z mediów społecznościowych przed 10. rokiem życia, deklarowany czas przed ekranem jest o prawie dwie godziny dłuższy niż w przypadku dzieci, które stały się użytkownikami po 14. roku życia.

Połowa nastolatków pozytywnie ocenia wpływ mediów społecznościowych na ich samopoczucie psychiczne. Ich głównymi motywacjami są: rozrywka, kontakt z przyjaciółmi lub rodziną, poczucie więzi z innymi oraz możliwość nauki. Jednocześnie prawie co trzeci nastolatek zgłasza uczucie stresu, smutku lub wykluczenia społecznego z powodu mediów społecznościowych. Zidentyfikowano również inne czynniki presji, które mogą wpływać na samopoczucie, w tym porównywanie się z innymi (45 proc.) i lęk przed pominięciem (41 proc.).

– Negatywny wpływ platform społecznościowych na młodych ludzi jest dostrzegalny w Parlamencie Europejskim. Jako legislatorzy chcemy zrobić jak najwięcej, żeby chronić dzieci, które są bezbronne wobec agresywnej polityki platform i brutalnych algorytmów. Każdy, kto ma dzieci, wie, że wpływ social mediów jest zdecydowanie negatywny: obniża ich koncentrację, możliwości czy zdolności socjalne, interpersonalne – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Michał Wawrykiewicz, poseł do Parlamentu Europejskiego z Koalicji Obywatelskiej, członek grupy Europejska Partia Ludowa (EPL).

Młodzi badani przez Eurobarometr wskazują, że zetknęli się z szeregiem szkodliwych lub niepokojących treści, m.in. mową nienawiści, promocją niezdrowych produktów, fake newsami czy presją na wygląd czy zakup konkretnego produktu.

17 września br. Komisja Europejska przedstawiła projekt rozporządzenia w sprawie ochrony małoletnich w internecie, czyli EU Kids Act. Jego zadaniem jest ochrona nieletnich przed ryzykownymi usługami cyfrowymi i systemami sztucznej inteligencji.

– EU Kids Act ma zapobiegać targetowaniu dzieci przez algorytmy, łapaniu ich w sieć w mediach społecznościowych. Będzie to obejmowało także gry online, których dzieci często używają i gdzie też czyha na nie mnóstwo pułapek – mówi Michał Wawrykiewicz. – Sztandarowe ograniczenie to będzie uniemożliwienie dzieciom korzystania z social mediów do 13. roku życia, a pomiędzy 13. a 15. rokiem życia ograniczona możliwość korzystania z social mediów poprzez tzw. mini accounts. To konta, w których muszą uczestniczyć rodzice. Będą oni powoli dopuszczać dzieci do pełnoprawnego korzystania z social mediów pod ich kontrolą.

W ciągu sześciu miesięcy od rozpoczęcia stosowania przepisów platformy będą musiały sprawdzić, czy obecni posiadacze kont mają mniej niż 15 lat. Jeśli tak, zablokują je. Każde państwo członkowskie będzie musiało zapewnić co najmniej jeden bezpłatny sposób potwierdzenia wieku, także osobom nieposiadającym cyfrowego dowodu tożsamości. Jak podkreśliła Ursula von der Leyen, szefowa KE, przedstawiając propozycję nowych przepisów, to platformy będą musiały wykazać, że ich usługi są dostosowane do wieku i bezpieczne.

Usługi dostępne na minikontach, zgodnie z założeniem, mają być zaprojektowane z uwzględnieniem zabezpieczeń, takich jak ograniczone kontakty społeczne i ograniczony czas spędzany przed ekranem do jednej godziny dziennie. Młodsze dzieci nie będą mieć dostępu do mediów społecznościowych, ale mogą korzystać ze specjalnie zaprojektowanych usług przyjaznych dzieciom za pośrednictwem kont rodziców czy opiekunów.

– Mam nadzieję, że te ograniczenia wiekowe dla dzieci w zakresie korzystania z social mediów znajdą szerokie poparcie w Parlamencie Europejskim. Przecież wszyscy, którzy mają dzieci, wiedzą doskonale, jak destruktywny wpływ na ich rozwój, umiejętności interpersonalne i koncentrację na co dzień wywołują media społecznościowe, również nieograniczone korzystanie z nich. Myślę, że wypracujemy kompromis, który umożliwi w szerokiej palecie politycznej uchwalić to prawo – uważa europoseł KO.

Rozporządzenie nakłada na usługodawców obowiązki w zakresie bezpieczeństwa już na etapie projektowania usług, z których najczęściej korzystają dzieci, w tym mediów społecznościowych, platform wideo, gier, chatbotów AI i sklepów z aplikacjami. Celem jest m.in. wyeliminowanie uzależniających sztuczek prowadzących do nadmiernego używania i ekspozycji czy możliwości kontaktu z nieznajomymi, ale też wprowadzenie domyślnych bezpiecznych ustawień. Przykładowo profile osób niepełnoletnich muszą być domyślnie prywatne, z wyłączoną geolokalizacją, dostępem do kamery i mikrofonu. Usługi online muszą również oferować osobom niepełnoletnim łatwe sposoby blokowania i wyciszania użytkowników.

– W zakresie projektowania perswazyjnego powinniśmy wprowadzać zdecydowane ograniczenia i zakazy. Jest to intencjonalne tworzenie treści w internecie, które mają złapać w sieć dzieci i utrzymać je tam jak najdłużej. To są te specjalne algorytmy, które nakazują ciągłe scrollowanie stron, sieci, zdjęć, materiałów, filmów, przykuwanie uwagi. To jest gigantyczna przewaga technologiczna platform, które w taki perswazyjny sposób projektują treści, a z drugiej strony mamy bezbronne dzieci, które łapią się na ten haczyk – podkreśla polityk.

KE wyjaśnia, że nowe propozycje opierają się na strukturach już istniejących na mocy aktu o usługach cyfrowych (DSA) i aktu w sprawie sztucznej inteligencji.

– Unia Europejska już przewiduje mechanizmy obronne, które mają wyeliminować te zagrożenia. To się dzieje na trzech poziomach. Mamy DSA, czyli akt o usługach cyfrowych, który wprowadza ograniczenia dla platform także w odniesieniu do dzieci, aby chronić je przed agresywną polityką algorytmów. Są przewidziane sankcje, nawet do 6 proc. globalnego obrotu takich platform – mówi Michał Wawrykiewicz.

DSA zobowiązuje platformy do podjęcia środków, które mają na celu ochronę osób małoletnich korzystających z ich usług, w tym m.in. ograniczenie dostępu do treści nieodpowiednich do ich wieku, takich jak gry hazardowe lub pornografia. Rozporządzenie wprowadza także zakaz reklam kierowanych do małoletnich na podstawie profilowania.

– Mamy też AI Act, który przewiduje szczególne obostrzenia co do używania sztucznej inteligencji, w tym obowiązek oznaczania treści przez nią generowanych. Odnosi się to też do młodzieży i agresywnej polityki platform – tłumaczy europoseł KO. – Symultanicznie trzeba zwiększać egzekwowalność przepisów. Przepis na papierze to nie jest wystarczająca recepta, aby zapobiec zagrożeniu. Z drugiej strony, wobec tak dynamicznego rozwoju technologicznego platform i algorytmów, które atakują nasze dzieci, trzeba tworzyć nowe rozwiązania. Stąd Kids Act, który ma wychodzić naprzeciw tym potrzebom.

