Medicalpress

Wysokie temperatury są groźne dla naszego organizmu; może dojść do udaru słonecznego i udaru cieplnego lub wyczerpania cieplnego – ostrzega resort zdrowia. Aby temu zapobiec, należy unikać nadmiernego nasłonecznienia i wypijać odpowiednią ilość płynów, najlepiej wody.

 
Alerty pogodowe z powodu upałów wydano w Europie m.in. we Francji, w Portugalii, we Włoszech i w Chorwacji. W Polsce bardzo gorąco ma być w weekend. Ekstremalne upały nadciągają nad południowo-zachodnie wybrzeże USA, z temperaturą ponad 38 st. C, zagrażając m.in. mieszkańcom aglomeracji Los Angeles i kibicom piłkarskich mistrzostw świata.

W związku z sytuacją pogodową przypominamy informacje Ministerstwa Zdrowia na temat potencjalnych zagrożeń dla zdrowia związanych z wysokimi temperaturami. Należą do nich udar słoneczny, udar cieplny oraz wyczerpanie cieplne.

Najbardziej znany jest udar słoneczny, nazywany też porażeniem słonecznym. Dochodzi do niego na skutek dużego i bezpośredniego nasłonecznienia, głównie głowy oraz karku. Pod wpływem promieni słonecznych działających na skórę głowy może nastąpić przekrwienie opon mózgowych oraz mózgu.

Objawem udaru słonecznego są bóle i zawroty głowy, zaczerwienie i poparzenie skóry oraz ogólny niepokój. W takiej sytuacji należy jak najszybciej przenieść się do chłodniejszego miejsca. Pomagają zimne lub wilgotne okłady na głowę, pomocne są także chłodne kąpiele. Nie zaleca się jednak przykładania lodu, bo grozi to wystąpieniem szoku cieplnego – informuje Ministerstwo Zdrowia.

W razie omdlenia i utraty przytomności trzeba natychmiast wezwać pomoc medyczną. Konieczne może być leczenie szpitalne, szczególnie wtedy, gdy dojdzie do powikłań i niezbędna jest obserwacja. Udar słoneczny nie mija od razu, na ogół trwa od kilkunastu godzin do nawet kilku dni.

Do udaru cieplnego (porażenia cieplnego) dochodzi po dłuższym okresie narażenia całego ciała na wysokie temperatury, na przykład podczas opalania, szczególnie w godzinach od 10.00 do 14.00, kiedy promieniowanie słoneczne jest najbardziej intensywne. Sprzyja temu wysoka wilgotność powietrza i brak ruchu powietrza (lub bardzo mały ruch powietrza). „Temperatura ciała jest wtedy tak wysoka, że organizm nie jest w stanie samodzielnie jej obniżyć” – wyjaśnia Ministerstwo Zdrowia.

Temperatura ciała może wzrosnąć powyżej 39 st. C, a nawet do 41 st., znacznie powyżej tej, która dla naszego organizmu jest optymalna. Najbardziej jest to groźne dla małych dzieci i niemowląt, które nie mają wykształconych mechanizmów termoregulacji, a także dla osób starszych oraz tych z chorobami przewlekłymi. Na udar cieplny narażone są także osoby młode i zdrowe, ale uprawiające intensywnie sport w czasie upałów.

Objawem udaru cieplnego – poza wysoką temperaturą ciała – jest gorąca, czerwona i sucha lub wilgotna skóra oraz szybkie i dobrze wyczuwalne tętno (bicie serca), a także krótki oddech i skurcze mięśni. „Możliwa jest utrata przytomności” – ostrzega Ministerstwo Zdrowia.

Podobnie jak w przypadku udaru słonecznego, w takiej sytuacji należy przenieść się w chłodne miejsce, a jeśli nie jest to możliwe samodzielnie – konieczna jest pomoc innych osób. Niezbędne jest schłodzenie ciała, najlepiej zimnymi okładami. Można zastosować zimne kąpiele lub zimny prysznic. Gdy chory jest przytomny, pomocne jest wypijanie większej ilości chłodnych płynów, w małych porcjach, najlepiej niegazowanej wody.

Ministerstwo Zdrowia zaleca na swej stronie internetowej, żeby w razie wystąpienia takich objawów bezzwłocznie wezwać pomoc, ponieważ jeśli nie zostanie ona udzielona w odpowiednim czasie – może dojść do śpiączki, a nawet śmierci.

Podczas upałów zdarza się także wyczerpanie cieplne. Ma ono jednak inny mechanizm niż udar cieplny czy tym bardziej udar słoneczny. Do wyczerpania cieplnego dochodzi pod wpływem długiego przebywania na słońcu, ale wtedy, gdy w organizmie następuje nadmierna utrata płynów i soli. „Spada wówczas ciśnienie tętnicze krwi, co powoduje uczucie silnego zmęczenia” – zwraca uwagę MZ.

Objawami są: zwiększona potliwość, brak sił, zimna, blada i wilgotna skóra, szybkie albo słabo wyczuwalne tętno, nudności lub wymioty oraz zasłabnięcie. Należy wtedy przenieść się w chłodniejsze miejsce, najlepiej położyć się i rozluźnić ubranie, zastosować zimne okłady na całym ciele i wypijać wodę małymi łykami. Jednak w razie wymiotów należy udać się do lekarza.

Ministerstwo Zdrowia zapewnia, że jeśli osoba z objawami wyczerpania cieplnego wystarczająco szybko zostanie przeniesiona w chłodniejsze miejsce i napije się wody, powinna poczuć się lepiej. „Jeśli jednak w ciągu pół godziny złe samopoczucie nie minie, istnieje podejrzenia udaru cieplnego” – ostrzega. Wtedy należy bezzwłocznie wezwać pomoc medyczną.

Aby chronić organizm przed upałem, Narodowy Fundusz Zdrowia zaleca: ograniczyć przebywanie w pełnym słońcu, pić dużo wody, najlepiej niegazowanej; pamiętać o lekkich, regularnych posiłkach, stosować kremy z filtrem UV, korzystać z nakrycia głowy i okularów przeciwsłonecznych z filtrem; unikać nadmiernego wysiłku fizycznego, który może doprowadzić do odwodnienia i utraty minerałów; nie zostawiać dzieci i zwierząt w aucie; unikać alkoholu, ponieważ odwadnia to organizm; nosić jasną, lekką i przewiewną odzież oraz starać się nie wychodzić z domu.

Źródło: Nauka w Polsce

Czy milion dobrych uczynków to dużo? Dziesięcioletnia Emilka chce się o tym przekonać. W internecie ogłosiła właśnie akcję Postanawiam Pomagać i namawia wszystkich, żeby podjęli wyjątkowe, noworoczne postanowienie. Namówić już się dali Mateusz Damięcki, Jarosław Boberek, prof. Jan Miodek, Karol Wójcicki, Kamil Przystał i Tomasz Zubilewicz. Ty też możesz dołączyć.
Choć Emilka Wójcik ma zaledwie 10 lat, już jest ekspertką od tego, co w życiu ważne. Przez pięć lat leczyła się w klinice onkologii dziecięcej Przylądek Nadziei we Wrocławiu. Dwa razy chorowała na raka.  I ona i cała jej rodzina – mama Iza, tata Łukasz i brat Filip – doskonale wiedzą, ile znaczy pomoc, którą otrzymuje się w trudnej chwili.

Tak powstało wyjątkowe, dziecięce marzenie. Żeby pomoc otrzymał każdy, kto jej potrzebuje. I żeby cały świat usłyszał: pomaganie jest piękne, a proszenie o pomoc to żaden wstyd. Emilka postanowiła namawiać ludzi, żeby sobie nawzajem pomagali. I nie zapominali na co dzień, jak pomaganie jest ważne.

– Robimy największą akcję na świecie. Będziemy sobie pomagać, bo tylko tak może być fajnie – wyjaśnia Emilka w filmikach na Facebooku. – Tak sobie pomyślałam, żeby to pomaganie wróciło do nas wszystkich. Okazja nadarza się idealna. Trwa czas podejmowania noworocznych postanowień. Emilka zachęca, żeby do swojej listy na przyszły rok dodać jedno, krótkie ale bardzo ważne: POSTANAWIAM

POMAGAĆ! Robi to w internecie. W mediach społecznościowych. 

Co trzeba zrobić? To proste!

Marzenie Emilki to viral w mediach społecznościowych. Tysiące wpisów ludzi z całej Polski, w których opowiedzą, pokażą i opiszą, jak pomagają. Sobie nawzajem, zwierzętom, przyrodzie. Bo pomagać można na milion sposobów. I każdy taki wpis może być inspiracją dla kolejnych osób. Będzie napędzać spiralę dobra.

– To nie muszą być duże rzeczy. Mogą też być małe – mówi Emilka. – Ważne, żeby sobie pomagać, kiedy ktoś nie daje rady!

Żeby dołączyć do Emilki wystarczą trzy proste kroki:
I gotowe! Jeśli chcesz, zaproś kolejne osoby. Żeby zebrać jak najwięcej dobrych uczynków. Ile? Będzie to można śledzić na żywo. Na stronie internetowej postanawiampomagac.pl działa licznik, który pokazuje ile wpisów z hashtagiem #pomagam2026 pojawiło się na Instagramie, Facebooku, TikToku, YouTube, LinkedIn i na platformie X. O tym, ile znaczy pomaganie w ich życiu i jak sami go doświadczyli opowiedzą wyjątkowi sojusznicy. W realizacji marzenia Emilkę już postanowiło wesprzeć wiele znanych i lubianych osób.
będą gośćmi noworocznego podcastu, w którym redaktor Paweł Gołębski zada im takie pytania, jakich próżno szukać w wywiadach, na co dzień publikowanych w mediach i internecie. Odpowiedzi i szczere wyznania mogą być zaskoczeniem nawet dla największych fanów. Tak samo, jak lista gości, która codziennie robi się dłuższa.

Podcast będzie można obejrzeć na Youtube i na stronie internetowej emilkowego virala. Znajdziecie na niej również uliczne sondy, podczas których przyjaciele Emilki będą pytać o to, jak pomagamy na co dzień. Znajdą się tu również intrygujące ciekawostki na temat pomagania z całego świata. Jakie? Na przykład prof. Jan Miodek opowie, skąd w ogóle wzięło się to słowo w naszym języku. A to tylko na początek.

