Medicalpress
Warszawski Uniwersytet Medyczny dołącza do elitarnego grona uczelni zaangażowanych w promowanie dobrostanu i zrównoważonego rozwoju społeczeństw europejskich. Podpisane porozumienie z EUniWell to nie tylko prestiżowy krok w kierunku pełnego członkostwa, ale także realna szansa na wspólne projekty badawcze, edukacyjne i społeczne. Z radością informujemy o tym ważnym wydarzeniu, które potwierdza rosnącą rolę WUM na arenie międzynarodowej.
Warszawski Uniwersytet Medyczny oficjalnie przystąpił do sojuszu uniwersytetów europejskich EUniWell – Europejskiego Uniwersytetu dla Dobrostanu. To partnerstwo otwiera nowe możliwości w zakresie współpracy naukowej, edukacyjnej i obywatelskiej, a także toruje drogę do pełnego członkostwa WUM w tym prestiżowym konsorcjum.

Porozumienie podpisali prof. Beatrix Busse, dyrektor ds. rozwoju EUniWell oraz prof. Rafał Krenke, rektor WUM, podczas wizyty delegacji EUniWell w Warszawie. Goście odwiedzili kampus uczelni, spotkali się z władzami i zwiedzili nowoczesne obiekty dydaktyczne i kliniczne.

EUniWell zrzesza aktualnie 11 uczelni z 9 krajów, m.in. z Birmingham, Kolonii, Florencji, Nantes, Santiago de Compostela i Kijowa. Warszawski Uniwersytet Medyczny został zaproszony jako 12 partner i dołącza do sojuszu, którego celem jest promowanie szeroko pojętego dobrostanu społeczeństw europejskich.

Dobrostan jako nowy wymiar rozwoju

EUniWell realizuje założenia tzw. Gospodarki dobrobytu, przyjętej przez Unię Europejską w 2019 roku. Nowe podejście do polityki i rozwoju gospodarczego opiera się na równości szans, dostępie do wysokiej jakości usług publicznych, promocji zdrowia i godnych warunkach pracy. Kluczowe są też kwestie edukacji, integracji społecznej, równości płci oraz dbałości o środowisko.

Warszawski Uniwersytet Medyczny dzięki swojej interdyscyplinarności i profilowi międzynarodowemu doskonale wpisuje się w pięć głównych obszarów EUniWell: zdrowie, równość społeczną, edukację nauczycieli, zmiany środowiskowe oraz kulturę i wielojęzyczność.

– Porozumienie z EUniWell otwiera nowe horyzonty współpracy – mówi prof. Michał Grąt, prorektor WUM. – To szansa na wspólne projekty badawcze, wymiany akademickie i inicjatywy wzmacniające dobrostan całej społeczności uniwersyteckiej.

Dołączenie WUM do europejskiego sojuszu EUniWell to dowód na to, że polska nauka i edukacja akademicka coraz silniej rezonują na poziomie międzynarodowym. To krok ku współpracy, której celem jest nie tylko rozwój naukowy, ale przede wszystkim poprawa jakości życia i zdrowia społeczeństw. Gratulujemy i trzymamy kciuki za kolejne wspólne inicjatywy.

Źródło: www.wum.edu.pl
Foto: www.wum.edu.pl

Postępująca cyfryzacja codziennego życia mieszkańców Polski znajduje odzwierciedlenie w rosnącej popularności aplikacji mobilnych wspierających zdrowie oraz dobre samopoczucie. Już niemal siedmiu na dziesięciu mieszkańców Polski monitoruje swój dobrostan za pomocą aplikacji, a ponad połowa korzysta z digitalowych rozwiązań do analizowania parametrów zdrowotnych, wynika z raportu Pacjent przyszłości. Szanse, wyzwania, możliwości, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte. Kluczowym elementem dla dalszego rozwoju rynku jest nie tylko zwiększanie świadomości cyfrowej mieszkańców Polski, ale również kwestia zaufania potencjalnych użytkowników do aplikacji i ich twórców.

 

W 2022 roku eksperci firmy Deloitte przeprowadzili ankietę wśród 11 tys. użytkowników smartfonów, pochodzących z 11 europejskich krajów. Celem badania było rozpoznanie nawyków oraz trendów związanych z wykorzystaniem produktów cyfrowych z dwóch kategorii: zdrowotnych (healthcare) oraz wspierających samopoczucie (wellbeing). Wśród kilkunastu tysięcy ankietowanych znalazło się 1 tys. respondentów, stanowiących reprezentatywną próbę populacji Polski ze względu na płeć, wiek oraz wielkość miejsca zamieszkania.

