Medicalpress
Procedury medycyny nuklearnej nie są (i nigdy nie były) procedurami stosowanymi przesiewowo. Ich ordynowanie zawsze wynika z wyraźnej potrzeby diagnostycznej lub terapeutycznej. Niestety, naturalne ograniczenia związane ze specyfiką tych procedur są dodatkowo limitowane – podwójnie a nawet potrójnie – ograniczeniami administracyjnymi. To poważnie utrudnia dostęp do badań radioizotopowych i możliwości terapii zgodnie z wytycznymi naukowymi – zwraca uwagę dr n. med. Andrzej Kołodziejczyk, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej
Polskie Towarzystwo Medycyny Nuklearnej przekonuje, że w przypadku procedur radioizotopowych limity nie są uzasadnione merytorycznie. Dlaczego?

Procedury medycyny nuklearnej nie są (i nigdy nie były) procedurami stosowanymi przesiewowo. Ich ordynowanie zawsze wynika z wyraźnej potrzeby diagnostycznej lub terapeutycznej. Już ten fakt powoduje, że badań z zakresu medycyny nuklearnej nie da się wykonywać powszechnie. Warto podkreślić, że procedury radioizotopowe, ze względu na swoją specyfikę, to jest wykorzystanie izotopów promieniotwórczych, są dodatkowo w naturalny sposób „limitowane” Prawem Atomowym i parametrami zezwolenia Prezesa Polskiej Agencji Atomistyki. Oznacza to, że żadna placówka nie może wykonać więcej badań niż określa to wspomniane zezwolenie. Trzeba wiedzieć, że to mocno rygorystyczne przepisy, zwłaszcza w kontekście ochrony radiologicznej. Naruszenie może skutkować nawet odebraniem uprawnień, dalej kontraktu, a w rezultacie stratą dla ośrodka. Oznacza to, że dodatkowe administracyjne limity (inne niż naturalne, wynikające z potrzeb klinicznych i natury badań radioizotopowych), skutkują nieuzasadnionym, odgórnym ograniczaniem dostępności metod medycyny nuklearnej dla pacjentów.

Jakie ograniczenia powodują obowiązujące limity na procedury radioizotopowe?

Procedury medycyny nuklearnej często determinują ostateczne postępowanie z pacjentem a wszelkie limity to postępowanie odraczają. Najczęściej z negatywnym skutkiem ostatecznym… Kuriozum jest limitowanie badań PET. Te badania wykonywane są zawsze w ściśle określonych przez płatnika przypadkach klinicznych. To jedyne badanie w Polsce, które jest finansowane dopiero po spełnieniu rygorystycznych kryteriów wymienionych w rozporządzeniu Ministra Zdrowia. To jedyne badanie, o wykonaniu którego decyduje nie lekarz, ale ustawa. I ustawa ta nie różnicuje w żadnym zapisie wagi kryterium – na pilne i stabilne.

Dla porównania, o skierowaniu pacjenta na badania laboratoryjne czy obrazowe (USG, RTG, TK, MR) decyduje lekarz – bez żadnych narzuconych kryteriów. To specjalista nadaje kryterium pilności skierowania (płatnik tego nie weryfikuje). Co więcej, płatnik równocześnie podejmuje decyzję o zniesieniu limitów (jak to miało miejsce w przypadku TK i MR w 2019 roku), co skutkuje znaczącym wzrostem liczby wykonywanych bezlimitowo procedur. Dziwi fakt, że w przypadku badań PET jest inaczej – nawet jeśli pacjent spełni wspomniane już, restrykcyjne kryteria ustalone przez płatnika i jest na przykład jednym z pięciuset takich osób w miesiącu, a nie ma karty DILO (bo ta już została zamknięta, ponieważ nie postawiono rozpoznania onkologicznego itp.), staje w kolejce do badania, ponieważ NFZ nałożył na placówkę limit pozwalający na sfinansowanie jedynie 250 badań z zakresu medycyny nuklearnej.

Jakie są konsekwencje takiego stanu rzeczy?

Placówka wykonuje badania ponadlimitowe bez gwarancji pokrycia ich kosztów lub wydłuża się kolejka do badań, ponieważ dyrektorzy placówek boją się zadłużenia. Równocześnie pacjenci w cyklu leczenia (na przykład chemioterapii) nie mogą liczyć na optymalny termin badania efektu prowadzonego leczenia, ponieważ ich status określany jest przez miejsce w kolejce raportowane „z urzędu” do NFZ, a nie przez światowe rekomendacje merytoryczne.

Jaka jest systemowa pułapka, jeśli chodzi o kartę DILO?

DILO to karta diagnostyki i leczenia onkologicznego. Ale „leczenia” – tylko z nazwy. DILO zakładana jest pacjentom na etapie podejrzenia choroby, a zamykana jest konsyliarnie albo po wykluczeniu choroby nowotworowej albo, w przypadku potwierdzenia schorzenia, po ustaleniu sposobu leczenia.

Karta DILO to swoista „przepustka” do badań PET „poza limitem”. Jej posiadacze to osoby zdrowe z podejrzeniem choroby nowotworowej albo chorzy na nowotwór (ale tylko do czasu ustalenia sposobu leczenia). Poza tymi przypadkami w ramach karty DILO badania PET nie wykonamy poza limitem. Tymczasem schematy leczenia, wynikające z rekomendacji naukowych, nakazują stosowanie tej procedury także na kolejnych etapach procesu leczenia i to w ściśle określonych ramach czasowych. To jednak w polskich realiach jest niemożliwe, ponieważ przeważnie ramy te nakładają się na kolejkę generowaną limitem, gdyż ten konkretny pacjent nie posiada już uprawnień wynikających z karty DILO…

Co wtedy?

Placówka wykonuje badania ponadlimitowe bez gwarancji pokrycia ich kosztów lub dalsze leczenie prowadzone jest bez rekomendowanej kontroli lub kontrolowane metodami o istotnie niższej efektywności (ale za to nie limitowanymi). A to istotnie i bezpośrednio wpływa na efekt końcowy terapii oraz jej ostateczne koszty.

Co by zmieniło zniesienie limitów?

Zacznijmy od tego, czego by nie zmieniło. Z pewnością nie zwiększyłoby istotnie liczby wykonywanych badań a jedynie zoptymalizowało procesy diagnostyczno-terapeutyczne i efektywność leczenia. Nie wydłużyłoby też kolejki dla osób posiadających kartę DILO. Co by zmieniło? Zmniejszyłoby liczbę zbędnych badań wykonywanych „zamiast” PET. Dodatkowo, wzrosłoby zaufanie do systemu opieki zdrowotnej. Pacjent uzyskałby optymalny dostęp do badań. Klinicysta leczyłby w oparciu o międzynarodowe rekomendacje i schematy (a więc skutecznie), z pominięciem zbędnych, często obciążających pacjenta, drogich, mniej skutecznych metod (ale finansowanych bezlimitowo). Kolejność badań byłaby ustalana na bieżąco przez lekarza kierującego i specjalistę medycyny nuklearnej w oparciu o względy merytoryczne, a nie „suche” dane kolejkowe NFZ. Szpital nie miałby „oporu płatniczego” dzięki zapewnieniu płynności.

Ostateczne korzyści dla systemu, wynikające z poprawy efektywności leczenia dzięki zniesieniu limitów na procedury medycyny nuklearnej, to: krótsze leczenie, skuteczne leczenie, istotne ograniczenie powikłań i konieczności ich leczenia, krótsze zwolnienia i perspektywa powrotu do pracy pomimo choroby przewlekłej, bez konieczności orzekania wczesnych rent chorobowych. W przypadkach eliminujących powrót do pracy, perspektywa szerszej opieki w trybie ambulatoryjnym bez konieczności hospitalizacji.

Jakie działania podjęto w sprawie zniesienia limitów na procedury medycyny nuklearnej?

Polskie Towarzystwo Medycyny Nuklearnej od 2024 roku zabiega w Ministerstwie Zdrowia o zniesienie limitów na badania PET, argumentując, że już nadrzędne kryteria kwalifikacyjne NFZ są swoistym limitem a pacjenci, którzy te kryteria spełniają, są dla placówek PET równoważni. Wskazujemy na brak kompatybilności między tymi kryteriami a kolejnymi limitami – finansowymi, zwłaszcza w aspekcie przestrzegania standardów leczenia. Popierają nas towarzystwa naukowe takie jak Polskie Towarzystwo Onkologii Klinicznej, Polskie Towarzystwo Endokrynologiczne, Polskie Towarzystwo Urologiczne, Polskie Towarzystwo Hematologiczne i Transfuzjologiczne i inne środowiska kliniczne, dla których efektywność postępowania terapeutycznego jest ściśle uwarunkowana optymalnym monitoringiem diagnostycznym.

Po zaprezentowaniu naszej argumentacji podczas posiedzenia Rady Organizacji Pacjentów przy Ministerstwie Zdrowia, 5 listopada 2025 roku Rada wystosowała do Minister Zdrowia oficjalne stanowisko popierające nasze starania, mające na celu poprawę dostępności nowoczesnych i skutecznych metod leczenia.

Jak dotąd Ministerstwo Zdrowia nie zajęło stanowiska w sprawie, a ostatnią korespondencję w przedmiocie dyskusji odebraliśmy 20 czerwca 2025 roku.

Źródło: inf pras

Polskie Towarzystwo Medycyny Nuklearnej zainaugurowało tegoroczną edycję kampanii świadomościowej „Miesiąc medycyny nuklearnej”. W maju 2026 roku eksperci z zakresu medycyny nuklearnej będą prowadzić działania edukacyjne skierowane do opinii publicznej, środowisk medycznych oraz interesariuszy systemu ochrony zdrowia, przybliżając najnowszą wiedzę na temat procedur radioizotopowych.
W ramach inicjatywy świadomościowej Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej zostanie zaprezentowana broszura edukacyjna pt. „Medycyna nuklearna – o czym każdy powinien wiedzieć?”, w przystępny sposób odpowiadającą na najczęściej pojawiające się pytania związane z medycyną nuklearną:
– Zależy nam na tym, aby pacjenci w Polsce mieli co najmniej podstawową wiedzę na temat istnienia, bezpieczeństwa i skuteczności metod radioizotopowych, które pozwalają na wczesną i precyzyjną diagnostykę licznych schorzeń, a zwłaszcza onkologicznych, kardiologicznych, endokrynologicznych oraz neurologicznych. Chcemy przybliżać Polakom pojęcia, takie jak scyntygrafia, PET czy terapia izotopowa. Uświadamiać, że są one w polskiej medycynie nie tylko obecne, ale i skuteczne – wyjaśnia dr n. med. Andrzej Kołodziejczyk, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej.

Równolegle z kampanią kierowaną do opinii publicznej będą prowadzone działania edukacyjne i świadomościowe adresowane do środowiska medycznego oraz interesariuszy systemu opieki zdrowotnej.

– Planujemy dokonać przeglądu najnowszych i najistotniejszych doniesień naukowych oraz analizy trendów w medycynie nuklearnej. Chcemy wskazać, jakie kierunki badań i doniesień są szczególnie obiecujące. Podsumujemy ostatnie inwestycje w dziedzinie medycyny nuklearnej w Polsce i zastanowimy nad ich optymalnym wykorzystaniem z korzyścią dla pacjentów oraz systemu opieki zdrowotnej. Wreszcie, będziemy starali się przekonywać decydentów do sukcesywnej aktualizacji wskazań do badań radioizotopowych, zgodnie z aktualną wiedzą medyczną, oraz zniesienia limitów na badania medycyny nuklearnej. Na zwieńczenie kampanii „Miesiąc medycyny nuklearnej” zaplanowaliśmy debatę, do udziału w której zaprosiliśmy liderów organizacji pacjenckich, przedstawicieli różnych dyscyplin klinicznych i towarzystw naukowych – wylicza prof. dr hab. n. med. Rafał Czepczyński, prezes elekt Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej.

Tegoroczny XIX Zjazd Naukowy Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej odbędzie się w dniach 21-23 maja br. w Łodzi.

– Kluczowe obszary programu tegorocznego Zjazdu PTMN to: teranostyka i onkologia nuklearna, badania kliniczne finansowane przez ABM, diagnostyka kardiomiopatii i choroby wieńcowej serca, neuroonkologia i choroby neurodegeneracyjne oraz, radiofarmacja i jej przyszłość. Stawiamy na praktyczny wymiar programu i interdyscyplinarne spojrzenie na każde zagadnienie. Hasło Zjazdu, „Medycyna Nuklearna 360° – Dokładna Diagnostyka – Precyzyjne Leczenie”, odzwierciedla nasze spersonalizowane podejście do opieki nad pacjentem. Chcemy w ten sposób podkreślić kluczową rolę diagnostyki radioizotopowej w procesie podejmowania decyzji klinicznych, ze szczególnym uwzględnieniem najnowszych, często spektakularnych osiągnięć w obszarze teranostyki. Zależy nam również, aby nasze badania znalazły należne miejsce w świadomości lekarzy innych specjalności  – wspierając ich w wyborze najwłaściwszych strategii terapeutycznych, także tych wykraczających poza medycynę nuklearną – mówi prof. dr hab. n. med. Zbigniew Adamczewski, Przewodniczący Komitetu Organizacyjnego Zjazdu PTMN.

