Medicalpress
Media społecznościowe coraz silniej kształtują sposób, w jaki dzieci i nastolatki postrzegają własny wygląd, zdrowie i codzienne wybory. Zdaniem specjalistów promowany w internecie kult idealnej sylwetki może sprzyjać rozwojowi zaburzeń odżywiania, sięganiu po używki oraz pogorszeniu dobrostanu psychicznego. Eksperci podkreślają, że potrzebna jest nie tylko edukacja zdrowotna w szkołach, ale także większa odpowiedzialność za treści publikowane w przestrzeni cyfrowej.
 
Zdaniem ekspertów media społecznościowe oddziałują na postrzeganie siebie wśród dzieci i młodzieży. Nadmierna ekspozycja na nie i dążenie do osiągnięcia idealnej sylwetki może nasilać skłonność do sięgania po używki czy środki psychoaktywne, jak również rozwój zaburzeń odżywiania. Specjaliści podkreślają, że duży wpływ na wybory żywieniowe młodego pokolenia mają rówieśnicy. Rozwiązaniem może być chociażby obowiązkowa edukacja zdrowotna czy wprowadzenie regulacji dotyczących treści w social mediach.

– Media społecznościowe wpływają na młodzież w zaskakujący sposób. Tworzą idealny kult pięknej sylwetki. Zarówno nastolatka, jak i nastolatek w okresie dojrzewania widzą świetną figurę czy sportowca. Będą chcieli tak samo wyglądać, a nie zwracają uwagi na przykład na cykl biologiczny czy budowę ciała, a każdy może mieć inną – mówi w rozmowie z agencją Newseria dr inż. Mateusz Gemba, prorektor ds. jakości kształcenia i dydaktyki w Warszawskiej Akademii Medyczno-Technicznej Nauk Stosowanych.

Jak wynika z najnowszego raportu „Internet dzieci 2026” opublikowanego przez Instytut Cyfrowego Obywatelstwa, 2,6 mln dzieci w wieku 7–14 lat korzysta z internetu. 55 proc. dzieci regularnie używa największych serwisów społecznościowych lub komunikatorów, mimo że nie są przeznaczone dla ich grupy wiekowej. 

– Nadmierny wpływ mediów na kreowanie wizerunku ciała i wyglądu może wpływać w sposób negatywny. Poprzez szukanie idealnych wzorców młodzież może sięgnąć po używki. Może to być kofeina, która w nadmiernej ilości będzie miała działanie ergogeniczne. Mam tu na myśli napoje energetyzujące pite w celu zwiększenia wydolności podczas treningów i wysiłku fizycznego – podkreśla dr Mateusz Gemba.

Zgodnie z raportem Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Instytutu Badawczego napoje energetyzujące regularnie spożywało 2,1 proc. dzieci w Polsce, natomiast wśród młodzieży w wieku 10–17 lat 35,7 proc. chłopców i 27,4 proc. dziewcząt. Od 1 stycznia 2024 roku w naszym kraju obowiązuje zakaz sprzedaży napojów energetycznych osobom niepełnoletnim.

– W drugim kroku możemy zwrócić uwagę na głodzenie się, na przykład przez dziewczęta, które będą chciały za wszelką cenę zredukować tkankę tłuszczową. Ona szczególnie u osób w okresie dojrzewania może negatywnie wpłynąć na rozwój układu hormonalnego – wyjaśnia ekspert.

Z badania przeprowadzonego w 2021 roku przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę „Wpływ korzystania z social mediów na postrzeganie swojego ciała przez nastolatków” wynika, że 62 proc. nastolatków uważa, że osoby, które są atrakcyjne, mogą z większą łatwością zdobyć popularność. 40 proc. z kolei sądzi, że ładne osoby są o wiele szczęśliwsze, a wśród tych spędzających więcej czasu w social mediach odsetek ten jest jeszcze wyższy (53 proc.).

– Powinny istnieć ograniczenia idealnego wizerunku w mediach społecznościowych, jednakże uważam, że to bardzo trudne do zrealizowania. Teraz mamy możliwość publikowania treści, jakie kto chce i nie ma znaczenia, kto co udostępnia. Mogą to być kanały prywatne, nie muszą być to takie, które polegają na kreowaniu treści bardziej zawodowych, gdzie pokazujemy swoją sylwetkę. Niemniej jednak uważam, że w przyszłości mogłoby to poprawić dobrostan psychiczny młodzieży – zaznacza dr Mateusz Gemba.

Z raportu „Internet dzieci 2026” wynika, że korzystanie z serwisów społecznościowych, obejmujących platformy umożliwiające tworzenie profili, publikację treści oraz interakcje między użytkownikami, stanowi centralny element aktywności cyfrowej dzieci. Średni dzienny czas korzystania wynosi 2 godziny i 33 minuty, co jest wynikiem znacząco wyższym niż w całej populacji (1 godzina i 33 minuty).

– Obserwujemy wpływ mediów społecznościowych na młodzież, po pierwsze, zaburzony dobrostan psychiczny. Coraz więcej młodzieży zmaga się z problemami, mam tu na myśli depresję, zaburzenie regulacji rytmu dnia, zaburzenia snu i odżywiania. To już nie tylko anoreksja, bulimia, ale również może być to kompulsywne objadanie się w dzień czy w nocy – tłumaczy prorektor ds. jakości kształcenia i dydaktyki w Warszawskiej Akademii Medyczno-Technicznej Nauk Stosowanych.

Badanie FDDS pokazuje, że obawa przed otyłością była jednym z częściej wyrażanych lęków związanych z własnym wyglądem. Aż 40 proc. dziewcząt martwiło się tym, że mogłoby przytyć. Obawę tę wyraża znacznie mniej chłopców (26 proc.).

– Problemy zaburzeń odżywiania w latach 90. były bardzo nasilone. Obecnie obserwujemy je ponownie, niemniej jednak to już są łączone zaburzenia odżywiania i mamy ich znacznie więcej. Ponadto kult supersylwetki sprawia, że młodzież sięga po różnego rodzaju środki odurzające. One poprzez zmniejszenie łaknienia przyczyniają się do rozwoju zaburzeń odżywiania – wyjaśnia dr Mateusz Gemba.

– Przeprowadzona przeze mnie ankieta dotycząca wpływu emocji na wybory żywieniowe dzieci i młodzieży w wieku 8–18 lat pokazała, że 3/4 osób ankietowanych uważa, że właśnie emocje wpływają na to, co oni jedzą. Główną emocją, która powoduje, że osoby ankietowane sięgają po pokarmy, jest nuda. Ona powoduje, że nasze kroki kierujemy do lodówki i spożywamy większe ilości jedzenia – podkreśla Anna Pawlak, wykładowca w Warszawskiej Akademii Medyczno-Technicznej Nauk Stosowanych.

Ankietowani uważają również, że sport jest najlepszym rozwiązaniem, które będzie pozwalało zniwelować negatywne emocje i dzięki temu przeciwdziałać kierowaniu się w stronę jedzenia. 

– To, co jeszcze wyszło istotnego, to na pewno to, że dzieci też bardzo często starają się rozmawiać z rówieśnikami czy też z rodzicami na temat swoich emocji i tego, jak się czują. Bardzo istotnym pytaniem było też to, czy reklama, influencerzy i rówieśnicy wpływają na wybory żywieniowe. Okazało się, że największy wpływ mają rówieśnicy. Niestety oni powodują, że ankietowane osoby wybierały produkty głównie niezdrowe, takie jak napoje energetyzujące, chipsy czy inne popularne produkty promowane przez influencerów – wyjaśnia Anna Pawlak.

– Młode pokolenie niestety nadal nie jest odpowiednio i w pełni wyedukowane, jeśli chodzi o zdrowie i o nawyki żywieniowe. Pracujemy nad tym, mamy chociażby edukację zdrowotną. Natomiast edukując w social mediach, sam widzę, że jednak wiedza jeszcze nie jest na odpowiednim poziomie – mówi Mateusz Szałajko, dietetyk.

Raport „Wybory żywieniowe dzieci i młodzieży – co na nie wpływa?” przygotowany przez firmę Nestlé Polska, Polski Związek Lekkiej Atletyki oraz Akademię Wychowania Fizycznego Józefa Piłsudskiego w Warszawie pokazuje, że wraz z wiekiem regularność spożywania posiłków stopniowo spada, a styl życia dzieci staje się bardziej zróżnicowany. Młodsze dzieci (9–10 lat) zwykle jedzą śniadanie w domu, zabierają drugie śniadanie do szkoły i mają posiłki przygotowywane przez rodziców. 

U starszych uczniów (11–12 lat) ta systematyczność jest mniejsza. Częściej pomijają oni śniadanie w domu, a także rezygnują z regularnego spożywania obiadu w szkole. Ponadto bardziej samodzielnie decydują o tym, co jedzą, a to przekłada się na wybieranie mniej wartościowych przekąsek. 

– Młodzi ludzie potrzebują wiedzy chociażby z zakresu prawidłowego żywienia. Widzę, że w social mediach jest ona na trochę niższym poziomie, a sam jestem na platformach takich jak Instagram czy TikTok, gdzie jest powielane wiele mitów żywieniowych. Nad tym obszarem warto więc pracować – uważa Mateusz Szałajko.

Od roku szkolnego 2026/2027 edukacja zdrowotna będzie przedmiotem obowiązkowym w klasach od IV do VIII szkoły podstawowej oraz przez dwa lata w szkołach ponadpodstawowych. Obowiązkowe będą takie działy jak m.in. higiena cyfrowa, odżywianie, profilaktyka uzależnień czy też zdrowie psychiczne, fizyczne i społeczne.

– Edukacja zdrowotna będzie wsparciem do pozyskania wiedzy przez młodych ludzi. Jej brak, szczególnie tej żywieniowej, skutkuje tym, że trudno im oddzielić żywieniowe fakty od mitów, których mamy niestety dosyć sporo w social mediach. A mając taką bazę, są w stanie stwierdzić, czy dane treści są zgodne z aktualną wiedzą naukową – podkreśla dietetyk.

Źródło: Newseria

Kuchnie w polskich szkołach będą się musiały od września bardziej otworzyć na dietę roślinną. Wprowadzona zarządzeniem szefowej resortu zdrowia zmiana wpisuje się w rosnący trend ograniczania spożycia mięsa, ale wymaga też edukacji, szkoleń personelu oraz odpowiedniego bilansowania diety dzieci. Dieta roślinna pozwala zmniejszyć ryzyko rozwoju chorób sercowo-naczyniowych, ale nieprawidłowo zaplanowana i wdrożona może doprowadzić do niedoborów ważnych składników. Eksperci podkreślają tymczasem, że dieta bezmięsna to tak naprawdę nie do końca „nowy trend” – jest mocno zapisana w polskiej tradycji kulinarnej.

– Od 1 września w Polsce w szkołach w jeden dzień w tygodniu będą posiłki oparte na diecie roślinnej. Będzie to w pewien sposób dotykało nas wszystkich. Warto poczytać o tej diecie i pewnym trendzie, który się pojawi – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria Katarzyna Gubała, ekspertka kuchni roślinnej.

Mowa o podpisanym w połowie lutego przez minister zdrowia Jolantę Sobierańską-Grendę rozporządzeniu tzw. sklepikowym. Zgodnie z nim od nowego roku szkolnego w jadłospisach stołówek co najmniej raz w tygodniu ma się pojawić posiłek obiadowy w pełni roślinny na bazie nasion roślin strączkowych. Oprócz tego w żywieniu zbiorowym ma być preferowane podawanie do picia wody, a co najmniej dwa razy w tygodniu zupy będą przygotowywane na wywarach warzywnych. Rozporządzenie nakazuje też zwrócenie uwagi na produkty sezonowe i lokalne, możliwość zamiany produktów mlecznych ich roślinnymi odpowiednikami oraz podkreślenie roli produktów zbożowych pełnoziarnistych.

