Medicalpress
Po pięciu latach funkcjonowania opłaty cukrowej oraz publikacji sprawozdania Narodowego Funduszu Zdrowia za 2025 rok Polskie Stowarzyszenie Diabetyków i Forum Ekspertów ds. Cukrzycy przedstawili wspólne stanowisko dotyczące sposobu wykorzystania środków pochodzących z tego mechanizmu. Choć eksperci pozytywnie oceniają rozwój opieki diabetologicznej, zwracają uwagę, że zdecydowana większość pieniędzy nadal przeznaczana jest na finansowanie świadczeń realizowanych od lat, natomiast działania profilaktyczne i edukacyjne pozostają marginalnym elementem całego systemu.
Z analizy sprawozdania NFZ wynika, że w 2025 roku refundacja leków przeciwcukrzycowych wyniosła 645,3 mln zł, czyli o 2,1 proc. więcej niż rok wcześniej. Jednocześnie kolejny rok z rzędu spadły wydatki na refundację pasków do samokontroli glikemii – z 456,4 mln zł w 2023 roku do 409,6 mln zł w 2025 roku. Zdaniem autorów stanowiska warto przeanalizować, czy jest to efekt coraz szerszego wykorzystania nowoczesnych systemów monitorowania glikemii oraz czy uwolnione w ten sposób środki są inwestowane w dalszy rozwój nowoczesnej opieki diabetologicznej.

Pozytywnie oceniono natomiast systematyczny wzrost finansowania ambulatoryjnej opieki specjalistycznej w diabetologii i chorobach metabolicznych. W ciągu dwóch lat wydatki w tym obszarze wzrosły z 282,6 mln zł do 356,4 mln zł, co – zdaniem Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków i Forum Ekspertów ds. Cukrzycy – odpowiada rosnącym potrzebom pacjentów i jest kierunkiem, który warto kontynuować.

Autorzy stanowiska podkreślają jednak, że największym problemem pozostaje brak możliwości jednoznacznego wskazania, które działania zostały uruchomione lub rozszerzone właśnie dzięki środkom z opłaty cukrowej. Znaczna część wydatków wykazywanych w sprawozdaniu obejmuje bowiem świadczenia finansowane przez NFZ jeszcze przed wprowadzeniem tego rozwiązania, takie jak refundacja leków, pasków do pomiaru glukozy czy świadczeń diabetologicznych. W opinii organizacji pacjentów dodatkowe środki powinny przekładać się na widoczną wartość dodaną dla chorych oraz rozwój nowoczesnej opieki.

Eksperci zwracają również uwagę na konieczność dalszego zwiększania transparentności wydatkowania środków publicznych. Chociaż tegoroczne sprawozdanie NFZ jest bardziej szczegółowe niż wcześniejsze, nadal brakuje danych pozwalających ocenić nie tylko wysokość ponoszonych nakładów, ale również efekty zdrowotne osiągane dzięki ich wykorzystaniu.

Prof. Paweł Koczkodaj podkreśla, że nowoczesne systemy ochrony zdrowia coraz częściej oceniają skuteczność interwencji nie tylko przez pryzmat wydanych pieniędzy, ale przede wszystkim osiąganych rezultatów zdrowotnych. Jego zdaniem środki z opłaty cukrowej powinny być traktowane jako długofalowa inwestycja w zdrowie publiczne, obejmująca nie tylko leczenie, ale również profilaktykę, edukację zdrowotną i działania ograniczające rozwój otyłości oraz cukrzycy.

Jeszcze bardziej krytycznie wyniki sprawozdania ocenia prof. Leszek Czupryniak. Jak wskazuje, obecnie aż 95,6 proc. wpływów z opłaty cukrowej przeznaczanych jest na finansowanie rutynowych świadczeń związanych z leczeniem cukrzycy. Tymczasem pierwotnym celem tego mechanizmu było stworzenie dodatkowego impulsu do rozwoju profilaktyki, edukacji oraz nowoczesnych metod diagnostyki i leczenia chorób metabolicznych. Zdaniem eksperta środki te powinny w znacznie większym stopniu wspierać działania zapobiegające otyłości i cukrzycy oraz poprawiać dostęp do innowacyjnych technologii medycznych.

W swoim stanowisku Polskie Stowarzyszenie Diabetyków oraz Forum Ekspertów ds. Cukrzycy proponują szereg działań systemowych. Wśród nich znalazły się dalszy rozwój dostępu do nowoczesnych terapii i technologii zgodnych z rekomendacjami Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego, zwiększenie transparentności wydatkowania środków z opłaty cukrowej poprzez publikowanie porównywalnych danych rok do roku oraz wyraźne zwiększenie finansowania działań profilaktycznych i edukacyjnych.

Organizacje proponują również powołanie przy Ministerstwie Zdrowia zespołu ds. opłaty cukrowej, złożonego z przedstawicieli środowiska medycznego, ekonomistów i organizacji pacjentów. Jego zadaniem byłoby opracowanie zasad wydatkowania środków w sposób zapewniający ich maksymalną efektywność zdrowotną oraz większą przejrzystość całego procesu.

Zdaniem autorów stanowiska pacjenci mają prawo oczekiwać, że środki pochodzące z opłaty cukrowej będą nie tylko finansować bieżące funkcjonowanie systemu, ale również przyczyniać się do realnego rozwoju profilaktyki, nowoczesnej diabetologii oraz poprawy zdrowia publicznego.

Pełna treść stanowiska:

https://diabetyk.org.pl/stanowisko-polskiego-stowarzyszenia-diabetykow-i-forum-ekspertow-ds-cukrzycy-w-sprawie-wydatkowania-srodkow-z-oplaty-cukrowej-w-2025-roku/ 

źródło: PSD

Światowy Dzień Świadomości Hematoonkologii staje się nie tylko okazją do budowania wiedzy o chorobach układu krwiotwórczego, lecz także momentem, w którym wyraźnie widać kierunek zmian systemowych. Zapowiedziany pilotaż Krajowej Sieci Hematologicznej, oparty na doświadczeniach już funkcjonujących rozwiązań stanowi ważny krok w stronę bardziej spójnego, przewidywalnego i opartego na jakości modelu opieki.
Współczesna hematoonkologia należy do najbardziej wymagających obszarów medycyny. Zarówno pod względem diagnostyki, jak i leczenia. Choroby układu krwiotwórczego charakteryzują się dużą różnorodnością biologiczną, często dynamicznym przebiegiem i koniecznością stosowania zaawansowanych terapii, w tym leczenia komórkowego. W tym kontekście, ogłoszona 8 kwietnia przez Resort Zdrowia oraz Instytut Hematologii i Transfuzjologii, zapowiedź budowy Krajowej Sieci Hematologicznej staje się naturalną odpowiedzią na potrzebę uporządkowania opieki nad pacjentami i zapewnienia jej jednolitej jakości w skali całego kraju.

Fundamentem budowy sieci ma być pilotaż, który zakłada opracowanie 19 standardowych ścieżek terapeutycznych oraz przygotowanie organizacyjnych podstaw funkcjonowania przyszłej sieci. Jak podkreśla w wystąpieniu inicjującym powołanie Sieci wiceminister zdrowia Katarzyna Kacperczyk – koncepcja tego rozwiązania powstała już w 2023 roku, natomiast realizacja pilotażu została zaplanowana na okres od 1 lipca 2026 r. do września 2029 r.

Standardy, które porządkują opiekę
Kluczowym elementem przygotowywanego pilotażu, realizowanego przez Instytut Hematologii i Transfuzjologii w partnerstwie z Centrum e-Zdrowia w ramach programu Fundusze Europejskie dla Rozwoju Społecznego (FERS),  będą standardy, które mają realnie uporządkować opiekę nad pacjentem – od jasno zdefiniowanych ścieżek diagnostyczno-terapeutycznych, przez model organizacji leczenia, aż po zasady współpracy pomiędzy ośrodkami na różnych poziomach referencyjności. To właśnie te rozwiązania mają w praktyce przełożyć się na większą przewidywalność procesu leczenia oraz jego spójną jakość w całym kraju.

Projekt pilotażu należy więc postrzegać jako przełomowy krok w kierunku ujednolicenia opieki hematologicznej w Polsce – tym bardziej, że już dziś nasz kraj należy do europejskich liderów w tym obszarze.  – mówiła podczas konferencji minister Kacperczyk. Polska została sklasyfikowana na trzecim miejscu w Europie pod względem dostępności do terapii hematoonkologicznych, oferując pacjentom pełen wachlarz nowoczesnych metod leczenia, w tym terapie najwyższej generacji. W samym tylko ubiegłym roku około 400 pacjentów skorzystało z terapii CAR-T, co potwierdza zarówno skalę wdrożenia, jak i dojrzałość systemu.

Doświadczenie, które wyznacza kierunek
Istotnym punktem odniesienia dla budowy nowego modelu jest doświadczenie Krajowej Sieci Onkologicznej i funkcjonujących w niej wyspecjalizowanych ośrodków, takich jak Narodowy Instytut Onkologii, który pełni funkcję Krajowego Ośrodka Monitorującego. Rola ta obejmuje m.in. analizę danych klinicznych, monitorowanie jakości leczenia, opracowywanie wskaźników efektywności oraz wspieranie jednolitego wdrażania standardów w skali całego kraju. To właśnie dzięki temu możliwe jest nie tylko bieżące zarządzanie systemem, ale również jego ciągłe doskonalenie w oparciu o twarde dane i mierzalne rezultaty.

Model ten, oparty na koordynacji, transparentności i jakości, już dziś pokazuje swoją skuteczność. Dlatego budowa Krajowej Sieci Hematologicznej stanowi jego naturalną konsekwencję i rozszerzenie na obszar chorób układu krwiotwórczego. W praktyce oznacza to przeniesienie sprawdzonych mechanizmów organizacyjnych, w tym monitorowania efektów leczenia i zarządzania ścieżką pacjenta, do kolejnego, wysoce wyspecjalizowanego segmentu opieki.

Budując referencjność
Pozycja Instytutu w projektowanym systemie wynika nie tylko ze skali działalności, lecz przede wszystkim z doświadczenia budowanego konsekwentnie od dekad. Szczególnym przykładem tych kompetencji jest działalność Kliniki Nowotworów Układu Chłonnego – wyspecjalizowanej jednostki, która od momentu powstania, w połowie lat 90., rozwijana była jako miejsce kompleksowej diagnostyki i leczenia tej grupy nowotworów. Od początku jej funkcjonowanie opiera się na ścisłej współpracy interdyscyplinarnej, obejmującej patomorfologię, diagnostykę molekularną czy nowoczesne metody obrazowania, co umożliwia precyzyjne rozpoznanie i dobór terapii zgodnych z aktualnymi standardami światowymi.

Każdego roku trafia do nas blisko sześciuset nowych pacjentów, w tym chorzy z rzadkimi nowotworami układu chłonnego oraz przypadki wymagające leczenia wysokospecjalistycznego, kierowane z całego kraju. – wyjaśnia prof. Joanna Romejko-Jarosińska kierująca Kliniką.  Prowadzimy także  intensywną działalność terapeutyczną, realizując zaawansowane procedury – w tym autotransplantacje komórek krwiotwórczych oraz nowoczesne terapie komórkowe CAR-T, a równolegle rozwijamy działalność naukową i badawczą, obejmująca liczne projekty krajowe i międzynarodowe oraz szeroki portfel badań klinicznych, zapewniających pacjentom dostęp do innowacyjnych metod leczenia.- dodaje ekspertka.

Pozycja Kliniki jako jednego z wiodących ośrodków hematoonkologicznych w Polsce nie jest rezultatem ostatnich lat, lecz efektem konsekwentnie i długofalowo budowanego doświadczenia. – W 1996 roku wdrożyliśmy jedną z najbardziej intensywnych terapii dla chłoniaka Burkitta (CODOX/IVAC), uzyskując trwałą remisję u pacjentki, która pozostaje zdrowa do dziś. Równolegle klinika aktywnie uczestniczyła w przełomowych badaniach klinicznych – m.in. tych, które potwierdziły znaczenie włączenia rytuksymabu do leczenia chłoniaków grudkowych, zmieniając standardy terapii na świecie. – kontynuuje profesor Romejko-Jarosińska.

Ważnym kamieniem milowym był także rozwój programu przeszczepowego w Narodowym Instytucie Onkologii w Warszawie zapoczątkowany w 1997 roku przez profesora Jana Walewskiego Od tego czasu  w klinice wykonano ponad 1500 przeszczepień komórek krwiotwórczych, rozwijając równolegle zaplecze laboratoryjne i współpracę w zakresie terapii komórkowych. Naturalną kontynuacją tego kierunku jest wdrożenie w 2024 roku stosowania terapii CAR-T– jednej z najbardziej zaawansowanych metod leczenia współczesnej hematoonkologii.  To potwierdzenie, że ośrodek od dekad współtworzy i wdraża rozwiązania, które dziś definiują standardy nowoczesnej hematoonkologii i stają się fundamentem projektowanej Krajowej Sieci Hematologicznej.

Kierunek zmian: system, który realnie wspiera pacjenta
Światowy Dzień Świadomości Hematoonkologii staje się nie tylko okazją do budowania wiedzy o chorobach układu krwiotwórczego, lecz także momentem, w którym wyraźnie widać kierunek zmian systemowych. Zapowiedziany pilotaż Krajowej Sieci Hematologicznej, oparty na doświadczeniach już funkcjonujących rozwiązań stanowi ważny krok w stronę bardziej spójnego, przewidywalnego i opartego na jakości modelu opieki. To właśnie połączenie wieloletniej praktyki klinicznej, rozwoju nowoczesnych terapii i świadomego projektowania systemu daje realną szansę na dalsze wzmacnianie pozycji Polski jako jednego z liderów europejskiej hematoonkologii – z korzyścią, przede wszystkim, dla pacjentów.
 
 
 
źródło: NIO-PIB
Ponad 3,2 mln osób pracuje dziś w sektorze opieki długoterminowej w Unii Europejskiej, a niemal co siódmy pracownik w tej branży jest migrantem – wynika z najnowszego raportu Europejskiego Urzędu ds. Pracy (ELA) opublikowanego pod koniec kwietnia 2026 r. Autorzy opracowania alarmują, że starzenie się społeczeństwa i rosnąca liczba seniorów wymagających wsparcia będą w najbliższych latach gwałtownie zwiększać zapotrzebowanie na opiekunów osób starszych. Polska odgrywa w tym systemie szczególną rolę jako jeden z głównych krajów wysyłających opiekunów do państw Europy Zachodniej, a jednocześnie sama mierzy się z rosnącym deficytem pracowników opieki.
Tegoroczny Ogólnopolski Dzień Opiekuna Osób Starszych, obchodzony 15 maja jest dobrym momentem, aby zwrócić uwagę na wyzwania, z którymi mierzy się dziś cały sektor opieki długoterminowej.

Opiekunki i opiekunowie pilnie poszukiwani
 
Starzenie się społeczeństwa sprawia, że opieka długoterminowa staje się jednym z najważniejszych wyzwań społecznych w Europie, ale w Polsce ten problem staje się szczególnie mocno widoczny. Według prognoz GUS do 2060 roku osoby w wieku 65+ będą stanowiły około 30% populacji naszego kraju, a liczba seniorów wzrośnie o ponad 2,5 mln. Autorzy raportu podkreślają, że przy rosnących potrzebach opiekuńczych cała Europa już dziś mierzy się z niedoborem pracowników oraz problemem starzejącej się kadry.
 
– Potrzebujemy większej liczby opiekunów, a także poprawy warunków pracy i budowania stabilnego, profesjonalnego systemu opieki, który będzie bezpieczny zarówno dla seniorów, jak i pracowników – podkreśla Ada Zaorska, przewodnicząca Polskiego Stowarzyszenia Opieki Domowej. – Bardzo chętnie widzielibyśmy w tym zawodzie więcej panów, których predyspozycje fizyczne pomogłyby w opiece nad osobami z problemami w poruszaniu się. Według raportu ponad 86% pracowników sektora opieki długoterminowej w UE stanowią kobiety, a ponad 40% zatrudnionych ma co najmniej 50 lat. W Polsce udział kobiet w sektorze przekracza 90%, co czyni opiekę jedną z najbardziej sfeminizowanych branż rynku pracy.
 
Migracje pracowników i problemy z legalizacją pracy
 
Raport ELA pokazuje rosnące znaczenie pracowników migrujących w sektorze opieki długoterminowej. Niemal 14% osób zatrudnionych w branży pracuje poza krajem swojego pochodzenia, a ich udział jest szczególnie wysoki w opiece domowej i całodobowej. Polska należy do głównych krajów wysyłających opiekunów do państw Europy Zachodniej, przede wszystkim do Niemiec.
 
– Z zapewnienia opieki nad seniorami nie da się po prostu zrezygnować, a to właśnie opiekunowie zatrudniani przez rodzime firmy od lat stanowią jeden z filarów systemu opieki w Niemczech. To tam zdobywają cenne doświadczenie zawodowe, korzystając jednocześnie z wyższych wynagrodzeń i bardziej stabilnych warunków pracy niż w kraju. Polska od lat specjalizuje się w eksporcie usług opiekuńczych, a kompetencje i profesjonalizm polskich opiekunów są cenione za granicą. Wraz z rozwojem krajowego rynku usług opiekuńczych oraz wprowadzeniem lepszych rozwiązań systemowych, osoby te będą mogły wrócić i wykorzystać zdobyte doświadczenie oraz kwalifikacje w systemie opieki nad seniorami – komentuje Jakub Sarnowski, dyrektor Professional Care 24.
 
Zasoby kadrowe firm opiekuńczych są często zasilane pracownikami z państw trzech. Jednak firmy działające w branży alarmują, że coraz większym problemem stają się przewlekłe procedury i trudności z uzyskaniem wiz i zezwoleń na pracę dla pracowników spoza UE.
 
