Medicalpress
Ognisko zakażeń wirusem Andes związane ze statkiem Hondius pokazało, że w kryzysach zdrowotnych jednym z największych wyzwań bywa nie tylko sam patogen, ale także sposób, w jaki informacja o zagrożeniu zaczyna żyć własnym życiem. Choć hantawirus może być groźny dla pojedynczych pacjentów, obecnie nie ma potencjału pandemicznego. Mimo to sprawa szybko uruchomiła znane z czasu COVID-19 lęki, uproszczenia i fałszywe narracje. 
Historia statku Hondius rozpoczęła się od medycznego alertu: ciężkich zachorowań, kwarantanny, ewakuacji pasażerów oraz komunikatów instytucji zdrowia publicznego, w tym WHO i ECDC. Bardzo szybko stała się jednak także testem społecznej odporności na dezinformację. W przestrzeni publicznej pojawiły się pytania znane z czasu pandemii COVID-19: czy grozi nam nowa pandemia, czy służby przekazują pełne informacje i czy działania sanitarne nie staną się pretekstem do ograniczania wolności.

Groźny dla pacjentów, ale nie pandemiczny

W przypadku hantawirusa kluczowe znaczenie ma nie tylko samo zakażenie, lecz także wariant wirusa i droga transmisji. Ognisko związane ze statkiem Hondius dotyczyło wariantu Andes, innego niż hantawirusy typowo występujące w Europie. Porównania z pandemią COVID-19 są więc w tym przypadku mylące.

–  Wirus Andes przenosi się przede wszystkim przez gryzonie i trafia do ludzi ze środowiska. Transmisja międzyludzka, poza wyjątkowymi sytuacjami bliskiego kontaktu, praktycznie nie występuje. Dlatego z punktu widzenia populacyjnego nie mówimy o wirusie, który ma potencjał wywołania nowej pandemii – wyjaśnia dr Andrzej Jarynowski z Wydziału Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Dezinformacja szybsza niż wirus

Jednym z głównych źródeł chaosu informacyjnego było mylenie pojęć: osoby chorej, zakażonej, podejrzanej o zakażenie, objętej kwarantanną lub nadzorem epidemiologicznym. Stosowane w przestrzeni publicznej uproszczenia powodowały wrażenie, że liczba zakażeń jest większa, a sytuacja wymyka się spod kontroli. Tymczasem nadzór sanitarny czy kwarantanna po kontakcie nie oznaczają automatycznie potwierdzonego zakażenia.

Sprawa hantawirusa szybko została też włączona w znane schematy dezinformacyjne. W polskiej części internetu pojawiały się narracje o „nowej pandemii”, rzekomym „skutku ubocznym szczepionek” czy „ukrywaniu prawdy” przez instytucje zaufania publicznego. Część przekazów wykorzystywała prawdziwe elementy, na przykład obecność określonych zdarzeń w dokumentacji klinicznej, ale wyciągała z nich fałszywe wnioski.

–  W dokumentacji badań klinicznych nad szczepionkami odnotowuje się wszystkie zdarzenia medycznedotyczące uczestników badania, jak np. ciąża. To element monitorowania bezpieczeństwa, a nie automatyczny dowód związku ze szczepieniem. Prawdopodobnie pacjent niezależnie od szczepienia zakaził się w czasie badania hantawirusem i rozwinął hantawirusowy zespół płucny – wyjaśnia dr Jarynowski.  – Dezinformacja zaczyna się wtedy, gdy sam fakt raportowania takiego zdarzenia przedstawia się jako dowód szkodliwości szczepionki.

Właśnie dlatego w komunikacji zdrowotnej tak istotne jest szybkie tłumaczenie, jak działają procedury bezpieczeństwa i dlaczego techniczny język dokumentacji medycznej nie powinien być interpretowany poza kontekstem. Bez tego nawet neutralna informacja może stać się paliwem dla fałszywych narracji.

Ognisko na statku Hondius pokazało również, jak łatwo standardowe procedury sanitarne mogą zostać odczytane jako dowód katastrofy. Ewakuacja, izolacja, kwarantanna, kombinezony ochronne czy monitorowanie kontaktów są elementami zarządzania ryzykiem, ale w mediach społecznościowych mogą zostać przedstawione jako zapowiedź kolejnego globalnego kryzysu. Szczególnie po doświadczeniu COVID-19 część odbiorców interpretuje działania sanitarne nie jako środki ochronne, lecz jako zapowiedź ograniczeń.