– Na pewno będzie to ciekawe z punktu widzenia dzieci, które będą sobie spróbować dań opartych na roślinach, np. na fasoli, soczewicy, ciecierzycy. Nie zawsze są to produkty, które na co dzień dzieci jedzą, a to jest główne źródło białka. Często się śmieję, że nasze babcie i dziadkowie tak jedli: fasolę, ziemniaki, kaszę. Tym nasycali własny organizm, a mięso jedli raz na tydzień. Wracamy z tym trendem do szkół. Dzieciaki będą próbowały zjeść coś zupełnie innego, pytanie, czy będą chciały próbować kuchni roślinnej, ale to jest zupełnie inny problem – mówi ekspertka.

Dotarcie ze smakami do gustów najmłodszych konsumentów nie będzie jedynym wyzwaniem, jakie będą mieli zarządzający stołówkami. Zmiana jadłospisów będzie wymagała również przeszkolenia personelu.

– Stąd szkolenia, przede wszystkim dla stołówek szkolnych, intendentek, kucharek i kucharzy, żeby tak przygotować te dania, żeby dzieci chciały tego spróbować, jak fasola, ciecierzyca czy soczewica będzie smakować i w jaką stronę będą chciały dalej iść ze swoim odżywianiem – tłumaczy Katarzyna Gubała.

Z uwagi na to Fundacja ProVeg startuje z programem „Szkoła na roślinach”. Ma to być kompleksowe wsparcie dla szkół i przedszkoli we wprowadzaniu pełnowartościowych posiłków roślinnych do codziennego żywienia. Jak czytamy na stronie internetowej fundacji, program oferuje kompleksowe wsparcie dla placówek – od szkoleń dla personelu kuchennego i intendentek, przez materiały edukacyjne i komunikacyjne, po działania edukacyjne skierowane do całych społeczności szkolnych. Fundacja przekonuje, że takie wsparcie pozwoli szkołom stopniowo i w sposób przystępny wdrażać zbilansowane menu roślinne, odpowiadające na potrzeby zdrowotne, środowiskowe i społeczne współczesnej edukacji.

Zdaniem ekspertów mówiąc o „społeczności szkolnej”, należy pamiętać, że tworzą ją również rodzice i opiekunowie, a to oni odpowiadają za układanie jadłospisów w domu. Przejście na potrawy jarskie jest często inicjatywą płynącą ze strony ich dorastających pociech. Z badania przeprowadzonego na Polakach w wieku 15–29 lat, którego wyniki zostały opublikowane w „Atlasie Mięsa”, wynika, że 44 proc. badanych deklaruje zmniejszanie ilości spożywanego mięsa, a 8 proc. podaje, że stosuje dietę całkowicie bezmięsną (wegetariańską lub wegańską). Jeśli wyniki te zawęzimy tylko do nastolatków (15–17 lat), to 37 proc. osób ogranicza jedzenie mięsa, a 7 proc. nie je go wcale. Eksperci podkreślają jednak, że dieta bezmięsna musi być odpowiednio zbilansowana – tak, by organizmowi dostarczać wszystkich niezbędnych składników. To szczególnie istotne w okresie wzrastania.

Z badania przeprowadzonego przez naukowców z UCL Great Ormond Street w Londynie  i Instytutu „Pomnik-Centrum Zdrowia Dziecka” w Warszawie wynika, że dzieci stosujące dietę wegańską były średnio o 3 cm niższe, miały o 4–6 proc. mniejszą zawartość minerałów w kościach i były ponad trzykrotnie bardziej narażone na niedobór witaminy B12 niż osoby nieeliminujące żadnej z grup produktów. Jednocześnie dzieci te miały o 25 proc. niższy poziom lipoprotein o niskiej gęstości (LDL) – niezdrowej formy cholesterolu i niższą zawartość  tkanki tłuszczowej. Autorzy badania podkreślali, że stosując dietę wykluczającą mięso, trzeba zwracać uwagę na często zaniedbywaną suplementację witaminy B12 i witaminy D, aby zmaksymalizować korzyści zdrowotne diet roślinnych u dzieci.

– To, co dla mnie jest zawsze ważne i o czym opowiadam na swoich szkoleniach, to fakt, że dieta wegetariańska i wegańska to są diety wykluczeniowe. Wykluczamy pewne produkty i musimy je zastąpić innymi. Powinniśmy tego pilnować, a nie stosować pewne monodiety, które pojawiają się nam w trendach, czyli z jednej strony akurat teraz będzie modne białko, to będziemy jedli tylko białko roślinne, albo będziemy stawiać tylko na jakieś konkretne witaminy. Warto pamiętać, że przy tego typu wykluczeniowych dietach należy sprawdzić, jak wygląda bilans tygodniowy tego, co i jak jemy. Nie ma jednej diety cud. Musimy też pamiętać o tym, że każdy z nas ma inny organizm. Jednemu będą służyły strączki, a drugiemu trochę mniej – wyjaśnia Katarzyna Gubała.

Jadłospis oparty na daniach bezmięsnych dominował w kuchni staropolskiej – jak podają historycy, głównie z uwagi na wymiar religijny i dużą liczbę dni postnych w kalendarzu. Momentami bliższymi historycznie, w których „jarskość” potraw w polskim menu stała się wymuszona, były natomiast najpierw II wojna światowa, a potem okres Polski Ludowej. Mięso w PRL było towarem deficytowym, więc gospodynie domowe były niejako zmuszone do szukania jego substytutów.

– Trend z niejedzeniem mięsa utrzymuje się już bardzo długo. W Polsce szczególnie zauważam go, kiedy robię warsztaty kulinarne z kołami gospodyń wiejskich. Opieram je często na kuchni roślinnej, ale nie zawsze komunikuję to wprost. Raczej opowiadam o kuchni roślinnej jako o zdrowej diecie. Wprowadzam fasolę, ciecierzycę czy soczewicę do przepisów i przygotowujemy z paniami dania, które nagle okazują się super, fantastyczne. I nagle te panie mówią: o, to jest mój smak dzieciństwa, to rzeczywiście tak smakowało. Zależałoby nam na tym, żeby ludzie jedli zdrowiej i szli w stronę roślinną, która będzie odżywiała ich organizmy, a nie wyłącznie gotowych produktów – kwituje ekspertka kuchni roślinnej.

Źródło: Newseria

Kombucha przygotowana z zielonej herbaty i herbaty oolong wykazuje najwyższą aktywność antyoksydacyjną spośród badanych wariantów — wynika z analiz naukowców z Uniwersytetu Przyrodniczego i Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. Badacze sprawdzili, jak pięć rodzajów herbaty wpływa na skład chemiczny, aromat i potencjalne właściwości biologiczne popularnego napoju fermentowanego. Wyniki pokazują, że kombucha nie jest jednym uniwersalnym produktem: jej charakter zależy w dużej mierze od surowca, z którego powstaje.
Interdyscyplinarny zespół naukowców porównał kombuchy przygotowane na bazie różnych rodzajów herbat: czarnej, zielonej, białej, oolong i pu-erh. Wyniki badań opublikowano w czasopiśmie Food Chemistry.

Badanie może mieć znaczenie nie tylko dla konsumentów, ale także dla producentów napojów fermentowanych. Pokazuje, że dobór herbaty może być narzędziem projektowania kombuchy o określonym profilu smakowym, aromatycznym i chemicznym. To ważne w sytuacji, gdy rynek żywności fermentowanej szybko się rozwija, a konsumenci coraz częściej pytają nie tylko o smak, ale również o skład i potencjalne właściwości produktów.

– Rodzaj herbaty działa jak swoista matryca, która kształtuje przebieg fermentacji oraz końcowy skład kombuchy – wyjaśnia dr hab. Helena Moreira, prof. UMW z Katedry Podstaw Nauk Medycznych i Immunologii UMW. – Poszczególne herbaty różnią się zawartością polifenoli, katechin, kofeiny i innych związków bioaktywnych, które są następnie metabolizowane przez mikroorganizmy SCOBY. W efekcie fermentacja przebiega z różną dynamiką, a końcowe napoje różnią się zarówno profilem chemicznym, jak i aromatycznym.

Fermentacja, która zmienia skład napoju

 
Kombucha powstaje dzięki działaniu SCOBY – symbiotycznej kultury bakterii i drożdży, która fermentuje słodzoną herbatę. Podczas tego procesu słodzona herbata zmienia się w kwaśny, lekko musujący napój. Drożdże rozkładają cukry do alkoholu i dwutlenku węgla, a bakterie przekształcają je dalej w kwasy organiczne, głównie kwas octowy i glukonowy, odpowiedzialne za charakterystyczny kwaśny smak kombuchy.

Równolegle zmienia się również skład związków bioaktywnych obecnych w herbacie. Naukowcy obserwowali przemiany polifenoli, katechin i lotnych związków aromatycznych odpowiedzialnych za smak oraz zapach kombuchy.

– Jednocześnie dochodzi do przemian polifenoli i lotnych związków aromatycznych obecnych w herbacie. W efekcie napój zyskuje charakterystyczny kwaśny, lekko musujący smak oraz bardziej złożony aromat – tłumaczy prof. Helena Moreira.

Analizy wykazały wyraźny wzrost stężenia związków odpowiadających za nuty kwiatowe i owocowe, takich jak linalol czy 2-fenyloetanol. Są to substancje naturalnie występujące również w kwiatach i olejkach eterycznych. Jednocześnie część związków charakterystycznych dla świeżo zaparzonej herbaty zanikała w trakcie fermentacji, a ich miejsce zajmowały nowe metabolity produkowane przez bakterie i drożdże SCOBY.

Badacze wykorzystali zaawansowane techniki chromatograficzne oraz spektrometrię mas, aby dokładnie prześledzić zmiany zachodzące w napoju podczas fermentacji. Dzięki temu mogli porównać setki związków chemicznych obecnych w kombuchach przygotowanych z różnych rodzajów herbat.

– Najbardziej zaskakująca była skala zmian zachodzących podczas fermentacji oraz to, jak silnie zależały one od rodzaju zastosowanej herbaty – mówi naukowczyni. – Mimo identycznych warunków fermentacji uzyskaliśmy kombuchy o bardzo odmiennych profilach lotnych związków aromatycznych.

Zielona i oolong wypadły najlepiej

Badania pokazały również, że różne rodzaje kombuch mogą wykazywać odmienne właściwości biologiczne. Kombuchy przygotowane na bazie herbat zielonych i oolong charakteryzowały się najwyższą aktywnością antyoksydacyjną i największą zdolnością neutralizowania wolnych rodników.

Wolne rodniki to reaktywne cząsteczki mogące uszkadzać komórki i przyspieszać procesy starzenia, dlatego związki o działaniu antyoksydacyjnym są intensywnie badane pod kątem potencjalnego wpływu na zdrowie.

– Wyniki naszych badań wskazują, że rodzaj herbaty wpływa nie tylko na smak i aromat, ale także na aktywność biologiczną kombuchy – podkreśla prof. Helena Moreira. – Szczególnie interesujące wyniki uzyskaliśmy dla kombuch przygotowanych z herbat zielonych i oolong, które wykazywały najwyższy potencjał biologiczny.