Strona Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej:

https://www.ptmn.pl/
 
Strona Zjazdu PTMN 2026:
https://www.sympomed.pl/XIX_zjazd_PTMN
 
Źródło: Komunikat Prasowy
Czy jedna cząsteczka jest w stanie dokładnie zlokalizować komórki nowotworowe? A potem, w razie potrzeby, niszczyć je z chirurgiczną precyzją? Tak. To nie odległa wizja świata przyszłości, a nowoczesna metoda leczenia, określana często mianem nowego filaru onkologii. Mowa o leczeniu radioligandowym, stosowanym m.in. w Klinice Endokrynologii Onkologicznej i Medycyny Nuklearnej Narodowego Instytutu Onkologii.
Terapia Radioligandowa wyrosła z idei teranostyki, a więc podejścia, które łączy diagnostykę i leczenie w jednym spójnym procesie. Jej początki sięgają, dobrze znanego w endokrynologii, zastosowania jodu promieniotwórczego w leczeniu chorób tarczycy. Gruczoł ten naturalnie wychwytuje jod, dlatego jod promieniotwórczy podany w niewielkiej, diagnostycznej dawce pozwala uwidocznić utkanie tarczycy w badaniach obrazowych, a ten sam izotopo jodu prominiotwórczego podany w wyższej aktywności, niszczy komórki tarczycy również te patologicznie zmienione i nowotworowe. To właśnie to połączenie obrazowania i leczenia stało się fundamentem współczesnej teranostyki.

Od markerów molekularnych do precyzyjnego leczenia

Kluczowy krok naprzód nastąpił wraz z identyfikacją specyficznych markerów na komórkach nowotworowych, do których należą receptor somatostatynowy (często występujący w guzach neuroendokrynnych) czy antygen PSMA (charakterystyczny dla raka prostaty). Dzięki nim możliwe stało się zbudowanie cząsteczek, które odnajdują chorobę w całym organizmie i precyzyjnie dostarczają do niej radioizotop terapeutyczny.

 Teranostyka opiera się na wyjątkowej idei wykorzystania tej samej cząsteczki w dwóch rolach. Najpierw w wersji diagnostycznej z izotopem emitującym promieniowanie, które pozwala uwidocznić nowotwór np. w badaniach PET-CT, a następnie w wersji terapeutycznej, gdy cząsteczka przenosi izotop niszczący komórki nowotworowe. To podejście pozwala lekarzom dokładnie zlokalizować chorobę i precyzyjnie ją leczyć, ograniczając wpływ na zdrowe tkanki. – tłumaczy prof. Marek Dedecjus kierujący w NIO-PIB Kliniką Endokrynologii Onkologicznej i Medycyny Nuklearnej. – To jak używanie tej samej mapy do odnalezienia guza i do jego precyzyjnego zlikwidowania. Widzimy dokładnie, gdzie jest choroba, a potem uderzamy dokładnie w to miejsce – dodaje ekspert.

To podejście sprawia, że leczenie jest jednocześnie: celowane, trafiając dokładnie tam, gdzie rozwija się nowotwór, kontrolowane na bieżąco, ponieważ skuteczność terapii można monitorować w trakcie jej trwania, i bezpieczne – ogranicza ryzyko uszkodzenia zdrowych tkanek. Dzięki temu terapia radioligandowa pozwala dostosować leczenie do indywidualnych potrzeb pacjenta, zwiększając skuteczność i komfort terapii. 

 
– Pacjent podczas leczenia ma dostarczony lek dokładnie tam, gdzie jest potrzebny – bezpośrednio do komórek nowotworowych, a my możemy obserwować dzięki obrazowaniu molekularnemu, czy terapia jest skuteczna – podkreśla prof. Dedecjus.
 
W jakich nowotoworach terapia daje najlepsze efekty?
 
Mamy bardzo dobre doświadczenia w zastosowaniu terapii radioligandowej w guzach neuroendokrynnych. Natomiast, obecnie najważniejszym obszarem zastosowania terapii radioligandowej wydaje się być zaawansowany rak prostaty oporny na kastrację, pod warunkiem, że komórki tego nowotworu mają na swojej powierzchni antygen PSMA – kluczowy „adres”, który pozwala radioligandowi trafić dokładnie tam, gdzie rozwija się choroba. – Rak prostaty jest wyjątkowy, ponieważ nie ukrywa się tak dobrze jak inne nowotwory. PSMA to swoisty „drogowskaz”, dzięki któremu terapia jest wyjątkowo precyzyjna – tłumaczy prof. Dedecjus. Jak podkreśla ekspert, efekty terapii w bardzo wielu przypadkach są wręcz spektakularne. – Mamy pacjentów, u których po kilku cyklach nie jesteśmy w stanie już uwidocznić choroby, a poziom PSA spada praktycznie do zera – mówi profesor.
 
Choć terapia w Polsce wciąż najczęściej stosowana jest w ramach RDTL czyli ratunkowego dostępu do terapii lekowych – leczenia udostępnianego pacjentom po wyczerpaniu innych możliwości terapeutycznych, w wielu krajach jej użycie przesuwa się na coraz wcześniejsze etapy leczenia. I to kierunek, który wkrótce może stać się standardem także w Polsce.
 
Wytyczne, bezpieczeństwo i przyszłość terapii
 
Dynamiczny rozwój terapii radioligandowej wymagał ujednolicenia zasad leczenia. Dlatego powstały już pierwsze „Wytyczne terapii radioligandowych w Polsce”, które precyzują, zasady kwalifikacji i monitorowania leczenia a także zasady współpracy między specjalistami w tym złożonym logistycznie procesie, angażującym specjalistów onkologów, specjalistów medycyny nuklearnej, fizyków medycznych, radiofarmaceutów i elektroradiologów.
 
– Mamy nowoczesne ośrodki medycyny nuklearnej i PET-CT. Dlatego niezbędne było stworzenie wspólnego języka i zasad współpracy między onkologami, fizykami medycznymi i specjalistami od ochrony radiologicznej – tłumaczy prof. Dedecjus.
 
Ekspert wyjaśnia także, że terapia radioligandowa jest jedną z najbezpieczniejszych metod leczenia onkologicznego. Dawki promieniowania są niskie, a cały proces prowadzony jest pod ścisłym nadzorem specjalistów.
 
– To technologia, która pozwala precyzyjnie dostosować leczenie do pacjenta, ograniczając skutki uboczne i zwiększając komfort terapii – dodaje.
 
Na świecie prowadzonych jest już blisko 200 badań nad zastosowaniem terapii radioligandowej w nowych wskazaniach, m.in. w raku piersi, nerki, guzach neuroendokrynnych czy oponiakach. Zainteresowanie tym obszarem rośnie, a jego możliwości są obiecujące .
– Tradycja badań nad promieniotwórczością sięgają e czasów Marii Skłodowskiej-Curie. To dziedzictwo naukowe daje nam ogromny potencjał, który warto wykorzystać w nowoczesnej onkologii. Rozwijanie tej dziedziny nie jest tylko kwestią prestiżu – to realna szansa, aby wprowadzać innowacyjne, skuteczne i bezpieczne metody leczenia, które mogą znacząco poprawić życie pacjentów – podkreśla prof. Dedecjus.
 
Co dalej z terapią radioligandową Polsce?
 
Terapia radioligandowa to dziedzina w fazie intensywnego rozwoju. Choć w Polsce jeszcze nie jest standardem leczenia, coraz więcej badań i praktycznych rozwiązań z innych krajów pokazuje, że może stać się ważnym a nawet kluczowym elementem terapii nowotworów. 
To obszar, w którym Polska, korzystając z doświadczenia w medycynie nuklearnej i bogatej tradycji badań nad promieniotwórczością, może rozwijać innowacyjne rozwiązania i stopniowo wprowadzać je do codziennej opieki nad pacjentem. Terapia radioligandowa pokazuje, że nowoczesna onkologia może być skuteczna, bezpieczna i dostosowana do potrzeb chorego, a jej rola w leczeniu nowotworów będzie coraz większa.

Źródło: NIO

Polskie Towarzystwo Medycyny Nuklearnej wraz z przedstawicielami innych dyscyplin klinicznych apeluje do Ministerstwa Zdrowia o zniesienie limitów na procedury radioizotopowe. Argumenty? Ograniczenia nie służą ani pacjentom, ani systemowi opieki zdrowotnej. Dzięki zniesieniu limitów możemy leczyć pacjentów wcześniej, skuteczniej i taniej – przekonują specjaliści. Obecnie jedynie pacjenci spełniający wskazania do badania PET/CT, wymienione w rozporządzeniu Ministra Zdrowia i zarządzaniu Prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia, mogą liczyć na wykonanie tego badania w ramach finansowania ze środków publicznych
 
Polskie Towarzystwo Medycyny Nuklearnej postuluje zniesienie limitów na procedury radioizotopowe, wykorzystywane między innymi w diagnostyce onkologicznej, kardiologicznej, neurologicznej i endokrynologicznej. Specjaliści przekonują, że przez obowiązujące obecnie ograniczenia tracą zarówno pacjenci, jak i system opieki zdrowotnej.
 
Dr n. med. Andrzej Kołodziejczyk, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej, zauważa, że dla wielu procedur radioizotopowych nie istnieje alternatywa, czyli inne badania, które umożliwiałoby diagnostykę zmian na tak wczesnym etapie i w sposób tak samo precyzyjny, jak umożliwiają to dostępne powszechnie techniki diagnostyczne wykorzystujące izotopy promieniotwórcze.
 
– Procedury medycyny nuklearnej są obecnie najbardziej czułymi i specyficznymi technikami, zarówno w diagnostyce wstępnej, jak i ocenie efektów prowadzonej terapii oraz leczeniu w wielu dyscyplinach klinicznych. Co więcej, są to procedury precyzyjnie celowane i personalizowane. Oznacza to, że dzięki nim możemy diagnozować i leczyć nie na poziomie chorych narządów czy tkanek, ale chorych komórek. Potwierdzają to badania i wytyczne międzynarodowych towarzystw naukowych. Dysponujemy bezpiecznymi, skutecznymi i efektywnymi kosztowo metodami diagnozowania i leczenia pacjentów, ale problemem są ograniczenia administracyjne w stosowaniu procedur radioizotopowych. Apelujemy do Ministerstwa Zdrowia o zniesienie, wzorem procedur radiologicznych, tych ograniczeń i przekonujemy, że dzięki temu skorzystają zarówno pacjenci, jak i system opieki zdrowotnej – mówi dr Andrzej Kołodziejczyk.
 
Jak wyjaśnia prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej, w przypadku procedur medycyny nuklearnej obecnie problemem jest niejednokrotnie podwójne a nawet potrójne limitowanie, które ogranicza pacjentom dostęp do badań i terapii radioizotopowych.
 
Pierwszym limitem regulującym wykonywanie procedur medycyny nuklearnej jest Prawo Atomowe. Ustawa reguluje tak zwane „moce przerobowe” zakładów medycyny nuklearnej, adekwatnie do infrastruktury, w tym ilości i jakości urządzeń, zaplecza lokalowego, zabezpieczeń radiologicznych i liczebności personelu. To naturalny limit wynikający z samej natury ochrony radiologicznej będącej „abecadłem” każdego medyka nuklearnego. To mocny argument za zniesieniem limitów na procedury medycyny nuklearnej – już sama ustawa powoduje, że tych specyficznych procedur nie można wykonywać więcej niż to możliwe, bezpieczne i potrzebne. Drugi limit ma charakter administracyjno-finansowy. To bariery wynikające z kontraktów ośrodków z Narodowym Funduszem Zdrowia. To na tym etapie pojawiają się dodatkowe ograniczenia, które powodują mniejszą dostępność badań radioizotopowych i kolejki pacjentów oczekujących na diagnostykę nuklearną. Trzeci limit dotyczy rygorystycznych, określonych przez płatnika, wskazań do wykonywania badań PET/CT. To limit merytoryczny, który ogranicza grupę pacjentów, u których można wykonać tę procedurę do chorych jedynie z określonymi w przepisach wskazaniami (pomimo, że według aktualnej wiedzy medycznej możemy i powinniśmy stosować PET/CT u znacznie szerszej grupy pacjentów). Ostatnie dwa z wymienionych trzech ograniczeń skutkują generowaniem kolejek oraz znacznie utrudniają podejmowanie ostatecznych, optymalnych decyzji klinicznych – przyznaje dr Andrzej Kołodziejczyk.
 
Obecnie jedynie pacjenci spełniający wskazania do badania PET/CT, wymienione w rozporządzeniu Ministra Zdrowia i zarządzaniu Prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia, mogą liczyć na wykonanie tego badania w ramach finansowania ze środków publicznych.
 
– Tylko pacjenci opisani w przepisach mogą liczyć na to, że zostaną do badania PET/CT zakwalifikowani. Jeżeli chorzy już przeszli etap formalny, to spotykają się z limitem NFZ. Oznacza to, że jeśli ośrodek wyczerpał już na przykład pulę badań na dany okres, to pacjenci – na przykład w trakcie leczenia onkologicznego – powinni czekać na wykonanie badania do czasu, aż limit na nowo „wpuści ich do kolejki”. Klinicyści prowadzący pacjenta mogą w takiej sytuacji albo oczekiwać, że placówka medycyny nuklearnej zdecyduje o wykonaniu badania ponad limit (co jest ryzykowne w świetle obaw kadry zarządzającej ośrodkami o zapłatę za tak zwane nadwykonania) albo skierować pacjenta na inne, potencjalnie mniej czułe i skuteczne, ale nielimitowane badania. Takie postępowanie rzutuje na dalsze postępowanie a w efekcie na rokowanie. Nie jest to korzystne ani dla pacjenta, ani dla systemu opieki zdrowotnej. Leczenie, zamiast wczesne i skuteczne, może się okazać opóźnione i nie „do końca trafione”. A wtedy może determinować bardziej złożone i często znacznie bardziej kosztowne postępowanie. Mówiąc najprościej: nikomu się to nie opłaca – tłumaczy dr Andrzej Kołodziejczyk.
 
