Medicalpress
Kuchnie w polskich szkołach będą się musiały od września bardziej otworzyć na dietę roślinną. Wprowadzona zarządzeniem szefowej resortu zdrowia zmiana wpisuje się w rosnący trend ograniczania spożycia mięsa, ale wymaga też edukacji, szkoleń personelu oraz odpowiedniego bilansowania diety dzieci. Dieta roślinna pozwala zmniejszyć ryzyko rozwoju chorób sercowo-naczyniowych, ale nieprawidłowo zaplanowana i wdrożona może doprowadzić do niedoborów ważnych składników. Eksperci podkreślają tymczasem, że dieta bezmięsna to tak naprawdę nie do końca „nowy trend” – jest mocno zapisana w polskiej tradycji kulinarnej.

– Od 1 września w Polsce w szkołach w jeden dzień w tygodniu będą posiłki oparte na diecie roślinnej. Będzie to w pewien sposób dotykało nas wszystkich. Warto poczytać o tej diecie i pewnym trendzie, który się pojawi – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria Katarzyna Gubała, ekspertka kuchni roślinnej.

Mowa o podpisanym w połowie lutego przez minister zdrowia Jolantę Sobierańską-Grendę rozporządzeniu tzw. sklepikowym. Zgodnie z nim od nowego roku szkolnego w jadłospisach stołówek co najmniej raz w tygodniu ma się pojawić posiłek obiadowy w pełni roślinny na bazie nasion roślin strączkowych. Oprócz tego w żywieniu zbiorowym ma być preferowane podawanie do picia wody, a co najmniej dwa razy w tygodniu zupy będą przygotowywane na wywarach warzywnych. Rozporządzenie nakazuje też zwrócenie uwagi na produkty sezonowe i lokalne, możliwość zamiany produktów mlecznych ich roślinnymi odpowiednikami oraz podkreślenie roli produktów zbożowych pełnoziarnistych.

– Na pewno będzie to ciekawe z punktu widzenia dzieci, które będą sobie spróbować dań opartych na roślinach, np. na fasoli, soczewicy, ciecierzycy. Nie zawsze są to produkty, które na co dzień dzieci jedzą, a to jest główne źródło białka. Często się śmieję, że nasze babcie i dziadkowie tak jedli: fasolę, ziemniaki, kaszę. Tym nasycali własny organizm, a mięso jedli raz na tydzień. Wracamy z tym trendem do szkół. Dzieciaki będą próbowały zjeść coś zupełnie innego, pytanie, czy będą chciały próbować kuchni roślinnej, ale to jest zupełnie inny problem – mówi ekspertka.

Dotarcie ze smakami do gustów najmłodszych konsumentów nie będzie jedynym wyzwaniem, jakie będą mieli zarządzający stołówkami. Zmiana jadłospisów będzie wymagała również przeszkolenia personelu.

– Stąd szkolenia, przede wszystkim dla stołówek szkolnych, intendentek, kucharek i kucharzy, żeby tak przygotować te dania, żeby dzieci chciały tego spróbować, jak fasola, ciecierzyca czy soczewica będzie smakować i w jaką stronę będą chciały dalej iść ze swoim odżywianiem – tłumaczy Katarzyna Gubała.

Z uwagi na to Fundacja ProVeg startuje z programem „Szkoła na roślinach”. Ma to być kompleksowe wsparcie dla szkół i przedszkoli we wprowadzaniu pełnowartościowych posiłków roślinnych do codziennego żywienia. Jak czytamy na stronie internetowej fundacji, program oferuje kompleksowe wsparcie dla placówek – od szkoleń dla personelu kuchennego i intendentek, przez materiały edukacyjne i komunikacyjne, po działania edukacyjne skierowane do całych społeczności szkolnych. Fundacja przekonuje, że takie wsparcie pozwoli szkołom stopniowo i w sposób przystępny wdrażać zbilansowane menu roślinne, odpowiadające na potrzeby zdrowotne, środowiskowe i społeczne współczesnej edukacji.

Zdaniem ekspertów mówiąc o „społeczności szkolnej”, należy pamiętać, że tworzą ją również rodzice i opiekunowie, a to oni odpowiadają za układanie jadłospisów w domu. Przejście na potrawy jarskie jest często inicjatywą płynącą ze strony ich dorastających pociech. Z badania przeprowadzonego na Polakach w wieku 15–29 lat, którego wyniki zostały opublikowane w „Atlasie Mięsa”, wynika, że 44 proc. badanych deklaruje zmniejszanie ilości spożywanego mięsa, a 8 proc. podaje, że stosuje dietę całkowicie bezmięsną (wegetariańską lub wegańską). Jeśli wyniki te zawęzimy tylko do nastolatków (15–17 lat), to 37 proc. osób ogranicza jedzenie mięsa, a 7 proc. nie je go wcale. Eksperci podkreślają jednak, że dieta bezmięsna musi być odpowiednio zbilansowana – tak, by organizmowi dostarczać wszystkich niezbędnych składników. To szczególnie istotne w okresie wzrastania.

Z badania przeprowadzonego przez naukowców z UCL Great Ormond Street w Londynie  i Instytutu „Pomnik-Centrum Zdrowia Dziecka” w Warszawie wynika, że dzieci stosujące dietę wegańską były średnio o 3 cm niższe, miały o 4–6 proc. mniejszą zawartość minerałów w kościach i były ponad trzykrotnie bardziej narażone na niedobór witaminy B12 niż osoby nieeliminujące żadnej z grup produktów. Jednocześnie dzieci te miały o 25 proc. niższy poziom lipoprotein o niskiej gęstości (LDL) – niezdrowej formy cholesterolu i niższą zawartość  tkanki tłuszczowej. Autorzy badania podkreślali, że stosując dietę wykluczającą mięso, trzeba zwracać uwagę na często zaniedbywaną suplementację witaminy B12 i witaminy D, aby zmaksymalizować korzyści zdrowotne diet roślinnych u dzieci.

– To, co dla mnie jest zawsze ważne i o czym opowiadam na swoich szkoleniach, to fakt, że dieta wegetariańska i wegańska to są diety wykluczeniowe. Wykluczamy pewne produkty i musimy je zastąpić innymi. Powinniśmy tego pilnować, a nie stosować pewne monodiety, które pojawiają się nam w trendach, czyli z jednej strony akurat teraz będzie modne białko, to będziemy jedli tylko białko roślinne, albo będziemy stawiać tylko na jakieś konkretne witaminy. Warto pamiętać, że przy tego typu wykluczeniowych dietach należy sprawdzić, jak wygląda bilans tygodniowy tego, co i jak jemy. Nie ma jednej diety cud. Musimy też pamiętać o tym, że każdy z nas ma inny organizm. Jednemu będą służyły strączki, a drugiemu trochę mniej – wyjaśnia Katarzyna Gubała.

Jadłospis oparty na daniach bezmięsnych dominował w kuchni staropolskiej – jak podają historycy, głównie z uwagi na wymiar religijny i dużą liczbę dni postnych w kalendarzu. Momentami bliższymi historycznie, w których „jarskość” potraw w polskim menu stała się wymuszona, były natomiast najpierw II wojna światowa, a potem okres Polski Ludowej. Mięso w PRL było towarem deficytowym, więc gospodynie domowe były niejako zmuszone do szukania jego substytutów.

– Trend z niejedzeniem mięsa utrzymuje się już bardzo długo. W Polsce szczególnie zauważam go, kiedy robię warsztaty kulinarne z kołami gospodyń wiejskich. Opieram je często na kuchni roślinnej, ale nie zawsze komunikuję to wprost. Raczej opowiadam o kuchni roślinnej jako o zdrowej diecie. Wprowadzam fasolę, ciecierzycę czy soczewicę do przepisów i przygotowujemy z paniami dania, które nagle okazują się super, fantastyczne. I nagle te panie mówią: o, to jest mój smak dzieciństwa, to rzeczywiście tak smakowało. Zależałoby nam na tym, żeby ludzie jedli zdrowiej i szli w stronę roślinną, która będzie odżywiała ich organizmy, a nie wyłącznie gotowych produktów – kwituje ekspertka kuchni roślinnej.

Źródło: Newseria

Debata oksfordzka z udziałem ekspertów WUM i SGGW, która odbyła się 10 kwietnia br., pokazała konieczność stworzenia standardu kształcenia i uregulowania zawodu dietetyka. Pokazała także oś potencjalnego sporu przy tworzeniu takiego standardu. Przede wszystkim jednak uwypukliła istnienie dwóch komplementarnych, ale niedostatecznie połączonych – „dwóch płuc dietetyki”.
Wydarzenie zgromadziło ekspertów z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, którzy – zgodnie z zasadami debaty oksfordzkiej – przedstawili spójne, przeciwstawne wizje przyszłości zawodu dietetyka.

Debata odbywała się w szczególnym momencie – w czasie prac legislacyjnych nad ustawą regulującą zawód dietetyka. W centrum sporu znalazło się więc pytanie o rolę standardu kształcenia jako narzędzia budowania jakości – kompetencji, umiejętności, odpowiedzialności zawodowej i zaufania społecznego.

Jak przebiegała debata?

Już pierwsze wystąpienia zarysowały dwa odrębne modele myślenia. Strona opozycji rozpoczęła od redefinicji samej przyszłości zawodu: „To nie jeden ustalony model, lecz dynamiczny proces rozwoju – oparty na specjalizacji i różnorodności” – wskazał prof. Dariusz Włodarek, podkreślając, że zawód dietetyka funkcjonuje równocześnie w wielu obszarach: klinice, sporcie, zdrowiu publicznym i edukacji. Ten wątek został pogłębiony poprzez krytykę standaryzacji jako narzędzia pozornego porządkowania rzeczywistości. „Standaryzacja treści nie oznacza standaryzacji umiejętności” – podkreślano, wskazując, że jakość kształcenia wynika z praktyk, kadry i systemu odpowiedzialności, a nie z jednolitego programu.