– My, dorośli, daliśmy się urzec marzeniu Emilki. Jest naszą podopieczną od wielu lat, dlatego postanowiliśmy pomóc i my – tłumaczy Agnieszka Perczyk z Fundacji Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową. – Stworzyliśmy dla Emilki stronę internetową, udostępniamy nasze media społecznościowe i pomogliśmy przygotować większe formaty. Jednak największa siła jest w ludziach, którzy poniosą marzenie Emilki dalej w świat. Podejmą noworoczne wyzwanie i będą sobie pomagać. To jest cel, do którego chcemy dołożyć swoją cegiełkę.

Na stronie internetowej postanawiampomagac.pl codziennie pojawiać się będą nowe elementy. Jakie? Wszystko w rękach uczestników. Dołączyć może przecież każdy.

Nakręcane serca. Piosenka od koleżanek będzie hitem?

Wiadomo już za to na pewno, że 31 grudnia, w Sylwestra, premierę będzie miała piosenka „Nakręcane serca”. Jej powstanie to historia, która nadaje się na scenariusz filmu. Młoda poetka Malwina Krawczyk, która również leczy się w Przylądku Nadziei, na wieść o marzeniu Emilki napisała wiersz. Jego słowa urzekły Weronikę Mrugałę, dziś studentkę medycyny, która jako dziecko, również chorowała na raka i była pacjentką tej samej kliniki. A ponieważ Weronika jest też utalentowaną wokalistką, układanka była niemal gotowa. Uzupełnili ją wrocławski artysta Dawid Makowski, który skomponował muzykę oraz chór uczniów I Liceum Ogólnokształcącego w Ostrzeszowie. Na koniec Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu użyczył sceny na nagranie teledysku. Efekt? To może być noworoczny przebój.

Premiera 31 grudnia na stronie postanawiampomagac.pl

Emilka – jak sama mówi – wierzy, że dobro wraca. W nowym roku możemy się o tym przekonać wszyscy. Wystarczy dać się namówić dziesięciolatce na spełnienie jej marzenia. Marzenia, które jest właśnie dla nas.

Źródło: Komunikat Prasowy

Cholesterol to temat, który regularnie wraca w dyskusjach o zdrowiu serca i profilaktyce chorób układu krążenia. Choć jest niezbędny do prawidłowego funkcjonowania organizmu, jego nadmiar może stać się poważnym zagrożeniem. Wysoki poziom „złego” cholesterolu LDL to jeden z głównych czynników ryzyka zawałów i udarów. Dlatego warto wiedzieć, jakie są aktualne normy, kiedy się badać i jak skutecznie obniżać jego poziom. O najnowszej wiedzy na ten temat opowiada dr hab. n. med. prof. nadzw. Aleksander Żurakowski, kardiolog American Heart of Poland.
Cholesterol jest niezbędny do prawidłowego funkcjonowania organizmu. Problem pojawia się wówczas, gdy jego stężenie we krwi przekracza normy, a nadmiar zaczyna odkładać się w naczyniach krwionośnych. Zbyt wysoki poziom cholesterolu, szczególnie frakcji LDL, to jedna z przyczyn chorób układu sercowo-naczyniowego, w tym zawałów serca. O tym, dlaczego warto go kontrolować i jak zmieniały się normy, mówi dr hab. n. med. prof. nadzw. Aleksander Żurakowski, kardiolog American Heart of Poland.

Dobry i zły cholesterol

Cholesterol dzielony jest na dwie frakcje: LDL, czyli „zły” cholesterol, oraz HDL – „dobry”.
 – Największe zagrożenie dla serca i naczyń stanowi frakcja LDL, ponieważ to ona odkłada się w ścianach tętnic i prowadzi do ich zwężenia – tłumaczy dr hab. n. med. prof. nadzw. Aleksander Żurakowski. – HDL odgrywa rolę ochronną, usuwając nadmiar cholesterolu z krwiobiegu, jednak nie ma tak dużego znaczenia w ocenie ryzyka zawału, jak kiedyś sądzono – dodaje.

Im niższy LDL, tym lepiej dla serca

Wiele lat temu dopuszczalne normy LDL były wyższe niż obecnie. Jak mówi kardiolog American Heart of Poland, kolejne badania wykazywały, że obniżenie poziomu „złego” cholesterolu bezpośrednio przekłada się na mniejsze ryzyko zawałów, udarów i innych incydentów sercowo-naczyniowych. Normy są regularnie aktualizowane, a próg „bezpiecznego” LDL jest sukcesywnie obniżany.

Zmiany w normach dotyczących poziomu cholesterolu LDL to efekt wyników kolejnych badań oraz postępu w farmakologii. Jak tłumaczy dr hab. n. med. prof. nadzw. Aleksander Żurakowski, przełomem było pojawienie się współczesnych statyn – znacznie silniejszych od tych pierwszej generacji. – Kiedyś leki te obniżały stężenie cholesterolu zaledwie o 20 procent. W takich warunkach osiągnięcie wartości LDL, które dziś uznajemy za docelowe, było dla większości pacjentów nieosiągalne – wyjaśnia kardiolog. Dlatego w tamtym czasie nikt nie rozważał obniżania norm, skoro możliwości terapeutyczne były tak ograniczone. Dopiero leki nowej generacji pozwoliły na skuteczniejszą walkę z wysokim poziomem LDL.

Dieta i ruch

Choć styl życia ma ogromne znaczenie, nie zawsze jest w stanie rozwiązać problem hipercholesterolemii. – Dieta może obniżyć poziom cholesterolu o około 20 procent – mówi dr hab. n. med. prof. nadzw. Aleksander Żurakowski. – Ograniczenie produktów pochodzenia zwierzęcego jest zalecane, ale w wielu przypadkach niezbędne może być także włączenie farmakoterapii – dodaje.

Ważnym elementem profilaktyki jest także aktywność fizyczna. Regularny wysiłek wpływa korzystnie nie tylko na poziom HDL, ale też na ogólną kondycję naczyń krwionośnych i serca. – Niestety, nie mamy leków, które skutecznie podniosłyby HDL. Dlatego aktywność fizyczna pozostaje naszym jedynym narzędziem – podkreśla ekspert American Heart of Poland.

Nie ma jednej normy dla wszystkich

Jak stwierdza dr hab. n. med. prof. nadzw. Aleksander Żurakowski, nie istnieje uniwersalna norma cholesterolu dla każdego. – U młodej, zdrowej osoby LDL może być nieco wyższy, a i tak jej ryzyko zawału w najbliższych latach będzie bliskie zeru. Jednak u pacjenta z nadciśnieniem, palącego papierosy, nawet niewielkie przekroczenie norm LDL może być niebezpieczne – tłumaczy kardiolog.

Ogólnie przyjmuje się, że osoby zdrowe po 40. roku życia powinny utrzymywać LDL poniżej 100 mg/dL. U pacjentów z grupy wysokiego ryzyka (np. po przebytym zawale lub z rozpoznaną miażdżycą) zaleca się jeszcze niższe wartości – nawet poniżej 40 mg/dL.

Kiedy warto się zbadać?

Eksperci rekomendują rozpoczęcie regularnych badań lipidogramu – pełnego profilu cholesterolu – u mężczyzn po 40. roku życia, a u kobiet – po 50. lub wcześniej, jeśli przeszły menopauzę. – Ryzyko incydentów sercowo-naczyniowych znacząco rośnie z wiekiem, a cholesterol to tylko jeden z wielu czynników, które musimy brać pod uwagę – podkreśla kardiolog American Heart of Poland.

Nadciśnienie, otyłość czy palenie papierosów to inne równie ważne elementy. Dlatego kompleksowa profilaktyka sercowo-naczyniowa powinna obejmować nie tylko kontrolę lipidów, ale także innych parametrów zdrowotnych oraz prowadzenie zdrowego trybu życia.

Źródło: Komunikat Prasowy

 
 
Transplantacje wielonarządowe to dziś jedno z najbardziej zaawansowanych wyzwań współczesnej medycyny. Choć wymagają ogromnego doświadczenia, precyzji i współpracy wielu zespołów specjalistycznych, stają się realną szansą na uratowanie życia pacjentów z krańcową niewydolnością dwóch narządów. Uniwersyteckie Centrum Kliniczne w Gdańsku jest liderem tego typu procedur w Polsce, pokazując, że przy odpowiednim zapleczu i determinacji można skutecznie przesuwać granice transplantologii.
Gdyby porównać transplantologię do fizyki, przeszczepienia dwunarządowe byłyby niczym mechanika kwantowa – złożone, wymagające ogromnej precyzji i wiedzy. Tego typu operacje wykonywane są jedynie w najbardziej zaawansowanych ośrodkach, jak Uniwersyteckie Centrum Kliniczne w Gdańsku – obecny lider w Polsce w tym zakresie.

Pacjenci z niewydolnością więcej niż jednego narządu przez wiele lat byli poza zasięgiem transplantologii – choroba jednego układu dyskwalifikowała ich z leczenia drugiego. Dziś, dzięki postępowi medycyny i logistyki, możliwe są jednoczasowe przeszczepienia dwóch narządów: serca z nerką, wątroby z nerką, płuc z nerką czy serca z płucami.

UCK w Gdańsku może pochwalić się łącznie 11 wykonanymi transplantacjami dwunarządowymi, a także pionierskimi osiągnięciami w zakresie pierwszych w Polsce operacji serca i płuc zakończonych sukcesem po dwóch dekadach przerwy.

Od serca do nerek – historia pierwszych operacji

Pierwszą jednoczasową transplantację serca i nerki w Gdańsku przeprowadzono w 2018 r. – był to dopiero drugi taki przypadek w Polsce od czasów zespołu prof. Zbigniewa Religi. Dr hab. Piotr Siondalski, koordynujący program transplantacji serca w UCK, podkreśla, że sukces takich zabiegów wymaga nie tylko przygotowania technicznego, ale też wiary zespołu i pacjenta w powodzenie leczenia.

Dziś UCK ma na koncie już trzy transplantacje serca z nerką oraz trzy przeszczepienia wątroby z nerką. W 2023 r. w gdańskim ośrodku przeprowadzono także pierwszą w Polsce udaną operację przeszczepienia płuc i nerki – a w kolejnych miesiącach dwie kolejne.

Pacjenci dializowani zyskują nową szansę

Transplantacja wątroby i nerki daje szczególną szansę pacjentom z niewydolnością obu narządów – często jeszcze przed rozpoczęciem dializ. Jak zaznacza prof. Alicja Dębska-Ślizień, kierująca programem transplantacji nerek w UCK, to „ostatnia deska ratunku”, która może całkowicie zmienić rokowanie chorego.

Z kolei dr hab. Piotr Domagała, odpowiedzialny za program przeszczepień wątroby, podkreśla, że opieka nad pacjentem dwunarządowym jest znacznie bardziej złożona – wymaga dokładnej kontroli gospodarki płynowej i hemodynamicznej, a niektóre narządy (jak nerka) uruchamiają się z opóźnieniem.