Pułapka czeka także na pacjentów objętych kartą DiLO. W ramach tej ścieżki diagnostyki onkologicznej procedury medycyny nuklearnej nie są limitowane. Diagnostyka wstępna odbywa się poza kolejnością i obejmuje wszystkich – również tych pacjentów, u których podejrzenie choroby nowotworowej nie zostanie potwierdzone. A to duży odsetek poddanych wstępnej diagnostyce onkologicznej. Dla chorych, którym postawiono już rozpoznanie, wspomniane ograniczenia zaczynają już jednak obowiązywać.
 
Pacjenci, którym w karcie DiLO postawiono rozpoznanie nowotworowe, stają się pacjentami „limitowanymi” – potwierdza prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej i wyjaśnia: – Konsylium zamknęło kartę DiLO, pacjent ma postawione rozpoznanie onkologiczne i w razie potrzeby wykonania badania radioizotopowego… staje w kolejce. Przykładem chorych, u których takie ograniczenie może poważnie rzutować na rokowania, są pacjenci hematoonkologiczni. W terapii chłoniaków trzeba oceniać zmiany i postęp terapii zarówno na wczesnym, jak i na późniejszym etapie leczenia i od tej zasady nie ma odstępstwa. Badania po prostu muszą być wykonane w odpowiednim czasie. To samo dotyczy pacjentów z rakiem płuca, mięsakami, rakiem jajnika. Od możliwości optymalnego wykonania procedur zależy rokowanie. Mowa zatem o limitach na wagę zdrowia i życia – przekonuje dr Andrzej Kołodziejczyk.
 
– Badanie PET/CT jest nieodzownym narzędziem w diagnostyce i monitorowaniu leczenia chorych na nowotwory układu chłonnego. W ostatnim czasie w Polsce zostało zrefundowanych wiele nowoczesnych, ale i bardzo kosztownych terapii, co wymaga ich umiejętnego i racjonalnego wykorzystania. Bez odpowiedniej diagnostyki obrazowej, szczególnie PET/CT, podejmowanie optymalnych dla chorego decyzji jest bardzo utrudnione. Obecnie nie ma możliwości prowadzenia nowoczesnego leczenia chorych na chłoniaka Hodgkina bez oceny PET/CT. W tej chorobie obrazowanie PET/CT pozwala ograniczyć chemioterapię u pacjentów z dobrą, wczesną odpowiedzią na leczenie, a zintensyfikować u tych z niezadowalającą regresją chłoniaka. Odpowiednia dostępność badania PET/CT nie tylko zmniejsza zatem narażenie wielu chorych na toksyczność leczenia, ale pozwala również płatnikowi na oszczędności związane z ograniczeniem terapii i mniejszymi kosztami leczenia działań niepożądanych. Ta technologia obrazowania ma podobnie szerokie zastosowanie w ocenie stopnia zaawansowania i ocenie skuteczności leczenia w większości chłoniaków nieziarniczych. Obecne zalecenia rekomendują wykorzystanie PET/CT w obrazowaniu zmian także u chorych na szpiczaka plazmocytowego. Z punktu widzenia hematologa dostęp do badania PET/CT w odpowiednim czasie umożliwia szybkie rozpoczęcie leczenia, a następnie jego monitorowanie. Ograniczenia dostępu do tego badania bardzo komplikują proces terapeutyczny. – komentuje prof. dr hab. n med. Tomasz Wróbel, Kierownik Katedry i Kliniki Hematologii, Terapii Komórkowych i Chorób Wewnętrznych Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu
 
źródło: PTMN 
Dzięki medycynie nuklearnej możemy diagnozować wcześniej i leczyć skuteczniej, a w wielu przypadkach unikać niepotrzebnych lub nieskutecznych postępowań terapeutycznych. To poprawa rokowania, oszczędność czasu i środków. Warunek? Zniesienie limitów na wykonywanie procedur radioizotopowych – wskazuje dr n. med. Andrzej Kołodziejczyk, kierownik Zakładu Medycyny Nuklearnej 4. Wojskowego Szpitala Klinicznego z Polikliniką SP ZOZ we Wrocławiu, kierownik Pracowni Pozytonowej Tomografii Emisyjnej (PET) w Dolnośląskim Centrum Onkologii, Pulmonologii i Hematologii we Wrocławiu, aktualnie urzędujący prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej.

Medycyna nuklearna to jedna z najbardziej precyzyjnych i skutecznych dziedzin współczesnej diagnostyki i terapii. Pozwala wykrywać zmiany chorobowe zanim będą one widoczne w tradycyjnych badaniach obrazowych, umożliwia wczesne leczenie i optymalizację kosztów terapii. Mimo to dostęp do niej w Polsce wciąż ograniczają limity administracyjne.

O tym, dlaczego ograniczenia te nie mają uzasadnienia merytorycznego i jakie niosą konsekwencje dla pacjentów oraz całego systemu opieki zdrowotnej, mówi dr n. med. Andrzej Kołodziejczyk – prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej. 

Panie Doktorze, specjaliści różnych dyscyplin klinicznych podkreślają, że medycyna nuklearna to dziedzina interdyscyplinarna i szczególna. Na czym polega jej specyfika?
Medycyna nuklearna istotnie różni się od innych metod rozpoznawania chorób. Diagnostyczne procedury medycyny nuklearnej, procedury radioizotopowe, zwłaszcza badania fuzyjne z CT lub MRI,  odzwierciedlają nie tyle obraz danych tkanek czy narządów, ile ich funkcję, czyli w odniesieniu do organizmów żywych – metabolizm. Można powiedzieć, że badanie z zakresu medycyny nuklearnej, które jako jedyne badanie ukazuje zaburzenia funkcji określonych narządów, bezpośrednio determinuje postępowanie terapeutyczne. Warto dodać, że dla większości procedur radioizotopowych nie ma alternatywy, czyli innych badań, które spełniłyby tę samą funkcję diagnostyczną. Wiele procedur medycyny nuklearnej jest w stanie dać nam informację o troczącym się procesie chorobowym zanim jakiekolwiek symptomy byłyby widoczne w badaniach obrazowych – strukturalnych. Możemy leczyć pacjentów na najwcześniejszych etapach choroby, a więc skuteczniej. Co więcej, dzięki medycynie nuklearnej mamy możliwość sprawdzenia czy zastosowane leczenie przynosi oczekiwany efekt. Jeśli nie, to szansa na szybką zmianę. To korzyści nie do przecenienia.

Czy dostępność procedur medycyny nuklearnej jest obecnie w Polsce optymalna?
Niestety, nie. Jedną z głównych przyczyn tego stanu rzeczy są obowiązujące limity na procedury medycyny nuklearnej, wynikające przede wszystkim z wysokości kontraktów ośrodków z Narodowym Funduszem Zdrowia. Jedyna grupa pozalimitowa pacjentów, u których można stosować procedury radioizotopowe bez ograniczeń administracyjnych, to pacjenci objęci szybką ścieżką onkologiczną, diagnozowani na podstawie wystawionej karty DiLO.

Czy to furtka zwiększająca dostęp do badań z zakresu medycyny nuklearnej?
Niestety, odpowiedź i na to pytanie jest przecząca. DiLO nie zabezpiecza potrzeb pacjentów kardiologicznych, endokrynologicznych, neurologicznych, pulmonologicznych czy pediatrycznych, ponieważ dotyczy wyłącznie obszaru onkologii. I tu jednak musimy pamiętać, że procedury w ramach karty DiLO wykonuje się na pierwszym etapie procesu diagnostyczno-terapeutycznego. Ta ścieżka nie umożliwi pacjentowi dostępu do procedur medycyny nuklearnej, które powinny zostać wykonane na kolejnych etapach, na przykład przy ocenie czy zastosowane leczenie przynosi właściwe efekty (a to kluczowa dla rokowania informacja!).

Czy możemy podać przykłady?
Pierwszym przykładem może być wczesna ocena skuteczności leczenia chemioterapią w terapii chłoniaków. Innym jest wczesne określenie postępowania wstępnego w leczeniu raka płuca. To procedury, które muszą być wykonane na konkretnym etapie leczenia, określonym w międzynarodowych wskazaniach i wytycznych. Odstępstwo od takiego postępowania, niestety, zaburza cały proces diagnostyczno-terapeutyczny. Jeżeli zaczynamy limitować omawiane badania, ustawimy pacjentów w kolejki. Czasami terminy oczekiwania na badania bywają niewspółmiernie do konieczności podjęcia decyzji długie, a pacjent nie może czekać – leczenie trzeba wdrożyć jak najszybciej. I klinicysta staje przed dramatycznym wyborem: jaką zastosować terapię? Czy wybrane leczenie zadziała? Klinicysta nie ma pewności, ponieważ nie miał szansy tego obiektywnie sprawdzić, wykonując właśnie badanie izotopowe.

Limity mają zapewne chronić przed nadmiernymi wydatkami związanymi z realizacją procedur?
Taka logika nie ma uzasadnienia w przypadku procedur medycyny nuklearnej. Warto wyjaśnić, dlaczego. Po pierwsze, do wykonania procedur medycyny nuklearnej istnieją ściśle określone wskazania – tych badań nie stosuje się, jak mówimy, screeningowo, szeroko, populacyjnie. Te procedury nie temu służą i nie mogą być w ten sposób stosowane. Kwalifikacja do badań z zakresu medycyny nuklearnej jest regulowana przez prawo atomowe – procedury wykorzystujące źródła promieniowania nie mogą być stosowane ot tak. Ten fakt stanowi limit sam w sobie i nie ma ryzyka, że po uwolnieniu limitów na procedury medycyny nuklearnej liczba badań nagle zaczęłaby rosnąć. W swoim ponad trzydziestoletnim doświadczeniu, również klinicznym, nie spotkałem się z sytuacją, w której ktoś nadużywałby procedur medycyny nuklearnej. Innymi słowy, w medycynie nuklearnej nie ma badań wykonywanych niepotrzebnie i limity na procedury radioizotopowe nie mają uzasadnienia merytorycznego.

Obowiązują jednak ograniczenia natury administracyjnej.
Tak, przede wszystkim jest to limit ilościowy, który wynika ze wspomnianej wysokości kontraktu danego ośrodka z Narodowym Funduszem Zdrowia. Równocześnie najważniejsze chyba w onkologii badanie pozytonowej tomografii emisyjnej (PET) jest limitowane dodatkowo. Wykonanie badania PET jest bowiem ograniczone zarówno wspomnianym limitem ilościowym, ale także jakościowym, związanym z kryteriami NFZ do zastosowania i finansowania tej konkretnej procedury. Kryteriami, nadmieńmy, które nie wynikają bezpośrednio z aktualnej wiedzy medycznej, czyli na przykład aktualnych wytycznych towarzystw naukowych, tylko z treści zarządzenia Prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia. Aktualnie obowiązujące w Polsce wytyczne powstały… 14 lat temu. Od 2011 roku wiedza medyczna zmieniła się znacząco i dziś PET powinniśmy stosować zgodnie ze wskazaniami międzynarodowych towarzystw naukowych znacznie szerzej.

Z czym wiążą się wymienione limity i ograniczenia?
Limity jako takie powodują na przykład wytworzenie się kolejek do badań i opóźnienia w procesie diagnostycznym. To z kolei negatywnie wpływa na rokowanie. Ośrodki próbują co prawda zaspokajać potrzeby swoich pacjentów i mimo wszystko wykonywać konieczne badania, jednak wiąże się to z powstawaniem tak zwanych nadwykonań. W ubiegłych latach NFZ rozliczał wykonane ponadlimitowo badania medycyny nuklearnej, ponieważ były one każdorazowo oparte na rzetelnej kwalifikacji i wytycznych towarzystw naukowych. Jednak opóźnienia w rozliczeniach z Funduszem obserwowane w ostatnich miesiącach powodują obecnie sytuacje, w których pojawiają się obawy o stan rozliczeń i blokady wewnętrzne w ośrodkach na wykonywanie badań ponad limit.

Pacjent jest w takiej sytuacji pozbawiony optymalnej diagnostyki?
A także optymalnego leczenia, ponieważ, jak zaznaczyliśmy, diagnostyka nuklearna determinuje bezpośrednio proces terapeutyczny. Przykładowo, w kardiologii procedury medycyny nuklearnej jednoznacznie określają czy pacjent powinien być kwalifikowany do rewaskularyzacji mięśnia sercowego czy do przeszczepienia narządu. Ta decyzja jest bardzo ważna. Podobnie jak ocena zaawansowania wstępnego leczenia raka płuca czy ocena efektu leczenia raka jelita grubego w przypadku podejrzenia wznowy. W wymienionych przykładach czas jest kluczowy dla rokowania.

Decydent musi brać pod uwagę koszty procesu diagnostyczno-terapeutycznego.
Odniosę się do tego, posługując przykładem. Jeżeli mamy do czynienia z podejrzeniem choroby Parkinsona albo niejednoznacznym obrazem choroby Parkinsona, lekarz nierzadko woli podjąć decyzję o wdrożeniu leczenia – tak, żeby nie pozbawić szans na hamowanie procesu choroby u pacjenta, u którego to jest możliwe. Zaznaczmy, że mowa o terapii naprawdę kosztownej. W sytuacji, w której 40% przypadków ma niejednoznaczny obraz kliniczny, ale ostatecznie nie okaże się chorobą Parkinsona, przywołane leczenie okaże się nieskuteczne. Tymczasem wystarczy wykonać jedno(!) badanie medycyny nuklearnej, konkretnie badanie scyntygraficzne z zastosowaniem znacznika DaTSCAN, aby jednoznacznie określić czy omawiana terapia będzie zasadna i przyniesie korzyści kliniczne. Idąc dalej, jeśli w 40% procentach przypadków omawianego leczenia nie należy stosować, to będzie to jednoznaczna oszczędność dla systemu. Jak powiedziałem, w medycynie nuklearnej procedury radioizotopowe bezpośrednio determinują postępowanie terapeutyczne a co więcej, mogą przekładać się na wymierne oszczędności dla systemu opieki zdrowotnej, ponieważ często procedura medycyny nuklearnej to zaledwie ułamek kosztu danego postępowania terapeutycznego. To opłacalna inwestycja.

