Medicalpress
Ministerstwo Zdrowia zainaugurowało największe w Polsce badania dotyczące zdrowia dzieci pn. Wieloośrodkowe Ogólnopolskie Badania Stanu Zdrowia Ludności skierowane do dzieci i młodzieży „WOBASZ DZIECI”. Celem projektu jest kompleksowa ocena stanu zdrowia dzieci i młodzieży w Polsce. Weźmie w nim udział 3,5 tys. uczniów szkół podstawowych i średnich ze 107 gmin ze wszystkich województw.

Głównym założeniem tej inicjatywy jest wczesne rozpoznawanie ryzyka chorób układu krążenia i budowanie skutecznej profilaktyki od najmłodszych lat. Dotychczas brakowało kompleksowych analiz pozwalających ocenić skalę występowania ryzyka ChUK wśród dzieci i młodzieży. Na podstawie zebranych danych opracowana zostanie strategia profilaktyczna i plan działań z zakresu wczesnej interwencji zdrowotnej.

– Działania, o których mówimy dziś wspólnie, jednym głosem mają pokazać, jak ważne jest zdrowie naszych dzieci. Ogólnopolskie badanie pozwoli po raz pierwszy w historii przyjrzeć się ryzykom związanym z chorobami układu krążenia już u dzieci i młodzieży. A wszystkie analizy wskazują na to, że choroby kardiologiczne zaczynają się już w wieku szkolnym. To niezwykle ważne, bo dzięki tej wiedzy będziemy mogli odpowiednio reagować i ratować zdrowie naszych dzieci i młodych dorosłych. Nie zrobimy tego jednak bez wsparcia rodziców. Ich zgoda jest tu kluczowa – podkreśla Katarzyna Kęcka wiceminister zdrowia.

Projekt realizowany jest przez Ministerstwo Zdrowia i Narodowy Instytut Kardiologii – Państwowy Instytut Badawczy, we współpracy z Ministerstwem Edukacji Narodowej oraz Ministerstwem Sportu i Turystyki.

Największe badanie zdrowia dzieci w Polsce

W badaniach, które będą przeprowadzane od września 2026 r. przez ponad 300 zespołów badawczych, wezmą udział uczniowie w wieku 7-18 lat. Będą one wykonywane w bezpiecznej i zorganizowanej formule, wyłącznie za zgodą rodziców lub opiekunów. W zakres badań wchodzą: ankieta dotycząca stylu życia i zdrowia, pomiary: masy ciała, wzrostu, obwodów, ciśnienia tętniczego, a także badania laboratoryjne (krew i mocz).

– Musimy skupić się na dzieciach i poznać częstość występowania modyfikowalnych czynników ryzyka odpowiedzialnych za rozwój chorób w populacji dziecięcej. Celem WOBASZ DZIECI jest poznanie ich skali i ryzyka oraz zaplanowanie sposobów ich eliminacji. To ważny element działań profilaktycznych, które w przyszłości przełożą się na zmniejszenie liczby chorób układu krążenia- mówi prof. Piotr Dobrowolski, pełnomocnik ministra zdrowia ds. NPChUK.

Choroby układu krążenia są jednym z największych wyzwań zdrowotnych w Polsce. WOBASZ DZIECI ma umożliwić wczesne rozpoznawanie ryzyka i wdrażanie profilaktyki od najmłodszych lat. Zbilansowana dieta, regularna aktywność fizyczna oraz ograniczenie spożywania używek, przynosi wymierne korzyści zdrowotne i skutecznie redukuje ryzyko zachorowania na choroby układu krążenia w przyszłości.

Szkoła jako naturalne środowisko profilaktyki

Istotną rolę w projekcie odgrywa szkoła. Dzisiaj porozumienie o współpracy w tym zakresie podpisały wiceminister zdrowia Katarzyna Kęcka oraz wiceminister edukacji Paulina Piechna-Więckiewicz.

– Budowanie zdrowych nawyków wymaga spójnych działań interdyscyplinarnych. Badanie WOBASZ powinno być impulsem do jeszcze ściślejszej współpracy międzyresortowej, aby przeciwdziałać chorobom cywilizacyjnym i przynieść trwałe efekty w poprawie zdrowia dzieci i młodzieży. Taka współpraca powinna być poza wszelkimi podziałami – to wspólne dobro. System edukacji ma wpływ na postawy młodych ludzi wkraczających w dorosły świat, może lepiej wspierać i skuteczniej przygotowywać dzieci, uczennice i uczniów do właściwych wyborów zdrowotnych – tłumaczy wiceminister edukacji narodowej Paulina Piechna-Więckiewicz.

Gotowość do współpracy deklaruje też kuratorium oświaty: – To inicjatywa, która wzmacnia rolę szkoły w zdrowiu publicznym i integruje środowiska wokół wspólnego celu – zdrowia młodego pokolenia. Dyrektorzy i nauczyciele są gotowi do współpracy – mówi mazowiecka wicekurator oświaty Elżbieta Milewska.

Ruch podstawą zdrowego życia

Projekt wspierany jest również przez ministerstwo sportu i turystyki. Wiceminister tego resortu – Piotr Borys podkreśla znaczenie aktywności fizycznej w profilaktyce: – Regularny ruch to najprostsza i najskuteczniejsza forma profilaktyki chorób układu krążenia. WOBASZ DZIECI łączy naukę, edukację i sport.

Sportową ambasadorką projektu została wicemistrzyni olimpijska i trzykrotna medalistka mistrzostw świata w kajakarstwie górskim – Klaudia Zwolińska, która od lat działa na rzecz aktywności fizycznej młodzieży. – Jak połączymy sport, edukację i zdrowie, to na pewno w kontekście profilaktyki osiągniemy istotne efekty. Wszystkie te dzieci, które borykają się dziś z problemami mają swoje marzenia, mają swoją przyszłość. Obowiązkiem każdego rodzica jest pomóc im spełniać te marzenia. Kiedy więc przyjedzie moment podjęcia decyzji, czy brać udział w badaniu WOBASZ DZIECI, w profilaktyce, to odpowiedź jest banalnie prosta – podkreśla wicemistrzyni olimpijska.

Pozytywna decyzja rodziców o udziale w badaniu ich dzieci to pierwszy krok do zapobiegania problemów zdrowotnych w dorosłości. 

Znaczenie systemowe i długofalowe

Wyniki WOBASZ DZIECI posłużą m.in. do:

•             rozwoju profilaktyki chorób układu krążenia

•             edukacji zdrowotnej i wspierania zdrowych nawyków

•             planowania programów zdrowia publicznego

•             współpracy międzyresortowej i kolejnych projektów.

Projekt pod hasłem „Wczesna wiedza, dłuższe życie” jest częścią Narodowego Programu Chorób Układu Krążenia na lata 2022–2032, finansowanego przez Ministra Zdrowia.

WOBASZ DZIECI to rozwinięcie dotychczasowych edycji badań WOBASZ (2003–2005 oraz 2013–2014), które objęły ponad 20 tys. dorosłych Polaków i wykazały wysoką częstotliwość występowania czynników ryzyka chorób układu krążenia. W latach 2025 – 2026 realizowana była trzecia edycja WOBASZ w populacji dorosłych (ok. 9 000 respondentów) prowadzona w tych samych gminach i miejscowościach co wcześniejsze edycje, w celu porównania czynników ryzyka między pokoleniami oraz dokładniejszą ocenę ich uwarunkowań środowiskowych i społecznych.

Źródło: Ministerstwo Zdrowia

Program lekowy leczenia migreny przewlekłej w Polsce działa od 2022 roku i w sensie formalnym oznacza ważny przełom: po latach starań pacjenci z najcięższą postacią choroby uzyskali dostęp do nowoczesnych terapii refundowanych ze środków publicznych. Z perspektywy klinicznej nie ma dziś większych wątpliwości, że leczenie dostępne w programie może realnie zmieniać życie chorych. Problem polega na tym, że między istnieniem programu a rzeczywistym dostępem do terapii rozciąga się cała strefa ograniczeń: administracyjnych, organizacyjnych, finansowych i systemowych. W efekcie rozwiązanie, które miało przynieść ulgę dużej grupie pacjentów, obejmuje dziś zaledwie margines potrzeb.
Migrena to nie „zwykły ból głowy”, lecz ciężka choroba przewlekła

To szczególnie uderzające, jeśli zestawić skalę programu ze skalą samej choroby. Jak podkreśla dr hab. n. med. Marta Waliszewska-Prosół z Kliniki Neurologii Uniwersyteckiego Centrum Neurologii i Neurochirurgii Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, „mamy już dane polskie, które pokazują, że migrena obciąża pacjentów w Polsce w stopniu wyjątkowo dużym – jesteśmy jedną z najbardziej obciążonych populacji na świecie. Z najnowszego badania epidemiologicznego wynika, że rozpowszechnienie migreny w Polsce wynosi około 17,4%, co oznacza, że choruje około 6,5 miliona osób, a na migrenę przewlekłą około 750 tysięcy”. Sama liczba pokazuje, że nie mówimy o problemie niszowym ani o grupie pacjentów, którą można obsłużyć przy pomocy wąsko zaprojektowanego mechanizmu.