Cyfrowe zdrowie Polaków

Jak wskazują autorzy raportu, znaczna część badanych Polaków używa przynajmniej jednej aplikacji wellbeing lub zdrowotnej: odpowiednio 68 i 53 proc. ankietowanych. Najpopularniejsze są rozwiązania służące do monitorowania aktywności fizycznej. Z tego typu produktów, umożliwiających m.in. pomiar liczby wykonanych kroków czy spalonych kalorii, korzysta 50 proc. badanych mieszkańców Polski. Jedna czwarta respondentów stosuje aplikacje przeznaczone do treningu fizycznego, a niewiele mniejszy odsetek (24 proc.) monitoruje swój sen w smartfonie. Wśród obecnych użytkowników aplikacji zdrowotnych najpopularniejsze są te dostarczane przez publiczną opiekę zdrowotną (24 proc.) oraz apteki (23 proc.).

Pacjent XXI wieku szanse, wyzwania i możliwości – raport Deloitte Digital

Raport zespołu Deloitte Digital “Pacjent XXI wieku szanse, wyzwania i możliwości” pokazuje najbardziej pożądane aplikacje przez pacjenta przyszłości oraz za jakie aplikacje wspierającej troskę o zdrowie jest chętny zapłacić.

Publicznie dostępne dane wskazują, że Polacy coraz częściej sięgają po rozwiązania cyfrowe, które wspierają dbanie o zdrowie. Mieszkańcy naszego kraju coraz bardziej zdają sobie sprawę z korzyści płynących z digitalizacji opieki medycznej i z większą chęcią dbają o swoje samopoczucie. Co więcej, rośnie odsetek osób deklarujących pełną otwartość na cyfryzację, który w 2022 r. wyniósł aż 63 proc – o 6 pkt. proc. więcej niż rok wcześniej. To pokazuje, że rynek cyfrowych aplikacji zdrowotnych może w najbliższym czasie doświadczyć dynamicznego – mówi Jan Michalski, partner, Digital CE Leader, Deloitte.

W przypadku polskiego rynku, zależność między stopniem wykorzystania prozdrowotnych aplikacji mobilnych jest odwrotnie proporcjonalna do stopnia zainteresowania stanem zdrowia u przedstawicieli poszczególnych grup wiekowych. Główną przyczyną takiego stanu ma być to, że aplikacje mobilne są najbardziej popularne wśród młodszych pokoleń, których przedstawiciele rzadziej chorują, przez co podejmują mniejszy wysiłek, aby zadbać o swoje zdrowie. Jednocześnie grupa najbardziej chorująca to osoby z tzw. pokolenia. „baby boomers”, znacznie rzadziej korzystającego z aplikacji monitorujących stan zdrowia oraz samopoczucia. Eksperci zaznaczają, że w związku z rosnącą świadomością cyfrową polskiego społeczeństwa i postępującym dostępem do technologii oraz starzeniem się zaawansowanych cyfrowo generacji, w kolejnych latach może nastąpić wyraźny wzrost wykorzystania aplikacji prozdrowotnych.

Poza skłonnością do korzystania z technologii w codziennym życiu kluczowym czynnikiem rozwoju rynku aplikacji mobilnych dla zdrowia jest kwestia zaufania użytkowników do tego typu rozwiązań. W Polsce użytkownicy produktów cyfrowych z każdej grupy wiekowej najchętniej powierzają swoje dane medyczne placówkom medycznym oraz laboratoriom, rzadziej start-upom oraz firmom Big Tech. Z drugiej strony, przedstawiciele generacji baby boomers są bardziej skłonni zaufać instytucjom publicznym niż osoby z pokolenia Z, które większym zaufaniem darzą rozwiązania oferowane przez sektor prywatny.

Aplikacje – tak, płatność – niekoniecznie

Najbardziej preferowanym rodzajem aplikacji są narzędzia służące monitorowaniu aktywności. Chociaż taką aplikację ma obecnie zainstalowaną co drugi respondent ankiety, to zapotrzebowanie na nowe rozwiązania tego typu zgłasza ponad 80 proc. obecnych użytkowników i 47 proc. tych osób, które na razie nie korzystają z aplikacji mobilnych służących zdrowiu i samopoczuciu. Najbardziej pożądanymi aplikacjami zdrowotnymi są te umożliwiające zakupy w aptekach.

Jednym z weryfikowanych w ramach ankiety obszarów była skłonność potencjalnych użytkowników do dokonywania opłat za korzystanie z aplikacji mobilnych. Odsetek osób, które na razie nie stosują prozdrowotnych rozwiązań cyfrowych , ale są skłonne zainstalować tego typu produkt, wynosi 65 proc. Co piąty nowy użytkownik jest skłonny zapłacić za korzystanie z aplikacji mobilnych.

Jednym z największych wyzwań dla producentów aplikacji mobilnych jest monetyzacja oferowanych usług. Podczas gdy zachęcenie obecnych użytkowników do przeznaczenia części swojego budżetu na korzystanie z cyfrowych rozwiązań jest łatwiejsze, przekonanie do tego osób, które nie znają danego produktu wymaga znacznie więcej wysiłku. Z tego względu producenci rozwiązań mobilnych dla zdrowia prawdopodobnie nadal będą oferować swoje produkty w dwóch wersjach: darmowej i płatnej – mówi Krzysztof Wilk, partner, lider praktyki Life Sciences & Health Care, Deloitte.