Źródło: Newseria

Tylko 29,1% Polaków ufa ekspertom medycznym wypowiadającym się publicznie poza swoją specjalizacją. Niemal tyle samo – 29,5% – podchodzi do takich wypowiedzi sceptycznie, a 41,4% nie ma w tej kwestii wyrobionego zdania. Wyniki badania On Board Think Kong i Focus o Zdrowiu pokazują, że w obszarze zdrowia sam autorytet nie zawsze wystarcza do zbudowania wiarygodności – znaczenie ma również to, czy osoba wypowiadająca się posiada kompetencje w danym obszarze.

Liczy się nie tylko to, kto mówi, ale o czym mówi

Choć 29,1% badanych deklaruje zaufanie do lekarzy i innych ekspertów medycznych wypowiadających się poza swoją specjalizacją, niemal identyczna grupa – 29,5% – podchodzi do takich wypowiedzi sceptycznie. Największa grupa respondentów, 41,4%, nie ma w tej kwestii wyrobionego zdania. Wyniki pokazują, że w ocenie eksperta znaczenie ma nie tylko jego tytuł, ale także adekwatność kompetencji do tematu, na który się wypowiada.

– Dyplom lekarski nie jest dziś uniwersalną przepustką do zaufania. Odbiorcy oceniają nie tylko to, kto mówi, ale również czy jego kompetencje odpowiadają tematowi, w którym zabiera głos. Dla instytucji zdrowotnych, mediów czy twórców treści oznacza to, że dobór eksperta do tematu może być ważniejszy niż sama jego rozpoznawalność – komentuje Norbert Ofmański, On Board Think Kong.

Nie tylko ekspert, ale ekspert właściwy do tematu

Podobne podejście widać w sposobie, w jaki Polacy oceniają internetowe treści dotyczące zdrowia. Najważniejszym elementem budującym wiarygodność portalu zdrowotnego są kompetencje autorów – wskazuje na nie 40,1% badanych. Dla 34% respondentów istotna jest obecność kompetentnych ekspertów w publikacjach, a 33% zwraca uwagę na możliwość dotarcia do badań i raportów źródłowych poprzez zamieszczone linki.

Odbiorcy oceniają również sposób komunikowania informacji. 26,5% badanych za ważny element wiarygodności uznaje neutralny ton komunikacji, 24,5% – wyjaśnianie trudnych terminów i skrótów, a 24% – brak clickbaitowych i sensacyjnych nagłówków.

W stresie zdrowotnym Polacy nadal najczęściej pytają specjalistów

W sytuacjach związanych z niepokojem lub stresem zdrowotnym najczęściej wybieranym źródłem informacji pozostają specjaliści medyczni – wskazało ich 39,9% badanych. Jednocześnie istotną rolę odgrywają internetowe źródła wiedzy: 22,8% respondentów korzysta z portali medycznych i zdrowotnych, a 21,1% – z wyszukiwarek internetowych, w tym odpowiedzi generowanych przez sztuczną inteligencję.

Polacy sięgają również po informacje od rodziny i znajomych (19,8%) oraz wypowiedzi ekspertów opierających się na badaniach naukowych (17,9%). 12,8% badanych korzysta z doświadczeń innych pacjentów publikowanych na forach i grupach dyskusyjnych.

Znacznie rzadziej wskazywane są praktyki medycyny alternatywnej (9,4%), media społecznościowe (7,4%), osoby promujące metody niezweryfikowane naukowo (6,8%) oraz influencerzy niezwiązani z medycyną (3,6%). 18% respondentów deklaruje natomiast, że nie podejmuje decyzji zdrowotnych pod wpływem silnych emocji.

Portale zdrowotne mają potencjał, ale odbiorcy pozostają ostrożni

Choć internet jest ważnym źródłem informacji o zdrowiu, zaufanie do publikowanych tam treści pozostaje umiarkowane. 29,4% badanych deklaruje, że ufa treściom zamieszczonym na portalach medycznych i zdrowotnych. 17,9% podchodzi do nich sceptycznie, a największa grupa – 31,4% – nie potrafi jednoznacznie ocenić ich wiarygodności. Jednocześnie 21,3% respondentów w ogóle nie korzysta z portali zdrowotnych.

Wyniki wskazują, że w komunikacji dotyczącej zdrowia nie wystarczy samo dostarczenie informacji. Odbiorcy chcą wiedzieć, kto jest jej autorem, na jakich źródłach się opiera i czy została przedstawiona w sposób pozwalający ją zrozumieć i zweryfikować.

– Pacjenci chcą być pewni, że mogą zaufać konkretnemu przekazowi i na szczęście aktualnie mają do tego narzędzia. Mogą sprawdzić wiarygodność samego medium oraz to, czy treść odwołuje się do uznanych instytucji lub badań opublikowanych w recenzowanych czasopismach. Niezwykle istotne jest również zwrócenie uwagi na sposób prowadzonej narracji oraz język i ton wypowiedzi autora lub eksperta – komentuje Alicja Jabłońska-Krzywy, redaktor naczelna Focus o Zdrowiu.

Prezentowane wyniki są częścią szerszego raportu realizowanego przez On Board Think Kong we współpracy z platformą internetową Focus o Zdrowiu, przy wsparciu instytucjonalnym Fundacji My Pacjenci. Raport został objęty Patronatem Honorowym Rzecznika Praw Pacjenta.

Badanie: Badanie zostało przeprowadzone metodą CAWI w dniach 03.03–04.03.2026 na ogólnopolskiej próbie 833 dorosłych Polaków. Próba została zweryfikowana i zważona pod względem płci, wieku oraz wielkości miejscowości.

Pełne wyniki raportu: Wiarygodność informacji zdrowotnych w Polsce – raport OBTK

Źródło: inf pras

Dezinformacja zdrowotna może sprawić, że chory na raka trafi do lekarza, kiedy na skuteczne leczenie będzie już za późno. Może też podważyć zaufanie do lekarzy i instytucji publicznych tak bardzo, że ludzie odmówią współpracy nawet w sytuacji realnego zagrożenia z zewnątrz – ostrzegli eksperci.

Rozmawiali o tym w piątek w Warszawie podczas debaty „Diagnoza z algorytmu, terapia z TikToka. Co zrobić z infodemią?”. W spotkaniu wzięli udział prof. Wiesław Jędrzejczak z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, prof. Dominik Batorski z Uniwersytetu Warszawskiego, Monika Waćkowska-Kabaczyńska z Głównego Inspektoratu Sanitarnego, prezes Stowarzyszenia Pravda Jakub Śliż, reporter Mirosław Wlekły oraz Paweł Nowacki, współzałożyciel Stowarzyszenia Praktyków Transformacji Cyfrowej.

Debata podsumowywała projekt „Snake Oil Nation: Investigating Pseudoscientific Health Practices in Poland”, poświęcony rosnącemu w Polsce rynkowi pseudonaukowych praktyk zdrowotnych. Jego autorzy badali, jak prywatne kliniki, influencerzy i marki sprzedają niepotwierdzone naukowo terapie i produkty oraz jak zdobywają zaufanie odbiorców.