– W sytuacji rosnących braków kadrowych opóźnienia administracyjne bezpośrednio wpływają na możliwość zapewnienia ciągłości opieki seniorom – mówi Katarzyna Rudak, z firmy Opieka Inter Job działającej w branży opieki. – Dziś wiele firm funkcjonuje na granicy wydolności. Przedłużające się procedury powodują, że nie jesteśmy w stanie szybko uzupełniać braków kadrowych, zapewniać ciągłości opieki podopiecznym, a często w ogóle realizować zakontraktowanych usług, co ogranicza możliwości naszej działalności. Bez usprawnienia procedur polski budżet straci miliardowe wpływy, a firmom, które pozostaną w polskim systemie coraz trudniej będzie utrzymać konkurencyjność na europejskim rynku usług opiekuńczych – dodaje.
 
Kierunkiem wyjazdów pracowników w branży opiekuńczej w Europie jest zachód kontynentu. Polscy specjaliści wyjeżdżają głównie do Niemiec lub Wielkiej Brytanii, a coraz większą rolę w uzupełnianiu braków kadrowych w Polsce odgrywają pracownicy z Ukrainy i innych krajów Europy Wschodniej. Bez tego przepływu pracowników system opieki zarówno w Polsce, jak i w Niemczech miałby ogromne problemy z utrzymaniem ciągłości usług.
 
– Gdyby nie specjalistki z Ukrainy, a coraz częściej także z Gruzji, wiele firm opiekuńczych w Polsce miałoby dziś ogromne problemy kadrowe. Ukrainki w ostatnich latach w dużym stopniu pomogły wypełnić ogromną lukę – podkreśla Ada Zaorska.
 
Konieczne zmiany systemowe
 
Według danych ELA, sektor opieki długoterminowej pozostaje jednym z najtrudniejszych segmentów rynku pracy w Europie dla zatrudnionych. W połowie państw UE wynagrodzenia w branży osiągają jedynie około 80% średnich płac krajowych, a osoby świadczące opiekę domową pracują średnio ponad 44 godziny tygodniowo. Trudne warunki pracy, przeciążenie psychiczne i fizyczne oraz rosnąca odpowiedzialność sprawiają, że coraz trudniej pozyskiwać nowych pracowników do zawodu.
 
– Z roku na rok widzimy coraz większe zapotrzebowanie na wykwalifikowanych opiekunów osób starszych, ale jednocześnie coraz trudniej znaleźć osoby gotowe do pracy w tak wymagających warunkach. Opieka to zawód wymagający nie tylko odpowiednich kompetencji i przygotowania medyczno-opiekuńczego, ale także ogromnej odporności psychicznej i empatii. Dlatego tak ważne są profesjonalne szkolenia oraz poprawa warunków pracy. Bez inwestowania w rozwój kompetencji opiekunów nie uda się zapewnić stabilnego systemu opieki – mówi Iwona Przybyło, dyrektor merytoryczny Akademii Opiekunów.
 
Zawód opiekuna jest trudny, ale niezwykle potrzebny. W najbliższych latach zapotrzebowanie na specjalistów w tym zakresie będzie w Europie znacząco rosnąć. W Polsce potrzebna jest rzetelna debata na temat przyszłości opieki i wprowadzenie rozwiązań, które zapewnią wsparcie dla wszystkich osób potrzebujących.
 
– Już w tej chwili w Polsce brakuje dziesiątek tysięcy opiekunów, a ciężar opieki nad seniorami wciąż spoczywa głównie na rodzinach. To nie jest rozwiązanie długoterminowe. Każda osoba starsza, którą na co dzień zajmuje się córka, syn czy bliscy, to jedna osoba mniej aktywna zawodowo. To także rosnące problemy zdrowotne oraz psychiczne opiekunów przeciążonych obowiązkami. Bez rozwiązań systemowych, zwiększenia dostępności usług opiekuńczych i dalszej profesjonalizacji zawodu opiekuna nie uda się zatrzymać narastającego kryzysu opieki. Zadbajmy o dobrą przyszłość dla naszych seniorów i nas samych – podsumowuje Ada Zaorska.
 
 
 
źródło: komunikat prasowy
Współczesna onkologia coraz wyraźniej odchodzi od modelu leczenia opartego wyłącznie na rozpoznaniu narządowym i histologicznym. O wyborze postępowania terapeutycznego decydują dziś nie tylko lokalizacja nowotworu i jego stopień zaawansowania, ale również cechy biologiczne guza, obecność określonych zaburzeń molekularnych, profil ekspresji wybranych markerów, a w części przypadków także uwarunkowania genetyczne samego pacjenta. Jak podkreślił prof. Piotr Rutkowski, „Właściwa diagnostyka realnie ogranicza koszty leczenia i poprawia jego wyniki. Medycyna personalizowana to dziś w onkologii właściwie wszystko, ale najczęściej myślimy o niej przez pryzmat profilu molekularnego nowotworu i cech genetycznych samego pacjenta”.
To oznacza, że dyskusja o medycynie spersonalizowanej nie może ograniczać się do katalogu dostępnych leków. Jej rzeczywistym punktem wyjścia pozostaje organizacja całego procesu diagnostycznego: od pobrania i zabezpieczenia materiału, przez badanie patomorfologiczne, aż po właściwie dobraną diagnostykę immunohistochemiczną, molekularną i genetyczną. Dopiero taki ciąg postępowania pozwala mówić o leczeniu dostosowanym do biologii nowotworu i sytuacji konkretnego chorego.

Diagnostyka ma prowadzić do decyzji terapeutycznej
Jednym z podstawowych problemów pozostaje rozbieżność między formalnym zakończeniem diagnostyki a rzeczywistym przygotowaniem pacjenta do leczenia. W części ośrodków wynik patomorfologiczny ogranicza się do ustalenia ogólnego charakteru nowotworu, podczas gdy kolejne elementy niezbędne do podjęcia decyzji terapeutycznej są odkładane na później lub realizowane w innych jednostkach.

Jak podkreśliła dr hab. Monika Durzyńska, Kierownik Zakładu Patomorfologii Nowotworów Narodowego Instytutu Onkologii – PIB w Warszawie, w nowoczesnej onkologii takie podejście nie powinno mieć miejsca. „Nie istnieje coś takiego jak minimalne rozpoznanie patomorfologiczne. Rozpoznanie powinno być właściwe i kompleksowe – takie, które zawiera wszystkie informacje potrzebne lekarzowi onkologowi do podjęcia decyzji terapeutycznych”.

W wielu nowotworach diagnostyka molekularna nie jest już dodatkiem do klasycznego rozpoznania, lecz jego integralnym elementem. Oznacza to, że ocena histopatologiczna i molekularna powinna stanowić jeden proces diagnostyczny prowadzący do pełnej charakterystyki choroby.

Najbardziej problematyczne są sytuacje, w których ciężar dokończenia diagnostyki zostaje przeniesiony na pacjenta. „Zdarza się, że zamiast przekazać materiał do ośrodka referencyjnego i uzyskać pełne rozpoznanie, ciężar dalszej diagnostyki przerzucany jest na chorego. W opisie pojawia się informacja o konieczności dalszych badań w ośrodku referencyjnym, ale to pacjent musi sam szukać miejsca, w którym zostaną one wykonane” – mówiła dr hab. Durzyńska.

Jakość leczenia zaczyna się od jakości materiału
Jednym z najczęściej niedocenianych elementów medycyny spersonalizowanej pozostaje sposób pobrania, utrwalenia i przekazania materiału do badania. Tymczasem to właśnie na tym etapie zapada wiele decyzji, które przesądzają o możliwości wykonania późniejszych oznaczeń diagnostycznych.

Jak podkreśla dr hab. Durzyńska, proces diagnostyczny zaczyna się znacznie wcześniej, niż często się zakłada. „Medycyna personalizowana zaczyna się już na etapie transportu materiału do zakładu patomorfologii. To, w jaki sposób materiał zostanie zabezpieczony przez klinicystę, w jakim czasie i w jakich warunkach trafi do pracowni, warunkuje później możliwości diagnostyki patomorfologicznej i molekularnej”.

Znaczenie prawidłowego postępowania z materiałem potwierdzają również dane z praktyki laboratoriów diagnostycznych. Jak wskazywał prof. Artur Kowalik, Kierownik Zakładu Diagnostyki Molekularnej Świętokrzyskiego Centrum Onkologii, jakość utrwalenia tkanki ma bezpośredni wpływ na możliwość wykonania badań genetycznych. „Failure rate w niektórych ośrodkach sięga od 5 do nawet 15 procent, co oznacza, że w tylu przypadkach tracimy materiał i pieniądze tylko dlatego, że proces utrwalania rozpoczął się zbyt późno albo nieprawidłowo”.

Duże znaczenie ma także organizacja pracy ośrodków diagnostycznych. Tam, gdzie patomorfologia, onkologia i diagnostyka molekularna funkcjonują w ramach jednego, zintegrowanego zakładu, łatwiej zachować ciągłość procesu diagnostycznego i skrócić czas potrzebny do uzyskania kompletu wyników. W modelu rozproszonym pojawia się więcej punktów krytycznych: dodatkowe skierowania, przekazywanie bloczków parafinowych między placówkami czy brak jednoznacznej odpowiedzialności za dokończenie diagnostyki.

Jak zauważył prof. Piotr Rutkowski, Przewodniczący Polskiego Towarzystwa Onkologicznego, szczególnie problematyczne są takie sytuacje w ośrodkach o najwyższym poziomie referencyjności. „Rozumiem sytuację ośrodków niższego poziomu referencyjności, które z założenia mogą nie mieć wszystkiego i wymagają wsparcia. Ale jeżeli mówimy o dużym szpitalu wielospecjalistycznym, o ośrodku najwyższego poziomu referencyjności, to trudno zaakceptować sytuację, w której diagnostyka nie jest doprowadzona do końca”.
Konsekwencje organizacyjnych niedoskonałości bywają bardzo konkretne. „Zdarza się, że pacjent jest wysyłany karetką tylko po to, żeby dostarczyć bloczek histopatologiczny do innego ośrodka. Proszę sobie wyobrazić, ile system na tym traci. To są rzeczy naprawdę trudne do zaakceptowania, a jednak tak wciąż funkcjonuje” – mówi prof. Rutkowski.

NGS nadal jest wykorzystywany zbyt późno lub zbyt rzadko
Wprowadzenie badań molekularnych zmieniło sposób kwalifikacji pacjentów do leczenia. W wielu nowotworach obecność określonych zaburzeń genetycznych stanowi dziś podstawę do zastosowania terapii celowanych, leczenia okołooperacyjnego lub wykluczenia niektórych metod postępowania. Mimo to praktyka kliniczna nie wszędzie nadąża za tym standardem.

W chorobach takich jak rak płuca diagnostyka jednogenowa wykonywana etapami okazuje się często niewystarczająca. Problemem bywa zarówno ograniczona ilość materiału biologicznego, jak i czas potrzebny na uzyskanie pełnego obrazu molekularnego. Sekwencyjne zlecanie kolejnych oznaczeń może wydłużać proces diagnostyczny do tego stopnia, że decyzje terapeutyczne zapadają bez pełnej informacji o profilu nowotworu.

Dlatego coraz większe znaczenie przypisuje się badaniom wielogenowym wykonywanym metodą NGS. Jak podkreśla prof. Artur Kowalik, pozwalają one jednoczasowo uzyskać szeroki obraz molekularny, co w raku płuca ma szczególne znaczenie ze względu na niewielką ilość materiału diagnostycznego. „NGS w mojej ocenie jest raczej niewykorzystywany niż nadużywany. W raku płuca pozwala wykonać szeroką diagnostykę jednoczasowo, co jest szczególnie ważne, bo materiału do badań zwykle jest niewiele”.

Zdaniem dr. Mateusza Polaczka, Kierownika III Kliniki Chorób Płuc i Onkologii, Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc w Warszawie, problem ma również wymiar organizacyjny. W wielu ośrodkach utrwalił się model diagnostyki jednogenowej wykonywanej na miejscu, podczas gdy badania NGS postrzegane są jako bardziej złożone, często wymagające współpracy z laboratoriami zewnętrznymi. W efekcie – jak mówi – „często łatwiej jest wydać prostszy, niepełny wynik i uznać, że sprawa jest zamknięta. Tymczasem taka diagnostyka minimum jest dla pacjenta rozwiązaniem nieoptymalnym”.

Konsekwencje takiego podejścia widać w praktyce klinicznej. Zdarzają się sytuacje, w których pacjent z zaawansowaną chorobą trafia do kolejnego ośrodka z bardzo ograniczonym zakresem wykonanych badań molekularnych. „Mam w pamięci przykład sprzed kilku miesięcy – diagnostyka prowadzona w dużym ośrodku, materiał pobrany u pacjenta z chorobą rozsianą, a badanie NGS nie zostało w ogóle zlecone. Pacjent trafił do mnie z wynikiem trzech prostych czynników predykcyjnych na kartce papieru. W takiej sytuacji naprawdę można się złapać za głowę” – przyznał dr Polaczek.

Jak zwrócił uwagę prof. Kowalik, problem nie wynika z braku możliwości technicznych. Laboratoria genetyczne są w stanie wykonywać większą liczbę badań, natomiast trudności pojawiają się tam, gdzie diagnostyka jest rozproszona i brakuje współpracy z ośrodkami zdolnymi do przeprowadzenia pełnego profilowania molekularnego. Bez takiej organizacji – jak ocenia ekspert – system będzie nadal generował niepotrzebne procedury i koszty, a pacjenci nie zawsze będą otrzymywać leczenie najlepiej dopasowane do biologii choroby.

Diagnostyka somatyczna i germinalna coraz częściej się uzupełniają
Rozwój diagnostyki molekularnej sprawił, że wynik uzyskany w tkance nowotworowej coraz częściej staje się punktem wyjścia do oceny predyspozycji dziedzicznej. Dotyczy to przede wszystkim nowotworów związanych z zaburzeniami w genach BRCA, ale także części raków endometrium, prostaty czy trzustki. W takich sytuacjach badanie guza może ujawnić mutację germinalną, czyli dziedziczną zmianę genetyczną obecną we wszystkich komórkach organizmu, którą pacjent może przekazać swoim dzieciom.

Rak jajnika jest jednym z najlepiej opisanych przykładów takiego mechanizmu. Jak wskazał prof. Artur Kowalik, wynik badania molekularnego w tkance nowotworowej bywa pierwszym sygnałem, że mutacja może mieć charakter dziedziczny. „Około 18 procent kobiet z rakiem jajnika i wykrytą mutacją w tkance ma w rzeczywistości mutację dziedziczną. Dlatego jeżeli ginekolog-onkolog otrzyma taki wynik, pacjentka powinna zostać skierowana do poradni genetycznej”.

Szerokie profilowanie molekularne pozwala wykrywać także inne zespoły predyspozycji nowotworowych, m.in. zespół Lyncha, który odpowiada za część przypadków raka endometrium. W takich sytuacjach diagnostyka onkologiczna staje się jednocześnie początkiem diagnostyki rodzinnej – jej znaczenie wykracza więc poza sam proces leczenia chorego.

Barierą w wykorzystaniu tej wiedzy pozostaje jednak nie tylko dostępność poradnictwa genetycznego, ale również moment uruchomienia całej ścieżki diagnostycznej. Jak zwraca uwagę ekspert, w wielu przypadkach problemem nie są same kolejki do poradni, lecz fakt, że proces w ogóle się nie rozpoczyna – pacjent nie otrzymuje skierowania, a wynik badania molekularnego nie uruchamia dalszej diagnostyki rodzinnej.

Rak płuca najlepiej pokazuje, że diagnostyka, kwalifikacja i leczenie powinny stanowić jeden proces
Rak płuca należy do tych nowotworów, w których zależność między jakością diagnostyki a skutecznością leczenia widać szczególnie wyraźnie. Dotyczy to zarówno choroby zaawansowanej, w której profil molekularny warunkuje dobór terapii systemowej, jak i stadiów wcześniejszych, gdzie rośnie znaczenie leczenia okołooperacyjnego.

W ostatnich latach strategia leczenia niedrobnokomórkowego raka płuca istotnie się zmieniła. Obok klasycznego leczenia chirurgicznego coraz większą rolę odgrywa postępowanie neoadjuwantowe i adjuwantowe, w tym schematy wykorzystujące immunoterapię oraz leczenie ukierunkowane molekularnie. W praktyce oznacza to, że decyzje terapeutyczne powinny być poprzedzone możliwie pełną diagnostyką – nie tylko histopatologiczną, ale także molekularną.

Tymczasem – jak zwraca uwagę dr hab. Tomasz Marjański z Kliniki Chirurgii Klatki Piersiowej UCK w Gdańsku, Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego – właśnie na tym etapie pojawia się wyraźna luka między wytycznymi a codzienną praktyką. „NGS jest w mojej ocenie niewystarczająco wykorzystywany również we wczesnym raku płuca. Tymczasem właśnie w tej grupie chorych ma on ogromne znaczenie, ponieważ coraz więcej opcji terapeutycznych zależy od profilu molekularnego pacjenta”.
Dane z polskiej praktyki klinicznej pokazują, że problem dotyczy przede wszystkim etapu poprzedzającego leczenie operacyjne. Jak wskazuje ekspert, „z naszych danych typu real world evidence z Polski wynika, że przedoperacyjnie badanie NGS praktycznie nie jest wykonywane. Dotyczy to nie tylko małych ośrodków, ale również ośrodków uniwersyteckich. Pooperacyjnie zdarza się częściej, ale przedoperacyjnie wciąż pozostaje sytuacją incydentalną”.

