Medicalpress
Problem zakażeń w chirurgii może narastać – ocenił w rozmowie z PAP prof. Tomasz Banasiewicz, prezes elekt Towarzystwa Chirurgów Polskich. Jest to związane z rozwojem antybiotykooporności i starzeniem społeczeństwa. Zdaniem specjalisty konieczne jest wdrożenie skutecznego systemu opieki nad pacjentem.
– Zakażenia w chirurgii wciąż stanowią duży problem, który – ze względu na starzenie się społeczeństwa, coraz częstsze występowanie chorób cywilizacyjnych oraz rozwój antybiotykooporności – będzie narastał – powiedział PAP prof. prof. Tomasz Banasiewicz, kierownik Katedry i Kliniki Chirurgii Ogólnej, Endokrynologicznej i Onkologii Gastroenterologicznej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, prezes elekt Towarzystwa Chirurgów Polskich.

Zwrócił uwagę, że w Polsce brak jest aktualnych danych, ile jest zakażeń pooperacyjnych (najnowsze pochodzą sprzed kilku lat). – Te dane są ogólnie mało wiarygodne. Szacuje się, że częstość zakażenia miejsca operowanego może w rzeczywistości być kilkukrotnie większa niż raportowana przez szpitale, bo nie ma systemu nadzoru – podkreślił.

Jak wyjaśnił, profilaktyka zakażeń ran pooperacyjnych zaczyna się już w czasie przygotowania pacjenta do operacji, tzw. prehabilitacji. Tu ważną rolę powinien odgrywać personel pomocniczy (np. asystent medyczny), który może znacznie odciążyć lekarza, a także systemy telemedyczne.

– Pacjent oczekujący na zabieg planowy powinien wcześniej wypełnić kompleksową ankietę – samodzielnie w systemie telemedycznym, albo z pomocą pracownika medycznego. Powinny się tam znaleźć informacje o przebytych i aktualnych chorobach, zażywanych lekach, paleniu papierosów, wykonanych badaniach – wymieniał prof. Banasiewicz. Zaznaczył, że do zadań lekarza należałaby jedynie analiza zebranych danych i znalezienie najlepszej strategii postępowania. W ten sposób można by zaoszczędzić jego cenny czas na te działania, w których nikt inny go nie zastąpi.

– W polskim systemie ochrony zdrowia obciążamy lekarzy pracą całkowicie nieadekwatną do ich umiejętności, a potem narzekamy na brak specjalistów i na kolejki. Pracownicy medyczni zawsze są tańsi niż specjaliści, ale mamy ich wciąż za mało – podkreślił prof. Banasiewicz. Dotyczy to również pooperacyjnej opieki nad chorym – gdy trzeba mu przekazać zalecenia żywieniowe, dotyczące ruchu, zmiany opatrunku.

Za przykład korzyści płynących z zatrudniania personelu pomocniczego i stosowania systemów telemedycznych specjalista podał autorską aplikację iWound, stworzoną kilka lat temu w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Poznaniu. Miała ona pomóc w nadzorowaniu gojenia ran u pacjentów po wyjściu ze szpitala, a została też uzupełniona o wsparcie w prehabilitacji. Aplikację obsługuje student medycyny z koła chirurgicznego, który jest zatrudniony przez szpital. Okazało się, że dzięki dostępowi do aplikacji i wsparciu asystenta liczba wizyt pacjentów przygotowujących się do operacji spadła w poradni o 40-50 proc. – Takie rozwiązania sugerujemy decydentom od wielu lat. Na razie bez skutku – podkreślił prof. Banasiewicz.

Dodał, że – aby usprawnić prehabilitację – w jego ośrodku powstał również (we współpracy z podmiotem komercyjnym) poradnik dla osób przed operacją planową dotyczącą przewodu pokarmowego. Opisano w nim dokładnie, jak pacjent ma się przygotować pod względem żywieniowym, stosowania pre- i probiotyków, ćwiczeń fizycznych etc. Takie działania mogą zmniejszyć ryzyko zakażeń pooperacyjnych.

– Link do bezpłatnego poradnika jest wklejany do standardowej treści korespondencji z pacjentami. Dzięki temu lekarz nie musi każdemu z nich powtarzać tego samego – tłumaczył prof. Banasiewicz. W jego opinii tego typu poradniki powinny być finansowane przez Ministerstwo Zdrowia i raz na jakiś czas aktualizowane.

Jak podkreślił specjalista, ogromny problem stanowi wciąż profilaktyka i leczenie zakażeń miejsca operowanego. – Nadal nie stworzyliśmy modelu kompleksowej opieki nad tymi pacjentami – powiedział.

Profilaktyka zakażeń polega z jednej strony na podaniu antybiotyku na 30–60 minut przed cięciem, a z drugiej na odpowiednich procedurach na sali operacyjnej, takich jak zmiana rękawiczek, stosowanie szwów z substancją antybakteryjną oraz specjalnych opatrunków.

– Antybiotykoterapia to jest olbrzymi problem. W ciężkich zakażeniach jamy brzusznej stosujemy antybiotykoterapię empiryczną (podawana bez wyniku badania mikrobiologicznego – PAP), która powinna być dobierana według wspólnego stanowiska zespołu mikrobiologicznego, zespołu do spraw zakażeń, który analizuje najczęstsze patogeny w szpitalu oraz chirurgów – wyjaśnił specjalista.

Zaznaczył, że zlecając antybiotyk empiryczny, lekarze powinni być od razu przygotowani, że może będą musieli zmienić go na antybiotyk drugiego rzutu. Dlatego ważne jest, by jeszcze przed podaniem pierwszego leku pobrać z tkanki materiał do posiewu i badań mikrobiologicznych w kierunku wrażliwości bakterii na antybiotyki. Przyspieszy to zmianę antybiotyku na właściwy, gdy okaże się to konieczne.

– Ciężkie zakażenia śródbrzuszne muszą być leczone szybko i skutecznie, inaczej mogą prowadzić do zgonu. Śmiertelność w tej grupie pacjentów jest bardzo wysoka – powiedział prof. Banasiewicz. Dlatego, w jego ocenie, warto stosować skuteczne antybiotyki, takie jak erawacyklina, która ma bardzo wysoką skuteczność w leczeniu zakażeń wywołanych różnymi patogenami, w tym opornymi na wiele leków.

Może to więcej kosztować, ale całościowa cena leczenia pacjentów będzie niższa – rozwinie się mniej powikłań, a czas trwania terapii będzie krótszy. Mimo to, ze względu na koszty szpitale mogą się obawiać podawania tego leku. – Z tego powodu konieczne są rozwiązania, które sprawią, że Narodowy Fundusz Zdrowia będzie premiować jakość. Wówczas dyrektorzy szpitali nie będą się bać, że poniesione koszty nie zostaną im zwrócone – powiedział specjalista.

Wskazał też na problemy z refundacją specjalistycznych opatrunków, które mogą być utrzymane bezpiecznie na ranie przez siedem, a nawet czternaście dni. Jest to najlepsze zabezpieczenie przed kontaktem rany z otoczeniem i przeciwdziałanie jej zakażeniu.

– W Polsce kryterium refundacyjnym dla stosowania tych opatrunków jest czas trwania rany od sześciu do ośmiu tygodni. Żeby refundacja była możliwa, rana musi być więc „przewlekła”. Tymczasem my już w drugim tygodniu leczenia potrafimy ocenić, czy tak będzie – wyjaśnił ekspert.

W jego ocenie prowadzi to do paradoksu. – Wiemy, że ranę trzeba leczyć jak najintensywniej, właśnie z użyciem specjalistycznych opatrunków, ale nie przysługuje na nie „jeszcze” refundacja. Czyli zamiast wysłać straż pożarną do małego pożaru, by zgasić go w zarodku, my musimy czekać aż spali się pół domu, gdy często nie ma już czego ratować – powiedział.

Dodał, że wcześniejsze zastosowanie tego produktu nie tylko przyspieszy gojenie rany, ale przyczyni się też do spadku ogólnych kosztów terapii pacjenta. Wprawdzie specjalistyczne opatrunki kosztują kilka razy więcej niż standardowe, ale zmienia się je kilka razy rzadziej, co oszczędza czas pracy personelu i w efekcie jest tańsze.

Prof. Banasiewicz wskazał też, że ogromnym wsparciem w kompleksowej opiece nad osobą z raną pooperacyjną są narzędzia telemedyczne, takie jak aplikacja iWound. Pozwalają one utrzymać kontakt z pacjentem po wypisie ze szpitala i szybko podjąć decyzję w przypadku problemów z gojeniem.

– Stosowanie tych metod pomaga zredukować ryzyko powikłań, w tym zakażeń rany. Niestety, chirurgia jest dziedziną, w której jest bardzo małe użycie tego typu systemów – podsumował specjalista.

Źródło: Nauka w Polsce

Wojewódzki Szpital Specjalistyczny im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego w Lublinie umacnia pozycję lidera w dziedzinie małoinwazyjnych technik operacyjnych. Zespół neurochirurgów przeprowadził nowatorską – prawdopodobnie pierwszą w Polsce – wielopoziomową jednoportalną endoskopową stabilizację kręgosłupa. Dzięki zastosowaniu miniaturowej kamery oraz rozprężanych implantów 82-letnia pacjentka, cierpiąca na krytyczne zwężenie kanału kręgowego, zaczęła samodzielnie chodzić już kilkanaście godzin po zakończeniu operacji.
Tradycyjne operacje kręgosłupa wymagają nacięć o długości sięgającej nawet 35 centymetrów i wiążą się z dużą ingerencją w tkanki oraz znaczną utratą krwi. Pacjenci zmagają się z uciążliwym bólem pooperacyjnym trwającym nawet około tygodnia, często wymagającym podania silnych środków przeciwbólowych. Tymczasem w przypadku metody endoskopowej neurochirurg wykonuje jedynie punktowe nacięcia o długości około 7–8 mm. Taka technika pozwala uniknąć odcinania mięśni i więzadeł od kośćca, co bezpośrednio przekłada się na mniejszy ból pooperacyjny i szybszą rekonwalescencję.