„Migrena jest chorobą przewlekłą i powinna być tak traktowana. To nie jest przypadłość, dolegliwość ani ‘zwykły ból głowy’. To choroba taka sama jak choroba Parkinsona, stwardnienie rozsiane czy padaczka – z określonym obrazem klinicznym, powikłaniami i przebiegiem. Jednym z jej powikłań jest rozwój migreny przewlekłej” – mówi dr hab. Waliszewska-Prosół.

To rozróżnienie ma znaczenie fundamentalne, bo właśnie z niedoszacowania choroby wyrasta wiele późniejszych problemów: zbyt późne rozpoznanie, samodzielne leczenie lekami dostępnymi bez recepty, wieloletnie funkcjonowanie bez właściwej profilaktyki, a wreszcie trafianie do programu dopiero wtedy, gdy choroba jest już mocno zaawansowana. Prof. dr hab. n. med. Izabela Domitrz, kierownik Kliniki Neurologii WUM, zwraca uwagę, że „dzienniczek bólu głowy jest dla nas bardzo dobrym narzędziem diagnostycznym – pozwala odróżnić migrenę przewlekłą od innych przyczyn bólu, takich jak nadużywanie leków. Specjalista nie ma problemu z rozpoznaniem migreny przewlekłej na tej podstawie, ale problem polega na tym, że pacjent na początku najczęściej nie ma takiego rozpoznania”. Jak dodaje, migrena najczęściej zaczyna się jako epizodyczna i dopiero z czasem przechodzi w przewlekłą, dlatego kluczowe staje się możliwie wczesne wychwycenie tego procesu i wdrożenie leczenia zanim dojdzie do dalszej progresji. Tymczasem, jak zaznacza ekspertka, „mniej niż 40% pacjentów ma postawione rozpoznanie przez lekarza, a część pacjentów w ogóle nie jest zdiagnozowana”.

To właśnie w tym miejscu zaczyna się paradoks całego systemu. Z jednej strony wiadomo, że migrena przewlekła może prowadzić do bardzo głębokiego upośledzenia codziennego funkcjonowania. Z drugiej – pacjenci przez długi czas pozostają poza skuteczną terapią.

„Migrena jest chorobą, która właściwie uniemożliwia życie człowieka, jeżeli występuje często i występuje w pełnym spektrum” – podkreśla dr n. med. Magdalena Boczarska-Jedynak, przewodnicząca Sekcji Bólu Głowy Polskiego Towarzystwa Neurologicznego. Jak zaznacza, ból głowy jest tylko jednym z elementów tej choroby. Już na kilka dni przed napadem pojawiają się objawy prodromalne – senność, zaburzenia koncentracji, nieustające ziewanie – które sprawiają, że pacjent „właściwie nie funkcjonuje, mimo że nie ma jeszcze żadnego bólu”.

Sam napad ma często skrajnie nasilony charakter: „to jest kłujący, pulsujący ból, określany przez pacjentów na 15 w skali do 10. Bardzo często mówią, że chcieliby, żeby ktoś im wtedy po prostu odrąbał głowę”. Towarzyszą mu nudności, wymioty oraz silna nadwrażliwość na światło, dźwięki i dotyk, co sprawia, że „właściwie niemożliwe jest jakiekolwiek funkcjonowanie”.

Co więcej, konsekwencje napadu nie kończą się wraz z ustąpieniem bólu – pacjent przez kolejne dni pozostaje wyczerpany, z zaburzeniami koncentracji i snu. „Jeżeli ktoś ma pełne spektrum napadu migreny raz w tygodniu, to właściwie nie ma dnia, żeby funkcjonował prawidłowo” – zaznacza.

Program jest, ale obejmuje zaledwie ułamek potrzebujących

W takim kontekście program lekowy B.133 miał być odpowiedzią skierowaną do pacjentów najciężej chorych. I rzeczywiście, jego powstanie było efektem wieloletnich starań środowiska klinicznego i pacjenckiego. Jak podkreślała dr Boczarska-Jedynak, program był kompromisem, który miał przynajmniej częściowo odblokować dostęp do leczenia dla tych chorych, którzy mają ponad 15 dni z bólem głowy w miesiącu i wcześniej wyczerpali możliwości starszej farmakoterapii doustnej. Tyle że kompromis, który miał być punktem wyjścia, w praktyce okazał się konstrukcją trudną do skalowania i zbyt sztywną wobec rzeczywistego obrazu klinicznego.

Najbardziej wymownym wskaźnikiem tej niewydolności jest liczba pacjentów objętych terapią. „Łącznie wszystkich pacjentów, którzy weszli do programu B.133 do połowy grudnia 2025 roku, było 3574. To stanowi 1% wszystkich pacjentów z migreną przewlekłą” – mówi dr Boczarska-Jedynak. I dodaje: „Zdawaliśmy sobie sprawę, że nie wszyscy pacjenci trafią do programu i nie wszyscy spełnią kryteria włączenia, ale 1% to jest liczba, której nie wyobrażaliśmy sobie, walcząc o ten program”.

To rozminięcie między potencjałem programu a jego rzeczywistym zasięgiem widać także w oczekiwaniach, jakie towarzyszyły jego uruchomieniu. Prof. Izabela Domitrz mówi wprost: „My, rozpoczynając program, liczyliśmy na to, że w pierwszym roku jego trwania będzie 4 tysiące pacjentów. Tymczasem w pierwszym roku było ich 700. W drugim roku, czyli de facto po kilku latach funkcjonowania programu, mamy tyle, ile zakładaliśmy, że będzie w pierwszym roku”. Według ekspertki nawet przy bardzo ostrożnych założeniach grupa pacjentów, którzy powinni być objęci leczeniem, była szacowana na około 40 tysięcy. „Gdybyśmy mieli 40 tysięcy pacjentów w programie, uznalibyśmy, że to jest liczba realna i adekwatna” – zaznacza.

Sztywne zasady leczenia nie nadążają za wiedzą medyczną

Wynika z tego jasno, że problem nie leży w braku pacjentów, ale w samym modelu dostępu do leczenia. Program został zbudowany liniowo: pacjent musi najpierw udokumentować nieskuteczność co najmniej dwóch terapii doustnych, potem może wejść do pierwszej linii leczenia toksyną botulinową, a dopiero przy jej nieskuteczności może uzyskać dostęp do przeciwciał monoklonalnych. Taki układ coraz wyraźniej rozmija się zarówno z praktyką kliniczną, jak i z aktualnymi rekomendacjami. Dr Boczarska-Jedynak zwraca uwagę, że „światowe rekomendacje już się zmieniły i mówią jasno, że zarówno toksyna botulinowa, jak i przeciwciała monoklonalne są terapiami pierwszego rzutu. Decyzja powinna być decyzją kliniczną, opartą na obrazie pacjenta, a nie na sztywnej gradacji”.

Protokół programu B.133 – liniowość terapii
 
Źródło: Prezentacja w trakcie posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Leczenia Chorób Neurologicznych oraz Parlamentarnego Zespołu ds. Neuroróżnorodności „Migrena przewlekła – wyzwania w zakresie leczenia i opieki nad pacjentem”, 25 marca 2025 r. Opracowanie: Dr Magdalena Boczarska-Jedynak.

W praktyce liniowość oznacza nie tylko formalny schemat, ale także kolejne miesiące zwłoki. A zwłoka w migrenie przewlekłej ma swoją cenę. Dr hab. Marta Waliszewska-Prosół ostrzega, że „włączając pacjentów do leczenia zbyt późno, sami generujemy koszty, które będą się tylko powiększać. U tych najciężej chorych dochodzi do zmian strukturalnych w mózgu, co powoduje, że nawet skuteczne terapie działają słabiej”. Zwraca też uwagę na zjawisko nadużywania leków przeciwbólowych, które staje się jednym z najpoważniejszych powikłań źle leczonej migreny. „Granica 15 dni z bólem głowy w miesiącu jest w dużej mierze teoretyczna. Większość pacjentów, którzy trafiają do programu, to pacjenci, których nazywamy ‘30 na 30’, czyli mają codzienny ból głowy. Bardzo często jest on dodatkowo uwikłany nadużywaniem leków przeciwbólowych. Zdarzają się pacjenci przyjmujący 700–800 tabletek przeciwbólowych miesięcznie, w tym preparaty zawierające opioidy. I trzeba jasno powiedzieć – głowa boli ich nadal”.