Polska a inne kraje

Z danych zebranych od respondentów pochodzących z 11 europejskich krajów wynika, że w każdym z badanych państw odsetek zainteresowanych nowymi aplikacjami prozdrowotnymi jest wysoki. W Polsce osoby skłonne zainstalować kolejną aplikację stanowią niemal 9 na 10 badanych, natomiast zainteresowanie nowymi aplikacjami zdrowotnymi zgłasza 77 proc. ankietowanych. Średnie zapotrzebowanie na digitalowe innowacje wspierające zarówno wellbeing, jak i zdrowie w badanych krajach przekracza 60 proc. ogółu populacji. Najwięcej chętnych na produkty cyfrowe znajduje się w Turcji i Słowacji, gdzie osoby zainteresowane stanowią ponad 90 proc. uczestników ankiety. Najmniejsze zapotrzebowanie deklarują z kolei Francuzi oraz Niemcy. Cyfrowe innowacje umożliwiające troskę o dobrostan interesują odpowiednio 81 i 79 proc. ankietowanych, natomiast nowe produkty dedykowane ochronie zdrowia interesują 69 proc. respondentów z Francji oraz 61 proc. z Niemiec.

Według autorów raportu taki rozkład odpowiedzi może wynikać z tego, że obydwa kraje charakteryzują się jednymi z najwyższych poziomów dojrzałości cyfrowej, co wskazywałoby na znaczne wysycenie rynku aplikacji. Co więcej, w niemal wszystkich badanych krajach zainteresowanie kolejną aplikacją wspierającą samopoczucie jest wyższe niż ma to miejsce w przypadku zdrowotnych produktów cyfrowych. Największe różnice widać w Niemczech (18 p.p.) oraz w Austrii (17 p.p.).

Rozkład odpowiedzi pozyskanych w krajach europejskich pokazuje, jak istotna dla rozwoju segmentu aplikacji służących ochronie zdrowia oraz trosce o samopoczucie jest dojrzałość cyfrowa danego państwa. Im bardziej rozwinięty cyfrowo rynek, tym trudniej pozyskać chętnych na nowe aplikacje, ponieważ wiele obszarów związanych ze zdrowiem jest już po prostu zagospodarowanych. Widoczna różnica w zapotrzebowaniu na produkty typu wellbeing i zdrowotne może z kolei wynikać z tego, że obywatele dojrzałych cyfrowo państw są bardziej samoświadomi. W efekcie częściej sięgają oni po rozwiązania służące aktywności fizycznej, monitorowaniu snu czy mówiąc ogólniej dbające o ich dobrostan – mówi Paweł Kuśmierowski, partner associate, Life Sciences& Health Care, Deloitte.

Pełny raport do pobrania znajduje się tutaj.

źródło: Deloitte

Nigdy nie było tak źle, jak dziś, jeśli chodzi o ludzki dobrostan i poczucie szczęścia. Początek spadku widać ok. 2005 r., gdy ruszył boom na techniki cyfrowe. Problem w tym, że postęp technologiczny jest szybki, a nasza biologia i psychika zmienia się powoli – mówi dr hab. Aleksandra Szymków-Sudziarska, profesor Uniwersytetu SWPS. – Początek drastycznego spadku satysfakcji z życia można zaobserwować ok. 2005 roku, kiedy to rozpoczął się boom na techniki cyfrowe. – dodaje.
Dr hab. Aleksandra Szymków-Sudziarska jest zastępcą dyrektora Instytutu Psychologii i kierownikiem Centrum Badań nad Biologicznymi Podstawami Funkcjonowania Społecznego na Wydziale Psychologii Uniwersytetu SWPS w Sopocie. Interesuje ją m.in. zastosowanie założeń ewolucji do wyjaśniania zachowań społecznych.

PAP: Technologia nam w życiu pomaga: mamy samochody, komputery, telefony, nawet inteligentne pralki. Z drugiej strony wraz z rozwojem pojawiły się „nowe” negatywy: na przykład zdajemy sobie sprawę, że sto lat temu nikt nie stał przez dwie godziny w korku albo nie zazdrościł koledze z Facebooka wycieczki na Seszele. Czy dzięki technologii żyje nam się lepiej?

Dr hab. Aleksandra Szymków-Sudziarska: Różne wskaźniki dobrostanu pokazują, że żyje nam się gorzej. Na przykład niedawne badanie pokazało, że Amerykanom żyje się obecnie najgorzej w historii. Nigdy nie było tak źle, jeśli chodzi o dobrostan, satysfakcję i poczucie szczęścia. Myślę, że w Polsce jest podobnie. Psychiatrzy dziecięcy łapią się za głowę, widząc, jak lawinowo rośnie częstość występowania u młodych osób różnych zaburzeń, szczególnie lęków i depresji.

