Medicalpress
Problem zakażeń w chirurgii może narastać – ocenił w rozmowie z PAP prof. Tomasz Banasiewicz, prezes elekt Towarzystwa Chirurgów Polskich. Jest to związane z rozwojem antybiotykooporności i starzeniem społeczeństwa. Zdaniem specjalisty konieczne jest wdrożenie skutecznego systemu opieki nad pacjentem.
– Zakażenia w chirurgii wciąż stanowią duży problem, który – ze względu na starzenie się społeczeństwa, coraz częstsze występowanie chorób cywilizacyjnych oraz rozwój antybiotykooporności – będzie narastał – powiedział PAP prof. prof. Tomasz Banasiewicz, kierownik Katedry i Kliniki Chirurgii Ogólnej, Endokrynologicznej i Onkologii Gastroenterologicznej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, prezes elekt Towarzystwa Chirurgów Polskich.

Zwrócił uwagę, że w Polsce brak jest aktualnych danych, ile jest zakażeń pooperacyjnych (najnowsze pochodzą sprzed kilku lat). – Te dane są ogólnie mało wiarygodne. Szacuje się, że częstość zakażenia miejsca operowanego może w rzeczywistości być kilkukrotnie większa niż raportowana przez szpitale, bo nie ma systemu nadzoru – podkreślił.

Jak wyjaśnił, profilaktyka zakażeń ran pooperacyjnych zaczyna się już w czasie przygotowania pacjenta do operacji, tzw. prehabilitacji. Tu ważną rolę powinien odgrywać personel pomocniczy (np. asystent medyczny), który może znacznie odciążyć lekarza, a także systemy telemedyczne.

– Pacjent oczekujący na zabieg planowy powinien wcześniej wypełnić kompleksową ankietę – samodzielnie w systemie telemedycznym, albo z pomocą pracownika medycznego. Powinny się tam znaleźć informacje o przebytych i aktualnych chorobach, zażywanych lekach, paleniu papierosów, wykonanych badaniach – wymieniał prof. Banasiewicz. Zaznaczył, że do zadań lekarza należałaby jedynie analiza zebranych danych i znalezienie najlepszej strategii postępowania. W ten sposób można by zaoszczędzić jego cenny czas na te działania, w których nikt inny go nie zastąpi.

– W polskim systemie ochrony zdrowia obciążamy lekarzy pracą całkowicie nieadekwatną do ich umiejętności, a potem narzekamy na brak specjalistów i na kolejki. Pracownicy medyczni zawsze są tańsi niż specjaliści, ale mamy ich wciąż za mało – podkreślił prof. Banasiewicz. Dotyczy to również pooperacyjnej opieki nad chorym – gdy trzeba mu przekazać zalecenia żywieniowe, dotyczące ruchu, zmiany opatrunku.

Za przykład korzyści płynących z zatrudniania personelu pomocniczego i stosowania systemów telemedycznych specjalista podał autorską aplikację iWound, stworzoną kilka lat temu w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Poznaniu. Miała ona pomóc w nadzorowaniu gojenia ran u pacjentów po wyjściu ze szpitala, a została też uzupełniona o wsparcie w prehabilitacji. Aplikację obsługuje student medycyny z koła chirurgicznego, który jest zatrudniony przez szpital. Okazało się, że dzięki dostępowi do aplikacji i wsparciu asystenta liczba wizyt pacjentów przygotowujących się do operacji spadła w poradni o 40-50 proc. – Takie rozwiązania sugerujemy decydentom od wielu lat. Na razie bez skutku – podkreślił prof. Banasiewicz.

Dodał, że – aby usprawnić prehabilitację – w jego ośrodku powstał również (we współpracy z podmiotem komercyjnym) poradnik dla osób przed operacją planową dotyczącą przewodu pokarmowego. Opisano w nim dokładnie, jak pacjent ma się przygotować pod względem żywieniowym, stosowania pre- i probiotyków, ćwiczeń fizycznych etc. Takie działania mogą zmniejszyć ryzyko zakażeń pooperacyjnych.

– Link do bezpłatnego poradnika jest wklejany do standardowej treści korespondencji z pacjentami. Dzięki temu lekarz nie musi każdemu z nich powtarzać tego samego – tłumaczył prof. Banasiewicz. W jego opinii tego typu poradniki powinny być finansowane przez Ministerstwo Zdrowia i raz na jakiś czas aktualizowane.

Jak podkreślił specjalista, ogromny problem stanowi wciąż profilaktyka i leczenie zakażeń miejsca operowanego. – Nadal nie stworzyliśmy modelu kompleksowej opieki nad tymi pacjentami – powiedział.

Profilaktyka zakażeń polega z jednej strony na podaniu antybiotyku na 30–60 minut przed cięciem, a z drugiej na odpowiednich procedurach na sali operacyjnej, takich jak zmiana rękawiczek, stosowanie szwów z substancją antybakteryjną oraz specjalnych opatrunków.

– Antybiotykoterapia to jest olbrzymi problem. W ciężkich zakażeniach jamy brzusznej stosujemy antybiotykoterapię empiryczną (podawana bez wyniku badania mikrobiologicznego – PAP), która powinna być dobierana według wspólnego stanowiska zespołu mikrobiologicznego, zespołu do spraw zakażeń, który analizuje najczęstsze patogeny w szpitalu oraz chirurgów – wyjaśnił specjalista.

Zaznaczył, że zlecając antybiotyk empiryczny, lekarze powinni być od razu przygotowani, że może będą musieli zmienić go na antybiotyk drugiego rzutu. Dlatego ważne jest, by jeszcze przed podaniem pierwszego leku pobrać z tkanki materiał do posiewu i badań mikrobiologicznych w kierunku wrażliwości bakterii na antybiotyki. Przyspieszy to zmianę antybiotyku na właściwy, gdy okaże się to konieczne.

– Ciężkie zakażenia śródbrzuszne muszą być leczone szybko i skutecznie, inaczej mogą prowadzić do zgonu. Śmiertelność w tej grupie pacjentów jest bardzo wysoka – powiedział prof. Banasiewicz. Dlatego, w jego ocenie, warto stosować skuteczne antybiotyki, takie jak erawacyklina, która ma bardzo wysoką skuteczność w leczeniu zakażeń wywołanych różnymi patogenami, w tym opornymi na wiele leków.

Może to więcej kosztować, ale całościowa cena leczenia pacjentów będzie niższa – rozwinie się mniej powikłań, a czas trwania terapii będzie krótszy. Mimo to, ze względu na koszty szpitale mogą się obawiać podawania tego leku. – Z tego powodu konieczne są rozwiązania, które sprawią, że Narodowy Fundusz Zdrowia będzie premiować jakość. Wówczas dyrektorzy szpitali nie będą się bać, że poniesione koszty nie zostaną im zwrócone – powiedział specjalista.

Wskazał też na problemy z refundacją specjalistycznych opatrunków, które mogą być utrzymane bezpiecznie na ranie przez siedem, a nawet czternaście dni. Jest to najlepsze zabezpieczenie przed kontaktem rany z otoczeniem i przeciwdziałanie jej zakażeniu.

– W Polsce kryterium refundacyjnym dla stosowania tych opatrunków jest czas trwania rany od sześciu do ośmiu tygodni. Żeby refundacja była możliwa, rana musi być więc „przewlekła”. Tymczasem my już w drugim tygodniu leczenia potrafimy ocenić, czy tak będzie – wyjaśnił ekspert.

W jego ocenie prowadzi to do paradoksu. – Wiemy, że ranę trzeba leczyć jak najintensywniej, właśnie z użyciem specjalistycznych opatrunków, ale nie przysługuje na nie „jeszcze” refundacja. Czyli zamiast wysłać straż pożarną do małego pożaru, by zgasić go w zarodku, my musimy czekać aż spali się pół domu, gdy często nie ma już czego ratować – powiedział.

Dodał, że wcześniejsze zastosowanie tego produktu nie tylko przyspieszy gojenie rany, ale przyczyni się też do spadku ogólnych kosztów terapii pacjenta. Wprawdzie specjalistyczne opatrunki kosztują kilka razy więcej niż standardowe, ale zmienia się je kilka razy rzadziej, co oszczędza czas pracy personelu i w efekcie jest tańsze.

Prof. Banasiewicz wskazał też, że ogromnym wsparciem w kompleksowej opiece nad osobą z raną pooperacyjną są narzędzia telemedyczne, takie jak aplikacja iWound. Pozwalają one utrzymać kontakt z pacjentem po wypisie ze szpitala i szybko podjąć decyzję w przypadku problemów z gojeniem.

– Stosowanie tych metod pomaga zredukować ryzyko powikłań, w tym zakażeń rany. Niestety, chirurgia jest dziedziną, w której jest bardzo małe użycie tego typu systemów – podsumował specjalista.

Źródło: Nauka w Polsce

Według ostatnich opublikowanych danych Światowej Organizacji Zdrowia, w 2017 roku blisko 50 mln pacjentów na całym świecie zachorowało na sepsę z czego 11 mln ze skutkiem śmiertelnym. W Polsce nie ma ogólnokrajowego elektronicznego rejestru sepsy, ale eksperci szacują, że mowa o ok. 47–50 tys. przypadków rocznie. Wskaźnik śmiertelności jest jeszcze wyższy niż globalnie i sięga na oddziałach intensywnej terapii ok. 50 proc. Lekarze podkreślają, że sepsa jest trudna do zdiagnozowania zwłaszcza na początkowym etapie, a jej objawy postępują szybko.
 Sepsa to stan zagrożenia życia, który rozwija się w wyniku nieprawidłowej, nadmiernej reakcji organizmu na zakażenie i prowadzi do niewydolności narządów. Zakażenie, które wywołuje sepsę, może mieć różną etiologię: bakteryjną, wirusową, grzybiczą lub pasożytniczą. Szczególnie narażone na rozwój sepsy są osoby z obniżoną odpornością i z chorobami towarzyszącymi, zwłaszcza małe dzieci i osoby starsze – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria dr hab. n. med. Barbara Adamik, prof. Uniwersytetu Medycznego im. Piastów Śląskich we Wrocławiu (UMW), z Katedry i Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii na Wydziale Lekarskim UMW.

Jak wynika z raportu WHO „Global report on the epidemiology and burden of sepsis”, 20,3 mln przypadków sepsy wśród wszystkich zdiagnozowanych w 2017 roku na całym świecie dotyczyło dzieci poniżej piątego roku życia. Odnotowano wśród nich 2,9 mln zgonów (26,4 proc.) związanych z sepsą. W Polsce również szacuje się, że ok. 40 proc. przypadków dotyczy dzieci poniżej piątego roku życia.

– W Polsce umieralność jest bardzo wysoka – dotyczy ok. 50 proc. przypadków sepsy leczonej na intensywnej terapii, szczególnie jeśli dochodzi do rozwoju wstrząsu septycznego – wyjaśnia prof. Barbara Adamik.

Eksperci wskazują, że do wysokiej śmiertelności z powodu sepsy dochodzi z powodu mało swoistych objawów na początku jej rozwoju. Należą do nich: gorączka, dreszcze, szybki oddech i duszności, przyspieszone bicie serca, pocenie i złe ogólne samopoczucie. Dlatego często bywają mylone z innymi chorobami.

– Takie czynniki jak różnorodność etiologiczna, niespecyficzne kliniczne objawy początkowe, brak swoistych dla sepsy markerów laboratoryjnych oraz trudności w jednoznacznym potwierdzeniu zakażenia sprawiają, że wczesne rozpoznanie sepsy jest dużym wyzwaniem dla klinicysty – podkreśla prof. UMW.

Jak dodaje, opóźnienie w rozpoznaniu istotnie pogarsza rokowanie, ponieważ objawy sepsy postępują bardzo szybko, a każda godzina zwłoki w leczeniu zwiększa ryzyko rozwoju powikłań, wiąże się z przedłużoną hospitalizacją i wyższą śmiertelnością.

– W miarę postępu choroby pojawiają się objawy ciężkiego stanu zapalnego i niewydolności narządów. Najczęściej objawy dotyczą niewydolności układu oddechowego, układu krążenia oraz ośrodkowego układu nerwowego. Może również dojść do niewydolności nerek i wątroby, a także do zaburzeń krzepnięcia. Pacjent z sepsą najczęściej wymaga leczenia na oddziale intensywnej terapii – tłumaczy prof. Barbara Adamik.

Diagnostyka sepsy obecnie bazuje głównie na analizie objawów klinicznych. Podczas wstępnej oceny lekarz powinien m.in. sprawdzić temperaturę, częstość akcji serca i oddechów, przeprowadzić pomiar ciśnienia tętniczego, ocenić stan świadomości i wysycenie krwi tlenem. Do tego dochodzi również zwrócenie uwagi na zmiany i urazy skórne, a także informacje dotyczące tego, jak często pacjent oddawał mocz w ciągu ostatniej doby. Uzupełnieniem obrazu klinicznego są badania laboratoryjne, mikrobiologiczne, a także diagnostyka obrazowa.

 Warto podkreślić, że nie istnieje pojedynczy, wysoce czuły i swoisty marker umożliwiający jednoznaczne potwierdzenie rozpoznania sepsy, dlatego interpretacja wyników badań zawsze odbywa się w odniesieniu do obrazu klinicznego pacjenta. W diagnostyce laboratoryjnej przy podejrzeniu sepsy najczęściej analizuje się wskaźniki ogólnoustrojowej odpowiedzi zapalnej, takie jak stężenie białka C-reaktywnego, prokalcytoniny, liczba leukocytów, stężenie interleukiny 6. Mierzy się także parametry odzwierciedlające funkcję poszczególnych narządów – wyjaśnia prof. Barbara Adamik.

