Medicalpress
W Gdańskim Uniwersytecie Medycznym (GUMed) uruchomiono Centrum Biomedycyny Kosmicznej i Ochrony Radiologicznej (CBKOR), które prowadzi interdyscyplinarne badania nad funkcjonowaniem człowieka w warunkach skrajnych – od ekspozycji na promieniowanie po środowisko kosmiczne – podała uczelnia.
Centrum zajmuje się m.in. analizą biomarkerów, pozwalających oceniać stan organizmu na podstawie wolnokrążącego DNA, wykrywać nowotwory, monitorować skutki terapii oraz poziom zmęczenia i stresu komórkowego. W badaniach wykorzystywane są technologie ciekłej biopsji oraz sekwencjonowania nanoporowego.

Jednym z obszarów prac jest wpływ różnych typów promieniowania – X, gamma, protonowego i ciężkich jonów – na komórki ludzkie. Badania mają zastosowanie zarówno w onkologii, jak i w przygotowaniu do długotrwałych misji kosmicznych.

„Medycynę kosmiczną traktujemy szeroko – jako medycynę ograniczonych zasobów i zwiększonego ryzyka, która ma zastosowanie nie tylko w kosmosie, ale także w lotnictwie czy medycynie klinicznej” – poinformował dr hab. Jakub Mieczkowski, prof. GUMed.

Centrum rozwija także biodozymetr, oparty na analizie zmian metylacji DNA, który ma umożliwiać ocenę dawki promieniowania w organizmie. Projekt może znaleźć zastosowanie w radioterapii, sytuacjach awaryjnych oraz monitorowaniu ekspozycji zawodowej.

CBKOR liczy 19 osób, działa w trybie międzywydziałowym i obejmuje osiem lokalizacji. Badania łączą dane molekularne, fizjologiczne i psychologiczne w celu oceny funkcjonowania człowieka w warunkach izolacji i stresu.

Jak podkreśla uczelnia, celem prac jest opracowanie narzędzi umożliwiających bardziej precyzyjną diagnostykę i monitorowanie stanu zdrowia zarówno pacjentów, jak i osób pracujących w środowiskach wysokiego ryzyka.(PAP)

Źródło: Nauka w Polsce

Z dniem 11 lipca 2025 r. Minister Zdrowia powierzyła prof. Łukaszowi Balwickiemu funkcję krajowego konsultanta w dziedzinie zdrowia publicznego na kolejną pięcioletnią kadencję. Ekspert Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego kierujący Zakładem Zdrowia Publicznego i Medycyny Społecznej GUMed pełnił już tę funkcję wcześniej – od grudnia 2024 roku przez pół roku, jako następca prof. Jarosława Pinkasa.
W swojej nowej kadencji prof. Balwicki zapowiada skoncentrowanie się na najistotniejszych wyzwaniach zdrowotnych Polaków: problemie uzależnień, niskiej skuteczności edukacji zdrowotnej oraz potrzebie systemowych zmian w zakresie profilaktyki.

Wciąż traktujemy profilaktykę jako coś dodatkowego, fakultatywnego, coś, co można załatwić jakąś edukacją. Skoro ludzie piją, to zróbmy jakiś tam program edukacyjny, jeśli uczniowie palą, to powiedzmy im, że to szkodzi. Przekonajmy kogoś powieszeniem plakatu o tym, że palenie uzależnia i powoduje raka. Ale to nie jest zdrowie publiczne. Mamy statystyki, które pokazują niską efektywność edukacji. Ona nie zadziała, jeśli nie będzie otoczona zmianami, które wpłyną na nasze zachowania – tłumaczy prof. Balwicki.

Krajowy konsultant wskazuje, że działania edukacyjne nie wystarczą, gdy w przestrzeni publicznej funkcjonują silne, przeciwstawne bodźce promujące zachowania szkodliwe zdrowotnie. – Mamy tanie wyroby tytoniowe, saszetki nikotynowe w Prime Timie w mediach, alkohol. Możemy włożyć ogromne środki w edukację, ale ona nie zadziała, bo inne mechanizmy będą decydować o naszych wyborach. Zobaczmy własne codzienne wybory – czy przed dokonaniem zakupu za każdym razem głęboko zastanawiamy się nad konsekwencjami? Widzimy coś fajnego, smacznego, szeroko reklamowanego, w dobrej promocji. W takiej sytuacji nawet świadome osoby podejmują nieracjonalne decyzje. Sami lekarze nie są od tego wolni. I nic nie zdziała, jeżeli nie będzie odpowiedzialnych interwencji zdrowia publicznego w tych obszarach. To są zadania dla nas na dziś – podkreśla.

W najbliższych planach prof. Balwickiego znajduje się także analiza przepisów dotyczących dostępu do wody pitnej w instytucjach publicznych oraz zasad korzystania z hulajnóg – szczególnie pod kątem bezpieczeństwa osób z niepełnosprawnościami i ograniczeniami widzenia.

Po krótkiej przerwie między kadencjami prof. Balwicki został powołany również do zespołu BOND przy Głównym Inspektoracie Sanitarnym, który ma wspierać polityki populacyjne poprzez zastosowanie nauk behawioralnych. Wśród priorytetów zespołu znalazły się komunikacja wartości profilaktyki zdrowotnej, w tym szczepień, oraz zwalczanie dezinformacji.

Jak pokazują dane, wyzwania w tym obszarze są ogromne: 65% Polaków uważa, że producenci ukrywają informacje o szkodliwych składnikach żywności, 58% nie ufa bezpieczeństwu GMO, a 30% wierzy, że kolejne pandemie zostały już zaplanowane.

Prof. Balwicki od ponad dekady prowadzi Uniwersytecką Poradnię Antynikotynową, jest autorem licznych publikacji naukowych z zakresu prawa antytytoniowego i epidemiologii e-papierosów wśród młodzieży. Koordynuje kampanie zdrowotne we współpracy z samorządami i pracodawcami, współpracuje z WHO oraz Narodowym Instytutem Zdrowia Publicznego PZH. Jest również członkiem Komitetu Zdrowia Publicznego Polskiej Akademii Nauk.

Źródło: GUMed Fot: P. Sudara/GUMed

VI Ogólnopolska Konferencja Neurologiczna to wydarzenie o charakterze naukowo-szkoleniowym, mające na celu promowanie wiedzy i poszerzanie umiejętności związanych z jedną z najszybciej rozwijających się dziedzin medycyny, neurologii.
Konferencja odbędzie sę w dniach 9-10 maja w Gdańsku.

To unikalna okazja dla studentów medycyny oraz młodych lekarzy do wymiany doświadczeń, prezentacji wyników badań naukowych i poszerzenia swoich kompetencji.

W ramach konferencji odbędą się m.in. wykłady eksperckie, wystąpienia studentów z prezentacjami swoich prac naukowych oraz warsztaty praktyczne.

Nasza konferencja w zamyśle ma nie tylko rokrocznie zrzeszać osoby zainteresowane neurologią, ale przede wszystkim dać szansę każdemu na zapoznanie się z jej tajnikami i mniej znanymi zagadnieniami. Umożliwia ponadto nabycie cennych umiejętności praktycznych, które są przydatne nie tylko dla przyszłych neurologów, ale każdego absolwenta kierunku lekarskiego, niezależnie od dalszej ścieżki rozwoju. 

Udział w konferencji jest bezpłatny.

REGULAMIN 
https://docs.google.com/document/d/1vafZkhHgz5ehPLK1XAfW2cXjGHPTRrbh/edit?pli=1 

LINK DO WYDARZENIA NA FB: 
https://www.facebook.com/events/980106740674855 

LINK DO INSTAGRAMA: @oskn_gumed
https://www.instagram.com/oskn_gumed?utm_source=ig_web_button_share_sheet&igsh=ZDNlZDc0MzIxNw== 

Zapraszamy na XXXVIII Ogólnopolską Studencką Konferencję Kardiologiczną, która odbędzie się 27-29 marca 2025 r. w Auditorium Primum im. prof. Olgierda Narkiewicza, Atheneum Gedanense Novum, Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. Wydarzenie organizowane jest przez Studenckie Koło Naukowe przy I Katedrze i Klinice Kardiologii GUMed i jest największym oraz legitymującym się najdłuższą historią corocznym studenckim spotkaniem naukowym o tematyce chorób sercowo-naczyniowych.
Konferencja od lat zrzesza studentów medycyny z uczelni ogólnopolskich, co sprzyja twórczej wymianie myśli oraz tworzeniu więzi między przyszłymi pracownicami i pracownikami ochrony zdrowia.
Na uczestników wydarzenia czeka szereg wykładów eksperckich z dziedziny kardiologii. Nasza konferencja to także świetne miejsce do zaprezentowania własnych osiągnięć naukowych i poszerzenia swojej wiedzy. Uczestnicy mają również szansę na zdobycie nagród w odbywających się sesjach prac oryginalnych oraz przypadków klinicznych z zakresu kardiologii zachowawczej, inwazyjnej oraz kardiochirurgii. Wzorem ubiegłych lat przewidujemy możliwość prezentowania prac zarówno w języku polskim, jak i angielskim. Spotkania naukowe, dają
możliwość zawiązania nowych znajomości i wymiany doświadczeń między studentami i lekarzami z całej Polski.
Z uwagi na potrzebę praktycznego wykorzystania zdobytej wiedzy planowana jest również część warsztatowa.
Formularz zgłoszeniowy oraz pozostałe informacje pojawiają się na bieżąco na social mediach wydarzenia:

Facebook:
https://www.facebook.com/events/1131804624954056/

Instagram:
https://www.instagram.com/oskk.gumed/

Dodatkowe informacje: e-mail oskk.gumed@gmail.com.

źródło: OSKK
Zapowiadany audyt nowych kierunków lekarskich, zwłaszcza tych bez pozytywnej opinii Polskiej Komisji Akredytacyjnej, coraz bliżej. Część środowiska lekarskiego oczekuje wprost ich likwidacji, ale czy to oczekiwanie realne? Uczelnie wykorzystują czas na ponowną weryfikację do wprowadzania działań naprawczych, które mają przekonać PKA do wydania w drugim podejściu pozytywnej opinii. Na decyzję czekają też studenci, którzy w razie potrzeby mają mieć zapewnioną alternatywę.
Wraz z nowym rokiem powrócił temat ponownej weryfikacji nowych kierunków lekarskich. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego przypomina, że w Polsce wszystkich kierunków lekarskich działa 36, z czego 14 rozpoczęło kształcenie w październiku 2023 roku. Ze wspomnianych 14, aż 10 nie miało pozytywnej opinii Polskiej Komisji Akredytacyjnej (PKA).

Już na przełomie 2023 i 2024 roku nowy minister nauki informował, że planuje kontrole dotyczące kierunków lekarskich tworzonych w ostatnich latach na uczelniach, które nie miały doświadczenia w kształceniu na kierunkach medycznych. Dziś te plany nabierają rozpędu.
Jak informuje resort, kontrole będą w pierwszej kolejności obejmą uczelnie, które nie dostały pozytywnej opinii PKA oraz te, co do których pojawiły się skargi.