Strona opozycji odpowiedziała, przenosząc ciężar argumentacji na poziom systemowy. „Nie pytamy, czy standard jest idealny. Pytamy, czy stać nas na jego brak” – wybrzmiało w wystąpieniu dr hab. Agnieszki Bzikowskiej-Jury.

W tej perspektywie standard został przedstawiony jako warunek konieczny budowy tożsamości zawodu. „Bez wspólnego fundamentu nie ma punktu odniesienia – a bez punktu odniesienia nie ma ani czytelnych kompetencji, ani odpowiedzialności” – rozwinięto tę myśl w kolejnych wystąpieniach.

Debata stopniowo przesuwała się więc z poziomu „czy standard działa” na poziom „czy system może funkcjonować bez minimum kompetencyjnego”.

Opozycja konsekwentnie wskazywała alternatywę: „To regulacja zawodu, odpowiedzialność i weryfikacja kompetencji budują bezpieczeństwo pacjenta” – argumentowano, ostrzegając przed „kulturą kształcenia pod standard, a nie pod odpowiedzialność”. Wskazywała na to dr hab. Joanna Myszkowska-Ryciak, prof. SGGW. Dr hab. Danuta Gajewska, prof. SGGW, dodała, że standard może tworzyć „złudzenie rozwiązania”, nie dotykając realnych problemów jakości kształcenia.

Z kolei propozycja akcentowała rosnącą integrację dietetyki z systemem ochrony zdrowia: „Jeżeli dietetyk ma być zawodem medycznym, wspólny próg wejścia staje się logiczną konsekwencją” – wskazywano, podkreślając znaczenie bezpieczeństwa pacjenta i rosnącej roli dietetyka w systemie ochrony zdrowia.

„Brak standardu to brak punktu odniesienia – a więc brak jasnej odpowiedzialności i oczekiwań wobec zawodu” – argumentowała strona propozycji – dr Joanna Ostrowska oraz dr Zuzanna Przekop.

Kulminacja debaty ujawniła istotę sporu: „Standard nie gwarantuje jakości, ale bez niego nie jesteśmy w stanie jej zdefiniować” – podsumowała strona propozycji. Mowę końcową zaprezentowała dr Zuzanna Zaczek.

„Można stworzyć porządek na papierze, ale nie stworzyć jakości w praktyce” – odpowiedziała opozycja, zamykając debatę wyraźnym rozróżnieniem między systemem formalnym a rzeczywistymi kompetencjami. Debatę zamknęła dr hab. Anna Harton, prof. SGGW.

Szersze wnioski dla branży

Debata pokazał istnienie dwóch komplementarnych, ale niedostatecznie połączonych obszarów – przysłowiowych „dwóch płuc dietetyki”.

Z jednej strony mamy model kliniczny, skoncentrowany na pacjencie, diagnostyce i terapii. Oparty o naturalną bliskość lekarzy i filozofie funkcjonowania systemu opieki medycznej. Z drugiej – studia dietetyki, które koncentrują się na poznawaniu współzależności między żywnością i żywieniem a organizmem człowieka. Model oparty na produkcji żywności, biologii miejsca i jakości surowców.

Brak integracji tych obszarów prowadzi do realnych konsekwencji.

Absolwenci uczelni przyrodniczych często nie mają doświadczenia klinicznego, co ogranicza ich wiarygodność w systemie ochrony zdrowia. Z kolei absolwenci uczelni medycznych nie maja naturalnego kontakt z procesem powstawania żywności – jej sezonowością, regionalnością i biologicznym kontekstem.

W tym miejscu pojawić się może ważna dla branży refleksja: „Świeże produkty są nie tylko źródłem składników odżywczych, ale także formą środowiskowej ekspozycji mikrobiologicznej” – to myślenie, które wymaga nowego podejścia do kompetencji dietetyków. Bez niego przekonywać do żywności podstawowej i lokalnej będziemy używając kodów kreskowych i patriotyzmu zakupowego.

Podsumowanie i znaczenie dla sektora żywnościowego

Debata pokazała, że przyszłość dietetyki nie może być rozpatrywana wyłącznie w kategoriach edukacji akademickiej. To obszar, który bezpośrednio wpływa na poziom edukacji żywieniowej społeczeństwa, decyzje konsumenckie oraz postrzeganie jakości żywności. Ciekawy i może proroczy był postulat integracji dietetyki z innymi dziedzinami nauki i gospodarki.

Czas na patriotyzm dietetyczny

Czas na patriotyzm dietetyczny konsumentów. Czas na patriotyzm dietetyczny jako część kształcenia dietetyków. Może to teza kolejnej debaty?

Przy takim podejściu znaczenia nabiera rola producentów polskiej żywności. W szczególności warzyw i owoców, którzy wsparli organizację Debaty. Coraz wyraźniej widać ich gotowość do brania współodpowiedzialności za zdrowie i edukację żywieniową – nie tylko poprzez produkcję, ale również poprzez współtworzenie narracji o żywności jako nośniku wartości biologicznej i kulturowej.

Swoisty patriotyzm dietetyczny może pełnić podwójną rolę. Z jednej strony wzmacnia zdrowie konsumentów poprzez promowanie różnorodnej, naturalnej, sezonowej diety. Z drugiej, wspiera producentów, szczególnie mniejszych, którzy dzięki takiej narracji mogą skuteczniej konkurować z tańszym importem. To koncepcja, która łączy naukę, rolnictwo i tożsamość kulturową w jedną, spójną opowieść o jedzeniu jako nośniku miejsca.

„Moim marzeniem jest połączenie dwóch środowisk, uczelni przyrodniczych i medycznych. Przyszłość leży w tym, żebyśmy jako środowiska połączyli siły” – podsumowała dr hab. n. med. i n. o zdr. Beata Sińska, Kierownik Zakładu Żywienia Człowieka Wydział Nauk o Zdrowiu WUM, inicjatorka Debaty.

Debata pokazała, że przyszłość zawodu dietetyka będzie zależała od zdolności połączenia tych perspektyw – medycznej i rolniczo-przyrodniczej. Oznacza to konieczność refleksji nad kształceniem, które przygotowuje do pracy z pacjentem, ale również uczy rozumienia żywności jako elementu szerszego ekosystemu zdrowia.

To właśnie w tym miejscu spotykają się interesy świata nauki, medycyny i produkcji żywności. I tutaj zatriumfować może realna odpowiedzialność za kondycję przyszłych pokoleń.

Debata została zorganizowana przez Zakład Żywienia Człowieka WUM i CORE TEAM sektora ogrodniczego. Producenci warzyw i owoców pokazali w ten sposób chęć wzięcia współodpowiedzialności za zdrowie przyszłych pokoleń Polaków.

Źródło: PAP Medriaroom
Foto: PAP Medriaroom

Dynia kojarzy się przede wszystkim z jesiennymi potrawami – zupą, ciastem czy dekoracjami na Halloween. Tymczasem jej nasiona kryją w sobie bogactwo składników, które mogą wspierać zdrowie i znaleźć zastosowanie we współczesnej dietetyce oraz suplementacji. To właśnie te właściwości zbadał zespół naukowców z Katedry i Zakładu Dietetyki i Bromatologii oraz Katedry Biologii i Biotechnologii Farmaceutycznej, Wydziału Farmaceutycznego Uniwersytetu Medycznego we współpracy z naukowcami z Ogrodu Botanicznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Wyniki ich analiz, opublikowane w 2025 r.  w czasopiśmie Foods, pokazują, że wartości prozdrowotne dyni są bardzo różnorodne, w zależności od odmiany.
Blisko połowa masy nasion dyni stanowi tłuszcz. To nie tylko źródło energii, lecz także wielu bioaktywnych związków. Znajdziemy w nich wielonienasycone kwasy tłuszczowe, przede wszystkim kwas linolowy i oleinowy, które wspierają układ krążenia. Obecne są również unikalne sterole typu ∆7, rzadko występujące w innych olejach roślinnych, mające korzystny wpływ m.in. na zdrowie prostaty. Nasiona są także bogate w tokoferole, czyli witaminy z grupy E, oraz w karotenoidy, chroniące komórki przed stresem oksydacyjnym. Wyróżnia je ponadto obecność skwalenu – związku o potencjale przeciwnowotworowym i antyoksydacyjnym. Jest to wielonienasycony węglowodór, który jest jednym z głównych prekursorów w biosyntezie cholesterolu, hormonów steroidowych i witaminy D w ludzkim organizmie.

Z tego powodu niektóre odmiany dyni mogą być traktowane nie tylko jako źródło oleju spożywczego, ale wręcz jako surowiec nutraceutyczny, czyli żywność o dodatkowych właściwościach prozdrowotnych.

– Przeanalizowaliśmy jedenaście odmian dyni, uprawianych w Polsce, reprezentujących trzy gatunki: dynia olbrzymia (Cucurbita maxima), dynia zwyczajna (Cucurbita pepo) i dynia piżmowa (Cucurbita moschata) – mówi dr Magdalena Grajzer z Katedry i Zakładu Dietetyki i Bromatologii UMW, pierwsza autorka publikacji. – Izolowane z nasion oleje badaliśmy pod kątem składu chemicznego i odporności na utlenianie, wykorzystując m.in. chromatografię gazową i cieczową, test DPPH oraz różnicową kalorymetrię skaningową.

Wyniki nie pozostawiły wątpliwości – odmiany różniły się znacznie między sobą pod względem zawartości związków korzystnie wływających na zdrowie.  Dynia Pink Jumbo Banana (z gatunku dynia olbrzymia), wyróżniała się wyjątkowo wysoką zawartością γ-tokoferolu, karotenoidów (β-karoten, luteina) i skwalenu oraz najwyższą odpornością na utleniania. Wśród zdrowotnych liderek znalazła się odmiana Show Winner, ze względu na bogactwo α- i γ-tokoferolu oraz skwalenu. Jack Sprat (C. pepo) i Golden Hubbard (C. maxima) wykazywały wysoką stabilność oksydacyjną dzięki korzystnemu składowi (m.in. dużej zawartości γ-tokoferolu i skwalenu szczególnie w Jack Sprat). Na przeciwnym biegunie znalazła się odmiana Moonshine (C. pepo), uboga w tokoferole, sterole i skwalen. Choć jej odporność na utlenianie była niższa, charakteryzowała się wydłużoną fazą propagacji utleniania, co naukowcy wiążą z obecnością luteiny i zeaksantyny.