Konsekwencje takiego podejścia są bardzo konkretne. Jeżeli profil molekularny nie jest oceniany odpowiednio wcześnie, trudno mówić o prawidłowej kwalifikacji do leczenia okołooperacyjnego. „Trudno mówić o nowoczesnym leczeniu okołooperacyjnym, na przykład o chemio-immunoterapii, jeżeli wcześniej nie oceniamy profilu molekularnego nowotworu. Bez tej diagnostyki nie jesteśmy w stanie właściwie kwalifikować pacjentów do terapii”.

Problem zaczyna się jednak jeszcze wcześniej – na etapie samego rozpoznania. „Około 30 procent pacjentów operowanych z powodu raka płuca w Polsce trafia na stół operacyjny bez wcześniejszego rozpoznania mikroskopowego. Widzimy guz w tomografii komputerowej i chory jest operowany. W takiej sytuacji trudno mówić o leczeniu okołooperacyjnym czy o bardziej zaawansowanych strategiach terapeutycznych”.

Dlatego w raku płuca szczególnego znaczenia nabiera dobrze funkcjonujące konsylium. W chorobie, w której leczenie operacyjne, systemowe i radioterapia często pozostają wobec siebie komplementarne, decyzje nie mogą być podejmowane w izolacji. „W trzecim stopniu zaawansowania konieczna jest ścisła współpraca między chirurgami a radioterapeutami. Część pacjentów, którzy trafiają do chirurga, powinna być leczona radioterapią i odwrotnie. Dlatego potrzebna jest otwarta dyskusja i wspólne wypracowanie najlepszej ścieżki dla chorego” – podkreśla dr hab. Marjański.

Biopsja płynna – między potencjałem klinicznym a brakiem finansowania
Jednym z obszarów budzących duże zainteresowanie pozostaje biopsja płynna. Jej rola bywa jednak upraszczana. Nie jest to metoda służąca rozpoznawaniu nowotworu zamiast badania tkankowego i nie może zastąpić klasycznej diagnostyki histopatologicznej. Dr Mateusz Polaczek podkreślił: „biopsja płynna nigdy nie może zastąpić rozpoznania patomorfologicznego. Wszystkie leki są zarejestrowane dla pacjentów z rozpoznaną chorobą nowotworową, czyli taką, którą patomorfolog potwierdził w materiale tkankowym. Dopiero potem możemy myśleć o badaniach predykcyjnych i o tym, z jakiego materiału je wykonać”.

Biopsja płynna ma natomiast istotne znaczenie jako narzędzie uzupełniające. Może być przydatna w sytuacji niedostatecznej ilości materiału, braku możliwości uzyskania ponownej biopsji, oceny mechanizmów oporności lub potrzeby szybkiej weryfikacji określonych zmian molekularnych w trakcie leczenia. Szczególnie wyraźnie dotyczy to części chorych na raka płuca, ale także wybranych przypadków raka prostaty i innych nowotworów.

W polskich warunkach rzeczywistą użyteczność płynnej biopsji ogranicza przede wszystkim brak stabilnego finansowania. Prof. Artur Kowalik zwrócił uwagę, że dziś badania te wciąż funkcjonują poza uporządkowaną ścieżką rozliczeniową: „Badania wciąż są przypisane do hospitalizacji, więc zamiast zajmować się diagnostyką i leczeniem, zaczynamy zastanawiać się, jak rozliczyć badanie”.

Ten problem ma jednak wymiar szerszy i systemowy. Jak podkreśla dr n. ekon. Michał Chrobot, Prezes Polskiego Towarzystwa Koderów Medycznych, „finansowania biopsji płynnej po prostu nie ma. I to jest największy problem, niezależnie od tego, ile to badanie miałoby kosztować. Dramat polega na tym, że obejmowanie kolejnych cząsteczek refundacją nie jest zabezpieczone dostępem do właściwej diagnostyki, której te terapie wymagają”.

Największe bariery mają dziś charakter organizacyjny i systemowy
Wiele problemów związanych z personalizacją leczenia onkologicznego nie wynika z braku wiedzy medycznej ani z całkowitego braku narzędzi diagnostycznych. Źródłem trudności są częściej rozproszenie świadczeń, niejednolite standardy działania, niepełna kontrola jakości oraz zasady rozliczania, które nie wspierają spójnie zaplanowanej ścieżki diagnostyczno-terapeutycznej.

Dotyczy to m.in. momentu wykonywania badań genetycznych. W wielu nowotworach wynik takiego badania jest potrzebny jeszcze przed konsylium, ponieważ dopiero wtedy możliwe jest zaplanowanie właściwej strategii leczenia. Tymczasem – jak zaznaczył dr n. ekon. Michał Chrobot – obowiązujące zasady finansowania idą w przeciwnym kierunku. „Dzisiaj mamy sytuację taką, że badania germinalne są dostępne wyłącznie po konsylium i NFZ wyraźnie to w zmianie zarządzenia podkreślił. Nie dopuszcza, żeby badania germinalne były wykonywane w trybie ambulatoryjnego pobrania krwi przed tym etapem”.

W praktyce prowadzi to do zderzenia logiki klinicznej z logiką rozliczeń. Jak podkreśla ekspert, w wielu przypadkach trudno przeprowadzić rzetelne konsylium bez wcześniejszego wyniku badania genetycznego. Jednocześnie system finansowania premiuje wykonywanie tych badań dopiero na późniejszym etapie procesu.

Konsekwencje są bardzo konkretne. Badania wykonane przed konsylium często nie mieszczą się w pakiecie onkologicznym i nie mogą zostać rozliczone w standardowej ścieżce finansowania. „Generalnie rzecz biorąc, każde badanie genetyczne, które jest w tym kraju finansowane w leczeniu szpitalnym, wykonane przed konsylium nie będzie rozliczone w pakiecie onkologicznym” – wskazuje dr Chrobot, dodając, że w takiej sytuacji cały proces bywa sztucznie przenoszony do trybu hospitalizacji tylko po to, aby możliwe było rozliczenie świadczenia.

Problemem pozostaje również sytuacja, w której formalnie odbywa się konsylium, ale nie kończy się ono ustaleniem pełnego planu leczenia. Zamiast decyzji pacjent otrzymuje jedynie skierowanie do kolejnego ośrodka, co w praktyce rozmywa odpowiedzialność za dalsze postępowanie i osłabia sens koordynacji opieki.

Prof. Piotr Rutkowski zwócił uwagę, że w wielu przypadkach kolejność działań wciąż bywa odwrócona. „Jeżeli najpierw chory trafia na stół operacyjny, a dopiero później zaczyna się dyskusja o dalszym postępowaniu, to chyba nie jest właściwa kolejność. Wtedy konsylium w istocie staje się pseudo konsylium. W taki sposób nie powinno się planować nowoczesnego leczenia onkologicznego”.

Zdaniem eksperta problem nie wynika z braku wiedzy ani wytycznych, lecz z praktyki organizacyjnej. W wielu ośrodkach nadal nie stosuje się rozwiązań, które powinny być standardem – takich jak jednoczasowe pobranie materiału do biopsji i równoległe skierowanie go na badania molekularne. Analizy środowiska klinicznego pokazują, że robi to zaledwie kilkadziesiąt ośrodków w kraju, podczas gdy ponad sto dwadzieścia nadal tego nie praktykuje.

Jak podkreślił prof. Rutkowski, problem ma w dużej mierze charakter systemowy, ponieważ istniejące standardy nie są w praktyce egzekwowane. „Mamy jasne wytyczne i są one powszechnie dostępne. Każdy lekarz powinien je stosować, ale w praktyce nie ma żadnego mechanizmu ich egzekwowania. Nasz płatnik płaci właściwie niezależnie od tego, czy diagnostyka została wykonana prawidłowo, czy nie”.

Dlatego – jak dodał – elementarne kwestie organizacyjne powinny być traktowane jako część praw pacjenta. Pacjent wchodzący do systemu onkologicznego powinien wiedzieć, czy została mu założona karta DiLO i jaki jest wynik pracy konsylium. Jeżeli jego efektem jest jedynie odesłanie chorego do innego ośrodka, oznacza to, że proces nie spełnia swojej roli koordynacyjnej. Jak podsumowuje ekspert, dopóki system nie będzie dysponował narzędziem umożliwiającym realną kontrolę ścieżki diagnostycznej – takim jak eDiLO – trudno będzie te standardy skutecznie egzekwować.

Osobną kwestią pozostaje jakość diagnostyki patomorfologicznej i molekularnej. System akredytacji oraz powiązania finansowania z jakością przyniósł w części jednostek wymierną poprawę standardów. Dr hab. Monika Durzyńska przypomniała, że „oddzielne finansowanie JGPato spowodowało, że część jednostek diagnostyki patomorfologicznej rzeczywiście podniosła jakość diagnostyki. Dzięki temu pacjenci byli optymalnie leczeni. Natomiast w środowisku patomorfologów pojawiają się dziś obawy, że jeżeli to finansowanie się skończy, część ośrodków może stopniowo obniżać jakość diagnostyki i ograniczać zlecanie badań molekularnych”.

To nie jest tylko teoretyczna obawa. „Na dziś wiadomo, że jednostki, które podlegały akredytacji, przeszły ją pozytywnie i mogły rozliczać badania w JGPato. Łącznie 50 mln zł zostało przekazane szpitalom w związku z tą akredytacją, a badania będą mogły być rozliczane do czerwca, bo do tego momentu akredytacja jest ważna. Mam nadzieję, że dalsze rozwiązania pojawią się wcześniej niż później, bo to będzie tylko z korzyścią dla jakości diagnostyki i dla pacjentów” – dodała dr hab. Durzyńska.

Bez wzmocnienia diagnostyki trudno będzie mówić o rzeczywiście spersonalizowanym leczeniu
Personalizacja leczenia onkologicznego nie zależy wyłącznie od pojawiania się nowych leków ani od rozszerzania programów terapeutycznych. W równym stopniu zależy od tego, czy system potrafi odpowiednio wcześnie uruchomić właściwą diagnostykę, skoordynować współpracę specjalistów, zapewnić jakość badań i sfinansować procedury wtedy, gdy są one rzeczywiście potrzebne klinicznie.

W tym sensie racjonalizacja wydatków nie oznacza ograniczania diagnostyki, lecz przeciwnie – przesunięcie części środków na wcześniejszy etap postępowania. Prof. Artur Kowalik zwrócił uwagę, że obecnie proporcje są odwrócone: „wydajemy ogromne środki na leczenie, natomiast na diagnostykę wciąż przeznaczamy zbyt mało pieniędzy. Powinniśmy odwrócić tę piramidę świadczeń, bo przez ograniczenia diagnostyczne tylko część pacjentów korzysta z terapii, które teoretycznie są dostępne”.

Podobny wniosek dotyczy badań molekularnych wykonywanych na etapie rozpoznania. Jak wskazał prof. Piotr Rutkowski, bez nich trudno dziś prawidłowo zaplanować leczenie. „Badania genetyczne i molekularne wykonywane na etapie diagnostyki powinny być rozliczane bezlimitowo w ramach diagnostyki onkologicznej. Bez nich nie jesteśmy w stanie prawidłowo przeprowadzić procesu rozpoznania i zaplanować leczenia”. W jego ocenie koszty takich badań pozostają niewielkie w porównaniu z wydatkami ponoszonymi później na leczenie zaawansowanej choroby.

Szczególnego znaczenia diagnostyka molekularna nabiera u pacjentów z rzadkimi zmianami genetycznymi, u których może ona otworzyć drogę do terapii niestandardowych. W takich przypadkach kluczową rolę odgrywa mechanizm ratunkowego dostępu do technologii lekowych (RDTL). W praktyce jednak procedura ta nie zawsze działa tak sprawnie, jak zakładano. Jak mówił dr Mateusz Polaczek, „RDTL nie jest rozwiązaniem idealnym, bo ma jeden bardzo kluczowy zapis, który można interpretować na dwa skrajne sposoby – że chory wyczerpał wszystkie dostępne terapie finansowane ze środków publicznych”.

Konsekwencją takiej konstrukcji przepisów bywa konieczność formalnego wykazania, że pacjent otrzymał wszystkie dostępne linie leczenia, nawet wtedy, gdy wiadomo, że nie przyniosą one realnej korzyści. W efekcie – jak wskazuje ekspert – procedura, która miała umożliwiać dostęp do najlepszej możliwej terapii, bywa wykorzystywana głównie do potwierdzania, że wyczerpano inne możliwości leczenia.

Dlatego część ośrodków decyduje się kierować chorych z rzadkimi zmianami molekularnymi do wyspecjalizowanych centrów referencyjnych, które mają większe doświadczenie w prowadzeniu takich terapii oraz w korzystaniu z procedury RDTL. W takich warunkach poszerzanie diagnostyki molekularnej może rzeczywiście przekładać się na dostęp do leczenia.

To właśnie na etapie diagnostyki rozstrzyga się dziś, czy nowoczesna onkologia będzie dla pacjenta realnym standardem postępowania, czy jedynie zbiorem możliwości istniejących w wytycznych. W tym sensie personalizacja leczenia zaczyna się nie od leku, lecz od dobrze zaprojektowanej diagnostyki.
 
 
Wypowiedzi wykorzystane w tekście pochodzą z debaty eksperckiej „Personalizacja leczenia onkologicznego. Od biomarkerów do decyzji terapeutycznych”, zorganizowanej w ramach cyklu „Onkologia – wspólna sprawa” przez redakcję Medicalpress i Polskie Towarzystwo Onkologiczne.

12 marca na całym świecie obchodzony jest 20. Światowy Dzień Nerek. To święto ustanowione przez Międzynarodowe Towarzystwo Nefrologiczne i Międzynarodową Federację Fundacji Nerek, by zwiększać globalną świadomość na temat kluczowej roli, jaką nerki odgrywają dla ludzkiego zdrowia. Niestety, na choroby nerek zapada coraz więcej osób na całym świecie. Niechlubnie wśród nich króluje przewlekła choroba nerek (PChN). Dotyka już 850 milionów osób w skali globalnej, blisko 5 milionów z nich znajduje się w Polsce [1], pacjentów będzie przybywać, a system ich leczenia wymaga wielu usprawnień.
Nerki: mały wielki narząd
Tak niepozorne, a tak ważne! Cofając się do prehistorii – to nerki pozwoliły wyjść nam na ląd. Gdy życie zwierząt istniało tylko w oceanach, nerki kręgowców rozwinęły zdolność do zagęszczania moczu, co umożliwiło przetrwanie poza środowiskiem wodnym. Od tamtej pory nerki są jak biologiczna oczyszczalnia działająca 24/7. Dziennie u człowieka filtrują około 1800 litrów płynów, z czego to, co trzeba, wydalają w jedynie około 1-2 l moczu.

Ale nie tylko filtrują! Produkują hormony, regulują ciśnienie tętnicze, produkują erytropoetynę, która stymuluje wytwarzanie czerwonych krwinek, aktywują witaminę D, regulują równowagę metaboliczną organizmu. Mają wpływ na nastrój i koncentrację. Choć stanowią zaledwie 0,5% masy ciała, zużywają nawet 10% energii całego tlenu pobieranego przez organizm. A to dlatego, że pracują bez przerwy. Mają też ogromną rezerwę mocy. Można zupełnie normalnie funkcjonować tylko z jedną nerką (niektórzy nawet się tylko z jedną rodzą!). Problemy zaczynają się, gdy nerki utracą 70-80% swojej funkcji.

Z jakimi chorobami nefrologicznymi Polacy mierzą się najczęściej[2]?
„Ranking” zawiera poważne i bardzo poważne schorzenia. Niechlubne pierwsze miejsce dzierży tu przewlekła choroba nerek (PChN), która nie tylko zagraża życiu, ale także dotyczy blisko 5 mln osób w Polsce:

1. Przewlekła choroba nerek
Może się rozwijać przez wiele lat, a jej postęp długo może być niezauważony. Przebiega w 5 stadiach. W ostatnim wymaga leczenia nerkozastępczego. Dotyczy co 6. dorosłego Polaka. Rocznie z jej powodu umiera od 80 do 100 tys. Polaków.

2. Ostra niewydolność nerek
Nagła, lecz często odwracalna utrata funkcji nerek. Dotyczy nawet ~20% hospitalizowanych pacjentów i ponad połowy chorych na OIOM. Nie jest tak powszechna w populacji ogólnej jak PChN, ale jest bardzo częsta w praktyce szpitalnej i ma wysoką śmiertelność.

3. Kamica nerkowa
W wielu krajach rozwiniętych choruje na nią w ciągu życia ponad 10% populacji. Częstość rośnie wraz z dietą zachodnią, otyłością i odwodnieniem. To jedna z najczęstszych przyczyn bólu nerkowego i wizyt na SOR.

4. Choroba Bergera (nefropatia igA)
To przewlekła choroba immunologiczna, w której przeciwciała IgA odkładają się w kłębuszkach nerkowych, wywołując stan zapalny i uszkodzenie nerek. Jest to najczęstsza postać kłębuszkowego zapalenia nerek na świecie, dotykająca głównie młodych dorosłych (16-35 lat), często prowadząca do nadciśnienia, krwiomoczu i niewydolności nerek.

5. Infekcyjne choroby nerek
Powodowane przez bakterie, dotyczą układu moczowego i często „sięgają” aż do nerek. Stanowią istotny odsetek hospitalizacji nefrologicznych i powikłań zakażeń dróg moczowych.

Z jakimi problemami borykają się pacjenci najczęstszej choroby nerek w Polsce, tj. PChN?
Niestety problemy te są poważne, coraz bardziej alarmujące, a nefrologia od lat zdaje się nie przykuwać należytej uwagi decydentów. Oto lista największych bolączek pacjentów z przewlekłą chorobą nerek:

1. Dostępność kadr medycznych
Nefrologia jest najrzadziej wybieraną specjalizacją lekarską, brakuje też wykwalifikowanych kadr pielęgniarskich, bowiem w 2013 roku nefrologia przestała być specjalizacją dla tej grupy zawodowej.[3] Problem braku kadr jest szczególnie odczuwalny w Polsce powiatowej.
 