Czas – kluczowy czynnik

Podczas jednoczasowych przeszczepień szczególnie ważny jest czas niedokrwienia narządów. Wątroba toleruje maksymalnie 8–12 godzin przerwy w ukrwieniu, płuca tylko 6 godzin, a nerki – nawet do 48 godzin przy zastosowaniu maszyn do perfuzji, w które wyposażone jest UCK.

Z tego względu ustalenie kolejności przeszczepów (np. najpierw płuca, potem nerka) zależy od specyfiki narządów. Dodatkowo, zespolenia chirurgiczne muszą być zaplanowane w sposób maksymalizujący szanse powodzenia.

Zespół ponad wszystko

W jednoczasowych transplantacjach uczestniczy kilkudziesięciu specjalistów: chirurdzy, anestezjolodzy, perfuzjoniści, pielęgniarki, fizjoterapeuci, psycholodzy i koordynatorzy transplantacyjni. Wszystko po to, by przygotować pacjenta, przeprowadzić operację i zapewnić skuteczne leczenie po przeszczepie.

Jak podkreślają eksperci, kluczowa jest zgodność immunologiczna – przeszczepienie obu narządów od jednego dawcy zmniejsza ryzyko odrzutu i powikłań immunosupresyjnych.

Gdańsk przeciera szlak

Poza UCK, transplantacje dwunarządowe realizowane są także w ośrodkach w Warszawie, Szczecinie, Katowicach i Zabrzu. Gdański ośrodek planuje już kolejne kroki – w tym pierwsze w Polsce przeszczepienie wątroby i płuc.
 
Choć transplantacje dwunarządowe to ogromne wyzwanie kliniczne, logistyczne i psychologiczne – dają pacjentom realną szansę na nowe życie. Gdańskie UCK pokazuje, że przy zaangażowaniu, nowoczesnej technologii i determinacji zespołu medycznego można osiągać sukcesy tam, gdzie jeszcze niedawno wydawało się to niemożliwe. To dowód na to, że warto inwestować w rozwój wysoko wyspecjalizowanej medycyny w Polsce – dla dobra tych, którzy walczą o życie.

Źródło: UCK w Gdańsku


 
Depresja, lęk, zaburzenia snu – choć nie są bezpośrednim objawem niewydolności serca, mogą decydować o rokowaniach, skuteczności leczenia i jakości życia pacjentów. Eksperci alarmują: czas włączyć zdrowie psychiczne do standardu opieki kardiologicznej. – Pacjent, który cierpi na depresję, nie zadba o siebie. Nie będzie brał leków, nie zmieni stylu życia, nie podejmie rehabilitacji. A to przekłada się nie tylko na jakość życia, ale i na ryzyko zgonu. – mówiła prof. Dominika Dudek, prezes Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.
Schorzenie milionów – i jego niewidzialna twarz

Niewydolność serca dotyczy dziś 1–2% populacji i jest jedną z głównych przyczyn zgonów oraz hospitalizacji. W Polsce choruje na nią blisko 1,4 mln osób. Mimo postępu medycyny, odsetek zgonów w tej grupie pozostaje dramatycznie wysoki – nawet 50–75% pacjentów umiera w ciągu 5 lat od diagnozy. Co gorsza, oprócz obciążenia fizycznego, niewydolność serca często niesie za sobą poważne konsekwencje psychiczne: depresję, lęk, bezsenność, a u starszych pacjentów również epizody majaczeniowe.[1]
Związek między chorobami układu krążenia a zaburzeniami psychicznymi od lat potwierdzają badania naukowe. U pacjentów z niewydolnością serca depresję diagnozuje się u 42%, a aż połowa z nich ma jej postać ciężką. Nawet 50% pacjentów doświadcza objawów lękowych. Obecność tych zaburzeń znacząco zwiększa ryzyko zgonu (o 32%) i zdarzeń sercowo-naczyniowych (o 19%). Zaburzenia snu zgłasza aż 73% chorych – a ich konsekwencją są gorsze wyniki testów wysiłkowych, spadek aktywności, większa liczba hospitalizacji i pogorszenie jakości życia.[2]

Mimo tych danych, zdrowie psychiczne pacjentów kardiologicznych wciąż bywa pomijane. – Pacjent, który cierpi na depresję, nie zadba o siebie. Nie będzie brał leków, nie zmieni stylu życia, nie podejmie rehabilitacji. A to przekłada się nie tylko na jakość życia, ale i na ryzyko zgonu. – mówiła prof. Dominika Dudek, prezes Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.

Luka między wiedzą a praktyką

– Zachęceni doświadczeniem pracy nad dokumentem eksperckim, postanowiliśmy zapytać lekarzy i pacjentów o to, jak wygląda rzeczywista praktyka kliniczna w tym zakresie. – mówiła prof. Agnieszka Pawlak, przewodnicząca Asocjacji Niewydolności Serca Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego.

W badaniu ankietowym przeprowadzonym przez Asocjację Niewydolności Serca  PTK i Polskie Towarzystwo Psychiatryczne niemal 80% lekarzy (kardiolodzy, lekarze POZ i innych specjalizacji) zadeklarowało, że miesięcznie leczy ponad 10 pacjentów z niewydolnością serca, a połowa – ponad 20. Mimo to tylko 21% z nich przeprowadza wywiad w kierunku zaburzeń psychicznych u wszystkich swoich pacjentów. Tymczasem z danych międzynarodowych wynika, że nawet 50–60% pacjentów z NS może doświadczać depresji, lęku lub innych zaburzeń psychicznych.[3]
Najczęściej zaburzenia psychiczne pojawiają się w czasie zaostrzenia choroby, hospitalizacji, czyli wtedy, gdy pacjent najbardziej potrzebuje wsparcia. – tłumaczyła prof. Pawlak. Ale często nie są rozpoznawane, bo pacjenci nie zgłaszają tych objawów lub nie łączą ich z chorobą. A lekarze nie zawsze pytają.

Tylko 12% lekarzy zadeklarowało pełną gotowość do wdrażania leczenia psychiatrycznego. Pozostali podejmują decyzję jedynie w łagodnych przypadkach lub odsyłają pacjentów do specjalistów – co niestety w praktyce oznacza opóźnienia lub nawet brak leczenia, zwłaszcza poza dużymi ośrodkami.

Obraz wyłaniający się z odpowiedzi pacjentów z NS również nie napawa optymizmem. Tylko 18% respondentów deklaruje, że znajduje się pod stałą opieką kardiologiczną. 30% leczy się prywatnie, a aż 52% – nie korzysta z żadnej specjalistycznej opieki. 72% nigdy nie było leczonych psychiatrycznie, mimo że deklarowali objawy obniżonego nastroju, lęku czy bezsenności.
– Często wystarczy zadać dwa proste pytania przesiewowe, by wykryć depresję. To może uratować życie. – przekonywała prof. Dudek. – Nie chodzi o to, by każdy pacjent był diagnozowany przez psychiatrę. Chodzi o czujność i gotowość do działania każdego lekarza.

Koordynacja leczenia: brakujące ogniwo systemu

Prof. Paweł Rubiś, przewodniczący-elekt ANS PTK. zwrócił uwagę na konieczność systemowego wdrażania wsparcia psychologicznego już w warunkach szpitalnych. – W naszym ośrodku niemal każdy pacjent hospitalizowany z powodu niewydolności serca ma kontakt z psychologiem. Coraz częściej sięgamy też po bezpieczne kardiologicznie leki przeciwdepresyjne. To nie kwestia dobrej woli lekarza. Mamy na to twarde dane – leczenie depresji poprawia przeżycie, zmniejsza liczbę hospitalizacji, poprawia współpracę pacjenta – podkreślił.

O potrzebie włączenia wsparcia psychologicznego w opiekę nad pacjentem mówił także dr Aleksander Biesiada z Polskiego Towarzystwa Medycyny Rodzinnej. Wskazywał na dwa newralgiczne momenty: tuż po diagnozie oraz w fazie utraty samodzielności pacjenta. Niestety, jak podkreślał, POZ nie ma dziś dostępu do psychologów i psychiatrów. – Możemy kierować pacjentów dalej, ale to często oznacza duże opóźnienia i utrudnienia w dostępie. Potrzebujemy bardziej dostępnych rozwiązań – i lepszej współpracy między lekarzami rodzinnymi a specjalistami.

W kontekście działań systemowych eksperci wskazują na potencjał programu opieki koordynowanej nas pacjentami kardiologicznymi w POZ. Dziś koncentruje się on na opiece poszpitalnej, jednak – jak wynika z opinii ANS PTK i PTP – warto go rozszerzyć o komponent zdrowia psychicznego.

Wprowadzenie prostych skal przesiewowych w szpitalu, zapewnienie dostępu do konsultacji psychiatrycznej, a także gotowość kardiologów do inicjowania leczenia w przypadkach łagodnych – to konkretne i możliwe do wdrożenia kroki. Kardiolog, w tym modelu, staje się osobą integrującą opiekę i przekierowującą pacjenta, gdy sytuacja tego wymaga.

Zdrowie psychiczne to nie dodatek – to warunek skutecznej terapii
Eksperci zgodnie podkreślają, że integracja opieki kardiologicznej i psychiatrycznej to nie luksus, lecz konieczność. W dokumencie[4] opracowanym przez ANS PTK i PTP znalazły się konkretne postulaty:
Niewydolność serca to nie tylko choroba ciała – to wyzwanie psychiczne, społeczne i systemowe. Jak pokazują zarówno dane naukowe, jak i doświadczenia kliniczne, bez uwzględnienia aspektu psychicznego trudno mówić o skutecznej terapii. A skoro mamy narzędzia, wiedzę i rekomendacje – pozostaje jedno: zacząć działać.

Niewydolność serca nas nie zatrzyma!
Niedawno zakończyły się tegoroczne obchody Dni Świadomości Niewydolności Serca – kampanii edukacyjnej organizowanej m.in. przez Asocjację Niewydolności Serca Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego. W jego trakcie odbyła się konferencja online poświęcona relacji między sercem a psychiką, podczas której zaprezentowano wyniki ankiet wśród lekarzy i pacjentów oraz wspólne stanowisko ANS PTK i Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. To pierwszy tego typu dokument w Polsce, który tak jednoznacznie wskazuje, że bez troski o zdrowie psychiczne nie ma skutecznej terapii kardiologicznej.

Opinia ekspercka opublikowana w Polish Heart Journal dostępna jest pod adresem: https://journals.viamedica.pl/polish_heart_journal/article/view/101958.