Co w praktyce wynika z badań naukowców UMW dla amatorów chrupiących nasion?

– Nasiona dyni, niezależnie od odmiany, pozostają cennym źródłem składników wspierających zdrowie – tłumaczy dr Magdalena Grajzer. – Mogą obniżać poziom cholesterolu, chronić układ krążenia, działać przeciwzapalnie i antyoksydacyjnie, a także wspierać zdrowie prostaty. Szczególną rolę odgrywa również olej z nasion dyni, który, dzięki zawartości tokoferoli i skwalenu, może być używany jako naturalny stabilizator dla innych olejów roślinnych, na przykład lnianego, bogatego w omega-3, ale mało odpornego na utlenianie. To powoduje, że szybko traci swoje właściwości, w związku z czym ma krótki termin przydatności do spożycia. Dodatek oleju dyniowego z nasion odpowiednio dobranej odmiany mógłby ten okres wydłużyć. Być może wnioski z naszego badania zainteresują producentów.

Naukowcy podkreślają, że odpowiedni dobór odmian dyni pozwala nie tylko tworzyć oleje funkcjonalne i suplementy diety, lecz także wzbogacać tradycyjne oleje roślinne w bioaktywne związki, a nawet produkować żywność o wydłużonej trwałości i większej wartości zdrowotnej. Dzięki takim odkryciom nasiona dyni mogą stać się jednym z kluczowych elementów nowoczesnej dietetyki i profilaktyki chorób cywilizacyjnych.

źródło: UM we Wrocławiu
Niech pożywienie będzie lekarstwem, a lekarstwo – pożywieniem” – to zdanie Hipokratesa wciąż powraca w debatach o zdrowiu publicznym. W sejmowej sali im. Macieja Rataja przywołała je przewodnicząca zespołu, Katarzyna Stachowicz, nadając ton dyskusji o przyszłości żywności prozdrowotnej, suplementów diety i edukacji zdrowotnej. Nie chodzi bowiem wyłącznie o same produkty czy przepisy prawne, ale o kształtowanie świadomych wyborów żywieniowych już od najmłodszych lat.
Edukacja jawi się jako fundament całego systemu. Pierwsze próby zostały już podjęte – do szkół trafiły zajęcia z edukacji zdrowotnej. Dr Joanna Uchańska, wiceprezes Krajowej Rady Suplementów i Odżywek, opowiadała, że dzieci podczas lekcji wskazywały czynniki kształtujące ich zdrowie. „Wymieniały sen, wymieniały zdrowe żywienie, ruch, mniejszą ilość spędzaną przy komputerze, ale właśnie również chociażby działania profilaktyczne i badania profilaktyczne” – relacjonowała. To dowód, że młode pokolenie dostrzega związek pomiędzy stylem życia a zdrowiem, ale jednocześnie potwierdzenie, jak ogromne znaczenie ma odpowiednio zaplanowana edukacja.

Założenia brzmią obiecująco, jednak liczby są bezlitosne. „Szacuje się, że ponad 65% Polaków, czyli około 24 miliony ludzi ma nadwagę, a prawie 30% choruje na otyłość” – przytoczyła dr Uchańska. Oznacza to, że problem nie jest marginalny, lecz dotyczy milionów osób i ma poważne konsekwencje społeczne i ekonomiczne. Dlatego – jak podkreślali eksperci – żywność prozdrowotna i suplementy diety mogą pełnić pozytywną rolę jedynie wtedy, gdy będą wspierane przez rzetelną edukację oraz spójne regulacje prawne. Tych ostatnich wciąż brakuje: przepisy unijne pozostawiają państwom członkowskim dużą dowolność, co skutkuje chaosem regulacyjnym i brakiem przejrzystości dla konsumentów.

W Polsce zrealizowano już kilka programów edukacyjnych, które dowiodły swojej skuteczności. „Szkoła i Przedszkole Przyjazne Żywieniu i Aktywności Fizycznej”, „Junior Edu-Żywienie” czy „Trzymaj Formę” to przykłady inicjatyw, które nie tylko zwiększały wiedzę dzieci o zdrowym stylu życia, ale realnie wpływały na poprawę nawyków żywieniowych i kondycji fizycznej. Badania ewaluacyjne prowadzone po programie szwajcarskim z lat 2013–2016 wykazały m.in. poprawę wskaźników sprawności fizycznej i spadek częstotliwości nadwagi wśród najmłodszych uczniów. W przypadku „Junior Edu-Żywienie” opracowano wysokiej jakości materiały dla nauczycieli i rodziców, które mogą być trwałym wsparciem w codziennej pracy szkół.

Problem w tym, że nawet najlepiej zaprojektowane programy rzadko są monitorowane długofalowo. Ewaluacje, jeśli w ogóle się pojawiają, kończą się wraz z projektem, a brakuje badań sprawdzających, czy zdobyta wiedza i wypracowane postawy utrzymują się po latach. Bez systematycznego monitoringu trudno ocenić realny wpływ działań edukacyjnych na zdrowie społeczeństwa.

Tymczasem dane są alarmujące. Ponad 40% dzieci w Polsce, a w najmłodszych grupach nawet połowa, w ogóle nie sięga po produkty pełnoziarniste lub robi to niezwykle rzadko. Wśród dziewięciolatków aż 60% nie je warzyw codziennie, a ponad połowa dzieci jada ryby rzadziej niż raz w tygodniu. Jeszcze gorzej wygląda spożycie roślin strączkowych – 70–80% dzieci niemal wcale ich nie uwzględnia w diecie. Co trzeci ośmiolatek ma nadmierną masę ciała, a wśród nastolatków problem dotyczy już co piątej osoby.

Kondycja fizyczna młodego pokolenia nie napawa optymizmem. Badania pokazują, że ponad 90% uczniów szkół podstawowych nie posiada wystarczających kompetencji ruchowych, a tylko niewielki odsetek dzieci spełnia kryterium 60 minut dziennej aktywności. Prof. Krzysztof Durkalec-Michalski, kierownik Zakładu Dietetyki Sportowej Akademii Wychowania Fizycznego w Poznaniu, ostrzega, że obraz współczesnego dziecka coraz częściej łączy się z otyłością i niską wydolnością fizyczną. Jeszcze poważniejszym problemem są zaburzenia metaboliczne, które rozwijają się w tle. „W momencie, kiedy próbujemy pracować nad racjonalnym żywieniem, to rodzice są pierwszymi, którzy wyśmiewają zmiany żywieniowe dziecka. (…) Jeżeli nie zaczniemy tak naprawdę od tego starszego pokolenia, trudno oczekiwać, że młodsze będzie wdrażało jakąkolwiek aktywność fizyczną i zmiany swoich nawyków żywieniowych” – zauważył profesor.

Eksperci podkreślają, że skuteczna profilaktyka nie może ograniczać się do dzieci. To cała rodzina musi zostać włączona w proces zmiany nawyków. Badania jednoznacznie pokazują, że aktywność fizyczna rodziców przekłada się na aktywność dzieci, a wspólne działania – od przygotowywania posiłków po wspólny sport – zwiększają trwałość zdrowych postaw.

Obrady zespołu unaoczniły, że problem żywności prozdrowotnej, suplementów diety i edukacji zdrowotnej dzieci i młodzieży wymaga podejścia systemowego i międzyresortowego. Brak spójnych regulacji, niewystarczająca edukacja i coraz gorsza kondycja fizyczna młodego pokolenia to kwestie, których nie można rozwiązywać fragmentarycznie.

Jak podkreślali eksperci, konieczne jest budowanie przejrzystego prawa, rozwój edukacji zdrowotnej w szkołach, zaangażowanie rodziców i monitorowanie skuteczności działań. Inaczej grozi nam, że kolejne pokolenia będą żyły krócej i w gorszym zdrowiu, mimo dostępności nowoczesnej medycyny.

Źródło: Artykuł powstał na podstawie posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Żywności Prozdrowotnej i Żywienia, które odbyło się 11 września 2025 r. w sali im. Macieja Rataja (nr 102, bud. C-D). Wszystkie cytaty pochodzą z wypowiedzi uczestników spotkania.

Coraz więcej danych sugeruje, że to, co mamy na talerzu, wpływa nie tylko na nasze ciało, ale i umysł. Czy popularne produkty spożywcze mogą zaburzać sen, pogarszać pamięć, sprzyjać lękom i depresji? Eksperci nie mają wątpliwości – nadmiar żywności ultraprzetworzonej może poważnie zachwiać równowagą psychiczną. A skutki tego zjawiska już dziś widać w gabinetach psychiatrycznych, poradniach dietetycznych i… w naszych własnych nastrojach.
– W dobie łatwego dostępu do szybkich posiłków i przekąsek typu instant coraz więcej badań wskazuje, że żywność ultraprzetworzona (UPF – ultra-processed food) może mieć niepokojący wpływ nie tylko na nasze ciało, ale również na umysł – wyjaśnia dr n. o zdrowiu Małgorzata Słoma-Krześlak, dietetyczka ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach.

UPF to nie tylko chipsy czy kolorowe napoje gazowane. To również gotowe dania, smakowe jogurty, pieczywo z długim składem, a nawet batoniki proteinowe – produkty kuszące wygodą i smakiem, ale często naszpikowane sztucznymi dodatkami. Emulgatory, konserwanty, barwniki i wzmacniacze smaku – to składniki, których próżno szukać w domowej kuchni. A jednak w wielu domach królują na co dzień.