W trakcie spotkania przytoczono dane z raportu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu pokazujące, że od stycznia 2025 r. do maja 2026 r. temat dezinformacji medycznej pojawił się w ponad 32 tys. publikacji w mediach, których łączny zasięg wyniósł ok. 2,6 mld. Na platformach społecznościowych odnotowano ponadto 347 tys. wpisów, które mogły dotrzeć łącznie do odbiorców ok. 850 mln razy. Dane obejmowały zarówno treści dezinformacyjne, jak i materiały je prostujące.

Prof. Dominik Batorski z UW zwrócił uwagę, że spora część dezinformacji medycznej jest motywowana ekonomicznie. W ramach projektu analizowano więc także reklamy produktów okołomedycznych. Jednoznacznie pseudonaukowe treści stanowiły tylko kilka procent z nich, ale osiągały ogromne zasięgi, a część reklam znikała dopiero wtedy, gdy zdążyła już dotrzeć do odbiorców.

Ekspert zauważył jednak, że problem nie ogranicza się do najbardziej oczywistych przykładów pseudonauki. – Mamy całkiem sporą szarą strefę produktów, które są produktami okołomedycznymi i ich stosowanie ma pewne korzyści, ale są reklamowane w sposób, który jest problematyczny – powiedział.

Jak wyjaśnił, chodzi m.in. o obietnice niemające pokrycia w faktach. Na samych platformach należących do Meta badacze znaleźli dziesiątki tysięcy tego typu reklam. Zdaniem prof. Batorskiego jednym ze sposobów walki z dezinformacją powinna być demonetyzacja takich treści. Potrzebna jest też większa odpowiedzialność platform za rozpowszechnianie fałszywych informacji.

Naukowiec podkreślił też, że poszczególne środowiska powinny skuteczniej reagować na pseudonaukowe praktyki we własnych szeregach. Dotyczy to nie tylko lekarzy, ale także mediów, którym – jak zauważył – zdarzało się promować osoby tworzące pseudomedyczne treści.

Jak podkreślił Mirosław Wlekły, który w ramach projektu przygotował reportaż o osobach korzystających z pseudonaukowych terapii, błędem jest przekonanie, że dezinformacji medycznej ulegają wyłącznie osoby słabo wykształcone lub mało krytyczne. Jej promotorzy często są charyzmatyczni i potrafią przekonać do siebie ludzi, którzy szukają pomocy w trudnej sytuacji. Dlatego ofiarą dezinformacji może stać się każdy, zwłaszcza gdy medycyna nie jest w stanie zaoferować mu (lub jego bliskim) prostego i pewnego rozwiązania.

– Te osoby pełnią rolę lekarzy, naukowców, spowiedników, psychologów. Ludzie z problemami zdrowotnymi szukają ratunku gdziekolwiek, a tu znajdują zazwyczaj stuprocentowe odpowiedzi. Nauka jest po prostu skomplikowana i mało w niej odpowiedzi: tak albo nie, białe albo czarne – powiedział.

Jak dodał, wejście w takie środowisko może prowadzić do przyjmowania kolejnych, coraz dalej idących teorii spiskowych. Zauważył, że treści pseudomedyczne często łączą się tam z narracjami prorosyjskimi, antyukraińskimi czy podważającymi zmiany klimatu.

Jakub Śliż ze Stowarzyszenia Pravda zwrócił uwagę na potrzebę przynależności. Wokół alternatywnych terapii tworzą się grupy ludzi, którzy wzajemnie się wspierają i spotykają także poza internetem. Jego zdaniem problem jest przez to niezwykle trudny do pokonania, bo jakakolwiek próba zewnętrznej interwencji może zostać odebrana jako atak i kolejny dowód na to, że „system” ich zwalcza.

Śliż mówił też, że fact-checkerzy są w trudniejszej sytuacji niż dezinformatorzy. Muszą sprawdzać źródła i tłumaczyć złożone zagadnienia, podczas gdy fałszywy przekaz może odwołać się do emocji i błyskawicznie rozprzestrzenić w internecie.

Prof. Wiesław Jędrzejczak wskazał, że pseudonauka często zyskuje wiarygodność dzięki językowi. Proste produkty i praktyki są opisywane za pomocą terminów brzmiących naukowo, co może sprawiać wrażenie, że stoją za nimi wiedza i badania. Jako przykłady podał „wodę modyfikowaną genetycznie” oraz określenie „suplement diety”, które brzmi znacznie bardziej specjalistycznie niż „dodatek do pożywienia”.

Monika Waćkowska-Kabaczyńska z GIS mówiła o ogromnej asymetrii między działaniem dezinformatorów i administracji publicznej. – Influencer może w ciągu 30 sekund nagrać film, puścić go na kanale i on zaczyna żyć, być podawany dalej, robić zasięgi. My każdą informację musimy zweryfikować, ustalić źródło, często skonsultować merytorycznie i prawnie. To zajmuje czas (…), bo za każdą informacją, którą wypuszczamy jako urząd, ktoś bierze odpowiedzialność prawną i służbową – wyjaśniła.

W jej opinii prawdziwe informacje są też przeważnie mniej atrakcyjne. Komunikat, że dowody naukowe nie potwierdzają skuteczności danej terapii, przegrywa emocjonalnie z historią człowieka, który twierdzi, że lekarze nie potrafili mu pomóc, ale zrobiła to określona metoda.

Waćkowska-Kabaczyńska podkreśliła też, że skutki dezinformacji mogą wykraczać daleko poza zakup suplementu. Może ona podważać zaufanie do lekarzy, urzędów i instytucji państwa, a w skrajnym przypadku prowadzić do odmowy współpracy także podczas realnego zagrożenia zewnętrznego.

Dlatego GIS stawia na edukację i budowanie odporności na dezinformację od najmłodszych lat. Prowadzi programy dla uczniów i seniorów, czyli grup szczególnie narażonych na fałszywe informacje.

Waćkowska-Kabaczyńska zwróciła również uwagę na potrzebę uproszczenia języka administracji. – Jeżeli administracja będzie się chowała za bardzo trudnym językiem, nie zbuduje zaufania. Dlatego prosty język jest kluczowy, żeby docierać do ludzi z jasnym przekazem. Musimy szkolić urzędników, bo przez lata nabyte przyzwyczajenie do mówienia ex cathedra i w trzeciej osobie bardzo trudno jest wyplenić – podkreśliła.

Żródło: Nauka w Polsce

Blisko 2,5 tysiąca publikacji o zasięgu 190 milionów kontaktów w zaledwie 2 dni!  Barometr dezinformacji medycznej opracowany przez Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu (UMW) oraz firmę Mediaboard analizuje medialny wydźwięk ustawy „lex szarlatan” jako kluczowy wątek ostatniego kwartału. To pierwsza z cyklicznych publikacji przygotowywanych przez Obserwatorium Dezinformacji Medycznej UMW, która nie tylko opisuje główne narracje, ale też wskazuje potencjalne źródła kryzysów w niedalekiej przyszłości.