Naukowcy zaznaczają jednak, że choć wyniki badań laboratoryjnych są obiecujące, nie można jeszcze jednoznacznie mówić o konkretnych efektach zdrowotnych u ludzi. Konieczne są dalsze badania kliniczne, aby jednoznacznie potwierdzić wpływ poszczególnych rodzajów kombuch na zdrowie człowieka.

Nie każda kombucha jest taka sama

Rosnące zainteresowanie kombuchą wpisuje się w szerszy trend badań nad żywnością fermentowaną. Fermentacja może zwiększać biodostępność składników bioaktywnych, prowadzić do powstawania nowych metabolitów i wpływać na mikrobiotę jelitową.

– Żywność fermentowana znajduje się obecnie w centrum zainteresowania nauki, ponieważ łączy tradycyjne technologie z nowoczesnym podejściem do zdrowia i żywienia – mówi prof. Helena Moreira. – Kombucha jest bardzo dobrym przykładem produktu, w którym skład chemiczny, aktywność biologiczna i profil sensoryczny są efektem złożonych interakcji pomiędzy surowcem a mikroorganizmami fermentacyjnymi.

Badania pokazują również, że kombucha nie jest jednym, uniwersalnym produktem. W praktyce każda herbata może stworzyć napój o innym charakterze, zarówno smakowym, jak i chemicznym. Kombucha z herbat zielonych charakteryzowała się bardziej świeżym i roślinnym profilem aromatycznym, oolong dawała wyraźniejsze nuty kwiatowe i owocowe, natomiast kombuchy z herbat czarnych i pu-erh miały cięższy, bardziej ziemisty i fermentacyjny aromat.

W praktyce oznacza to, że wybór herbaty może być jednym z kluczowych etapów projektowania kombuchy – zarówno pod względem smaku, jak i składu chemicznego. Wyniki badań laboratoryjnych wskazują na wyraźne różnice pomiędzy wariantami napoju, ale nie zastępują badań klinicznych potrzebnych do oceny ewentualnego wpływu na zdrowie człowieka.

Materiał powstał na podstawie artykułu: Matrix-dependent modulation of chemical composition, volatile profile, and biological activity of kombucha beverages from different tea types, Akshay K. Chandran, Marcelina Stach, Jacek Łyczko, Zbigniew Lazar, Joanna Kawa-Rygielska, Helena Moreira, Anna Szyjka, Ewa Barg, Joanna Kolniak-Ostek.

Źródło: inf pras
Zwykle myślimy o nich jako o dodatku do potraw. Szczypta cynamonu do owsianki, odrobina oregano do sosu, kurkuma w zupie czy imbir w herbacie mają przede wszystkim poprawić smak i aromat posiłku. Tymczasem coraz więcej badań sugeruje, że przyprawy i zioła mogą wpływać nie tylko na walory kulinarne, ale również na funkcjonowanie organizmu. Naukowcy od lat sprawdzają, czy ich regularne spożywanie może wspierać zdrowie serca, metabolizm oraz mikrobiom jelitowy.
Przegląd badań opublikowany w czasopiśmie „Nutrition Reviews” podsumowuje wyniki kilku kontrolowanych badań klinicznych przeprowadzonych przez naukowców z Penn State University. Ich celem było sprawdzenie, czy codzienne spożywanie mieszanek popularnych przypraw i ziół może wpływać na czynniki ryzyka chorób sercowo-naczyniowych. Wyniki sugerują, że nawet kulinarne ilości przypraw mogą mieć korzystny wpływ na niektóre parametry zdrowotne.

Choroby serca nadal pozostają największym wyzwaniem

Choroby sercowo-naczyniowe pozostają główną przyczyną zgonów na świecie. Za ich rozwój odpowiada wiele czynników, w tym nadciśnienie tętnicze, otyłość, cukrzyca typu 2, zaburzenia lipidowe, przewlekły stan zapalny oraz nieprawidłowa dieta.

Od lat wiadomo, że sposób odżywiania ma ogromne znaczenie dla zdrowia układu krążenia. Większość zaleceń koncentruje się na zwiększeniu spożycia warzyw, owoców, produktów pełnoziarnistych czy zdrowych tłuszczów. Coraz częściej badacze zwracają jednak uwagę również na przyprawy i zioła, które zawierają liczne związki biologicznie aktywne, takie jak polifenole, flawonoidy, terpeny czy związki siarkowe.

W badaniach laboratoryjnych wiele z tych substancji wykazuje działanie przeciwutleniające i przeciwzapalne. Pytanie brzmi jednak, czy efekty obserwowane w laboratorium przekładają się również na korzyści zdrowotne u ludzi.

Co dzieje się po tłustym posiłku?

Jednym z pierwszych obszarów zainteresowania naukowców były zmiany zachodzące w organizmie bezpośrednio po spożyciu wysokokalorycznego, tłustego posiłku.

Po takim posiłku zwykle obserwuje się przejściowy wzrost stężenia trójglicerydów, insuliny oraz markerów stresu oksydacyjnego. U osób z nadwagą, otyłością lub innymi czynnikami ryzyka sercowo-naczyniowego reakcje te mogą być bardziej nasilone.

W jednym z badań uczestnicy spożywali wysokotłuszczowy posiłek zawierający mieszankę przypraw obejmującą m.in. czarny pieprz, cynamon, goździki, czosnek, imbir, oregano, paprykę, rozmaryn i kurkumę. Łączna ilość przypraw wynosiła około 14 gramów.

Okazało się, że po takim posiłku stężenie insuliny było średnio o 21 proc. niższe niż po analogicznym posiłku bez dodatku przypraw. Jeszcze większą różnicę zaobserwowano w przypadku trójglicerydów – ich poziom był niższy o około 31 proc. Jednocześnie wzrosła aktywność przeciwutleniająca osocza krwi.

Zdaniem autorów może to oznaczać, że przyprawy częściowo ograniczają niekorzystne reakcje metaboliczne wywoływane przez wysokotłuszczowe posiłki.

Stres może osłabiać korzystny efekt

W kolejnym badaniu naukowcy postanowili sprawdzić, czy podobne korzyści będą widoczne również wtedy, gdy organizm znajduje się pod wpływem stresu psychicznego.

Uczestnicy spożywali posiłek z dodatkiem przypraw, a następnie wykonywali zadania wywołujące stres, takie jak wystąpienie publiczne czy szybkie obliczenia matematyczne.

W warunkach spoczynkowych przyprawy ponownie przyczyniały się do obniżenia poposiłkowego stężenia trójglicerydów. Gdy jednak uczestnicy byli poddawani stresowi, efekt ten praktycznie zanikał.

Badacze przypuszczają, że może to wynikać z reakcji „walcz lub uciekaj”, która zmienia przepływ krwi i sposób gospodarowania energią przez organizm. Wyniki te pokazują, że nawet korzystne składniki diety nie działają w oderwaniu od innych czynników wpływających na zdrowie.

Korzyści widoczne już przy mniejszych ilościach

Choć 14 gramów przypraw dziennie może wydawać się dużą ilością, naukowcy chcieli sprawdzić, czy podobne efekty można osiągnąć przy dawkach bardziej zbliżonych do codziennego sposobu odżywiania.

W jednym z badań uczestnicy spożywali posiłki zawierające 2 lub 6 gramów mieszanki przypraw obejmującej m.in. bazylię, liść laurowy, czarny pieprz, cynamon, kolendrę, kumin, imbir, oregano, pietruszkę, rozmaryn, tymianek oraz kurkumę.

Najbardziej interesujące wyniki dotyczyły funkcji śródbłonka naczyń krwionośnych. Śródbłonek to cienka warstwa komórek wyściełająca wnętrze naczyń. Jego prawidłowe funkcjonowanie jest jednym z ważnych elementów ochrony przed miażdżycą.

Po spożyciu posiłku bez przypraw funkcja śródbłonka pogarszała się bardziej niż po posiłku zawierającym 6 gramów mieszanki przypraw. Dodatkowo po posiłku zawierającym 2 gramy przypraw odnotowano niższe stężenia trójglicerydów.

Wyniki sugerują, że korzystny wpływ mogą przynosić ilości przypraw możliwe do osiągnięcia w codziennej diecie.

Przyprawy a stan zapalny

Przewlekły, niskiego stopnia stan zapalny jest jednym z mechanizmów odpowiedzialnych za rozwój miażdżycy, cukrzycy typu 2 i wielu innych chorób przewlekłych.

W analizach przeprowadzonych przez badaczy zaobserwowano, że posiłki zawierające większe ilości przypraw ograniczały wydzielanie niektórych prozapalnych cytokin, takich jak interleukina 1β czy czynnik martwicy nowotworów alfa (TNF-α).

W późniejszym badaniu, obejmującym czterotygodniowe stosowanie diet zawierających różne ilości przypraw, zaobserwowano także obniżenie stężenia interleukiny 6 – jednego z najważniejszych markerów przewlekłego stanu zapalnego.

Co ciekawe, największe korzyści przeciwzapalne nie zawsze obserwowano przy najwyższych dawkach przypraw. Zdaniem autorów może to wskazywać na bardziej złożoną zależność między ilością spożywanych przypraw a odpowiedzią organizmu.

Czy przyprawy mogą wpływać na ciśnienie tętnicze?

Najważniejsze i najbardziej praktyczne wnioski pochodzą z czterotygodniowego badania obejmującego ponad 70 osób obciążonych czynnikami ryzyka chorób sercowo-metabolicznych.

Uczestnicy stosowali trzy warianty diety różniące się zawartością przypraw i ziół. W diecie o najwyższej zawartości przypraw spożywano około 6,6 grama przypraw dziennie na każde 2100 kcal.

Po czterech tygodniach zaobserwowano poprawę wartości całodobowego ciśnienia tętniczego mierzonego metodą ambulatoryjną. W porównaniu z dietami zawierającymi mniejsze ilości przypraw dieta bogatsza w przyprawy wiązała się z niższymi wartościami zarówno skurczowego, jak i rozkurczowego ciśnienia tętniczego.

Różnice nie były duże i wynosiły około 1,5–2 mm Hg, jednak z punktu widzenia zdrowia publicznego nawet niewielkie obniżenie średnich wartości ciśnienia w populacji może przekładać się na zmniejszenie liczby zawałów serca i udarów mózgu.

Co dzieje się w jelitach?

Coraz więcej badań wskazuje, że mikrobiom jelitowy może wpływać nie tylko na trawienie, ale również na funkcjonowanie układu odpornościowego, metabolizm oraz ryzyko chorób sercowo-naczyniowych.

Dlatego naukowcy przeanalizowali także próbki kału uczestników badania, aby sprawdzić, czy przyprawy wpływają na skład bakterii jelitowych.

Zaobserwowano wzrost liczebności niektórych grup bakterii, w tym należących do rodziny Ruminococcaceae oraz rodzaju Agathobacter. Bakterie te są związane z produkcją krótkołańcuchowych kwasów tłuszczowych, które odgrywają ważną rolę w utrzymaniu prawidłowej funkcji jelit i regulacji procesów zapalnych.

Autorzy podkreślają jednak, że są to wstępne obserwacje wymagające dalszego potwierdzenia w większych badaniach.

Nie tylko witaminy i minerały

Interesującym elementem pracy była również analiza metabolitów obecnych we krwi uczestników. Naukowcy wykryli ponad 90 różnych związków powstających po spożyciu przypraw i ziół.

Były to m.in. metabolity pochodzące z pieprzu, rozmarynu, czosnku, cynamonu czy imbiru. Wyniki potwierdzają, że związki biologicznie aktywne zawarte w przyprawach są wchłaniane przez organizm i mogą uczestniczyć w procesach wpływających na zdrowie.