We wczesnej diagnostyce sepsy kluczowe znaczenie ma szybkie rozpoznanie czynnika etiologicznego i natychmiastowe wdrożenie odpowiedniego leczenia przeciwdrobnoustrojowego, najlepiej jeszcze przed rozpoczęciem antybiotykoterapii. Współcześnie stosuje się zarówno klasyczne metody mikrobiologiczne i immunochemiczne, jak i techniki molekularne, w tym testowanie syndromiczne, które pozwala jednocześnie wykryć wiele potencjalnych patogenów.

 Rośnie zainteresowanie metodami uczenia maszynowego, zwłaszcza modelami pozwalającymi na rozpoznanie sepsy na wczesnym etapie. Te algorytmy są wykorzystywane m.in. do tworzenia tzw. skali wczesnego ostrzegania, które stanowią modele predykcji klinicznej, oparte na monitorowaniu podstawowych parametrów życiowych pacjenta w szpitalnym oddziale ratunkowym lub podczas hospitalizacji – mówi lekarka z Katedry i Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii na Wydziale Lekarskim na UMW.

Stosowanie skali wczesnego ostrzegania znajduje się w międzynarodowych wytycznych Surviving Sepsis Campaign (SSC) – inicjatywy Towarzystwa Medycyny Intensywnej Terapii i Europejskiego Towarzystwa Medycyny Intensywnej Terapii, która dąży do zmniejszenia śmiertelności i zachorowalności na sepsę na całym świecie. Zgodnie z nimi wspomniane skale są zalecane do oceny wstępnego ryzyka. Dzięki nim lekarze mogą monitorować stan pacjentów i rozpoznawać zagrożenie jego pogorszenia. Mowa zarówno o konieczności przeniesienia chorego na oddział intensywnej terapii, jak i ryzyku zgonu.

Metody uczenia maszynowego (ML) potrafią m.in. przewidzieć rozwój sepsy na kilka godzin przed jej rozpoznaniem w warunkach klinicznych. Jak pokazują badania, modele ML, zwłaszcza sieci neuronowe i drzewa decyzyjne, przewyższają tradycyjne skale ryzyka sepsy pod względem efektywności.

 Gdy stan pacjenta zaczyna się pogarszać, skale te generują ostrzeżenia o podejrzeniu sepsy, co pozwala na szybsze podjęcie odpowiedniej interwencji medycznej. Obecnie tego typu systemy coraz częściej są integrowane z elektroniczną dokumentacją medyczną, co umożliwia ciągłe monitorowanie pacjenta i wspomaga podejmowanie decyzji terapeutycznych – podkreśla prof. Barbara Adamik.

Zgodnie z aktualnymi wytycznymi Surviving Sepsis Campaign w systemie opieki zdrowotnej powinno się wdrażać programy poprawy jakości opieki nad pacjentami z sepsą. Zaleca się, aby obejmowały m.in. badania przesiewowe zarówno u pacjentów w ostrym stanie klinicznym, jak i osób z wysokim ryzykiem jej rozwoju.

 Proponowane są takie rozwiązania jak badania przesiewowe. Są to specjalne skale, które pozwalają przewidzieć ryzyko pogorszenia się stanu pacjenta. Na podstawie bardzo podstawowych objawów klinicznych pozwalają określić, czy to ryzyko jest niskie, średnie, czy wysokie. Skale przesiewowe są stosowane od lat w wielu szpitalach w Unii Europejskiej i przynoszą dość dobre efekty. Spodziewamy się, że w Polsce również będą wkrótce wdrożone, bo jest to bardzo dobry sposób, żeby jak najszybciej rozpoznać sepsę na wczesnym etapie na oddziale szpitalnym – uważa ekspertka.

W najnowszym raporcie oceniającym stan opieki nad pacjentami z sepsą w szpitalach europejskich „Status of Sepsis Care in European Hospitals: Results from an International Cross-Sectional Survey” wzięto pod lupę 1023 placówki w 69 krajach, z czego 81,6 proc. znajdowało się w Europie. Badania przesiewowe w kierunku sepsy stosowano w 54,2 proc. oddziałów ratunkowych (SOR), 47,9 proc. oddziałów i 61,7 proc. oddziałów intensywnej terapii. Jednocześnie analiza wykazała, że w wielu szpitalach jest jeszcze duże pole do poprawy w kwestii m.in. wczesnego wykrywania i standaryzowanego leczenia sepsy, dostępności wytycznych czy też dedykowanej infrastruktury diagnostycznej i terapeutycznej.

– W Polsce nierozwiązany pozostaje problem z dostępnością do informacji na temat tego, ile mamy przypadków sepsy i zgonów z tego powodu. Społeczeństwo powinno być dobrze poinformowane o tym zagadnieniu. Jedynym rozwiązaniem jest wprowadzenie elektronicznego ogólnopolskiego rejestru sepsy – podkreśla prof. Barbara Adamik.

Źródło: Newseria

Sezon zakażeń wirusem RSV zbliża się wielkimi krokami. Czy jesteśmy na niego przygotowani? Czy polskie dzieci mogą liczyć na bezpłatną ochronę? O tym, jaki jest stan przygotowań do sezonu infekcyjnego dyskutowali parlamentarzyści, eksperci medyczni i przedstawiciele organizacji społecznych podczas posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Zdrowia Matki i Dziecka posłanki Aleksandry Leo. Drugim tematem poruszanym podczas spotkania było wsparcie laktacji i funkcjonowanie banków mleka kobiecego.

W poprzednim sezonie zakażeń aż 30 tys. dzieci było hospitalizowanych na oddziałach intensywnej terapii z powodu ciężkiego przebiegu RSV. Te dzieci miały niewydolność oddechową zagrażającą ich życiu. Jak pokazują dane – 95% dzieci w Polsce, które trafiają do szpitala z powodu infekcji RSV to dzieci urodzone o czasie, wcześniej zdrowe, bez żadnych czynników ryzyka. Dzieci, które są objęte profilaktyką w ramach programu lekowego B.40 – wcześniaki, dzieci z wrodzonymi wadami serca, dzieci z SMA, dzieci z dysplazją oskrzelowo-płucną – nie trafiają do szpitali w sezonie zakażeń, co tylko potwierdza skuteczność ochrony przed wirusem RS. Teraz czas, aby przed RSV zabezpieczać wszystkie noworodki i niemowlęta, bo nie wiemy które z nich ciężko przejdą infekcję RSV.

Procedura podaży jednodawkowej immunizacji przeciwko RSV została skierowana do oceny Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. To duży plus i przyspieszenie prac. Czas nas strasznie goni, bo tę immunizację powinniśmy zacząć podawać w październiku – podkreśliła prof. dr hab. n. med. Ewa Helwich, konsultant krajowa w dziedzinie neonatologii podczas posiedzenia Zespołu ds. Zdrowia Matki i Dziecka. Dodała, że podanie jednodawkowego przeciwciała monoklonalnego jest tańsze i mniej uciążliwe dla dzieci, zwłaszcza dla wcześniaków, bo zabezpiecza dziecko na 5 miesięcy i nie ma konieczności co miesięcznych wizyt w poradni.

Jedną z możliwości ochrony przed RSV, która jest bezpłatnie dostępna od 1 kwietnia br. jest szczepienie kobiet w ciąży. Zaszczepiona matka przekazuje przeciwciała dziecku przez łożysko i jest ono zabezpieczone po urodzeniu przez okres ok. 5 miesięcy, ale jak podkreśliła prof. Teresa Jackowska, prezes Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego w przypadku szczepionki  ważne jest kiedy zostanie ona podana matce. Szczepienie kobiety w kwietniu, maju czy czerwcu nie zabezpiecza dziecka w szczycie sezonu zakażeń, który w przypadku RSV jest w styczniu, lutym.

Jeżeli kobieta zaszczepiła się w maju, to przeciwciała, które przekazała dziecku po zaszczepieniu chronią je do listopada. W kolejnych miesiącach już nie będą skuteczne dla niemowlaka. A największa skuteczność jest w pierwszych trzech miesiącach po urodzeniu. Dlatego jedynie profilaktyka łączona, a więc szczepienie kobiet w ciąży i immunizacja dzieci daje optymalny efekt – podkreśliła prof. dr hab. n. med. Teresa Jackowska. Takie są też zalecenia Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego i Polskiego Towarzystwa Wakcynologii, aby obie formy profilaktyki były dostępne. Dlatego eksperci od wielu miesięcy apelują o wprowadzenie bezpłatnej ochrony przeciwko RSV dla wszystkich dzieci. Na razie bez konkretnej decyzji w tej sprawie.

Prof. dr hab. n. med. Ewa Wender-Ożegowska, krajowa konsultant w dziedzinie położnictwa i ginekologii powiedziała, że dobrym pomysłem będzie stworzenie specjalnego kalendarza szczepień przeciwko RSV dla kobiet w ciąży. – Z danych, które posiadam, wynika, że infekcje są od listopada do marca. Być może trzeba by obliczyć mniej więcej, w których tygodniach ciąży będziemy rekomendować szczepienia dla ciężarnych w tym czasie – powiedziała prof. Ewa Wender-Ożegowska.

Prof. dr hab. n. med. Tomasz Szczapa, prezes Polskiego Towarzystwa Neonatologicznego zapytał jaka jest realna perspektywa decyzji ze strony Ministerstwa Zdrowia po otrzymaniu oceny Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, bo choć samo skierowanie procedury do oceny AOTMiT jest bardzo optymistyczne, to brakuje konkretów i harmonogramu wdrożenia. Obecna na posiedzeniu Dagmara Korbasińska-Chwedczuk, dyrektor Departamentu Równości w Zdrowiu w Ministerstwie Zdrowia powiedziała, że wszystko będzie zależało od nowego kierownictwa resortu, które musi potwierdzić kierunek tych zmian po ocenie AOTMiT.

Środowisko medyczne i organizacje pacjentów nie tracą nadziei, że wszystkie dzieci mogą być zabezpieczone przed RSV jeszcze w tym sezonie zakażeń, ale decyzje muszą być podejmowanie szybko i sprawnie.

Druga część spotkania dotyczyła wsparcia laktacyjnego i rozwoju banków mleka kobiecego w Polsce. To niezwykle ważny, a wciąż niedostatecznie uregulowany obszar systemu opieki okołoporodowej. Prof. Aleksandra Wesołowska, prezeska Fundacji Bank Mleka Kobiecego powiedziała o zadaniach jakie stoją przed polskim systemem opieki zdrowotnej w związku z unijnymi regulacjami, które klasyfikują mleko dawczyń jako substancję pochodzenia ludzkiego o znaczeniu terapeutycznym (tzw. SoHO – Substances of Human Origin). Te regulacje to szereg korzyści, m.in. ujednolicenie i aktualizacja procedur w bankach mleka, a także wzmocnienie kontroli bezpieczeństwa i jakości mleka kobiecego, ale również wiele zadań związanych z dostosowaniem unijnych przepisów do polskich realiów.

Poruszony został również temat konieczności systemowego uregulowania kwestii dostępu do doradztwa laktacyjnego poprzez włączenie wsparcia laktacyjnego do standardów opieki nad matką i dzieckiem. Przedstawicielki Ministerstwa Zdrowia podkreśliły, że zostały już poczynione kroki dotyczące wsparcia laktacyjnego dla matek. Powstała oficjalna ścieżka kształcenia dla położnych w zakresie laktacji, opracowana przez Ministerstwo Zdrowia, której celem jest zwiększenie dostępności rzetelnej pomocy laktacyjnej i wyposażenie położnych w praktyczne umiejętności wspierania kobiet karmiących. Przeprowadzono szkolenia we współpracy z Centrum Kształcenia Podyplomowego Pielęgniarek i Położnych, z których w 2024 roku skorzystało ok. 1100 położnych. Są one uprawnione do udzielania wsparcia laktacyjnego. W Ministerstwie Zdrowia działa również zespół opracowujący dokument dotyczący porady laktacyjnej. Trwają również prace nad zmianami w standardzie opieki okołoporodowej.

Źródło:Komunikat Prasowy

Zakażenia wirusem RSV są jedną z najczęstszych przyczyn hospitalizacji niemowląt w Polsce – i jednym z najbardziej niedoszacowanych problemów zdrowia publicznego w obszarze pediatrii. Choć środowisko medyczne od miesięcy apeluje o pilne wdrożenie skutecznych form profilaktyki, system nadal się waha. A czas ucieka.
W ubiegłym sezonie infekcyjnym liczba hospitalizacji dzieci z powodu RSV sięgnęła niemal 30 tysięcy. Część z nich wymagała leczenia na oddziałach intensywnej terapii, wiele wiązało się z groźnymi powikłaniami. „To nie jest mała grupa, to jest bardzo duża grupa” – mówiła prof. Ewa Helwich, konsultant krajowa ds. neonatologii. I dodawała: „Mówimy o dzieciach w większości zdrowych, urodzonych o czasie, które doświadczyły ciężkiego zakażenia RSV. RSV może prowadzić do hospitalizacji, niewydolności oddechowej, a nawet zgonu. Może powodować powikłania odległe, takie jak astma czy nadreaktywność oskrzeli”.

