Medicalpress
Niewydolność serca pozostaje jednym z największych wyzwań współczesnej kardiologii. Szacuje się, że na świecie żyje z nią już ponad 64 mln dorosłych, a liczba chorych systematycznie rośnie wraz ze starzeniem się społeczeństw oraz wzrostem częstości występowania otyłości, cukrzycy typu 2 i nadciśnienia tętniczego. W odpowiedzi na te zmiany światowe organizacje kardiologiczne opublikowały Drugą Uniwersalną Definicję Niewydolności Serca, która ma ujednolicić sposób rozpoznawania choroby, ułatwić prowadzenie badań naukowych i przede wszystkim poprawić opiekę nad pacjentami.
Dokument został opracowany wspólnie przez American Heart Association (AHA), American College of Cardiology (ACC), European Society of Cardiology (ESC), World Heart Federation oraz towarzystwa naukowe zajmujące się niewydolnością serca ze Stanów Zjednoczonych, Europy i Japonii. Stanowi aktualizację pierwszej uniwersalnej definicji opublikowanej w 2021 roku. Jednocześnie został opublikowany w najważniejszych światowych czasopismach kardiologicznych: „Circulation”, „Journal of the American College of Cardiology”, „European Heart Journal” oraz „Global Heart”.

Autorzy dokumentu zwracają uwagę, że mimo ogromnego postępu terapeutycznego nadal istnieją różnice w rozpoznawaniu i klasyfikowaniu niewydolności serca, co utrudnia porównywanie wyników badań oraz wdrażanie jednolitych standardów leczenia.

Jak podkreśla współprzewodnicząca zespołu ekspertów dr Mary Norine Walsh: „Niewydolność serca pozostaje poważnym wyzwaniem, które stale rośnie na całym świecie, a niespójności w jej definiowaniu ograniczają postęp w badaniach i leczeniu”. Zdaniem ekspertki nowa definicja ma stworzyć bardziej spójne ramy postępowania, które pozwolą wcześniej identyfikować osoby zagrożone chorobą i skuteczniej dobierać terapię.

Jednym z najważniejszych elementów nowego dokumentu jest przesunięcie akcentu z leczenia zaawansowanej niewydolności serca na jej możliwie najwcześniejsze wykrywanie. Eksperci podkreślają, że choroba rozwija się stopniowo, a działania profilaktyczne powinny rozpoczynać się jeszcze przed pojawieniem się pierwszych objawów klinicznych.

Nowa definicja wyraźnie wskazuje, że osoby z czynnikami ryzyka, takimi jak nadciśnienie tętnicze, cukrzyca, otyłość czy przebyte choroby serca, powinny być identyfikowane wcześniej, zanim rozwinie się pełnoobjawowa niewydolność serca. Takie podejście ma zwiększyć skuteczność profilaktyki i ograniczyć liczbę hospitalizacji.

Istotną zmianą jest również odejście od sztywnego definiowania niewydolności serca wyłącznie na podstawie wartości frakcji wyrzutowej lewej komory (LVEF). Dotychczas określone progi liczbowe decydowały o kwalifikacji pacjentów do poszczególnych grup. Nowe zalecenia zwracają uwagę, że parametry te mogą różnić się w zależności od wieku, płci czy pochodzenia etnicznego.

Zamiast tego eksperci proponują bardziej praktyczny podział na niewydolność serca z obniżoną, zachowaną oraz poprawioną frakcją wyrzutową, co ma lepiej odzwierciedlać rzeczywisty stan kliniczny pacjenta.

Autorzy dokumentu proponują również po raz pierwszy uniwersalny system klasyfikacji przyczyn niewydolności serca. Ma on ułatwić zarówno prowadzenie badań naukowych, jak i codzienną praktykę kliniczną poprzez dokładniejsze określenie mechanizmu prowadzącego do rozwoju choroby. W praktyce może to oznaczać łatwiejsze dobieranie terapii ukierunkowanych na konkretną przyczynę niewydolności serca, a nie wyłącznie leczenie jej objawów.

Dużo miejsca poświęcono także czynnikom społecznym wpływającym na zdrowie. Eksperci podkreślają, że przebieg niewydolności serca zależy nie tylko od biologii choroby, ale również od miejsca zamieszkania pacjenta, dostępności opieki medycznej, poziomu edukacji zdrowotnej oraz możliwości korzystania z nowoczesnych metod diagnostyki i leczenia. W dokumencie zwrócono uwagę na potrzebę uwzględniania tych różnic zarówno podczas planowania opieki nad pacjentami, jak i tworzenia polityki zdrowotnej.

Nowe podejście zmienia także sposób postrzegania samej choroby. Dotychczas niewydolność serca była często traktowana jako stan nieodwracalny i stale postępujący. Autorzy nowej definicji wskazują natomiast, że u części pacjentów możliwa jest poprawa funkcji serca, remisja, a nawet częściowy powrót do zdrowia. Oznacza to konieczność regularnej oceny stanu chorego i dostosowywania leczenia do zmieniającej się sytuacji klinicznej.

Jak podkreśla dr Mary Norine Walsh: „Nowe ramy prawne uznają, że niewydolność serca nie jest stanem statycznym. Koncentrując się na stadiach choroby, jej przyczynach i przebiegu – w tym na poprawie, remisji i powrocie do zdrowia – możemy lepiej dostosować opiekę i przyspieszyć działania profilaktyczne”.

Opublikowany dokument nie zmienia jeszcze obowiązujących wytycznych terapeutycznych, ale będzie stanowił podstawę do ich aktualizacji. Nowe zalecenia American Heart Association i American College of Cardiology dotyczące leczenia niewydolności serca mają zostać opublikowane pod koniec 2027 roku. Można jednak przypuszczać, że już dziś nowa definicja będzie stopniowo wpływać na sposób prowadzenia badań naukowych oraz organizację opieki nad pacjentami w wielu krajach.

Rosnąca liczba osób z niewydolnością serca sprawia bowiem, że coraz większego znaczenia nabiera nie tylko rozwój nowych terapii, ale również wcześniejsze rozpoznawanie choroby i skuteczniejsze zapobieganie jej rozwojowi. Aktualizacja międzynarodowej definicji jest kolejnym krokiem w kierunku bardziej spersonalizowanej opieki kardiologicznej, w której równie ważne jak leczenie staje się identyfikowanie pacjentów zagrożonych chorobą jeszcze przed wystąpieniem jej objawów.

Źródło: https://newsroom.heart.org/

 
Zaledwie co piąty Polak jest wystarczająco aktywny fizycznie w czasie wolnym, mimo że brak ruchu należy do najważniejszych czynników ryzyka chorób przewlekłych. W odpowiedzi na ten problem Medicover uruchomił w Polsce pilotażowy model łączący opiekę medyczną, diagnostykę laboratoryjną i aktywność fizyczną w jednym miejscu. Celem jest nie tylko leczenie chorób, ale przede wszystkim ich skuteczna profilaktyka i budowanie zdrowych nawyków.
Zaledwie 21 proc. Polaków powyżej 15. roku życia spełnia zalecenia WHO dotyczące aktywności fizycznej w czasie wolnym – wynika z danych Ministerstwa Sportu i Turystyki. W sytuacji gdy brak ruchu staje się jednym z kluczowych czynników ryzyka zdrowotnego, dotychczasowy model opieki – rozdzielający leczenie, diagnostykę i aktywność fizyczną – przestaje być wystarczający. Medicover odpowiada na tę zmianę, wdrażając w Polsce nowy, zintegrowany koncept, który łączy opiekę medyczną, diagnostykę i aktywność fizyczną w jednym miejscu. To pierwszy tego typu model na rynku i krok w stronę podejścia, w którym zdrowie buduje się nie tylko w gabinecie, ale także poprzez codzienne nawyki i ruch. 

– Aktywność fizyczna to nie tylko wymiar sportowy, ale również medyczny. Widzimy dużą możliwość synergii pomiędzy nimi. To działa w dwie strony. Osoby trenujące są dziś coraz bardziej świadome, że nie sam trening pozwoli im osiągnąć cele. Profilaktyka i badania są bardzo dobrym uzupełnieniem – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Łukasz Wolski, dyrektor sieci Just GYM Box.

Z badania Ministerstwa Sportu i Turystyki „Poziom aktywności fizycznej Polaków w 2025 roku” wynika, że zalecenia WHO dotyczące aktywności fizycznej spełnia co piąty Polak po 15. roku życia. Po uwzględnieniu aktywności związanej z przemieszczaniem się, np. chodzenia czy jazdy na rowerze, odsetek ten rośnie do 69 proc.

