Medicalpress

W hiszpańskiej Kastylii-la Manchy służby medyczne potwierdziły krymsko-kongijską gorączkę krwotoczną u 71-latka. Według Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC) w tym roku były w Europie trzy przypadki tej przenoszonej przez kleszcze zakaźnej choroby – wszystkie w Hiszpanii.

EFE poinformowała w czwartek, że mężczyzna jest w szpitalu. Służby medyczne przeprowadziły dochodzenie epidemiologiczne i osoby, które się z nim kontaktowały, są monitorowane.

Z danych ECDC wynika, że jedna z trzech osób, które chorowały na ten rodzaj gorączki krwotocznej, zmarła. Wszystkie zaraziły się po ukąszeniu przez kleszcza.

Krymsko-kongijska gorączka krwotoczna jest chorobą wirusową przenoszoną przez kleszcze, ale można zarazić się nią także przez bliski kontakt z chorym, jego wydzielinami i wydalinami oraz zanieczyszczonymi nimi przedmiotami. Odznacza się wysoką śmiertelnością, wynoszącą nawet 50 proc. ECDC, oceniając ją jako zagrożenie wschodzące w Europie, zaleciło rejestrację każdego przypadku na kontynencie.(PAP)

Źródło: Nauka w Polsce

Postęp medycyny sprawił, że zakażenie HIV, które bez leczenia prowadzi do AIDS i do śmierci, można dziś skutecznie kontrolować jako chorobę przewlekłą. Stygmatyzacja osób żyjących z wirusem, a także zjawisko autostygmatyzacji nadal są barierą w testowaniu i wykrywaniu zakażeń oraz dostępie do opieki. Eksperci podkreślają, że bez edukacji i przełamania tabu trudno będzie zahamować epidemię HIV. Na ten problem zwraca uwagę kampania „Pozytywnie też znaczy dobrze”.

– Zakażenie HIV może dotyczyć każdego. Pamiętajmy, że wirus przenosi się drogą krwiopochodną, podczas kontaktów intymnych oraz z matki na dziecko. Świadomość dotycząca tej choroby w Polsce niestety nie jest bardzo duża i co przykre, nie jest też duża wśród specjalistów – jest pewien opór przed testowaniem pacjenta w kierunku zakażenia HIV – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria dr n. med. Iwona Cielniak, specjalistka chorób zakaźnych.

Osoby żyjące z HIV, które regularnie przyjmują leczenie i utrzymują niewykrywalny poziom wirusa we krwi, nie przenoszą go drogą kontaktów seksualnych (zasada N=N – „niewykrywalny = niezakaźny”). Choć wiedza o HIV jest dziś znacznie większa niż kilkadziesiąt lat temu, wiele mitów utrwalonych przed laty wciąż wpływa na postrzeganie osób żyjących z wirusem.

– Coraz więcej osób spotyka się z dobrą reakcją, otwartością i często ze zrozumieniem. Niestety to zrozumienie czasami szybko się kończy, bo po pierwszym momencie akceptacji i szacunku do drugiej osoby często do głosu dochodzą nasze osobiste przekonania, obawy, może poczucie wstydu i wtedy ta reakcja się zmienia – tłumaczy dr n. społ. Bogna Szymańska-Kotwica, psycholożka i psychoterapeutka.

Badania prowadzone przez Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC) we współpracy z European AIDS Treatment Group i AIDS Action Europe wśród ponad 3,2 tys. osób żyjących z HIV w 55 krajach Europy i Azji Centralnej pokazują, że 59 proc. respondentów ma trudności z mówieniem innym o swoim zakażeniu. Blisko co trzecia osoba nie powiedziała o nim żadnemu członkowi rodziny, a co czwarta deklarowała, że doświadczyła odrzucenia przez znajomych z powodu wirusa.

