Medicalpress
Nie każda trudność z czytaniem oznacza, że ktoś nie potrafi odczytać tekstu. Coraz częściej problem ujawnia się dopiero wtedy, gdy trzeba zrozumieć treść, połączyć informacje, wyciągnąć wnioski i wykorzystać je w codziennym życiu przy czytaniu instrukcji, formularza, informacji urzędowej, tekstu w internecie czy zaleceń medycznych. Nowe polskie badanie pokazuje, że u dorosłych osób z trudnościami w czytaniu funkcjonalnym mechanizmy problemu mogą być bardzo różne.
Autorzy pracy opublikowanej w czasopiśmie „Brain Sciences” analizowali poznawcze podłoże trudności w czytaniu u dorosłych Polaków. Badanie objęło 158 osób. 

Czytanie funkcjonalne, czyli coś więcej niż odczytanie słów

W krajach rozwiniętych problem niskich kompetencji czytelniczych rzadko polega dziś na całkowitej nieumiejętności czytania. Znacznie częściej dotyczy tzw. czytania funkcjonalnego zdolności do rozumienia, oceniania i wykorzystywania informacji zapisanych w tekście.

To umiejętność potrzebna w bardzo konkretnych sytuacjach: gdy trzeba zrozumieć ulotkę leku, instrukcję przygotowania do badania, pismo z urzędu, warunki umowy, ogłoszenie, formularz, informację zdrowotną albo komunikat zamieszczony w internecie. Trudność nie musi więc polegać na tym, że dana osoba „nie czyta”. Może polegać na tym, że tekst jest zbyt złożony, zbyt specjalistyczny, wymaga łączenia wielu informacji albo szybkiego wyszukiwania danych.

Autorzy badania zwracają uwagę, że trudności związane z czytaniem i rozumieniem tekstów w Polsce stają się coraz bardziej widoczne. Jak wynika z przywoływanych przez nich danych badania PIAAC, w najnowszym cyklu odsetek dorosłych osiągających najniższe wyniki wzrósł do 39 proc., podczas gdy w poprzedniej edycji wynosił 18,8 proc.

Nie oznacza to jednak, że osoby te nie potrafią czytać w podstawowym sensie. Problem częściej dotyczy sytuacji, w których trzeba tekst zrozumieć, połączyć zawarte w nim informacje i wykorzystać je w praktyce – na przykład przy czytaniu instrukcji, formularzy czy zaleceń.

Dobre czytanie to coś więcej niż samo odczytywanie słów

Badanie przeprowadzone przez Katarzynę Chyl-Tanaś, Marcina Szczerbińskiego i Artura Pokropka zostało oparte na modelu Simple View of Reading, który zakłada, że rozumienie tekstu zależy przede wszystkim od dwóch elementów: sprawnego czytania słów oraz rozumienia ze słuchu – czyli tego, jak dobrze radzimy sobie z przetwarzaniem i interpretacją języka.

U większości dorosłych czytanie przebiega na tyle automatycznie, że nie wymaga dużego wysiłku. Dzięki temu, sięgając po tekst, możemy jednocześnie go rozumieć, łączyć zawarte w nim informacje i wyciągać wnioski, zamiast skupiać się wyłącznie na samym odczytywaniu kolejnych słów.

Inaczej wygląda to u osób z trudnościami. W tej grupie czytanie bywa wolniejsze i bardziej wymagające, co utrudnia skupienie się na znaczeniu tekstu. W efekcie można przeczytać tekst od początku do końca, ale jego sens nie zawsze jest w pełni uchwycony.

Trzy różne profile trudności

Badacze zidentyfikowali trzy różne typy trudności wśród dorosłych, którzy mają problem z czytaniem funkcjonalnym. 

Największą grupę – ponad połowę badanych (53,8 proc.) – stanowiły osoby, u których problem nie polegał na samym czytaniu słów. Byli w stanie je odczytać, ale trudność pojawiała się wtedy, gdy tekst stawał się bardziej złożony. Dłuższe zdania, specjalistyczne słownictwo czy bardziej „urzędowy” język sprawiały, że sens całości był trudniejszy do uchwycenia.

Druga, dość liczna grupa (37,5 proc.) to osoby, które w testach sprawdzających podstawowe umiejętności czytania i przetwarzania języka radziły sobie podobnie jak pozostali. A jednak w zadaniach wymagających wykorzystania tekstu w praktyce wypadały słabiej. Autorzy sugerują, że w tym przypadku znaczenie mogą mieć czynniki bardziej „życiowe” niż poznawcze – nawyki czytelnicze, wcześniejsze doświadczenia ze szkoły, motywacja czy sposób korzystania z informacji na co dzień, np. w internecie.

Najmniejszą grupę (8,8 proc.) stanowiły osoby z trudnościami najbardziej zbliżonymi do dysleksji. W ich przypadku czytanie było wyraźnie wolniejsze i bardziej wymagające, co utrudniało płynne przetwarzanie tekstu. 

Jeden problem, różne potrzeby

Wnioski z badania pokazują, jak ważne jest to, co kryje się pod pojęciem czytania funkcjonalnego. Samo odczytanie tekstu nie zawsze wystarcza – kluczowe jest to, czy jesteśmy w stanie go zrozumieć, połączyć zawarte w nim informacje i wykorzystać je w praktyce.

To właśnie na tym poziomie pojawiają się najczęstsze trudności. Tekst może być zbyt złożony, napisany specjalistycznym językiem, nieczytelnie ułożony albo wymagać szybkiego odnalezienia konkretnych informacji. W takich sytuacjach nawet osoby, które dobrze radzą sobie z samym czytaniem, mogą mieć problem z jego praktycznym wykorzystaniem.

Dlatego znaczenie ma nie tylko to, jak czytamy, ale także to, jak teksty są tworzone. Widać to szczególnie w komunikacji publicznej i zdrowotnej. Pacjent, odbiorca decyzji administracyjnej czy użytkownik e-usługi często musi samodzielnie odnaleźć się w przekazie, który bywa zbyt skomplikowany.

Prosty język, przejrzysta struktura, jasne instrukcje i ograniczenie nadmiaru informacji nie są wyłącznie kwestią stylu. W wielu przypadkach decydują o tym, czy informacja zostanie rzeczywiście zrozumiana i wykorzystana.

Smartfon też może utrudniać czytanie

Autorzy zwrócili uwagę także na coś bardzo praktycznego – sposób, w jaki czytamy. Osoby z niższymi wynikami częściej korzystały z telefonu, a samo czytanie na smartfonie wiązało się z gorszym rezultatem – średnio o około 2,5 punktu, niezależnie od grupy.

To ważna obserwacja, bo dziś wiele informacji odbieramy właśnie w ten sposób. Mały ekran, ciągłe przewijanie, przełączanie się między treścią a pytaniami czy wyszukiwanie konkretnych fragmentów sprawiają, że czytanie wymaga większego skupienia. Dla osób, którym już wcześniej trudno jest pracować z tekstem, może to być dodatkowe utrudnienie.

Nie tylko szkoła, także instytucje

Badanie pokazuje, że niskie kompetencje czytania funkcjonalnego u dorosłych nie są wyłącznie problemem edukacyjnym. To również wyzwanie dla instytucji publicznych, systemu ochrony zdrowia, pracodawców i autorów komunikatów kierowanych do obywateli.

Jeżeli tekst ma być użyteczny, musi być zaprojektowany z myślą o osobach o różnych kompetencjach czytelniczych. Dotyczy to szczególnie informacji medycznych, gdzie niezrozumienie zaleceń, instrukcji przygotowania do badania, dawkowania leków czy objawów alarmowych może mieć bardzo konkretne konsekwencje.

Autorzy badania podkreślają, że osoby z trudnościami w czytaniu nie tworzą jednej grupy, dlatego wsparcie powinno być bardziej elastyczne i dopasowane do rzeczywistych potrzeb. Równie ważne jest jednak upraszczanie otoczenia informacyjnego tak, aby teksty potrzebne w codziennym życiu były bardziej dostępne, zrozumiałe i możliwe do wykorzystania.

Źródło: Katarzyna Chyl-Tanaś, Marcin Szczerbiński, Artur Pokropek, „Cognitive Underpinnings of Functional Reading Difficulties in Polish Adults”, Brain Sciences 2026. https://doi.org/10.3390/brainsci16050438
31 marca 2026 r. delegacja europosłów w ramach misji Komisji Zdrowia Publicznego Parlamentu Europejskiego (SANT) odwiedziła Centrum Produkcyjno-Logistyczne Adamed w Pabianicach. Wizyta była okazją do rozmów o tym, jak odbudować bezpieczeństwo lekowe Europy poprzez wsparcie europejskich producentów leków. To niezbędne, by zapewnić pacjentom w Europie stabilny dostęp do leków.
W skład delegacji weszli: Adam Jarubas, Vytenis Povilas Andriukaitis, Justyna Szczepańska, Marek Kołodziejski, Witold Naturski oraz Alina Ionascu. Delegacji towarzyszyła także poseł Jolanta Zięba-Gzik oraz Aleksandra Jarmakowska-Jasiczek, wiceprezydent Pabianic.
 
Wizyta europosłów w zakładzie produkcyjnym Adamed
 
Wizyta w Pabianicach odbyła się w drugim dniu misji SANT w Polsce. Delegacja Parlamentu Europejskiego zwiedziła część produkcyjną zakładu, obszar kontroli jakości, laboratorium leków wziewnych, pakownię oraz laboratorium mikrobiologiczne.
 
