Medicalpress
600 mieszkańców województwa opolskiego skorzystało w pierwszym roku realizacji programu badań medycznych „WygrajMY z miażdżycą” w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Opolu. Program jest elementem 5-letniego projektu naukowego „Profilaktyczna interwencja sercowo-naczyniowa w prewencji wielochorobowości (CV-IMP)”, którego celem jest zapobieganie rozwojowi chorób sercowo-naczyniowych w Polsce.
– Zbliżamy się do półmetka naszych badań, na które zaprosiliśmy dotychczas 600 z zaplanowanych 1500 mieszkańców województwa opolskiego z rozpoznaną miażdżycą. Sprawdzamy, czy ta miażdżyca rozwija się wielołożyskowo (w naczyniach krwionośnych w sercu, tętnicach kończyn dolnych, ośrodkowym układzie nerwowym). Wykonujemy u tych osób badania laboratoryjne, obrazowe (rezonans głowy i serca, tomografię serca i kończyn, usg) i inne (EKG, wskaźnik kostka-ramię, badanie dna oka, skład ciała). Omawiamy wyniki, zalecamy dalsze leczenie, żeby uczestnicy byli zaopiekowani pod kątem ryzyka sercowo-naczyniowego i miażdżycy – informuje kardiolog prof. Marek Gierlotka, główny badacz projektu naukowego „Profilaktyczna interwencja sercowo-naczyniowa w prewencji wielochorobowości (CV-IMP)”. 

 żródło: USK w Opolu

Projekt realizowany jest przez Uniwersytecki Szpital Kliniczny w Opolu wspólnie z konsorcjantami: Uniwersytetem Opolskim, Polskim Towarzystwem Lipidologicznym i pacjencką Fundacją „To się leczy”, a finansowany z grantu z budżetu państwa pozyskanego w konkursie Agencji Badań Medycznych (18 mln zł). 

Od roku w Centrum Naukowo-Badawczym USK w Opolu każdego tygodnia pojawiają się dziesiątki pacjentów. Każdy z nich zostanie zaproszony ponownie po 3 latach na badania kontrolne. – Mamy już pierwsze doraźne efekty tego programu, bo uczestnicy otrzymują kompleksową specjalistyczną diagnostykę i propozycje optymalnego leczenia. Wiemy, że u części z nich ujawniono cukrzycę czy nadciśnienie, które wymagają leczenia, a ok. 20 osób w sytuacjach zagrażających zdrowiu zostało pilnie przekierowanych do szpitala– komentuje Marek Kustosz, prezes Fundacji To się leczy. – Już teraz możemy powiedzieć, że z takiego programu powinni móc korzystać wszyscy pacjenci w Polsce. 

– Badanie wielochorobowości miażdżycowej dotyczy rozpowszechnienia chorób sercowo-naczyniowych, będących najczęstszymi przyczynami zgonów. Wyniki tego projektu posłużą nam do skonstruowania modelu lepszej opieki nad pacjentami z chorobami serca, chorobami mózgu oraz chorobami naczyń obwodowych właśnie na tle miażdżycy – wyjaśnia specjalista medycyny rodzinnej dr hab. n. med. Jacek Jóźwiak, prof. Uniwersytetu Opolskiego, badacz w projekcie, członek zarządu Polskiego Towarzystwa Lipidologicznego. 

Dyrektor ds. lecznictwa USK w Opolu dr n. med. Piotr Feusette zauważa, że w program zaangażowany jest wielu specjalistów z różnych dziedzin medycyny (kardiolodzy, chirurdzy naczyniowi, interniści, neurolodzy, radiolodzy, diagności laboratoryjni, pielęgniarki oraz wolontariusze zrekrutowani spośród studentów kierunku lekarskiego Uniwersytetu Opolskiego), ale także koordynatorzy badań klinicznych, statystycy, zajmujący się gromadzeniem i analizą danych. – Cały ten zespół pracuje z pacjentami oraz nad opracowaniem wyników tych badań, które są niezwykle ważne jeśli chodzi o prewencję i diagnostykę miażdżycy w Polsce – wskazuje dyrektor Feusette. – Jesteśmy dumni, że Opole akcentuje swoją obecność na polskiej mapie badań medycznych i oferuje mieszkańcom dostęp do nowoczesnej diagnostyki i leczenia. 

