Medicalpress
Ogólnopolski Związek Świadczeniodawców Wentylacji Mechanicznej (OZŚWM) alarmuje, że kontrakty na domową wentylację mechaniczną na 2026 rok są niedoszacowane. W 2023 roku Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji opracowała nowy model świadczenia, który mógłby ograniczyć liczbę pacjentów pozostających poza kontraktami NFZ. Do rozmów nad nowym modelem powrócono dopiero w maju 2025 roku. Niestety obecne kierownictwo Ministerstwa Zdrowia zatrzymało ten proces i nie znajduje czasu nawet na spotkanie w tej sprawie.
Członkowie OZŚWM dokonali analizy propozycji finansowania świadczeń na 2026 rok. Obraz, jaki wyłania się, jest bardzo niepokojący. Dane przekazane Związkowi przez świadczeniodawców jednoznacznie wskazują, że niedoszacowanie ma charakter systemowy i dotyczy całego kraju. Plany nie zabezpieczają wszystkich pacjentów już objętych opieką, ani tym bardziej nowych chorych, którzy w najbliższym roku będą wypisywani ze szpitali i kwalifikowani do dalszej specjalistycznej opieki w warunkach domowych.

„Problemem są istotne rozbieżności pomiędzy rzeczywistą liczbą pacjentów objętych świadczeniem a wielkością zaproponowanych planów rzeczowo – finansowych w poszczególnych województwach. Brak jednolitych zasad finansowania tego samego świadczenia w skali kraju prowadzi do chaosu organizacyjnego oraz narusza zasadę równego dostępu do opieki zdrowotnej. Pacjenci z identycznymi wskazaniami klinicznymi mogą spotkać się z diametralnie różnymi decyzjami administracyjnymi wyłącznie z powodu miejsca zamieszkania” – tłumaczy Maciej Sikora z zarządu OZŚWM.

Z analiz OZŚWM wynika, że ponad 7000 pacjentów zostanie w przyszłym roku bez gwarancji finansowania z NFZ. Z tej liczby ponad 5000 pacjentów to osoby już dzisiaj znajdujące się w domach pod respiratorami. Z pespektywy świadczeniodawców oznacza to realne ryzyko wstrzymania przyjęć nowych pacjentów kwalifikowanych przez szpitale do leczenia respiratorem w domu w 2026 roku.

„Brak urealnienia planów finansowych na 2026 rok będzie miało bezpośrednie konsekwencje kliniczne i organizacyjne. Wstrzymanie przyjęć nowych pacjentów do opieki domowej oznacza wydłużanie pobytów w oddziałach szpitalnych, blokowanie łóżek intensywnej terapii i oddziałów internistycznych oraz wzrost kosztów ponoszonych przez publiczny system ochrony zdrowia. Jednocześnie pacjenci i ich rodziny zostaną pozbawieni możliwości leczenia w środowisku domowym, które w wielu przypadkach jest jedyną realną szansą na względnie normalne funkcjonowanie” – zaznacza Marcin Warzecha, sekretarz Związku.

W kontekście zaplanowanego finansowania oraz pojawiających się w przestrzeni publicznej informacji o trudnej sytuacji budżetowej NFZ, Związek zwraca uwagę na brak jasnej odpowiedzi resortu zdrowia, w jaki sposób Minister Zdrowia zamierza zabezpieczyć pacjentów wentylowanych mechanicznie w warunkach domowych po 1 stycznia 2026 roku.

W związku z powyższym Związek skierował oficjalne pismo do Ministerstwa Zdrowia, w którym przedstawił skalę niedoszacowania kontraktów na 2026 rok oraz konsekwencje braku zabezpieczenia finansowania świadczeń domowej wentylacji mechanicznej. Wskazano na ryzyko przerwania ciągłości leczenia tysięcy pacjentów oraz dalszego obciążania szpitali opieką, która mogłaby być bezpiecznie realizowana w warunkach domowych.