Jaki jest schemat generowania tych oszczędności?
Jeśli na przykład szybciej wykrywamy wznowę choroby, leczymy ją skuteczniej, a pacjent pozostaje dłużej aktywny społecznie i zawodowo. Jeśli możemy oszacować czy dane leczenie będzie skuteczne, nie celujemy z terapiami „na ślepo” – poprawiamy w ten sposób rokowanie pacjenta, oszczędzamy czas i środki, które inaczej byłyby wykorzystane na nieskuteczne procedury i terapie.

Czy wnioskowano o zniesienie limitów na procedury medycyny nuklearnej?
4 kwietnia 2025 roku, wspierani przez przedstawicieli różnych dziedzin medycyny, wraz z Konsultantem Krajowym w dziedzinie Medycyny Nuklearnej wysłaliśmy do Ministerstwa Zdrowia pismo wnioskujące o zniesienie limitów. Czekamy na odpowiedź.

Jakimi argumentami będziecie Państwo przekonywać decydentów?
Staramy się podkreślać, że w medycynie nuklearnej nie ma ryzyka, żeby po zniesieniu limitów procedury były nadużywane. Że wykonuje się je zgodnie ze wskazaniami towarzystw naukowych i prawem atomowym. Że dzięki medycynie nuklearnej możemy diagnozować wcześniej i leczyć skuteczniej, a wielu przypadkach unikać niepotrzebnych lub nieskutecznych postępowań. Dodatkowo: unikać trudnych, wymagających oraz angażujących personel sytuacji, w których przez próby leczenia zgodnie ze sztuką w warunkach obowiązujących limitów musimy tłumaczyć się, dlaczego wykonano badanie poza kolejnością pacjentowi, który według schematu postępowania musiał być pilnie zbadany, kosztem pacjenta, który wcześniej oczekiwał w kolejce.  Zrobiono, co było konieczne, ponieważ drugie badanie nie było pilne, ale tłumaczyć się trzeba. Zniesienie limitów pozwoliłoby uniknąć podobnych dylematów. Medycyna nuklearna bezwzględnie wymaga nadania jej priorytetu. Chciałbym podkreślić, że to dyscyplina, która pełni rolę usługową i komplementarną w innych dziedzinach medycyny, determinuje bezpośrednio postępowanie terapeutyczne i wpływa na rokowanie. Umożliwia optymalizację procesu diagnostyczno-terapeutycznego i redukcję kosztów leczenia. Konieczne jest dostosowanie obowiązujących przepisów do aktualnej wiedzy medycznej i praktyki klinicznej. Pozytywnym przykładem takiego dostosowania przepisów do aktualnej wiedzy medycznej jest zniesienie limitów na wykonywanie badania z wykorzystaniem rezonansu magnetycznego (MRI). Jako klinicyści po zniesieniu limitów nie zaobserwowaliśmy znaczącego wzrostu liczby wykonywanych procedur MRI, ale obserwujemy jednocześnie znaczącą poprawę w jakości diagnostyki i efektywności prowadzonego leczenia. Dokładnie ten sam cel przyświeca postulatom środowiska medycyny nuklearnej oraz przedstawicieli innych dziedzin medycyny, jeśli chodzi o zniesienie limitów na procedury radioizotopowe.

Z rozmowy z dr. Andrzejem Kołodziejczykiem wyłania się jeden, bardzo klarowny wniosek: procedury medycyny nuklearnej nie tylko nie są nadużywane – są wręcz zbyt rzadko wykorzystywane ze względu na przestarzałe regulacje i administracyjne ograniczenia. Tymczasem to właśnie dzięki nim można podejmować trafne decyzje terapeutyczne, skracać czas diagnozy, leczyć skuteczniej i oszczędniej. Zniesienie limitów na procedury radioizotopowe – wzorem zniesienia limitów na rezonans magnetyczny – byłoby logicznym i racjonalnym krokiem w stronę nowoczesnego, efektywnego systemu ochrony zdrowia. Teraz czas, by decydenci to zrozumieli i wprowadzili konkretne zmiany.

Rozmawiała Marta Sułkowska

– Zajmujemy się głównie terapiami celowanymi, ale także szeroko pojętą radio- i immuno-radioterapią – podkreśla prof. dr hab. n. med. Gabriela Kramer-Marek, kierownik Zakładu Radiofarmacji i Obrazowania Laboratoryjnego PET w gliwickim oddziale Narodowego Instytutu Onkologii. – Wyniki obrazowych badań przedklinicznych przekładają się na poprawę skuteczności leczenia chorych na nowotwory, którym możemy zaproponować lepsze rozwiązania – dodaje
W Zakładzie Radiofarmacji i Obrazowania Laboratoryjnego PET Narodowego Instytutu Onkologii w Gliwicach 13 lutego otwarto Pracownię Obrazowania Przedklinicznego, w której odbywają się badania z wykorzystaniem modeli nowotworowych in vivo.

Zajmujemy się głównie terapiami celowanymi, ale także szeroko pojętą radio- i immuno-radioterapią – podkreśla prof. dr hab. n. med. Gabriela Kramer-Marek, kierownik Zakładu Radiofarmacji i Obrazowania Laboratoryjnego PET w gliwickim oddziale Narodowego Instytutu Onkologii. – Wyniki obrazowych badań przedklinicznych przekładają się na poprawę skuteczności leczenia chorych na nowotwory, którym możemy zaproponować lepsze rozwiązania – dodaje.
Gliwicka pracownia to jedyny w Polsce ośrodek posiadający laboratorium obrazowania molekularnego, w którym dostępne są dwa nowoczesne systemy obrazowania przedklinicznego – PET połączony z tomografią komputerową oraz 7-teslowy rezonans magnetyczny. Umożliwiają one diagnostykę i śledzenie efektywności różnego rodzaju terapii stosowanych na modelach zwierzęcych. Pieniądze na zakup obu systemów Narodowy Instytut Onkologii w Gliwicach uzyskał w ramach grantu naukowego w wysokości ok. 14 mln zł z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Z własnych środków doposażył Pracownię Obrazowania Przedklinicznego w pozostałe urządzenia: licznuk promieniowania gamma, inkubatory, laminary, a także programy komputerowe wspomagające obróbkę obrazów.

Badania przedkliniczne to nie tylko aparatura służąca do obrazowania. Równie ważne są pozostałe zaawansowane urządzenia umożliwiające prowadzenie badań ex vivo na tkankach pobranych z modeli zwierzęcych, co pozwala na jeszcze dokładniejszą ocenę mechanizmów chorób i skuteczności nowych terapii – tłumaczy prof. Gabriela Kramer-Marek.

Jak podkreśla, badania przedkliniczne (przedwdrożeniowe) to nieodzowny element do tego, by zmieniać praktykę kliniczną i dostarczać pacjentom onkologicznym jak najwyższe standardy diagnostyczne i terapeutyczne.

Otwierając nową pracownię, prof. Gabriela Kramer-Marek wyraziła nadzieję, że wraz z laboratoriami kontroli jakości produkcji i działem wdrożeń stanie się ona wiodącym ośrodkiem rozwoju radiochemii, badań translacyjnych i medycyny nuklearnej. W kierowanym przez nią Zakładzie Radiofarmacji i Obrazowania Przedklinicznego PET poza Pracownią Obrazowania Przedklinicznego jest jeszcze kilka innych pracowni badawczo-rozwojowych oraz cyklotron wykorzystywany w działalności naukowej i klinicznej. Produkowane są w nim izotopy do diagnostyki PET – nieinwazyjnej techniki obrazowania, która dostarcza informacji m.in. o funkcjach metabolicznych komórek nowotworowych czy ekspresji antygenów, które mogą zmieniać się w czasie i przestrzeni.

Oprócz fluoru 18 produkujemy na tarczach naszego cyklotronu także cyrkon 89 i skand 44 – mówi prof. Gabriela Kramer-Marek.

Radiofarmaceutyki produkowane w Narodowym Instytucie Onkologii w Gliwicach znajdują zastosowanie nie tylko w rutynowej diagnostyce chorób nowotworowych, lecz także w zaawansowanych badaniach klinicznych ukierunkowanych na ocenę odpowiedzi komórek nowotworowych na różne terapie. Dzięki połączeniu z zaawansowanymi metodami obrazowania molekularnego, możliwe jest precyzyjne śledzenie dynamiki rozwoju guza, co przekłada się na szybszą identyfikację czynników warunkujących oporność na leczenie. W efekcie pozwala to na lepsze dostosowanie leków i zwiększenie skuteczności terapii przeciwnowotworowych.

źródło: NIO-PIB Gliwiice

Rak prostaty jest najczęstszym nowotworem rozpoznawanym u mężczyzn w Polsce i drugą przyczyną śmiertelności z powodu nowotworów w tej grupie. Niezwykle ważna jest znajomość objawów raka prostaty, bo im wcześniej zostanie on wykryty, tym większe są szanse na całkowite wyleczenie – przy zastosowaniu leczenia chirurgicznego i radioterapii, niekiedy uzupełnianych hormonoterapią. Hormonoterapia stosowana jest także u pacjentów, u których nowotwór został rozpoznany w fazie przerzutowej. Niestety, u części z nich leczenie to przestaje po pewnym czasie działać i konieczne jest zastosowanie leczenia kolejnej linii, np. chemioterapii. Jednak pomimo postępów medycyny, rokowania na tym etapie raka prostaty pozostają niekorzystne. Potrzebne są więc nowe terapie celowane, które poprawiłyby wyniki leczenia i jakość życia pacjentów. Nową opcją leczenia dla tych chorych jest wykorzystanie osiągnięć medycyny nuklearnej, czyli terapii radioligandowej.
W 2021 roku raka prostaty (stercza, gruczołu krokowego) zdiagnozowano u prawie 18 tys. mężczyzn w Polsce (stanowiło to 21% wszystkich nowo rozpoznanych nowotworów w tej grupie). Prawie 5,5 tys. pacjentów zmarło z powodu tego nowotworu. Niepokoi fakt, że zachorowalność na raka prostaty cechuje silny trend wzrostowy. Najważniejszym czynnikiem ryzyka zachorowania jest wiek – aż 99% przypadków raka gruczołu krokowego rozpoznaje się po 50. roku życia. Największa liczba zachorowań dotyczy chorych w wieku od 65 do 74 lat.

Rak prostaty zwykle przez długi czas przebiega bezobjawowo albo powoduje jedynie nieznaczne dolegliwości, przypominające objawy typowe dla łagodnego rozrostu gruczołu krokowego. Należą do nich częste oddawanie moczu oraz trudności w jego oddawaniu. W sytuacji, gdy dochodzi do powiększenia samego narządu oraz zajęcia otaczających tkanek, mogą wystąpić takie objawy jak: krwiomocz, uczucie pieczenia przy oddawaniu moczu, bóle w podbrzuszu, nietrzymanie moczu, zaburzenia wzwodu, bóle okolicy lędźwiowej i krocza oraz obecność krwi w spermie.

Rokowania zależą od stopnia zaawansowania
Standardowym leczeniem w raku prostaty jest leczenie chirurgiczne i radioterapia, które są stosowane z myślą o całkowitym wyleczeniu pacjenta. U pacjentów, u których nie można zastosować leczenia operacyjnego lub naświetlań stosowana jest hormonoterapia. Hormonoterapia może być też stosowana jako leczenie uzupełniające do radioterapii bądź też w sytuacjach, gdy nowotwór został rozpoznany w tzw. fazie uogólnionej (występują już liczne przerzuty). Ten rodzaj leczenia polega na zablokowaniu produkcji męskich hormonów płciowych (androgenów, w tym testosteronu) lub/i blokowaniu ich działania w organizmie. Jednak z czasem hormonoterapia może przestać działać i mamy wówczas do czynienia z zaawansowaną postacią choroby – rakiem prostaty opornym na kastrację. Nowotwór oporny na kastrację rozprzestrzenia się na inne części ciała, m.in. kości. Ten stopień zaawansowania choroby to rozsiany rak prostaty oporny na kastrację. Zaawansowany rak prostaty jest chorobą nieuleczalną i wyniszczającą. Podejmowane leczenie (chemioterapia lub terapia lekami ukierunkowanymi molekularnie z grupy PARP) ma na celu wydłużenie życia pacjenta i poprawę jego jakości. Jednak gdy u pacjenta rozwinie się rozsiany rak prostaty oporny na kastrację rokowanie jest niekorzystne. Pięcioletni wskaźnik przeżycia dla tych pacjentów wynosi około 30%. Dlatego, pomimo postępów leczeniu raka prostaty, nadal istnieje duże zapotrzebowanie na terapie celowane o nowym mechanizmie działania, które poprawiłyby wyniki leczenia i jakość życia pacjentów z przerzutowym rakiem prostaty opornym na kastrację. Nową opcją leczenia dla tych chorych jest wykorzystanie osiągnięć medycyny nuklearnej.

Biomarkery w raku prostaty
Powszechnie znanym o od wielu lat wykorzystywanym w medycynie biomarkerem raka prostaty jest PSA (prostate specific antygen). To białko produkowane wyłącznie przez komórki gruczołu krokowego, a jego obecność w krwi może wskazywać na różne problemy zdrowotne związane z prostatą, w tym raka tego narządu. Badanie stężenia PSA w krwi pacjenta jest pomocne w diagnozowaniu raka prostaty, monitorowaniu choroby, wyborze sposobu leczenia i monitorowaniu jego efektów.

