Medicalpress

250 osób wzięło udział w tegorocznej próbie bicia rekordu w jednoczesnym prowadzeniu resuscytacji krążeniowej na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu. To więcej niż przed rokiem, kiedy w wydarzeniu uczestniczyło 221 osób. Online do wydarzenia dołączyło 21 placówek edukacyjnych, reprezentujących łącznie ponad 2700 dzieci i uczniów. 16 października, w Europejskim Dniu Przywracania Czynności Serca, społeczność akademicka, uczniowie wrocławskich szkół i przedstawiciele instytucji partnerskich po raz kolejny połączyli siły włączając się w ogólnopolską inicjatywę Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Tegorocznemu wydarzeniu towarzyszyło również ważne przesłanie: w ratowaniu życia nie może być miejsca na dezinformację i strachu przed udzieleniem pomocy.

Europejski Dzień Przywracania Czynności Serca na stałe wpisał się w kalendarz Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu jako jedno z najważniejszych wydarzeń kampanii „Porusz Serce”. Tegoroczna edycja przyniosła kolejny rekord frekwencji. W budynku Wydziału Farmaceutycznego UMW przy ul. Borowskiej 211 zgromadziło się 250 uczestników, którzy przez 30 minut wspólnie prowadzili resuscytację krążeniowo-oddechową. Punktualnie o godzinie 12.00 rozpoczęli uciskanie klatki piersiowej na fantomach, zmieniając się tak, aby przez cały czas trwania próby resuscytacja była prowadzona nieprzerwanie.

Rekord, który połączył pokolenia i instytucje

W tegorocznym wydarzeniu uczestniczyli przedstawiciele Wrocławskiego Centrum Rozwoju Społecznego, Straży Miejskiej Wrocławia, Komendy Wojewódzkiej Państwowej Straży Pożarnej we Wrocławiu, Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu, Pogotowia Ratunkowego we Wrocławiu, Akademii Muzycznej, Akademii Wychowania Fizycznego i Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu oraz zespołu firmy COMPANI.

Do wspólnej próby dołączyli także uczniowie Liceum Ogólnokształcącego nr X, Liceum Ogólnokształcącego nr V, Liceum Ogólnokształcącego nr VII oraz Zespołu Szkół Gastronomicznych we Wrocławiu.

Tegoroczna inicjatywa wykroczyła również poza mury uczelni. Online do wydarzenia dołączyło 21 placówek edukacyjnych, reprezentujących łącznie ponad 2700 dzieci i uczniów. Dzięki temu wspólna nauka ratowania życia połączyła uczestników zgromadzonych na Uniwersytecie Medycznym z dziećmi i młodzieżą, którzy ćwiczyli resuscytację w swoich szkołach i przedszkolach.

Nie tylko rekord. UMW walczy z mitami dotyczącymi pierwszej pomocy

Choć tegoroczny wynik jest powodem do satysfakcji, organizatorzy podkreślają, że najważniejszym celem wydarzenia pozostaje edukacja i przełamywanie barier, które powstrzymują świadków nagłego zatrzymania krążenia przed udzieleniem pomocy.

– Bicie rekordu to znacznie więcej niż wspólne ćwiczenia i imponujące liczby. To również okazja, by zwrócić uwagę na problem dezinformacji dotyczącej pierwszej pomocy. Czy można zaszkodzić, wykonując masaż serca? Czy AED może być używane wyłącznie przez personel medyczny? Czy za nieudaną próbę ratowania życia grozi odpowiedzialność karna? To tylko niektóre pytania i obawy, z którymi wciąż się borykamy. Wokół resuscytacji narosło wiele szkodliwych mitów, które trzeba zwalczać, ponieważ mogą prowadzić do zaniechania udzielenia pomocy – zaznacza Dominika Szachniewicz, dyrektor generalna UMW.

Dezinformacja dotycząca pierwszej pomocy może mieć szczególnie poważne konsekwencje. Obawa przed popełnieniem błędu, wyrządzeniem krzywdy poszkodowanemu czy poniesieniem odpowiedzialności prawnej sprawia, że świadkowie nagłego zatrzymania krążenia nie zawsze podejmują działania, od których zależy ludzkie życie.

– Tymczasem w przypadku nagłego zatrzymania krążenia liczy się każda minuta. Szybkie rozpoznanie sytuacji, wezwanie pomocy, rozpoczęcie uciskania klatki piersiowej i użycie AED mogą istotnie zwiększyć szanse poszkodowanego na przeżycie. Nie trzeba być lekarzem, aby rozpocząć ratowanie życia. AED jest urządzeniem zaprojektowanym tak, aby mogły z niego korzystać również osoby bez przygotowania medycznego, a jego komunikaty głosowe prowadzą przez kolejne czynności – zapewnia dr hab. Robert Zymliński, prof. UMW, kierownik Kliniki Intensywnej Terapii Kardiologicznej w Instytucie Chorób Serca, dziekan Wydziału Lekarskiego.

Dlatego organizatorzy podkreślają, że równie ważne jak nauka prawidłowego wykonywania resuscytacji jest budowanie przekonania, że każdy może i powinien reagować w sytuacji zagrożenia życia.

– Chcemy nie tylko bić kolejne rekordy, ale przede wszystkim wzmacniać zaufanie do rzetelnej wiedzy medycznej i pokazywać, że strach wynikający z mitów nie powinien odbierać nam odwagi do działania – podkreśla dyrektor Dominika Szachniewicz.

„Porusz Serce” – edukacja, która może uratować życie

Kampania „Porusz Serce” od początku opiera się na przekonaniu, że edukacja, współpraca i zaangażowanie społeczne mają realną moc zmieniania postaw. Każda osoba, która nauczy się prowadzić resuscytację, to kolejna szansa na uratowanie czyjegoś życia. Każda instytucja, która włącza się w inicjatywę, pomaga dotrzeć z tą wiedzą do następnych odbiorców. A każdy obalony mit to jedna bariera mniej na drodze do udzielenia pomocy.

Źródło: inf pras

Pacjenci zyskali nowe źródło wiedzy o profilaktyce, czynnikach ryzyka i chorobach układu krążenia. Portal kardiologia.gov.pl ma gromadzić treści przygotowywane i weryfikowane przez ekspertów, a także pomagać w orientacji w systemie opieki kardiologicznej. Serwis uruchomiono w ramach Narodowego Programu Chorób Układu Krążenia i ma być sukcesywnie rozbudowywany.