Dlaczego to niepokojące? – Dieta ma bezpośredni wpływ na stan mikrobioty jelitowej, która oddziałuje na nasz układ nerwowy poprzez tzw. oś mózg–jelita. UPF sprzyja stanom zapalnym, zaburza równowagę bakterii jelitowych oraz wpływa na układ dopaminergiczny, który reguluje odczuwanie przyjemności i motywację – mówi dr Słoma-Krześlak. – Wszystko to może nasilać objawy depresji oraz lęku. W badaniach epidemiologicznych wykazano, że zwiększenie udziału UPF w diecie o 10% może wiązać się z 11% wyższym ryzykiem depresji.

Niewielu z nas zdaje sobie sprawę, że dieta może wpływać na funkcje poznawcze – zdolność koncentracji, logiczne myślenie, orientację w przestrzeni. Ultraprzetworzona żywność pogarsza jakość snu, szczególnie u młodszych osób, co odbija się na ich kondycji psychicznej. Dodatkowo niektóre składniki UPF działają na układ nagrody w mózgu podobnie jak substancje uzależniające – tłumacząc, dlaczego tak trudno się od nich oderwać.

Szczególnie narażone na skutki nadmiernego spożycia UPF są dzieci, młodzież i osoby w kryzysie psychicznym. – Wciąż brakuje powszechnej edukacji żywieniowej, a czynniki ekonomiczne nie ułatwiają zdrowych wyborów – zauważa ekspertka. W tej grupie częściej dochodzi do impulsywnego jedzenia, problemów z samooceną i zaburzeń odżywiania.

Jak więc ograniczyć UPF w codziennym życiu? Nie chodzi o dietetyczny radykalizm. Eksperci namawiają do prostych kroków: zacząć od jednego posiłku dziennie przygotowanego z naturalnych składników, planować zakupy, mieć pod ręką zdrowe przekąski – owoce, orzechy, hummus. Kluczowe jest też uważne obserwowanie własnego samopoczucia. Zmiany mogą być odczuwalne już po kilku dniach.

Dieta śródziemnomorska, DASH czy po prostu „normalne jedzenie” – z warzywami, pełnymi ziarnami i zdrowymi tłuszczami – mogą znacząco poprawić nie tylko profil lipidowy, ale też nastrój, odporność na stres i jakość życia.

– Wnioski? Choć żywność ultraprzetworzona jest powszechnie dostępna i atrakcyjna smakowo, jej nadmiar może negatywnie wpływać na nasz mózg, sen i zdrowie psychiczne. Wprowadzenie nawet niewielkich zmian w codziennej diecie może znacząco poprawić jakość życia – bez skrajnych restrykcji, za to z większą świadomością – podsumowuje dr Słoma-Krześlak.

Szpitalne posiłki przez lata były tematem memów, frustracji pacjentów i wstydliwą plamą na wizerunku publicznej ochrony zdrowia. Zbyt słone, zbyt tłuste, zimne, monotonne, nieadekwatne do stanu zdrowia i wieku – tak wyglądała rzeczywistość w wielu placówkach, co potwierdzał m.in. raport NIK z 2018 roku. Teraz Ministerstwo Zdrowia postanowiło to zmienić. Do konsultacji publicznych trafił projekt rozporządzenia, które wprowadzi jednolite standardy organizacyjne żywienia w szpitalach. W założeniu to nie tylko rewolucja na talerzu, ale też realne wsparcie leczenia.
„Odpowiednie żywienie pacjentów w szpitalu to nie dodatek, lecz integralna część procesu leczenia. Dobrze odżywiony pacjent szybciej wraca do zdrowia, rzadziej doświadcza powikłań i krócej przebywa w szpitalu. To przekłada się nie tylko na lepszy stan fizyczny i psychiczny pacjentów, ale również na obniżenie całkowitych kosztów leczenia” – podkreślono w komunikacie Ministerstwa Zdrowia.
Nowe przepisy obejmą wszystkie podmioty wykonujące świadczenia szpitalne, z wyjątkiem tych, które realizują wyłącznie opiekę jednodniową (np. izby przyjęć, zabiegi planowe w trybie ambulatoryjnym). Kluczowe zmiany to przede wszystkim wprowadzenie jednolitej nomenklatury i kodów diet, charakterystyk diet dla różnych grup pacjentów – dorosłych, dzieci, młodzieży, kobiet w ciąży i karmiących – a także szczegółowe wymagania dotyczące wartości odżywczej posiłków. Co istotne, rezygnuje się z niejednoznacznych nazw diet, wywodzących się od chorób czy narządów.

Projekt zakłada, że posiłki będą przygotowywane na podstawie jadłospisów opracowanych przez dietetyków. Lekarz – w razie potrzeby po konsultacji z dietetykiem – zdecyduje o rodzaju diety, czasie jej trwania i ewentualnych modyfikacjach, uwzględniając nie tylko stan odżywienia pacjenta, ale także jego przekonania światopoglądowe, o ile pozwala na to stan zdrowia. Jadłospisy mają być urozmaicone, zgodne z aktualną wiedzą medyczną, a posiłki podawane regularnie, z zachowaniem maksymalnie 13-godzinnej przerwy nocnej.

Równolegle wprowadzone zostaną mechanizmy kontroli. Placówki będą zobowiązane do codziennego monitorowania jakości posiłków, weryfikowania zgodności z jadłospisem, przeprowadzania badań laboratoryjnych przynajmniej raz w roku oraz badania opinii pacjentów. Wszystkie te informacje – w tym aktualne jadłospisy – znajdą się w specjalnej zakładce „żywienie dla zdrowia” na stronach internetowych szpitali.

Jak wskazano w projekcie, nowe standardy będą obowiązywały również w przypadku korzystania przez szpitale z usług firm cateringowych. Oznacza to konieczność dostosowania ofert i umów do wymogów wynikających z rozporządzenia. Według resortu zdrowia może to przełożyć się na rozwój rynku wysokiej jakości usług żywieniowych, także w segmencie mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw.
Co ważne, resort zapewnił finansowe wsparcie dla placówek. „Na spełnienie nowych standardów żywienia szpitale otrzymają dodatkowe środki finansowe. Warto podkreślić, że nie wpłynie to negatywnie na poziom finansowania innych świadczeń opieki zdrowotnej” – zapewnia Ministerstwo Zdrowia.
W projekcie wskazano, że żywienie w szpitalu nie powinno istotnie odbiegać od zasad zdrowego odżywiania, a stosowane modyfikacje – takie jak zmiana konsystencji potraw, zawartości poszczególnych składników czy ich eliminacja – powinny wynikać z potrzeb pacjenta i być jak najmniejsze oraz jak najkrótsze. Dla każdej diety określono wartości kaloryczne i zawartość białka, tłuszczu, węglowodanów, błonnika i soli. Wskazano też minimalne i maksymalne progi spożycia m.in. nasyconych kwasów tłuszczowych, cukrów prostych czy sodu. Osobne rekomendacje opracowano dla dzieci oraz kobiet w ciąży i w okresie laktacji.

Planowane wejście w życie przepisów to 1 października 2025 r. Szpitale będą miały czas na wdrożenie nowych zasad do 1 marca 2026 r. Uwagi do projektu można zgłaszać do 15 lipca za pośrednictwem strony Rządowego Centrum Legislacji.

Źródło: MZ RCL

W erze rosnącego zainteresowania zdrowiem jelit, odpornością i długowiecznością, mikrobiota staje się bohaterem wielu rozmów – zarówno w gabinetach lekarskich, jak i mediach społecznościowych. Jednak dane z tegorocznego badania Międzynarodowego Obserwatorium Mikrobioty pokazują jasno: Polacy coraz częściej słyszą o mikrobiomie, ale ich wiedza nadal jest powierzchowna. Czas, by zmienić to podejście – nie tylko dla lepszego trawienia, ale dla zdrowia całego organizmu.
Dane z trzeciej edycji badania Międzynarodowego Obserwatorium Mikrobioty, przeprowadzonego przez Instytut Mikrobioty Biocodex i Ipsos, rzucają światło na to, jak obecnie postrzegamy mikrobiotę – oraz jak niewiele nadal o niej wiemy.
 
Mikrobiota: małe organizmy, wielki wpływ

Mikrobiota, czyli miliardy mikroorganizmów (bakterii, wirusów, grzybów, archeonów) zasiedlających nasze jelita, skórę, usta i inne części ciała, odgrywa kluczową rolę w funkcjonowaniu organizmu. Pomaga w trawieniu, wzmacnia odporność, chroni przed infekcjami, a także wpływa na nastrój, metabolizm i długość życia. Zaburzenia równowagi mikrobioty mogą skutkować nie tylko problemami trawiennymi, ale również chorobami serca, depresją czy spadkiem odporności. Co więcej, najnowsze badania dot. mikrobioty wykazują związek między otyłością[1] i chorobami neurodegeneracyjnymi.
 
Polacy wiedzą, że mikrobiota istnieje – ale nie do końca rozumieją, czym ona jest

Mimo że mikrobiota ma tak ogromne znaczenie, wciąż nie jesteśmy jej w pełni świadomi. Choć 74% badanych deklaruje, że słyszało o mikrobiocie, jedynie 20% potrafi wyjaśnić, co to pojęcie oznacza – to wynik niższy niż światowa średnia (23%) i aż o 6 punktów procentowych mniej niż w roku 2024. Jeszcze słabsza jest znajomość poszczególnych rodzajów mikrobioty: zaledwie 15% zna mikrobiotę jelitową, a jeszcze mniej potrafi zidentyfikować mikrobiotę skóry (13%), jamy ustnej (12%) czy pochwy (12%).
 