– Jest sporo zamieszania, jeśli chodzi o te kierunki lekarskie, mamy sporo skarg. To musi być zrobione spokojnie, żeby przede wszystkim nie ucierpieli studenci – mówi minister nauki Dariusz Wieczorek.

MNiSW informuje także, że kontrole powinny rozpocząć się w ciągu kilku tygodni, a nawet dni. W pierwszej kolejności resort sprawdzi i przeanalizuje dokumenty, które dotyczą spełnienia wymagań wynikających z opinii PKA.

Wszystkie uczelnie, które utworzyły kierunki lekarskie, zostaną sprawdzone przez PKA po roku funkcjonowania kierunku. Ministerstwo zastrzega, że jeśli w toku kontroli potwierdzi się, że niedociągnięcia kierunków bez pozytywnej opinii PKA nie zostały naprawione, będzie to podstawą do cofnięcia pozwolenia na prowadzenie studiów na tym kierunku. Resort nauki podkreśla jednak, że gdyby doszło do takiej sytuacji, studentom zostanie zapewniona alternatywa.

Prof. Gruchała: audyt po roku? To za późno
Prof. Marcin Gruchała, przewodniczący Konferencji Rektorów Akademickich Uczelni Medycznych (KRAUM) i rektor Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, mówi “Pulsowi Medycyny”, że informacje dotyczące nowo utworzonych w ostatnim czasie kierunków lekarskich bez pozytywnej opinii Polskiej Komisji Akredytacyjnej, jakie pojawiają się w przestrzeni informacyjnej, są póki co zdawkowe.

– Trudno na ich podstawie jednoznacznie wywnioskować, jakie są w tym zakresie plany Ministerstwa Zdrowia oraz resortu nauki na najbliższe miesiące czy tygodnie. Z jednej strony Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego informowało o planowanym audycie nowych kierunków lekarskich, które nie uzyskały akredytacji PKA, z drugiej nowe kierownictwo MZ zapewnia, że nie będą one wygaszane czy zamykane. Stanowisko KRAUM pozostaje w tym zakresie niezmienne: ze względu na liczne sygnały, napływające od studentów nowych kierunków lekarskich, mamy poważne wątpliwości, czy zachowana została należyta jakość kształcenia – mówi prof. Gruchała.

Jeśli zapadnie ostateczna decyzja o audycie kierunków lekarskich bez akredytacji PKA, to w ocenie prof. Gruchały powinien on zostać wykonany jak najszybciej.

– Zdecydowanie powinno mieć to miejsce wcześniej niż po roku funkcjonowania danego kierunku. Im dłużej będziemy zwlekać, tym większa będzie liczba osób studiujących lub zrekrutowanych na studia medyczne, a więc problem będzie narastał. Gdyby audyt wykazał konieczność zamknięcia któregoś z nowych kierunków lekarskich, uczelnie zrzeszone w KRAUM deklarują przyjęcie studentów z tych placówek. Studenci nie mogą ponosić negatywnych konsekwencji tego, że trafili na uczelnie niebędące w stanie spełnić wymogów określonych przez PKA i zapewnić odpowiednich standardów kształcenia – podkreśla prof. Gruchała.
Nie brakuje przy tym głosów, że progi umożliwiające przyjęcie na nowe kierunki lekarskie były niższe niż na uczelniach o ugruntowanej pozycji. Prof. Gruchała przypomina jednak, że są to młodzi ludzie, którzy zakwalifikowali się na studia.

– Są to osoby, które uzyskały status studentów, przechodząc przez proces rekrutacji, dzięki decyzjom podjętym przez państwowe instytucje – a te swoją powagą powinny gwarantować ich moc i ciągłość. Wraz ze statusem studenta uzyskały one więc prawo do dalszego kształcenia oraz jego weryfikacji według zasad jednolitych dla wszystkich uczelni – mówi rektor GUMed.

– Nawet jeśli taka decyzja zostałaby podjęta, nie sądzę, by zamknięte zostały wszystkie kierunki bez akredytacji PKA – są bowiem wśród nich takie, które z powodzeniem wdrażają działania naprawcze, tak aby spełnić standardy dotyczące jakości kształcenia – dodaje prof. Gruchała.

PKA zarzuca uczelniom głównie skromny dorobek naukowy kadry oraz braki w infrastrukturze
“Puls Medycyny” zwrócił się z prośbą o komentarz do trzech uczelni, które uruchomiły lub planują od kolejnego roku akademickiego kierunek lekarski, mimo że nie otrzymały pozytywnej opinii PKA: Politechniki Wrocławskiej, Akademii Tarnowskiej oraz Akademii Nauk Stosowanych w Nowym Sączu. Żadna z uczelni nie otrzymała jeszcze informacji o terminie ewentualnej kontroli. Politechnika Wrocławska spodziewa się ponownej oceny kierunku lekarskiego wiosną.

Dlaczego uczelniom odmówiono pozytywnej opinii PKA? W opublikowanej przez PKA uchwale Prezydium Komisji zarzuciło Politechnice Wrocławskiej, że uczelnia zaplanowała realizację niektórych zajęć w sposób utrudniający lub uniemożliwiający uzyskanie zaplanowanych efektów uczenia się. Chodzi np. o zajęcia z anatomii.

“Uczelnia wskazuje, że w planowanym programie studiów zapewni studentom kontakt z pacjentem już od pierwszych semestrów zajęć. Niemniej jednak każda obserwacja kliniczna w zakresie anatomii powinna być poprzedzona uzyskaniem wiedzy i umiejętności z tego zakresu podczas pracy na zwłokach i preparatach utrwalonych. Ponadto, zajęciom z anatomii prawidłowej z elementami anatomii topograficznej przypisano treści, które powinny być realizowane na zajęciach z histologii i cytofizjologii wskutek czego liczba godzin zajęć z anatomii prawidłowej z elementami anatomii topograficznej może być zbyt mała na uzyskanie zaplanowanych efektów uczenia się” – czytamy w uchwale PKA.

Jak zaznacza PKA, uczelnia nie przedstawiła też informacji o miejscu i organizacji zajęć w prosektorium. Inne zarzuty dotyczą kadry (w dużej mierze posiadającej dorobek w naukach innych niż medyczne), braku infrastruktury czy warunków rekrutacji. Według PKA istnieje ryzyko, że nie zapewniają one przyjęcia na studia osób posiadających odpowiednią wiedzę i umiejętności.

W przypadku Akademii Nauk Stosowanych w Nowym Sączu, jak informuje uczelnia, zarzuty dotyczyły przede wszystkim kadry, jej skromnego dorobku naukowego, albo niedostatecznego doświadczenia zawodowego. Zarzuty dotyczyły także niedostatecznej infrastruktury.

– W obu tych kwestach podjęliśmy działania naprawcze – zapewnia prodziekan Wydziału Lekarskiego i Nauk o Zdrowiu Akademii Nauk Stosowanych w Nowym Sączu dr n. o zdr. Urszula Cisoń-Apanasewicz.

Nabór na kierunek lekarski w Akademii Tarnowskiej planowo ma rozpocząć się wiosną latem 2023/2024. Studia na uczelni ma rozpocząć 60 osób.

– PKA wskazała kilka zarzutów, m.in.: nie prowadzenie przez pracowników Uczelni badań w dyscyplinie nauki medyczne, brak dołączonego do wniosku dziennika praktyk, nie wskazanie minimalnej liczby punktów (progu) podczas rekrutacji, czy brak podręczników (lub nieaktualne) w uczelnianej bibliotece. Ponadto wątpliwości PKA wzbudziły zbyt podobne efekty uczenia dla zajęć do wyboru: anatomii funkcjonalnej i anatomii palpacyjnej oraz braki w infrastrukturze. Część zarzutów straciła już moc w wyniku działań podjętych przez uczelnię. Prace nad usunięciem pozostałych zostały już ukończone – informuje Piotr Kopa, rzecznik Akademii Tarnowskiej.

Akademia Tarnowska: złożyliśmy wniosek o możliwość prowadzenia kierunku lekarskiego, bo jesteśmy do tego przygotowani
Czy uczelnie obawiają się wygaszenia już uruchomionych kierunków lekarskich lub tych, które mają rozpocząć rekrutację w nowym roku akademickim? Przedstawiciele tych, których poprosiliśmy o komentarz, zgodnie przyznają, że nie.
– Jesteśmy przygotowani do prowadzenia kierunku lekarskiego, w przeciwnym razie nie składalibyśmy wniosku o możliwość prowadzenia kształcenia na tym kierunku. Warto już na wstępie podkreślić, że zdecydowaliśmy się nie otwierać w tym roku akademickim naboru na ten kierunek z troski o jakość kształcenia, dobro studentów, a w konsekwencji także dobro pacjentów. Widząc jak duże kontrowersje towarzyszyły wdrażaniu tego projektu w innych ośrodkach uznaliśmy, że wszystko musi zostać dopięte na ostatni guzik aby rozwiać wszelkie ewentualne wątpliwości – mówi Piotr Kopa z Akademii Tarnowskiej.

Przypomina przy tym, że w przygotowaniach do uruchomienia kierunku lekarskiego Akademii Tarnowskiej pomaga nam to, że od ponad 20 uczelnia lat kształci na kierunkach medycznych (fizjoterapia, pielęgniarstwo, położnictwo).

– Mówimy o kierunkach bardzo dobrze ocenianych przez Polską Komisję Akredytacyjną, z doskonałą kadrą, bardzo dobrym zapleczem, których studenci zdobywają laury najbardziej prestiżowych konkursów wiedzy i doskonale radzą sobie na rynku pracy. Obecnie najistotniejszą dla nas kwestią jest przygotowywane porozumienie z wiodącym akademickim ośrodkiem medycznym, który objąłby nasz kierunek lekarski opieką merytoryczną. Rozmowy trwają, są zaawansowane i mamy nadzieję niebawem przekazać dobre informacje w tym względzie – dodaje Piotr Kopa.

Jak dodaje, uczelnia kończy prace związane z rozbudową infrastruktury: chodzi o nowy budynek dla Wydziału Lekarskiego, wnioskuje też o potrzebne dofinansowanie z KPO. Ponadto uczelnia skompletowała potrzebną kadrę i posiada porozumienia ze szpitalami z regionu, gdzie odbywałaby się część zajęć dydaktycznych i klinicznych.
Politechnika Wrocławska: zatrudniamy starannie dobraną i doświadczoną kadrę, spokojnie czekamy na audyt PKA

Na Politechnice Wrocławskiej medycynę studiuje 60 osób.