Podczas zabiegu wykonanego w szpitalu przy al. Kraśnickiej wykorzystano zaawansowaną wieżę endoskopową oraz system nawigacji kręgosłupa wspierany przez robotyczny tomograf śródoperacyjny. Dzięki temu lekarze mogli precyzyjnie wprowadzić 10 śrub oraz rozprężane implanty międzytrzonowe sprowadzone z Holandii, które skorygowały krzywiznę kręgosłupa pacjentki.

 Biorąc pod uwagę wiek pacjentki oraz obciążenia internistyczne, zdecydowałem się na technikę endoskopową, by maksymalnie zwiększyć bezpieczeństwo zabiegu. Wykorzystanie kamery daje nam bezpośrednią wizualizację nerwów, co minimalizuje ryzyko powikłań, które przy metodzie klasycznej mogłyby prowadzić do niedowładu nóg. Endoskopowe stabilizacje to obecnie szczyt piramidy trudności w chirurgii kręgosłupa, który wymaga od zespołu ogromnej precyzji i doświadczenia – mówi prof. dr hab. n. med. Cezary Grochowski, kierownik Oddziału Neurochirurgii Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego w Lublinie.

Zabieg przeprowadzony przez lubelskich neurochirurgów był ratunkiem dla pani Marianny, u której zdiagnozowano krytyczną stenozę kanału kręgowego na dwóch poziomach. Schorzenie to objawiało się tzw. chromaniem neurogennym – silnym drętwieniem nóg, które uniemożliwiało przejście nawet krótkiego dystansu. Sukces operacji w szpitalu przy al. Kraśnickiej otwiera nowe możliwości szczególnie dla osób starszych, dla których klasyczna chirurgia była dotąd zbyt obciążająca.

 Naszym celem jest zapewnienie pacjentom dostępu do technologii medycznych na światowym poziomie. Kolejny udany, nowatorski zabieg – tym razem w dziedzinie neurochirurgii – potwierdza, że inwestycje w najnowocześniejszy sprzęt, jak robotyczny tomograf czy zaawansowane systemy nawigacji, realnie skracają czas hospitalizacji i poprawiają komfort życia chorych – mówi Piotr Matej, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego w Lublinie.

Oddział Neurochirurgii Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Lublinie jest wysokospecjalistyczną jednostką świadczącą pełen zakres usług w leczeniu chorób układu nerwowego. Zespół lekarzy pod kierownictwem prof. Grochowskiego specjalizuje się w zabiegach z zakresu neuroonkologii, wykorzystując małoinwazyjne i endoskopowe techniki operacyjne (operacje guzów mózgu i chorób naczyniowych – tętniaki i malformacje naczyniowe).

Oddział wykonuje wewnątrznaczyniowe zabiegi zabezpieczenia tętniaków i anomalii tętniczo-żylnych. Oferuje najnowocześniejsze metody operacyjne i endoskopowe w schorzeniach zwyrodnieniowych kręgosłupa, takich jak dyskopatie i stenoza kanału kręgowego na wszystkich odcinkach kręgosłupa, operacje nerwów obwodowych (zespołu cieśni nadgarstka, cieśni nerwu łokciowego oraz uszkodzeń pourazowych nerwów obwodowych), a także operacyjne leczenie bólu (stymulator przeciwbólowy, termolezja, blokada).

Źródło: inf pras
Foto: Wojewódzki Szpital Specjalistyczny im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego w Lublinie

Wieloletnie niedofinansowanie procedur chirurgicznych, mimo licznych apeli przedstawicieli Towarzystwa Chirurgów Polskich, skutkujące pogłębiającym się zadłużeniem szpitali i braki kadrowe to aktualnie główne problemy polskiej chirurgii i przyczyna tego, że w wielu szpitalach oddziały chirurgiczne są zagrożone zamknięciem. A są to odziały wykonujące większość operacji ratujących życie. Średnia wieku chirurga w Polsce to ok 58 lat, przy czym aż 15% stanowią chirurdzy w wieku emerytalnym powyżej 65 roku życia. Tylko w ostatnich 4 latach wiek emerytalny osiągnęło aż 1703 lekarzy[1] a młodych lekarzy wybierających tę specjalizację jest coraz mniej i nic nie wskazuje by było ich więcej. Każdego roku liczba chirurgów w Polsce maleje – w ciągu ostatnich 10 lat aż o 15%. Oznacza to, że za kilka lat pacjenci w stanie zagrożenia życia mogą nie otrzymać potrzebnej pomocy.  Zdaniem Towarzystwa Chirurgów Polskich jedyną szansą by odwróć ten trend jest zwiększenie finansowania dla polskiej chirurgii i modyfikacja systemu edukacyjnego, tak by młodzi lekarze wybierający tą trudną i wymagającą specjalizację mieli większe perspektywy rozwoju.
Chirurgia to jedna z kluczowych dziedzin medycyny i dziś jedna z najdynamiczniej rozwijających się. Efektywność leczenia operowanych pacjentów i jego jakość są uzależnione w dużej mierze od innowacyjnych technologii i organizacji pracy na bloku operacyjnym a to kosztuje.

Wyceny procedur chirurgicznych są od lat poniżej realnych kosztów ich wykonania, co sprawia, że oddziały chirurgiczne są jednymi z najbardziej deficytowych jednostek w szpitalach. Mówimy o tym nieprzerwanie od lat. Ostatnie zwiększenie wycen procedur chirurgicznych przez AOTMiT, choć bardzo ważne i potrzebne nadal nie pokrywa realnych kosztów procedur. Liczymy jako środowisko, że wydatki na chirurgię zgodnie z zapowiedziami będą rosły a my nie będziemy musieli się martwić czy będziemy mogli pomagać naszym pacjentom – zwraca uwagę prof. Krzysztof Zieniewicz prezes Towarzystwa Chirurgów Polskich – Niestety w przypadku 5 procedur zabiegowych chirurgicznych i endoskopowych dotyczących zarówno górnego, jak i dolnego odcinka przewodu pokarmowego wyceny w niezrozumiały dla nas sposób zostały obniżone. Jeśli nie zostaną odpowiednio i szybko prawidłowo wycenione to ucierpią na tym pacjenci zwłaszcza ci z nowotworami przewodu pokarmowego i przełyku. A tak być nie powinno. To pacjent i prawidłowe postępowanie medyczne zgodne z najnowszą wiedzą medyczną powinno być najważniejsze. Bez odpowiedniego finansowania nie będzie to możliwe. Chirurgia jest dziś podstawą leczenia nowotworów jelita grubego, tymczasem wycena tej procedury została obniżona aż o 27%. Podobnie niezrozumiałe jest dla nas obniżenie wycen dla operacji przełyku (z 37 982 zł do 30 855 zł, czyli o 22,4%) czy dużych zabiegów przełyku takich jak fundoplikacja, kardiomiotomia, protezowanie, operacje uchyłków. Tu obniżono wycenę z 22 342 zł do 17 208 zł (26,4%) a to nie zabezpiecza realnych kosztów jakie są ponoszone przez szpitale. Jesteśmy po rozmowach z NFZ i AOTMiT i 5 procedur dla których wyceny zostały obniżone stanowić będzie przedmiot dalszych analiz. Właśnie pracujemy nad zebraniem danych od ośrodków wykonujących te procedury tak by płatnik uzyskał szczegółowe i najbardziej wiarygodne dane na temat realnych kosztów procedur we wszystkich grupach pacjentów – dodaje profesor Zieniewicz.

– Chirurgia przełyku stanowi wysokospecjalistyczną i wymagającą dziedzinę chirurgii, w której budowanie zespołu i wyposażenie w kosztowny sprzęt trwa latami. Tak drastyczne zmniejszenie finansowania przyczyni się do redukcji zasobów kadrowych i zmniejszenia i tak obecnie niedużej liczby ośrodków specjalizujących się w chirurgii przełyku. W związku z drastycznym obniżeniem finansowania przełykowych grup zabiegowych należy spodziewać się ograniczenia dostępu do tej niszowej i wysokospecjalistycznej dziedziny chirurgii dla wymagających pacjentów z chorobami przełyku podkreśla prof. dr hab. n. med. Grzegorz Wallner z Kliniki Chirurgii Ogólnej, Gastroenterologicznej i Nowotworów Układu Pokarmowego – Uniwersytecki Szpital Kliniczny nr 1 przy ul. Staszica 16 w Lublinie konsultant krajowy w dziedzinie chirurgii ogólnej.
 
Propozycje nowych wycen procedur w sposób istotny uderzyły nie tylko w zabiegi chirurgiczne, ale również w endoskopowe.
 
Proponowane przez płatnika przeniesienie procedury 45.431 (endoskopowa ablacja guza jelita grubego) w rozpoznaniu innym niż nowotwór złośliwy jelita grubego do grupy F38 skutkuje obniżeniem wyceny procedury do poziomu 3037 punktów.  Stanowi to 50% obniżkę w stosunku do obecnie występującej.

– Zastosowanie proponowanej stawki sprawi, że każdy zabieg endoskopowy wykonywany z powodu rozległego gruczolaka w obrębie jelita grubego będzie generował straty dla świadczeniodawcy. Zabiegi te – rozległe mukozektomie, endoskopowa dyssekcja podśluzówkowa, endoskopowe resekcje pełnościenne – są standardem postępowania w gruczolakach jelita grubego, które nie kwalifikują się do polipektomii ambulatoryjnej, a nie wymagają resekcji chirurgicznej. Dzięki zastosowaniu powyższych zaawansowanych technik kilkukrotnie maleje liczba operacji kolorektalnych wykonywanych z powodu zmian łagodnych w jelicie grubym. Niewątpliwie jest to korzystne zarówno dla pacjentów, jak również dla płatnika. Dodatkowo powyższe zabiegi są standardem postępowania medycznego w obowiązujących nas rekomendacjach Europejskich Towarzystw Naukowych (ESGE, EAES) – zaniechanie ich wykonania w przypadku gruczolaka jest błędem – zwracają uwagę we wspólnym liście do prezesa NFZ dr hab. n. med. Krzysztof Kurek Prezes Sekcji Endoskopii Polskiego Towarzystwa Gastroenterologii oraz Dr hab. n. med. Michał Spychalski Przewodniczący Sekcji Chirurgii Endoskopowej Towarzystwa Chirurgów Polskich
– Zabiegi te są trudne technicznie, często trwają kilka godzin, wymagają kilkudniowej hospitalizacji pacjenta, znieczulenia, a sprzęt używany do ich wykonania jest jednorazowy. Koszty sprzętowe wahają się, w zależności od typu zmiany od 2 (proste mukozektomie) do 6-8 tysięcy złotych (ESD z zamykaniem ubytku śluzówki, resekcja pełnościenna). Suma kosztów sprzętowych, osobowych oraz kosztów hospitalizacji często przekracza obecną wycenę. Należy również zaznaczyć, że wykonywanie tych procedur musi być poprzedzone długotrwałym i kosztownym szkoleniem zespołu endoskopowego oraz często reorganizacją pracy oddziału – dodają

Dobra wycena procedur chirurgicznych odpowiadająca realnym kosztom, jakie ponosi odział jest kluczowa nie tylko dla prawidłowego funkcjonowania tych oddziałów, ale także dla zapewnienia pacjentom najwyższej jakości opieki medycznej. Tymczasem w Polsce mamy do czynienia z sytuacją, gdzie zaniżone wyceny świadczeń wpływają nie tylko na rentowność oddziałów, ale na sytuację kadrową.