 
 
[1] https://journals.viamedica.pl/polish_heart_journal/article/view/101958
[2] https://journals.viamedica.pl/polish_heart_journal/article/view/101958
[3] https://journals.viamedica.pl/polish_heart_journal/article/view/101958
[4] Opinia ekspertów Asocjacji Niewydolności Serca Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego i Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego dotycząca postępowania z chorymi z niewydolnością serca i wybranymi zaburzeniami psychicznymi, https://journals.viamedica.pl/polish_heart_journal/article/view/101958

źródło: ANS PTK

 
Czy można zatrzymać chorobę, która dotyka ponad 1,4 miliona osób w Polsce? Czy możliwe jest życie z niewydolnością serca bez lęku o każdy kolejny dzień? Czy da się przełamać statystyki i odmienić rokowania, które są dziś gorsze niż w przypadku wielu nowotworów? Odpowiedzią na te pytania są działania lekarzy, pacjentów, ich rodzin, organizacji społecznych i decydentów, które spotkały się w jednym miejscu – podczas Dni Świadomości Niewydolności Serca 2025. Tegoroczne hasło kampanii – „Niewydolność serca nas nie zatrzyma” – wybrzmiało 6 maja podczas konferencji online, otwierającej polskie obchody. Inicjatorem wydarzenia była Asocjacja Niewydolności Serca Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego (ANS PTK).

W dniach 5–11 maja 2025 r. w całej Europie trwają Dni Świadomości Niewydolności Serca (Heart Failure Awareness Days), zainicjowane przez Europejskie Towarzystwo Kardiologiczne. W Polsce kampanię od lat realizuje ANS PTK, kierując swój przekaz do pacjentów, ich rodzin, środowiska medycznego i opinii publicznej. Celem tegorocznych obchodów jest pokazanie, że z niewydolnością serca – choć to poważna, przewlekła choroba – można żyć aktywnie, realizować pasje, wracać do pracy i mieć wpływ na własne zdrowie. Warunkiem jest dostęp do właściwego leczenia, zaangażowanie pacjenta i dobre systemowe wsparcie.
Jeszcze kilka lat temu szacowaliśmy liczbę pacjentów na 1,2 mln. Obecnie jest ich co najmniej 1,4 mln – to niepokojący trend. – mówiła podczas konferencji prof. Agnieszka Pawlak, przewodnicząca Asocjacji. – Dlatego zdecydowaliśmy się na zmianę optyki – krzywa, którą przedstawiamy na plakacie kampanii, symbolizuje, że dzięki terapii, edukacji i współpracy można wyjść z choroby na prostą.

Tegoroczna kampania ma więc nieść przede wszystkim nadzieję i motywację. Jej ambasadorem został Tomasz Kozłowski – ratownik górski, skoczek spadochronowy, psycholog i mówca motywacyjny. Jego przesłanie stanowi serce tegorocznych obchodów: – „Zmaganie z chorobą nie czyni nas słabszymi – przeciwnie. Sprawia, że uczymy się odwagi. Jeśli Twoje serce potrzebuje wsparcia – nie zwlekaj, działaj” – apelował podczas wystąpienia. – „Nie zatrzyma mnie i nie zatrzyma ciebie” – dodał, pokazując, że nawet z tak poważną chorobą można żyć aktywnie – pod warunkiem, że nie zabraknie wiedzy, wsparcia i odwagi, by działać. Ale rzeczywistość wielu pacjentów pokazuje jasno: motywacja to za mało, jeśli system zawodzi.

Niewydolność serca to choroba, która najczęściej dotyka osób po 60. roku życia, ale statystyki są coraz bardziej niepokojące – co piąty chory nie ukończył 65 lat. Schorzenie to rozwija się jako konsekwencja innych chorób przewlekłych: nadciśnienia tętniczego, cukrzycy, miażdżycy, przebytych zawałów czy wad zastawkowych. Mimo dostępnych nowoczesnych terapii, niewydolność serca wciąż pozostaje główną przyczyną zgonów z powodu chorób sercowo-naczyniowych w Polsce. Każde pogorszenie stanu zdrowia i każda hospitalizacja to nie tylko ogromne wyzwanie dla systemu, ale też poważne ryzyko dla życia chorego.

Musimy mieć świadomość, że perspektywa pacjenta z zaawansowaną niewydolnością serca bywa dziś gorsza niż w wielu chorobach onkologicznych. – ostrzegła prof. Pawlak.

Problem niewydolności serca to nie tylko statystyka i koszty. To konkretne historie pacjentów i ich rodzin. Tomasz Łaszcz, koordynator Sekcji Niewydolności Serca Fundacji TO SIĘ LECZY, opowiadał o swojej drodze przez chorobę. – Warunki poprawy rokowania są proste: trzeba się leczyć i słuchać lekarzy. Ale równie ważna jest edukacja i zmiana stylu życia – także ta, której zabrakło w szkole. Dlatego edukujemy się nawzajem, tworzymy grupy wsparcia, a ja sam staram się żyć aktywnie – nawet dziś będąc w szpitalu, po drodze zrobiłem spacer i pokonałem 3 tysiące kroków, mój cel na dziś to 8 tysięcy.

Eksperci mówili o tym, jak ważne są działania profilaktyczne i edukacyjne – nie tylko ogólnospołeczne, ale również te skierowane do samych pacjentów i ich rodzin. – Edukacja pacjenta to najskuteczniejszy sposób zapobiegania hospitalizacjom – podkreślała mgr Anna Idziak, pielęgniarka i edukatorka z Centrum Wsparcia Pacjentów „Kardiolinia”. To, czy pacjent potrafi rozpoznać pierwsze objawy, wiedzieć, co zrobić przy wzroście wagi, jak reagować na duszność – przekłada się bezpośrednio na jego stan zdrowia i życie.

W tym kontekście głos senator, dr Agnieszki Gorgoń-Komor był przypomnieniem, że odpowiedzialność za zdrowie publiczne spoczywa także na politykach. –  Musimy wspierać medyków w ich roli edukatorów i chronić pacjentów przed dezinformacją, która niestety w sieci rozprzestrzenia się szybciej niż wiedza oparta na faktach. To nasza wspólna odpowiedzialność – ekspertów, decydentów i mediów – by pacjent nie musiał wybierać między internetowym mitem a medycyną opartą na dowodach. – mówiła. Jej zdaniem, takie inicjatywy jak Kardiolinia pokazują, że edukacja pacjentów może iść w parze z nowoczesnymi narzędziami – aplikacjami, telefonicznym wsparciem, komunikacją cyfrową. – Nie możemy mówić, jak było kiedyś. Musimy dotrzeć do pacjenta tam, gdzie on dziś jest – także w telefonie. – dodała.

Jednak nawet najlepsza edukacja i nowoczesne narzędzia nie zastąpią dobrze funkcjonującego systemu. Eksperci zgodnie podkreślali, że jednym z największych wyzwań pozostaje luka między opieką szpitalną a dalszym leczeniem. – Wciąż brakuje skutecznego przekazania informacji między szpitalem a zespołem POZ – zaznaczył dr Aleksander Biesiada, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Rodzinnej. – Koordynacja opieki nad pacjentem i lepsza współpraca między specjalistami a lekarzami rodzinnymi to dziś klucz do ograniczenia liczby zaostrzeń i hospitalizacji.

To właśnie w tym miejscu systemowej luki może pomóc tzw. odwrócona piramida świadczeń – czyli model, w którym jak najwięcej działań diagnostycznych i terapeutycznych odbywa się ambulatoryjnie, bez konieczności hospitalizacji. – Dzięki nowym rozwiązaniom możliwe jest wykonanie kluczowych badań, jak echo serca, Holter, oznaczenie NT-proBNP czy tomografia naczyń wieńcowych, już na poziomie AOS i POZ. To realna szansa na wcześniejsze wykrycie problemu i skuteczniejsze leczenie – wskazała prof. Pawlak.

Na tym etapie leczenia niezwykle ważne stają się codzienne nawyki pacjenta – i jego gotowość do współodpowiedzialności za zdrowie. – To są proste rzeczy: codzienny pomiar wagi, ciśnienia, kontrola tętna. Jeśli coś się zmienia – reagujemy. Edukujemy pacjentów, żeby potrafili obserwować siebie i zgłaszali niepokojące objawy lekarzowi lub pielęgniarce – mówiła prof. Agnieszka Pawlak.

Tomasz Łaszcz dodał, że oprócz leczenia – potrzebna jest zmiana stylu życia: więcej ruchu, świadome odżywianie, uważność. – Wszystko w Polsce jest solone, nawet dżemy. Trzeba nauczyć się czytać etykiety. To nie jest wiedza specjalistyczna, ale jej ciągle brakuje – również dlatego, że edukacja zdrowotna, choć została wprowadzona do szkół, wciąż nie jest przedmiotem obowiązkowym. A przecież tu się zaczyna troska o zdrowie – od podstaw.

Podczas konferencji wskazano na powiązania między stanem psychicznym pacjentów a skutecznością leczenia. – Zaburzenia lękowe, depresyjne czy problemy ze snem wpływają na to, czy i jak pacjent przyjmuje leki, czy zmienia styl życia, czy angażuje się w leczenie. – mówiła prof. Dominika Dudek, prezes Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. – Pacjent z depresją nie będzie przestrzegać zaleceń – dlatego musimy zadawać pytania, diagnozować i leczyć również tę sferę.

Jak dodała prof. Pawlak: – Dziś mamy bezpieczne i skuteczne terapie – zarówno kardiologiczne, jak i psychiatryczne. Ale to od nas – lekarzy, pacjentów, decydentów – zależy, czy z tej wiedzy skorzystamy.

Tegoroczne obchody koncentrują się na pokazaniu pozytywnego wymiaru życia z niewydolnością serca. W ramach kampanii Asocjacja przygotowała materiały edukacyjne, inspirujące historie pacjentów, aktywności w mediach społecznościowych i kolejne odsłony projektu „Kardiolinia”. – Nie wszystko można zmienić od razu, ale każda decyzja – o leczeniu, o edukacji, o współpracy – to krok ku temu, by niewydolność serca była coraz lepiej kontrolowaną chorobą przewlekłą – podsumował prof. Paweł Rubiś, przewodniczący elekt Asocjacji Niewydolności Serca PTK.

***
Warto korzystać z dostępnych źródeł, które powstały z myślą o pacjentach i ich bliskich. Pomocne materiały edukacyjne, wskazówki i możliwość umówienia się na bezpłatne porady edukacyjne oraz informacje o aplikacji DlaSerca znajdziesz m.in. na stronie www.kardiolinia.pl.

