Medicalpress
Wakacje to czas odpoczynku, podróży i oderwania od codziennych obowiązków. Jednak – jak przypominają farmaceuci – urlop nie oznacza przerwy od dbania o zdrowie. Przerwanie terapii w czasie wakacji może mieć poważne konsekwencje – od wizyty na ostrym dyżurze po hospitalizację. Jak podkreślają eksperci, organizm nie lubi wakacji od leków, a nawet krótkie przerwy w terapii bywają niebezpieczne.
„Wakacje nie oznaczają jednak odpoczynku od obowiązku dbania o zdrowie” – mówi mgr farm. Bożena Szymańska, ekspert kampanii DOZkonała Lekcja Zdrowia.

Farmaceutka zwraca uwagę, że wielu pacjentów popełnia powtarzające się błędy – nie kończą terapii, zapominają o dawkach lub z własnej nieostrożności robią sobie przerwę od leków. To właśnie te zaniedbania skłoniły organizatorów do uruchomienia kampanii edukacyjnej, która w drugiej odsłonie akcentuje ryzyko związane z odstawianiem leków podczas urlopu.

Do akcji dołączył satyryk Henryk Sawka, którego rysunki z humorem i dowcipem przypominają, by nie zapominać o lekach i stosować je świadomie. Jeden z nich trafnie podsumowuje apel farmaceutów: „Nie wymieniamy się szczoteczkami do zębów, to lekami też nie powinniśmy!”.

Ekspertka ostrzega też przed poradami znajomych czy rodziny. „Takie zachowania są typowe, ale leki mogą wchodzić ze sobą w interakcje i to, co pomogło jednej osobie, nie musi działać na inną” – zaznacza.

Jeżeli w trakcie wyjazdu zabraknie leków, farmaceuta może wystawić receptę, o ile spełnione zostaną określone warunki, np. potwierdzenie danych w Internetowym Koncie Pacjenta.

„Konsekwencje niekontynuowania leczenia mogą być poważne” – ostrzega farmaceuta kliniczny Adrian Bryła. „Przerwa od niektórych leków może prowadzić do zmniejszenia ich stężenia i odnowienia objawów choroby, co może skończyć się nawet w szpitalu”.

Najbardziej narażeni są pacjenci z nadciśnieniem, cukrzycą, hipercholesterolemią czy chorobami serca. Nagłe skoki ciśnienia lub poziomu cukru mogą być groźne dla życia, a w czasie wakacji ryzyko dodatkowo rośnie. Tymczasem – jak pokazują dane – aż połowa pacjentów z nadciśnieniem przestaje przyjmować leki w pierwszym roku terapii, a 25 proc. nowo zdiagnozowanych w ogóle nie realizuje recepty.

Według WHO aż 50 proc. pacjentów nie stosuje się do zaleceń lekarskich. Przyczyny to m.in. przekonanie o braku potrzeby leczenia, obawy przed skutkami ubocznymi czy zwykłe zapominalstwo. To prowadzi do pogorszenia stanu zdrowia, wzrostu kosztów leczenia, a często także do hospitalizacji.

Farmaceuci i lekarze podkreślają, że kluczowa jest edukacja, dobra komunikacja z pacjentem oraz ułatwienia w stosowaniu terapii. Pomóc mogą także nowoczesne rozwiązania – od telemedycyny, przez aplikacje przypominające o dawkowaniu, po integrację opieki nad pacjentami z chorobami przewlekłymi.

Wakacje mogą być czasem regeneracji, ale nie od leczenia. Świadomość, systematyczność i odpowiedzialne podejście do przyjmowania leków to inwestycja w zdrowie – tak samo ważna w lipcu nad morzem, jak i w listopadzie w domu.

Źródło:Komunikat Prasowy

Ministerstwo Zdrowia przedstawiło właśnie projekt rozporządzenia zakładający, że pacjent sprowadzony karetką musi zostać przyjęty przez Szpitalny Oddział Ratunkowy (SOR) lub Izbę Przyjęć w maksymalnie 15 minut od momentu zgłoszenia zespołu ratownictwa medycznego (ZRM) w systemie – zgodnie z wytycznym Rządowego Centrum Legislacji . Dokument został przekazany w piątek, 4 lipca 2025 r., do konsultacji publicznych
Maksymalnie 15 minut – tyle czasu będzie miał Szpitalny Oddział Ratunkowy lub Izba Przyjęć na przyjęcie pacjenta z karetki od momentu zgłoszenia zespołu ratownictwa medycznego w systemie. Taką zmianę przewiduje projekt rozporządzenia ministra zdrowia, który trafił w piątek do konsultacji publicznych. To reakcja na zatory przed SOR-ami i blokowanie karetek, które obecnie potrafią czekać nawet kilka godzin na przekazanie pacjenta.