Cisza informacyjna jako paliwo teorii spiskowych

Na podatny grunt trafił także brak relacji pasażerów publikowanych „na żywo” w mediach społecznościowych. W świecie, w którym niemal każde wydarzenie natychmiast pojawia się na TikToku, Instagramie czy YouTubie, cisza informacyjna z miejsca zdarzenia bywa odczytywana jako sygnał, że „coś jest ukrywane”. Ta luka szybko stała się pożywką dla spekulacji: pojawiły się teorie, że skoro nie ma bezpośrednich relacji, być może jest tam drugie dno – statek Hondius prowadzi działania wojskowe albo jakiś eksperyment.

–  Tymczasem Hondius był statkiem ekspedycyjnym, nie typowym ekskluzywnym wycieczkowcem. To droga, niszowa wyprawa, której uczestnikami były osoby starsze, dobrze sytuowane, niekoniecznie zainteresowane relacjonowaniem swojego życia w mediach społecznościowych. Brak masowych relacji nie musi więc oznaczać tajemnicy. Może wynikać po prostu z profilu pasażerów – wyjaśnia dr Jarynowski. Ten mechanizm pokazuje, że we współczesnej komunikacji kryzysowej problemem bywa nie tylko nadmiar informacji, ale także ich niedobór.

Komunikacja po COVID-19: szybciej, ale nadal z lukami

Jednocześnie dr Jarynowski ocenia, że komunikacja instytucji zdrowia publicznego była w tym przypadku skuteczniejsza niż w pierwszej fazie pandemii COVID-19. WHO, ECDC oraz krajowe służby szybciej publikowały komunikaty, przygotowywały materiały wyjaśniające i monitorowały reakcje społeczne. To pokazuje, że doświadczenie pandemii przełożyło się na lepsze procedury komunikacyjne i większą gotowość do reagowania na fałszywe narracje.

Nie oznacza to jednak, że sama dostępność komunikatów wystarcza. W kryzysach zdrowotnych instytucje muszą nie tylko podawać fakty, ale też wyjaśniać ich znaczenie: co oznacza kwarantanna, czym różni się podejrzenie zakażenia od potwierdzonego przypadku i dlaczego procedury ostrożnościowe nie są dowodem na katastrofalny scenariusz. Bez takiego kontekstu nawet szybka komunikacja może zostać wyparta przez emocjonalne i antyzdrowotne narracje.

Nieprecyzyjny język napędza kryzys

W kryzysach zdrowotnych precyzja języka jest równie ważna jak szybkość komunikacji. Nie wystarczy poinformować, że ktoś został objęty kwarantanną albo nadzorem epidemiologicznym – trzeba od razu doprecyzować zakres i znaczenie takich działań. Inaczej standardowe procedury zaczynają być odczytywane jako dowód, że sytuacja wymyka się spod kontroli.

– W tej sytuacji większym zagrożeniem społecznym okazuje się infodemia niż sam patogen. Hantawirus nie ma dziś potencjału epidemicznego w takim sensie, jakiego obawiamy się przy koronawirusach czy grypie ptaków. Natomiast fałszywe narracje rozchodzą się szybko, szczególnie wtedy, gdy ludzie pamiętają ograniczenia z czasów COVID-19 i boją się ich powrotu – podkreśla dr Andrzej Jarynowski.

Sprawa statku Hondius pokazuje, że przy kolejnych alarmach zdrowotnych stawką będzie nie tylko opanowanie samego zagrożenia, ale też szybkie zamknięcie przestrzeni dla domysłów. Wirus może wygasnąć po jednym ognisku. Dezinformacja zostaje dłużej – gotowa do użycia w następnym kryzysie.

Źródło: inf pras

Rejs przez Antarktydę i jedne z najbardziej odległych wysp Atlantyku miał być wyjątkową ekspedycją dla miłośników przyrody i ekoturystyki. Zamiast tego zakończył się międzynarodowym dochodzeniem epidemiologicznym. Światowa Organizacja Zdrowia poinformowała o klastrze ciężkich zachorowań związanych z hantawirusem na pokładzie statku wycieczkowego. Do 4 maja potwierdzono siedem przypadków, w tym trzy zgony.
Choć WHO podkreśla, że ryzyko dla populacji globalnej pozostaje niskie, sytuacja zwróciła uwagę epidemiologów z kilku powodów. Choroba przebiegała gwałtownie, część pacjentów rozwinęła ciężką niewydolność oddechową, a dodatkowo nie można jeszcze jednoznacznie wykluczyć ograniczonej transmisji między ludźmi.