Badacze planują obecnie dalsze analizy mające określić, które z tych substancji odpowiadają za obserwowane efekty dotyczące ciśnienia tętniczego, funkcji naczyń oraz stanu zapalnego.

Mały dodatek o potencjalnie dużym znaczeniu

Autorzy przeglądu podkreślają, że przyprawy i zioła nie powinny być traktowane jako alternatywa dla leczenia farmakologicznego czy zdrowego stylu życia. Nie zastąpią również dobrze zbilansowanej diety.

Dostępne dane sugerują jednak, że regularne dodawanie do posiłków takich składników jak cynamon, imbir, oregano, czosnek, rozmaryn czy kurkuma może wspierać korzystne procesy zachodzące w organizmie. Dotyczy to zwłaszcza regulacji ciśnienia tętniczego, odpowiedzi zapalnej, metabolizmu tłuszczów oraz funkcjonowania mikrobiomu jelitowego.

Choć potrzebne są dalsze badania obejmujące większe i bardziej zróżnicowane grupy pacjentów, obecne wyniki pokazują, że nawet niewielkie zmiany w codziennych nawykach żywieniowych mogą mieć znaczenie dla zdrowia. W przypadku przypraw korzyścią jest dodatkowo fakt, że są one łatwo dostępne, niedrogie i można je bez większego wysiłku włączyć do codziennych posiłków.

Źródło: Kris-Etherton PM, Rogers CJ, Oh ES i wsp. Cardiometabolic and Microbiome Effects of Spices and Herbs. Nutrition Reviews. 2026;84(Suppl. 1):70–75. 
Leki takie jak semaglutyd czy tirzepatyd w ostatnich latach stały się jednym z najważniejszych narzędzi leczenia otyłości. Ich skuteczność w redukcji masy ciała jest dobrze udokumentowana, jednak coraz częściej pojawia się pytanie, co dzieje się z dietą pacjentów w trakcie terapii. Jedno z pierwszych badań analizujących rzeczywiste nawyki żywieniowe osób stosujących te leki sugeruje, że choć spożycie kalorii znacząco spada, może to wiązać się również z ryzykiem niedoborów składników odżywczych – zwłaszcza białka.
Mniej kalorii, ale też mniej składników odżywczych

Wyniki badania, które zostanie przedstawione podczas tegorocznego kongresu European Congress on Obesity (12–15 maja w Stambule), analizuje zachowania żywieniowe osób z nadwagą lub otyłością stosujących nową generację leków przeciwotyłościowych z grupy agonistów receptora GLP-1 oraz podwójnych agonistów GLP-1/GIP. Do tej grupy należą m.in. semaglutyd (sprzedawany m.in. jako Ozempic i Wegovy) oraz tirzepatyd (m.in. Mounjaro i Zepbound).

Autorzy badania – z zespołu badawczego zdrowia metabolicznego w IRCCS San Raffaele Hospital oraz Vita-Salute San Raffaele University w Mediolanie – przeanalizowali dane żywieniowe 332 dorosłych osób korzystających z aplikacji mobilnej monitorującej dietę z wykorzystaniem sztucznej inteligencji.

Jak podkreśla dr Valentina Vinelli, główna autorka badania, skuteczność leków GLP-1 w redukcji masy ciała nie budzi dziś większych wątpliwości. Jednocześnie jednak pojawia się ważne pytanie o to, co dzieje się ze składem ciała podczas odchudzania. „Choć leki GLP-1 prowadzą do imponującej utraty masy ciała, wciąż trwa dyskusja, czy utracie tkanki tłuszczowej nie towarzyszy również istotna utrata masy mięśniowej. Jedno jest jednak powszechnie uznawane – ochrona masy mięśniowej powinna być centralnym celem każdego programu redukcji masy ciała” (tłum. red.).

Dlaczego białko staje się kluczowe

Utrzymanie zdrowej masy mięśniowej w dużej mierze zależy od odpowiedniej podaży białka oraz aktywności fizycznej, zwłaszcza ćwiczeń oporowych. Tymczasem mechanizm działania leków GLP-1 polega m.in. na nasilaniu uczucia sytości i zmniejszaniu łaknienia.

„Zdrowie mięśni zależy od wystarczającej podaży białka i regularnej aktywności fizycznej. U osób stosujących agonistów receptora GLP-1 zmniejszony apetyt może utrudniać pokrycie zapotrzebowania na białko, dlatego to, co jemy, staje się ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej – zwłaszcza że zapotrzebowanie na białko jest zwykle wyższe u osób z otyłością oraz w trakcie aktywnej redukcji masy ciała” – wyjaśnia dr Vinelli (tłum. red.).

Badaczka podkreśla również, że zapotrzebowanie na białko powinno być zawsze indywidualizowane i wyrażane w gramach na kilogram skorygowanej masy ciała, a nie traktowane jako uniwersalna wartość dla wszystkich pacjentów.

Analiza tysięcy dni zapisów dietetycznych

Naukowcy przeanalizowali łącznie 5741 dni zapisów dietetycznych zebranych między lipcem 2025 a lutym 2026 r. Dane pochodziły z aplikacji mobilnej umożliwiającej rejestrowanie posiłków m.in. poprzez fotografowanie jedzenia, skanowanie kodów kreskowych oraz zapisy głosowe i tekstowe. Algorytmy rozpoznawania obrazu pozwalały automatycznie identyfikować składniki potraw i szacować zawartość kalorii, białka, węglowodanów i tłuszczów.

W analizie porównano 116 osób stosujących leki GLP-1 z grupą 216 osób, które takich terapii nie stosowały. Średni wskaźnik BMI wynosił odpowiednio 31,3 i 30,6 kg/m². Wśród użytkowników leków większość stosowała tirzepatyd (62 osoby), natomiast 25 osób przyjmowało semaglutyd. Pozostali uczestnicy byli zidentyfikowani jako użytkownicy GLP-1 na podstawie profilu w aplikacji, choć nie wszyscy rejestrowali poszczególne dawki.

Wyraźnie mniejsze spożycie energii

Analiza wykazała, że osoby stosujące leki GLP-1 spożywały średnio znacznie mniej kalorii niż uczestnicy nieprzyjmujący tych leków – około 1102 kcal dziennie w porównaniu z 1281 kcal.

Podobny spadek dotyczył wszystkich głównych makroskładników diety. U użytkowników leków GLP-1 średnie dzienne spożycie wynosiło:
Co istotne, proporcje makroskładników w diecie pozostały niemal identyczne w obu grupach. Oznacza to, że spadek spożycia dotyczył raczej ogólnej ilości jedzenia niż jakości diety.

Problem niedoboru białka

Najbardziej niepokojące wyniki dotyczyły podaży białka po przeliczeniu na kilogram masy ciała. W grupie stosującej leki GLP-1 średnia wynosiła zaledwie 0,6 g/kg dziennie. Tymczasem włoskie zalecenia żywieniowe rekomendują spożycie co najmniej 0,9 g białka na kilogram masy ciała. W badaniu aż 88 procent osób przyjmujących leki GLP-1 nie osiągało tego poziomu.

Co ciekawe, również w grupie niestosującej tych leków spożycie białka było niższe od zaleceń (0,7 g/kg), choć problem ten dotyczył mniejszej części uczestników – 69 procent. Dla porównania, dane z włoskiego krajowego badania konsumpcji żywności wskazują, że przeciętny dorosły Włoch spożywa około 1,1–1,2 g białka na kilogram masy ciała dziennie, czyli znacznie więcej niż minimalne zalecenia.

Częstsze pomijanie posiłków

Osoby przyjmujące leki GLP-1 znacznie częściej pomijały posiłki w ciągu dnia. Dotyczyło to:

Jak zauważają autorzy badania, pomijanie posiłków dodatkowo utrudnia równomierne rozłożenie podaży białka w ciągu dnia.

Redukcja masy ciała w codziennej praktyce

Wśród uczestników, którzy rejestrowali zmiany masy ciała, osoby stosujące leki GLP-1 schudły średnio o 2,2 kg, czyli około 2,5 proc. masy ciała. W grupie kontrolnej spadek wyniósł jedynie 0,2 kg.

Autorzy podkreślają jednak, że wyniki te odzwierciedlają raczej warunki rzeczywistego stosowania leków niż efekty obserwowane w badaniach klinicznych. W wielu przypadkach użytkownicy znajdowali się dopiero w fazie zwiększania dawki, a dane dotyczące przyjmowania leków były samodzielnie raportowane w aplikacji.

W niewielkiej grupie osób obserwowanych przez co najmniej trzy miesiące średnia redukcja masy ciała wynosiła już 7,3 proc., co zbliża się do wyników obserwowanych w randomizowanych badaniach klinicznych, gdzie po roku terapii spadek masy ciała często przekracza 10 proc.

Potrzeba wsparcia żywieniowego

Zdaniem autorów badania wyniki pokazują, że terapia farmakologiczna otyłości powinna być ściśle powiązana z monitorowaniem diety.

„Stosowanie leków GLP-1 w warunkach rzeczywistej praktyki klinicznej wiąże się z powszechnie występującym niedoborem białka oraz częstszym pomijaniem posiłków. Podkreśla to pilną potrzebę aktywnego monitorowania żywienia i indywidualnego doradztwa dietetycznego jako elementu leczenia otyłości, aby wspierać długoterminowe zdrowie pacjentów, a nie tylko redukcję masy ciała” – podsumowuje dr Vinelli (tłum. red.).

W kolejnych analizach badacze planują przyjrzeć się również spożyciu innych kluczowych składników odżywczych, takich jak witaminy, żelazo czy wapń, oraz sprawdzić, czy aplikacje mobilne monitorujące dietę mogą pomóc pacjentom utrzymać właściwe nawyki żywieniowe podczas terapii.

Źródło: European Association for the Study of Obesity; The News Medical Life Sciences 

Debata oksfordzka z udziałem ekspertów WUM i SGGW, która odbyła się 10 kwietnia br., pokazała konieczność stworzenia standardu kształcenia i uregulowania zawodu dietetyka. Pokazała także oś potencjalnego sporu przy tworzeniu takiego standardu. Przede wszystkim jednak uwypukliła istnienie dwóch komplementarnych, ale niedostatecznie połączonych – „dwóch płuc dietetyki”.
Wydarzenie zgromadziło ekspertów z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, którzy – zgodnie z zasadami debaty oksfordzkiej – przedstawili spójne, przeciwstawne wizje przyszłości zawodu dietetyka.

Debata odbywała się w szczególnym momencie – w czasie prac legislacyjnych nad ustawą regulującą zawód dietetyka. W centrum sporu znalazło się więc pytanie o rolę standardu kształcenia jako narzędzia budowania jakości – kompetencji, umiejętności, odpowiedzialności zawodowej i zaufania społecznego.

Jak przebiegała debata?

Już pierwsze wystąpienia zarysowały dwa odrębne modele myślenia. Strona opozycji rozpoczęła od redefinicji samej przyszłości zawodu: „To nie jeden ustalony model, lecz dynamiczny proces rozwoju – oparty na specjalizacji i różnorodności” – wskazał prof. Dariusz Włodarek, podkreślając, że zawód dietetyka funkcjonuje równocześnie w wielu obszarach: klinice, sporcie, zdrowiu publicznym i edukacji. Ten wątek został pogłębiony poprzez krytykę standaryzacji jako narzędzia pozornego porządkowania rzeczywistości. „Standaryzacja treści nie oznacza standaryzacji umiejętności” – podkreślano, wskazując, że jakość kształcenia wynika z praktyk, kadry i systemu odpowiedzialności, a nie z jednolitego programu.