Migrena przewlekła nie jest wyłącznie problemem indywidualnego cierpienia, ale również problemem zdrowia publicznego. Jeszcze przed uruchomieniem programu lekowego dane wskazywały na ogromne koszty pośrednie związane z absencją i prezenteizmem, a także na znaczną niesprawność funkcjonalną pacjentów. Migrena należy do głównych przyczyn utraty sprawności do pracy, a chorzy tracą nie tylko dni zawodowe, ale również możliwość wykonywania obowiązków domowych i utrzymywania relacji społecznych. Prof. Domitrz podkreśla, że „migrena nie jest tylko bólem głowy – to choroba mózgu, która znacząco obniża jakość życia”. Jak dodaje, pacjenci często pozostają niewidzialni dla systemu, bo ich choroba bywa bagatelizowana, a oni sami nie zawsze mówią o niej wprost.

Właśnie dlatego niska liczba pacjentów objętych programem nie jest jedynie technicznym problemem refundacyjnym. Staje się wskaźnikiem systemowej niewydolności w obszarze rozpoznawania, kierowania i leczenia jednej z najczęstszych chorób neurologicznych. Prof. Bartosz Karaszewski, konsultant krajowy w dziedzinie neurologii, mówi wprost, że „program lekowy leczenia migreny przewlekłej wymaga zmian i w mojej ocenie jest drugim najważniejszym obszarem wymagającym fundamentalnych modyfikacji w neurologii – po programie leczenia miastenii”. 

Za niską dostępnością leczenia stoją nie tylko zapisy programu, ale także bariery systemowe, które ograniczają jego realną wydolność.

System dławi dostęp: biurokracja, kadry, pieniądze

Do tych ograniczeń dochodzi jeszcze kolejna grupa barier: administracyjnych i organizacyjnych. Program wymaga rozbudowanej dokumentacji, szczegółowej kwalifikacji, regularnych kontroli i comiesięcznych rozliczeń. Lekarze prowadzący pacjentów podkreślają, że nawet jeśli sama konsultacja i podanie leku nie zajmują dużo czasu, to olbrzymie obciążenie generuje cała otoczka biurokratyczna. Ośrodki nie mają zwykle dedykowanych zespołów prowadzących wyłącznie takich pacjentów, a harmonogramy poradni są już przeciążone innymi obowiązkami. Przy regularnych wizytach kontrolnych, ograniczonej liczbie specjalistów i sztywnych terminach raportowania system szybko dochodzi do granic wydolności.

Osobnym problemem pozostaje finansowanie. Formalnie program jest świadczeniem gwarantowanym, ale w praktyce – jak opisują klinicyści – jego realizacja bywa ograniczana przez bieżące możliwości finansowe ośrodka i ostrożność dyrekcji szpitali. To ograniczenie dobrze widać w codziennej praktyce klinicznej, co opisuje dr hab. Marta Waliszewska-Prosół: „Program jest formalnie gwarantowany, ale w praktyce limitowany. Ośrodek może włączyć miesięcznie jednego czy dwóch pacjentów, bo tylko na tyle pozwalają środki. Szpital często nie chce kupić większej liczby leków, ponieważ nie ma pewności, czy NFZ zwróci koszty. W efekcie w kolejkach do programu czekają dziesiątki pacjentów. W moim ośrodku we Wrocławiu to jest około stu osób gotowych do włączenia do leczenia, ale bariery administracyjne, logistyczne i finansowe uniemożliwiają ich przyjęcie”.

W ten sposób powstaje jeden z najbardziej dotkliwych paradoksów programu: terapie są skuteczne, lekarze wiedzą, komu mogłyby pomóc, pacjenci spełniają kryteria, ale system nie jest w stanie zapewnić płynnego dostępu do leczenia. To już nie kwestia medycyny, lecz architektury świadczenia. A jeśli program ma obejmować zaledwie kilka tysięcy osób i już przy tej liczbie napotyka na przeciążenie, trudno uznać go za model gotowy do odpowiedzi na rzeczywistą epidemiologię choroby. „Jeśli dziś, przy 2,5 tysiąca pacjentów, system już osiągnął granice wydolności, to nie jesteśmy w stanie leczyć w programie lekowym dziesiątek tysięcy chorych. Nawet gdybyśmy pracowali 48 godzin na dobę, ośrodki tego nie udźwigną” – mówi dr hab. Waliszewska-Prosół. „W obecnym modelu z najczęstszej choroby neurologicznej zrobiliśmy chorobę rzadką” – zauważa ekspertka.

Leczenie skuteczne, ale zbyt krótkie. Co dalej z pacjentem?

Szczególnie trudny do obrony z klinicznego i ludzkiego punktu widzenia pozostaje jednak czasowy charakter leczenia. Migrena przewlekła jest chorobą przewlekłą, tymczasem
program zakłada ograniczony czas terapii i bardzo restrykcyjne zasady powrotu do leczenia po nawrocie. Dr Boczarska-Jedynak przypomina, że pacjent, który dobrze odpowiada na przeciwciała monoklonalne, może otrzymywać je tylko przez 12 miesięcy, a następnie trafia do obserwacji. Jeśli dojdzie do nawrotu, może wrócić do programu tylko raz w życiu. Taki model coraz trudniej uzasadnić, skoro doświadczenie kliniczne pokazuje, że po odstawieniu skutecznej terapii liczba dni z bólem głowy często znów rośnie.

Mamy dziś bardzo skuteczne leki, które potrafią przywrócić pacjentom normalne życie. W tej sytuacji ograniczanie leczenia do dwóch lat jest po prostu niehumanitarne. Wytyczne mówią jasno – pacjentów należy leczyć tak długo, jak jest to konieczne, ponieważ po odstawieniu skutecznej terapii liczba dni z bólem głowy ponownie rośnie” – podkreśla dr hab. Marta Waliszewska-Prosół.

To nie jest wyłącznie problem statystyk i kryteriów refundacyjnych. To również problem bezpieczeństwa psychicznego pacjentów, którzy po miesiącach czy latach odzyskanego funkcjonowania zaczynają żyć z lękiem przed utratą terapii. Jedna z pacjentek mówi, że „program lekowy jest dla nas, pacjentów, czymś przełomowym – od momentu przyjęcia pierwszej dawki poznajemy zupełnie nową jakość życia. Natomiast jego zakończenie wiąże się z ogromnym lękiem. Zastanawiamy się, czy damy radę wrócić do pracy, czy poradzimy sobie z codziennym funkcjonowaniem. My już znamy życie bez bólu i nie chcemy wracać do tego, co było wcześniej”. Dodaje, że dla wielu osób prywatne finansowanie skutecznej terapii po zakończeniu programu jest po prostu nierealne, bo miesięczny koszt leczenia pozostaje poza zasięgiem domowego budżetu. Zwraca też uwagę na błędne koło, w którym łatwiej uzyskać doraźny lek przeciwbólowy niż realną pomoc specjalistyczną.

Ten lęk nie jest irracjonalny. Dr hab. n. med. Maria Łukasik, prof. Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, prezes Polskiego Towarzystwa Bólów Głowy (PTBG), zwraca uwagę: „Migrena przewlekła bardzo często współwystępuje z zaburzeniami lękowymi i depresyjnymi. Dołożenie do tego stresu związanego z utratą leczenia, które realnie poprawiło jakość życia pacjenta, jest sytuacją, która nie powinna mieć miejsca”. Z kolei prof. Izabela Domitrz podkreśla, że środowisko kliniczne nie opiera się tu wyłącznie na deklaracjach pacjentów, ale widzi ten mechanizm w codziennej praktyce. „My nie tylko wierzymy w to, co mówią pacjenci – my to widzimy w praktyce. Dlatego walczymy o to, żeby leczenie w programie trwało tak długo, jak jest to pacjentowi potrzebne, a nie było ograniczone sztywnym czasem”.

Z tego wszystkiego wyłania się coraz bardziej spójny kierunek postulowanych zmian. Po pierwsze, środowisko oczekuje odejścia od sztywnej liniowości terapii i uznania toksyny botulinowej oraz przeciwciał monoklonalnych za równorzędne opcje pierwszej linii, wybierane na podstawie decyzji klinicznej. Po drugie, potrzebne jest wydłużenie leczenia i zniesienie arbitralnych ograniczeń czasowych, które nie odpowiadają naturze przewlekłej choroby. Po trzecie, konieczne jest umożliwienie ponownego włączenia pacjenta do programu, jeśli ponownie spełnia kryteria migreny przewlekłej. Po czwarte, trzeba uprościć administrację i ograniczyć obciążenia biurokratyczne po stronie ośrodków. Bez tego program nadal będzie działał daleko poniżej swojego potencjału.

Czy program lekowy to jeszcze właściwy model dla migreny przewlekłej?