Nowe przepisy mają zapewnić nie tylko płynność działania systemu, ale też zwiększyć bezpieczeństwo chorych poprzez realne wprowadzenie w życie zasady tzw. złotej godziny. Resort zdrowia podkreśla, że w ponad 70 procent przypadków limit 15 minut już dziś jest dotrzymywany, ale nadal zdarzają się sytuacje, w których czas oczekiwania znacznie się wydłuża, co opóźnia powrót zespołów ratunkowych do kolejnych interwencji. Celem rozporządzenia jest skrócenie czasu trwania całej akcji ratunkowej – od wezwania karetki do przekazania pacjenta w szpitalu – do maksymalnie jednej godziny.

Rozporządzenie zakłada, że przekazanie pacjenta musi nastąpić nie później niż 15 minut od momentu, w którym zespół ZRM zmienia swój status na „w szpitalu”. Do tego czasu personel medyczny powinien również przekazać pełną dokumentację, w tym Kartę Medycznych Czynności Ratunkowych. Za niedotrzymanie tego czasu odpowiedzialność spanie na szpital, a nie na zespół ratownictwa. Projekt nie przewiduje okresu vacatio legis – ma wejść w życie dzień po ogłoszeniu w Dzienniku Ustaw.

Co ciekawe, pierwotnie zapis o 15 minutach miał trafić do ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym. Ostatecznie Sejm, na wniosek klubu Lewicy, zdecydował, że bardziej elastycznym rozwiązaniem będzie uregulowanie tej kwestii na poziomie rozporządzenia. Dzięki temu możliwe będzie szybkie dostosowywanie przepisów do zmieniających się realiów, bez konieczności każdorazowej nowelizacji ustawy. Senat próbował przywrócić pierwotne brzmienie, ale poprawka została przez Sejm odrzucona.

Ministerstwo Zdrowia zapewnia, że wdrożenie rozporządzenia nie będzie się wiązać z dodatkowymi kosztami ani obciążeniami organizacyjnymi. Jego celem jest uporządkowanie obecnej praktyki i usunięcie skrajnych przypadków, które dezorganizują pracę zespołów ratunkowych. Zdaniem resortu to właśnie wprowadzenie limitu czasowego jest kluczowym elementem usprawnienia systemu – nie tylko dla pacjentów, ale także dla samych ratowników i szpitali.

Projekt został już opublikowany na stronach Rządowego Centrum Legislacji i przekazany do szerokich konsultacji publicznych. Jeśli nie pojawią się istotne zastrzeżenia, rozporządzenie może wejść w życie już w lipcu, a zmiana przynieść odczuwalną poprawę zarówno dla pacjentów, jak i całego systemu ratownictwa medycznego.

Źródło: Ministerstwo Zdrowia

Sanatoria to skuteczny sposób wsparcia zdrowia – pod warunkiem spełnienia określonych kryteriów. Tymczasem nie wszyscy pacjenci mogą z nich skorzystać – mimo skierowania od lekarza. Przyczyną są zarówno medyczne przeciwwskazania, jak i bariery organizacyjne w systemie ochrony zdrowia. W poniższym artykule przyglądamy się, kogo dotykają te ograniczenia i jakie wnioski należy wyciągnąć dla lepszej dostępności usług uzdrowiskowych.
Na turnus uzdrowiskowy finansowany przez NFZ pacjenta może skierować lekarz z kontraktem z Narodowym Funduszem Zdrowia – o ile pacjent spełnia określone kryteria sprawnościowe: musi być zdolny do podróży, samoobsługi i korzystania z zabiegów.

Pacjent nie zostanie zakwalifikowany, jeżeli:

Co zmienia się organizacyjnie?
Obecnie leczenie uzdrowiskowe wymaga centralnego nadzoru – weryfikacji wskazań i przeciwwskazań – zgodnie z wytycznymi Ministra Zdrowia umieszczonymi na Pacjent.gov.pl. W praktyce jednak zdarzają się nieprawidłowości w kwalifikacji lub nadzór może być niewystarczająco sprawny.