Rozwiązanie: podniesienie uprawień pielęgniarskich w leczeniu osób z PChN szczególnie w stacji dializ, co umożliwi uwolnienie czasu pracy nefrologa dotychczas wymaganego do „przebywania” w stacji dializ do zadaniowej realizacji świadczeń specjalistycznych takich, jak: zlecenie dializy, leczenie anemii nerkopochodnej, diagnostyka i leczenie chorób nerek w poradni nefrologicznej. Z kolei personel pielęgniarski stacji dializ mógłby dostać wsparcie od asystentów dializacyjnych. Dializoterapia to wysoce specjalistyczny zabieg, którego realizacja i nadzór leży w gestii personelu pielęgniarskiego i to ta grupa zawodowa może przejąć większą kliniczną odpowiedzialność, a wsparcie techniczne w fizycznej obsłudze realizacji zabiegu uzyskać od opiekunów medycznych po przeszkoleniu lub zmianie ich kompetencji na poziomie edukacji.

2. Problemy z wytwarzaniem dostępu naczyniowego
Aby rozpocząć leczenie dializami, pacjenci wymagają dostępu naczyniowego, umożliwiającego przetaczanie krwi do i z aparatu dializacyjnego. Złotym standardem pozostaje przetoka tętniczo-żylna, jednak w Polsce większość chorych zaczyna terapię od cewników naczyniowych. Wynika to z faktu, że zbyt mało ośrodków chirurgicznych wykonuje procedurę wytworzenia przetok i jest ona nieadekwatnie wyceniona, więc okupuje końce kolejek zabiegów. W efekcie opóźnienia w dostępie do optymalnego leczenia zwiększają ryzyko powikłań, takich jak infekcje czy zakrzepy, pogarszając rokowanie chorych.
 
Rozwiązanie: adekwatna wycena i przesunięcie realnych możliwości organizacji wytwarzania dostępów naczyniowych do stacji dializ oraz wyznaczenie standardów postępowania w tym zakresie.
 
3. Brak terminowej opieki wszystkich potrzebnych specjalistów
– Pacjenci z PChN to osoby z wielochorobowością. Większość z nich potrzebuje symultanicznej opieki: kardiologa, diabetologa, chirurga naczyniowego, dietetyka, psychiatry/psychologa, ortopedy. Tymczasem w stacji dializ te osoby nie mogą pracować, więc pacjenci, by skorzystać z ich pomocy, >>wpadają<< w zwykły system ambulatoryjnej opieki specjalistycznej. – W praktyce oznacza to dłuższy czas oczekiwania na konsultacje, które są im potrzebne na porządku dziennym, często w trybie wyprzedzającym aktualne możliwości – tłumaczy dr hab. n. med. Szymon Brzósko, nefrolog, transplantolog kliniczny, dyrektor medyczny DaVita Polska.
 
Rozwiązanie: poszerzenie wachlarza specjalizacji, które na co dzień mogą pracować z pacjentami w stacjach dializ i umożliwienie finansowania takiej organizacji opieki.

4. Zbyt długi czas wykonania badań do przeszczepienia nerki
Obecnie w Polsce przeprowadzenie badań i konsultacji trwa nawet 3 razy dłużej niż oczekiwanie na narząd (15 vs 6 miesięcy).[4] Przed transplantacją pacjenci muszą wykonać i skompletować wyniki kilkunastu badań i konsultacji. Robią to w zwykłym systemie, co często sprawia, że gdy ukończą ostatnie badania, te pierwsze przedawniają się.

Rozwiązanie: stworzenie szybkiej ścieżki postępowania na wzór tej działającej np. w przypadku pacjentów onkologicznych lub kardiologicznych.

5. Nieadekwatna wycena procedury dializoterapii
– Wycena dializoterapii w Polsce jest jedną z najniższych w Europie. I to nasz niechlubny wynik, który nie zmienia się od lat.[5] Brakuje dedykowanego podejścia do problemów pacjentów nefrologicznych, których liczba nieustannie rośnie. Stan ten się nie zmienia, gdyż PChN jest chorobą cywilizacyjną, pomimo coraz większej dostępności terapii spowalniajacych postęp przewlekłej choroby nerek – mówi Krzysztof Hurkacz, dyrektor generalny DaVita Polska.

Rozwiązanie: stworzenie przejrzystego i stale działającego systemu waloryzacji leczenia, który odpowie na wszystkie potrzeby pacjentów, a nie tylko na najbardziej podstawowe, tj. ratowanie życia.

– Profilaktyka i dobra organizacja leczenia osób już chorych – to powinny być dwa filary myślenia o nefrologii w Polsce. I o ile w przypadku prewencji w ostatnich latach poczyniono postęp (np. wprowadzenie Programu Profilaktyka 40+ i jego następcy z badaniami w kierunku zdrowia nerek, szersze zastosowanie flozyn w spowalnianiu postępu PChN, dodanie nefrologii do koszyka działań koordynowanych w POZ), o tyle podejście do leczenia osób potrzebujących terapii nerkozastępczej w zasadzie nie drgnęło. A wymagane zmiany nie wydają się trudne. Potrzebują tylko odpowiednich regulacji prawnych i przepisów, o całą resztę zadbają już podmioty realizując leczenie – komentują zgodnie Krzysztof Hurkacz, dyrektor generalny polskiego oddziału największego globalnego dostawcy usług dializacyjnych – DaVita i prof. Rajmund Michalski – prezes najstarszej i największej organizacji pacjentów nefrologicznych w Polsce – Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Moje Nerki (OSMN). 

DaVita i OSMN z okazji Światowego Dnia Nerek przygotowały szereg akcji edukacyjnych oraz profilaktycznych. 

Źródła:
[1] Jager K.J., et al. A single number for advocacy and communication-worldwide more than 850 million individuals have kidney diseases. Nephrol Dial Transplant. 2019;34(11):1803-1805 oraz https://www.gov.pl/web/krus/przewlekla-choroba-nerek-pchn–uwazaj-w-poczatkowej-fazie-nie-daje-objawow, dostęp: 10.03.2025
[2] Opracowanie własne DaVita na podstawie: wikipedia.com, mp.pl (Medycyna Praktyczna) oraz moje-nerki.pl, dostęp: 10.03.2026 r.
[3] I. Bączek, rynekzdrowia.pl, 02.05.2023, https://www.rynekzdrowia.pl/Polityka-zdrowotna/Dlugie-kolejki-do-nefrologa-Prof-Gellert-nie-chodzi-tylko-o-liczbe-specjalistow-ale-o-ich-zle-wykorzystanie,244957,14.html oraz Rozporządzenie Ministra Zdrowia z 12 grudnia 2013 r. w sprawie wykazu dziedzin pielęgniarstwa oraz dziedzin mających zastosowanie w ochronie zdrowia, w których może być prowadzona specjalizacja i kursy kwalifikacyjne – https://www.dziennikustaw.gov.pl/D2013000156201.pdf
[4] Dane wewnętrzne DaVita
[5] Opracowanie własne na podstawie ogólnodostępnych źródeł informacji (strony odpowiedników Ministerstwa Zdrowia lub Narodowego Funduszu Zdrowia w innych krajach Europy).
Źródło informacji: DaVita
Fundacja OnkoCafe – Razem Lepiej opublikowała raport „Ścieżka raka prostaty – okiem pacjenta”, opracowany na podstawie dwóch ogólnopolskich badań ankietowych przeprowadzonych w 2024 i 2025 roku (łącznie 248 respondentów). Dokument pokazuje doświadczenia mężczyzn przechodzących przez proces diagnostyki i leczenia raka prostaty – od pierwszych objawów, przez badania diagnostyczne, po wybór terapii i wsparcie psychologiczne. To jedna z nielicznych analiz w Polsce, która w tak szeroki sposób opisuje doświadczenia pacjentów.
Z raportu wynika, że:
 
Z raportu wynika, że niemal połowa pacjentów (45,1%) zwlekała z wizytą u lekarza ponad 6 miesięcy od pojawienia się objawów, takich podwyższone wyniki PSA lub dolegliwości ze strony układu moczowego. Jednocześnie 7% respondentów wskazało, że nowotwór wykryto u nich przypadkowo – bez wcześniejszych objawów.

– W raku prostaty czas ma ogromne znaczenie, zwłaszcza w kontekście stadium choroby w momencie rozpoznania. Jeśli pacjent zwleka z wizytą pół roku lub dłużej, to wzrasta ryzyko rozpoznania choroby na bardziej zaawansowanym etapie, kiedy leczenie jest już trudniejsze, bardziej obciążające i nie zawsze skuteczne. Dlatego tak ważna jest edukacja społeczeństwa, dotycząca objawów raka gruczołu krokowego i regularnych badań, w tym poziomu białka PSA – podkreśla dr n. med. Paweł Potocki z Katedry i Kliniki Onkologii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Choć 83% ankietowanych zna badanie PSA, to aż 37% ocenia swoją wiedzę na temat raka prostaty jako słabą lub bardzo słabą. To pokazuje paradoks: podstawowe pojęcia są znane, ale zrozumienie choroby i jej leczenia – już niekoniecznie.

System, który nie nadąża
Jeśli chodzi o ścieżkę diagnostyczną, to wielu pacjentów opisuje ją jako wymagającą samodzielnej organizacji badań. Aż 45,1% respondentów zadeklarowało, że samodzielnie finansowało przynajmniej jedno badanie obrazowe na wczesnym etapie diagnostyki – najczęściej rezonans magnetyczny (MRI) lub tomografię komputerową. Część chorych trafiała do właściwego ośrodka w ciągu kilku tygodni, ale 27,5% wskazało, że od podejrzenia nowotworu do rozpoczęcia leczenia minęło ponad 3 miesiące.

– W raku prostaty mamy dziś wiele skutecznych metod leczenia, ale ich dobór zależy od precyzyjnej diagnostyki i właściwego momentu rozpoczęcia terapii. Jeśli pacjent musi sam finansować badania lub czekać miesiącami na wizytę, system przestaje być realnym wsparciem. To nie powinno mieć miejsca – mówi dr Bożena Sikora-Kupis z Kliniki Nowotworów Układu Moczowego Narodowego Instytutu Onkologii w Warszawie.

Ekspertka podkreśla jednocześnie, że współczesna onkologia oferuje coraz bardziej zaawansowane i celowane metody terapii: – Nowoczesne terapie w raku prostaty, w tym terapia radioligandowa z wykorzystaniem lutetu-177, otwierają nowe możliwości leczenia chorych z zaawansowanym rakiem gruczołu krokowego. W codziennej praktyce klinicznej stanowią realną szansę na wydłużenie życia przy jednoczesnym zachowaniu dobrej jakości życia pacjentów. Terapia radioligandowa umożliwia selektywne oddziaływanie na komórki nowotworowe, przy jednoczesnym ograniczeniu uszkodzeń zdrowych tkanek, co przekłada się na dobrą tolerancję leczenia. Warunkiem skutecznego wykorzystania tej terapii jest dostęp do nowoczesnej diagnostyki obrazowej oraz jasno zdefiniowana ścieżka kwalifikacji do leczenia w programie lekowym – zaznacza dr n. med. Bożena Sikora-Kupis.

Raport wskazuje również na problemy organizacyjne: kolejki do specjalistów, brak ciągłości opieki, zmiany lekarza prowadzącego oraz ograniczoną dostępność fizjoterapii urologicznej w ramach NFZ.

Świadomość ścieżki leczniczej
51% ankietowanych uważa, że o metodzie leczenia raka prostaty decyduje onkolog, 37% wskazuje urologa, a 19% – że decyzja powinna należeć do pacjenta w konsultacji z lekarzem. Jednocześnie 27% respondentów nie wie, jaką rolę w leczeniu raka prostaty odgrywa onkolog.
– Onkolog nie zawsze jest pierwszym lekarzem, z którym styka się pacjent z rakiem prostaty. W wielu przypadkach lekarzem prowadzącym pozostaje urolog. Ale pacjent powinien rozumieć, kiedy i dlaczego do procesu włącza się onkolog kliniczny i dlaczego podejmowane są określone decyzje terapeutyczne. Brak tej wiedzy rodzi niepewność i poczucie chaosu – uważa dr n. med. Paweł Potocki.

Aż 16% ankietowanych nie zna żadnej opcji leczenia raka prostaty.  Mimo że 73% kojarzy operację, a 58% radioterapię, to wiedza o terapii hormonalnej – kluczowej w wielu stadiach choroby – jest już wyraźnie niższa (zna ją 40% respondentów).

Komunikacja – największa luka
Najmocniej wybrzmiewającym wątkiem w odpowiedziach otwartych była jakość komunikacji lekarz–pacjent. Chorzy wskazywali na brak wspólnego omówienia wyników badań, niewystarczające wyjaśnienia dotyczące diagnozy, pomijanie rozmowy o skutkach ubocznych leczenia oraz brak informacji o rehabilitacji i stylu życia.

– Współczesna onkologia to nie tylko skuteczne leki. To także rozmowa z pacjentem o jakości życia, działaniach niepożądanych, wsparciu psychicznym. Jeśli pacjent wychodzi z gabinetu z poczuciem niedoinformowania, trudno mówić o partnerskim modelu opieki. Diagnoza raka prostaty to ogromne obciążenie psychiczne. Raport wyraźnie pokazuje, że pacjenci sygnalizują brak dostępu do psychoonkologa oraz potrzebę bardziej empatycznej komunikacji. To elementy, które realnie wpływają na jakość leczenia. Warto jednak zauważyć, że lekarze nie mają zbyt wielu treningów ze sposobu przekazywania informacji oraz komunikacji z pacjentem, sami lekarze zazwyczaj też nie mają wsparcia psychologicznego. Obarczeni są natomiast wymogami systemu rozliczeniowego oraz nadmiernie rozbudowaną biurokracją – w takiej sytuacji stosunkowo mało czasu pozostaje na spokojną rozmowę. Chcielibyśmy, aby pacjenci lepiej przygotowywali się do konsultacji z lekarzem, aby mieli uporządkowaną dokumentację medyczną, listę przyjmowanych leków, kopie swoich wyników badań, a nawet zapisane pytania do lekarza – wszystko to może pomóc we wzajemnej komunikacji – zaznacza dr n. med. Iwona Skoneczna, kierownik Oddziału Chemioterapii Szpitala Grochowskiego im. dr med. Rafała Masztaka w Warszawie.

Do tej perspektywy odnosi się także Krzysztof Jakubiak, redaktor naczelny mZdrowie i jeden z ekspertów raportu: – Ten raport jest ważny nie tylko dla środowiska medycznego, ale także dla decydentów. Pokazuje bowiem, że problemem nie jest wyłącznie dostęp do terapii, ale cała ścieżka pacjenta – od pierwszego niepokoju, przez diagnostykę, aż po wsparcie po leczeniu. Jeśli chcemy mówić o nowoczesnej onkologii, musimy patrzeć na system oczami chorego, a nie wyłącznie przez pryzmat procedur.

Internet – pomoc czy zagrożenie?
67% respondentów wskazuje lekarza specjalistę jako główne źródło wiedzy, ale już 53% korzysta przede wszystkim z Internetu.
– Internet może być wsparciem, ale też źródłem dezinformacji. Jeśli pacjent nie otrzyma pełnych i zrozumiałych informacji w gabinecie, będzie ich szukał gdzie indziej. Dlatego tak ważne jest, by lekarz był pierwszym i najważniejszym przewodnikiem po procesie leczenia – zauważa dr n. med. Bożena Sikora-Kupis.

– W debacie publicznej często skupiamy się na refundacji konkretnych leków. Tymczasem z raportu wynika, że równie istotne są kwestie organizacyjne: czas oczekiwania, finansowanie badań, dostęp do psychoonkologa czy rehabilitacji. To są elementy, które realnie wpływają na poczucie bezpieczeństwa pacjenta – dodaje Krzysztof Jakubiak.

Głos pacjentów jako impuls do zmian
Raport Fundacji OnkoCafe – Razem Lepiej pokazuje wyraźnie, że społeczna świadomość raka prostaty rośnie, ale system wciąż wymaga usprawnienia – zwłaszcza w obszarze komunikacji, koordynacji opieki oraz dostępności badań diagnostycznych, nowoczesnego lecznia i wsparcia psychologicznego.
– Rak prostaty coraz częściej staje się chorobą przewlekłą, z którą pacjent żyje wiele lat. Tym bardziej potrzebujemy modelu opieki, który będzie nie tylko skuteczny medycznie, ale także zrozumiały, skoordynowany i oparty na dialogu – podsumowuje dr n. med. Iwona Skoneczna.

Fundacja zapowiada, że raport będzie punktem wyjścia do dalszych działań edukacyjnych i rzeczniczych, skierowanych zarówno do pacjentów, jak i decydentów systemu ochrony zdrowia.

RAPORT DO POBRANIA

źródło: Onkocafe

 
Niewydolność serca od lat pozostaje jedną z głównych przyczyn chorobowości, umieralności i wykorzystania zasobów ochrony zdrowia na świecie. Jej przewlekły, postępujący charakter sprawia, że generuje nie tylko ogromne obciążenie kliniczne, ale także społeczne i ekonomiczne – szczególnie w starzejących się populacjach. Najnowsza analiza danych Narodowego Funduszu Zdrowia z lat 2015–2025, opublikowana 6 lutego 2026 r. w Polish Heart Journal przez zespół pod kierunkiem prof. Agnieszki Pawlak, pokazuje, że Polska nie jest tu wyjątkiem – a skala wyzwań systemowych jest większa, niż mogłoby się wydawać.
Autorzy przeanalizowali zagregowane dane NFZ obejmujące liczbę pacjentów, świadczeń, hospitalizacji oraz koszty refundacyjne w ujęciu rocznym, a także różnice między kobietami i mężczyznami. Analiza ma charakter opisowy, populacyjny i pokazuje kierunek zmian w całym systemie ochrony zdrowia.