Strona opozycji odpowiedziała, przenosząc ciężar argumentacji na poziom systemowy. „Nie pytamy, czy standard jest idealny. Pytamy, czy stać nas na jego brak” – wybrzmiało w wystąpieniu dr hab. Agnieszki Bzikowskiej-Jury.

W tej perspektywie standard został przedstawiony jako warunek konieczny budowy tożsamości zawodu. „Bez wspólnego fundamentu nie ma punktu odniesienia – a bez punktu odniesienia nie ma ani czytelnych kompetencji, ani odpowiedzialności” – rozwinięto tę myśl w kolejnych wystąpieniach.

Debata stopniowo przesuwała się więc z poziomu „czy standard działa” na poziom „czy system może funkcjonować bez minimum kompetencyjnego”.

Opozycja konsekwentnie wskazywała alternatywę: „To regulacja zawodu, odpowiedzialność i weryfikacja kompetencji budują bezpieczeństwo pacjenta” – argumentowano, ostrzegając przed „kulturą kształcenia pod standard, a nie pod odpowiedzialność”. Wskazywała na to dr hab. Joanna Myszkowska-Ryciak, prof. SGGW. Dr hab. Danuta Gajewska, prof. SGGW, dodała, że standard może tworzyć „złudzenie rozwiązania”, nie dotykając realnych problemów jakości kształcenia.

Z kolei propozycja akcentowała rosnącą integrację dietetyki z systemem ochrony zdrowia: „Jeżeli dietetyk ma być zawodem medycznym, wspólny próg wejścia staje się logiczną konsekwencją” – wskazywano, podkreślając znaczenie bezpieczeństwa pacjenta i rosnącej roli dietetyka w systemie ochrony zdrowia.

„Brak standardu to brak punktu odniesienia – a więc brak jasnej odpowiedzialności i oczekiwań wobec zawodu” – argumentowała strona propozycji – dr Joanna Ostrowska oraz dr Zuzanna Przekop.

Kulminacja debaty ujawniła istotę sporu: „Standard nie gwarantuje jakości, ale bez niego nie jesteśmy w stanie jej zdefiniować” – podsumowała strona propozycji. Mowę końcową zaprezentowała dr Zuzanna Zaczek.

„Można stworzyć porządek na papierze, ale nie stworzyć jakości w praktyce” – odpowiedziała opozycja, zamykając debatę wyraźnym rozróżnieniem między systemem formalnym a rzeczywistymi kompetencjami. Debatę zamknęła dr hab. Anna Harton, prof. SGGW.

Szersze wnioski dla branży

Debata pokazał istnienie dwóch komplementarnych, ale niedostatecznie połączonych obszarów – przysłowiowych „dwóch płuc dietetyki”.

Z jednej strony mamy model kliniczny, skoncentrowany na pacjencie, diagnostyce i terapii. Oparty o naturalną bliskość lekarzy i filozofie funkcjonowania systemu opieki medycznej. Z drugiej – studia dietetyki, które koncentrują się na poznawaniu współzależności między żywnością i żywieniem a organizmem człowieka. Model oparty na produkcji żywności, biologii miejsca i jakości surowców.

Brak integracji tych obszarów prowadzi do realnych konsekwencji.

Absolwenci uczelni przyrodniczych często nie mają doświadczenia klinicznego, co ogranicza ich wiarygodność w systemie ochrony zdrowia. Z kolei absolwenci uczelni medycznych nie maja naturalnego kontakt z procesem powstawania żywności – jej sezonowością, regionalnością i biologicznym kontekstem.

W tym miejscu pojawić się może ważna dla branży refleksja: „Świeże produkty są nie tylko źródłem składników odżywczych, ale także formą środowiskowej ekspozycji mikrobiologicznej” – to myślenie, które wymaga nowego podejścia do kompetencji dietetyków. Bez niego przekonywać do żywności podstawowej i lokalnej będziemy używając kodów kreskowych i patriotyzmu zakupowego.

Podsumowanie i znaczenie dla sektora żywnościowego

Debata pokazała, że przyszłość dietetyki nie może być rozpatrywana wyłącznie w kategoriach edukacji akademickiej. To obszar, który bezpośrednio wpływa na poziom edukacji żywieniowej społeczeństwa, decyzje konsumenckie oraz postrzeganie jakości żywności. Ciekawy i może proroczy był postulat integracji dietetyki z innymi dziedzinami nauki i gospodarki.

Czas na patriotyzm dietetyczny

Czas na patriotyzm dietetyczny konsumentów. Czas na patriotyzm dietetyczny jako część kształcenia dietetyków. Może to teza kolejnej debaty?

Przy takim podejściu znaczenia nabiera rola producentów polskiej żywności. W szczególności warzyw i owoców, którzy wsparli organizację Debaty. Coraz wyraźniej widać ich gotowość do brania współodpowiedzialności za zdrowie i edukację żywieniową – nie tylko poprzez produkcję, ale również poprzez współtworzenie narracji o żywności jako nośniku wartości biologicznej i kulturowej.

Swoisty patriotyzm dietetyczny może pełnić podwójną rolę. Z jednej strony wzmacnia zdrowie konsumentów poprzez promowanie różnorodnej, naturalnej, sezonowej diety. Z drugiej, wspiera producentów, szczególnie mniejszych, którzy dzięki takiej narracji mogą skuteczniej konkurować z tańszym importem. To koncepcja, która łączy naukę, rolnictwo i tożsamość kulturową w jedną, spójną opowieść o jedzeniu jako nośniku miejsca.

„Moim marzeniem jest połączenie dwóch środowisk, uczelni przyrodniczych i medycznych. Przyszłość leży w tym, żebyśmy jako środowiska połączyli siły” – podsumowała dr hab. n. med. i n. o zdr. Beata Sińska, Kierownik Zakładu Żywienia Człowieka Wydział Nauk o Zdrowiu WUM, inicjatorka Debaty.

Debata pokazała, że przyszłość zawodu dietetyka będzie zależała od zdolności połączenia tych perspektyw – medycznej i rolniczo-przyrodniczej. Oznacza to konieczność refleksji nad kształceniem, które przygotowuje do pracy z pacjentem, ale również uczy rozumienia żywności jako elementu szerszego ekosystemu zdrowia.

To właśnie w tym miejscu spotykają się interesy świata nauki, medycyny i produkcji żywności. I tutaj zatriumfować może realna odpowiedzialność za kondycję przyszłych pokoleń.

Debata została zorganizowana przez Zakład Żywienia Człowieka WUM i CORE TEAM sektora ogrodniczego. Producenci warzyw i owoców pokazali w ten sposób chęć wzięcia współodpowiedzialności za zdrowie przyszłych pokoleń Polaków.

Źródło: PAP Medriaroom
Foto: PAP Medriaroom

Administracja Stanów Zjednoczonych zapowiada zmiany w oficjalnych zaleceniach dietetycznych, które mają zostać ogłoszone w kolejnej edycji federalnych wytycznych żywieniowych. Wśród proponowanych kierunków pojawia się koncepcja tzw. odwróconej piramidy żywienia, zakładająca większy udział białka w codziennej diecie oraz ograniczenie cukru i żywności wysokoprzetworzonej. Zapowiedzi te wzbudzają zainteresowanie zarówno środowiska naukowego, jak i instytucji zajmujących się zdrowiem publicznym, ponieważ amerykańskie wytyczne tradycyjnie wywierają wpływ nie tylko na politykę żywieniową w USA, lecz także na globalne dyskusje dotyczące diety i profilaktyki chorób cywilizacyjnych.
Założenia nowego podejścia

Zgodnie z zapowiedziami przedstawicieli administracji, nowa wersja zaleceń ma w większym stopniu koncentrować się na problemie chorób metabolicznych, takich jak otyłość, cukrzyca typu 2 czy insulinooporność. W tym kontekście akcentowane jest ograniczenie spożycia cukru, rafinowanych węglowodanów oraz produktów wysoko przetworzonych, a jednocześnie zwiększenie udziału białka w diecie.
Jednym z promotorów tego kierunku jest Robert F. Kennedy Jr., sekretarz zdrowia, który w publicznych wypowiedziach wskazywał, że dotychczasowe zalecenia nie przyniosły oczekiwanej poprawy stanu zdrowia populacji. Podkreślał on m.in., że nadmierna konsumpcja cukru i żywności ultraprzetworzonej stanowi istotny problem zdrowia publicznego, a sposób odżywiania powinien lepiej uwzględniać zdrowie metaboliczne i funkcjonowanie jelit.

Czym jest „odwrócona piramida żywienia”

Tradycyjna piramida żywienia, promowana przez wiele lat, opierała się na założeniu, że podstawą diety powinny być produkty zbożowe, a białko i tłuszcze zajmują mniejszą część jadłospisu. Koncepcja odwróconej piramidy zakłada zmianę tych proporcji – to produkty bogate w białko miałyby stanowić fundament diety, podczas gdy węglowodany, zwłaszcza rafinowane, byłyby spożywane w mniejszych ilościach.
W zapowiedziach nowych wytycznych zwraca się także uwagę na zmianę podejścia do produktów odzwierzęcych, w tym mięsa i nabiału, które w poprzednich latach bywały marginalizowane w oficjalnych zaleceniach żywieniowych. Zwolennicy tego podejścia wskazują, że są to istotne źródła pełnowartościowego białka, witamin i składników mineralnych, a ich całkowite eliminowanie z diety nie zawsze znajduje uzasadnienie zdrowotne.

Ograniczenie cukru i żywności przetworzonej

Jednym z kluczowych elementów zapowiadanych zmian w zaleceniach dietetycznych jest wyraźne ograniczenie spożycia cukru oraz żywności wysokoprzetworzonej. Kierunek ten pozostaje spójny z obowiązującymi rekomendacjami instytucji zdrowia publicznego, które od lat wskazują na związek nadmiernego spożycia cukru z rozwojem otyłości, cukrzycy typu 2 oraz chorób sercowo-naczyniowych.
W nowym podejściu podkreślana jest również rola diety w utrzymaniu zdrowia jelit oraz kształtowaniu mikrobioty. Autorzy zapowiadanych zmian zwracają uwagę, że sposób odżywiania może wpływać nie tylko na masę ciała, lecz także na funkcjonowanie układu odpornościowego oraz procesy metaboliczne.


Nowa piramida żywieniowa opublikowana przez Departament Rolnictwa Stanów Zjednoczonych (USDA). Fot. USDA

Wątpliwości i pytania ekspertów

Zapowiedzi zmian spotykają się jednocześnie z pytaniami i ostrożnymi komentarzami ze strony ekspertów ds. żywienia i zdrowia publicznego. Zwracają oni uwagę, że zwiększenie udziału białka w diecie może być korzystne dla części populacji, jednak nie musi być rozwiązaniem uniwersalnym. Podnoszone są m.in. kwestie długoterminowego wpływu diety wysokobiałkowej na zdrowie nerek, układ sercowo-naczyniowy oraz mikrobiotę jelitową.
Eksperci podkreślają również, że kluczowe znaczenie ma nie tylko ilość białka, ale jego źródło, jakość diety jako całości oraz indywidualne potrzeby zdrowotne poszczególnych grup pacjentów.