– Nasz kraj jest jednym z nielicznych w Europie, gdzie nie ocenia się jakości leczenia chirurgicznego. Brak rejestrów i audytów odpowiada między innymi za to, że wyniki leczenia chirurgicznego nowotworów w Polsce znacznie odbiegają od średniej europejskiej. 

Ponadto brak kontroli systemu ustawicznego kształcenia kadr medycznych w naszym kraju jest ewenementem w skali światowej w budowaniu właściwej ochrony zdrowia i odpowiada za złe wyniki leczenia – alarmuje Prof. dr hab. n med. Adam Dziki Sekretarz Generalny Towarzystwa Chirurgów Polskich.

Oddziały chirurgiczne, chcące leczyć dobrze wszystkich pacjentów wymagających leczenia operacyjnego, są jednymi z najbardziej deficytowych oddziałów szpitali. Powoduje to, że praca chirurgów, słabo przez dyrekcje szpitali wyceniana i opłacana, traktowana jest jako „zło konieczne”. Staje się przez to coraz bardziej frustrująca i mniej atrakcyjna dla młodych lekarzy. A należy pamiętać, że praca chirurga, przy takich niedoborach kadrowych nie kończy się na dyżurze. Często jest to ciężka fizycznie praca w godzinach nocnych, pod dużą presją i z ogromną odpowiedzialnością za zdrowie i życie pacjenta. Do tego dochodzi kwestia braku szkoleń i perspektyw rozwoju zawodowego. Dziś ponad połowa miejsc dla lekarzy chcących się specjalizować w chirurgii pozostaje nieobsadzona a średnia wieku chirurgów stale rośnie. Musimy działań tu i teraz by uzdrowić polską chirurgię – komentuje Prof. Krzysztof Zieniewicz Prezes Zarządu Głównego Chirurgów Polskich.
 
Co zatem proponują i o co postulują chirurdzy?
 
Oddziały chirurgiczne w Polsce to miejsce, gdzie wykonuje się najwięcej zabiegów operacyjnych, w tym zdecydowaną większość operacji ratujących życie. Sprawne funkcjonowanie tych oddziałów, gdzie codziennie odbywa się kilka tysięcy operacji, jest konieczne dla zapewnienia bezpieczeństwa zdrowotnego kraju. O tym powinni pamiętać wszyscy zajmujący się polityką zdrowotną w naszym kraju. Prawidłowe funkcjonowanie oddziałów chirurgicznych, to również podstawa udzielania pomocy medycznej w sytuacjach klęsk, katastrof czy innych masowych zdarzeń. Bez właściwego finansowania, ale też bez zasobów kadrowych nie będzie to możliwe.
Aby uzdrowić polską chirurgię niezbędne jest:
  1. Monitorowanie jakości leczenia chirurgicznego poprzez ocenę efektów leczenia.
  2. Poprawa dostępności nowoczesnych metod operacyjnych.
  3. Zmniejszenie obciążeń administracyjnych lekarzy na rzecz większej ilości czasu dla pacjenta.
  4. Reforma szkolenia podyplomowego i specjalizacyjnego.
  5. Wsparcie systemu szkolenia lekarzy w zakresie nowoczesnych metod leczenia chirurgicznego.
  6. Pilne urealnienie wyceny procedur chirurgicznych w oparciu o ścieżkę opieki nad pacjentem.
  7. Uwolnienie limitów na zabiegi chirurgiczne.
  8. Powołanie zespołu z udziałem przedstawicieli Towarzystwa Chirurgów Polskich, Ministerstwa Zdrowia, Narodowego Funduszu Zdrowia oraz Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji na rzecz poprawy opieki chirurgicznej.
 
[1][1] Opracowanie na podstawie danych ze strony MZ dotyczącej Map Potrzeb Zdrowotnych 2020 dostępnych na platformie BASiW.

źrodło: TChP

Pierwsze, w rejonie mieleckim, zabiegi stymulacji fizjologicznej pęczka Hisa i jego lewej odnogi na Oddziale Polsko-Amerykańskich Klinik Serca, Grupa American Heart of Poland. To szansa dla pacjentów kardiologicznych na powrót do zdrowia.
Ta innowacyjna procedura medyczna realizowana jest już na Oddziale Polsko-Amerykańskich Klinik Serca Grupa American Heart of Poland, w Szpitalu Powiatowym im. Edmunda Biernackiego w Mielcu.

Serce, aby mogło skutecznie się kurczyć, potrzebuje odpowiedniego sterowania i wyzwalania skurczów przez tzw. system bodźcoprzewodzący, do którego należy m. in. struktura nazwana pęczkiem Hisa. Jeśli jeden z elementów zawodzi i serce nie kurczy się prawidłowo, z pomocą przychodzi sztuczna stymulacja, czyli wszczepienie rozrusznika bezpośrednio w układ bodźcoprzewodzący serca, pozwalając na przywrócenie fizjologicznego skurczu jego komór.
 
Jaką rolę pełni pęczek Hisa?
 
Pęczek Hisa to element układu bodźcoprzewodzącego – upraszczając – to swego rodzaju „naturalny rozrusznik”, w obrębie serca, przewodzi impuls z węzła przedsionkowo-komorowego do przegrody międzykomorowej i dalej poprzez swoje odnogi do mięśnia prawej i lewej komory. Wykorzystanie stymulacji pęczka Hisa lub jego lewej odnogi wykazuje znacznie korzystniejsze efekty kliniczne u pacjentów z niewydolnością serca, na którą choruje około miliona osób w Polsce – mówi dr n. med. Bartłomiej Orlik, kardiolog, Grupa American Heart of Poland.
 
Pęczek Hisa czym się różni od rozrusznika?
 
– W przypadku zabiegu stymulacji fizjologicznej pęczka Hisa, który występuje w naszym organizmie, lub jego lewej odnogi wywołujemy stymulację fizjologiczną, czyli impuls elektryczny wysyłany przez elektrodę jest przekazywany bezpośrednio do układu bodźcoprzewodzącego serca i przewodzony jest naturalnymi drogami tak jak u każdej zdrowej osoby. Taka stymulacja fizjologiczna jest zdecydowanie korzystniejsza dla pacjenta niż stymulacja niefizjologiczna, do której dochodzi przy zastosowaniu zwykłego rozrusznika. Stymulacja fizjologiczna zmniejsza ryzyko rozwoju niewydolności serca i poprawia wydolność pacjenta.  – wyjaśnia dr n. med. Bartłomiej Orlik.

Rekonwalescencja po zabiegu.
 
– Pacjentowi pozostaje niewielka rana pod obojczykiem, która goi się do 2 tygodni. Są to zabiegi kardiologii małoinwazyjnej, najczęściej kolejnego dnia pacjent może zostać wypisany do domu – puentuje doktor.
 
Zabieg z wykorzystaniem stymulacji pęczka Hisa lub jego lewej odnogi nie jest wykonany w wielu ośrodkach kardiologicznych.

– Procedura wymaga nie tylko nowoczesnego sprzętu medycznego, ale i precyzji kardiologa. Pęczek Hisa jest niewielką strukturą. Ma zaledwie około centymetra długości i ok. milimetr grubości, a cała procedura odbywa się na „bijącym” sercu. Po przeprowadzeniu niewielkiego nacięcia, uzyskuje się dostęp żylny, przez nakłucie żyły pachowej lub podobojczykowej. Poprzez ten dostęp, za pomocą specjalnie uformowanego cewnika elektroda jest wprowadzana do serca. Następnie, na podstawie odczytu potencjałów z systemu elektrofizjologicznego, identyfikuje się niewielki obszar pęczka Hisa. Po zlokalizowaniu sygnału pęczka Hisa, elektroda jest wkręcana. W kolejnym etapie konieczne jest potwierdzenie, czy uzyskano właściwą stymulację przewodzoną do komory, na zasadzie identycznej z naturalnym procesem. Z kolei stymulacja obszaru lewej odnogi pęczka Hisa polega na wkręceniu elektrody w odpowiednim miejscu, głęboko w przegrodzie międzykomorowej, gdzie znajdują się włókna tej struktury – wyjaśnia kardiolog Grupy American Heart of Poland.
 
Na Oddziale Polsko-Amerykańskich Klinik Serca w Mielcu zabiegi stymulacji pęczka Hisa oraz lewej odnogi pęczka Hisa są realizowane w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia.  

źródło: Szpital Powiatowy im. Edmunda Biernackiego w Mielcu

Brak liderów, od których mogliby się uczyć, i wizja pracy w kieracie – przede wszystkim to zniechęca młodych lekarzy do wyboru specjalizacji zabiegowych, w tym chirurgii ogólnej. Wbrew niekorzystnym trendom coraz więcej młodych kobiet wybiera właśnie tę ścieżkę kształcenia. Wprawdzie są jeszcze ośrodki, gdzie specjalizacje zabiegowe postrzega się stereotypowo jako męskie, ale kobiety coraz mocniej zaznaczają swoją obecność w chirurgii ogólnej i nie tylko.
W wiosennym postępowaniu kwalifikacyjnym na specjalizacje lekarskie jest dostępnych 4208 miejsc w trybie rezydenckim i 9927 w pozarezydenckim. Z informacji uzyskanych przez konsultanta krajowego w dziedzinie chirurgii ogólnej wynika, że w wiosennym naborze 2024 roku liczba nieobsadzonych miejsc sięgnęła 413. Prof. Marian Zembala za czasów kierowania Ministerstwem Zdrowia podjął decyzję o wpisaniu chirurgii ogólnej na listę specjalizacji deficytowych. W efekcie rezydenci, którzy ją wybiorą, mogą liczyć na wyższe wynagrodzenie. Jak się jednak okazało, nie wystarczyło to, by przekonać młodych do tej ścieżki kształcenia.