Stabilna liczba pacjentów, gwałtowny wzrost po pandemii
W latach 2015–2023 liczba pacjentów leczonych z powodu niewydolności serca pozostawała względnie stabilna i oscylowała wokół 630–627 tys. rocznie. Wyraźny spadek odnotowano w okresie pandemii COVID-19, co – jak można przypuszczać – wiązało się z ograniczonym dostępem do diagnostyki i opieki specjalistycznej. Już w 2024 r. liczba pacjentów z nowym rozpoznaniem wzrosła jednak o niemal 5% w porównaniu z rokiem poprzednim i osiągnęła 660 tys. osób.

Co więcej, dane cząstkowe za pierwszy kwartał 2025 r. wskazują na dalszy wzrost – liczba pacjentów zwiększyła się o 286 979 w stosunku do roku poprzedniego. Autorzy przypominają jednocześnie, że według Map Potrzeb Zdrowotnych populacja chorych na niewydolność serca w Polsce miała wzrosnąć z 1,2 mln w 2021 r. do 1,4 mln w 2025 r. Oznacza to, że skala problemu wyraźnie przekracza liczbę pacjentów aktywnie raportowanych w systemie w danym roku.

1,9 mln świadczeń rocznie. Choroba, która wymaga ciągłej opieki
Jeszcze bardziej wymowna jest liczba udzielanych świadczeń. W latach 2015–2023 ich roczna liczba mieściła się w przedziale 1,67–1,73 mln. W 2024 r. osiągnęła 1,89 mln, czyli o 161 tys. więcej niż rok wcześniej. Już w pierwszym kwartale 2025 r. zarejestrowano 498 668 świadczeń.

Ta rozbieżność między liczbą pacjentów a liczbą świadczeń pokazuje kluczową cechę niewydolności serca: jest to choroba wymagająca wielokrotnych wizyt, monitorowania, modyfikacji leczenia i reagowania na zaostrzenia. To nie jest jednorazowa interwencja medyczna, lecz stała obecność pacjenta w systemie ochrony zdrowia.

Hospitalizacje – wciąż najtwardszy wskaźnik
Najbardziej dynamiczne zmiany dotyczą hospitalizacji. W 2019 r., jeszcze przed pandemią, odnotowano 153 tys. hospitalizacji wśród mężczyzn i 140 tys. wśród kobiet. W 2020 r. nastąpił gwałtowny spadek, prawdopodobnie związany z ograniczeniem dostępu do opieki stacjonarnej w czasie COVID-19.

Od 2021 r. liczby te ponownie zaczęły rosnąć. W 2023 r. przekroczyły poziom sprzed pandemii, a w 2024 r. osiągnęły najwyższą wartość w analizowanym okresie. W 2024 r. hospitalizacji wśród mężczyzn było 161 tys., a wśród kobiet 141 tys. Polska – jak przypominają autorzy w konkluzjach – nadal należy do krajów OECD o najwyższym wskaźniku hospitalizacji z powodu niewydolności serca.

Hospitalizacja pozostaje więc centralnym punktem ciężkości całego systemu opieki nad pacjentem z HF – zarówno klinicznie, jak i finansowo.

Gdzie leczy się niewydolność serca?
Struktura świadczeń pokazuje wyraźną dominację podstawowej opieki zdrowotnej oraz opieki szpitalnej. POZ odpowiada za 55,4% wszystkich świadczeń i obejmuje 50,4% pacjentów. Opieka szpitalna stanowi 16,8% świadczeń i obejmuje 24,9% pacjentów, ale jej udział w kosztach jest nieproporcjonalnie wysoki.

Specjalistyczna opieka ambulatoryjna odpowiada za 15,4% świadczeń i 16% pacjentów, pełniąc istotną rolę w długoterminowym monitorowaniu choroby. Mniejsze, lecz klinicznie istotne komponenty systemu to opieka pielęgniarska i opiekuńcza (7,3%), ratownictwo medyczne (1,8%), rehabilitacja (1,3%) oraz programy pilotażowe (0,2–3,1%).

Warto zauważyć, że po 2021 r. wyraźnie wzrósł udział rehabilitacji i programów pilotażowych, co autorzy interpretują jako sygnał przesuwania modelu opieki w stronę bardziej zintegrowanych rozwiązań.

4,2 miliarda euro. 90% kosztów w szpitalach
Najmocniejszym wnioskiem analizy jest koncentracja kosztów w opiece szpitalnej. W latach 2015–2025 całkowite wydatki na hospitalizacje z powodu niewydolności serca wyniosły 4,2 mld euro i stanowiły 90,6% wszystkich kosztów związanych z HF.
Dla porównania: opieka pielęgniarska i paliatywna odpowiadała za 5,5% kosztów, specjalistyczna opieka ambulatoryjna i rehabilitacja po 1,7%, natomiast podstawowa opieka zdrowotna – mimo że obsługuje największą liczbę świadczeń – zaledwie 0,1% całkowitej refundacji.
Koszty opieki szpitalnej wzrosły z 1,75 mln euro w 2015 r. do 769,6 mln euro w 2024 r., z przejściowym spadkiem w 2020 r. Specjalistyczna opieka ambulatoryjna zwiększyła swoje koszty z 3,3 mln euro do 18,4 mln euro w tym samym okresie, a wydatki na POZ po 2021 r. zaczęły wyraźnie rosnąć, osiągając ponad 1,8 mln euro w 2024 r.

System finansowo „reaguje” więc dopiero wtedy, gdy pacjent trafia do szpitala. Wydatki na wczesną interwencję i stabilne leczenie ambulatoryjne pozostają marginalne w porównaniu z kosztami ostrych dekompensacji.

Kobiety i mężczyźni – różne profile obciążenia
Analiza potwierdza znane z literatury różnice płciowe. Kobiety stanowią większą część populacji starszych pacjentów z niewydolnością serca, natomiast mężczyźni są przeciętnie młodsi. W 2024 r. liczba mężczyzn i kobiet z HF była już niemal równa, jednak to mężczyźni generowali wyższe koszty leczenia.
Mężczyźni częściej byli hospitalizowani, częściej korzystali z opieki szpitalnej i ogółem otrzymywali więcej świadczeń. W 2024 r. odpowiadali za 59% całkowitej refundacji świadczeń związanych z HF, podczas gdy kobiety za 41%, co oznacza 18% wyższe koszty leczenia po stronie mężczyzn.
Autorzy sugerują, że może to odzwierciedlać różnice w przebiegu choroby, ciężkości stanu klinicznego lub schematach kierowania do szpitala.

Wnioski systemowe: bez wzmocnienia opieki ambulatoryjnej nie będzie przełomu
Z danych NFZ wyłania się spójny obraz: rosnąca liczba pacjentów, wysoka intensywność świadczeń, koncentracja kosztów w hospitalizacjach i utrzymujące się wysokie wskaźniki przyjęć do szpitala. Niewydolność serca pozostaje jednym z największych wyzwań zdrowia publicznego w Polsce.

Autorzy podkreślają, że przyszłe strategie powinny koncentrować się na wzmocnieniu podstawowej opieki zdrowotnej, rozwoju ambulatoryjnej opieki specjalistycznej oraz rehabilitacji, aby ograniczyć liczbę hospitalizacji i związane z nimi koszty, a w konsekwencji poprawić długoterminowe wyniki leczenia.

Jeżeli niemal 91% środków pochłania leczenie szpitalne, oznacza to, że system nadal reaguje głównie na zaostrzenia, a nie zapobiega im skutecznie na wcześniejszych etapach. Najnowsza analiza z Polish Heart Journal nie tylko dokumentuje skalę problemu w liczbach, lecz także pokazuje kierunek niezbędnych zmian – od modelu hospitalizacyjnego do modelu koordynowanej, ambulatoryjnej opieki nad pacjentem z przewlekłą niewydolnością serca.

Na podstawie:
Polish Heart Journal DOI: 10.33963/v.phj.111073
https://journals.viamedica.pl/polish_heart_journal/article/view/111073/87821 
Inicjatywa All.Can Polska prezentuje najnowszy raport Diagnoza zmian w opiece onkologicznej i hematologicznej 2025 – kolejną odsłonę cyklicznej analizy systemowych wyzwań i postępów w opiece nad pacjentami z chorobami nowotworowymi. Publikowane od 2019 roku raporty nieprzypadkowo noszą tytuł „Diagnoza” – ich celem jest bowiem nie tylko opis aktualnej sytuacji, lecz przede wszystkim rozpoznanie przyczyn problemów i barier, a także wskazanie kierunków niezbędnych, długofalowych zmian w systemie ochrony zdrowia.
Tegoroczna edycja raportu Diagnoza zmian w opiece onkologicznej i hematologicznej 2025 obejmuje zarówno onkologię, jak i hematologię, co odzwierciedla rosnący zakres działań Inicjatywy All.Can Polska oraz jej interdyscyplinarny charakter. Opracowanie, przygotowane przez Zespół All.Can Polska przy udziale szerokiego grona ekspertów, stanowi rzetelne podsumowanie aktualnej sytuacji opieki onkologicznej i hematologicznej w Polsce na początku 2026 roku.

W poprzednich latach jako główne bariery w rozwoju onkologii wskazywaliśmy czynniki zewnętrzne: pandemię COVID19 i jej długotrwały wpływ na zdrowie obywateli oraz wojnę w Ukrainie. Były one papierkiem lakmusowym zdolności organizacyjnych i odporności systemu. W ostatnim czasie system opieki zdrowotnej staje się coraz bardziej niewydolny z powodu luki w budżecie NFZ, co stanowi zagrożenie dla funkcjonowania opieki nad pacjentami z chorobami onkologicznymi i hematologicznymi, a także działalności takich instytucji jak ABM.
Niedofinansowanie publicznego systemu opieki zdrowotnej obnażyło jego kryzys – kolejki  do specjalistów, brak dostosowania do potrzeb współczesnej medycyny, w tym nowoczesnych technologii i zarządzania sektorem ochrony zdrowia z wykorzystaniem zintegrowanych systemów informatycznych. Wymaga to stworzenia strategii długoterminowych zmian w ochronie zdrowia,  a nie tylko taktyki zażegnującej aktualne trudności. W tę strategię wpisuje się onkologia, która ma już swoją Narodową Strategię Onkologiczną, a doświadczenia jej wdrażania będą z pewnością pomocne w innych obszarach medycyny. – podkreśla Aleksandra Rudnicka, przewodnicząca Prezydium All.Can Polska.

Jak podkreśla prof. Maciej Krzakowski, konsultant krajowy w dziedzinie onkologii klinicznej,  członek Prezydium All.Can Polska, raport wskazuje na istotne problemy organizacyjne w onkologii, w tym niewystarczające wdrażanie uchwał Krajowej Rady Onkologii. Dotyczy to m.in. opóźnień we wprowadzaniu ośrodków kompetencji w nowotworach klatki piersiowej oraz programu wczesnego wykrywania raka płuca, które mogłyby znacząco poprawić wyniki leczenia i efektywność wydatkowania środków publicznych.

Raport zwraca także uwagę na słabą skuteczność profilaktyki – Polska należy do krajów UE o najniższych nakładach na profilaktykę onkologiczną. Kolejnym wyzwaniem pozostaje niewystarczające wykorzystanie nowoczesnej diagnostyki genetycznej i molekularnej, co ogranicza możliwości skutecznego leczenia, również w terapiach o charakterze radykalnym. – dodaje prof. Krzakowski.
 
Nadal brakuje mechanizmów oceny jakości i kontroli, nie wdrożono eDILO, a obowiązek zakładania kart DILO i prowadzenia konsyliów o odpowiedniej jakości nie jest konsekwentnie egzekwowany – dodaje prof. Piotr Rutkowski, Członek Prezydium All.Can Polska, przewodniczący Zespołu Ministra Zdrowia ds. Narodowej Strategii Onkologicznej, przewodniczący Zarządu Polskiego Towarzystwa Onkologicznego.

Raport pokazuje również, że wciąż nierozwiązanym wyzwaniem pozostaje realizacja działań  z zakresu profilaktyki pierwotnej i wtórnej w ramach Narodowej Strategii Onkologicznej. Postęp  w szczepieniach przeciw HPV jest ograniczony, polityka antytytoniowa niespójna, a nakłady na profilaktykę jedne z najniższych w Europie. Niewystarczające jest także uczestnictwo społeczeństwa w badaniach przesiewowych. Pomimo uruchomienia Narodowego Portalu Onkologicznego w maju 2025 roku jego potencjał nie jest w pełni wykorzystywany, podobnie jak możliwości Internetowego Konta Pacjenta w obszarze profilaktyki. Nadzieję budzi zapowiedź, że w 2026 roku tematy te znajdą się w centrum prac parlamentarnych.

Są jednak i pozytywne aspekty, o których wspomina prof. RutkowskiPozytywnym sygnałem jest rekordowy wzrost dostępności nowych terapii w onkologii i hematoonkologii w 2025 roku, choć ich skuteczne wykorzystanie nadal ograniczają bariery w diagnostyce patomorfologicznej i molekularnej. Ważnym osiągnięciem było także zakończenie prac nad większością wytycznych diagnostyczno-terapeutycznych dla poszczególnych nowotworów. Na szczególne podkreślenie zasługuje dynamiczny rozwój niekomercyjnych badań klinicznych finansowanych przez Agencję Badań Medycznych – unikalny w tej części Europy – który wspiera rozwój polskiej nauki klinicznej i daje pacjentom dostęp do nowatorskich terapii, jednocześnie przyczyniając się do optymalizacji opieki onkologicznej.

Jak podkreśla prof. Krzysztof Giannopoulos, Członek Prezydium All.Can Polska, prezes Zarządu Polskiego Towarzystwa Hematologicznego i Transfuzjologicznego – Z perspektywy praktyki klinicznej jedną z kluczowych zmian w hematologii jest przesuwanie leczenia z hospitalizacji do trybu ambulatoryjnego. Coraz więcej nowoczesnych i skutecznych terapii może być dziś bezpiecznie prowadzonych w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej, jednak jej potencjał nadal nie jest w pełni wykorzystywany. Obecny model organizacji i finansowania nie nadąża za tymi zmianami – brakuje odpowiednich narzędzi rozliczeniowych i właściwej wyceny świadczeń. W tym kontekście planowany pilotaż Krajowej Sieci Hematologicznej może stać się ważnym krokiem w kierunku lepszej koordynacji opieki, wzmocnienia roli AOS oraz racjonalnego wykorzystania zasobów systemu, pod warunkiem realnego wsparcia organizacyjnego i finansowego.

Raport Diagnoza zmian w opiece onkologicznej i hematologicznej 2025 pokazuje, że polska opieka nad pacjentami onkologicznymi i hematologicznymi dynamicznie się rozwija, ale wciąż napotyka istotne bariery systemowe. Niedofinansowanie profilaktyki, ograniczenia w diagnostyce oraz brak pełnej partycypacji pacjentów w procesach decyzyjnych ograniczają skuteczność działań leczniczych i profilaktycznych. Wykorzystanie nowoczesnych terapii, potencjału badań klinicznych oraz innowacyjnych modeli opieki wymaga dalszego wsparcia finansowego, edukacyjnego i organizacyjnego. W opiece nad pacjentami onkologicznymi hematologicznymi  potrzebny jest także stały monitoring działań, na podstawie określony wskaźników i wprowadzanych standardów oraz zbieranie i  dzielenie się danymi. Raport wskazuje kierunki, które mogą wzmocnić system, poprawić dostęp pacjentów do leczenia i zwiększyć efektywność działań profilaktycznych, tworząc szansę na lepszą opiekę i wyższy poziom zdrowia publicznego w Polsce.
 
Zachęcamy do lektury pełnego raportu, który jest dostępny na stronie www.all-can.pl – ale przede wszystkim do aktywnego korzystania z zawartych w nim rekomendacji i rozwiązań. Wierzymy, że raport może stać się realnym narzędziem wspierającym poprawę organizacji i jakości opieki nad pacjentami hematologicznymi.
 
All.Can to międzynarodowa inicjatywa powstała w 2016 roku, zrzeszająca obecnie 17 krajów. Jej celem jest poprawa efektywności i stabilności opieki onkologicznej oraz sytuacji pacjentów poprzez optymalne wykorzystanie dostępnych zasobów.

All.Can Polska, jako część All.Can International z siedzibą w Brukseli, działa na rzecz poprawy opieki nad pacjentami onkologicznymi w Polsce, wspiera ich bliskich oraz promuje profilaktykę i edukację zdrowotną.

Inicjatywa zrzesza ponad 60 ekspertów – lekarzy, przedstawicieli organizacji pacjentów, systemu ochrony zdrowia, przemysłu farmaceutycznego, parlamentarzystów i dziennikarzy medycznych – tworząc przestrzeń współpracy na rzecz skuteczniejszych rozwiązań w onkologii.
 
źródło: ALL Can Polska
Narodowy Fundusz Zdrowia wciąż nie zapłacił szpitalom ponad 2 mld zł za leczenie pacjentów w programach lekowych w 2025 r. To pieniądze za terapie, które już podano. Łączna wartość tych świadczeń sięga niemal 16 mld zł.
Szpitale, które realizują programy lekowe, muszą najpierw samodzielnie pokryć koszty terapii, zanim NFZ je rozliczy i za nie zapłaci. Jeśli są opóźnienia w płatnościach, placówki „kredytują” płatnika, aby móc dalej leczyć i kwalifikować do programów kolejnych chorych.

To nie jest problem pojedynczych terapii ani jednej grupy pacjentów. Z danych zebranych przez Federację Przedsiębiorców Polskich wynika, że szpitale nie otrzymały pełnych płatności zarówno za leczenie onkologiczne, jak i nieonkologiczne. Do tej pory NFZ rozliczył niespełna 14 mld zł za ubiegły rok. Na pozostałe środki placówki wciąż czekają, a zaległości dotyczą również drugiego i trzeciego kwartału ubiegłego roku.