Etap przygotowań i konsultacji

Na obecnym etapie zapowiadane zmiany mają charakter koncepcyjny. Projekt nowych wytycznych dietetycznych ma zostać poddany konsultacjom z ekspertami oraz opinią publiczną, zanim przyjmie ostateczną formę. Dopiero wtedy będzie można ocenić, w jakim zakresie koncepcja odwróconej piramidy żywienia zostanie formalnie wdrożona oraz jakie znaczenie będzie miała dla polityki zdrowotnej i programów żywieniowych.
Dyskusja wokół nowych zaleceń pokazuje, że sposób odżywiania pozostaje jednym z najbardziej dynamicznych i kontrowersyjnych obszarów zdrowia publicznego, a zmiany w oficjalnych rekomendacjach zawsze wymagają uważnego ważenia dowodów naukowych i potencjalnych konsekwencji społecznych.

Źródła: CBS News, The Guardian

Coraz więcej danych naukowych wskazuje, że długotrwałe spożycie niektórych konserwantów stosowanych w żywności może wiązać się ze zwiększonym ryzykiem cukrzycy typu 2 oraz wybranych nowotworów. W badaniach populacyjnych analizujących nawyki żywieniowe dziesiątek tysięcy osób wykazano, że wysokie spożycie określonych dodatków do żywności – m.in. azotanów, azotynów, sorbinianów czy siarczynów – koreluje ze statystycznie istotnym wzrostem ryzyka chorób metabolicznych i onkologicznych. Choć nie są to jeszcze dowody przyczynowo-skutkowe, skala i spójność obserwacji sprawiają, że temat coraz częściej trafia do debaty naukowej i zdrowia publicznego.
Takie wnioski przedstawia artykuł przeglądowy przygotowany przez zespół kierowany przez Mathilde Touvier, opublikowany na łamach Nature Reviews Endocrinology. Autorka jest jedną z czołowych badaczek zajmujących się epidemiologią żywienia i wpływem żywności wysokoprzetworzonej na ryzyko chorób przewlekłych.

Jakie dane przeanalizowano?

Przegląd opiera się na wynikach wieloletnich badań kohortowych prowadzonych głównie we Francji od 2009 r., obejmujących ponad 100 tys. dorosłych uczestników. W badaniach tych szczegółowo analizowano spożycie dodatków do żywności, identyfikowanych na podstawie deklaracji dietetycznych, składów produktów oraz oznaczeń „E”. Uczestnicy byli obserwowani przez okres sięgający 14 lat.
Spośród 58 analizowanych substancji konserwujących, autorzy skoncentrowali się na 17, które były spożywane przez co najmniej 10 proc. badanej populacji. Pozwoliło to na porównanie grup o niskiej i wysokiej ekspozycji oraz ocenę długoterminowych konsekwencji zdrowotnych.

Konserwanty a ryzyko nowotworów

W badaniach cytowanych w przeglądzie wykazano, że sześć grup substancji konserwujących było istotnie powiązanych ze wzrostem ryzyka nowotworów. Dotyczyło to m.in. azotanu sodu (E251), azotanu potasu (E252), sorbinianów (np. sorbinianu potasu, E202), pirosiarczynu potasu, octanów oraz kwasu octowego (E260).
Dane epidemiologiczne wskazują m.in., że:
Autorzy podkreślają, że dla pozostałych analizowanych konserwantów nie stwierdzono istotnych zależności onkologicznych.

Związek z cukrzycą typu 2

Przegląd przytacza również wyniki badań opublikowanych wcześniej w Nature Communications, w których oceniano zależność pomiędzy spożyciem dodatków do żywności a ryzykiem cukrzycy typu 2. Wysokie spożycie takich substancji jak sorbinian potasu, pirosiarczyn potasu, azotany oraz octany było związane ze wzrostem ryzyka cukrzycy typu 2 nawet o blisko 50 proc. w porównaniu z osobami o najniższej ekspozycji.
Badacze wskazują, że potencjalne mechanizmy mogą obejmować wpływ na mikrobiotę jelitową, przewlekły stan zapalny, stres oksydacyjny oraz zaburzenia regulacji metabolicznej. Mechanizmy te pozostają jednak przedmiotem dalszych badań.

Paradoks przeciwutleniaczy i ostrożność interpretacyjna

Jednym z bardziej zaskakujących wniosków omawianych w przeglądzie jest obserwacja, że zwiększone ryzyko nowotworów dotyczyło również niektórych substancji o właściwościach przeciwutleniających, takich jak izoaskorbinian sodu (E316) czy erytrobiniany. Jak wyjaśnia prof. Touvier, związki te mogą zachowywać się odmiennie, gdy są spożywane przewlekle jako izolowane dodatki do żywności, a nie jako naturalne składniki diety.
Autorka jednoznacznie podkreśla, że badania mają charakter obserwacyjny i nie pozwalają na formułowanie wniosków przyczynowo-skutkowych. Wysokie spożycie konserwantów może być również markerem diety wysokoprzetworzonej jako całości, która sama w sobie wiąże się z wyższym ryzykiem chorób przewlekłych.

 
Zdaniem autorów przeglądu konieczne są dalsze badania mechanistyczne oraz długoterminowe badania interwencyjne, które pozwolą lepiej ocenić wpływ poszczególnych dodatków do żywności na zdrowie metaboliczne i onkologiczne. Na obecnym etapie wyniki te mają przede wszystkim znaczenie dla badań naukowych oraz zdrowia publicznego i wpisują się w rosnącą liczbę dowodów wskazujących na korzyści wynikające z ograniczania żywności ultraprzetworzonej w diecie.

Źródła: Nature Reviews Endocrinology – artykuł przeglądowy: Food additives and metabolic health, Nature Communications, The Guardian

Dieta to nie tylko codzienny wybór produktów w sklepie, ale także element stylu życia i ważny czynnik wpływający na zdrowie. Coraz więcej osób decyduje się na ograniczanie mięsa, a część całkowicie rezygnuje z produktów pochodzenia zwierzęcego. Według danych szacunkowych w Polsce wegetarianie i weganie stanowią około 8% populacji, a w dużych miastach nawet jedną piątą mieszkańców. To właśnie dla tej rosnącej grupy konsumentów szczególne znaczenie ma to, co widnieje na etykietach żywności.
Informacje obowiązkowe, takie jak skład czy wartość odżywcza, są oczywistością. Ale dodatkowe oznaczenia – np. „odpowiedni dla wegetarian” lub „odpowiedni dla wegan” – pozostają kwestią dobrowolności ze strony producentów. Jak podkreślają eksperci Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego, takie informacje stanowią „znaczne ułatwienie wyboru żywności w trakcie dokonywania zakupów”. Problem w tym, że ich stosowanie wciąż nie jest ujednolicone.

Brak wspólnych standardów

Na poziomie Unii Europejskiej nie ma dziś jednolitych regulacji, które jasno określałyby, co oznacza produkt „wegetariański” albo „wegański”. Wprawdzie rozporządzenie 1169/2011 zapowiadało stworzenie takich ram, a w 2018 roku pojawiła się obywatelska inicjatywa, w której postulowano obowiązkowe oznaczenia „niewegetariański, wegetariański lub wegański”, ale do dziś przepisy te nie weszły w życie.
W Polsce podstawą jest rozporządzenie Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi z 2014 r., które dopuszcza stosowanie sformułowań, że produkt może być spożywany przez wegetarian lub wegan, pod warunkiem spełnienia odpowiednich kryteriów. Jednak – podobnie jak w całej UE – są to regulacje dobrowolne. To oznacza, że na rynku funkcjonują bardzo różne oznaczenia, a odpowiedzialność za ich wiarygodność spoczywa głównie na producencie.
Do tego dochodzi ryzyko tzw. vegan-washingu — sytuacji, w których producent używa zielonych haseł, sugerując „naturalność” czy „roślinność”, choć sam produkt zawiera dodatki lub składniki kontrowersyjne (np. pochodzenia zwierzęcego pozyskiwane w mikro-ilościach).

Symbole i zaufanie

Jednym z najpowszechniej stosowanych i rozpoznawalnych oznaczeń jest V-Label – zielona litera „V” na żółtym tle, z liściem w prawym górnym rogu. Powstał we Włoszech w latach 70. i obecnie funkcjonuje w kilkudziesięciu krajach. Badania wskazują, że dla wielu konsumentów jest to najważniejszy wyznacznik „bezpiecznego” wyboru produktu roślinnego. Jednak i w tym przypadku mówimy o dobrowolnym systemie certyfikacji, którego skuteczność zależy od tego, czy producent podda się weryfikacji i będzie transparentny w procesie produkcji.

Dlaczego to ma znaczenie?

Światowa Organizacja Zdrowia od lat podkreśla, że zdrowa dieta jest jednym z kluczowych elementów profilaktyki chorób przewlekłych, takich jak nadciśnienie, cukrzyca czy nowotwory. W polskich „Zaleceniach zdrowego żywienia” zachęca się m.in. do ograniczania mięsa czerwonego i przetworów mięsnych do 500 g tygodniowo, zastępowania ich strączkami, orzechami czy rybami. Wegetarianizm i weganizm wpisują się w ten trend, ale ich praktykowanie wymaga rzetelnej informacji o składzie produktów.
Obecnie europejski konsument nadal często musi uważnie studiować wykaz składników, zwracając uwagę na „dwuznaczne” dodatki, które mogą być zarówno pochodzenia roślinnego, jak i zwierzęcego. A przecież jasne, przejrzyste oznaczenie na froncie opakowania mogłoby rozwiać te wątpliwości i jednocześnie wspierać wybory prozdrowotne.

W dłuższej perspektywie konsekwentne wdrożenie takich rozwiązań mogłoby zwiększyć zaufanie do rynku żywności roślinnej, ograniczyć niejasności i wspierać zdrowe wybory żywieniowe — co jest także w interesie zdrowia publicznego.

Artykuł powstał na podstawie materiału opublikowanego przez Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego – Państwowy Instytut Badawczy
W Szpitalu w Sztumie, zarządzanym przez Grupę American Heart of Poland, uruchomiona została pierwsza w Grupie AHP pracownia żywieniowa. Jak podkreśla Marzanna Kaczanowska, dyrektor szpitala, to ważny krok w opiece nad pacjentami wymagającymi specjalistycznego żywienia, hospitalizowanymi w placówce.
W pracowni żywieniowej, znajdującej się w Aptece Szpitalnej sztumskiego szpitala, przygotowywane są mieszanki do żywienia pozajelitowego. Powstają  one zgodnie z wytycznymi Polskiego Towarzystwa Farmaceutycznego. Proces produkcji odbywa się w specjalnych pomieszczeniach, z zastosowaniem sterylnych preparatów oraz materiałów jednorazowego użytku. Za ich przygotowanie odpowiada zespół farmaceutów szpitalnych.

Na czym polega żywienie pozajelitowe?

Żywienie pozajelitowe (dożylne, parenteralne) polega na bezpośrednim podawaniu do układu krążenia wszystkich niezbędnych dla organizmu składników pokarmowych – białek, węglowodanów, tłuszczów, elektrolitów, witamin, pierwiastków śladowych i wody w ilościach odpowiadających na aktualne zapotrzebowanie organizmu. Powinny być one w formie możliwej do przyswojenia i wykorzystania w procesach metabolicznych. Właściwe wdrożenie tego rodzaju terapii wymaga interdyscyplinarnej współpracy lekarzy, farmaceutów oraz pielęgniarek. Takie działanie w zespole znacząco minimalizuje ryzyko powikłań m.in. pooperacyjnych.