Jak dbamy o mikrobiotę? Najczęściej sięgamy po suplementy

Niska świadomość przekłada się również na to, jak troszczymy się o naszą mikrobiotę w codziennym życiu. 64% respondentów deklaruje, że wprowadziło zmiany w swoim stylu życia, by zadbać o mikrobiotę – wynik powyżej światowej średniej (56%). Jednak tylko 15% mówi o istotnych zmianach. Zdecydowana większość skupia się na suplementacji: aż 58% ankietowanych przyjmuje probiotyki, a 47% – prebiotyki. Inne formy dbania o zdrowie mikrobioty, jak zmiana diety czy stylu życia, są wciąż marginalne.

Fakt, że większość osób sięga po probiotyki i prebiotyki, świadczy o rosnącej świadomości, ale niestety także o uproszczonym podejściu do tematu. Mikrobiota potrzebuje zróżnicowanej diety, ruchu, redukcji stresu i unikania nadmiaru leków, szczególnie antybiotyków. Suplementy są skuteczne, ale nie są złotym środkiem” – mówi prof. dr hab. n. med. Dariusz Koziorowski z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.
 
Rośnie chęć badań i zaangażowania naukowego

Pozytywnym sygnałem jest to, że coraz więcej osób dostrzega wartość badań mikrobioty i jest gotowych bardziej świadomie dbać o swoje zdrowie.  56% respondentów wyraziło gotowość do poddania się takim badaniom – tylko nieco mniej niż średnia europejska (61%). Motywacją są przede wszystkim ogólne badania kontrolne (62%), identyfikacja ryzyk wynikających ze stylu życia (53%) i profilaktyka chorób (51%). Co ciekawe, aż 56% badanych byłoby skłonnych oddać próbkę kału na potrzeby badań naukowych.
 
Rola personelu medycznego – kluczowa, ale niedoceniana

Najbardziej zaufanym źródłem wiedzy o mikrobiocie są pracownicy służby zdrowia (72%). Niestety, tylko 38% respondentów otrzymało od nich jakiekolwiek szczegółowe informacje na ten temat. Tam, gdzie taka edukacja miała miejsce, efekty są wyraźne: aż 87% pacjentów zmieniło swoje codzienne nawyki, w porównaniu do 64% w ogólnej populacji.

Musimy wzmocnić rolę lekarzy i dietetyków jako przewodników po świecie mikrobioty. Edukacja pacjenta nie powinna kończyć się na przepisaniu preparatu. Potrzebujemy szerszej kampanii informacyjnej, najlepiej już na poziomie podstawowej opieki zdrowotnej” – stwierdza prof. dr hab. n. med. Dariusz Koziorowski z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.
 
Edukacja to przyszłość

Wyniki badania pokazują, że chętniej interesujemy się tematem i dbamy o mikrobiotę – ale potrzebujemy jeszcze więcej wiedzy i wsparcia. Światowy Dzień Mikrobioty to doskonała okazja, by przypomnieć o znaczeniu równowagi mikrobioty i zachęcić do działań profilaktycznych. Zdrowie jelit to nie tylko kwestia trawienia – to fundament ogólnego dobrostanu.
 
***
Badanie Międzynarodowe Obserwatorium Mikrobioty przeprowadzono online między 21 stycznia a 28 lutego 2025 roku na reprezentatywnej próbie 7500 osób z 11 krajów, w tym Polski.
 
[1] https://www.biocodexmicrobiotainstitute.com/pl/otylosc-mikrobiota-bakteria-pogarszajaca-efekt-diety-wysokotluszczowej

Źródło: materiał prasowy

Z okazji Światowego Dnia Zdrowia 2025 studentki pielęgniarstwa i położnictwa Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego wzięły udział w wyjątkowych warsztatach z medycyny kulinarnej – dziedziny łączącej wiedzę medyczną, dietetyczną i praktyczne gotowanie. Inicjatywa pokazała, że zdrowe odżywianie to nie tylko teoria, ale codzienne wybory na talerzu – i że edukacja przez doświadczenie działa skuteczniej niż najlepsze wykłady. 
Medycyna kulinarna połączyła dietetyków i producentów warzyw i owoców. Z okazji Światowego Dnia Zdrowia – obchodzonego 7 kwietnia – odbyły się warsztaty z tej interdyscyplinarnej dziedziny, łączącej naukę o żywieniu, medycynę, farmakologię i gastronomię. Program opracowano specjalnie dla studentek kierunku pielęgniarstwo i położnictwo. Warsztaty przygotował Zespół Zakładu Żywienia Człowieka Wydziału Nauk o Zdrowiu Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, przy współpracy z producentami warzyw ciepłolubnych, owoców jagodowych i jabłek. Warsztaty prowadziła Monika Hajduk, dietetyk kliniczny, absolwentka WUM.
 
Medycyna kulinarna to nie tylko teoria na temat składników odżywczych, ale przede wszystkim praktyczna wiedza o tym, jak codzienne wybory żywieniowe wpływają na profilaktykę i leczenie chorób. Pacjent nie je „kwasów omega-3”, tylko ryby. Nie spożywa „błonnika pokarmowego”, lecz warzywa, owoce i produkty pełnoziarniste. To, w jaki sposób edukujemy pacjentów na temat żywienia, ma realne znaczenie dla ich zdrowia – i właśnie temu poświęcone były warsztaty.
 
Stawiamy na styl życia, uczymy medycyny kulinarnej
Medycyna kulinarna to bardzo praktyczne podejście do zaleceń dietetycznych. Przekłada wartości liczbowe na praktykę. Uczymy, jak i ile zjeść jakiego warzywa, owocu, tak by zrealizować zapotrzebowanie na np. witaminę C lub Beta-Karoten. Jest to przedmiot, który Warszawski Uniwersytet Medyczny wprowadza, już od kilku lat, dla studentów kierunku dietetyka – mówi dr hab. n. med. i n. o zdr. Beata Sińska p.o. kierownika Zakładu Żywienia Człowieka Wydział Nauk o Zdrowiu WUM.
 
W praktyce, nie jemy witaminy C, jemy co najmniej pół papryki dziennie. Nie jemy kwasów omega 3, a jemy ryby, orzechy, dobre oleje.
 
Zastępowanie języka medycznego czyni przekaz prostszym i sugestywniejszym. Jeszcze lepiej, kiedy potrafimy to pokazać. Pracujemy z warzywami, owocami, wizualizujemy proporcje. Stawiamy na naukę przez doświadczenie. Praktyczność i użyteczność na kierunku dietetyka są najważniejsze. Warto studiować dietetykę na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym – przekonuje dr hab. Beata Sińska.
 
Podczas warsztatów studentki kierunku pielęgniarstwo i położnictwo:
 
Zacznij od warzyw, zakończ owocami
Kolejność spożywania dobrze zbilansowanego posiłku ma znaczenie. Uczymy rozpoczynania posiłku od warzyw i kończenia polskimi owocami, pełnymi witamin, polifenoli, innych jeszcze bardzo cennych składników, także błonnika. To przykład rekomendacji, którą omawiamy w kontekście glikemii poposiłkowej – dodaje dr hab. Beata Sińska.
 
Nauka, którą można zjeść!
Badania naukowe dowodzą, że obok mówienia, że „coś jest zdrowe”, nauka przez gotowanie jest tą efektywniejszą częścią edukacji żywieniowej. Uczymy się głównie przez doświadczenia.
 
Bez względu na to czy mówimy o profilaktyce społeczeństwa ogółem czy już wsparciu procesu leczenia, dopiero praktyka, ta realizowana na co dzień, w domu i we własnej kuchni daję szansę, abyśmy mogli żyć dłużej i zdrowiej.
 
O ile w teorii często jesteśmy całkiem nieźli, to już z praktyką bywa gorzej. I tego właśnie praktyki, uczy medycyna kulinarna. Pokazuje jak to się robi w realu, uczy atrakcyjnych sposobów budowania posiłków opartych na dobrych proporcjach, zbudowanych z większej ilości warzyw i owoców, pokazywania smacznych, kolorowych talerzy, pełnych struktur i faktur dań, inspiruje przepisami – wyjaśnia Monika Hajduk, dietetyk kliniczny, absolwentka WUM.
 
Kolor ma znacznie
Studenci byli bardzo zainteresowani ogromną gamą warzyw i owoców, które rozłożyliśmy przed nimi. Poznali zasady komponowania „zdrowego talerza”. Zaskoczyła nas duża wiedza na temat tego, w co te poszczególne produkty są bogate. Istotą warsztatu było przełożenie teorii na praktykę. Podzieleni na zespoły, wyczarowaliśmy fantastyczne potrawy, śniadania, obiady, kolacje, dania wytrawne i na słodko. Pokazaliśmy bogactwo owoców, nie tylko jedzonych w formie świeżej i mrożonej. Poznaliśmy różne przetwory owocowe, bez dodatku cukru. Studenci komponowali zdrowe, tym samym, bardzo kolorowe talerze – dodaje Monika Hajduk.
 
Partnerami Zakładu Żywienia Człowieka WNoZ WUM, w realizacji warsztatów, są uczestnicy projektów informacyjno-promocyjnych „Moc Polskich Warzyw”, „Czas na polskie superowoce!” i „Jedno jabłko dziennie”. Połączeni w ramach forum współpracy sektora ogrodniczego Core Team, pokazują idee medycyny kulinarnej wśród producentów warzyw, plantatorów owoców jagodowych i sadowników.
 
Wspólne doświadczenia i materiały przybliżają dietetykę jako kierunek studiów a medycynę kulinarną jako przykład praktyczności edukacji na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Także współpracę z producentami, która sprawia, że rozmawiamy o rekomendacjach żywieniowych z wyczuciem na kwestie sezonowości, lokalności, społecznej odpowiedzialności.
 
Interdyscyplinarne wyzwania i rozwiązania
Tegoroczne warsztaty to przykład upowszechnienia doświadczeń dietetyków wśród pielęgniarek i położnych. Praktyka i pomoc innym grupom zawodów medycznych w komunikacji z pacjentem, dotyczącej żywienia, poprawia efektywność całego systemu. Mają one zwykle częstszy i dłuższy kontakt z pacjentem lub zdrowym człowiekiem, gdy prowadzą profilaktykę żywieniową.
 
