Medicalpress

Refundacja nowoczesnej terapii nie zawsze oznacza, że pacjent może z niej skorzystać. Brak kwalifikujących ośrodków, wstrzymywanie przyjęć nowych chorych, skomplikowane kryteria programu czy niewystarczające wykorzystanie już dostępnych możliwości leczenia – bariery pojawiają się na różnych etapach ścieżki pacjenta. W przypadku POChP dochodzi do tego oczekiwanie na refundowany dostęp do terapii biologicznych.

Dostęp do nowoczesnego leczenia można rozpatrywać na kilku poziomach. Pierwszym jest refundacja – bez niej określona terapia pozostaje poza zasięgiem większości pacjentów. Kolejnym są kryteria programu lekowego, które określają, kto może zostać zakwalifikowany. Nawet spełnienie tych warunków nie gwarantuje jednak rozpoczęcia terapii, jeśli w danym regionie brakuje dostępnego ośrodka lub placówka posiadająca kontrakt nie kwalifikuje kolejnych chorych. Te różne rodzaje barier były jednym z głównych tematów dyskusji dotyczącej AZS, przewlekłego zapalenia zatok przynosowych z polipami nosa i POChP podczas posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. chorób alergicznych 15 września.

– Mamy dwa różne zjawiska. Pierwsze zjawisko jest takie, że pacjenci mają teoretyczny dostęp do leczenia, czyli powstały programy lekowe, które funkcjonują, są świadczeniami gwarantowanymi, ale mamy z nimi pewne problemy. Druga sytuacja jest taka, że mamy też kilka grup pacjentów, gdzie kryteria włączenia do programów lekowych są tak skomplikowane, że w zasadzie uniemożliwiają włączenie albo odraczają je w czasie. I sytuacja trzecia, najgorsza, jest taka, gdzie pacjenci nie mają dostępu do nowoczesnego leczenia – powiedział Hubert Godziątkowski z Polskiego Towarzystwa Chorób Atopowych.

Program jest, ale pacjent nadal czeka

W leczeniu ciężkiej postaci atopowego zapalenia skóry nowoczesne terapie są dostępne w ramach programu lekowego B.124. Problem wskazywany przez organizację pacjencką pojawia się jednak już na etapie jego realizacji.

Polskie Towarzystwo Chorób Atopowych przeprowadziło kwerendę dotyczącą ośrodków posiadających umowy na realizację programów leczenia ciężkiego AZS oraz przewlekłego zapalenia zatok przynosowych z polipami nosa. Według przedstawionych danych część placówek, mimo posiadania kontraktu, nie kwalifikuje nowych pacjentów.

– Sprawdziliśmy, jakie ośrodki w Polsce mają podpisane umowy na realizację świadczenia gwarantowanego. I okazało się, że 50 proc. ośrodków, które mają podpisane kontrakty, z powodu braku finansowania czy argumentacji o braku finansowania rzeczywiście nie prowadzi kwalifikacji pacjentów do programu lekowego. A są takie ośrodki, które na przykład leczą dzieci i jest to jeden ośrodek na całe województwo. Więc generalnie całe województwo nie ma leczenia dostępnego – mówił Hubert Godziątkowski.

Do organizacji trafiają zgłoszenia pacjentów, którzy mimo spełnienia kryteriów programu nie rozpoczynają leczenia. Podczas posiedzenia przedstawiono przypadek chorego z ciężkim AZS, u którego EASI wynosiło 25,2 przy progu kwalifikacyjnym 20, a DLQI 29. Jak wynikało z jego relacji, został ustnie poinformowany, że ze względu na brak finansowania nie może zostać włączony do programu. Po ponad pół roku nie wiedział, czy znajduje się na liście oczekujących.

PTCA zwraca uwagę także na sposób przekazywania pacjentom informacji o niewłączeniu do leczenia.

– Bardzo wielu pacjentów, jak wyliczyliśmy 53 proc. pacjentów w Polsce, którzy nie są włączani do programów lekowych, nie jest pisemnie informowanych, dlaczego ich nie włączono. My oczywiście jako organizacja pacjentów zgłaszamy te sprawy do Rzecznika Praw Pacjenta, Rzecznik Praw Pacjenta do NFZ-u, bo taka jest formuła. No ale tu problem jest szerszy, bo NFZ zrobi kontrolę i co może zrobić? Nałożyć karę na szpital, który decyzją dyrektora placówki przestał kwalifikować do programu lekowego – wskazał Hubert Godziątkowski.

Polipy nosa: barierą stają się kryteria kwalifikacji

Inaczej wygląda sytuacja pacjentów z ciężkim przewlekłym zapaleniem zatok przynosowych z polipami nosa. W programie B.156 dostępne jest leczenie biologiczne, ale przedmiotem dyskusji pozostają warunki, które trzeba spełnić, aby móc z niego skorzystać.

– Kryteria włączenia pacjentów do leczenia są na tyle skomplikowane, że w zasadzie nie do przejścia, bo jest tutaj mowa o dwóch operacjach rozległych, które musi przejść pacjent po to, żeby móc być zakwalifikowanym do leczenia. Otóż okazuje się, że średnie oczekiwanie na operację to około 18 miesięcy. Pacjent przebywa operację chirurgiczną, potem mu te polipy odrastają i musi znowu na tę operację iść, czyli musi czekać minimum 18 miesięcy, żeby tę drugą operację otrzymać, tylko po to, żeby dostać punkty, żeby się zakwalifikować do programu lekowego – mówił Hubert Godziątkowski.

Możliwa jest jednak zmiana tych zasad. Według informacji przedstawionych podczas posiedzenia, przy okazji procesu dotyczącego kolejnej terapii rozważana jest modyfikacja programu, która oznaczałaby odejście od konieczności przebycia dwóch operacji.

– Jest szansa na to, że ten program lekowy się zmieni i zmienią się kryteria włączenia pacjentów poprzez likwidację tej konieczności dwóch operacji, czyli zostanie jedna. Jeżeli tak się stanie, to będzie bardzo dobrze – powiedział Godziątkowski.

Druga kwestia dotyczy specjalistów mogących kwalifikować pacjentów do programu. Obecnie, jak wskazywał przedstawiciel PTCA, uprawnieni są do tego laryngolodzy, ale nie alergolodzy. Organizacja postuluje rozszerzenie tej możliwości, argumentując, że znaczna część pacjentów pozostaje właśnie pod opieką alergologiczną.

– Jeżeli prawie 80 proc. pacjentów, którzy mają polipy nosa albo objawy polipów nosa, leczy się u alergologów, a alergolog nie może kwalifikować do programu lekowego, to według mnie jest to systemowe ograniczenie dostępu pacjentów. Wnosiliśmy swoje postulaty na etapie AOTMiT, kiedy można było składać uwagi do tego procesu, w momencie, kiedy ten trzeci lek był rozpatrywany. Chcielibyśmy ten temat podjąć, bo jest bardzo istotny – podkreślił Hubert Godziątkowski.

POChP: nowoczesne leczenie to tylko część potrzeb

W przypadku przewlekłej obturacyjnej choroby płuc problem wygląda jeszcze inaczej. Pacjenci z określonymi postaciami choroby czekają na refundowany dostęp do terapii biologicznych, ale jednocześnie eksperci zwracają uwagę na niewystarczające wykorzystanie możliwości, które system oferuje już dziś.

– Mamy w procesie dwa leki biologiczne, które dla tych pacjentów mogłyby być w programie lekowym dostępne, ale na ten moment takiej informacji, że to będzie możliwe, nie mamy. To jest też temat o tyle istotny, że jest bardzo mocno powiązany z diagnostyką, ale również z profilaktyką – powiedział Hubert Godziątkowski.

Problem zaczyna się więc wcześniej niż na etapie kwalifikacji do nowoczesnej terapii. Dotyczy diagnostyki, w tym dostępu do spirometrii, stosowania odpowiedniego leczenia zgodnego z aktualną wiedzą oraz profilaktyki zaostrzeń.

Dr hab. n. med. Piotr Dąbrowiecki, prezes Polskiej Federacji Stowarzyszeń Chorych na Astmę, Alergie i POChP, powołał się na raporty dotyczące doświadczeń chorych na POChP. Jak wskazywał, pokazują one problemy m.in. ze stosowaniem terapii trójlekowej, wykorzystywaniem starszych metod leczenia oraz szczepieniami przeciwko patogenom mogącym prowadzić do zaostrzeń.

– Pacjenci dochodzą do ściany. Tak naprawdę większość pacjentów nie jest leczona prawidłowo z zastosowaniem już dostępnych leków. Raport na to ewidentnie wskazuje. Terapia trójlekowa jest rzadko wybierana. Często to jest terapia, która już nie istnieje w Europie, a my ją stosujemy, czyli teofilina i krótkodziałające leki rozszerzające oskrzela. Pacjenci nie są szczepieni przeciwko patogenom wywołującym zaostrzenia – powiedział dr hab. n. med. Piotr Dąbrowiecki z Kliniki Chorób Wewnętrznych, Infekcyjnych i Alergologii Wojskowego Instytutu Medycznego – PIB w Warszawie.

Jednocześnie środowisko oczekuje możliwości zastosowania terapii biologicznych u odpowiednio dobranych pacjentów. Dyskusja podczas posiedzenia dotyczyła m.in. negatywnej oceny AOTMiT jednej z technologii. Eksperci uzgodnili, że argumenty Agencji powinny zostać skonfrontowane z aktualnymi danymi naukowymi.

– Ja myślę, że to nie jest zadanie, żeby AOTMiT się tłumaczył, bo skoro AOTMiT wydał negatywną opinię, to zadaniem naukowców jest teraz odpowiedzenie na nią. Tak naprawdę piłeczka jest po naszej stronie – powiedział dr hab. n. med. Tadeusz Zielonka, specjalista chorób płuc i chorób wewnętrznych z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Dr hab. Piotr Dąbrowiecki zadeklarował przygotowanie takiego stanowiska.

Nie tylko refundacja. Co dzieje się z pacjentem później?

Przykłady AZS, polipów nosa i POChP pokazują różne miejsca, w których może zostać przerwana droga do właściwego leczenia. Zdaniem dr. hab. Tadeusza Zielonki nie wszystkie z tych problemów można przypisywać decyzjom refundacyjnym czy płatnikowi. Część dotyczy organizacji opieki, rozmieszczenia ośrodków oraz praktyki klinicznej.

– Jest program, są środki, a nie ma ludzi, którzy w danym miejscu to zrobią. […] To nie tylko brak programu decyduje o tym złym wyniku. Częściowo jest tak, że pacjent ma uprawnienia, a nie jest skierowany – zwrócił uwagę dr hab. Tadeusz Zielonka.