Przewodniczący komisji Adam Jarubas podkreślił, że wizyty w zakładach produkcyjnych pozwalają eurodeputowanym lepiej rozumieć branże, dla których tworzą prawo:
„To, że jesteśmy dziś tutaj pokazuje, że Adamed jest wzorem rozwoju inwestycji, społecznej odpowiedzialności biznesu oraz dobrych relacji z otoczeniem lokalnym. Zależy nam na tym, by jak najczęściej słuchać głosu branży – poznać konkretne informacje, rzetelne diagnozy i realną ocenę sytuacji. Unia Europejska czasem balansuje między przeregulowaniem a niedostrzeganiem pełnego obrazu. Wiemy też, że kraje tzw. starej Unii mają na tym rynku ugruntowaną pozycję, dlatego tym bardziej musimy konsekwentnie i skutecznie zabiegać o interesy Europy Środkowo-Wschodniej, również w kontekście szeroko rozumianego bezpieczeństwa lekowego” – powiedział Adam Jarubas, Przewodniczący Komisji Zdrowia Publicznego Parlamentu Europejskiego (SANT)
Wyzwania europejskiego sektora farmaceutycznego
 
Delegacja wzięła udział w dyskusji na temat wyzwań europejskiego sektora farmaceutycznego. Wśród najważniejszych wskazano rosnące uzależnienie od Azji w produkcji API generycznych, niespójną legislację, „goldplating” regulacji przy ich wdrażaniu do systemów krajowych, brak koordynatorów ds. bezpieczeństwa lekowego oraz niewystarczające zachęty wspierające konkurencyjność leków „made in EU”.
 
Dodatkowym problemem jest niedopasowanie programów unijnych, takich jak STEP czy FENG, do specyfiki sektora farmaceutycznego.
„Potrzebujemy wsparcia dla rozwoju przemysłu farmaceutycznego – nie tylko w obszarze badań i rozwoju, ale także produkcji. Jeśli Europa chce skutecznie konkurować globalnie, musi mieć stabilne i przewidywalne mechanizmy finansowania. Dziś ich brakuje, a wspierałyby one odbudowę niezależności lekowej Europy” – powiedziała Katarzyna Dubno, Dyrektor ds. Relacji Zewnętrznych, ESG i Ekonomiki Zdrowia w Adamed Pharma.
Uczestnicy debaty zwracali również uwagę na problem przeregulowania rynku.
„Potrzebujemy przede wszystkim spójnych regulacji. Bez nich europejski sektor farmaceutyczny nie będzie konkurencyjny. Tymczasem część unijnych regulacji – jak choćby dyrektywa ściekowa – wprowadza dodatkowe, często bardzo kosztowne obciążenia dla producentów” – podkreśliła Magdalena Krakowiak, Kierownik Międzynarodowych Relacji Zewnętrznych Adamed Pharma.

Z kolei Vytenis Povilas Andriukaitis, były komisarz UE ds. zdrowia i bezpieczeństwa żywności, wskazał na konieczność kompleksowego podejścia do rozwoju sektora: „Także w obszarze leków generycznych powstają rozwiązania o charakterze innowacyjnym. Musimy rozwijać system, w którym badania, inwestycje i innowacje obejmują wszystkie typy działalności. Globalna konkurencja jest dziś bardzo silna, dlatego potrzebujemy regulacji zapewniających równe warunki działania oraz wsparcie dla innowacji na każdym etapie rozwoju” – powiedział.
Delegacja Komisji Zdrowia Publicznego Parlamentu Europejskiego (SANT) zwiedziła Centrum Produkcyjno-Logistyczne Adamed Pharma w Pabianicach
 
Adamed – polski producent o międzynarodowym zasięgu
 
Adamed to jeden z największych producentów leków w Polsce. Rocznie produkuje 3,6 miliarda tabletek. Firma ma 8 przedstawicielstw na świecie, fabrykę w Wietnamie, a w drugiej połowie roku do grupy Adamed dołączy zakład w Riells w Hiszpanii, który polska firma kupuje od Sanofi.
 
W ramach misji SANT europosłowie spotykają się z przedstawicielami sektora zdrowia i odwiedzają miejsca związane z produkcją leków i funkcjonowaniem systemów ochrony zdrowia. Celem jest poprawa dostępu do leków oraz budowa bardziej odpornych systemów ochrony zdrowia w UE.
 
źródło: Adamed
Fresenius Kabi, spółka operacyjna grupy Fresenius, światowy lider w dziedzinie płynoterapii, żywienia klinicznego i wyrobów medycznych, rozwija produkcję kluczowej aparatury stosowanej w krwiodawstwie i krwiolecznictwie w swojej Fabryce wyrobów medycznych Clinico Medical w Błoniu pod Wrocławiem. Tym samym zakład w Błoniu staje się ważnym centrum technologicznym, przyczyniającym się do wzmocnienia produkcji związanej z krwiodawstwem w Polsce. Produkcja tych wyrobów medycznych rozpoczęła się w sierpniu br.
Uruchomienie produkcji urządzeń do krwiodawstwa i krwiolecznictwa w Polsce to strategiczne wydarzenie dla Fresenius Kabi i ogromna wartość dla polskiej i europejskiej ochrony zdrowia.
 
„Krew to dar, bezcenny lek ratujący życie. Jesteśmy dumni, że dzięki zaangażowaniu naszych pracowników możemy jeszcze skuteczniej wspierać krwiodawstwo i krwiolecznictwo, dbać o bezpieczeństwo pacjentów. Wzmocnienie naszego zakładu w Błoniu pod Wrocławiem nie tylko poszerzy nasze lokalne kompetencje, ale także znacząco zwiększy stabilność systemów ochrony zdrowia, które wspieramy. Lokalna produkcja pozwala nam również szybciej reagować na potrzeby rynku i wdrażać innowacje dokładnie tam, gdzie są najbardziej potrzebne” – podkreśla Maciej Chmielowski, prezes zarządu Fresenius Kabi Polska.
 
„Realizacja projektu wymagała modernizacji istniejącego obiektu na potrzeby nowoczesnej hali produkcyjnej. Uruchomiliśmy nowe stanowiska, wdrożyliśmy zaawansowane technologie i systemy jakości. Pracownicy przez kilka miesięcy szkolili się w zakładzie firmy we Friedbergu w Niemczech. Dzięki ich zaangażowaniu, elastyczności oraz otwartości na zmiany udało się nam sprawnie uruchomić produkcję i zbudować solidne fundamenty pod dalszy rozwój” – podkreśla Joerg Pluskwik, dyrektor zarządzający Fabryki Wyrobów Medycznych Clinico Medical sp. z o.o. w Błoniu.
 
Wyroby medyczne Fresenius Kabi odgrywają kluczową rolę w dziedzinie krwiodawstwa i transfuzjologii. Służą one m.in. do poboru i rozdziału krwi pełnej na składniki, na blokach operacyjnych pozwalają na odzyskiwanie krwi traconej w trakcie zabiegu (tzw. autotransfuzja), a zgrzewarki do drenów medycznych wykorzystywane są w laboratoriach i bankach krwi.
 
O spółce Fresenius Kabi Polska
 
Fresenius Kabi Polska jest częścią międzynarodowego koncernu Fresenius Kabi.
 
Fresenius Kabi w Polsce to biuro i sprzedaż w Warszawie, Wytwórnia Płynów Infuzyjnych w Kutnie, Fabryka Wyrobów Medycznych Clinico w Błoniu, Centrum finansowo-księgowe we Wrocławiu oraz Centrum Dystrybucyjne produktów leczniczych w Strykowie. Firma w Polsce zatrudnia ponad 2400 pracowników, a rocznie dostarcza miliony sztuk różnych produktów do szpitali w całym kraju.
 
O spółce Fresenius Kabi i grupie Fresenius
 
Jako globalna firma medyczna, Fresenius Kabi kieruje się hasłem „Committed to life”. Produkty, technologie i usługi firmy są wykorzystywane w terapii i opiece nad pacjentami w stanie krytycznym oraz przewlekle chorymi. Fresenius Kabi zatrudnia ponad 41 000 pracowników i działa w ponad 100 krajach, oferując szerokie portfolio produktów, które zapewniają dostęp do wysokiej jakości, ratujących życie leków i technologii.
 
W obszarze biotechnologicznym Fresenius Kabi oferuje nowoczesne leki biopodobne stosowane w leczeniu chorób autoimmunologicznych i onkologicznych. W dziedzinie żywienia klinicznego firma zajmuje pozycję lidera rynkowego, a jej szerokie portfolio produktów do żywienia enteralnego i parenteralnego wpływa na poprawę stanu odżywienia pacjentów. W segmencie wyrobów medycznych Fresenius Kabi dostarcza m.in. pompy infuzyjne, urządzenia do terapii komórkowych i genowych, jednorazowe zestawy medyczne. Fresenius Kabi jest światowym liderem w dostawach worków i urządzeń do poboru krwi, wspierając banki krwi i placówki medyczne na całym świecie. Generyczne leki dożylne oraz płyny infuzyjne Fresenius Kabi pomagają ratować miliony istnień rocznie, zarówno w medycynie ratunkowej, chirurgii, onkologii, jak i na oddziałach intensywnej terapii.
 
Fresenius Kabi podchodzi do opieki zdrowotnej w sposób holistyczny, łącząc doświadczenie, wiedzę, innowacyjność i zaangażowanie – wpływając na życie 450 milionów pacjentów rocznie. Zgodnie ze strategią #FutureFresenius firma rozwija, produkuje i wprowadza na rynek nowe produkty i technologie oraz dąży do umocnienia swojej pozycji jako wiodącego, globalnego dostawcy terapii, poprawy opieki nad pacjentami, tworzenia trwałej wartości dla interesariuszy – kształtując przyszłość ochrony zdrowia.
 
Fresenius Kabi jest częścią Grupy Fresenius, założonej w 1912 roku, obok Helios i Quirónsalud. Jako JEDEN zespół, spółki Grupy Fresenius angażują się w dostarczanie ratujących i zmieniających życie rozwiązań medycznych na całym świecie.
 
Więcej informacji można znaleźć w witrynie internetowej: www.fresenius-kabi.com.
 
