Medicalpress

Kolorowa skala od zielonego „A” do czerwonego „E” miała ułatwiać wybór żywności, ale od lat budziła kontrowersje. Ministerstwo Zdrowia zdecydowało o rezygnacji z Nutri-Score w ramach polityki zdrowotnej państwa. Nie oznacza to jednak automatycznego zniknięcia oznaczeń ze wszystkich produktów dostępnych w polskich sklepach.

System miał upraszczać zakupy i w kilka sekund podpowiadać konsumentowi, który produkt ma korzystniejszy profil żywieniowy. Zamiast stać się powszechnym standardem, Nutri-Score od lat wywołuje jednak spory wśród producentów, dietetyków i przedstawicieli administracji. Teraz Ministerstwo Zdrowia przesądziło, że system nie będzie elementem polskiej polityki zdrowotnej.

Nutri-Score jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych systemów znakowania żywności na froncie opakowania. Produkty otrzymują ocenę od zielonego „A” do czerwonego „E”, wyliczaną na podstawie algorytmu uwzględniającego ich skład i wartość odżywczą. Założenie jest proste: konsument nie musi studiować tabeli wartości odżywczej, aby szybko porównać produkty.

Jednocześnie Polska nie rezygnuje z prób wpływania na wybory żywieniowe konsumentów. Kierunek wydaje się jednak inny: zamiast jednej syntetycznej oceny produktu resort coraz mocniej sięga po regulacje dotyczące konkretnych kategorii żywności i środowisk, w których dokonywane są wybory.

Dobrym przykładem są szkoły. Od 1 września 2026 roku obowiązują nowe przepisy dotyczące żywności sprzedawanej dzieciom i młodzieży oraz posiłków serwowanych w szkołach i przedszkolach. Ograniczają one dostęp do wysoko przetworzonej żywności o niskiej wartości odżywczej, zwiększają znaczenie warzyw, owoców i produktów pełnoziarnistych oraz wskazują wodę jako podstawowy napój.

Resort zwraca uwagę, że problem nie jest marginalny. Według danych przywoływanych przez Ministerstwo Zdrowia nawet 80 proc. dzieci w Polsce nie spożywa rekomendowanej ilości warzyw i owoców, a rosnący odsetek dzieci i nastolatków ma nieprawidłową masę ciała. Niewłaściwa dieta i otyłość zwiększają ryzyko chorób przewlekłych w późniejszym życiu, w tym chorób układu krążenia i niektórych nowotworów.

Rezygnacja z Nutri-Score nie kończy dyskusji o znakowaniu żywności. Przesuwa ją raczej na inne pytanie: jak przekazywać informacje o wartości odżywczej w sposób wystarczająco prosty, by były użyteczne podczas codziennych zakupów, a jednocześnie na tyle precyzyjny, by pojedyncza litera nie była odbierana jako ostateczny werdykt na temat tego, czy dany produkt jest „zdrowy”.

Dla konsumenta najważniejsza konsekwencja jest więc mniej spektakularna, niż może sugerować hasło o „końcu Nutri-Score”. Kolorowe oznaczenie nie powinno być traktowane jako jedyne kryterium wyboru żywności, podobnie jak jego brak nie zwalnia z czytania składu i tabeli wartości odżywczej. A dla państwa pozostaje znacznie trudniejsze zadanie: stworzenie takich warunków informacyjnych i regulacyjnych, które rzeczywiście pomagają dokonywać zdrowszych wyborów, zamiast jedynie przenosić odpowiedzialność na konsumenta.

Produkty spożywcze opatrzone stwierdzeniami dotyczącymi wartości prozdrowotnych, np. naturalny, ekologiczny, bez cukru, nie zawsze są zdrowsze od pozostałych. Często mają nawet mniej korzystny skład – potwierdziła analiza obejmująca niemal 150 tys. produktów spożywczych i napojów wprowadzonych na rynek USA.