Ekspert wskazywał również na potrzebę edukacji lekarzy i merytorycznego nadzoru nad stosowaniem aktualnych standardów. Tym samym dostępność terapii trzeba oceniać nie tylko przez pryzmat listy refundacyjnej, ale również tego, ilu kwalifikujących się chorych rzeczywiście dociera do leczenia.

Szerszym problemem pozostaje sposób podejmowania decyzji o przeznaczaniu ograniczonych środków na poszczególne obszary medycyny.

– Alokacja środków jest problemem etycznym. I lekarze powinni zacząć na to zwracać uwagę, dlatego że to jest również etyczne zagadnienie, niezależnie od prawnego: czy jest etycznym kogoś nie leczyć i pytanie, z jakich powodów. Oczywiście ja nie chcę zabierać innym, tylko powinniśmy wrócić do refleksji, czy my sprawiedliwie dysponujemy środkami – mówił dr hab. Tadeusz Zielonka.

Jednocześnie podkreślał, że odpowiedzią nie powinno być wyłącznie zwiększanie finansowania. Wskazywał na potrzebę większego znaczenia profilaktyki oraz oceny efektywności wykorzystania już dostępnych środków.

– Jest pytanie, czy my nie powinniśmy przerzucić środków na profilaktykę, zmniejszyć różne narażenia i z zysków, które z tego wynikają, zwiększyć udział innowacyjnej terapii, czyli zmienić myślenie. My tylko gasimy pożary, wszystkie ręce na pokład, gasimy pożary, ale nie dbamy o to, żeby nie wybuchały nam pewne problemy – wskazał dr hab. Tadeusz Zielonka.

Programy lekowe otworzyły dostęp. Teraz wyzwaniem jest ich wykorzystanie

Krytyka istniejących barier nie oznacza kwestionowania samego modelu programów lekowych. Zdaniem Dr hab. Zielonki umożliwiły one dostęp do nowoczesnych terapii, ale kolejnym etapem powinno być ograniczanie przeszkód, które nie wynikają z przesłanek klinicznych.

– Dzisiaj program lekowy zmienił tę starą strategię, stworzył furtkę, tylko to musi być profesjonalnie zorganizowana furtka, nieuznaniowa, nie z jakimiś sztucznymi blokadami. Rozwijajmy programy lekowe. Wybrani chorzy, wybrane ośrodki, zgodnie z zasadami – powiedział ekspert.

Na zgłoszone podczas posiedzenia problemy ma odpowiedzieć również Ministerstwo Zdrowia. Przedstawicielka resortu zaznaczyła, że kwestie dotyczące leków w programach i kryteriów kwalifikacji zostaną przekazane do właściwego departamentu. W przypadku problemów z faktyczną dostępnością leczenia resort zapowiedział natomiast pozyskanie danych z Narodowego Funduszu Zdrowia.

– Jeśli chodzi o dostępność do programów, […] skontaktujemy się z Funduszem i dowiemy się. Zapiszemy sobie, które to są programy lekowe, […] i po prostu postaram się taką informację dla państwa pozyskać – powiedziała Magdalena Krzymowska-Zakolska, przedstawicielka Ministerstwa Zdrowia.

Przewodnicząca Parlamentarnego Zespołu ds. chorób alergicznych Ewa Nowak zwróciła się do resortu o przekazanie pisemnej odpowiedzi na pytania zgłoszone podczas posiedzenia.

Źródło: posiedzenie Parlamentarnego Zespołu ds. chorób alergicznych „Problemy w alergologii i pulmonologii. Bariery m.in. w dostępie do nowoczesnego leczenia AZS, polipów nosa i POChP”, 15 września 2026 r.

Redakcja: Medicalress

Ministerstwo Zdrowia rozpoczęło kolejny etap prac nad Polityką Lekową Państwa na lata 2026–2031. Nowy dokument ma wyznaczyć długofalowe kierunki dotyczące m.in. dostępu pacjentów do refundowanych terapii, bezpieczeństwa lekowego, programów lekowych i wydatków publicznych. Resort zapowiada również szersze wykorzystanie danych o rzeczywistych efektach leczenia, cyfryzacji i narzędzi AI oraz większą rolę farmaceutów, lekarzy i innych zawodów medycznych. O założeniach strategii dyskutowano podczas Okrągłego Stołu na Forum Ekonomicznym w Karpaczu.

„Zaczynamy rozmowę o przyszłości polskiej polityki lekowej. Stąd okrągły stół z udziałem ekspertów, przedstawicieli zawodów medycznych, samorządów gospodarczych oraz instytucji odpowiedzialnych za funkcjonowanie rynku leków. Chcemy spojrzeć dalej niż na kolejne obwieszczenie i kolejną listę refundacyjną. Porozmawiać o tym, jak powinien wyglądać polski system lekowy za 5, 10 i 15 lat” – podkreśla wiceminister Katarzyna Kacperczyk.

Polityka Lekowa Państwa na lata 2026-2031 będzie kontynuacją dokumentu realizowanego w latach 2018-2022. Wyznaczy najważniejsze kierunki rozwoju polityki lekowej w Polsce na kolejne pięć lat, odpowiadając na wyzwania związane z dostępnością terapii, bezpieczeństwem lekowym oraz efektywnym wykorzystaniem środków publicznych.

„Polityka lekowa to dziś jednocześnie polityka zdrowotna, gospodarcza i polityka bezpieczeństwa państwa. Programy lekowe otworzyły polskim pacjentom dostęp do wielu nowoczesnych terapii. Teraz czas na ich kolejny etap. Rozmawiamy o tym, jak je upraszczać, jak ograniczać zbędne obciążenia administracyjne i jak szerzej wykorzystywać dane do oceny rzeczywistych efektów leczenia. Nowoczesny program lekowy powinien być projektowany wokół pacjenta i efektu zdrowotnego, a nie wokół procedury” – dodaje wiceminister zdrowia.

Prace koncepcyjne nad nową strategią rozpoczęły się w październiku 2025 r. Ich celem jest identyfikacja najważniejszych problemów systemowych oraz wypracowanie długofalowych rozwiązań we współpracy z kluczowymi interesariuszami rynku ochrony zdrowia.

Szerokie konsultacje z ekspertami i instytucjami

Prace nad dokumentem prowadzone są w formule szerokiego dialogu z przedstawicielami administracji publicznej, instytucji systemu ochrony zdrowia oraz organizacji branżowych.

W październiku 2025 r. Ministerstwo Zdrowia zwróciło się do organizacji reprezentujących sektor farmaceutyczny, ekspertów oraz partnerów społecznych o wskazanie najważniejszych wyzwań i propozycji rozwiązań w ramach siedmiu celów strategicznych.

W kolejnych miesiącach przeanalizowano zgłoszone stanowiska, przeprowadzono spotkania z przedstawicielami innych resortów oraz podmiotów zaangażowanych w realizację polityki lekowej. Odbyły się także konsultacje z instytucjami nadzorowanymi przez Ministra Zdrowia oraz departamentami Ministerstwa Zdrowia.

W proces prac włączono również kluczowe instytucje publiczne, w tym Narodowy Fundusz Zdrowia, Główny Inspektorat Farmaceutyczny, Agencję Badań Medycznych, Centrum e-Zdrowia oraz Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji.

„Polityka lekowa wymaga zarówno silnych instytucji państwa, jak i bardzo dobrej współpracy między nimi. Zaproszone do procesu zostały instytucje dysponujące ogromną wiedzą i zasobami danych. Wyzwaniem na kolejne lata jest lepsze łączenie tych kompetencji i informacji. Państwo powinno nie tylko reagować na problemy rynku leków, ale także coraz wcześniej je przewidywać” – mówi wiceminister zdrowia Katarzyna Kacperczyk.

Dane, analityka i zdolność do podejmowania strategicznych decyzji będą równie ważne jak same regulacje. Przyszłość polityki lekowej będzie również cyfrowa.

„Mamy dziś ogromne zasoby danych o refundacji, preskrypcji leków, realizacji recept, przebiegu terapii czy wykorzystaniu świadczeń. Kolejnym krokiem musi być ich lepsze łączenie i wykorzystywanie do podejmowania decyzji. Chcemy, aby cyfryzacja pozwalała szybciej oceniać skuteczność terapii w rzeczywistej praktyce, monitorować wydatki, identyfikować ryzyka niedostępności leków i lepiej planować potrzeby pacjentów. To także przestrzeń dla nowych narzędzi analitycznych i AI” – dodaje wiceminister.

Nowoczesna polityka lekowa musi opierać się na danych i rzeczywistych efektach leczenia, a nie wyłącznie na sprawozdawczości. Jej przyszłość to także większe wykorzystanie kompetencji zawodów medycznych, które stanowią jeden z najcenniejszych zasobów systemu ochrony zdrowia.

„Farmaceuci, lekarze, pielęgniarki i inni profesjonaliści medyczni powinni być aktywnymi uczestnikami polityki lekowej. Nowe zadania są szerokie: od profilaktyki i poprawy adherencji, przez opiekę farmaceutyczną, po monitorowanie bezpieczeństwa i efektów terapii” – podsumowuje Katarzyna Kacperczyk.

Kolejny etap prac

Nowa Polityka Lekowa Państwa będzie koncentrować się na siedmiu obszarach:

  1. zwiększaniu dostępności refundacyjnej i rynkowej leków dla pacjentów,
  2. optymalizacji wydatków płatnika publicznego,
  3. wzmacnianiu bezpieczeństwa lekowego Polski oraz rozwoju sektora farmaceutycznego,
  4. poprawie adherencji do leczenia i ograniczaniu marnowania środków publicznych,
  5. przeglądzie roli instytucji odpowiedzialnych za realizację polityki lekowej,
  6. redefinicji roli kadr medycznych w polityce lekowej państwa,
  7. wykorzystaniu nowoczesnych rozwiązań technologicznych wspierających system.

W Departamencie Polityki Lekowej i Farmacji ustalono harmonogram dalszych prac merytorycznych oraz powołano zespoły odpowiedzialne za przygotowanie poszczególnych części dokumentu.

Zakończenie prac nad Polityką Lekową Państwa na lata 2026-2031 planowane jest w 2026 r.