Relacja z konferencji:
https://www.youtube.com/live/ogK8mqWjgvc?si=CvJTUV9Z_mgqJH9X 

źrodło: ANS PTK

Wycieczki na łono natury to dla wielu obowiązkowy punkt majówki. Warto jednak pamiętać, że wśród przyrody czają się niewidoczne gołym okiem zagrożenia. Ukąszenie kleszcza może być początkiem boreliozy – choroby, która nieleczona potrafi latami siać spustoszenie w organizmie, również w sercu. O tym, jak rozpoznać zagrożenie, jakie objawy powinny zaniepokoić i jak skutecznie chronić się przed kleszczami, mówi dr n. med. Iwona Stefania Banasiewicz-Szkróbka, kardiolożka American Heart of Poland.
Jak podkreśla dr n. med. Iwona Stefania Banasiewicz-Szkróbka, w Europie powikłania sercowe występują u 0,3–4% osób zakażonych boreliozą, ale jeśli już do nich dojdzie, mogą być niebezpieczne dla zdrowia, a nawet życia.

Kiedy borelioza zaczyna zagrażać sercu?
Największe ryzyko powikłań pojawia się wtedy, gdy choroba nie została wcześnie rozpoznana i odpowiednio leczona. – Do problemów kardiologicznych dochodzi zazwyczaj w przewlekłej fazie boreliozy, czyli mniej więcej po roku od zakażenia – stwierdza dr n. med. Iwona Stefania Banasiewicz-Szkróbka. Wśród możliwych powikłań wymienia zapalenie mięśnia sercowego, osierdzia czy wsierdzia, pojawianie się zaburzeń rytmu serca, a także rozwój kardiomiopatii rozstrzeniowej. Krętki borrelia mogą zaatakować każdą strukturę serca – od mięśnia po układ przewodzenia.

Szczególnie narażone są osoby, które nie zauważyły ugryzienia przez kleszcza lub nie rozpoczęły leczenia we wczesnym stadium choroby. Niepokojący jest też wzrost liczby przypadków boreliozy wśród dzieci. – U najmłodszych powikłania sercowe mogą występować podobnie jak u dorosłych, choć u dzieci częściej obserwujemy również objawy skórne, stawowe i neurologiczne – zauważa kardiolożka American Heart of Poland. Dzieci nie zawsze potrafią precyzyjnie określić swoje dolegliwości, a symptomy boreliozy mogą przybierać nietypową postać — od problemów żołądkowo-jelitowych, przez nadpobudliwość ruchową, po zaburzenia obsesyjno-kompulsywne.

Jakie objawy powinny niepokoić?
Zaatakowane przez boreliozę serce może dawać różne, często niespecyficzne sygnały. – U pacjentów pojawia się uczucie przewlekłego zmęczenia, gorsza tolerancja wysiłku, bóle w klatce piersiowej, duszności, a także kołatanie serca – wylicza dr n. med. Iwona Stefania Banasiewicz-Szkróbka. W przypadku zapalenia mięśnia sercowego lub kardiomiopatii rozstrzeniowej może dojść do zwiększenia częstości oddechów, zawrotów głowy, a nawet obrzęków nóg i kostek. Objawy bywają mylące, dlatego zanim postawi się diagnozę boreliozy z zajęciem serca, konieczne jest wykluczenie innych chorób dających podobne symptomy, takich jak choroby nowotworowe, niedoczynność tarczycy czy zawał serca.

Diagnostyka
W przypadku podejrzenia powikłań kardiologicznych boreliozy konieczne jest wykonanie szeregu badań. Podstawą jest klasyczne EKG, które pozwala wykryć zaburzenia rytmu, szczególnie bloki przewodzenia, charakterystyczne dla boreliozowego zapalenia serca. – W wielu przypadkach niezbędny jest również przedłużony zapis EKG oraz test wysiłkowy – dodaje ekspertka American Heart of Poland. Przydatne bywają także badania echokardiograficzne, a w trudniejszych przypadkach – rezonans magnetyczny serca.

Jak zmniejszyć ryzyko zakażenia?
Aby nie dopuścić do powikłań, najlepiej w ogóle nie dać się ugryźć kleszczowi. Wybierając się do lasu czy na łąkę, warto pamiętać o długich spodniach, zakrytym obuwiu i odzieży o śliskiej fakturze, po której kleszcze mają trudności z przemieszczaniem się. – Po powrocie do domu należy bardzo dokładnie obejrzeć całe ciało, a w przypadku znalezienia kleszcza usunąć go jak najszybciej i w sposób prawidłowy – mówi dr n. med. Iwona Stefania Banasiewicz-Szkróbka.

Przed spacerem warto też zabezpieczyć skórę i ubranie środkami odstraszającymi owady, pamiętając jednak, że nie każdy preparat nadaje się dla najmłodszych dzieci i niemowląt. Najważniejsze jest jednak, by nie bagatelizować żadnych niepokojących objawów, które mogą wskazywać na boreliozę. Im szybciej zostanie podjęte leczenie, tym mniejsze ryzyko, że choroba rozwinie się do niebezpiecznej fazy przewlekłej i zagrozi sercu.
źródło: AHP
24 marca obchodzimy Dzień Wiedzy o Lipoproteinie (a), który ma na celu zwiększenie świadomości na temat jej roli w układzie sercowo-naczyniowym. Choć większość osób zna pojęcie „złego” cholesterolu LDL, niewielu zdaje sobie sprawę, że równie groźnym czynnikiem ryzyka chorób układu krążenia jest właśnie lipoproteina (a), oznaczana jako Lp(a).  – Jej stężenie jest uwarunkowane genetycznie, a podwyższone stężenie może prowadzić do miażdżycy tętnic, a w konsekwencji do zawału serca czy udaru mózgu, nawet u osób, które nie mają klasycznych czynników ryzyka, takich jak nadciśnienie, otyłość czy wysoki poziom cholesterolu – przestrzega Artur Gabrysiak, specjalista medycyny laboratoryjnej, Grupa American Heart of Poland, certyfikowany lipidolog PTL. 
Lipoproteiny to cząsteczki zbudowane z białek i tłuszczów (lipidów), które odpowiadają za transport cholesterolu w krwioobiegu. Lp(a) jest szczególną frakcją cholesterolu, która odkłada się w ścianach naczyń krwionośnych, prowadząc do ich zwężenia, a w konsekwencji – do groźnych chorób układu krążenia, takich jak miażdżyca, choroba tętnic obwodowych, a w konsekwencji do zawału mięśnia sercowego. 

– Powszechnie wykonuje się badanie cholesterolu całkowitego i jego frakcji, takich jak trójglicerydy, LDL czy HDL. Jednak coraz częściej do oceny ryzyka sercowo-naczyniowego dodajemy oznaczenie Lp(a), które pozwala lepiej diagnozować pacjentów i opracowywać skuteczniejsze strategie terapeutyczne – mówi Artur Gabrysiak, specjalista diagnostyki laboratoryjnej, American Heart of Poland. 

Dlaczego warto zbadać poziom Lp(a)? 
Istnieje grupa pacjentów, u których dochodzi do incydentów sercowo-naczyniowych mimo prawidłowego stężenia cholesterolu, braku nadciśnienia tętniczego i prawidłowej masy ciała. – W takich przypadkach przyczyną może być właśnie podwyższony poziom lipoproteiny (a). Badanie to nie jest jeszcze standardowo zlecane, ale powinno być wykonane przynajmniej raz w życiu przez każdą osobę dorosłą – podkreśla ekspert American Heart of Poland. 

W przeciwieństwie do cholesterolu, którego stężenie można regulować dietą i aktywnością fizyczną, stężenie Lp(a) jest w dużej mierze zapisane w genach i pozostaje względnie stałe przez całe życie. Dlatego warto je oznaczyć, by ocenić indywidualne ryzyko chorób sercowo-naczyniowych i wdrożyć odpowiednie działania profilaktyczne. 

Jak wygląda badanie i interpretacja wyników? 
Badanie Lp(a) polega na jednorazowym pobraniu krwi z żyły łokciowej. Próbkę pobiera się na czczo, po co najmniej 8 godzinach od ostatniego posiłku.  

Wyniki interpretuje się następująco: prawidłowy poziom to poniżej 30 mg/dl (<75 nmol/l), umiarkowane ryzyko – 30-50 mg/dl (75-125 nmol/l), duże ryzyko – 50-180 mg/dl (125-450 nmol/l), bardzo duże ryzyko – powyżej 180 mg/dl (>450 nmol/l). 

Osoby z podwyższonym poziomem Lp(a) powinny regularnie konsultować się z lekarzem i stosować się do zaleceń dotyczących profilaktyki, takich jak zdrowa dieta, aktywność fizyczna i unikanie innych czynników ryzyka, np. palenia papierosów. 

Prawdopodobnie w nowym programie profilaktycznym Ministerstwa Zdrowia, zastępującym wygasający program „Profilaktyka 40+” oznaczenie lipoproteiny (a) znajdzie się w pakiecie badań refundowanych przez Narodowy Fundusz Zdrowia. 
 
 
źródło: AHOP

Na Oddziale Kardiologicznym Szpitala w Sztumie przyjęto 105-latkę, u której wszczepiono stymulator serca. To najstarsza pacjentka, która przeszła taki zabieg na tym oddziale. Następnego dnia, w dobrym stanie, została wypisana do domu. Jak informuje lek. Łukasz Drelich, kardiolog Szpitala w Sztumie, American Heart of Poland, 105-latka była w dobrej kondycji fizycznej, co pozwoliło na przeprowadzenie zabiegu wszczepienia stymulatora serca. Zabieg przebiegł pomyślnie, a pacjentka następnego dnia została wypisana do domu.

Diagnoza – tzw. blok przedsionkowo-komorowy
Pacjentka dotychczas nie chorowała na schorzenia układu sercowo-naczyniowego. W Centrum Kardiologii Scanmed w Iławie, American Heart of Poland, zdiagnozowano u niej tzw. całkowity blok przedsionkowo-komorowy – stan, w którym serce zwalnia lub zatrzymuje się, co stanowi bezpośrednie zagrożenie życia. Poza tym wykazano także zwężenie zastawki aortalnej w stopniu nie wymagającym leczenia zabiegowego. Celem ratowania życia konieczne było założenie elektrody czasowej do stymulacji serca. Tak zabezpieczoną pacjentkę przekazano do Szpitala w Sztumie, gdzie zespół medyczny pod kierownictwem lek. Łukasza Drelicha wszczepił jej stymulator serca. To najstarsza pacjentka hospitalizowana na Oddziale Kardiologicznym sztumskiego szpitala.