 Osoby żyjące z HIV najbardziej obawiają się odrzucenia. Ludzie potrzebują żyć w grupie, nawiązywać relacje, jeżeli mam poczucie, że jestem inna, że nie przynależę do tej grupy, pojawia się autostygmatyzacja – mówi dr n. społ. Bogna Szymańska-Kotwica. – Najczęstsze autostygmatyzujące przekonania dotyczą tego, że jesteśmy gorszej kategorii, że jako osoba żyjąca z HIV nie zasługuję na miłość i relacje, czy będę mogła mieć dzieci. Nie ze względu biologicznego, tylko bardziej z moralnego czy etycznego punktu widzenia, emocjonalnego, czy to w porządku, że osoba żyjąca z HIV ma rodzinę i dzieci albo zawiera nowe związki. Bardzo często te przekonania są zbudowane na bazie negatywnych treści myśli, zniekształceń poznawczych.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) wskazuje, że stygmatyzacja jest jedną z głównych barier utrudniających wykonywanie testów i wczesne rozpoczynanie leczenia. Może wpływać na zachowanie osób żyjących z wirusem, m.in. skłaniając ich do ukrywania statusu serologicznego czy do rezygnacji z terapii. Potwierdzają to również badania ECDC – 26 proc. osób żyjących z HIV obawiało się w ostatnim roku gorszego traktowania przez personel medyczny, 21 proc. bało się korzystać z opieki zdrowotnej z powodu ryzyka ujawnienia swojego statusu serologicznego, a 16 proc. unikało kontaktu z systemem ochrony zdrowia z obawy przed gorszym traktowaniem. Co trzeci respondent wskazał, że czuł się źle traktowany w placówce opieki zdrowotnej, a co czwarty przyznał, że zdarzyła mu się odmowa lub opóźnienie w leczeniu z powodu zakażenia HIV.

Bohaterowie kampanii „Pozytywnie też znaczy dobrze” zdecydowali się opowiedzieć o swojej diagnozie i codziennym życiu, aby przełamywać stereotypy i oswajać temat HIV.

– HIV wciąż jest tematem tabu w naszym społeczeństwie, bo jest głównie kojarzony z seksem, a o tym się nigdy nie mówi w domu. Jest tematem tabu także dlatego, że brakuje rzetelnej edukacji w szkołach, bo znam młodych ludzi, którzy nie wiedzą, jak się zakazić. To przez brak edukacji seksualnej w szkołach – ocenia Magdalena Glewicz, jedna z bohaterek kampanii.

Wyniki międzynarodowego badania Positive Perspectives wskazują, że skuteczne leczenie nie eliminuje problemów, z którymi mierzą się osoby żyjące z HIV. Na ich jakość życia wpływają również czynniki społeczne, takie jak akceptacja otoczenia, możliwość otwartego mówienia o zakażeniu czy dostęp do wiarygodnych informacji. W polskiej części badania 100 proc. respondentów zadeklarowało, że nie czuje się komfortowo, ujawniając innym swój status serologiczny.

 Coraz więcej osób jest gotowych pytać i rozmawiać o HIV. Nawet wśród moich znajomych widzę, że osoby, które żyją z nim od lat, zaczynają otwarcie mówić o swoim zakażeniu, przyznają się do niego przed znajomymi, mówią o tym w mediach czy w miejscu pracy. To dobrze, że coraz mniej boimy się rozmawiać o ważnych tematach – mówi Antoni Bremer, bohater kampanii „Pozytywnie też znaczy dobrze”.

Od początku epidemii w Polsce rozpoznano ponad 35 tys. zakażeń HIV, jednak eksperci szacują, że nawet co piąta osoba żyjąca z wirusem nie zna swojego statusu serologicznego. Dlatego jednym z największych wyzwań jest zwiększenie liczby wykonywanych testów i jak najwcześniejsze rozpoczynanie leczenia.

 Wirus może dotyczyć każdego. Każdy, kto jest aktywny seksualnie, powinien się przebadać. Warto znać swój status, bo jeżeli okaże się dodatni, można rozpocząć leczenie i żyć normalnie – przekonuje Magdalena Glewicz.

Test w kierunku HIV można wykonać anonimowo i bezpłatnie w punktach konsultacyjno-diagnostycznych. Badanie nie wymaga skierowania ani ubezpieczenia. Wczesne wykrycie zakażenia pozwala szybko rozpocząć leczenie, zachować dobrą kondycję zdrowotną i ograniczyć dalsze przenoszenie wirusa. Wciąż jednak wiele osób błędnie obawia się codziennych kontaktów z osobami żyjącymi z HIV.

 Nie spotykam się bezpośrednio z dyskryminacją, ale raczej ze stygmatyzacją wynikającą właśnie z niewiedzy. Zresztą najlepszy przykład – znajoma mi osoba, kiedy dowiedziała się pośrednio, że mam HIV, to przerażona zareagowała: „Jak to, przecież siedzieliśmy na tej samej kanapie?”. Mimo że wszyscy wiemy, że osoba, która się leczy, a nawet ta, która się nie leczy, nie ma szans przez dotyk zakazić drugiej, nadal nawet wśród młodych osób tej wiedzy i świadomości po prostu nie ma – podkreśla Antoni Bremer.