Wnioski i rekomendacje:
Usprawniona kwalifikacja medyczna – wymaga wdrożenia standardów oceny stanu zdrowia (w tym wydania funkcjonalnych zaleceń przez lekarzy).
Lepsza informacja i transparentne zasady – pacjenci powinni mieć jasność, jakie przeciwwskazania są brane pod uwagę przy skierowaniu.
Koordynacja między instytucjami – NFZ i placówki medyczne powinny wspólnie monitorować proces uzdrowiskowy oraz terminy leczenia pacjentów po chorobach nowotworowych.

Leczenie uzdrowiskowe to ważne ogniwo systemu opieki zdrowotnej, szczególnie dla pacjentów przewlekle chorych i rekonwalescentów. Jednak nie wszyscy pacjenci – nawet ci ze skierowaniem – mogą skorzystać z sanatorium. Przeciwwskazania medyczne oraz niespójności organizacyjne sprawiają, że część osób jest wykluczana z terapii uzdrowiskowej. By poprawić dostępność i skuteczność tego rodzaju leczenia, potrzebna jest lepsza koordynacja systemowa, jasna komunikacja z pacjentem i respektowanie aktualnych wytycznych. Tylko wtedy sanatorium będzie realnym wsparciem, a nie fikcją systemową.

Źródło: Ministerstwo Zdrowia 
Choć ustawa o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta obowiązuje od 16 lat, nadal warto przypominać Polakom o tym, jakie mają prawa w trakcie leczenia – uważa Bartłomiej Chmielowiec, Rzecznik Praw Pacjenta, który razem ze swoimi współpracownikami prowadzi liczne działania informacyjno-edukacyjne w tym zakresie. Jedną z takich akcji edukacyjnych skierowanych dla dzieci i dorosłych Biuro Rzecznika Praw Pacjenta przeprowadziło podczas „Wolskiego Korowodu” – plenerowego wydarzenia zdrowotnego w warszawskim Parku Sowińskiego.
Niedziela, 15 czerwca na warszawskiej Woli minęła pod znakiem prozdrowotnego wydarzenia zorganizowanego przez Fundację Wspierania Zdrowia, w którym wzięli udział pracownicy Biura Rzecznika Praw Pacjenta.

Stoisko Rzecznika Praw Pacjenta (RPP) w parkowej zieleni widoczne było z daleka. Niebieskie barwy i charakterystyczne logo, a przede wszystkim przedstawiciele instytucji, którzy z zaangażowaniem tłumaczyli mieszkańcom Warszawy, czym są prawa pacjenta i jak ich dochodzić.

Specjaliści z Biura RPP nie ograniczali się jedynie do rozmów w dorosłymi, zwracali się również do dzieci, dla których zorganizowali quizy i zabawy edukacyjne z atrakcyjnymi nagrodami.

Wśród najmłodszych uwagę przyciągnęła para niespełna dwuletnich bliźniąt, którzy zmotywowali swoją mamę i babcię do wzięcia z nimi udziału w kole fortuny, aby wylosować dwa pytania. Pierwsze odnosiło się do prawa do otrzymania kopii dokumentacji medycznej, zaś drugie dotyczyło tego, czy pacjent ma prawo wejść do gabinetu lekarskiego z bliską osobą.

„Okazało się, że nawet tak podstawowe prawa, nie dla wszystkich uczestników zabawy wydawały się oczywiste” – zauważył Bartłomiej Chmielowiec, Rzecznik Praw Pacjenta.

Dodał, że ciekawych pytań i zabawy było więcej. „Najmłodsi, którzy chcieli zdobyć nagrody mierzyli się z pytaniami jak to, czy lekarz ma obowiązek zachować tajemnicę związaną ze stanem twojego zdrowia, czy na przykład, może powiedzieć kolegom z klasy, na co chorujesz? Była też taka zagadka, czy lepiej pić wodę czy colę? Na te pytania odpowiedzi były łatwe, choć czasami wymagały wsparcia rodziców i opiekunów, którzy również angażowali się w zabawę, a przy okazji z zainteresowaniem sięgali po materiały i ulotki o prawach pacjenta” – powiedział Rzecznik.