Szybka reakcja lekarzy
Lek. Łukasz Drelich podkreśla, że szybka reakcja była kluczowa. – Gdyby pacjentka musiała długo czekać na zabieg, tymczasowa elektroda mogłaby stać się źródłem zakażenia i prowadzić do powikłań. U nas otrzymała natychmiastową pomoc – mówi lek. Łukasz Drelich. Elektrodę zakładała lek. Urszula Kossakowska-Jemioło, która pracuje zarówno w Centrum Kardiologii Scanmed w Iławie, jak i na Oddziale Kardiologicznym w Sztumie.

Stymulator serca zwany potocznie rozrusznikiem to urządzenie, które generując impulsy elektryczne zapewnia normalną częstość pracy serca. Urządzenie to nieustannie odczytuje wewnątrzsercowe EKG i podejmuje działanie w razie potrzeby, tzn. gdy akcja serca spadnie poniżej zadanej wartości. Jest to jedyna opcja leczenia w sytuacji, gdy serce bije za wolno lub się zatrzymuje. Schorzenia powodujące takie problemy mogą dawać objawy od łagodnych – takich jak zasłabnięcia czy spadek tolerancji wysiłku, przez omdlenia aż po zagrożenie całkowitym zatrzymaniem pracy serca.

Wiek to tylko liczba

Karolina Kuś, pielęgniarka koordynująca na Oddziale Kardiologicznym Szpitala w Sztumie podkreśla, że opieka nad 105-latką wymagała szczególnej troski i indywidualnego podejścia: – Było nam niezmiernie miło być częścią procesu terapeutycznego tak wyjątkowej pacjentki.

Historia 105-latki motywuje do troski o zdrowie i pokazuje, że PESEL to tylko liczba, a każdy z nas może potrzebować, nawet w zaawansowanym wieku, opieki medycznej.

źródło: American Heart of Poland

W opublikowanym 12 marca projekcie kwietniowej listy refundacyjnej znajduje się nowy program lekowy – dedykowany nowoczesnemu leczeniu osób z dziedziczną amyloidozą transtyretynową. W jego ramach pacjenci będą mogli otrzymywać innowacyjny lek, której celem jest przede wszystkim zahamowanie postępu polineuropatii, czyli uszkodzenia nerwów. Polineuropatia powoduje postępujące trudności w poruszaniu się, bóle, zaburzenia czucia, powoduje trudności w codziennym funkcjonowaniu oraz ogranicza niezależność pacjentów, którzy wraz postępem choroby, wymagają coraz większej pomocy ze strony opiekunów.
Nowoczesne leczenie jest w stanie zatrzymać ten proces, a pacjenci mają nadzieję, że będą mogli skorzystać z niego w ramach nowo utworzonego programu lekowego jak najszybciej.
 
Dziedziczna amyloidoza transtyretynowa jest ultra rzadką chorobą uwarunkowaną genetycznie, u której podłoża leży nieprawidłowe wytwarzanie w organizmie białka o nazwie transtyretyna. Taka nieprawidłowa transtyretyna jest niestabilna i przekształca się w amyloid, czyli bezpostaciowe włókienkowe białko, które odkłada się w różnych narządach, powodując ich uszkodzenia. Narządami, które są szczególnie podatne na akumulowanie się amyloidu w dziedzicznej amyloidozie transtyretynowej są nerwy obwodowe i serce, ale amyloid może uszkadzać też inne narządy, jak nerki czy gałki oczne. Jeśli choroba się ujawni, to niestety ma charakter postępujący i objawy systematycznie narastają. Dochodzi do ciężkiego uszkodzenia serca, czyli kardiomiopatii, oraz do ciężkich uszkodzeń nerwów obwodowych, czyli polineuropatii. Polineuropatia sprawia, że pacjent przestaje czuć, przestaje chodzić, ma zaburzoną pracę wielu narządów wewnętrznych, co objawia się trudnościami z oddawaniem moczu, nasilonymi biegunkami i zaparciami, zaburzeniami rytmu serca, zasłabnięciami. Polineuropatia w przebiegu amyloidozy transtyretynowej jest ciężką, wyniszczającą chorobą, i jeśli nie jest leczona, prowadzi do śmierci pacjenta, średnio w ciągu 10 lat od pojawienia się objawów – wyjaśnia dr n. med. Marta Lipowska z Kliniki Neurologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego – Ośrodka Eksperckiego Chorób Rzadkich Nerwowo-Mięśniowych Europejskiej Sieci Referencyjnej ERN EURO NMD.

Poważne uszkodzenia nerwów obwodowych, do których stopniowo dochodzi u pacjentów z dziedziczną amyloidozą transtyretynową, sprawiają, że chorzy nie są w stanie wykonywać wielu prac domowych, stają się też niezdolni do pracy zawodowej, co w konsekwencji powoduje pogorszenie ich sytuacji finansowej, a nierzadko również problemy w relacjach. Polineuropatia bardzo obciążająca, zarówno dla pacjentów, jak i ich opiekunów i rodziny. Zarówno osoby chore, jak i ich bliscy doświadczają depresji, poczucia lęku i zmęczenia. Dlatego jesteśmy wdzięczni Ministerstwu Zdrowia za zrozumienie dla naszych potrzeb i naszej sytuacji, i za podjęcie decyzji o refundacji wutrisiranu, czyli pierwszego leku, który powstrzymuje rozwój polineuropatii u osób z amyloidozą – mówi Zbigniew Pawłowski, prezes Stowarzyszenia Rodzin Pacjentów z Amyloidozą TTR, który sam cierpi na tę chorobę.

Wutrisiran jest cząsteczką, która wycisza nieprawidłowy gen odpowiedzialny za produkcję w organizmie transtyretyny. W ten sposób hamuje syntezę tego białka, a więc uderza w mechanizm rozwoju choroby. Leki wyciszające zmutowany gen, zarejestrowane do leczenia polineuropatii u pacjentów z dziedziczną amyloidozą transtyretynową, są już standardem w krajach UE, w Polsce dotychczas były dostępne jedynie w ramach procedury RDTL (ratunkowego dostępu do terapii lekowych). Jako klinicyści bardzo cieszymy się z objęcia leku z tej klasy refundacją. To da nam możliwość wyboru takiej terapii, o takim mechanizmie działania, który będzie najlepiej dopasowany do konkretnego pacjenta i do jego objawów. Bardzo ważne jest to, żeby skuteczne leczenie polineuropatii rozpoczynać jak najwcześniej, na pewno na etapie, gdy pacjent samodzielnie chodzi, bo jeśli dojdzie do uszkodzeń nerwów obwodowych, to te uszkodzenia są już nieodwracalne. Leczenie hamuje postęp choroby, ale nie jest w stanie cofnąć objawów, które już się u pacjenta pojawiły – zaznacza dr n. med. Marta Lipowska.

Zapowiedź wprowadzenia programu lekowego dedykowanego leczeniu polineuropatii u pacjentów z dziedziczną amyloidozą transtyretynową to dla nas szansa na odzyskanie kontroli nad chorobą, na wydłużenie i poprawę komfortu życia, na realizowanie swoich planów osobistych, rodzinnych i zawodowych. Dlatego decyzja o refundacji nowoczesnego leczenia będzie miała także niezaprzeczalne korzyści społeczne – ograniczy liczbę hospitalizacji i liczbę rent inwalidzkich, a pacjentom pozwoli dłużej pracować, płacić składki i spełniać się społecznie. Dla nas, pacjentów i naszych rodzin, ale też dla całego społeczeństwa ważne będzie zatem, aby leczenie to stało się faktycznie dostępne tak szybko, jak tylko będzie to możliwe po wejściu w życie kwietniowej listy refundacyjnej – podkreśla Zbigniew Pawłowski.

Leczenie dziedzicznej amyloidozy transtyretynowej przebiegającej z polineuropatią to jedno z siedmiu wskazań w obszarze chorób rzadkich, które pojawiły się na kwietniowej liście leków refundowanych.

źródło: ExpertPR

Edukacja zarówno pacjentów, jak i lekarzy, przyspieszenie diagnostyki, dostęp do specjalistycznej opieki, rehabilitacji neurologicznej oraz systemowego wsparcia psychologicznego, a przede wszystkim – do nowoczesnych terapii genowych będących standardem terapeutycznym w Unii Europejskiej. Na takie potrzeby osób chorujących na dziedziczną amyloidozę transtyretynową wskazuje Zbigniew Pawłowski, prezes Stowarzyszenia Rodzin Pacjentów z Amyloidozą TTR, który sam cierpi na tę chorobę.
Pan Zbigniew jest z wykształcenia nauczycielem WF, przez całe życie był bardzo aktywny, systematycznie biegał, jeździł na nartach, chodził po górach. Dziś z trudem wychodzi na dłuższy spacer. Ale, jak zaznacza, ma szczęście, że żyje – bo stosunkowo szybko rozpoczął leczenie. Dzięki terapii wciąż normalnie funkcjonuje i pracuje zawodowo – jako dyrektor szkoły.
 
Choruje Pan na ultra rzadką chorobę – dziedziczną amyloidozę transtyretynową (ATTR). Co to za choroba?
Jest to choroba genetyczna, której przyczyną są mutacje w genie TTR. W wyniku tych mutacji, w wątrobie produkowane jest nieprawidłowe białko o nazwie transtyretyna. U osoby zdrowej białko to pełni funkcję transportową, czyli łączy się z różnymi substancjami i transportuje je – wraz z krwią – do różnych narządów. U osoby chorej transtyretyna jest bardzo nietrwała, rozpada się, a z produktów jej rozpadu tworzą się toksyczne włókna amyloidowe, które oklejają różne narządy. Rezultatem nagromadzenia złogów amyloidów są nieodwracalne uszkodzenia tych narządów.

Jakie są objawy amyloidozy transtyretynowej?
Objawy mogą się znacznie różnić u poszczególnych osób, ale zazwyczaj obejmują problemy związane z nerwami obwodowymi i sercem. Pacjenci mogą odczuwać drętwienie i mrowienie w dłoniach i stopach, utratę czucia w kończynach lub nadwrażliwość na ból, osłabienie i skurcze mięśni, a także ogólne zmęczenie i słabość. U różnych osób choroba postępuje w różnym tempie, ale z biegiem czasu pojawiają się trudności z chodzeniem, problemy trawienne, takie jak nasilone biegunki lub zaparcia, utrata masy ciała. U wszystkich chorych występuje kardiomiopatia czyli niewydolność serca. Amyloidoza wpływa również na nerki i inne narządy.