Kampania „Pozytywnie też znaczy dobrze” powstała z inicjatywy GSK we współpracy ze specjalistami leczenia HIV, psychologiem i osobami żyjącymi z wirusem. Jej celem jest przeciwdziałanie stygmatyzacji, zwiększanie wiedzy o HIV oraz zachęcanie do wykonywania testów. Zwiększenie dostępu do testowania i wczesne wykrywanie zakażeń są ważnymi elementami globalnej strategii walki z HIV. UNAIDS zakłada zakończenie epidemii AIDS jako problemu zdrowia publicznego do 2030 roku.

Źródło: Newseria

Ognisko zakażeń wirusem Andes związane ze statkiem Hondius pokazało, że w kryzysach zdrowotnych jednym z największych wyzwań bywa nie tylko sam patogen, ale także sposób, w jaki informacja o zagrożeniu zaczyna żyć własnym życiem. Choć hantawirus może być groźny dla pojedynczych pacjentów, obecnie nie ma potencjału pandemicznego. Mimo to sprawa szybko uruchomiła znane z czasu COVID-19 lęki, uproszczenia i fałszywe narracje. 
Historia statku Hondius rozpoczęła się od medycznego alertu: ciężkich zachorowań, kwarantanny, ewakuacji pasażerów oraz komunikatów instytucji zdrowia publicznego, w tym WHO i ECDC. Bardzo szybko stała się jednak także testem społecznej odporności na dezinformację. W przestrzeni publicznej pojawiły się pytania znane z czasu pandemii COVID-19: czy grozi nam nowa pandemia, czy służby przekazują pełne informacje i czy działania sanitarne nie staną się pretekstem do ograniczania wolności.

Groźny dla pacjentów, ale nie pandemiczny

W przypadku hantawirusa kluczowe znaczenie ma nie tylko samo zakażenie, lecz także wariant wirusa i droga transmisji. Ognisko związane ze statkiem Hondius dotyczyło wariantu Andes, innego niż hantawirusy typowo występujące w Europie. Porównania z pandemią COVID-19 są więc w tym przypadku mylące.

–  Wirus Andes przenosi się przede wszystkim przez gryzonie i trafia do ludzi ze środowiska. Transmisja międzyludzka, poza wyjątkowymi sytuacjami bliskiego kontaktu, praktycznie nie występuje. Dlatego z punktu widzenia populacyjnego nie mówimy o wirusie, który ma potencjał wywołania nowej pandemii – wyjaśnia dr Andrzej Jarynowski z Wydziału Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Dezinformacja szybsza niż wirus

Jednym z głównych źródeł chaosu informacyjnego było mylenie pojęć: osoby chorej, zakażonej, podejrzanej o zakażenie, objętej kwarantanną lub nadzorem epidemiologicznym. Stosowane w przestrzeni publicznej uproszczenia powodowały wrażenie, że liczba zakażeń jest większa, a sytuacja wymyka się spod kontroli. Tymczasem nadzór sanitarny czy kwarantanna po kontakcie nie oznaczają automatycznie potwierdzonego zakażenia.

Sprawa hantawirusa szybko została też włączona w znane schematy dezinformacyjne. W polskiej części internetu pojawiały się narracje o „nowej pandemii”, rzekomym „skutku ubocznym szczepionek” czy „ukrywaniu prawdy” przez instytucje zaufania publicznego. Część przekazów wykorzystywała prawdziwe elementy, na przykład obecność określonych zdarzeń w dokumentacji klinicznej, ale wyciągała z nich fałszywe wnioski.

–  W dokumentacji badań klinicznych nad szczepionkami odnotowuje się wszystkie zdarzenia medycznedotyczące uczestników badania, jak np. ciąża. To element monitorowania bezpieczeństwa, a nie automatyczny dowód związku ze szczepieniem. Prawdopodobnie pacjent niezależnie od szczepienia zakaził się w czasie badania hantawirusem i rozwinął hantawirusowy zespół płucny – wyjaśnia dr Jarynowski.  – Dezinformacja zaczyna się wtedy, gdy sam fakt raportowania takiego zdarzenia przedstawia się jako dowód szkodliwości szczepionki.

