Medicalpress
Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła zagrożenie zdrowia publicznego o zasięgu międzynarodowym (PHEIC) w związku z ogniskiem gorączki krwotocznej Ebola wywołanej wirusem Bundibugyo w Demokratycznej Republice Konga. Główny Inspektorat Sanitarny poinformował również o przypadkach importowanych w Ugandzie. Eksperci podkreślają, że choć globalne ryzyko oceniane jest obecnie jako niskie, sytuacja w regionie pozostaje bardzo poważna. Nie istnieje zatwierdzona szczepionka ani specyficzne leczenie przeciw tej odmianie wirusa Ebola.

Czterech pracowników ochrony zdrowia zmarło w ciągu kilku dni

Jak wynika z informacji przekazanych przez GIS, 5 maja 2026 r. WHO otrzymała alert dotyczący nieznanej choroby o wysokiej śmiertelności w strefie zdrowia Mongbwalu w prowincji Ituri w Demokratycznej Republice Konga. W ciągu czterech dni zmarło tam czterech pracowników ochrony zdrowia. 13 maja zespół szybkiego reagowania rozpoczął dochodzenie epidemiologiczne w Mongbwalu i Rwampara Health Zone. Dwa dni później potwierdzono, że zachorowania wywołuje wirus Bundibugyo. Do 15 maja zgłoszono 77 podejrzanych przypadków i 67 zgonów w dwóch strefach zdrowia DRK – Rwampara i Mongbwalu – oraz w Bunia Health Zone. Zidentyfikowano także 65 osób z kontaktu, z czego 15 uznano za kontakty wysokiego ryzyka.

GIS podkreśla, że działania epidemiologiczne utrudniają niestabilna sytuacja bezpieczeństwa oraz ograniczenia w przemieszczaniu się. Część osób z kontaktu rozwinęła objawy i zmarła przed izolacją. Większość podejrzanych przypadków dotyczy osób między 20. a 39. rokiem życia, a ponad 60 proc. stanowią kobiety. Według ekspertów może to wskazywać na znaczącą transmisję wirusa w gospodarstwach domowych i podczas opieki nad chorymi członkami rodziny.

Przypadki także w Ugandzie

15 maja Ministerstwo Zdrowia Ugandy poinformowało WHO o laboratoryjnie potwierdzonym przypadku choroby wywołanej wirusem Bundibugyo u starszego mieszkańca DRK, który przyjechał do Ugandy w celu uzyskania pomocy medycznej. W ciągu kolejnych 24 godzin wykryto drugi przypadek u osoby podróżującej z Demokratycznej Republiki Konga.

Obecnie zdarzenie oceniane jest jako przypadki importowane, bez dowodów na lokalną transmisję wirusa w Ugandzie. Trwa dochodzenie mające ustalić źródła zakażenia i drogi szerzenia się choroby.

Czym jest wirus Bundibugyo?

BVD to jedna z odmian wirusa Ebola wywołująca ciężką gorączkę krwotoczną. Wirus przenosi się na ludzi poprzez kontakt z krwią lub wydzielinami zakażonych dzikich zwierząt, m.in. nietoperzy czy małp, a następnie może szerzyć się między ludźmi.

Okres inkubacji wynosi od 2 do 21 dni. Do czasu wystąpienia objawów zakażona osoba nie jest zakaźna. Choroba zaczyna się zwykle nagle – gorączką, silnym osłabieniem, bólem mięśni, głowy i gardła. Mogą pojawić się także wymioty, biegunka, wysypka, niewydolność nerek i wątroby oraz krwawienia wewnętrzne i zewnętrzne.

W poprzednich ogniskach BVD w Ugandzie i DRK śmiertelność wynosiła od 30 do 50 proc. Ostatnie ognisko tej odmiany Eboli odnotowano w 2021 r. w Demokratycznej Republice Konga – zgłoszono wtedy 59 przypadków, w tym 34 zgony.

WHO zwraca uwagę, że w przeciwieństwie do wirusa Ebola Zair nie istnieje obecnie zatwierdzona szczepionka ani specyficzne leczenie przeciw wirusowi Bundibugyo. Trwają jednak prace badawcze nad opracowaniem skutecznych metod terapii i profilaktyki.

Źródło: GIS

Zakażenia układu oddechowego, w tym wywoływane przez koronawirusy, pozostają jednym z kluczowych wyzwań współczesnej medycyny. Jak się okazuje, nawet u 40 proc. pacjentów dwa lata po przebyciu COVID-19 utrzymują się zmiany w płucach. Skala i długofalowe konsekwencje infekcji wirusowych sprawiają, że coraz większego znaczenia nabierają badania podstawowe, pozwalające zrozumieć mechanizmy działania patogenów. Prace w tym obszarze prowadzi dr hab. Aleksandra Milewska, stypendystka programu L’Oréal-UNESCO Dla Kobiet i Nauki, badaczka zajmująca się wirusami atakującymi drogi oddechowe, w szczególności koronawirusami.
Koronawirusy wyróżniają się zdolnością do szybkiej ewolucji oraz zakażania różnych gatunków, co czyni je szczególnie trudnym przeciwnikiem dla współczesnej medycyny. Kluczowe znaczenie ma zrozumienie, w jaki sposób wirusy wnikają do komórek oraz jakie mechanizmy pozwalają im omijać naturalne bariery ochronne organizmu.

W swoich badaniach dr hab. Aleksandra Milewska wykorzystuje model HAE (Human Airway Epithelium) – laboratoryjnie odtworzony nabłonek dróg oddechowych człowieka. W przeciwieństwie do standardowych linii komórkowych, model ten pozwala na bardziej realistyczne odwzorowanie warunków panujących w ludzkim organizmie. Dzięki temu możliwe jest dokładniejsze badanie zachowania wirusów, takich jak SARS-CoV-2, ludzkie koronawirusy HCoV-NL63 i HCoV-HKU1 czy wirus ptasiej grypy H5N1.

Fundament dla przyszłych terapii

Choć badania prowadzone przez dr hab. Aleksandrę Milewską mają charakter podstawowy, ich znaczenie dla rozwoju medycyny jest kluczowe. To właśnie dzięki nim możliwe jest poznanie mechanizmów zakażeń, które stanowią fundament do opracowywania skutecznych leków i szczepionek.

W ramach swojej pracy badaczka współtworzyła rozwiązania objęte patentami, dotyczące m.in. związków chemicznych zdolnych do hamowania infekcji wirusowych oraz przeciwciał skierowanych przeciwko białkom wirusowym. W przyszłości mogą one znaleźć zastosowanie w terapii chorób takich jak COVID-19 czy grypa.

Zajmuję się badaniami podstawowymi, które pozwalają zrozumieć, jak wirusy działają na poziomie komórkowym – jak wnikają do komórek, namnażają się i omijają mechanizmy obronne organizmu. To wiedza, bez której nie byłoby możliwe opracowanie skutecznych terapii i szczepionek – podkreśla dr hab. Aleksandra Milewska.

Badania nad wirusami oddechowymi mają znaczenie nie tylko w kontekście obecnych zagrożeń, ale również przyszłych epidemii. Historia pokazuje, że nowe koronawirusy pojawiają się cyklicznie – średnio co dekadę.

Dr hab. Aleksandra Milewska uczestniczy w międzynarodowym projekcie DURABLE, którego celem jest budowanie sieci laboratoriów gotowych na szybkie reagowanie w przypadku nowych zagrożeń wirusowych. Takie inicjatywy zwiększają globalną zdolność do monitorowania i ograniczania rozprzestrzeniania się patogenów.

Moja praca to inwestycja w przyszłość – poprzez dokładne poznanie działania wirusów chcemy tworzyć narzędzia, które pomogą chronić zdrowie i życie ludzi w obliczu kolejnych pandemii – mówi badaczka.

W Światowy Dzień Oddechu badania takie jak te prowadzone przez dr hab. Aleksandrę Milewską przypominają, jak istotne jest poznanie procesów zachodzących w układzie oddechowym – od poziomu pojedynczych komórek po funkcjonowanie całego organizmu. Lepsze zrozumienie mechanizmów zakażeń wirusowych to nie tylko szansa na skuteczniejsze leczenie, ale także klucz do budowania odporności systemów ochrony zdrowia na przyszłe wyzwania.

O stypendystce programu L’Oréal-UNESCO Dla Kobiet i Nauki  

Dr hab. Aleksandra Milewska jest biotechnolożką i wirusolożką związaną z Uniwersytetem Jagiellońskim, gdzie prowadzi badania nad wirusami atakującymi drogi oddechowe, w szczególności koronawirusami. Jej prace koncentrują się na zrozumieniu mechanizmów wczesnego etapu zakażenia – tego, w jaki sposób wirusy wnikają do komórek i wykorzystują mechanizmy gospodarza do namnażania się.

Dorobek naukowy badaczki obejmuje liczne publikacje w międzynarodowych czasopismach, patenty dotyczące inhibitorów wirusowych oraz przeciwciał, a także realizację projektów finansowanych przez Narodowe Centrum Nauki i Unię Europejską. Uczestniczy również w międzynarodowym projekcie DURABLE, którego celem jest budowanie sieci laboratoriów przygotowanych na przyszłe zagrożenia epidemiczne.

Badania dr hab. Aleksandry Milewskiej mają kluczowe znaczenie dla lepszego zrozumienia biologii wirusów oraz rozwoju nowych strategii przeciwdziałania infekcjom. Stanowią istotny fundament dla opracowywania skuteczniejszych terapii i narzędzi diagnostycznych, a także wzmacniają gotowość systemów ochrony zdrowia na przyszłe wyzwania epidemiologiczne.