Dr n. med. Wojciech Sakiewicz, dyrektor medyczny oraz ordynator Oddziału Chorób Wewnętrznych Szpitala w Sztumie, Grupa American Heart of Poland, zwraca uwagę na rolę właściwie dobranej farmakoterapii i żywienia pozajelitowego.  – Zastosowanie tej formy leczenia prowadzi do zmniejszenia liczby powikłań, skrócenia pobytu pacjentów w szpitalu oraz ich szybszego powrotu do codziennego funkcjonowania – mówi dr n. med. Wojciech Sakiewicz.

Z kolei Joanna Figger, pielęgniarka koordynująca na Oddziale Chirurgii Ogólnej wskazuje, iż – Odpowiednio dobrane żywienie nie tylko skraca czas rekonwalescencji, ale także przyspiesza gojenie ran, co jest kluczowe dla pacjentów po zabiegach operacyjnych i w stanach krytycznych.

Pierwsi pacjenci

Pierwszymi pacjentami nowo powstałej pracowni żywieniowej byli podopieczni Oddziału Anestezjologii i Intensywnej Terapii. – Priorytetem jest dobro pacjentów, dlatego wdrażane rozwiązania są zgodne z europejskimi standardami ESPEN (Europejskiego Towarzystwa Żywienia Klinicznego i Metabolizmu) – stwierdza lek. Łukasz Nowakowski, ordynator OAiIT.

Zgodnie ze standardami PTF

Jednym z kluczowych elementów nowej pracowni są tzw. worki RTU (ready-to-use), czyli przemysłowe worki dwu- i trójkomorowe, zawierające roztwory glukozy, aminokwasów oraz – w przypadku wersji trójkomorowej – emulsji tłuszczowych. Przed podaniem pacjentowi wymagają one aktywacji, czyli zmieszania zawartości komór oraz suplementacji dodatkowymi składnikami, takimi jak witaminy, pierwiastki śladowe i elektrolity. Niektóre rodzaje mieszanin pozwalają także na dodanie wody lub innych substancji, zgodnie z zaleceniami producenta.

– Aktywacja oraz suplementacja worków żywieniowych muszą odbywać się w ściśle określonych warunkach, w Aptece Szpitalnej, zgodnie z wytycznymi producenta. Proces ten może być wykonywany wyłącznie przez wykwalifikowany personel farmaceutyczny, co gwarantuje bezpieczeństwo pacjentów. Szkolenia dla personelu Apteki Szpitalnej oraz personelu Szpitala w Sztumie na temat aktywowania i suplementowania mieszanin żywieniowych w warunkach jałowych zostały przeprowadzone zgodnie z najnowszymi Farmaceutycznymi Standardami Żywienia Klinicznego Polskiego Towarzystwa Farmaceutycznego – zaznacza dr n. farm. Katarzyna Molęda-Krawiec, dyrektor ds. farmacji Grupy American Heart of Poland.

Dzięki uruchomieniu pracowni żywieniowej, Szpital w Sztumie podniósł jakość opieki nad pacjentami wymagającymi specjalistycznego wsparcia. – Tym samym zwiększamy poziom bezpieczeństwa pacjentów hospitalizowanych w naszym Szpitalu – stwierdza Elżbieta Wyborska, naczelna pielęgniarka Szpitala w Sztumie, Grupa American Heart of Poland.

Jak podkreśla Agnieszka Jóźwik, dyrektor operacyjny ds. szpitalnictwa Grupy American Heart of Poland, uruchomienie pierwszej pracowni żywieniowej w ramach Grupy AHP to istotny krok w kierunku poprawy jakości opieki nad pacjentami. – Dążymy do tego, aby dostosować nasze usługi do potrzeb chorych, dlatego planujemy otworzyć kolejne pracownie w ośrodku AHP w Bielsku-Białej oraz w Szpitalu im. Matki Teresy z Kalkuty w Drawsku Pomorskim – informuje Agnieszka Jóźwik. Nasze działania mają na celu zapewnienie lepszej opieki i wsparcia dla pacjentów, co jest dla nas priorytetem.

źródło: AHP
Z apelem do minister zdrowia o przedłużenie pilotażu pn. „Dobry posiłek w szpitalu”, zwrócił się Zarząd Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych. – Wierzymy, że przedłużenie realizacji programu przyniesie dalsze korzyści, zarówno dla pacjentów, jak i podmiotów leczniczych – czytamy w opublikowanym stanowisku Zarządu.
Pilotaż „Dobry posiłek w szpitalu” wygasa 31 grudnia br. Trwają analizy odnoszące się do ewentualnych rozwiązań w obszarze żywienia szpitalnego. Pilotaż wszedł w życie we wrześniu 2023 roku i miał na celu wpłynąć na poprawę żywienia pacjentów w placówkach szpitalnych. NFZ przeznaczył na pacjenta dodatkową kwotę w wysokości 26,62 zł dziennie.

Pilotaż realizuje ponad 500 podmiotów leczniczych
„Dobry posiłek w szpitalu” realizowany jest obecnie przez 582 podmioty lecznicze. Resort zdrowia nie podjął jeszcze decyzji, czy kończący się w grudniu projekt będzie przedłużony lub też kontynuowany w zmienionej formie.
W opinii Zarządu Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych, pilotaż powinien zostać przedłużony.
Program „Dobry posiłek w szpitalu” pozwolił na wprowadzenie znaczących zmian, które wyeliminowały negatywne opinie dotyczące jakości posiłków i przyczyniły się do poprawy żywienia pacjentów” – czytamy w stanowisku OZPSzP, które wystosował do minister zdrowia Izabeli Leszczyny.

Krytykowana jakość posiłków w szpitalach
Żywienie szpitalne od lat wzbudza kontrowersje nie tylko ze strony opinii publicznej, ale także mediów. Zarzuca mu się niską jakość i mało estetyczny wygląd – określając symbolem problemów z żywieniem pacjentów w szpitalach.

Jak zauważa OZPSzP: – Dzięki realizacji programu, posiłki serwowane w szpitalach zyskały na wartościach odżywczych, co pozwala odpowiadać na potrzeby osób hospitalizowanych, zwłaszcza tych potrzebujących zbilansowanej diety – argumentuje w apelu Zarząd i dodaje: – Poprawie uległa również estetyka dań, co zwiększyło ich atrakcyjność i zachęciło pacjentów, w tym osoby z obniżonym apetytem, do spożycia przygotowanych potraw.

„Dobry posiłek w szpitalu” powinien być kontynuowany jako odrębny produkt  
W opinii Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych, odpowiednie żywienie pacjenta, to kluczowy element w procesie leczenia. Wpływa na poprawę stanu zdrowia i regenerację, jak i zmniejsza ryzyko powikłań związanych z chorobą.

Właściwa dieta dostosowana do indywidualnych potrzeb wspiera zarówno zdrowie fizyczne, jak i psychiczne pacjentów, podnosząc ich komfort i jakość życia podczas hospitalizacji – podkreśla Związek.
OZPSzP w swoim stanowisku do minister zdrowia, wyraził także przekonanie, że program „Dobry posiłek w szpitalu” powinien być kontynuowany jako odrębny produkt, zaś jego finansowanie nie powinno być wliczane w cenę świadczeń zdrowotnych.

Tego rodzaju rozwiązanie zapewni większą transparentność finansowania i umożliwi utrzymanie wysokich standardów żywienia w szpitalach. Wchłonięcie programu do wyceny świadczeń mogłoby obniżyć jego skuteczność i ograniczyć dostępność środków na poprawę jakości posiłków – podsumowuje Związek.
    
   
źródło: OZPSzP
opracowanie: red. Katarzyna Redmerska
Resort nauki współfinansuje programy, które mają odpowiedzieć na wyzwania związane ze zdrowiem uczniów. Ruszyła właśnie kolejna edycja programu JEŻ – Junior-Edu-Żywienie, w którym rodzice i dzieci będą uczestniczyć w badaniu dotyczącym marnowania żywności. – Innym ważnym i nowatorskim komponentem jest program telewizyjny, który będzie popularyzował zdrowe żywienie – zapowiada Maciej Gdula, wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego. Jak podkreśla, to przykład na to, jak wykorzystywać w praktyce wyniki badań naukowych.
 Żywienie jest niezwykle istotnym tematem, bo od tego, co jemy, zależy w dużym stopniu nasze zdrowie. Ważny jest oczywiście skład posiłków i wskazanie na to, czego nie jeść. To również tematy związane na przykład z łańcuchami dostaw, skąd pochodzi jedzenie na naszych talerzach, zainteresowanie tym, żeby nie marnować jedzenia, i edukacja w tym zakresie. W tym zakresie ministerstwo finansuje bardzo ważny projekt JEŻ – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Gdula.

Program Junior-Edu-Żywienie (JEŻ), skierowany do uczniów klas I–VI szkoły podstawowej, ma wspierać kształtowanie wśród nich odpowiednich nawyków żywieniowych, które – wypracowane w dzieciństwie – będą mogły być kontynuowane w życiu dorosłym. Program ruszył w 2022 roku w ramach Narodowego Programu Wsparcia Uczniów po Pandemii. Przygotowały go ówczesne Ministerstwo Edukacji i Nauki oraz Ministerstwo Zdrowia, a jest realizowany przez specjalistów w dziedzinie żywienia i dietetyki z Instytutu Nauk o Żywieniu Człowieka SGGW i Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH – PIB. To nie tylko promocja zdrowego żywienia, ale także duży projekt badawczy.

– Projekt JEŻ tak naprawdę jest kontynuacją z lat poprzednich, ale cały czas się rozwija. W przyszłym roku będzie w nim komponent związany z nauką obywatelską. Przewidziany jest moduł badawczy, w którym rodzice i dzieci będą uczestniczyć w badaniu dotyczącym marnowania żywności. Sami będą badali, jak w ich domu używa się żywności, co się marnuje i jak dużo. Oczywiście celem jest to, żeby tej żywności marnowało się jak najmniej – zapowiada wiceminister.

Podczas VIII Narodowego Kongresu Żywieniowego prof. Krystyna Gutkowska, dyrektorka Instytutu Nauk o Żywieniu Człowieka SGGW, wyjaśniła, że projekt „Żywności nie marnuję – planetę szanuję” zapowiadany w ramach programu JEŻ ma zachęcić dzieci do włączenia się do badań naukowych pod okiem nauczycieli, a przy tym uwrażliwić je na kwestie związane z wyrzucaniem jedzenia. To problem, który stale narasta. Federacja Polskich Banków Żywności w raporcie „Nie Marnuj Jedzenia 2023” podaje, że 56 proc. Polaków przyznaje się do marnowania żywności w domach. W koszach lądują najczęściej pieczywo (52 proc.), owoce (38 proc.), warzywa (36 proc.) i wędliny (32 proc.). W porównaniu z poprzednimi badaniami rośnie odsetek osób, które wyrzucają jedzenie raz w miesiącu (23 proc.) lub rzadziej (25 proc.).

– Projekt jest bardzo ważny z punktu widzenia w ogóle funkcjonowania nauki, budowania zaangażowania obywateli w proces naukowy, bo tak naprawdę każdy, kto stosuje procedury, zbiera dane, analizuje je i używa tego do zmiany swojego życia, jest naukowcem – podkreśla Maciej Gdula.

Z kolei w ramach projektu „Edukator żywienia” nauczyciele podzielą się doświadczeniem, jakie praktyki z zakresu edukacji żywieniowej działają i przynoszą konkretne efekty. Na tej podstawie powstanie poradnik „Dobre praktyki w edukacji żywieniowej”, który trafi do wszystkich szkół w Polsce.