W dyskusji o kryzysie kadrowym dotykającym specjalizacje zabiegowe coraz mocniej wybrzmiewają opinie, że to trudna ścieżka kształcenia, a środowisko chirurgów nie jest przyjazne dla młodych. Co więcej, od lat w tej dziedzinie dominują mężczyźni, za chirurgią ciągnie się też fama specjalizacji, gdzie kobiety startują z gorszej pozycji. Czy tak jest w istocie? Co przyciąga, a co zniechęca do specjalizacji zabiegowych młode kobiety?

Zapytaliśmy trzy przedstawicielki specjalizacji zabiegowych o różnorodnym doświadczeniu zawodowym, dlaczego młodzi tak niechętnie wybierają specjalizacje zabiegowe, w tym przede wszystkim chirurgię ogólną. Wszystkie trzy zgodnie podkreślają, że młodym zależy na zachowaniu równowagi pomiędzy pracą a życiem prywatnym – a o tą trudno, gdy jest się chirurgiem. Co więcej, samo szkolenie jest bardzo wymagające.

– Wydaje się, że przyczyną kryzysu kadrowego we wszystkich specjalizacjach zabiegowych mogą być kwestie związane ze zróżnicowanym obciążeniem fizycznym, psychicznym oraz ryzykiem odpowiedzialności prawnej w dziedzinach zabiegowych i zachowawczych. Dziedziny zabiegowe wymagają ogromnego zaangażowania podczas szkolenia i z punktu widzenia przyszłego rezydenta bezpośrednie krótkofalowe profity, wynikające z odbywania takiego szkolenia, mogą być postrzegane jako podobne, a nawet niższe od uzyskiwanych w trakcie odbywania innych, czasem może mniej obciążających specjalizacji. Na wybory młodych lekarzy może wpływać chęć zapewnienia sobie poczucia bezpieczeństwa, trend do zachowania równowagi pomiędzy pracą a życiem osobistym oraz możliwości elastycznego kształtowania swojego dnia pracy, co w specjalizacjach zabiegowych może być trudne – mówi lek. Karolina Żbikowska, rezydentka na 6. roku specjalizacji z kardiochirurgii.

Kryzys kadrowy dotykający specjalizacje zabiegowe, dotkliwie odczuwalny szczególnie w obszarze chirurgii ogólnej, jest już od dłuższego czasu faktem szeroko dyskutowanym w środowisku.

– Z jednej strony możemy zidentyfikować jego systemowo-organizacyjne przyczyny, takie jak przede wszystkim niedoszacowany poziom wyceny świadczeń, przekładający się na rentowność oddziałów chirurgicznych. Z drugiej strony w ocenie mojej i młodszych ode mnie koleżanek oraz kolegów, którzy zaczynają szkolenie specjalizacyjne, istotne są także inne czynniki. Medycyna, a szczególnie specjalizacje zabiegowe, to dziedzina, gdzie niezwykle ważna dla nauki zawodu, zdobycia odpowiedniej wiedzy i kompetencji będzie relacja mistrz-uczeń. Niestety, z uwagi na braki kadrowe i duże obłożenie pracą chirurdzy ze starszego pokolenia, na których barkach w dużej mierze spoczywa czuwanie nad szkoleniem młodych adeptów, nie mają czasu i przestrzeni, by być mentorami. W efekcie młodzi chirurdzy po prostu często nie mają się od kogo uczyć zawodu, a dla nauki w specjalizacjach zabiegowych czerpanie z doświadczenia starszych lekarzy i zdobywanie umiejętności pod ich okiem jest czymś nieodzownym – uważa lek. Katarzyna Pecka, specjalista chirurgii ogólnej i chirurgii plastycznej.

Lekarze chcą mieć własne życie

Braki kadrowe przekładają się też na nadmierne obłożenie pracą tych chirurgów, którzy już w systemie funkcjonują. Jak wskazuje lek. Katarzyna Pecka, młodzi lekarze obserwują realia pracy i wybierają specjalizacje, w których w większym stopniu możliwe jest uzyskanie równowagi pomiędzy pracą a sferą prywatną.

– Dziś lekarze chcą mieć własne życie. Co więcej, jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu specjalizacja z chirurgii ogólnej gwarantowała środowiskowy i społeczny prestiż, dziś jednak nie jest to już tak elitarna ścieżka kształcenia. Co prawda, w ostatnich latach wynagrodzenie rezydentów chirurgii wzrosło, od drugiego roku specjalizacji mogą oni również brać dodatkowe dyżury na szpitalnych oddziałach ratunkowych, dzięki czemu poziom uposażenia wzrasta. Mimo tych korzystnych zmian młodym praca chirurga kojarzy się głównie z nadmiernym przeciążeniem obowiązkami i dyżurowaniem. Często zdarza się, że rezydent z chirurgii czuje, że nie może odmówić wzięcia dyżuru, jeśli nie chce wypaść z grafiku zabiegów – a tego każdy chce uniknąć – mówi lek. Katarzyna Pecka.

Jej zdaniem lekarzy nie zachęca również archaiczny program szkolenia specjalizacyjnego.

– Program nie zmienił się znacząco od czasów, gdy ja rozpoczęłam rezydenturę. Przykładowo, od rezydentów wymaga się wykonania konkretnej liczby określonych zabiegów, co w praktyce szpitalnej bywa trudne lub nawet mało realne. Do wyboru specjalizacji z chirurgii ogólnej zniechęca również brak systemu no-fault – dodaje.

W opinii lek. Renaty Florek-Szymańskiej, specjalistki chirurgii ogólnej oraz chirurgii naczyniowej, o narastającym kryzysie kadrowym w chirurgii ogólnej mówiło się od lat, ale żadna z opcji rządzących nie zrobiła nic, by ten problem rozwiązać. W efekcie młodzi od lat mierzą się z podobnymi problemami.

– Od chirurgów wymaga się niemal stałej i pełnej gotowości do wykonywania operacji ratujących życie, ale też konsultacji zlecanych przez lekarzy z innych specjalizacji. Konsultacje – zarówno te uzasadnione, jak i te, które inni lekarze zlecają z powodów asekuracyjnych, pochłaniają sporo czasu chirurgów. Do tego opresyjny system prawny, zły program kształcenia specjalizacyjnego, nieadekwatna wycena procedur oraz mobbing powodują, że niewielu młodych lekarzy garnie się do tej specjalizacji. Nikt nie chce kosztem rodziny i własnego zdrowia poświęcać się dla pracy na chirurgii – mówi lek. Renata Florek-Szymańska.

Mobbing to nie problem całego środowiska

Wśród przyczyn kryzysu kadrowego w specjalizacjach zabiegowych, a szczególnie chirurgii ogólnej, wymienia się również problem mobbingu, który ma najbardziej dotykać młodych lekarzy i kobiety. Czy to istotnie tak powszechne zjawisko? Wydaje się, że odpowiedź na to pytanie nie jest oczywista.

– Mam świadomość tego, że środowisko chirurgów uchodzi za trudne i hermetyczne, ale na podstawie własnego doświadczenia mogę ocenić, że wiele zależy od tego, do jakiego zespołu i ośrodka się trafi. Nie zetknęłam się nigdy ze zjawiskiem mobbingu lub dyskryminacji ze względu na płeć, choć gdy studiowałam i realizowałam szkolenie, zdarzało mi się usłyszeć, że chirurgia to specjalizacja zbyt obciążająca dla kobiet, ponieważ trudno ją łączyć z życiem prywatnym. Nie mam poczucia, że kobietom jest trudniej zrobić karierę w specjalizacjach zabiegowych. Przez lata pracowałam zarówno w zespołach zdominowanych przez mężczyzn, jak i płciowo zróżnicowanych. Oczywiście, gdzieniegdzie chirurgia jest nadal postrzegana stereotypowo jako „męska” specjalizacja, czego wiele z nas doświadczyło. Sporo się w tym zakresie zmienia, zainteresowanie kobiet specjalizacjami zabiegowymi wzrasta – ocenia lek. Katarzyna Pecka.

W ocenie lek. Renaty Florek-Szymańskiej mobbing to znacznie poważniejszy problem i, obok feudalnych relacji pomiędzy chirurgami, przyczyna niskiego zainteresowania specjalizacją.

– Niestety, mobbing w chirurgii nadal jest uważany za normalne zjawisko. W ocenie wielu jest to coś, przez co każdy młody musi przejść. Brakuje rozwiązań systemowych, a osoba mobbingowana jest często pozostawiona sama sobie. Niektórzy z tego powodu rezygnują z pracy w szpitalu. Mobbing w chirurgii dotyczy nie tylko kobiet – mówi lek. Renata Florek-Szymańska.

Lek. Karolina Żbikowska ma na ten temat zdanie nieco odmienne. W jej ocenie, mimo obiegowych opinii, specjalizacje zabiegowe wybiera coraz więcej kobiet, a płeć rezydentów nie jest czynnikiem istotnym dla przebiegu szkolenia specjalizacyjnego.

– Wydaje się, że kwestia płci w chirurgii obecnie ma drugorzędne znaczenie, a istotne są predyspozycje osobowościowe chirurga, zaangażowanie w pracę, liczba godzin spędzonych na sali operacyjnej podczas wykonywania zabiegów i tym samym zdobyte doświadczenie – podkreśla.

Najpierw chirurgia ogólna, potem wybór węższej specjalizacji

Skoro tak trudno młodych, niezależnie od płci, przekonać do wyboru specjalizacji zabiegowych, dlaczego nasze rozmówczynie zdecydowały się akurat na tę ścieżkę kształcenia? Jak podkreślają, nie był to dla nich trudny wybór – decyzję podjęły jeszcze na studiach lub wcześniej.