– Na potrzeby nowego wydziału zaadaptowaliśmy zabytkowy budynek przedwojennego wrocławskiego szpitala projektu Maxa Berga. Inwestycja objęła przygotowanie pomieszczeń i pracowni dydaktycznych, a także stworzenie nowoczesnego Centrum Symulacji Medycznej oraz kilku laboratoriów. Obecnie dysponujemy m.in. najnowocześniejszym w Polsce Laboratorium Mikroskopii Wirtualnej, w którym studenci uczą się histologii. (…) Nasi studenci mają w sumie dostęp do kilku milionów preparatów histologicznych – mówi dr hab. n. med. Dariusz Jagielski, prof. nadzw. PWr, dziekan Wydziału Medycznego PWr.

Uczelnia planuje też doposażenie kluczowych pracowni dydaktycznych w ramach dwóch katedr oraz wspomnianego Centrum Symulacji Medycznej. Dr Dariusz Jagielski informuje też, że od I semestru dla studentów prowadzone są zajęcia praktyczne w wielospecjalistycznych szpitalach partnerskich PWr.

– Na wydziale zatrudniliśmy i wciąż zatrudniamy starannie dobraną i bardzo doświadczoną kadrę medyczną. Np. nauki kliniczne prowadzone będą przez specjalistów większości specjalizacji medycznych. Aktualnie pracuje u nas 72 nauczycieli akademickich, w tym 13 profesorów tytularnych i 19 profesorów uczelni. Za chwilę zmodernizujemy i doposażymy siedem kolejnych pracowni, w tym pomieszczenia dla Katedry Nauk Przedklinicznych, Farmakologii i Diagnostyki Medycznej oraz Katedry Nauk Społecznych i Chorób Infekcyjnych – podkreśla dr Jagielski.

– Spodziewamy się, że kolejna ocena kierunku będzie przeprowadzona przez Polską Komisję Akredytacyjną jeszcze wiosną. Jesteśmy do niej dobrze przygotowani. Biorąc pod uwagę nasze zaangażowanie, skalę poczynionych inwestycji oraz podjęte działania, jesteśmy spokojni, że otrzymamy pozytywną ocenę PKA – dodaje.

Akademia Nauk Stosowanych w Nowym Sączu: staramy się o własne prosektorium
Na Wydziale Lekarskim i Nauk o Zdrowiu Akademii Nauk Stonowanych w Nowym Sączu w roku akademickim 2023/2024 naukę na kierunku lekarskim rozpoczęło 50 studentów.

– Podejmując decyzje o uruchomieniu kierunku lekarskiego dokładnie przeanalizowaliśmy czy nasza baza pozwala na osiągniecie efektów uczenia się przypisanych do tego kierunku. Podjęliśmy współpracę z np. z Uniwersytetem Radomskim, w którym znajduje się nowoczesne prosektorium i nasi studenci uczą się anatomii. Podpisaliśmy porozumienie z Intercardem sp. z o. o., w którym powstało nowoczesne Wirtualne Laboratorium Serca i Naczyń wyposażone w system urządzeń opartych o modelowanie i wizualizację 3D struktur anatomicznych, umożliwiające nauczanie anatomii poprzez cyfrową symulację obrazów na bazie preparatów medycznych, obrazów radiologicznych i użycia w czasie rzeczywistym urządzeń do obrazowania medycznego (np. USG). Jest to unikalny, nowatorski sposób nauczania anatomii, pozostając komplementarnym do tradycyjnego nauczania z zastosowaniem preparatów – mówi prodziekan Wydziału Lekarskiego i Nauk o Zdrowiu Akademii Nauk Stonowanych w Nowym Sączu dr n. o zdr. Urszula Cisoń-Apanasewicz.

Podkreśla przy tym, że system nie zastąpi tradycyjnej nauki z zastosowaniem preparatów, stanowi jednak wsparcie edukacyjne.
– Zintegrowane aplikacje do nauki anatomii powstałe w oparciu o anatomiczne modele 3D i realne badania obrazowe skanów ciał człowieka, umożliwiają wyświetlanie obrazów w realnej wielkości ciała i organów człowieka, również w formie wirtualnych stołów anatomicznych, czy wirtualnych sekcji – mówi.

Akademia Nauk Stosowanych w Nowym Sączu informuje również o zaplanowanym doposażaniu bazy dydaktycznej w sprzęt oraz jej rozbudowie. Nowy obiekt ma zostać oddany do użytku do końca 2025 r.
– Jednocześnie w celu przyspieszenia uruchomienia własnego prosektorium, (…) podjęto decyzję o lokalizacji prosektorium w istniejącym obiekcie dydaktycznym znajdującym się w Kampusie Dydaktyczno-Sportowym, gdzie również usytuowany jest Wydział Lekarski i Nauk o Zdrowiu. Podpisano umowę z firmą architektoniczną na wykonanie programu funcjonalno-użytkowego adaptacji istniejącego budynku ANS w Nowym Sączu na cele prosektorium – podkreśla dr n. o zdr. Urszula Cisoń-Apanasewicz.

Prace związane z adaptacją i wyposażeniem budynku mają rozpocząć się w II kwartale 2024. Oddanie prosektorium do użytku nastąpi najpóźniej do końca 2024 roku.
Emilia Grzela

źródło: infoWire, Puls Medycyny

Nowe dane, uzyskane w czasie czterech lat obserwacji, potwierdzają długoterminową skuteczność leku doustnego (risdiplamu) w leczeniu dzieci z najcięższą postacią rdzeniowego zaniku mięśni (SMA typu 1). To dane z badania klinicznego FIREFISH, które były przedstawiane podczas tegorocznego kongresu Cure SMA, odbywającego się na początku lipca w Orlando w USA. Jedną z prezentowanych pacjentek, uczestniczących w tym badaniu, była 5-letnia Zosia z Polski.
Badanie kliniczne FIREFISH było tzw. badaniem rejestracyjnym, co oznacza, że na podstawie uzyskanych w nim pozytywnych wyników Europejska Agencja Leków (EMA) dopuściła do stosowania w leczeniu rdzeniowego zaniku mięśni lek doustny – risdiplam. Do udziału w tym badaniu były kwalifikowane niemowlęta, które w chwili włączenia do próby klinicznej były pomiędzy 1. a 7. miesiącem życia. U wszystkich tych dzieci zdiagnozowano – za pomocą badań genetycznych – SMA typu 1, czyli najcięższą postać rdzeniowego zaniku mięśni.

Proces obumierania motoneuronów jest u pacjentów z SMA 1 gwałtowny i zaczyna się albo zaraz po urodzeniu albo nawet w okresie prenatalnym. Dlatego dzieci z typem 1 SMA przejawiają objawy choroby już w pierwszym półroczu życia. Historycznie, w naturalnym przebiegu choroby, czyli bez podania leczenia, te dzieci nigdy samodzielnie nie siedziały, 90% z nich wymagało przed ukończeniem 1. roku życia wsparcia respiratorowego oraz wsparcia żywieniowego, a wiele z nich umierało w ciągu pierwszych dwóch lat życia z powodu dużego osłabienia mięśni oddechowych i powikłań związanych z ciężkimi infekcjami płuc. SMA był do niedawna najczęstszą przyczyną śmierci niemowląt. To, że obecnie możemy leczyć rdzeniowy zanik mięśni i zatrzymywać postęp choroby jest wielkim przełomem i czymś, co napawa nas wielkim optymizmem” – mówi prof. dr hab. n. med. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska z Kliniki Neurologii Rozwojowej Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Neurologów Dziecięcych.

Poprawa funkcji motorycznych i opuszkowych
Badanie FIREFISH było badaniem jednoramiennym, co oznaczało, że wszystkie uczestniczące w nim dzieci otrzymywały leczenie risdiplamem. Skuteczność leku była mierzona za pomocą kilku parametrów, m.in. odsetkiem niemowląt, które potrafiły siedzieć samodzielnie, bez wsparcia. Zdolność samodzielnego siedzenia jest niezwykle istotnym kamieniem milowym w rozwoju ruchowym dzieci wcześniej nieosiągalnym dla tej grupy chorych. Okazało się, że po 24 miesiącach przyjmowania risdiplamu osiągnęło go 53% pacjentów, a po kolejnych 2 latach – 57% dzieci. To nigdy nie zdarzyłoby się w naturalnym przebiegu choroby, bez zastosowania leczenia. Ponadto po 48 miesiącach otrzymywania risdiplamu 67% dzieci kontrolowało i utrzymywało głowę (po 24 miesiącach odsetek ten wynosił 64%), 16% dzieci potrafiło stać z wykorzystaniem podpory (po 24 miesiącach było to 12%), a 12% osiągnęło nawet zdolność chodzenia przy wsparciu, co jest zupełnie niezwykłe dla dzieci z SMA typu 1 (po 24 miesiącach zdolność tę miało 2% dzieci uczestniczących w badaniu FIREFISH).

Czteroletnia obserwacja wykazała skuteczność risdiplamu nie tylko w odniesieniu do funkcji motorycznych, ale także tzw. funkcji opuszkowych. Funkcje opuszkowe to funkcje, za które odpowiada rdzeń przedłużony i odchodzące od niego nerwy opuszkowe. Są nimi oddychanie, przełykanie czy mówienie. Jak pokazują wyniki badania klinicznego FIREFISH, po 4 latach leczenia risdiplamem 96% dzieci z SMA typu 1 utrzymywało zdolność do samodzielnego połykania. To nie byłoby możliwe w naturalnym przebiegu tej choroby. Lepsza kontrola funkcji opuszkowych (czyli np. połykania) to większe bezpieczeństwo w trakcie przyjmowania płynów czy pokarmów. Aż 92% dzieci uczestniczących w badaniu FIREFISH było po 4 latach odżywianych doustnie, a 84% – wyłącznie doustnie” – podkreśla prof. dr hab. n. med. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska.

Potwierdzone bezpieczeństwo
Innym, ważnym parametrem ocenianym w badaniu FIREFISH była liczba hospitalizacji. W naturalnym przebiegu SMA1 często dochodzi do ciężkich infekcji, m.in. zapalenia płuc, i dzieci bardzo dużo czasu spędzają w szpitalu. Liczba hospitalizacji u nieleczonych dzieci z SMA 1 wynosi 4-8 na rok. Badanie FIREFISH pokazało, że dzięki leczeniu risdiplamem, liczba hospitalizacji spada około dwukrotnie – z 1,24 pacjento-rok w 12. miesiącu terapii doustnej do 0,63 pacjento-rok w 48. miesiącu leczenia.

W ciągu czterech lat trwania badania klinicznego risdiplamu FIREFISH, nie odnotowano zdarzeń niepożądanych związanych z leczeniem, które doprowadziłyby do przerwania leczenia lub wycofania się z badania. Co niezwykle ważne, częstość działań niepożądanych zmniejszyła się o 71%, jeśli porównano okres pierwszych 12 miesięcy leczenia z okresem między 36. a 48. miesiącem leczenia.