Dezinformacja medyczna nie jest już tematem publikacji w mediach branżowych. Ostatni kwartał, którego analizę zawiera Barometr dezinformacji, pokazuje, że tocząca się wokół ustawy dyskusja o pseudomedycynie przestała być wyłącznie rozmową o bezpieczeństwie pacjentów. Została połączona z polityką, wolnością słowa, „cenzurą”, „Big Pharmą” czy rzekomym zagrożeniem dla zielarzy i dietetyków. Temat medyczny stał się paliwem dla szerszego konfliktu politycznego i światopoglądowego. I jako konflikt świetnie sprzedał się w mediach.

Potrzebujemy działań systemowych – Obserwatorium Dezinformacji Medycznej UMW

– Świat medyczny to dziś za mało, by skutecznie przeciwdziałać dezinformacji. Konieczne jest działanie międzysektorowe, a przede wszystkim działanie systemowe. Deklaracje, jednorazowe akcje czy eventy nie przełożą się na wymierne rezultaty. Dlatego na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu stworzyliśmy Centrum Odkryć Medycznych, w którym wyodrębniamy teraz Obserwatorium Dezinformacji Medycznej – wyjaśnia rektor uczelni prof. Piotr Ponikowski. – Przestajemy rozmawiać na poziomie ogólnikowych haseł i przypuszczeń, odnosimy się do tworzonych przez nas analiz, narracji i liczb opisujących konkretny moment w czasie. Relacjonujemy rzeczywistość niemal na bieżąco, co pozwala lepiej zrozumieć jej dynamikę i dzięki temu przygotować działania, które mogą zapobiegać nowym stanom zapalnym. Obserwatorium jest częścią szerszego systemu działań UMW na rzecz odporności informacyjnej państwa. Obejmuje on popularyzację nauki, bezpłatny podręcznik edukacji zdrowotnej, narzędzia AI wspierające nauczycieli, ich kształcenie oraz portal weryfikujący popularne mity medyczne – podkreśla rektor prof. Piotr Ponikowski.

„Lex szarlatan” uruchomił lawinę

Pierwszy kwartalny Barometr pozwala zobaczyć, jak ta debata zmienia się pod wpływem bieżących wydarzeń. Od czerwca do końca sierpnia zidentyfikowano 8393 publikacje i wpisy dotyczące dezinformacji zdrowotnej. Wygenerowały one 883 mln potencjalnych kontaktów z przekazem. Analiza objęła również 9136 komentarzy internautów.

Najważniejszym tematem kwartału był spór o ustawę określaną jako „lex szarlatan”. Odpowiadał za 64 proc. wszystkich publikacji i wpisów oraz 76 proc. całego zasięgu analizowanej debaty. W ciągu trzech miesięcy pojawiło się 5369 materiałów dotyczących ustawy, które wygenerowały blisko 674 mln potencjalnych kontaktów i ponad 5 tys. komentarzy.

Punktem zwrotnym była decyzja prezydenta z 20 sierpnia o niepodpisaniu ustawy i skierowaniu jej do Trybunału Konstytucyjnego. Tego dnia ukazało się 1458 publikacji i wpisów, generujących 190 mln kontaktów. Dzień później, po zapowiedzi projektu prezydenckiego, odnotowano kolejne 1009 materiałów. W ciągu zaledwie dwóch dni powstało ich 2467.

– W mojej ocenie poszerzenie kompetencji Rzecznika Praw Pacjenta to dobry kierunek. Oczywiście można dyskutować nad zakresem tych kompetencji, definicjami praktyk pseudomedycznych czy dezinformacji medycznej, ale warto też podkreślić, że uprawnienia, jakie miał zyskać Rzecznik Praw Pacjenta, nie są uprawnieniami nowymi w polskim porządku prawnym. Zgodnie z treścią uzasadnienia do projektu „lex szarlatan” zostały one zaprojektowane na wzór kompetencji, jakie w sprawach ochrony konkurencji i konsumentów już posiada Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów – przypomina Dominika Szachniewicz – radca prawny i dyrektor generalna UMW. Skoro jako konsumenci jesteśmy objęci wszechstronną ochroną, to dlaczego obawiamy się podobnej ochrony w sytuacji, gdy chodzi o nasze życie czy zdrowie, a skutki pewnych działań mogą być już dla nas nieodwracalne? Dzisiaj nie ma żadnego systemu ostrzegania przed dezinformacją medyczną czy praktykami pseudomedycznymi. Dlatego sam system kar to za mało. Musimy mieć jako pacjenci legalne źródło informacji, np. w postaci rejestru podmiotów prowadzących dezinformację medyczną, a ochrona naszego życia i zdrowia musi być priorytetem w zderzeniu z nieuczciwą działalnością zarobkową – apeluje Dominika Szachniewicz. 

Dezinformacja „recyklinguje” stare narracje

 Barometr pokazuje, że fałszywe narracje nie znikają wraz z końcem wydarzenia, które je uruchomiło. Pozostają w infosferze i mogą zostać szybko wykorzystane przy kolejnym sporze, kryzysie czy decyzji politycznej.

– „Lex szarlatan” uwidocznił, jak łatwo istniejące narracje można podłączyć pod nowe wydarzenie: „Big Pharma” staje się „lex Big Pharma”, a wcześniejsze opowieści o cenzurowaniu niewygodnej wiedzy – argumentem przeciw regulacjom dotyczącym pseudomedycyny – wyjaśnia Wioletta Samborska, dyrektorka Centrum Odkryć Medycznych UMW. –  Dezinformacja nie zaczyna się od zera. Ma bibliotekę gotowych opowieści, które można uruchomić przy kolejnym, „sprzyjającym im” wydarzeniu – dodaje.

U progu nowych kryzysów

Barometr identyfikuje nie tylko tematy, ale również formuły narracyjne, które mogą zostać ponownie wykorzystane. Wokół „Lex szarlatan” pojawiły się trzy szczególnie wyraźne schematy:  ustawa miała być projektem napisanym pod dyktando koncernów farmaceutycznych, uderzać w zielarzy i dietetyków oraz prowadzić do cenzury i odebrania pacjentom prawa wyboru.

Narracja „Lex Big Pharma” pojawiła się w 226 materiałach i 304 komentarzach. Niemal równie często – w 227 materiałach – powtarzano, że regulacja zagrozi legalnej działalności zielarzy, dietetyków i praktyków medycyny naturalnej. Ten przekaz okazał się szczególnie istotny, ponieważ łączył narrację antysystemową z bardziej powszechną obawą o ograniczenie legalnych praktyk. W 56 materiałach ustawę przedstawiano natomiast jako narzędzie cenzury i ograniczania wolności. Duże ryzyko nasilenia dezinformacji medycznej wiąże się także z wygenerowanymi przez AI wizerunkami lekarzy oraz głośnymi procesami sądowymi celebrytów szerzących antynaukowe treści.