Innym, bardziej specyficznym, biomarkerem jest PSMA (prostate specific membrane antigen). Jest to białko występujące na błonie komórkowej komórek stercza, a u ponad 80% pacjentów z rakiem prostaty stwierdza się podwyższoną ilość antygenu PSMA. Co ważne, białko to bardzo rzadko występuje w prawidłowych tkankach. Można je zidentyfikować i zwizualizować podczas badania obrazowego z zastosowaniem pozytonowej tomografii emisyjnej PET, dlatego obrazowanie PSMA-PET jest skuteczną metodą w wykrywaniu nawet niewielkich przerzutów nowotworu prostaty. Określenie poziomu PSMA za pomocą PSMA-PET jest bardzo pomocne zarówno w ustaleniu stopnia zaawansowania choroby, jak i w wyborze terapii.

Antygen PSMA jest nie tylko biomarkerem diagnostycznym, ale również celem terapeutycznym w leczeniu chorych na rozsianego raka prostaty, niereagującego już na hormono-, czy chemioterapię. Terapią ukierunkowaną na PSMA jest terapia radioligandowa z zastosowaniem 177Lu-PSMA-617.

Terapia radioligandowa – ukierunkowana na raka
Terapia radioligandowa (RLT) polega na dostarczaniu promieniowania radioaktywnego bezpośrednio do komórek rakowych, w sposób ukierunkowany, dzięki czemu minimalizowany jest wpływ radiofarmaceutyku na otaczające je zdrowe komórki. Ligand to związek wybiórczo łączący się np. z precyzyjnie określonymi receptorami, których ekspresja jest szczególnie nasilona na powierzchni komórek nowotworowych. Radioligand to ligand połączony z radioizotopem, będącym emiterem promieniowania jonizującego, które powoduje uszkodzenie struktur komórkowych. Jak do tej pory, terapie radioligandowe znalazły zastosowanie w kilku nowotworach, ale w ostatnim czasie popularność tej metody koncentruje się wokół dwóch: guzów neuroendokrynnych trzustki i przewodu pokarmowego oraz raka prostaty. Wynika to z obecności specyficznych receptorów na powierzchni komórek, do których przyłącza się podany radiofarmaceutyk” – wyjaśnia prof. dr hab. n. med. Anna Sowa-Staszczak, kierownik Zakładu Medycyny Nuklearnej Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie.

Lekiem radioligandowym zarejestrowanym w leczeniu przerzutowego, opornego na kastrację, PSMA-dodatniego raka prostaty jest związek 177Lu-PSMA-617. Składa się on z radioaktywnego lutetu (emitującego promieniowanie beta niszczące komórki), połączonego z cząsteczką, która po wprowadzeniu do organizmu, specyficznie łączy się z antygenem PSMA. Dzięki temu promieniowanie jest dostarczane wybiórczo tylko do komórek zawierających antygen PSMA, a toksyczny efekt działania lutetu jest ograniczony niemal wyłącznie do komórek nowotworowych. Jak dowiodły wyniki badań klinicznych, leczenie radioligandowe w raku prostaty wydłuża życie pacjentów, a przy tym jest dla nich bezpieczne i dobrze tolerowane, co jest niezwykle istotne w kontekście jakości życia chorych.

Wysokie bezpieczeństwo i niewielka liczba powikłań wynika z faktu, że leczenie radioligandowe jest leczeniem precyzyjnie ukierunkowanym, a przez podaniem pacjentowi radioligandu terapeutycznego przeprowadzana jest diagnostyka PET, która ma na celu zlokalizowanie komórek nowotworowych. „Takie ścisłe połączenie diagnostyki z terapią nazywane jest teranostyka. Dawkę terapeutyczną radiofarmaceutyku podajemy tylko tym pacjentom, u których, stwierdza się odpowiednio wysokie gromadzenie radiofarmaceutyku w zmianach nowotworowych. Dzięki temu, mamy pewność, że lek zadziała” – mówi prof. dr hab. n. med. Leszek Królicki, kierownik Zakładu Medycyny Nuklearnej Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, konsultant krajowy w dziedzinie medycyny nuklearnej.
 
Źródła:
  1. Zalecenia postępowania diagnostyczno-terapeutycznego w raku gruczołu krokowego — stanowisko Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej i Polskiego Towarzystwa Urologicznego. Onkol Prakt Klin Edu 2024;10(1):1-72.
  2. Nowotwory złośliwe w Polsce w 2021 roku. Krajowy Rejestr Nowotworów.
  3. Lutetium-177–PSMA-617 for Metastatic Castration-Resistant Prostate Cancer. N Engl J Med. 2021; 385: 1091-1103.
    expertpr
Zespół lekarzy Narodowego Instytutu Onkologii w Gliwicach pod kierunkiem prof. Gabrieli Kramer-Marek jako pierwszy w Polsce zastosował radioznacznik PET do nieinwazyjnego obrazowania receptora HER2 u 41-letniej pacjentki z rozsianym rakiem piersi. Wykorzystał cząsteczkę affibody wyznakowaną Ga-68 (68Ga-ABY-025), uzyskując jej wysoki wychwyt w kilku zmianach nowotworowych, które nie zostały wykryte za pomocą stosowanego rutynowo znacznika 18F-FDG.
To osiągnięcie ma dla mnie szczególne znaczenie, ponieważ moja przygoda z radioznacznikiem opartym na affibody ABY-025 rozpoczęła się już w 2006 roku w laboratorium Jacka Capały w National Cancer Institute w Bethesda (USA). Jestem dumna, że udało mi się zastosować ten znacznik klinicznie – mówi prof. Gabriela Kramer-Marek, kierownik Zakładu Radiofarmacji i Obrazowania Laboratoryjnego PET w gliwickim oddziale Narodowego Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie – Państwowego Instytutu Badawczego.
 
Wstępne wyniki pilotażowego badania klinicznego są bardzo obiecujące
Prof. Gabriela Kramer-Marek wraz z zespołem klinicystów i naukowców z Narodowego Instytutu Onkologii w Gliwicach: mgr inż. Anną Kastelik-Hryniewiecką z Zakładu Radiofarmacji i Obrazowania Laboratoryjnego PET, dr. hab. Michałem Jarząbem i dr. n. med. Marcinem Kubeczko z Centrum Diagnostyki i Leczenia Chorób Piersi oraz dr. n. med. Andreą d’Amico i mgr Izabelą Gorczewską z Zakładu Medycyny Nuklearnej i Endokrynologii Onkologicznej, badają innowacyjne sposoby wykorzystania obrazowania immuno-PET do przewidywania reakcji na leczenie chorych na raka piersi. Lekarze koncentrują się szczególnie na białku zwanym receptorem ludzkiego naskórkowego czynnika wzrostu (HER2), które odgrywa kluczową rolę w promowaniu wzrostu komórek nowotworowych. Nowotwory piersi z podwyższonym poziomem HER2 są bardziej agresywne, obciążone większym ryzykiem rozprzestrzeniania się i często gorzej reagują na leczenie.

Lekarze zalecają badanie każdego inwazyjnego raka piersi pod kątem HER2, ponieważ może to w znacznym stopniu wpłynąć na decyzje dotyczące dalszego leczenia. Badanie HER2 jest zazwyczaj przeprowadzane w laboratorium szpitalnym przy użyciu próbki tkanki pobranej z raka piersi podczas biopsji lub operacji. Wyniki są zazwyczaj dostępne w ciągu 1-3 tygodni, jednak inwazyjne biopsje guza, powszechnie wykonywane w celu oceny statusu HER2, mogą dawać niepełny obraz z powodu heterogeniczności ekspresji receptora, która może występować w różnych obszarach nowotworu – tłumaczy prof. Gabriela Kramer-Marek.
 
Jakie możliwości daje obrazowanie receptora HER2 radioznacznikiem PET?
Obecnie zatwierdzonych jest kilka terapii ukierunkowanych na receptor HER2 (najbardziej znana jest herceptyna), jednak wynik ich stosowania u poszczególnych pacjentów jest uzależniony od statusu tego receptora w guzie. W Narodowym Instytucie Onkologii w Gliwicach klinicyści i naukowcy zastosowali do zobrazowania receptora HER2 radioznacznik PET.

Daje nam to możliwość wizualizacji aktywności receptorów w całym guzie i w całym ciele pacjenta. Ponadto te badania obrazowe można powtarzać w celu monitorowania zmian aktywności receptorów w trakcie leczenia – mówi prof. Kramer-Marek.

Badany przez gliwickich lekarzy radioznacznik opiera się na cząsteczce affibody – małym białku zaprojektowanym tak, aby z wysokim powinowactwem i swoistością wiązało się z celem molekularnym, który stanowi receptor HER2. Stosując tę metodę, receptor można wykryć w ciągu godziny po jego zastosowaniu, a nie po kilku dniach, ja to się dzieje w przypadku jego aktywności w pobranym materiale tkankowym z guza nowotworowego. Co ważne, ten radioznacznik nie zakłóca procesu wiązania leku ukierunkowanego na HER2, więc można go używać do monitorowania leczenia w czasie rzeczywistym. Zastosowany u 41-letniej pacjentki z przerzutowym rakiem piersi już w początkowych skanach wykrył więcej zmian niż rutynowo stosowany 18F-FDG, potwierdzając wysokie poziomy HER2 w badanych obszarach.

Jesteśmy przekonani, że dane zebrane z tych skanów PET pozwolą nam dostosować plany leczenia dla każdego pacjenta indywidualnie, w oparciu o aktualny stan jego receptorów HER2. Dzięki tej wiedzy chcemy projektować skuteczniejsze strategie medycyny spersonalizowanej, poprawiając tym samym wyniki leczenia – wyjaśnia prof. Kramer-Marek. – Naszym celem jest również uniknięcie podawania chorym terapii, które nie będą u nich skuteczne, a często wiążą się ze znaczną toksycznością. Chcemy w ten sposób zaoszczędzić im niepotrzebnych skutków ubocznych – dodaje.

Ze wstępnych wyników pilotażowego badania klinicznego realizowanego w Narodowym Instytucie Onkologii w Gliwicach zadowolona jest również firma Affibody AB, która dostarczyła cząsteczkę affibody na potrzeby nieinwazyjnego obrazowania HER2 z użyciem radioznacznika PET. – Jesteśmy podekscytowani współpracą z wiodącymi ekspertami z Narodowego Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie w Gliwicach, mającą na celu udoskonalenie medycyny precyzyjnej poprzez obrazowanie molekularne – mówi Fredrik Frejd, dyrektor naukowy Affibody AM. – Zastosowanie cząsteczki affibody ABY-025 umożliwi poprawę wyników klinicznych, dostarczając pacjentom i lekarzowi prowadzącemu pełniejszych informacji na temat choroby. Z niecierpliwością czekamy na dalszą współpracę z naszymi kolegami z Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie w Gliwicach w miarę postępów badania – dodaje.

źródło: NIO-PIB Gliwice

Celowane terapie radioligandowe to skuteczne i bezpieczne procedury w leczeniu nowotworów, pozwalające na ograniczenie skutków ubocznych leczenia i poprawę jakości życia pacjentów – wskazali eksperci medycyny nuklearnej podczas XVIII Hospital & Healthcare Management, zorganizowanego przez Wydawnictwo Termedia. Według nich Polska ma potencjał kadrowy i produkcyjny dla rozwoju medycyny nuklearnej.
Prof. Leszek Królicki, kierownik Zakładu Medycyny Nuklearnej Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i konsultant krajowy w dziedzinie medycyny nuklearnej, wyjaśnił, że terapie radiolingandowe to sposób leczenia niektórych rodzajów raka, łączący osiągnięcia medycyny celowanej i medycyny nuklearnej.

„Polega na dostarczaniu promieniowania do komórek rakowych w ukierunkowany i precyzyjny sposób za pomocą radiofarmaceutyku, przy minimalnym wpływie na zdrowe komórki. W efekcie wykazuje wysoką efektywność leczenia i duży komfort życia dla pacjenta onkologicznego” – wskazał prof. Królicki.

Przypomniał, że historia zastosowania radioizotopów do leczenia rozpoczęła się już w latach 40. XX w. To już wówczas rozpoczęto leczenie radioaktywnym jodem m.in. raka tarczycy. Dodał, że jod radioaktywny po raz pierwszy zastosował dr Saul Hertz, którego rodzice wyemigrowali do Bostonu z polskiego Golubia-Dobrzynia.

Anna Sowa-Staszczak, kierownik Zakładu Medycyny Nuklearnej Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie, zwróciła uwagę, że rozwój fizyki jądrowej, chemii oraz technologii sprawił, że obecnie medycyna nuklearna to dziesiątki procedur, które wspomagają działanie diagnostyczne i terapeutyczne w wielu specjalnościach medycznych.

„Najczęściej dotyczy to onkologii i endokrynologii. Natomiast celowana terapia radioligandowa jest stosowana w leczeniu nowotworów neuroendokrynnych, czyli guzów zlokalizowanych głównie w trzustce oraz raka prostaty” – wyjaśniła ekspertka.

Według prof. Marka Dedecjusa, eksperta Polskiego Towarzystwa Biopsji Narządowej i Narodowego Instytutu Onkologii, terapia radioligandami stanowi przełom w leczeniu raka.

„Metoda ta pozwala na bezpośrednie dostarczenie promieniowania do komórek nowotworowych, minimalizując uszkodzenia otaczających je zdrowych tkanek. Co więcej, z audytów wynika, że ta terapia leczy również skutki uboczne oraz m.in. przerzuty do kości” – powiedział.

Marek Dedecjus dodał, że 80 lat doświadczenia w terapii radioligandowej powoduje, że jest ona skuteczna i bezpieczna.

„Rak tarczycy jest nią skutecznie leczony po operacji, tymczasem już wiemy, że ta terapia mogłaby się pojawić na wczesnym etapie leczenia, ale niestety nie ma procedur i wytycznych do jej stosowania” – zaznaczył.