O programie L’Oréal-UNESCO Dla Kobiet i Nauki  

Celem programu L’Oréal-UNESCO Dla Kobiet i Nauki prowadzonego w Polsce od 2001 roku jest promowanie osiągnięć naukowych utalentowanych badaczek, zachęcanie ich do kontynuacji prac zmierzających do rozwoju nauki oraz udzielenie wsparcia finansowego. Partnerami programu są Polski Komitet do spraw UNESCO, Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Polska Akademia Nauk oraz UNGC Network Poland. Do 2025 roku w Polsce wyróżniono 137 naukowczyń. Wyboru, co roku dokonuje Jury pod przewodnictwem prof. Ewy Łojkowskiej. 

Polska jest jednym ze 118 krajów, w których co roku przyznawane są stypendia dla utalentowanych naukowczyń. Program Dla Kobiet i Nauki jest częścią globalnej inicjatywy For Women in Science, która powstała dzięki partnerstwu L’Oréal i UNESCO. Międzynarodowa nagroda przyznawana jest co roku w Paryżu w ramach For Women in Science Week pięciu laureatkom, których odkrycia dostarczają odpowiedzi na kluczowe problemy ludzkości.

Źródło: Komunikat Prasowy

Kleszczowe zapalenie mózgu to groźna choroba wirusowa, która może prowadzić do trwałych powikłań neurologicznych, a nawet śmierci. Eksperci alarmują, że wraz ze zmianami klimatycznymi rośnie liczba zakażeń i obszarów występowania kleszczy. Choć szczepienie przeciw KZM jest skuteczne i dostępne także w aptekach, odsetek zaszczepionych Polaków pozostaje bardzo niski, obejmując jedynie niewielką część społeczeństwa.
– Szczepienia przeciw kleszczowemu zapaleniu mózgu (KZM) zalecane są bardzo szerokiej populacji, bo mówimy tu o populacji pediatrycznej i populacji osób dorosłych. Zalecenie szczepienia wynika z tego, że powszechność napotkania kleszcza, nie tylko w głębokim lesie czy podczas spływu kajakowego, ale także w parkach, na skwerach czy w naszych przydomowych ogrodach, jest bardzo duża i nigdy nie wiemy, który kleszcz wektoruje ten patogen – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria dr n. o zdr. Barbara Czech-Szczapa, epidemiolog z Katedry I Zakładu Profilaktyki Zdrowotnej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.

Kleszczowe zapalenie mózgu jest chorobą wirusowa, której powikłania często mają charakter neurologiczny. Choroba rozwija się przez 7–14 dni, początkowo bezobjawowo lub z objawami podobnymi do grypy. U części osób zakażonych po tym okresie dochodzi do zajęcia ośrodkowego układu nerwowego. Następstwami zakażenia mogą być zapalenie rdzenia kręgowego, zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych lub zapalenie mózgu. Jak podaje Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego – Państwowy Zakład Higieny na portalu Szczepienia.Info, u 35–58 proc. chorych z zajęciem ośrodkowego układu nerwowego dochodzi do trwałych powikłań neurologicznych.

– Tacy pacjenci trafiają do szpitala i w ubiegłym roku mieliśmy ich ponad 900. Rok do roku obserwujemy coraz większą liczbę przypadków i, jak informują nas biolodzy czy osoby, które zajmują się liczebnością kleszczy, przyczyn jest wiele, ale główną są zmiany klimatyczne. Łagodne zimy i dosyć wilgotne lato sprzyjają kleszczom – wskazuje prof. dr hab. n. med. Joanna Zajkowska, specjalistka chorób zakaźnych z Kliniki Chorób Zakaźnych i Neuroinfekcji Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.

Jak podaje NIZP-PZH, jeden na 100 przypadków KZM kończy się zgonem. W przeciwieństwie do innej choroby odkleszczowej, jaką jest borelioza, przed kleszczowym zapaleniem mózgu można się chronić, stosując profilaktykę.

Eksperci podkreślają, że szczepienie jest obecnie jedynym skutecznym sposobem uchronienia się przed tą ciężką chorobą i jej powikłaniami. Aby utrzymać ochronę przed zakażeniem, konieczne jest przyjęcie trzech dawek szczepienia w schemacie podstawowym oraz dawkę przypominającą co trzy–pięć lat. Szczepienie można zrealizować w POZ lub prywatnym gabinecie, ale od ubiegłego roku szczepionkę można przyjąć również w aptece.

– Apteczne punkty szczepień stają się istotnym elementem systemowym, jeżeli chodzi o udzielanie świadczeń związanych z profilaktyką, w tym również immunoprofilaktykę. Zwiększenie dostępności do aptek, w których wykonywane są te świadczenia, stanowi ważną zmianę i duży krok, jeżeli chodzi o poprawę wyszczepialności. Drugą rolą, o której nie powinniśmy zapominać, jest rola edukatora. Farmaceuta jest osobą, która jest wykształcona i przygotowana do tego, żeby nie tylko zaszczepić pacjenta, ale też porozmawiać o szczepieniach, o profilaktyce, szczególnie jeżeli rozmawiamy o szczepieniach osób dorosłych, które do tej pory w naszym kraju nie odgrywały ważnej roli i nie były postrzegane jako ważny element profilaktyki – mówi dr Mikołaj Konstanty, wiceprezes Naczelnej Rady Aptekarskiej.

– Zainteresowanie szczepieniami w aptekach z sezonu na sezon rośnie. Widzimy to po pewnych zmianach, które zostały wprowadzone w polskiej legislacji. Pozwoliły one na, po pierwsze, przyspieszenie procesu szczepień w aptekach, po drugie, zwiększają liczbę aptecznych punktów szczepień na terenie kraju. Mamy ich w tej chwili ponad 2250, w związku z czym dostępność populacyjna jest dużo większa, a zainteresowanie rośnie – dodaje.

Pomimo rosnącej świadomości zagrożenia – 65% Polek i Polaków postrzega KZM jako poważną chorobę – obserwuje się wyraźną lukę między wiedzą a działaniami profilaktycznymi, jak wynika z badań TBE Awareness Coverage and Compliance Research 2025 przeprowadzonych przez Ipsos. Część społeczeństwa nadal błędnie zakłada możliwość skutecznego leczenia choroby, a 31% badanych deklaruje brak wystarczających informacji na temat kleszczowego zapalenia mózgu i szczepień. Efektem jest niski poziom realizacji szczepień, który plasuje Polskę wśród krajów o najniższym poziomie ochrony w Europie przy jednocześnie endemicznym statusie dla KZM. 

– Jesteśmy bardzo przebodźcowani różnymi informacjami. Mamy kult wypowiedzi socjotechnicznie konstruowanych jak wypowiedź ekspercka, które bardzo dobrze trafiają do odbiorców według określonego algorytmu i przypominają ugruntowaną wiedzę. Wynika to też z braku kompetencji weryfikowania źródeł wiedzy, ale przede wszystkim z poczucia, że szczepienie jest elementem medykalizacji, że jest czymś ponadstandardowym, co nie jest konieczne. Mówimy też o celowych działaniach związanych z dezinformacją oraz o wyparciu pewnej nakazowości epidemiologicznej, która jest reminiscencją pandemii COVID-19, gdzie ten bunt się pojawiał. Poza tym widzimy globalny problem odstępu od chęci szczepień, mamy takie zjawisko, które obserwujemy nie tylko w Polsce – wymienia dr n. o zdr. Barbara Czech-Szczapa.

Tymczasem szczepienie przeciw kleszczowemu zapaleniu mózgu, co do zasady, powinien przyjąć każdy, kto nie ma przeciwwskazań, a korzysta np. z parków czy odwiedza lasy lub tereny trawiaste, choćby podczas spacerów z psem. Wspomniane przeciwwskazania to reakcja anafilaktyczna po wcześniejszej dawce szczepionki i ostra choroba przebiegająca z gorączką oraz nasilona reakcja alergiczna na substancje pomocnicze wchodzące w skład szczepionki. Zaszczepienie się jest tym istotniejsze, że jak przewidują eksperci, problem chorób odkleszczowych będzie narastał przede wszystkim z uwagi na zmiany klimatyczne.

Źródło: Newseria

Sezon zakażeń wirusem RSV zbliża się wielkimi krokami. Czy jesteśmy na niego przygotowani? Czy polskie dzieci mogą liczyć na bezpłatną ochronę? O tym, jaki jest stan przygotowań do sezonu infekcyjnego dyskutowali parlamentarzyści, eksperci medyczni i przedstawiciele organizacji społecznych podczas posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Zdrowia Matki i Dziecka posłanki Aleksandry Leo. Drugim tematem poruszanym podczas spotkania było wsparcie laktacji i funkcjonowanie banków mleka kobiecego.

W poprzednim sezonie zakażeń aż 30 tys. dzieci było hospitalizowanych na oddziałach intensywnej terapii z powodu ciężkiego przebiegu RSV. Te dzieci miały niewydolność oddechową zagrażającą ich życiu. Jak pokazują dane – 95% dzieci w Polsce, które trafiają do szpitala z powodu infekcji RSV to dzieci urodzone o czasie, wcześniej zdrowe, bez żadnych czynników ryzyka. Dzieci, które są objęte profilaktyką w ramach programu lekowego B.40 – wcześniaki, dzieci z wrodzonymi wadami serca, dzieci z SMA, dzieci z dysplazją oskrzelowo-płucną – nie trafiają do szpitali w sezonie zakażeń, co tylko potwierdza skuteczność ochrony przed wirusem RS. Teraz czas, aby przed RSV zabezpieczać wszystkie noworodki i niemowlęta, bo nie wiemy które z nich ciężko przejdą infekcję RSV.