Narodowy Program Chorób Układu Krążenia na lata 2022–2032 obejmuje m.in. inwestycje w edukację, profilaktykę i styl życia. Uruchomienie portalu kardiologia.gov.pl wpisuje się w ten kierunek, Centrum Projektów Strategicznych NIKard wraz z ekspertami tworzy publiczne miejsce, w którym odbiorcy będą mogli szukać uporządkowanych i sprawdzonych informacji dotyczących zdrowia sercowo-naczyniowego oraz organizacji opieki kardiologicznej w Polsce.

W przestrzeni, w której pacjenci codziennie spotykają się z ogromną liczbą informacji o zdrowiu, szczególnego znaczenia nabiera możliwość dotarcia do treści przygotowanych i weryfikowanych w oparciu o wiedzę ekspercką. Portal ma wspierać świadome dbanie o zdrowie i ułatwiać orientację w najważniejszych zagadnieniach kardiologicznych.

– Rzetelna wiedza jest dziś podstawą działań edukacyjnych i informacyjnych w ochronie zdrowia. Jest szczególnie istotna w czasach tak szerokiej dezinformacji z jaką mamy do czynienia na co dzień w sektorze. Uruchamiając portal kardiologia.gov.pl, udostępniamy pacjentom jedno miejsce z pełną informacją o chorobach sercowo – naczyniowych. Zwracamy także uwagę na istotne treści profilaktyczne. Czasami jedna decyzja o badaniach może uratować zdrowie – mówi wiceminister zdrowia Katarzyna Kęcka.

Portal, który będzie się rozwijał i dostarczał tylko wiarygodnych informacji

kardiologia.gov.pl startuje w Światowym Dniu Serca, ale jego uruchomienie jest początkiem dalszego rozwoju. Serwis będzie sukcesywnie uzupełniany o nowe treści i materiały odpowiadające na prawdziwe potrzeby odbiorców. Celem jest stworzenie trwałego, wiarygodnego punktu odniesienia dla osób szukających informacji o profilaktyce i zdrowiu sercowo-naczyniowym, niezależnie od wieku.

– Portal ma pomagać przekładać wiedzę na codzienne decyzje dotyczące zdrowia. Będziemy go rozwijać w taki sposób, aby odpowiadał na realne potrzeby osób szukających wiarygodnych informacji o profilaktyce i chorobach układu krążenia – podkreśla prof. Piotr Dobrowolski, pełnomocnik Ministra Zdrowia ds. Narodowego Programu Chorób Układu Krążenia.

Profilaktyka z perspektywy lekarza

Podczas konferencji eksperci NIKard przedstawili również argumenty, dlaczego profilaktyka pozostaje ważna z perspektywy praktyki klinicznej. Dr hab. n.med. Maciej Dąbrowski, zastępca dyrektora ds. klinicznych Narodowego Instytutu Kardiologii, odniósł się m.in. do tego, co pacjent może zrobić zanim konieczne stanie się leczenie interwencyjne, jakie sygnały i czynniki ryzyka warto znać oraz dlaczego dostęp do rzetelnych informacji może wspierać wcześniejszą reakcję.

 – Najczęściej trafiają do nas pacjenci z zawałem serca i zwężeniem lub niedrożnością tętnicy wieńcowej, którzy wymagają pilnego leczenia interwencyjnego. Wielu z tych sytuacji można jednak uniknąć dzięki regularnym badaniom, kontroli ciśnienia, cholesterolu LDL i cukru oraz codziennej aktywności fizycznej i zdrowej diecie. Kluczowe są świadomość i wiedza pacjentów. Kto zna swoje wyniki i czynniki ryzyka, szybciej reaguje i konsekwentnie się leczy. Profilaktyka i terapia to wspólna praca pacjenta i lekarza, w której skuteczność leczenia zależy od obu stron – tłumaczy dr hab. n. med. Maciej Dąbrowski, zastępca dyrektora ds. klinicznych Narodowego Instytutu Kardiologii.

Światowy Dzień Serca także dla pacjentów NIKard

Wspólne działania Ministerstwa Zdrowia i Narodowego Instytutu Kardiologii nie ograniczają się jedynie do organizacji konferencji prasowej. 29 września zaplanowano szereg aktywności edukacyjnych i profilaktycznych dla pacjentów Instytutu i ich rodzin, w tym możliwość pomiaru ciśnienia tętniczego oraz prezentację materiałów m.in. „10 dla Zdrowia”. Wszystkie aktywności łączy wspólny przekaz: profilaktyka zaczyna się od wiedzy i działania, a Krążenie ma znaczenie.

Portal kardiologia.gov.pl realizowany jest w ramach Narodowego Programu Chorób Układu Krążenia na lata 2022-2023.

Źródło: MZ

Jak wynika z raportu On Board Think Kong: „Zdrowie z AI”, około 17 mln Polaków pyta sztuczną inteligencję o zdrowie swoje lub bliskich. Raport został przygotowany we współpracy z agencją badawczą SW Research, odpowiedzialną za badanie na próbie 1000 Polaków.

W ciągu ostatniego roku AI o sprawy zdrowotne pytało 58 proc. dorosłych, a 27 proc. robiło to wielokrotnie. Odpowiedzi czatów coraz częściej przekładają się na konkretne decyzje: 19 proc. korzystających kupiło lek bez recepty lub suplement za sugestią AI, a 8,3 proc. zmieniło dawkowanie albo odstawiło lek bez konsultacji z lekarzem. Jednocześnie co czwarty korzystający nigdy nie sprawdza informacji od AI u lekarza, farmaceuty ani w innym wiarygodnym źródle.

Najmłodsi pytają AI najczęściej, ale po pięćdziesiątce robi to ponad 40 proc.

O zdrowie pytało AI 74,5 proc. osób do 24. roku życia i 72,3 proc. osób w wieku 25–34 lata.
W grupie 35–49 lat odsetek wynosi 65,9 proc. i to tu najwięcej osób pyta AI wielokrotnie. Wśród osób po 50. roku życia z AI w sprawach zdrowia korzysta 43,7 proc. Dochód, wykształcenie i wielkość miejscowości niewiele zmieniają – w każdej z tych grup odsetek pytających mieści się między 54 a 62 proc.