Zaległości w rozliczeniach programów lekowych
Szpitale czekają na rozliczenie m.in. leczenia pacjentów z nowotworami hematoonkologicznymi, takimi jak ostra białaczka limfoblastyczna czy chłoniaki T- i B-komórkowe. Podobna sytuacja dotyczy nowotworów kobiecych. Za leczenie raka szyjki macicy Narodowy Fundusz Zdrowia zapłacił tylko 70 proc. należnych kwot, a w przypadku raka endometrium – 55 proc.

W programach lekowych dla pacjentów z chorobami nieonkologicznymi zaległości obejmują m.in. leczenie chorób nerek, choroby Parkinsona oraz leczenie profilaktyczne pacjentów po przeszczepach. Duże braki widać w leczeniu kardiomiopatii – tu NFZ uregulował 63 proc. zobowiązań – oraz miastenii, gdzie zapłacono tylko połowę należności.

„Ratujmy życie i zdrowie pacjentów poprzez umożliwienie im realnego dostępu do programów lekowych, zapewniając ich stabilne finansowanie” – mówiła prof. Alina Kułakowska w listopadzie, podczas prezentacji raportu „Dostępność programów lekowych w ocenie pacjentów”. W swojej wypowiedzi podkreślała, że programy lekowe przynoszą świetne efekty terapeutyczne i ekonomiczne. Apelowała do decydentów o niezmarnowanie tego, co już poprzez programy lekowe zostało osiągnięte, a co można stracić poprzez niestabilne ich finansowanie. Wskazała, że w neurologii kontrakty w regionach na realizację programów lekowych są niższe średnio o 16% vs rok poprzedni, co generuje nadwykonania, będące ogromnym problemem dla szpitali.[1]

Problem programów lekowych na forum dialogu społecznego
Programy lekowe są istotne dla zdrowia pacjentów. Federacja Przedsiębiorców Polskich zawnioskowała o omówienie tej kwestii podczas posiedzenia Trójstronnego Zespołu do spraw Ochrony Zdrowia, które ma się odbyć 18 lutego 2026 r. FPP oczekuje informacji o planowanym terminie uregulowania zaległych zobowiązań oraz przedstawienia zbiorczych danych dotyczących wartości kontraktów na programy lekowe w 2026 r.
 
 
 
[1] https://www.facebook.com/100063210729518/posts/dzi%C5%9B-prof-alina-ku%C5%82akowska-prezes-polskiego-towarzystwa-neurologicznego-wzi%C4%99%C5%82a-u/1141319444651736/ dostęp: 12.02.2026
Rosnąca liczba zachorowań na nowotwory, starzenie się populacji i coraz bardziej złożona biologia chorób nowotworowych sprawiają, że współczesna onkologia znajduje się w punkcie przełomowym. Z jednej strony dysponuje narzędziami, które jeszcze dekadę temu były nieosiągalne – terapiami ukierunkowanymi molekularnie, immunoterapią, leczeniem okołooperacyjnym czy zaawansowaną diagnostyką genetyczną. Z drugiej strony pacjenci wciąż zderzają się z barierami systemowymi, które powodują, że potencjał nowoczesnej medycyny nie zawsze przekłada się na realną poprawę rokowań.
Te wyzwania wybrzmiały wyraźnie podczas panelu poświęconego niezaspokojonym potrzebom pacjentów onkologicznych. Dyskusja została skoncentrowana wokół trzech grup nowotworów: raków skóry, raka płuca oraz glejaków – chorób różniących się epidemiologią i przebiegiem, ale łączonych przez wspólne wyzwania diagnostyczne, terapeutyczne i organizacyjne.

Nowotwory skóry: wyleczalne, ale nie zawsze na czas
W przypadku nowotworów skóry obraz jest pozornie optymistyczny. To najczęstsza grupa nowotworów złośliwych, a większość przypadków rozpoznawana jest na etapie wczesnym i skutecznie leczona chirurgicznie. Jednak właśnie ta „powszechność” sprawia, że część chorych pozostaje poza realnym zainteresowaniem systemu.

Jak podkreślono w dyskusji, czerniak – dzięki rozwojowi leczenia systemowego – stał się w Polsce nowotworem, w którym potrzeby terapeutyczne są w dużej mierze zaspokojone. Problemem pozostaje jednak wczesna diagnostyka oraz grupa chorych z rakami skóry innymi niż czerniak, przede wszystkim rakiem płaskonabłonkowym skóry. W tej populacji obserwuje się stałą, niezmienną liczbę przypadków zaawansowanych, które nie kwalifikują się do leczenia chirurgicznego lub wymagają skojarzonych, trudnych terapii w obrębie głowy i szyi.

Prof. Piotr Rutkowski z Kliniki Nowotworów Tkanek Miękkich Kości i Czerniaków Narodowego Instytutu Onkologii – PIB w Warszawie, zwracał uwagę, że istotnym problemem jest fakt, iż zaawansowane raki skóry nie są objęte szybką ścieżką onkologiczną, co powoduje ich „wypadanie” z systemowych priorytetów. Tymczasem dostępne dziś terapie immunologiczne pozwalają osiągać bardzo dobre odpowiedzi, a dane z ostatnich lat pokazują, że zastosowanie leczenia okołooperacyjnego może poprawić wyniki leczenia lokoregionalnego nawet o ponad 20%. – Zastosowanie dodatkowego leczenia systemowego przez rok zapobiega ponad 20 procentom nawrotów choroby po leczeniu chirurgicznym – podkreślał profesor Rutkowski.

Jednocześnie pojawił się wątek racjonalizacji terapii, w tym tzw. wakacji terapeutycznych, czyli czasowego przerywania leczenia u pacjentów z dobrą odpowiedzią. To rozwiązanie, znane już z leczenia czerniaka, mogłoby – przy zachowaniu bezpieczeństwa klinicznego – przynieść również korzyści ekonomiczne.

Rak płuca: medycyna precyzyjna kontra realia systemu
Rak płuca pozostaje jednym z najczęściej rozpoznawanych nowotworów złośliwych i jedną z głównych przyczyn zgonów onkologicznych, ale równocześnie jest dziś modelowym przykładem tego, jak gwałtownie zmienia się onkologia pod wpływem diagnostyki molekularnej. W niedrobnokomórkowym raku płuca choroba „przestała być jednorodna” – jak podkreślano w dyskusji – i została podzielona na coraz węższe podtypy biologiczne, definiowane przez konkretne zaburzenia genetyczne.

Prof. Dariusz M. Kowalski z Kliniki Nowotworów Płuca i Klatki Piersiowej Narodowego Instytutu Onkologii – PIB w Warszawie, sekretarz generalny Polskiej Grupy Raka Płuca, zwracał uwagę, że rak niedrobnokomórkowy „już dawno został posiekany na różne fragmenty tortu”, a dzięki temu lekarz nie patrzy dziś na jedną jednostkę chorobową, lecz na zestaw chorób o różnych „napędach” molekularnych i różnych odpowiedziach na leczenie. W praktyce przekłada się to na identyfikację wariantów patogennych u znacznej części pacjentów – według profesora w około 50–60% przypadków – dla których istnieją lub pojawiają się terapie ukierunkowane molekularnie. Wśród najczęstszych zmian wymieniał m.in. EGFR (około 15%), ALK (około 5%), ROS1 (około 3%), a także BRAF, RET, MET i NTRK. Właśnie w tym miejscu padło jedno z najmocniejszych zdań całego panelu, które dobrze oddaje skalę przemiany: „pojawiło się nawet sformułowanie rak płuca jako choroba przewlekła, co do niedawna było przecież czystą herezją” – mówił prof. Kowalski, porównując dawne wyniki oparte wyłącznie na chemioterapii (mediana przeżycia około 8 miesięcy i odsetki rocznych przeżyć nieprzekraczające 10%) z obecnymi, kiedy w wybranych grupach chorych – dzięki terapiom celowanym – możliwe są mediany przeżycia rzędu 30, 40, a nawet 50 i więcej miesięcy, z odsetkami przeżyć pięcioletnich przekraczającymi 60–70%.

Zasadniczym warunkiem wykorzystania tego potencjału jest jednak diagnostyka – i to diagnostyka wykonana na początku ścieżki pacjenta. Prof. Kowalski podkreślał, że „od tego nie ma ucieczki”: w niedrobnokomórkowym raku płuca o typie niepłaskonabłonkowym standardem stają się badania wielogenowe wykonywane techniką sekwencjonowania nowej generacji (NGS), a powrót do testów jednogenowych jest drogą wstecz nie tylko klinicznie, ale też organizacyjnie. Problem polega na tym, że materiał patomorfologiczny jest często skąpy – „materiał drobny”, który trzeba oszczędzać – a wykonywanie kolejnych pojedynczych testów może doprowadzić do sytuacji, w której na kluczowe badanie po prostu „nie będzie już materiału”. W praktyce oznacza to, że część pacjentów nadal nie otrzymuje pełnego profilowania molekularnego, mimo że teoretycznie jest ono rekomendowane i dostępne. Profesor wprost przyznawał, że nie byłoby uczciwe powiedzieć, iż „wszyscy mają tego typu badania robione”, bo nie wszystkie ośrodki mają aparaturę, wyszkolone zespoły lub odpowiednie kontrakty. W tym kontekście wybrzmiał też postulat, by zakończyć etap półśrodków i doprowadzić do realnego uruchomienia modelu Lung Cancer Units – ośrodków doskonałości, w których pacjent ma zapewnioną całość diagnostyki i leczenia „pod jednym dachem”, bez utraty czasu na poszukiwanie kolejnych elementów ścieżki w rozproszonym systemie.

Najbardziej konkretną, a zarazem symbolicznie ważną ilustracją różnicy między postępem medycyny a tempem decyzji refundacyjnych była dyskusja o terapii w mutacji BRAF V600E (około 3% pacjentów). Prof. Kowalski mówił wprost, że jest to temat „który troszeczkę boli” środowisko klinicystów i organizacje onkologiczne, bo skuteczne terapie celowane w tym wskazaniu są znane od lat, a pacjenci w Polsce przez długi czas pozostawali bez realnego dostępu w ramach programu lekowego. Jednocześnie zwracał uwagę na dane przemawiające za jak najwcześniejszym stosowaniem terapii skojarzonej encorafenib binimetinib: „ponad 50% żyje 4 lata. A mediana przeżycia wynosi 50 miesięcy” – podkreślał, zaznaczając, że największa korzyść jest wtedy, gdy leczenie optymalne trafia do pacjenta w pierwszej linii, a nie dopiero po mniej skutecznych sekwencjach.

Wątek ten został rozwinięty z perspektywy Ministerstwa Zdrowia przez Mateusza Oczkowskiego, dyrektora Departamentu Polityki Lekowej i Farmacji w Ministerstwie Zdrowia, który wskazywał, że w obszarze BRAF proces refundacyjny jest w toku, a resort – jak mówił – sam inicjował rozmowy z firmą, by wniosek refundacyjny w ogóle został złożony po wcześniejszym okresie „długiego oczekiwania”. Jednocześnie podkreślał, że w programie lekowym raka płuca decyzje są trudniejsze nie dlatego, że brakuje dowodów skuteczności, lecz dlatego, że program jest największy i generuje ogromne wydatki dla płatnika. 

W raku drobnokomórkowym płuca – najbardziej agresywnym podtypie, stanowiącym około 15–20% rozpoznań – prof. Kowalski mówił o wieloletnim „nihilizmie terapeutycznym”, bo przez prawie 30 lat nie było badań III fazy, które przekładałyby się na przełom w przeżyciach. Sytuacja zaczęła się zmieniać wraz z dołączeniem immunoterapii do chemioterapii w chorobie rozsianej, ale prawdziwie przełomowe – w jego ocenie – stały się dane dotyczące chorych z postacią miejscowo zaawansowaną, którzy po radiochemioterapii mogą otrzymać leczenie uzupełniające: „wydłużamy dwukrotnie medianę przeżycia z 30 do prawie 60 miesięcy” – mówił, wskazując na durwalumab jako element leczenia konsolidującego. Ten fragment został następnie osadzony w realiach procesu refundacyjnego przez Mateusza Oczkowskiego, który potwierdzał, że w drobnokomórkowym raku płuca „są wnioski, proces się dzieje”, a w najbliższej perspektywie czasowej możliwe jest rozstrzyganie kolejnych postępowań, choć część z nich dotyczy alternatyw w obrębie istniejących opcji (np. kolejny inhibitor PD-L1), a trudniejsze są decyzje obejmujące nowe populacje chorych i dodatkowy wpływ na budżet.

Perspektywę kliniczną domknęła prof. Barbara Radecka z Kliniki Onkologii Opolskiego Centrum Onkologii im. prof. Tadeusza Koszarowskiego w Opolu i Uniwersytetu Opolskiego, która podkreślała, że rak płuca jest „modelowym przykładem”, jak biologia molekularna „tnie torcik” na coraz węższe kawałki, a onkologia coraz częściej zaczyna operować w logice chorób rzadkich – nie dlatego, że rak płuca jako taki jest rzadki, ale dlatego, że konkretna aberracja (u 1–2% chorych) tworzy bardzo wąską podpopulację, dla której można znaleźć „klucz do zamka”: „cząsteczce, która pasuje do jakiegoś ‘uszkodzonego’ białka w komórce nowotworowej jak klucz do zamka”. Profesor zwracała uwagę, że część biomarkerów ma znaczenie rokownicze, ale w praktyce terapeutycznej kluczowe są biomarkery predykcyjne – te, które mówią, czy choroba odpowie na konkretne leczenie – i że właśnie dlatego „badamy wszystkich stu, aby znaleźć tych czterech szczęściarzy”. To zdanie bardzo dobrze koresponduje z wątkiem Kowalskiego o konieczności wykonywania paneli NGS na początku ścieżki: bo znalezienie pojedynczego chorego z ALK czy ROS1 „odmienia losy tych ludzi kompletnie”, a bez diagnostyki pacjent w ogóle nie dostaje szansy, by do tej opcji terapeutycznej dojść.

Glejaki – dlaczego to jedne z najtrudniejszych nowotworów w onkologii
Ostatnim obszarem omawianym podczas panelu były glejaki – nowotwory ośrodkowego układu nerwowego, które mimo stosunkowo niewielkiej liczby zachorowań pozostają jedną z największych bolączek współczesnej onkologii. Jak wyjaśnia prof. Radosław Rola z Katedry i Kliniki Neurochirurgii i Neurochirurgii Dziecięcej Uniwersytetu Medycznego w Lublinie, w skali roku w Polsce rozpoznaje się około 3,5 tys. nowotworów układu nerwowego, z czego około 1,7 tys. stanowią nowotwory glejowe. Choć jest to populacja niewielka, charakteryzuje się wyjątkowo wysoką śmiertelnością – liczba zgonów sięga blisko 3,2 tys. rocznie. To pokazuje, jak nieproporcjonalnie ciężkim problemem klinicznym są glejaki w relacji do częstości ich występowania.

Jednym z kluczowych powodów złego rokowania jest biologia tych nowotworów. Glejaki są guzami skrajnie heterogennymi i rosną w sposób naciekowy, migrując wzdłuż dróg nerwowych. Nie są chorobą ogniskową, lecz w praktyce chorobą całego mózgu. To sprawia, że chirurgia – choć pozostaje podstawą leczenia – ma swoje zasadnicze ograniczenia. Przez dekady podejmowano próby radykalnych resekcji, łącznie z bardzo rozległymi zabiegami, takimi jak usunięcie całej półkuli mózgu, jednak doświadczenia te jednoznacznie pokazały, że glejaki nie są chorobą wyleczalną chirurgicznie. Guz potrafi dalej rozwijać się w pozostałej tkance mózgowej, a pacjent ponosi ogromny koszt neurologiczny takiego leczenia.

Współczesna neurochirurgia opiera się więc na koncepcji maksymalnej bezpiecznej resekcji, której celem jest usunięcie jak największej części guza bez generowania nowych deficytów neurologicznych. Oznacza to dążenie do resekcji całej zmiany widocznej w badaniach obrazowych, a w przypadku glejaka wielopostaciowego także obszarów hiperintensywnych w sekwencjach FLAIR, co statystycznie poprawia przeżycie pacjentów. Należy jednak podkreślić, że nawet istotne statystycznie wydłużenie przeżycia w tej grupie chorych często oznacza zysk rzędu kilku tygodni lub miesięcy, co dobrze obrazuje skalę trudności terapeutycznych.

Jednocześnie pojęcie „glejak” obejmuje bardzo zróżnicowaną grupę nowotworów. Obok najbardziej agresywnego glejaka wielopostaciowego istnieją podtypy o znacznie wolniejszym przebiegu, takie jak gwiaździaki rozlane stopnia 2 (G2). Są to guzy rozpoznawane często u młodych dorosłych, nierzadko w trzeciej dekadzie życia, których pierwszym objawem bywa napad padaczkowy. W tej grupie chorych właściwie przeprowadzona operacja w doświadczonym ośrodku może zapewnić wieloletni okres stabilizacji choroby, bez progresji do postaci bardziej złośliwej.

Kluczowe znaczenie w tej populacji ma diagnostyka molekularna. Współczesna klasyfikacja nowotworów ośrodkowego układu nerwowego opiera się na cechach genetycznych, a rozpoznanie gwiaździaka rozlanego G2 nie jest możliwe bez potwierdzenia mutacji w genach IDH1 lub IDH2. Ta mutacja nie tylko definiuje typ nowotworu, ale stała się również celem terapii ukierunkowanej molekularnie. Dodatkowo, w wybranych przypadkach istotne znaczenie terapeutyczne ma identyfikacja innych aberracji, takich jak BRAF V600E, która u części pacjentów z glejakiem wielopostaciowym umożliwia zastosowanie leczenia w trybie RDTL.