Źródło: MZ

Ratunkowy dostęp do technologii lekowych miał być rozwiązaniem na sytuacje wyjątkowe, w których pacjent nie ma już możliwości skorzystania ze standardowo finansowanego leczenia. Tymczasem proponowane zmiany w RDTL mogą sprawić, że droga do terapii stanie się dłuższa i bardziej sformalizowana. Eksperci, klinicyści i przedstawiciele organizacji pacjenckich pytają, czy próba zwiększenia kontroli nad mechanizmem nie doprowadzi do ograniczenia jego dostępności. Szczególnie że w połowie roku wykorzystano zaledwie około 38 proc. środków przeznaczonych na RDTL.

Ministerstwo Zdrowia pracuje nad zmianami dotyczącymi ratunkowego dostępu do technologii lekowych. Fundamentalna zasada RDTL ma pozostać taka sama. Mechanizm nadal ma umożliwiać finansowanie terapii w indywidualnych przypadkach, gdy pacjent potrzebuje leczenia niedostępnego dla niego w standardowej ścieżce. Zmienić ma się jednak liczba etapów, które trzeba będzie przejść, zanim lek zostanie podany.

Według przedstawionych propozycji wniosek będzie wymagał pozytywnej opinii szpitalnego komitetu ds. RDTL, konsultanta krajowego lub wojewódzkiego oraz oddziału wojewódzkiego NFZ. Dwa z tych elementów, szpitalny komitet i opinia NFZ, mają być nowością.

I właśnie tutaj pojawia się zasadnicze pytanie. Czy mechanizm ratunkowy, którego istotą powinna być możliwość odpowiednio szybkiej reakcji na szczególną sytuację kliniczną, powinien otrzymywać kolejne szczeble kontroli?

Kontrowersje zaczynają się już na poziomie szpitala. Komitet ds. RDTL ma tworzyć przedstawiciel dyrekcji oraz dwóch specjalistów z danej dziedziny medycyny. W przedstawionych założeniach nie wskazano natomiast lekarza prowadzącego pacjenta.

„O pacjencie będą decydować osoby, które go nie leczą” – zwraca uwagę Izabela Obarska, ekspert systemu ochrony zdrowia, była dyrektor Departamentu Polityki Lekowej i Farmacji.

Problem nie sprowadza się wyłącznie do składu komisji. W dużych, wielospecjalistycznych szpitalach pojawia się pytanie, czy należy stworzyć jeden komitet zajmujący się pacjentami z wielu dziedzin, czy kilka odrębnych gremiów. W mniejszych placówkach dodatkowa struktura może natomiast oznaczać kolejne obciążenie organizacyjne.

Zastrzeżenia budzi również planowane powiązanie RDTL z innymi sposobami finansowania leczenia. We wniosku ma znaleźć się informacja, czy pacjent korzysta z programu lekowego, chemioterapii lub innego kanału finansowania terapii. Odpowiedź twierdząca miałaby wykluczać możliwość sfinansowania leku w ramach RDTL. Eksperci wskazują, że w praktyce klinicznej sytuacja może być bardziej skomplikowana, chociażby wtedy, gdy nowa technologia jest dodawana do dotychczasowego leczenia albo choroba ma charakter wielonarządowy.

Kolejnym punktem zapalnym jest zwiększenie roli konsultantów. Prezes NFZ w przypadku pierwszego wniosku będzie mógł wystąpić do konsultanta krajowego o dodatkowe uzasadnienie zasadności zastosowania terapii. Intencją ma być zwiększenie nadzoru nad bezpieczeństwem pacjenta. Klinicyści pytają jednak, czy system dysponuje zasobami pozwalającymi realizować dodatkowe obowiązki bez wydłużenia procesu.

Prof. Barbara Radecka, konsultant wojewódzka w dziedzinie onkologii klinicznej i zastępca dyrektora ds. lecznictwa Opolskiego Centrum Onkologii, ocenia tę propozycję jednoznacznie: „Największe kontrowersje budzą zapisy dotyczące opinii konsultantów krajowych. W praktyce mogą się one okazać wręcz niewykonalne”. Jak przypomina, konsultanci krajowi są jednocześnie czynnymi lekarzami i już obecnie mają szeroki zakres obowiązków.

Jednocześnie prof. Radecka nie odrzuca samej idei szpitalnych komitetów. W części dużych ośrodków podobne gremia już funkcjonują i mogą wspierać podejmowanie trudnych decyzji. Problemem jest próba zastosowania jednego rozwiązania do placówek działających w bardzo różnych warunkach. Jak zauważa ekspertka, dyrekcja szpitala już obecnie uczestniczy w procesie w jego części administracyjno-finansowej, a przedstawione założenia nie rozstrzygają nawet jednoznacznie, czy w szpitalu miałby funkcjonować jeden komitet dla wszystkich obszarów terapeutycznych.

Podobne obawy zgłaszają lekarze innych specjalności. Prof. Alina Kułakowska, prezes Polskiego Towarzystwa Neurologicznego, ocenia, że RDTL w neurologii „nie jest nadużywany”, a obecny mechanizm działa dość sprawnie. Rozumie potrzebę racjonalizacji kosztów w sytuacji problemów finansowych płatnika, ale wskazuje jednocześnie na ryzyko przerostu biurokracji i „niepotrzebnej straty czasu”.

To właśnie czas może okazać się najważniejszym elementem całej dyskusji. RDTL nie jest przecież zwykłą, alternatywną ścieżką refundacyjną. Korzystają z niego pacjenci znajdujący się w szczególnej sytuacji klinicznej, często z ciężkimi lub bardzo rzadkimi chorobami. Każda kolejna opinia, posiedzenie komitetu czy dodatkowa procedura administracyjna ma więc inne znaczenie niż w standardowym procesie refundacyjnym.

Problem dobrze widać w chorobach ultrarzadkich. Prof. Bogdan Batko, konsultant krajowy w dziedzinie reumatologii, zwraca uwagę na możliwe konsekwencje ograniczenia możliwości korzystania z RDTL przy innych ścieżkach dostępu do leków, w tym imporcie docelowym. Jako przykład podaje chorobę Takayasu, rzadkie zapalenie dużych naczyń, w którym brak odpowiedniej terapii może prowadzić do poważnych powikłań. Ekspert postuluje również zagwarantowanie obecności lekarza prowadzącego w komitecie ds. RDTL.

Projektowane rozwiązania mają także skłaniać producentów do przechodzenia ze ścieżki indywidualnego finansowania do standardowej refundacji. Jeżeli lek będzie podawany w RDTL dłużej niż 12 miesięcy, producent będzie musiał wystąpić z wnioskiem refundacyjnym. Planowane są również mechanizmy zwrotu części wydatków zależne od czasu finansowania i wartości środków wydanych na lek. W przypadku niepowodzenia negocjacji dalsze finansowanie terapii ma nie być możliwe.

Z punktu widzenia płatnika takie rozwiązanie ma swoją logikę. Jeżeli lek przestaje być wykorzystywany w pojedynczych, wyjątkowych przypadkach i coraz częściej trafia do pacjentów poprzez RDTL, pojawia się pytanie, czy nie powinien zostać oceniony i finansowany w standardowej procedurze refundacyjnej. Problem zaczyna się wtedy, gdy konsekwencje niepowodzenia negocjacji między państwem a firmą farmaceutyczną ponosi konkretny pacjent, który rozpoczął lub potrzebuje leczenia.

Dyskusja o uszczelnieniu systemu odbywa się przy tym w interesującym momencie. Według danych przedstawionych przez Izabelę Obarską po sześciu miesiącach roku wykorzystanie środków przeznaczonych na RDTL wynosi około 38 proc., podczas gdy w poprzednich latach budżet ten wykorzystywano w 85–90 proc. Nie przesądza to oczywiście, że każda terapia zgłaszana do RDTL powinna zostać sfinansowana. Stawia jednak pytanie o skalę problemu, który nowe regulacje mają rozwiązać. Jeśli mechanizm nie wyczerpuje obecnie dostępnego budżetu, uzasadnienie dla dokładania kolejnych barier powinno być szczególnie dobrze wyjaśnione.

Jest jeszcze jeden paradoks. Nie każdy ośrodek, który dysponuje odpowiednim doświadczeniem i spełnia kryteria jakościowe, może dziś korzystać z RDTL. Dr hab. Marcin Stajszczyk z Polskiego Towarzystwa Reumatologicznego wskazuje przykład Śląskiego Centrum Reumatologii i krakowskiego Szpitala Dietla. Oba znalazły się wśród jedenastu placówek spełniających wszystkie jakościowe kryteria w nowych mapach potrzeb zdrowotnych, ale nie mogą zapewniać pacjentom reumatologicznym RDTL ze względu na wymagany ustawowo poziom referencyjności.

To pokazuje szerszy problem. Reforma mogłaby być okazją nie tylko do zwiększenia kontroli nad wydatkami, lecz również do usunięcia barier, które nie wynikają z jakości leczenia ani kompetencji ośrodka.

Najostrzej potencjalne konsekwencje zmian formułują organizacje pacjentów. Dorota Korycińska, prezeska Ogólnopolskiej Federacji Onkologicznej oraz Stowarzyszenia Neurofibromatozy Polska, przypomina, że obecny RDTL również potrzebował czasu, aby zacząć sprawnie funkcjonować. Jej zdaniem proponowane regulacje mogą odwrócić ten proces.

„Bariery ograniczą liczbę pacjentów objętych RDTL. To będzie tor przeszkód, a bieg z przeszkodami nie każdy dokończy” – ocenia.

Właśnie ten „tor przeszkód” jest być może najważniejszym testem dla przygotowywanych przepisów. Kontrola wydatków publicznych, ocena zasadności terapii i bezpieczeństwo pacjenta są konieczne. RDTL nie został jednak stworzony po to, by być kolejną standardową ścieżką administracyjną. Ma działać tam, gdzie standardowa ścieżka przestaje wystarczać.

Dlatego o jakości nowych regulacji nie zdecyduje liczba dodatkowych zabezpieczeń wpisanych do ustawy. Zdecyduje to, czy pacjent, dla którego RDTL jest niekiedy ostatnią realną możliwością uzyskania leczenia, otrzyma decyzję wtedy, gdy terapia może mu jeszcze pomóc.