Światowa Organizacja Zdrowia zaleca dorosłym co najmniej 150 minut umiarkowanej aktywności fizycznej tygodniowo. Według analiz WHO osiągnięcie tego poziomu aktywności mogłoby zapobiec ponad 10 tys. przedwczesnych zgonów w krajach Unii Europejskiej rocznie oraz przynieść im oszczędności sięgające niemal 8 mld euro rocznie na wydatkach na ochronę zdrowia. Międzynarodowe wytyczne rekomendują odpowiednio dobrany wysiłek fizyczny jako część terapii m.in. chorób układu krążenia, cukrzycy typu 2, otyłości, schorzeń narządu ruchu czy niektórych nowotworów.

 Ludzie, którzy borykają się z różnego rodzaju chorobami czy problemami zdrowotnymi, powinni również trenować i zadbać o aspekt medyczny nie tylko z perspektywy leków, ale bardziej holistycznie, czyli poprzez ruch – wskazuje Łukasz Wolski. – Ponad 80 proc. chorób cywilizacyjnych bierze się z otyłości, częściowo też z braku aktywności, więc to jest zajęcie się problemem od podstawy. Nie leczymy samych objawów, ale przyczynę, która się złożyła na to, że ktoś jest właśnie w takiej, a nie innej kondycji.

Raport NIZP-PZH „Sytuacja zdrowotna ludności Polski i jej uwarunkowania 2025” wskazuje, że dwie trzecie zgonów osób w wieku poniżej 75 lat jest związanych z przyczynami możliwymi do uniknięcia. Do najważniejszych czynników ryzyka należą m.in. otyłość, brak aktywności fizycznej, palenie tytoniu i nadużywanie alkoholu. W Polsce nadwagę ma ponad 53 proc. osób, a otyłość dotyczy blisko jednej czwartej społeczeństwa.

Z raportu Medicover „Praca. Zdrowie. Ekonomia. Perspektywa 2025” wynika, że efekty pracowniczych programów zdrowotnych i wellbeingowych są lepsze, jeżeli obejmują aktywizację sportową pracowników. W badaniu naukowym „Zdrowa OdWaga” wskazano, że aktywność wspiera leczenie chorób cywilizacyjnych, dodatkowo obniżając absencję o ponad 30 proc. Programy aktywizujące pracowników przy jednoczesnym monitoringu ich stanu zdrowia, budujące nawyk regularnego treningu, przynoszą więc wymierne korzyści zarówno pracownikom, jak i organizacjom.

 Pakiet medyczny i pakiet sportowy to najpopularniejsze benefity pozapłacowe pozwalające wyróżnić się pracodawcy na rynku pracy. Natomiast połączenie tego typu usług w jedno daje jeszcze wymierny efekt w postaci optymalizacji kosztów – mówi Dominik Kurmanowski, dyrektor Działu Sprzedaży Korporacyjnej w Medicover.

Przykładem takiego podejścia jest nowy punkt Medicover w warszawskim Międzylesiu, uruchomiony we współpracy z Just GYM Box i Synevo. To pierwsza tego typu inicjatywa w Polsce, w ramach której opieka medyczna, diagnostyka laboratoryjna i infrastruktura sportowa funkcjonują w jednym, spójnym modelu. Integracja tych obszarów umożliwia lepszą koordynację działań profilaktycznych, diagnostycznych i wspierających proces leczenia.

 Pacjent zyskuje w jednym miejscu możliwość konsultacji swoich problemów zdrowotnych, wykonania badań laboratoryjnych i diagnostycznych oraz wykonywania zaleconych ćwiczeń w ramach rehabilitacji – tłumaczy Elżbieta Krasuska, dyrektor regionu ds. operacyjnych w Medicover.

– Do tej pory Medicover kojarzony był wyłącznie z opieką medyczną, dopiero od niedawna z benefitami związanymi z kartami sportowymi, natomiast tutaj mamy możliwość zobaczenia, jak te dwa światy się przenikają. W miejscu, gdzie jest klub sportowy, mamy jednocześnie dostęp do opieki medycznej, fizjoterapeutów, dietetyków i ortopedy – mówi Dominik Kurmanowski. – Jeśli mam nieleczoną kontuzję, to ona przeszkadza w osiąganiu założonego przeze mnie efektu i powoduje, że ćwiczenia nie są tak przyjemne. Dlatego formuła połączenia opieki medycznej z obiektem sportowym daje możliwość szybkiego usunięcia problemu i powoduje, że efekty przychodzą łatwiej.

 Diagnostyka jest nazywana królową badań, ponieważ na podstawie wyników krwi otrzymujemy informacje o stanie naszego zdrowia. Jest to bardzo istotne z punktu widzenia kolejnych kroków – zarówno rozpoznania choroby, jak i potwierdzenia, że wszystko jest z nami w porządku. Dlatego badania powinniśmy wykonywać rutynowo – przekonuje Arkadiusz Gawrych, dyrektor ds. sprzedaży i rozwoju biznesu w Synevo. – Połączenie diagnostyki, opieki medycznej i sportu może przynosić wyłącznie korzyści z punktu widzenia pacjenta. Trenując, może zadbać o siebie, wykonać badania, zweryfikować swój stan zdrowia i być z lekarzem w stałym kontakcie.

Model łączący profilaktykę, diagnostykę i aktywność fizyczną nie tylko wpisuje się w globalny trend integracji usług zdrowotnych, ale też wyznacza jego kierunek na polskim rynku. To podejście wykraczające poza tradycyjny model leczenia – stawia nacisk na aktywne budowanie zdrowia, zmianę nawyków i zapobieganie chorobom. Jak podkreślają przedstawiciele Medicover, warszawska placówka pełni rolę projektu pilotażowego i punktu odniesienia dla dalszego rozwoju. Zebrane doświadczenia mają stanowić fundament do skalowania tego modelu i wdrażania kolejnych lokalizacji w przyszłości.

– Widzimy dużą potrzebę takich rozwiązań i zasadność ich skalowania na inne rynki. Będziemy zbierać opinie pacjentów – zapowiada Elżbieta Krasuska.

– To rozwiązanie, które będzie dostępne w ramach proponowanych benefitów pozapłacowych zarówno w formie pakietu medycznego, jak i karty sportowej, ale także w formule, która łączy oba te produkty: Zdrowie Active – mówi Dominik Kurmanowski.

Źródło: Newseria

Eksperymentalny lek surwodutyd może stać się nową opcją terapeutyczną dla osób z otyłością oraz metaboliczną stłuszczeniową chorobą wątroby (MASLD). Firma Boehringer Ingelheim poinformowała o pozytywnych wynikach dwóch globalnych badań III fazy, które wykazały istotną redukcję masy ciała, tkanki tłuszczowej trzewnej oraz zawartości tłuszczu w wątrobie. Wyniki zaprezentowano podczas Sesji Naukowych Amerykańskiego Towarzystwa Diabetologicznego (ADA 2026) i opublikowano na łamach prestiżowych czasopism naukowych. Eksperci podkreślają, że nowa terapia może odpowiadać na rosnące potrzeby pacjentów z otyłością i chorobami metabolicznymi, które zwiększają ryzyko cukrzycy typu 2, schorzeń sercowo-naczyniowych oraz uszkodzenia wątroby.

– Firma Boehringer Ingelheim ogłosiła pozytywne wyniki dwóch globalnych badań fazy III dotyczących podwójnego agonisty receptorów glukagonu/GLP‑1 – surwodutydu (BI 456906) – SYNCHRONIZE‑1 i SYNCHRONIZE‑MASLD. Wyniki te wskazują, że surwodutyd może wspomagać redukcję masy ciała, a tym samym poprawę zdrowia metabolicznego, w dwóch odrębnych populacjach: u osób dorosłych z otyłością lub nadwagą, bez cukrzycy typu 2 (SYNCHRONIZE‑1), oraz u osób dorosłych z nadwagą lub otyłością oraz chorobą stłuszczeniową wątroby związaną z dysfunkcją metaboliczną (MASLD) z cechami zapalenia i (lub) włóknienia (SYNCHRONIZE‑MASLD). Pełne wyniki badań SYNCHRONIZE‑1 i SYNCHRONIZE‑MASLD przedstawiono dzisiaj podczas Sesji Naukowych 2026 Amerykańskiego Towarzystwa Diabetologicznego (ADA) i jednocześnie opublikowano odpowiednio w czasopismach The New England Journal of Medicine oraz Nature Medicine.