Ostatnie miesiące przyniosły w tym obszarze wyraźne przełamanie wieloletniego impasu terapeutycznego. Pojawienie się worasydenibu– inhibitora mutacji IDH – otworzyło nowy rozdział w leczeniu wybranej grupy pacjentów. Lek ten został zarejestrowany w Unii Europejskiej pod koniec ubiegłego roku i jest przeznaczony dla chorych po leczeniu chirurgicznym, u których pozostaje resztkowy guz. Dane z badania klinicznego INDIGO pokazują nie tylko wydłużenie czasu do progresji choroby, ale również istotne odsunięcie w czasie konieczności kolejnych interwencji chirurgicznych lub radioterapii, a w części przypadków nawet regresję zmiany nowotworowej w obserwacji wieloletniej. Choć dotyczy to stosunkowo wąskiej populacji – w skali Polski kilkuset pacjentów – jest to pierwszy od ponad dwóch dekad realny sygnał zmiany paradygmatu leczenia glejaków IDH-zależnych.

Rozwój takich terapii dodatkowo wzmacnia potrzebę leczenia pacjentów w wyspecjalizowanych ośrodkach i tworzenia dedykowanych zespołów wielodyscyplinarnych, obejmujących nie tylko neurochirurgów i onkologów, ale także neuroradiologów, neuropatologów i genetyków. Bez takiej organizacji opieki nawet najbardziej obiecujące przełomy terapeutyczne pozostaną dostępne tylko dla części chorych.

System, który musi nadążyć za nauką
Dyskusja o nowoczesnych terapiach, diagnostyce molekularnej i przełomach w leczeniu raka płuca, nowotworów skóry czy glejaków prowadzi do jednego wniosku: postęp medycyny jest dziś szybszy niż zdolność systemu do jego absorpcji. Nawet najbardziej innowacyjne leki nie zmienią losu pacjentów, jeśli nie będą osadzone w sprawnie działającym modelu organizacyjnym.
Z perspektywy decydenta kluczowa zmiana, jaka dokonała się w ostatnich latach, dotyczy samego sensu leczenia onkologicznego. Jak podkreśla Mateusz Oczkowski, coraz częściej nie chodzi już wyłącznie o wydłużenie życia za wszelką cenę, lecz o trwałą zmianę naturalnego przebiegu choroby. – Nowoczesne leki bardzo często zamieniają chorobę śmiertelną w chorobę przewlekłą. A czasem – jeśli mówimy o leczeniu wczesnej postaci nowotworu – prowadzą do całkowitego wyleczenia. Pacjent w ogóle nie wraca do systemu – mówi Mateusz Oczkowski, dyrektor Departamentu Polityki Lekowej i Farmacji w Ministerstwie Zdrowia.

Jak podkreśla, jeszcze kilkanaście lat temu wiele nowotworów było w praktyce wyrokiem śmierci. – Gdy zaczynałem pracę, nie było żadnej terapii dla potrójnie ujemnego raka piersi. Pamiętam list od pacjentki, która pytała, czy jest dostępny lek, o którym słyszała. Nie mogliśmy jej nic zaoferować. Dziś ta choroba ma pełen wachlarz terapii. To pokazuje, jak w ciągu kilku lat choroby śmiertelne stają się chorobami przewlekłymi.

Z klinicznego punktu widzenia oznacza to jednak konieczność pilnego uporządkowania fundamentów systemu. Prof. Piotr Rutkowski zwraca uwagę, że największą niezaspokojoną potrzebą pacjentów onkologicznych nie jest dziś brak kolejnych cząsteczek, lecz pełne wdrożenie Krajowej Sieci Onkologicznej.

„Prawem pacjenta jest przede wszystkim konsylium. To ono usprawnia diagnostykę i pozwala realnie korzystać z nowoczesnych terapii. Do leczenia nie dojdzie, jeśli nie ma dobrej diagnostyki” – podkreśla profesor Rutkowski.

Drugim filarem, który musi zostać wzmocniony, jest profilaktyka. W wielu nowotworach – zwłaszcza skóry, piersi, płuca czy jelita grubego – możliwe jest wykrycie choroby na wczesnym etapie lub nawet jej zapobieganie. Jak zaznaczano w trakcie panelu, działania profilaktyczne nie tylko poprawiają rokowanie pacjentów, ale również realnie zmniejszają koszty leczenia w dłuższej perspektywie. W tym kontekście nadzieje wiązane są m.in. z planowanym rozwojem wyspecjalizowanych jednostek, takich jak Lung Cancer Units, których skuteczność potwierdził już model breast cancer units.

Szczególnego znaczenia nabiera to w obszarze neuroonkologii. W przypadku glejaków sama dostępność innowacyjnych terapii – w tym leczenia ukierunkowanego molekularnie – nie wystarczy bez odpowiedniej struktury opieki. Jak podkreślano, pacjenci z nowotworami ośrodkowego układu nerwowego wymagają rozbudowanych, wielodyscyplinarnych zespołów, obejmujących nie tylko neurochirurgów i onkologów, lecz także genetyków, neuroradiologów i neuropatologów.

Rozwój diagnostyki molekularnej, w tym nowych metod klasyfikacji nowotworów OUN i profilowania metylacyjnego, prowadzi do identyfikacji bardzo wąskich podgrup pacjentów, dla których możliwe jest zastosowanie terapii celowanych z innych wskazań – często z spektakularnymi efektami klinicznymi. To jednak ponownie wymaga systemu, który potrafi takie potrzeby rozpoznać i na nie odpowiedzieć.

Panel poświęcony niezaspokojonym potrzebom pacjentów onkologicznych wyraźnie pokazał, że współczesna onkologia znajduje się na etapie, w którym największym wyzwaniem przestaje być brak wiedzy czy leków, a staje się nim tempo wdrażania zmian organizacyjnych. Od tego, czy system ochrony zdrowia nadąży za nauką, zależy dziś, czy przełomy terapeutyczne pozostaną osiągnięciem wybranych ośrodków, czy staną się realnym doświadczeniem pacjentów w całym kraju.

źródło: redakcja Medicalpress na podstawie panelu „Niezaspokojone potrzeby pacjentów onkologicznych” konfenrcja Priorytety w Ochronie Zdrowia 2026

Rak płuca pozostaje w Polsce jednym z najbardziej śmiertelnych nowotworów, a przyczyną tego nie są wyłącznie cechy biologiczne choroby – to w dużej mierze efekt systemowych opóźnień, fragmentaryzacji opieki i braku jasnej odpowiedzialności za proces diagnostyczno-terapeutyczny. Choć medycyna dysponuje dziś narzędziami pozwalającymi skutecznie leczyć znaczną grupę pacjentów, droga od pierwszych objawów do rozpoczęcia terapii wciąż bywa zbyt długa, zbyt chaotyczna i zbyt obciążająca dla chorego. W trakcie posiedzenia Senackiej Komisji Zdrowia (25.11.25) eksperci przedstawili obraz, który trudno zignorować: system stoi w miejscu, podczas gdy choroba postępuje.
Zbyt wolny system w zbyt szybko postępującej chorobie
Rak płuca jest jedną z najszybciej postępujących chorób nowotworowych, dlatego wczesna diagnoza i sprawne wdrożenie leczenia mają kluczowe znaczenie dla rokowania. Tymczasem w Polsce cały proces diagnostyczny wciąż potrafi rozciągać się na wiele miesięcy. Dane z praktyki klinicznej pokazują, że dostęp do kluczowych badań obrazowych – tomografii komputerowej czy PET-CT – bywa ograniczony, a na wyniki badań histopatologicznych czeka się często ponad miesiąc. Do tego dochodzą kolejne etapy: konsultacje w różnych ośrodkach, ponowne opisy badań, powtarzane biopsje. W efekcie od pierwszych objawów do podjęcia decyzji o terapii mija często kilka miesięcy – w czasie, który dla tak dynamicznej choroby jak rak płuca bywa granicą między szansą na leczenie radykalne a koniecznością wdrożenia wyłącznie leczenia paliatywnego.

Jednocześnie współczesna onkologia płuca opiera się na personalizacji terapii, a więc na decyzjach podejmowanych w oparciu o trzy grupy informacji: stan ogólny chorego i jego choroby współistniejące, charakterystykę samego nowotworu (typ histologiczny, podtyp) oraz pełny profil molekularny. Prof. Maciej Krzakowski, Konsultant Krajowy w dziedzinie Onkologii Klinicznej zwracał uwagę, że właśnie w tym ostatnim obszarze Polska wciąż ma poważne zaległości – diagnostyka molekularna wykonywana jest mniej więcej u połowy pacjentów, którzy powinni być nią objęci (1). Oznacza to, że znaczna część chorych w ogóle nie ma szansy na leczenie ukierunkowane na konkretne zaburzenia genetyczne. Gdy dodać do tego niewystarczające wykorzystanie nowoczesnego, kompleksowego leczenia skojarzonego, otrzymujemy obraz systemu, który jest zbyt wolny i zbyt mało uporządkowany, aby w pełni wykorzystać możliwości, jakie daje dzisiejsza medycyna. Mimo postępu, pięcioletnie przeżycia nadal są niskie: u kobiet sięgają około 18%, u mężczyzn – około 14%.

Niskodawkowa tomografia – obiecujące narzędzie przesiewowe, które wciąż czeka na pełne wdrożenie
W debacie pojawił się również wątek badań przesiewowych w kierunku raka płuca. Niskodawkowa tomografia komputerowa (NDTK) od lat uznawana jest na świecie za najskuteczniejszą metodę wczesnego wykrywania choroby u osób z grup ryzyka, a doświadczenia pilotażu prowadzonego w Polsce w latach 2021–2025 potwierdzają jej znaczenie. Jak informowała podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia Katarzyna Kęcka, w ramach programu wykonano około 60 tysięcy badań, na podstawie których uzyskano 9768 wyników wymagających dalszej kontroli, a 198 przypadków okazało się wynikami dodatnimi. To pokazuje, że program działa, ale skala jego oddziaływania jest nadal zbyt mała, by realnie wpłynąć na wykrywalność raka płuca w populacji wysokiego ryzyka.

Resort zdrowia zapowiedział jednak kluczową zmianę: prace nad włączeniem NDTK do koszyka świadczeń gwarantowanych są na końcowym etapie. Dominika Janiszewska-Kajka, zastępca dyrektora Departamentu Lecznictwa w Ministerstwie Zdrowia, podkreślała, że projekt rozporządzenia został już uzgodniony wewnętrznie z NFZ i wkrótce trafi do konsultacji publicznych. Zakończono także konsultacje z ekspertami dotyczące kryteriów kwalifikacji – obejmują one przede wszystkim wiek oraz tzw. paczkolata, a częstotliwość wykonywania badań (co 12 lub co 24 miesiące) ma zostać ostatecznie określona po zakończeniu konsultacji. Program uzyskał już pozytywną rekomendację AOTMiT oraz opinię Krajowej Rady Onkologii.

Ministerstwo zapowiada również wykorzystanie narzędzi sztucznej inteligencji do wspomagania opisywania badań, co ma zwiększyć przepustowość ośrodków i przyspieszyć proces diagnostyczny. Jednocześnie podkreślono, że dla powodzenia programu kluczowe będzie zwiększenie zgłaszalności pacjentów oraz stworzenie systemowych mechanizmów aktywnego docierania do osób z grup ryzyka – bo bez tego nawet najlepiej zaprojektowany program przesiewowy pozostanie narzędziem o ograniczonym wpływie na zdrowie publiczne.

Za mało chorych kwalifikuje się do leczenia operacyjnego
Z perspektywy rokowania kluczowe znaczenie ma to, ilu pacjentów udaje się zakwalifikować do leczenia operacyjnego. Prof. Cezary Piwkowski, prezes Polskiego Towarzystwa Kardio-Torakochirurgów, przypomniał, że chirurgia jest najbardziej skuteczną metodą leczenia u chorych z wczesnym rakiem płuca, ale w Polsce do zabiegu operacyjnego kwalifikuje się zaledwie około 20% pacjentów. To zdecydowanie za mało, biorąc pod uwagę, że właśnie w tej grupie można osiągać najlepsze wyniki przeżycia. Nadzieję na zmianę tej proporcji wiąże się z programami badań przesiewowych z wykorzystaniem niskodawkowej tomografii komputerowej – wcześniejsze wykrywanie powinno przełożyć się na większy odsetek chorych w stopniach zaawansowania umożliwiających radykalne leczenie chirurgiczne.

Jednocześnie obraz polskiej torakochirurgii nie jest pesymistyczny. Jak podkreślał Piwkowski, poziom leczenia operacyjnego raka płuca w Polsce można uznać za bardzo wysoki na tle Europy, m.in. dzięki centralizacji i rozwojowi technik małoinwazyjnych. W skali kraju około połowa pacjentów ma dziś oferowane leczenie małoinwazyjne przy zachowaniu pełnej radykalności onkologicznej, a w wiodących ośrodkach odsetek ten przekracza 80%. Takie wyniki nie pojawiły się przypadkiem – to efekt wieloletnich inwestycji w sprzęt i zaplecze, realizowanych również przy wsparciu Ministerstwa Zdrowia.

Obszarem, w którym oczekiwania środowiska są znacznie większe niż aktualne możliwości systemu, pozostaje chirurgia robotowa. Torakochirurdzy wskazują, że w ostatnich trzech latach rozwój robotyki w Polsce praktycznie wyhamował, mimo że w wielu krajach jest ona naturalnym kolejnym etapem wdrażania technik małoinwazyjnych. Ministerstwo Zdrowia przypomina, że 30 lipca AOTMiT wydała negatywną rekomendację dla finansowania systemów robotowych w większości wskazań objętych analizą, wskazując na brak przewagi nad klasycznymi metodami laparoskopowymi, z wyjątkiem kilku szczegółowo zdefiniowanych rozpoznań. Resort zapowiada dalszą analizę tej rekomendacji, ale już dziś środowisko torakochirurgiczne podkreśla, że przyszłe decyzje dotyczące robotyki powinny być powiązane z twardymi wskaźnikami jakości oraz z systemem rejestrów. 

Diagnostyka obrazowa i molekularna: połowiczna nowoczesność
W ostatnich latach wprowadzono rozwiązania, które miały uporządkować i przyspieszyć diagnostykę raka płuca, ale ich praktyczne działanie wciąż odbiega od oczekiwań. Klinicyści zwracają uwagę, że badania molekularne są wykonywane zbyt późno, zbyt rzadko i często w niepełnym zakresie, przez co część pacjentów rozpoczyna leczenie bez pełnego obrazu biomarkerów. Zdarza się także, że materiał biopsyjny jest niewystarczający, zwłaszcza gdy bronchoskopia została wykonana zbyt wcześnie lub w ośrodku bez doświadczenia w onkologii płuca. Prof. Tadeusz Orłowski, wiceprezes Polskiej Grupy Raka Płuca, podkreślał, że „olbrzymim problemem jest diagnostyka od podejrzenia do ustalenia rozpoznania” – na opis tomografii komputerowej czeka się około czterech tygodni, na wynik PET-CT podobnie, a zsumowane etapy potrafią dać „pół roku, lekko” od pierwszych objawów do realnej kwalifikacji do leczenia. W chorobie o tak szybkim przebiegu jak rak płuca to czas, którego wielu pacjentów po prostu nie ma.

Na tym tle szczególnie ważny jest postulat organizacyjny, który przedstawił dr Andrzej Tysarowski, prezes Polskiej Koalicji Medycyny Personalizowanej: jednoczasowe kierowanie pacjenta na badania patomorfologiczne i genetyczne. Chodzi o to, aby w momencie podejrzenia raka płuca onkolog wystawiał od razu jednoczasowe, warunkowe skierowanie – na rozpoznanie histopatologiczne oraz na badania genetyczne w przypadku potwierdzenia niedrobnokomórkowego raka płuca. W dużych ośrodkach onkologicznych taki model bywa stosowany, ale w wielu miejscach w kraju tak się nie dzieje. W praktyce oznacza to, że najpierw stawia się rozpoznanie, dopiero potem wraca się do onkologa po decyzję o zleceniu badań molekularnych, co wydłuża ścieżkę o kolejne tygodnie. Tysarowski zwracał uwagę, że wprowadzenie obowiązku jednoczesnego wystawiania dwóch skierowań nie wymaga zmian legislacyjnych, a mogłoby realnie skrócić czas diagnostyki nawet o dwa–trzy tygodnie i ograniczyć skalę sytuacji, w których u około połowy pacjentów badania genetyczne w ogóle nie są zlecane, bo stan chorego jest już zbyt zaawansowany albo brakuje dostępu do odpowiednich świadczeń.

Ministerstwo Zdrowia zapowiada także prace nad bardziej zaawansowaną diagnostyką molekularną. Dominika Janiszewska-Kajka, zastępca dyrektora Departamentu Lecznictwa, przypomniała, że kompleksowe profilowanie genomowe (CGP) w raku płuca uzyskało pozytywną rekomendację prezesa AOTMiT. Dotychczas do konsultacji publicznych skierowano badania typu HRD w nowotworach jajnika, jajowodu i otrzewnej, ale resort planuje, aby także CGP w raku płuca stało się świadczeniem finansowanym ze środków publicznych. Warunkiem jest określenie kryteriów kwalifikacji tak, by na badanie trafiała reprezentatywna grupa chorych, a nie „nieograniczona” liczba pacjentów, co mogłoby zablokować system kosztownymi testami zlecanymi bez jasnych wskazań. Z perspektywy pacjentów oznaczałoby to jednak możliwość zastosowania jednego, bardzo dokładnego testu, który porządkuje pełny profil molekularny nowotworu i pozwala dobrać leczenie w sposób zgodny z ideą medycyny personalizowanej.