Procedura podaży jednodawkowej immunizacji przeciwko RSV została skierowana do oceny Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. To duży plus i przyspieszenie prac. Czas nas strasznie goni, bo tę immunizację powinniśmy zacząć podawać w październiku – podkreśliła prof. dr hab. n. med. Ewa Helwich, konsultant krajowa w dziedzinie neonatologii podczas posiedzenia Zespołu ds. Zdrowia Matki i Dziecka. Dodała, że podanie jednodawkowego przeciwciała monoklonalnego jest tańsze i mniej uciążliwe dla dzieci, zwłaszcza dla wcześniaków, bo zabezpiecza dziecko na 5 miesięcy i nie ma konieczności co miesięcznych wizyt w poradni.

Jedną z możliwości ochrony przed RSV, która jest bezpłatnie dostępna od 1 kwietnia br. jest szczepienie kobiet w ciąży. Zaszczepiona matka przekazuje przeciwciała dziecku przez łożysko i jest ono zabezpieczone po urodzeniu przez okres ok. 5 miesięcy, ale jak podkreśliła prof. Teresa Jackowska, prezes Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego w przypadku szczepionki  ważne jest kiedy zostanie ona podana matce. Szczepienie kobiety w kwietniu, maju czy czerwcu nie zabezpiecza dziecka w szczycie sezonu zakażeń, który w przypadku RSV jest w styczniu, lutym.

Jeżeli kobieta zaszczepiła się w maju, to przeciwciała, które przekazała dziecku po zaszczepieniu chronią je do listopada. W kolejnych miesiącach już nie będą skuteczne dla niemowlaka. A największa skuteczność jest w pierwszych trzech miesiącach po urodzeniu. Dlatego jedynie profilaktyka łączona, a więc szczepienie kobiet w ciąży i immunizacja dzieci daje optymalny efekt – podkreśliła prof. dr hab. n. med. Teresa Jackowska. Takie są też zalecenia Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego i Polskiego Towarzystwa Wakcynologii, aby obie formy profilaktyki były dostępne. Dlatego eksperci od wielu miesięcy apelują o wprowadzenie bezpłatnej ochrony przeciwko RSV dla wszystkich dzieci. Na razie bez konkretnej decyzji w tej sprawie.

Prof. dr hab. n. med. Ewa Wender-Ożegowska, krajowa konsultant w dziedzinie położnictwa i ginekologii powiedziała, że dobrym pomysłem będzie stworzenie specjalnego kalendarza szczepień przeciwko RSV dla kobiet w ciąży. – Z danych, które posiadam, wynika, że infekcje są od listopada do marca. Być może trzeba by obliczyć mniej więcej, w których tygodniach ciąży będziemy rekomendować szczepienia dla ciężarnych w tym czasie – powiedziała prof. Ewa Wender-Ożegowska.

Prof. dr hab. n. med. Tomasz Szczapa, prezes Polskiego Towarzystwa Neonatologicznego zapytał jaka jest realna perspektywa decyzji ze strony Ministerstwa Zdrowia po otrzymaniu oceny Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, bo choć samo skierowanie procedury do oceny AOTMiT jest bardzo optymistyczne, to brakuje konkretów i harmonogramu wdrożenia. Obecna na posiedzeniu Dagmara Korbasińska-Chwedczuk, dyrektor Departamentu Równości w Zdrowiu w Ministerstwie Zdrowia powiedziała, że wszystko będzie zależało od nowego kierownictwa resortu, które musi potwierdzić kierunek tych zmian po ocenie AOTMiT.

Środowisko medyczne i organizacje pacjentów nie tracą nadziei, że wszystkie dzieci mogą być zabezpieczone przed RSV jeszcze w tym sezonie zakażeń, ale decyzje muszą być podejmowanie szybko i sprawnie.

Druga część spotkania dotyczyła wsparcia laktacyjnego i rozwoju banków mleka kobiecego w Polsce. To niezwykle ważny, a wciąż niedostatecznie uregulowany obszar systemu opieki okołoporodowej. Prof. Aleksandra Wesołowska, prezeska Fundacji Bank Mleka Kobiecego powiedziała o zadaniach jakie stoją przed polskim systemem opieki zdrowotnej w związku z unijnymi regulacjami, które klasyfikują mleko dawczyń jako substancję pochodzenia ludzkiego o znaczeniu terapeutycznym (tzw. SoHO – Substances of Human Origin). Te regulacje to szereg korzyści, m.in. ujednolicenie i aktualizacja procedur w bankach mleka, a także wzmocnienie kontroli bezpieczeństwa i jakości mleka kobiecego, ale również wiele zadań związanych z dostosowaniem unijnych przepisów do polskich realiów.

Poruszony został również temat konieczności systemowego uregulowania kwestii dostępu do doradztwa laktacyjnego poprzez włączenie wsparcia laktacyjnego do standardów opieki nad matką i dzieckiem. Przedstawicielki Ministerstwa Zdrowia podkreśliły, że zostały już poczynione kroki dotyczące wsparcia laktacyjnego dla matek. Powstała oficjalna ścieżka kształcenia dla położnych w zakresie laktacji, opracowana przez Ministerstwo Zdrowia, której celem jest zwiększenie dostępności rzetelnej pomocy laktacyjnej i wyposażenie położnych w praktyczne umiejętności wspierania kobiet karmiących. Przeprowadzono szkolenia we współpracy z Centrum Kształcenia Podyplomowego Pielęgniarek i Położnych, z których w 2024 roku skorzystało ok. 1100 położnych. Są one uprawnione do udzielania wsparcia laktacyjnego. W Ministerstwie Zdrowia działa również zespół opracowujący dokument dotyczący porady laktacyjnej. Trwają również prace nad zmianami w standardzie opieki okołoporodowej.

Źródło:Komunikat Prasowy

Zakażenia wirusem RSV są jedną z najczęstszych przyczyn hospitalizacji niemowląt w Polsce – i jednym z najbardziej niedoszacowanych problemów zdrowia publicznego w obszarze pediatrii. Choć środowisko medyczne od miesięcy apeluje o pilne wdrożenie skutecznych form profilaktyki, system nadal się waha. A czas ucieka.
W ubiegłym sezonie infekcyjnym liczba hospitalizacji dzieci z powodu RSV sięgnęła niemal 30 tysięcy. Część z nich wymagała leczenia na oddziałach intensywnej terapii, wiele wiązało się z groźnymi powikłaniami. „To nie jest mała grupa, to jest bardzo duża grupa” – mówiła prof. Ewa Helwich, konsultant krajowa ds. neonatologii. I dodawała: „Mówimy o dzieciach w większości zdrowych, urodzonych o czasie, które doświadczyły ciężkiego zakażenia RSV. RSV może prowadzić do hospitalizacji, niewydolności oddechowej, a nawet zgonu. Może powodować powikłania odległe, takie jak astma czy nadreaktywność oskrzeli”.

Dziś dostępne są już skuteczne metody zapobiegania ciężkim przebiegom zakażenia – zarówno dla kobiet w ciąży, jak i dla noworodków. Ale ich wdrożenie napotyka na opóźnienia proceduralne, brak decyzji refundacyjnych i niedopasowanie do realiów sezonowości wirusa. Obawy środowiska medycznego koncentrują się na tym, czy Polska zdoła zabezpieczyć dzieci jeszcze przed rozpoczęciem sezonu infekcyjnego, który – jak co roku – rozpocznie się jesienią.

Jedną z dostępnych metod zapobiegania ciężkim zakażeniom RSV jest szczepienie kobiet w ciąży. W Polsce szczepionka Abrysvo została dopuszczona do obrotu i objęta refundacją od 1 kwietnia 2025 roku w ramach programu szczepień ochronnych, jednak sposób jej wdrożenia i promocji budzi poważne wątpliwości ekspertów. Zwracają oni uwagę na brak spójnej strategii i niewystarczające dostosowanie do realnej sezonowości wirusa.

„Najwięcej zachorowań, jakie mieliśmy – zarówno w 2024, jak i w 2025 roku – to było styczeń, luty. Więc rekomendowanie szczepienia u kobiety w ciąży w kwietniu, maju czy czerwcu, to są – powiedzmy sobie wprost – źle zagospodarowane finanse. Dlatego że jeżeli zaszczepi się w maju, dodać sześć, to jest listopad. Czyli przeciwciała, które ma przekazać dziecku po zaszczepieniu, one w kolejnych miesiącach już nie będą skuteczne dla tego niemowlaka” – mówiła prof. Teresa Jackowska, prezes Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego. „Największa skuteczność jest w pierwszych trzech miesiącach. I ta informacja tak naprawdę w żadnych przekazach do kobiet w ciąży nie docierała, a wprost przeciwnie – była bardzo mocna kampania szczepień w maju i czerwcu”.

Polskie Towarzystwa Pediatryczne i Wakcynologiczne rekomendują, zgodnie ze światowymi wytycznymi, aby szczepienie kobiet w ciąży przeciwko RSV realizować między 32. a 36. tygodniem ciąży – czyli z uwzględnieniem terminu porodu w okresie jesienno-zimowym, gdy ryzyko zakażeń RSV jest najwyższe. Eksperci wskazują, że szczepienie poza tym oknem czasowym nie daje oczekiwanego efektu ochronnego i prowadzi do nieefektywnego wykorzystania zasobów.

Prof. Ewa Wender-Ożegowska, konsultant krajowa w dziedzinie położnictwa i ginekologii, dodała, że skuteczna profilaktyka wymaga nie tylko refundacji, ale i adekwatnego planowania. „W Polsce atmosfera wokół szczepień ciężarnych jest (…) nie, że negatywna, ale wiele kobiet bardzo boi się szczepień” – przyznała. „Może warto potraktować ten program jako pilotaż, ustalić, że będziemy szczepić kobiety w ciąży w okresie od września do lutego – i wtedy rzeczywiście zabezpieczymy dzieci urodzone jesienią i zimą”.