Głos nauki jest słyszalny, ale pojawia się zbyt rzadko

Eksperci wyjaśniający i prostujący treści dezinformacyjne pojawili się w mediach w badanym okresie 264 razy. Promotorzy pseudonauki mieli 578 wystąpień. Co ciekawe, materiały eksperckie miały zdecydowanie większy zasięg. Jak to możliwe? Pojawiały się w mediach, które docierały znacznie szerzej. To pokazuje, że odpowiednio zaplanowana obecność ekspertów w mediach może skutecznie równoważyć przekaz pseudonaukowy. Pod warunkiem, że nie ograniczy się wyłącznie do samych materiałów dziennikarskich, ale obejmie też pojawiające się pod nimi komentarze.

Dezinformacja żyje w komentarzach

Treści fałszywe lub wprowadzające w błąd stanowiły 7% analizowanych publikacji i postów, ale ich udział wzrastał do 12% w komentarzach. W analizie uwzględniono 9136 komentarzy.

To istotna różnica, która unaocznia,  że rzetelny materiał dziennikarski czy wypowiedź eksperta nie zamyka obiegu informacji. Pod publikacją może powstać drugi obieg: pojawiają się kontrargumenty, teorie spiskowe, osobiste świadectwa czy podważanie wiarygodności lekarzy.

– Liczby w naszym raporcie mówią same za siebie, ale warto powiedzieć wprost, co się za nimi kryje. Śledzimy media i rzadko widzimy temat zdrowotny, który w dwa dni potrafi wygenerować blisko dwa i pół tysiąca publikacji. Oczywiście stwierdzenie to nie odnosi się do wydarzeń niespodziewanych czy kryzysowych – jak pandemia Covid. To pokazuje, że dezinformacja medyczna przestała być niszą i zdecydowanie żyje tam, gdzie są emocje, konflikt i szybkie tempo newsa – przyznaje Marcin Szczupak CEO Mediaboard Polska.

– Dla nas jako firmy zajmującej się monitoringiem i analityką mediów najważniejszy wniosek jest taki, że nie wystarczy patrzeć na to, co napisała redakcja. Trzeba dostrzegać też to, co dzieje się później w komentarzach i mediach społecznościowych, w drugim, nieformalnym obiegu informacji. To tam fałszywe treści rosną najszybciej.

Cieszymy się, że mogliśmy wesprzeć Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu danymi do tego opracowania. Wierzymy, że regularne pokazywanie skali zjawiska liczbami, a nie przeczuciami to pierwszy krok do tego, żeby skutecznie na nie reagować – dodaje CEO Mediaboard Polska.

Szczegółowe analizy i metodologie badania znaleźć można w Barometrze dezinformacji medycznej na stronie: https://www.umw.edu.pl/pl/raport

Źródło: inf pras

Śpij lepiej, ruszaj się więcej, zdrowiej jedz, mniej scrolluj, rozwijaj się, dbaj o relacje. Wellbeing ma pomagać nam lepiej o siebie zadbać. W praktyce łatwo jednak zamienić go w kolejną, długą listę rzeczy do odhaczenia na już. Wtedy, zdaniem ekspertów, może zniechęcać i przytłaczać. Jak dbać o siebie uważnie i bez nadmiernej presji, ale regularnie? Jaką rolę w tym wszystkim może odegrać technologia?

8 września obchodzony jest Światowy Dzień Wellbeingu.¹ To dobra okazja, żeby spojrzeć na dobrostan nie jak na modne hasło, ale jak na codzienne pytanie: czego potrzebuję, aby funkcjonować lepiej, spokojniej i bardziej świadomie?

Według badania Multi.Life 88 proc. Polaków martwi się o stan swojego zdrowia, a ponad 4 na 10 często lub bardzo często odczuwa z tego powodu stres. Jednocześnie 43 proc. badanych deklaruje, że chciałoby nauczyć się lepszego dbania o zdrowie fizyczne, a 36 proc. chciałoby zdobyć więcej wiedzy w zakresie profilaktyki zaburzeń zdrowia psychicznego.² W innym badaniu Multi.Life blisko co trzeci Polak – 28 proc. – wskazał również, że chciałby nauczyć się zasad świadomego i zdrowego odżywiania.³

– Za tymi danymi stoją bardzo codzienne potrzeby: jak lepiej spać, jak radzić sobie ze stresem, jak wrócić do ruchu albo kiedy warto porozmawiać ze specjalistą? Dlatego rozmowa o dobrostanie coraz rzadziej sprowadza się do jednego, ogólnego zalecenia. Powinna dotyczyć ułożenia priorytetów i wyboru pierwszego kroku, który jest realny dla konkretnej osoby – przekonuje dr hab. n. med. Andrzej Silczuk, psychiatra, ekspert Multi.Life i dodaje:

– W rozmowie o dobrostanie łatwo niechcący uruchomić mechanizm presji. Człowiek słyszy, że powinien lepiej spać, więcej się ruszać, zdrowiej jeść, ograniczyć ekran, zadbać o relacje i jeszcze znaleźć czas na rozwój. Każda z tych rekomendacji jest potrzebna, ale razem mogą zabrzmieć jak kolejna lista wymagań, dlatego warto wprowadzać zmiany gradacyjnie. Jeżeli ktoś jest już przeciążony, taka lista nie zawsze motywuje. Czasem tylko wzmacnia poczucie, że znowu sobie z czymś nie radzi – mówi.

Dobrostan to system naczyń połączonych

World Happiness Report 2026 opisuje dobrostan szeroko. Uwzględnia relacje i zaufanie. Ważne miejsce zajmują w nim również zdrowie, poczucie wpływu oraz środowisko cyfrowe. Raport nie sprowadza więc tematu do jednej prostej praktyki ani jednego czynnika. Wskazuje raczej na warunki codziennego życia, które wpływają na to, jak ludzie oceniają własne funkcjonowanie.⁴

Podobne szerokie ujęcie pojawia się w raporcie „Dobrostan Polek i Polaków”, przygotowanym przez infuture.institute na zlecenie Benefit Systems. Autorzy opisują dobrostan przez sześć obszarów: zdrowie fizyczne i psychiczne, wewnętrzny spokój, komfort życia, relacje oraz kontakt z naturą. Średnia wartość dobrostanu Polek i Polaków wyliczona na podstawie Wellbeing Score wynosi 4,9/10.⁵

– To, że na dobrostan składa się wiele obszarów, nie oznacza, że w każdym momencie trzeba zajmować się nimi wszystkimi jednocześnie. Potrzeby zmieniają się wraz z sytuacją, etapem życia czy poziomem obciążenia. Czasem potrzebujemy działania, a czasem odpoczynku i odpuszczenia sobie – mówi dr Silczuk.

Telefon może rozpraszać, ale może też pomagać

Z badania Multi.Life wynika, że przebodźcowanie jest dziś jedną z głównych przyczyn stresu Polaków – wskazuje je 47 proc. badanych. Niemal tyle samo, bo 48 proc., mówi o nadmiarze obowiązków i braku czasu.²

– Nie demonizowałbym technologii jako takiej, choć często jako pierwsza przychodzi na myśl, gdy poszukujemy powodów gorszego samopoczucia czy zdrowia. Po całym dniu napięcia telefon może podtrzymywać nas w ciągłym pobudzeniu, jeśli staje się tylko źródłem kolejnych bodźców. Ale ten sam ekran może na przykład służyć kontaktowi, zdobywaniu wiedzy, treningowi czy dotarciu do konkretnego, potrzebnego w danym momencie specjalisty. Dlatego warto patrzeć nie tylko na czas spędzony online, ale przede wszystkim na to, po co sięgamy po technologię i co dzięki niej robimy. A przede wszystkim – jak czujemy się później. Tym bardziej, że to właśnie przestrzeń online wyrównuje dostęp do informacji i specjalistów – dodaje ekspert.