Podkreślił, że o prawach pacjenta można rozmawiać w różnych okolicznościach i przy wielu okazjach, od konferencji naukowych przez pikniki i festyny rodzinne, po spotkania w małym gronie z pacjentami lub ich przedstawicielami.

„Ważne jest jedno, żeby każdy z nas wiedział, że zdrowie i sam proces leczenia, to obszary objęte szczególną troską medyczną, a także prawną. Poza tym, prawa pacjenta to tak naprawdę proste dziesięć punktów, które warto znać, żeby mieć wpływ na proces swojego leczenia” – wyjaśnił minister Chmielowiec.

Dodał, że z całym zespołem współpracowników dba o ochronę praw pacjenta w każdej, nawet najmniejszej placówce medycznej w najdalszym zakątku kraju. „Chcemy też wszystkich informować i edukować o tych prawach, bo każdy z nas był lub będzie w przyszłości pacjentem” – skwitował Rzecznik Praw Pacjenta Bartłomiej Chmielowiec.

Przypomniał, że sytuacjach, gdy pacjent nie ma pewności, jakie są jego prawa, czego może oczekiwać jako pacjent dowolnej placówki medycznej, albo ma wątpliwości dotyczące procesu leczenia, może zadzwonić na całodobową infolinię Rzecznika Praw Pacjenta pod nr 800 190 590.

Najważniejsze i przydatne informacje są również dostępne pod adresem: www.gov.pl/rpp

Źródło: Biuro RPP
Foto: Biuro RPP

Rekordowe świadczenie kompensacyjne przyznane przez Rzecznika Praw Pacjenta. Kwota 222 800 zł została wypłacona pacjentowi, który doznał poważnych powikłań po planowej operacji kolana. To najwyższe świadczenie przyznane w ramach Funduszu Kompensacyjnego Zdarzeń Medycznych.​
Pacjent został przyjęty do szpitala na planową operację kolana. W trakcie zabiegu doszło do zakażenia operowanego miejsca. Już w czwartej dobie po operacji pojawiły się objawy stanu zapalnego i zaburzenia gojenia rany. Mimo niepokojących sygnałów, pacjent został wypisany do domu. Po dwóch dniach, w znacznie gorszym stanie, ponownie trafił do szpitala. Z powodu braku odpowiedniej profilaktyki i opóźnionego leczenia konieczne było przeprowadzenie trzech operacji naprawczych, a ostatecznie amputacja uda.

Decyzja Rzecznika Praw Pacjenta

Po analizie sytuacji i zaczerpnięciu opinii ekspertów, Rzecznik Praw Pacjenta Bartłomiej Chmielowiec przyznał pacjentowi najwyższą możliwą do przyznania sumę świadczenia kompensacyjnego z Funduszu Kompensacyjnego Zdarzeń Medycznych – 222 800 zł.

Znaczenie Funduszu Kompensacyjnego

Fundusz Kompensacyjny Zdarzeń Medycznych umożliwia szybkie uzyskanie rekompensaty bez konieczności prowadzenia długotrwałego procesu sądowego. Stanowi to kolejny krok w kierunku wzmocnienia ochrony praw pacjentów i zapewnienia im sprawiedliwego wsparcia w przypadku wystąpienia niepożądanych zdarzeń medycznych. Fundusz oferuje realną pomoc zarówno poszkodowanym pacjentom, jak i ich rodzinom. Ma również istotne znaczenie dla lekarzy, ponieważ chroni ich przed koniecznością uczestniczenia w wieloletnich procesach sądowych. W dłuższej perspektywie analiza zgłaszanych przypadków pozwoli na lepsze rozpoznanie i eliminację źródeł niepożądanych zdarzeń, przyczyniając się tym samym do podnoszenia standardów opieki zdrowotnej w Polsce.

Źródło: Rzecznik Praw Pacjenta​

W kontekście coraz częstszych przypadków stosowania niekonwencjonalnych, potencjalnie niebezpiecznych terapii w leczeniu boreliozy, kolejne orzeczenia sądów administracyjnych utwierdzają w przekonaniu, że ochrona pacjenta i jego prawa do leczenia opartego na dowodach naukowych pozostaje priorytetem. Najnowszy wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie to wyraźne potwierdzenie słuszności działań podejmowanych przez Rzecznika Praw Pacjenta w obronie standardów medycznych.
W wyroku z dnia 16 kwietnia 2025 r. (sygn. V SA/Wa 2779/24), Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie oddalił skargę jednego z podmiotów leczniczych na decyzję Rzecznika Praw Pacjenta dotyczącą zakazu stosowania tzw. „metody pulsacyjnej” w leczeniu boreliozy. Sąd uznał, że decyzja Rzecznika była w pełni uzasadniona i oparta na rzetelnych opiniach medycznych.