Amyloidoza transtyrerynowa (ATTR) jest wyniszczającą, postępującą chorobą, a długość życia u nieleczonych pacjentów cierpiących na tę chorobę wynosi średnio 10 lat od pojawienia się objawów. Według danych z różnych publikacji, zarówno polskich jak i zagranicznych, mediana życia pacjenta od wystąpienia objawów to zaledwie 3-6 lat! Wynika to z osłabienia mięśnia sercowego tj. jego usztywnienia, a co za tym idzie zatrzymania jego pracy, co jest przyczyną śmierci. Dlatego bardzo ważne jest wczesne prawidłowe rozpoznanie oraz rozpoczęcie leczenia. Niestety, ze względu na rzadkość występowania, diagnostyka amyloidozy TTR jest dużym wyzwaniem dla lekarzy. W oparciu o rozmowy z członkami naszego stowarzyszenia, mogę stwierdzić, że statystyczna ścieżka diagnostyczna pacjenta z amyloidozą TTR, to wizyty u minimum pięciu lekarzy różnych specjalności, przy czym minimum trzech z tych lekarzy to neurolodzy.

A jak to wyglądało u Pana?
Pierwsze niepokojące objawy zauważyłem około siedmiu lat temu podczas biegania: czułem się tak, jakby ktoś przywiązał mi do nóg odważniki. Początkowo sądziłem, że jest to spowodowane dłuższą przerwą w ćwiczeniach, jednak objawy nasilały się i w związku z tym zacząłem szukać pomocy medycznej. Byłem u kilku lekarzy, dopiero piąty z nich – neurolog – początkowo podejrzewał boreliozę, ale po jej wykluczeniu, zlecił wykonanie testu EMG. Jest to badanie elektrofizjologiczne, pozwalające na ocenę funkcjonowania mięśni, a także nerwów. Test EMG wykazał uszkodzenie nerwów, w związku z tym trafiłem na oddział neurologiczny. Po trzech pobytach w szpitalu, podczas których pogłębiano diagnostykę, postawiono diagnozę: polineuropatia o nieustalonej przyczynie. Polineuropatia to nieodwracalne uszkodzenie wielu nerwów obwodowych. Po wyjściu ze szpitala pojawiły się poważne zaburzenia żołądkowe, więc zostałem ponownie hospitalizowany. Wtedy jeden z lekarzy przypomniał sobie, że niedawno podczas kongresu medycznego słyszał o takiej chorobie jak amyloidoza transtyretynowa. Połączył moje objawy w całość i zlecił diagnostykę genetyczną w tym kierunku. I wreszcie udało się postawić prawidłową diagnozę, czyli dziedziczna amyloidoza transtyretynowa z kardiomiopatią. Okazało się, że amyloid okleja zarówno moje nerwy obwodowe, jak i serce, choć zupełnie nie odczuwałem objawów kardiologicznych. Wówczas ta choroba była bardzo mało znana, brakowało jakichkolwiek informacji, nie było też żadnej opcji leczenia farmakologicznego. Świadomość tego, że nie ma żadnego leczenia była chyba gorsza niż samo poszukiwanie diagnozy.

Ze względu na zaawansowanie u mnie choroby zostałem w 2019 r. w szpitalu im. Jana Pawła II w Krakowie zakwalifikowany do równoczesnego przeszczepu wątroby i serca. Badania przeprowadzone w szpitalu na ul. Banacha w Warszawie określiły jednak stan mojego serca na jeszcze w miarę dobry (co wynikało z mojego aktywnego trybu życia) i zakwalifikowano mnie „tylko” do przeszczepu wątroby. Jest to najbardziej radykalna metoda leczenia, polegająca na usunięciu wątroby, która produkuje nieprawidłową transtyretynę. Przez ponad rok oczekiwałem na wątrobę do przeszczepienia dla mnie, która pojawiła się w szczycie pandemii COVID-19. Miałem jednak akurat wtedy objawy infekcji, nie było wiadomo, czy to nie COVID, więc transplantacja musiała zostać odroczona. W tym czasie rozpoczął się w Polsce program tzw. wczesnego dostępu do jednego z leków zarejestrowanych w ATTR, sponsorowany przez producenta tego leku. Zostałem zakwalifikowany do tego programu i rozpocząłem farmakoterapię. I przeszczep okazał się niepotrzebny. Po pewnym czasie to leczenie także okazało się niewystarczające i obecnie otrzymuję dodatkowo terapię genową w ramach procedury RDTL (ratunkowego dostępu do terapii lekowej). Dzięki podjętemu leczeniu, wciąż mogę funkcjonować i pracować, choć oczywiście mam spore ograniczenia. Kiedyś byłem bardzo aktywny, uprawiałem sport, teraz nie jestem w stanie iść na dłuższy spacer.

Ponieważ ATTR jest chorobą genetyczną, istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że chorować na nią będą członkowie rodziny. W mojej rodzinie zmutowany gen mają moje córki i bratanica. Reszta rodziny nie chce się zbadać ze strachu przed diagnozą. Wiedząc o tym, jak przebiega ta choroba i jakie ma konsekwencje, wolą ją wypierać.

Co można zrobić, aby skrócić „odyseję diagnostyczną” i pacjenci z amyloidozą mieli szybciej stawiane rozpoznanie?
Przede wszystkim konieczna jest systematyczna edukacja lekarzy w kwestii chorób rzadkich. Symptomy mogą być bowiem podobne w wielu chorobach, ale skuteczna diagnostyka decyduje o skierowaniu pacjenta na właściwą ścieżkę oraz daje szansę na szybsze rozpoczęcie procesu leczenia, a to dla nas oznacza przeżycie. Zdecydowanie najlepszą i najskuteczniejszą metodą na szybką diagnozę jest pełna współpraca pomiędzy lekarzami specjalistami tj. kardiologami, neurologami, gastrologami, hepatologami oraz lekarzami pierwszego kontaktu. Każdy z lekarzy powinien mieć wgląd do pełnej dokumentacji medycznej pacjenta, aby móc ją przeanalizować, powiązać ze sobą różne dane i czynniki, i wyciągnąć wnioski. Na pewno istotna jest też poprawa dostępu do lekarzy, zwłaszcza do neurologów.

Jak można leczyć amyloidozę TTR? Mówił Pan o przeszczepie wątroby oraz o farmakoterapii…
My, chorzy na amyloidozę TTR, od czterech lat walczyliśmy o dostęp do przynajmniej jednej terapii lekowej, która skutecznie spowolni rozwój choroby i wydłuży czas przeżywalności o kilka lat. Od 1 lipca 2024 roku jedna z czterech terapii zarejestrowanych w Unii Europejskiej jest refundowana w Polsce w ramach programu lekowego. To duży nasz sukces. Wskazaniem do zastosowania tego refundowanego leczenia jest kardiomiopatia w przebiegu amyloidozy transtyretynowej. Dzięki temu około 130 osób ma szanse na życie. Wciąż jednak na refundację leków czekają pacjenci z polineuropatią w przebiegu amyloidozy TTR. Ci pacjenci mają oprócz uszkodzonego serca, także uszkodzone nerwy obwodowe i dla nich skuteczność refundowanego leku nie jest wystarczająca.

Dlaczego ważne jest, aby u pacjentów z amyloidozą TTR leczyć uszkodzenia nerwów czyli polineuropatię?
Polineuropatia jest przyczyną problemów z poruszaniem się czy trawieniem, jest zatem bardzo obciążająca, zarówno dla pacjentów, jak i ich opiekunów i rodziny. Objawy polineuropatii negatywnie wpływają na niezależność pacjentów, a ich postępujący charakter wiąże się z trudnościami w życiu codziennym oraz rosnącą potrzebą pomocy ze strony opiekunów. Nierzadko powoduje to problemy w relacjach. Znaczna część chorych nie jest w stanie wykonywać wielu prac domowych, staje się też niezdolna do pracy zawodowej, co w konsekwencji powoduje pogorszenie sytuacji finansowej. Zarówno osoby chore, jak i ich bliscy doświadczają depresji, poczucia lęku i zmęczenia. Z tych względów, oprócz dostępu do nowoczesnych terapii, bardzo ważna jest poprawa dostępu do rehabilitacji neurologicznej oraz do opieki psychologicznej. Spełnienie tych niezaspokojonych obecnie potrzeb pozwoli na wydłużenie i poprawę komfortu życia chorych na amyloidozę TTR. Będzie to miało także niezaprzeczalne korzyści społeczne – ograniczy liczbę hospitalizacji oraz liczbę rent inwalidzkich, a pacjentom pozwoli dłużej pracować, płacić składki i spełniać się społecznie. Dlatego warto zadbać o zaspokojenie tych potrzeb, zwłaszcza że nie dotyczą one setek czy tysięcy pacjentów, a garstki osób. My, chorzy na  amyloidozę transtyretynową z polineuropatią bardzo liczymy na zrozumienie dla naszej sytuacji.

Jest Pan prezesem Stowarzyszenia Rodzin Pacjentów z Amyloidozą TTR. Czym zajmuje się ta organizacja?
Nasze Stowarzyszenie jest organizacją zrzeszającą osoby chorujące na chorobę amyloidoza TTR oraz członków rodzin, osoby obarczone genetycznie potencjalną możliwością zachorowania, oraz inne osoby zainteresowane pomocą w leczeniu chorych i zwalczaniu skutków choroby. Aktywnie zabiegamy o dostęp do farmakoterapii i robimy wszystko, aby skrócić ścieżkę diagnostyczną pacjentów z ATTR. M.in. temu służą rzetelne informacje, które publikujemy na naszej stronie internetowej: https://amyloidozattr.pl.

Jesteśmy też skrzynką kontaktową oraz grupą wsparcia dla wielu chorych. Nie ma miesiąca, aby ktoś do nas nie zadzwonił lub nie napisał – wtedy od razu uruchamiamy naszych lekarzy prowadzących i wskazujemy, jakie ewentualnie badania należy wykonać w kierunku ATTR. Dzięki temu, ścieżka diagnostyczna skraca się do kilku tygodni, podczas gdy przed 2018 r., czyli przez założeniem naszego Stowarzyszenia, uzyskanie diagnozy trwało nawet 8 lat! Widzimy też, jak ważne jest wsparcie psychologiczne i emocjonalne, które dajemy pacjentom. Czasem kilka zdań może zdziałać cuda, dać nadzieję i zmobilizować do walki o swoje życie! Właśnie to jest sensem naszej pracy i działania. Bo wierzę, że pomaganie zmienia nas i świat na lepsze.