Źródło: PAP MediaRoom

W Polsce żyje ponad 2 mln osób z astmą.Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że od 5 do 10 proc. osób borykających się z tą chorobą cierpi na astmę ciężką.2 Eksperci wskazują, że w Polsce może się z nią zmagać 50-100 tys. osób.3

Astma to jedna z najczęstszych chorób przewlekłych układu oddechowego.4 Gdy przechodzi w postać ciężką, jakość życia chorych istotnie się pogarsza5. Na tę trudną do kontrolowania postać najczęściej chorują kobiety, zwłaszcza po okresie dojrzewania i w wieku dorosłym.6

Pacjenci z astmą ciężką żyją w ciągłym strachu, poczuciu wstydu, ograniczenia i wykluczenia; obawiają się samodzielnych wyjść na spacer czy zakupy; żyją w lęku, że choroba zaatakuje ich wtedy, gdy będą sami i nikt nie będzie mógł im pomóc.7 Odczuwają zarówno zmęczenie fizyczne, jak i psychiczne, a choroba zmusza ich do wprowadzania zmian w codziennym funkcjonowaniu – inaczej niż przed jej wystąpieniem spędzają wolny czas, ograniczają kontakty towarzyskie, a z powodu uporczywego kaszlu rezygnują z wyjścia do kina czy teatru.8 Część pacjentów jest także zmuszona do zmian w życiu zawodowym – jedni, wykonujący pracę wymagającą wysiłku fizycznego, rezygnują z niej, inni pracują w mniejszym wymiarze godzin, a jeszcze inni przechodzą na własną działalność.9

Zgodnie z definicją, astma ciężka to astma, która pozostaje niekontrolowana pomimo zoptymalizowanego leczenia o maksymalnej intensywności oraz opanowywania czynników współistniejących mogących zaostrzać chorobę, lub astma nasilająca się po zmniejszaniu dużych dawek leków.10

Pacjenci z astmą ciężką nie odpowiadają na standardowe leczenie, takie jak kortykosteroidy.11 Mają bardziej nasilone i uporczywe objawy, takie jak duszność czy ból w klatce piersiowej, niż osoby z innymi postaciami astmy, a także większe ryzyko wystąpienia chorób współistniejących, m.in. otyłości, bezdechu sennego czy zaburzeń lękowo-depresyjnych.12   

Astmę ciężką można skutecznie i bezpiecznie leczyć terapią biologiczną.13 Leczenie biologiczne poprawia także stan emocjonalny i psychologiczny pacjentów – stosowanie terapii przynoszącej realną poprawę łagodzi objawy, przywraca możliwość normalnego funkcjonowania i redukuje towarzyszący chorobie lęk. Poprawa stanu pacjentów pozytywnie wpływa również na ich najbliższych.14

To nie jedyna korzyść wynikająca z leczenia biologicznego. Pacjenci wskazują między innymi na brak konieczności częstych wizyt w szpitalu, co pozwala zaoszczędzić czas i przeznaczyć go np. na pracę lub opieką nad dziećmi; lepsze samopoczucie wynikające z większej ilością czasu dla siebie i rodziny; brak konieczności korzystania ze zwolnień lekarskich lub urlopu na wizyty w szpitalu związane z przyjęciem leku; większe poczucie większej kontroli nad chorobą i własnym życiem w bezpiecznych warunkach domowych, a także duże oszczędności finansowe związane z ograniczeniem absencji w pracy.15  

Jednak w  Polsce tylko niewielki odsetek chorych na astmę ciężką otrzymuje terapie biologiczne w ramach programu lekowego B.44 Narodowego Funduszu Zdrowia.16

Dlatego tak ważne jest pogłębianie wiedzy na temat astmy ciężkiej oraz wszystkich dostępnych metod leczenia. Wczesna diagnoza, właściwie dobrana terapia oraz dobra współpraca między pacjentem a lekarzem mogą znacząco poprawić jakości życia osób zmagających się z jej ciężką postacią, zwiększyć ich poczucie bezpieczeństwa i ograniczyć strach, którego tak często doświadczają.

Źródło: Newseria

Od 1 września 2026 roku szpitale w Bolesławcu i Zgorzelcu działają jako jeden podmiot – Wielospecjalistyczny Zespół Opieki Zdrowotnej „Bolesławiec-Zgorzelec”. To pierwsza tego typu konsolidacja szpitali powiatowych w Polsce. Jej najważniejszym celem jest poprawa dostępności do leczenia, efektywniejsze wykorzystanie kadry i infrastruktury oraz stworzenie większych możliwości rozwoju i inwestycji w opiekę nad pacjentami z regionu.

Uruchomienie wspólnego szpitala jest efektem wielomiesięcznych przygotowań analitycznych, organizacyjnych, prawnych i technicznych. Formalny proces konsolidacji rozpoczął się w marcu 2026 roku. W nocy z 31 sierpnia na 1 września zakończony został jeden z jego najważniejszych etapów – integracja kluczowych systemów oraz rozpoczęcie funkcjonowania obu placówek w ramach jednej organizacji.

– Połączenie szpitali w Bolesławcu i Zgorzelcu to historyczny moment dla ochrony zdrowia w naszym regionie i zarazem dopiero pierwszy krok. Formalności mamy za sobą, teraz naszym zadaniem jest przełożenie konsolidacji na to, co realnie odczują pacjenci: lepszy dostęp do specjalistów, sprawniejszą diagnostykę i nowe inwestycje. Nie robimy niczego kosztem któregokolwiek z miast, liczba oddziałóww Bolesławcu i Zgorzelcu w planach ma się jeszcze zwiększyć- – podkreśla Kamil Barczyk, dyrektor Wielospecjalistycznego Zespołu Opieki Zdrowotnej „Bolesławiec–Zgorzelec”.

Dwa miasta, jeden potencjał

Konsolidacja nie oznacza rezygnacji z obecności szpitala w którymkolwiek z miast. Świadczenia medyczne nadal realizowane są zarówno w Bolesławcu, jak i w Zgorzelcu. Ideą połączenia jest wykorzystanie mocnych stron obu placówek i odejście od sytuacji, w której sąsiednie szpitale konkurują między sobą o lekarzy, pielęgniarki, czy możliwości inwestycyjne. Dzięki wspólnemu zarządzaniu możliwe będzie lepsze planowanie pracy personelu, rozwijanie diagnostyki i leczenia specjalistycznego oraz bardziej efektywne wykorzystywanie infrastruktury medycznej.Dla pacjenta oznacza to przede wszystkim możliwość korzystania z potencjału całej organizacji, a nie wyłącznie pojedynczej placówki. Integracja ma także ułatwić rozwój tych specjalności, w których dostęp do świadczeń jest dziś najbardziej ograniczony.

Jedna z największych organizacji medycznych na Dolnym Śląsku

Skala nowego podmiotu daje możliwości, których obie placówki, działając oddzielnie, nie miałyby w takim zakresie. WZOZ „Bolesławiec–Zgorzelec” obejmuje ponad 40 oddziałów i zatrudnia blisko 2,9 tys. pracowników. Łączne roczne przychody placówek szacowane są na ponad 800 mln zł.

Większa skala działalności oznacza również mocniejszą pozycję przy pozyskiwaniu środków na nowe inwestycje, zakup nowoczesnego sprzętu, cyfryzację oraz rozwój nowych metod diagnostyki i leczenia. Pierwsze wspólne przedsięwzięcia już są realizowane. Jednym z nich jest projekt dotyczący cyfryzacji oraz wykorzystania rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji w ochronie zdrowia o wartości blisko 33 mln zł. Jednocześnie uporządkowanie procesów administracyjnych, zakupowych i organizacyjnych w ramach jednego podmiotu ma pozwolić na racjonalniejsze wykorzystanie dostępnych środków. Szacowany efekt tych zmian może sięgnąć około 25 mln zł.

Najważniejszy jest pacjent

Połączenie formalne jest początkiem, a nie końcem procesu integracji. W kolejnych miesiącach prowadzone będą działania zmierzające do ujednolicania procedur, lepszego wykorzystania zasobów obu lokalizacji i rozwijania oferty medycznej. Priorytetem pozostaje bezpieczeństwo pacjentów oraz ciągłość udzielanych świadczeń. Zmiany organizacyjne mają być wdrażane tak, aby mieszkańcy obu powiatów mogli odczuwać korzyści wynikające z połączenia przede wszystkim w codziennym dostępie do diagnostyki, specjalistów i leczenia.
Wspólny szpital ma łączyć doświadczenie zespołów z Bolesławca i Zgorzelca, a jednocześnie tworzyć warunki do rozwoju usług, których samodzielne uruchomienie przez pojedynczą placówkę byłoby znacznie trudniejsze.

WZOZ „Bolesławiec-Zgorzelec” w liczbach:

31 sierpnia br. w PAP odbyła się konferencja prasowa zorganizowana przez Roche Polska pt. „Dorosłość z hemofilią A bez inhibitora: od wyzwań systemowych do rozwiązań”. Zaproszeni eksperci oraz przedstawiciel firmy rozmawiali o potrzebie indywidualizacji leczenia i przedłużającym się procesie włączenia terapii podskórnej emicizumabem dla pacjentów z hemofilią A bez inhibitora do Narodowego Programu Leczenia Chorych na Hemofilię i Pokrewne Skazy Krwotoczne.  

Hemofilia A to rzadka, wrodzona i nieuleczalna choroba genetyczna. Jest związana z niedoborem czynnika krzepnięcia VIII. Powoduje samoistne krwawienia m.in. do stawów. Mogą one prowadzić do ich trwałego uszkodzenia, przewlekłego bólu i niepełnosprawności. Dlatego tak ważne jest leczenie profilaktyczne. Istotnym celem leczenia – bez względu na jego rodzaj i mechanizm działania – jest skuteczne zapobieganie krwawieniom i właśnie uszkodzeniom stawów. Dostęp do aktualnie zarejestrowanych, różnych leków jest kluczowy, ponieważ umożliwia personalizację leczenia, co pozwala dopasować rodzaj terapii do indywidualnych potrzeb, stanu zdrowia i stylu życia pacjenta. Tego typu podejście przekłada się na lepsze wyniki leczenia i poprawę jakości życia pacjentów.

Jedną z dostępnych form profilaktyki jest emicizumab – terapia podawana podskórnie, o udokumentowanej skuteczności w ramach badań klinicznych, jak i rzeczywistej praktyki klinicznej. Terapia została zarejestrowana w Unii Europejskiej ponad 8 lat temu. Od 2020 roku jest terapią zalecaną jako jedna z opcji profilaktycznych w wytycznych Światowej Federacji Hemofilii (ang. WFH, World Federation of Hemophilia) dla pacjentów z hemofilią A z inhibitorem, jak i bez niego. W 2025 r. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) umieściła ją na Liście Leków Podstawowych oraz Liście Leków Podstawowych dla Dzieci w części dotyczącej hemofilii.