Analizę przeprowadzili prof. Miguel Gomez z Cornell University oraz Pei Zhou, badaczka w jego zespole. Wykorzystali dane dotyczące niemal 150 tys. nowych produktów wprowadzanych na rynek w Stanach Zjednoczonych w ciągu dziesięciu lat, zgromadzone przez firmę badania rynku Mintel. Wyniki opublikowali w „Nature Food”.

„Pewnego dnia poszłam do supermarketu i zauważyłam zwykły serek śmietankowy oraz jego wariant o obniżonej zawartości tłuszczu” – powiedziała Zhou, cytowana w prasowym komunikacie. – „Zmniejszono w nim ilość tłuszczu, ale jednocześnie zawierał więcej cukrów ogółem i sodu. Na opakowaniach znajduje się tak wiele informacji dotyczących właściwości zdrowotnych. Naszym głównym pytaniem było, czy produkty z takimi oznaczeniami są rzeczywiście zdrowsze od tych, które ich nie mają”.

Zespół z Cornell zastosował Nutrient Profiling Model, system oceny opracowany przez brytyjską Food Standards Agency. Model ten uwzględnia całościowy skład odżywczy produktu: odejmuje punkty za nadmiar cukru, sodu, tłuszczów nasyconych i kalorii, a przyznaje je m.in. za zawartość błonnika, białka oraz owoców i warzyw.

Po zastosowaniu tego kryterium do produktów dostępnych na amerykańskim rynku badacze stwierdzili, że dwie trzecie analizowanych, nowo wprowadzonych produktów miało ogólnie mniej korzystny profil żywieniowy, mimo że połowa z nich miała na opakowaniu deklaracje dotyczące wartości zdrowotnych.

Problem często wynikał z „kompromisów” związanych ze zmianami receptury na pozornie zdrowsze. Na przykład napój oznaczony jako „o obniżonej zawartości sodu” częściej zawierał dodatkową ilość cukru. Z kolei pakowana żywność reklamowana jako „bez tłuszczów trans” często zawierała więcej tłuszczów nasyconych i sodu. Samo oświadczenie było więc zgodne z prawdą, ale, jak wskazują wyniki badania, ogólna wartość odżywcza produktu niekoniecznie się poprawiała. Czasem nawet ulegała pogorszeniu.

Największe rozbieżności zaobserwowano w przypadku napojów. Oznaczenia takie jak „niska zawartość sodu”, „bez cukru” czy „niska zawartość tłuszczów nasyconych” najczęściej nie odpowiadały rzeczywistej ogólnej jakości odżywczej produktu.

Szczególnie interesujące okazały się oznaczenia, które formalnie nie są deklaracjami żywieniowymi. Terminy takie jak „naturalny”, „ekologiczny”, „bez GMO” czy „pełnoziarnisty” nie informują bezpośrednio o zawartości cukru, sodu czy tłuszczu. Wcześniejsze badania cytowane przez autorów pokazują jednak, że konsumenci często interpretują określenie „naturalny” jako synonim „zdrowy”. Naukowcy określają ten mechanizm mianem efektu aureoli.

„W naszej pracy przedstawiamy pewne wskazówki dla decydentów. Ogólną ideą jest odejście od pojedynczych stwierdzeń na rzecz szerszej oceny profilu składników odżywczych” – powiedział prof. Gomez. Jak wyjaśnił, w krajach takich jak Chile czy Meksyk stosuje się oznaczenia przypominające znaki ostrzegawcze, informujące o wysokiej zawartości sodu, cukru lub tłuszczu, a system ten ogranicza również sposób eksponowania takich produktów w sklepach.

Na razie badacze mają dość prostą radę dla wszystkich konsumentów: informacja na przedniej stronie opakowania jest zwykle jedynie wskazówką, a nie pełną oceną produktu. Bardziej kompletny obraz jego wartości odżywczej daje tabela umieszczona z tyłu opakowania, uwzględniająca jednocześnie m.in. cukry dodane, sód czy tłuszcze nasycone. (PAP)

Źródło: Nauka w Polsce

Dodatek mąki ze świerszczy poprawia wartość odżywczą chleba, jednak pogarsza nieco jego ocenę sensoryczną – wynika z badań przeprowadzonych wśród młodych kobiet. Jednocześnie sama informacja o obecności owadów nie obniża oceny produktu, a w niektórych przypadkach może ją nawet podnosić.
Zespół naukowców z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu (UMP), kierowany przez doktorantkę Dominikę Sikorę, przeanalizował, czy wzbogacenie pszennego chleba mąką ze świerszcza domowego wpływa na ocenę sensoryczną tego wypieku – smak, zapach i teksturę – oraz na gotowość konsumentów do jego zakupu.