źródło: Stowarzyszenie Rodzin Pacjentów z Amyloidozą TTR

W Szpitalu Specjalistycznym im. S. Staszica w Pile, na Oddziale Kardiologicznym, Grupa American Heart of Poland, przeprowadzono pierwszy zabieg nieoperacyjnego zamknięcia drożnego otworu owalnego (PFO). – Ten małoinwazyjny zabieg daje nadzieję na poprawę jakości życia pacjentów z tą diagnozą, jednocześnie zmniejszając ryzyko kolejnych udarów – mówi prof. Jacek Kubica, ordynator Oddziału Kardiologicznego American Heart of Poland w Pile. Pacjentka, niespełna 30-letnia pani Iga, po zabiegu czuje się już dobrze.
Drożny otwór owalny (PFO) to naturalne połączenie między przedsionkami serca, najczęściej zamyka się samoistnie po urodzeniu. U części osób jednak pozostaje drożne, co w niektórych przypadkach może prowadzić do udaru mózgu o niejasnej przyczynie. – Zabieg ten został przeprowadzony u pacjentki, która w młodym wieku doznała dwóch udarów mózgu. Wdrożenie tej nowoczesnej procedury to istotny element w jej leczeniu – wyjaśnia prof. Jacek Kubica.

– Do tej pory zabieg ten przeprowadzano wyłącznie w dużych klinikach, od 19 grudnia 2024 roku jest on dostępny również na Oddziale Kardiologicznym w Pile, w ramach NFZ, co znacząco poprawia dostępność leczenia dla pacjentów zmagających się z tym schorzeniem – informuje Jacek Rydzek, dyrektor operacyjny Grupy American Heart of Poland.

Procedura polega na wprowadzeniu przez cewnik specjalnego urządzenia zamykającego otwór między przedsionkami serca. Zabieg przeprowadzany jest w znieczuleniu miejscowym, z dostępu przez żyłę udową, bez konieczności otwierania klatki piersiowej. Dzięki temu pacjent szybciej wraca do codziennych aktywności. W pilskim szpitalu zabieg nieoperacyjnego zamknięcia drożnego otworu owalnego przeprowadza dr n. med. Adam Sukiennik z Katedry Kardiologii i Chorób Wewnętrznych Szpitala Uniwersyteckiego nr 1 im. Dr. A. Jurasza w Bydgoszczy.

– Zabieg znacząco zmniejsza ryzyko wystąpienia kolejnych udarów mózgu. To szczególnie ważne dla osób młodych, które już doświadczyły udaru, takich jak nasza pacjentka. Dzięki postępowi medycyny możemy realizować coraz bardziej zaawansowane procedury, również zabiegi strukturalne. 19 grudnia przeprowadziliśmy pierwszy zabieg na naszym oddziale, który ingeruje w struktury serca – podkreśla prof. Jacek Kubica, ordynator Oddziału Kardiologicznego Grupy American Heart of Poland.

– Cieszymy się, że możemy wspólnie z Grupą American Heart of Poland rozwijać Oddział Kardiologiczny naszego szpitala, wprowadzając nowoczesne zabiegi – podkreśla Grzegorz Sieńczewski, dyrektor Szpitala Specjalistycznego w Pile.

Pani Iga, do momentu pierwszego udaru, nie miała żadnych objawów sugerujących schorzenia układu sercowo-naczyniowego, nie zmagała się z żadnymi chorobami przewlekłymi. Diagnoza – PFO – była dla niej zaskoczeniem. Pani Iga po zabiegu czuje się dobrze. – Ostatnio żyłam w strachu przed kolejnym udarem. Teraz mam nadzieję na spokojniejszą przyszłość – mówi pacjentka.

Oddział Kardiologiczny Grupy American Heart of Poland jest jedynym podmiotem w Pile oferującym tego rodzaju leczenie. Zabieg odbywa się w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia, sama procedura nie tylko minimalizuje ryzyko kolejnych udarów, ale także znacząco poprawia jakość życia pacjentów.
 
źródło: AHOP
U dzieci z wrodzonymi wadami serca i innymi schorzeniami układu sercowo-naczyniowego właściwa higiena i opieka stomatologiczna mają krytyczne znaczenie. Bakteriemia związana z niewłaściwą pielęgnacją lub nieoptymalnym leczeniem zachowawczym może być przyczyną infekcyjnego zapalenia wsierdzia, sepsy a nawet zgonu – mówi dr n. med. Ewa Krasuska-Sławińska z Zespołu Poradni Specjalistycznych ds. Stomatologii w Instytucie „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”.
Pani Doktor, dlaczego właściwa opieka stomatologiczna wśród dzieci, w tym z wrodzonymi wadami serca i innymi schorzeniami układu sercowo-naczyniowego, jest szczególnie istotna?
Zacznijmy od przypomnienia informacji ogólnych: próchnica zębów jest najczęstszą i najbardziej rozpowszechnioną chorobą przewlekłą jamy ustnej u dzieci i młodzieży. Zgodnie z danymi Światowej Organizacji Zdrowia dotyczy aż 60-90 proc. dzieci w wieku szkolnym. Z przykrością stwierdzam, że w XXI wieku, pomimo nieograniczonego dostępu do środków higieny jamy ustnej oraz wydawałoby się wysokiej świadomości wpływu zdrowia jamy ustnej na cały organizm, problem próchnicy w Polsce nie zmniejsza się. Przede wszystkim pacjenci pojawiają się w gabinecie stomatologicznym wciąż zbyt późno – często na etapie bardzo zaawansowanej próchnicy, kiedy jedyną możliwą formą leczenia, uwzględniając stan ogólny pacjenta, jest usunięcie zęba a nawet liczne ekstrakcje. W przypadku dzieci przedwczesna utrata zębów mlecznych prowadzi do zaburzenia rozwoju w obrębie szczęki i żuchwy, przyczynia się do zaburzeń warunków zgryzowych. W niektórych przypadkach zębopochodna bakteriemia może być przyczyną sepsy a nawet zgonu.

Czy dzieci z wrodzonymi wadami serca są szczególnie zagrożone?
U dzieci z wrodzonymi wadami serca i innymi schorzeniami układu sercowo-naczyniowego ryzyko wystąpienia powikłań niewłaściwej higieny jamy ustnej lub niewłaściwego postępowania leczniczego, w tym przede wszystkim infekcyjnego zapalenia wsierdzia (IZW), jest znacząco wyższe. Warto pamiętać, że ryzyko infekcji podnoszą nie tylko zabiegi stomatologiczne związane z  przerwaniem ciągłości tkanek tj.: leczenie zachowawcze ubytków poddziąsłowych, skaling czy ekstrakcje zębów, które wiążą się z ryzykiem bakteriemii (przedostaniem się bakterii do krwioobiegu). U osób z nieprawidłową higieną jamy ustnej, licznymi ubytkami próchnicowymi, wysokie ryzyko bakteriemii wiąże się nawet z codziennymi zabiegami higienicznymi wykonywanymi w domu. Zęby z nieleczonymi ogniskami próchnicy mogą stać się potencjalnymi albo jawnymi ogniskami infekcji i prowadzić do zmian w odległych narządach, w tym również w narządach układu sercowo-naczyniowego. Mogą być przyczyną IZW, a stan taki może zagrażać życiu dziecka. Ogromne znaczenie dla zdrowia całego organizmu ma także stan dziąseł i przyzębia. Powinien być standardowo oceniany w trakcie wizyt kontrolnych w gabinecie stomatologicznym.

Jak powinna wyglądać prawidłowa opieka stomatologiczna u dzieci z wrodzonymi wadami serca i innymi schorzeniami kardiologicznymi?
Prawidłowa ścieżka stomatologiczna u dzieci-pacjentów kardiologicznych obejmuje:
Fundacja Serce Dziecka zwraca uwagę, że wielu rodziców dzieci z wrodzonymi wadami serca skarży się na to, że lekarze stomatolodzy obawiają się leczyć pacjentów z WWS. Z czego zdaniem Pani Doktor wynikają takie obawy?
Rzeczywiście, obserwujemy, że często brakuje odpowiedniej wiedzy na temat odmienności postępowania w leczeniu pacjentów z WWS i innymi schorzeniami układu sercowo-naczyniowego. Do omawianej grupy pacjentów konieczne jest podejście kontekstowe. Uwaga ogólna: lekarze stomatolodzy powinni pamiętać, że u pacjentów immunoniekompetentnych stany zapalne mogą stać się źródłem bakteriemii, które w przypadku dzieci z chorobami serca mogą spowodować infekcyjne zapalenie wsierdzia, więc postępowanie w przypadku tej grupy pacjentów niejednokrotnie powinno być inne niż w populacji ogólnej.

Myślę, ze kolejnym poważnym problemem jest brak ośrodków, do których zarówno lekarz kardiolog, jaki i lekarz stomatolog może skierować pacjenta z WWS. Bardzo często pacjenci ci wymagają leczenia w znieczuleniu ogólnym z koniecznością hospitalizacji – nawet  kilkudniowej.

Odziały kardiologiczne ze względu na bardzo duże potrzeby diagnostyczne i  lecznicze oraz długi czas oczekiwania na hospitalizację nie są w stanie przyjmować pacjentów na sanację jamy ustnej w znieczuleniu ogólnym. Myślę, że idealnym rozwiązaniem byłoby stworzenie miejsc w istniejących oddziałach pediatrycznych w wielospecjalistycznych ośrodkach, w których hospitalizowani byliby pacjenci wymagający leczenia stomatologicznego.

Czy można podać przykład różnicy w opiece nad populacją ogólną a dziećmi z chorobami serca?
Oczywiście, oto przykład. Mamy zęby mleczne z zaawansowanymi ogniskami próchnicy, gdzie proces chorobowy doprowadził do zapalenia miazgi zęba. U dzieci ogólnie zdrowych można i trzeba takie zęby po przeprowadzeniu odpowiedniego leczenia pozostawić w jamie ustnej. U pacjentów z chorobami serca, ze względu na anatomię korzeni zębów mlecznych, którą cechuje obecność licznych kanałów bocznych, nie możemy mieć pewności, że uda nam się całkowicie usunąć bakterie z tych kanałów podczas leczenia endodontycznego, co sprawia, że konieczne jest usunięcie takiego zęba.

Na co zdaniem Pani Doktor powinni zwracać uwagę opiekunowie, lekarze kardiolodzy i stomatolodzy w kontekście opieki stomatologicznej u dzieci z wrodzonymi wadami serca i innymi schorzeniami kardiologicznymi?
Zaproponowałabym kilka zaleceń:
Pani Doktor, dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Marta Sułkowska