Rejs przez Antarktydę i nagłe zachorowania

Statek z 147 pasażerami i członkami załogi wypłynął 1 kwietnia z Ushuaia w Argentynie. Trasa obejmowała Antarktydę, Georgię Południową, Tristan da Cunha, Wyspę Świętej Heleny i Wyspę Wniebowstąpienia – regiony o wyjątkowej bioróżnorodności, ale też kontaktach z dziką przyrodą i siedliskami gryzoni, które stanowią naturalny rezerwuar hantawirusów.

Pierwszy pacjent zachorował już 6 kwietnia. Początkowo objawy przypominały zwykłą infekcję wirusową lub zatrucie pokarmowe: gorączka, ból głowy, biegunka. W ciągu kilku dni rozwinęła się jednak ciężka niewydolność oddechowa i pacjent zmarł na pokładzie statku. Kolejne przypadki przebiegały podobnie – od niespecyficznych objawów do gwałtownego pogorszenia stanu klinicznego, zapalenia płuc, zespołu ostrej niewydolności oddechowej (ARDS) i wstrząsu.

Szczególną uwagę zwrócił drugi przypadek. Kobieta, będąca bliskim kontaktem pierwszego chorego, opuściła statek na Wyspie Świętej Heleny z objawami ze strony przewodu pokarmowego. Jej stan gwałtownie pogorszył się podczas lotu do Johannesburga. Pacjentka zmarła po przyjęciu do szpitala, a badania PCR potwierdziły zakażenie hantawirusem. Rozpoczęto dochodzenie epidemiologiczne dotyczące pasażerów lotu.

Kolejny pacjent, ewakuowany medycznie do Republiki Południowej Afryki, trafił na oddział intensywnej terapii. Rozszerzony panel diagnostyczny w kierunku patogenów oddechowych początkowo był ujemny, jednak test PCR również potwierdził zakażenie hantawirusem. WHO poinformowała, że prowadzone są dalsze badania serologiczne, sekwencjonowanie i analizy metagenomiczne.

Hantawirus może prowadzić do ciężkiej niewydolności oddechowej

Hantawirusy należą do grupy wirusów odzwierzęcych przenoszonych głównie przez gryzonie. Człowiek zakaża się najczęściej poprzez kontakt z moczem, śliną lub odchodami zakażonych zwierząt albo przez wdychanie skażonych aerozoli. Zakażenia zwykle wiążą się z przebywaniem w miejscach zasiedlonych przez gryzonie – starych budynkach, magazynach, gospodarstwach rolnych czy terenach leśnych.

W Amerykach hantawirusy mogą powodować hantawirusowy zespół sercowo-płucny (HCPS/HPS), czyli jedną z najcięższych wirusowych chorób układu oddechowego. Początkowo objawy są mało charakterystyczne: gorączka, bóle mięśni, osłabienie, nudności, biegunka czy ból brzucha. Problem polega na tym, że po kilku dniach może dojść do nagłego rozwoju ciężkiej niewydolności oddechowej i wstrząsu.

W regionie obu Ameryk śmiertelność może sięgać nawet 50 proc.

To właśnie szybka progresja choroby sprawia, że hantawirusy budzą tak duży niepokój klinicystów. Pacjenci początkowo mogą wyglądać stosunkowo stabilnie, by w krótkim czasie wymagać wentylacji mechanicznej, leków wazopresyjnych, a czasem nawet pozaustrojowego wspomagania utlenowania krwi (ECMO).

WHO podkreśla jednak, że zakażenia hantawirusami pozostają rzadkie. W większości przypadków wirusy te nie przenoszą się łatwo między ludźmi. Wyjątkiem jest przede wszystkim Andes virus występujący w Ameryce Południowej, dla którego opisywano ograniczoną transmisję podczas bliskiego i długotrwałego kontaktu.

WHO: ryzyko globalne pozostaje niskie

To właśnie dlatego obecna sytuacja jest monitorowana tak uważnie. Pierwsze dwa przypadki były ze sobą epidemiologicznie powiązane, a dodatkowo obie osoby przed wejściem na statek podróżowały po Ameryce Południowej, w tym Argentynie. Na razie nie wiadomo jednak, czy zakażenia były wynikiem wspólnej ekspozycji środowiskowej, czy mogło dojść do transmisji między ludźmi.

Eksperci zwracają uwagę, że przypadek ten pokazuje również szerszy problem związany z rozwojem turystyki ekspedycyjnej i ekoturystyki. Podróże do odległych regionów świata coraz częściej oznaczają kontakt człowieka z ekosystemami, patogenami i rezerwuarami zwierzęcymi, z którymi wcześniej miał ograniczoną styczność.