Od 1 lipca 2024 r. dzieci do lat dwóch z umiarkowaną i ciężką hemofilią A niepowikłaną inhibitorem mogą korzystać z emicizumabu w programie lekowym B.15. Od 1 października 2025 r. limit wiekowy został rozszerzony dla dzieci i młodzieży do lat 18. W przypadku pacjentów dorosłych, dotychczas z terapii mogli korzystać tylko pacjenci z inhibitorem w ramach Narodowego Programu Leczenia Chorych na Hemofilię i Pokrewne Skazy Krwotoczne.

Resort zdrowia poinformował o zmianach

18 sierpnia br. Ministerstwo Zdrowia zaktualizowało Narodowy Program Leczenia Chorych na Hemofilię i Pokrewne Skazy Krwotoczne na lata 2024–2028. W ramach wprowadzonych zmian, dostęp do emicizumabu zyskali pacjenci z hemofilią A bez inhibitora, którzy po ukończeniu 18 r.ż., w chwili przejścia z ośrodka pediatrycznego do ośrodka dla dorosłych otrzymywali tę terapię w ramach programu lekowego B.15 „Zapobieganie krwawieniom u dzieci z hemofilią A i B” oraz pacjenci, którzy uczestniczyli w badaniach klinicznych nad tym lekiem, a następnie zostali objęci programem PTAP (Post Trial Access Program).

Do tej pory po ukończeniu 18 r.ż. chory przechodził do systemu leczenia dorosłych, jednak w Narodowym Programie Leczenia Chorych na Hemofilię i Pokrewne Skazy Krwotoczne pacjenci z umiarkowaną i ciężką postacią hemofilii A bez inhibitora nie mieli dotychczas dostępu do terapii podskórnej i stali przed wizją powrotu do terapii dożylnej – bez względu na ich stan zdrowia i skuteczność dotychczasowego leczenia. Aktualizacja Narodowego Programu z dn. 18.08.2026 r.  umożliwia kontynuację leczenia podskórnego po ukończeniu 18 roku życia. Polskie Towarzystwo Onkologów i Hematologów Dziecięcych od miesięcy zabiegało o uregulowanie kwestii ciągłości leczenia dla pacjentów z hemofilią po osiągnięciu pełnoletności.

W podobnym gremium jakieś półtora miesiąca temu, wskazywałem i pytałem, czym się różni dziecko, które ma 17 lat, od tego samego dziecka, które kończy 18 lat, gdzie nagle okazuje się, że z leczenia podskórnego to dziecko musi przejść na leczenie dożylne, na przykład w czasie, kiedy właśnie będzie podchodziło do matury. I wtedy to pytanie pozostało bez odpowiedzi. My wiemy, że się niczym nie różni, ale na szczęście od sierpnia tego roku mamy dla dzieci, a w rzeczywistości dla młodych dorosłych, opcje terapeutyczne przedłużenia tego, co było w pediatrii. Czyli jeśli od października 2025 roku mamy możliwość – z punktu widzenia lekarzy i pacjentów i ich rodziców – wyboru terapii, to ten wybór może być utrzymany również po 18. roku życia – zaznaczył prof. Wojciech Młynarski, przewodniczący Polskiego Towarzystwa Onkologii i Hematologii Dziecięcej.

Leczenie dla wybranych grup pacjentów

Wprowadzone w ostatnim czasie zmiany nie objęły jednak całej populacji pacjentów,  wśród których wielu z nich niezmiennie potrzebuje nowych terapii. Pacjenci z hemofilią A niepowikłaną inhibitorem, którzy w listopadzie 2025 r. mieli więcej niż 18 lat i nie spełniali kryterium programu lekowego, nadal według kryteriów Narodowego Programu nie mają możliwości personalizacji leczenia. Jedynym, obecnie dostępnym dla nich lekiem do stosowania w leczeniu profilaktycznym, jest koncentrat czynnika krzepnięcia podawany dożylnie.

– Chcielibyśmy mieć dostęp dla chorych na hemofilię do terapii zarejestrowanych, do terapii nowocześniejszych i skuteczniejszych niż to, co w tej chwili im możemy zaoferować. W Polsce dzieje się to bardzo powoli, bardzo małymi krokami, można powiedzieć, że nawet troszkę pozornymi, tak jak ostatnie zmiany, które zostały wprowadzone w Narodowym Programie Leczenia Hemofilii. Realnie nadal dla ogromnej większości pacjentów z hemofilią ciężką nie mamy dostępu do terapii podskórnych. Ten przełom, czyli możliwość zmiany z profilaktyki dożylnej, przynajmniej u części pacjentów, którzy takiej zmiany wymagają, dokonał się już ładnych parę lat temu. Nie każdy chory wymaga tej zmiany, ale u tych, u których mamy niewystarczającą skuteczność leczenia, u których jakość życia jest zła, bardzo chcielibyśmy jedną z dostępnych terapii podskórnych wprowadzić. (…) Cała Europa stosuje te leki. My oczywiście wiemy, że też powinniśmy. Pacjenci nas o to pytają i mają do tego prawo. Każdy z nas, zajmując się tymi pacjentami szeroko i od wielu lat, bo tak działają ośrodki leczenia hemofilii, że mamy swoją grupę pacjentów, którą się opiekujemy – dokładnie wie, którzy pacjenci najbardziej cierpią na obecnej terapii – podkreśliła dr Joanna Zdziarska z Ośrodka Leczenia Hemofilii w Krakowie.

Proces trwa od 2022 roku

Roche Polska od 2022 r. zabiega o rozszerzenie możliwości stosowania emicizumabu u pacjentów z ciężką i umiarkowaną hemofilią A bez inhibitora. Proces był prowadzony w programie lekowym i Narodowym Programie Leczenia Chorych na Hemofilię i Pokrewne Skazy Krwotoczne – w BIP AOTMiT widnieje aż 5 zleceń dla tego leku na przestrzeni ostatnich 4 lat.

W listopadzie 2025 r. Prezes AOTMiT wydał pozytywną opinię dotyczącą udostępnienia emicizumabu w ramach Narodowego Programu Leczenia Chorych na Hemofilię i Pokrewne Skazy Krwotoczne dla pacjentów dorosłych z hemofilią niepowikłaną obecnością inhibitora FVIII. Do tej pory prace resortu zdrowia tylko częściowo odpowiadają na potrzeby ww. grupy pacjentów.

– Czynniki to jest ogromne dobrodziejstwo. Nasi pacjenci mają możliwość stosowania terapii dożylnej, ale to nie jest złoty środek. Wiemy, że są pacjenci, którzy pomimo przyjmowania leku regularnie, mają krwawienia. Zdarza się tak, że ci pacjenci krwawią powyżej 4-5 razy w miesiącu, są to pacjenci o tak zwanym wysokim fenotypie krwotocznym. Terapia podskórna została zaakceptowana przez Światową Federację Hemofilii, jak również wpisana przez Światową Organizację Zdrowia w 2025 roku na listę leków podstawowych. (…) Średnia życia pacjentów z hemofilią wydłuża się, musimy mieć podejście holistyczne do tych pacjentów, bo nasi pacjenci starzeją się, będą mieli dodatkowe choroby, będą również potrzebowali innych terapii – powiedziała dr n. med. Justyna Kozińska, z Kliniki Hematoonkologii i Transplantacji Szpiku, Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Medycznego w Lublinie.

Oferta Roche Polska przewiduje zabezpieczenie budżetu NFZ

Firma Roche Polska już wiele miesięcy temu zaproponowała Ministerstwu Zdrowia warunki finansowe, które nie powodują wzrostu wydatków Narodowego Funduszu Zdrowia. Oferta zawiera mechanizmy zabezpieczające budżet płatnika publicznego, dzięki którym terapia może być wdrożona bez dodatkowego obciążenia finansów publicznych, tj. w ramach środków już zaplanowanych na leczenie hemofilii w aktualnej edycji Narodowego Programu Leczenia Chorych na Hemofilię i Pokrewne Skazy Krwotoczne, realizowanego w latach 2024-2028. Wprowadzenie emicizumabu jako opcji do leczenia całej populacji chorych niepowikłanych inhibitorem będzie skutkowało obniżeniem wydatków na produkty lecznicze stosowane w hemofilii A w pierwszym roku od wprowadzenia terapii o ok. 50 mln zł w stosunku do planowanych wydatków na ten cel. Wynika to m.in. z dostosowania planów zakupowych do rzeczywistego zapotrzebowania, obniżenia ceny leku po jego włączeniu do Narodowego Programu oraz określonej, dzięki kryteriom włączenia, liczbie pacjentów. Propozycja przewiduje również mechanizmy zabezpieczające Narodowy Fundusz Zdrowia przed nieoczekiwanym wzrostem kosztów, gdyby zużycie leku okazało się większe niż wynikające z opinii ekspertów klinicznych uwzględnionych w ocenie AOTMiT. Firma Roche deklaruje pokrycie ewentualnych przekroczeń ponad uzgodnione progi wydatków. 

– Chciałbym tu obalić pewien mit, że leczenie innowacyjne jest bardzo drogie, że nas na to nie stać. (…) Mamy instrumenty dzielenia ryzyka, które możemy zaproponować, które są zgodnie z prawem, które są ocenione przez Agencję Oceny Technologii Medycznych, które uzyskały pozytywną opinię Prezesa, wypełniliśmy wszystkie warunki, które prowadzą do finansowania leku w Polsce. Więc usiądźmy, dyskutujmy o tych pieniądzach, zobaczmy, co możemy zrobić my jako producent, żebyście Państwo byli pewni, że ten budżet się nie zawali, że to jest racjonalne i w długim okresie możliwe do zaopiekowania. Warto podjąć ten wysiłek, by odpowiedzieć na postulaty klinicystów i potrzeby pacjentów, umożliwić wybór leku. (…) Jeżeli budżet zostanie przekroczony, firma Roche bierze na siebie ryzyko i zwróci 100% przekroczenia budżetowego zgodnie z ustalonymi progami. Warunki się nie zmieniły, oferta jest na stole. (…) Firma odpowiedzialna za lek powinna być włączona w dialog, to pomoże przerwać trwający od lat impas. Nasz aktywny udział ułatwi wypracowanie rozwiązań systemowych – można mnożyć przykłady wielu innych leków innowacyjnych, które dzisiaj są w refundacji dlatego, że Ministerstwo i firma razem pracowali nad rozwiązaniami. (…) Ministerstwo Zdrowia doskonale zna instrumenty dzielenia ryzyka i sprawnie się nim posługuje – według oficjalnych danych, tylko w 2025 roku mechanizmy te wygenerowały dla budżetu oszczędności rzędu 2,5 miliarda złotych – skomentował Krzysztof Adamcewicz, Dyrektor Działu Strategii Rozwoju Rozwiązań Systemowych i Komunikacji, Roche Polska.