Interdyscyplinarność, czyli współpraca różnych grup zawodowych związanych z medycyną jest bardzo potrzebna. Wtedy będziemy mówili do społeczeństwa, m.in. o zdrowym odżywianiu, z różnych stron, ale zawsze spójnym głosem. Wzajemnie się uzupełniali i łączyli w przekazie. Wszyscy mamy przecież jeden cel: chcemy, abyśmy żyli dłużej i zdrowiej – podsumowuje dietetyk Monika Hajduk.
 
Podczas warsztatów przygotowywano 2 śniadania, 2 obiady i 2 kolacje:
 
Opracowanie w ramach realizacji przez Krajowy Związek Grup Producentów Owoców i Warzyw zadania „CORE TEAM – promocja konsumpcji owoców i warzyw i forum współpracy sektora, IV edycja”.
Projekt realizowany jest pod honorowym patronatem Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi.
 
Źródło informacji: Krajowy Związek Grup Producentów Owoców i Warzyw
Fotografie: coreteam.pl
Ostatnie lata przyniosły duży rozwój kierunków studiów związanych z żywieniem człowieka i dietetyką. Zapotrzebowanie na ekspertów w tych dziedzinach rośnie przede wszystkim ze względu na większą świadomość społeczną na temat wpływu diety na zdrowie i życie. A Polacy wciąż najbardziej ufają poradom żywieniowym właśnie ze strony lekarzy i dietetyków. Nowe kadry są potrzebne także producentom żywności i placówkom edukacyjnym, np. do prowadzenia edukacji zdrowotnej, nowego obowiązkowego przedmiotu w szkołach, a także w rozwoju dziedziny sprofilowanego żywienia. 
– Nauka o żywieniu człowieka, w takim rozumieniu jak to zaproponował założyciel naszego wydziału w 1977 roku, że jest to badanie zależności między pożywieniem a organizmem człowieka na różnych poziomach: na poziomie komórki, tkanki, całego organizmu, a wreszcie na poziomie całej populacji, jest coraz bardziej interesująca, zarówno dla ludzi wybierających kierunki studiów, ale również ze względu na zainteresowanie ze strony gospodarki państwa. Dlatego że poprzez żywienie, które ma bezpośredni związek ze zdrowiem, są określone wydatki na profilaktykę zdrowotną, ale i na leczenie chorób niezakaźnych, które wynikają właśnie ze złego sposobu odżywiania się – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. Krystyna Gutkowska, dyrektorka Instytutu Nauk o Żywieniu Człowieka SGGW. – My obserwujemy dość istotne zainteresowanie studiowaniem, zwłaszcza dietetyki, która już dotyka problemów związanych z określonymi schorzeniami. 
 
Z badania Inquiry „Zdrowe odżywianie według Polaków 2024” wynika, że dla 80 proc. respondentów jest to ważny temat. Do zdrowszej diety motywuje ich przede wszystkich chęć zachowania zdrowia. Respondenci wskazywali, że kojarzy im się ona z jedzeniem dużej ilości warzyw i owoców, unikaniem przetworzonej żywności i „chemii”, piciem dużej ilości płynów i ograniczaniem cukru. Te czynności wymieniali też najczęściej jako podejmowane w praktyce.
 
Jednocześnie dwoje na pięciu Polaków uważa, że trzymanie zdrowej i zróżnicowanej diety jest trudne. Najczęściej szukają na ten temat informacji i porad na stronach internetowych dotyczących zdrowego stylu życia (29 proc.), wśród rodziny i znajomych (20 proc.) oraz wśród lekarzy i dietetyków (19 proc.). Taki sam odsetek uzyskały odpowiedzi: wyszukiwarki internetowe i kanały na YouTubie (po 19 proc.). Jednak to dietetykom i lekarzom Polacy ufają najczęściej w poradach dotyczących zdrowego odżywiania (28 proc.). Ich autorytet wprawdzie nieco osłabł w porównaniu z 2020 rokiem (35 proc.), ale wciąż pozostaje znacznie wyżej niż na przykład znanych osób zajmujących się tą tematyką. 44 proc. badanych uważa z kolei, że to dietetycy i lekarze powinni organizować akcje informacyjne dotyczące zdrowej diety. Wyżej w odpowiedziach znalazło się tylko Ministerstwo Zdrowia (50 proc.). Co trzeci respondent wskazał na różne placówki edukacyjne, nieco mniej – na producentów żywności, a 19 proc. – na sieci sklepów spożywczych. 
 
– Zapotrzebowanie na ekspertów w dziedzinie żywienia jest bardzo duże. Zresztą nie bez powodu bardzo dużą popularnością cieszą się wszelkie punkty doradztwa dietetycznego, z których korzysta bardzo dużo osób. Może kiedyś dojdziemy również do takiej sytuacji, zwłaszcza ze względu na to, że coraz częściej mówi się o dietetyce sprofilowanej albo o żywieniu sprofilowanym, że każdy człowiek ze względu na specyfikę swojego organizmu, również mikrobioty, będzie potrzebował indywidualnej porady dietetyka, żywieniowca, jak powinien się odżywiać, żeby zachować jak najdłuższej dobre zdrowie – podkreśla prof. dr hab. Krystyna Gutkowska. 
 
Zdrowe odżywianie jest wymieniane wśród kluczowych elementów zdrowego stylu życia, który istotnie wpływa na profilaktykę wielu chorób, przede wszystkim cukrzycy, chorób serca i nowotworów. Światowa Organizacja Zdrowia podaje, że można byłoby zapobiec 30–50 proc. zgonów z powodu raka dzięki stosowaniu zaleceń Europejskiego kodeksu walki z rakiem. Trzy z dwunastu zaleceń dotyczą zasad żywienia.
 
– Nie wystarczy tylko zajmować się dietą w odniesieniu do określonych jednostek chorobowych, ale dietoprofilaktyką, a więc również przeciwdziałaniem pojawieniu się określonych chorób poprzez żywienie. Tak jak mówił Hipokrates, żeby pożywienie twoje było lekarstwem. Chodzi o to, żeby taka świadomość była w jak największej populacji osób, absolwentów, którzy potem będą pracowali w bardzo różnych instytucjach, zarówno edukacyjnych, ale również u producentów i dystrybutorzy żywności, którzy powinni mieć absolutną świadomość tego, jaka żywność powinna być kierowana do konsumentów z punktu widzenia najkorzystniejszego profilu zdrowotnego – ocenia dyrektorka Instytutu Nauk o Żywieniu Człowieka SGGW. 
 
SGGW jako pierwsza uczelnia w Polsce uruchomiła kierunek związany z żywieniem człowieka (i wiejskiego gospodarstwa domowego) w 1977 roku, uznając, że edukacja żywieniowa jest bardzo potrzebna, szczególnie na wsi. W ciągu blisko 50 lat funkcjonowania kierunku również inne uczelnie o charakterze przyrodniczym zaczęły rozwijać ten obszar nauki, najczęściej łącząc żywienie człowieka z technologią żywności lub dietetyką.
 
– Naszą ambicją jest poszukiwanie fuzji między pedagogiką a nauką o żywieniu człowieka, żeby przygotowywać kadry nauczycielskie wyposażone w kompetencje w zakresie uczenia przedmiotu, który ma być wprowadzony, jak profilaktyka zdrowotna. To jest jak konieczne, bo rzesza nauczycieli o tych kompetencjach będzie potrzebna do prowadzenia tego przedmiotu – podkreśla prof. Krystyna Gutkowska.
 
Edukacja zdrowotna pojawi się w szkołach podstawowych i ponadpodstawowych jako obowiązkowy przedmiot w przyszłym roku szkolnym. Lekcje mają obejmować zagadnienia zdrowia psychicznego, fizycznego, a także kwestie zdrowego odżywiania, profilaktyki, problemu uzależnień oraz edukacji seksualnej.
 
To m.in. wszechstronnym kształceniem profesjonalistów z zakresu żywienia człowieka, dietetyki, ochrony zdrowia, projektowania żywności spełniającej najwyższe standardy jakości i bezpieczeństwa będzie się zajmować powstające Innowacyjne Centrum Nauk Żywieniowych SGGW. Pozwoli to wykorzystać system szkolnictwa wyższego do zwiększenia kwalifikacji zawodowych specjalistów w strategicznych z punktu widzenia kraju kierunkach.
 
– Innowacyjne Centrum Nauk Żywieniowych to projekt, który jest finansowany przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Celem tego projektu, i budynku, który powstanie już w niedługim czasie, za kilkanaście miesięcy mam nadzieję, jest uczynienie z tego miejsca centrum do szkolenia wyspecjalizowanych kadr, zarówno dla potrzeb producentów żywności, ale również dla potrzeb jednostek edukacyjnych, takich jak szkolnictwo, przedszkola dystrybutorzy żywności, jak również do prac nad wysokospecjalistycznymi metodami wytwarzania innowacyjnych produktów żywnościowych o właściwym profilu żywieniowym. Mamy dużo pomysłów, które chcemy zrealizować, żeby to rzeczywiście było centrum, które będzie emanowało wiedzą naukową na całą resztę kraju. Mam nadzieję, że również inne kraje Europy, zwłaszcza Środkowej będą mogły się sporo od nas nauczyć – mówi prof. Krystyna Gutkowska. 