Coraz częściej pojawia się jednak także pytanie bardziej zasadnicze: czy model programu lekowego w ogóle jest adekwatny do leczenia tak częstej choroby. Dr hab. Marta Waliszewska-Prosół podkreśla: „Musimy sobie jasno odpowiedzieć na pytanie, czy migrena powinna być leczona w ramach programu lekowego. Leki, które stosujemy, są dostępne na rynku, mogą być przepisywane przez neurologów. Przy 6,5 miliona pacjentów i setkach tysięcy chorych na migrenę przewlekłą nie jesteśmy w stanie skutecznie leczyć tej choroby w tak restrykcyjnym modelu”. W podobnym kierunku wypowiada się prof. Maria Łukasik, wskazując, że docelowo należałoby rozważyć wyjście leczenia migreny poza program lekowy i przeniesienie go do refundacji otwartej, co mogłoby zwiększyć wydolność systemu i objąć leczeniem znacznie większą grupę pacjentów.

Na razie jednak najbliższa wydaje się ścieżka zmian wewnątrz samego programu. Dorota Gołębiowska z Departamentu Polityki Lekowej i Farmacji Ministerstwa Zdrowia przyznała, że „wszyscy doszliśmy do tego samego wniosku, który został przedstawiony na początku – program lekowy wymaga przebudowy”. Jednocześnie zwróciła uwagę, że decyzja o tym, czy dany lek będzie finansowany w ramach programu lekowego czy refundacji aptecznej, nie należy wyłącznie do Ministerstwa Zdrowia, ale jest również rezultatem wniosku składanego przez podmiot odpowiedzialny. To pokazuje, że zmiana systemowa wymaga nie tylko zgody co do kierunku reformy, ale także aktywności regulatora, konsultantów, środowiska klinicznego i firm odpowiedzialnych za leki.

W tle tej całej dyskusji pozostaje jedna zasadnicza kwestia: migrena przewlekła wciąż zbyt często nie jest traktowana z powagą odpowiadającą jej rzeczywistemu ciężarowi. A przecież mówimy o chorobie, która może odbierać możliwość pracy, opieki nad dziećmi, uczestnictwa w życiu społecznym, a nawet elementarnego funkcjonowania przez znaczną część miesiąca. Dr Jakub Gierczyński z Prezydium Rady Ekspertów przy Rzeczniku Praw Pacjenta zwraca uwagę, że trudno znaleźć bardziej racjonalną terapię niż taka, która pozwala choremu odzyskać zdolność do pracy i normalnego życia. W tym sensie leczenie migreny przewlekłej nie jest kosztownym luksusem, lecz interwencją o bardzo wysokiej wartości zdrowotnej i społecznej.

To właśnie dlatego pytanie o przyszłość programu B.133 nie jest pytaniem technicznym. To pytanie o to, czy polski system ochrony zdrowia potrafi potraktować jedną z najczęstszych chorób neurologicznych zgodnie z jej rzeczywistą skalą i ciężarem. Dziś odpowiedź pozostaje niejednoznaczna. Program istnieje, działa i bywa dla pacjentów przełomem. Jednocześnie obejmuje zbyt mało osób, uruchamia leczenie zbyt późno, kończy je zbyt wcześnie i zbyt często przerzuca na chorych ciężar niepewności. Jeśli ma być rzeczywistą odpowiedzią na potrzeby pacjentów, musi przestać być mechanizmem wyjątkowym dla nielicznych, a zacząć działać jak narzędzie adekwatne do skali problemu.

Źródło: opracowanie redakcji Medicalpress na podstawie posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Leczenia Chorób Neurologicznych oraz Parlamentarnego Zespołu ds. Neuroróżnorodności „Migrena przewlekła – wyzwania w zakresie leczenia i opieki nad pacjentem”, 25 marca 2025 r.; cytowane wypowiedzi pochodzą z tego posiedzenia.
Cyfrowa transformacja w ochronie zdrowia nabiera tempa, ale wraz z rozwojem technologii rośnie potrzeba edukacji i wyrównywania kompetencji. Cyfrowe kompetencje zdrowotne (CKZ) to połączenie umiejętności korzystania z technologii i wiedzy o zdrowiu – niezbędne, by skutecznie dbać o siebie w erze e-zdrowia. Eksperci zwracają uwagę, że brak tych kompetencji może prowadzić do pogłębiania się nierówności w dostępie do informacji, profilaktyki i leczenia. Jak pokazuje raport WHO/Europa, grupami najbardziej narażonymi na wykluczenie są osoby starsze, mieszkańcy wsi oraz osoby z niepełnosprawnościami.
CKZ definiuje się jako zdolność jednostki do znajdowania, rozumienia, oceniania i wykorzystywania informacji zdrowotnych ze źródeł elektronicznych (technologii/cyfrowych mediów) w celu skutecznego wykorzystywania i rozwiązywania problemów zdrowotnych.

Jak widzimy, zagadnienie to dotyczy nas wszystkich

Analiza przeprowadzona przez WHO/Europa w 2023 roku wykazała, że rozwiązania cyfrowe są często niedostępne dla osób starszych, migrantów, osób z niepełnosprawnościami oraz mieszkańców obszarów wiejskich. Jest to szczególnie problematyczne, ponieważ to właśnie te grupy potencjalnie mogłyby odnieść największe korzyści z narzędzi e-zdrowia. Zatem nierówność ta wymaga pilnej interwencji.

Systematyczne przeglądy literatury wskazują z kolei, że skuteczne interwencje w celu łagodzenia niskiego poziomu CKZ opierają się na dwóch filarach: edukacji oraz wsparciu społecznym.

Większe CKZ to szereg istotnych korzyści. Dotyczy to w szczególności samozarządzania zdrowiem oraz uczestnictwa w podejmowaniu decyzji, dotyczących zdrowia. Efektywne wykorzystanie cyfrowych umiejętności skutkuje również poprawą stanu mentalnego oraz wyższą ogólną jakością życia.

Wpływ zaawansowanych modeli językowych na jakość informacji zdrowotnych jest obecnie bardzo złożony. Z jednej strony, wydaje się, że podnoszą one jakość i dostępność wiedzy, a więc mogą służyć jako zasoby edukacyjne. Z drugiej strony, ich wprowadzenie generuje nowe, złożone zagrożenia dla jakości, związane ze stronniczością systemową, zmiennością w złożonym rozumowaniu oraz ryzykiem nadmiernego polegania, prowadzącego do braku krytycznego osądu i weryfikacji.

Brak jest aktualnych informacji, opartych na badaniach, dotyczących poziomu cyfrowych kompetencji zdrowotnych w różnych kategoriach populacyjnych w Polsce.

Według GUS, Polacy chętnie szukają w internecie informacji o chorobach i sposobach leczenia. 31,5% respondentów przyznaje, że surfuje w internecie w poszukiwaniu informacji na temat zdrowego stylu życia.

Za postępem technologicznym nie idą stosowne umiejętności cyfrowe, decydujące o korzyściach w postaci zaangażowania we własne zdrowie i profilaktykę oraz łatwiejszego dostępu do diagnozy i leczenia. Im więcej narzędzi cyfrowych w obszarze zdrowia, tym większe ryzyko powiększania się dysproporcji pomiędzy osobami, które mają do nich dostęp i dysponują odpowiednimi kompetencjami, a tymi, którzy ze względu na różne czynniki mogą być zagrożeni tzw. analfabetyzmem cyfrowym.

Eksperci Instytutu Medycyny Pracy im. prof. J. Nofera oferują bezpłatne konsultacje w zakresie edukacji dotyczącej wzmacniania cyfrowych kompetencji zdrowotnych. Aby zapisać się na konsultacje, wystarczy wypełnić formularz dostępny w zakładce Centrum Konsultacyjne na stronie: https://pracanazdrowie.pl/konsultacje/ lub wysłać e-mail na adres: pracanazdrowie@imp.lodz.pl.

 
Źródło: Instytut Medycyny Pracy im. prof. Jerzego Nofera
Prezydent RP podpisał ustawę wprowadzającą Centralną Elektroniczną Rejestrację (CER) – ogólnopolski system kolejkowy, który ma całkowicie zmienić sposób zapisywania się na świadczenia medyczne. Dzięki nowym rozwiązaniom pacjenci zyskają jedno wspólne miejsce rejestracji do wybranych świadczeń opieki zdrowotnej, a placówki – narzędzie pozwalające skuteczniej zarządzać dostępnością terminów.
Ustawa z 26 września 2025 r. o zmianie ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych tworzy nowy, zintegrowany system zgłoszeń i list oczekujących. Celem jest uproszczenie rejestracji, ograniczenie biurokracji i zwiększenie przejrzystości w dostępie do świadczeń. Nowe przepisy wejdą w życie 1 stycznia 2026 r.

Nowe zasady – koniec z chaosem kolejek

Centralna Elektroniczna Rejestracja będzie jednym wspólnym wykazem pacjentów oczekujących na świadczenia w całym kraju. Zastąpi ona dotychczasowe, odrębne listy prowadzone przez poszczególne placówki. W pierwszym etapie system obejmie 12 kategorii świadczeń zdrowotnych, wskazanych w rozporządzeniu Ministra Zdrowia.