Dziś dostępne są już skuteczne metody zapobiegania ciężkim przebiegom zakażenia – zarówno dla kobiet w ciąży, jak i dla noworodków. Ale ich wdrożenie napotyka na opóźnienia proceduralne, brak decyzji refundacyjnych i niedopasowanie do realiów sezonowości wirusa. Obawy środowiska medycznego koncentrują się na tym, czy Polska zdoła zabezpieczyć dzieci jeszcze przed rozpoczęciem sezonu infekcyjnego, który – jak co roku – rozpocznie się jesienią.

Jedną z dostępnych metod zapobiegania ciężkim zakażeniom RSV jest szczepienie kobiet w ciąży. W Polsce szczepionka Abrysvo została dopuszczona do obrotu i objęta refundacją od 1 kwietnia 2025 roku w ramach programu szczepień ochronnych, jednak sposób jej wdrożenia i promocji budzi poważne wątpliwości ekspertów. Zwracają oni uwagę na brak spójnej strategii i niewystarczające dostosowanie do realnej sezonowości wirusa.

„Najwięcej zachorowań, jakie mieliśmy – zarówno w 2024, jak i w 2025 roku – to było styczeń, luty. Więc rekomendowanie szczepienia u kobiety w ciąży w kwietniu, maju czy czerwcu, to są – powiedzmy sobie wprost – źle zagospodarowane finanse. Dlatego że jeżeli zaszczepi się w maju, dodać sześć, to jest listopad. Czyli przeciwciała, które ma przekazać dziecku po zaszczepieniu, one w kolejnych miesiącach już nie będą skuteczne dla tego niemowlaka” – mówiła prof. Teresa Jackowska, prezes Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego. „Największa skuteczność jest w pierwszych trzech miesiącach. I ta informacja tak naprawdę w żadnych przekazach do kobiet w ciąży nie docierała, a wprost przeciwnie – była bardzo mocna kampania szczepień w maju i czerwcu”.

Polskie Towarzystwa Pediatryczne i Wakcynologiczne rekomendują, zgodnie ze światowymi wytycznymi, aby szczepienie kobiet w ciąży przeciwko RSV realizować między 32. a 36. tygodniem ciąży – czyli z uwzględnieniem terminu porodu w okresie jesienno-zimowym, gdy ryzyko zakażeń RSV jest najwyższe. Eksperci wskazują, że szczepienie poza tym oknem czasowym nie daje oczekiwanego efektu ochronnego i prowadzi do nieefektywnego wykorzystania zasobów.

Prof. Ewa Wender-Ożegowska, konsultant krajowa w dziedzinie położnictwa i ginekologii, dodała, że skuteczna profilaktyka wymaga nie tylko refundacji, ale i adekwatnego planowania. „W Polsce atmosfera wokół szczepień ciężarnych jest (…) nie, że negatywna, ale wiele kobiet bardzo boi się szczepień” – przyznała. „Może warto potraktować ten program jako pilotaż, ustalić, że będziemy szczepić kobiety w ciąży w okresie od września do lutego – i wtedy rzeczywiście zabezpieczymy dzieci urodzone jesienią i zimą”.

Drugą – i budzącą szczególne nadzieje – formą ochrony najmłodszych jest immunizacja bierna noworodków i niemowląt za pomocą przeciwciała monoklonalnego (nirsevimab). Preparat ten, podawany w jednej dawce, chroni dziecko przez cały sezon infekcyjny. „To ogromne ułatwienie dla dzieci i rodziców – jedno wkłucie zamiast pięciu, jedno podanie zamiast pięciu wizyt. Dla dzieci, które ważą mniej niż tysiąc gramów, to naprawdę ma znaczenie” – mówiła prof. Helwich. Dziś ta forma immunizacji jest już szeroko stosowana w Europie Zachodniej – w ramach programów powszechnych, obejmujących wszystkie niemowlęta. W Polsce preparat czeka jeszcze na zakończenie procedury oceny przez AOTMiT, a decyzja spodziewana jest 20 sierpnia. Zegar jednak tyka. Sezon infekcyjny zbliża się nieubłaganie, a z perspektywy środowiska klinicznego – każda zwłoka może oznaczać kolejne tysiące hospitalizacji.

Problematyczna jest również organizacja podania preparatu – kto, gdzie i w jaki sposób ma to robić? Szpitale czy POZ? Noworodki wypisane do domu, dzieci urodzone w małych miejscowościach, wcześniaki w czasie przejściowym – to wszystko wymaga jasnych procedur, których dziś nie ma.

Choć sytuacja wciąż pozostaje niepewna, eksperci nie tracą nadziei. Wielu z nich podkreśla, że Polska wciąż ma szansę skutecznie przygotować się do nadchodzącego sezonu infekcyjnego, o ile zapadną szybkie i jednoznaczne decyzje. Inne kraje poradziły sobie z tym wyzwaniem – kluczem okazała się konsekwencja, jasna strategia i determinacja w działaniu.

 
Źródło: Posiedzenie Parlamentarnego Zespołu ds. Zdrowia Matki i Dziecka
Wypowiedzi pochodzą z wystąpień uczestniczek i uczestników posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Zdrowia Matki i Dziecka, które odbyło się 25 lipca 2025 r.
Światowa Organizacja Zdrowia podaje, że na świecie codziennie odnotowuje się ponad milion nowych zakażeń chorób uleczalnych przenoszonych drogą płciową (STI). W rzeczywistości może ich być nawet wielokrotnie więcej. W Polsce tylko w 2023 roku wykryto ponad 5 tys. przypadków kiły, chlamydii i rzeżączki. Ze względu na tę samą drogę transmisji zakażenia choroby te często ze sobą współwystępują, a zakażenie jedną z nich zwiększa znacząco ryzyko zakażenia HIV.

WHO podaje, że przez kontakt seksualny przenoszonych jest ponad 30 różnych bakterii, wirusów i pasożytów. W 2020 roku wśród osób między 15. a 49. rokiem życia wykryto 374 mln nowych zakażeń jedną z czterech uleczalnych chorób przenoszonych drogą płciową: chlamydiozą (129 mln), rzeżączką (82 mln), kiłą (7 mln) i rzęsistkowicą (156 mln).

 Od roku 2020 nastąpił wzrost zarówno liczby zakażeń STI, czyli kiły, chlamydii, rzeżączki, jak i wzrost zakażeń HIV w populacji w Polsce. To zawsze było około 1 tys. nowych przypadków, jeżeli chodzi o HIV, a w ostatnich dwóch latach ta liczba znacznie wzrosła, mamy teraz nawet ponad 2,5 tys. zakażeń wirusem HIV – mówi agencji Newseria dr Marta Niedźwiedzka-Stadnik z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH – Państwowego Instytutu Badawczego.

W Polsce liczba nowo rozpoznanych STI w ostatnich latach szybko rośnie. Jak wynika z raportu NIZP PZH-PIB „Choroby zakaźne i zatrucia w Polsce”, o ile jeszcze w 2020 roku odnotowano 703 przypadki kiły, o tyle w 2023 roku liczba ta sięgnęła 2986, co oznacza wzrost o ok. 325 proc. W przypadku chlamydii liczba zakażeń w ciągu dwóch lat wzrosła ze 169 do 977, a rzeżączki – z 246 do 1322. Choroby przenoszone drogą płciową mogą zwiększać ryzyko zakażenia wirusem HIV, nawet do 10 razy w przypadku kiły i rzeżączki. W Polsce w 2020 roku potwierdzono 915 przypadków wirusa HIV, a w ubiegłym roku było ich 2876.

– Na pewno związane jest to z napływem osób innego obywatelstwa niż polskie, co też podnosi te statystyki. To często nie są nowo zakażone osoby, tylko nowo zarejestrowane w Polsce – mówi dr Marta Niedźwiedzka-Stadnik.

Raport PZH „Sytuacja zdrowotna ludności Polski i jej uwarunkowania w 2022 roku” wskazuje, że liczba zakażeń HIV wykrywanych wśród obcokrajowców zwiększyła się z 23 w 2015 roku do 210 w 2021 roku. Około 80 proc. z tych rozpoznań dotyczyło osób pochodzących z Ukrainy. To jednak analizy odnoszące się do okresu przed wybuchem wojny w 2022 roku, a zatem odzwierciedlają sytuację w grupie imigrantów, którzy już wcześniej przybyli do naszego kraju. Rozpowszechnienie zakażenia HIV w populacji ogólnej w Ukrainie według szacunków UNAIDS jest dziesięciokrotnie wyższe niż w populacji ogólnej w Polsce. W 2023 roku wirusa HIV potwierdzono u 270 obcokrajowców.

– Zakażenia są częstsze wśród osób młodszych, natomiast też są wzrosty wśród osób starszych. Zakażenia dotyczą każdego, chodzi więc o to, żeby się testować – przekonuje ekspertka Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH – Państwowego Instytutu Badawczego.

Obecnie najwięcej przypadków STI rozpoznaje się u osób w wieku 20–39 lat, przede wszystkim u mężczyzn, ale coraz częściej choroby przenoszone drogą płciową diagnozuje się u kobiet. W 2020 roku zaraportowano wśród nich 147 zachorowań na kiłę, w 2023 – już 357. Podobne wzrosty widać również u kobiet w przypadku rzeżączki (wzrost z 16 do 98) i chlamydii (wzrost ze 123 do 364 w 2023 roku).

– Wzrosty mogą być związane ze zwiększoną świadomością osób, które chcą sprawdzić, czy są zakażone, czyli ze zwiększonym testowaniem. Oczywiście może to być związane z nowymi zakażeniami, ale tego bez badań diagnostycznych, badań epidemiologicznych nie jesteśmy w stanie do końca powiedzieć – ocenia dr Marta Niedźwiedzka-Stadnik.

Chociaż infekcje przenoszone drogą płciową są uleczalne, mogą prowadzić do poważnych komplikacji zdrowotnych – nie tylko do większego ryzyka zakażenia HIV, ale także do niepłodności, problemów neurologicznych i sercowo-naczyniowych. Kluczowa jest szybka diagnostyka. W Polsce nawet połowa populacji osób zakażonych może być diagnozowana zbyt późno. Jak wskazuje Krajowe Centrum ds. AIDS, wiele osób pozostaje także niezdiagnozowanych, więc rzeczywista liczba zakażonych może być kilkukrotnie wyższa. Na niedoszacowanie składają się m.in. brak wiedzy na temat możliwości transmisji zakażenia, brak wyraźnych objawów większości infekcji, co skutkuje niezgłaszaniem się na badania diagnostyczne, uwarunkowania społeczno-kulturowe, czyli stereotypowe kojarzenie tego typu chorób z osobami sprzedającymi usługi seksualne czy zachowaniami homoseksualnymi.

– To bardzo intymne i wrażliwe aspekty naszego życia i bardzo ważne jest, aby powstały miejsca, w których są specjaliści, którzy, po pierwsze, nie boją się mówić czy pytać o zdrowie seksualne, nasze rytuały seksualne, ale także specjaliści, którzy poza sferą psychoseksualną jeszcze zajmują się sferą medyczną, gdzie przechodzimy od badania, poprzez rozmowę, do leczenia – tłumaczy Izabela Pazdan ze Społecznego Komitetu ds. AIDS i z Poradni Specjalistycznej Chmielna Express.

źródło: newseria

Przeszczepienie narządu litego czy transplantacja komórek krwiotwórczych to metody ratowania zdrowia i życia pacjentów, którzy bez ich zastosowania mieliby dużo mniejsze lub byliby zupełnie pozbawieni szans na wyleczenie. Wiążą się one jednak z szeregiem następstw i ryzykiem powikłań zwłaszcza dla układu immunologicznego. Jednym z najgroźniejszych jest infekcja cytomegalowirusem (CMV). Jakie są metody zapobiegania i leczenia cytomegalii?
Szacuje się, że nosicielami wirusa cytomegalii jest nawet 80% społeczeństwa. W przeważającej większości przypadków, infekcja CMV przebiega bezobjawowo. Jednak w przypadku osób z zaburzeniami układu odpornościowego, wirus ten stanowi poważne zagrożenie. Do grup szczególnie narażonych na powikłania infekcyjne należą pacjenci po transplantacjach komórek krwiotwórczych oraz narządów litych. Dla nich zakażenie CMV znacząco zwiększa ryzyko odrzucenia przeszczepu, a nawet może doprowadzić do zgonu.

W ramach profilaktyki zakażeń wirusem CMV stosowany jest letermovir. Jak tłumaczyła prof. dr hab. n. med. Anna Czyż – zastępca kierownika Kliniki Hematologii, Nowotworów Krwi i Transplantacji Szpiku Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego im. Jana Mikulicza-Radeckiego we Wrocławiu podczas Kongresu Zdrowia Publicznego 2024, dostęp do profilaktyki znacząco zredukował ryzyko infekcji CMV u pacjentów po przeszczepach szpiku, ale nie wyeliminował jej zupełnie. W takich sytuacjach możliwe jest zastosowanie dostępnych leków, jednak są to leki o określonym profilu toksyczności, a część chorych nie odpowiada na to leczenie. Zdaniem ekspertki, odpowiedzią na te wyzwania powinno być zastosowanie nowego leku, jakim jest maribavir.