– Podejrzewaliśmy, że sama świadomość obecności owadów w produkcie może zmienić sposób jego oceniania – wyjaśniła w rozmowie z PAP Dominika Sikora. Świerszcz domowy to owad o bardzo wysokiej zawartości białka, bliskiej 70 proc. Jest też bogaty w składniki mineralne, takie jak żelazo, wapń czy cynk. – To istotne, zwłaszcza jeśli rozważamy ograniczenie mięsa czy nabiału w diecie – zaznaczyła doktorantka, która pieczywo do badań przygotowała sama, co pozwoliło na pełną kontrolę nad składem i procesem wypieku.

Do eksperymentu zaproszono studentki UMP, które oceniały trzy rodzaje chleba: z 20- i 10-procentowym dodatkiem mąki ze świerszcza oraz pieczywo bez takiego składnika, stanowiące próbę kontrolną.

W pierwszym etapie badania uczestniczki nie były informowane, że część próbek zawiera mąkę z owadów. Miały ocenić smak, zapach, teksturę i ogólne wrażenie związane z każdym rodzajem pieczywa, a następnie wskazać, czy byłyby skłonne taki produkt kupić.

– Brak informacji o tym, że jedzą chleb z dodatkiem owadów miał sprawić, że ich ocena będzie czysto sensoryczna – zaznaczyła Dominika Sikora. Wyniki tej części nie zaskoczyły naukowców. Młode kobiety najlepiej oceniły chleb kontrolny, odrobinę gorzej ten z 10-proc. zawartością owadów, a najgorzej pieczywo, w którym mąka ze świerszczy stanowiła aż 20 proc.

– Nie oznacza to jednak, że uczestniczki całkowicie odrzuciły te produkty. Ich oceny, mimo że nieco gorsze niż w przypadku pieczywa pszennego, nadal mieściły się w zakresie akceptowalności – dodała badaczka.

W drugiej fazie eksperymentu uczestniczkom przekazano informacje, że kolejna seria próbek pieczywa będzie zawierała różne ilości dodatku mąki z owadów. W rzeczywistości studentki oceniały więc to samo pieczywo, które testowały w fazie pierwszej, z czego jednak nie zdawały sobie sprawy.

– Tym razem chcieliśmy sprawdzić, czy wiedza o dodatku owadów wpłynie na ocenę sensoryczną chleba. Istnieje bowiem przekonanie, że jeśli coś budzi w nas obrzydzenie, to sama świadomość obecności tego czegoś pogarsza ocenę smaku – powiedziała autorka badania.

Wyniki okazały się zaskakujące. Informacja o owadziej mące nie obniżyła ocen pieczywa, a w przypadku produktu z 10-procentowym i 20-procentowym dodatkiem nawet je podniosła.

– Chleb z 10-procentową zawartością mąki z owadów został oceniony na poziomie porównywalnym z produktem kontrolnym z pierwszej fazy badania – powiedziała Sikora.

W przypadku chleba z dodatkiem 20-procentowym efekt był słabszy – oceniono go gorzej niż zwykłe pszenne pieczywo, choć nieco lepiej niż w pierwszej próbie.

– Możliwym wyjaśnieniem jest to, że w pierwszej próbie uczestniczki skupiały się wyłącznie na kwestiach sensorycznych chleba. Zauważały, że jest ciemniejszy, inaczej pachnie i smakuje, ma trochę inną konsystencję. Po ujawnieniu składu zaczęły go postrzegać w innej kategorii – nie jako typowy dodatek do śniadania czy kolacji, ale wyrób o dodatkowych walorach prozdrowotnych i odżywczych. W takiej perspektywie były bardziej skłonne zaakceptować jego cechy i oceniać go korzystniej, co przełożyło się także na deklaracje zakupu – wytłumaczyła Dominika Sikora.