źródło: Fresenius-Kabi
Atopowe zapalenie skóry (AZS) rzadko kończy się na skórze. To choroba przewlekła, nawracająca, a świąd i zaostrzenia potrafią wywrócić codzienność: sen, pracę, naukę, relacje, zdrowie psychiczne. Dlatego rozmowa o nowoczesnych terapiach nie może sprowadzać się wyłącznie do listy leków. W praktyce o tym, czy pacjent dostanie skuteczne leczenie na czas, decydują także: ścieżka diagnostyczna, rola POZ, edukacja (w tym walka z lękiem przed terapią) i realna dostępność ośrodków.
Jak z AZS radzą sobie trzy kraje regionu – Polska, Czechy i Chorwacja – opowiedzieli klinicyści z Europy Środkowo-Wschodniej. Ich wnioski pokazują, że każdy system ma inne mocne strony, ale też inne „wąskie gardła”.

Różna skala problemu, różne obciążenie systemu

Epidemiologia AZS w regionie nie jest jednolita. W Polsce choruje ok. 4% dorosłych i 5–10% dzieci, częściej w miastach niż na wsiach – co przekłada się na dostęp do specjalisty i czas rozpoznania. W Czechach odsetki są niższe (2–3% dorosłych i 5–6% dzieci). Najtrudniejsza sytuacja dotyczy Chorwacji, gdzie AZS ma dotyczyć nawet 10% dorosłych i 15–20% dzieci. Im więcej pacjentów, tym większa presja na system i większa potrzeba sprawnych ścieżek.

Czechy: szybciej do dermatologa, ale leki „za późno”

Czechy wypadają najlepiej w organizacji diagnostyki i dostępie do specjalisty – zwłaszcza u dzieci. Z perspektywy ekspertów wyzwaniem nie jest brak terapii, tylko moment ich włączania.
„System opieki nad pacjentami z AZS w Czechach jest w dobrym stanie, mamy dostęp do prawie wszystkich nowych leków, ale wciąż powinniśmy móc stosować je wcześniej, nie tylko w ciężkim przebiegu” – podkreśla prof. Spyridon Gkalpakiotis z Uniwersytetu Karola w Pradze.
W praktyce oznacza to potrzebę leczenia nie tylko pacjentów z ciężkim AZS, ale również z umiarkowanym przebiegiem – zanim choroba „wytnie” jakość życia na lata. Problemem pozostaje też niedobór dermatologów, który potrafi spowolnić realne wdrażanie terapii, nawet jeśli formalnie są dostępne.

Polska: najszersza refundacja, ale nierówny dostęp i „zostawianie” pacjentów na leczeniu miejscowym

Polska wypada mocno pod względem refundacji terapii zaawansowanych, ale systemowo przegrywa tam, gdzie liczy się logistyka: liczba ośrodków, obciążenie biurokratyczne i różnice regionalne. Efekt bywa taki, że część pacjentów z umiarkowanym i ciężkim AZS latami pozostaje w POZ, na emolientach i leczeniu miejscowym, mimo że to nie zawsze wystarcza.
W bardziej zaawansowanych i przewlekłych postaciach AZS leczenie nie ogranicza się już wyłącznie do terapii miejscowej, lecz obejmuje także leczenie ogólne – zarówno klasyczne, jak i innowacyjne – realizowane w ramach programów lekowych.
Z perspektywy pacjenta „papierowy” dostęp do terapii nie zawsze przekłada się na dostęp realny. Jednocześnie eksperci podkreślają, że dla chorych z ciężkim AZS Polska zapewnia szeroki wachlarz nowoczesnych opcji.
„Dostęp do innowacyjnych terapii dla pacjentów ciężko chorych w Polsce jest bardzo dobry – praktycznie cały zakres leków zarejestrowanych na świecie jest dostępny, choć w różnych liniach terapeutycznych, co wymusza pewną liniowość leczenia” – podkreśla prof. Witold Owczarek.
W tle pojawia się też ważny wątek: AZS to choroba, w której sam lek nie domyka opieki. W cięższych postaciach potrzebne jest podejście wielospecjalistyczne.
„Opieka nad pacjentem z przewlekłym, zaawansowanym AZS wymaga podejścia wielospecjalistycznego – dermatologa, alergologa, wsparcia psychologicznego, bo chorobie często towarzyszą nasilony świąd, zaburzenia snu i problemy emocjonalne” – tłumaczy prof. Witold Owczarek.

Chorwacja: bariera edukacyjna i formalna, terapia „na komisję”

Chorwacja pokazuje inną dynamikę: diagnostyka u dzieci bywa sprawna, ale u dorosłych proces jest wolniejszy, a dostęp do terapii zaawansowanych – bardziej ograniczony. W wypowiedziach ekspertów mocno wybrzmiewa zjawisko kortykofobii: lęku przed steroidami miejscowymi, utrwalonego przez lata niewłaściwej edukacji.
„Głównym problemem w leczeniu atopowego zapalenia skóry jest kortykofobia – pacjenci boją się stosować steroidy miejscowe, a wiele lat niewłaściwej edukacji pogłębia ten problem”- wskazuje prof. Suzana Ljubojević-Hadžavdić ze Szpitala Uniwersyteckiego w Zagrzebiu.
Dodatkowo, jeśli leczenie wymaga zgód komisji lekowych i koncentracji terapii w nielicznych ośrodkach, ścieżka pacjenta wydłuża się – a AZS nie „czeka” grzecznie na decyzje administracyjne.

Minimalna aktywność choroby: nowy język celów leczenia

W każdym z trzech krajów deklarowany cel leczenia jest podobny: zmniejszenie świądu, kontrola zmian skórnych, odbudowa bariery i poprawa jakości życia. Różnią się jednak akcenty i dojrzałość modeli opieki. Czechy silnie idą w kierunku podejścia treat-to-target i standardu minimalnej aktywności choroby (MDA), łącząc ocenę kliniczną z perspektywą pacjenta.
„Minimalna aktywność choroby to nowy standard – łączymy punkt widzenia lekarza i pacjenta, aby uzyskać najlepsze wyniki leczenia”.
W Chorwacji MDA nie jest jeszcze pełnoprawnym elementem wytycznych z 2021 r., ale eksperci mówią o potrzebie aktualizacji i podkreślają, że w praktyce takie myślenie już się przebija.
„Minimalna aktywność choroby staje się coraz ważniejsza – chcemy, aby pacjenci nie tylko odczuwali poprawę, ale też faktycznie mieli redukcję zmian skórnych” – zauważa prof. Suzana Ljubojević Hadžavdić.
W Polsce nacisk pozostaje mocno jakościowo-funkcjonalny: kontrola świądu, zapobieganie zaostrzeniom, poprawa snu i codziennego funkcjonowania – przy jednoczesnej świadomości, że bez szybkiego wdrożenia skutecznej terapii pacjent może wejść w wieloletni, wyniszczający cykl nawrotów.
„Wczesne i efektywne leczenie jest kluczowe – im szybciej podejmiemy właściwą terapię, tym większy wpływ na poprawę zdrowia pacjenta, jego funkcjonowanie społeczne i zapobieganie rozwojowi innych chorób atopowych” – podkreśla prof. Witold Owczarek.

Wspólny wniosek: przyszłość jest „immunologiczna”, ale system musi nadążyć

Eksperci zgodnie zakładają, że kolejne lata przyniosą nowe cząsteczki modulujące układ odpornościowy – i być może leki celujące w nowe szlaki immunologiczne oraz współistniejące choroby atopowe. Jednocześnie już dziś widać, że nie wszyscy pacjenci osiągają pełną kontrolę choroby mimo biologii i „małych cząsteczek”, a bariery systemowe różnią się między krajami: od niedoboru specjalistów (Czechy), przez nierówny dostęp i ograniczenia organizacyjne (Polska), po refundację, formalne zgody i kortykofobię (Chorwacja).
Region szybko zmienia podejście do AZS, ale tempo tych zmian nie jest równe. Czechy pokazują, jak dużo daje sprawna organizacja i treat-to-target. Polska ma mocną bazę refundacyjną, lecz potrzebuje „doszczelnienia” ścieżki pacjenta i wzmocnienia dostępności ośrodków. Chorwacja – mimo ograniczeń – sygnalizuje kierunek aktualizacji wytycznych i potrzebę uporządkowania edukacji. Jeśli MDA ma stać się realnym standardem, a nie tylko hasłem, to następny krok musi dotyczyć nie tylko leków, ale też tego, jak szybko pacjent do nich dociera.

Źródło: PAP MediaRoom
Podczas trwającej konferencji w Warszawie „Wytyczne diagnostyczno-terapeutyczne w nowotworach złośliwych” podpisano umowę o współpracy pomiędzy Polskim Towarzystwem Onkologicznym (PTO) a Litewskim Towarzystwem Onkologicznym (Lithuanian Society of Oncologists, LSO). Symboliczna ceremonia online, która odbyła się w obecności przedstawicieli środowiska onkologicznego z obu krajów, stanowi ważny krok w kierunku zacieśnienia relacji naukowych i klinicznych między Polską a Litwą.

Umowę podpisali: prof. Audrius Dulskas, Przewodniczący Zarządu Litewskiego Towarzystwa Onkologicznego oraz prof. Piotr Rutkowski, Przewodniczący Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Onkologicznego.

Współpraca obejmuje szeroki zakres wspólnych działań, w tym wspólne przygotowywanie i publikację artykułów oraz materiałów naukowych i edukacyjnych, organizację wspólnych sympozjów, konferencji, seminariów i warsztatów, wspieranie kontaktów zawodowych i naukowych, działania na rzecz jakości opieki onkologicznej, inicjatywy edukacyjne i szkoleniowe, wspieranie rozwoju zawodowego młodych specjalistów oraz realizację projektów profilaktycznych i promujących zdrowie skierowanych zarówno do środowiska medycznego, jak i całego społeczeństwa. 

– To wydarzenie ma znaczenie symboliczne i praktyczne. Polska i Litwa mają wiele wspólnych wyzwań w zakresie onkologii, a współpraca naszych towarzystw pozwoli nie tylko na wymianę doświadczeń, ale także na wspólne działania, które poprawią jakość opieki onkologicznej w obu krajach – powiedział prof. Piotr Rutkowski, prezes Polskiego Towarzystwa Onkologicznego.