Szansa na samodzielność
Jednym z dzieci, które uczestniczyły w badaniu klinicznym FIREFISH jest Zosia z Polski. Jako niemowlę, Zosia była bardzo wiotka, nie kontrolowała głowy, nie poruszała nóżkami, a ruchy jej rąk były bardzo ograniczone. Do badania klinicznego i leczenia risdiplamem została zakwalifikowana w wieku czterech miesięcy. Dziś Zosia na pięć lat i potrafi sama usiąść, czworakować, w ortezach stać, stawiać samodzielne kroki, a nawet tańczyć! Jest szczęśliwym, wesołym przedszkolakiem.

Jesteśmy pewni, że bez leczenia Zosi dzisiaj by nie było. Leczenie uratowało jej życie, poprawiło komfort jej życia i dało ogromną szansę na samodzielność” – podkreśla Kinga Malicha, mama Zosi.
Doskonale pamiętam dzień, kiedy pojawił się u mnie tata Zosi i kategorycznie stwierdził, że jego córka musi być leczona. Na szczęście pacjentka spełniła wszystkie wymagane kryteria i wskaźniki kwalifikacji do badania klinicznego i mogła zacząć otrzymywać leczenie, które obarczone jest tylko i wyłącznie sukcesem. Zosia bardzo mocno poprawia się w rozwoju ruchowym, dlatego rokowania do jej samodzielności i niezależnego życia są bardzo pomyślne” – stwierdza prof. dr hab. n. med. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska.

Leczenie skuteczne także u dorosłych pacjentów
Leczenie risdiplamem jest od września ubiegłego roku refundowane w ramach poszerzonego, kompleksowego programu lekowego dla chorych na rdzeniowy zanik mięśni (B.102.FM). Do terapii tej kwalifikowani są pacjenci, którzy mają udokumentowane przeciwwskazania do podawania leku dokanałowego – zarówno dzieci, jak i osoby dorosłe.

W programie lekowym dostępne są wszystkie trzy aktualnie zarejestrowane terapie modyfikujące przebieg SMA. Do tego mamy w Polsce program badań przesiewowych, który pozwala wyryć tę chorobę u najmłodszych dzieci, zaraz po urodzeniu. U tych pacjentów najczęściej stosowana jest terapia genowa. Ale mamy w Polsce dużą grupę osób z SMA, które chorują już od jakiegoś czasu, w tym osoby dorosłe z różnymi postaciami SMA, także tymi mniej agresywnymi. Dla tych pacjentów przeznaczone jest leczenie dokanałowe i leczenie doustne. Podanie dokanałowe leku, poprzez punkcję lędźwiową, bardzo często jest jednak dużym problemem, bo wielu dorosłych pacjentów ma ogromne deformacje kręgosłupa, co bardzo utrudnia lub wręcz uniemożliwia wykonanie punkcji. Rozwiązaniem dla tych chorych jest leczenie za pomocą leku doustnego. Dzięki temu, że mamy obecnie możliwość stosowania terapii doustnej, bardzo poszerzyło się spektrum pacjentów z SMA, którzy mogą być z powodzeniem i skutecznie leczeni. Leczenie to pozwala ustabilizować objawy i zatrzymać rozwój choroby. Z naszej praktyki klinicznej wynika, że leczenie doustne jest dobrze tolerowane przez pacjentów” – podkreśla prof. dr hab. n. med. Jarosław Sławek, kierownik oddziału Neurologicznego i Udarowego Szpitala św. Wojciecha w Gdańsku, Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

źródło:ExpertPR

Jednym z obiegowych mitów jest to, że kawa może nam szkodzić. Otóż nie. Kawa pita w rozsądnej ilości, czyli między trzema a czterema filiżankami dziennie, wpływa bardzo korzystnie na nasze zdrowie i zdrowie naszego mikrobiomu jelitowego – mówi prof. Ewa Stachowska z Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego. Jak wskazuje, dzięki zawartości błonnika i polifenoli kawa pomaga utrzymać równowagę we florze bakteryjnej jelit. Szereg prowadzonych ostatnimi laty badań wykazał, że napar kawy może odegrać ważną rolę w profilaktyce wielu chorób cywilizacyjnych.
– Szereg badań i metaanaliz pokazuje, że napar kawy – choć raczej bez mleka – działa bardzo korzystnie na stan naszego zdrowia. Trzy–cztery filiżanki dobrze zaparzonej kawy na pewno nie zrobią nam żadnej krzywdy, a wręcz przeciwnie. To jest bardzo zdrowy napój – mówi agencji Newseria Biznes prof. Ewa Stachowska, kierownik Zakładu Żywienia Człowieka i Metabolomiki Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie.

Jak wynika z ubiegłorocznego badania Biostatu, zdecydowana większość – bo aż 79,7 proc. Polaków – pije kawę codziennie, zazwyczaj dwie–trzy filiżanki. Są jednak i tacy, którzy po kawę sięgają tylko dwa–trzy razy w tygodniu, ograniczając się tylko do jednej filiżanki dziennie. W odpowiedzi na pytanie, co jest barierą w spożywaniu większej ilości kawy, prawie połowa badanych (44,7 proc.) wyraża obawę, że może to mieć negatywne konsekwencje zdrowotne. Przez lata wokół kawy narosło bowiem wiele mitów, jak np. to, że powoduje odwodnienie organizmu, przyczynia się do nadciśnienia i zaburzeń rytmu serca, wypłukuje wapń i magnez albo powoduje dolegliwości układu pokarmowego, takie jak niestrawność, refluks czy zapalenie błony śluzowej żołądka. To dość popularne, ale jednak tylko mity.

 Badania naukowe pokazują, że jest wręcz odwrotnie. Kawa może być źródłem magnezu i jest korzystna nawet dla osób z nadciśnieniem tętniczym – mówi ekspertka. – Oczywiście są też przeciwwskazania. Niektórzy mają dysfunkcje żołądka, np. problemy z nadkwaśnością, i wtedy wyraźnie czują, że wypicie kawy im szkodzi. Dlatego oczywiście powinni z niej zrezygnować. Natomiast jeśli czujemy, że kawa jest dla nas korzystna, to nie ma przeciwwskazań.

Jak wskazuje, kawa nie wypłukuje magnezu, a wręcz może go w niewielkim stopniu uzupełniać, ponieważ zawiera ok. 8 mg magnezu na każde 100 mg. Nie wykazano również, aby jej napar w jakimkolwiek stopniu przyczyniał się do powstawania dolegliwości układu pokarmowego czy nadciśnienia albo odwodnienia organizmu. Wręcz przeciwnie, picie kawy jest jednym ze sposobów dostarczenia organizmowi płynów i nie ma wpływu na ogólną równowagę wodno-elektrolitową. Korzystnie wpływa również na mikrobiotę jelitową.

 Mikrobiota jelitowa pełni wiele bardzo istotnych funkcji, m.in. funkcję regulacyjną, ale w tym celu musi być prawidłowo dokarmiona żywnością bogatą w prebiotyki, błonnik, ale także polifenole – mówi prof. Ewa Stachowska. – Polifenole zawarte w kawie mają na nią pozytywny wpływ, ponieważ wspierają różnorodność i zwiększają liczebność tych bakterii, które są dla nas bardzo korzystne i produkują tzw. krótkołańcuchowe kwasy tłuszczowe, czyli np. maślan uszczelniający barierę jelitową. Krótko mówiąc, dla prawidłowego funkcjonowania jelit oraz mikrobioty jelitowej ważne jest to, aby nasza żywność była bardzo różnorodna i zawierała polifenole. A do tych najzdrowszych należą te, które są zawarte właśnie w kawie.

Według Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) bezpieczne dla zdrowia dzienne spożycie kofeiny to ok. 400 mg.

Jak wynika z danych zebranych w ramach programu edukacyjno-informacyjnego Kawa i Zdrowie, zaletą jej spożywania jest nie tylko pobudzenie i lepsza koncentracja, ale i profilaktyka wielu chorób, w tym neurodegradacyjnych. Zawarte w kawie kofeina, trigonellina i polifenole mogą się przyczynić do zmniejszenia ryzyka wystąpienia choroby Alzheimera o 65 proc. U osób pijących kawę rzadziej rozpoznaje się też zaburzenia poznawcze, a u kobiet rzadziej diagnozuje chorobę Parkinsona. Co istotne, badania wykazały, że od dwóch do pięciu filiżanek kawy dziennie może obniżyć ryzyko wystąpienia udaru mózgu o 22–25 proc. Picie kawy bez dodatku cukru może być też korzystne dla cukrzyków, ponieważ polifenole wykazują działanie przeciwzapalne i mogą poprawiać wrażliwość komórek na insulinę.

źródło: newseria

Jednym z obiegowych mitów jest to, że kawa może nam szkodzić. Otóż nie. Kawa pita w rozsądnej ilości, czyli między trzema a czterema filiżankami dziennie, wpływa bardzo korzystnie na nasze zdrowie i zdrowie naszego mikrobiomu jelitowego – mówi prof. Ewa Stachowska z Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego. Jak wskazuje, dzięki zawartości błonnika i polifenoli kawa pomaga utrzymać równowagę we florze bakteryjnej jelit. Szereg prowadzonych ostatnimi laty badań wykazał, że napar kawy może odegrać ważną rolę w profilaktyce wielu chorób cywilizacyjnych.
– Szereg badań i metaanaliz pokazuje, że napar kawy – choć raczej bez mleka – działa bardzo korzystnie na stan naszego zdrowia. Trzy–cztery filiżanki dobrze zaparzonej kawy na pewno nie zrobią nam żadnej krzywdy, a wręcz przeciwnie. To jest bardzo zdrowy napój – mówi agencji Newseria Biznes prof. Ewa Stachowska, kierownik Zakładu Żywienia Człowieka i Metabolomiki Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie.

Jak wynika z ubiegłorocznego badania Biostatu, zdecydowana większość – bo aż 79,7 proc. Polaków – pije kawę codziennie, zazwyczaj dwie–trzy filiżanki. Są jednak i tacy, którzy po kawę sięgają tylko dwa–trzy razy w tygodniu, ograniczając się tylko do jednej filiżanki dziennie. W odpowiedzi na pytanie, co jest barierą w spożywaniu większej ilości kawy, prawie połowa badanych (44,7 proc.) wyraża obawę, że może to mieć negatywne konsekwencje zdrowotne. Przez lata wokół kawy narosło bowiem wiele mitów, jak np. to, że powoduje odwodnienie organizmu, przyczynia się do nadciśnienia i zaburzeń rytmu serca, wypłukuje wapń i magnez albo powoduje dolegliwości układu pokarmowego, takie jak niestrawność, refluks czy zapalenie błony śluzowej żołądka. To dość popularne, ale jednak tylko mity.

 Badania naukowe pokazują, że jest wręcz odwrotnie. Kawa może być źródłem magnezu i jest korzystna nawet dla osób z nadciśnieniem tętniczym – mówi ekspertka. – Oczywiście są też przeciwwskazania. Niektórzy mają dysfunkcje żołądka, np. problemy z nadkwaśnością, i wtedy wyraźnie czują, że wypicie kawy im szkodzi. Dlatego oczywiście powinni z niej zrezygnować. Natomiast jeśli czujemy, że kawa jest dla nas korzystna, to nie ma przeciwwskazań.