Drugą – i budzącą szczególne nadzieje – formą ochrony najmłodszych jest immunizacja bierna noworodków i niemowląt za pomocą przeciwciała monoklonalnego (nirsevimab). Preparat ten, podawany w jednej dawce, chroni dziecko przez cały sezon infekcyjny. „To ogromne ułatwienie dla dzieci i rodziców – jedno wkłucie zamiast pięciu, jedno podanie zamiast pięciu wizyt. Dla dzieci, które ważą mniej niż tysiąc gramów, to naprawdę ma znaczenie” – mówiła prof. Helwich. Dziś ta forma immunizacji jest już szeroko stosowana w Europie Zachodniej – w ramach programów powszechnych, obejmujących wszystkie niemowlęta. W Polsce preparat czeka jeszcze na zakończenie procedury oceny przez AOTMiT, a decyzja spodziewana jest 20 sierpnia. Zegar jednak tyka. Sezon infekcyjny zbliża się nieubłaganie, a z perspektywy środowiska klinicznego – każda zwłoka może oznaczać kolejne tysiące hospitalizacji.

Problematyczna jest również organizacja podania preparatu – kto, gdzie i w jaki sposób ma to robić? Szpitale czy POZ? Noworodki wypisane do domu, dzieci urodzone w małych miejscowościach, wcześniaki w czasie przejściowym – to wszystko wymaga jasnych procedur, których dziś nie ma.

Choć sytuacja wciąż pozostaje niepewna, eksperci nie tracą nadziei. Wielu z nich podkreśla, że Polska wciąż ma szansę skutecznie przygotować się do nadchodzącego sezonu infekcyjnego, o ile zapadną szybkie i jednoznaczne decyzje. Inne kraje poradziły sobie z tym wyzwaniem – kluczem okazała się konsekwencja, jasna strategia i determinacja w działaniu.

 
Źródło: Posiedzenie Parlamentarnego Zespołu ds. Zdrowia Matki i Dziecka
Wypowiedzi pochodzą z wystąpień uczestniczek i uczestników posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Zdrowia Matki i Dziecka, które odbyło się 25 lipca 2025 r.
Wirusy opryszczki pospolitej (HSV-1 i HSV-2) to jedne z najbardziej rozpowszechnionych patogenów na świecie. Szacuje się, że co piąta osoba w wieku 15–49 lat jest zakażona jednym z tych wirusów. Pomimo tak dużej skali problemu, zakażenia HSV wciąż pozostają niedoceniane zarówno w kontekście zdrowia publicznego, jak i obciążeń ekonomicznych.
Wirusy HSV powodują nie tylko opryszczkę wargową, ale także genitalną. Wirus pozostaje w organizmie już do końca życia i uaktywnia się w sprzyjających warunkach, czasami powodując poważne powikłania. Statystyki mówią, że zarazić się nim jest naprawdę łatwo.

Skala zakażeń HSV na świecie

Według danych opublikowanych w piśmie „Sexually Transmitted Infections”, w 2020 roku:​

To oznacza, że infekcja narządów płciowych jednym z wirusów opryszczki dotyczy 1 na 5 osób w tym przedziale wiekowym.

Konsekwencje zdrowotne i społeczne

Zakażenia HSV są często bezobjawowe, jednak mogą prowadzić do poważnych powikłań:​

Mimo to, nawet w krajach zasobnych w odpowiednie środki, praktycznie nie istnieją ukierunkowane programy zapobiegania i kontroli zakażeń HSV.

Obciążenia ekonomiczne

Analiza opublikowana w magazynie „BMC Global and Public Health” wykazała, że:
Eksperci podkreślają, że inwestowanie w działania zapobiegawcze i kontrolne względem zakażeń HSV ma potencjał nie tylko poprawić stan zdrowia populacji, ale także znacznie ograniczyć koszty ekonomiczne związane z tymi infekcjami.

Potrzeba nowych strategii

Obecne metody zapobiegania, takie jak prezerwatywy czy leczenie przeciwwirusowe, są niewystarczające do skutecznego ograniczenia transmisji wirusa.
Konieczne jest opracowanie szczepionek profilaktycznych oraz terapeutycznych przeciw HSV jako strategicznego podejścia do kontroli transmisji oraz zmniejszenia obciążeń zdrowotnych i ekonomicznych związanych z tymi zakażeniami.

Źródło: PAP MediaRoom

Przeszczepienie narządu litego czy transplantacja komórek krwiotwórczych to metody ratowania zdrowia i życia pacjentów, którzy bez ich zastosowania mieliby dużo mniejsze lub byliby zupełnie pozbawieni szans na wyleczenie. Wiążą się one jednak z szeregiem następstw i ryzykiem powikłań zwłaszcza dla układu immunologicznego. Jednym z najgroźniejszych jest infekcja cytomegalowirusem (CMV). Jakie są metody zapobiegania i leczenia cytomegalii?
Szacuje się, że nosicielami wirusa cytomegalii jest nawet 80% społeczeństwa. W przeważającej większości przypadków, infekcja CMV przebiega bezobjawowo. Jednak w przypadku osób z zaburzeniami układu odpornościowego, wirus ten stanowi poważne zagrożenie. Do grup szczególnie narażonych na powikłania infekcyjne należą pacjenci po transplantacjach komórek krwiotwórczych oraz narządów litych. Dla nich zakażenie CMV znacząco zwiększa ryzyko odrzucenia przeszczepu, a nawet może doprowadzić do zgonu.

W ramach profilaktyki zakażeń wirusem CMV stosowany jest letermovir. Jak tłumaczyła prof. dr hab. n. med. Anna Czyż – zastępca kierownika Kliniki Hematologii, Nowotworów Krwi i Transplantacji Szpiku Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego im. Jana Mikulicza-Radeckiego we Wrocławiu podczas Kongresu Zdrowia Publicznego 2024, dostęp do profilaktyki znacząco zredukował ryzyko infekcji CMV u pacjentów po przeszczepach szpiku, ale nie wyeliminował jej zupełnie. W takich sytuacjach możliwe jest zastosowanie dostępnych leków, jednak są to leki o określonym profilu toksyczności, a część chorych nie odpowiada na to leczenie. Zdaniem ekspertki, odpowiedzią na te wyzwania powinno być zastosowanie nowego leku, jakim jest maribavir.

Zmiana leku na maribavir da szybszy klirens, szybsze wyeliminowanie czy zahamowanie proliferacji wirusa przy jednocześnie mniejszych objawach niepożądanych, czy mniejszej nefrotoksyczności, mniejszej mielosupresji. Także cieszymy się, że badanie randomizowane to udokumentowało, chcielibyśmy oczywiście w tym zakresie jeszcze móc sięgać po ten lek. To nie jest duża grupa chorych, bo jak mówiłam ten postęp związany z profilaktyką, z prowadzeniem letermoviru po allotransplantacji spowodował, że tych chorych już w każdym ośrodku nie jest dużo, którzy mają po pierwsze infekcję CMV i po drugie nie reagują na terapię pierwszej linii. Niemniej ta grupa chorych jest i jeśli dojdzie do takiej sytuacji, no jest to wyjątkowo trudna grupa chorych wtedy, bo musimy się zmagać z infekcją wirusową oporną na wcześniejsze leczenie. I stąd taki lek o mniejszej toksyczności, a większej skuteczności, no jest oczywiście bardzo dobrym rozwiązaniem – powiedziała.

Ze zdaniem prof. Anny Czyż zgodziła się prof. dr hab. n. med. Ewa Lech-Marańda, Konsultant krajowa w dziedzinie hematologii. – Leczenie powikłań po przeszczepieniu wymaga bardzo dużego zaangażowania nie tylko lekarza hematologa i dostępu do nowoczesnych leków, ale też innych specjalistów, bo jest to pacjent, u którego mogą się rozwinąć, szczególnie w tym okresie do posetnej doby, może się rozwinąć i rozwija się bardzo wiele chorób o takim podłożu autoimmunologicznym. Więc my mówimy zawsze w hematologii bardzo dużo o lekach przeciwnowotworowych, o lekach celowanych i tu jest ogromny postęp, ale trzeba pamiętać też o tej drugiej części hematologii, czyli leczeniu powikłań. Zarówno powikłań związanych ze stosowanym leczeniem i tutaj powikłania po alloprzeszczepieniu, ale też powikłań, które wynikają z zaburzeń immunologicznych – powiedziała.

Transplantolodzy i pacjenci apelują o refundację maribaviru
Leczenie zakażeń CMV ma również istotne znaczenie dla pacjentów po przeszczepieniu narządu litego. Rozwój cytomegalii wiąże się ze znaczącym wzrostem ryzyka odrzucenia przeszczepu i może nawet prowadzić do zgonu. Dlatego, kiedy w ramach trwającego procesu refundacyjnego dla maribaviru, Prezes Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji wydał negatywną rekomendację, Zarząd Polskiego Towarzystwa Transplantacyjnego oraz Konsultant krajowy w dziedzinie transplantologii klinicznej wystosowali wspólne stanowisko w sprawie dostępności leczenia ratunkowego maribawirem.

W najbliższym czasie zostanie opublikowana czwarta edycja międzynarodowych wytycznych pod auspicjami ‘The Transplantation Society’ dotyczących postępowania w infekcji CMV u biorców przeszczepów narządowych. W ich treści maribawir jest rekomendowany jako główna terapia alternatywna w przypadku oporności na gancyklowir lub foskarnet, zwłaszcza u biorców z umiarkowaną lub niską DNAemią CMV. Zalecenie ma mieć najwyższą siłę rekomendacji -1A – napisano w stanowisku.

Poparcie dla stanowiska w imieniu pacjentów wyraziła Katarzyna Lisowska, założycielka Stowarzyszenia Hematoonkologiczni podczas posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Chorób Rzadkich w dniu 3 grudnia 2024 r.