Zmiana leku na maribavir da szybszy klirens, szybsze wyeliminowanie czy zahamowanie proliferacji wirusa przy jednocześnie mniejszych objawach niepożądanych, czy mniejszej nefrotoksyczności, mniejszej mielosupresji. Także cieszymy się, że badanie randomizowane to udokumentowało, chcielibyśmy oczywiście w tym zakresie jeszcze móc sięgać po ten lek. To nie jest duża grupa chorych, bo jak mówiłam ten postęp związany z profilaktyką, z prowadzeniem letermoviru po allotransplantacji spowodował, że tych chorych już w każdym ośrodku nie jest dużo, którzy mają po pierwsze infekcję CMV i po drugie nie reagują na terapię pierwszej linii. Niemniej ta grupa chorych jest i jeśli dojdzie do takiej sytuacji, no jest to wyjątkowo trudna grupa chorych wtedy, bo musimy się zmagać z infekcją wirusową oporną na wcześniejsze leczenie. I stąd taki lek o mniejszej toksyczności, a większej skuteczności, no jest oczywiście bardzo dobrym rozwiązaniem – powiedziała.

Ze zdaniem prof. Anny Czyż zgodziła się prof. dr hab. n. med. Ewa Lech-Marańda, Konsultant krajowa w dziedzinie hematologii. – Leczenie powikłań po przeszczepieniu wymaga bardzo dużego zaangażowania nie tylko lekarza hematologa i dostępu do nowoczesnych leków, ale też innych specjalistów, bo jest to pacjent, u którego mogą się rozwinąć, szczególnie w tym okresie do posetnej doby, może się rozwinąć i rozwija się bardzo wiele chorób o takim podłożu autoimmunologicznym. Więc my mówimy zawsze w hematologii bardzo dużo o lekach przeciwnowotworowych, o lekach celowanych i tu jest ogromny postęp, ale trzeba pamiętać też o tej drugiej części hematologii, czyli leczeniu powikłań. Zarówno powikłań związanych ze stosowanym leczeniem i tutaj powikłania po alloprzeszczepieniu, ale też powikłań, które wynikają z zaburzeń immunologicznych – powiedziała.

Transplantolodzy i pacjenci apelują o refundację maribaviru
Leczenie zakażeń CMV ma również istotne znaczenie dla pacjentów po przeszczepieniu narządu litego. Rozwój cytomegalii wiąże się ze znaczącym wzrostem ryzyka odrzucenia przeszczepu i może nawet prowadzić do zgonu. Dlatego, kiedy w ramach trwającego procesu refundacyjnego dla maribaviru, Prezes Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji wydał negatywną rekomendację, Zarząd Polskiego Towarzystwa Transplantacyjnego oraz Konsultant krajowy w dziedzinie transplantologii klinicznej wystosowali wspólne stanowisko w sprawie dostępności leczenia ratunkowego maribawirem.

W najbliższym czasie zostanie opublikowana czwarta edycja międzynarodowych wytycznych pod auspicjami ‘The Transplantation Society’ dotyczących postępowania w infekcji CMV u biorców przeszczepów narządowych. W ich treści maribawir jest rekomendowany jako główna terapia alternatywna w przypadku oporności na gancyklowir lub foskarnet, zwłaszcza u biorców z umiarkowaną lub niską DNAemią CMV. Zalecenie ma mieć najwyższą siłę rekomendacji -1A – napisano w stanowisku.

Poparcie dla stanowiska w imieniu pacjentów wyraziła Katarzyna Lisowska, założycielka Stowarzyszenia Hematoonkologiczni podczas posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Chorób Rzadkich w dniu 3 grudnia 2024 r.

Jako pacjenci, jako organizacje pacjentów, popieramy Stanowisko Zarządu Polskiego Towarzystwa Transplantacyjnego oraz Konsultanta krajowego w dziedzinie transplantologii klinicznej w sprawie dostępności leczenia ratunkowego maribawirem. (…) Od lat walczyliśmy o to, żeby była profilaktyka, a dzisiaj okazuje się, że czasami ta profilaktyka jest niewystarczająca. (…) Terapia ta minimalizuje ryzyko niepowodzenia przeszczepu, czyli w momencie kiedy nasz pacjent po przeszczepie szpiku, wiadomo ile kosztuje przeszczep szpiku w Polsce, później nie ma dalszego leczenia, to ten przeszczep okazuje się niepotrzebny, bo pacjent nam ginie. Więc uważamy, za potrzebne każde dostępne leczenie, żeby te wszystkie procedury się powiodły – zaapelowała.

W podobnym tonie wypowiada się Grzegorz Perzyński, prezes Fundacji Transplantacja LIVERstrong, mocno zaangażowanej w działania na rzecz bezpieczeństwa zdrowotnego pacjentów po przeszczepieniu narządów litych.

W przypadku biorców przeszczepów narządowych, wirus cytomegalii wpływa na ryzyko wywołania chorób, które mogę obejmować różne narządy i układy, może również pogłębiać stan immunosupresji. Ciężkie zakażenie CMV naraża pacjenta na utratę przeszczepionego narządu, a nawet zgon. Ograniczona pula dostępnych narządów sprawia, że musimy robić wszystko, by lepiej chronić pacjentów po transplantacjach przed powikłaniami zakażenia wirusem cytomegalii i ryzykiem odrzucenia przeszczepu. Dlatego w imieniu organizacji wspierającej pacjentów okołotransplantacyjnych podpisuję się pod stanowiskiem Zarządu Polskiego Towarzystwa Transplantacyjnego oraz Konsultanta krajowego w dziedzinie transplantologii klinicznej w sprawie dostępności leczenia ratunkowego maribawirem – powiedział Grzegorz Perzyński.

źródło: Public Policy
W 2023 roku na świecie żyło ok.  40 mln osób zakażonych wirusem HIV. Z powodu chorób związanych z AIDS zmarło 630 tys. – wynika z danych ONZ. W Polsce przez 10 miesięcy 2024 roku odnotowano niemal 2 tys. zakażeń. Większość przypadków jest rozpoznawana na późnym etapie zakażenia. Rzadko się testujemy, nie znamy też możliwości profilaktyki przed- i poekspozycyjnej – przypominają eksperci z okazji obchodzonego 1 grudnia Światowego Dnia Walki z AIDS.

– W ostatnich latach nieco spowalnia tempo rozprzestrzeniania się zakażenia. Coraz więcej osób, całe szczęście, ma dostęp do leczenia antyretrowirusowego, co zdecydowanie zmienia statystyki umieralności – coraz mniej osób na świecie umiera z przyczyn związanych z HIV – mówi agencji Newseria Irena Przepiórka ze Stowarzyszenia Wolontariuszy wobec AIDS „Bądź z nami”.

Z danych Wspólnego Programu Narodów Zjednoczonych Zwalczania HIV i AIDS wynika, że w 2023 roku liczba nowych zakażeń wirusem HIV na świecie wyniosła 1,3 mln, a 630 tys. osób zmarło z powodu AIDS. Od 2010 roku liczba nowych zakażeń HIV spadła o 39 proc., ale wciąż 1,3 mln to wynik daleki od celu, jakim jest zejście poniżej 370 tys. do 2025 roku. UN AIDS szacuje, że około 5,4 mln osób nie wie, że jest zakażonych HIV.

– Najtrudniejsza sytuacja jest w krajach Afryki, szczególnie Afryki Subsaharyjskiej, ale również podejrzewamy, że bardzo trudna sytuacja jest za naszą wschodnią granicą, w Rosji oraz w Chinach. Wszystko wskazuje na to, że sytuacja epidemiologiczna w tamtych krajach jest niestety bardzo poważna, natomiast brakuje danych – wskazuje ekspertka.

W Polsce w ubiegłym roku odnotowaliśmy 2879 nowo wykrytych zakażeń HIV. Od początku roku do końca października 2024 roku odnotowano kolejne 1972 zakażenia. Od pandemii w 2020 roku, kiedy liczba zakażeń HIV spadła poniżej 900, statystyki systematycznie rosną. W sumie ok. 34 tys. osób w Polsce żyje z tym wirusem.

– W Polsce bardzo dużo zakażeń rozpoznawanych jest na późnym etapie, a to świadczy niestety o tym, że Polacy zbyt rzadko korzystają z testowania, nie utożsamiają swoich zachowań z zachowaniami ryzykownymi i dopiero kiedy sytuacja zdrowotna staje się dramatyczna, zakażenie zostaje rozpoznane. Tymczasem to właśnie wczesne rozpoznanie zakażenia umożliwia utrzymanie dobrego zdrowia i zapobiega rozwinięciu się pełnoobjawowego AIDS – przekonuje Irena Przepiórka.

Z badania Krajowego Centrum ds. AIDS „Diagnoza stanu wiedzy Polaków na temat HIV/AIDS oraz zakażeń przenoszonych drogą płciową” przeprowadzonego w 2020 roku wynika, że tylko co trzeci badany uważa, że ryzyko zakażenia dotyczy każdego. Mimo że respondenci rozpoznają możliwe drogi, jakimi może dojść do zakażenia HIV, zachowania ryzykowne oraz materiał zakaźny (wydzieliny oraz płyny ustrojowe), to szczegółowa wiedza na ten temat nie jest wystarczająca. Nieco ponad 40 proc. uważa, że można się zarazić w trakcie porodu, karmienia piersią lub ciąży. Co 10. uważa, że zagrożeniem może być podanie ręki lub pocałunek w policzek osoby zakażonej.

 W Polsce niestety poziom świadomości społecznej nie jest zbyt wysoki. Bardzo dużo ludzi nie wie, jakie zachowania wiążą się z ryzykiem zakażenia, co jest bezpieczne, natomiast jakie zachowanie należałoby już sprawdzić, wykonując test na HIV. Przez ostatnie 10 lat brakowało rzetelnej edukacji, przede wszystkim w szkołach, i poziom wiedzy, szczególnie wśród młodych osób, jest na bardzo niskim poziomie. To jest powodem i wzrostu zakażeń, i późnego ich rozpoznawania – ocenia przedstawicielka Stowarzyszenia Wolontariuszy wobec AIDS „Bądź z nami”.

Większość osób dystansuje się od problemu, twierdząc, że nie była nigdy narażona na zakażenie się HIV. Testy w kierunku wirusa kiedykolwiek wykonała co piąta badana osoba, a 60 proc. osób, które nigdy nie wykonały testu, uzasadnia to tym, że problem ten ich nie dotyczy.

– W Polsce funkcjonuje sieć 31 punktów testowania, w których każdy anonimowo, bezpłatnie, bez żadnego przygotowania może przyjść i wykonać test, uzyskać poradnictwo okołotestowe, porozmawiać ze specjalistą, który wyjaśni, czy dane zachowanie wiązało się z ryzykiem zakażenia, czy jest potrzeba wykonania testu – przypomina ekspertka. – Coraz bardziej rozpowszechnia się dostęp do tzw. testów domowych, które można kupić w internecie i samodzielnie wykonać. Dodatkowo testy można wykonywać w prywatnych laboratoriach.

Chorzy w Polsce mają możliwość bezpłatnego leczenia antyretrowirusowego. Terapia podawana w tabletkach lub w formie zastrzyków zapobiega namnażaniu HIV w organizmie i zmniejsza jego ilość. Układ odpornościowy odzyskuje sprawność i może zwalczać infekcje, dzięki czemu osoby przyjmujące nowoczesne leki antyretrowirusowe mogą żyć długo w zdrowiu. Krajowe Centrum ds. AIDS podaje, że na koniec września br. leczeniem ARV objętych było niemal 20,3 tys. pacjentów, w tym 181 dzieci.

– Najczęściej osoby żyjące z HIV przyjmują jedną, czasem dwie tabletki. Dostępne są też już takie formy terapii, które umożliwiają dostawanie zastrzyków z lekiem tylko raz na dwa miesiące, więc opcji terapeutycznych jest bardzo dużo. Leki są coraz lepsze, mają coraz mniej działań ubocznych, jest ich bardzo dużo, więc lekarze potrafią dostosowywać terapię, żeby była jak najmniej obciążająca dla organizmu i umożliwiała nie tylko powstrzymanie rozwoju zakażenia, ale również utrzymanie dobrego stanu ogólnego zdrowia – podkreśla Irena Przepiórka. – Warunkiem tego, żeby leczenie było skuteczne i w pełni umożliwiało takie życie jak przed diagnozą, jest wczesne rozpoznanie zakażenia

Jeśli osoba żyjąca z HIV przyjmuje regularnie leki antyretrowirusowe, po około pół roku następuje u niej zablokowanie namnażania się wirusa. Jest go wtedy za mało, by mógł się przenosić. Nazywa się to zasadą N=N, czyli Niewykrywalny=Niezakaźny. Niewykrywalny poziom wirusa we krwi redukuje zagrożenie przekazania HIV drogą płciową praktycznie do zera.

Niewiele osób ma świadomość, że w Polsce jest również dostępna terapia poekspozycyjna, czyli w momencie, w którym potencjalnie mogło dojść do zakażenia wirusem.

 Każda osoba, która czy to w pracy zawodowej, czy w życiu prywatnym miała jakieś ryzyko zakażenia, może się zgłosić do najbliższego szpitala zakaźnego na izbę przyjęć i otrzymać receptę na leki, które nie dopuszczą do zakażenia. Leczenie to jest bardzo skuteczne – w zasadzie w Polsce u żadnej osoby, która skorzystała z możliwości leczenia poekspozycyjnego, nie doszło do zakażenia – wskazuje ekspertka.

Inną formą profilaktyki jest możliwość zastosowania tzw. leczenia przedekspozycyjnego, w Polsce dostępnego odpłatnie.