Polskie Towarzystwo Onkologiczne jest największą naukową organizacją parasolową w Polsce skupiającą specjalistów w dziedzinach onkologicznych. Celem PTO jest rozwój badań naukowych, wspieranie edukacji medycznej i promowanie najwyższych standardów diagnostyki oraz leczenia nowotworów.

Litewskie Towarzystwo Onkologiczne zrzesza lekarzy i naukowców zajmujących się onkologią kliniczną, radioterapią i chirurgią onkologiczną. Organizacja aktywnie działa na rzecz rozwoju opieki onkologicznej na Litwie, wspierając edukację, badania i współpracę międzynarodową.

Podpisanie porozumienia pomiędzy PTO i LSO stanowi historyczny moment w rozwoju współpracy na rzecz rozwoju onkologii w Europie Środkowo-Wschodniej, otwierając nowe perspektywy dla wspólnych projektów naukowych, edukacyjnych i klinicznych.

Podpisanie porozumienia między Polskim Towarzystwem Onkologicznym i Litewskim Towarzystwem Onkologicznym to nie tylko gest dobrej woli, ale konkretny krok w kierunku integracji środowisk onkologicznych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Wspólne projekty naukowe, szkolenia, wymiana wiedzy i doświadczeń mają szansę przełożyć się na realne korzyści dla pacjentów – lepszy dostęp do nowoczesnej diagnostyki, wyższe standardy leczenia i skuteczniejszą profilaktykę nowotworową.

Źródło: PTO

Międzynarodowy Tydzień Świadomości Onkologii Interwencyjnej to dobra okazja, żeby powiedzieć wprost: w nowoczesnej onkologii nie wystarczą dziś już tylko chirurgia, onkologia kliniczna i radioterapia. Czwartym, równorzędnym filarem jest onkologia interwencyjna – zestaw małoinwazyjnych technik wykonywanych pod kontrolą badań obrazowych, który pozwala precyzyjnie diagnozować chorobę, celować w ogniska nowotworowe i skutecznie leczyć ból oraz powikłania.
To dziedzina rozwijająca się na świecie od dekad, obecna w międzynarodowych wytycznych, a mimo to w Polsce wciąż dramatycznie niedostępna dla większości chorych. W tym samym czasie, kiedy globalna społeczność podkreśla jej znaczenie, polskie środowisko radiologów interwencyjnych alarmuje: bez systemowych inwestycji i egzekwowania refundacji przełom pozostanie tylko na papierze. 

Czym jest onkologia interwencyjna – i dlaczego to zmienia reguły gry

Radiologia interwencyjna (zabiegowa) to dziedzina medycyny, w której lekarze wykonują zabiegi lecznicze i diagnostyczne pod kontrolą badań obrazowych – rentgena, tomografii komputerowej, rezonansu magnetycznego lub ultrasonografii. Jej częścią jest onkologia interwencyjna, czyli radiologia interwencyjna w onkologii – specjalizacja zajmująca się małoinwazyjnym leczeniem pacjentów z chorobami nowotworowymi.
„Radiologia interwencyjna obecna jest na każdym etapie choroby nowotworowej” – mówi dr hab. Grzegorz Rosiak, wiceprzewodniczący Sekcji Zabiegowej Polskiego Lekarskiego Towarzystwa Radiologicznego UCK WUM. „Dziedzina ta obejmuje wiele procedur: diagnostykę małoinwazyjną (biopsje), zabiegi terapeutyczne (termoablacja, krioablacja, chemoembolizacja i radioembolizacja), leczenie bólu (neurolizy, blokady, krioneurolizy) czy wreszcie leczenie powikłań po innych terapiach onkologicznych (np. drenaże ropni, embolizacje krwawień). Dzięki tym zabiegom wielu pacjentów może uniknąć dużych operacji chirurgicznych, a czas powrotu do zdrowia jest znacznie krótszy.” 

Biopsja jako fundament nowoczesnej diagnostyki

W erze medycyny personalizowanej diagnostyka onkologiczna wymaga pobrania odpowiedniej ilości i jakości materiału do badań histopatologicznych i molekularnych. Radiolodzy interwencyjni wykonują biopsje gruboigłowe pod kontrolą tomografii komputerowej, które pozwalają precyzyjnie pobrać materiał z guza wątroby, płuca, nerki, trzustki, węzłów chłonnych czy kości.
Dzięki temu możliwe jest szybkie i pewne postawienie diagnozy oraz dobór leczenia celowanego. Niestety, w Polsce wciąż zbyt często stosuje się biopsje cienkoigłowe, które nie dostarczają wystarczającej ilości materiału diagnostycznego i często wymagają powtórzenia. 

Termoablacja i krioablacja: niszczenie guza bez skalpela

Zabiegi termoablacji i krioablacji umożliwiają zniszczenie nowotworów bez operacji chirurgicznej. Przez cienką igłę wprowadzaną przez skórę do wnętrza guza lekarz dostarcza energię cieplną lub zimno, które niszczą komórki nowotworowe. Zabieg trwa kilkadziesiąt minut, a pacjent najczęściej wraca do domu po 1–2 dniach.
Metody te stosuje się w leczeniu guzów wątroby, płuca, nerki czy kości i są one obecne w międzynarodowych wytycznych onkologicznych już od ponad 20 lat. 

Chemoembolizacja i radioembolizacja – celny atak w źródło choroby

Pod kontrolą angiografii lekarz wprowadza cewnik do naczynia krwionośnego zaopatrującego guz i podaje lek lub materiał radioaktywny bezpośrednio do nowotworu, ograniczając toksyczność dla zdrowych tkanek. Zabiegi te są szczególnie skuteczne w leczeniu guzów wątroby – w wielu przypadkach stanowią bezpieczniejszą i bardziej efektywną alternatywę dla klasycznej chemioterapii. 

Radiologia interwencyjna w opanowaniu bólu i powikłań

Radiolodzy interwencyjni wykonują także zabiegi zmniejszające ból – m.in. neurolizy i krioneurolizy – oraz procedury ratujące życie, takie jak drenaże ropni czy embolizacje krwawiących naczyń. Dzięki nim można uniknąć ponownych operacji i znacznie skrócić czas hospitalizacji. 

Polska wciąż poza europejskim standardem

„Niestety, według szacunków Polskiego Lekarskiego Towarzystwa Radiologicznego, aż 90% polskich pacjentów onkologicznych nie ma dziś dostępu do procedur radiologii interwencyjnej” – mówi dr hab. Grzegorz Rosiak. „W Polsce nadal nie stosuje się wielu małoinwazyjnych metod leczenia, które w innych krajach dają realną szansę na wyleczenie. Zamiast tego dominują starsze, często paliatywne metody terapeutyczne – mniej skuteczne dla pacjenta i znacznie droższe.” 
Radiologia interwencyjna obniża koszty terapii, skraca hospitalizację i ogranicza potrzebę wizyt ambulatoryjnych, jednocześnie poprawiając wyniki leczenia. W krajach zachodnich jest uznawana za jeden z czterech filarów leczenia onkologicznego – w Polsce wciąż dopiero walczy o należne miejsce. 

Refundacja to nie wszystko – potrzebne inwestycje i sprzęt

W styczniu 2025 roku wykonano znaczący krok naprzód – Ministerstwo Zdrowia wprowadziło refundację termoablacji i krioablacji guzów płuc, kości i nadnerczy. To decyzja przełomowa, otwierająca drogę do szerszego stosowania małoinwazyjnych metod leczenia nowotworów.
„Niestety, w większości ośrodków brakuje odpowiedniego sprzętu, przez co nawet refundowane procedury nie mogą być wykonywane” – zauważa dr Rosiak. W ramach Narodowej Strategii Onkologicznej zaplanowano wsparcie inwestycyjne dla radiologii interwencyjnej, jednak – jak podkreśla ekspert – „choć na inwestycje w sprzęt medyczny w ramach budżetu NSO przeznaczono do tej pory około 1,5 miliarda złotych, na radiologię interwencyjną nie trafiły żadne środki”. 
„Liczymy, że w 2026 roku środki z budżetu NSO zostaną wreszcie przeznaczone na inwestycje w aparaturę i wyposażenie pracowni radiologii interwencyjnej tak, aby realizując założenia Strategii poprawić dostępność małoinwazyjnych metod leczenia i tym samym obniżyć koszty dla płatnika” – dodaje ekspert. 

Perspektywa pacjentki: „Radiologia interwencyjna uratowała mi życie”

Pani Bożena z Gdyni, pacjentka z wieloletnią historią choroby nowotworowej, mówi wprost: „Jestem przekonana, że radiologia interwencyjna uratowała mi życie. Z chorobą nowotworową zmagam się już ósmy rok. W 2024 roku zespół radiologów interwencyjnych pod kierunkiem dr. hab. Grzegorza Rosiaka przeprowadził u mnie dwukrotnie zabieg termoablacji guzów wtórnych (mięsaków) płuc (…). Po tych zabiegach niestety pojawił się kolejny przerzut – w kości krzyżowej (…). Ponieważ w Polsce nie było możliwości wykonania zabiegu ablacji tej zmiany, zabieg odbył się we Francji. W najnowszej kontroli guz praktycznie znikł – efekt jest więc fenomenalny. Bez radiologii interwencyjnej tak skuteczne leczenie nie byłoby możliwe.” 

Tydzień świadomości – czas na decyzje

Międzynarodowy Tydzień Świadomości Onkologii Interwencyjnej trwa od 27 do 31 października br. To nie tylko okazja do promocji wiedzy, ale i moment, by postawić pytanie: dlaczego polscy pacjenci mają dostęp do refundowanych świadczeń tylko teoretycznie?
Radiologia interwencyjna jest kluczowym elementem nowoczesnej onkologii – skraca czas leczenia, zmniejsza jego inwazyjność i poprawia jakość życia. Jeżeli Polska chce realnie realizować cele Narodowej Strategii Onkologicznej, inwestycje w ten obszar muszą stać się priorytetem.