Prof. Piotr Rutkowski z Narodowego Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie zwrócił uwagę, że w Polsce medycyna nuklearna jest mało zauważalna, a to może być fenomenalne leczenie uzupełniające, bo jest skuteczne i bezpieczne.

„Najważniejsze z punktu widzenia pacjentów jest to, że terapia radioligandami pozwala zachować dobrą jakość życia, bo nie niesie za sobą licznych skutków ubocznych. Mamy ośrodki, które mogą prowadzić te terapie, ale wciąż brakuje wytycznych, i to nie tylko w tej dziedzinie” – zaznaczył prof. Rutkowski.

Podał przykład, że obowiązujące wytyczne do wskazań do badań PET są z 2011 roku.

„Od tego czasu rozwój medycyny nuklearnej tak mocno postąpił, że mamy przepaść między wytycznymi a rzeczywistością” – skwitował Rutkowski.

W kwestii wytycznych i uregulowań prawnych dla szerszego zastosowanie medycyny nuklearnej prof. Leszek Królicki zauważył, że potrzebne jest też wprowadzenie rozwiązań prawnych, które pozwolą na produkcję i zastosowanie radiofarmaceutyków, przygotowywanych w zakładach medycyny nuklearnej „na własny użytek”.

„Procedura taka jest prawnie dopuszczalna w wielu krajach Unii Europejskiej” – powiedział.

Jego zdaniem to pozwoliłoby zmniejszyć koszty leczenia, bo zakup za granicą tego, co można wyprodukować u siebie, jest z reguły mniej opłacalny. Dodał, że Polska dysponuje ogromnym intelektualnym potencjałem, żeby rozwijać medycynę nuklearną.

„Tym bardziej że obok potencjału ludzkiego mamy też rodzimy zakład, który jest dostarczycielem tego typu preparatów. To Narodowe Centrum Badań Jądrowych Ośrodek Radioizotopów POLATOM. Polski reaktor EWA jest także istotnym podmiotem na mapie sieci kluczowych reaktorów – producentów radiofarmaceutyków w całej Europie” – wskazała prof. Sowa-Staszczak.

Według ekspertów potrzebne jest działanie legislacyjne ze strony Ministerstwa Zdrowia, żeby wykorzystać potencjał medycyny nuklearnej w leczeniu Polaków.

W opinii Mateusza Oczkowskiego, reprezentującego w dyskusji Ministerstwo Zdrowia, potrzebna jest też edukacja lekarzy, żeby „nie demonizowali” medycyny nuklearnej oraz zwiększali o niej świadomość wśród pacjentów.

Dodał, że resort pracuje nad stosownymi wytycznymi w ramach Narodowej Strategii Onkologicznej (NSO), czyli wieloletniego programu, który wprowadza kompleksowe zmiany w polskiej onkologii. Oczkowski zauważył, że to, co się tam znajdzie, w dużej mierze zależeć będzie od samych lekarzy – w tym specjalistów medycyny nuklearnej.

Eksperci w odpowiedzi wskazali, że specjalistów z medycyny nuklearnej jest za mało, więc warto odnotować w dokumentach specjalizację nuklearną jako deficytową.

„Zwłaszcza że rozwój fizyki jądrowej, chemii oraz technologii sprawił, że obecnie medycyna nuklearna to dziesiątki procedur, które wspomagają działanie diagnostyczne i terapeutyczne nie tylko w onkologii i endokrynologii. Bez medycyny nuklearnej trudno dziś myśleć o nowoczesnych, czyli nieinwazyjnych i skutecznych terapiach w kardiologii, urologii czy neurologii” – ocenili eksperci.

Podczas dwóch dni dyskusji w ramach Kongresu Wizja Zdrowia – Diagnoza i Przyszłość – Foresight Medyczny oraz Hospital & Healthcare Management, zaproszeni przez Wydawnictwo Termedia goście szczegółowo analizowali sytuację w polskim systemie ochrony zdrowia podczas 22 sesji specjalistycznych. Podnoszono w nich zarówno kwestie systemowe, jak i najnowsze doniesienia stricte medyczne, obejmujące między innymi onkologię, pulmonologię, kardiologię czy choroby rzadkie. Nie zabrakło wątków poświęconych zdrowiu psychicznemu, edukacji zdrowotnej, a także transformacji cyfrowej w medycynie. Kolejna okazja do omawiania postępów w medycynie i aktualizacji wiedzy pojawi się 29 stycznia 2025 roku podczas konferencji Priorytety w Ochronie Zdrowia 2025.

Źródło: PAP MediaRoom

Współczesna onkologia, jak kardiologia, endokrynologia i wiele innych dziedzin, nie obejdzie się bez medycyny nuklearnej – metod radioizotopowych stosowanych w diagnostyce i terapii, i opartych na nich zasadach teranostyki. W Polsce mamy odpowiednie zaplecze infrastrukturalne do optymalnego wykorzystania medycyny nuklearnej w kluczowych obszarach klinicznych, potrzeba jednak pilnej aktualizacji wycen procedur, zniesienia ich limitów tam, gdzie to uzasadnione i uznania medycyny nuklearnej za specjalizację deficytową. Wtedy będziemy mogli badać i leczyć pacjentów zgodnie z aktualną wiedzą medyczną – mówi prof. Jolanta Kunikowska, kierownik Zakładu Medycyny Nuklearnej Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego WUM, prezydent The European Association of Nuclear Medicine (EANM) w kadencji 2021-2022.

Jak ocenia Pani Profesor aktualną pozycję medycyny nuklearnej?

 

Medycyna nuklearna z pewnością jest dziedziną, która wyróżnia się dynamicznym rozwojem, zarówno w ujęciu diagnostycznym, jak i terapeutycznym. Jest to widoczne w Polce i w krajach europejskich. Znamienne, że filozofia teranostyczna, czyli zastosowanie diagnostyki radioizotopowej i na jej podstawie planowanie terapii, znajduje kolejne uzasadnienia w badaniach klinicznych. W ostatnich latach pokazały to między innymi wyniki badań: NETTER1  i NETTER2 w przypadku guzów neuroendokrynnych a także badanie VISION i badanie TheraP w przypadku raka prostaty. Na ubiegłorocznym kongresie ESMO zaprezentowano wyniki kolejnych dwóch badań: PSMAfore i ENZA-p, które wykazały lepszą skuteczność leczenia radioizotopowego w porównaniu do enzalutamidu. Wyniki tych badań skłaniają do przeniesienia terapii radioizotopowej z obecnej, ostatniej linii leczenia, na wcześniejsze etapy terapii. Warto podkreślić, że to trend, którego spodziewamy się w różnych obszarach klinicznych: diagnostyka i terapia radioizotopowa są bezpieczne i na tyle skuteczne, że powinny być optymalnie stosowane na możliwie wczesnym etapie procesu leczenia. Co więcej, wyniki kolejnych badań wskazują także na właściwą kwalifikację pacjentów do poszczególnych form terapii radioizotopowej.

 

Na jakie korzyści w kontekście optymalnej kwalifikacji pacjentów do terapii wskazują badania?

 

Odpowiem na przykładzie badania PET badającego obecność antygenu specyficznego dla prostaty (PSMA) na komórkach nowotworowych. Wykonując badanie PET-PSMA stwierdzamy nie tylko, że jest wychwyt znacznika, ale również stopień jego wychwytu, który w dalszym etapie pozwala na kwalifikacje do terapii radioizotopowej opartej na tym samym PSMA. I tak, według danych literaturowych, punktem odcięcia, kiedy wiemy, że pacjent uzyska lepszą odpowiedź na późniejszą terapię, jest wychwyt mierzony według standaryzowanego punktu wychwytu na poziomie powyżej 10. Inny przykład z obszaru guzów neuroendokrynnych to badanie PET-CT z fluorodeoksyglukozą, które w tym przypadku jest badaniem interpretowanym jako czynnik prognostyczny, świadczący o bardziej agresywnej formie guza. Badanie to porównywane jest z badaniem PET na obecność receptorów somatostatynowych, charakterystycznych  dla  guzów neuroendokrynnych. Okazuje się, że część pacjentów, która ma znaczący wychwyt tej fluorodeoksyglukozy, a nie ma w tych zmianach receptorów dla somatostatyny, nie odnosi korzyści z leczenia opartego na tym receptorze. Jednym słowem, nowe badania wskazują nam, jaka grupa chorych na podstawie badań radioizotopowych powinna być zakwalifikowana do określonej formy leczenia i jakich efektów terapii możemy się spodziewać. To bardzo ważne, także w kontekście optymalizacji organizacji i finansowania systemu opieki zdrowotnej.

 

W kontekście poziomu, organizacji i dostępności świadczeń z zakresu medycyny nuklearnej jak oceniłaby Pani Profesor sytuację w Polsce, na tle innych krajów Europy?

 

Mamy w Polsce świetnie wyszkolonych specjalistów, dobrą infrastrukturę, jednak, niestety, na tle innych rozwiniętych państw Europy odstajemy rażąco w liczbie wykonywanych procedur medycyny nuklearnej: w Polsce procedur z tego zakresu wykonuje się dwa-trzy razy mniej niż w innych państwach. Przyczyną nie jest brak sprzętu, w który jesteśmy już dobrze wyposażeni. Dodatkowo, sukcesywnie odbywa się modernizacja infrastruktury. W ubiegłym roku, dzięki działalności konsultanta krajowego w dziedzinie medycyny nuklearnej, pana prof. Leszka Królickiego, doszło do wymiany siedmiu skanerów PET-CT na nowoczesne cyfrowe modele. Taki sprzęt pracuje wydajniej a dawki promieniowania są znacznie mniejsze. Podstawowym problemem jest limitowanie procedur. Jako środowisko medycyny nuklearnej od dawna postulujemy, aby procedury z tego obszaru w diagnostyce onkologicznej zostały uwolnione tak, jak stało się to z procedurami z zakresu tomografii komputerowej czy rezonansu magnetycznego. Znowelizowane wskazania do PET-CT w onkologii zostały właśnie opublikowane. Są efektem wspólnych prac ekspertów obu towarzystw naukowych: onkologii klinicznej i medycyny nuklearnej. Teraz czas na odpowiednie decyzje, ze strony Ministerstwa Zdrowia i NFZ, które umożliwią ich przełożenie na praktykę kliniczną. Znamienne, że ostatnia aktualizacja miała miejsce w 2011 roku.

 

To 13 lat.

 

13 lat, w czasie których zmienił się sprzęt, pojawiły nowe radioznaczniki, nowe wskazania, nowe dowody naukowe. W nauce, w medycynie, kilkanaście lat to cała epoka. Wraz z pacjentami pilnie czekamy na zmianę wskazań do wykonania procedur z zakresu medycyny nuklearnej tak, by wykorzystanie radioznaczników i nowoczesnego sprzętu, w który zainwestowano środki publiczne, było jak najlepsze.

 

A kadry, ich liczebność i kompetencje?

 

Obecnie w Polsce mamy zarejestrowanych 108 specjalistów medycyny nuklearnej. Są to świetnie wykształcone i doskonale przygotowane do pracy osoby, jednak jak na ponad 38-milionowy kraj to zdecydowanie za mało. Stąd też nasz kolejny postulat do Ministerstwa Zdrowia: o uznanie medycyny nuklearnej za specjalizację deficytową. W świetle aktualnej wiedzy medycznej wiadomo dziś, że chociażby onkologia nie da sobie rady bez medycyny nuklearnej – tak w diagnostyce, jak i w terapii. A jeżeli nie będziemy mieli nowych adeptów medycyny nuklearnej, żadna liczba sprzętu nie pozwoli na zaspokojenie potrzeb pacjentów onkologicznych, kardiologicznych, endokrynologicznych, neurologicznych i z innymi schorzeniami. Wiele dyscyplin klinicznych może, powinno i potrzebuje korzystać z medycyny nuklearnej.

 

Pani Profesor, dziękuję za interesujący komentarz.

rozmawiała Marta Sułkowska

źródło: SalusPR

W endokrynologii wiele procedur diagnostycznych i terapeutycznych medycyny nuklearnej nie ma żadnych alternatyw. Dzięki nim jesteśmy w stanie prześledzić nie tylko obraz, ale także funkcjonowanie narządów i zmian ogniskowych, zweryfikować ich aktywność hormonalną. Co więcej, dzięki podejściu teranostycznemu możemy dobrać dla pacjenta optymalną właśnie dla niego – czyli celowaną – formę terapii. To unikalne przewagi. Nowoczesna endokrynologia nie istnieje bez medycyny nuklearnej – podkreśla prof. Marek Ruchała, kierownik Katedry i Kliniki Endokrynologii, Przemiany Materii i Chorób Wewnętrznych Uniwersytet Medyczny w Poznaniu.
Panie Profesorze, endokrynologia to jedna z dziedzin w największym stopniu wykorzystująca różne procedury i techniki z obszaru medycyny nuklearnej. Jaki jest związek tych dwóch obszarów medycyny?
 
Można powiedzieć, że historyczny, fundamentalny i nierozłączny. Warto przypomnieć, że pierwsze na świecie podanie pacjentowi jodu radioaktywnego w celach leczniczych, w 1941 roku, miało zastosowanie właśnie w dziedzinie endokrynologii – ściślej: w leczeniu chorób tarczycy. Od tego czasu endokrynologia rozumiana jako diagnozowanie i terapia schorzeń układu hormonalnego szeroko wykorzystuje procedury medycyny nuklearnej.
 
Jakie jest zatem zastosowanie medycyny nuklearnej w endokrynologii?
 