PAP: Z czym to wiązać?

ASS: Początek drastycznego spadku satysfakcji z życia można zaobserwować ok. 2005 roku, kiedy to rozpoczął się boom na techniki cyfrowe.

PAP: Nasza cywilizacja jest zdominowana przez technologię i naukę. Czy to możliwe, że nam to szkodzi na różne sposoby?

ASS: Dzięki technice ludzie polecieli na Księżyc, a my możemy rozmawiać przez internet. Człowiek osiągnął niesamowicie wiele dzięki kumulatywnie przekazywanej wiedzy. Ale jest też druga strona tego medalu. Zdecydowanie nie nadążamy z przystosowaniem do świata, który sobie sami stworzyliśmy. A owo niedopasowanie jest przyczyną naszych różnych problemów.

PAP: Ma Pani na myśli to, że świat staje się coraz bardziej skomplikowany, a technika zaczyna nas przerastać i – pod względem biologicznym – zaczynamy od niej odstawać?

ASS: Dokładnie tak. Przez zdecydowaną większość naszej ewolucyjnej historii sięgającej 99 procent czasu, w jakim funkcjonujemy na świecie, nasze życie wyglądało zupełnie inaczej, niż obecnie. Żyliśmy w niewielkich zbieracko-łowieckich społecznościach na afrykańskiej sawannie i to w takich warunkach – przebywania na powietrzu, wysokiej codziennej porcji aktywności fizycznej, otoczeni przez liczną grupę spokrewnionych z nami osób – kształtowała się nasza psychologia. Dopiero 10 tys. lat temu, gdy rozpoczął się rozwój rolnictwa, ludzie zaczęli się osadzać w jednym miejscu, a społeczności stawały się większe i większe, wraz z rozwojem cywilizacyjnym. Niedawny – w sensie ewolucyjnym – rozwój przemysłu – dodatkowo spotęgował tempo tych zmian. A żeby nasz organizm wykształcił nową adaptację, potrzeba mniej więcej 10 tysięcy lat. Jest więc bardzo mało prawdopodobne, że wykształciliśmy liczne adaptacje do świata rolniczego, a ekstremalnie mało prawdopodobne, że wykształciliśmy adaptacje do świata cyfrowego.

PAP: Takich obszarów, w których technika wyprzedziła nasze możliwości dostosowania się, jest więc zapewne wiele?

ASS: Tak, są w każdej dziedzinie naszego życia. Spójrzmy na przykład na system edukacji. Jest drastycznie niedopasowany do mechanizmów uczenia się, w jakie wyposażyła nas ewolucja. Nasi przodkowie nie siedzieli po wiele godzin unieruchomieni w ławkach. Uczyli się poprzez obserwację i doświadczenie z użyciem wszystkich swoich modalności, a więc ciała. Dziś, aby radzić sobie w świecie, musimy przyswoić obfitą, abstrakcyjną wiedzę. Mamy oczywiście intelektualne możliwości, aby tego dokonać, jednak sposób uczenia ma niewiele wspólnego z tym, jak robiliśmy to w przeszłości. I w tym kontekście różne problemy, na przykład ADHD, nie powinno być rozpatrywane jako zaburzenie, ale jako niedopasowanie naturalnych predyspozycji człowieka do nienaturalnego systemu, w jakim dziś żyje.

PAP: Gdzie jeszcze jest szczególnie trudno?

ASS: Inna, niezwykle ważna sfera naszego życia, w której obserwujemy efekty niedopasowania funkcjonujących mechanizmów do zastanej rzeczywistości, to obszar tworzenia i utrzymywania stałego romantycznego związku. W naszej ewolucyjnej przeszłości, w związku z tym, że ludzie żyli w niewielkich grupach społecznych, mogli spotkać w ciągu życia około kilkudziesięciu potencjalnych kandydatów. Dziś, dzięki technikom cyfrowym, np. aplikacjom i portalom randkowym, potencjalnie mamy dostęp do takiej liczby partnerów, jaka nigdy wcześniej nie była osiągalna. Problem w tym, że nie jesteśmy przystosowani, aby w ten sposób dokonywać wyborów. Znikają bowiem kluczowe bodźce, które działają tylko wtedy, gdy spotykamy kogoś twarzą w twarz. Chodzi na przykład o zapach, który – według badań – mówi nam między innymi o zróżnicowaniu genetycznym określonej osoby i wpływa na jej atrakcyjność. Inne osiągnięcie cywilizacyjne, jakim jest antykoncepcja hormonalna, prowadzi z kolei do zaburzenia mechanizmów wyboru partnera opartych na działaniu hormonów. Wiemy już, że może się to przełożyć na gorsze wybory i mniejszą satysfakcję ze związku.