Wyniki badania SYNCHRONIZE‑1

W 76‑tygodniowym badaniu fazy III SYNCHRONIZE‑1 oceniano surwodutyd u osób dorosłych z otyłością lub nadwagą, bez cukrzycy typu 2. Pozytywne wstępne dane ogłoszone w kwietniu wskazywały, że w badaniu osiągnięto pierwszorzędowe punkty końcowe przy użyciu zmiennych oszacowania dotyczących schematu leczenia*, jak również dotyczących skuteczności†.1Utrzymującą się redukcję masy ciała o średnio 16,6% zaobserwowano przy użyciu zmiennej oszacowania dotyczącej skuteczności, przy statystycznie istotnej redukcji w porównaniu z 3,2% w grupie placebo (p<0,0001).

W badaniu dodatkowym utrata tkanki tłuszczowej zaobserwowana u pacjentów, u których wykonano pomiary metodą rezonansu magnetycznego podczas oceny wyjściowej oraz przy zakończeniu badania w trakcie leczenia, wykazała względne zmniejszenie zawartości tkanki tłuszczowej trzewnej nawet o 34,0%.2 Dodatkowa analiza wykazała, że masa beztłuszczowa odpowiadała za nie więcej niż 10,8% zmiany całkowitej masy tkanek przy zastosowaniu najwyższej dawki, co wskazuje, że redukcja masy ciała wynikała głównie ze zmniejszenia masy tkanki tłuszczowej. W tym samym badaniu dodatkowym zaplanowana z góry analiza wykazała, że u osób dorosłych leczonych surwodutydem nastąpiło zmniejszenie zawartości tłuszczu w wątrobie nawet o 63,1%, co dodatkowo wskazuje na korzystny wpływ surwodutydu na zdrowie metaboliczne.

„U osób z otyłością redukcja masy ciała stanowi dopiero część rozwiązania problemu. Występuje u nich zwiększone ryzyko rozwoju poważnych schorzeń związanych z otyłością i towarzyszącą jej dysfunkcją metaboliczną, w tym metabolicznych chorób wątroby, cukrzycy typu 2 oraz chorób sercowo‑naczyniowych. Istnieje pilna potrzeba opracowania terapii, które będą nie tylko skutecznie redukowały masę ciała, ale jednocześnie będą oddziaływały na te współistniejące schorzenia” – powiedział dr Lee Kaplan, dyrektor Instytutu Otyłości i Metabolizmu w Bostonie w stanie Massachusetts, USA, oraz przewodniczący komitetu wykonawczego programu badań SYNCHRONIZE. „Bardzo cieszy mnie, że dane te pokazują, iż podwójne agonistyczne działanie na receptory glukagonu i GLP‑1 przez surwodutyd stanowi obiecujące podejście terapeutyczne dla osób z otyłością oraz dla pacjentów ze związanymi z otyłością metabolicznymi chorobami wątroby, w tym MASLD i MASH”.

„Otyłość jest złożoną chorobą związaną z gospodarką metaboliczną organizmu. Nadmiar tkanki tłuszczowej trzewnej, zlokalizowanej głównie w obrębie jamy brzusznej, jest znanym czynnikiem przyczyniającym się do dysfunkcji metabolicznej i pozostaje ściśle związany z zaburzeniami czynności wątroby” – powiedział Shashank Deshpande, przewodniczący zarządu i dyrektor działu Human Pharma w Boehringer Ingelheim. „Poprzez oddziaływanie na otyłość, a jednocześnie na tkankę tłuszczową trzewną i tłuszcz wątrobowy, surwodutyd może potencjalnie na nowo zdefiniować możliwości ukierunkowanej terapii wspomagającej redukcję masy ciała, ponieważ naszym celem jest modyfikacja kluczowych czynników nasilających dysfunkcję metaboliczną, często związaną z otyłością”.

Zdrowie metaboliczne odnosi się do sposobu, w jaki organizm przetwarza składniki odżywcze i utrzymuje homeostazę. Otyłość, jako choroba złożona, wykracza poza samą masę ciała i wiąże się z zaburzeniami procesów metabolicznych. Nawet u trzech na cztery osoby z otyłością występuje choroba stłuszczeniowa wątroby związaną z dysfunkcją metaboliczną (MASLD), w której dochodzi do nadmiernego gromadzenia się tłuszczu w wątrobie. U około jednej trzeciej osób z otyłością może to prowadzić do rozwoju poważniejszego stadium choroby, określanego jako stłuszczeniowe zapalenie wątroby związane z dysfunkcją metaboliczną (MASH), które charakteryzuje się stanem zapalnym i uszkodzeniem wątroby.

Wyniki badania SYNCHRONIZE‑MASLD

Pozytywne wyniki badania fazy III SYNCHRONIZE‑MASLD dodatkowo potwierdzają potencjalną skuteczność surwodutydu w zakresie poprawy zdrowia metabolicznego, wykazując korzystny wpływ na redukcję masy ciała oraz ukierunkowane zmniejszenie zawartości tłuszczu w wątrobie. W badaniu SYNCHRONIZE‑MASLD oceniano stosowanie surwodutydu przez 48 tygodni u osób dorosłych z otyłością lub nadwagą oraz MASLD z cechami zapalenia i (lub) włóknienia, zarówno z cukrzycą typu 2, jak i bez cukrzycy.

W badaniu tym osiągnięto równorzędne pierwszorzędowe punkty końcowe przy użyciu zmiennych oszacowania dotyczących schematu leczenia, jak również skuteczności, przy czym wyniki wykazały, że nawet u 84,2% uczestników leczonych surwodutydem wystąpiła względna redukcja zawartości tłuszczu w wątrobie o co najmniej 30% w przypadku użycia zmiennej oszacowania dotyczącej skuteczności – co stanowiło statystycznie istotną poprawę w porównaniu z 24,3% w grupie placebo (p<0,0001). W badaniu osiągnięto drugi równorzędny pierwszorzędowy punkt końcowy przy względnej redukcji masy ciała do 12,2%, przy użyciu zmiennej oszacowania dotyczącej skuteczności, w porównaniu z 1,0% w grupie placebo (p<0,0001). Dodatkowe szczegółowe wyniki dotyczące drugorzędowego punktu końcowego wykazały, że nawet 6 na 10 pacjentów (61,0%) osiągnęło normalizację zawartości tłuszczu w wątrobie (zawartość tłuszczu w wątrobie <5%) po 48 tygodniach przy użyciu zmiennej oszacowania dotyczącej skuteczności w porównaniu z 5,7% w grupie placebo.

Pozytywne trendy zaobserwowano również w odniesieniu do innych drugorzędowych punktów końcowych oceniających biomarkery związane z wątrobą, takie jak aktywność aminotransferazy alaninowej (ALT), sygnalizujące redukcję stanu zapalnego.

Zgodnie z oczekiwaniami dotyczącymi terapii opartych na GLP‑1, w badaniu SYNCHRONIZE‑1 najczęściej zgłaszanymi zdarzeniami niepożądanymi związanymi ze stosowaniem surwodutydu były zaburzenia ze strony przewodu pokarmowego, które w większości przypadków miały nasilenie łagodne do umiarkowanego i zazwyczaj występowały w fazie zwiększania dawki. Zdarzenia występujące częściej niż w grupie placebo obejmowały nudności, wymioty, biegunkę i zaparcia. Odsetek pacjentów przerywających leczenie z powodu zdarzeń niepożądanych ze strony przewodu pokarmowego wynosił 19% w grupie leczonej surwodutydem w porównaniu z 2,9% w grupie placebo. Wyniki te były spójne w całym badaniu SYNCHRONIZE‑MASLD, a także zgodne ze znanymi efektami klasy leków. W żadnym z badań nie odnotowano żadnych nowych sygnałów dotyczących bezpieczeństwa.

Badania SYNCHRONIZE‑1 i SYNCHRONIZE‑MASLD wskazują łącznie na potencjalne korzyści wynikające z podwójnego agonistycznego działania na receptory glukagonu/GLP‑1 u osób z otyłością i pacjentów z MASLD oraz oznakami stanu zapalnego i (lub) włóknienia. Surwodutyd może wypełnić istniejącą potrzebę opracowania skutecznego leczenia tych schorzeń, ponieważ jego agonistyczne działanie na receptor GLP‑1 zmniejsza apetyt przy jednoczesnym zwiększaniu uczucia pełności i sytości. Z drugiej strony, uważa się, że agonistyczne działanie wobec glukagonu działa bezpośrednio na wątrobę, zmniejszając zawartość tłuszczu w tym narządzie, regulując jego funkcje metaboliczne, a także zmniejszając nasilenie stanu zapalnego i włóknienia. Surwodutyd jest lekiem eksperymentalnym i nie został jeszcze zatwierdzony do stosowania; jego skuteczność i bezpieczeństwo nie zostały ustalone.