Po pierwsze, to diagnostyka i leczenie łagodnych chorób tarczycy. Ponadto, leczenie zróżnicowanych nowotworów tarczycy, diagnostyka guzów neuroendokrynnych, gdzie za pomocą scyntygrafii receptorów somatostatynowych (SRS) oceniamy stopień zaawansowania guzów neuroendokrynnych (NET), detekcję ewentualnych zmian przerzutowych i/lub wczesne wykrycie wznowy nowotworu. Potwierdzenie ekspresji receptorów somatostatynowych jest konieczne aby na kolejnym etapie procesu diagnostyczno-terapeutycznego można było zastosować leczenie analogami somatostatyny w którym izotop promieniotwórczy dociera bezpośrednio do wcześniej precyzyjnie zlokalizowanego miejsca. To obecnie szeroko wykorzystywana metoda. Jako Polacy mamy w tym obszarze powód do dumy: jedno z pierwszych podań analogów somatostatyny na świecie odbyło się w naszym kraju. Dodatkowo, w Polsce zastosowano tak zwaną tandem terapię czyli połączenie dwóch izotopów. Nie możemy zapominać także o zastosowaniu metod radioimmunologicznym do oznaczeń stężeń hormonów w naszym organizmie, co pozwala na biochemiczne potwierdzenie choroby, ocenę jej zaawansowania oraz aktywności hormonalnej guza.
 
W endokrynologii szeroko wykorzystuje się także technikę PET, prawda?
 
Zdecydowanie tak. Dzięki niej możemy znaleźć ogniska przerzutowe raków tarczycy. Techniki PET z użyciem Galu pozwalają na precyzyjne lokalizowanie guzów neuroendokrynnych. Medycyna nuklearna w endokrynologii to także diagnostyka schorzeń nadnerczy, poszukiwanie guzów wydzielających katecholaminy, diagnostyka w zespole Conna i Cushinga – tam, jeśli mamy obustronne guzy lub ektopowe wydzielanie hormonów, wykorzystujemy właśnie techniki medycyny nuklearnej, które zdecydowanie poprawiają czułość badania. Kolejne przykłady: diagnostyka guzów wydzielających w nadmiarze hormony, diagnostyka przytarczyc, która pozwala na lokalizację gruczolaków lub raków.
 
Czy medycynę nuklearną wykorzystuje się także w leczeniu endokrynologicznym?
 
Jak najbardziej. Zresztą już pierwsze podanie jodu radioaktywnego było procedurą teranostyczną (łączącą diagnostykę z terapią). Najpierw zdiagnozowano pacjenta za pomocą radioizotopu, a później podawano ten sam radioizotop, w zmienionej dawce, w celach leczniczych. Dziś leczniczo podajemy radioizotopy między innymi wtedy, kiedy mamy do czynienia z guzem, który okazuje się nieoperacyjny – możemy wtedy rozważyć celowaną terapię radioizotopową. Dotyczy to także guzów neuroendokrynnych i niektórych guzów nadnerczy.
 
Wygląda na to, że pewne techniki medycyny nuklearnej bywają jedyną alternatywą w endokrynologii.
 
Oczywiście! Podstawowy przykład to procedury diagnostyczne. Otóż wiele badań stosowanych w endokrynologii zawiera w sobie jedynie elementy badania morfologicznego. Dzięki nim ocenimy: wielkość, kształt, echogeniczność, intensywność badanych zmian, ale nie prześledzimy ich funkcjonowania. Podam przykład. Widzimy w obrazie guz tarczycy. Obraz ultrasonograficzny mówi: mamy guz tarczycy. Czy ten guz jest guzem wydzielającym w nadmiarze hormon tarczycy, czy może jest guzem nowotworowym, czy jakimkolwiek innym? Na podstawie badania morfologicznego nie jesteśmy w stanie tego stwierdzić. Jeśli jednak zastosujemy scyntygrafię tarczycy, to to badanie wykaże, czy ten guz jest „gorący”, to jest mocno wychwytujący jod promieniotwórczy czy też „zimny”, nie wychwytujący jodu promieniotwórczego. Wtedy mamy od razu decyzję, czy możemy poddać naszego pacjenta leczeniu izotopowemu, czy nie ma takiej możliwości. Na to pytanie nie odpowie nam w żaden sposób badanie morfologiczne. Musi być element funkcjonalny. I to jest właśnie największa przewaga technik medycyny nuklearnej: element funkcjonalny badania diagnostycznego i możliwość uzyskania istotnej wskazówki dotyczącej oceny skuteczności zastosowania określonej terapii.
 
Jak rozwija się medycyna nuklearna w dziedzinie endokrynologii?
 
Bez wątpienia rozwój medycyny nuklearnej, także w kontekście endokrynologii, jest bardzo dynamiczny. W naszym obszarze gorącą nowością są tak zwane alfa-emitery[1], ze względu na zasięg emitowanego promieniowania działające bardzo precyzyjnie na komórki patologiczne i oszczędzająco na komórki zdrowe. Liczymy, że w Polsce będziemy mieli możliwość pełniejszego wykorzystania klinicznego tych związków. Już dziś wiemy, że to przyszłość medycyny nuklearnej i jako kraj powinniśmy nadążać za trendami – tak, by bezpieczniej, skuteczniej i optymalniej leczyć naszych pacjentów. Jako Polska mamy doskonale przygotowanych, świetnie wykwalifikowanych specjalistów. Dostępność sprzętu, przede wszystkim dzięki staraniom konsultanta krajowego w dziedzinie medycyny nuklearnej, prof. Leszka Królickiego, systematycznie się poprawia. Wobec coraz częstszych wskazań, zwłaszcza w onkologii, wyzwaniami są sukcesywne skracanie czasu oczekiwania na wykonanie procedur medycyny nuklearnej (dziś nawet 30 tygodni, kiedy optymalnie zlecone badanie powinno być zrealizowane w czasie tygodnia) i poprawa wskaźnika liczebności praktykujących specjalistów. Z ostatnim aspektem powiązane są postulaty środowiska medycyny nuklearnej kierowane do Ministerstwa Zdrowia, a związane między innymi z uznaniem medycyny nuklearnej za specjalizację priorytetową. Dzięki większej liczbie praktykujących specjalistów medycyny nuklearnej czas oczekiwania na badanie zdecydowanie się skróci. Zwiększenie dostępności procedur medycyny nuklearnej wpłynie na szybszą i bardziej precyzyjną diagnostykę, zwłaszcza w obszarze onkologii. Wykrycie schorzenia na wczesnym etapie zwiększa z kolei szansę na pełne wyleczenie pacjenta, co zmniejszy ilość kosztownych procedur medycznych. Nie zapominajmy także o pozostałym koniecznym personelu: o technikach, fizykach czy radiofarmaceutach. Bez wykwalifikowanej kadry nie osiągniemy oczekiwanego celu, jakim jest poprawa dostępności medycyny nuklearnej w ochronie zdrowia. Nie mniej istotne jest, by nowe radiofarmaceutyki były objęte refundacją i niezwłocznie wdrażane do praktyki klinicznej – tak, by pacjenci nie musieli wyjeżdżać do sąsiednich krajów Unii Europejskiej za diagnostyką i terapią. Dziś czas oczekiwania na wdrożenie w niektórych przypadkach wynosi nawet kilka lat! Mamy wspaniały potencjał, potrzeba – tylko i aż – trochę wsparcia ze strony decydentów.
 
Panie Profesorze, uprzejmie dziękuję za komentarz.
 
Rozmawiała Marta Sułkowska
 
 
[1] https://www.termedia.pl/mz/Prof-Leszek-Krolicki-W-medycynie-nuklearnej-jestesmy-swiadkami-przelomu,39626.html
źrodło: PTMN
W ramach kampanii świadomościowej „Miesiąc medycyny nuklearnej” eksperci przybliżają społeczeństwu dziedzinę i najczęściej wykonywane badania z tego obszaru. Jak przygotować się do badania z użyciem radioizotopów? Tajniki medycyny nuklearnej odkrywa prof. dr hab. n. med. Rafał Czepczyński z Katedry i Kliniki Endokrynologii, Przemiany Materii i Chorób Wewnętrznych Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinowskiego w Poznaniu, reprezentujący Polskie Towarzystwo Medycyny Nuklearnej.
Medycyna nuklearna zajmuje się używaniem izotopów radioaktywnych w diagnostyce i leczeniu. Początki tej dziedziny sięgają okresu II wojny światowej, kiedy to po raz pierwszy podano pacjentom radioaktywny jod do leczenia choroby tarczycy. Pionierem tej terapii był dr Saul Hertz, którego rodzice wyemigrowali do Bostonu z polskiego Golubia-Dobrzynia.

Rozwój fizyki jądrowej, chemii oraz technologii sprawił, że obecnie medycyna nuklearna to dziesiątki procedur, które wspomagają działanie diagnostyczne i terapeutyczne w wielu specjalnościach medycznych. Najczęściej dotyczy to onkologii i endokrynologii, ale bez dziedzin medycyny nuklearnej trudno też myśleć o współczesnej kardiologii, urologii czy neurologii. Z roku na rok pojawiają się nowe techniki diagnostyczne a także nowatorskie terapie. Są to najczęściej procedury nieinwazyjne, sprowadzające się do podania odpowiedniego środka radioaktywnego przez wkłucie dożylne, czasem doustnie. Następnie nowoczesne skanery rejestrują promieniowanie wychodzące z organizmu pacjenta. Specjaliści medycyny nuklearnej analizują dane z uzyskanych w ten sposób obrazów, umożliwiających uzyskanie szybkiej i precyzyjnej diagnozy.
 
1. Czy badania z wykorzystaniem izotopów promieniotwórczych są bezpieczne?
 
Promieniowanie jonizujące jest wszechobecne i nasze organizmy są do niewielkich dawek promieniowania przystosowane. Promieniowanie to pochodzi z kosmosu i z wnętrza Ziemi. Nawet nasze organizmy zawierają duże ilości potasu, którego część to radioaktywna forma potasu. W ciągu naszego życia, nawet bez stosowania jakichkolwiek medycznych procedur, otrzymujemy więc pewną dawkę promieniowania.
 
Dawka promieniowania, którą otrzymuje pacjent w związku z badaniem lub leczeniem z użyciem izotopów promieniotwórczych z zakresu medycyny nuklearnej jest całkowicie bezpieczna i nie powoduje żadnych problemów zdrowotnych. Udowodniono to na podstawie wieloletnich obserwacji setek tysięcy pacjentów poddanych takim procedurom w przeszłości, również dzieci. Nie zaobserwowano częstszego występowania chorób nowotworowych ani innych problemów zdrowotnych w porównaniu do ogółu ludności. Badania i terapie z użyciem izotopów promieniotwórczych można w razie potrzeby wielokrotnie powtarzać. Jednak, jak w każdej dziedzinie medycyny, należy zachować umiar i korzystać z nich tylko wtedy, kiedy przyniosą one jednoznaczną korzyść, na przykład ułatwią rozpoznanie jakiejś choroby czy pomogą w podjęciu decyzji o dalszym leczeniu.
 
W naszej pracy stosujemy zasadę: przeciwwskazaniem do badania jest brak wskazań do jego wykonania. Nasi pacjenci mogą być spokojni – nie tylko dlatego, że izotopy promieniotwórcze w niskich dawkach są obojętne dla organizmu, ale też dlatego, że sens zastosowania radioaktywności w każdym przypadku został dokładnie przeanalizowany przez lekarzy. Niezależnie od tego odpowiednie instytucje: Państwowa Agencja Atomistyki, Inspektorat Sanitarny, rygorystycznie nadzorują działalność naszych zakładów i aparaturę – tak, aby pacjent był całkowicie bezpieczny.

2. Kiedy wykonuje się badania z zakresu medycyny nuklearnej? Czy nie wystarczą tradycyjne badania – z krwi i obrazowe?
 
Badania z zakresu medycyny nuklearnej to najczęściej także badania obrazowe. Z tą różnicą, że uzyskiwane na ich podstawie informacje mówią więcej na temat czynności narządów czy rozmieszczenia tkanek patologicznych w obrębie różnych okolic ciała itp.
 
Zastosowanie radioaktywnych związków, które gromadzą się w konkretnych komórkach lub tkankach, pozwala na dokładne prześledzenie rozmieszczenia tych komórek w organizmie. Ma to ogromne znaczenie w chorobach nowotworowych, gdzie lekarze (onkolodzy, chirurdzy i inni specjaliści) muszą wiedzieć, jakie jest zaawansowanie choroby przed podjęciem leczenia. Później potrzebna będzie także wiedza, czy nie doszło do nawrotu choroby nowotworowej.
 
Podawane pacjentom związki radioaktywne „wyszukują” nieprawidłowe komórki na podstawie cech różniących je od komórek zdrowych. Może to być obecność charakterystycznych białek, receptorów na powierzchni komórek nowotworowych, których nie ma lub są mniej liczne w prawidłowej tkance. Można powiedzieć, że takie badania jak PET/CT czy SPECT/CT są często koniecznym uzupełnieniem badań laboratoryjnych i obrazowych, gdy na przykład badania krwi budzą podejrzenie rozwoju choroby, a klasyczne badania obrazowe nie mogą tego jednoznacznie potwierdzić.
 
Medycyna nuklearna to nie tylko wsparcie diagnostyczne w onkologii. W wielu innych dyscyplinach medycznych diagnostyka z użyciem związków radioaktywnych jest konieczna, by wykazać zaburzenia czynności narządów, które wymagają leczenia. W ostatnich latach pojawiły się nowe metody rozpoznawania różnych chorób neurologicznych (choroby otępienne, parkinsonizm), na podstawie rozmieszczenia podawanych choremu radioaktywnych substancji w odpowiednich strukturach mózgu. Jest to niezwykłe uproszczenie procesu diagnostycznego. Podobnie jest w chorobach serca, nerek i oczywiście w endokrynologii. Należy dodać, że badania diagnostyczne w medycynie nuklearnej są bezpieczne i nieinwazyjne, to znaczy poza zwykłą iniekcją dożylną pacjent nie jest narażony na żadne nieprzyjemne interwencje.
 