– To projekt ważny dla rozwoju dydaktyki opartej o jakościowe badania naukowe. Projekt interdyscyplinarny, więc jestem przekonany, że w najbliższych latach będzie podstawą do niejednego doktoratu i habilitacji. Istotne jest także oddziaływanie tego projektu na poprawę jakości życia społeczeństwa – ocenił prorektor Uniwersytetu Opolskiego ds. nauki dr hab. Daniel Pietrek, prof. UO.

 
źródło: USK w Opolu
Wielochorobowość dotyka coraz większą część społeczeństwa i staje się jednym z kluczowych wyzwań dla polskiego systemu ochrony zdrowia. Podczas ostatniego posiedzenia sejmowej Podkomisji Stałej ds. Organizacji Ochrony Zdrowia omówiono konieczność usprawnienia opieki nad pacjentami z wieloma chorobami przewlekłymi. W imieniu środowiska pacjentów głos zabrała Prezes Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków, Monika Kaczmarek, apelując o skuteczne wdrożenie koordynowanej opieki zdrowotnej w ramach Podstawowej Opieki Zdrowotnej (POZ).

Według szacunków blisko 15 milionów obywateli Polski ma nadwagę, 4 miliony Polaków cierpi na otyłość, 3 miliony choruje na cukrzycę, u kolejnych 3 milionów występuje zespół metaboliczny. Ponad 2 miliony Polaków cierpi na chorobę niedokrwienną serca, a niewydolność serca dotyka ponad milion chorych. Przewlekła choroba nerek to 4 miliony chorych. Jedna choroba przyczynia się do rozwoju kolejnej, ponieważ są ze sobą powiązane i wzajemnie się napędzają.

Powszechność tych zjawisk oraz ciężar powikłań zaawansowanej choroby jest jednym z najpoważniejszych wyzwań dla systemu ochrony zdrowia już dzisiaj, a zmiany demograficzne będą się pogłębiać. Jak przekazał obecny na posiedzeniu dyrektor Departamentu Lecznictwa w Ministerstwie Zdrowia – w Polsce wielochorobowość dotyczy 70,9% osób w wieku 55-59 lat, 88,4% w wieku 65-79 lat oraz 83,9% w wieku 80+. W związku ze skalą problemu, wprowadzono systemowe rozwiązania mające usprawnić opiekę nad chorymi.

Systemowe rozwiązania – czy są wystarczające?

Od lipca 2023 r. wprowadzono dodatek za opiekę nad pacjentami z wielochorobowością w POZ. Stawka rośnie w zależności od liczby współistniejących schorzeń z zakresu kardiologii, diabetologii, nefrologii, pulmonologii i endokrynologii. Warunkiem uzyskania dodatku jest prowadzenie pacjenta głównie w POZ, bez przekazywania leczenia do ambulatoryjnej opieki specjalistycznej.

Jednak – jak podkreślano podczas debaty – brakuje danych dotyczących efektywności tych działań, a opieka koordynowana w wielu miejscach funkcjonuje wyłącznie w ograniczonym zakresie.
Głos ekspertów i pacjentów

Krzysztof Zdobylak (Naczelna Izba Lekarska) i Magdalena Władysiuk (HTA Consulting) wskazywali na potrzebę:
Prezes Monika Kaczmarek, reprezentując Polskie Stowarzyszenie Diabetyków oraz organizacje „EcoSerce” i „Moje Nerki”, zwracała uwagę na braki sprzętowe, kadrowe oraz ograniczony dostęp do specjalistów w mniejszych miejscowościach.
Wyniki ankiety PSD

Badanie przeprowadzone wśród pacjentów diabetologicznych ujawniło, że:

Apel pacjentów

W związku z sytuacją, organizacje pacjentów wystosowały pismo do parlamentarzystów, apelując o:

Jak podkreśliła Prezes Monika Kaczmarek – szybka diagnostyka, dostępność lekarzy i kompleksowe podejście to klucz do poprawy zdrowia publicznego i zmniejszenia obciążenia systemu ochrony zdrowia w przyszłości.