PAP: A gdy związek już trwa – nadal mogą kusić cyfrowe zdjęcia kolejnych osób, dostępne na jedno kliknięcie…

ASS: To prawda. W jednym z badań okazało się, że kiedy mężczyźni będący w związku obejrzeli dziesięć zdjęć atrakcyjnych kobiecych twarzy – czuli się nieco słabiej związani ze swoją stałą partnerką, niż ci, którzy atrakcyjnych twarzy nie oglądali. Z kolei oglądające takie fotografie kobiety czuły się mniej atrakcyjne dla swoich partnerów. Nie ulega wątpliwości, że gdy wokół znajdujemy bardziej atrakcyjnych partnerów, to może pojawić się pokusa zerwania bieżącego związku. Jesteśmy zresztą wyposażeni w mechanizmy skłaniające nas do zmiany partnerów w określonych warunkach, jednak nie w warunkach permanentnej obecności takich możliwości.

PAP: Czy w takim razie zbyt duży wybór produktów podczas zakupów też nie wychodzi nam na dobre?

ASS: Wydaje się, że nie. Dostęp do niezliczonej liczby towarów – jak pokazują badania – paradoksalnie utrudnia wybór i zmniejsza satysfakcję z zakupu. Często używamy też konsumpcji do zaprezentowania swojego statusu społecznego. W tym zakresie najczęściej wybierane są takie dobra materialne, które widać, a których zakup – jak się okazuje – przynosi dużo mniej zadowolenia, niż „kupowanie” doświadczeń – wycieczek, koncertów czy wyjścia do teatru.

PAP: Wracając do wszechobecnych mediów społecznościowych. Dlaczego korzystanie z nich miałoby skutkować negatywnym samopoczuciem? Czy to także może być przejaw niedopasowania?

ASS: Aby skutecznie funkcjonować w społeczności, człowiek posiada automatyczne mechanizmy porównywania się z innymi. To ważne, aby kontrolować swoją pozycję w grupie i upewniać się, że nadal jesteśmy akceptowanymi jej członkami. Jednak monitorowanie własnej pozycji w relatywnie niewielkiej grupie społecznej jest znacznie prostsze, aniżeli w grupie, w jakiej funkcjonujemy w mediach społecznościowych. Dzisiaj nagle musimy porównywać się z olbrzymią liczbą innych osób – które, gdy spojrzeć na ich profile, wydają się wyjątkowo atrakcyjne, szczęśliwe, i których życie jest pełne sukcesów. Internet pozwala na kształtowanie własnego wizerunku w taki sposób, aby sygnalizować innym własną wysoką wartość – zazwyczaj wyższą, niż w rzeczywistości.

PAP: Jak to może wyglądać?

ASS: Na przykład dane płynące z analiz ogłoszeń na portalach randkowych pokazują, że mężczyźni zawyżają swój wzrost średnio o 5 cm, a zarobki o 20 proc., podczas gdy kobiety zaniżają swoją wagę średnio o 7 kg i pokazują zdjęcia, na których mają mniej, niż faktycznie, lat. I jak tu wypaść korzystnie w takim towarzystwie!

Co więcej, jako odbiorcy mediów społecznościowych możemy nawet rozumieć, że prezentowany przez innych obraz nie jest do końca prawdziwy. Jednak trudno kontrolować automatycznie wzbudzające się emocje, gdy na przykład nikt nie zareaguje na naszego posta. W efekcie wiele osób czuje obniżony nastrój przy korzystaniu z tego typu mediów. To szczególnie niebezpieczny obszar dla młodych ludzi, dla których akceptacja grupy rówieśniczej jest szczególnie ważna.

PAP: Jak ludzie mogą sobie radzić wobec tych zmian? Skoro nasza ewolucja raczej nie nadąży za rewolucją technologiczną – to może powinniśmy technologię dostosowywać lepiej do naszych biologicznych i psychicznych możliwości?

ASS: To jedna z dróg. Rozwija się coraz intensywniej obszar łączenia informatyki i psychologii w celu jak najlepszego dopasowywania systemów informatycznych do potrzeb człowieka. Przydałoby się jednak w tym obszarze więcej etyki, aby te działania nie służyły jedynie intensyfikacji konsumpcji – na przykład wykorzystania wiedzy o podejmowaniu decyzji przez człowieka do tworzenia informatycznych systemów sprzedażowych.

Druga droga to oczywiście edukacja, chociaż to także nie jest temat prosty. Spróbujmy nakłonić nastolatków do porzucenia mediów społecznościowych, przedstawiając im nawet naukowe fakty szkodliwego ich wpływu. Wydaje się, że z pewnych obranych ścieżek nie ma już powrotu. Jednak zrozumienie naszych uwarunkowań i mówienie o nich głośno może pomóc nam w zmianie. Przykładem może być nasz ukształtowany ewolucyjnie mechanizm preferencji produktów obfitujących w cukry i tłuszcze. Mamy takie preferencje, gdyż pozwoliły nam one przetrwać w trudnych warunkach niedoboru pożywienia. W czasach dostępności słodyczy mechanizm ten jest przyczyną chorób cywilizacyjnych, takich jak otyłość czy cukrzyca. Kliniczne programy edukacyjne uświadamiające pacjentom działanie tego mechanizmu i wyjaśniające, że nie zawsze, gdy mamy na coś ochotę to znak, że nasz organizm tego potrzebuje, przynoszą pozytywne efekty. Podobnie jest z różnymi technologiami. Musimy stawać się coraz bardziej świadomi działania ich – i naszej własnej natury.