Połowa pyta o objawy, co trzecia osoba o leki albo wyniki badań

50,7 proc. korzystających z AI w sprawach zdrowia pyta o objawy, 36 proc. o leki i suplementy, a 33 proc. prosi o interpretację wyników badań. Wyniki badań częściej analizują z pomocą AI kobiety niż mężczyźni (40 wobec 26 proc.) oraz osoby po pięćdziesiątce (42 proc.). Najmłodsi częściej niż inni pytają o stres, sen i zdrowie psychiczne (32 proc.). 27 proc. korzystających wgrało do czatu wyniki własnych badań, zanim omówiło je z lekarzem.

– W ciągu ostatniego roku 6 na 10 dorosłych Polaków konsultowało z AI tematy zdrowotne,
a co czwarty odbywał takie rozmowy regularnie. Zjawisko to zatem już jest nie tylko powszechne, ale i niezależne od miejsca zamieszkania czy poziomu wykształcenia. Dzięki temu, pytanie o specyfikę konsultacji medycznych z AI pozwala nam niejako „na skróty” dotrzeć do wiedzy z jakimi problemami zdrowotnymi mierzą się różne obecnie różne pokolenia Polaków, bez konieczności bezpośredniego pytania o częstotliwość wizyty u danego specjalisty.
– mówi Piotr Zimolzak, Wiceprezes Zarządu SW Research.

Po rozmowie z AI prawie dwa razy więcej osób umawia wizytę, niż ją odwołuje

13,6 proc. korzystających – szacunkowo ok. 2 mln osób – umówiło wizytę u lekarza, na którą bez AI by nie poszło. Z zaplanowanej wizyty zrezygnowało 7,4 proc. U najmłodszych proporcja jest jeszcze wyraźniejsza: 27 proc. umówiło wizytę, a 8 proc. ją odwołało. Co dziewiąty korzystający pytał AI o wybór lekarza, przychodni lub szpitala.

Co piąty kupił lek lub suplement, bo tak podpowiedziała AI

Pytania o leki – ich działanie, dawkowanie, interakcje i skutki uboczne – zadawało 36 proc. korzystających. 19,2 proc. poszło dalej i kupiło lek bez recepty albo suplement na podstawie sugestii czatu. 8,3 proc., czyli co dwunasty korzystający, zmieniło dawkowanie albo odstawiło lek bez konsultacji z lekarzem, a 14,9 proc. potraktowało odpowiedź AI jak diagnozę.

70 proc. sprawdza odpowiedzi AI, ale regularnie robi to tylko 39 proc.

Zapytaliśmy, czy korzystający weryfikują informacje od AI u lekarza, farmaceuty albo w innym wiarygodnym źródle. 70 proc. robi to przynajmniej czasami, ale regularnie – zawsze lub
w większości przypadków – tylko 39 proc. Najczęstsza odpowiedź to „tylko czasami” (30,5 proc.). Co czwarty (25,4 proc.) nie sprawdza informacji od AI nigdy, a wśród osób po 50. roku życia
– co trzeci (33,4 proc.). Odpowiedź AI z lekarzem lub farmaceutą skonsultowało 17,2 proc.
korzystających.

Dla firm i organizacji to ważny sygnał, że sztuczna inteligencja powinna być dziś uwzględniana w strategiach komunikacji, nie tylko jako nowe narzędzie dotarcia do odbiorców, ale także jako pośrednik wpływający na sposób wyszukiwania, interpretowania i oceniania informacji.

Marki, które chcą skutecznie budować swoją wiarygodność, powinny zadbać o obecność rzetelnych i eksperckich treści również w ekosystemie AI, ponieważ to właśnie tam coraz częściej zaczyna się ścieżka pozyskiwania wiedzy przez konsumentów – komentuje Norbert Ofmański, konsultant public relations w On Board Think Kong.

Pełne wyniki raportu „Zdrowie z AI”, w tym dane w podziale na płeć i wiek, dostępne są na stronie: https://obtk.pl/zdrowieai/#wyniki

Raport „Zdrowie z AI”

Raport „Zdrowie z AI”, przygotowany przez OBTK (On Board Think Kong) we współpracy
z SW Research, analizuje rosnącą rolę sztucznej inteligencji w obszarze zdrowia oraz to, w jaki sposób Polacy wykorzystują narzędzia AI do poszukiwania informacji, interpretowania danych
i podejmowania decyzji dotyczących zdrowia. Badanie pokazuje nie tylko skalę korzystania
z AI, ale również sytuacje, w których odpowiedzi generowane przez sztuczną inteligencję mogą wpływać na zachowania pacjentów – od umówienia wizyty lekarskiej, przez zakup leków i suplementów, po samodzielne modyfikowanie dawkowania.

Raport stanowi punkt wyjścia do dyskusji o zmieniającej się ścieżce pacjenta oraz o roli AI
w komunikacji zdrowotnej. Wyniki pokazują, z jakimi pytaniami Polacy zwracają się do sztucznej inteligencji, w jakim stopniu weryfikują uzyskane informacje oraz kiedy odpowiedź AI staje się elementem realnej decyzji dotyczącej zdrowia. W tym kontekście raport dostarcza danych istotnych zarówno dla sektora ochrony zdrowia, jak i ekspertów, instytucji oraz marek obecnych w cyfrowym środowisku informacji o zdrowiu.

Metodologia

Raport został opracowany przez OBTK (On Board Think Kong) na podstawie badania przeprowadzonego przez SW Research, z wykorzystaniem panelu SW Panel.

Badanie zrealizowano metodą CAWI w dniach 8–10 września 2026 roku na ogólnopolskiej
próbie 1000 dorosłych Polaków (18+). Próba jest reprezentatywna dla dorosłej populacji Polski pod względem płci, wieku oraz wielkości miejscowości.

Pytania o tematy, sytuacje i sprawdzanie informacji zadano 576 osobom, które w ciągu 12 miesięcy korzystały z AI w sprawach zdrowia. Szacunki liczby osób (ok. 17 mln, ok. 2 mln) są przybliżone: odnoszą odsetki z badania do liczby dorosłych mieszkańców Polski i są obarczone błędem statystycznym. Wyniki dla grup poniżej 100 osób należy traktować orientacyjnie.