– Wybierając specjalizację absolutnie nie kierowałam się aspektami praktycznymi. Zanim zdecydowałam się na rozpoczęcie szkolenia specjalizacyjnego z kardiochirurgii, przez kilka lat pracowałam w kołach zajmujących się tematyką kardiologiczną i kardiochirurgiczną. Zainteresowanie tematami związanymi z funkcjonowaniem serca, ale także specyfika i dynamiczny charakter pracy w oddziale kardiochirurgicznym sprawiły, że nie mogłam wybrać żadnej innej dziedziny – przyznaje lek. Karolina Żbikowska.

Lek. Katarzyna Pecka wybrała za to coraz popularniejszy model kształcenia w specjalizacjach zabiegowych: jej pierwszym wyborem była chirurgia ogólna, ale w kolejnych latach uzyskała dodatkową, węższą specjalizację.

– Specjalizację z chirurgii ogólnej uzyskałam w 2018 r., natomiast cztery lata później zdobyłam również tytuł specjalisty chirurgii plastycznej. To coraz popularniejszy model kształcenia i wyboru ścieżki zawodowej. Specjaliści szukają w ten sposób dodatkowych możliwości zarobkowania i aktywności zawodowej, także poza szpitalem, który jest nadal postrzegany jako trudne środowisko pracy – zwraca uwagę.

Lek. Renata Florek-Szymańska o pracy chirurga marzyła od dziecka. Na drodze do upragnionego tytułu specjalisty musiała pokonać wiele trudności.

– Na specjalizację z chirurgii ogólnej dostałam się w 2003 r., wcześniej przez trzy lata nabór na specjalizacje był odgórnie wstrzymany. Ośrodek, w którym realizowałam szkolenie, był oddalony od mojego miejsca zamieszkania o 170 km. Przez pierwsze 3 lata pracowałam w szpitalu w Radzyniu Podlaskim. Dzisiaj bardzo dobrze wspominam tamte czasy, na swojej drodze spotkałam wyjątkowych ludzi. Wielkim szacunkiem darzę ówczesnego ordynatora oddziału chirurgii dr. Mirosława Wójtowicza i mojego kierownika specjalizacji dr. Jerzego Gleba, którzy razem z dr. Andrzejem Palejko nauczyli mnie wszystkiego. Ze względów rodzinnych przeniosłam się jednak do Lublina. Tam pracowałam w klinice, w której rezydenci byli traktowani jak ,,biali niewolnicy”. Po wielu perypetiach udało mi się dokończyć specjalizację w szpitalu w Puławach, gdzie pod swoje skrzydła przyjęli mnie dr Jarosław Furtak i dr Andrzej Baj – opowiada.

Jak dodaje, z powodu mobbingu musiała zrezygnować z praktykowania chirurgii naczyniowej. Ma jednak nadzieję, że wkrótce uda jej się wrócić do pracy jako aktywny zawodowo chirurg.

Wszystkie nasze rozmówczynie na podstawie własnych doświadczeń podkreślają, że młodych do chirurgii mogłoby przyciągnąć wprowadzenie systemu no-fault i poprawa organizacji pracy.

źródło: infowire.pl

Trzy obszary, w których bezpieczeństwo pacjenta i optymalizacja leczenia może być poprawiona, to właśnie zakażenia, prawidłowa farmakoterapia i prawidłowa diagnostyka obrazowa – wskazuje anestezjolog, prof. Janusz Andres. Jak podkreśla, potrzebna jest dyskusja ekspertów różnych specjalizacji, która przyczyniłaby się do rozwiązania obecnych problemów i ogólnej poprawy bezpieczeństwa hospitalizowanych pacjentów.

Dzięki wyśrubowanym standardom wypracowywanym w ostatnich dekadach anestezjologia jest dziś jedną z najbezpieczniejszych dziedzin medycyny. Mimo to problem powikłań okołooperacyjnych narasta z powodu rosnącej liczby zakażeń szpitalnych. To zaś drastycznie pogarsza rokowania pacjentów po zabiegach operacyjnych. 

– Anestezjologia jest dziedziną medycyny, która jest w awangardzie bezpieczeństwa. Nasze standardy spowodowały, że śmiertelność z powodów anestezjologicznych w ostatnim stuleciu zmniejszała się kilkusetkrotnie. Dziś można powiedzieć, że anestezjologia jest tak bezpieczna jak lotnictwo – ryzyko śmierci z powodów anestezjologicznych jest znikome. Jednak śmiertelność pooperacyjna paradoksalnie wzrasta. Jeśli weźmiemy pod uwagę ostatnich 10 lat, to w Europie, w krajach wysoko rozwiniętych, średnia śmiertelność po operacji wzrosła prawie czterokrotnie. Dlatego musimy zoptymalizować bezpieczeństwo, czyli przygotowanie pacjenta do operacji, monitorowanie śródoperacyjne, postępowanie pooperacyjne, żeby tę śmiertelność czy powikłania pooperacyjne zminimalizować – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Janusz Andres, prezes Polskiego Towarzystwa Anestezjologii i Intensywnej Terapii, prezes Fundacji Bezpieczny Pacjent.

Według statystyk Naczelnej Izby Lekarskiej w Polsce jest około 7 tys. aktywnych zawodowo anestezjologów. Dzięki standardom wprowadzonym w latach 60. ubiegłego wieku ta dziedzina medycyny mocno przyczyniła się do spadku śmiertelności w okresie okołooperacyjnym na początku tego wieku. 

 Nikt nie dba o bezpieczeństwo pacjenta w warunkach szpitalnych tak jak lekarz anestezjolog – mówi prof. dr hab. n. med. Łukasz Krzych, specjalista anestezjologii i intensywnej terapii ze Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu i Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach. – Pacjent z reguły kojarzy anestezjologa jako tego, który będzie go znieczulał w warunkach bloku operacyjnego. To on bierze na siebie tę odpowiedzialność za bezpieczeństwo pacjenta w zasadzie od przyjęcia do szpitala do wypisu. To nie tylko sam moment znieczulenia, ale i szereg wielu innych elementów. Anestezjolog to tak naprawdę lekarz wielu specjalności, który musi się znać nie tylko na samej procedurze medycznej, ale też wiedzieć, jakie leki pacjent przyjmuje, jakie jest jego obciążenie czynnikami ryzyka, wielochorobowość, żeby w bezpieczny sposób zaordynować i przeprowadzić znieczulenie.

Coraz większym problemem są zakażenia szpitalne. To zaś drastycznie pogarsza rokowanie pacjentów oraz ich perspektywy powrotu do właściwego funkcjonowania i poprawy jakości życia po zabiegach operacyjnych. Sytuacja pod tym względem jest dziś gorsza niż jeszcze dekadę temu, nawet w krajach rozwiniętych. W Polsce co najmniej od kilku lat widać tendencję wzrostową w liczbie zgłaszanych ognisk zakażeń szpitalnych, które są jednym z głównych czynników przyczyniających się do rozwoju antybiotykooporności. Według raportów GIS („Stan sanitarny kraju”) w 2022 roku zgłoszono rekordową ich liczbę – ponad 5,1 tys. ognisk. Jeszcze rok wcześniej było ich 4,43 tys., w 2020 roku o wiele mniej – 2,8 tys., a w 2019 roku – zaledwie 692. Na problem rosnącej liczby szpitalnych zakażeń już w 2018 roku zwracała uwagę także Najwyższa Izba Kontroli, według której zakażenia szpitalne dotyczą od 5 do 10 proc. wszystkich hospitalizowanych pacjentów. W Polsce dawało to już wówczas co najmniej 400 tys. przypadków rocznie.

– Poprawa kondycji szpitali w kontekście generowania szczepów bakterii wielolekoopornych, przenoszenia zakażeń między pacjentami – to odpowiedź chociażby na wymogi samej Światowej Organizacji Zdrowia. To obejmuje m.in. dbanie o higienę rąk, o czystość na oddziałach, ale to także rozważne stosowanie antybiotyków zgodnie z ich wskazaniami klinicznymi, pamiętając, że są to bardzo silnie działające chemioterapeutyki, które nie powinny być stosowane zbyt często, zbyt długo i w odpowiednich sytuacjach klinicznych – mówi prof. Łukasz Krzych.

Jak wskazują eksperci, w celu podniesienia bezpieczeństwa hospitalizowanych pacjentów w okresie okołooperacyjnym poprawy wymagają trzy główne obszary. Obok rosnącej liczby zakażeń szpitalnych jest to również diagnostyka obrazowa, do której w tej chwili anestezjolodzy mają ograniczony wgląd, oraz dostępność nowych leków, sposób ich podawania i ogólne bezpieczeństwo stosowanej farmakoterapii.

 Anestezjolog ma do wyboru kilkanaście leków i muszą one być stosowane pod kontrolą, ponieważ wyłączają świadomość, wprowadzają w stan anestezji, czasami działają nasercowo, podwyższają czy obniżają ciśnienie. My musimy mieć takie leki, które są optymalne dla danego pacjenta i dla naszego systemu monitorowania. Te leki są coraz lepsze – mamy nowe leki sedujące, mamy nowe leki, które utrzymują standard krążenia i potrafią zoptymalizować ciśnienie – wymienia prof. Janusz Andres. – To są właśnie trzy obszary, w których bezpieczeństwo pacjenta i optymalizacja leczenia może być poprawiona, czyli zakażenia, prawidłowa farmakoterapia oraz prawidłowa diagnostyka obrazowa.

Ponieważ dotyczy to różnych obszarów i specjalizacji, stąd potrzeba interdyscyplinarnej dyskusji, która przyczyniłaby się do rozwiązania tego problemu.

– Największym wyzwaniem środowiska anestezjologicznego jest dziś przekonanie innych specjalizacji i całego systemu ochrony zdrowia do tego, że powinniśmy podwyższyć standardy bezpieczeństwa i optymalizacji w okresie okołooperacyjnym. Chcemy przekonać inne specjalności i zarządzających ochroną zdrowia do odległego monitorowania efektów leczenia i je zoptymalizować – mówi prezes Polskiego Towarzystwa Anestezjologii i Intensywnej Terapii. – Oczywiście musimy też wprowadzać nowe metody monitorujące, nowe, bezpieczne leki i zindywidualizować terapię w stosunku do każdego pacjenta. Mamy już w tym celu narzędzia i jesteśmy na dobrej drodze, żeby jakość usług medycznych poprawiać.