Źródło: WUM
Nakłady publiczne na ochronę zdrowia w Polsce w ostatnich latach rosły w tempie dwucyfrowym, osiągając rekordowe wartości w latach 2023–2024. Jednak prognozy na kolejne lata pokazują wyraźne spowolnienie dynamiki wzrostu – nawet trzykrotnie. W 2029 r. nakłady wyniosą 313,4 mld zł, czyli 6,3% PKB, ale roczny wzrost ograniczy się do zaledwie 6%. To wywołuje pytania o realną wartość ustawy gwarantującej 7% PKB na zdrowie i o konieczność jej nowelizacji.
Ustawa o minimalnych nakładach na ochronę zdrowia została uchwalona w 2018 r. Jej celem było zapewnienie wzrostu nakładów na zdrowie w relacji do PKB. Początkowo przyjęto wzrost nakładów do poziomu 6% PKB w 2024 r. Dwukrotna nowelizacja regulacji sprawiła, że w obecnie obowiązującym kształcie zakłada się stopniowe osiągnięcie 7% PKB w 2027 r. Jednak w ustawie zawarto mechanizm, za pomocą którego wartość procentową wylicza się w oparciu o wskaźnik PKB sprzed dwóch lat, co sprawia, że faktyczne zagwarantowane nakłady są niższe.

Od 2019 r. nakłady publiczne na zdrowie rosły o kilkanaście procent rocznie. Wyjątkiem był 2022 r., kiedy z powodu pandemii oraz realizacji mniejszej liczby świadczeń Narodowy Fundusz Zdrowia zakończył rok dodatnim wynikiem finansowym. W kolejnych latach wzrost był ponownie dwucyfrowy. Przekładało się to również na duży wzrost nominalnych wydatków. Początkowo było to kilkanaście miliardów złotych. W 2023 r. oraz 2024 r. odnotowano rekordowe wartości na poziomie, odpowiednio, 29,6 mld zł oraz 28 mld zł.

Właśnie w tym okresie pojawiło się również nowe zjawisko. O ile do czasu pandemii kształtowano wydatki na zdrowie na poziomie zbliżonym do minimów ustawowych, o tyle w latach 2023-2024 wydatki znacząco przekraczały ten poziom.  Głównym powodem były rosnące wydatki Narodowego Funduszu Zdrowia, związane z realizacją ustawy o minimalnych wynagrodzeniach w ochronie zdrowia oraz inne zobowiązania narzucane przez kolejne regulacje. Z drugiej strony, dotychczas każdego roku projekt planu finansowego Funduszu oraz projekt ustawy budżetowej kierują się właśnie minimami wskazanymi w ustawie „7 proc. PKB na zdrowie”.

Gwarancja wzrostu nakładów na ochronę zdrowia w relacji do PKB obowiązuje jeszcze tylko przez dwa lata. Od 2028 r. dynamika nakładów na zdrowie będzie znacząco niższa
i osiągnie poziom ok. 5-6% rocznie. Poprzednio tak niski wzrost był obserwowany w poprzedniej dekadzie. Na podstawie wieloletnich założeń makroekonomicznych na lata 2025-2029[1] można wyznaczyć ścieżkę wzrostu nakładów na ochronę zdrowia do 2031 r.

Choć ustawa o minimalnych nakładach na zdrowie miała zapewnić stabilny wzrost finansowania systemu, prognozy wskazują, że w praktyce Polska nie osiągnie poziomu 7% PKB – pozostając w granicach 6,2–6,3%. To poniżej średniej unijnej (7,1% w 2015 r.) i poniżej rosnących potrzeb systemu, obciążonego kosztami wynagrodzeń i nowych regulacji. Eksperci zwracają uwagę, że bez nowelizacji ustawy i zapewnienia dodatkowych środków Narodowy Fundusz Zdrowia może mieć trudności z realizacją swoich zadań w kolejnych latach.

Źródło: Komunikat Prasowy

Od września 2025 roku wejdą w życie poprawki do Międzynarodowych Przepisów Zdrowotnych (IHR) przyjęte podczas 77. Światowego Zgromadzenia Zdrowia. Zmiany mają usprawnić globalną reakcję na zagrożenia zdrowia publicznego poprzez lepszą ochronę danych, formalne uznanie dokumentów cyfrowych i zwiększenie wsparcia WHO dla państw członkowskich. Polska przygotowuje się do tego procesu przy udziale Głównego Inspektora Sanitarnego i PZH.
Podczas sesji WHA77 w maju 2024 roku państwa członkowskie WHO zatwierdziły pakiet poprawek do Międzynarodowych Przepisów Zdrowotnych. Nowelizacja objęła ponad 300 propozycji zmian w 33 z 66 artykułów dotychczasowych przepisów oraz kilku załącznikach. Zgodnie z informacją Ministerstwa Zdrowia, poprawki wejdą w życie 19 września 2025 r., po formalnym powiadomieniu dyrektora WHO o ich przyjęciu.

Nowe przepisy przewidują formalne uznanie dokumentów cyfrowych, co ma usprawnić przepływ informacji w sytuacjach kryzysowych. Wzmocniono ochronę danych osobowych w kontekście wymiany informacji o zagrożeniach zdrowia publicznego. Zwiększono rolę Dyrektora Generalnego WHO w zakresie wsparcia technicznego i operacyjnego dla państw członkowskich – bez jednak nadawania mu nowych uprawnień ingerujących w suwerenność państw. Zwrócono także większą uwagę na potrzebę przyśpieszonej koordynacji działań i lepszej kontroli krajów nad realizacją postanowień MPZ.

Polska, jako państwo członkowskie, zadeklarowała gotowość do implementacji poprawek. Za wdrażanie przepisów odpowiedzialny będzie Główny Inspektorat Sanitarny, a w Narodowym Instytucie Zdrowia Publicznego PZH działa Krajowy Punkt Kontaktowy ds. MPZ. Ministerstwo Zdrowia jasno podkreśla, że Międzynarodowe Przepisy Zdrowotne nie zastępują krajowego prawa, ale stanowią ramę międzynarodowego standardu współpracy w sytuacjach kryzysu zdrowotnego.

Pomimo że niektóre postulaty zostały odrzucone – między innymi te dotyczące obowiązków finansowych państw lub transferu technologii – wdrożenie poprawek przyspieszy wymianę informacji, zwiększy interoperacyjność systemów alarmowych i wzmocni globalną gotowość do działania.


Nowe Międzynarodowe Przepisy Zdrowotne wejdą w życie 19 września 2025 roku. Zmiany obejmują cyfryzację dokumentów, lepszą ochronę danych, wzmocnioną współpracę WHO i państw członkowskich, bez naruszania ich suwerenności. Polska deklaruje gotowość implementacji poprawek, a Główny Inspektorat Sanitarny wraz z PZH pełnią kluczową rolę we wdrożeniu zmian. To krok w stronę lepszej reakcji na zagrożenia zdrowia publicznego w dobie globalnych kryzysów.

Źródło: MZ

Dwa wykryte przypadki przecinkowca cholery (Vibrio cholerae) w Polsce wzbudziły niepokój. Jak poinformował Główny Inspektor Sanitarny i Konsultant Krajowy w dziedzinie chorób zakaźnych we wspólnym komunikacie opublikowanym 25 lipca, w obu przypadkach nie doszło do rozwoju pełnoobjawowej cholery. Zakażenia określono jako wibriozę – infekcję przewodu pokarmowego wywołaną przez przecinkowce, które nie wytwarzają toksyny cholerycznej.
Pierwszy przypadek dotyczył osoby mieszkającej w województwie zachodniopomorskim. „Stwierdzono wibriozę, czyli zakażenie przecinkowcem cholery nie produkującym toksyny” – poinformowano. Jak podkreślają autorzy komunikatu, u żadnej z osób objętych kwarantanną i nadzorem sanitarnym nie rozwinęły się objawy tej choroby, dlatego zakończono postępowanie sanitarne.

Drugi przypadek wykryto w województwie lubelskim. Również tutaj objawy były łagodne i wskazywały na wibriozę. „Do czasu zakończenia badań mikrobiologicznych, wdrożono prewencyjną 5-dniową kwarantannę domową dla osób z najbliższego kontaktu” – czytamy w komunikacie.

Wibrioza to choroba o mniejszym znaczeniu epidemicznym niż klasyczna cholera. Jej przebieg zazwyczaj ogranicza się do dolegliwości ze strony układu pokarmowego – bólu brzucha, wymiotów, biegunki, gorączki i osłabienia. Przenosi się głównie drogą pokarmową, przez skażoną wodę lub żywność. Okres inkubacji wynosi od 3 do 5 dni.

Latem ryzyko zakażenia rośnie, ponieważ wysokie temperatury sprzyjają namnażaniu się przecinkowców w środowisku. „W Polsce od wielu lat obserwuje się okresowo występowanie nietoksynotwórczych przecinkowców w zbiornikach wodnych, szczególnie w sezonie letnim” – przypomina Główny Inspektor Sanitarny dr Paweł Grzesiowski.

W tym momencie, według autorów komunikatu, nie ma podstaw do stwierdzenia zagrożenia epidemiologicznego dla społeczeństwa. Sytuacja jest stale monitorowana.

Wspólny komunikat podpisał również Konsultant Krajowy w dziedzinie chorób zakaźnych, prof. dr hab. med. Miłosz Parczewski.