3. Jakie badania medycyny nuklearnej wykonuje się najczęściej? Czy ta dziedzina zajmuje się także leczeniem?
 
Jest kilka podstawowych badań, wykonywanych często. Należą do nich szeroko stosowane w diagnostyce onkologicznej badania PET-CT, a także badania scyntygraficzne kości. Poza onkologią często wykonuje się obrazowanie tarczycy, serca i nerek. Medycyna nuklearna dysponuje wieloma innymi badaniami, które wykonuje się rzadziej (to na przykład różne testy do oceny funkcjonowania mózgu). W niektórych chorobach stosuje się również leczenie za pomocą substancji radioaktywnych. Najczęściej terapia izotopowa dotyczy chorób tarczycy, zarówno nadczynności, jak i raka tego narządu. Rzadziej stosuje się leczenie chorób stawów, czy też przerzutów do kości. Leczenie izotopowe guzów neuroendokrynnych jest w Polsce stosowane już od 20 lat i polscy naukowcy mają znaczący udział w opracowaniu i ocenie skuteczności tych form leczenia. Istnieją także procedury terapii niektórych zaawansowanych chorób nowotworowych, jednak przed ich zastosowaniem w praktyce konieczne są wieloletnie badania nad ich bezpieczeństwem i skutecznością. Należy się spodziewać, że w kolejnych latach będziemy mogli oferować pacjentom nowe, nowoczesne formy leczenia radionuklidowego.
 
4. Czy badania z zakresu medycyny nuklearnej są bezbolesne i dobrze tolerowane?
 
Radiofarmaceutyki, czyli związki chemiczne podawane pacjentom w ramach badania diagnostycznego to zwykle proste substancje wstrzykiwane w bardzo małych ilościach. Standardowe substancje nie powodują reakcji alergicznych ani nie wpływają na funkcjonowanie narządów, służą jedynie ich obrazowaniu.
 
Promieniowanie jonizujące w stosowanych ilościach również nie powoduje żadnych niekorzystnych reakcji. W związku z tym nie należy się spodziewać żadnych objawów po zastosowanym preparacie. Niektóre specjalistyczne badania medycyny nuklearnej wymagają specjalnego przygotowania farmakologicznego, na przykład odstawienia niektórych leków lub też podania innych leków, które mają pobudzić funkcjonowanie niektórych narządów (przykładowo nerek lub serca). Wówczas niekiedy mogą się pojawić krótkotrwałe objawy, które wynikają z działania tych leków, ale nie „naszych” izotopów. Generalnie, badania z zakresu medycyny nuklearnej są bezpieczne i dobrze tolerowane. Dla niektórych niekomfortowy bywa jedynie moment ukłucia w czasie iniekcji dożylnej.
 
5. PET, PET-CT, PET-MR – czym różnią się te procedury?
 
Nie ma już badań PET. Wszystkie skanery PET są obecnie urządzeniami hybrydowymi, to znaczy posiadają w swojej strukturze dwa detektory:
 
1) do wykrywania promieniowania pochodzącego z radioaktywnego fluoru lub galu, który pacjent otrzymuje drogą dożylną (PET = pozytonowa tomografia emisyjna) oraz
2) do wykrywania promieniowania X wytwarzanego przez lampę rentgenowską (CT = tomografia komputerowa). Obraz CT daje możliwość precyzyjnego określenia lokalizacji w narządach zmian wykrytych w badaniu PET.
 
Samo badanie PET bez odnośnika anatomicznego byłoby trudne do zinterpretowania i obciążone dużą liczbą błędów. Niektóre skanery w miejsce tomografii posiadają rezonans magnetyczny (MR). Urządzenia typu PET-MR są potrzebne tylko w wybranych sytuacjach i nie są stosowane na szeroką skalę. Jeśli więc pacjent otrzymał skierowanie na badanie PET, to z pewnością będzie wykonane badanie PET-CT (ewentualnie PET-MR).
 
6. Jak należy przygotować się do badań z zakresu medycyny nuklearnej?
 
Część badań z zakresu medycyny nuklearnej nie wymaga żadnego przygotowania. Jeżeli na badanie kierowana jest kobieta w wieku prokreacyjnym, to powinna mieć pewność, że nie jest w ciąży. Ta zasada dotyczy wszystkich naszych procedur, stąd niekiedy konieczne może być wykonanie testu ciążowego w domu lub w szpitalu.
 
W przypadku niektórych procedur wymagane jest jakieś niezbyt skomplikowane przygotowanie, o których informujemy pacjenta w momencie umawiania na badanie. Niektóre badania wykonujemy na czczo (na przykład badanie PET-CT). W innych badaniach (badania kardiologiczne) pacjent powinien zjeść posiłek w trakcie procedury, żeby pobudzić wydzielanie żółci przez wątrobę, stąd w niektórych zakładach zaleca się przyniesienie ze sobą jedzenia.
 
Niektóre specjalistyczne badania (na przykład z zakresu endokrynologii) wymagają odstawienia niektórych leków przed badaniem. Za każdym razem informujemy o tym dokładnie pacjenta i lekarza kierującego, bo niektóre leki mogą zmniejszać dokładność badania i uzyskany wynik może być mało wiarygodny.

7.
Czy po wyjściu ze szpitala po wykonaniu badań z użyciem radioizotopów promieniotwórczych jest się bezpiecznym dla najbliższych? Czy warto na coś uważać?
 
Musimy mieć świadomość, że po przyjęciu izotopu promieniotwórczego pacjent przez jakiś czas może emitować ze swojego organizmu niewielkie ilości promieniowania. Również jego wydaliny, przede wszystkim mocz, będą zawierać substancje promieniotwórcze. Zapewniam, że są to bezpieczne ilości promieniowania i nie zrobią one krzywdy ani pacjentowi, ani jego bliskim.

Jednakże z uwagi na to, że w otoczeniu pacjenta może się znaleźć kobieta ciężarna lub małe dziecko, dla których powinniśmy w sposób szczególny ograniczać ekspozycję na promieniowanie i generalnie nie chcemy niekontrolowanego jego rozprzestrzeniania, to po zastosowanej procedurze polecamy ograniczyć kontakty z ludźmi, przede wszystkim z młodymi osobami.
Podejście jest indywidualne w zależności od wykonanej procedury. Izotopy radioaktywne stosowane w badaniach diagnostycznych działają krótko (szybko się rozpadają) i ograniczenie kontaktów nie musi trwać dłużej niż kilka godzin, maksymalnie jeden dzień.

W przypadku terapii chorób tarczycy używamy jodu radioaktywnego, który ma okres półrozpadu około 8 dni – dlatego ci pacjenci proszeni są o zachowanie „dystansu społecznego” przez dłuższy czas – na przykład przez jeden lub dwa tygodnie (zależy to także od podanej dawki i różnych innych czynników).

W bardzo nielicznych przypadkach (terapia raka tarczycy) pacjenci muszą pozostać w izolacji w obrębie specjalistycznego oddziału szpitalnego przez kilka dni. Ale, jak wspomniałem, przy najczęstszych naszych badaniach to naprawdę kwestia kilku godzin.

8. Kto może zlecić badanie z zakresu medycyny nuklearnej?

Badania z zakresu medycyny nuklearnej mogą być wykonane tylko na podstawie skierowania wydanego przez lekarza. Przed podaniem radioaktywnego związku pacjentowi nasi specjaliści zapoznają się z jego dokumentacją medyczną i weryfikują, czy lekarz kierujący zalecił właściwe badanie w danej sytuacji klinicznej i czy chory nie ma żadnych przeciwwskazań do jego wykonania. Jest to zwykle formalność i tylko w nielicznych przypadkach musimy zmieniać decyzję co do przeprowadzenia jakiejś procedury.

Niezależnie od kwestii medycznych, istnieją wymogi administracyjne Narodowego Funduszu Zdrowia, które musimy spełnić, aby badanie nie obciążało kieszeni pacjenta. Na przykład na badanie PET/CT może skierować chorego tylko lekarz-specjalista zatrudniony w poradni specjalistycznej lub w szpitalu. Ponadto skierowanie takie musi spełniać ściśle określone kryteria medyczne, które można znaleźć w internecie. Te kryteria mają ograniczyć wykonywanie kosztownych procedur w przypadkach, gdy nie są one niezbędne i mogą być zastąpione przez inne badania, na przykład bez narażania pacjenta na promieniowanie lub gdy po prostu nie przyniosą żadnej korzyści choremu.

Dynamiczny postęp wiedzy medycznej i technologii sprawił, że coraz częściej spotykamy pacjentów, u których powinniśmy wykonać nowoczesne badanie radioizotopowe, a nie możemy tego zrobić z uwagi na przeszkody formalne, na przykład brak refundacji. Dlatego medycy nuklearni wspierani przez onkologów i specjalistów innych dziedzin czynią starania o poszerzenie wskazań do badań PET i o finansowanie nowych, bardziej skutecznych procedur diagnostycznych i leczniczych, które wprawdzie są już dostępne w Polsce, ale nie można ich stosować powszechnie z uwagi na wysoki koszt. Zależy nam na tym, by polski pacjent miał taki sam dostęp do nowoczesnej medycyny nuklearnej jak pacjenci w innych krajach europejskich.

źródło: PTMN
W dniach 6-8 czerwca 2024 roku w Poznaniu odbywa się XVIII Zjazd naukowy Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej (PTMN). Hasłem przewodnim zjazdu jest: „Medycyna nuklearna – impakt kliniczny”, podkreślające interdyscyplinarny charakter tej dziedziny. Eksperci wskazali, że obecnie wykorzystanie medycyny nuklearnej jest niewystarczające w stosunku do potrzeb klinicznych i zaproponowali cztery postulaty dotyczące działań naprawczych dla poprawy sytuacji w obszarach priorytetowych.
Celem tegorocznej edycji zjazdu jest efektywna wymiana wiedzy pomiędzy specjalistami różnych dziedzin: medycyny nuklearnej, kardiologii, onkologii, endokrynologii i neurologii – tak, by procedury medycyny nuklearnej realizowane w wymienionych obszarach były stosowane zgodnie z aktualną wiedzą medyczną i możliwościami systemowymi, a także z jak największą korzyścią dla pacjentów.

Specjaliści zaakcentowali, że dynamiczny rozwój medycyny nuklearnej wymaga ściślejszej współpracy wszystkich zaangażowanych w proces diagnostyki i terapii nowotworów. Nadrzędnym celem jest poprawa dostępności do nowoczesnych i skutecznych metod leczenia, a zatem wzrost szans na remisję i wyleczenie oraz poprawa jakości życia pacjentów. To w dużej mierze procedury medycyny nuklearnej (np. PET/CT) istotnie determinują możliwość wdrożenia wczesnej i skutecznej terapii.

Jak przyznają specjaliści, obecnie dostęp do procedur z zakresu medycyny nuklearnej jest niewystarczający w stosunku do potrzeb: wiele procedur nie jest refundowanych lub ich refundacja jest bardzo ograniczona. Kolejki na badania liczone są nawet w miesiącach.

Podczas briefingu prasowego eksperci kliniczni wraz z liderami organizacji pacjentów rozmawiali o przyczynach tej sytuacji i możliwościach poprawy.

Eksperci wskazali konieczność podjęcia wspólnych działań dla poprawy w obszarach priorytetowych. Lista postulatów Towarzystwa:
 
1) działania w kierunku zwiększenia liczby specjalistów medycyny nuklearnej poprzez:
a) wpisanie medycyny nuklearnej do programu przedmiotów podstawowych (studia medyczne)
b) uznanie medycyny nuklearnej za specjalizację priorytetową (szkolenie podyplomowe)
2) poprawa i poszerzenie finansowania/ refundacji / dostępu do nowych wskazań dla procedur medycyny nuklearnej oraz zniesienie limitów dla procedur diagnostycznych medycyny nuklearnej
3) modernizacja i zakupy sprzętu (na przykład w ramach dedykowanych programów Ministerstwa Zdrowia)
4) zmiany regulacji odnośnie do możliwości produkcji na potrzeby własne ośrodków.
– Pragniemy przybliżyć medycynę nuklearną opinii publicznej, środowisku lekarskiemu i decydentom – tak, by z uznanych na świecie i rekomendowanych, najnowocześniejszych metod diagnostycznych i terapeutycznych, jakie oferuje ta dziedzina, pacjenci w Polsce mogli korzystać w sposób optymalny, z możliwie największą korzyścią dla swojego zdrowia i jakości życia – mówi dr  n. med. Andrzej Kołodziejczyk, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej.

W tym duchu zainaugurowano kampanię świadomościowo-edukacyjną pn. „Miesiąc medycyny nuklearnej”.
Do działań edukacyjnych zaproszono przedstawicieli organizacji pacjentów, z którymi specjaliści planują omówić możliwości i potrzeby wykorzystania procedur medycyny nuklearnej w każdym z kluczowych obszarów klinicznych.

– Kampania świadomościowa to wyjątkowa okazja do zaprezentowania szerszemu gronu odbiorców specyfiki medycyny nuklearnej i jej kluczowych procedur. Przypomnimy, jakie procedury są zawarte w aktualnych wytycznych i zaleceniach, jaka jest ich dostępność w ramach systemu opieki zdrowotnej w Polsce i jakie warunki muszą być spełnione, by wykorzystanie procedur medycyny nuklearnej było jak najbardziej optymalne.– mówi dr n. med. Andrzej Kołodziejczyk, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej.

Materiały edukacyjne dotyczące kampanii będą zamieszczane na profilu facebookowym Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej:
https://www.facebook.com/PolskieTowarzystwoMedycynyNuklearnej
 

źródło: PTMN