– Najnowsze dane pokazują, że możemy w skuteczny i bezpieczny sposób prowadzić sedację zabiegową, nazywaną sedacją proceduralną lub tak zwaną lekką sedacją. W tej chwili posiadamy całą konstelację leków, które pozwalają nam zredukować ból, zredukować lęk, czasem wprowadzić również niepamięć związaną z wykonywaniem samej procedury, ale wchodzą też nowe leki krótko działające, które są szybko metabolizowane, które działają niezależnie od wydolności nerek czy wątroby. Posiadamy takie leki w swoim zasięgu, oczywiście dostosowując konkretny lek do konkretnego pacjenta – mówi prof. Łukasz Krzych. 

Lekarze podkreślają też konieczność edukacji samych pacjentów, którzy powinni być świadomymi współuczestnikami swojego procesu leczenia. W tym kontekście dla anestezjologów ważne jest również odpowiednie przygotowanie ich do zabiegów operacyjnych i zmniejszenie ich lęku przed operacją.

 Podczas wizyty anestezjologicznej to naszą rolą jest poinformować pacjenta – nawet jeśli on o to nie pyta – co będzie się działo, co planujemy, jakie są potencjalne zagrożenia związane ze znieczuleniem i operacją. Bardzo ułatwiają nam to poradnie anestezjologiczne, w których pacjent jest oceniany przez anestezjologa kilka tygodni przed planowaną operacją. Wtedy jeszcze ten pacjent nie jest aż tak bardzo zestresowany zbliżającym się zabiegiem, a my mamy więcej czasu na bezpośrednią komunikację z nim – mówi  specjalista anestezjologii i intensywnej terapii ze Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu i Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach. – Oczywiście reakcji stresowej organizmu często nie da się wyeliminować rozmową i tutaj z pomocą przychodzą nam środki farmakologiczne, które mają formę tzw. premedykacji, nazywanej kuluarowo „głupim jasiem”, albo tzw. sedacji okołozabiegowej czy sedacji proceduralnej, której celem jest zniesienie lęku i stresu związanego z samą procedurą medyczną. Jednak trzeba pamiętać, że przy każdej procedurze najważniejsza w tym wszystkim jest samoświadomość pacjenta.

Bezpieczeństwo pacjentów w okresie okołooperacyjnym i aktualne wyzwania anestezjologii były głównym tematem Interdyscyplinarnego Forum Bezpieczeństwa Pacjenta, które odbyło się w ubiegłym tygodniu (15–17 września) w Krakowie. Wydarzenie zorganizowane przez Polskie Towarzystwo Anestezjologii i Intensywnej Terapii (PTAiIT) oraz Fundację Bezpieczny Pacjent zbiegło się w czasie z przypadającym na 17 września Światowym Dniem Bezpieczeństwa Pacjenta Światowej Organizacji Zdrowia. Organizatorzy zwrócili też uwagę na fakt, że w ubiegłym roku minęło 12 lat od publikacji Deklaracji Helsińskiej o Bezpieczeństwie Pacjenta w Anestezjologii, uznawanej za podstawowy dokument określający standardy bezpieczeństwa w medycynie okołooperacyjnej.

źródło: newseria

Kardiochirurdzy z Zabrza wspólnie z dr. Tornike Sologashvilim z Genewy przeprowadzili pierwsze w Polsce operacje techniką double-root translocation. Zabieg, dający efekt pełnego wyleczenia, wykonano m.in. u niemowlaka. Operacje skomplikowanych wad serca mają być na stałe wykonywane w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu.
Jeden z zabiegów wykonano u czteromiesięcznego Krzysia. Chłopiec miał anatomiczną wadę serca – transpozycję naczyń dodatkowo ze zwężeniem pnia tętnicy płucnej. To rzadko występująca anomalia, która powoduje, że nie można wykonać operacji klasyczną metodą transpozycji wielkich pni serca. W  nowej technice konieczna jest również plastyka zastawek i przełożenie ich nad odpowiednie komory serca.

Do tej pory nikt skutecznie w Polsce nie operował takich wad. Zabieg w Zabrzu wykonał zespół kardiochirurgów dziecięcych wraz z dr. Tornike Sologashvilim z Genewy.

– Dzięki metodzie double-root translocation przywracamy prawidłową anatomię serca i naczyń wieńcowych. To zabieg dający szansę na pełne wyleczenie. Chcemy wprowadzić te metodę leczenia na stałe do katalogu zabiegów wykonywanych w Zabrzu – mówi dr Szymon Pawlak, koordynator Oddziału Kardiochirurgii, Transplantacji Serca i Mechanicznego Wspomagania Krążenia u Dzieci ze Śląskiego Centrum Chorób Serca.
Operacja czteromiesięcznego Krzysia przebiegała bez komplikacji. Pacjent tydzień po zabiegu został wypisany do domu.

Współpraca ze specjalistą z Genewy została zapoczątkowana wiosną 2023 roku, dzięki pomocy Stowarzyszenia „Nasze Serca” z Poznania.  Dr Tornikie Sologashvilii wykonał w Zabrzu operacje sześciorga pacjentów. Kolejne zabiegli planowane są jesienią.

źródło: SCCS Zabrze
W Instytucie Matki i Dziecka w Warszawie odbyły się pionierskie operacje, w których zastosowano zaawansowane technologie wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości. Dzięki wykorzystaniu przełomowej technologii trójwymiarowej wizualizacji obrazu danych diagnostycznych CarnaLife Holo chirurdzy mieli możliwość bardziej precyzyjnego i skutecznego przeprowadzania operacji u dzieci.
Najpierw trzeba wygenerować trójwymiarowy model guza, tomografią i rezonansem magnetycznym. Wtedy w goglach widoczny jest specjalny hologram, który lekarz może dowolnie obracać czy nakładać go na pacjenta.
 Wygenerowano trójwymiarowy model zmiany, który sczytany do aplikacji zostaje z integrowany z trójwymiarowym hologramem. Ubierając gogle wirtualnej rzeczywistości, możemy zobaczyć ten hologram w każdym miejscu. Możemy go obracać, oglądać z każdej strony. Możemy również ciąć płaszczyznami i przechodzić przez hologram – mówi doktor Krzysztof Bronowicki.

Gogle są bardzo dużym ułatwieniem w pracy chirurga.
 Możemy odnieść się do tych, struktur, które potencjalnie nie widzimy w człowieku, jak naczynia, nerwy, narządy. Mamy dzięki temu większe wyobrażenie o anatomii. Oczywiście każdy chirurg musi znać anatomię, ale to na pewno ułatwia spojrzenie na cały zabieg i operowanie – dodaje dr Bronowicki.

 Przełom w medycynie dziecięcej, jaki osiągnęliśmy dzięki zabiegom wykonywanym z wykorzystaniem gogli rozszerzonej rzeczywistości, otwiera nowe perspektywy w leczeniu najmłodszych pacjentów. Możliwość dokładniejszego rozpoznania problemu, precyzyjnego planowania operacji i jej przeprowadzania daje nam ogromne narzędzia w poprawie wyników leczenia i jakości życia dzieci – mówi prof. Anna Raciborska, kierownik Kliniki Onkologii i Chirurgii Onkologicznej w Instytucie Matki i Dziecka.

Pierwszy zabieg odbył się w lutym u pacjenta z mięsakiem tkanek miękkich – była groźba przerzutów. Później wycinano u 3-letniego pacjenta guza w okolicy kości krzyżowo-ogonowej.

Kolejny przypadek dotyczył przerzutów mięsaka kości do płuc. Ostatnio lekarze operowali narośl na obojczyku, która uciskała pacjentce szyję.

źródło: IMiD

Nowoczesny robot medyczny Da Vinci trafi do Świętokrzyskiego Centrum Onkologii. Szpital rozstrzygnął przetarg na zakup tego urządzenia.

Profesor Stanisław Góźdź, dyrektor ŚCO informuje, że trwają już prace adaptacyjne jednej z sal bloku operacyjnego, na której od końca września pracować będzie robot. Szkolą się także lekarze.
To olbrzymie wyzwanie, które stoi przed zespołem chirurgów Świętokrzyskiego Centrum Onkologii, ale jestem spokojny, ponieważ przez ponad 20 lat pracują na technikach laparoskopowych i endoskopowych. Chcemy te techniki upowszechnić i udostępnić dla naszym pacjentów jak najszybciej – mówi prof. Stanisław Góźdź.
Przy pomocy robota przeprowadzane będą operacje usunięcia raka prostaty. Takich zabiegów rocznie w Świętokrzyskim Centrum Onkologii dotychczas wykonywano około 250.

Jak podkreśla prof. Stanisław Góźdź, urządzenie będzie ułatwiać lekarzom przebieg skomplikowanych operacji i odciąży lekarzy.
Jest to urządzenie, które ułatwia przebieg wielu zabiegów operacyjnych, ale nie zastąpi człowieka. Lekarz operując pacjenta nie patrzy na niego, nie patrzy w pole operacyjne, a w ekran monitora. Ten robot ułatwia wykonywanie bardzo skomplikowanych ruchów, które musi operator wykonać – podkreśla prof. Stanisław Góźdź.
16 mln zł na zakup nowoczesnego robota Da Vinci Świętokrzyskie Centrum Onkologii pozyskało z Ministerstwa Zdrowia.