„Metoda pulsacyjna” – brak dowodów, wysokie ryzyko

Tzw. „metoda pulsacyjna” przewiduje długotrwałe i przerywane stosowanie antybiotyków – mimo braku dowodów naukowych potwierdzających jej skuteczność i bezpieczeństwo. Opinie konsultantów krajowych i wojewódzkich w dziedzinie chorób zakaźnych są jednoznaczne: metoda ta nie znajduje poparcia w środowisku naukowym, nie jest rekomendowana przez żadne uznane towarzystwo medyczne i wiąże się z realnym ryzykiem powikłań oraz promowaniem antybiotykooporności.

Rzecznik interweniuje, sądy potwierdzają

Rzecznik Praw Pacjenta Bartłomiej Chmielowiec od lat interweniuje w sprawie stosowania kontrowersyjnych metod leczenia boreliozy, w tym tzw. „metody ILADS” – również opartej na przewlekłej antybiotykoterapii bez dowodów na skuteczność. Podkreśla, że zgodnie z Kodeksem Etyki Lekarskiej lekarz ma obowiązek kierować się kryterium skuteczności i bezpieczeństwa, a nie eksperymentować kosztem zdrowia pacjenta.

Medycyna oparta na faktach – jedyne bezpieczne podejście

Eksperci przypominają, że leczenie boreliozy powinno odbywać się w poradniach specjalistycznych i zgodnie z wytycznymi m.in. Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych. Randomizowane badania nie potwierdzają skuteczności długoterminowego stosowania antybiotyków, szczególnie w leczeniu tzw. boreliozy bezobjawowej.
W opinii sądu: „Aktualna wiedza medyczna nie zależy od oświadczeń pacjentów, ale jest obiektywnym kryterium.”

Konsekwencja działań RPP – w trosce o pacjentów

Decyzja sądu to kolejny krok w kierunku ugruntowania zasad medycyny opartej na faktach w codziennej praktyce klinicznej. W erze dezinformacji i pseudomedycznych trendów, instytucjonalna ochrona pacjentów nabiera szczególnego znaczenia.

Źródło: RPP

W obliczu rosnącej liczby przypadków medycznej dezinformacji i nieuczciwych praktyk pseudomedycznych, Rzecznik Praw Pacjenta wraz z przedstawicielami środowiska lekarskiego podejmują wspólne działania mające na celu ochronę pacjentów przed szkodliwymi terapiami. Nowe inicjatywy i planowane zmiany legislacyjne mają na celu zwiększenie skuteczności w zwalczaniu szarlatanerii medycznej oraz zapewnienie pacjentom dostępu do rzetelnej i bezpiecznej opieki zdrowotnej
Internet ułatwia szarlatanom medycznym szerzenie dezinformacji i żerowanie na dramacie chorych. Skuteczną walkę ze szkodliwym procederem umożliwią ustawowe uprawnienia do nakładania kary administracyjnej przez Rzecznika Praw Pacjenta, na wzór uprawnień prezesa UOKiK do karania nieuczciwych firm – uważają Bartłomiej Chmielowiec, Rzecznik Praw Pacjenta i Łukasz Jankowski, prezes Naczelnej Izby Lekarskiej, którzy łączą siły i zapowiadają do 1 mln zł kary dla oszustów. Rozwiązanie to będzie możliwe do wprowadzenia w życie dzięki działaniom minister zdrowia Izabeli Leszczynie.

Rzecznik Praw Pacjenta podczas wspólnego wystąpienia z szefem Naczelnej Izby Lekarskiej zauważył, że „wszelkiej maści znachorzy” i inni pseudomedycy, tak naprawdę są cynicznymi biznesmenami, zarabiającymi grube pieniądze na dramacie chorych ludzi.