Jak wskazuje, kawa nie wypłukuje magnezu, a wręcz może go w niewielkim stopniu uzupełniać, ponieważ zawiera ok. 8 mg magnezu na każde 100 mg. Nie wykazano również, aby jej napar w jakimkolwiek stopniu przyczyniał się do powstawania dolegliwości układu pokarmowego czy nadciśnienia albo odwodnienia organizmu. Wręcz przeciwnie, picie kawy jest jednym ze sposobów dostarczenia organizmowi płynów i nie ma wpływu na ogólną równowagę wodno-elektrolitową. Korzystnie wpływa również na mikrobiotę jelitową.

 Mikrobiota jelitowa pełni wiele bardzo istotnych funkcji, m.in. funkcję regulacyjną, ale w tym celu musi być prawidłowo dokarmiona żywnością bogatą w prebiotyki, błonnik, ale także polifenole – mówi prof. Ewa Stachowska. – Polifenole zawarte w kawie mają na nią pozytywny wpływ, ponieważ wspierają różnorodność i zwiększają liczebność tych bakterii, które są dla nas bardzo korzystne i produkują tzw. krótkołańcuchowe kwasy tłuszczowe, czyli np. maślan uszczelniający barierę jelitową. Krótko mówiąc, dla prawidłowego funkcjonowania jelit oraz mikrobioty jelitowej ważne jest to, aby nasza żywność była bardzo różnorodna i zawierała polifenole. A do tych najzdrowszych należą te, które są zawarte właśnie w kawie.

Według Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) bezpieczne dla zdrowia dzienne spożycie kofeiny to ok. 400 mg.

Jak wynika z danych zebranych w ramach programu edukacyjno-informacyjnego Kawa i Zdrowie, zaletą jej spożywania jest nie tylko pobudzenie i lepsza koncentracja, ale i profilaktyka wielu chorób, w tym neurodegradacyjnych. Zawarte w kawie kofeina, trigonellina i polifenole mogą się przyczynić do zmniejszenia ryzyka wystąpienia choroby Alzheimera o 65 proc. U osób pijących kawę rzadziej rozpoznaje się też zaburzenia poznawcze, a u kobiet rzadziej diagnozuje chorobę Parkinsona. Co istotne, badania wykazały, że od dwóch do pięciu filiżanek kawy dziennie może obniżyć ryzyko wystąpienia udaru mózgu o 22–25 proc. Picie kawy bez dodatku cukru może być też korzystne dla cukrzyków, ponieważ polifenole wykazują działanie przeciwzapalne i mogą poprawiać wrażliwość komórek na insulinę.

źródło: newseria

Nowe dane, uzyskane w czasie trzech lat obserwacji, potwierdzają długoterminową skuteczność leku doustnego w leczeniu dzieci z rdzeniowym zanikiem mięśni (SMA) typu 1. Dane te były prezentowane podczas tegorocznego kongresu Europejskiego Towarzystwa Neurologii Dziecięcej przez prof. dr hab. n. med. Marię Mazurkiewicz-Bełdzińską z Kliniki Neurologii Rozwojowej Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, przewodniczącą Polskiego Towarzystwa Neurologii Dziecięcej. Panią Profesor pytamy o szczegóły.
Dlaczego ważne jest, żeby leczenie rdzeniowego zaniku mięśni rozpocząć jak najszybciej?
Leczenie rdzeniowego zaniku mięśni polega na ochronie przed obumieraniem motoneuronów. W organizmach osób chorych na SMA brakuje białka SMN, które jest niezbędne do funkcjonowania motoneuronów.  Brak tego białka skutkuje obumieraniem motoneuronów i utratą funkcji mięśni, zarówno tych odpowiadających z ruch jak i za oddychanie i połykanie. Leczenie SMA polega na zapewnieniu organizmowi pacjenta białka SMN – poprzez działanie na gen SMN2 lub poprzez dostarczenie genu SMN1 na drodze terapii genowej. Im wcześniej zostanie podany lek, tym szybciej organizm zacznie produkować białko SMN i tym mniej motoneuronów obumrze. Co oczywiście przełoży się na mniejsze objawy choroby i lepszą sprawność pacjenta. Dlatego najlepiej jest wdrożyć leczenie, zanim pojawią się pierwsze objawy choroby, a idealnie – zanim dojdzie do procesu obumierania motoneuronów.

Risdiplam czyli pierwsza doustna terapia SMA został zarejestrowany do stosowania u dzieci i dorosłych z SMA w UE w marcu 2021 roku na podstawie wyników dwóch badań klinicznych: FIREFISH i SUNFISH. Jaką populację obejmuje badanie FIREFISH?
W próbie klinicznej FIREFISH biorą udział niemowlęta, które w chwili włączenia do badania były pomiędzy 1 a 7 miesiącem życia. Są to dzieci, u których w badaniach genetycznych zdiagnozowano SMA typu 1. To najcięższa postać rdzeniowego zaniku mięśni . Proces obumierania motoneuronów jest u pacjentów z SMA 1 gwałtowny i zaczyna się albo zaraz po urodzeniu albo nawet w okresie prenatalnym. Dlatego dzieci z typem 1 SMA przejawiają objawy choroby już w pierwszym półroczu życia. W naturalnym przebiegu choroby, czyli bez podania leczenia, te dzieci nigdy samodzielnie nie siedzą, 90% z nich wymaga przed ukończeniem 1. roku życia wsparcia respiratorowego, a wiele z nich umiera w ciągu pierwszych dwóch lat życia z powodu dużego osłabienia mięśni oddechowych i powikłań związanych z ciężkimi infekcjami płuc. Rdzeniowy zanik mięśni był do niedawna najczęstszą genetyczną przyczyną zgonów wśród niemowląt.

Jak wygląda przebieg badania FIREFISH?
Badanie FIREFISH było badaniem otwartym, co oznaczało, że wszystkie uczestniczące w nim dzieci otrzymywały leczenie risdiplamem. Badanie składało się z dwóch części: w części pierwszej dobierano dawkę leku, tak żeby była zarówno bezpieczna jak i skuteczna. Kluczowa była część druga badania, w której uczestniczyło 41 niemowląt z SMA 1, którym przez 2 lata podawano lek w postaci syropu. Skuteczność leku była mierzona odsetkiem niemowląt, które potrafiły siedzieć samodzielnie, bez wsparcia, przez co najmniej 5 sekund, po 12 i 24 miesiącach leczenia. Zdolność samodzielnego siedzenia jest niezwykle istotnym kamieniem milowym w rozwoju ruchowym dzieci wcześniej nieosiągalnym dla tej grupy chorych. Okazało się, że po 12 miesiącach przyjmowania risdiplamu osiągnęło go 29% pacjentów, a po kolejnych 12 miesiącach – 61% dzieci. To nigdy nie zdarzyłoby się w naturalnym przebiegu choroby, bez zastosowania leczenia. Ponadto po 24 miesiącach otrzymywania risdiplamu 44% dzieci siedziało samodzielnie przez co najmniej 30 sekund, 83% pacjentów nie wymagało stałej wentylacji mechanicznej, 95% – zachowało zdolność połykania, a 76% – było odżywianych wyłącznie doustnie. Kilka procent pacjentów osiągnęło nawet zdolność chodzenia, co jest zupełnie niezwykłe dla dzieci z SMA typu 1. Innym, ważnym parametrem ocenianym w badaniu FIREFISH była liczba hospitalizacji. W naturalnym przebiegu SMA1 często dochodzi do ciężkich infekcji, m.in. zapalenia płuc, i dzieci bardzo dużo czasu spędzają w szpitalu. Liczba hospitalizacji u nieleczonych dzieci z SMA 1 wynosi 4-8 na rok. Badanie FIREFISH pokazało, że dzięki leczeniu risdiplamem, liczba hospitalizacji istotnie spada, a 34% dzieci uczestniczących w tym badaniu nie wymagało ani jednej hospitalizacji w ciągu 2 lat terapii.

W maju podczas tegorocznego kongresu European Paediatric Neurology Society (EPNS) przedstawiała Pani wyniki z długoterminowej, trzyletniej obserwacji dzieci uczestniczących w badaniu FIREFISH? Co mówią te wyniki?
Po dwóch latach trwania części drugiej badania FIREFISH, przeszło ono w tzw. fazę przedłużoną. Pacjenci otrzymujący lek są nadal poddawani regularnej ocenie. Aktualnie mamy już dostępne wyniki po trzech latach podawania dzieciom z SMA 1 leku doustnego. Najważniejsze jest to, że dzieci co najmniej utrzymywały nabyte funkcje motoryczne, a u wielu z nich obserwowaliśmy w trzecim roku leczenia dalszą poprawę na wielu płaszczyznach, tj. w zakresie: zdolności do połykania, utrzymywania głowy w pozycji pionowej, samodzielnego siedzenia bez podparcia przez 5 i 30 sekund (tę zdolność uzyskało pomiędzy 24 a 36 miesiącem leczenia aż 19 dzieci), stania ze wsparciem oraz chodzenia z podtrzymywaniem. Odsetek hospitalizacji zmniejszył się z 1,24 hospitalizacji na pacjenta rocznie w ciągu pierwszych 12 miesięcy leczenia do 0,70 hospitalizacji rocznie w trzecim roku leczenia. Oznacza to, że risdiplam ma udowodnioną już, długoterminową skuteczność w zakresie poprawy przeżycia i osiągania kamieni milowych rozwoju ruchowego u niemowląt z typem 1 rdzeniowego zaniku mięśni. I co ważne, skuteczność leczenia risdiplamem rośnie wraz z czasem trwania terapii. Dzięki tej nowoczesnej terapii dzieci, nawet z najcięższą postacią SMA, mają szansę na lepszy rozwój.

Jakie działania niepożądane związane z leczeniem zaobserwowano w badaniu FIREFISH?
Nie było działań niepożądanych związanych z leczeniem, które spowodowały przerwanie terapii i wykluczenie któregoś pacjenta z badania. Najczęstszymi obserwowanymi zdarzeniami niepożądanymi były: gorączka, zakażenie górnych dróg oddechowych, zapalenie płuc, zaparcia, zapalenie nosogardzieli, biegunka, nieżyt nosa, wymioty i kaszel, czyli zdarzenia odzwierciedlające chorobę podstawową. U chorych z typem 1 SMA takie zdarzenia są bardzo częste, jednak w czasie leczenia risdiplamem ich częstość istotnie się zmniejszała – wskaźnik ciężkich zdarzeń niepożądanych zmniejszył się o 78% pomiędzy pierwszym a trzecim rokiem terapii.