To szansa na zwiększenie liczby transplantacji. Pierwsze w Polsce laparoskopowe pobranie fragmentu wątroby od żywego dawcy przeprowadzono w Klinice Chirurgii Ogólnej, Transplantacyjnej i Wątroby WUM. Klinika kierowana przez profesora Michała Grąta to jedyny ośrodek w Polsce, w którym wykonuje się pobrania fragmentów wątroby od żywych dawców. Teraz po raz pierwszy pobrano fragment wątroby metodą małoinwazyjną.
„Dotychczas, wszystkie pobrania fragmentów wątrób od żywych dawców wykonywano metodą klasyczną, przez cięcie powłok brzusznych pod łukami żebrowymi. Wprowadzenie dostępu małoinwazyjnego pozwala na szybszy powrót do aktywności, dalsze zmniejszenie ryzyka powikłań i ograniczenie bólu w okresie pooperacyjnym dla zdrowych osób decydujących się na oddanie fragmentu własnej wątroby dla dziecka. Dawca został wypisany ze szpitala po 7 dniach od operacji bez powikłań. Fragment wątroby został wykorzystany do przeszczepienia u 2-letniego dziecka, dla którego transplantacja była jedyną szansą na przeżycie. Narząd podjął czynność bezpośrednio po przeszczepieniu. Dziecko jest już w domu z rodzicami. Transplantację wykonano ponad miesiąc temu.” – podkreśla prof. Michał Grąt, kierownik Katedry i Kliniki Chirurgii Ogólnej, Transplantacyjnej i Wątroby UCK WUM.

463 pobrania wątrób

Przeszczepianie fragmentów wątrób pobranych od żywego dawcy stanowi obecnie ponad połowę wszystkich transplantacji wątroby u dzieci w Polsce. Dzięki współpracy z Kliniką Chirurgii Dziecięcej i Transplantacji Narządów Instytutu-Pomnik Centrum Zdrowia Dziecka, kierowaną przez prof. Piotra Kalicińskiego, od 1999 roku w Klinice Chirurgii Ogólnej, Transplantacyjnej i Wątroby WUM wykonano 463 pobrania fragmentów wątrób od żywych dawców, które były wykorzystane do transplantacji u dzieci. Blisko 25-letnia współpraca obu ośrodków transplantacyjnych pozwoliła na znaczne zwiększenie dostępności przeszczepiania wątroby u dzieci i zmniejszenie śmiertelności na liście oczekujących.


Zalety dostępu małoinwazyjnego

Wykorzystanie dostępu małoinwazyjnego do pobrań fragmentów wątrób od żywych dawców jest kolejnym krokiem milowym w polskiej transplantologii. Wykonanie tej operacji było możliwe dzięki doświadczeniom wynikającym w programu pobrań fragmentów wątrób metodą klasyczną i programu laparoskopowych resekcji wątrób w Klinice Chirurgii Ogólnej, Transplantacyjnej i Wątroby.


Skład zespołu operacyjnego

Operację przeprowadził prof. Michał Grąt w asyście prof. Waldemara Patkowskiego, dr n. med. Macieja Krasnodębskiego i lek. Pawła Rykowskiego. Znieczulenie przeprowadziła dr Marta Dec. W zabiegu brały udział instrumentariuszki: mgr Marzena Kaczmarska i mgr Anna Anyszkiewicz oraz anestetyczka: Ewa Gniatkowska. Fragment wątroby przeszczepił w Centrum Zdrowia Dziecka zespół prof. Piotra Kalicińskiego.

To szansa na zwiększenie liczby transplantacji. Pierwsze w Polsce laparoskopowe pobranie fragmentu wątroby od żywego dawcy przeprowadzono w Klinice Chirurgii Ogólnej, Transplantacyjnej i Wątroby WUM. Klinika kierowana przez profesora Michała Grąta to jedyny ośrodek w Polsce, w którym wykonuje się pobrania fragmentów wątroby od żywych dawców. Teraz po raz pierwszy pobrano fragment wątroby metodą małoinwazyjną.
„Dotychczas, wszystkie pobrania fragmentów wątrób od żywych dawców wykonywano metodą klasyczną, przez cięcie powłok brzusznych pod łukami żebrowymi. Wprowadzenie dostępu małoinwazyjnego pozwala na szybszy powrót do aktywności, dalsze zmniejszenie ryzyka powikłań i ograniczenie bólu w okresie pooperacyjnym dla zdrowych osób decydujących się na oddanie fragmentu własnej wątroby dla dziecka. Dawca został wypisany ze szpitala po 7 dniach od operacji bez powikłań. Fragment wątroby został wykorzystany do przeszczepienia u 2-letniego dziecka, dla którego transplantacja była jedyną szansą na przeżycie. Narząd podjął czynność bezpośrednio po przeszczepieniu. Dziecko jest już w domu z rodzicami. Transplantację wykonano ponad miesiąc temu.” – podkreśla prof. Michał Grąt, kierownik Katedry i Kliniki Chirurgii Ogólnej, Transplantacyjnej i Wątroby UCK WUM.

463 pobrania wątrób

Przeszczepianie fragmentów wątrób pobranych od żywego dawcy stanowi obecnie ponad połowę wszystkich transplantacji wątroby u dzieci w Polsce. Dzięki współpracy z Kliniką Chirurgii Dziecięcej i Transplantacji Narządów Instytutu-Pomnik Centrum Zdrowia Dziecka, kierowaną przez prof. Piotra Kalicińskiego, od 1999 roku w Klinice Chirurgii Ogólnej, Transplantacyjnej i Wątroby WUM wykonano 463 pobrania fragmentów wątrób od żywych dawców, które były wykorzystane do transplantacji u dzieci. Blisko 25-letnia współpraca obu ośrodków transplantacyjnych pozwoliła na znaczne zwiększenie dostępności przeszczepiania wątroby u dzieci i zmniejszenie śmiertelności na liście oczekujących.


Zalety dostępu małoinwazyjnego

Wykorzystanie dostępu małoinwazyjnego do pobrań fragmentów wątrób od żywych dawców jest kolejnym krokiem milowym w polskiej transplantologii. Wykonanie tej operacji było możliwe dzięki doświadczeniom wynikającym w programu pobrań fragmentów wątrób metodą klasyczną i programu laparoskopowych resekcji wątrób w Klinice Chirurgii Ogólnej, Transplantacyjnej i Wątroby.


Skład zespołu operacyjnego

Operację przeprowadził prof. Michał Grąt w asyście prof. Waldemara Patkowskiego, dr n. med. Macieja Krasnodębskiego i lek. Pawła Rykowskiego. Znieczulenie przeprowadziła dr Marta Dec. W zabiegu brały udział instrumentariuszki: mgr Marzena Kaczmarska i mgr Anna Anyszkiewicz oraz anestetyczka: Ewa Gniatkowska. Fragment wątroby przeszczepił w Centrum Zdrowia Dziecka zespół prof. Piotra Kalicińskiego.

Prawidłowe gojenie ran może być szczególnie utrudnione latem – wpływają na to wysokie temperatury, które zwiększają potliwość i wilgotność skóry, co nie sprzyja regeneracji tkanek. Efektem może być powstanie trudno gojących ran, czyli takich, których stan – pomimo odpowiedniego z nimi postępowania – nie ulega przez dłuższy czas poprawie. O ranę należy zadbać kompleksowo, od zewnątrz, ale także poprzez dostarczenie organizmowi potrzebnych składników odżywczych, wspomagających regenerację tkanek.
Okres letni stanowi wyzwanie dla pacjentów zmagających się z ranami, a szczególnie z trudno gojącymi ranami oraz dla ich opiekunów. Wysoka temperatura powietrza bardzo często może doprowadzać do rozwoju w ranie zakażenia. – Patogeny chorobotwórcze chętniej namnażają się w ciepłym i wilgotnym środowisku, co dotyczy np. osób, u których mogą powstawać odleżyny. Dlatego o tej porze roku należy zwracać szczególną uwagę na cechy świadczące o rozwoju w ranie infekcji, czyli m.in. ilość wysięku (zbierania się płynu surowiczego bądź ropnego), jego zapach, kolor, konsystencję, a także zaczerwienienie skóry wokół rany, miejscowo podwyższoną temperaturę i inne dolegliwości zgłaszane przez chorego mówi dr n. o zdr. Paulina Mościcka, pielęgniarka z Poradni Leczenia Ran w Bydgoszczy. Jak dodaje ekspertka, zdarza się, że wysoka temperatura powietrza nasila produkcję wysięku, dlatego  tym bardziej należy zadbać o odpowiednio częste zmienianie specjalistycznych opatrunków, aby nie dopuścić do nadkażenia rany. Sytuacja ta wymaga skonsultowania wymienionych objawów ze specjalistą.

Czym są trudno gojące rany?
Szacuje się, że problem trudno gojących  ran dotyka ok. 20 mln ludzi na świecie. Wśród nich wyróżniamy odleżyny, owrzodzenia goleni (żylne, tętnicze, bądź mieszane), a także owrzodzenia w przebiegu zespołu stopy cukrzycowej, będące powikłaniem cukrzycy. Ich proces gojenia trwa zazwyczaj powyżej 8 tygodni. Rana przewlekła wymaga odpowiedniego postępowania, a niestety w tej kwestii zdarza się pacjentom popełniać błędy.
– W okresie letnim, chorzy z owrzodzeniem żylnym, dla których podstawowym postępowaniem z raną jest stosowanie bandaży kompresyjnych, często zaprzestają stosowania ucisku, „wystawiają kończyny” na słońce i przez to znacznie pogarszają stan rany. Warto też pamiętać, że rany, w tym szczególnie rany przewlekłej, wbrew panującym przekonaniom, nie należy wietrzyć, moczyć, lub – co wciąż zdarza się zwłaszcza seniorom – przykładać liści kapusty czy innych roślin. Niestety, efekty tych zaniedbań mogą być odczuwalne przez kolejne tygodnie, a nawet miesiącedodaje dr n. o zdr. Paulina Mościcka

Istotne jest, aby osoby z trudno gojącymi ranami pozostawały pod opieką specjalistów w zakresie leczenia ran (m.in. lekarzy i pielęgniarek zajmujących się tym problemem) i unikały działań na własną rękę, co może jedynie pogorszyć stan rany. W całym procesie ważne są też regularne zmiany ułożenia pacjenta, a także odpowiednia pielęgnacja – oczyszczanie rany oraz właściwie dostosowane do niej preparaty i opatrunki. Aby dodatkowo wspomóc gojenie rany i poprawić tym samym stan zdrowia i samopoczucie pacjenta, należy też zadbać o jego prawidłową dietę.