Ponadto w ramach szerszego programu badań klinicznych opracowuje się zestaw badań fazy IIIb w celu wypełnienia istniejących kluczowych potrzeb osób z otyłością leczonych w warunkach rzeczywistej praktyki klinicznej. Na ten rok zaplanowano rozpoczęcie kolejnych badań: w badaniu SYNCHRONIZE‑HERA surwodutyd będzie oceniany pod względem wpływu na zdrowie kobiet; badanie ELEVATE‑LIVER pozwoli ocenić wpływ surwodutydu na utrzymanie czynności i struktury serca u osób z MASLD lub wczesną postacią MASH; natomiast w badaniu SYNCHRONIZE‑START oceniane będą metody dostosowywania dawek w warunkach rzeczywistej praktyki, w tym rozpoczynanie leczenia oraz zmiana leczenia z GLP‑1 RA, ze szczególnym uwzględnieniem tolerancji. Działania te uzupełnią badania SYNCHRONIZE‑1 i SYNCHRONIZE‑MASLD w ramach szerszego, globalnego programu badań fazy III dotyczącego nadwagi i otyłości, obejmującego kluczowe subpopulacje pacjentów. Surwodutyd jest również analizowany w dwóch globalnych badaniach klinicznych fazy III – LIVERAGE oraz LIVERAGE‑Cirrhosis – oceniających skuteczność i bezpieczeństwo stosowania tego leku u osób dorosłych z MASH i zwłóknieniem w stadium 2 lub 3 oraz u pacjentów z wyrównaną marskością wątroby w przebiegu MASH (ze zwłóknieniem w stadium 4).

Źródło: inf pras

Tylko co dziesiąta kobieta deklaruje, że dobrze śpi sześć nocy w tygodniu, podczas gdy co trzecia szacuje, że osiąga prawdziwie regenerujący sen tylko trzy do czterech razy w tygodniu – wynika z globalnego badania snu. Może to wskazywać na ukryte zaburzenie snu, takie jak obturacyjny bezdech senny. Problem polega jednak na tym, że schorzenie to kojarzy się przede wszystkim z mężczyznami, przez co u kobiet często pozostaje niezdiagnozowane.
Według globalnego badania snu zleconego przez firmę Resmed, eksperta w dziedzinie snu, co czwarta kobieta ma trudności z zasypianiem co najmniej trzy lub więcej nocy w tygodniu, a 27% respondentek zgłasza, że budzi się niewyspane. Uczestniczki badania wskazały stres i lęk jako najczęstsze przyczyny tych problemów (42%). Jednak pierwotna przyczyna może leżeć w schorzeniu, które zwyczajowo przypisuje się mężczyznom. To obturacyjny bezdech senny, który w przypadku kobiet może dawać nietypowe objawy, a to utrudnia diagnozę. Obchodzony 28 maja Międzynarodowy Dzień Działań na rzecz Zdrowia Kobiet jest doskonałą okazją do tego, aby zwrócić uwagę na problem, który jak się okazuje może dotyczyć nawet 50% kobiet w wieku od 20 do 70 lat.

Pułapka „męskiej” choroby i nietypowych objawów

Obturacyjny bezdech senny jest powszechnie postrzegany jako choroba mężczyzn, a to sprawia, że wiele kobiet nawet nie zakłada, że ich problemy z samopoczuciem mogą wynikać właśnie z tego schorzenia. Sytuację komplikuje fakt, że kobieca twarz bezdechu jest zupełnie inna niż ta powszechnie znana. Podczas gdy mężczyźni częściej zgłaszają chrapanie i przerwy w oddychaniu, u kobiet pojawiają się objawy takie jak bezsenność, zespół niespokojnych nóg, senność w ciągu dnia, bóle głowy i mięśni, nadmierny przyrost masy ciała czy depresja[3]. Co więcej, badania wykazały, że kobiety mają tendencję do częstszego zgłaszania dolegliwości nawet przy łagodnym przebiegu bezdechu. Zauważono w nich też, że kobiety z łagodnym bezdechem wykazują niższy wskaźnik senności niż mężczyźni, ale jednocześnie deklarują znacznie wyższy poziom wyczerpania i zmęczenia. Ich jakość życia jest wyraźnie obniżona, a stanom tym często towarzyszy wyższy poziom lęku, depresji oraz trudności z utrzymaniem ciągłości snu.

Ignorowanie bezdechu to ryzyko dla całego organizmu

Brak odpowiedniej diagnozy i pozostawienie bezdechu sennego bez leczenia niesie poważne konsekwencje dla organizmu kobiety. To nie tylko kwestia gorszego samopoczucia, ale realne zagrożenie dla układu krwionośnego i metabolicznego. Ponad połowa kobiet cierpiących na obturacyjny bezdech senny zmaga się jednocześnie z nadciśnieniem tętniczym, a niemal co druga ma podwyższony poziom cholesterolu. Nieleczone zaburzenia oddychania podczas snu zwiększają też ryzyko wystąpienia cukrzycy typu 2 oraz choroby wieńcowej.

Ciąża i menopauza – kluczowe momenty w życiu kobiety

Okresami w życiu kobiet, w których powinny zachować szczególną czujność są ciąża i menopauza. Badania pokazują, że w okresie oczekiwania na dziecko na obturacyjny bezdech senny cierpi jedna na pięć kobiet. To konsekwencja procesów, które zachodzą w ciele kobiety w tym okresie. Okazuje się, że zmiany hormonalne w organizmie oraz ucisk na drogi oddechowe[7] mogą powodować niebezpieczne przerwy w oddychaniu, wpływając zarówno na zdrowie matki, jak i rozwijającego się dziecka.

Menopauza to równie krytyczny moment. Wówczas spadek poziomu hormonów chroniących napięcie mięśni gardła sprawia, że wiele kobiet po raz pierwszy w życiu zaczyna doświadczać objawów bezdechu[8]. Zmiany te często bywają mylnie utożsamiane wyłącznie z procesem starzenia lub typowymi dolegliwościami klimakterium, co opóźnia wdrożenie skutecznej terapii, mogącej przywrócić komfort życia i uchronić przed poważnymi powikłaniami. Tymczasem wczesna diagnoza jest niezwykle istotna, ponieważ jak wynika z badań, po menopauzie ryzyko bezdechu sennego u kobiet wzrasta do poziomu mniej więcej takiego samego jak u mężczyzn.

 
Więcej informacji, w tym prosty internetowy test oceny snu, można znaleźć na stronie https://www.resmed.pl/better-sleep
Ocena snu nie jest odpowiednia dla osób poniżej 18 roku życia. Jest to narzędzie do samooceny, które może pomóc Ci ustalić, czy występuje u Ciebie którykolwiek z typowych objawów bezsenności lub obturacyjnego bezdechu sennego. Nie jest to narzędzie diagnostyczne i nie stanowi porady medycznej. Poleganie na informacjach uzyskanych za pośrednictwem tego narzędzia odbywa się wyłącznie na twoje własne ryzyko. Zalecamy skonsultowanie się z lekarzem w sprawie wyników oceny snu lub jeśli masz obawy dotyczące swojego snu.

Źródło: inf pras

Leki z grupy agonistów receptora GLP-1, stosowane dziś głównie w leczeniu cukrzycy typu 2 i otyłości, coraz częściej analizowane są także pod kątem wpływu na układ sercowo-naczyniowy. Nowa meta-analiza obejmująca ponad 91 tys. pacjentów wskazuje, że terapie te wiązały się z niższym ryzykiem poważnych incydentów sercowo-naczyniowych, w tym zawału serca, udaru mózgu i zgonu sercowo-naczyniowego. Autorzy zwracają uwagę, że obserwowane korzyści wykraczały poza samą kontrolę glikemii i redukcję masy ciała.
Leki z grupy agonistów receptora GLP-1, początkowo rozwijane jako terapia cukrzycy typu 2, od kilku lat znajdują coraz szersze zastosowanie także w leczeniu otyłości i redukcji ryzyka sercowo-naczyniowego. Nowa meta-analiza opublikowana na łamach „Cardiovascular Diabetology – Endocrinology Reports” pokazuje, że u osób z wysokim ryzykiem sercowo-naczyniowym stosowanie tych leków wiązało się z istotnym zmniejszeniem liczby poważnych incydentów sercowo-naczyniowych, w tym zawałów serca, udarów mózgu i zgonów z przyczyn sercowo-naczyniowych.