Właśnie dlatego w komunikacji zdrowotnej tak istotne jest szybkie tłumaczenie, jak działają procedury bezpieczeństwa i dlaczego techniczny język dokumentacji medycznej nie powinien być interpretowany poza kontekstem. Bez tego nawet neutralna informacja może stać się paliwem dla fałszywych narracji.

Ognisko na statku Hondius pokazało również, jak łatwo standardowe procedury sanitarne mogą zostać odczytane jako dowód katastrofy. Ewakuacja, izolacja, kwarantanna, kombinezony ochronne czy monitorowanie kontaktów są elementami zarządzania ryzykiem, ale w mediach społecznościowych mogą zostać przedstawione jako zapowiedź kolejnego globalnego kryzysu. Szczególnie po doświadczeniu COVID-19 część odbiorców interpretuje działania sanitarne nie jako środki ochronne, lecz jako zapowiedź ograniczeń.

Cisza informacyjna jako paliwo teorii spiskowych

Na podatny grunt trafił także brak relacji pasażerów publikowanych „na żywo” w mediach społecznościowych. W świecie, w którym niemal każde wydarzenie natychmiast pojawia się na TikToku, Instagramie czy YouTubie, cisza informacyjna z miejsca zdarzenia bywa odczytywana jako sygnał, że „coś jest ukrywane”. Ta luka szybko stała się pożywką dla spekulacji: pojawiły się teorie, że skoro nie ma bezpośrednich relacji, być może jest tam drugie dno – statek Hondius prowadzi działania wojskowe albo jakiś eksperyment.

–  Tymczasem Hondius był statkiem ekspedycyjnym, nie typowym ekskluzywnym wycieczkowcem. To droga, niszowa wyprawa, której uczestnikami były osoby starsze, dobrze sytuowane, niekoniecznie zainteresowane relacjonowaniem swojego życia w mediach społecznościowych. Brak masowych relacji nie musi więc oznaczać tajemnicy. Może wynikać po prostu z profilu pasażerów – wyjaśnia dr Jarynowski. Ten mechanizm pokazuje, że we współczesnej komunikacji kryzysowej problemem bywa nie tylko nadmiar informacji, ale także ich niedobór.

Komunikacja po COVID-19: szybciej, ale nadal z lukami

Jednocześnie dr Jarynowski ocenia, że komunikacja instytucji zdrowia publicznego była w tym przypadku skuteczniejsza niż w pierwszej fazie pandemii COVID-19. WHO, ECDC oraz krajowe służby szybciej publikowały komunikaty, przygotowywały materiały wyjaśniające i monitorowały reakcje społeczne. To pokazuje, że doświadczenie pandemii przełożyło się na lepsze procedury komunikacyjne i większą gotowość do reagowania na fałszywe narracje.

Nie oznacza to jednak, że sama dostępność komunikatów wystarcza. W kryzysach zdrowotnych instytucje muszą nie tylko podawać fakty, ale też wyjaśniać ich znaczenie: co oznacza kwarantanna, czym różni się podejrzenie zakażenia od potwierdzonego przypadku i dlaczego procedury ostrożnościowe nie są dowodem na katastrofalny scenariusz. Bez takiego kontekstu nawet szybka komunikacja może zostać wyparta przez emocjonalne i antyzdrowotne narracje.

Nieprecyzyjny język napędza kryzys

W kryzysach zdrowotnych precyzja języka jest równie ważna jak szybkość komunikacji. Nie wystarczy poinformować, że ktoś został objęty kwarantanną albo nadzorem epidemiologicznym – trzeba od razu doprecyzować zakres i znaczenie takich działań. Inaczej standardowe procedury zaczynają być odczytywane jako dowód, że sytuacja wymyka się spod kontroli.

– W tej sytuacji większym zagrożeniem społecznym okazuje się infodemia niż sam patogen. Hantawirus nie ma dziś potencjału epidemicznego w takim sensie, jakiego obawiamy się przy koronawirusach czy grypie ptaków. Natomiast fałszywe narracje rozchodzą się szybko, szczególnie wtedy, gdy ludzie pamiętają ograniczenia z czasów COVID-19 i boją się ich powrotu – podkreśla dr Andrzej Jarynowski.