 Innym ważnym i nowatorskim komponentem programu jest program telewizyjny, który będzie wykorzystywał pewne wątki z badań nad żywieniem i jednocześnie popularyzował zdrowe żywienie, pokazując, jak można przygotowywać zdrowe posiłki, odżywiać się zdrowo. To jest zupełnie nowy pomysł, eksperymentalny, ale bardzo się cieszę, że właśnie w tym kierunku to zmierza, że nie myślimy tylko o nauce, która jest zamknięta w wieży z kości słoniowej, ale myślimy o nauce jako o czymś, co dociera do ludzi i pozwala im zmieniać swoje życie – tłumaczy wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego.

Zapowiada również rozpoczęcie programów związanych z rolnictwem i skróceniem drogi od pola do stołu.

– W przyszłym roku będziemy finansować projekt związany z produkcją żywności wokół wielkich miast, skracaniem łańcuchów dostaw i rolnictwem jako zawodem przyszłości, jak będzie się zmieniać rolnictwo, żeby nadążyć za zmianami ekonomicznymi, ale także za ekologicznymi. To również jest ważny dla nas temat – wskazuje Maciej Gdula.

Polskie dzieci bardzo szybko przybierają na wadze, a z roku na rok ten problem się pogłębia. Polskie Towarzystwo Leczenia Otyłości w Polsce podaje, że nadwaga lub otyłość występują u 12 proc. chłopców i 10 proc. dziewczynek w wieku przedszkolnym oraz u 18,5 proc. chłopców i 14,3 proc. dziewcząt w wieku szkolnym. Przyczyną otyłości jest niewłaściwe odżywianie czy zastępowanie pełnowartościowych posiłków wysokokalorycznymi przekąskami. Problemem jest też brak regularnej aktywności fizycznej.

 Dlatego ministerstwo nauki finansuje wielki projekt badawczy „WF z AWF”. To projekt, w którym nauczyciele, także jako badacze, dokonują pomiarów sprawności fizycznej dzieci i promują, rozwijają w nich kompetencje związane z ruchem, ze sportem. To wieloletni projekt, który rozwija się w takim kierunku, żeby tworzyć nowe zasady uczenia i wzmacniania sprawności fizycznej – mówi wiceminister.

Raport za 2023 rok „WF z AWF. Aktywny dzisiaj dla zdrowia w przyszłości” wskazuje na alarmująco niski poziom fundamentalnych umiejętności ruchowych i kompetencji ruchowej uczniów szkół podstawowych. U 94 proc. badanych ze szkół tradycyjnych i 75 proc. uczniów szkół i klas sportowych, poziom kompetencji ruchowej był niewystarczający. Problem sprawiają im nawet proste aktywności – 57 proc. badanych dzieci nie umie skakać przez skakankę. 88 proc. dzieci z klas I–III nie potrafi wykonać przewrotu w przód, podobny odsetek z tej grupy ma problem z wykonaniem rzutu i chwytu odbitej od ściany piłki tenisowej.

 Pierwsze dane z tych pomiarów nie są optymistyczne. Dzieci mają problemy z podstawowymi rzeczami, takimi jak np. przewrót w przód. Więc to pokazuje, że nasze zainteresowanie w ministerstwie związane ze zdrowiem i sprawnością fizyczną dzieci jest szerokie i będzie stałe – zapowiada Maciej Gdula.

źródło: newseria

Ostatnie lata przyniosły duży rozwój kierunków studiów związanych z żywieniem człowieka i dietetyką. Zapotrzebowanie na ekspertów w tych dziedzinach rośnie przede wszystkim ze względu na większą świadomość społeczną na temat wpływu diety na zdrowie i życie. A Polacy wciąż najbardziej ufają poradom żywieniowym właśnie ze strony lekarzy i dietetyków. Nowe kadry są potrzebne także producentom żywności i placówkom edukacyjnym, np. do prowadzenia edukacji zdrowotnej, nowego obowiązkowego przedmiotu w szkołach, a także w rozwoju dziedziny sprofilowanego żywienia. 
– Nauka o żywieniu człowieka, w takim rozumieniu jak to zaproponował założyciel naszego wydziału w 1977 roku, że jest to badanie zależności między pożywieniem a organizmem człowieka na różnych poziomach: na poziomie komórki, tkanki, całego organizmu, a wreszcie na poziomie całej populacji, jest coraz bardziej interesująca, zarówno dla ludzi wybierających kierunki studiów, ale również ze względu na zainteresowanie ze strony gospodarki państwa. Dlatego że poprzez żywienie, które ma bezpośredni związek ze zdrowiem, są określone wydatki na profilaktykę zdrowotną, ale i na leczenie chorób niezakaźnych, które wynikają właśnie ze złego sposobu odżywiania się – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. Krystyna Gutkowska, dyrektorka Instytutu Nauk o Żywieniu Człowieka SGGW. – My obserwujemy dość istotne zainteresowanie studiowaniem, zwłaszcza dietetyki, która już dotyka problemów związanych z określonymi schorzeniami. 
 
Z badania Inquiry „Zdrowe odżywianie według Polaków 2024” wynika, że dla 80 proc. respondentów jest to ważny temat. Do zdrowszej diety motywuje ich przede wszystkich chęć zachowania zdrowia. Respondenci wskazywali, że kojarzy im się ona z jedzeniem dużej ilości warzyw i owoców, unikaniem przetworzonej żywności i „chemii”, piciem dużej ilości płynów i ograniczaniem cukru. Te czynności wymieniali też najczęściej jako podejmowane w praktyce.
 
Jednocześnie dwoje na pięciu Polaków uważa, że trzymanie zdrowej i zróżnicowanej diety jest trudne. Najczęściej szukają na ten temat informacji i porad na stronach internetowych dotyczących zdrowego stylu życia (29 proc.), wśród rodziny i znajomych (20 proc.) oraz wśród lekarzy i dietetyków (19 proc.). Taki sam odsetek uzyskały odpowiedzi: wyszukiwarki internetowe i kanały na YouTubie (po 19 proc.). Jednak to dietetykom i lekarzom Polacy ufają najczęściej w poradach dotyczących zdrowego odżywiania (28 proc.). Ich autorytet wprawdzie nieco osłabł w porównaniu z 2020 rokiem (35 proc.), ale wciąż pozostaje znacznie wyżej niż na przykład znanych osób zajmujących się tą tematyką. 44 proc. badanych uważa z kolei, że to dietetycy i lekarze powinni organizować akcje informacyjne dotyczące zdrowej diety. Wyżej w odpowiedziach znalazło się tylko Ministerstwo Zdrowia (50 proc.). Co trzeci respondent wskazał na różne placówki edukacyjne, nieco mniej – na producentów żywności, a 19 proc. – na sieci sklepów spożywczych. 
 
– Zapotrzebowanie na ekspertów w dziedzinie żywienia jest bardzo duże. Zresztą nie bez powodu bardzo dużą popularnością cieszą się wszelkie punkty doradztwa dietetycznego, z których korzysta bardzo dużo osób. Może kiedyś dojdziemy również do takiej sytuacji, zwłaszcza ze względu na to, że coraz częściej mówi się o dietetyce sprofilowanej albo o żywieniu sprofilowanym, że każdy człowiek ze względu na specyfikę swojego organizmu, również mikrobioty, będzie potrzebował indywidualnej porady dietetyka, żywieniowca, jak powinien się odżywiać, żeby zachować jak najdłuższej dobre zdrowie – podkreśla prof. dr hab. Krystyna Gutkowska. 
 
Zdrowe odżywianie jest wymieniane wśród kluczowych elementów zdrowego stylu życia, który istotnie wpływa na profilaktykę wielu chorób, przede wszystkim cukrzycy, chorób serca i nowotworów. Światowa Organizacja Zdrowia podaje, że można byłoby zapobiec 30–50 proc. zgonów z powodu raka dzięki stosowaniu zaleceń Europejskiego kodeksu walki z rakiem. Trzy z dwunastu zaleceń dotyczą zasad żywienia.
 
– Nie wystarczy tylko zajmować się dietą w odniesieniu do określonych jednostek chorobowych, ale dietoprofilaktyką, a więc również przeciwdziałaniem pojawieniu się określonych chorób poprzez żywienie. Tak jak mówił Hipokrates, żeby pożywienie twoje było lekarstwem. Chodzi o to, żeby taka świadomość była w jak największej populacji osób, absolwentów, którzy potem będą pracowali w bardzo różnych instytucjach, zarówno edukacyjnych, ale również u producentów i dystrybutorzy żywności, którzy powinni mieć absolutną świadomość tego, jaka żywność powinna być kierowana do konsumentów z punktu widzenia najkorzystniejszego profilu zdrowotnego – ocenia dyrektorka Instytutu Nauk o Żywieniu Człowieka SGGW. 
 
SGGW jako pierwsza uczelnia w Polsce uruchomiła kierunek związany z żywieniem człowieka (i wiejskiego gospodarstwa domowego) w 1977 roku, uznając, że edukacja żywieniowa jest bardzo potrzebna, szczególnie na wsi. W ciągu blisko 50 lat funkcjonowania kierunku również inne uczelnie o charakterze przyrodniczym zaczęły rozwijać ten obszar nauki, najczęściej łącząc żywienie człowieka z technologią żywności lub dietetyką.
 
– Naszą ambicją jest poszukiwanie fuzji między pedagogiką a nauką o żywieniu człowieka, żeby przygotowywać kadry nauczycielskie wyposażone w kompetencje w zakresie uczenia przedmiotu, który ma być wprowadzony, jak profilaktyka zdrowotna. To jest jak konieczne, bo rzesza nauczycieli o tych kompetencjach będzie potrzebna do prowadzenia tego przedmiotu – podkreśla prof. Krystyna Gutkowska.
 
Edukacja zdrowotna pojawi się w szkołach podstawowych i ponadpodstawowych jako obowiązkowy przedmiot w przyszłym roku szkolnym. Lekcje mają obejmować zagadnienia zdrowia psychicznego, fizycznego, a także kwestie zdrowego odżywiania, profilaktyki, problemu uzależnień oraz edukacji seksualnej.
 
To m.in. wszechstronnym kształceniem profesjonalistów z zakresu żywienia człowieka, dietetyki, ochrony zdrowia, projektowania żywności spełniającej najwyższe standardy jakości i bezpieczeństwa będzie się zajmować powstające Innowacyjne Centrum Nauk Żywieniowych SGGW. Pozwoli to wykorzystać system szkolnictwa wyższego do zwiększenia kwalifikacji zawodowych specjalistów w strategicznych z punktu widzenia kraju kierunkach.
 
– Innowacyjne Centrum Nauk Żywieniowych to projekt, który jest finansowany przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Celem tego projektu, i budynku, który powstanie już w niedługim czasie, za kilkanaście miesięcy mam nadzieję, jest uczynienie z tego miejsca centrum do szkolenia wyspecjalizowanych kadr, zarówno dla potrzeb producentów żywności, ale również dla potrzeb jednostek edukacyjnych, takich jak szkolnictwo, przedszkola dystrybutorzy żywności, jak również do prac nad wysokospecjalistycznymi metodami wytwarzania innowacyjnych produktów żywnościowych o właściwym profilu żywieniowym. Mamy dużo pomysłów, które chcemy zrealizować, żeby to rzeczywiście było centrum, które będzie emanowało wiedzą naukową na całą resztę kraju. Mam nadzieję, że również inne kraje Europy, zwłaszcza Środkowej będą mogły się sporo od nas nauczyć – mówi prof. Krystyna Gutkowska. 

 
Źródło: Newseria