World Happiness Report 2026 pokazuje złożony obraz relacji między mediami społecznościowymi, technologią i dobrostanem. Znaczenie ma nie tylko czas spędzony online. Liczy się także rodzaj aktywności, kontekst korzystania z narzędzi cyfrowych oraz to, czy technologia wspiera relacje, wiedzę i poczucie wpływu.⁴

Mniej aplikacji, prostszy pierwszy krok

Technologia sprawiła, że narzędzia wspierające zdrowie i dobre nawyki możemy mieć zawsze przy sobie. To ona przypomina nam, że czas wstać i się rozruszać. Pomaga umówić rozmowę ze specjalistą, oszacować kaloryczność posiłku czy sprawdzić, jak spaliśmy. Dzięki technologii możemy też słuchać podcastów, w których głos zabierają specjaliści. W tym wszystkim łatwo się jednak zgubić, zwłaszcza gdy każda potrzeba oznacza kolejną aplikację, konto i powiadomienie. Zamiast ułatwiać dbanie o siebie, czasem nieświadomie dokładamy sobie kolejne decyzje i z czasem zniechęcamy się do korzystania z dostępnych rozwiązań.

Badanie Talker Research przeprowadzone online na zlecenie MD Live by Evernorth wśród 2 tys. ubezpieczonych dorosłych Amerykanów korzystających z aplikacji i narzędzi zdrowotnych pokazuje, że przeciętny respondent regularnie używa sześciu takich aplikacji, a 22 proc. – co najmniej dziesięciu. 57 proc. korzysta z narzędzi monitorujących aktywność fizyczną, 39 proc. z aplikacji żywieniowych, a 37 proc. z rozwiązań do monitorowania snu. Ponad połowa badanych – 53 proc. – uważa, że aplikacji zdrowotnych jest zbyt wiele, by nad nimi nadążać, a 45 proc. deklaruje, że co tydzień odczuwa wypalenie związane z koniecznością uzupełniania i śledzenia danych. Jednocześnie 91 proc. twierdzi, że narzędzia zdrowotne poprawiły ich rozumienie funkcjonowania własnego organizmu, choć 40 proc. przyznaje, że nie wie, jak najlepiej wykorzystywać je w praktyce.⁶

– Mnogość wykorzystywanych rozwiązań może prowadzić do chaosu, co czyni dbanie o dobrostan jeszcze trudniejszym. Poszukując rozwiązań technologicznych, które mogą wesprzeć nas w dbaniu o siebie, warto zatem zwracać uwagę na ich kompleksowość. Dziś na rynku odnaleźć można rozwiązania, które łączą monitorowanie elementów zdrowego stylu życia, takich jak aktywność fizyczna czy sposób odżywiania, z możliwością skorzystania z wiedzy i konsultacji eksperckich. Warto poszukiwać tych, które w ramach jednego narzędzia pokażą nam, jak dziś wygląda nasz styl życia, i pomogą realnie wprowadzić oczekiwane zmiany. Narzędzia ukierunkowane na efektywne doświadczenie użytkownika mogą pomóc określić cel oraz rekomendować odpowiednie funkcjonalności, by wspierać w jego osiąganiu – mówi Izabela Nasiłowska-Włodarek, Business Development Director w Benefit Systems S.A., odpowiedzialna za rozwój platformy wellbeingowej Multi.Life.

Dobrostan nie wymaga perfekcji

Dbanie o siebie nie musi być kolejnym projektem naprawczym prowadzonym pod presją. Można wprowadzać mikrozmiany, wyznaczać priorytety, ale też zostawić miejsce na odpoczynek, przyjemność czy czas, który nie służy realizacji żadnego celu.

– Dbanie o siebie nie powinno oznaczać nieustannego poprawiania siebie. Są momenty, kiedy potrzebujemy działania, zmiany nawyku czy profesjonalnego wsparcia, ale są też takie, kiedy najbardziej potrzebny jest odpoczynek. Dobrostan nie polega na tym, żeby wszystko robić idealnie. Raczej na tym, żeby potrafić zauważyć własną potrzebę i odpowiedzieć na nią bez dokładania sobie kolejnej presji – podsumowuje dr Andrzej Silczuk.

Źródło: inf pras

Związek między czasem spędzanym przed ekranem a rozwojem psychospołecznym dzieci okazuje się mniej jednoznaczny, niż często się zakłada. Tak wynika z badania szkockiej kohorty, w którym uczestników obserwowano od 5. do 15. roku życia.

Sam czas spędzany przed ekranem nie był konsekwentnie związany z gorszym rozwojem emocjonalnym, behawioralnym i społecznym dzieci – wynika z analizy szkockiej kohorty obejmującej obserwację od 5. do 15. roku życia. Wyraźniejszy związek zaobserwowano przede wszystkim u 15-latków grających w gry elektroniczne co najmniej 5 godzin dziennie. Autorzy badania opublikowanego w „JAMA Network Open” wskazują, że w ocenie korzystania z ekranów znaczenie może mieć nie tylko liczba godzin, ale także rodzaj aktywności, wiek dziecka i kontekst rodzinny.

Telewizory, smartfony, tablety, gry i media społecznościowe stały się stałym elementem codzienności dzieci i nastolatków. Jednocześnie od lat trwa dyskusja o tym, czy rosnący czas spędzany przed ekranem wpływa negatywnie na ich rozwój emocjonalny i społeczny.

Dotychczasowe wyniki badań nie były jednoznaczne. Jednym z problemów jest fakt, że wiele analiz miało charakter przekrojowy i nie uwzględniało w wystarczającym stopniu czynników rodzinnych, które mogą wpływać zarówno na sposób korzystania z urządzeń cyfrowych, jak i funkcjonowanie psychiczne dziecka.

Naukowcy z Wielkiej Brytanii postanowili więc przyjrzeć się temu problemowi w dłuższej perspektywie.

Dzieci obserwowane od 5. do 15. roku życia

Autorzy wykorzystali dane z badania Growing Up in Scotland, dużej szkockiej kohorty urodzeniowej. Analiza objęła 3786 dzieci w wieku 5 lat, 3126 w wieku 10 lat oraz 2598 nastolatków w wieku 15 lat.

Dane pochodziły z lat 2009–2010, 2014–2015 oraz 2019–2020. W przypadku dzieci 5- i 10-letnich informacje o korzystaniu z ekranów przekazywali rodzice lub opiekunowie. Piętnastolatkowie raportowali je samodzielnie. Uwzględniano wyłącznie czas ekranowy poza zajęciami szkolnymi.

Rozwój psychospołeczny oceniano za pomocą kwestionariusza Strengths and Difficulties Questionnaire (SDQ), obejmującego m.in. trudności emocjonalne, problemy z zachowaniem, nadpobudliwość, relacje z rówieśnikami oraz zachowania prospołeczne.