Sprawa statku Hondius pokazuje, że przy kolejnych alarmach zdrowotnych stawką będzie nie tylko opanowanie samego zagrożenia, ale też szybkie zamknięcie przestrzeni dla domysłów. Wirus może wygasnąć po jednym ognisku. Dezinformacja zostaje dłużej – gotowa do użycia w następnym kryzysie.

Źródło: inf pras

Urząd ds. Gotowości i Reagowania na Stany Zagrożenia Zdrowia (ang. Health Emergency Preparedness and Response Authority, HERA) oraz Europejskie Centrum Zapobiegania i Kontroli Chorób (ang, European Centre for Disease Prevention and Control, ECDC), a także HERA i Europejska Agencja Leków (ang. European Medicines Agency, EMA) uzgodniły wzmocnienie współpracy i koordynację swoich prac w zakresie gotowości i reagowania w sytuacjach kryzysowych, przy wdrażaniu środków zaradczych.
Przyjęte ustalenia robocze pomogą zapewnić, że nie nastąpi niepotrzebne nakładanie się działań i że zasoby będą wykorzystywane bardziej efektywnie.

HERA i ECDC określiły następujące obszary współpracy:
HERA i EMA określiły następujące obszary współpracy:
Dyrekcja Generalna ds. Zdrowia i Bezpieczeństwa (DG SANTE), jako partnerska Dyrekcja Generalna dla ECDC i EMA oraz strona podpisująca ustalenia robocze, będzie informowana o wszystkich istotnych działaniach prowadzonych w ramach tych ustaleń roboczych, które podlegają mandatowi DG SANTE.

Pandemia COVID-19 pokazała, jak niezbędna jest szybka współpraca wszystkich czołowych przedstawicieli, aby przygotować się i zareagować na istniejące zagrożenie. Obecnie, dzięki utworzeniu HERA, kluczowego elementu silnej Europejskiej Unii Zdrowotnej, wszystkie strony, poprzez ustalenia robocze, zapewnią wymianę informacji na temat oceny zagrożeń, zaawansowanych badań i rozwoju oraz innych priorytetów istotnych dla medycznych środków zaradczych.

Więcej informacji dostępnych na stronie internetowej: 
https://health.ec.europa.eu/latest-updates/hera-signs-agreement-ecdc-and-ema-strengthen-cooperation-health-emergency-preparedness-and-response-2023-03-14_en

źródło: URPLWMiPB

Urząd ds. Gotowości i Reagowania na Stany Zagrożenia Zdrowia (ang. Health Emergency Preparedness and Response Authority, HERA) oraz Europejskie Centrum Zapobiegania i Kontroli Chorób (ang, European Centre for Disease Prevention and Control, ECDC), a także HERA i Europejska Agencja Leków (ang. European Medicines Agency, EMA) uzgodniły wzmocnienie współpracy i koordynację swoich prac w zakresie gotowości i reagowania w sytuacjach kryzysowych, przy wdrażaniu środków zaradczych.
Przyjęte ustalenia robocze pomogą zapewnić, że nie nastąpi niepotrzebne nakładanie się działań i że zasoby będą wykorzystywane bardziej efektywnie.

HERA i ECDC określiły następujące obszary współpracy:
HERA i EMA określiły następujące obszary współpracy:
Dyrekcja Generalna ds. Zdrowia i Bezpieczeństwa (DG SANTE), jako partnerska Dyrekcja Generalna dla ECDC i EMA oraz strona podpisująca ustalenia robocze, będzie informowana o wszystkich istotnych działaniach prowadzonych w ramach tych ustaleń roboczych, które podlegają mandatowi DG SANTE.

Pandemia COVID-19 pokazała, jak niezbędna jest szybka współpraca wszystkich czołowych przedstawicieli, aby przygotować się i zareagować na istniejące zagrożenie. Obecnie, dzięki utworzeniu HERA, kluczowego elementu silnej Europejskiej Unii Zdrowotnej, wszystkie strony, poprzez ustalenia robocze, zapewnią wymianę informacji na temat oceny zagrożeń, zaawansowanych badań i rozwoju oraz innych priorytetów istotnych dla medycznych środków zaradczych.

Więcej informacji dostępnych na stronie internetowej: 
https://health.ec.europa.eu/latest-updates/hera-signs-agreement-ecdc-and-ema-strengthen-cooperation-health-emergency-preparedness-and-response-2023-03-14_en

źródło: URPLWMiPB