Zgłoszenia będzie można dokonać:
Pacjent w formularzu określi preferencje dotyczące miejsca, rodzaju świadczenia czy terminu wizyty, a po jej wyznaczeniu otrzyma automatyczne potwierdzenie. Informacja o przydzielonym terminie trafi też do harmonogramu przyjęć widocznego w systemie.

Cyfrowy asystent przypomni o wizycie

Jednym z innowacyjnych elementów CER będzie voicebot – asystent głosowy, który przypomni o terminie wizyty, potwierdzi obecność pacjenta lub – w razie potrzeby – pomoże ją przełożyć. Dzięki temu system ma ograniczyć liczbę nieodwołanych wizyt i poprawić efektywność pracy placówek medycznych.

Zmiany w przepisach

Wprowadzenie CER wymagało nowelizacji kilku aktów prawnych. Ustawa m.in.:

Centralna Elektroniczna Rejestracja to kolejny etap budowy cyfrowego systemu ochrony zdrowia w Polsce. Integracja rejestracji, list oczekujących i komunikacji z pacjentem ma przynieść większą przejrzystość, lepszą kontrolę nad czasem oczekiwania i realną poprawę dostępności świadczeń.
Nowy system to także oszczędność czasu – zarówno dla pacjentów, jak i pracowników ochrony zdrowia. W założeniu ma to być rozwiązanie, które „uporządkuje” chaos kolejkowy i ułatwi codzienne funkcjonowanie publicznej służby zdrowia.

Źródło: Prezydent.pl

Rząd planuje wydłużyć obowiązywanie Narodowego Programu Zdrowia (NPZ) na lata 2021–2025 o kolejny rok – do końca 2026 r. Projekt rozporządzenia został już przekazany do konsultacji publicznych. Jak podkreślono w uzasadnieniu, decyzja o przedłużeniu wynika z potrzeby zachowania ciągłości działań w obszarze zdrowia publicznego – szczególnie w okresie, gdy Polska mierzy się z rosnącymi wyzwaniami demograficznymi i zdrowotnymi, a jednocześnie trwają prace nad nowelizacją ustawy o zdrowiu publicznym.
Zgodnie z obowiązującymi przepisami, NPZ wygasa wraz z końcem 2025 r. Równolegle przygotowywane są jednak zmiany legislacyjne, które mają określić zasady funkcjonowania nowego programu w kolejnych latach. Do czasu ich uchwalenia, wydłużenie obecnej edycji o jeden rok ma zapobiec powstaniu luki systemowej i pozwolić na zachowanie ciągłości prowadzonych działań profilaktycznych, edukacyjnych i organizacyjnych.

Autorzy projektu podkreślają, że opracowywanie nowego dokumentu przejściowego tylko na jeden rok byłoby nieuzasadnione i generowałoby dodatkowe koszty oraz chaos organizacyjny. Wydłużenie obecnej edycji NPZ o kolejny rok pozwoli więc na spokojne wdrożenie zmian legislacyjnych i kontynuację rozpoczętych inicjatyw.

Choć sytuacja zdrowotna Polaków poprawia się m.in. dzięki wzrostowi kompetencji zdrowotnych i lepszym warunkom życia, lista wyzwań pozostaje długa. W uzasadnieniu projektu wymieniono m.in. długofalowe skutki pandemii COVID-19, spadek liczby urodzeń, starzenie się społeczeństwa, wielochorobowość, rosnącą niepełnosprawność i utrzymujące się nierówności w zdrowiu. Szczególną uwagę zwrócono także na wysoką zachorowalność i umieralność z powodu chorób cywilizacyjnych, takich jak choroby układu krążenia, nowotwory czy cukrzyca.

W dokumencie podkreślono, że „koszty leczenia chorób cywilizacyjnych są wielokrotnie większe niż nakłady na ich profilaktykę”. Właśnie dlatego jednym z kluczowych celów NPZ pozostaje wzmacnianie kompetencji zdrowotnych społeczeństwa i promocja prozdrowotnego stylu życia – od edukacji w szkołach po programy lokalne finansowane przez samorządy.

Projekt nowelizacji zakłada utrzymanie większości dotychczasowych zadań oraz aktualizację katalogu instytucji odpowiedzialnych za ich realizację. Wprowadzone zostaną także zmiany porządkowe wynikające z reorganizacji administracji publicznej, a także nowe interwencje odpowiadające na bieżące wyzwania zdrowia publicznego. Program, jak dotychczas, będzie realizowany we współpracy administracji rządowej, samorządów i instytucji wymienionych w ustawie o zdrowiu publicznym.

Autorzy projektu wskazują, że przyjęte rozwiązanie pozostaje w zgodzie z art. 9 ustawy o zdrowiu publicznym, który przewiduje minimalny pięcioletni okres obowiązywania NPZ.

W uzasadnieniu odniesiono się również do doświadczeń innych państw OECD i Unii Europejskiej, podkreślając, że choć modele polityki zdrowotnej są różne, wszystkie kraje rozwijają własne systemy w oparciu o dokumenty strategiczne Światowej Organizacji Zdrowia, takie jak „Zdrowie 2020” oraz nowsze strategie dotyczące chorób przewlekłych i zasobów kadrowych.

Narodowy Program Zdrowia pozostaje również spójny z globalnymi celami rozwojowymi określonymi w Agendzie ONZ 2030, obejmującymi działania na rzecz równości w zdrowiu, zdrowego środowiska oraz profilaktyki chorób przewlekłych. Jak wskazano w uzasadnieniu, przedłużenie NPZ ma zapewnić nie tylko stabilność, ale też możliwość płynnego przejścia do nowego etapu strategii zdrowia publicznego w Polsce.

Źródło: RCL

Choroby układu krążenia to wciąż największy zabójca Polaków – co roku odpowiadają za 37% wszystkich zgonów. Nowa ustawa o Krajowej Sieci Kardiologicznej (KSK), obowiązująca od 2 lipca, ma szansę zmienić ten ponury bilans. Eksperci podkreślają jednak, że prawdziwym sercem reformy musi stać się cyfrowy krwiobieg danych – bez niego pacjenci nie trafią na czas do odpowiednich ośrodków, a nowoczesne technologie nie będą mogły w pełni wspierać diagnostyki i terapii.
Zgodnie z „Mapą potrzeb zdrowotnych 2027–2031” w 2023 roku hospitalizowano ponad 400 tys. osób z powodu zawałów, udarów i niewydolności serca. Liczba ta będzie rosła wraz ze starzeniem się społeczeństwa. KSK wprowadza nowy model zarządzania opieką kardiologiczną. Szpitale są podzielone na trzy poziomy referencyjności, a wśród nich znajdują się ośrodki doskonałości, specjalizujące się m.in. w leczeniu wad serca i nadciśnienia płucnego. Sieć definiuje też ścieżki diagnostyczne, które mają skrócić czas dotarcia pacjenta do odpowiedniej terapii.

– Główną ideą jest to, żeby pacjenci przepływali w odpowiednim czasie pomiędzy ośrodkami, tak żeby uzyskiwali pomoc jak najszybciej i jak najlepiej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria dr hab. n. med. Paweł Ptaszyński, prof. UM w Łodzi, kardiolog z Centralnego Szpitala Klinicznego Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. – Chodzi o to, żeby pacjent nie był zagubiony, żeby podobnie jak w przypadku chorób onkologicznych ta pomoc przychodziła odpowiednio szybko i skutecznie, a pacjent przechodził przez poszczególne etapy diagnostyki i terapii komfortowo.

Kardiolodzy podkreślają, że KSK może wyrównać dostęp do leczenia także poza dużymi ośrodkami akademickimi. Dzięki odpowiedniemu finansowaniu i wyposażeniu wysokiej jakości opieka może być dostępna również w mniejszych miastach.

– KSK pozwoli nam wykorzystać siły i środki, entuzjazm i możliwości ośrodków i ludzi, żeby naszych pacjentów diagnozować szybciej i lepiej, bez konieczności koncentrowania największej diagnostyki w wybranych centrach, tylko w tych, które będą odpowiednio wyposażone i będą posiadały odpowiednią kadrę. To nie zawsze musi być Warszawa, to nie zawsze musi być Gdańsk, Katowice czy Kraków, to mogą być też mniejsze miasta, gdzie pracują równie ambitni ludzie w dobrze wyposażonych ośrodkach, a to oznacza odpowiednie finansowanie kardiologii – ocenia prof. dr hab. n. med. Robert Gil, kierownik Kliniki Kardiologii Inwazyjnej Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA w Warszawie, prezes Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego.

Nowy system ma promować jakość leczenia poprzez premiowanie placówek, które osiągają dobre wyniki. Premia może wynosić nawet 25 proc. wartości procedury.