– Postępowanie przedekspozycyjne możliwe jest dla wszystkich osób, które przewidują, że w ich życiu wystąpi jakieś ryzyko zakażenia, najczęściej dotyczy to np. par o mieszanym statusie serologicznym, tzw. par plus/minus, gdzie jedno z partnerów jest zakażone HIV, a drugie nie. W takich przypadkach stosowanie postępowania przedekspozycyjnego umożliwia zapobieganie zakażeniu HIV – tłumaczy Irena Przepiórka.

1 grudnia obchodzony jest Światowy Dzień Walki z AIDS. Tego dnia Polska Fundacja Pomocy Humanitarnej Res Humanae wspólnie z Gilead Sciences zorganizuje przejazd przez Warszawę samochodu wyświetlającego na fasadach budynków czerwoną kokardkę, żeby przypomnieć o ciągle żywym zagrożeniu HIV.

źródło: newseria

Polskie Towarzystwo Pediatryczne w ścisłej współpracy z ekspertami medycznymi z obszaru medycyny rodzinnej, neonatologii i wakcynologii opracowało Program Polityki Zdrowotnej pt.: „Jednokrotne uodpornienie bierne przeciwciałem monoklonalnym w zakresie profilaktyki zakażeń dolnych dróg oddechowych spowodowanych wirusem RS na lata 2025–2030”. To odpowiedź na niezaspokojoną dotychczas potrzebę zdrowotną, jaką jest zapobieganie hospitalizacjom związanym z zakażeniem dolnych dróg oddechowych spowodowanych przez zakażenie wirusem RS. Celem programu jest eliminacja ryzyka hospitalizacji z powodu zakażeń RSV wśród dzieci do 2. roku życia. Program jest wspierany przez Radę Naukową Koalicji na rzecz profilaktyki zakażeń RSV.
 
Wirus RS – poważny problem
Wirus RS, czyli syncytialny wirus nabłonka oddechowego (ang. respiratory syncytial virus)  jest jedną z najczęstszych przyczyn zakażeń dolnych dróg oddechowych (LRTI) u niemowląt i dzieci poniżej 1. roku życia na świecie. Szacuje się, że na całym świecie odpowiada on rocznie za 13 milionów zakażeń, 2,2 miliona hospitalizacji i prawie 44 tys. zgonów dzieci poniżej 1. roku życia. Z danych epidemiologicznych wynika, ze w Polsce

w sezonie zakażeń 2022/23 odnotowano ponad 20 700 hospitalizacji z powodu zakażeń RSV z czego 70% dotyczyło dzieci poniżej 12. miesiąca życia. Wirus RS jest nawet 4-krotnie bardziej zakaźny niż wirus grypy, co oznacza, że osoba z wirusem RS może zakazić 4 osoby zdrowe, podczas gdy osoba z grypą tylko jedną. Liczba hospitalizacji spowodowana wirusem RS jest niemal 3-krotnie większa niż liczba hospitalizacji spowodowanych wirusem grypy.

Nie ma szczepionki przeciwko RSV dla dzieci i brak jest skutecznego leczenia przyczynowego infekcji wywołanych RSV, dlatego zalecane jest stosowanie profilaktyki biernej, która pozwala ograniczyć liczbę zachorowań, hospitalizacji i powikłań. Ostatnie lata pokazują, że wirus RS jest zagrożeniem dla wszystkich dzieci, nie tylko z grup ryzyka. Oddziały pediatryczne pękają w szwach, a światowe dane pokazują, że nawet 79% dzieci hospitalizowanych z powodu zakażeń RSV to dzieci zdrowe, urodzone w terminie.

W tej chwili w Polsce dostępna jest immunoprofilaktyka bierna tylko dla wybranych grup – wcześniaków, dzieci z dysplazją oskrzelowo-płucną i dzieci z wrodzonymi wadami serca, które mogą skorzystać z bezpłatnej ochrony. To oznacza, że ochroną przeciwko wirusowi RS objętych jest ok. 1,5% wszystkich dzieci do 1. roku życia. Pozostałe dzieci (ok. 98,5%) nie są objęte profilaktyką bierną w pierwszym dla nich sezonie zakażeń RSV.

Organizacje międzynarodowe i europejskie zalecają zwiększenie dostępu do profilaktyki biernej i wdrażanie programów, które pozwolą zabezpieczyć przed tym wirusem szeroką populację dzieci. Polscy eksperci zrzeszeni w ramach Koalicji na rzecz profilaktyki zakażeń RSV też mówią o tej potrzebie. Opracowali oni publikację pt. „Zakażenia syncytialnym wirusem oddechowym w polskiej populacji pacjentów pediatrycznych
z perspektywy ekspertów”, w której zalecają wprowadzenia niezbędnych zmian systemowych, które w przyszłości pozwolą chronić wszystkie dzieci przed wirusem RS.

Tym bardziej, że zostały zarejestrowane nowe preparaty, które dają możliwość uodpornienia w zakresie zakażeń RSV. Udowodniono ich wysoką skuteczność kliniczną i korzystny profil bezpieczeństwa, dlatego są rekomendowane do szerokiego udostępnienia w praktyce klinicznej. W sezonie 2023/2024 z takiej populacyjnej ochrony mogły już skorzystać wszystkie noworodki i dzieci poniżej 1. roku życia w Hiszpanii, Francji oraz Luxemburgu.

Program Polityki Zdrowotnej – odpowiedź na potrzebę zdrowotną
Odpowiedzią na potrzebę społeczną, jaką jest ochrona przed wirusem RS, a także na rekomendacje dotyczące wprowadzania programów prewencyjnych dla szerokich populacji jest Program Polityki Zdrowotnej RSV przygotowany przez Polskie Towarzystwo Pediatryczne pt.: „Jednokrotne uodpornienie bierne przeciwciałem monoklonalnym w zakresie profilaktyki zakażeń dolnych dróg oddechowych spowodowanych wirusem RS na lata 2025–2030”.

Program został przygotowany w ścisłej współpracy z prof. Ewą Helwich, konsultantem krajowym w dziedzinie neonatologii, prof. Agnieszką Mastalerz-Migas, konsultantem krajowym w dziedzinie medycyny rodzinnej, prof. Jackiem Wysockim, prezesem Polskiego Towarzystwa Wakcynologii i prof. Janem Mazelą, prezesem-elektem Polskiego Towarzystwa Medycyny Perinatalnej. Zakażenia wirusem RS dotyczą wszystkich dzieci, co potwierdza liczba zachorowań w ostatnich latach. Oddziały pediatryczne pękają w szwach. Wspólnie opracowaliśmy program, który obejmie szeroką populację dzieci do 12. miesiąca życia i którego wdrożenie może realnie wpłynąć na spadek liczby zachorowań i hospitalizacji z powodu infekcji RSV w Polsce – powiedziała prof. dr hab. n. med. Teresa Jackowska, prezes Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego.

Program Polityki Zdrowotnej RSV obejmie wszystkie noworodki i niemowlęta do 1. roku życia w trakcie pierwszego dla nich sezonu zakażeń RSV (bez względu na urodzeniowy wiek ciążowy). Głównym celem programu jest eliminacja ryzyka hospitalizacji z powodu zakażenia RSV poprzez uodpornienie minimum 10% populacji docelowej w latach 2025-2030. Program zakłada, że w każdym powiecie w Polsce zostanie uruchomiona co najmniej 1 placówka medyczna realizująca program. Dodatkowo program zakłada uzyskanie co najmniej 90% deklaracji rodziców/opiekunów prawnych dzieci o tym, że uzyskali potrzebną wiedzę na temat zakażeń wirusem RS i sposobów profilaktyki.

Program będzie realizowany z zastosowaniem przeciwciała monoklonalnego – nirsewimabu, który został zarejestrowany do jednorazowego podania we wskazaniu obejmującym szeroką populację noworodków i niemowląt w pierwszym dla nich sezonie zakażeń RSV. Szerokie wskazanie rejestracyjne preparatu umożliwia jego powszechne stosowanie. Nirsewimab cechuje się długim okresem półtrwania, dzięki czemu jednorazowe podanie zapewnia ochronę na co najmniej 5 miesięcy, co odpowiada długości typowego sezonu zakażeń RSV. Europejskie organizacje z zakresu pediatrii i neonatologii (m.in. hiszpańskie i francuskie) w swoich najnowszych rekomendacjach klinicznych zalecają stosowanie nirsewimabu w populacji noworodków i niemowląt głównie poniżej 6. miesiąca życia. Badania kliniczne potwierdzają, że zastosowanie nirsewimabu redukuje ryzyko infekcji dolnych dróg oddechowych z powodu RSV o 79% w porównaniu z placebo. Podanie nirsewimabu zmniejsza liczbę wizyt ambulatoryjnych o 84%, a liczbę przyjęć na oddział intensywnej terapii o 96%, redukuje konieczność zastosowania tlenoterapii o 88%, a konieczność zastosowania wentylacji mechanicznej o 90%. 

Autorzy programu zakładają, że ze względu na sezonowość wirusa RS u dzieci urodzonych w okresie od września do kwietnia podanie przeciwciała stosowanego w ramach programu będzie mieć miejsce najczęściej w 1. miesiącu życia, tak aby dziecko od razu było zabezpieczone na cały sezon zakażeń. Natomiast u dzieci urodzonych w okresie od maja do sierpnia, lek będzie mógł być podany przed rozpoczęciem sezonu (w Polsce zazwyczaj pomiędzy wrześniem a listopadem), a więc w zależności od miesiąca urodzenia najczęściej między 2. a 6. miesiącem życia dziecka.

Analizując dane demograficzne oraz dane z realizowanych wcześniej programów profilaktycznych założono, że możliwe jest uzyskanie średniego rozpowszechnienia profilaktyki zakażeń RSV w populacji docelowej na poziomie ok. 24%. Przekłada się to na liczbę dzieci, które zostaną objęte programem wynoszącą ok. 60 tys. w pierwszym roku trwania programu. Liczba ta będzie spadać do ok. 54 tys. w kolejnych latach ze względu na spadek liczby urodzeń.

Dlaczego Program Polityki Zdrowotnej RSV?
Wdrożenie Programu Polityki Zdrowotnej RSV przyniesie korzyści nie tylko szerokiej populacji dzieci i ich rodzicom, ale także systemowi opieki zdrowotnej. Zmniejszenie liczby infekcji wpłynie na zmniejszenie liczby hospitalizacji, które są bardzo kosztochłonne.
Korzyści wynikające z wprowadzenia programu profilaktyki zakażeń RSV dla szerokiej populacji dzieci to przede wszystkim:
 
Program Polityki Zdrowotnej jest wdrażany w przypadku ważnych zjawisk epidemiologicznych, a zakażenia wirusem RS z pewnością do takich należą. Podobne programy dotyczą badań przesiewowych noworodków, leczenia hemofilii czy leczenia antyretrowirusowego osób z wirusem HIV. Dzięki finansowaniu leku stosowanego do profilaktyki zakażeń wirusem RSV w ramach programu Polityki Zdrowotnej możemy objąć ochroną całą populację dzieci do 12. miesiąca życia. Nie znam programu lekowego, który obejmowałby tak dużą liczbę osób. Programy lekowe mają to do siebie, że ograniczają grupy pacjentów, którzy mogliby z nich skorzystać poprzez wprowadzane kryteria kwalifikacji. A my nie chcemy ograniczać grupy dzieci, które będą zabezpieczane przed wirusem RS. Tylko zabezpieczenie całej populacji może realnie wpłynąć na zmniejszenie liczby infekcji i hospitalizacji z powodu RSV. Tak jak w przypadku innych chorób zakaźnych liczba osób zabezpieczonych ma ogromne znaczenie – im więcej, tym lepiej – powiedziała prof. Teresa Jackowska, prezes Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego.

Realizacja Programy Polityki Zdrowotnej RSV
Po zatwierdzeniu programu przez Ministerstwo Zdrowia i wprowadzenie rozporządzenia przez Narodowy Fundusz Zdrowia zostanie wybrany ośrodek koordynujący program oraz placówki medyczne,  które będą go realizować. Wyłonienie zarówno ośrodka koordynującego, jak i placówek medycznych odbywa się w drodze konkursu ofert, zgodnie z wymogami uwzględnionymi w Ustawie o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych. Program ma charakter dobrowolny, a warunkiem udziału będzie wyrażenie zgody przez rodzica/opiekuna prawnego dziecka. Program zostanie sfinansowany ze środków publicznych.

Program jednokrotnego uodpornienia biernego przeciwciałem monoklonalnym w zakresie profilaktyki zakażeń dolnych dróg oddechowych spowodowanych wirusem RS doskonale wpisuje się w założenia obecnego rządu dotyczące profilaktyki i zdrowia dzieci. Jestem przekonana, że wprowadzenie zabezpieczenia dla szerokiej populacji najmłodszych dzieci szybko przyniesie wymierne korzyści zdrowotne dla dzieci i finansowe dla systemu opieki zdrowotnej – dodała prof. Teresa Jackowska, prezes Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego.

źródło: Polskie Towarzystwo Pediatryczne

Trzy obszary, w których bezpieczeństwo pacjenta i optymalizacja leczenia może być poprawiona, to właśnie zakażenia, prawidłowa farmakoterapia i prawidłowa diagnostyka obrazowa – wskazuje anestezjolog, prof. Janusz Andres. Jak podkreśla, potrzebna jest dyskusja ekspertów różnych specjalizacji, która przyczyniłaby się do rozwiązania obecnych problemów i ogólnej poprawy bezpieczeństwa hospitalizowanych pacjentów.