Gojenie ran – długi i złożony proces, który wymaga odpowiedniego żywienia
Niedożywienie i niedobory składników odżywczych stanowią jeden z podstawowych czynników wpływających negatywnie na proces gojenia. Powstaje tu pewnego rodzaju błędne koło: niedożywienie sprzyja powstawaniu przewlekłych ran, a ich obecność pogłębia niedożywienie. Organizm, który zmaga się ze stanem zapalnym, spowodowanym obecnością rany, potrzebuje właściwej diety dostarczającej odpowiednią ilość specyficznych składników odżywczych niezbędnych w procesie gojenia ran. U pacjentów z trudno gojącymi ranami znacznie zwiększa się zapotrzebowanie na energię – potrzebują oni nawet o 50% więcej kalorii niż zdrowe osoby. Podobnie jest z białkiem – kluczowym składnikiem, pełniącym rolę budulcową i odpowiadającym za regenerację uszkodzonych tkanek. Pacjenci w okresie gojenia powinni otrzymywać w posiłkach jego zwiększoną ilość, nawet ponad dwa razy więcej niż osoby zdrowe.

Dr n. o zdr. Paulina Mościcka: – Zauważa się pewną zależność pomiędzy stanem odżywienia pacjenta a przebiegiem procesu gojenia rany. Intensyfikacja jakichkolwiek procesów, zwłaszcza tworzenia się nowych komórek, wiąże się ze zwiększonym zużyciem energii i wymaga odpowiedniej ilości białka. Skutkiem tego może być spowolnienie gojenia rany.  Kluczowymi składnikami odżywczymi, biorącymi udział w gojeniu ran są również arginina, cynk oraz antyoksydanty.

Często zdarza się, że chory nie ma apetytu, odmawia jedzenia, w związku z czym pokrycie zwiększonego zapotrzebowania na energię czy białko jest niemożliwe w ramach tradycyjnej diety. W takim przypadku, lekarz może zalecić wysokobiałkowe, wysokoenergetyczne doustne preparaty odżywcze, zawierające argininę, cynk i antyoksydanty, takie jak Nutridrink Skin Repair (dawniej dostępny  pod nazwą Cubitan), który stanowi uzupełnienie codziennej diety, którego skład został specjalnie opracowany, aby wspomagać proces gojenia ran takich jak np. odleżyny.

Nutridrink Skin Repair – odżywia, dzięki czemu wspomaga gojenie ran*
Nutridrink Skin Repair, dostępny wcześniej pod nazwą Cubitan, to doustny preparat odżywczy, który:
Zalecane stosowanie to 1-3 butelki dziennie przez minimum 21 dni, o ile lekarz lub dietetyk nie zaleci inaczej. Gdy lekarz zaleci stosowanie Nutridrink Skin Repair, preparat dostępny jest w aptekach i na stronie www.posilkiwchorobie.pl.

*Nutridrink Skin Repair to żywność specjalnego przeznaczenia medycznego, do postępowania dietetycznego w przypadku odleżyn i innych trudno gojących ran. Stosować pod nadzorem lekarza.
 
Opracowano na podstawie:
– Jan Fibak: Chirurgia. Warszawa: PZWL, 2010.
– PACIFIC, P. A. N. Prevention and Treatment of Pressure Ulcers: Quick Reference Guide. National Pressure Ulcer Advisory Panel, 2019
– Sobotka L. Podstawy żywienia klinicznego. PZWL 2013
źródło: Nutricia
Prawidłowe gojenie ran może być szczególnie utrudnione latem – wpływają na to wysokie temperatury, które zwiększają potliwość i wilgotność skóry, co nie sprzyja regeneracji tkanek. Efektem może być powstanie trudno gojących ran, czyli takich, których stan – pomimo odpowiedniego z nimi postępowania – nie ulega przez dłuższy czas poprawie. O ranę należy zadbać kompleksowo, od zewnątrz, ale także poprzez dostarczenie organizmowi potrzebnych składników odżywczych, wspomagających regenerację tkanek.
Okres letni stanowi wyzwanie dla pacjentów zmagających się z ranami, a szczególnie z trudno gojącymi ranami oraz dla ich opiekunów. Wysoka temperatura powietrza bardzo często może doprowadzać do rozwoju w ranie zakażenia. – Patogeny chorobotwórcze chętniej namnażają się w ciepłym i wilgotnym środowisku, co dotyczy np. osób, u których mogą powstawać odleżyny. Dlatego o tej porze roku należy zwracać szczególną uwagę na cechy świadczące o rozwoju w ranie infekcji, czyli m.in. ilość wysięku (zbierania się płynu surowiczego bądź ropnego), jego zapach, kolor, konsystencję, a także zaczerwienienie skóry wokół rany, miejscowo podwyższoną temperaturę i inne dolegliwości zgłaszane przez chorego mówi dr n. o zdr. Paulina Mościcka, pielęgniarka z Poradni Leczenia Ran w Bydgoszczy. Jak dodaje ekspertka, zdarza się, że wysoka temperatura powietrza nasila produkcję wysięku, dlatego  tym bardziej należy zadbać o odpowiednio częste zmienianie specjalistycznych opatrunków, aby nie dopuścić do nadkażenia rany. Sytuacja ta wymaga skonsultowania wymienionych objawów ze specjalistą.

Czym są trudno gojące rany?
Szacuje się, że problem trudno gojących  ran dotyka ok. 20 mln ludzi na świecie. Wśród nich wyróżniamy odleżyny, owrzodzenia goleni (żylne, tętnicze, bądź mieszane), a także owrzodzenia w przebiegu zespołu stopy cukrzycowej, będące powikłaniem cukrzycy. Ich proces gojenia trwa zazwyczaj powyżej 8 tygodni. Rana przewlekła wymaga odpowiedniego postępowania, a niestety w tej kwestii zdarza się pacjentom popełniać błędy.
– W okresie letnim, chorzy z owrzodzeniem żylnym, dla których podstawowym postępowaniem z raną jest stosowanie bandaży kompresyjnych, często zaprzestają stosowania ucisku, „wystawiają kończyny” na słońce i przez to znacznie pogarszają stan rany. Warto też pamiętać, że rany, w tym szczególnie rany przewlekłej, wbrew panującym przekonaniom, nie należy wietrzyć, moczyć, lub – co wciąż zdarza się zwłaszcza seniorom – przykładać liści kapusty czy innych roślin. Niestety, efekty tych zaniedbań mogą być odczuwalne przez kolejne tygodnie, a nawet miesiącedodaje dr n. o zdr. Paulina Mościcka

Istotne jest, aby osoby z trudno gojącymi ranami pozostawały pod opieką specjalistów w zakresie leczenia ran (m.in. lekarzy i pielęgniarek zajmujących się tym problemem) i unikały działań na własną rękę, co może jedynie pogorszyć stan rany. W całym procesie ważne są też regularne zmiany ułożenia pacjenta, a także odpowiednia pielęgnacja – oczyszczanie rany oraz właściwie dostosowane do niej preparaty i opatrunki. Aby dodatkowo wspomóc gojenie rany i poprawić tym samym stan zdrowia i samopoczucie pacjenta, należy też zadbać o jego prawidłową dietę.

Gojenie ran – długi i złożony proces, który wymaga odpowiedniego żywienia
Niedożywienie i niedobory składników odżywczych stanowią jeden z podstawowych czynników wpływających negatywnie na proces gojenia. Powstaje tu pewnego rodzaju błędne koło: niedożywienie sprzyja powstawaniu przewlekłych ran, a ich obecność pogłębia niedożywienie. Organizm, który zmaga się ze stanem zapalnym, spowodowanym obecnością rany, potrzebuje właściwej diety dostarczającej odpowiednią ilość specyficznych składników odżywczych niezbędnych w procesie gojenia ran. U pacjentów z trudno gojącymi ranami znacznie zwiększa się zapotrzebowanie na energię – potrzebują oni nawet o 50% więcej kalorii niż zdrowe osoby. Podobnie jest z białkiem – kluczowym składnikiem, pełniącym rolę budulcową i odpowiadającym za regenerację uszkodzonych tkanek. Pacjenci w okresie gojenia powinni otrzymywać w posiłkach jego zwiększoną ilość, nawet ponad dwa razy więcej niż osoby zdrowe.

Dr n. o zdr. Paulina Mościcka: – Zauważa się pewną zależność pomiędzy stanem odżywienia pacjenta a przebiegiem procesu gojenia rany. Intensyfikacja jakichkolwiek procesów, zwłaszcza tworzenia się nowych komórek, wiąże się ze zwiększonym zużyciem energii i wymaga odpowiedniej ilości białka. Skutkiem tego może być spowolnienie gojenia rany.  Kluczowymi składnikami odżywczymi, biorącymi udział w gojeniu ran są również arginina, cynk oraz antyoksydanty.

Często zdarza się, że chory nie ma apetytu, odmawia jedzenia, w związku z czym pokrycie zwiększonego zapotrzebowania na energię czy białko jest niemożliwe w ramach tradycyjnej diety. W takim przypadku, lekarz może zalecić wysokobiałkowe, wysokoenergetyczne doustne preparaty odżywcze, zawierające argininę, cynk i antyoksydanty, takie jak Nutridrink Skin Repair (dawniej dostępny  pod nazwą Cubitan), który stanowi uzupełnienie codziennej diety, którego skład został specjalnie opracowany, aby wspomagać proces gojenia ran takich jak np. odleżyny.

Nutridrink Skin Repair – odżywia, dzięki czemu wspomaga gojenie ran*
Nutridrink Skin Repair, dostępny wcześniej pod nazwą Cubitan, to doustny preparat odżywczy, który:
Zalecane stosowanie to 1-3 butelki dziennie przez minimum 21 dni, o ile lekarz lub dietetyk nie zaleci inaczej. Gdy lekarz zaleci stosowanie Nutridrink Skin Repair, preparat dostępny jest w aptekach i na stronie www.posilkiwchorobie.pl.

*Nutridrink Skin Repair to żywność specjalnego przeznaczenia medycznego, do postępowania dietetycznego w przypadku odleżyn i innych trudno gojących ran. Stosować pod nadzorem lekarza.
 
Opracowano na podstawie:
– Jan Fibak: Chirurgia. Warszawa: PZWL, 2010.
– PACIFIC, P. A. N. Prevention and Treatment of Pressure Ulcers: Quick Reference Guide. National Pressure Ulcer Advisory Panel, 2019
– Sobotka L. Podstawy żywienia klinicznego. PZWL 2013
źródło: Nutricia