PAP: A o sądzi Pani o odwrotnym podejściu – takim, jak zupełne połączenie człowieka z technologią za pomocą różnych implantów? Powoli pojawiają się tego pierwsze zwiastuny, powstają nawet chipy, które mają łączyć mózg z komputerami.

ASS: Trudno przewidzieć skutki takich pomysłów i powiedzieć, czy będą korzystne, czy raczej szkodliwe. Implant, który umożliwi natychmiastowy dostęp do wiedzy, może się wydawać użyteczny, z pewnością zaoszczędzi nam czasu, być może pomoże nam działać bardziej inteligentnie, czy też błyszczeć w towarzystwie. Jednak brzmi to jak kolejny fałszywy sygnał, który będziemy mogli wysyłać do innych. Można sobie wyobrazić liczne negatywne strony różnych „ulepszeń”. Wiele technicznych udogodnień już dzisiaj oddala od nas różne potrzeby, na przykład ruchu – co, jak wiadomo, wyniszcza nasze zdrowie. 

Źródło: Nauka w Polsce, PAP

Nigdy nie było tak źle, jak dziś, jeśli chodzi o ludzki dobrostan i poczucie szczęścia. Początek spadku widać ok. 2005 r., gdy ruszył boom na techniki cyfrowe. Problem w tym, że postęp technologiczny jest szybki, a nasza biologia i psychika zmienia się powoli – mówi dr hab. Aleksandra Szymków-Sudziarska, profesor Uniwersytetu SWPS. – Początek drastycznego spadku satysfakcji z życia można zaobserwować ok. 2005 roku, kiedy to rozpoczął się boom na techniki cyfrowe. – dodaje.
Dr hab. Aleksandra Szymków-Sudziarska jest zastępcą dyrektora Instytutu Psychologii i kierownikiem Centrum Badań nad Biologicznymi Podstawami Funkcjonowania Społecznego na Wydziale Psychologii Uniwersytetu SWPS w Sopocie. Interesuje ją m.in. zastosowanie założeń ewolucji do wyjaśniania zachowań społecznych.

PAP: Technologia nam w życiu pomaga: mamy samochody, komputery, telefony, nawet inteligentne pralki. Z drugiej strony wraz z rozwojem pojawiły się „nowe” negatywy: na przykład zdajemy sobie sprawę, że sto lat temu nikt nie stał przez dwie godziny w korku albo nie zazdrościł koledze z Facebooka wycieczki na Seszele. Czy dzięki technologii żyje nam się lepiej?

Dr hab. Aleksandra Szymków-Sudziarska: Różne wskaźniki dobrostanu pokazują, że żyje nam się gorzej. Na przykład niedawne badanie pokazało, że Amerykanom żyje się obecnie najgorzej w historii. Nigdy nie było tak źle, jeśli chodzi o dobrostan, satysfakcję i poczucie szczęścia. Myślę, że w Polsce jest podobnie. Psychiatrzy dziecięcy łapią się za głowę, widząc, jak lawinowo rośnie częstość występowania u młodych osób różnych zaburzeń, szczególnie lęków i depresji.

PAP: Z czym to wiązać?

ASS: Początek drastycznego spadku satysfakcji z życia można zaobserwować ok. 2005 roku, kiedy to rozpoczął się boom na techniki cyfrowe.

PAP: Nasza cywilizacja jest zdominowana przez technologię i naukę. Czy to możliwe, że nam to szkodzi na różne sposoby?

ASS: Dzięki technice ludzie polecieli na Księżyc, a my możemy rozmawiać przez internet. Człowiek osiągnął niesamowicie wiele dzięki kumulatywnie przekazywanej wiedzy. Ale jest też druga strona tego medalu. Zdecydowanie nie nadążamy z przystosowaniem do świata, który sobie sami stworzyliśmy. A owo niedopasowanie jest przyczyną naszych różnych problemów.

PAP: Ma Pani na myśli to, że świat staje się coraz bardziej skomplikowany, a technika zaczyna nas przerastać i – pod względem biologicznym – zaczynamy od niej odstawać?