Dzięki wyśrubowanym standardom wypracowywanym w ostatnich dekadach anestezjologia jest dziś jedną z najbezpieczniejszych dziedzin medycyny. Mimo to problem powikłań okołooperacyjnych narasta z powodu rosnącej liczby zakażeń szpitalnych. To zaś drastycznie pogarsza rokowania pacjentów po zabiegach operacyjnych. 

– Anestezjologia jest dziedziną medycyny, która jest w awangardzie bezpieczeństwa. Nasze standardy spowodowały, że śmiertelność z powodów anestezjologicznych w ostatnim stuleciu zmniejszała się kilkusetkrotnie. Dziś można powiedzieć, że anestezjologia jest tak bezpieczna jak lotnictwo – ryzyko śmierci z powodów anestezjologicznych jest znikome. Jednak śmiertelność pooperacyjna paradoksalnie wzrasta. Jeśli weźmiemy pod uwagę ostatnich 10 lat, to w Europie, w krajach wysoko rozwiniętych, średnia śmiertelność po operacji wzrosła prawie czterokrotnie. Dlatego musimy zoptymalizować bezpieczeństwo, czyli przygotowanie pacjenta do operacji, monitorowanie śródoperacyjne, postępowanie pooperacyjne, żeby tę śmiertelność czy powikłania pooperacyjne zminimalizować – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Janusz Andres, prezes Polskiego Towarzystwa Anestezjologii i Intensywnej Terapii, prezes Fundacji Bezpieczny Pacjent.

Według statystyk Naczelnej Izby Lekarskiej w Polsce jest około 7 tys. aktywnych zawodowo anestezjologów. Dzięki standardom wprowadzonym w latach 60. ubiegłego wieku ta dziedzina medycyny mocno przyczyniła się do spadku śmiertelności w okresie okołooperacyjnym na początku tego wieku. 

 Nikt nie dba o bezpieczeństwo pacjenta w warunkach szpitalnych tak jak lekarz anestezjolog – mówi prof. dr hab. n. med. Łukasz Krzych, specjalista anestezjologii i intensywnej terapii ze Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu i Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach. – Pacjent z reguły kojarzy anestezjologa jako tego, który będzie go znieczulał w warunkach bloku operacyjnego. To on bierze na siebie tę odpowiedzialność za bezpieczeństwo pacjenta w zasadzie od przyjęcia do szpitala do wypisu. To nie tylko sam moment znieczulenia, ale i szereg wielu innych elementów. Anestezjolog to tak naprawdę lekarz wielu specjalności, który musi się znać nie tylko na samej procedurze medycznej, ale też wiedzieć, jakie leki pacjent przyjmuje, jakie jest jego obciążenie czynnikami ryzyka, wielochorobowość, żeby w bezpieczny sposób zaordynować i przeprowadzić znieczulenie.

Coraz większym problemem są zakażenia szpitalne. To zaś drastycznie pogarsza rokowanie pacjentów oraz ich perspektywy powrotu do właściwego funkcjonowania i poprawy jakości życia po zabiegach operacyjnych. Sytuacja pod tym względem jest dziś gorsza niż jeszcze dekadę temu, nawet w krajach rozwiniętych. W Polsce co najmniej od kilku lat widać tendencję wzrostową w liczbie zgłaszanych ognisk zakażeń szpitalnych, które są jednym z głównych czynników przyczyniających się do rozwoju antybiotykooporności. Według raportów GIS („Stan sanitarny kraju”) w 2022 roku zgłoszono rekordową ich liczbę – ponad 5,1 tys. ognisk. Jeszcze rok wcześniej było ich 4,43 tys., w 2020 roku o wiele mniej – 2,8 tys., a w 2019 roku – zaledwie 692. Na problem rosnącej liczby szpitalnych zakażeń już w 2018 roku zwracała uwagę także Najwyższa Izba Kontroli, według której zakażenia szpitalne dotyczą od 5 do 10 proc. wszystkich hospitalizowanych pacjentów. W Polsce dawało to już wówczas co najmniej 400 tys. przypadków rocznie.

– Poprawa kondycji szpitali w kontekście generowania szczepów bakterii wielolekoopornych, przenoszenia zakażeń między pacjentami – to odpowiedź chociażby na wymogi samej Światowej Organizacji Zdrowia. To obejmuje m.in. dbanie o higienę rąk, o czystość na oddziałach, ale to także rozważne stosowanie antybiotyków zgodnie z ich wskazaniami klinicznymi, pamiętając, że są to bardzo silnie działające chemioterapeutyki, które nie powinny być stosowane zbyt często, zbyt długo i w odpowiednich sytuacjach klinicznych – mówi prof. Łukasz Krzych.

Jak wskazują eksperci, w celu podniesienia bezpieczeństwa hospitalizowanych pacjentów w okresie okołooperacyjnym poprawy wymagają trzy główne obszary. Obok rosnącej liczby zakażeń szpitalnych jest to również diagnostyka obrazowa, do której w tej chwili anestezjolodzy mają ograniczony wgląd, oraz dostępność nowych leków, sposób ich podawania i ogólne bezpieczeństwo stosowanej farmakoterapii.

 Anestezjolog ma do wyboru kilkanaście leków i muszą one być stosowane pod kontrolą, ponieważ wyłączają świadomość, wprowadzają w stan anestezji, czasami działają nasercowo, podwyższają czy obniżają ciśnienie. My musimy mieć takie leki, które są optymalne dla danego pacjenta i dla naszego systemu monitorowania. Te leki są coraz lepsze – mamy nowe leki sedujące, mamy nowe leki, które utrzymują standard krążenia i potrafią zoptymalizować ciśnienie – wymienia prof. Janusz Andres. – To są właśnie trzy obszary, w których bezpieczeństwo pacjenta i optymalizacja leczenia może być poprawiona, czyli zakażenia, prawidłowa farmakoterapia oraz prawidłowa diagnostyka obrazowa.

Ponieważ dotyczy to różnych obszarów i specjalizacji, stąd potrzeba interdyscyplinarnej dyskusji, która przyczyniłaby się do rozwiązania tego problemu.

– Największym wyzwaniem środowiska anestezjologicznego jest dziś przekonanie innych specjalizacji i całego systemu ochrony zdrowia do tego, że powinniśmy podwyższyć standardy bezpieczeństwa i optymalizacji w okresie okołooperacyjnym. Chcemy przekonać inne specjalności i zarządzających ochroną zdrowia do odległego monitorowania efektów leczenia i je zoptymalizować – mówi prezes Polskiego Towarzystwa Anestezjologii i Intensywnej Terapii. – Oczywiście musimy też wprowadzać nowe metody monitorujące, nowe, bezpieczne leki i zindywidualizować terapię w stosunku do każdego pacjenta. Mamy już w tym celu narzędzia i jesteśmy na dobrej drodze, żeby jakość usług medycznych poprawiać.

– Najnowsze dane pokazują, że możemy w skuteczny i bezpieczny sposób prowadzić sedację zabiegową, nazywaną sedacją proceduralną lub tak zwaną lekką sedacją. W tej chwili posiadamy całą konstelację leków, które pozwalają nam zredukować ból, zredukować lęk, czasem wprowadzić również niepamięć związaną z wykonywaniem samej procedury, ale wchodzą też nowe leki krótko działające, które są szybko metabolizowane, które działają niezależnie od wydolności nerek czy wątroby. Posiadamy takie leki w swoim zasięgu, oczywiście dostosowując konkretny lek do konkretnego pacjenta – mówi prof. Łukasz Krzych. 

Lekarze podkreślają też konieczność edukacji samych pacjentów, którzy powinni być świadomymi współuczestnikami swojego procesu leczenia. W tym kontekście dla anestezjologów ważne jest również odpowiednie przygotowanie ich do zabiegów operacyjnych i zmniejszenie ich lęku przed operacją.

 Podczas wizyty anestezjologicznej to naszą rolą jest poinformować pacjenta – nawet jeśli on o to nie pyta – co będzie się działo, co planujemy, jakie są potencjalne zagrożenia związane ze znieczuleniem i operacją. Bardzo ułatwiają nam to poradnie anestezjologiczne, w których pacjent jest oceniany przez anestezjologa kilka tygodni przed planowaną operacją. Wtedy jeszcze ten pacjent nie jest aż tak bardzo zestresowany zbliżającym się zabiegiem, a my mamy więcej czasu na bezpośrednią komunikację z nim – mówi  specjalista anestezjologii i intensywnej terapii ze Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu i Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach. – Oczywiście reakcji stresowej organizmu często nie da się wyeliminować rozmową i tutaj z pomocą przychodzą nam środki farmakologiczne, które mają formę tzw. premedykacji, nazywanej kuluarowo „głupim jasiem”, albo tzw. sedacji okołozabiegowej czy sedacji proceduralnej, której celem jest zniesienie lęku i stresu związanego z samą procedurą medyczną. Jednak trzeba pamiętać, że przy każdej procedurze najważniejsza w tym wszystkim jest samoświadomość pacjenta.

Bezpieczeństwo pacjentów w okresie okołooperacyjnym i aktualne wyzwania anestezjologii były głównym tematem Interdyscyplinarnego Forum Bezpieczeństwa Pacjenta, które odbyło się w ubiegłym tygodniu (15–17 września) w Krakowie. Wydarzenie zorganizowane przez Polskie Towarzystwo Anestezjologii i Intensywnej Terapii (PTAiIT) oraz Fundację Bezpieczny Pacjent zbiegło się w czasie z przypadającym na 17 września Światowym Dniem Bezpieczeństwa Pacjenta Światowej Organizacji Zdrowia. Organizatorzy zwrócili też uwagę na fakt, że w ubiegłym roku minęło 12 lat od publikacji Deklaracji Helsińskiej o Bezpieczeństwie Pacjenta w Anestezjologii, uznawanej za podstawowy dokument określający standardy bezpieczeństwa w medycynie okołooperacyjnej.

źródło: newseria

1 września to dla wielu dzieci i ich rodziców moment powrotu do szkoły. To ważna data również dla rodziców wcześniaków i dzieci z wrodzonymi wadami serca. Tego dnia rusza nowy, rozszerzony Program Profilaktyki zakażeń wirusem RS. Dlaczego już we wrześniu? Pandemia COVID-19 wpłynęła na zmianę sezonowości występowania wirusa RS. Daje on o sobie znać znacznie wcześniej, niż przed pandemią. Od tego sezonu przed RSV zabezpieczane będą dzieci z nowych grup ryzyka, a pierwszą dawkę leku otrzymają już we wrześniu w celu optymalnego zabezpieczenia przed rozpoczynającym się sezonem zakażeń.
Wirus RS, czyli syncytialny wirus nabłonka oddechowego, jest przyczyną 70% infekcji dróg oddechowych u dzieci w 1. roku życia. Powszechność występowania tego drobnoustroju powoduje, że u niemal 100% dzieci do 3. roku życia stwierdza się przeciwciała świadczące o kontakcie z tym wirusem. Zakażenie wirusem RS jest najczęstszą przyczyną hospitalizacji z powodu ciężkich zakażeń układu oddechowego u niemowląt i dzieci do 5. roku życia. Najcięższy przebieg mają zwykle pierwotne zakażenia wirusem, choć przebycie zakażenia nie chroni przed ponowną infekcją, to zwykle jej przebieg jest już łagodniejszy. Najbardziej narażone są dzieci z grup ryzyka, a więc wcześniaki, dzieci z wrodzonymi wadami serca i chorobami współistniejącymi, ale ostatnie lata pokazały, że również dzieci zdrowe, urodzone o czasie mogą ciężko przechodzić infekcje RSV i wymagać leczenia w szpitalu.

Wirus RS jest groźny nie tylko dla wcześniaków, choć wcześniaki ze względu na niedojrzały układ oddechowy są bardzo narażone na ciężki przebieg infekcji. Wirus RS jest równie niebezpieczny dla dzieci z wrodzonymi wadami serca, dzieci z zaburzeniami nerwowo-mięśniowymi, zespołem Downa czy mukowiscydozą. Dlatego wspólnie z ekspertami innych specjalności wydaliśmy w ubiegłym roku rekomendacje dotyczące tego, które grupy dzieci powinny być objęte immunoprofilaktyką. W marcu tego roku Ministerstwo Zdrowia rozszerzyło program lekowy i część z tych dzieci została do niego włączona. Nowe kryteria kwalifikacji obejmują również dzieci z dysplazją oskrzelowo-płucną w 2. sezonie zakażeń, co też nas bardzo cieszy – powiedziała prof. dr hab. n. med. Ewa Helwich, krajowa konsultant w dziedzinie neonatologii.

Wirus RS atakuje drogi oddechowe. Wydzielina, która powstaje w wyniku stanu zapalnego bardzo utrudnia, a nawet uniemożliwia oddychanie małemu dziecku. To bardzo niebezpiecznie, bo może prowadzić do bezdechów i niedotlenienia. Jest to szczególnie groźne u wcześniaków, które mają niewydolny własny oddech, wymagają wspomagania przy pomocy specjalistycznej aparatury. Wystąpienie infekcji dodatkowo zwęża niedojrzałe drogi oddechowe. Jest to również bardzo niebezpieczne u dzieci z hemodynamicznie istotnymi wadami serca.