Jako pacjenci, jako organizacje pacjentów, popieramy Stanowisko Zarządu Polskiego Towarzystwa Transplantacyjnego oraz Konsultanta krajowego w dziedzinie transplantologii klinicznej w sprawie dostępności leczenia ratunkowego maribawirem. (…) Od lat walczyliśmy o to, żeby była profilaktyka, a dzisiaj okazuje się, że czasami ta profilaktyka jest niewystarczająca. (…) Terapia ta minimalizuje ryzyko niepowodzenia przeszczepu, czyli w momencie kiedy nasz pacjent po przeszczepie szpiku, wiadomo ile kosztuje przeszczep szpiku w Polsce, później nie ma dalszego leczenia, to ten przeszczep okazuje się niepotrzebny, bo pacjent nam ginie. Więc uważamy, za potrzebne każde dostępne leczenie, żeby te wszystkie procedury się powiodły – zaapelowała.

W podobnym tonie wypowiada się Grzegorz Perzyński, prezes Fundacji Transplantacja LIVERstrong, mocno zaangażowanej w działania na rzecz bezpieczeństwa zdrowotnego pacjentów po przeszczepieniu narządów litych.

W przypadku biorców przeszczepów narządowych, wirus cytomegalii wpływa na ryzyko wywołania chorób, które mogę obejmować różne narządy i układy, może również pogłębiać stan immunosupresji. Ciężkie zakażenie CMV naraża pacjenta na utratę przeszczepionego narządu, a nawet zgon. Ograniczona pula dostępnych narządów sprawia, że musimy robić wszystko, by lepiej chronić pacjentów po transplantacjach przed powikłaniami zakażenia wirusem cytomegalii i ryzykiem odrzucenia przeszczepu. Dlatego w imieniu organizacji wspierającej pacjentów okołotransplantacyjnych podpisuję się pod stanowiskiem Zarządu Polskiego Towarzystwa Transplantacyjnego oraz Konsultanta krajowego w dziedzinie transplantologii klinicznej w sprawie dostępności leczenia ratunkowego maribawirem – powiedział Grzegorz Perzyński.

źródło: Public Policy

Wirusy to patogeny wywołujące choroby zakaźne, a wiele wskazuje na to, że są najliczniejszym bytem na naszej planecie. Jednak poza powszechnie znanymi wirusami infekcyjnymi, elementy pochodzenia wirusowego stanowią również znaczną cześć genomów żyjących organizmów. Retrotranspozony, bo o nich mowa, nazywane również „skaczącymi genami”, są najprawdopodobniej wynikiem infekcji pradawnych wirusów, które w toku ewolucji utraciły zdolność zarażania. Choć w większości elementy te utraciły mobilność, to ich obecność w naszym DNA wpływa na funkcjonowanie komórki.

Czym są retrotranspozony?

Skaczące geny, ruchome elementy genetyczne, czy wewnątrzkomórkowe wirusy? Odpowiedź brzmi – wszystko na raz. Retrotranspozony to fragmenty DNA, które mają zdolność do przemieszczania się wewnątrz genomu danej komórki na zasadzie „kopiuj-wklej”. Proces ten nazywany jest retrotranspozycją. Na samym początku sekwencja DNA retrotranspozonu, obecna w genomie gospodarza, zostaje skopiowana do cząsteczki RNA i wychodzi z jądra komórkowego do cytoplazmy komórki. W cytoplazmie, cząsteczka RNA staje się instrukcją do produkcji białek retrotranspozonu. Proces ten bardzo przypomina namnażanie wirusa, jak na przykład HIV-1, który zmusza komórkę do produkcji swojego RNA i białek w celu wytworzenia nowego pokolenia wirusa.

W przypadku retrotranspozonów, w komórce gospodarza również mogą być produkowane cząstki wirusopodobne. Jednak, w odróżnieniu od wirusów zakaźnych, cząstki retrotranspozonów nie mają zdolności do infekowania kolejnych komórek. Wewnątrz tych cząstek dochodzi do powstania nowej kopii retrotranspozonu, która wbudowuje się do genomu gospodarza, zazwyczaj w innym miejscu niż pierwotna sekwencja.

Warto wspomnieć, że pierwsze ruchome elementy genetyczne zostały odkryte przez Barbarę McClintock na przełomie lat 40. i 50. ubiegłego wieku podczas badań nad cytogenetyką kukurydzy[1]. Badaczka odkryła, że pewne geny odpowiedzialne za kolor nasion kukurydzy mogą w zaskakujący sposób przemieszczać się w obrębie genomu komórki, powodując nieregularne ubarwienie. W 1983 roku za odkrycie tzw. skaczących genów Barbara McClintock została uhonorowana nagrodą Nobla w dziedzinie fizjologii i medycyny.

 

Sprzymierzeńcy czy wrogowie?

U człowieka, wszystkie typy ruchomych elementów genetycznych stanowią łącznie blisko 50% genomu[2]. Choć w toku ewolucji ogromna większość z nich ulegała dezaktywacji wskutek mutacji, obecność retrotranspozonów pozostawiła korzystny dla gospodarza ślad. Część sekwencji pochodzenia retrotranspozonowego została udomowiona przez komórki gospodarza i aktualnie koduje ważne funkcjonalnie białka. Ciekawym przykładem u człowieka jest łożyskowo-specyficzny gen kodujący syncytynę[3]. Jego pojawienie w genomie znacząco wpłynęło na ewolucję i przyczyniło się do wykształcenia linii ssaków łożyskowych. Innym genem o pochodzeniu retrotranspozonowym jest ARC, który ulega ekspresji w układzie nerwowym. Jego produktem jest białko Arc – kluczowe dla plastyczności synaps i zaangażowane w procesy uczenia się i zapamiętywania.

Najnowsze badania wykazały, że białko to tworzy cząstki wirusopodobne przenoszące RNA pomiędzy komórkami[4]. Zachowane sekwencje retrotranspozonów uznawane są za jeden z ważnych czynników regulujących ekspresji genów. Jednym z takich przykładów jest regulacja aktywności genu amylazy w gruczołach ślinowych[5].

 

Z drugiej strony, aktywne retrotranspozony mogą negatywnie wpłynąć na gospodarza. Gdy nowa kopia zostanie wklejona w obrębie ważnego genu, może spowodować jego dezaktywację i brak produkcji odpowiedniego białka. Przykładowo, jeśli jest to białko zabezpieczające przed transformacją nowotworową, to retrotranspozon wbudowujący się w gen kodujący to białko, przyczynia się do nowotworzenia. I odwrotnie, gdy kopia retrotranspozonu znajduje się w pobliżu nieaktywnego genu, proces retrotranspozycji może uaktywnić gen w sposób niepożądany i losowy. U ludzi, lista chorób związanych z aktywnością ruchomych elementów genetycznych dotyczy głównie chromosomu X i obejmuje choroby takie jak hemofilie typu A i B, dystrofia miotoniczna Duchenne’a, czy syndrom Coffina- -Lowry’ego[6].

Doniesienia pokazują również, że aktywność wewnątrzkomórkowych wirusów może aktywować układ immunologiczny i indukować odpowiedź zapalną, w sposób podobny do infekcyjnych wirusów. Nowe zmiany w genomie wiążą się z niestabilnością genetyczną, co ma również bezpośredni związek z chorobami nowotworowymi[7]. U podłoża tych zależności leży jednak znacznie więcej czynników, które cały czas poznajemy.

Prace polskiej badaczki dotyczące struktury RNA retrotranspozonów

Celem pracy badawczej mgr inż. Angeliki Andrzejewskiej-Romanowskiej jest lepsze zrozumienie biologii retrotranspozonów poprzez badania nad strukturą ich genomu RNA.

 

Cząsteczki RNA, oprócz przenoszenia informacji genetycznej z DNA na białka oraz istotnych funkcji regulatorowych, mogą stanowić także genom. W przypadku wirusów RNA ora retrotranspozonów, pełna instrukcja ich funkcjonowania jest zapisana właśnie w RNA. Cząsteczka RNA ma przeważnie postać pojedynczej nici, która w odróżnieniu od podwójnej helisy DNA, może zwijać się w dowolne struktury. Dzięki tak elastycznemu charakterowi, cząsteczka RNA może przybierać różne przestrzenne formy, co istotnie wpływa na pełnione funkcje. Badanie właściwości i struktury cząsteczek RNA wewnątrz komórek to wciąż duże wyzwanie.

 

Chciałabym dalej odkrywać niezbadane obszary dziedziny, którą się zajmuję. Praca naukowa daje mi ogromną satysfakcję – mówi mgr inż. Angelika Andrzejewska-Romanowska, stypendystka programu L’Oréal-UNESCO Dla Kobiet i Nauki.

 

Mgr inż. Angelika Andrzejewska-Romanowska wraz z zespołem badaczek i badaczy zajmuje się określeniem, jak wygląda struktura komórkowych oraz wirusowych RNA, jak zmienia się ona w czasie podróży i funkcjonowania RNA w komórce, i w jaki sposób reguluje ona zależne od RNA procesy komórkowe oraz replikację wirusów. Od dawna wiadomo, że poprawna struktura transportujących oraz rybosomalnych RNA jest istotna dla produkcji białek komórkowych. Coraz więcej badań wskazuje, że struktura wirusowego genomu RNA zawiera ważne instrukcje funkcjonalne, a terapie nacelowane na specyficzne elementy strukturalne wirusowego RNA mają bardzo obiecujące rezultaty.

 

Uważam, że badania nad właściwościami cząsteczek RNA mają ogromny potencjał i odpowiadają na wiele nurtujących nas pytań, dotyczących biologii organizmów. Ostatnie dekady udowodniły jak bardzo nie docenialiśmy roli, jaką RNA pełni w funkcjonowaniu komórki. Praca badawcza pokazuje mi, że koncepcje biologii zmieniają się na naszych oczach i na dotarcie do tej prawdziwej możemy mieć realny wpływ – dodaje mgr inż. Angelika Andrzejewska-Romanowska, stypendystka programu L’Oréal-UNESCO Dla Kobiet i Nauki.