ASS: Dokładnie tak. Przez zdecydowaną większość naszej ewolucyjnej historii sięgającej 99 procent czasu, w jakim funkcjonujemy na świecie, nasze życie wyglądało zupełnie inaczej, niż obecnie. Żyliśmy w niewielkich zbieracko-łowieckich społecznościach na afrykańskiej sawannie i to w takich warunkach – przebywania na powietrzu, wysokiej codziennej porcji aktywności fizycznej, otoczeni przez liczną grupę spokrewnionych z nami osób – kształtowała się nasza psychologia. Dopiero 10 tys. lat temu, gdy rozpoczął się rozwój rolnictwa, ludzie zaczęli się osadzać w jednym miejscu, a społeczności stawały się większe i większe, wraz z rozwojem cywilizacyjnym. Niedawny – w sensie ewolucyjnym – rozwój przemysłu – dodatkowo spotęgował tempo tych zmian. A żeby nasz organizm wykształcił nową adaptację, potrzeba mniej więcej 10 tysięcy lat. Jest więc bardzo mało prawdopodobne, że wykształciliśmy liczne adaptacje do świata rolniczego, a ekstremalnie mało prawdopodobne, że wykształciliśmy adaptacje do świata cyfrowego.

PAP: Takich obszarów, w których technika wyprzedziła nasze możliwości dostosowania się, jest więc zapewne wiele?

ASS: Tak, są w każdej dziedzinie naszego życia. Spójrzmy na przykład na system edukacji. Jest drastycznie niedopasowany do mechanizmów uczenia się, w jakie wyposażyła nas ewolucja. Nasi przodkowie nie siedzieli po wiele godzin unieruchomieni w ławkach. Uczyli się poprzez obserwację i doświadczenie z użyciem wszystkich swoich modalności, a więc ciała. Dziś, aby radzić sobie w świecie, musimy przyswoić obfitą, abstrakcyjną wiedzę. Mamy oczywiście intelektualne możliwości, aby tego dokonać, jednak sposób uczenia ma niewiele wspólnego z tym, jak robiliśmy to w przeszłości. I w tym kontekście różne problemy, na przykład ADHD, nie powinno być rozpatrywane jako zaburzenie, ale jako niedopasowanie naturalnych predyspozycji człowieka do nienaturalnego systemu, w jakim dziś żyje.

PAP: Gdzie jeszcze jest szczególnie trudno?

ASS: Inna, niezwykle ważna sfera naszego życia, w której obserwujemy efekty niedopasowania funkcjonujących mechanizmów do zastanej rzeczywistości, to obszar tworzenia i utrzymywania stałego romantycznego związku. W naszej ewolucyjnej przeszłości, w związku z tym, że ludzie żyli w niewielkich grupach społecznych, mogli spotkać w ciągu życia około kilkudziesięciu potencjalnych kandydatów. Dziś, dzięki technikom cyfrowym, np. aplikacjom i portalom randkowym, potencjalnie mamy dostęp do takiej liczby partnerów, jaka nigdy wcześniej nie była osiągalna. Problem w tym, że nie jesteśmy przystosowani, aby w ten sposób dokonywać wyborów. Znikają bowiem kluczowe bodźce, które działają tylko wtedy, gdy spotykamy kogoś twarzą w twarz. Chodzi na przykład o zapach, który – według badań – mówi nam między innymi o zróżnicowaniu genetycznym określonej osoby i wpływa na jej atrakcyjność. Inne osiągnięcie cywilizacyjne, jakim jest antykoncepcja hormonalna, prowadzi z kolei do zaburzenia mechanizmów wyboru partnera opartych na działaniu hormonów. Wiemy już, że może się to przełożyć na gorsze wybory i mniejszą satysfakcję ze związku.

PAP: A gdy związek już trwa – nadal mogą kusić cyfrowe zdjęcia kolejnych osób, dostępne na jedno kliknięcie…

ASS: To prawda. W jednym z badań okazało się, że kiedy mężczyźni będący w związku obejrzeli dziesięć zdjęć atrakcyjnych kobiecych twarzy – czuli się nieco słabiej związani ze swoją stałą partnerką, niż ci, którzy atrakcyjnych twarzy nie oglądali. Z kolei oglądające takie fotografie kobiety czuły się mniej atrakcyjne dla swoich partnerów. Nie ulega wątpliwości, że gdy wokół znajdujemy bardziej atrakcyjnych partnerów, to może pojawić się pokusa zerwania bieżącego związku. Jesteśmy zresztą wyposażeni w mechanizmy skłaniające nas do zmiany partnerów w określonych warunkach, jednak nie w warunkach permanentnej obecności takich możliwości.

PAP: Czy w takim razie zbyt duży wybór produktów podczas zakupów też nie wychodzi nam na dobre?

ASS: Wydaje się, że nie. Dostęp do niezliczonej liczby towarów – jak pokazują badania – paradoksalnie utrudnia wybór i zmniejsza satysfakcję z zakupu. Często używamy też konsumpcji do zaprezentowania swojego statusu społecznego. W tym zakresie najczęściej wybierane są takie dobra materialne, które widać, a których zakup – jak się okazuje – przynosi dużo mniej zadowolenia, niż „kupowanie” doświadczeń – wycieczek, koncertów czy wyjścia do teatru.

PAP: Wracając do wszechobecnych mediów społecznościowych. Dlaczego korzystanie z nich miałoby skutkować negatywnym samopoczuciem? Czy to także może być przejaw niedopasowania?