Autorzy przeanalizowali dane z 11 dużych randomizowanych badań klinicznych obejmujących łącznie 91 490 uczestników. Średni czas obserwacji wynosił 2,7 roku. Do analizy włączono wyłącznie badania typu cardiovascular outcome trials (CVOT), prowadzone u dorosłych pacjentów z rozpoznaną chorobą sercowo-naczyniową lub istotnie podwyższonym ryzykiem jej wystąpienia.

W badaniach oceniano różne leki z grupy GLP-1RA, m.in. liraglutyd, semaglutyd, dulaglutyd, eksenatyd, albiglutyd, liksysenatyd czy efpeglenatyd. Wszystkie porównywano z placebo.

Mniej poważnych incydentów sercowo-naczyniowych

Głównym analizowanym punktem końcowym były tzw. MACE (major adverse cardiovascular events), czyli duże niekorzystne zdarzenia sercowo-naczyniowe obejmujące zwykle zgon sercowo-naczyniowy, zawał serca lub udar mózgu.

Łącznie w grupach otrzymujących GLP-1RA odnotowano 4386 zdarzeń MACE, wobec 4884 w grupach placebo. Po połączeniu wyników wszystkich badań wykazano, że stosowanie agonistów receptora GLP-1 wiązało się z 14-procentowym zmniejszeniem ryzyka wystąpienia MACE w porównaniu z placebo (HR 0,86; 95 proc. CI 0,81–0,92).

Analiza wykazała także:
Autorzy odnotowali również mniejszą liczbę hospitalizacji z powodu niewydolności serca, choć w tym przypadku efekt był słabszy i mniej stabilny w analizach czułości.

Nie tylko wpływ na glikemię i masę ciała

Agoniści receptora GLP-1 byli początkowo rozwijani głównie z myślą o poprawie kontroli glikemii u osób z cukrzycą typu 2. Z czasem zaczęto obserwować, że korzyści mogą wykraczać poza sam wpływ metaboliczny.

W publikacji przypomniano, że leki z tej grupy wpływają na wiele czynników związanych z ryzykiem sercowo-naczyniowym, w tym masę ciała, ciśnienie tętnicze, metabolizm lipidów i zmienność glikemii. Autorzy wskazują również na możliwe bezpośrednie działanie w obrębie układu sercowo-naczyniowego, obejmujące m.in. wpływ na śródbłonek naczyń, proces zapalny i mechanizmy miażdżycowe.

W pracy przywołano także dane eksperymentalne sugerujące obecność receptorów GLP-1 w tkance mięśnia sercowego oraz w ośrodkach autonomicznego układu nerwowego związanych z regulacją układu krążenia.

Korzyści obserwowano także po wyłączeniu populacji przedcukrzycowej

Jednym z elementów analizy była dodatkowa ocena wyników po wyłączeniu badania SELECT, które obejmowało osoby z nadwagą lub otyłością bez cukrzycy typu 2, ale z chorobą sercowo-naczyniową.

Po usunięciu tej populacji efekt ochronny pozostawał zbliżony. Autorzy interpretują to jako argument przemawiający za tym, że obserwowane korzyści nie wynikają wyłącznie z poprawy kontroli cukrzycy.

Przeprowadzono również analizę podgrup dotyczącą semaglutydu. W tej grupie leków obserwowano większą redukcję ryzyka MACE niż w analizie całej klasy GLP-1RA. Autorzy podkreślają jednak, że była to analiza post hoc i wynik należy traktować ostrożnie, jako obserwację wymagającą dalszych badań, a nie dowód przewagi konkretnego preparatu.

Działania niepożądane: najczęściej ze strony przewodu pokarmowego

W analizowanych badaniach nie stwierdzono istotnego wzrostu ryzyka ciężkiej hipoglikemii ani ostrego zapalenia trzustki.

Najczęściej zgłaszanymi działaniami niepożądanymi były objawy ze strony przewodu pokarmowego, przede wszystkim nudności, wymioty i biegunki. W części badań częstość tych objawów była o ponad 10 punktów procentowych wyższa niż w grupach placebo.

Autorzy zwracają uwagę, że działania te są dobrze znanym efektem klasowym terapii GLP-1RA i mogą wpływać na tolerancję leczenia oraz utrzymanie terapii przez pacjentów.

Coraz większa rola GLP-1 w strategiach redukcji ryzyka sercowo-naczyniowego

Autorzy publikacji podkreślają, że wyniki wspierają szersze włączanie agonistów receptora GLP-1 do strategii ograniczania ryzyka sercowo-naczyniowego u osób wysokiego ryzyka, szczególnie u pacjentów z cukrzycą typu 2, otyłością lub już rozpoznaną chorobą sercowo-naczyniową.

Zwracają jednocześnie uwagę, że nadal istnieją ograniczenia związane m.in. z dostępnością leczenia, kosztami terapii oraz różnicami pomiędzy poszczególnymi badaniami i populacjami pacjentów. Meta-analiza opierała się również na danych zbiorczych z badań, a nie na indywidualnych danych pacjentów, co ogranicza możliwość bardziej szczegółowych analiz podgrup.

W pracy zaznaczono również, że potrzebne są dalsze badania dotyczące miejsca GLP-1RA poza populacjami wysokiego ryzyka sercowo-naczyniowego oraz potencjalnych korzyści wynikających z łączenia tych terapii z inhibitorami SGLT2.

Źródło: Peter K., Roka O., Sepp E. i wsp. The long-term cardiovascular safety and efficacy of glucagon-like peptide-1 (GLP-1) receptor agonists in high-risk cardiovascular populations: a systematic review and meta-analysis. Cardiovascular Diabetology – Endocrinology Reports, 2026.
Systemy ciągłego monitorowania glukozy (CGM) poprawiają kontrolę cukrzycy typu 2 także u pacjentów stosujących wyłącznie insulinę bazową – wynika z najnowszych badań. Obecnie jedynie 18–30 proc. spośród ok. 63 mln osób leczonych insuliną osiąga docelowe wartości glikemii, co wiąże się z wyższym ryzykiem powikłań oraz kosztami dla systemów ochrony zdrowia szacowanymi globalnie na 217 mld dolarów rocznie.
Dane wskazują, że zastosowanie CGM może istotnie poprawić kontrolę poziomu glukozy w tej grupie pacjentów, ograniczając ryzyko powikłań i przyczyniając się do zmniejszenia obciążeń dla systemów opieki zdrowotnej.

U pacjentów z cukrzycą typu 2 leczonych insuliną bazową jednym z głównych wyzwań pozostaje dostosowanie terapii do zmiennych poziomów glukozy w ciągu dnia. Ograniczona liczba pomiarów przy użyciu tradycyjnych glukometrów utrudnia wychwycenie wahań glikemii, w tym epizodów hipoglikemii i hiperglikemii, co przekłada się na trudności w osiąganiu celów terapeutycznych.

Badanie FreeDM2 przeprowadzone w Wielkiej Brytanii wykazało przewagę systemów CGM nad tradycyjną samokontrolą glikemii przy użyciu glukometru. Po czterech miesiącach pacjenci korzystający z monitorowania ciągłego obniżyli poziom HbA1c, czyli średni poziom cukru we krwi z ostatnich miesięcy, o 0,6 proc. bardziej niż osoby wykonujące pomiary z palca oraz spędzali średnio o 2,5 godz. dziennie więcej w docelowym zakresie glikemii (70–180 mg/dL).

Podobne rezultaty przyniosło badanie prowadzone we Włoszech w warunkach codziennej praktyki klinicznej. Po trzech miesiącach stosowania CGM pacjenci osiągali lepsze średnie poziomy glukozy, dłuższy czas w zakresie docelowym oraz poprawę jakości życia.

Dla tej grupy pacjentów dostęp do nowoczesnych technologii jest wciąż ograniczony. Systemy ciągłego monitorowania glukozy najczęściej są refundowane przede wszystkim dla osób intensywnie leczonych insuliną, podczas gdy pacjenci stosujący wyłącznie insulinę bazową rzadziej są nimi obejmowani. Tymczasem, jak wskazują eksperci, to właśnie w tej grupie poprawa kontroli glikemii pozostaje jednym z największych wyzwań terapeutycznych.

 Najnowsze wyniki badań jednoznacznie pokazują, jak ważną rolę odgrywa ciągłe monitorowanie glukozy w codziennym życiu osób z cukrzycą typu 2. Dostęp do danych w czasie rzeczywistym pozwala pacjentom lepiej zarządzać terapią i podejmować świadome decyzje dotyczące diety, aktywności fizycznej czy leczenia – podkreśla Monika Kaczmarek, prezeska Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków.