 

Wyniki pracy badawczej mgr inż. Angeliki Andrzejewskiej-Romanowskiej, stypendystki 23. edycji programu L’Oréal-UNESCO Dla kobiet i Nauki, mogą znacząco poszerzyć naszą wiedzę na temat aktywności retrotranspozonów w organizmach żywych oraz relacji pomiędzy strukturą ich genomu RNA a jego funkcją.

 [1]      S. Ravindran, “Barbara McClintock and the discovery of jumping genes,” Proc Natl Acad Sci U S A, vol. 109, no. 50, pp. 20198–20199, Dec. 2012, doi: 10.1073/pnas.1219372109.
[2]       M. Zawadzka and K. Pachulska-Wieczorek, “Na dobre i na złe: rola endogennych retroelementów u człowieka,” Postepy Biochem, vol. 65, no. 3, pp. 217–223, Oct. 2019, doi: 10.18388/pb.2019_272.
[3]       M. Naville et al., “Not so bad after all: retroviruses and long terminal repeat retrotransposons as a source of new genes in vertebrates,” Clin Microbiol Infect, vol. 22, no. 4, pp. 312–323, Apr. 2016, doi: 10.1016/j.cmi.2016.02.001.
[4]       E. D. Pastuzyn et al., “The Neuronal Gene Arc Encodes a Repurposed Retrotransposon Gag Protein that Mediates Intercellular RNA Transfer,” Cell, vol. 172, no. 1–2, pp. 275-288.e18, Jan. 2018, doi: 10.1016/j.cell.2017.12.024.
[5]       E. B. Chuong, N. C. Elde, and C. Feschotte, “Regulatory activities of transposable elements: from conflicts to benefits,” Nat Rev Genet, vol. 18, no. 2, pp. 71–86, Feb. 2017, doi: 10.1038/nrg.2016.139.
[6]       V. P. Belancio, D. J. Hedges, and P. Deininger, “Mammalian non-LTR retrotransposons: for better or worse, in sickness and in health,” Genome Res, vol. 18, no. 3, pp. 343–358, Mar. 2008, doi: 10.1101/gr.5558208.
[7]       B. Chénais, “Transposable elements and human cancer: a causal relationship?,” Biochim Biophys Acta, vol. 1835, no. 1, pp. 28–35, Jan. 2013, doi: 10.1016/j.bbcan.2012.09.001.

źródło: L’Oréal Polska

Od 1 września dzieci i młodzież mogą korzystać z bezpłatnych leków, które znajdują się na najnowszej liście refundacyjnej. Są tam też antybiotyki, których użycie wzrośnie najpewniej w najbliższym sezonie infekcyjnym. Specjaliści ostrzegają, by nie traktować tej grupy leków jako panaceum na wszystkie choroby. W gabinecie lekarz ma coraz więcej narzędzi do oceny klinicznej pacjenta. Dowiedz się więcej.
Zasady racjonalnej antybiotykoterapii przypomniała konsultant krajowa w dziedzinie medycyny rodzinnej dr hab. n. med. Agnieszka Mastalerz-Migas, prof. Uniwersytetu Medycznego im. Piastów Śląskich we Wrocławiu. Podczas webinaru przygotowanego przez Polskie Towarzystwo Medycyny Rodzinnej zaznaczyła, że pewnie ze strony niektórych rodziców pojawi się presja, by przepisywać antybiotyki praktycznie przy większości infekcji, skoro są bezpłatne.

„Pamiętajmy, że to na lekarzach spoczywa odpowiedzialność za prawidłowe ordynowanie leków, w tym antybiotyków. Nie włączamy antybiotykoterapii na życzenie pacjenta, w tym przypadku rodziców pacjenta” – podkreśliła specjalistka.

Równocześnie zauważyła, że 90 proc. infekcji górnych dróg oddechowych wywołanych jest przez wirusy, a nie bakterie, więc w zdecydowanej większości przypadków antybiotyk nie jest wskazany.

„Zatem u 90 pacjentów na stu, których przyjmiemy z infekcją nosa, gardła, zatok, tchawicy, oskrzeli, będą to infekcje wirusowe, a zatem u takich pacjentów nie będziemy stosować antybiotyku, bo jak wiadomo antybiotyk nie działa osłonowo, nie zapobiega nadkażeniu bakteryjnemu, wręcz przeciwnie – może mu sprzyjać w sytuacji, gdy zastosujemy go za wcześnie” – wyjaśniła dr Mastalerz-Migas.

Argumenty w rękach lekarza

W tej chwili specjalistom powinno być łatwiej przekonać też pacjenta do tego, że nie potrzebuje antybiotyku, bowiem lekarz oprócz oceny objawów (stanu klinicznego) może w diagnostyce wykorzystać testy, które wskazują na rodzaj infekcji. W tym sezonie ma do dyspozycji narzędzia:

„Te testy wspomagają nas w podejmowaniu decyzji. Pomagają  również w edukacji pacjentów, bo pokazują nijako czarno na białym, że infekcja jest wirusowa” – podkreśliła konsultantka krajowa ds. medycyny rodzinnej.

CRP – szybki test ilościowy

Badanie to jest finansowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia, gdy pacjent nie ukończył 6 lat. Test pokazuje dokładnie wartość CRP (białko C-reaktywne). Jest to białko ostrej fazy wydzielane wtedy, gdy mamy do czynienia ze stanem zapalnym. Tak naprawdę CRP może być podwyższone zarówno w infekcjach wirusowych, bakteryjnych, jak i w chorobach autoimmunologicznych i nowotworowych.

Niemniej jednak – jak wyjaśniła prof. Mastalerz-Migas – u dzieci występuje stosunkowo niewiele chorób autoimmunologicznych czy  nowotworowych, a więc ryzyko, że wartość CRP jest podwyższona właśnie z powodu tych chorób jest „relatywnie niewielkie”. Zawsze też konieczne jest badanie i ocena stanu klinicznego pacjenta.

„To jest test, który zawsze oczywiście korelujemy ze stanem klinicznym pacjenta, ale jeśli mamy CRP poniżej 10 mg/L to właściwie prawdopodobieństwo, że jest to ostra infekcja bakteryjna jest naprawdę bliskie zeru. Oczywiście może to być bardzo wczesny etap (takiej  infekcji – przyp. red.) i na przykład u części dzieci potrzebna będzie kontrola i ocena dynamiki tego parametru”- podkreśliła ekspertka.

Jednocześnie zaznaczyła, że nie można wykluczyć, że wirus spowoduje także podwyższenie wartości tego białka do kilkudziesięciu jednostek. 

„Także jeśli dziecko ma CRP rzędu 50 mg/L czy 60 mg/L to też nie musi oznaczać, że ma infekcję bakteryjną. Natomiast jeśli CRP przekracza 100 mg/L to prawdopodobieństwo, że jest to infekcja bakteryjna jest dosyć duże. I jeżeli mamy niemowlę z takim wynikiem, to warto rozważyć nawet hospitalizację” – powiedziała prof. Mastalerz-Migas.

Strep-test – do wykrywania anginy

Ekspertka przypomniała, że infekcje gardła są najczęstszą przyczyną błędnie włączanej antybiotykoterapii. Tylko 10 proc . z nich stanowią infekcje bakteryjne, a 90 proc. z nich  wywołuje paciorkowiec A.

„Strep-test jest testem jakościowym, który służy do wykluczenia bądź potwierdzenia etiologii paciorkowcowej. Oczywiście jak każdy test, nie ma stuprocentowej specyficzności i czułości, więc u niektórych pacjentów mogą nam pozostać wątpliwości” – zaznaczyła prof. Mastalerz-Migas.

Podkreśliła, że gdy pacjent przychodzi z infekcją gardła potrzebne jest też określenie w jakim stopniu występują u niego objawy kliniczne. Do tego wykorzystuje się skalę Centrora/McIsaaca i przydziela punkty za określone objawy (zero lub jeden, a za wiek powyżej 45 lat odejmuje jeden punkt). Maksymalnie pacjent może otrzymać 5 punktów.

Do ocenianych objawów należy kolejno: 

Najczęściej dopiero przy czterech punktach można podejrzewać anginę i rozważyć włączenie antybiotyku.

Test combo

Test antygenowy w kierunku grypy/COVID-19/RSV można wykonać przede wszystkim u pacjenta z podejrzeniem infekcji wirusowej i z grupy podwyższonego ryzyka lub u pacjenta, który ma nasilone objawy. W przypadku grypy i COVID-19 można zastosować leczenie objawowe, w przypadku RSV takiego leczenia nie ma. Już sam dodatni wynik testu, czyli wskazanie, że pacjent z dużym prawdopodobieństwem jest zainfekowany konkretnym wirusem wpływa na decyzję o zastosowaniu odpowiedniej terapii.

 „Już sama informacja, że mamy do czynienia z którąś z tych chorób ma istotne znaczenie, bo pacjent będzie się izolował. Powinien dostać takie zalecenie. Po drugie jeśli ma tego rodzaju infekcję wirusową to antybiotyku nie włącza się” – przypomniała lekarka.

Zaznaczyła, że wykonywanie testów nie tylko pozwala postawić trafniejszą diagnozę, ale także jest argumentem w rozmowie z pacjentem, który „domaga się antybiotyku”.

„Testy dają nam potwierdzenie naszych słów. Wypisywanie antybiotyków na wszelki wypadek, na zapas jest działaniem nie tyle niepotrzebnym, co szkodliwym” – podsumowała.