„Przykładów szkodliwej dla zdrowia i życia ludzkiego działalności paramedycznej w internecie jest mnóstwo. Dość wymienić kilka z brzegu, jak np. terapię EMOST, która ma m.in. leczyć z autyzmu pacjentów ich własnym sygnałem elektromagnetycznym czy też Oskar D. znany jako >>doktor zdrowie<<, który oferował m.in. cudowne autyzmu i raka. Niedawno został zatrzymany przez prokuraturę. Inny przykład to forma leczenia boreliozy w której oszuści proponują pacjentom kilkuletnie terapie antybiotykami i preparatami o nieznanym składzie i wpływie na zdrowie człowieka” – wymienił minister Chmielowiec.

Dodał, że charakterystyczne dla tego typu oszustów jest m.in. posługiwanie się nowomową paramedyczną i terminami w stylu „medycyna alternatywna”, „medycyna ekologiczna”, a nawet „medycyna klasztorna czy „naturoterapia”.

„Szarlatani medyczni i liczni znachorzy są bardzo skuteczni w tym, co robią, bo żerują na strachu pacjentów oraz ich determinacji. Świetnie też opanowali techniki manipulacyjne i nie mają skrupułów” – ocenił Rzecznik.

Zwrócił uwagę, że kiedyś tego typu oszuści mieli większą trudność, aby funkcjonować w przestrzeni publicznej i docierać do rzeszy ludzi. Dziś w wraz z rozwojem internetu i mediów społecznościowych mają bardzo ułatwiony dostęp do odbiorców.

„Oszustom sprzyjać też może sytuacja w ochronie zdrowia z utrudnionym dostępem i długim oczekiwaniem do specjalistów, często bardzo przeciążonych., To często zniechęca pacjentów do powszechnego systemu i kieruje ich uwagę na poszukiwanie tzw. alternatywnych terapii, oczywiście dostępnych od ręki i oferowanych przez uśmiechniętych >>szarlatanów<< z niemal nieograniczonym czasem dla pacjenta. Niestety, ceną za te usługi często są nie tylko pieniądze, ale też zdrowie i życie ludzi” – powiedział.

Według ministra Bartłomieja Chmielowca szarlatani wykorzystują też niski poziom wiedzy na temat zdrowia w polskim społeczeństwie.

„Dlatego wprowadzenie edukacji zdrowotnej dla uczniów szkół podstawowych i ponadpodstawowych od nowego roku szkolnego, co całym sercem wspieram i rekomenduję, będzie ważnym elementem ochrony przed oszustami. Jednak proces edukacji wymaga czasu, a my musimy działać już” – zauważył.

Według Łukasza Jankowskiego, prezesa Naczelnej Izby Lekarskiej, bezkarność szarlatanów medycznych wynika z tego, że brakuje skutecznych narzędzi prawnych pozwalających na szybkie i efektywne działanie ze strony organów państwa.

„To jest specyficzny proceder, z którym próbujemy walczyć, ale mamy ograniczone możliwości, bo jako Izba Lekarska i Rzecznik Praw Pacjenta możemy zajmować się wyłącznie legalnymi praktykami, znachorzy leżą poza naszym zasięgiem. Oczywiście jest prokuratura, która dostaje takie zgłoszenia również od nas, ale bardzo często traktuje działalność tych >>uzdrowicieli<< jako mało szkodliwą społecznie, więc umarza postępowania” – stwierdził.

Zdaniem Prezesa NIL potrzebna jest zmiana prawa, która wyposaży Rzecznika Praw Pacjenta w kompetencje do podejmowania działań administracyjno-prawnych wymierzonych w szarlatanerię, na wzór uprawnień, które posiada prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta.

Bartłomiej Chmielowiec dodał, że przygotowany wspólnie z Ministerstwem Zdrowia i wspierany przez minister Izabelę Leszczynę projekt nowelizacji ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta oraz ustawy o systemie powiadamiania ratunkowego został wpisany do wykazu prac legislacyjnych rządu i ma zostać przyjęty w II kwartale br., a następnie trafi do Sejmu.

„Projekt przede wszystkim ureguluje, czym są praktyki pseudomedyczne oraz daje narzędzia do przeciwdziałania dezinformacji medycznej” – powiedział Chmielowiec.