OZŚWM podkreśla, że tylko w tym roku wielokrotnie przedstawiał w resorcie zdrowia rozwiązania pozwalające uporządkować system i racjonalnie wykorzystać dostępne środki, w tym wypracowany z udziałem ekspertów klinicznych i środowiska pacjentów nowy model opieki. Model ten pozostaje jednak niewdrożony, mimo że jego celem jest poprawa bezpieczeństwa pacjentów, stabilizacja finansowania oraz ograniczenie kosztownej hospitalizacji.

„Apele do nowej Minister Zdrowia o spotkanie pozostają bez odpowiedzi. Dalsze odkładanie decyzji oznacza przerzucenie odpowiedzialności na świadczeniodawców i szpitale, a w konsekwencji – na pacjentów i ich rodziny, którzy mogą usłyszeć, że w systemie nie ma dla nich miejsca. Nie tego oczekiwaliśmy od nowego kierownictwa resortu zdrowia” – konkluduje sytuację Robert Suchanke, prezes OZŚWM.

 
Źródło informacji: OZŚWM

Z danych NFZ wynika, że w I kw. br. w 4 województwach pacjenci odczuwający ból czekali na wizyty u stomatologa jeden dzień. W pozostałych, tzw. stabilnych przypadkach czas oczekiwania wynosił w całej Polsce średnio 15 dni. W 4 województwach trwało to nawet do 28 dni. Eksperci przewidują, że w najbliższych latach trudniej będzie uzyskać pomoc ze środków publicznych, gdyż coraz mniej dentystów decyduje się na zawarcie kontraktu z NFZ. Jednocześnie przybywa pacjentów, którzy potrzebują korzystać z państwowej opieki stomatologicznej. W dobie wysokiej inflacji coraz mniej Polaków stać na płatne leczenie, zwłaszcza że prywatne gabinety mocno podniosły ceny, by pokryć koszty prowadzenia działalności.

Gdzie najdłużej, a gdzie najkrócej?

Jak wynika z oficjalnych danych Narodowego Funduszu Zdrowia, w I kwartale br. w większości województw osoby z bólami zębów były przyjmowane na wizyty w gabinetach stomatologicznych współpracujących z NFZ-em w dniu zgłoszenia. Natomiast gdy pacjent nie skarżył się na ból, oczekiwanie wynosiło średnio 15 dni w całej Polsce. 
Pacjent z bólem zęba powinien zostać przyjęty na wizytę w dniu zgłoszenia w każdym gabinecie, który ma podpisaną umowę z NFZ-em. Natomiast po godzinie 19.00 w dni robocze i w weekendy pełnione są dyżury w placówkach stomatologicznej pomocy doraźnej. To tłumaczy, dlaczego przypadki pilne przyjmowane są od ręki. Dane udostępnione przez NFZ nie są zaskakujące – komentuje dr Irena Przybylska z kliniki IMPLANT MEDICAL.
Należy podkreślić, że czas oczekiwania na wizytę różnił się w poszczególnych województwach. Nie w każdej części Polski pacjent z bólem (przypadek pilny) miał szansę na leczenie jeszcze tego samego dnia. W woj. mazowieckim, opolskim, warmińsko-mazurskim i wielkopolskim średni czas oczekiwania w takiej sytuacji trwał 1 dzień. Osoby bez bólu (przypadki stabilne) najdłużej czekały na wizytę w woj. kujawsko-pomorskim (28 dni), podkarpackim (24 dni), mazowieckim i warmińsko-mazurskim (po 20 dni). Najszybciej byli przyjmowani do gabinetów w lubelskim (5 dni), świętokrzyskim (6 dni) i dolnośląskim (8 dni). 
Na te wyniki wpłynęły takie czynniki, jak liczba pacjentów, ilość dostępnych przychodni i lekarzy, infrastruktura, organizacja systemu opieki zdrowotnej, a także lokalne uwarunkowania. W  województwach, w których średni czas oczekiwania był krótszy, mogą być wystarczające zasoby medyczne. Być może systemy opieki zdrowotnej są lepiej zorganizowane, co umożliwia pacjentom szybszy dostęp do lekarzy stomatologów. Na takich obszarach może przypadać większa liczba przychodni i stomatologów na jednego pacjenta lub mniejsza liczba osób wymagających państwowego leczenia. Z kolei tam, gdzie średni czas jest dłuższy, może istnieć problem z brakiem wystarczającej liczby przychodni i stomatologów lub ze zwiększoną liczbą pacjentów – wyjaśnia dr Przybylska.
Biorąc pod uwagę ww. różnice, centrala NFZ zastrzega, że średni czas oczekiwania nie oddaje rzeczywistości. I jak tłumaczy, w każdym województwie można znaleźć przychodnię, która ma pierwszy termin przyjęcia w ciągu kilku, kilkunastu dni, a przypadki pilne są w zasadzie przyjmowane od ręki. Do tego NFZ zachęca pacjentów do korzystania z portalu pacjent.gov.pl, który pomaga w znalezieniu przychodni blisko miejsca zamieszkania dysponującej w miarę szybkim terminem przyjęcia.