On Board Think Kong (https://obtk.pl) to agencja zrzeszona w międzynarodowej sieci agencji komunikacji marketingowej ECCO Global Communications Network obecnej w ponad 40
krajach, łącznie zatrudniającej ponad 1500 specjalistów w 50 biurach na całym świecie. Główne obszary specjalizacji to: Public Relations, korporacyjne doradztwo, content marketing & SEO, komunikacja w kanałach społecznościowych. Projekty On Board Think Kong wyróżniane są między innymi za kreatywność i skuteczność (Effie, Golden Drum, IPRA Golden Awards, IAC, Stevie Awards). W Polsce agencja należy do Związku Firm Public Relations.
On Board Think Kong jest też jedynym polskim członkiem brytyjskiego stowarzyszenia Content Marketing Association.

Źródło: inf pras

Tylko 29,1% Polaków ufa ekspertom medycznym wypowiadającym się publicznie poza swoją specjalizacją. Niemal tyle samo – 29,5% – podchodzi do takich wypowiedzi sceptycznie, a 41,4% nie ma w tej kwestii wyrobionego zdania. Wyniki badania On Board Think Kong i Focus o Zdrowiu pokazują, że w obszarze zdrowia sam autorytet nie zawsze wystarcza do zbudowania wiarygodności – znaczenie ma również to, czy osoba wypowiadająca się posiada kompetencje w danym obszarze.

Liczy się nie tylko to, kto mówi, ale o czym mówi

Choć 29,1% badanych deklaruje zaufanie do lekarzy i innych ekspertów medycznych wypowiadających się poza swoją specjalizacją, niemal identyczna grupa – 29,5% – podchodzi do takich wypowiedzi sceptycznie. Największa grupa respondentów, 41,4%, nie ma w tej kwestii wyrobionego zdania. Wyniki pokazują, że w ocenie eksperta znaczenie ma nie tylko jego tytuł, ale także adekwatność kompetencji do tematu, na który się wypowiada.

– Dyplom lekarski nie jest dziś uniwersalną przepustką do zaufania. Odbiorcy oceniają nie tylko to, kto mówi, ale również czy jego kompetencje odpowiadają tematowi, w którym zabiera głos. Dla instytucji zdrowotnych, mediów czy twórców treści oznacza to, że dobór eksperta do tematu może być ważniejszy niż sama jego rozpoznawalność – komentuje Norbert Ofmański, On Board Think Kong.

Nie tylko ekspert, ale ekspert właściwy do tematu

Podobne podejście widać w sposobie, w jaki Polacy oceniają internetowe treści dotyczące zdrowia. Najważniejszym elementem budującym wiarygodność portalu zdrowotnego są kompetencje autorów – wskazuje na nie 40,1% badanych. Dla 34% respondentów istotna jest obecność kompetentnych ekspertów w publikacjach, a 33% zwraca uwagę na możliwość dotarcia do badań i raportów źródłowych poprzez zamieszczone linki.

Odbiorcy oceniają również sposób komunikowania informacji. 26,5% badanych za ważny element wiarygodności uznaje neutralny ton komunikacji, 24,5% – wyjaśnianie trudnych terminów i skrótów, a 24% – brak clickbaitowych i sensacyjnych nagłówków.

W stresie zdrowotnym Polacy nadal najczęściej pytają specjalistów

W sytuacjach związanych z niepokojem lub stresem zdrowotnym najczęściej wybieranym źródłem informacji pozostają specjaliści medyczni – wskazało ich 39,9% badanych. Jednocześnie istotną rolę odgrywają internetowe źródła wiedzy: 22,8% respondentów korzysta z portali medycznych i zdrowotnych, a 21,1% – z wyszukiwarek internetowych, w tym odpowiedzi generowanych przez sztuczną inteligencję.

Polacy sięgają również po informacje od rodziny i znajomych (19,8%) oraz wypowiedzi ekspertów opierających się na badaniach naukowych (17,9%). 12,8% badanych korzysta z doświadczeń innych pacjentów publikowanych na forach i grupach dyskusyjnych.

Znacznie rzadziej wskazywane są praktyki medycyny alternatywnej (9,4%), media społecznościowe (7,4%), osoby promujące metody niezweryfikowane naukowo (6,8%) oraz influencerzy niezwiązani z medycyną (3,6%). 18% respondentów deklaruje natomiast, że nie podejmuje decyzji zdrowotnych pod wpływem silnych emocji.

Portale zdrowotne mają potencjał, ale odbiorcy pozostają ostrożni

Choć internet jest ważnym źródłem informacji o zdrowiu, zaufanie do publikowanych tam treści pozostaje umiarkowane. 29,4% badanych deklaruje, że ufa treściom zamieszczonym na portalach medycznych i zdrowotnych. 17,9% podchodzi do nich sceptycznie, a największa grupa – 31,4% – nie potrafi jednoznacznie ocenić ich wiarygodności. Jednocześnie 21,3% respondentów w ogóle nie korzysta z portali zdrowotnych.

Wyniki wskazują, że w komunikacji dotyczącej zdrowia nie wystarczy samo dostarczenie informacji. Odbiorcy chcą wiedzieć, kto jest jej autorem, na jakich źródłach się opiera i czy została przedstawiona w sposób pozwalający ją zrozumieć i zweryfikować.

– Pacjenci chcą być pewni, że mogą zaufać konkretnemu przekazowi i na szczęście aktualnie mają do tego narzędzia. Mogą sprawdzić wiarygodność samego medium oraz to, czy treść odwołuje się do uznanych instytucji lub badań opublikowanych w recenzowanych czasopismach. Niezwykle istotne jest również zwrócenie uwagi na sposób prowadzonej narracji oraz język i ton wypowiedzi autora lub eksperta – komentuje Alicja Jabłońska-Krzywy, redaktor naczelna Focus o Zdrowiu.

Prezentowane wyniki są częścią szerszego raportu realizowanego przez On Board Think Kong we współpracy z platformą internetową Focus o Zdrowiu, przy wsparciu instytucjonalnym Fundacji My Pacjenci. Raport został objęty Patronatem Honorowym Rzecznika Praw Pacjenta.

Badanie: Badanie zostało przeprowadzone metodą CAWI w dniach 03.03–04.03.2026 na ogólnopolskiej próbie 833 dorosłych Polaków. Próba została zweryfikowana i zważona pod względem płci, wieku oraz wielkości miejscowości.

Pełne wyniki raportu: Wiarygodność informacji zdrowotnych w Polsce – raport OBTK

Źródło: inf pras

Dezinformacja zdrowotna może sprawić, że chory na raka trafi do lekarza, kiedy na skuteczne leczenie będzie już za późno. Może też podważyć zaufanie do lekarzy i instytucji publicznych tak bardzo, że ludzie odmówią współpracy nawet w sytuacji realnego zagrożenia z zewnątrz – ostrzegli eksperci.