– Jakość oznacza lepszą pracę, większe skupienie się na tym, co się robi, analizę wyników i modyfikowanie swoich działań, żeby te wyniki były coraz lepsze i żeby utrzymywały się takie cały czas. Temu ma sprzyjać tak zwana premia za jakość – mówi prof. Robert Gil. – Mam nadzieję, że nie zabraknie pieniędzy na premie dla szpitali, bo wierzę, że wszyscy chcemy leczyć lepiej, a bez dodatkowych pieniędzy może być z tym trudno.

Krajowa Sieć Kardiologiczna została wskazana jako jeden z filarów reform klinicznych w ramach KPO. Ministerstwo Zdrowia uruchomiło konkurs dla szpitali zakwalifikowanych do KSK, w ramach którego mogą sięgnąć po 2,7 mld zł na rozwój infrastruktury. Sieć wprowadza także system raportowania, który pozwoli monitorować jakość terapii i efekty zdrowotne.

– Krajowa Sieć Kardiologiczna będzie się skupiać z jednej strony na inwestycjach, czyli rozbudowie bazy diagnostycznej i terapeutycznej, a z drugiej strony na kształceniu, podnoszeniu kwalifikacji kadry medycznej, żebyśmy mogli właściwie wykorzystywać nowe narzędzia – tłumaczy prof. Paweł Ptaszyński.

Eksperci zwracają uwagę, że nowoczesna infrastruktura musi iść w parze z technologią. „Mapa potrzeb zdrowotnych” wskazuje, że do 2027 roku ponad 70 proc. sprzętu medycznego będzie wymagało wymiany. W niektórych grupach, jak aparaty do brachyterapii, odsetek ten sięgnie 80 proc. Dlatego KSK stawia na nowoczesne rozwiązania diagnostyczne – tomografy spektralne, angiografy czy monitory pacjenckie, które pozwalają przewidzieć pogorszenie stanu zdrowia.

– Technologie, które wdrażamy, są nowe, ale bardzo potrzebne. KSK to innowacyjna struktura, która musi być wsparta cyfrowymi rozwiązaniami – mówi Michał Kępowicz, członek zarządu Philips Polska. – Kluczowe jest zapewnienie swobodnego przepływu danych między ośrodkami, bez barier i opóźnień.

Z raportu Future Health Index 2025 wynika, że brak integracji danych to jedno z największych wyzwań dla lekarzy. Trzy czwarte z nich traci czas przez niekompletne informacje, a jedna trzecia poświęca na to nawet 45 minut dziennie, co rocznie oznacza niemal miesiąc pracy.

– Dane powinny migrować nie tylko za pacjentem, ale i przed nim. Dzięki temu lekarze mogą się wcześniej przygotować do leczenia i podejmować trafniejsze decyzje – dodaje Michał Kępowicz. – To możliwe, ale wymaga odpowiednich regulacji i zachęt dla szpitali, by inwestowały w takie rozwiązania.

Rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji pozwalają łączyć różne strumienie danych i przekształcać je w użyteczne informacje kliniczne. Według danych Philipsa ponad 76 proc. pracowników ochrony zdrowia uważa, że AI może skrócić czas oczekiwania na leczenie i zwiększyć dostępność usług.

– Tworząc nowoczesne środowisko technologiczne, musimy zadbać o jego zrozumiałość i praktyczne zastosowanie. AI i zaawansowane algorytmy powinny wspierać lekarzy, a nie ich zastępować – podsumowuje Michał Kępowicz. –Tylko wtedy technologia przełoży się na realny sukces pacjenta.

Źródło: Newseria

W 2023 roku blisko jedna czwarta mieszkańców Unii Europejskiej w wieku co najmniej 15 lat paliła papierosy — podał Eurostat. To oznacza spadek o dwa punkty procentowe w porównaniu z 2017 rokiem, gdy odsetek wynosił 26 proc.
Różnice w paleniu między płciami pozostają wyraźne. Wśród mężczyzn odsetek ten wyniósł 28 proc., a wśród kobiet 21 proc.

Zdecydowanie niższe wskaźniki notowały Szwecja (8 proc.), Holandia (11 proc.) i Dania (14 proc.)  W przeciwieństwie do tego, najwyższy odsetek palących w UE odnotowano w Bułgarii (37 proc.), Grecji (36 proc.) i Chorwacji (35 proc.) . W Bułgarii aż 49 proc. mężczyzn deklaruje palenie, natomiast wysokie wskaźniki odnotowano też wśród Litwy i Łotwy — odpowiednio 43 proc. i 48 proc.. W przypadku kobiet najczęściej po papierosy sięgają mieszkanki Grecji (32 proc.), Chorwacji (30 proc.) i Rumunii (29 proc.).

Mimo że odsetek palących w UE spadł, wciąż jest zbyt wysoki — co czwarty mieszkaniec Unii to palacz. Rozwarstwienie geograficzne i płciowe pokazuje, że działania przeciwdziałające paleniu muszą być równie zróżnicowane jak skala problemu. W krajach takich jak Bułgaria, Grecja czy Chorwacja konieczne są skoordynowane, intensywne kampanie edukacyjne, wsparcie w rzucaniu palenia i polityka publiczna oparta na dowodach.

Dla porównania w krajach skandynawskich — Szwecji, Danii — niskie wskaźniki pokazują, jak skuteczne mogą być kompleksowe działania: edukacja, restrykcje, podatki i ochrona przed biernym paleniem. W Polsce, gdzie według ogólnych danych pali 27 proc. mieszkańców, potrzebne są wzmocnione działania profilaktyczne i edukacyjne, ze szczególnym uwzględnieniem grup ryzyka.

Palenie tytoniu pozostaje jedną z głównych przyczyn przedwczesnych zgonów w Europie. Według Komisji Europejskiej, co roku ponad 700 tys. Europejczyków umiera z powodu chorób związanych z paleniem, takich jak rak płuc, choroby serca czy przewlekła obturacyjna choroba płuc (POChP).

W odpowiedzi na ten problem UE prowadzi politykę ograniczania tytoniu do 2040 r., której celem jest zredukowanie liczby palaczy do mniej niż 5 proc. populacji. Wdrażane są coraz surowsze przepisy dotyczące reklamy wyrobów tytoniowych, opodatkowania oraz oznakowania opakowań (np. szokujące zdjęcia skutków palenia). W Polsce antynikotynowe kampanie zdrowotne również są obecne, jednak ich skuteczność bywa ograniczana przez dostępność alternatywnych form nikotyny, takich jak e-papierosy czy podgrzewacze tytoniu. Choć ich wpływ na zdrowie wciąż jest przedmiotem badań, niektórzy eksperci ostrzegają, że mogą one prowadzić do uzależnienia nowego pokolenia.

Wirusowe zapalenie wątroby typu A, potocznie nazywane „chorobą brudnych rąk”, znów daje o sobie znać. Specjaliści z Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu ostrzegają: w sezonie urlopowym ryzyko zakażenia istotnie rośnie, a dane epidemiologiczne nie pozostawiają złudzeń – zachorowań jest coraz więcej.
Wzrost liczby przypadków HAV to problem, którego nie można lekceważyć. Jak podkreślają lekarze, infekcji sprzyjają podróże zagraniczne, częste zmiany miejsc pobytu, nieregularne posiłki, a także kontakt z nieodpowiednio przygotowaną żywnością. Zakażenie szerzy się drogą pokarmową i wystarczy zjeść skażony owoc lub nieumyć rąk przed posiłkiem, by narazić się na poważne konsekwencje zdrowotne.

Choroba zwykle zaczyna się niepozornie – przypomina grypę, z towarzyszącą jej gorączką, osłabieniem, bólami mięśni i stawów. Dopiero później mogą pojawić się bardziej charakterystyczne objawy: żółtaczka, bóle brzucha, ciemne zabarwienie moczu i odbarwiony stolec. W cięższych przypadkach konieczna jest hospitalizacja, a rekonwalescencja potrafi trwać tygodniami.

Eksperci z Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego zwracają uwagę na jedyną skuteczną metodę ochrony – szczepienie. Choć w Polsce szczepienie przeciwko WZW A nie należy do kalendarza szczepień obowiązkowych, lekarze rekomendują je szczególnie osobom planującym zagraniczne podróże, a także dzieciom, osobom pracującym w gastronomii oraz pacjentom z chorobami przewlekłymi.

Nie mniejszą rolę odgrywa higiena. Mycie rąk przed jedzeniem i po skorzystaniu z toalety, picie wody z pewnych źródeł, unikanie surowych potraw w nieznanych miejscach – to podstawowe, a często lekceważone zasady.

Z danych Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego wynika, że liczba zachorowań na WZW typu A w Polsce od kilku lat stopniowo rośnie. Zjawisko to ma charakter sezonowy, ze szczytem przypadającym na okres letni i jesienny – dokładnie wtedy, gdy Polacy najchętniej podróżują.

Odpowiedzialne planowanie wyjazdu to dziś nie tylko wybór kierunku, ale i zapobieganie ryzyku zdrowotnemu. Lekarze apelują o rozwagę: w sezonie wakacyjnym warto pamiętać nie tylko o bagażu, ale i o szczepieniach oraz o najprostszych zasadach higieny.