Źródło: GIS

Choć samotność dotyka coraz większej liczby osób, wciąż pozostaje tematem tabu. Nowe badania naukowców z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu rzucają światło na to, jak głęboko zakorzeniona jest społeczna stygmatyzacja tego stanu. Okazuje się, że wielu Polaków nie przyznaje się do samotności nie dlatego, że jej nie odczuwa – lecz dlatego, że się jej wstydzi. Zwłaszcza mężczyźni oraz osoby pozostające w związkach ukrywają swoje emocje z obawy przed negatywną oceną otoczenia. Wyniki eksperymentalnego badania ujawniają rozbieżność między rzeczywistym doświadczeniem samotności a deklaracjami respondentów, wskazując na ciche cierpienie, które coraz częściej przybiera rozmiary społecznej epidemii.
W eksperymentalnym badaniu wzięło udział 3376 osób z całej Polski powyżej 18 roku życia. W pierwszej kolejności naukowcy z UMW zastosowali skalę DJGLS (De Jong Gierveld Loneliness Scale) – narzędzie, które pośrednio oceniało nasilenie samotności. Słowo to nie pojawiło się jednak w żadnym stwierdzeniu, a badani opisywali m.in. swój stan emocjonalny, poczucie bliskości i relacje społeczne. Następnie wykorzystano skalę oceny zjawiska stygmatyzacji samotności (np. „Bycie samotnym(ą) oznaczałoby, że coś jest ze mną nie tak”„Gdybym był(a) samotny(a), inni zakładaliby, że nie włożyłem(am) wystarczającego wysiłku, aby nie czuć się w ten sposób”). Na końcu – na podstawie jednego ze stwierdzeń skali Center for Epidemiologic Studies Depression (CES-D) – respondenci odpowiadali na bezpośrednio zadane pytanie o poczucie osamotnienia i częstość jego występowania.

Uczucie, które zawstydza

Wyniki były zaskakujące: w badaniu opartym na skali DJGLS aż 61 proc. osób przyznało, że odczuwa samotność, a 27 proc. doświadcza jej w nasilonej formie. Gdy jednak zapytano wprost, liczby wyraźnie spadły – samotność zadeklarowało 34 proc. ankietowanych, a 6,5 proc. wskazało, że towarzyszy im ona przez większość tygodnia. Skąd taka rozbieżność?

– To nie jest kwestia błędu pomiarowego. Wyniki wcześniejszych badań również pokazały, że samotność, choć coraz bardziej powszechna, jest jednym z najbardziej wypieranych stanów emocjonalnych. Ludzie nie przyznają się do niej, zwłaszcza gdy są pytani bezpośrednio. To oznacza, że naukowcy, chcąc rzetelnie poznać skalę zjawiska, powinni sięgać po inne narzędzia badawcze – ocenia prof. Błażej Misiak, kierownik Katedry i Kliniki Psychiatrii Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, który z Kacprem Żełabowskim, studentem kierunku lekarskiego na UMW, pracuje nad artykułem Silent suffering: Exploring the link between loneliness stigma and its underreporting in the general population sample” („Ciche cierpienie: Związek między stygmatyzacją samotności a jej zaniżonym zgłaszaniem w populacji ogólnej”), podsumowującym rezultaty badań. Projekt jest finansowany ze środków uczelni w ramach zadania „UMW w Świetle Doskonałości Naukowej 2024-2026”.

Dlaczego ukrywamy samotność?

To jednak nie koniec – badacze postanowili sprawdzić, dlaczego nie przyznajemy się do samotności. Analiza wyników kwestionariusza mierzącego stopień stygmatyzacji tego stanu – zarówno z perspektywy społecznej, jak i osobistej – nie pozostawia wątpliwości. Za milczeniem stoi obawa przed oceną innych, którzy mogliby uznać, że np. brak przyjaciół wynika z naszej winy, że nie umiemy rozmawiać z ludźmi, że nie dość staramy się, aby nawiązać wartościowe kontakty.

– Osoby, które są samotne, odczuwają wstyd i skrępowanie. Boją się do tego przyznać nie tyle przed sobą, co przed innymi, ponieważ spodziewają się, że będą napiętnowane przez otoczenie. Im silniejsze jest przekonanie, że opinia społeczna postrzega samotność jako coś niewłaściwego, tym bardziej respondenci ukrywają ten stan – dodaje prof. Błażej Misiak i przyznaje, że są grupy, które szczególnie niechętnie mówią o doświadczaniu samotności.

Mężczyźni przeżywają ją w ciszy

Na czele listy znajdują się mężczyźni, którzy najrzadziej przyznawali się do poczucia osamotnienia. Wiąże się to z kulturowym stereotypem osoby silnej, samowystarczalnej i emocjonalnie stabilnej. – Dodatkowo panowie częściej przejawiają cechy narcystyczne, co kłóci się z tradycyjnym wyobrażeniem osoby samotnej. Trudniej im też mówić o emocjach, ponieważ postrzegają to jako oznakę słabości – tłumaczy prof. Błażej Misiak.

Kolejną grupą są osoby pozostające w związkach. Dla nich świadomość, że mimo obecności partnera czują się samotne, jest trudna do zaakceptowania. Uważają, że przyznanie się do tego może być odebrane jako sygnał, że związek nie jest szczęśliwy, relacja przechodzi kryzys lub para jest niedobrana. Dlatego wypierają samotność i tłumią emocje.

W przypadku osób z objawami depresyjnymi i lękowymi, zespół zaobserwował odwrotną zależność: im większe ich nasilenie, tym większa otwartość w mówieniu o samotności. – Prawdopodobnie można to tłumaczyć silniejszą tendencją do odczuwania i relacjonowania negatywnych emocji – wyjaśnia kierownik Katedry i Kliniki Psychiatrii UMW, dodając, że dokładniejszych danych i możliwości interpretacji związków czasowych ocenianych zjawisk dostarczy drugi etap badania, zaplanowany po sześciu miesiącach od wyjściowej oceny ankietowanych.

Niedoszacowana epidemia

Wnioski są jednak niepokojące. – Zjawisko samotności może być większe niż dotychczas wskazywano, a jego niedoszacowanie oznacza, że problem staje się epidemią, którą wiele osób przeżywa w milczeniu – podkreśla prof. Błażej Misiak. – Musimy temu przeciwdziałać, choćby poprzez edukację i głośne mówienie, że samotność to stan, który może dotknąć każdego i nie powinien być ani powodem do wstydu, ani kojarzony z porażką.

Źródło: Komunikat Prasowy

Przewlekła zapalna demielinizacyjna polineuropatia, znana pod skrótem CIDP, to rzadka, wyniszczająca choroba neurologiczna, w której organizm atakuje osłonki mielinowe nerwów obwodowych. To prowadzi do osłabienia mięśni, zaburzeń czucia i trudności w chodzeniu. Diagnoza często pada po długiej odysei pełnej niepewności, strachu i błędnej diagnozy, bo CIDP bywa mylona z innymi chorobami nerwowo‑mięśniowymi.
Od 1 lipca dostępna jest w nim nowa opcja terapeutyczna – immunoglobulina podskórna z hialuronidazą, która może znacząco poprawić jakość życia pacjentów z CIDP, a także przynieść wymierne oszczędności systemowe.

„Dla mnie i większości osób chorujących na przewlekłą zapalną polineuropatię demielinizacyjną, rozszerzenie programu lekowego o nowoczesną immunoglobulinę podskórną z hialuronidazą to bardzo dobra wiadomość. Terapia immunoglobulinami podskórnymi pozwala ograniczyć wizyty w szpitalu, odzyskać pewną niezależność od choroby, czego efektem jest więcej normalnej aktywności życiowej, więcej czasu z rodziną. Cieszymy się i jesteśmy wdzięczni za to, że Ministerstwo Zdrowia dostrzega potrzeby pacjentów z CIDP i wprowadza do refundacji kolejne nowoczesne leki” – mówi Lucyna Wierzowiecka, prezeska nowo powstającego axON – Stowarzyszenia na rzecz Chorych na CIDP│GBS │MMN.

Zaczęło się od mrowienia

U podłoża CIDP leży nieprawidłowa reakcja układu odpornościowego, który atakuje osłonki mielinowe nerwów obwodowych. Proces ten prowadzi do ich uszkodzenia, a w konsekwencji – do osłabienia mięśni i zaburzeń czucia. Choroba rozwija się zwykle stopniowo, w ciągu kilku tygodni lub miesięcy, chociaż zdarzają się też przypadki o bardziej gwałtownym przebiegu. Choroba może mieć charakter postępujący, gdy objawy nasilają się stale w czasie, lub rzutowo-remisyjny, gdy pojawiają się nawroty i okresy remisji. U około 10% chorych przebieg jest jednofazowy – po leczeniu uzyskuje się trwałą poprawę. Ze względu na niespecyficzność objawów, CIDP bywa mylona z innymi chorobami nerwowo-mięśniowymi.