Rozmawiali o tym w piątek w Warszawie podczas debaty „Diagnoza z algorytmu, terapia z TikToka. Co zrobić z infodemią?”. W spotkaniu wzięli udział prof. Wiesław Jędrzejczak z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, prof. Dominik Batorski z Uniwersytetu Warszawskiego, Monika Waćkowska-Kabaczyńska z Głównego Inspektoratu Sanitarnego, prezes Stowarzyszenia Pravda Jakub Śliż, reporter Mirosław Wlekły oraz Paweł Nowacki, współzałożyciel Stowarzyszenia Praktyków Transformacji Cyfrowej.

Debata podsumowywała projekt „Snake Oil Nation: Investigating Pseudoscientific Health Practices in Poland”, poświęcony rosnącemu w Polsce rynkowi pseudonaukowych praktyk zdrowotnych. Jego autorzy badali, jak prywatne kliniki, influencerzy i marki sprzedają niepotwierdzone naukowo terapie i produkty oraz jak zdobywają zaufanie odbiorców.

W trakcie spotkania przytoczono dane z raportu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu pokazujące, że od stycznia 2025 r. do maja 2026 r. temat dezinformacji medycznej pojawił się w ponad 32 tys. publikacji w mediach, których łączny zasięg wyniósł ok. 2,6 mld. Na platformach społecznościowych odnotowano ponadto 347 tys. wpisów, które mogły dotrzeć łącznie do odbiorców ok. 850 mln razy. Dane obejmowały zarówno treści dezinformacyjne, jak i materiały je prostujące.

Prof. Dominik Batorski z UW zwrócił uwagę, że spora część dezinformacji medycznej jest motywowana ekonomicznie. W ramach projektu analizowano więc także reklamy produktów okołomedycznych. Jednoznacznie pseudonaukowe treści stanowiły tylko kilka procent z nich, ale osiągały ogromne zasięgi, a część reklam znikała dopiero wtedy, gdy zdążyła już dotrzeć do odbiorców.

Ekspert zauważył jednak, że problem nie ogranicza się do najbardziej oczywistych przykładów pseudonauki. – Mamy całkiem sporą szarą strefę produktów, które są produktami okołomedycznymi i ich stosowanie ma pewne korzyści, ale są reklamowane w sposób, który jest problematyczny – powiedział.

Jak wyjaśnił, chodzi m.in. o obietnice niemające pokrycia w faktach. Na samych platformach należących do Meta badacze znaleźli dziesiątki tysięcy tego typu reklam. Zdaniem prof. Batorskiego jednym ze sposobów walki z dezinformacją powinna być demonetyzacja takich treści. Potrzebna jest też większa odpowiedzialność platform za rozpowszechnianie fałszywych informacji.

Naukowiec podkreślił też, że poszczególne środowiska powinny skuteczniej reagować na pseudonaukowe praktyki we własnych szeregach. Dotyczy to nie tylko lekarzy, ale także mediów, którym – jak zauważył – zdarzało się promować osoby tworzące pseudomedyczne treści.

Jak podkreślił Mirosław Wlekły, który w ramach projektu przygotował reportaż o osobach korzystających z pseudonaukowych terapii, błędem jest przekonanie, że dezinformacji medycznej ulegają wyłącznie osoby słabo wykształcone lub mało krytyczne. Jej promotorzy często są charyzmatyczni i potrafią przekonać do siebie ludzi, którzy szukają pomocy w trudnej sytuacji. Dlatego ofiarą dezinformacji może stać się każdy, zwłaszcza gdy medycyna nie jest w stanie zaoferować mu (lub jego bliskim) prostego i pewnego rozwiązania.

– Te osoby pełnią rolę lekarzy, naukowców, spowiedników, psychologów. Ludzie z problemami zdrowotnymi szukają ratunku gdziekolwiek, a tu znajdują zazwyczaj stuprocentowe odpowiedzi. Nauka jest po prostu skomplikowana i mało w niej odpowiedzi: tak albo nie, białe albo czarne – powiedział.

Jak dodał, wejście w takie środowisko może prowadzić do przyjmowania kolejnych, coraz dalej idących teorii spiskowych. Zauważył, że treści pseudomedyczne często łączą się tam z narracjami prorosyjskimi, antyukraińskimi czy podważającymi zmiany klimatu.

Jakub Śliż ze Stowarzyszenia Pravda zwrócił uwagę na potrzebę przynależności. Wokół alternatywnych terapii tworzą się grupy ludzi, którzy wzajemnie się wspierają i spotykają także poza internetem. Jego zdaniem problem jest przez to niezwykle trudny do pokonania, bo jakakolwiek próba zewnętrznej interwencji może zostać odebrana jako atak i kolejny dowód na to, że „system” ich zwalcza.

Śliż mówił też, że fact-checkerzy są w trudniejszej sytuacji niż dezinformatorzy. Muszą sprawdzać źródła i tłumaczyć złożone zagadnienia, podczas gdy fałszywy przekaz może odwołać się do emocji i błyskawicznie rozprzestrzenić w internecie.

Prof. Wiesław Jędrzejczak wskazał, że pseudonauka często zyskuje wiarygodność dzięki językowi. Proste produkty i praktyki są opisywane za pomocą terminów brzmiących naukowo, co może sprawiać wrażenie, że stoją za nimi wiedza i badania. Jako przykłady podał „wodę modyfikowaną genetycznie” oraz określenie „suplement diety”, które brzmi znacznie bardziej specjalistycznie niż „dodatek do pożywienia”.

Monika Waćkowska-Kabaczyńska z GIS mówiła o ogromnej asymetrii między działaniem dezinformatorów i administracji publicznej. – Influencer może w ciągu 30 sekund nagrać film, puścić go na kanale i on zaczyna żyć, być podawany dalej, robić zasięgi. My każdą informację musimy zweryfikować, ustalić źródło, często skonsultować merytorycznie i prawnie. To zajmuje czas (…), bo za każdą informacją, którą wypuszczamy jako urząd, ktoś bierze odpowiedzialność prawną i służbową – wyjaśniła.