Źródło: Uniwersytecki Szpital Kliniczny we Wrocławiu

Od września 2025 roku wejdą w życie poprawki do Międzynarodowych Przepisów Zdrowotnych (IHR) przyjęte podczas 77. Światowego Zgromadzenia Zdrowia. Zmiany mają usprawnić globalną reakcję na zagrożenia zdrowia publicznego poprzez lepszą ochronę danych, formalne uznanie dokumentów cyfrowych i zwiększenie wsparcia WHO dla państw członkowskich. Polska przygotowuje się do tego procesu przy udziale Głównego Inspektora Sanitarnego i PZH.
Podczas sesji WHA77 w maju 2024 roku państwa członkowskie WHO zatwierdziły pakiet poprawek do Międzynarodowych Przepisów Zdrowotnych. Nowelizacja objęła ponad 300 propozycji zmian w 33 z 66 artykułów dotychczasowych przepisów oraz kilku załącznikach. Zgodnie z informacją Ministerstwa Zdrowia, poprawki wejdą w życie 19 września 2025 r., po formalnym powiadomieniu dyrektora WHO o ich przyjęciu.

Nowe przepisy przewidują formalne uznanie dokumentów cyfrowych, co ma usprawnić przepływ informacji w sytuacjach kryzysowych. Wzmocniono ochronę danych osobowych w kontekście wymiany informacji o zagrożeniach zdrowia publicznego. Zwiększono rolę Dyrektora Generalnego WHO w zakresie wsparcia technicznego i operacyjnego dla państw członkowskich – bez jednak nadawania mu nowych uprawnień ingerujących w suwerenność państw. Zwrócono także większą uwagę na potrzebę przyśpieszonej koordynacji działań i lepszej kontroli krajów nad realizacją postanowień MPZ.

Polska, jako państwo członkowskie, zadeklarowała gotowość do implementacji poprawek. Za wdrażanie przepisów odpowiedzialny będzie Główny Inspektorat Sanitarny, a w Narodowym Instytucie Zdrowia Publicznego PZH działa Krajowy Punkt Kontaktowy ds. MPZ. Ministerstwo Zdrowia jasno podkreśla, że Międzynarodowe Przepisy Zdrowotne nie zastępują krajowego prawa, ale stanowią ramę międzynarodowego standardu współpracy w sytuacjach kryzysu zdrowotnego.

Pomimo że niektóre postulaty zostały odrzucone – między innymi te dotyczące obowiązków finansowych państw lub transferu technologii – wdrożenie poprawek przyspieszy wymianę informacji, zwiększy interoperacyjność systemów alarmowych i wzmocni globalną gotowość do działania.


Nowe Międzynarodowe Przepisy Zdrowotne wejdą w życie 19 września 2025 roku. Zmiany obejmują cyfryzację dokumentów, lepszą ochronę danych, wzmocnioną współpracę WHO i państw członkowskich, bez naruszania ich suwerenności. Polska deklaruje gotowość implementacji poprawek, a Główny Inspektorat Sanitarny wraz z PZH pełnią kluczową rolę we wdrożeniu zmian. To krok w stronę lepszej reakcji na zagrożenia zdrowia publicznego w dobie globalnych kryzysów.

Źródło: MZ

Nie tylko walka z alkoholem i tytoniem znalazła się wśród priorytetów zdrowia publicznego. Coraz częściej w centrum uwagi polityk rządowych dotyczących dzieci i młodzieży znajduje się sport – jako narzędzie przeciwdziałania problemom społecznym i zdrowotnym. Ruch, jak zgodnie podkreślają eksperci, ma ogromny potencjał nie tylko w zakresie profilaktyki chorób cywilizacyjnych, ale także budowania równowagi emocjonalnej i społecznej najmłodszych.
 
Choć kalendarz pokazuje środek wakacji, wiele rodzin myśli już o wrześniu i nowym roku szkolnym 2025/2026. Zmiana rytmu dnia, obowiązki szkolne i pozalekcyjne oraz konieczność organizacji czasu wolnego sprawiają, że harmonogramy rodzin bywają napięte, a koszty dodatkowych zajęć coraz bardziej odczuwalne. Dlatego bezpłatne formy aktywności fizycznej mogą być nie tylko wsparciem wychowawczym, ale też realną pomocą ekonomiczną.

Właśnie w tym celu działa Fundacja LOTTO im. Haliny Konopackiej, która wspiera projekty sportowe i edukacyjne realizowane przez organizacje pozarządowe, kluby sportowe, samorządy, instytucje kultury i oświaty. Jak czytamy na stronie fundacji, możliwe jest dofinansowanie działań takich jak: organizacja zawodów, zakup sprzętu, wynagrodzenia dla trenerów i instruktorów, wynajem obiektów sportowych, obsługa medyczna i techniczna, a także rozbudowa i modernizacja infrastruktury.

Wnioski mogą składać podmioty działające na rzecz dobra publicznego i niedziałające wyłącznie dla zysku. Wśród nich znajdują się m.in. stowarzyszenia, fundacje, jednostki samorządu terytorialnego, biblioteki, domy kultury, podmioty lecznicze, a także muzea i kościelne osoby prawne. Z dofinansowania wyłączone są natomiast osoby fizyczne, partie polityczne, związki zawodowe oraz podmioty gospodarcze nastawione wyłącznie na zysk.

Dofinansowania obejmują cztery główne obszary:

  1. Dokształcanie i podnoszenie kwalifikacji zawodowych poprzez kursy i szkolenia, w tym wsparcie uznawania kwalifikacji zdobytych za granicą.

  2. Aktywizację zawodową, np. przez doradztwo prawne i zawodowe, przygotowanie do rozmów kwalifikacyjnych oraz pomoc w poszukiwaniu pracy.

  3. Integrację społeczną i zawodową, w tym organizację kursów językowych i kulturowych dla obywateli Polski i uchodźców.

  4. Popularyzację informacji ważnych dla celów Programu, w tym działania edukacyjno-informacyjne.

Jak podkreślono w regulaminie programu: „W przypadku wniosków o dofinansowanie nie wyższe niż 20.000 zł, wkład własny nie jest obowiązkowy, jednak w ocenie merytorycznej zadeklarowana wartość wkładu własnego i montaż finansowy uwzględniający różne źródła finansowania są brane pod uwagę. Z kolei przy wnioskach powyżej 20 tys. zł wkład własny musi wynosić minimum 25 proc. ogólnej wartości projektu”.

W obliczu rosnących problemów zdrowotnych i psychospołecznych wśród dzieci i młodzieży, wsparcie sportu jako codziennej praktyki staje się jednym z najważniejszych działań prewencyjnych. Fundacja LOTTO stawia na ruch nie jako cel sam w sobie, ale jako narzędzie długofalowej zmiany – zdrowszego pokolenia, które lepiej radzi sobie z wyzwaniami codzienności.

Sport to nie tylko rywalizacja czy forma rekreacji – to przede wszystkim fundament zdrowia fizycznego i psychicznego dzieci i młodzieży. Dzięki nowemu programowi wsparcia Fundacji LOTTO, coraz więcej instytucji i organizacji może otrzymać środki na organizację zajęć sportowych, które realnie wpływają na przyszłość najmłodszych. Szczegóły dotyczące zasad i terminów naboru można znaleźć na stronie www.fundacjalotto.pl.

Źródło: Fundacja Lotto

Dwa wykryte przypadki przecinkowca cholery (Vibrio cholerae) w Polsce wzbudziły niepokój. Jak poinformował Główny Inspektor Sanitarny i Konsultant Krajowy w dziedzinie chorób zakaźnych we wspólnym komunikacie opublikowanym 25 lipca, w obu przypadkach nie doszło do rozwoju pełnoobjawowej cholery. Zakażenia określono jako wibriozę – infekcję przewodu pokarmowego wywołaną przez przecinkowce, które nie wytwarzają toksyny cholerycznej.
Pierwszy przypadek dotyczył osoby mieszkającej w województwie zachodniopomorskim. „Stwierdzono wibriozę, czyli zakażenie przecinkowcem cholery nie produkującym toksyny” – poinformowano. Jak podkreślają autorzy komunikatu, u żadnej z osób objętych kwarantanną i nadzorem sanitarnym nie rozwinęły się objawy tej choroby, dlatego zakończono postępowanie sanitarne.

Drugi przypadek wykryto w województwie lubelskim. Również tutaj objawy były łagodne i wskazywały na wibriozę. „Do czasu zakończenia badań mikrobiologicznych, wdrożono prewencyjną 5-dniową kwarantannę domową dla osób z najbliższego kontaktu” – czytamy w komunikacie.