Jakie cechy risdiplamu uważa Pani Profesor za szczególnie istotne?
Risdiplam jest nie tylko skuteczny i bezpieczny, co udowodniło badanie FIREFISH oraz inne badania tego leku, ale również jest wygodny w stosowaniu. To jedyny lek na SMA w formie zawiesiny, podawany doustnie i możliwy do przyjmowania w domu. Oznacza to, że pacjenci stosujący risdiplam nie wymagają hospitalizacji w specjalistycznych ośrodkach ani inwazyjnych zabiegów związanych z podawaniem leku. Podawanie leku w domu nie zaburza istotnie życia pacjentów i ich rodzin oraz redukuje obciążenia dla systemu opieki zdrowotnej.

Mimo, że rdzeniowy zanik mięśni jest chorobą rzadką, obecnie zarejestrowane są aż trzy terapie. Jak ważna jest dla pacjentów i lekarzy możliwość wyboru i indywidualizacji leczenia SMA?
Oczywiście jako lekarz chciałabym mieć możliwość wyboru terapii, którą uważam za najlepszą dla konkretnego pacjenta. Trzy obecnie zarejestrowane terapie rdzeniowego zaniku mięśni nie są tożsame i powinny być dostosowane do stanu zdrowia konkretnego chorego. Dostęp do wszystkich trzech terapii uważam za obecnie najbardziej palący problem i największe wyzwanie, jeśli chodzi o dalszą poprawę sytuacji pacjentów z SMA i ich rodzin w Polsce.
 
 
źródło: komunikat
Nowe dane, uzyskane w czasie trzech lat obserwacji, potwierdzają długoterminową skuteczność leku doustnego w leczeniu dzieci z rdzeniowym zanikiem mięśni (SMA) typu 1. Dane te były prezentowane podczas tegorocznego kongresu Europejskiego Towarzystwa Neurologii Dziecięcej przez prof. dr hab. n. med. Marię Mazurkiewicz-Bełdzińską z Kliniki Neurologii Rozwojowej Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, przewodniczącą Polskiego Towarzystwa Neurologii Dziecięcej. Panią Profesor pytamy o szczegóły.
Dlaczego ważne jest, żeby leczenie rdzeniowego zaniku mięśni rozpocząć jak najszybciej?
Leczenie rdzeniowego zaniku mięśni polega na ochronie przed obumieraniem motoneuronów. W organizmach osób chorych na SMA brakuje białka SMN, które jest niezbędne do funkcjonowania motoneuronów.  Brak tego białka skutkuje obumieraniem motoneuronów i utratą funkcji mięśni, zarówno tych odpowiadających z ruch jak i za oddychanie i połykanie. Leczenie SMA polega na zapewnieniu organizmowi pacjenta białka SMN – poprzez działanie na gen SMN2 lub poprzez dostarczenie genu SMN1 na drodze terapii genowej. Im wcześniej zostanie podany lek, tym szybciej organizm zacznie produkować białko SMN i tym mniej motoneuronów obumrze. Co oczywiście przełoży się na mniejsze objawy choroby i lepszą sprawność pacjenta. Dlatego najlepiej jest wdrożyć leczenie, zanim pojawią się pierwsze objawy choroby, a idealnie – zanim dojdzie do procesu obumierania motoneuronów.

Risdiplam czyli pierwsza doustna terapia SMA został zarejestrowany do stosowania u dzieci i dorosłych z SMA w UE w marcu 2021 roku na podstawie wyników dwóch badań klinicznych: FIREFISH i SUNFISH. Jaką populację obejmuje badanie FIREFISH?
W próbie klinicznej FIREFISH biorą udział niemowlęta, które w chwili włączenia do badania były pomiędzy 1 a 7 miesiącem życia. Są to dzieci, u których w badaniach genetycznych zdiagnozowano SMA typu 1. To najcięższa postać rdzeniowego zaniku mięśni . Proces obumierania motoneuronów jest u pacjentów z SMA 1 gwałtowny i zaczyna się albo zaraz po urodzeniu albo nawet w okresie prenatalnym. Dlatego dzieci z typem 1 SMA przejawiają objawy choroby już w pierwszym półroczu życia. W naturalnym przebiegu choroby, czyli bez podania leczenia, te dzieci nigdy samodzielnie nie siedzą, 90% z nich wymaga przed ukończeniem 1. roku życia wsparcia respiratorowego, a wiele z nich umiera w ciągu pierwszych dwóch lat życia z powodu dużego osłabienia mięśni oddechowych i powikłań związanych z ciężkimi infekcjami płuc. Rdzeniowy zanik mięśni był do niedawna najczęstszą genetyczną przyczyną zgonów wśród niemowląt.

Jak wygląda przebieg badania FIREFISH?
Badanie FIREFISH było badaniem otwartym, co oznaczało, że wszystkie uczestniczące w nim dzieci otrzymywały leczenie risdiplamem. Badanie składało się z dwóch części: w części pierwszej dobierano dawkę leku, tak żeby była zarówno bezpieczna jak i skuteczna. Kluczowa była część druga badania, w której uczestniczyło 41 niemowląt z SMA 1, którym przez 2 lata podawano lek w postaci syropu. Skuteczność leku była mierzona odsetkiem niemowląt, które potrafiły siedzieć samodzielnie, bez wsparcia, przez co najmniej 5 sekund, po 12 i 24 miesiącach leczenia. Zdolność samodzielnego siedzenia jest niezwykle istotnym kamieniem milowym w rozwoju ruchowym dzieci wcześniej nieosiągalnym dla tej grupy chorych. Okazało się, że po 12 miesiącach przyjmowania risdiplamu osiągnęło go 29% pacjentów, a po kolejnych 12 miesiącach – 61% dzieci. To nigdy nie zdarzyłoby się w naturalnym przebiegu choroby, bez zastosowania leczenia. Ponadto po 24 miesiącach otrzymywania risdiplamu 44% dzieci siedziało samodzielnie przez co najmniej 30 sekund, 83% pacjentów nie wymagało stałej wentylacji mechanicznej, 95% – zachowało zdolność połykania, a 76% – było odżywianych wyłącznie doustnie. Kilka procent pacjentów osiągnęło nawet zdolność chodzenia, co jest zupełnie niezwykłe dla dzieci z SMA typu 1. Innym, ważnym parametrem ocenianym w badaniu FIREFISH była liczba hospitalizacji. W naturalnym przebiegu SMA1 często dochodzi do ciężkich infekcji, m.in. zapalenia płuc, i dzieci bardzo dużo czasu spędzają w szpitalu. Liczba hospitalizacji u nieleczonych dzieci z SMA 1 wynosi 4-8 na rok. Badanie FIREFISH pokazało, że dzięki leczeniu risdiplamem, liczba hospitalizacji istotnie spada, a 34% dzieci uczestniczących w tym badaniu nie wymagało ani jednej hospitalizacji w ciągu 2 lat terapii.

W maju podczas tegorocznego kongresu European Paediatric Neurology Society (EPNS) przedstawiała Pani wyniki z długoterminowej, trzyletniej obserwacji dzieci uczestniczących w badaniu FIREFISH? Co mówią te wyniki?
Po dwóch latach trwania części drugiej badania FIREFISH, przeszło ono w tzw. fazę przedłużoną. Pacjenci otrzymujący lek są nadal poddawani regularnej ocenie. Aktualnie mamy już dostępne wyniki po trzech latach podawania dzieciom z SMA 1 leku doustnego. Najważniejsze jest to, że dzieci co najmniej utrzymywały nabyte funkcje motoryczne, a u wielu z nich obserwowaliśmy w trzecim roku leczenia dalszą poprawę na wielu płaszczyznach, tj. w zakresie: zdolności do połykania, utrzymywania głowy w pozycji pionowej, samodzielnego siedzenia bez podparcia przez 5 i 30 sekund (tę zdolność uzyskało pomiędzy 24 a 36 miesiącem leczenia aż 19 dzieci), stania ze wsparciem oraz chodzenia z podtrzymywaniem. Odsetek hospitalizacji zmniejszył się z 1,24 hospitalizacji na pacjenta rocznie w ciągu pierwszych 12 miesięcy leczenia do 0,70 hospitalizacji rocznie w trzecim roku leczenia. Oznacza to, że risdiplam ma udowodnioną już, długoterminową skuteczność w zakresie poprawy przeżycia i osiągania kamieni milowych rozwoju ruchowego u niemowląt z typem 1 rdzeniowego zaniku mięśni. I co ważne, skuteczność leczenia risdiplamem rośnie wraz z czasem trwania terapii. Dzięki tej nowoczesnej terapii dzieci, nawet z najcięższą postacią SMA, mają szansę na lepszy rozwój.

Jakie działania niepożądane związane z leczeniem zaobserwowano w badaniu FIREFISH?
Nie było działań niepożądanych związanych z leczeniem, które spowodowały przerwanie terapii i wykluczenie któregoś pacjenta z badania. Najczęstszymi obserwowanymi zdarzeniami niepożądanymi były: gorączka, zakażenie górnych dróg oddechowych, zapalenie płuc, zaparcia, zapalenie nosogardzieli, biegunka, nieżyt nosa, wymioty i kaszel, czyli zdarzenia odzwierciedlające chorobę podstawową. U chorych z typem 1 SMA takie zdarzenia są bardzo częste, jednak w czasie leczenia risdiplamem ich częstość istotnie się zmniejszała – wskaźnik ciężkich zdarzeń niepożądanych zmniejszył się o 78% pomiędzy pierwszym a trzecim rokiem terapii.

Jakie cechy risdiplamu uważa Pani Profesor za szczególnie istotne?
Risdiplam jest nie tylko skuteczny i bezpieczny, co udowodniło badanie FIREFISH oraz inne badania tego leku, ale również jest wygodny w stosowaniu. To jedyny lek na SMA w formie zawiesiny, podawany doustnie i możliwy do przyjmowania w domu. Oznacza to, że pacjenci stosujący risdiplam nie wymagają hospitalizacji w specjalistycznych ośrodkach ani inwazyjnych zabiegów związanych z podawaniem leku. Podawanie leku w domu nie zaburza istotnie życia pacjentów i ich rodzin oraz redukuje obciążenia dla systemu opieki zdrowotnej.

Mimo, że rdzeniowy zanik mięśni jest chorobą rzadką, obecnie zarejestrowane są aż trzy terapie. Jak ważna jest dla pacjentów i lekarzy możliwość wyboru i indywidualizacji leczenia SMA?
Oczywiście jako lekarz chciałabym mieć możliwość wyboru terapii, którą uważam za najlepszą dla konkretnego pacjenta. Trzy obecnie zarejestrowane terapie rdzeniowego zaniku mięśni nie są tożsame i powinny być dostosowane do stanu zdrowia konkretnego chorego. Dostęp do wszystkich trzech terapii uważam za obecnie najbardziej palący problem i największe wyzwanie, jeśli chodzi o dalszą poprawę sytuacji pacjentów z SMA i ich rodzin w Polsce.
 