Źródło: Serwis Zdrowie

Naukowcy z Finlandii wykazali, że niektóre szczepy bakterii Desulfovibrio mogą być prawdopodobną przyczyną rozwoju choroby Parkinsona. Jeśli odkrycie się potwierdzi, będzie można opracować badania screeningowe nosicieli szczepów Desulfovibrio i stworzyć mechanizmy pozwalające na usunięcie tych bakterii z jelit. Typowane są do tego wirusy oraz modele postępowania żywieniowego.

Już wcześniej wśród badaczy pojawiały się głosy o istnieniu toksyny lub bakterii wytwarzającej toksyny, które prowadzą do rozwoju choroby, przy czym w początkowym okresie, nawet przez pierwszych 10 lat, objawia się ona przewlekłymi zaparciami, a dopiero później, gdy mózg jest już uszkodzony, pojawiają się zaburzenia układu ruchu. Logiczne zatem było podjęcie badań nad wpływem omawianych bakterii na agregację alfa-synukleiny – wyjaśnia w komentarzu dla agencji Newseria Innowacje Per Saris, profesor mikrobiologii z Katedry Mikrobiologii na Wydziale Rolnictwa i Leśnictwa Uniwersytetu Helsińskiego.

Celem fińskiej grupy badawczej było zbadanie, czy wykryte u pacjentów szczepy bakterii Desulfovibrio mogą być czynnikiem indukującym chorobę Parkinsona. W ramach badania pobrano próbki kału 10 pacjentów z chorobą Parkinsona i ich zdrowych współmałżonków. Po wykryciu bakterii przeprowadzono ich izolację. Wyizolowane szczepy Desulfovibrio zastosowano jako pokarm do karmienia nicieni Caenorhabditis elegans, które posłużyły za organizmy modelowe. Okazało się, że szczepy rzeczywiście powodują istotną agregację białka alfa-synukleiny, a to ono determinuje powstawanie m.in. choroby Parkinsona. Naukowcy odkryli też, że te same szczepy, wyizolowane od zdrowych osób, nie powodują agregacji alfa-synukleiny w takim samym stopniu.

Obecnie możemy więc powiedzieć, że bakterie te znajdują się na czele listy czynników podejrzanych o inicjowanie rozwoju choroby Parkinsona – wskazuje prof. Per Saris. – Występują one powszechnie w glebie, wodzie i odchodach zwierząt. Wszyscy mamy z nimi styczność poprzez jedzenie, picie i kontakt z otoczeniem. Ich metabolizm charakteryzuje się tym, że jego produktem jest siarkowodór. Bakterie te mogą wpływać na wytwarzanie magnetytu, a istotnym czynnikiem są również ich dehydrogenazy.

Jak podkreślają naukowcy, wskutek stanu zapalnego spada skuteczność organizmu do neutralizowania siarkowodoru, co może wpływać na rozwój choroby Parkinsona u nosicieli bakterii. Znaczenie mogą mieć też cząsteczki greigitu lub supermagnetyczne cząsteczki, również produkowane przez bakterie Desulfovibrio, a także lipopolisacharydy tych bakterii, które wywołują stan zapalny.

Nie można wykluczyć też innych czynników. Potrzebne są kolejne badania – podkreśla naukowiec z Uniwersytetu Helsińskiego. – Wyniki naszych prac mogą wskazywać na potrzebę badań przesiewowych w kierunku obecności dużych populacji bakterii Desulfovibrio. U pacjentów, u których stwierdzono ten problem, można by wówczas wdrażać leczenie eradykacyjne, aby zapobiec wystąpieniu choroby Parkinsona albo spowolnić jej postęp. Jak dotąd jednak nie ma żadnych badań na temat skuteczności tych rozwiązań. Mamy nadzieję, że nasze prace będą stanowić bodziec do dalszych badań.

Badacze z Uniwersytetu Helsińskiego, aby potwierdzić słuszność swojego odkrycia, prowadzą obecnie eksperymenty na myszach, które są bardziej zbliżone genetycznie do człowieka niż nicienie. Na podstawie badań mutacji i porównania genomu starają się ustalić mechanizm inicjowania choroby przez bakterie Desulfovibrio. Poszukują również wirusów, które je zabijają, a także bakterii i pokarmów działających na nie hamująco.  

źródło: newseria

Naukowcy z Politechniki Gdańskiej pracują nad innowacyjną technologią wykrywania SARS-CoV-2 i innych wirusów typu grypa w ściekach. Dzięki prostemu i taniemu rozwiązaniu można znacznie podnieść bezpieczeństwo takich instytucji jak szkoły, przedszkola czy domy opieki. Projekt uzyskał finansowanie w wysokości prawie 800 tys. zł. w ramach programu MEiN „Nauka dla Społeczeństwa”. 
Analiza ścieków ma potencjał do monitorowania w czasie rzeczywistym tzw. dobrostanu społecznego. Opiera się na założeniu, że substancje i mikroorganizmy, która są wydalane przez organizm ludzki, można identyfikować oraz analizować, a ich zmiany jakościowe i ilościowe to niezwykle użyteczne narzędzie m.in. do detekcji chorób społecznych czy zakaźnych. W przypadku badań epidemiologicznych, analiza oparta na ściekach nabiera szczególnego znaczenia, ponieważ zasoby diagnostyki klinicznej są zazwyczaj ograniczone (np. poprzez brak możliwości lub przychylności do wykonania powszechnych testów) a systemy raportowania mogą być nieefektywne (np. w wyniku bezobjawowego lub nieswoistego przebiegu choroby, które nie są rejestrowane).

Zespół naukowców pod kierownictwem prof. Małgorzaty Szczerskiej z Wydziału Elektroniki, Telekomunikacji i Informatyki prowadzi badania nad zastosowaniem biosensora do wykrywania wirusów lub ich elementów – ultraszybkiego narzędzia diagnostycznego wykorzystującego światłowody telekomunikacyjne.

 
–  W tradycyjnym badaniu na obecność wirusa w ściekach, potrzebne jest zaangażowanie wykfalifikowanego personelu i skomplikowanej aparatury laboratoryjnej. Są pobierane próbki, zawożone do specjalistycznego laboratorium i tam poddawane badaniu i ocenie specjalistów. To niezbędne, aczkolwiek kosztowne i czasochłonne rozwiązanie – tłumaczy prof. Małgorzata Szczerska.

 – Dzięki aplikacji biosensorów w sieciach światłowodowych mamy możliwość monitorowania ścieków przez cały czas, w czasie rzeczywistym. Nasze rozwiązanie jest nieporównywalnie tańsze i ekologiczne, nie wymaga dodatkowych odczynników, nadmiernego zużycia energii ani pracy fachowców. Wpisuje się więc w strategię zielonych technologii – podkreśla dr inż. Paweł Wityk z Wydziału Chemicznego.

System zaalarmuje błyskawicznie
Główną ideą i celem projektu jest zbudowanie łatwego w obsłudze i ekonomicznego systemu wczesnego ostrzegania.

– Jeżeli widzimy, że w węźle sanitarnym szkoły, przedszkola, domu opieki, hospicjum czy innej jednostki, pokazują się cząsteczki koronawirusa, wirusa grypy lub przeciwciała z nimi związane czy niestety coraz bardziej rozprzestrzeniającej się odry, to możemy podjąć działania profilaktyczne w ognisku zakażenia i zapobiec jego rozprzestrzenianiu się. Dzięki temu działamy skutecznie i na poziomie lokalnym. Nie ma zatem potrzeby izolować większej grupy osób, zamykać całej dzielnicy czy miasta.

Dodatkowo osoba, czy zespół osób, który czuwa nad bezpieczeństwem danej jednostki, nie musi umieć analizować danych, które są zbierane przez biosensory. Specjalna aplikacja, którą będzie można zainstalować na komputerze czy urządzeniu mobilnym, powiadomi użytkowników o stanie alarmowym.

– Prowadzimy już zaawansowane rozmowy z ośrodkami edukacji czy opieki, które są zainteresowane naszym rozwiązaniem – podkreśla naukowczyni.

Walor edukacyjny
W projekcie planowane są warsztaty i spotkania informacyjne z przedstawicielami grup docelowych (np. placówek oświatowych) oraz udział w międzynarodowych konferencjach naukowych mające na celu zwiększanie świadomości społecznej w obszarze realizacji celów zrównoważonego rozwoju. Podczas spotkań przeprowadzone zostaną badania na ile wprowadzenie i dostępność opracowanych czujników wpływa na poczucie bezpieczeństwa w czasie pandemii. Analizowany będzie również aspekt zwiększenia efektywności pracy oraz ograniczenie stygmatyzacji osób, mylnie postrzeganych jako zakażone ze względu na przewlekłe choroby układu oddechowego czy alergie. 

W skład interdyscyplinarnego zespołu projektowego wchodzą przedstawiciele 5 wydziałów PG: Wydziału Elektroniki, Telekomunikacji i Informatyki: dr hab inż. Małgorzata Szczerska prof. PG -kierownik projektu, dr inż. Paulina Listewnik, Wydziału Inżynierii Lądowej i Środowiska: dr hab. inż. Sylwia Fudala-Książek, prof. PG, dr hab. inż. Aneta Łuczkiewicz, prof. PG, dr inż. Małgorzata Szopińska Wydziału Fizyki Technicznej i Matematyki Stosowanej: prof. dr hab. Grzegorz Graff, dr hab. Paweł Pilarczyk, prof. PG, Wydziału Chemii: dr inż. Paweł Wityk oraz Wydziału Zarządzania i Ekonomii: dr hab. Małgorzata Gawrycka, prof. PG, dr Michał Tomczak i mgr Alina Guzik.