ASS: Aby skutecznie funkcjonować w społeczności, człowiek posiada automatyczne mechanizmy porównywania się z innymi. To ważne, aby kontrolować swoją pozycję w grupie i upewniać się, że nadal jesteśmy akceptowanymi jej członkami. Jednak monitorowanie własnej pozycji w relatywnie niewielkiej grupie społecznej jest znacznie prostsze, aniżeli w grupie, w jakiej funkcjonujemy w mediach społecznościowych. Dzisiaj nagle musimy porównywać się z olbrzymią liczbą innych osób – które, gdy spojrzeć na ich profile, wydają się wyjątkowo atrakcyjne, szczęśliwe, i których życie jest pełne sukcesów. Internet pozwala na kształtowanie własnego wizerunku w taki sposób, aby sygnalizować innym własną wysoką wartość – zazwyczaj wyższą, niż w rzeczywistości.

PAP: Jak to może wyglądać?

ASS: Na przykład dane płynące z analiz ogłoszeń na portalach randkowych pokazują, że mężczyźni zawyżają swój wzrost średnio o 5 cm, a zarobki o 20 proc., podczas gdy kobiety zaniżają swoją wagę średnio o 7 kg i pokazują zdjęcia, na których mają mniej, niż faktycznie, lat. I jak tu wypaść korzystnie w takim towarzystwie!

Co więcej, jako odbiorcy mediów społecznościowych możemy nawet rozumieć, że prezentowany przez innych obraz nie jest do końca prawdziwy. Jednak trudno kontrolować automatycznie wzbudzające się emocje, gdy na przykład nikt nie zareaguje na naszego posta. W efekcie wiele osób czuje obniżony nastrój przy korzystaniu z tego typu mediów. To szczególnie niebezpieczny obszar dla młodych ludzi, dla których akceptacja grupy rówieśniczej jest szczególnie ważna.

PAP: Jak ludzie mogą sobie radzić wobec tych zmian? Skoro nasza ewolucja raczej nie nadąży za rewolucją technologiczną – to może powinniśmy technologię dostosowywać lepiej do naszych biologicznych i psychicznych możliwości?

ASS: To jedna z dróg. Rozwija się coraz intensywniej obszar łączenia informatyki i psychologii w celu jak najlepszego dopasowywania systemów informatycznych do potrzeb człowieka. Przydałoby się jednak w tym obszarze więcej etyki, aby te działania nie służyły jedynie intensyfikacji konsumpcji – na przykład wykorzystania wiedzy o podejmowaniu decyzji przez człowieka do tworzenia informatycznych systemów sprzedażowych.

Druga droga to oczywiście edukacja, chociaż to także nie jest temat prosty. Spróbujmy nakłonić nastolatków do porzucenia mediów społecznościowych, przedstawiając im nawet naukowe fakty szkodliwego ich wpływu. Wydaje się, że z pewnych obranych ścieżek nie ma już powrotu. Jednak zrozumienie naszych uwarunkowań i mówienie o nich głośno może pomóc nam w zmianie. Przykładem może być nasz ukształtowany ewolucyjnie mechanizm preferencji produktów obfitujących w cukry i tłuszcze. Mamy takie preferencje, gdyż pozwoliły nam one przetrwać w trudnych warunkach niedoboru pożywienia. W czasach dostępności słodyczy mechanizm ten jest przyczyną chorób cywilizacyjnych, takich jak otyłość czy cukrzyca. Kliniczne programy edukacyjne uświadamiające pacjentom działanie tego mechanizmu i wyjaśniające, że nie zawsze, gdy mamy na coś ochotę to znak, że nasz organizm tego potrzebuje, przynoszą pozytywne efekty. Podobnie jest z różnymi technologiami. Musimy stawać się coraz bardziej świadomi działania ich – i naszej własnej natury.

PAP: A o sądzi Pani o odwrotnym podejściu – takim, jak zupełne połączenie człowieka z technologią za pomocą różnych implantów? Powoli pojawiają się tego pierwsze zwiastuny, powstają nawet chipy, które mają łączyć mózg z komputerami.

ASS: Trudno przewidzieć skutki takich pomysłów i powiedzieć, czy będą korzystne, czy raczej szkodliwe. Implant, który umożliwi natychmiastowy dostęp do wiedzy, może się wydawać użyteczny, z pewnością zaoszczędzi nam czasu, być może pomoże nam działać bardziej inteligentnie, czy też błyszczeć w towarzystwie. Jednak brzmi to jak kolejny fałszywy sygnał, który będziemy mogli wysyłać do innych. Można sobie wyobrazić liczne negatywne strony różnych „ulepszeń”. Wiele technicznych udogodnień już dzisiaj oddala od nas różne potrzeby, na przykład ruchu – co, jak wiadomo, wyniszcza nasze zdrowie. 

Źródło: Nauka w Polsce, PAP