 
źródło: komunikat
Niewydolność serca diagnozowana jest w Polsce w bardziej zaawansowanych stadiach niż w innych rozwiniętych krajach Europy. Polska ma także najwyższy wśród krajów OECD wskaźnik hospitalizacji związanych z tym schorzeniem. W naszym kraju udoskonalenia wymaga profilaktyka pierwotna i wtórna oraz etap następujący po terapii stanów ostrych, czyli leczenie przewlekłe. Nie ma wątpliwości, że warto i można stan opieki kardiologicznej w Polsce efektywnie zmieniać. To możliwe często przy już dostępnych zasobach i wiedzy – mówi dr n. med. Szymon Budrejko z Kliniki Kardiologii i Elektroterapii Serca Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, członek Zarządu Sekcji Rytmu Serca Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego.
Komentarz eksperta

Na początku warto przypomnieć, że niewydolność serca to nie tyle jedna choroba, co kliniczny zespół różnych objawów, który polega na tym, że u pacjenta występują różne mechanizmy sprawiające, że serce staje się niewydolne. Oznacza to, że organ nie jest w stanie prawidłowo pełnić swojej funkcji: nie jest w stanie dostarczyć wystarczającej ilości krwi i tlenu do wszystkich narządów organizmu. Taki stan może wynikać z różnych chorób lub zaburzeń czynności serca.

Do niewydolności serca może prowadzić upośledzenie funkcji skurczowej serca, czyli zdolności do pompowania krwi przez serce i upośledzenie funkcji rozkurczowej, czyli upośledzenie elastyczności serca prowadzące do zaburzenia jego funkcjonowania. Główną przyczyną niewydolności serca jeśli chodzi o inne schorzenia kardiologiczne jest choroba wieńcowa i przebyty zawał serca, ale także wady zastawkowe, kardiomiopatie genetyczne czy pozapalne. Do rozwoju niewydolności serca mogą prowadzić także schorzenia ogólnoustrojowe. W tym zakresie czynnikami ryzyka są między innymi: nadciśnienie tętnicze, cukrzyca, miażdżyca. Rzadziej do rozwoju niewydolności serca prowadzą sytuacje szczególne, takie jak uszkodzenia toksyczne, na przykład polekowe, które mogą wystąpić u pacjentów onkologicznych leczonych chemioterapią toksyczną dla serca.

Do najczęstszych objawów niewydolności serca należą: duszność, męczliwość i obrzęki obwodowe. Do mniej specyficznych symptomów należą ogólne osłabienie i kaszel. Te ostatnie objawy bywają dla chorych mylące. Pacjenci rzadko wiążą je ze stanem serca, podejrzewając u siebie raczej schorzenia płuc czy, szerzej, górnych dróg oddechowych. W czasie pandemii COVID-19 objawy zakażenia koronawirusem ale także powikłań infekcji mogą dodatkowo komplikować rozpoznanie, a dodatkowo istotnie wpływać na pogorszenie stanu serca.

Chociaż mówi się wiele o rosnącej skali zachorowań na niewydolność serca, rzadko zdajemy sobie sprawę, że to schorzenie jest główną pojedynczą przyczyną zgonów w Polsce[1]. Chociaż to choroby onkologiczne kojarzą się powszechnie z najczęstszymi przyczynami zgonów, to w pierwszej czwórce tego zestawienia znajdują się w naszym kraju właśnie choroby układu krążenia: niewydolność serca, miażdżyca i choroba wieńcowa oraz zawał serca. Dopiero na kolejnym miejscu znajduje się rak płuca.

Niewydolność serca to bez wątpienia poważny problem zdrowotny, ale także społeczny. Z powodu tego klinicznego zespołu objawów w Polsce umiera rocznie 140 tys. osób[2]. W jednej trzeciej przypadków niewydolność serca jest bezpośrednią przyczyną zgonu, w pozostałych przypadkach – istotnym zespołem towarzyszącym innym chorobom.

Liczba pacjentów z niewydolnością serca stale wzrasta. Szacuje się, że obecnie w Polsce schorzenie to dotyczy 1,2 miliona osób – nieco ponad co trzydziestego mieszkańca naszego kraju. Niewydolność serca to schorzenie przewlekłe, które wymaga stałego leczenia, w tym także hospitalizacji. Istotne, że to właśnie hospitalizacje stanowią główny koszt leczenia niewydolności serca w Polsce.

Niewydolność serca jest schorzeniem nieuleczalnym. Szacuje się, że w ciągu pięciu lat od rozpoznania umiera 40 proc. pacjentów. Na szczęście z dekady na dekadę obserwuje się poprawę i wydłużenie czasu przeżycia chorych. Znaczącym wsparciem w tym zakresie jest rozwój różnych technologii terapeutycznych.

Ciekawym paradoksem jest fakt, że postęp w dziedzinie kardiologii z jednej stronie pomaga skuteczniej ratować i przedłużać życie chorych w fazie ostrej, na przykład u pacjentów z zawałem serca, ale z drugiej strony przebyty zawał prowadzi do przewlekłej fazy upośledzenia czynności serca i w dłuższej perspektywie przyczynia się do rozwoju niewydolności serca.

Niewydolność serca diagnozowana jest w naszym kraju stosunkowo późno, w bardziej zaawansowanych stadiach niż w innych rozwiniętych krajach Europy[3]. Niestety, Polska ma także najwyższy wśród krajów OECD wskaźnik hospitalizacji związanych z niewydolnością serca: 500 hospitalizacji na 100 tys. mieszkańców, gdy tymczasem średnia europejska wynosi 200-250 hospitalizacji na 100 tys. mieszkańców.[4] W Polsce wysoki jest także wskaźnik śmiertelności z powodu niewydolności serca[5]. Nie ma wątpliwości, że warto i można ten stan zmieniać.

Od wielu lat eksperci Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego podkreślają, że kluczowym aspektem na drodze do poprawy sytuacji w obszarze niewydolności serca w Polsce jest uporządkowanie i zmodyfikowanie systemu opieki kardiologicznej. O ile w stanach nagłych, związanych z bezpośrednim zagrożeniem życia, opieka jest zorganizowana i funkcjonuje bez zastrzeżeń, to wyzwania rozpoczynają się wcześniej i później: na etapie profilaktyki pierwotnej oraz wtórnej i leczenia przewlekłego.

W zakresie profilaktyki warto prowadzić różne akcje świadomościowe nakierowane na skuteczną prewencję pierwotną i wtórną schorzeń sercowo-naczyniowych. Chodzi o to, by jak najmniej osób było narażonych na modyfikowalne czynniki ryzyka chorób kardiologicznych, w tym niewydolności serca, a z drugiej strony, aby osoby, które stają się już pacjentami kardiologicznymi, znały wpływ zdrowego stylu życia i przestrzegania zaleceń terapeutycznych na stan swojego serca, ale i całego organizmu.

Nie ma wątpliwości, że warto poprawiać suboptymalny dziś dostęp do opieki ambulatoryjnej, w tym do lekarza rodzinnego i kardiologa oraz różnych form badań, terapii i form opieki zgodnych z aktualną wiedzą medyczną, to jest zawartych w aktualnych wytycznych naukowych.

Ważnym aspektem jest stałe monitorowanie stanu pacjenta, w tym samomonitorowanie swojego stanu zdrowia przez chorego. Najistotniejszymi aspektami są: stałe monitorowanie regularnego przyjmowania zaleconej terapii, kontrola parametrów takich jak puls i ciśnienie tętnicze krwi, obserwacja pod kątem wystąpienia obrzęków mogących świadczyć o przewodnieniu organizmu i zaostrzeniu niewydolności serca. Istotne są regularne badania laboratoryjne a w przypadku pacjentów z urządzeniami wszczepialnymi implantowanymi w ramach terapii arytmii optymalny dostęp do telemonitoringu układów wszczepialnych. Nie są to kwestie nowe, ale z pewnością wymagające usystematyzowania, które przełożyłoby się na poprawę ich dostępności i stosowania.

Celem postulowanych przez Polskie Towarzystwo Kardiologiczne zmian jest umożliwienie wczesnej diagnostyki, wypracowanie systemu efektywnej opieki i kontroli stanu pacjenta, która w razie potrzeby będzie umożliwiała wczesną reakcję na ewentualne nieprawidłowości. Wiadomo, że w przypadku wczesnych objawów zaostrzenia niewydolności serca modyfikacja zaleconej farmakoterapii wraz z ewentualnymi dodatkowymi zaleceniami dotyczącymi stylu życia może skutecznie uchronić pacjentów przed hospitalizacją.

Środowisko kardiologiczne zaproponowało kilka lat temu założenia programu pt. „Kompleksowa Opieka nad Osobami z Niewydolnością Serca” – KONS. Program jest potrzebny w pełnym zakresie i w skali ogólnopolskiej – dziś różnice w poziomie dostępności opieki pomiędzy dużymi miastami a mniejszymi miejscowościami bywają znaczące. Dodatkowym argumentem przemawiającym za wdrożeniem programu KONS jest fakt, że sytuację chorych kardiologicznie dodatkowo pogorszyła pandemia COVID-19. Dostęp do konsultacji medycznych i właściwej opieki stał się jeszcze bardziej ograniczony.

Zmiany o charakterze administracyjno-organizacyjnym można często prowadzić przy dostępnych już zasobach i wiedzy. Warto wdrażać takie działania. Wiadomo, że poprawią efektywność opieki kardiologicznej, jakość życia i rokowanie pacjentów.
 

[1] Główny Urząd Statystyczny

[3] Sierpiński et al. 10 year trends in hospitalization rates due to heart failure and related in-hospital mortality in Poland (2010-2019), ESC Heart Fail. 2020 Oct 22;7(6):3365-3373. doi: 10.1002/ehf2.13060., np. Sosnowska-Pasiarska et al. Kardiol Pol. 2013;71(3):234-40. doi: 10.5603/KP.2013.0034.

Population of Polish patients participating in the Heart Failure Pilot Survey (ESC-HF Pilot)

Polskie Towarzystwo Kardiologiczne (2016): Niewydolność serca w Polsce – raport 2016, materiały informacyjne Sekcji Niewydolności Serca PTK, http://www.niewydolnosc- serca.pl/barometr.

Straburzyńska-Migaj E., Nessler J., Gackowski A., Rozentryt P. (2016): Niewydolność serca w Polsce – raport 2016. Materiały informacyjne Sekcji Niewydolności Serca PTK.

Niewydolność serca w Polsce. Realia, koszty, sugestie poprawy sytuacji. Porozumienie organizacji kardiologicznych Razem dla Serca. 2020.

[5] Nessler J., Kozierkiewicz A., Gackowski A. et al. (2019): Projekt pilotażowy Kompleksowej Opieki nad Osobami z Niewydolnością Serca – punkt wyjścia i spodziewane rezultaty. Kariologia Polska 2019, artykuł specjalny.

Straburzyńska-Migaj E., Nessler J., Gackowski A., Rozentryt P. (2016): Niewydolność serca w Polsce – raport 2016. Materiały informacyjne Sekcji Niewydolności Serca PTK.