Systemy CGM umożliwiają stałe monitorowanie poziomu glukozy bez konieczności wykonywania częstych nakłuć palca. Tymczasem, jak wskazują eksperci, to właśnie w tej grupie poprawa kontroli glikemii pozostaje jednym z największych wyzwań terapeutycznych. Sensor umieszczony na ciele przekazuje dane w czasie rzeczywistym do aplikacji lub czytnika, co pozwala śledzić nie tylko aktualny poziom glikemii, lecz także jej trendy i kierunek zmian. W praktyce umożliwia to szybsze reagowanie na wahania poziomu cukru oraz lepsze dostosowanie terapii, diety i aktywności fizycznej. Z technologii FreeStyle Libre korzysta obecnie ok. 8 mln osób w ponad 60 krajach na świecie.

Znaczenie takich rozwiązań rośnie wraz ze skalą problemu zdrowotnego. Według Międzynarodowej Federacji Diabetologicznej (IDF) na świecie żyje 589 mln osób z cukrzycą. Cukrzyca typu 2 stanowi ok. 90 proc. wszystkich przypadków i jest jedną z głównych przyczyn chorób sercowo-naczyniowych, niewydolności nerek czy utraty wzroku.

 Widzimy wyraźnie, że takie rozwiązania przekładają się na lepsze wyniki zdrowotne oraz większe bezpieczeństwo terapii. Cieszymy się, że głos pacjentów znajduje odzwierciedlenie w danych naukowych i aktualnych zaleceniach klinicznych. Dlatego apelujemy o dostosowanie zasad refundacji, aby każdy pacjent stosujący insulinę miał dostęp do technologii, które realnie zmniejszają ryzyko powikłań i poprawiają jakość życia – mówi Monika Kaczmarek.

Nowe podejście znajduje odzwierciedlenie także w zaleceniach klinicznych. W najnowszych rekomendacjach Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego na 2026 rok po raz pierwszy wskazano na zasadność stosowania systemów CGM nie tylko u pacjentów intensywnie leczonych insuliną, ale także u osób przyjmujących pojedyncze wstrzyknięcia oraz korzystających z nowoczesnych terapii doustnych i inkretynowych.

Coraz więcej krajów decyduje się na szeroką refundację systemów CGM dla wszystkich pacjentów stosujących insulinę – niezależnie od liczby dawek w ciągu doby. Takie rozwiązania funkcjonują już m.in. we Francji, Włoszech, Hiszpanii, Szwajcarii, Szwecji, Finlandii, Walii, USA, Kanadzie, Japonii, Chinach, Chile, Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Brazylii. Wiele kolejnych państw rozważa wprowadzenie podobnych regulacji, dostrzegając korzyści zdrowotne, społeczne i systemowe wynikające z lepszej kontroli cukrzycy.

Eksperci podkreślają, że szersze wykorzystanie technologii ciągłego monitorowania glukozy może zmienić model leczenia cukrzycy typu 2 z reaktywnego na proaktywny. W warunkach rosnącej liczby pacjentów oraz obciążeń dla systemów ochrony zdrowia zwiększenie dostępności takich rozwiązań jest postrzegane nie tylko jako potrzeba kliniczna, ale również jako element racjonalnej polityki zdrowotnej.

Źródło: Newseria

Osoby z prawidłowym BMI, czyli proporcją wagi do wzrostu, ale podwyższonym tzw. metabolicznym BMI, mogą być nawet pięciokrotnie bardziej narażone na poważne problemy metaboliczne, skutkujące m.in. otyłością i zwiększonym ryzykiem sercowo-naczyniowym – wynika z badań naukowców z Uniwersytetu w Göteborgu, opublikowanych w „Nature Medicine”. Nowy wskaźnik, oparty na analizie metabolitów we krwi, pozwala dokładniej ocenić zdrowie metaboliczne niż tradycyjny BMI. Naukowcy wykazali, że kluczową rolę w procesach związanych z przemianą materii spełnia mikrobiota jelitowa.

– Moje badania obejmowały głównie osoby w średnim wieku i Europejczyków. Musimy brać to pod uwagę, ponieważ może to nie być grupa reprezentatywna dla całej populacji. Jednak wzrost ryzyka był dość wyraźny. Osoby z pozornie normalną masą ciała, ale podwyższonym metabolicznym BMI, są obciążone od dwu- do pięciokrotnie wyższym ryzykiem stłuszczenia wątroby, które stanowi jedno z najgroźniejszych schorzeń metabolicznych. Upośledzenie funkcji wątroby może w najgorszym wypadku prowadzić do raka wątroby. Wiąże się ono również z bardzo wysokim ryzykiem cukrzycy typu 2. Zazwyczaj u osób z tym schorzeniem występuje insulinooporność, więc ich organizm nie radzi sobie dobrze z przetwarzaniem glukozy. Osoby te mają tendencję do gromadzenia większej ilości trzewnej tkanki tłuszczowej, czyli tkanki tłuszczowej wokół narządów wewnętrznych. W wielu przypadkach ich wyniki są zbliżone do osób, które mają BMI w górnej granicy normy – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria Rima Chakarou, autorka badania przeprowadzonego na Uniwersytecie w Göteborgu w Szwecji, dziś badaczka w Szpitalu Uniwersyteckim w Lipsku w Niemczech.

Tradycyjny BMI (ang. Body Mass Index) to metoda oceny proporcji wagi do wzrostu. Oblicza się go, dzieląc masę ciała (w kilogramach) przez wzrost (w metrach) podniesiony do kwadratu. Wynik między 25 a 29,9 oznacza nadwagę, a powyżej 30 – otyłość. Badacze coraz częściej zwracają jednak uwagę na to, że wskaźnik ten jest powierzchowny i nieprecyzyjny.

 W dużej populacji może on być źródłem informacji o tym, czy jej przedstawiciele mają więcej, czy mniej tkanki tłuszczowej, ale nie mówi na przykład o tym, gdzie ta tkanka jest zlokalizowana ani jak wygląda metabolizm u tych osób. Jest to problematyczne, ponieważ są osoby bardzo szczupłe, które mogą jednak mieć problemy metaboliczne w postaci insulinooporności, stłuszczenia wątroby i przewlekłego stanu zapalnego rozwijającego się niepostrzeżenie – wskazuje Rima Chakaroun.

Z uwagi na to pojawiła się potrzeba opracowania precyzyjniejszego narzędzia, jakim jest właśnie metaboliczne BMI (metBMI) – oparte nie na podstawowych pomiarach, lecz na metabolomie.

 Wskaźnik ten opiera się na małych cząsteczkach zawartych we krwi. Cząsteczki te pozwalają się określić, jak poszczególne narządy współpracują ze sobą, jaki jest stan wątroby, tkanki tłuszczowej, a nawet jelit. W naszym badaniu przyjrzeliśmy się metabolitom, które zazwyczaj są powiązane z BMI, ulegając wzrostowi lub spadkowi wraz z tym wskaźnikiem, i użyliśmy ich do predykcji metabolicznego BMI. W ten sposób niejako uzyskaliśmy cechy charakterystyczne otyłości, czyli jak wygląda krew osoby, która teoretycznie jest otyła. Okazuje się, że można mieć cechy otyłości bez poziomu BMI, który by na nią wskazywał. Podsumowując, jest to więc raczej korekta tradycyjnego BMI, pozwalająca uzyskać informacje o zdrowiu metabolicznym w danym momencie – podkreśla badaczka.

Z badań przeprowadzonych w Szwecji pod kierownictwem Rimy Chakaroun, które zostały opisane w styczniu w „Nature Medicine”, wynika, że metaboliczne BMI jest silnie powiązane z mikrobiotą jelitową. Osoby z wyższym wskaźnikiem miały mikrobiotę jelitową o mniejszej różnorodności i mniejszym potencjale do rozkładu błonnika pokarmowego do kwasu masłowego – proces ten jest wiązany z łagodzeniem stanu zapalnego. Okazało się też, że po operacji bariatrycznej osoby z wyższym metBMI osiągały o 30 proc. niższą redukcję masy ciała.

 Mikrobiom jelitowy osób o podwyższonym metabolicznym BMI różni się od pozostałych. Występuje w nim mniej bakterii i są one generalnie mniej zróżnicowane, mniej jest również bakterii wytwarzających pożyteczne metabolity. Są to na przykład krótkołańcuchowe kwasy tłuszczowe. Wiele z metabolitów, które są istotne dla obliczania metabolicznego BMI, jest ściśle związanych z mikrobiomem jelitowym i wytwarzanych przez mikrobiom. Nasze jelita są więc wskaźnikiem, jak radzimy sobie w otoczeniu. Może się to wiązać z podwyższonym ryzykiem metabolicznym – wskazuje Rima Chakaroun.