Podczas dyskusji eksperci wskazali, że udostępnienie terapii większej liczbie pacjentów daje możliwość dodatkowego obniżenia ceny. Przykład jednej z omawianych terapii podskórnych wskazuje na sukcesywny spadek jej ceny, która w ciągu trzech lat – do 2025 roku – uległa obniżce o około 26%. Według danych Roche Polska nowa oferta stwarza przestrzeń do dalszej redukcji ceny oraz wdrożenia instrumentów dzielenia ryzyka.

Leczenie hemofilii ma również wymiar społeczny i ekonomiczny

Mimo, że hemofilią jest chorobą rzadką, to generuje istotne koszty ekonomiczne i społeczne. Roczne koszty bezpośrednie ponoszone przez system wynoszą 521 mln zł. Pacjenci i ich rodziny ponoszą znaczące obciążenia finansowe – 10 mln zł wydatków bezpośrednich oraz 134 mln zł kosztów pośrednich, wynikających z obniżonych przychodów gospodarstw domowych. Łącznie daje to ponad 140 mln zł rocznie ponoszonych bezpośrednio przez chorych i ich bliskich[1].

Choroba, bądź brak choroby, bądź określony stan pacjenta to nie tylko to, ile my wydajemy na jego leczenie, czyli wydatki bezpośrednie NFZ. (…) Chory, w zależności od jego stanu i od jakości życia, z którą żyje, również generuje koszty. To są koszty związane z utraconą produktywnością. Czyli w im gorszym stanie jest ten chory, to albo będzie mniej pracował, albo w ogóle nie będzie pracował, bo będzie niepełnosprawny. Problem polega na tym, że my dzisiaj bardzo mało patrzymy z tej perspektywy. (…) Tak jak dbając o przyszłość naszych dzieci nie myślimy o lekcjach angielskiego, zajęciach sportowych wyłącznie z perspektywy, ile na nie wydajemy, a uznajemy to za inwestycję w przyszłość, tak samo innowacyjna terapia to jest pewnego rodzaju inwestycja. To nie jest tak, że ta innowacyjność i kosztoefektywność tych terapii to jest jakaś jednostronna narracja tylko i wyłącznie producenta. To jest zbadane w procesie bardzo transparentnym HTA, w którym wychodzi, że faktycznie to jest kosztoefektywna terapia w warunkach polskich i ona powinna być refundowana. (…) Z jednej strony buduje się narrację, że jesteśmy 20. gospodarką świata. (…) A z drugiej strony, chcąc być tą 20. gospodarką świata, czy aspirując do takiego grona krajów, jest taka sytuacja jak w hemofilii – jesteśmy jedynym krajem, w którym nie zapewniamy pacjentom pełnego dostępu do innowacyjnych terapii, a tak naprawdę do wyboru innowacyjnych terapii – wskazywał dr Michał Seweryn, wiceprezes EconMed, współautor raportu pt. „Systemowa analiza organizacji i funkcjonowania leczenia pacjentów z hemofilią wraz z implementacją”.

Potrzeba dialogu

Pomimo skierowania zaproszenia przez organizatorów, w konferencji nie wzięli udziału przedstawiciele Departamentu Lecznictwa Ministerstwa Zdrowia, odpowiedzialnego za Narodowy Program Leczenia Chorych na Hemofilię i Pokrewne Skazy Krwotoczne. Roche Polska podczas spotkania zadeklarował gotowość do dalszych rozmów z resortem w celu wypracowania i wdrożenia rozwiązania, które poszerzy możliwości leczenia dorosłych pacjentów z hemofilią A bez inhibitora w taki sposób, by to lekarz i pacjent mogli wspólnie decydować o sposobie leczenia w zależności od sytuacji klinicznej chorego i jego potrzeb. Bez dostępu do różnych leków stosowanych aktualnie w hemofilii A trudno mówić o personalizacji leczenia.

Źródło: inf pras

Każdego roku 1 września obchodzimy Światowy Dzień Przewlekłej Białaczki Limfocytowej (PBL). To okazja nie tylko do edukowania o samej chorobie, ale także dobry moment by zadać pytanie: Czy w systemie przeciążonym brakami kadrowymi i długim oczekiwaniem na wizytę w poradni hematologicznej jest szansa, by zadbać kompleksowo o potrzeby starszych pacjentów? Jak wygląda rozmowa z pacjentem podczas przekazania diagnozy? Czy jest przestrzeń, by omówić możliwości leczenia i rozwiać wszelkie wątpliwości chorego? Nowoczesne terapie poprawiają rokowania, ale bezpieczeństwo leczenia, adherencja i jakość życia zależą również od tego, czy pacjent rozumie dostępne opcje i może współdecydować o terapii.


Każdy pacjent ma inne potrzeby

Przewlekła białaczka limfocytowa jest chorobą, która dotyczy najczęściej osób starszych i może mieć bardzo różny przebieg. Część pacjentów przez lata pozostaje w obserwacji, inni wymagają możliwie jak najwcześniejszego rozpoczęcia leczenia. W ostatnich latach w hematoonkologii znacząco zwiększyły się możliwości leczenia, ale to jednocześnie sprawiło, że rozmowa o terapii staje się bardziej wymagająca.

– Pacjenci z PBL są bardzo różni. To często osoby starsze, u których poza chorobą krwi występują inne choroby m.in. kardiologiczne, metaboliczne, nefrologiczne, co sprawia, że podczas wyboru terapii należy wziąć pod uwagę wiele czynników: wspomniane choroby współistniejące, biologię choroby, wyniki badań genetycznych oraz preferencje pacjenta. Dla jednej osoby kluczowe będzie ograniczenie wizyt w szpitalu, dla innej możliwość elastycznego dawkowania leków, a dla jeszcze innej dobór terapii tak, aby mogła kontynuować pracę zawodową czy realizować się w życiu rodzinnym. Potrzeby są różne, dlatego umiejętność aktywnego wsłuchania się w preferencje pacjenta powinna być standardem – mówi prof. dr hab. n. med. Iwona Hus, kierownik Kliniki Hematologii Państwowego Instytutu Medycznego MSWiA w Warszawie.

Realia polskiego systemu ochrony zdrowia są wymagające. Średni czas oczekiwania na wizytę w poradni hematologicznej wynosi 146 dni. Brakuje także kadry medycznej – w publicznym systemie ochrony zdrowia pracuje obecnie 542 specjalistów hematologii, co daje wskaźnik ok. 1,4 lekarza na 100 tys. mieszkańców, tymczasem zalecany poziom to co najmniej 2,5-3 hematologów. To pokazuje jak bardzo potrzebne są rozwiązania, które wyposażą pacjenta w niezbędną wiedzę, zwiększając w konsekwencji jego poczucie bezpieczeństwa oraz adherencję w leczeniu.

Udział pacjenta w decyzjach terapeutycznych to dobra praktyka czy utopijna wizja?

Z badań dotyczących shared decision-making (SDM) w PBL wynika, że 70–75% pacjentów chce aktywnie uczestniczyć w decyzjach terapeutycznych, równolegle tylko 1 na 5 pacjentów zgodził się z stwierdzeniem, że decyzja rzeczywiście była wspólna. Inne międzynarodowe badanie również podkreśla pewną lukę – 70% pacjentów z PBL deklaruje, że podczas wizyty zaproponowano im tylko jedną opcję terapeutyczną, a 48% nie było zaangażowanych w proces decyzyjny w takim stopniu, jakiego oczekiwało. Podobne konkluzje płyną z raportu ARC Rynek i Opinia zrealizowanego wśród polskich pacjentów z PBL, który pokazuje, że chorzy w dużej mierze polegają na rekomendacji lekarza. Jednocześnie z ich relacji wynika, że nie zawsze omówiono
z nimi alternatywne możliwości leczenia, wady i zalety różnych form terapii. Rozmowa częściej dotyczyła skutków ubocznych leczenia już wskazanego przez specjalistę niż przedstawienia dostępnych opcji.

– Badanie ARC Rynek i Opinia przeprowadzone wśród pacjentów z przewlekłą białaczką limfocytową pokazuje, że zaledwie 2 spośród 15 respondentów wyraziło w rozmowie z lekarzem swoje obawy dotyczące proponowanego leczenia. Z kolei badanie organizacji Myeloma Patients Europe zrealizowane wśród pacjentów z szpiczakiem mnogim pokazało, że aż 57% ankietowanych nigdy wcześniej nie słyszało o shared decision-making. Wspomniane badania potwierdzają, że pomimo deklarowanej przez pacjentów hematologicznych chęci aktywnego uczestnictwa w procesie terapeutycznym, w praktyce dzieje się to niestety dość rzadko. Mam nadzieję, że ta rzeczywistość będzie się zmieniać, bo w przypadku chorób przewlekłych wspólne podejmowanie decyzji to ważny element budowania życia po diagnozie – mówi Barbara Leonardi, prezes Myeloma Patients Europe i przedstawicielka Fundacji Carita.

SDM nie oznacza, że pacjent zostaje sam z wyborem terapii. To proces, w którym lekarz wnosi wiedzę kliniczną, a pacjent swoje obawy i realia życia. Ma to nieocenioną wartość w kontekście bezpieczeństwa całego procesu leczenia, bo pacjent, który rozumie terapię, wie, czego się spodziewać, dokładniej przestrzega zaleceń i szybciej wychwyci potencjalne działania niepożądane.

– Pacjenci chcą rozumieć, dlaczego dana opcja terapeutyczna jest dla nich tą najbardziej odpowiednią. Co więcej badanie ARC Rynek i Opinia potwierdza, że niezależnie od terapii, pacjenci starają się koncentrować na jej pozytywach. Mają nadzieje, że ostatecznie będą mogli żyć prawie normalnie. Pytanie o potrzeby pacjenta, omówienie dostępnych możliwości, zrozumiałe materiały edukacyjne i przygotowanie pytań do lekarza przed konsultacją są szczególnie ważne w systemie, w którym wizyta u hematologa jest wręcz dobrem deficytowym – mówi Dominik Romiński, prezes Stowarzyszenia Kierunek Zdrowie.

Pilotaż, który może ułatwić pacjentom drogę przez system

Szansą na wzmocnienie takiego modelu opieki jest uruchomiony 1 lipca 2025 r. pilotaż Krajowej Sieci Hematologicznej, który ma potrwać do 2029 roku. Jednym z wyzwań najbliższych lat będzie nie tylko poprawa organizacji opieki hematologicznej, ale także lepsze wsparcie pacjenta w poruszaniu się po systemie. Okres pilotażu może być dobrą okazją do wzmocnienia roli koordynatorów opieki, którzy mogliby pomagać pacjentom przygotować się do wizyt, lepiej rozumieć proces leczenia oraz skuteczniej komunikować swoje potrzeby zespołowi medycznemu.