źrodło: SRS PTK

Niewydolność serca diagnozowana jest w Polsce w bardziej zaawansowanych stadiach niż w innych rozwiniętych krajach Europy. Polska ma także najwyższy wśród krajów OECD wskaźnik hospitalizacji związanych z tym schorzeniem. W naszym kraju udoskonalenia wymaga profilaktyka pierwotna i wtórna oraz etap następujący po terapii stanów ostrych, czyli leczenie przewlekłe. Nie ma wątpliwości, że warto i można stan opieki kardiologicznej w Polsce efektywnie zmieniać. To możliwe często przy już dostępnych zasobach i wiedzy – mówi dr n. med. Szymon Budrejko z Kliniki Kardiologii i Elektroterapii Serca Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, członek Zarządu Sekcji Rytmu Serca Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego.
Komentarz eksperta

Na początku warto przypomnieć, że niewydolność serca to nie tyle jedna choroba, co kliniczny zespół różnych objawów, który polega na tym, że u pacjenta występują różne mechanizmy sprawiające, że serce staje się niewydolne. Oznacza to, że organ nie jest w stanie prawidłowo pełnić swojej funkcji: nie jest w stanie dostarczyć wystarczającej ilości krwi i tlenu do wszystkich narządów organizmu. Taki stan może wynikać z różnych chorób lub zaburzeń czynności serca.

Do niewydolności serca może prowadzić upośledzenie funkcji skurczowej serca, czyli zdolności do pompowania krwi przez serce i upośledzenie funkcji rozkurczowej, czyli upośledzenie elastyczności serca prowadzące do zaburzenia jego funkcjonowania. Główną przyczyną niewydolności serca jeśli chodzi o inne schorzenia kardiologiczne jest choroba wieńcowa i przebyty zawał serca, ale także wady zastawkowe, kardiomiopatie genetyczne czy pozapalne. Do rozwoju niewydolności serca mogą prowadzić także schorzenia ogólnoustrojowe. W tym zakresie czynnikami ryzyka są między innymi: nadciśnienie tętnicze, cukrzyca, miażdżyca. Rzadziej do rozwoju niewydolności serca prowadzą sytuacje szczególne, takie jak uszkodzenia toksyczne, na przykład polekowe, które mogą wystąpić u pacjentów onkologicznych leczonych chemioterapią toksyczną dla serca.

Do najczęstszych objawów niewydolności serca należą: duszność, męczliwość i obrzęki obwodowe. Do mniej specyficznych symptomów należą ogólne osłabienie i kaszel. Te ostatnie objawy bywają dla chorych mylące. Pacjenci rzadko wiążą je ze stanem serca, podejrzewając u siebie raczej schorzenia płuc czy, szerzej, górnych dróg oddechowych. W czasie pandemii COVID-19 objawy zakażenia koronawirusem ale także powikłań infekcji mogą dodatkowo komplikować rozpoznanie, a dodatkowo istotnie wpływać na pogorszenie stanu serca.

Chociaż mówi się wiele o rosnącej skali zachorowań na niewydolność serca, rzadko zdajemy sobie sprawę, że to schorzenie jest główną pojedynczą przyczyną zgonów w Polsce[1]. Chociaż to choroby onkologiczne kojarzą się powszechnie z najczęstszymi przyczynami zgonów, to w pierwszej czwórce tego zestawienia znajdują się w naszym kraju właśnie choroby układu krążenia: niewydolność serca, miażdżyca i choroba wieńcowa oraz zawał serca. Dopiero na kolejnym miejscu znajduje się rak płuca.

Niewydolność serca to bez wątpienia poważny problem zdrowotny, ale także społeczny. Z powodu tego klinicznego zespołu objawów w Polsce umiera rocznie 140 tys. osób[2]. W jednej trzeciej przypadków niewydolność serca jest bezpośrednią przyczyną zgonu, w pozostałych przypadkach – istotnym zespołem towarzyszącym innym chorobom.

Liczba pacjentów z niewydolnością serca stale wzrasta. Szacuje się, że obecnie w Polsce schorzenie to dotyczy 1,2 miliona osób – nieco ponad co trzydziestego mieszkańca naszego kraju. Niewydolność serca to schorzenie przewlekłe, które wymaga stałego leczenia, w tym także hospitalizacji. Istotne, że to właśnie hospitalizacje stanowią główny koszt leczenia niewydolności serca w Polsce.

Niewydolność serca jest schorzeniem nieuleczalnym. Szacuje się, że w ciągu pięciu lat od rozpoznania umiera 40 proc. pacjentów. Na szczęście z dekady na dekadę obserwuje się poprawę i wydłużenie czasu przeżycia chorych. Znaczącym wsparciem w tym zakresie jest rozwój różnych technologii terapeutycznych.

Ciekawym paradoksem jest fakt, że postęp w dziedzinie kardiologii z jednej stronie pomaga skuteczniej ratować i przedłużać życie chorych w fazie ostrej, na przykład u pacjentów z zawałem serca, ale z drugiej strony przebyty zawał prowadzi do przewlekłej fazy upośledzenia czynności serca i w dłuższej perspektywie przyczynia się do rozwoju niewydolności serca.

Niewydolność serca diagnozowana jest w naszym kraju stosunkowo późno, w bardziej zaawansowanych stadiach niż w innych rozwiniętych krajach Europy[3]. Niestety, Polska ma także najwyższy wśród krajów OECD wskaźnik hospitalizacji związanych z niewydolnością serca: 500 hospitalizacji na 100 tys. mieszkańców, gdy tymczasem średnia europejska wynosi 200-250 hospitalizacji na 100 tys. mieszkańców.[4] W Polsce wysoki jest także wskaźnik śmiertelności z powodu niewydolności serca[5]. Nie ma wątpliwości, że warto i można ten stan zmieniać.

Od wielu lat eksperci Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego podkreślają, że kluczowym aspektem na drodze do poprawy sytuacji w obszarze niewydolności serca w Polsce jest uporządkowanie i zmodyfikowanie systemu opieki kardiologicznej. O ile w stanach nagłych, związanych z bezpośrednim zagrożeniem życia, opieka jest zorganizowana i funkcjonuje bez zastrzeżeń, to wyzwania rozpoczynają się wcześniej i później: na etapie profilaktyki pierwotnej oraz wtórnej i leczenia przewlekłego.

W zakresie profilaktyki warto prowadzić różne akcje świadomościowe nakierowane na skuteczną prewencję pierwotną i wtórną schorzeń sercowo-naczyniowych. Chodzi o to, by jak najmniej osób było narażonych na modyfikowalne czynniki ryzyka chorób kardiologicznych, w tym niewydolności serca, a z drugiej strony, aby osoby, które stają się już pacjentami kardiologicznymi, znały wpływ zdrowego stylu życia i przestrzegania zaleceń terapeutycznych na stan swojego serca, ale i całego organizmu.

Nie ma wątpliwości, że warto poprawiać suboptymalny dziś dostęp do opieki ambulatoryjnej, w tym do lekarza rodzinnego i kardiologa oraz różnych form badań, terapii i form opieki zgodnych z aktualną wiedzą medyczną, to jest zawartych w aktualnych wytycznych naukowych.

Ważnym aspektem jest stałe monitorowanie stanu pacjenta, w tym samomonitorowanie swojego stanu zdrowia przez chorego. Najistotniejszymi aspektami są: stałe monitorowanie regularnego przyjmowania zaleconej terapii, kontrola parametrów takich jak puls i ciśnienie tętnicze krwi, obserwacja pod kątem wystąpienia obrzęków mogących świadczyć o przewodnieniu organizmu i zaostrzeniu niewydolności serca. Istotne są regularne badania laboratoryjne a w przypadku pacjentów z urządzeniami wszczepialnymi implantowanymi w ramach terapii arytmii optymalny dostęp do telemonitoringu układów wszczepialnych. Nie są to kwestie nowe, ale z pewnością wymagające usystematyzowania, które przełożyłoby się na poprawę ich dostępności i stosowania.

Celem postulowanych przez Polskie Towarzystwo Kardiologiczne zmian jest umożliwienie wczesnej diagnostyki, wypracowanie systemu efektywnej opieki i kontroli stanu pacjenta, która w razie potrzeby będzie umożliwiała wczesną reakcję na ewentualne nieprawidłowości. Wiadomo, że w przypadku wczesnych objawów zaostrzenia niewydolności serca modyfikacja zaleconej farmakoterapii wraz z ewentualnymi dodatkowymi zaleceniami dotyczącymi stylu życia może skutecznie uchronić pacjentów przed hospitalizacją.

Środowisko kardiologiczne zaproponowało kilka lat temu założenia programu pt. „Kompleksowa Opieka nad Osobami z Niewydolnością Serca” – KONS. Program jest potrzebny w pełnym zakresie i w skali ogólnopolskiej – dziś różnice w poziomie dostępności opieki pomiędzy dużymi miastami a mniejszymi miejscowościami bywają znaczące. Dodatkowym argumentem przemawiającym za wdrożeniem programu KONS jest fakt, że sytuację chorych kardiologicznie dodatkowo pogorszyła pandemia COVID-19. Dostęp do konsultacji medycznych i właściwej opieki stał się jeszcze bardziej ograniczony.

Zmiany o charakterze administracyjno-organizacyjnym można często prowadzić przy dostępnych już zasobach i wiedzy. Warto wdrażać takie działania. Wiadomo, że poprawią efektywność opieki kardiologicznej, jakość życia i rokowanie pacjentów.
 

[1] Główny Urząd Statystyczny

[3] Sierpiński et al. 10 year trends in hospitalization rates due to heart failure and related in-hospital mortality in Poland (2010-2019), ESC Heart Fail. 2020 Oct 22;7(6):3365-3373. doi: 10.1002/ehf2.13060., np. Sosnowska-Pasiarska et al. Kardiol Pol. 2013;71(3):234-40. doi: 10.5603/KP.2013.0034.

Population of Polish patients participating in the Heart Failure Pilot Survey (ESC-HF Pilot)

Polskie Towarzystwo Kardiologiczne (2016): Niewydolność serca w Polsce – raport 2016, materiały informacyjne Sekcji Niewydolności Serca PTK, http://www.niewydolnosc- serca.pl/barometr.

Straburzyńska-Migaj E., Nessler J., Gackowski A., Rozentryt P. (2016): Niewydolność serca w Polsce – raport 2016. Materiały informacyjne Sekcji Niewydolności Serca PTK.

Niewydolność serca w Polsce. Realia, koszty, sugestie poprawy sytuacji. Porozumienie organizacji kardiologicznych Razem dla Serca. 2020.

[5] Nessler J., Kozierkiewicz A., Gackowski A. et al. (2019): Projekt pilotażowy Kompleksowej Opieki nad Osobami z Niewydolnością Serca – punkt wyjścia i spodziewane rezultaty. Kariologia Polska 2019, artykuł specjalny.

Straburzyńska-Migaj E., Nessler J., Gackowski A., Rozentryt P. (2016): Niewydolność serca w Polsce – raport 2016. Materiały informacyjne Sekcji Niewydolności Serca PTK.

źrodło: SRS PTK