Zaburzenia hemodynamiczne w układzie krążenia powstające na skutek wady sprawiają, że zakażenie dróg oddechowych ma ciężki przebieg, a dodatkowo u części z tych dzieci jest zwiększona predyspozycja do zakażeń. Dzieje się tak z dwóch powodów – po pierwsze sama wada serca prowadzi do nieprawidłowego przepływu krwi przez płuca i utrudnia wymianę tlenową, a po drugie  w czasie choroby znacznie wzrasta zapotrzebowanie organizmu na tlen. Zwężenie dróg oddechowych na skutek zakażenia wirusem RS utrudnia napływ powietrza i w połączeniu z utrudnianą z powodu wady wymianą tlenową prowadzi do niskiego wysycenia tlenem krwi. W konsekwencji tkanki nie otrzymują potrzebnej ilości tlenu. Dziecko jest narażone na ryzyko rozwoju niewydolności oddechowej lub niewydolności serca i może wymagać wentylacji mechanicznej. Śmiertelność wśród pacjentów z wrodzonymi wadami serca hospitalizowanych z powodu zakażenia RSV jest ok. 24 razy wyższa w porównaniu z dziećmi z WWS, ale bez zakażenia RSV. Dlatego ogromnie cieszę się, że od nowego sezonu zakażeń dzieci z wrodzonymi wadami serca będą zabezpieczane przed wirusem RS – powiedziała dr n. med. Maria Miszczak-Knecht, krajowa konsultant w dziedzinie kardiologii dziecięcej.

Zmiany wprowadzone w Programie Profilaktyki zakażeń wirusem RS dotyczą nie tylko dzieci
z wrodzonymi wadami serca, ale również wcześniaków. Od tego sezonu zabezpieczane będą również wcześniaki urodzone z małą masą urodzeniową między 33. a 35. tygodniem ciąży. Dlaczego to ważne, aby one również były chronione?

Mała masa urodzeniowa ma niekorzystny wpływ na rozwój poszczególnych układów organizmu dziecka, w tym przede wszystkim na układ oddechowy. To z jaką masą urodzeniową rodzi się wcześniak zależy w dużym stopniu od jego dojrzałości – im wcześniej zakończona ciąża, tym mniejsza masa urodzeniowa. Ale zdarza się, że nawet w 35. tygodniu ciąży, a więc tzw. późne wcześniaki rodzą się z małą masą urodzeniową poniżej 1500 gramów. Ich układ oddechowy jest wtedy bardziej narażony na infekcje niż u dzieci urodzonych w tym samym tygodniu ciąży, ale z większą masą urodzeniową. Ta grupa wcześniaków dołączyła do programu lekowego i będzie mogła otrzymywać immunoprofilaktykę, co jest bardzo ważne i bardzo nas cieszy – powiedziała prof. dr hab. n. med. Maria Katarzyna Borszewska-Kornacka, prezes Fundacji Koalicja dla wcześniaka.

Dołączenie nowych grup dzieci do Programu Profilaktyki zakażeń wirusem RS to była najważniejsza i najbardziej wyczekiwana zmiana dotycząca immunoprofilaktyki. Ale nie jedyna. Od nowego sezonu zakażeń zmienia się również termin podania pierwszej dawki zabezpieczenia. Co na to wpłynęło?

W okresie pandemii zauważyliśmy, że wirus RS zaczął dawać o sobie znać dużo wcześniej, bo już w 2. połowie sierpnia. Ta zmiana sezonowości dotyczy nie tylko Polski, ale również innych krajów w Europie i na świecie. Epidemiolodzy zwracają uwagę, że w tym roku również powinniśmy się przygotować na wzmożone infekcje wywoływane wirusem grypy, COVID-19 i RSV wcześniej, niż to było przed pandemią. A ponieważ najlepiej, aby pierwszą dawkę leku podać jeszcze przed tym, zanim wirusy na dobre zaczną krążyć wokół nas, zdecydowaliśmy, aby zacząć zabezpieczać dzieci już od 1 września, a nie od 1 października, jak to było dotychczas. Dzięki temu nasi pacjenci wcześniej, niż w poprzednich latach uzyskają ochronę i miejmy nadzieję, że unikniemy w ten sposób wielu niepotrzebnych hospitalizacji – powiedziała prof. dr hab. n. med. Ewa Helwich.

Od 1 marca 2023 roku z bezpłatnej immunoprofilaktyki w ramach programu lekowego będą mogły skorzystać dzieci, które:
 
Profilaktyka polega na podaniu od 3 do 5 dawek leku w miesięcznych odstępach w sezonie zwiększonej zachorowalności, a pierwsza dawka będzie podawana od 1 września (zmiana od sezonu zakażeń 2023/24).
Na wprowadzone zmiany czekali zarówno rodzice, jak i środowisko medyczne. Najbardziej rodzice dzieci z wrodzonymi wadami serca, bo o włączenie tej grupy do bezpłatnego programu immunoprofilaktyki zabiegali przez ostatnich kilka lat.

– Na tę decyzję czekaliśmy kilka lat, a nasza Fundacja od dawna włączała się w działania na rzecz rozszerzenia programu immunoprofilaktyki RSV. Cieszę się, że od 1 września dzieci z wrodzonymi wadami serca będą zabezpieczenie przed wirusem RS. To dla nich bardzo ważne. Przez ostatnie lata prowadziliśmy zbiórki na zakup leku. Teraz każde dziecko spełniające kryteria będzie mogło go otrzymać bezpłatnie – powiedziała Katarzyna Parafianowicz, prezes Fundacji Serce Dziecka.

Program Profilaktyki zakażeń wirusem RS będą prowadziły ośrodki neonatologiczne i kardiologiczne w całej Polsce. Ich listę, można znaleźć na stronie Fundacji Koalicja dla wcześniaka
https://www.koalicjadlawczesniaka.pl/edukacja/osrodki-realizujace-program-profilaktyki-zakazen-rsv

Więcej informacji o wirusie RS na stronach obu Fundacji: https://www.koalicjadlawczesniaka.pl/
i https://www.sercedziecka.org.pl/rsv/

Immunoprofilaktyka to nie szczepienie. W tym przypadku dziecko otrzymuje gotowe przeciwciała, które w momencie zetknięcia z wirusem niszczą go, chroniąc przed zakażeniem i jego skutkami, przy czym ich aktywność trwa około 30 dni, dlatego podaje się je co miesiąc podczas sezonu RSV, od września do końca kwietnia.

źródło: Koalicja dla Wcześniaka
Wirus grypy rozprzestrzenia się niezwykle szybko, bardzo często „przy udziale” dzieci. Na każde 10 dzieci, które opuściły szkołę z powodu grypy, zachorowało 8 nowych członków gospodarstw domowych. A zaszczepienie już co piątego dziecka może zmniejszyć ryzyko wystąpienia grypy w całym społeczeństwie prawie o połowę. Nie ma więc na co czekać.
W dn. 3 października w Instytucie Matki i Dziecka w Warszawie odbyła się konferencja prasowa w ramach inauguracji sezonu jesienno-zimowego i szczepień przeciwko grypie jako profilaktyki zachorowań wśród dzieci. Organizatorem konferencji była Fundacja Instytutu Matki i Dziecka.

Apel do wszystkich rodziców: szczepmy dzieci przeciw grypie!

W Polsce w ubiegłym sezonie średnio 1 z 3 dzieci w wieku 0-14 lat zachorowało na grypę. To właśnie dzieci stanowią główną grupę transmitującą wirusa zarówno wśród rówieśników, jak i dorosłych. O niepokojących prognozach na najbliższy czas oraz pomysłach na zwiększenie wyszczepialności w tej szczególnie narażonej grupie dyskutowali eksperci oraz przedstawiciele administracji publicznej podczas konferencji organizowanej przez Fundację Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie.

Wyszczepialność dzieci w Polsce to ok. 2 proc.

Grypa to choroba sezonowa, charakteryzująca się gwałtownym przebiegiem, szczególnie u dzieci. Choć istnieje wiele metod ograniczania rozprzestrzenienia się wirusa grypy, światowi eksperci zgodnie wskazują, że najskuteczniejszą z nich są szczepienia. Jednak, pomimo wielu dowodów na skuteczność szczepień, wszczepialność wśród najmłodszych Polaków jest wciąż skrajnie niska i wynosi ok. 2 proc.

„To właśnie dzieci są szczególnie narażone na zachorowanie, jako że nie mają w pełni rozwiniętego układu odpornościowego. Do negatywnych konsekwencji, które mogą wystąpić w wyniku zachorowania na wirusa grypy, należą tzw. powikłania pogrypowe, takie jak zapalenie ucha środkowego, płuc, zatok obocznych nosa czy drgawki gorączkowe” – wymieniała dr n. med. Alicja Karney, z-ca dyrektora ds. klinicznych Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie.

Największe ryzyko groźnych powikłań u najmłodszych

Dzieci należą do grupy, która jest trzykrotnie częściej niż dorośli narażona na zachorowanie na grypę, a także na powikłania pogrypowe. Do najczęstszych z nich należą powikłania laryngologiczne (zapalenie ucha środkowego) oraz charakterystyczne dla wieku dziecięcego objawy ze strony ośrodkowego układu nerwowego (drgawki, zapalenie mózgu, encefalopatia – najczęściej u dzieci poniżej 10 r.ż.). Najwyższe ryzyko ciężkiego przebiegu grypy i wystąpienia groźnych powikłań występuje do ukończenia 5. roku życia. Najmłodsi, którzy są zdrowi i nie posiadają chorób współistniejących, są hospitalizowani z powodu powikłań w takim samym stopniu, co dorośli z grup wysokiego ryzyka.

Najskuteczniejszą metodą w walce z grypą są szczepienia, rekomendowane m.in. przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) czy Polskie Towarzystwo Wakcynologii. Szczepionka zmniejsza szansę na zachorowanie na wirusa grypy oraz niweluje ryzyko jej powikłań, mogących skutkować hospitalizacją, a nawet śmiercią. Szczepionka wykazuje też działanie wzmacniające dla układu odpornościowego, „ucząc” organizm, jak walczyć z wirusem.

„Zakażone dziecko może być źródłem zakażenia dla innych nawet ponad 10 dni, przy czym u małych dzieci również do 6 dni zanim wystąpią objawy. Dlatego jako Główny Inspektorat Sanitarny, w pełni rekomendujemy coroczne szczepienia przeciw grypie wśród dzieci” – deklarował Krzysztof Saczka, zastępca Głównego Inspektora Sanitarnego.

Długi i skomplikowany proces zaszczepienia dziecka

Istotną rolę profilaktyki grypy wśród najmłodszych podkreślało już w zeszłym roku Ministerstwo Edukacji i Nauki, zachęcając rodziców do szczepień ochronnych. Resort powtórzył to także w tym roku.

„Istotne jest, aby ze szczepień skorzystali także uczniowie, ponieważ szkoły i przedszkola to środowiska, w których wirus dynamicznie się rozprzestrzenia. Stąd też apel Ministra Edukacji i Nauki do rodziców i opiekunów, aby nie pozbawiać dzieci i młodzieży możliwości zaszczepienia się przeciw grypie” – przekazała Adrianna Całus-Polak, rzecznik prasowy, Ministerstwo Edukacji i Nauki.

W tym sezonie dzieci w Polsce można zaszczepić tylko w placówkach leczniczych. Szczepionka jest refundowana w aptece, więc konieczna jest recepta, wykupienie szczepionki w aptece, a następnie umówienie wizyty szczepiennej w przychodni. Podczas wizyty lekarz zbada dziecko – zakwalifikuje do szczepienia, a pielęgniarka poda szczepionkę. Często to właśnie strach przed ukłuciem staję się powodem rezygnacji ze szczepienia, szczególnie wśród najmłodszych. Dlatego warto zaznaczyć, że w aptekach mamy dostępne szczepionki donosowe (w postaci aerozolu do nosa), w których niepotrzebna jest iniekcja.

Potrzebne rozwiązania systemowe

Skrajnie niska wyszczepialność wśród dzieci to prawdziwe wyzwanie dla rodziców, lekarzy, nauczycieli i decydentów. Zaszczepienie już co piątego dziecka może zmniejszyć ryzyko wystąpienia grypy w całym społeczeństwie prawie o połowę. A zaszczepienie 50 proc. populacji w wieku od 2 do 18 może ograniczyć roczną zachorowalność na grypę o ponad 80 proc.

„Widać zatem wyraźną potrzebę zwiększania odporności zbiorowej dzieci. Z łatwością można by poprawić tę sytuację dzięki szczepieniom przeciw grypie w placówkach szkolnych” – przekonywał prof. Marcin Czech, specjalista epidemiologii, specjalista zdrowia publicznego, kierownik zespołu Kontroli Zakażeń Szpitalnych Instytutu Matki i Dziecka.

W tym celu konieczne jest wypracowanie rozwiązań systemowych, które przyczyniłyby się do wzrostu wyszczepialności wśród dzieci. Jedną z koncepcji, popieraną przez ekspertów, a przy tym znacznie skracającą ścieżkę, byłaby realizacja szczepień w szkołach. Brakuje jednak jasnych deklaracji i stanowiska rządzących wobec umożliwienia wykonywania szczepień w szkołach czy aptekach oraz informacji nt. ewentualnych, planowanych działań związanych z postulowaną zmianą.