„W moim przypadku choroba rozwijała się stopniowo. Podczas urlopu nad morzem w czerwcu 2022 r. zauważyłam delikatne mrowienie pod palcami stóp. Przypisałam to problemom z kręgosłupem szyjnym, które mam od kilku lat. Dziwne natomiast było to, że bardzo bolały mnie nogi, gdy chodziłam po plaży i stopy zapadały się w piasku. Z czasem mrowienia objęły całą stopę, a chodzenie nawet po płaskim podłożu stało się bolesnym wysiłkiem. Ogólnie byłam w dobrej kondycji, zdrowo się odżywiałam, gimnastykowałam się, nie doznałam żadnego urazu. Pewnego dnia chciałam pobiec za moją córką. Ku memu zaskoczeniu nogi nie chciały się odbić od podłoża. Ortopeda wykluczył ucisk na rdzeń kręgowy, ale objawy nasilały się. Zaczęłam chodzić na miękkich kolanach. Gdy schodziłam po schodach, czasem kolana uginały się więcej niż potrzeba i robiło się niebezpiecznie. Nie mogłam podskoczyć, czułam ogromną niemoc w mięśniach, która stopniowo przesuwała się do górnej części ciała. Neurolog stwierdził, że konieczne są szczegółowe badania w szpitalu. Przez dwa tygodnie oczekiwania na hospitalizację obserwowałam ze łzami w oczach, jak moje palce stóp >>wyłączają się<< po kolei. Coraz trudniej było mi utrzymać równowagę, doszło do tego, że nawet filiżanka kawy była za ciężka, by ją podnieść. Bałam się, czy następnego dnia moje ciało będzie miało siłę podnieść się rano z łóżka. Byłam przerażona, ale nikt mnie nie rozumiał, bo wyglądałam na zdrową. Gdy trafiłam na Oddział Neurologiczny Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego im. Ludwika Perzyny w Kaliszu już ledwo chodziłam. Podeszwy stóp stały się bolesne. Gdy nimi ruszałam, miałam wrażenie, jakby na powierzchni skóry pękał zastygnięty wosk. W szpitalu przeszłam serię badań, by wykluczyć najbardziej prawdopodobne schorzenia. Ostatnie badanie – EMG – było kluczowe. Po czterech dniach badań usłyszałam: przewlekła zapalna polineuropatia demielinizacyjna – CIDP. Otrzymałam standardowe leczenie pierwszej linii sterydami oraz skierowanie do ośrodka prowadzącego program lekowy. Po pięciu miesiącach zostałam przyjęta w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Poznaniu specjalizującym się w opiece pacjentów z CIDP. To był przełom, ponieważ przez skutki uboczne sterydów nie byłam w stanie funkcjonować. Gdy zaczęłam przyjmować immunoglobuliny, moja sprawność i mój standard życia wreszcie się poprawiły – choć leczenie wiązało się z koniecznością hospitalizacji co 4-6 tygodni. Było to uciążliwe, ale konieczne, by w ogóle funkcjonować. Jestem wdzięczna zespołowi Oddziału Neurologicznego M2 Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Poznaniu za opiekę, bo czułam się tam jak w domu, a przede wszystkim bezpieczna i zaopiekowana. W końcu ktoś rozumiał, z czym się borykam. Moment, kiedy pierwszy raz od diagnozy stanęłam na palcach, pamiętam do dzisiaj: łzy, szczęście, nadzieja, że coś się poprawia. Dziś, znając historie innych chorych na CIDP, mogę powiedzieć, że miałam szczęście, że trafiłam na lekarza dociekliwego i empatycznego wobec pacjenta. Dzięki temu diagnozę otrzymałam stosunkowo szybko i to w szpitalu, który nie specjalizuje się w CIDP. Niestety w większości przypadków odyseja diagnostyczna chorych potrafi trwać kilka lat, a nierzadko zdarzają się sugestie, że należy udać się do psychiatry. Wynika to z małych doświadczeń lekarzy z CIDP – w końcu to choroba ultra rzadka. A świadomość, że taka choroba w ogóle istnieje i jakie objawy jej towarzyszą, to klucz do szybkiej diagnostyki i rozpoczęcia leczenia” – opowiada Lucyna Wierzowiecka.

Wczesna diagnoza daje szansę

„Rozpoznanie przewlekłej zapalnej demielinizacyjnej polineuropatii opiera się na wnikliwym wywiadzie, badaniu neurologicznym oraz badaniach, takich jak elektromiografia (EMG) i analiza płynu mózgowo-rdzeniowego, który pobierany jest od pacjenta podczas procedury punkcji lędźwiowej. Niekiedy trzeba poszerzyć diagnostykę, aby wykluczyć inne choroby, które mogą przypominać CIDP. Ponieważ nie ma jednoznacznych markerów biologicznych CIDP, kluczowe są kryteria kliniczne i elektrodiagnostyczne, ale mamy bardzo dobre kryteria rozpoznania opracowane przez grupę europejskich ekspertów. Sprawna diagnostyka jest bardzo ważna, ponieważ pozwala na wczesne rozpoznanie tej choroby, a co za tym idzie – na szybkie wdrożenie właściwego leczenia, co zwiększa szansę pacjenta na częściową lub nawet pełną remisję. Wielu pacjentów, pomimo ciężkich początków, może wrócić do pracy zawodowej i normalnej aktywności życiowej” – mówi prof. dr hab. n. med. Anna Kostera-Pruszczyk, kierownik Katedry i Kliniki Neurologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, Ośrodka Eksperckiego Chorób Rzadkich Nerwowo-Mięśniowych i członka prestiżowej międzynarodowej sieci GBS/CIDP Excellence Centre.

Leczenie CIDP ma na celu zahamowanie reakcji autoimmunologicznej układu odpornościowego pacjenta. W pierwszej kolejności wykorzystuje się kortykosteroidy, a gdy te okazują się nieskuteczne lub są przeciwwskazane – immunoglobuliny podawane we wlewach dożylnych (IVIg), które uważane są za złoty standard w terapii CIDP, lub plazmaferezę. U części pacjentów stosuje się również leki immunosupresyjne, zawsze potrzebna jest rehabilitacja (fizjoterapia), wspomagająca powrót do sprawności i poprawiająca jakość życia osób chorych.

Immunoglobuliny – złoty standard

Szacuje się, że w Polsce na CIDP choruje około 2600 osób (czyli ok. 0,007% populacji) [1]. Z dostępnych danych literaturowych wynika, że u około 40% pacjentów leczenie sterydami nie działa w oczekiwany sposób lub jest przeciwwskazane – w Polsce to ponad 1000 osób, dla których podstawą terapii są immunoglobuliny. Dane z badania PATH pokazują, że aż około 90% z nich dobrze odpowiada na leczenie immunoglobulinami dożylnymi, osiągając stabilizację choroby.

W Polsce leczenie CIDP prowadzone jest od 2014 r w ramach programu lekowego B.67, który realizowany jest w wielu ośrodkach w całym kraju. Program ten dotyczy leczenia immunoglobulinami dożylnymi różnych chorób neurologicznych o podłożu autoimmunologicznym (w tym m.in. miastenii, zespołu Devica, miopatii zapalnych czy właśnie CIDP).

„Zadaniem immunoglobulin jest modulowanie odpowiedzi immunologicznej, (w przypadku CIDP – zahamowanie niszczenia osłonek mielinowych) i złagodzenie objawów neurologicznych. Leczenie to jest stosowane w przypadkach, gdzie inne metody terapeutyczne nie przynoszą oczekiwanych rezultatów, a jego celem jest zmniejszenie postępu choroby i poprawa jakości życia pacjentów. U pacjentów, u których udało się osiągnąć stabilizację choroby za pomocą leczenia immunoglobulinami dożylnymi, wskazane jest zastosowanie leczenia podtrzymującego – z wykorzystaniem immunoglobulin podawanych podskórnie. Warto też zauważyć, że około połowa pacjentów aktualnie leczonych w programie B.67 to osoby z rozpoznaniem przewlekłej zapalnej demielinizacyjnej polineuropatii” – zaznacza prof. Anna Kostera-Pruszczyk.

Nowa szansa w programie lekowym

Od 1 lipca 2025 r. w programie B.67 dostępna jest kolejna nowa, refundowana terapia. To nowoczesna immunoglobulina podskórna z hialuronidazą stosowana jako leczenie podtrzymujące po wcześniejszej stabilizacji pacjenta terapią dożylną. Charakteryzuje się wysoką biodostępnością (porównywalną z dożylnymi immunoglobulinami), a badania kliniczne potwierdziły jej wysoką skuteczność i bezpieczeństwo.

„Kolejny, drugi już preparat immunoglobulin podawany podskórnie w programie B.67 to realny postęp, który poprawi dostępność terapii domowej. Terapie podskórne uwalniają pacjenta od konieczności regularnych wizyt w szpitalu na podanie leku dożylnego. To bardzo ważne, ponieważ wielu naszych pacjentów z CIDP to osoby, które dzięki leczeniu mogą pracować zawodowo, kontynuować kształcenie. Ten lek podaje się co 3-4 tygodnie w domu, co jest olbrzymią ulgą dla chorych i ich rodzin. Leczenie domowe – bez konieczności wizyt w szpitalu – nie tylko zmniejsza stres i obciążenie chorobą dla pacjenta, ale też obniża koszty systemowe. Uwalnia miejsce w szpitalu i czas specjalistów dla kolejnych pacjentów, którzy wymagają diagnostyki i leczenia. Dzięki temu system ochrony zdrowia może pracować bardziej efektywnie. A możliwość indywidualnego dobrania leku do potrzeb konkretnego pacjenta jest kluczowa w chorobach przewlekłych” – tłumaczy prof. Anna Kostera-Pruszczyk.

„Doceniamy tę decyzję, ale jednocześnie zwracamy uwagę, że nadal wielu pacjentów napotyka poważne trudności w dostępie do diagnozy, leczenia i odpowiedniego wsparcia. Liczymy, że to działanie będzie początkiem szerszych zmian systemowych, które realnie poprawią jakość życia chorych. A przede wszystkim wzrośnie liczba osób kwalifikowanych do programu lekowego B.67. Jako organizacja pacjencka w organizacji jesteśmy otwarci na współpracę z Ministerstwem Zdrowia. Postęp medycyny i rosnąca dostępność do nowoczesnych terapii, to szansa na faktyczną poprawę jakości naszego życia” – podkreśla Lucyna Wierzowiecka.

„To dobry kierunek. Jako środowisko neurologiczne liczymy, że nowoczesne terapie staną się standardem w leczeniu chorób rzadkich w Polsce” – podsumowuje prof. Anna Kostera-Pruszczyk.

CIDP pozostaje chorobą poważną, ale nie wyrokiem. Wczesna diagnostyka, dostęp do terapii i rehabilitacja mogą pozwolić wielu osobom na powrót do aktywnego życia. Nowoczesne immunoglobuliny podskórne oferują większą niezależność i lepszą jakość życia, a także przynoszą wymierne oszczędności dla systemu zdrowotnego. To dowód, że w leczeniu chorób rzadkich priorytetem powinna być zarówno skuteczność terapeutyczna, jak i komfort pacjenta.

Źródło: PAP MediaRoom

Od 5 lipca 2025 roku obowiązuje w Polsce zakaz sprzedaży elektronicznych papierosów, pojemników zapasowych do e-papierosów oraz woreczków nikotynowych osobom poniżej 18. roku życia. Nowe przepisy wynikają z ustawy nowelizującej ustawę o zdrowiu publicznym i ustawę o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi, która została podpisana przez prezydenta i opublikowana w Dzienniku Ustaw. Jak podkreśla Ministerstwo Zdrowia, głównym celem zmian jest zwiększenie ochrony zdrowia dzieci i młodzieży przed wczesnym uzależnieniem od nikotyny i ograniczenie dostępności tych wyrobów na rynku nieletnich.