Wibrioza to choroba o mniejszym znaczeniu epidemicznym niż klasyczna cholera. Jej przebieg zazwyczaj ogranicza się do dolegliwości ze strony układu pokarmowego – bólu brzucha, wymiotów, biegunki, gorączki i osłabienia. Przenosi się głównie drogą pokarmową, przez skażoną wodę lub żywność. Okres inkubacji wynosi od 3 do 5 dni.

Latem ryzyko zakażenia rośnie, ponieważ wysokie temperatury sprzyjają namnażaniu się przecinkowców w środowisku. „W Polsce od wielu lat obserwuje się okresowo występowanie nietoksynotwórczych przecinkowców w zbiornikach wodnych, szczególnie w sezonie letnim” – przypomina Główny Inspektor Sanitarny dr Paweł Grzesiowski.

W tym momencie, według autorów komunikatu, nie ma podstaw do stwierdzenia zagrożenia epidemiologicznego dla społeczeństwa. Sytuacja jest stale monitorowana.

Wspólny komunikat podpisał również Konsultant Krajowy w dziedzinie chorób zakaźnych, prof. dr hab. med. Miłosz Parczewski.

Źródło: GIS

Komisja Europejska, we współpracy z Międzynarodową Agencją Badań nad Rakiem (IARC) działającą przy WHO, opublikowała nowe wytyczne dotyczące skriningu raka szyjki macicy. To pierwszy tak kompleksowy dokument od wielu lat, który wyznacza nowy, oparty na dowodach naukowych kierunek dla krajowych systemów opieki zdrowotnej. Wśród ekspertów pracujących nad zaleceniami znalazł się również prof. Andrzej Nowakowski – kierujący Poradnią Profilaktyki Raka Szyjki Macicy w Narodowym Instytucie Onkologii.
Nowe wytyczne rekomendują objęcie programem przesiewowym kobiet w wieku od 25 do 64 lat. Jako podstawowe badanie wskazano test DNA wykrywający obecność wysokoonkogennych typów wirusa HPV (HPV HR). Tym samym nie zaleca się już stosowania klasycznej cytologii ani badań łączonych (HPV i cytologia) jako testów pierwotnych w ramach skriningu.

To istotna zmiana, która potwierdza kierunek obrany już wcześniej przez polski program profilaktyki. Jak podkreśla Narodowy Instytut Onkologii, zmiany wprowadzone w ostatnich latach są w pełni zgodne z nowym podejściem Unii Europejskiej. Test HPV jako badanie przesiewowe jest dokładniejszy i umożliwia wcześniejsze wykrycie ryzyka rozwoju raka, jeszcze zanim pojawią się zmiany komórkowe.

Publikacja zaleceń unijnych wywołała ponownie pytania dotyczące kryteriów wiekowych, zwłaszcza górnej granicy 64 lat. W odpowiedzi prof. Andrzej Nowakowski wyjaśnia:

„Kobieta, która regularnie wykonywała badania w kierunku HPV, nie była leczona z powodu zmian przedrakowych szyjki macicy i uzyskała ujemny wynik testu w wieku 64 lat, ma minimalne ryzyko zachorowania na raka szyjki macicy w dalszym życiu”.

Ekspert zaznacza, że nie ma dziś wiarygodnych dowodów naukowych potwierdzających konieczność kontynuowania badań przesiewowych po tym wieku – oczywiście w przypadku kobiet spoza grupy ryzyka. Zastrzega jednak, że to dotyczy wyłącznie pacjentek, które przez ostatnie lata były regularnie objęte profilaktyką i uzyskiwały ujemne wyniki. Dla pozostałych kobiet
ważna jest indywidualna ocena lekarska: „Należy jednak podkreślić, że mówimy tu o pacjentkach, które regularnie korzystają z programu profilaktycznego i w ciągu ostatnich 10 lat otrzymywały ujemne wyniki badań w kierunku raka szyjki macicy i stanów przedrakowych. Pozostałe Panie mogą, a nawet powinny, pozostać pod stałą opieką lekarza ginekologa, do którego w Polsce jest powszechny dostęp”.

Zalecenia KE i IARC dają wyraźny sygnał państwom członkowskim: skuteczna profilaktyka raka szyjki macicy nie może bazować na przestarzałych metodach. Przejście na testy HPV jako standard oznacza lepszą wykrywalność zagrożenia i szansę na realne zmniejszenie liczby zachorowań i zgonów z powodu tego nowotworu.

W tym kontekście Polska nie pozostaje w tyle. Wręcz przeciwnie – nasz krajowy program, oparty na wynikach pilotaży i analiz naukowych, okazuje się być przykładem dobrze wdrożonej reformy. W dobie nieustannie rosnącego znaczenia medycyny precyzyjnej i profilaktyki opartej na dowodach, to dobra wiadomość dla pacjentek, ale też wyzwanie – aby utrzymać ten kierunek, zapewnić wysoką jakość badań i aktywnie promować udział kobiet w programach skriningowych.

Źródło: NIO

Wirusowe zapalenie wątroby, potocznie nazywane żółtaczką, jest niebezpieczną chorobą, na którą zapadają miliony osób na całym świecie. 28 lipca przypada Światowy Dzień Wirusowego Zapalenia Wątroby. Z tej okazji warto więc przypomnieć, na czym polega ta choroba oraz jak ważne jest wykonywanie profilaktycznych badań i szczepień. 
Istnieje pięć głównych szczepów wirusa zapalenia wątroby – A, B, C, D i E. Do zakażenia wirusami WZW A, D i E dochodzi poprzez spożycie skażonej żywności lub wody lub przez bezpośredni kontakt z osobą zakaźną. Taka sytuacja dotyczy krajów z niskimi warunkami sanitarnymi. W krajach rozwiniętych, gdzie ryzyko przeniesienia zakażenia drogą pokarmową jest niskie, odnotowuje się zachorowania przede wszystkim w grupie MSM oraz wśród użytkowników narkotyków.

Największy problem globalnie nadal jednak stanowią wirusowe zapalenia wątroby typu B i C, które łącznie na całym świecie są najczęstszą przyczyną zgonów (co roku umiera z tego powodu 1,3 miliona osób). Problem ten jest nadal aktualny pomimo pandemii COVID-19. W przypadku WZW B dostępna jest szczepionka, która skutecznie chroni przed zachorowaniem.
Natomiast leki przeciwwirusowe dedykowane WZW C mogą wyleczyć obecnie ponad 95% osób z tym zakażeniem.

WZW B i C mogą przebiegać w postaci ostrej lub przewlekłej. Ze względu na wieloletni bezobjawowy przebieg zakażenia wirusem WZW C, chorobę określono mianem „wirusowej bomby zegarowej” lub „cichej epidemii”. Osoba zakażona i niezdiagnozowana nie ma świadomości o swojej chorobie i o tym, że może zakażać inne osoby.

Wirusy WZW B i C przenoszą się poprzez krew, najczęstszą formą narażenia są:

W Polsce, zgodnie z meldunkami o zachorowaniach na choroby zakaźne, zakażeniach i zatruciach w Polsce udostępnianymi przez NIZP-PZH, w latach 2009-2012 odnotowywano ok. 2000 zachorowań na WZW C rocznie, natomiast w latach 2013 do 2018, co roku rozpoznawano między 3000 a 4000 zachorowań na WZW C. W 2017 r. zgłoszono 4 010 przypadków WZW C, w 2018 r.  –  3 442, a w 2019 r.  – 3 350 (dane wstępne, w trakcie weryfikacji). Podobna sytuacja dotyczy WZW B.

Państwowa Inspekcja Sanitarna od wielu lat podejmuje działania w zakresie uregulowań prawnych, bieżącego nadzoru sanitarnego oraz komunikacji społecznej i podnoszenia świadomości społecznej, mających na celu poprawę sytuacji epidemiologicznej w zakresie WZW B i WZW C. W Polsce temat zakażeń wirusem WZW B i C jest stale obecny w przestrzeni publicznej dzięki zaangażowaniu w programy takie jak: „HCV można pokonać” w latach 2005-2006, „STOP!HCV” w latach 2010-2011, oraz Projekt KIK/35 „Zapobieganie zakażeniom HCV” w latach 2012-2017 współfinansowany ze środków Szwajcarsko-Polskiego Programu Współpracy i Ministra Zdrowia. Dzięki temu intensyfikacji uległy także działania informacyjne i edukacyjne z zakresu profilaktyki HCV, prowadzone na poziomie samorządowym.

Jak podaje Fundacja Gwiazda Nadziei, w Polsce nastąpił przełom w kwestii wykrywalność HCV. Od 1 lipca lekarze POZ mają możliwość zlecenia wykonania badania na obecność przeciwciał na koszt Narodowego Funduszu Zdrowia. Według najnowszych danych na WZW typu B i C umiera rocznie ponad 1 milion osób więcej niż osób chorych na HIV czy malarię. Jest to także najczęstsza przyczyna nowotworów wątroby i transplantacji organu. Szacuje się, że na świecie rocznie na WZW typu C choruje aż 58 milionów osób.

Zródło: MZ