WHO zaznacza, że większość rutynowych podróży turystycznych nie wiąże się z istotnym ryzykiem zakażenia hantawirusem. Zaleca jednak ostrożność podczas pobytu w regionach endemicznych, szczególnie tam, gdzie występują gryzonie. Kluczowe znaczenie mają podstawowe działania profilaktyczne: unikanie kontaktu z odchodami gryzoni, odpowiednia wentylacja pomieszczeń oraz stosowanie czyszczenia „na mokro” zamiast zamiatania, które może powodować unoszenie zakaźnych aerozoli.

Na pokładzie statku wdrożono środki bezpieczeństwa, izolację chorych oraz ograniczenie kontaktów między pasażerami. WHO prowadzi koordynację międzynarodową wspólnie z władzami Cabo Verde, Holandii, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i Republiki Południowej Afryki.

Obecnie statek pozostaje u wybrzeży Cabo Verde, a kolejne próbki są analizowane w laboratoriach referencyjnych.

WHO nie rekomenduje żadnych ograniczeń w podróżach ani handlu. Organizacja podkreśla jednak, że sytuacja pozostaje rozwojowa, a dochodzenie epidemiologiczne trwa.

Źródło: komunikat Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) „Disease Outbreak News: Hantavirus cluster linked to cruise ship travel – Multi-country”, 4 maja 2026 r.

Hantawirusy, mimo że mogą wywoływać ciężkie choroby u ludzi, nie są obecnie uznawane za realne źródło pandemii podobnej do COVID-19 – poinformowała PAP dr n. med. Barbara Sobala-Szczygieł ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego.

 
Jak wyjaśniła specjalistka chorób zakaźnych, hantawirusy są wirusami odzwierzęcymi, których głównym rezerwuarem są gryzonie. Do zakażenia człowieka dochodzi najczęściej drogą wziewną, poprzez kontakt z aerozolem zawierającym cząsteczki wirusa obecne w moczu, kale lub ślinie zwierząt.

Ryzyko rośnie m.in. podczas sprzątania zamkniętych przestrzeni – takich jak piwnice, stodoły czy magazyny – oraz w trakcie prac leśnych i rolniczych. Rzadziej zakażenia obserwowano w następstwie ugryzienia.

Dr Sobala-Szczygieł wskazała, że hantawirusy wywołują u ludzi dwa główne zespoły kliniczne: gorączkę krwotoczną z zespołem nerkowym (HFRS), typową dla Europy i Azji, oraz hantawirusowy zespół sercowo-płucny (HCPS/HPS), występujący w obu Amerykach. Oba schorzenia wiążą się z uszkodzeniem śródbłonka naczyń i zwiększoną ich przepuszczalnością, spadkiem liczby płytek krwi oraz ryzykiem wstrząsu, jednak różnią się dominującym zajęciem narządów – w HFRS przede wszystkim nerek, a w HCPS płuc i układu krążenia.

Początek choroby ma zwykle nieswoisty charakter. Jak podkreśliła ekspertka, obejmuje on m.in. gorączkę, dreszcze, bóle mięśni, ból głowy, osłabienie, nudności, wymioty i ból brzucha. W dalszym przebiegu może dochodzić do ciężkich powikłań – w HFRS do ostrej niewydolności nerek, a w HCPS do gwałtownego pogorszenia stanu z obrzękiem płuc, niedotlenieniem i wstrząsem.

Z przekazanych informacji wynika również, że obecnie nie ma powszechnie zatwierdzonego leczenia przeciwwirusowego hantawirusowych zakażeń. Leczenie ma charakter wspomagający i obejmuje m.in. kontrolę gospodarki płynowej i elektrolitowej, leczenie wstrząsu, tlenoterapię, wentylację mechaniczną oraz – w przypadku uszkodzenia nerek – dializoterapię.

Kluczowym czynnikiem ograniczającym potencjał pandemiczny hantawirusów jest – jak zaznaczyła dr Sobala-Szczygieł – bardzo niska zdolność transmisji między ludźmi. „Dla większości hantawirusów transmisja człowiek–człowiek nie jest typowa” – wskazała. Dodała, że jedynie pojedyncze ogniska zakażeń w Argentynie i Chile wiązano z bezpośrednim kontaktem z chorym, co dotyczyło wirusa Andes.

W ocenie specjalistki brak istotnej transmisji międzyludzkiej oraz brak dowodów na szerzenie się zakażeń przez osoby bezobjawowe sprawiają, że hantawirusy nie są obecnie rozpatrywane jako przyczyna kolejnej globalnej pandemii.(PAP)

Źródło: Nauka w Polsce