„Nowela zawiera też propozycję, żeby Rzecznik Praw Pacjenta na wzór prezesa UOKiK miał możliwość wszczynania postępowań o zbiorowe naruszenie praw pacjenta, wydawania decyzji administracyjnej o zakazie kontynuowania praktyk naruszających prawa pacjenta oraz natychmiastowego nakładania kary finansowej w wysokości do 1 mln zł na podmiot lub osobę działającą na szkodę pacjenta” – dodał.

Zwrócił uwagę, że ma to podwójny wymiar. Z jednej strony pozwoli zablokować stosowane nieuczciwe praktyki, z drugiej zapobiegnie kolejnym takim praktykom, bo stosowna informacja trafi do opinii publicznej.

RPP wyjaśnił, że ukarany podmiot lub osoba będzie mogła odwołać się do sądu. Dodał też, że równolegle może się toczyć postępowanie prokuratorskie.

„Oczywiście składamy zawiadomienia do prokuratury, gdy dowiadujemy się o oszukańczym procederze. W ostatnich dwóch latach złożyliśmy 50 takich zawiadomień, jednak te sprawy mogą trwać bardzo długo, o ile zostaną podjęte przez prokuraturę, a w tym czasie kolejni pacjenci tracą zdrowie, a nawet życie.” – zaznaczył.

Według ministra Chmielowca prawa konsumenta w Polsce są solidnie chronione. Tymczasem zdrowie i życie ludzkie są wartościami znacznie wyższymi niż konkurencja i pieniądze, dlatego czas na zbiorową i skuteczną ochronę praw pacjenta przed nieuczciwymi praktykami fałszywych lekarzy.

Źródło: PAP MediaRoom
Jak wynika z badań satysfakcji pacjentów prowadzonych przez Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia, niemal 90 proc. pacjentów uznałoby szpital, w którym byli leczeni, jako godny polecenia. Wprowadzone rok temu przepisy kładą szczególny nacisk na jakość w ochronie zdrowia i szpitale zaczynają to u siebie wdrażać. – Poprawa jakości i bezpieczeństwo pacjenta są działami standardów akredytacyjnych, które jeszcze wypadają najgorzej. Problemem jest badanie zdarzeń niepożądanych – ocenia Agnieszka Pietraszewska-Macheta, dyrektorka Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia.
 Bezpieczeństwo w szpitalach się zmienia. Myślę, że to jest kwestia systematycznego podejścia do tego. To nie jest kwestia zero-jedynkowa, że nagle wchodzi ustawa i bezpieczeństwo się poprawia. Ustawa o jakości, jej okres wdrożenia się przedłuża. Mamy ją już od roku, jednak przepisy wykonawcze dopiero się pojawiają na bieżąco. Natomiast sam system akredytacji, który funkcjonuje już wiele lat, pozwala na poprawę bezpieczeństwa pacjenta w polskich szpitalach. Mamy też coraz więcej świadomości na ten temat, co to znaczy bezpieczny szpital, w jaki sposób podejść do bezpieczeństwa, niezależnie od procesu akredytacji – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Agnieszka Pietraszewska-Macheta.

W 2023 roku weszła w życie ustawa o jakości w opiece zdrowotnej i bezpieczeństwie pacjenta. Miała na celu wdrożenie kompleksowych rozwiązań prawno-organizacyjnych w obszarze jakości opieki zdrowotnej. Zgodnie z przepisami system jakości ma się opierać na czterech elementach: autoryzacji, wewnętrznym systemie zarządzania jakością i bezpieczeństwem, akredytacji oraz rejestrach medycznych. Aby szpital mógł udzielać świadczeń finansowanych ze środków publicznych, musi uzyskać autoryzację wydawaną przez prezesa NFZ. To zaś oznacza konieczność wdrożenia wewnętrznego systemu monitorowania jakości, który obejmuje identyfikację ryzyka zdarzeń niepożądanych, wyznaczanie obszarów priorytetowych dla poprawy jakości i bezpieczeństwa udzielanych świadczeń, monitorowanie wskaźników czy badanie opinii pacjentów. Ustawa wprowadza również nową procedurę akredytacyjną, która będzie dobrowolna, ale placówki będą musiały spełniać wyższe wymagania, a minister zdrowia będzie miał możliwość cofnięcia certyfikatu akredytacyjnego.