Zakaz obejmuje sprzedaż, promocję, reklamę oraz prezentowanie e-papierosów i woreczków nikotynowych młodzieży. Przepisy przewidują również surowe kary dla przedsiębiorców i sprzedawców łamiących ten zakaz. Nowelizacja umożliwia także działania kontrolne prowadzone przez organy Państwowej Inspekcji Sanitarnej oraz nakładanie grzywien i kar administracyjnych w przypadku stwierdzenia naruszeń. W ocenie resortu zdrowia wprowadzenie takiego zakazu jest konieczną odpowiedzią na dynamicznie rosnące spożycie nikotynowych produktów alternatywnych wśród młodych osób, w tym uczniów szkół podstawowych i średnich.

Ministerstwo wskazuje, że nowe przepisy są częścią szerszej strategii polityki antynikotynowej, która ma obejmować również edukację, profilaktykę oraz zwiększoną kontrolę sprzedaży i dostępności wyrobów nikotynowych. W ostatnich latach wyroby tego typu były szczególnie popularne wśród młodzieży z uwagi na ich łatwą dostępność, atrakcyjne smaki i brak odpowiednich regulacji ograniczających sprzedaż osobom niepełnoletnim. Teraz, dzięki nowelizacji, produkty te zostają zrównane w przepisach z tradycyjnymi wyrobami tytoniowymi, co oznacza wprowadzenie identycznych ograniczeń dotyczących ich dystrybucji i promocji.

Wprowadzenie zakazu sprzedaży e-papierosów i woreczków nikotynowych osobom poniżej 18. roku życia to istotny krok w stronę wzmocnienia zdrowia publicznego, a zwłaszcza ochrony dzieci i młodzieży przed uzależnieniem od nikotyny. Nowe przepisy mają na celu zahamowanie wzrostu używania wyrobów nikotynowych przez młode pokolenie, a także wyznaczają nowy kierunek krajowej polityki zdrowotnej, która coraz wyraźniej koncentruje się na profilaktyce i redukcji ryzyka uzależnień. Jak zapowiada Ministerstwo Zdrowia, działania te będą kontynuowane w kolejnych miesiącach – zarówno na poziomie legislacyjnym, jak i edukacyjnym.

Trwają prace nad kolejnymi zmianami w ustawie antytytoniowej

Kolejny projekt nowelizacji ustawy antytytoniowej, zakłada:

Projekt będzie musiał zostać notyfikowany w Unii Europejskiej po przyjęciu go przez Radę Ministrów – to obowiązkowa procedura dla takich regulacji.

Dlaczego to jest ważne?

Jednorazowe e-papierosy i woreczki nikotynowe są szczególnie atrakcyjne dla młodych ludzi. Często to właśnie od nich zaczyna się pierwszy kontakt z nikotyną – wiele osób sięga po nie jeszcze przed ukończeniem 18. roku życia. Chcemy zatrzymać ten niepokojący trend.

Produkty zawierające nikotynę nie są zwykłym towarem – to substancje silnie uzależniające i szkodliwe. Dodatkowo jednorazowe e-papierosy są trudne do kontrolowania pod względem zawartości i składu płynu, a przy tym szkodliwe dla środowiska – zawierają plastik oraz baterie litowo-jonowe, które trudno poddać recyklingowi.

Nikotyna wciąż zbyt łatwo trafia w ręce młodych ludzi. Widzimy, jak dynamicznie rozwija się rynek produktów, które kuszą atrakcyjną formą i smakiem, a w rzeczywistości prowadzą do uzależnienia. Dlatego działamy – zdecydowanie i krok po kroku – by ograniczyć ich dostępność i skuteczniej chronić zdrowie publiczne.

Jakie zmiany już obowiązują?

17 kwietnia weszły w życie przepisy, które zakazują sprzedaży podgrzewanych wyrobów tytoniowych o charakterystycznych aromatach, takich jak mentol czy owoce. Od wejścia w życie przepisów branża ma dziewięć miesięcy na wyprzedanie zapasów. Smakowe dodatki przyciągają szczególnie młodych ludzi. Eliminując te produkty, zmniejszamy ryzyko uzależnień i chronimy zdrowie młodzieży. Nowelizacja ustawy antytytoniowej uregulowała też podgrzewacze do tytoniu jako nowatorskie wyroby tytoniowe. Te przepisy dostosowują polskie regulacje do prawa Unii Europejskiej.

Źródło: Ministerstwo Zdrowia

Podczas debaty w Warszawie eksperci przedstawili szwedzkie rozwiązania, które doprowadziły do drastycznego spadku liczby palaczy – z 25 proc. do zaledwie 5 proc. społeczeństwa. Dzięki restrykcyjnym przepisom, skutecznej edukacji i odpowiedniej polityce fiskalnej Szwecja jest dziś liderem walki z uzależnieniami od tytoniu w Europie. Polska tymczasem pozostaje daleko w tyle – papierosy pali aż 27 proc. obywateli. Czy mamy szansę nadrobić ten dystans?
Nieco ponad 5 proc. Szwedów pali papierosy, w Polsce zaś palacze stanowią 27 proc. społeczeństwa. Stosowane od lat regulacje m.in. prawne i fiskalne doprowadziły do tego, że Szwecja jest jedynym krajem w Unii Europejskiej, który zbliża się do statusu społeczeństwa wolnego od palenia – stwierdzili uczestnicy spotkania poświęconego nowoczesnym metodom walki z uzależnieniami.

Dyskusja, która odbyła się z we wtorek w Warszawie z inicjatywy Mazowieckiej Wspólnoty Samorządowej, dotyczyła możliwości przeniesienia szwedzkich wzorców walki z uzależnieniami (od alkoholu, tytoniu i nikotyny, ale także telefonów komórkowych i komputerów) na polski grunt. Jej hasło brzmiało: „Ku wzrostowi zdrowia publicznego. Współczesne zagrożenia dla zdrowia psychicznego i fizycznego młodzieży – doświadczenia europejskie na przykładzie Szwecji. Nowoczesne metody walki z uzależnieniami”, a uczestniczyli w niej m.in. członkowie sejmowej Komisji Zdrowia.

Lekarz psychiatra, poseł Włodzisław Giziński, członek sejmowej Komisja Zdrowia, powiedział, że alkohol, tytoń, otyłość i brak ruchu to cztery główne przyczyny złego stanu zdrowia Polaków.

„Od 2015 roku zaczął się okres skracania przewidywalnego czasu przeżycia Polaków. Wśród 37 bogatych krajów polscy 15-latkowie zajmują 30. miejsce pod względem zadowolenia z życia. Medycyna naprawcza w Polsce jest na dobrym poziomie, ale profilaktyka i styl życia są coraz gorsze” – powiedział poseł.

Prowadzący spotkanie Rafał Jabłoński, reprezentujący Mazowiecką Wspólnotę Samorządową, przedstawił m.in. wyniki badań przeprowadzonych w Szwecji, które dotyczą korzystania z wyrobów tytoniowych. Wynika z nich, że dzięki długoletnim kampaniom edukacyjnym, wysokim cenom produktów oraz restrykcyjnie przestrzeganym przepisom regulującym dostęp nieletnich do wyrobów tytoniowych, liczba osób palących papierosy spadła w ciągu 15 lat z 25 proc. do 5 proc.

Anna Dela, wiceprezes Fundacji Instytut Człowieka Świadomego, uszczegółowiła elementy szwedzkiej strategii walki z uzależnieniami od tytoniu i medycyny. Są to: bezwzględne restrykcje dla dzieci i młodzieży; surowe kary i obowiązkowe sprawdzanie dowodów osobistych przy zakupie produktów nikotynowych; nieatrakcyjne opakowania – produkty tytoniowe są pozbawione kolorowych i zachęcających grafik; polityka fiskalna – najwyżej opodatkowane są tradycyjne papierosy, następnie podgrzewacze tytoniu, e-papierosy, a najniżej woreczki nikotynowe.

„Szwedzi traktują tę strategię jako redukcję szkód, co przyczyniło się do znaczącego spadku zachorowań na nowotwory płuc” – powiedziała Dela.

W Polsce obecnie procedowany jest projekt ustawy, która przewiduje całkowity zakaz obrotu saszetkami nikotynowymi. Zdaniem uczestników dyskusji może to przynieść skutki odwrotne do zamierzonych i, jak podkreślili, należy szukać innych rozwiązań, np. edukacyjnych, legislacyjnych i ekonomicznych.

„Papierosy w Polsce są jednymi z najtańszych w Europie. Dopóki nie podniesiemy cen papierosów, to po prostu ludzie będą masowo, nałogowo je palić” – stwierdziła posłanka Joanna Wicha, zastępczyni przewodniczącego sejmowej Komisji Zdrowia.

Szwedzki model walki z uzależnieniem od tytoniu powinien być inspiracją dla polskich decydentów. Zamiast działań doraźnych i chaotycznych zakazów – jak procedowany obecnie w Polsce projekt całkowitego zakazu sprzedaży woreczków nikotynowych – skuteczniejszą drogą mogą okazać się przemyślane działania: surowe kontrole sprzedaży nieletnim, zniechęcające opakowania, wysoka akcyza i wieloletnie kampanie informacyjne.

Jak słusznie zauważają eksperci, strategia Szwecji to przede wszystkim redukcja szkód, a nie karanie za używanie. Co więcej, tamtejsza profilaktyka przynosi widoczne efekty w postaci mniejszej liczby zachorowań na raka płuca. W Polsce wciąż dominuje medycyna naprawcza – ale jak podkreślali uczestnicy debaty, bez zmiany stylu życia, zwiększenia aktywności fizycznej i ograniczenia palenia papierosów nie uda się poprawić zdrowia publicznego.

Warto, aby Polska wyciągnęła wnioski z doświadczeń Szwecji i wprowadzała zmiany systemowe, zamiast opierać się na doraźnych reakcjach legislacyjnych. Konieczne są inwestycje w edukację zdrowotną i politykę fiskalną, która realnie zniechęca do sięgania po używki – również wśród młodzieży.

Patronat nad konferencją objął Adam Struzik, marszałek województwa mazowieckiego.

Źródło informacji: PAP MediaRoom