Co istotne, modele statystyczne uwzględniały szeroki zestaw potencjalnych czynników zakłócających, w tym sytuację ekonomiczną rodziny, zdrowie rodziców, relację rodzic–dziecko, strukturę rodziny, poziom wykształcenia czy wyniki testów poznawczych.

Czas przed ekranem zwiększał się wraz z wiekiem

Mediana pozaszkolnego czasu ekranowego wynosiła około 2 godzin dziennie w wieku 5 lat i 3 godziny w wieku 10 lat.

Co najmniej 3 godziny dziennie przed ekranem spędzało 25 proc. pięciolatków i 52,4 proc. dziesięciolatków. W wieku 15 lat 28,4 proc. uczestników korzystało z mediów społecznościowych i komunikatorów przez co najmniej 3 godziny dziennie, a 21,2 proc. grało w gry elektroniczne przez co najmniej 3 godziny.

Mimo wzrostu ekspozycji badacze nie stwierdzili prostego związku między większą liczbą godzin przed ekranem a gorszym funkcjonowaniem psychospołecznym.

U 5- i 10-latków nie stwierdzono wyraźnego związku

Po uwzględnieniu czynników rodzinnych i społecznych całkowity czas ekranowy w wieku 5 i 10 lat nie był związany z większym prawdopodobieństwem podwyższonego wyniku całkowitego trudności w kwestionariuszu SDQ.

Inny wynik pojawił się w analizie podłużnej. Dzieci, które w wieku 5 lat spędzały przed ekranem co najmniej 5 godzin dziennie, miały około 2,7-krotnie większe prawdopodobieństwo podwyższonego wyniku trudności w wieku 10 lat w porównaniu z dziećmi korzystającymi z ekranów krócej niż godzinę dziennie.

Zależność ta nie utrzymała się jednak w wieku 15 lat, a dodatkowe analizy czułości nie potwierdzały jej konsekwentnie. Autorzy podkreślają więc, że nie można na tej podstawie wnioskować o trwałym wpływie bardzo wysokiego czasu ekranowego we wczesnym dzieciństwie.

Pięć godzin grania dziennie wyróżniało się u 15-latków

Najbardziej jednoznaczny wynik dotyczył gier elektronicznych w wieku 15 lat.

Nastolatkowie deklarujący granie przez co najmniej 5 godzin dziennie mieli 2,61 razy większe prawdopodobieństwo podwyższonego wyniku trudności psychospołecznych niż osoby grające krócej niż godzinę dziennie. Zależność pozostała istotna również po korekcie uwzględniającej wielokrotne porównania.

Nie oznacza to jednak, że badanie wykazało, iż intensywne granie powoduje problemy emocjonalne lub behawioralne. W przypadku analizy 15-latków oceniano korzystanie z ekranów i funkcjonowanie psychospołeczne w tym samym okresie, dlatego nie można określić kierunku zależności.

Możliwe jest zarówno to, że bardzo intensywne granie wiąże się z większym ryzykiem trudności, jak i to, że młodzi ludzie już doświadczający problemów częściej sięgają po gry.

Media społecznościowe: wynik wymagający ostrożności

Interesujący, ale trudniejszy do interpretacji rezultat dotyczył mediów społecznościowych i komunikatorów.

Piętnastolatkowie korzystający z nich przez 1–2 godziny dziennie mieli niższe prawdopodobieństwo podwyższonego wyniku trudności niż osoby deklarujące mniej niż godzinę dziennie. Po korekcie statystycznej związek utrzymał się dla kategorii 1–2 godziny.

Autorzy zdecydowanie przestrzegają jednak przed interpretowaniem tego wyniku jako dowodu na ochronne działanie mediów społecznościowych. Nastolatkowie korzystający z nich bardzo mało mogą różnić się od rówieśników np. pod względem relacji społecznych, a osoby lepiej funkcjonujące społecznie mogą po prostu częściej używać komunikatorów do kontaktu z innymi.

Liczy się nie tylko „ile”, ale również „jak”

Zdaniem autorów wyniki pokazują ograniczenia podejścia, w którym czas ekranowy traktowany jest jako jedna, jednorodna ekspozycja.

Godzina rozmowy z przyjaciółmi przez komunikator, oglądania filmu, gry, nauki czy biernego przeglądania krótkich treści może mieć zupełnie inne znaczenie dla rozwoju dziecka.

Badanie nie zbierało jednak informacji o treści oglądanych materiałów ani celu korzystania z urządzeń. Nie oceniano również takich czynników jak wspólne korzystanie z ekranów z rodzicami, pora dnia czy charakter konkretnych platform.

Autorzy wskazują, że przyszłe zalecenia powinny uwzględniać nie tylko czas, ale również rodzaj treści, kontekst korzystania z urządzeń, wiek dziecka oraz zaangażowanie rodziców.

Badanie ma ważne ograniczenia

Wyniki należy interpretować z uwzględnieniem kilku ograniczeń.

Czas ekranowy był deklarowany przez rodziców lub samych nastolatków, a nie mierzony obiektywnie. Sposób pomiaru różnił się także pomiędzy poszczególnymi grupami wiekowymi.

Ponadto badacze nie dysponowali informacjami o rodzaju oglądanych treści. Kohorta była również mało zróżnicowana etnicznie, a w kolejnych etapach badania częściej tracono kontakt z rodzinami znajdującymi się w trudniejszej sytuacji społeczno-ekonomicznej.

Istotne jest również to, że część danych pochodzi sprzed kilku lat. Większość 15-latków badano przed pandemią COVID-19, a cyfrowe środowisko dzieci bardzo szybko się zmienia – szczególnie wraz z rozwojem krótkich form wideo i nowych platform społecznościowych.

Sama liczba godzin może nie wystarczyć

Autorzy podsumowują, że w całym okresie dzieciństwa i dorastania związki pomiędzy zwiększonym korzystaniem z ekranów a rozwojem psychospołecznym były ograniczone i niespójne.

Ich zdaniem zalecenia koncentrujące się wyłącznie na ograniczaniu liczby godzin przed ekranem mogą nie oddawać złożoności problemu. Potrzebne są badania pozwalające określić, jaki rodzaj korzystania z technologii, w jakim wieku, w jakim kontekście i u których dzieci może być problematyczny, a kiedy może przynosić korzyści, np. poprzez podtrzymywanie relacji społecznych, dostęp do wiedzy czy możliwości edukacyjne.

Źródło: McQuaid F., Skafida V., McQuillan R. i wsp., Screen Use and Emotional, Behavioral, and Social Development in Children, JAMA Network Open, 2026;9(8):e2626804. doi:10.1001/jamanetworkopen.2026.26804.

Rzecznik Praw Pacjenta ma zyskać nowe narzędzia do walki z osobami i podmiotami, które wprowadzają pacjentów w błąd co do metod leczenia. Ustawa określana jako „lex szarlatan” pozwoli temu organowi reagować na praktyki prowadzone poza systemem ochrony zdrowia, a za najpoważniejsze naruszenia nakładać kary do 1 mln zł. RPP podkreśla, że nowe przepisy mają chronić przed oszustami i nie będą ograniczać stosowania ziołolecznictwa, masaży czy akupunktury. Ustawa czeka na decyzję prezydenta, który na jej podjęcie ma czas do 21 sierpnia. 