Eksperci wskazują, że poprawa nie musi oznaczać wyłącznie dłuższych wizyt. Realistyczne rozwiązania to krótkie checklisty pytań dla pacjenta, materiały porównujące opcje leczenia, wzmocnienie roli pielęgniarki hematologicznej, kierowanie do rzetelnych źródeł wiedzy i partnerska współpraca z organizacjami pacjenckimi.

– W przypadku chorób przewlekłych, takich jak przewlekła białaczka limfocytowa, leczenie staje się częścią życia. Pacjenci i ich bliscy muszą „wkomponować” chorobę w codzienność i pogodzić ją z pracą zawodową, prowadzeniem domu, opieką nad rodziną, pasjami czy ulubionymi sposobami spędzania wolnego czasu. Dlatego warto się zapoznać z ideą shared decision-making i aktywnie uczestniczyć w procesie leczenia. O ile lekarz jest ekspertem od medycyny, o tyle to pacjent jest ekspertem od własnego życia i tylko on wie, jaki wpływ choroba ma na jego codzienne funkcjonowanie. Częścią strategii shared decision-making jest rozmowa o priorytetach życiowych, obawach, codziennych wyzwaniach związanych ze stanem zdrowia oraz tym jak zminimalizować wpływ choroby, leczenia i skutków ubocznych na jakość życia. Współpraca z lekarzem oparta na dialogu daje również pacjentowi poczucie wpływu na własne życie, które choroba często odbiera – podsumowuje Barbara Leonardi.

***

Pełna treść raportu ARC Rynek i Opinia dotyczącego przewlekłej białaczki limfocytowej dostępna online: RAPORT

Źródło: inf pras

Lista bezpłatnych leków dla osób 65+ ma nadal rosnąć, ale Ministerstwo Zdrowia chce jednocześnie zmienić sposób, w jaki państwo płaci za znajdujące się na niej preparaty. Resort argumentuje, że po pojawieniu się tańszych odpowiedników nie ma uzasadnienia, by ze środków publicznych finansować droższy lek tylko dlatego, że zachowuje rozpoznawalną nazwę handlową. Nowe zasady mają wzmocnić pozycję negocjacyjną ministra zdrowia wobec firm farmaceutycznych i uwolnić setki milionów złotych na kolejne terapie. Kluczowe pytanie brzmi jednak, czy większa presja na ceny przełoży się na rzeczywiście szerszy dostęp pacjentów do leczenia, a nie jedynie na przesunięcia w refundacyjnym budżecie.

Program bezpłatnych leków dla seniorów jest jednym z najbardziej widocznych elementów polityki lekowej państwa. Dla pacjenta mechanizm jest prosty: preparat znajdujący się na odpowiedniej liście może zostać wydany bez odpłatności, jeśli spełnione są warunki refundacji. Z perspektywy budżetu publicznego sytuacja jest jednak znacznie bardziej skomplikowana, ponieważ brak udziału pacjenta w cenie nie oznacza braku kosztu. Całość rachunku przejmuje państwo.

To właśnie na tym poziomie Ministerstwo Zdrowia chce wprowadzić większą dyscyplinę cenową. 27 sierpnia wiceminister zdrowia Katarzyna Kacperczyk podpisała zarządzenie dotyczące trybu i sposobu weryfikacji wykazów bezpłatnych leków. Zgodnie z informacją resortu dokument wchodzi w życie następnego dnia.

Ministerstwo przedstawia zmianę jako element szerszego porządkowania systemu refundacji, a nie próbę ograniczania programu dla seniorów.

„Nasz priorytet pozostaje niezmienny: zwiększanie dostępu pacjentów do skutecznych i bezpiecznych leków. Ten cel konsekwentnie realizujemy, regularnie rozszerzając zakres refundacji. Musimy jednak pamiętać, że środki publiczne powinny być wydawane odpowiedzialnie i racjonalnie” – mówi wiceminister zdrowia Katarzyna Kacperczyk.

Skala wydatków sprawia, że nawet niewielkie różnice cenowe mogą przekładać się na duże kwoty. Według danych Ministerstwa Zdrowia w 2025 roku na refundację leków przeznaczono blisko 30 mld zł. Z tego 16 mld zł stanowiła refundacja apteczna. Około 60 proc. tej kwoty przypadało na bezpłatne leki z listy „S”.

Problem, który wskazuje resort, pojawia się szczególnie po wygaśnięciu ochrony patentowej leku. W typowej sytuacji wejście na rynek tańszych odpowiedników prowadzi do konkurencji cenowej. Producent leku oryginalnego może obniżyć cenę, a płatnik publiczny zyskuje możliwość finansowania terapii po niższym koszcie. Ministerstwo przekonuje, że w przypadku leków bezpłatnych mechanizm ten nie działa obecnie wystarczająco efektywnie.

„Lista bezpłatnych leków powinna być tworzona z myślą o pacjentach, a nie o zwiększaniu zysków firm farmaceutycznych. Nie ma racjonalnego powodu, by państwo płaciło za lek jak za produkt innowacyjny, skoro na rynku są już dostępne równie skuteczne i bezpieczne, a jednocześnie tańsze. W wielu krajach europejskich w takich sytuacjach działa konkurencja cenowa. I u nas również, ale tylko w przypadku zwykłej listy refundacyjnej. Chcemy, aby taki mechanizm funkcjonował także w przypadku leków bezpłatnych” – mówi wiceminister zdrowia.

To mocne postawienie sprawy, ale dyskusja będzie dotyczyć nie tylko cen. W refundacji znaczenie ma bowiem również przewidywalność dostępności leków, bezpieczeństwo ich dostaw, zachowanie konkurencji między producentami i takie kształtowanie zasad, by obniżanie kosztów nie prowadziło w dalszej perspektywie do wycofywania części produktów z rynku.

Resort na razie akcentuje przede wszystkim potencjalne oszczędności. Według jego szacunków nowe narzędzia negocjacyjne i większa konkurencja cenowa mogą uwolnić setki milionów złotych. Środki te miałyby zostać przeznaczone między innymi na nowe leki dla seniorów, nowoczesne terapie onkologiczne, leczenie chorób rzadkich oraz terapie dla dzieci.

„Jeśli na rynku jest dostępny bezpieczny i skuteczny lek, który kosztuje 40 zł, państwo nie powinno płacić 400 zł za taki sam lek o innej nazwie handlowej. Różnicę 360 zł wolimy przeznaczyć na leczenie pacjentów, a nie na marżę dla firmy farmaceutycznej” – mówi Katarzyna Kacperczyk.

Ten przykład dobrze obrazuje intencję resortu, ale jednocześnie upraszcza mechanizmy funkcjonujące na rynku leków. W praktyce o cenie finansowanej przez państwo mogą decydować nie tylko ceny widoczne dla pacjenta, ale także warunki negocjowane w procesie refundacyjnym. Dlatego istotne będzie nie tyle samo hasło o tańszych odpowiednikach, ile szczegółowe kryteria, według których Ministerstwo Zdrowia będzie weryfikować obecność poszczególnych preparatów na listach bezpłatnych leków.

Zmiana ma też znaczenie negocjacyjne. Jeżeli producent wie, że obecność jego leku na liście gwarantującej pacjentowi zerową odpłatność nie jest automatyczna i może podlegać okresowej weryfikacji w zestawieniu z tańszymi odpowiednikami, presja na obniżenie ceny rośnie. Z punktu widzenia płatnika to sposób na wykorzystanie skali publicznych zakupów do uzyskania korzystniejszych warunków.

Dla pacjentów najważniejsza będzie jednak odpowiedź na inne pytanie: czy porządkowanie list nie wpłynie negatywnie na ciągłość leczenia. Seniorzy często stosują wiele leków równocześnie, a zmiana preparatu, choć z punktu widzenia substancji czynnej może być równoważna, bywa dla części osób źródłem dezorientacji. Różne nazwy handlowe, opakowania, wygląd tabletek czy sposób ich dawkowania mogą mieć znaczenie praktyczne, zwłaszcza u pacjentów z wielochorobowością.

Dlatego skuteczność reformy będzie można ocenić dopiero wtedy, gdy uda się pogodzić trzy cele: obniżenie kosztów terapii dla państwa, zachowanie stabilnej dostępności leków oraz utrzymanie bezpieczeństwa i przejrzystości leczenia dla pacjenta.

Ministerstwo zapewnia, że właśnie taki ma być kierunek zmian.

„Nie traktuję tych zmian jako rewolucji, ale jako uporządkowanie systemu i przywrócenie mu równowagi i racjonalności. Chcemy, aby refundacja była bardziej przejrzysta, przewidywalna i służyła przede wszystkim pacjentom. Dlatego liczę na konstruktywny dialog z branżą farmaceutyczną. Stabilny system refundacji, bezpieczeństwo lekowe i jak najszerszy dostęp do terapii to cele, które powinny nas łączyć” – podkreśla wiceminister.

W najbliższych miesiącach znaczenie będzie miało więc nie tylko to, ile państwo rzeczywiście zaoszczędzi, ale także co stanie się z uwolnionymi pieniędzmi. Jeżeli zapowiedź przeznaczania ich na kolejne terapie zostanie zrealizowana, zmiana może stać się narzędziem zwiększania liczby pacjentów objętych refundacją. Jeśli natomiast ograniczy się wyłącznie do obniżenia wydatków na już finansowane leki, efekt dla chorych będzie znacznie mniej odczuwalny.

Lista „S” pozostaje więc polem, na którym spotykają się trzy interesy: pacjentów oczekujących szerokiego i stabilnego dostępu do leczenia, państwa próbującego racjonalnie gospodarować rosnącym budżetem refundacyjnym oraz przemysłu farmaceutycznego, dla którego decyzje refundacyjne mają bezpośrednie znaczenie biznesowe. Nowe zasady mają przede wszystkim wzmocnić pozycję pierwszych dwóch stron. To, czy uda się osiągnąć ten cel bez ograniczenia dostępności terapii, będzie najważniejszym testem reformy.