– Mamy ustawę o jakości – pierwszy raz ustawodawca w tytule ustawy określa to właśnie tym sformułowaniem, więc to pojęcie zaczyna funkcjonować w świadomości. Ustawa funkcjonuje od roku, systematycznie wdrażane są akty wykonawcze, w tej chwili brakuje nam tylko jednego aktu, abyśmy mieli komplet. Pracujemy nad standardami akredytacyjnymi w nowej odsłonie – wskazuje dyrektor CMJ.

Na początku września ukazało się obwieszczenie minister zdrowia w sprawie standardów akredytacyjnych dla działalności leczniczej w rodzaju całodobowych i stacjonarnych świadczeń zdrowotnych szpitalnych. Określono w nich kwestie dotyczące m.in. praw i obowiązków pacjentów, oceny stanu zdrowia chorych, diagnostyki, poprawy jakości i bezpieczeństwa pacjentów czy jakości obsługi.

CMJ przeprowadza procedurę oceny jakości w zakresie spełniania standardów akredytacyjnych. Jeśli szpital lub inna placówka medyczna chce uzyskać certyfikat akredytacyjny, składa do centrum wniosek. Uzyskanie akredytacji jest potwierdzeniem spełniania przez podmiot wykonujący działalność leczniczą określonych standardów akredytacyjnych.

– Każdy szpital aspiruje do tego, żeby być jak najbezpieczniejszy. Szpitale akredytowane mogą się pochwalić dużym poziomem bezpieczeństwa, szczególnie że mamy specjalny dział, który odnosi się do bezpieczeństwa pacjenta. Poza tym każdy szpital, który nawet nie jest akredytowany, może korzystać z narzędzi, które udostępniamy w formule standardów akredytacyjnych, i na ich podstawie przygotowywać wewnętrzny system zarządzania jakością i bezpieczeństwem – podkreśla Agnieszka Pietraszewska-Macheta. – Wydaje się, że szpitale mało chętnie poddają się procesowi akredytacji, bo jest to proces trudny, wymagający zaangażowania. Mamy w tej chwili trochę więcej niż 1/5 szpitali w Polsce, które poddają się akredytacji i ją odnawiają, ale cały czas to w większości są te same jednostki, jest ich trochę ponad 200. Chciałabym, aby szpitale w większym zakresie korzystały z tego narzędzia i podnosiły swoją jakość.

Z ankiet satysfakcji pacjentów, które w 2022 roku zebrało Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia, wynika, że 88 proc. pacjentów uznałoby szpital, w którym byli leczeni, za godny polecenia. Zdecydowana większość (92 proc.) respondentów nie miała zastrzeżeń w zakresie przestrzegania praw pacjenta. Jeśli już zdarzały się zgłoszenia związane z naruszeniami tych praw, dotyczyły one prawa do intymności, do poszanowania godności oraz do kontaktu z osobą bliską (po ok. 4 proc.). Część pacjentów zgłaszała też problemy komunikacyjne – w badanych szpitalach 6 proc. pacjentów nie rozumiało, co chcą przekazać lekarze. Blisko 8 proc. miało poczucie, że nie uczestniczy w decyzjach dotyczących sprawowania opieki tak, jak by sobie tego życzyli.

– Proces zapewnienia badań diagnostycznych czy infrastruktury w szpitalach jest już na coraz lepszym poziomie. Natomiast poprawa jakości i bezpieczeństwo pacjenta są działami standardów, które jeszcze wypadają najgorzej – wyjaśnia ekspertka. – Tutaj problemem jest czasem badanie zdarzeń niepożądanych.

Badanie PASAT pozwoliło również na zgromadzenie informacji o częstości występowania zdarzeń niepożądanych z perspektywy pacjenta. Co 10. pacjent wskazał, że doświadczył zdarzenia niepożądanego, przy czym 3 proc. odpowiedziało, że nikt z personelu o tym nie informował. Ustawa nakłada na szpitale obowiązek identyfikacji ryzyka zdarzeń niepożądanych.

– Mamy takie przekonanie, że badanie zdarzeń niepożądanych nie służy poprawie jakości, tylko wyciąganiu konsekwencji wobec osób, które mogą się przyczynić do powstania takiego zdarzenia niepożądanego. Badanie zdarzeń niepożądanych, wyciąganie z nich wniosków służy przede wszystkim poprawie procesów i tego, co jest w szpitalu, żeby ich było coraz mniej. Myślę, że to aspekt, nad którym musimy bardzo pracować – mówi Agnieszka Pietraszewska-Macheta.

źródło: newseria