 
Źródło: Newseria
Cukrzyca.pl, wiodąca platforma poświęcona wspieraniu osób z cukrzycą, z dumą przedstawia pierwsze efekty pracy nad aplikacją dla diabetyków Cukrzyca.pl. Zaprojektowana, aby ułatwić pacjentom zarządzanie cukrzycą, ta nowoczesna aplikacja zaoferuje spersonalizowane plany dietetyczne, dopasowane do ich indywidualnych celów wraz ze zintegrowanym kalkulatorem insuliny. Cel zespołu Cukrzyca.pl: zapewnienie użytkownikom kompleksowego i spersonalizowanego programu żywieniowego, który ustabilizuje ich glikemie. Zobaczcie, co jeszcze będzie oferować aplikacja.
Aplikacja mobilna ze wsparciem dietetyków
Życie z cukrzycą wiąże się z wieloma wyzwaniami, szczególnie jeśli chodzi o utrzymanie zalecanej zdrowej diety. Dostrzegając potrzebę niezawodnego i przyjaznego dla użytkownika rozwiązania, Cukrzyca.pl rozpoczęła pracę nad intuicyjną aplikacją mobilną, która odda moc spersonalizowanego odżywiania bezpośrednio w ręce osób z cukrzycą.
 
Aplikacja Cukrzyca.pl, opracowana przez zespół dietetyków i diabetologów z portalu Cukrzyca.pl, będzie znacznym ułatwieniem dla pacjentów w dziedzinie zarządzania cukrzycą.
 
Marta Kuśnierczak, Lider Projektu,, komentuje: „Cieszymy się, że już wkrótce będziemy mogli udostępnić pacjentom aplikację Cukrzyca.pl, która została zaprojektowana specjalnie z myślą o ich potrzebach. Naszym celem jest dostarczenie kompleksowego rozwiązania, które umożliwi użytkownikom dokonywanie świadomych wyborów żywieniowych przy jednoczesnym skutecznym zarządzaniu cukrzycą”.

Jak aplikacja Cukrzyca.pl pomoże diabetykom?
Kluczowe funkcje aplikacji Cukrzyca.pl obejmą:
Plany te zostały starannie zaprojektowane w zgodzie z zaleceniami Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego, aby pomóc użytkownikom utrzymać stabilny poziom glikemii we krwi oraz zmienić ich nawyki żywieniowe.
 
Opracowane jadłospisy będą dopasowane do potrzeb pacjentów z cukrzycą typu 1, cukrzycą typu 2, insulinoopornością oraz stanem przedcukrzycowym. Uwzględniony zostanie również ich sposób leczenia: inne przepisy zobaczą cukrzycy z pompą insulinową, Ci na penach czy Ci leczeni tabletkami.
Celem nadrzędnym dla twórców aplikacji Cukrzyca.pl jest oczywiście pomoc osobom z cukrzycą w utrzymaniu wyrównanych glikemii.
Twórcy aplikacji pracują również nad modułem związanym z lepszym zarządzaniem stresem, który również ma znaczący wpływ na wyrównane poziomy glikemii.

Aplikacja dietetyczna dla diabetyków: czy będzie dostępna dla każdego?
Cukrzyca.pl może ułatwić życie wielu osób, zapewniając kompleksowe narzędzie ułatwiające podejmowanie bardziej świadomych decyzji i sprzyjające zdrowemu stylowi życia.
 
Użytkownicy będą mieli dostęp do szerokiej gamy pysznych i przyjaznych diabetykom przepisów, śledzenia swoich postępów w czasie rzeczywistym oraz spokoju ducha, który wynika ze świadomości, że profesjonalne wsparcie jest na wyciągnięcie ręki.
 
„Portal Cukrzyca.pl od wielu lat jest zaangażowany w edukowanie osób z cukrzycą i rewolucjonizowanie sposobu, w jaki radzą sobie ze swoją chorobą. Wydanie naszej aplikacji będzie kamieniem milowym w naszej misji dostarczania praktycznych i spersonalizowanych rozwiązań dla zdrowszego życia” – mówi Marta Kuśnierczak, Liderka Projektu w Cukrzyca.pl.
 
Aplikacja Cukrzyca.pl będzie dostępna do pobrania na platformy iOS i Android bez żadnych opłat. Niezbędne będzie jedynie założenie bezpłatnego konta, podpiętego pod adres email.
 
Aby otrzymywać przyszłe informacje na temat premiery aplikacji i mieć możliwość jej pobrania w pierwszej kolejności, zapisz się do newslettera Cukrzyca.pl.
 
źródło: Cukrzyca.pl

Od kilku lat na popularności zyskuje ruch „body positivity”, szczególnie w social mediach, gdzie często mamy do czynienia ze skrajnościami. Ruch body positivity, ciałopozytywność to postrzeganie ciała – własnego i cudzego – bez nienawiści. To dostrzeganie piękna w różnorodności – nie aprobata dla otyłości. Otyłość to choroba, z którą według danych WHO zmaga się ok. 800 mln osób na całym świecie. 22 maja  obchodzony jest Europejski Dzień Walki z Otyłością, która jest chorobą cywilizacyjną i realnym zagrożeniem dla życia i zdrowia.

Ruch ciałopozytywności sięga lat 60. XX w., ale dopiero w 1996 r. zyskał nazwę. W swoich założeniach ma wspieranie różnorodności. To istny bunt przeciwko kulturze, która wyznacza kanon piękna, wywierający presję na ciało. Ma pomóc ludziom budować zdrową relację ze swoim ciałem. 
Ciałopozytywność to akceptowanie swojego ciała. Ten ruch odpowiada za akceptację wszystkich ciał bez względu na to, jak te ciała wyglądają, bez względu na ich rozmiar. Celem tego ruchu jest przeciwstawienie się nierealistycznym standardom urody. Kochamy wszystkie ciała, kochamy wszystkich ludzi. To są założenia body positivity – tłumaczy ​​dr n. o zdr. Agnieszka Chruścikowska, dietetyk, psychodietetyk, MindHealth Centrum Zdrowia Psychicznego.
Ruchowi body positivity czasem błędnie przypisuje się akceptację otyłości, co sprawia, że wiele osób widzi w nim zagrożenie. Ruch ten nie aprobuje otyłości, ani anoreksji. Ciałopozytywność uznaje otyłość za przewlekłą chorobę, która wymaga leczenia. 

Epidemia otyłości stanowi poważny problem na całym świecie. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia, obecnie na otyłość choruje 800 milionów osób. W Europie na nadwagę lub otyłość cierpi 59% dorosłych i prawie 30% dzieci. Zgodnie ze statystykami opublikowanymi w 2021 roku przez Główny Urząd Statystyczny, nadmierną masę ciała (nadwagę lub otyłość) w 2019 roku miało 57% dorosłych mieszkańców Polski, podczas gdy w 2014 roku nieco ponad 53%. Od 2010 r. Na nadwagę i otyłość cierpi co trzecie polskie dziecko w wieku 7-9 lat. Jest to 8 miejsce wśród badanych krajów w Europie. Prognozy wskazują, że w 2030 roku w Polsce nawet co piąte dziecko w wieku 5-9 lat może być otyłe.

Otyłość została uznana za chorobę i wpisano ją na listę Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób (w klasyfikacji ICD‑10). Podstawową przyczyną otyłości i nadwagi jest nieodpowiednia dieta i brak aktywności fizycznej. Nieprawidłowe żywienie może być przyczyną około 80 jednostek chorobowych.
Co powinno być dla nas sygnałem do podjęcia leczenia otyłości? Przede wszystkim to jak się czujemy, ale także wyniki różnych badań, bo otyłość to choroba sama w sobie, ale także czynnik ryzyka innych chorób. Podwyższony poziom cukru czy cholesterolu, zwiększa ryzyko różnych chorób – np. cukrzycy typu II, ale także zespołu metabolicznego, hipercholesterolemii, nadciśnienia tętniczego. Więc jak nasze wyniki badań nie są w porządku, a powinniśmy się kontrolować przynajmniej raz w roku, to powinniśmy podjąć decyzję o odchudzaniu, leczeniu otyłości. – mówi dr Agnieszka Chruścikowska.
Jest to choroba, która może dotyczyć każdego i wiąże się z dużym ryzykiem śmiertelności. W populacjach z wysokim odsetkiem osób z nadwagą – jest ono nawet o 22% wyższe niż w tych, gdzie przeważają ludzie z prawidłową masą ciała. W przypadku otyłości – wręcz dwukrotnie.
Jak przekonać „ciałopozytywne” społeczeństwo do leczenia? Przede wszystkim mówić o zagrożeniach związanych z nadmierną masą ciała. Bardzo ważna jest w tym wszystkim edukacja. Dziś tej edukacji tak naprawdę jest bardzo mało. My, jako społeczeństwo, nie znamy bardzo często powiązań, jak np. nieprawidłowe żywienie i brak aktywności fizycznej wpływa na nasze zdrowie. Więc tu też bardzo ważna jest edukacja – co robi nam nadmierna masa ciała, a co niedobór. Jakie mogą być konsekwencje. – podkreśla dr Agnieszka Chruścikowska.
22 maja przypada Europejski Dzień Walki z Otyłością. Obchodzony jest od 2010 roku z inicjatywy Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) i Europejskiej Konferencji Ministerialnej w sprawie Walki z Otyłością.

Od kilku lat na popularności zyskuje ruch „body positivity”, szczególnie w social mediach, gdzie często mamy do czynienia ze skrajnościami. Ruch body positivity, ciałopozytywność to postrzeganie ciała – własnego i cudzego – bez nienawiści. To dostrzeganie piękna w różnorodności – nie aprobata dla otyłości. Otyłość to choroba, z którą według danych WHO zmaga się ok. 800 mln osób na całym świecie. 22 maja  obchodzony jest Europejski Dzień Walki z Otyłością, która jest chorobą cywilizacyjną i realnym zagrożeniem dla życia i zdrowia.