W jej opinii prawdziwe informacje są też przeważnie mniej atrakcyjne. Komunikat, że dowody naukowe nie potwierdzają skuteczności danej terapii, przegrywa emocjonalnie z historią człowieka, który twierdzi, że lekarze nie potrafili mu pomóc, ale zrobiła to określona metoda.

Waćkowska-Kabaczyńska podkreśliła też, że skutki dezinformacji mogą wykraczać daleko poza zakup suplementu. Może ona podważać zaufanie do lekarzy, urzędów i instytucji państwa, a w skrajnym przypadku prowadzić do odmowy współpracy także podczas realnego zagrożenia zewnętrznego.

Dlatego GIS stawia na edukację i budowanie odporności na dezinformację od najmłodszych lat. Prowadzi programy dla uczniów i seniorów, czyli grup szczególnie narażonych na fałszywe informacje.

Waćkowska-Kabaczyńska zwróciła również uwagę na potrzebę uproszczenia języka administracji. – Jeżeli administracja będzie się chowała za bardzo trudnym językiem, nie zbuduje zaufania. Dlatego prosty język jest kluczowy, żeby docierać do ludzi z jasnym przekazem. Musimy szkolić urzędników, bo przez lata nabyte przyzwyczajenie do mówienia ex cathedra i w trzeciej osobie bardzo trudno jest wyplenić – podkreśliła.

Żródło: Nauka w Polsce

Blisko 2,5 tysiąca publikacji o zasięgu 190 milionów kontaktów w zaledwie 2 dni!  Barometr dezinformacji medycznej opracowany przez Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu (UMW) oraz firmę Mediaboard analizuje medialny wydźwięk ustawy „lex szarlatan” jako kluczowy wątek ostatniego kwartału. To pierwsza z cyklicznych publikacji przygotowywanych przez Obserwatorium Dezinformacji Medycznej UMW, która nie tylko opisuje główne narracje, ale też wskazuje potencjalne źródła kryzysów w niedalekiej przyszłości.

Dezinformacja medyczna nie jest już tematem publikacji w mediach branżowych. Ostatni kwartał, którego analizę zawiera Barometr dezinformacji, pokazuje, że tocząca się wokół ustawy dyskusja o pseudomedycynie przestała być wyłącznie rozmową o bezpieczeństwie pacjentów. Została połączona z polityką, wolnością słowa, „cenzurą”, „Big Pharmą” czy rzekomym zagrożeniem dla zielarzy i dietetyków. Temat medyczny stał się paliwem dla szerszego konfliktu politycznego i światopoglądowego. I jako konflikt świetnie sprzedał się w mediach.

Potrzebujemy działań systemowych – Obserwatorium Dezinformacji Medycznej UMW

– Świat medyczny to dziś za mało, by skutecznie przeciwdziałać dezinformacji. Konieczne jest działanie międzysektorowe, a przede wszystkim działanie systemowe. Deklaracje, jednorazowe akcje czy eventy nie przełożą się na wymierne rezultaty. Dlatego na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu stworzyliśmy Centrum Odkryć Medycznych, w którym wyodrębniamy teraz Obserwatorium Dezinformacji Medycznej – wyjaśnia rektor uczelni prof. Piotr Ponikowski. – Przestajemy rozmawiać na poziomie ogólnikowych haseł i przypuszczeń, odnosimy się do tworzonych przez nas analiz, narracji i liczb opisujących konkretny moment w czasie. Relacjonujemy rzeczywistość niemal na bieżąco, co pozwala lepiej zrozumieć jej dynamikę i dzięki temu przygotować działania, które mogą zapobiegać nowym stanom zapalnym. Obserwatorium jest częścią szerszego systemu działań UMW na rzecz odporności informacyjnej państwa. Obejmuje on popularyzację nauki, bezpłatny podręcznik edukacji zdrowotnej, narzędzia AI wspierające nauczycieli, ich kształcenie oraz portal weryfikujący popularne mity medyczne – podkreśla rektor prof. Piotr Ponikowski.

„Lex szarlatan” uruchomił lawinę

Pierwszy kwartalny Barometr pozwala zobaczyć, jak ta debata zmienia się pod wpływem bieżących wydarzeń. Od czerwca do końca sierpnia zidentyfikowano 8393 publikacje i wpisy dotyczące dezinformacji zdrowotnej. Wygenerowały one 883 mln potencjalnych kontaktów z przekazem. Analiza objęła również 9136 komentarzy internautów.

Najważniejszym tematem kwartału był spór o ustawę określaną jako „lex szarlatan”. Odpowiadał za 64 proc. wszystkich publikacji i wpisów oraz 76 proc. całego zasięgu analizowanej debaty. W ciągu trzech miesięcy pojawiło się 5369 materiałów dotyczących ustawy, które wygenerowały blisko 674 mln potencjalnych kontaktów i ponad 5 tys. komentarzy.

Punktem zwrotnym była decyzja prezydenta z 20 sierpnia o niepodpisaniu ustawy i skierowaniu jej do Trybunału Konstytucyjnego. Tego dnia ukazało się 1458 publikacji i wpisów, generujących 190 mln kontaktów. Dzień później, po zapowiedzi projektu prezydenckiego, odnotowano kolejne 1009 materiałów. W ciągu zaledwie dwóch dni powstało ich 2467.

– W mojej ocenie poszerzenie kompetencji Rzecznika Praw Pacjenta to dobry kierunek. Oczywiście można dyskutować nad zakresem tych kompetencji, definicjami praktyk pseudomedycznych czy dezinformacji medycznej, ale warto też podkreślić, że uprawnienia, jakie miał zyskać Rzecznik Praw Pacjenta, nie są uprawnieniami nowymi w polskim porządku prawnym. Zgodnie z treścią uzasadnienia do projektu „lex szarlatan” zostały one zaprojektowane na wzór kompetencji, jakie w sprawach ochrony konkurencji i konsumentów już posiada Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów – przypomina Dominika Szachniewicz – radca prawny i dyrektor generalna UMW. Skoro jako konsumenci jesteśmy objęci wszechstronną ochroną, to dlaczego obawiamy się podobnej ochrony w sytuacji, gdy chodzi o nasze życie czy zdrowie, a skutki pewnych działań mogą być już dla nas nieodwracalne? Dzisiaj nie ma żadnego systemu ostrzegania przed dezinformacją medyczną czy praktykami pseudomedycznymi. Dlatego sam system kar to za mało. Musimy mieć jako pacjenci legalne źródło informacji, np. w postaci rejestru podmiotów prowadzących dezinformację medyczną, a ochrona naszego życia i zdrowia musi być priorytetem w zderzeniu z nieuczciwą działalnością zarobkową – apeluje Dominika Szachniewicz. 