– Ustawa potocznie zwana „lex szarlatan” ma chronić przed osobami, które oszukują pacjentów, wmawiając im nieprawdziwe informacje związane z metodami leczenia, ma bronić pacjentów przed naciągaczami, którzy mają zawsze bardzo proste odpowiedzi: bardzo łatwo da się wyleczyć, wszystko da się wyleczyć, w porównaniu do medycyny akademickiej, która mówi jasno, że często ten proces jest bardzo długi – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Konrad Madejczyk, rzecznik prasowy Biura Rzecznika Praw Pacjenta.

Jednym z powodów przygotowania nowych przepisów jest luka w obecnych regulacjach. Praktyki pseudomedyczne są często prowadzone poza systemem ochrony zdrowia, m.in. w ramach zwykłej działalności gospodarczej, przez co nie podlegają takim samym zasadom nadzoru jak podmioty lecznicze.

Z oceny skutków regulacji wynika, że w Polsce zarejestrowanych jest blisko 40 tys. działalności gospodarczych w obszarze działalności paramedycznej oraz medycyny tradycyjnej, uzupełniającej i alternatywnej. Nie oznacza to, że wszystkie stosują praktyki pseudomedyczne. Autorzy OSR szacują, że kryteria takich praktyk może spełniać od kilku do kilkunastu tysięcy osób i podmiotów.

– Ustawa „lex szarlatan” nie będzie dotyczyła osób, które leczą ziołami, masażystów, leczenia akupunkturą, medycyny chińskiej. Wszystkie te metody, które są stosowane dzisiaj jako medycyna komplementarna, będą oczywiście możliwe i dalej będą mogły być stosowane. To jest ustawa, która ma za zadanie przestrzegać pacjentów przed osobami, które polecają leczenie hormonalne, na przykład na zasadzie picia płynu Lugola, który jest skrajnie niebezpieczny przy leczeniu tarczycy – mówi rzecznik Biura RPP.

Zgodnie z ustawą za praktykę pseudomedyczną będzie uznawane przypisywanie metodzie lub substancji właściwości leczniczych niezgodnych z aktualną wiedzą medyczną, jeżeli może to prowadzić m.in. do pogorszenia stanu zdrowia, opóźnienia właściwej diagnostyki lub leczenia albo rezygnacji z leczenia o potwierdzonej skuteczności.

Nowe regulacje mają objąć także publiczne rozpowszechnianie dezinformacji medycznej w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej. W OSR zwrócono uwagę na znaczenie internetu i mediów społecznościowych w rozpowszechnianiu takich treści. Najpopularniejsze osoby promujące metody sprzeczne z aktualną wiedzą medyczną mają setki tysięcy obserwujących. Zgodnie z nowymi przepisami RPP ma prowadzić jawny rejestr podmiotów posługujących się dezinformacją medyczną, a w przypadku stron internetowych będzie mógł wystąpić do przedsiębiorcy telekomunikacyjnego o przekierowanie użytkowników z oznaczonej domeny na stronę RPP z ostrzeżeniem o dezinformacji medycznej.

– Ustawa będzie też broniła pacjentów przed osobami, które nieprawnie używają tytułu zawodowego lekarza czy nieprawnie stosują metody, jak na przykład w przypadku pacjentki na południu Polski, która była leczona tzw. perłami księżniczki – mówi Konrad Madejczyk.

W czerwcu br. ujawniono historię 40-letniej pacjentki chorej na raka jajnika, która korzystała z usług naturopaty z Bielska-Białej. Mężczyzna diagnozował ją za pomocą biorezonansu i zalecał jej m.in. tzw. perły księżniczki – tampony nasączone chińskimi ziołami. Podczas przeszukania jego gabinetu śledczy zabezpieczyli dane blisko 900 osób, które mogły korzystać z jego usług.

– Jeżeli chodzi o zgłoszenia praktyk naruszających bezpieczeństwo pacjenta, nie ma ich wiele, bo Rzecznik Praw Pacjenta dziś może się zajmować wyłącznie podmiotami leczniczymi. Często te praktyki są prowadzone w ramach prywatnej działalności gospodarczej. Mówimy o gigantycznej skali nadużyć w sieci, ale jeżeli chodzi o same skargi, to dziś mamy ich niedużo – mówi rzecznik Biura RPP.

Nowe przepisy mają umożliwić RPP prowadzenie odrębnych postępowań w sprawie praktyk pseudomedycznych. Rzecznik będzie mógł żądać od osób i podmiotów, których działalność bada, informacji i dokumentów, a także korzystać z opinii ekspertów. Jeżeli uzna, że dana praktyka może zagrażać życiu lub zdrowiu pacjentów, jeszcze przed zakończeniem postępowania będzie mógł nakazać jej natychmiastowe zaprzestanie.

– Nowe kompetencje, które zyska Rzecznik Praw Pacjenta, to przede wszystkim możliwość nałożenia kary i publikacji na stronie internetowej informacji na temat osoby, instytucji czy podmiotu, który takie praktyki stosuje – wskazuje Konrad Madejczyk.

Nowelizacja ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta przewiduje podniesienie maksymalnej kary za naruszanie zbiorowych praw pacjentów do 1 mln zł. Do 100 tys. zł będzie mogła wynieść kara za brak współpracy z rzecznikiem, np. za nieprzekazanie wymaganych informacji lub dokumentów. Sankcja będzie mogła zostać nałożona także wtedy, gdy podmiot zaprzestanie stosowania danej praktyki przed wydaniem decyzji.

Do realizacji nowych zadań Biuro Rzecznika Praw Pacjenta ma otrzymać dodatkowe etaty.

– Przewidzianych jest sześć nowych etatów. Będą to osoby, które będą miały za zadanie m.in. badać informacje, które będą do nas napływały. Jeżeli chodzi o samą organizację pracy Rzecznika Praw Pacjenta, to nic się specjalnie nie zmieni, poza tym, że będą dodatkowe uprawnienia. Ale podkreślam, te uprawnienia będą na zasadzie zbierania informacji, pozyskiwania wiedzy od osób, które zajmują się medycyną. Nie będzie to nigdy decyzja podejmowana przez jedną osobę – zapewnia rzecznik Biura RPP.

Nowe przepisy wzbudzają duże kontrowersje już od początku prac legislacyjnych. Do prezydenta apelują zarówno zwolennicy regulacji, w tym środowiska lekarskie, pacjenckie i naukowe, jak i jej przeciwnicy, którzy wskazują m.in. na ryzyko zbyt szerokiej interpretacji nowych uprawnień Rzecznika Praw Pacjenta. Instytut Ordo Iuris zwrócił się do Karola Nawrockiego o skierowanie ustawy do ponownego rozpatrzenia przez Sejm. W swojej analizie wskazuje m.in. na niejednoznaczne – jego zdaniem – definicje praktyk pseudomedycznych i dezinformacji medycznej. Zdaniem instytutu regulacje mogą naruszać wolność słowa i badań naukowych, autonomię pacjenta oraz wolność działalności gospodarczej.

Źródło: Newseria