Jak zauważyła, ograniczeniem badania był dobór próby – wzięły w nim udział wyłącznie młode kobiety. Wcześniejsze prace wskazują co prawda, że kobiety częściej niż mężczyźni odczuwają obrzydzenie wobec owadów, ale jednocześnie młody wiek może sprawiać, że osoby te są bardziej otwarte na nowe produkty. Dlatego w kolejnych etapach autorka chciałaby objąć analizą także osoby w średnim wieku oraz inne grupy społeczne.

Przeprowadzony na UMP eksperyment wpisuje się w popularny w ostatnich latach nurt badań nad alternatywnymi źródłami białka. W obliczu rosnącego zapotrzebowania na żywność oraz zmian klimatycznych owady jadalne coraz częściej wskazywane są jako jedno z możliwych rozwiązań.

Wyniki badania opublikowano w czasopiśmie naukowym „British Food Journal”.

Źródło: Nauka w Polsce, Katarzyna Czechowicz (PAP)
Polacy nie przestają sięgać po suplementy diety. Z danych PMR Market Experts by Hume’s wynika, że w 2024 roku rynek ten odnotował solidny, choć jednocyfrowy wzrost, a aż 75 procent obywateli korzysta z tego typu produktów. To oznacza, że decyzje zakupowe w tym segmencie podejmuje ponad 23 milionów konsumentów. „Dla dwóch na pięciu konsumentów suplementów diety są niezbędnym elementem zdrowego stylu życia, a trzech na pięciu sięga po nie, by… poprawić sobie samopoczucie” – wskazuje raport.
Rynek suplementów diety w Polsce należy do najbardziej nasyconych, ale jednocześnie eksperci dostrzegają w nim potencjał dalszego wzrostu. Wysokie zainteresowanie przekłada się jednak na rosnącą konkurencję i presję wobec producentów i dystrybutorów. Jak podkreśla Marta Marszałek z PMR Market Experts/Hume’s Institute: „Obserwujemy, że firmy działające w tym segmencie mierzą się z rosnącą liczbą wyzwań. W naszym badaniu producenci i dystrybutorzy jako jeden z kluczowych czynników wskazywali coraz surowsze przepisy w Polsce i całej Unii Europejskiej jako jedną z głównych przeszkód w rozwoju. Nowe regulacje wymagają większej przejrzystości w reklamie oraz w informowaniu o składzie i skuteczności produktów”.

Na popyt odpowiadają zarówno silne brandy krajowe, globalne koncerny, jak i marki własne sieci aptecznych. Swoje miejsce znajdują również produkty premium w sprzedaży pozaaptecznej. Warto zauważyć, że leki bez recepty i suplementy diety należą do kategorii, na których Polacy najmniej chcą oszczędzać – wskazało je zaledwie 10 procent badanych. Po suplementy częściej sięgają kobiety (78 procent) niż mężczyźni (72 procent), choć różnica jest niewielka. Odwrotną tendencję widać w kategoriach takich jak odżywki dla sportowców czy zakupy w specjalistycznych sklepach stacjonarnych – tam dominują panowie.

Czym kierują się Polacy przy wyborze suplementów? Cena pozostaje czynnikiem dominującym – wskazało ją 50 procent ankietowanych, co oznacza wzrost o 6 punktów procentowych względem poprzedniego roku. Eksperci podkreślają, że to wyjaśnia popularność aptek internetowych, gdzie łatwo porównać koszty. Na drugim miejscu znajduje się polecenie lekarza lub farmaceuty (43 procent), a na trzecim sposób działania produktu (38 procent).

Historia polskiego rynku suplementów to historia rosnącej potrzeby – potrzeby wsparcia zdrowia, poczucia kontroli nad samopoczuciem, ale też zmagań między popytem a regulacjami. Coraz bardziej oczywiste staje się, że obok rosnącej świadomości konsumentów, to właśnie transparentność i zaufanie mogą być kluczami do przyszłości tego sektora.