Dezinformacja „recyklinguje” stare narracje

 Barometr pokazuje, że fałszywe narracje nie znikają wraz z końcem wydarzenia, które je uruchomiło. Pozostają w infosferze i mogą zostać szybko wykorzystane przy kolejnym sporze, kryzysie czy decyzji politycznej.

– „Lex szarlatan” uwidocznił, jak łatwo istniejące narracje można podłączyć pod nowe wydarzenie: „Big Pharma” staje się „lex Big Pharma”, a wcześniejsze opowieści o cenzurowaniu niewygodnej wiedzy – argumentem przeciw regulacjom dotyczącym pseudomedycyny – wyjaśnia Wioletta Samborska, dyrektorka Centrum Odkryć Medycznych UMW. –  Dezinformacja nie zaczyna się od zera. Ma bibliotekę gotowych opowieści, które można uruchomić przy kolejnym, „sprzyjającym im” wydarzeniu – dodaje.

U progu nowych kryzysów

Barometr identyfikuje nie tylko tematy, ale również formuły narracyjne, które mogą zostać ponownie wykorzystane. Wokół „Lex szarlatan” pojawiły się trzy szczególnie wyraźne schematy:  ustawa miała być projektem napisanym pod dyktando koncernów farmaceutycznych, uderzać w zielarzy i dietetyków oraz prowadzić do cenzury i odebrania pacjentom prawa wyboru.

Narracja „Lex Big Pharma” pojawiła się w 226 materiałach i 304 komentarzach. Niemal równie często – w 227 materiałach – powtarzano, że regulacja zagrozi legalnej działalności zielarzy, dietetyków i praktyków medycyny naturalnej. Ten przekaz okazał się szczególnie istotny, ponieważ łączył narrację antysystemową z bardziej powszechną obawą o ograniczenie legalnych praktyk. W 56 materiałach ustawę przedstawiano natomiast jako narzędzie cenzury i ograniczania wolności. Duże ryzyko nasilenia dezinformacji medycznej wiąże się także z wygenerowanymi przez AI wizerunkami lekarzy oraz głośnymi procesami sądowymi celebrytów szerzących antynaukowe treści.

Głos nauki jest słyszalny, ale pojawia się zbyt rzadko

Eksperci wyjaśniający i prostujący treści dezinformacyjne pojawili się w mediach w badanym okresie 264 razy. Promotorzy pseudonauki mieli 578 wystąpień. Co ciekawe, materiały eksperckie miały zdecydowanie większy zasięg. Jak to możliwe? Pojawiały się w mediach, które docierały znacznie szerzej. To pokazuje, że odpowiednio zaplanowana obecność ekspertów w mediach może skutecznie równoważyć przekaz pseudonaukowy. Pod warunkiem, że nie ograniczy się wyłącznie do samych materiałów dziennikarskich, ale obejmie też pojawiające się pod nimi komentarze.

Dezinformacja żyje w komentarzach

Treści fałszywe lub wprowadzające w błąd stanowiły 7% analizowanych publikacji i postów, ale ich udział wzrastał do 12% w komentarzach. W analizie uwzględniono 9136 komentarzy.

To istotna różnica, która unaocznia,  że rzetelny materiał dziennikarski czy wypowiedź eksperta nie zamyka obiegu informacji. Pod publikacją może powstać drugi obieg: pojawiają się kontrargumenty, teorie spiskowe, osobiste świadectwa czy podważanie wiarygodności lekarzy.

– Liczby w naszym raporcie mówią same za siebie, ale warto powiedzieć wprost, co się za nimi kryje. Śledzimy media i rzadko widzimy temat zdrowotny, który w dwa dni potrafi wygenerować blisko dwa i pół tysiąca publikacji. Oczywiście stwierdzenie to nie odnosi się do wydarzeń niespodziewanych czy kryzysowych – jak pandemia Covid. To pokazuje, że dezinformacja medyczna przestała być niszą i zdecydowanie żyje tam, gdzie są emocje, konflikt i szybkie tempo newsa – przyznaje Marcin Szczupak CEO Mediaboard Polska.

– Dla nas jako firmy zajmującej się monitoringiem i analityką mediów najważniejszy wniosek jest taki, że nie wystarczy patrzeć na to, co napisała redakcja. Trzeba dostrzegać też to, co dzieje się później w komentarzach i mediach społecznościowych, w drugim, nieformalnym obiegu informacji. To tam fałszywe treści rosną najszybciej.

Cieszymy się, że mogliśmy wesprzeć Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu danymi do tego opracowania. Wierzymy, że regularne pokazywanie skali zjawiska liczbami, a nie przeczuciami to pierwszy krok do tego, żeby skutecznie na nie reagować – dodaje CEO Mediaboard Polska.

Szczegółowe analizy i metodologie badania znaleźć można w Barometrze dezinformacji medycznej na stronie: https://www.umw.edu.pl/pl/raport

Źródło: inf pras

Rzecznik Praw Pacjenta ma zyskać nowe narzędzia do walki z osobami i podmiotami, które wprowadzają pacjentów w błąd co do metod leczenia. Ustawa określana jako „lex szarlatan” pozwoli temu organowi reagować na praktyki prowadzone poza systemem ochrony zdrowia, a za najpoważniejsze naruszenia nakładać kary do 1 mln zł. RPP podkreśla, że nowe przepisy mają chronić przed oszustami i nie będą ograniczać stosowania ziołolecznictwa, masaży czy akupunktury. Ustawa czeka na decyzję prezydenta, który na jej podjęcie ma czas do 21 sierpnia. 

– Ustawa potocznie zwana „lex szarlatan” ma chronić przed osobami, które oszukują pacjentów, wmawiając im nieprawdziwe informacje związane z metodami leczenia, ma bronić pacjentów przed naciągaczami, którzy mają zawsze bardzo proste odpowiedzi: bardzo łatwo da się wyleczyć, wszystko da się wyleczyć, w porównaniu do medycyny akademickiej, która mówi jasno, że często ten proces jest bardzo długi – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Konrad Madejczyk, rzecznik prasowy Biura Rzecznika Praw Pacjenta.