Jedną z okazji do zwiększenia świadomości społecznej w temacie ochronnej roli szczepień wśród dzieci będzie także wydarzenie rodzinne w ramach 8. edycji pikniku „Odważ się być zdrowym na PGE Narodowym”, które corocznie organizowane jest przez Fundację Instytutu Matki i Dziecka. Już 15 października na PGE Narodowym w Warszawie odbędzie się rodzinne wydarzenie z wieloma atrakcjami w ramach promocji zdrowia oraz aktywności fizycznej. Do dyspozycji uczestników będą lekarze specjaliści, którzy chętnie odpowiedzą na pytania dotyczące poszczególnych aspektów szczepień. Eksperci IMiD wyjaśnią i pomogą zrozumieć, dlaczego tak ważne jest, aby nie zwlekać ze szczepieniami.

Źródło: Instytut Matki i Dziecka w Warszawie – Fundacja

Wirus grypy rozprzestrzenia się niezwykle szybko, bardzo często „przy udziale” dzieci. Na każde 10 dzieci, które opuściły szkołę z powodu grypy, zachorowało 8 nowych członków gospodarstw domowych. A zaszczepienie już co piątego dziecka może zmniejszyć ryzyko wystąpienia grypy w całym społeczeństwie prawie o połowę. Nie ma więc na co czekać.
W dn. 3 października w Instytucie Matki i Dziecka w Warszawie odbyła się konferencja prasowa w ramach inauguracji sezonu jesienno-zimowego i szczepień przeciwko grypie jako profilaktyki zachorowań wśród dzieci. Organizatorem konferencji była Fundacja Instytutu Matki i Dziecka.

Apel do wszystkich rodziców: szczepmy dzieci przeciw grypie!

W Polsce w ubiegłym sezonie średnio 1 z 3 dzieci w wieku 0-14 lat zachorowało na grypę. To właśnie dzieci stanowią główną grupę transmitującą wirusa zarówno wśród rówieśników, jak i dorosłych. O niepokojących prognozach na najbliższy czas oraz pomysłach na zwiększenie wyszczepialności w tej szczególnie narażonej grupie dyskutowali eksperci oraz przedstawiciele administracji publicznej podczas konferencji organizowanej przez Fundację Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie.

Wyszczepialność dzieci w Polsce to ok. 2 proc.

Grypa to choroba sezonowa, charakteryzująca się gwałtownym przebiegiem, szczególnie u dzieci. Choć istnieje wiele metod ograniczania rozprzestrzenienia się wirusa grypy, światowi eksperci zgodnie wskazują, że najskuteczniejszą z nich są szczepienia. Jednak, pomimo wielu dowodów na skuteczność szczepień, wszczepialność wśród najmłodszych Polaków jest wciąż skrajnie niska i wynosi ok. 2 proc.

„To właśnie dzieci są szczególnie narażone na zachorowanie, jako że nie mają w pełni rozwiniętego układu odpornościowego. Do negatywnych konsekwencji, które mogą wystąpić w wyniku zachorowania na wirusa grypy, należą tzw. powikłania pogrypowe, takie jak zapalenie ucha środkowego, płuc, zatok obocznych nosa czy drgawki gorączkowe” – wymieniała dr n. med. Alicja Karney, z-ca dyrektora ds. klinicznych Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie.

Największe ryzyko groźnych powikłań u najmłodszych

Dzieci należą do grupy, która jest trzykrotnie częściej niż dorośli narażona na zachorowanie na grypę, a także na powikłania pogrypowe. Do najczęstszych z nich należą powikłania laryngologiczne (zapalenie ucha środkowego) oraz charakterystyczne dla wieku dziecięcego objawy ze strony ośrodkowego układu nerwowego (drgawki, zapalenie mózgu, encefalopatia – najczęściej u dzieci poniżej 10 r.ż.). Najwyższe ryzyko ciężkiego przebiegu grypy i wystąpienia groźnych powikłań występuje do ukończenia 5. roku życia. Najmłodsi, którzy są zdrowi i nie posiadają chorób współistniejących, są hospitalizowani z powodu powikłań w takim samym stopniu, co dorośli z grup wysokiego ryzyka.

Najskuteczniejszą metodą w walce z grypą są szczepienia, rekomendowane m.in. przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) czy Polskie Towarzystwo Wakcynologii. Szczepionka zmniejsza szansę na zachorowanie na wirusa grypy oraz niweluje ryzyko jej powikłań, mogących skutkować hospitalizacją, a nawet śmiercią. Szczepionka wykazuje też działanie wzmacniające dla układu odpornościowego, „ucząc” organizm, jak walczyć z wirusem.

„Zakażone dziecko może być źródłem zakażenia dla innych nawet ponad 10 dni, przy czym u małych dzieci również do 6 dni zanim wystąpią objawy. Dlatego jako Główny Inspektorat Sanitarny, w pełni rekomendujemy coroczne szczepienia przeciw grypie wśród dzieci” – deklarował Krzysztof Saczka, zastępca Głównego Inspektora Sanitarnego.

Długi i skomplikowany proces zaszczepienia dziecka

Istotną rolę profilaktyki grypy wśród najmłodszych podkreślało już w zeszłym roku Ministerstwo Edukacji i Nauki, zachęcając rodziców do szczepień ochronnych. Resort powtórzył to także w tym roku.

„Istotne jest, aby ze szczepień skorzystali także uczniowie, ponieważ szkoły i przedszkola to środowiska, w których wirus dynamicznie się rozprzestrzenia. Stąd też apel Ministra Edukacji i Nauki do rodziców i opiekunów, aby nie pozbawiać dzieci i młodzieży możliwości zaszczepienia się przeciw grypie” – przekazała Adrianna Całus-Polak, rzecznik prasowy, Ministerstwo Edukacji i Nauki.

W tym sezonie dzieci w Polsce można zaszczepić tylko w placówkach leczniczych. Szczepionka jest refundowana w aptece, więc konieczna jest recepta, wykupienie szczepionki w aptece, a następnie umówienie wizyty szczepiennej w przychodni. Podczas wizyty lekarz zbada dziecko – zakwalifikuje do szczepienia, a pielęgniarka poda szczepionkę. Często to właśnie strach przed ukłuciem staję się powodem rezygnacji ze szczepienia, szczególnie wśród najmłodszych. Dlatego warto zaznaczyć, że w aptekach mamy dostępne szczepionki donosowe (w postaci aerozolu do nosa), w których niepotrzebna jest iniekcja.

Potrzebne rozwiązania systemowe

Skrajnie niska wyszczepialność wśród dzieci to prawdziwe wyzwanie dla rodziców, lekarzy, nauczycieli i decydentów. Zaszczepienie już co piątego dziecka może zmniejszyć ryzyko wystąpienia grypy w całym społeczeństwie prawie o połowę. A zaszczepienie 50 proc. populacji w wieku od 2 do 18 może ograniczyć roczną zachorowalność na grypę o ponad 80 proc.

„Widać zatem wyraźną potrzebę zwiększania odporności zbiorowej dzieci. Z łatwością można by poprawić tę sytuację dzięki szczepieniom przeciw grypie w placówkach szkolnych” – przekonywał prof. Marcin Czech, specjalista epidemiologii, specjalista zdrowia publicznego, kierownik zespołu Kontroli Zakażeń Szpitalnych Instytutu Matki i Dziecka.

W tym celu konieczne jest wypracowanie rozwiązań systemowych, które przyczyniłyby się do wzrostu wyszczepialności wśród dzieci. Jedną z koncepcji, popieraną przez ekspertów, a przy tym znacznie skracającą ścieżkę, byłaby realizacja szczepień w szkołach. Brakuje jednak jasnych deklaracji i stanowiska rządzących wobec umożliwienia wykonywania szczepień w szkołach czy aptekach oraz informacji nt. ewentualnych, planowanych działań związanych z postulowaną zmianą.

Jedną z okazji do zwiększenia świadomości społecznej w temacie ochronnej roli szczepień wśród dzieci będzie także wydarzenie rodzinne w ramach 8. edycji pikniku „Odważ się być zdrowym na PGE Narodowym”, które corocznie organizowane jest przez Fundację Instytutu Matki i Dziecka. Już 15 października na PGE Narodowym w Warszawie odbędzie się rodzinne wydarzenie z wieloma atrakcjami w ramach promocji zdrowia oraz aktywności fizycznej. Do dyspozycji uczestników będą lekarze specjaliści, którzy chętnie odpowiedzą na pytania dotyczące poszczególnych aspektów szczepień. Eksperci IMiD wyjaśnią i pomogą zrozumieć, dlaczego tak ważne jest, aby nie zwlekać ze szczepieniami.

Źródło: Instytut Matki i Dziecka w Warszawie – Fundacja

Nowy henipawirus otrzymał nazwę Langya (LayV). U pacjentów zakażonych nowym patogenem obserwowano gorączkę (najczęstszy objaw), zmęczenie, kaszel, jadłowstręt, bóle mięśniowe i głowy, nudności, wymioty. U części chorych raportowano także upośledzenie czynności wątroby i nerek. Dotychczas stwierdzono 35 przypadków ostrej infekcji LayV, wywołanej przez nowego henipawirusa. Wszyscy zakażeni wrócili do zdrowia.
Wirus Langya (LayV) zidentyfikowany przez Chińczyków to odzwierzęcy henipawirus. U zakażonych nim ludzi powoduje ostrą infekcję, w której dominują takie objawy jak gorączka, zmęczenie, kaszel. U części chorych choroba upośledza także pracę wątroby i nerek.

O nowym patogenie chińscy badacze donoszą na łamach prestiżowego czasopisma naukowego „New England Journal of Medicine” (NEJM). Specjalnie dla “Pulsu Medycyny” o przybliżenie tego raportu poprosiliśmy dr. hab. n. med. Tomasza Dzieciątkowskiego, specjalistę wirusologa z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Jakie objawy mają chorzy zakażeni wirusem Langya?
– Pierwsze doniesienia na temat przypadków zakażeń, których nie udało się powiązać z żadnym znanym patogenem, pochodzą z Chin jeszcze z 2018 roku. Kolejne ognisko zakażeń stwierdzono w 2022 r; wtedy też udało się wyizolować nowego wirusa, określanego obecnie jako wirus Langya (LayV). Podjęte dochodzenie epidemiczne pozwoliło zidentyfikować w sumie 35 pacjentów z ostrą infekcją LayV w dwóch prowincjach: Shandong i Henan. Wśród chorych 26 osób było zakażonych tylko nowym henipawirusem, a żadne inne patogeny nie były u nich obecne. W tej grupie pacjentów wystąpiła:
  • gorączka (100 proc. chorych),
  • zmęczenie (54 proc.),
  • kaszel (50 proc.),
  • jadłowstręt (50 proc.),
  • ból mięśni (46 proc.),
  • nudności (38 proc.),
  • ból głowy (35proc.),
  • wymioty (35 proc.), którym towarzyszyła:
  • małopłytkowość (35 proc.),
  • leukopenia (54 proc.)
  • oraz upośledzenia czynności wątroby (35 proc.)
    i nerek (8 proc.)
– przytacza wnioski płynące z raportu doc. Tomasz Dzieciątkowski.

Wyizolowany nowy patogen zaliczono do henipawirusów, który został również znaleziony u ryjówek. Należy on do rodzaju Henipavirus w rodzinie Paramyxoviridae. W 1994 odkryto wirus Hendra, a cztery lata później wirus Nipah. Oba mogą powodować u ludzi zakażenia o ciężkim przebiegu, które są związane ze śmiertelnością wynosząca od 10 do 30-40 proc.
Langya (LayV) to kolejny wirus, który pokonał barierę międzygatunkową
– Dobra wiadomość jest taka, że nowy henipawirus jak dotąd nie spowodował choroby o ciężkim przebiegu i wszystkie zakażone nim osoby wróciły do zdrowia. Drugie światełko w tunelu: nie stwierdzono jak dotąd, by patogen ten przenosił się z człowieka na człowieka. Trzecia dobra wiadomość: dotychczas nie zdarzały się przypadki przywleczenia zakażeń henipawirusowych do Europy – podkreśla doc. Tomasz Dzieciątkowski, dodając jednocześnie, że nowy wirus z pewnością wymaga wnikliwej obserwacji i dalszych badań: – Doniesienia z Chin to kolejna przestroga dla ludzkości. Niestety następny wirus przełamał bowiem barierę międzygatunkową – zwraca uwagę wirusolog.
O nowych patogenach, przełamujących barierę międzygatunkową i wywołujących zakażenia u ludzi, słyszymy co kilka lat. I o ile nowy wirus nie wydaje się, przynajmniej na razie, mieć znaczącego potencjału epidemicznego, to specjaliści nie pozostawiają złudzeń: SARS-CoV-2 z pewnością nie jest ostatnim wirusem, który wywołał światową pandemię.
– Największy potencjał pandemiczny wykazują wirusy, które mają segmentowany genom. Zaliczamy do nich np. wirusy grypowe. Ponadto ważne są wirusy RNA, które nie mają zdolności naprawczych i gdy się replikują, to – mówiąc kolokwialnie – mylą się, a nagromadzenie takich pomyłek prowadzi do mutacji. Taka mutacja może sprawić, że wirus przestanie być zakaźny i zniknie, jak było np. w przypadku SARS-CoV-1. Ale może być też tak, że mutacja ułatwi przełamanie nie tylko bariery międzygatunkowej, ale też zwiększy się potencjał zakaźny wirusa, jak miało to miejsce w przypadku SARS-CoV-2 – wyjaśnia doc. Tomasz Dzieciątkowski.

źrodło: Infowire za biuro prasowe PulsMedycyny