Dr Tysarowski zwracał również uwagę na znaczenie badań genetycznych z tzw. płynnej biopsji. U około 30% chorych na raka płuca nie udaje się pozyskać odpowiedniej ilości tkanki do analizy genetycznej, mimo przeprowadzenia inwazyjnych procedur biopsyjnych. W takich przypadkach możliwość wykonania profilu genetycznego z materiału świeżego – krwi obwodowej – mogłaby stać się realnym przełomem. Technicznie jest to rozwiązanie już znane systemowi: podobne świadczenie wprowadzono w lipcu 2024 r. dla nowotworów BRCA-zależnych (m.in. raka piersi, jajnika, prostaty czy trzustki), co otworzyło drogę do badań z materiału świeżego u dużej grupy chorych. Zastosowanie analogicznego modelu w raku płuca pozwoliłoby skrócić ścieżkę diagnostyczną, zmniejszyć liczbę powtórnych biopsji i – paradoksalnie – ograniczyć koszty, ponieważ jedno dobrze zaplanowane, wczesne badanie zastępowałoby wiele późniejszych, fragmentarycznych działań.

Z diagnostyką nierozerwalnie wiąże się temat rejestrów i jakości. Prof. Tadeusz Orłowski przypomniał, że od 20 lat w Instytucie Gruźlicy i Chorób Płuc prowadzony jest rejestr raka płuca, który mógłby być gotowym narzędziem do oceny wyników leczenia w kolejnych ośrodkach. Rozporządzenie dotyczące tego rejestru powstało już w 2016 r., ale nigdy nie zostało podpisane przez ministra zdrowia. Ministerstwo obecnie przyjęto inną strategię – rejestry mają być budowane w sposób dziedzinowy (onkologiczne, kardiologiczne, chorób rzadkich) z wystandaryzowanymi zbiorami danych, tak aby realnie służyły podejmowaniu decyzji. Na poziomie deklaracji to krok w dobrą stronę, ale bez sprawnie działających rejestrów trudno będzie rzetelnie monitorować jakość diagnostyki i leczenia raka płuca oraz szybko wychwytywać miejsca, w których system zawodzi najbardziej.

15 lat czekania na Lung Cancer Units
W wielu krajach Europy standardem opieki nad pacjentami z rakiem płuca są Lung Cancer Units – wyspecjalizowane centra, które przejmują odpowiedzialność za cały proces postępowania: od diagnostyki i oceny zaawansowania, przez konsylium, aż po leczenie i obserwację. W Polsce o potrzebie ich utworzenia mówi się od ponad piętnastu lat, jednak system wciąż funkcjonuje bez struktury, która porządkowałaby ścieżkę pacjenta i zapewniała realną koordynację działań. Prof. Tadeusz Orłowski przypominał, że choć pojedyncze ośrodki potrafią leczyć na najwyższym europejskim poziomie, to wciąż brakuje miejsca, które przejmowałoby odpowiedzialność za chorego już na etapie podejrzenia choroby. Brak takiej struktury oznacza, że proces diagnostyczno-terapeutyczny pozostaje rozproszony, a poszczególne elementy systemu działają obok siebie, a nie wspólnie.

Właśnie dlatego koncepcja Lung Cancer Units postrzegana jest jako kluczowy krok w kierunku skrócenia czasu diagnozy i podniesienia jakości leczenia. Jedno centrum odpowiedzialne za całość postępowania mogłoby ograniczyć wędrówkę pacjenta między ośrodkami, uporządkować przepływ informacji i zagwarantować, że decyzje terapeutyczne zapadają na podstawie kompletnej, skoordynowanej diagnostyki. To nie pojedyncze technologie czy procedury wymagają najszybszej reformy, ale cała organizacja opieki, która dziś nie daje pacjentowi poczucia ciągłości ani bezpieczeństwa.

Podczas posiedzenia przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia potwierdzili, że prace nad projektem regulacji dotyczących Lung Cancer Units są w toku. Jak informowała Dominika Janiszewska-Kajka, zastępca dyrektora Departamentu Lecznictwa, projekt ma zostać skierowany do konsultacji publicznych „pod koniec tego roku lub na początku przyszłego”, a jego realne wejście w życie przewidywane jest na „początek drugiej połowy roku”, z uwagi na konieczność zakontraktowania nowych świadczeń. To pierwszy konkretny sygnał, że idea funkcjonująca dotąd głównie w dokumentach i deklaracjach może wreszcie przejść do etapu wdrożenia.

Co musi się wydarzyć, aby skrócić czas od podejrzenia do terapii
Posiedzenie Senackiej Komisji Zdrowia, pod przewodnictwem Senator Beaty Małeckiej-Libery, pokazało jasno, czego brakuje polskiemu systemowi: szybkości, koordynacji, odpowiedzialności i odpowiednio zaprojektowanej struktury opieki. Rozwiązania są znane od lat. Ośrodki diagnostyczno-terapeutyczne typu Lung Cancer Unit, odpowiednio finansowana i szeroka diagnostyka molekularna, badania obrazowe wykonywane w określonych standardach i terminach, skuteczna koordynacja ścieżki pacjenta oraz program niskodawkowej tomografii o realnym zasięgu — to kluczowe elementy, które mogą odwrócić trend i przełożyć się na tysiące uratowanych istnień.

1. Dane raportu MISJA RAK PŁUCA 2025: https://polgrp.org.pl/wp-content/uploads/2025/11/MRP-Aktualizacja-2025-www.pdf

źródło: redakcja Medicalpress na podstawie transmisji z posiedzenia Senackiej Komsiji Zdrowia z dnia 25.11.25 – Miesiąc Świadomości Raka Płuca.
W dniach 13–14 listopada 2025 r. w Warszawie odbyła się 7. edycja ogólnopolskiej konferencji „Opieka długoterminowa w Polsce – dzisiaj i jutro”, organizowanej przez Koalicję „Na pomoc niesamodzielnym”. Przedstawiciele administracji publicznej, parlamentu, NFZ, samorządów, środowisk medycznych oraz organizacji pacjenckich dyskutowali, jak zbudować nowoczesny, zintegrowany system wsparcia odpowiadający na potrzeby szybko starzejącego się społeczeństwa.
Podczas panelu otwarcia, Marzena Okła-Drewnowicz, sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, odpowiedzialna za politykę senioralną, podkreśliła, że w ramach kamienia milowego A70 Krajowego Planu Odbudowy trwają prace nad dwiema fundamentalnymi ustawami: ustawą o bonie senioralnym oraz ustawą o opiece długoterminowej. Zwróciła uwagę, że nie da się zbudować sprawnego systemu jednym programem ani w jednym resorcie – konieczne jest połączenie rozproszonych dziś zadań, współpraca z samorządami oraz odejście od archaicznych przepisów opartych na kodeksie cywilnym z lat 60. Nowe regulacje mają wprowadzić realne wsparcie dla osób starszych w ich miejscu zamieszkania.
 
Przewodnicząca Senackiej Komisji Zdrowia, Beata Małecka-Libera zaznaczyła, że opieka długoterminowa jest tylko fragmentem szerszego wyzwania, jakim jest starzenie się społeczeństwa. Wskazywała  na konieczność likwidacji silosów między systemem zdrowia a pomocą społeczną i zbudowania spójnego, zorientowanego na człowieka modelu opieki. Wyraziła także oczekiwanie, że przygotowywane ustawy uwzględnią głos praktyków oraz środowisk senioralnych, a nie będą wyłącznie techniczną korektą przepisów.
 
W trakcie konferencji wręczono Nagrodę Koalicji „Na pomoc niesamodzielnym” za wieloletnią działalność na rzecz osób starszych, niesamodzielnych i przewlekle chorych. Tegoroczna laureatką nagrody Koalicji została prof. Katarzyna Wieczorowska-Tobis, przewodnicząca zarządu głównego Polskiego Towarzystwa Gerontologicznego.
 
Obraz wyzwań systemu wyłaniał się z kolejnych dyskusji: od domowej wentylacji mechanicznej, przez powstawanie i funkcjonowanie Centrów Usług Społecznych, po kryzys kadrowy w pielęgniarskiej opiece długoterminowej i szczepienia osób starszych. Eksperci przypomnieli, że przygotowany już
w 2021 r. model nowej opieki nad pacjentami wentylowanymi w domu wciąż czeka na aktualizację i wdrożenie, podczas gdy liczba chorych wymagających wsparcia oddechowego systematycznie rośnie. Podkreślano konieczność wcześniejszej kwalifikacji do świadczeń oraz szerszego wykorzystania telemedycyny i telemonitoringu.
 
W debacie o Centrach Usług Społecznych wskazywano ich potencjał, jako narzędzia integrującego lokalną politykę społeczną i zdrowotną. CUS-y mogą – jak argumentowano – nie tylko reagować na kryzysy,  ale także wzmacniać samodzielność mieszkańców, pod warunkiem stabilnego finansowania, rozwoju oferty usług i lepszego wykorzystania technologii. Z kolei dyskusja o pielęgniarskiej opiece długoterminowej domowej zdominowana była przez temat kadr: według danych przedstawionych podczas konferencji w najbliższych latach może zabraknąć nawet 160 tys. pielęgniarek, a znaczna część obecnie pracujących osiągnęła już wiek emerytalny.
 
Wskazywano także na potrzebę zmiany wyceny świadczeń, lepszego wykorzystania kompetencji opiekunów medycznych oraz systemowego wsparcia personelu.
 
Mocno wybrzmiał także wątek profilaktyki. Rozmawiano o szczepieniach osób starszych, jako integralnej części długoterminowej troski o zdrowie. Eksperci podkreślali, że niska wyszczepialność dorosłych wynika m.in. z błędów komunikacyjnych z przeszłości, braku jednolitego przekazu oraz trudności w dostępie  do szczepień, dlatego potrzebna jest rzetelna, spójna informacja oraz jasne zasady finansowania.
 
Osobny blok dyskusji poświęcono jakości i standardom w opiece długoterminowej oraz roli placówek instytucjonalnych – zakładów opiekuńczo-leczniczych (ZOL), zakładów pielęgnacyjno-opiekuńczych (ZPO), domów pomocy społecznej (DPS) i całodobowych domów opieki. Prof. Agnieszka Neumann-Podczaska zwracała uwagę, że w Polsce brakuje regulacji opartych na podejściu zorientowanym na osobę, systematycznym monitorowaniu jakości oraz narzędzi umożliwiających ocenę efektów opieki. Eksperci wskazywali, że ZOL i ZPO w praktyce zatraciły projektowane pierwotnie różnice, co utrudnia efektywne działanie i wymaga uporządkowania koszyka świadczeń, rozwiązania problemów kadrowych  i finansowych oraz lepszego powiązania opieki instytucjonalnej z domową. Podkreślano również niewykorzystany potencjał DPS-ów i domów całodobowej opieki, które – przy zmianie sposobu finansowania, uproszczeniu dokumentacji, lepszym wykorzystaniu technologii (np. systemów ciągłego monitorowania glikemii) oraz przełamaniu negatywnych stereotypów – mogłyby łączyć różne typy świadczeń: opiekuńczych, socjalnych, rehabilitacyjnych i medycznych.
 
Istotnym elementem debaty była sytuacja rodzin i opiekunów nieformalnych. Zwracano uwagę  na to, że domowa opieka nad osobą niesamodzielną często zaczyna się nagle – po wypisie ze szpitala,  bez odpowiedniego przygotowania, wsparcia edukacyjnego i zaplecza organizacyjnego. Uczestnicy dyskusji podkreślali potrzebę stworzenia jasnych ścieżek informacji: gdzie szukać pomocy,  jak przygotować się do opieki, jakie formy wsparcia – w tym planowany bon senioralny – mogą realnie odciążyć rodziny i zapobiec ich wypaleniu.
 
W podsumowaniu konferencji Magdalena Osińska-Kurzywilk, prezes zarządu Koalicji „Na pomoc niesamodzielnym”, podkreśliła, że budowanie trwałego systemu wsparcia wymaga ścisłej współpracy sektora publicznego i prywatnego oraz rozwijania programów zapewniających kompleksową opiekę poszpitalną i długoterminową.
 
Wspólny wniosek z dwudniowych obrad jest jednoznaczny: Polska stoi przed koniecznością głębokich zmian systemowych – od standaryzacji opieki i uporządkowania ról poszczególnych placówek, przez rozwój opieki domowej i telemedycyny, aż po realne wsparcie opiekunów nieformalnych. Kluczowe będzie stworzenie jednolitego, spójnego i opartego na rzetelnych danych systemu opieki długoterminowej, który sprosta rosnącym potrzebom starzejącego się społeczeństwa i zapewni osobom niesamodzielnym oraz ich bliskim bezpieczeństwo, przewidywalność i możliwość godnego życia  w miejscu zamieszkania.

żródło: KOALICJA NA POMOC NIESAMODZIELNYM

Polska Federacja Szpitali (PFSz) proponuje konkretne, techniczne rozwiązania, oparte na zmianach legislacyjnych i najlepszych praktykach, by zredukować koszty funkcjonowania szpitali i zwiększyć ich odporność. Po pierwsze, pilne jest uruchomienie reform w obszarze utylizacji odpadów klinicznych. Obecne przepisy, oparte na regionalizacji, generują niepotrzebne koszty – opłaty za odbiór i utylizację mogą wzrosnąć nawet o 800%, sięgając 10 zł za kg. PFSz apeluje do Ministerstwa Zdrowia o zniesienie regionalizacji i dopuszczenie alternatywnych metod unieszkodliwiania odpadów medycznych – co mogłoby obniżyć wydatki szpitali o 20-30%.
Raport UOKiK wskazuje, że takie zmiany systemowe, w tym zaangażowanie samorządów w infrastrukturę, są niezbędne do redukcji kosztów i zwiększenia efektywności. Wprowadzenie nowej ustawy o odpadach klinicznych na 2025 r. pozwoliłoby na zrównoważone zarządzanie, minimalizując marnotrawstwo i obciążenie środowiska.
 
Po drugie, kluczowe jest wdrożenie Value Based Procurement (VBP) – modelu zakupów opartych na wartości, nie tylko na najniższej cenie. W polskim systemie opieki zdrowotnej VBP może zmniejszyć marnotrawstwo nawet o 15-20%, skupiając się na całkowitym koszcie opieki i rezultatach dla pacjentów. PFSz wydała GREENBOOK – przewodnik dla dyrektorów szpitali, ułatwiający implementację VBP, co spełnia wymogi zrównoważonego rozwoju. Legislacyjnie PFSz proponuje nowelizację ustawy o zamówieniach publicznych, by VBP stało się standardem w ochronie zdrowia – promując innowacyjne kontrakty i redukcję nieefektywnych wydatków.

Wreszcie, jako obszar podnoszący bezpieczeństwo, należy skupić się na cyberochronie szpitali – by obniżyć koszty i przestojów spowodowanych naruszeniami. W 2025 r. wykryto już niemal 1000 incydentów cyberataków na placówki medyczne, o 300 więcej niż rok wcześniej, z średnim kosztem naruszenia sięgającym 10 mln USD. Ataki paraliżują szpitale, powodując utratę danych i zakłócenia pracy, co zwiększa wydatki operacyjne. PFSz rekomenduje zmiany legislacyjne w ustawie o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, w tym obowiązkowe audyty i szkolenia dla personelu medycznego. Inwestycje w narzędzia jak firewall i szyfrowanie danych mogą obniżyć ryzyko o 50%, minimalizując przestojów i koszty prawne.

Propozycje oparte na analizach PFSz i współpracy z ekspertami mogą realnie wesprzeć system, redukując koszty o miliardy złotych rocznie. Zapraszam dyrektorów szpitali, decydentów i partnerów do dialogu. Wspólnie zbudujemy zrównoważony i bezpieczny system opieki zdrowotnej w Polsce – powiedział Michał Dybowski, dyrektor Departamentu Bezpieczeństwa i Zrównoważonego Rozwoju Polskiej Federacji Szpitali, Forum Ekspertów Ad Rem.

Jako Dyrektor Departamentu Zrównoważonego Rozwoju i Bezpieczeństwa Polskiej Federacji Szpitali (PFSz), organizacji zrzeszającej łącznie ponad 500 placówek medycznych w Polsce, z zaniepokojeniem odnoszę się do artykułu w „Rzeczpospolitej” na temat deficytu Narodowego Funduszu Zdrowia (NFZ). Sytuacja finansowa systemu ochrony zdrowia, z prognozowanym brakiem nawet 20 mld zł w 2025 r., wymaga pilnych, technicznych i legislacyjnych interwencji, by uniknąć dalszego pogorszenia funkcjonowania szpitali. Artykuł słusznie podkreśla skalę problemu: oficjalne szacunki wskazują na deficyt NFZ w wysokości 14 mld zł w 2025 r. i aż 23 mld zł w 2026 r., mimo zwiększonej dotacji budżetowej do 27,3 mld zł. To chroniczne niedofinansowanie wynika z rosnących kosztów operacyjnych, inflacji medycznej oraz niższych wpływów ze składek zdrowotnych. W PFSz obserwujemy, że deficyt kumulacyjny na lata 2025-2027 może przekroczyć 150 mld zł, co bezpośrednio obciąża szpitale długami sięgającymi już 8,8 mld zł. Konsekwencje tego deficytu są alarmujące dla zrównoważonego rozwoju i bezpieczeństwa pacjentów. Szpitale zmagają się z dłuższymi kolejkami (najdłuższymi od 12 lat), wstrzymywaniem przyjęć i rosnącymi zobowiązaniami, co zagraża ciągłości świadczeń. W naszym departamencie analizujemy, jak te braki wpływają na bezpieczeństwo – od opóźnień w procedurach po zwiększone ryzyko błędów operacyjnych. Bez zmian systemowych, placówki mogą być zmuszone do cięć w inwestycjach, co pogorszy efektywność i jakość opieki – powiedział Michał Dybowski, dyrektor Departamentu Bezpieczeństwa i Zrównoważonego Rozwoju Polskiej Federacji Szpitali, Forum Ekspertów Ad Rem.
źródło: PFSz