Jednym z powodów przygotowania nowych przepisów jest luka w obecnych regulacjach. Praktyki pseudomedyczne są często prowadzone poza systemem ochrony zdrowia, m.in. w ramach zwykłej działalności gospodarczej, przez co nie podlegają takim samym zasadom nadzoru jak podmioty lecznicze.

Z oceny skutków regulacji wynika, że w Polsce zarejestrowanych jest blisko 40 tys. działalności gospodarczych w obszarze działalności paramedycznej oraz medycyny tradycyjnej, uzupełniającej i alternatywnej. Nie oznacza to, że wszystkie stosują praktyki pseudomedyczne. Autorzy OSR szacują, że kryteria takich praktyk może spełniać od kilku do kilkunastu tysięcy osób i podmiotów.

– Ustawa „lex szarlatan” nie będzie dotyczyła osób, które leczą ziołami, masażystów, leczenia akupunkturą, medycyny chińskiej. Wszystkie te metody, które są stosowane dzisiaj jako medycyna komplementarna, będą oczywiście możliwe i dalej będą mogły być stosowane. To jest ustawa, która ma za zadanie przestrzegać pacjentów przed osobami, które polecają leczenie hormonalne, na przykład na zasadzie picia płynu Lugola, który jest skrajnie niebezpieczny przy leczeniu tarczycy – mówi rzecznik Biura RPP.

Zgodnie z ustawą za praktykę pseudomedyczną będzie uznawane przypisywanie metodzie lub substancji właściwości leczniczych niezgodnych z aktualną wiedzą medyczną, jeżeli może to prowadzić m.in. do pogorszenia stanu zdrowia, opóźnienia właściwej diagnostyki lub leczenia albo rezygnacji z leczenia o potwierdzonej skuteczności.

Nowe regulacje mają objąć także publiczne rozpowszechnianie dezinformacji medycznej w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej. W OSR zwrócono uwagę na znaczenie internetu i mediów społecznościowych w rozpowszechnianiu takich treści. Najpopularniejsze osoby promujące metody sprzeczne z aktualną wiedzą medyczną mają setki tysięcy obserwujących. Zgodnie z nowymi przepisami RPP ma prowadzić jawny rejestr podmiotów posługujących się dezinformacją medyczną, a w przypadku stron internetowych będzie mógł wystąpić do przedsiębiorcy telekomunikacyjnego o przekierowanie użytkowników z oznaczonej domeny na stronę RPP z ostrzeżeniem o dezinformacji medycznej.

– Ustawa będzie też broniła pacjentów przed osobami, które nieprawnie używają tytułu zawodowego lekarza czy nieprawnie stosują metody, jak na przykład w przypadku pacjentki na południu Polski, która była leczona tzw. perłami księżniczki – mówi Konrad Madejczyk.

W czerwcu br. ujawniono historię 40-letniej pacjentki chorej na raka jajnika, która korzystała z usług naturopaty z Bielska-Białej. Mężczyzna diagnozował ją za pomocą biorezonansu i zalecał jej m.in. tzw. perły księżniczki – tampony nasączone chińskimi ziołami. Podczas przeszukania jego gabinetu śledczy zabezpieczyli dane blisko 900 osób, które mogły korzystać z jego usług.

– Jeżeli chodzi o zgłoszenia praktyk naruszających bezpieczeństwo pacjenta, nie ma ich wiele, bo Rzecznik Praw Pacjenta dziś może się zajmować wyłącznie podmiotami leczniczymi. Często te praktyki są prowadzone w ramach prywatnej działalności gospodarczej. Mówimy o gigantycznej skali nadużyć w sieci, ale jeżeli chodzi o same skargi, to dziś mamy ich niedużo – mówi rzecznik Biura RPP.

Nowe przepisy mają umożliwić RPP prowadzenie odrębnych postępowań w sprawie praktyk pseudomedycznych. Rzecznik będzie mógł żądać od osób i podmiotów, których działalność bada, informacji i dokumentów, a także korzystać z opinii ekspertów. Jeżeli uzna, że dana praktyka może zagrażać życiu lub zdrowiu pacjentów, jeszcze przed zakończeniem postępowania będzie mógł nakazać jej natychmiastowe zaprzestanie.

– Nowe kompetencje, które zyska Rzecznik Praw Pacjenta, to przede wszystkim możliwość nałożenia kary i publikacji na stronie internetowej informacji na temat osoby, instytucji czy podmiotu, który takie praktyki stosuje – wskazuje Konrad Madejczyk.

Nowelizacja ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta przewiduje podniesienie maksymalnej kary za naruszanie zbiorowych praw pacjentów do 1 mln zł. Do 100 tys. zł będzie mogła wynieść kara za brak współpracy z rzecznikiem, np. za nieprzekazanie wymaganych informacji lub dokumentów. Sankcja będzie mogła zostać nałożona także wtedy, gdy podmiot zaprzestanie stosowania danej praktyki przed wydaniem decyzji.

Do realizacji nowych zadań Biuro Rzecznika Praw Pacjenta ma otrzymać dodatkowe etaty.

– Przewidzianych jest sześć nowych etatów. Będą to osoby, które będą miały za zadanie m.in. badać informacje, które będą do nas napływały. Jeżeli chodzi o samą organizację pracy Rzecznika Praw Pacjenta, to nic się specjalnie nie zmieni, poza tym, że będą dodatkowe uprawnienia. Ale podkreślam, te uprawnienia będą na zasadzie zbierania informacji, pozyskiwania wiedzy od osób, które zajmują się medycyną. Nie będzie to nigdy decyzja podejmowana przez jedną osobę – zapewnia rzecznik Biura RPP.

Nowe przepisy wzbudzają duże kontrowersje już od początku prac legislacyjnych. Do prezydenta apelują zarówno zwolennicy regulacji, w tym środowiska lekarskie, pacjenckie i naukowe, jak i jej przeciwnicy, którzy wskazują m.in. na ryzyko zbyt szerokiej interpretacji nowych uprawnień Rzecznika Praw Pacjenta. Instytut Ordo Iuris zwrócił się do Karola Nawrockiego o skierowanie ustawy do ponownego rozpatrzenia przez Sejm. W swojej analizie wskazuje m.in. na niejednoznaczne – jego zdaniem – definicje praktyk pseudomedycznych i dezinformacji medycznej. Zdaniem instytutu regulacje mogą naruszać wolność słowa i badań naukowych, autonomię pacjenta oraz wolność działalności gospodarczej.

Źródło: Newseria