Naukowcy przypuszczają, że zmiana profilu metabolicznego jest możliwa do osiągnięcia. Kluczem do tego ma być przede wszystkim zdrowy styl życia.

– Zawsze pożyteczne będą działania mające na celu zmniejszenie trzewnej tkanki tłuszczowej. Korzystne będzie każde takie działanie: zdrowa dieta, niepolegająca na nadmiernym ograniczeniu spożywanych kalorii, być może trening z obciążeniem. Chodzi o wszystkie czynniki, które zwiększają wytrzymałość organizmu i odporność na stres oraz wpływają na odbudowę mitochondriów, zarówno w tkance tłuszczowej, jak i w mięśniach. Uważam, że najważniejsze jest zrozumienie, że nie jest to wyłącznie kwestia genetyki. Metaboliczne BMI jest odzwierciedleniem stylu życia, odżywiania i tego, jak traktujemy nasz organizm. Na te czynniki mamy zazwyczaj większy wpływ niż na geny – kwituje ekspertka.

Według Światowej Organizacji Zdrowia jedna na osiem osób na świecie cierpi na otyłość. W 2024 roku 35 mln dzieci poniżej piątego roku życia miało nadwagę.

Źródło: Newseria

Administracja Stanów Zjednoczonych zapowiada zmiany w oficjalnych zaleceniach dietetycznych, które mają zostać ogłoszone w kolejnej edycji federalnych wytycznych żywieniowych. Wśród proponowanych kierunków pojawia się koncepcja tzw. odwróconej piramidy żywienia, zakładająca większy udział białka w codziennej diecie oraz ograniczenie cukru i żywności wysokoprzetworzonej. Zapowiedzi te wzbudzają zainteresowanie zarówno środowiska naukowego, jak i instytucji zajmujących się zdrowiem publicznym, ponieważ amerykańskie wytyczne tradycyjnie wywierają wpływ nie tylko na politykę żywieniową w USA, lecz także na globalne dyskusje dotyczące diety i profilaktyki chorób cywilizacyjnych.
Założenia nowego podejścia

Zgodnie z zapowiedziami przedstawicieli administracji, nowa wersja zaleceń ma w większym stopniu koncentrować się na problemie chorób metabolicznych, takich jak otyłość, cukrzyca typu 2 czy insulinooporność. W tym kontekście akcentowane jest ograniczenie spożycia cukru, rafinowanych węglowodanów oraz produktów wysoko przetworzonych, a jednocześnie zwiększenie udziału białka w diecie.
Jednym z promotorów tego kierunku jest Robert F. Kennedy Jr., sekretarz zdrowia, który w publicznych wypowiedziach wskazywał, że dotychczasowe zalecenia nie przyniosły oczekiwanej poprawy stanu zdrowia populacji. Podkreślał on m.in., że nadmierna konsumpcja cukru i żywności ultraprzetworzonej stanowi istotny problem zdrowia publicznego, a sposób odżywiania powinien lepiej uwzględniać zdrowie metaboliczne i funkcjonowanie jelit.

Czym jest „odwrócona piramida żywienia”

Tradycyjna piramida żywienia, promowana przez wiele lat, opierała się na założeniu, że podstawą diety powinny być produkty zbożowe, a białko i tłuszcze zajmują mniejszą część jadłospisu. Koncepcja odwróconej piramidy zakłada zmianę tych proporcji – to produkty bogate w białko miałyby stanowić fundament diety, podczas gdy węglowodany, zwłaszcza rafinowane, byłyby spożywane w mniejszych ilościach.
W zapowiedziach nowych wytycznych zwraca się także uwagę na zmianę podejścia do produktów odzwierzęcych, w tym mięsa i nabiału, które w poprzednich latach bywały marginalizowane w oficjalnych zaleceniach żywieniowych. Zwolennicy tego podejścia wskazują, że są to istotne źródła pełnowartościowego białka, witamin i składników mineralnych, a ich całkowite eliminowanie z diety nie zawsze znajduje uzasadnienie zdrowotne.

Ograniczenie cukru i żywności przetworzonej

Jednym z kluczowych elementów zapowiadanych zmian w zaleceniach dietetycznych jest wyraźne ograniczenie spożycia cukru oraz żywności wysokoprzetworzonej. Kierunek ten pozostaje spójny z obowiązującymi rekomendacjami instytucji zdrowia publicznego, które od lat wskazują na związek nadmiernego spożycia cukru z rozwojem otyłości, cukrzycy typu 2 oraz chorób sercowo-naczyniowych.
W nowym podejściu podkreślana jest również rola diety w utrzymaniu zdrowia jelit oraz kształtowaniu mikrobioty. Autorzy zapowiadanych zmian zwracają uwagę, że sposób odżywiania może wpływać nie tylko na masę ciała, lecz także na funkcjonowanie układu odpornościowego oraz procesy metaboliczne.


Nowa piramida żywieniowa opublikowana przez Departament Rolnictwa Stanów Zjednoczonych (USDA). Fot. USDA

Wątpliwości i pytania ekspertów

Zapowiedzi zmian spotykają się jednocześnie z pytaniami i ostrożnymi komentarzami ze strony ekspertów ds. żywienia i zdrowia publicznego. Zwracają oni uwagę, że zwiększenie udziału białka w diecie może być korzystne dla części populacji, jednak nie musi być rozwiązaniem uniwersalnym. Podnoszone są m.in. kwestie długoterminowego wpływu diety wysokobiałkowej na zdrowie nerek, układ sercowo-naczyniowy oraz mikrobiotę jelitową.
Eksperci podkreślają również, że kluczowe znaczenie ma nie tylko ilość białka, ale jego źródło, jakość diety jako całości oraz indywidualne potrzeby zdrowotne poszczególnych grup pacjentów.

Etap przygotowań i konsultacji

Na obecnym etapie zapowiadane zmiany mają charakter koncepcyjny. Projekt nowych wytycznych dietetycznych ma zostać poddany konsultacjom z ekspertami oraz opinią publiczną, zanim przyjmie ostateczną formę. Dopiero wtedy będzie można ocenić, w jakim zakresie koncepcja odwróconej piramidy żywienia zostanie formalnie wdrożona oraz jakie znaczenie będzie miała dla polityki zdrowotnej i programów żywieniowych.
Dyskusja wokół nowych zaleceń pokazuje, że sposób odżywiania pozostaje jednym z najbardziej dynamicznych i kontrowersyjnych obszarów zdrowia publicznego, a zmiany w oficjalnych rekomendacjach zawsze wymagają uważnego ważenia dowodów naukowych i potencjalnych konsekwencji społecznych.

Źródła: CBS News, The Guardian

Coraz więcej danych naukowych wskazuje, że długotrwałe spożycie niektórych konserwantów stosowanych w żywności może wiązać się ze zwiększonym ryzykiem cukrzycy typu 2 oraz wybranych nowotworów. W badaniach populacyjnych analizujących nawyki żywieniowe dziesiątek tysięcy osób wykazano, że wysokie spożycie określonych dodatków do żywności – m.in. azotanów, azotynów, sorbinianów czy siarczynów – koreluje ze statystycznie istotnym wzrostem ryzyka chorób metabolicznych i onkologicznych. Choć nie są to jeszcze dowody przyczynowo-skutkowe, skala i spójność obserwacji sprawiają, że temat coraz częściej trafia do debaty naukowej i zdrowia publicznego.
Takie wnioski przedstawia artykuł przeglądowy przygotowany przez zespół kierowany przez Mathilde Touvier, opublikowany na łamach Nature Reviews Endocrinology. Autorka jest jedną z czołowych badaczek zajmujących się epidemiologią żywienia i wpływem żywności wysokoprzetworzonej na ryzyko chorób przewlekłych.

Jakie dane przeanalizowano?

Przegląd opiera się na wynikach wieloletnich badań kohortowych prowadzonych głównie we Francji od 2009 r., obejmujących ponad 100 tys. dorosłych uczestników. W badaniach tych szczegółowo analizowano spożycie dodatków do żywności, identyfikowanych na podstawie deklaracji dietetycznych, składów produktów oraz oznaczeń „E”. Uczestnicy byli obserwowani przez okres sięgający 14 lat.
Spośród 58 analizowanych substancji konserwujących, autorzy skoncentrowali się na 17, które były spożywane przez co najmniej 10 proc. badanej populacji. Pozwoliło to na porównanie grup o niskiej i wysokiej ekspozycji oraz ocenę długoterminowych konsekwencji zdrowotnych.