Czas oczekiwania będzie się wydłużał

Dr Irena Przybylska przewiduje, że czas oczekiwania na leczenie przypadków stabilnych będzie się wydłużać. Coraz więcej placówek rezygnuje z kontraktów z NFZ-em, natomiast chętnych pacjentów na takie leczenie przybywa ze względu na rosnące koszty codziennego życia i zubożenie rodaków. 
Polacy są zmuszeni ograniczyć swoje wydatki ze względu na wysoką inflację i rosnące koszty życia. Natomiast stomatolodzy udzielający świadczeń prywatnie musieli w ostatnim czasie podnieść ceny swoich usług z uwagi na coraz wyższe koszty materiałów stomatologicznych, mediów, utylizacji odpadów medycznych oraz rosnące pensje pracowników. To wszystko sprawiło, że prywatna wizyta w porównaniu do lat ubiegłych mocno zdrożała. Polacy, niejednokrotnie nie mogąc sobie pozwolić na takie wydatki, wybierają placówki udzielające świadczeń refundowanych – dodaje ekspertka.
Dr Dariusz Paluszek, wiceprezes Okręgowej Rady Lekarskiej w Warszawie, zauważa, że coraz mniej placówek jest zainteresowanych pozyskiwaniem kontraktów NFZ na leczenie. – Nie rośnie liczba gabinetów zainteresowanych współpracą z NFZ. Od półtora roku mamy ogromny wzrost kosztów utrzymania praktyk lekarskich. To koszty niezależne przecież od lekarzy, które dotyczą przede wszystkim energii i czynszu. Do tego dochodzi wzrost kosztów materiałów. Wszystko razem powoduje, że pewne procedury medyczne nadal są na granicy opłacalności – zauważa dr Paluszek.

Przestarzale technologie i długie kolejki

Spadek liczby gabinetów współpracujących z NFZ będzie skutkował tym, że wydłuży się czas oczekiwania na wizytę. Dr Irena Przybylska mówi, że taką tendencję już teraz widać. Problemem jest jednak nie tylko to, że trzeba czekać coraz dłużej. Niepokojący jest również fakt, że zakres refundowanego leczenia jest niewystarczający i tylko część procedur stomatologicznych objętych jest finansowaniem. 
Usługi oferowane przez lekarzy przyjmujących w placówkach posiadających kontrakty z NFZ oparte są o przestarzałe technologie, a obecnie obowiązujące przepisy zabraniają lekarzom oferować lepszych rozwiązań stomatologicznych za dopłatą. Kolejną trudnością dla pacjentów korzystających z placówek z kontraktem z NFZ jest czas oczekiwania na wizytę specjalistyczną, np. u periodontologa lub ortodonty. Niejednokrotnie odbywa się ona po kilku miesiącach lub nawet – latach. W takich sytuacjach nie jest możliwe interdyscyplinarne, wielospecjalistyczne leczenie wymagające wizyt u lekarzy wielu specjalności. Alternatywą dla pacjentów wymagających kompleksowego leczenia pozostają właściwie prywatne kliniki stomatologiczne – podsumowuje dr Przybylska.
źródło: Monday News