Ruch ciałopozytywności sięga lat 60. XX w., ale dopiero w 1996 r. zyskał nazwę. W swoich założeniach ma wspieranie różnorodności. To istny bunt przeciwko kulturze, która wyznacza kanon piękna, wywierający presję na ciało. Ma pomóc ludziom budować zdrową relację ze swoim ciałem. 
Ciałopozytywność to akceptowanie swojego ciała. Ten ruch odpowiada za akceptację wszystkich ciał bez względu na to, jak te ciała wyglądają, bez względu na ich rozmiar. Celem tego ruchu jest przeciwstawienie się nierealistycznym standardom urody. Kochamy wszystkie ciała, kochamy wszystkich ludzi. To są założenia body positivity – tłumaczy ​​dr n. o zdr. Agnieszka Chruścikowska, dietetyk, psychodietetyk, MindHealth Centrum Zdrowia Psychicznego.
Ruchowi body positivity czasem błędnie przypisuje się akceptację otyłości, co sprawia, że wiele osób widzi w nim zagrożenie. Ruch ten nie aprobuje otyłości, ani anoreksji. Ciałopozytywność uznaje otyłość za przewlekłą chorobę, która wymaga leczenia. 

Epidemia otyłości stanowi poważny problem na całym świecie. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia, obecnie na otyłość choruje 800 milionów osób. W Europie na nadwagę lub otyłość cierpi 59% dorosłych i prawie 30% dzieci. Zgodnie ze statystykami opublikowanymi w 2021 roku przez Główny Urząd Statystyczny, nadmierną masę ciała (nadwagę lub otyłość) w 2019 roku miało 57% dorosłych mieszkańców Polski, podczas gdy w 2014 roku nieco ponad 53%. Od 2010 r. Na nadwagę i otyłość cierpi co trzecie polskie dziecko w wieku 7-9 lat. Jest to 8 miejsce wśród badanych krajów w Europie. Prognozy wskazują, że w 2030 roku w Polsce nawet co piąte dziecko w wieku 5-9 lat może być otyłe.

Otyłość została uznana za chorobę i wpisano ją na listę Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób (w klasyfikacji ICD‑10). Podstawową przyczyną otyłości i nadwagi jest nieodpowiednia dieta i brak aktywności fizycznej. Nieprawidłowe żywienie może być przyczyną około 80 jednostek chorobowych.
Co powinno być dla nas sygnałem do podjęcia leczenia otyłości? Przede wszystkim to jak się czujemy, ale także wyniki różnych badań, bo otyłość to choroba sama w sobie, ale także czynnik ryzyka innych chorób. Podwyższony poziom cukru czy cholesterolu, zwiększa ryzyko różnych chorób – np. cukrzycy typu II, ale także zespołu metabolicznego, hipercholesterolemii, nadciśnienia tętniczego. Więc jak nasze wyniki badań nie są w porządku, a powinniśmy się kontrolować przynajmniej raz w roku, to powinniśmy podjąć decyzję o odchudzaniu, leczeniu otyłości. – mówi dr Agnieszka Chruścikowska.
Jest to choroba, która może dotyczyć każdego i wiąże się z dużym ryzykiem śmiertelności. W populacjach z wysokim odsetkiem osób z nadwagą – jest ono nawet o 22% wyższe niż w tych, gdzie przeważają ludzie z prawidłową masą ciała. W przypadku otyłości – wręcz dwukrotnie.
Jak przekonać „ciałopozytywne” społeczeństwo do leczenia? Przede wszystkim mówić o zagrożeniach związanych z nadmierną masą ciała. Bardzo ważna jest w tym wszystkim edukacja. Dziś tej edukacji tak naprawdę jest bardzo mało. My, jako społeczeństwo, nie znamy bardzo często powiązań, jak np. nieprawidłowe żywienie i brak aktywności fizycznej wpływa na nasze zdrowie. Więc tu też bardzo ważna jest edukacja – co robi nam nadmierna masa ciała, a co niedobór. Jakie mogą być konsekwencje. – podkreśla dr Agnieszka Chruścikowska.
22 maja przypada Europejski Dzień Walki z Otyłością. Obchodzony jest od 2010 roku z inicjatywy Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) i Europejskiej Konferencji Ministerialnej w sprawie Walki z Otyłością.
Sezon na grzyby w pełni. Różne kolory, smaki – borowiki, kurki, rydze – to tylko niektóre wśród wielu gatunków grzybów. Ale czy zaletą jedzenia grzybów są tylko walory smakowe, w jakiej formie powinno się je jadać i komu mogą zaszkodzić? Ewa Glońska-Strączek, psychodietytyk, Polsko-Amerykańskie Kliniki Serca, Grupa American Heart of Poland przedstawia prawdę na temat tych leśnych specjałów.
Istnieje przekonanie, że grzyby są smaczne, jednak nie posiadają żadnych właściwości odżywczych. Jak mówi dietetyk, grzyby mają nie tylko znaczące walory smakowo-zapachowe, ale także wyróżniają się wysoką zawartością wielu składników odżywczych.
 
– Główną zawartością grzybów jest woda, stanowi od 70%- 90% masy grzyba. Za to miąższ jest bogaty w wiele cennych wartości odżywczych, szczególnie w białka, ryboflawiny i niacyny – wyjaśnia Ewa Glońska-Strączek.
Białko to ważny składnik naszej codziennej diety.
 
Białko jest bardzo ważne, ponieważ każda komórka ludzkiego ciała składa się z niego

– Tworzy nasze włosy, paznokcie, kości i mięśnie. Odpowiada za wzrost człowieka, jest budulcem mięśni organizmu. Odgrywa również ważną rolę w regulacji hormonów, wytwarzaniu enzymów i przeciwciał, dlatego musi być obecne w naszej diecie. Świeże grzyby zawierają przeciętnie od 1,5 do 3,6% białka, natomiast suszone od 10 aż do 40%. I to właśnie suszone posiadają białka zbudowane z prawie wszystkich znanych nauce aminokwasów w tym egzogennych, czyli takie, które muszą być dostarczane organizmowi w codziennym pożywieniu. Największa zawartość białka jest w grzybach shiitake, doskonale znanych w kuchni orientalnej. Jeśli chodzi o rodzime gatunki to najwięcej łatwo przyswajalnego białka mają prawdziwki i pieczarki. Warto zaznaczyć, inne białko roślinne nie jest tak bogate pod względem aminokwasów jak to zawarte w grzybach – wyjaśniła dietetyk
 
Grzyby korzystnie wpływają na układ nerwowy, zawierają również cenne składniki mineralne

 – Grzyby to źródło glikogenu i witamin z grupy B, dlatego mają dobroczynny wpływ na nasz układ nerwowy. Niektóre gatunki, m.in. kurki, są źródłem prowitaminy A, stąd ich pomarańczowa barwa. Co ciekawe, występuje w nich również witamina D, której nie spotyka się w roślinach zielonych. Ponadto grzyby zawierają głównie potas, który kontroluje ciśnienie krwi, poprawia koncentrację, fosfor oraz magnez. Ilość magnezu w grzybach jest zbliżona do zawartości tego pierwiastka, który znajduje się w świeżych owocach czy warzywach. Spożywanie grzybów to też dobra okazja do wzbogacenia naszego organizmu w wapń – wyjaśniła.
 
W składzie chemicznym niektórych gatunków grzybów (pieczarek, boczniaków, borowików) wykazano obecność beta – glukanów.

– Są to związki, które mobilizują nasz układ odpornościowy, wpływają na obniżenie poziomu cholesterolu LDL we krwi, a także wykazują korzystne działanie w profilaktyce i leczeniu chorób nowotworowych.
 
Grzyby zawierają stosunkowo mało tłuszczu i kwasów tłuszczowych

– Można bezpiecznie je jadać będąc również na diecie odchudzającej – są niskokaloryczne. 100 g świeżych grzybów dostarcza ok. 34 kcal. Mimo tego, że zawierają sporo różnego typu węglowodanów, to są to węglowodany nieprzyswajalne – to dobra informacja również dla cukrzyków – dodała dietetyk.
 
Obróbka termiczna grzybów oraz ich łączenie z innymi produktami są niezwykle ważne

– Unikajmy smażenie grzybów, są nie tylko wyjątkowo kaloryczne, ponieważ chłoną tłuszcz, ale także mogą spowodować problemy żołądkowe, niestrawność i wzdęcia. Najlepszym wyborem będą grzyby gotowane, duszone. Warto do nich dodać takie przyprawy, jak majeranek, tymianek, kminek, czy też rozmaryn – wpływają pozytywnie na trawienie. Nie podawajmy grzybów ze śmietaną, alkoholem, tłustym mięsem, ponieważ wydłuża to czas trawienia zjedzonego przez nas posiłku. Przy wrażliwym żołądku, nie serwujmy ich z warzywami strączkowymi i produktami wzdymającymi np. cebulą – ostrzega ekspert.
 
Czy grzyby są ciężkostrawne?

– Grzyby mają w sobie bardzo dużo związków chitynowych. Ich ściana komórkowa jest z chityny, to wielocukier podobny do celulozy i człowiek nie radzi sobie z jego trawieniem. Dlatego zalegają w żołądku, dając przy tym uczucie pełności, sytości. Warto jednak podkreślić, że poddanie grzybów obróbce termicznej, np. gotowaniu lub duszeniu sprawia, że nie są one aż tak bardzo ciężkostrawne, jak powszechnie się uważa. Dlatego jedzmy je, ale zachowajmy umiar – wspomniała dietetyk.
 
Grzyby dla kobiet w ciąży i seniorów?

– Na pewno nie mogą spożywać grzybów osoby na nie uczulone. Powinny również ich unikać osoby z chorobami układu pokarmowego, np. z zespołem jelita drażliwego. Tyczy się to również osób starszych, a także kobiet w ciąży i tych, które karmią piersią. Nie mogą ich jeść również osoby u których zdiagnozowano choroby wątroby, trzustki, nerek czy woreczka żółciowego. Zalecenia mówią, że grzyby można podawać dzieciom dopiero od 3 roku życia, a nawet później ze względu na ich delikatny układ pokarmowy – oznajmia dietetyk American Heart of Poland.
 
Jeśli po zjedzeniu grzybów, źle się poczujesz (bóle głowy, biegunka, wymioty), udaj się do najbliższego punktu medycznego. Zabierz ze sobą resztki potrawy, która zawierała grzyby. Przy zatruciu grzybami nie wolno jeść ani pić.

źródło: AHoP