Konserwanty a ryzyko nowotworów

W badaniach cytowanych w przeglądzie wykazano, że sześć grup substancji konserwujących było istotnie powiązanych ze wzrostem ryzyka nowotworów. Dotyczyło to m.in. azotanu sodu (E251), azotanu potasu (E252), sorbinianów (np. sorbinianu potasu, E202), pirosiarczynu potasu, octanów oraz kwasu octowego (E260).
Dane epidemiologiczne wskazują m.in., że:
Autorzy podkreślają, że dla pozostałych analizowanych konserwantów nie stwierdzono istotnych zależności onkologicznych.

Związek z cukrzycą typu 2

Przegląd przytacza również wyniki badań opublikowanych wcześniej w Nature Communications, w których oceniano zależność pomiędzy spożyciem dodatków do żywności a ryzykiem cukrzycy typu 2. Wysokie spożycie takich substancji jak sorbinian potasu, pirosiarczyn potasu, azotany oraz octany było związane ze wzrostem ryzyka cukrzycy typu 2 nawet o blisko 50 proc. w porównaniu z osobami o najniższej ekspozycji.
Badacze wskazują, że potencjalne mechanizmy mogą obejmować wpływ na mikrobiotę jelitową, przewlekły stan zapalny, stres oksydacyjny oraz zaburzenia regulacji metabolicznej. Mechanizmy te pozostają jednak przedmiotem dalszych badań.

Paradoks przeciwutleniaczy i ostrożność interpretacyjna

Jednym z bardziej zaskakujących wniosków omawianych w przeglądzie jest obserwacja, że zwiększone ryzyko nowotworów dotyczyło również niektórych substancji o właściwościach przeciwutleniających, takich jak izoaskorbinian sodu (E316) czy erytrobiniany. Jak wyjaśnia prof. Touvier, związki te mogą zachowywać się odmiennie, gdy są spożywane przewlekle jako izolowane dodatki do żywności, a nie jako naturalne składniki diety.
Autorka jednoznacznie podkreśla, że badania mają charakter obserwacyjny i nie pozwalają na formułowanie wniosków przyczynowo-skutkowych. Wysokie spożycie konserwantów może być również markerem diety wysokoprzetworzonej jako całości, która sama w sobie wiąże się z wyższym ryzykiem chorób przewlekłych.

 
Zdaniem autorów przeglądu konieczne są dalsze badania mechanistyczne oraz długoterminowe badania interwencyjne, które pozwolą lepiej ocenić wpływ poszczególnych dodatków do żywności na zdrowie metaboliczne i onkologiczne. Na obecnym etapie wyniki te mają przede wszystkim znaczenie dla badań naukowych oraz zdrowia publicznego i wpisują się w rosnącą liczbę dowodów wskazujących na korzyści wynikające z ograniczania żywności ultraprzetworzonej w diecie.

Źródła: Nature Reviews Endocrinology – artykuł przeglądowy: Food additives and metabolic health, Nature Communications, The Guardian

„Nie dążymy już tylko do wyrównania metabolicznego cukrzycy, ale do zapewnienia pacjentowi takiego samego komfortu życia, jak u osób bez cukrzycy” – to jedno z najważniejszych przesłań ekspertów podczas debaty z okazji Światowego Dnia Cukrzycy, który obchodzono 4 listopada. Słowa te doskonale oddają kierunek zmian w podejściu do leczenia cukrzycy – z choroby ograniczającej codzienne funkcjonowanie, staje się ona schorzeniem, z którym można żyć aktywnie i zawodowo.

Tegoroczny Światowy Dzień Cukrzycy, obchodzony pod hasłem „Pracuję z cukrzycą”, zwraca uwagę na znaczenie aktywności zawodowej osób z tą chorobą. Jak podkreśla Polskie Towarzystwo Diabetologiczne, hasło można rozumieć dwojako – jako determinację w codziennym dbaniu o zdrowie („pracuję nad sobą”) oraz jako dowód, że cukrzyca nie musi wykluczać z życia zawodowego.

Postęp w terapii, coraz szerszy dostęp do nowoczesnych leków i technologii diabetologicznych sprawiają, że pacjenci mogą dziś skutecznie kontrolować chorobę i prowadzić aktywne, satysfakcjonujące życie. To pozytywne przesłanie ma również wymiar społeczny – ma przełamywać stereotypy i pokazywać, że osoby z cukrzycą mogą być pełnoprawnymi uczestnikami rynku pracy.

Nowoczesne leczenie – inwestycja, która się zwraca

W ostatnich latach w Polsce dokonał się ogromny postęp w leczeniu cukrzycy. Refundacją objęto kluczowe nowoczesne terapie, takie jak flozyny i agoniści receptora GLP-1, a także systemy ciągłego monitorowania stężenia glukozy (CGM).

Jak podkreślają eksperci, zgodnie z wytycznymi Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego, leki te powinny być stosowane już na początku leczenia cukrzycy typu 2 – w połączeniu lub zamiast metforminy – ponieważ nie tylko skutecznie regulują poziom glukozy, ale też zmniejszają ryzyko sercowo-naczyniowe i chronią nerki.

Mimo postępu nadal istnieją ograniczenia. W Polsce refundacja pomp insulinowych jest pełna tylko do 26. roku życia, a pacjenci po tym wieku tracą dostęp do nowoczesnych systemów zautomatyzowanego podawania insuliny. Tymczasem raporty ZUS pokazują, że stosowanie systemów CGM zmniejsza o 20 proc. liczbę dni absencji chorobowej. Z ekonomicznego punktu widzenia rozszerzenie refundacji nowoczesnych terapii to inwestycja, która może się szybko zwrócić – aż 75 proc. kosztów leczenia cukrzycy pochłaniają powikłania choroby.

Praca jako element terapii i motywacja do dbania o zdrowie

Eksperci zwracają uwagę, że praca zawodowa to nie tylko źródło utrzymania, ale także ważny element terapii. Daje poczucie sensu, przynależności i sprawczości – czynniki niezbędne dla utrzymania zdrowia psychicznego i motywacji do leczenia. Osoby z cukrzycą często wykazują się większą samodyscypliną, odpowiedzialnością i konsekwencją – cechami cenionymi na rynku pracy.

Niestety, mimo postępu w leczeniu, nadal istnieją bariery i stereotypy. Jeszcze niedawno istniały listy zawodów niedostępnych dla diabetyków z powodu ryzyka hipoglikemii. Dziś, dzięki nowoczesnym technologiom, to ryzyko jest minimalne – jednak świadomość społeczna nie zawsze nadąża za medycyną. Dlatego tak ważna jest edukacja zarówno pracowników, jak i pracodawców – by zrozumieli, że cukrzyca nie jest przeszkodą w aktywności zawodowej.

Cukrzyca w Polsce – liczby, wyzwania i przyszłość

W Polsce z cukrzycą żyje dziś około 3 miliony osób, z czego ponad milion nie ma jeszcze postawionej diagnozy. Dominującym typem choroby jest cukrzyca typu 2 (ok. 90 proc. przypadków). Jeśli nie zostaną wdrożone skuteczne działania profilaktyczne, do 2035 r. liczba chorych może wzrosnąć o ponad 200 tys. rocznie. Według danych WHO, celem na rok 2030 jest diagnozowanie 80 proc. przypadków cukrzycy – w Polsce wciąż pozostajemy poniżej tego progu. Dlatego poza poprawą dostępu do nowoczesnych terapii konieczne są także programy przesiewowe i edukacyjne, zwiększające świadomość społeczną i wczesne wykrywanie choroby. Powikłania cukrzycy – takie jak neuropatia, retinopatia, nefropatia czy zespół stopy cukrzycowej – dotykają ponad połowę pacjentów. Wczesne rozpoznanie i skuteczna kontrola glikemii mogą temu zapobiec. Regularne badania, aktywność fizyczna i odpowiednia dieta to nadal fundament skutecznej profilaktyki.

Nowoczesne terapie, technologie monitorujące poziom glukozy i coraz większa świadomość społeczna sprawiają, że cukrzyca przestaje być chorobą wykluczającą. Praca zawodowa osób z cukrzycą nie tylko jest możliwa – może być również motorem skutecznej terapii i poprawy jakości życia.
Hasło tegorocznego Światowego Dnia Cukrzycy – „Pracuję z cukrzycą” – to nie tylko przesłanie, ale i apel: o równe szanse, edukację, dostęp do nowoczesnych terapii i zmianę myślenia o chorobie, z którą można żyć aktywnie i z satysfakcją.

Źródło: Komunikat Prasowy