Źródło: MZ

Czy wpisanie terapii na listę refundacyjną rzeczywiście oznacza, że pacjent może z niej skorzystać? Federacja Przedsiębiorców Polskich zwraca uwagę, że w praktyce dostęp do świadczeń gwarantowanych zależy nie tylko od wskazań medycznych, ale również od kategorii refundacyjnej oraz sposobu finansowania przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Zdaniem organizacji pacjenci z chorobami przewlekłymi i rzadkimi częściej niż chorzy onkologicznie muszą czekać na rozpoczęcie leczenia, mimo że spełniają kryteria kwalifikacji do programu lekowego. FPP apeluje do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów o analizę obowiązujących przepisów i rozpoczęcie dyskusji nad zapewnieniem bardziej równego dostępu do refundowanych terapii.

FPP od lat analizuje wyzwania związane z funkcjonowaniem ochrony zdrowia, w tym jego finansowaniem. Jednak zwraca również uwagę, na inne wyzwania z którymi boryka się system opieki zdrowotnej w Polsce, w tym rzeczywistą dostępność świadczeń dla pacjentów.

Leki refundowane dostępne w aptekach, programach lekowych oraz katalogu chemioterapii stanowią część świadczeń gwarantowanych określonych w ustawie o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych. W praktyce pacjenci korzystający z poszczególnych kategorii refundacyjnych znajdują się jednak w odmiennych sytuacjach.

Pacjenci realizujący recepty na refundowane leki apteczne mają co do zasady zapewniony dostęp do terapii po uzyskaniu recepty. Inaczej wygląda sytuacja wielu osób leczonych w programach lekowych lub w ramach katalogu chemioterapii. W ich przypadku sama obecność terapii na liście refundacyjnej nie zawsze oznacza możliwość natychmiastowego rozpoczęcia leczenia, mimo że formalnie jest ona świadczeniem gwarantowanym.

Zdaniem FPP problem ten szczególnie dotyka pacjentów z chorobami przewlekłymi i rzadkimi, dla których opóźnienie rozpoczęcia leczenia może mieć istotne konsekwencje zdrowotne.

Federacja zwraca również uwagę na różnice występujące w obrębie samych programów lekowych. Obowiązujące przepisy sprawiają, że sytuacja pacjentów może być odmienna w zależności od rodzaju jednostki chorobowej, na którą cierpią – tzn. czy jest to choroba onkologiczna, czy inne poważne schorzenie, w tym choroba rzadka lub przewlekła. Zgodnie z założeniami ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych oraz wielokrotnymi deklaracjami przedstawicieli Ministerstwa Zdrowia i Narodowego Funduszu Zdrowia, pacjenci onkologiczni powinni mieć zapewnione finansowanie diagnostyki i leczenia bez limitów oraz bez oczekiwania. W praktyce oznacza to, że świadczenia udzielane tej grupie pacjentów, w tym również nadwykonania, są rozliczane przez NFZ w pierwszej kolejności.

Inaczej wygląda sytuacja pacjentów chorujących na stwardnienie rozsiane, RZS czy wspomniane już choroby rzadkie. W ich przypadku możliwość rozpoczęcia leczenia często zależy od wartości umowy zawartej między NFZ a szpitalem oraz od tego, czy świadczeniodawca ma gwarancję zapłaty za nadwykonania. W praktyce pacjenci mogą być zmuszeni do oczekiwania na włączenie do programu lekowego przez wiele miesięcy, mimo spełniania kryteriów kwalifikacji i objęcia danej terapii refundacją. Zdaniem FPP jest to przejaw nierówności, który może budzić poważne wątpliwości z perspektywy konstytucyjnej zasady równego dostępu do świadczeń finansowanych ze środków publicznych. Leczenie pacjentów znajdujących się w najtrudniejszej sytuacji zdrowotnej powinno być finansowane w sposób nielimitowany, niezależnie od rozpoznania i kategorii refundacyjnej terapii.

W ocenie FPP rodzi to pytania o realizację konstytucyjnej zasady równego dostępu do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych.

„W ostatnich latach Ministerstwo Zdrowia podjęło wiele działań zwiększających dostęp pacjentów do nowoczesnych terapii. Możemy śmiało mówić o przełomie w kontekście refundacji innowacyjnych cząsteczek. Uważamy jednak, że równie ważne jest zapewnienie, aby decyzje refundacyjne przekładały się na rzeczywistą i możliwie równą dostępność leczenia dla wszystkich pacjentów, niezależnie od rodzaju choroby czy kategorii refundacyjnej terapii” – podkreśla Federacja Przedsiębiorców Polskich.

Dlatego organizacja zwróciła się do Departamentu Równego Traktowania KPRM z prośbą o przeanalizowanie obecnych rozwiązań oraz rozpoczęcie dyskusji na temat większej spójności systemu. Zdaniem FPP celem powinno być stworzenie takich warunków, aby pacjenci korzystający ze świadczeń gwarantowanych mogli liczyć na bardziej równy i przewidywalny dostęp do leczenia.

Źródło: inf pras

Czy lekarz powinien pytać swojego pracodawcę o zgodę, zanim skieruje pacjenta do specjalisty spoza własnej sieci medycznej? Takie pytanie jeszcze do niedawna mogło wydawać się czysto teoretyczne. Dziś staje się przedmiotem postępowań prowadzonych przez Rzecznika Praw Pacjenta. Powodem są zapisy w umowach zawieranych z lekarzami przez niektóre podmioty lecznicze, które mogą ograniczać niezależność decyzji medycznych i wpływać na dostęp pacjentów do optymalnego leczenia.

Relacja między lekarzem a pacjentem od dziesięcioleci opiera się na jednej fundamentalnej zasadzie: decyzje terapeutyczne powinny wynikać wyłącznie z wiedzy medycznej i dobra chorego. To lekarz, a nie administrator czy właściciel placówki, odpowiada za ocenę stanu zdrowia pacjenta oraz wybór najlepszej ścieżki diagnostyczno-terapeutycznej. Tym większe poruszenie wywołały doniesienia o praktykach stosowanych przez część podmiotów leczniczych, które mogą ingerować w tę niezależność.

Rzecznik Praw Pacjenta wszczął postępowania wyjaśniające dotyczące zapisów umów zawieranych z lekarzami. Analizowane dokumenty mają ograniczać możliwość kierowania pacjentów do specjalistów lub placówek spoza danej organizacji. W praktyce lekarz może wystawić takie skierowanie dopiero wtedy, gdy uzyska potwierdzenie od kierownictwa, że w ramach własnej sieci nie ma możliwości zapewnienia odpowiedniego świadczenia.

To pozornie organizacyjne rozwiązanie rodzi jednak znacznie poważniejsze pytania. Gdzie przebiega granica między zarządzaniem placówką a ingerencją w proces leczenia? Czy względy biznesowe mogą wpływać na decyzję o skierowaniu pacjenta do innego specjalisty? I wreszcie – kto powinien ostatecznie decydować o tym, gdzie pacjent otrzyma najlepszą pomoc?

Stanowisko Rzecznika Praw Pacjenta w tej sprawie jest jednoznaczne.

„W każdej sytuacji klinicznej specjalista ma prawo skierować osobę pozostającą pod jego opieką do innego specjalisty lub placówki, jeśli uzna, że będzie to korzystne dla pacjenta i procesu leczenia.”

Rzecznik przypomina również, że wykonywanie zawodu lekarza opiera się na zasadzie niezależności zawodowej, a obowiązujące przepisy nie przewidują możliwości ograniczania lekarzowi prawa do podejmowania decyzji dotyczących kierowania pacjentów do innych specjalistów wyłącznie na podstawie przesłanek medycznych.

Sprawa nabiera szczególnego znaczenia w psychiatrii i ochronie zdrowia psychicznego. W wielu przypadkach skuteczność terapii zależy od szybkiego skierowania chorego do odpowiedniego specjalisty, terapeuty lub ośrodka dysponującego doświadczeniem w leczeniu konkretnego zaburzenia. Każde dodatkowe ogniwo administracyjne może oznaczać opóźnienie rozpoczęcia leczenia, a w psychiatrii czas często ma kluczowe znaczenie dla rokowania.

Jednocześnie problem nie dotyczy wyłącznie zdrowia psychicznego. Podobne sytuacje mogą występować także w onkologii, neurologii, kardiologii czy leczeniu chorób rzadkich, gdzie dostęp do wysokospecjalistycznych ośrodków często decyduje o skuteczności terapii. Jeżeli lekarz uznaje, że pacjent powinien trafić do placówki dysponującej większym doświadczeniem lub określoną technologią, możliwość podjęcia takiej decyzji bez dodatkowych ograniczeń staje się elementem bezpieczeństwa zdrowotnego.

W praktyce analizowane przez Rzecznika rozwiązania mogą powodować, że lekarz przed podjęciem decyzji terapeutycznej zaczyna brać pod uwagę nie tylko wskazania medyczne, ale również konsekwencje wynikające z warunków współpracy z pracodawcą. To właśnie ten mechanizm budzi największe wątpliwości. Nawet jeśli zgoda kierownictwa jest ostatecznie wydawana, sam obowiązek jej uzyskania może wpływać na swobodę podejmowania decyzji klinicznych.

Do sprawy odniosło się również Polskie Towarzystwo Psychiatryczne, które podkreśliło, że prawo pacjenta do wyboru najlepszego miejsca leczenia nie powinno być ograniczane przez wewnętrzne regulacje obowiązujące w komercyjnych sieciach medycznych.

„Osoba poszukująca pomocy (pacjent) ma pełne prawo do uzyskania najlepszej możliwej formy opieki, a ograniczanie jej wyboru wyłącznie do specjalistów zatrudnionych w ramach danej sieci komercyjnej stanowi naruszenie tego prawa.”

Eksperci zwracają uwagę, że wraz z rozwojem dużych sieci medycznych i postępującą konsolidacją rynku coraz częściej pojawia się pytanie o równowagę między efektywnym zarządzaniem organizacją a zachowaniem autonomii decyzji medycznych. Wewnętrzna koordynacja opieki może poprawiać ciągłość leczenia i ograniczać dublowanie świadczeń, jednak nie powinna prowadzić do sytuacji, w której interes organizacyjny zaczyna konkurować z indywidualnym dobrem pacjenta.

Postępowanie prowadzone przez Rzecznika Praw Pacjenta może więc mieć znaczenie wykraczające poza ocenę konkretnych zapisów umownych. Jego wynik może stać się ważnym sygnałem dla całego rynku ochrony zdrowia, wskazując, gdzie kończy się prawo podmiotu leczniczego do organizowania procesu udzielania świadczeń, a zaczyna konstytucyjnie chronione prawo pacjenta do leczenia zgodnego z aktualną wiedzą medyczną oraz niezależną oceną lekarza.

Źródło: Rzecznik Praw Pacjenta