źrodło: Politechnika Gdańska

Naukowcy z Politechniki Gdańskiej pracują nad innowacyjną technologią wykrywania SARS-CoV-2 i innych wirusów typu grypa w ściekach. Dzięki prostemu i taniemu rozwiązaniu można znacznie podnieść bezpieczeństwo takich instytucji jak szkoły, przedszkola czy domy opieki. Projekt uzyskał finansowanie w wysokości prawie 800 tys. zł. w ramach programu MEiN „Nauka dla Społeczeństwa”. 
Analiza ścieków ma potencjał do monitorowania w czasie rzeczywistym tzw. dobrostanu społecznego. Opiera się na założeniu, że substancje i mikroorganizmy, która są wydalane przez organizm ludzki, można identyfikować oraz analizować, a ich zmiany jakościowe i ilościowe to niezwykle użyteczne narzędzie m.in. do detekcji chorób społecznych czy zakaźnych. W przypadku badań epidemiologicznych, analiza oparta na ściekach nabiera szczególnego znaczenia, ponieważ zasoby diagnostyki klinicznej są zazwyczaj ograniczone (np. poprzez brak możliwości lub przychylności do wykonania powszechnych testów) a systemy raportowania mogą być nieefektywne (np. w wyniku bezobjawowego lub nieswoistego przebiegu choroby, które nie są rejestrowane).

Zespół naukowców pod kierownictwem prof. Małgorzaty Szczerskiej z Wydziału Elektroniki, Telekomunikacji i Informatyki prowadzi badania nad zastosowaniem biosensora do wykrywania wirusów lub ich elementów – ultraszybkiego narzędzia diagnostycznego wykorzystującego światłowody telekomunikacyjne.

 
–  W tradycyjnym badaniu na obecność wirusa w ściekach, potrzebne jest zaangażowanie wykfalifikowanego personelu i skomplikowanej aparatury laboratoryjnej. Są pobierane próbki, zawożone do specjalistycznego laboratorium i tam poddawane badaniu i ocenie specjalistów. To niezbędne, aczkolwiek kosztowne i czasochłonne rozwiązanie – tłumaczy prof. Małgorzata Szczerska.

 – Dzięki aplikacji biosensorów w sieciach światłowodowych mamy możliwość monitorowania ścieków przez cały czas, w czasie rzeczywistym. Nasze rozwiązanie jest nieporównywalnie tańsze i ekologiczne, nie wymaga dodatkowych odczynników, nadmiernego zużycia energii ani pracy fachowców. Wpisuje się więc w strategię zielonych technologii – podkreśla dr inż. Paweł Wityk z Wydziału Chemicznego.

System zaalarmuje błyskawicznie
Główną ideą i celem projektu jest zbudowanie łatwego w obsłudze i ekonomicznego systemu wczesnego ostrzegania.

– Jeżeli widzimy, że w węźle sanitarnym szkoły, przedszkola, domu opieki, hospicjum czy innej jednostki, pokazują się cząsteczki koronawirusa, wirusa grypy lub przeciwciała z nimi związane czy niestety coraz bardziej rozprzestrzeniającej się odry, to możemy podjąć działania profilaktyczne w ognisku zakażenia i zapobiec jego rozprzestrzenianiu się. Dzięki temu działamy skutecznie i na poziomie lokalnym. Nie ma zatem potrzeby izolować większej grupy osób, zamykać całej dzielnicy czy miasta.

Dodatkowo osoba, czy zespół osób, który czuwa nad bezpieczeństwem danej jednostki, nie musi umieć analizować danych, które są zbierane przez biosensory. Specjalna aplikacja, którą będzie można zainstalować na komputerze czy urządzeniu mobilnym, powiadomi użytkowników o stanie alarmowym.

– Prowadzimy już zaawansowane rozmowy z ośrodkami edukacji czy opieki, które są zainteresowane naszym rozwiązaniem – podkreśla naukowczyni.

Walor edukacyjny
W projekcie planowane są warsztaty i spotkania informacyjne z przedstawicielami grup docelowych (np. placówek oświatowych) oraz udział w międzynarodowych konferencjach naukowych mające na celu zwiększanie świadomości społecznej w obszarze realizacji celów zrównoważonego rozwoju. Podczas spotkań przeprowadzone zostaną badania na ile wprowadzenie i dostępność opracowanych czujników wpływa na poczucie bezpieczeństwa w czasie pandemii. Analizowany będzie również aspekt zwiększenia efektywności pracy oraz ograniczenie stygmatyzacji osób, mylnie postrzeganych jako zakażone ze względu na przewlekłe choroby układu oddechowego czy alergie. 

W skład interdyscyplinarnego zespołu projektowego wchodzą przedstawiciele 5 wydziałów PG: Wydziału Elektroniki, Telekomunikacji i Informatyki: dr hab inż. Małgorzata Szczerska prof. PG -kierownik projektu, dr inż. Paulina Listewnik, Wydziału Inżynierii Lądowej i Środowiska: dr hab. inż. Sylwia Fudala-Książek, prof. PG, dr hab. inż. Aneta Łuczkiewicz, prof. PG, dr inż. Małgorzata Szopińska Wydziału Fizyki Technicznej i Matematyki Stosowanej: prof. dr hab. Grzegorz Graff, dr hab. Paweł Pilarczyk, prof. PG, Wydziału Chemii: dr inż. Paweł Wityk oraz Wydziału Zarządzania i Ekonomii: dr hab. Małgorzata Gawrycka, prof. PG, dr Michał Tomczak i mgr Alina Guzik.

źrodło: Politechnika Gdańska

Nieleczone lub tzw. przechodzone infekcje wirusowe i bakteryjne to poważne zagrożenie dla serca. Dowiedz się, dlaczego lepiej ich nie bagatelizować i w jaki sposób można się chronić przed powikłaniami po banalnej nawet chorobie wywołanej przez wirusy czy bakterie.
Serce człowieka w ciągu przeciętnie trwającego życia wykonuje około 2,5 miliarda uderzeń i przepompowuje około 170 mln litrów krwi.

„Żaden inny narząd nie jest tak pracowity. Jak żaden inny narząd serce musi współdziałać z innymi – dopiero to daje możliwość normalnego funkcjonowania całego organizmu. To oznacza, że jeśli je zaniedbamy, musimy liczyć się z bardzo poważnymi konsekwencjami nie tylko dla niego samego, ale także dla całego organizmu” – ostrzega kardiolog prof. dr hab. n. med. Aleksander Goch. 

Nie jest tajemnicą, że są powikłania infekcyjne, które odbijają się na stanie serca. Jednym z nich jest zapalenie mięśnia sercowego, które – na szczęście – najczęściej ustępuje samo, bez leczenia. Aby tak się stało, konieczne jest spowolnienie tempa życia – odpoczynek, ograniczenie aktywności fizycznej, powstrzymanie się od picia alkoholu. Czasem lekarz zaleci niesteroidowe leki przeciwzapalne. Zdarza się jednak, że zapalenie mięśnia sercowego jest na tyle poważne, że wymaga hospitalizacji.

„Temat infekcji zapalnych mięśnia sercowego dzisiaj jest bardzo częsty poruszanym tematem z uwagi na COVID 19, ale musimy mieć świadomość, że nie tylko covid może powodować kłopoty dla naszego serca. Częstą przyczyną są powikłania pogrypowe, anginy i wszystkie stany zapalne naszego organizmu  – praktycznie każda infekcja o charakterze wirusowym, bakteryjnym, czy  grzybiczym może skończyć się dla naszego serca bardzo niekorzystnym powikłaniem” – ostrzega specjalista. 

Zapalenie mięśnia sercowego może skończyć się niewydolnością serca, która prowadzi do trwałego kalectwa, dlatego tak istotna jest profilaktyka zakażeń oraz szczepienia ochronne (np. przeciwko grypie).

Infekcja a powikłania w sercu

Kardiologiczne konsekwencje infekcji

W przebiegu infekcji może dojść do następujących powikłań:

Kiedy można podejrzewać powikłania kardiologiczne

Istotnym sygnałem jest męczliwość – tzw. zmniejszenie tolerancji wysiłku fizycznego, czyli np. zadyszka przy czynnościach, która przed infekcją nie miała miejsca na takim etapie ich wykonywania. Może się pojawiać „krótki oddech”, duszność, kaszel i podwyższona temperatura ciała. Pacjenci są osłabieni, doświadczają też bólów zamostkowych i kołatania serca. W łagodnie przebiegającym zapaleniu mięśnia sercowego objawy mogą nie występować.

Tym bardziej należy wziąć sobie (nomen omen) do serca zalecenie lekarza, by po przebyciu infekcji wirusowej czy bakteryjnej  dać sobie czas na rekonwalescencję – nie podejmować zbytniego wysiłku fizycznego, prowadzić oszczędzający tryb życia. W razie wystąpienia objawów lepiej zgłosić się do lekarza – prawdopodobnie zleci wówczas dodatkowe badania, takie jak echo serca i EKG. W przebiegu ostrego zapalenia mięśnia sercowego wykonywana jest jego biopsja.

Objawy zapalenia mięśnia sercowego zależą od przyczyny choroby, nasilenia zajęcia mięśnia sercowego oraz od współwystępowania zakażenia.

Pamiętaj!

Najczęściej powikłania infekcyjne zdarzają się u osób starszych, po 65. roku życia oraz osoby z innymi chorobami współistniejącymi, przede wszystkim cukrzycą, chorobą wieńcową, nadciśnieniem tętniczym, chorobami krwi, po zawale oraz przewlekle leczone z powodu chorób o podłożu autoimmunologicznym, przyjmujące leki obniżające odporność. U tych osób konieczne jest natychmiastowe wdrożenie terapii i opieka lekarza specjalisty. 

Kardiologiczne powikłania relatywnie częste są także u zupełnie zdrowych, młodych osób, dlatego nie powinny lekceważyć infekcji niezależnie od czynnika je wywołującego.

Źródło: Serwis Zdrowie