Źródło: diabetyk.org.pl

Pacjent z niedoborami odporności powstałymi wskutek choroby albo jej leczenia jest szczególnie podatny na infekcje. Dlatego tym bardziej powinien się chronić szczepieniami przed kolejną chorobą – tym razem zakaźną. Niestety, w tej kwestii panują szkodliwe mity. Owszem, u chorych przewlekle po szczepieniu odpowiedź immunologiczna może być słabsza niż u zdrowych osób, ale szczepionka na pewno nie zaszkodzi.
Zazwyczaj szczepienia kojarzymy z dziećmi. I one faktycznie potrzebują ochrony przed chorobami zakaźnymi. Ale są jeszcze dwie populacje szczególnie wymagające troski o odporność – to osoby starzejące się i osoby chorujące na choroby przewlekłe.
Przy czym, jak podkreślał w czasie w konferencji „Immunoniekompetentni – szczepienia dla osób z obniżoną odpornością” z cyklu „Ze szczepień się nie wyrasta”, prof. Jacek Wysocki prezes Polskiego Towarzystwa Wakcynologii, kierownik katedry Profilaktyki Zdrowotnej na Uniwersytecie Medycznym Karola Marcinkowskiego w Poznaniu, osoby starzejące się są akurat w Polsce najlepiej wyszczepioną grupą społeczną. Gdy jedynie 4-5 proc. społeczeństwa szczepi się przeciwko grypie, wśród seniorów jest to 24 proc. Seniorzy są bowiem świadomi swojego wieku i stanu zdrowia.

Kogo szczególnie chronić przed infekcjami?

„Szczególnie chronić przed chorobami zakaźnymi trzeba osoby cierpiące na wielochorobowość: nadciśnienie tętnicze, cukrzycę, otyłość. Weźmy przykład pneumokoków: w przypadku dzieci do 5. roku życia śmiertelność wynosi 5-6 proc., w przypadku osób w wieku 65 plus śmiertelność wynosi  ponad 50 proc. Tworzymy właśnie kalendarz szczepień dla dorosłych. Uważam, że szczepienie nie powinno być przymusem. Nie straszmy, nie nakazujmy, proponujmy. Dajmy dorosłym ludziom szansę” – mówił prof. Jacek Wysocki.

Ekspert uważa, że szczepienie powinien doradzić lekarz rodzinny. 

„Często słyszę, jak kobiety ciężarne zachęcane do szczepienia przeciwko grypie, mówią: >>Jeśli zgodzi się mój ginekolog, przyjmę szczepionkę<<. Czyli dla pacjentów zaczyna być ważny głos specjalistów. A ci zachęcają do szczepień. Paradoksalnie czasami za niechęcią do szczepień tkwi głęboka wiara w moc medycyny: >>Co ja będę się szczepił, skoro leczenie zapalenia płuc jest dziś proste?<<. Słyszę też czasem: >>Panie doktorze, ja to jestem za słaby na szczepienie<<. No właśnie, skoro jesteś słaby, zaszczep się dla swojego dobra. Wielu pacjentów w sposób nieuzasadniony wierzy, że półpasiec akurat oni przejdą łagodnie, że zapalenie płuc to pestka” – mówi prof. Wysocki.

Wakcynolog zwraca uwagę na problem z dokumentacją szczepień. Jej dobre prowadzenie jest szczególnie ważne w przypadku szczepień przypominających. Np. pacjenci z nagłym urazem nie pamiętają, kiedy byli ostatnio szczepieni przeciwko tężcowi. A informacja o tym szczepieniu powinna być w dokumentacji. Podobnie jest ze szczepieniami przeciwko wirusowemu zapaleniu wątroby typu B – pacjenci czasem nawet nie pamiętają, czy w ogóle byli szczepieni.
Eksperci zgromadzeni w czasie konferencji „Immunoniekompetentni – szczepienia dla osób z obniżoną odpornością” nie negują możliwości wystąpienia niepożądanych odczynów poszczepiennych – one mogą się zdarzyć. Ale we współczesnej wakcynologii zawsze jest wyważone ryzyko i korzyści ze szczepień. Poza tym szczepionki są bardzo dobrze przebadane, na dużych populacjach.
Z obniżoną odpornością zmagają się pacjenci z HIV. Obecnie w Polsce osiem osób dziennie dowiaduje się o zakażeniu HIV. Inną grupą szczególnie zagrożoną są także pacjenci po przeszczepieniach narządów i tkanek. Dla nich został stworzony specjalny kalendarz szczepień. Wielu z nich przejawiało i przejawia lęk przed szczepieniem.
Szczepień obawiają się także niektórzy pacjenci dermatologiczni, szczególnie ci cierpiący na pokrzywkę czy na atopowe zapalenie skory. Takich pacjentów trzeba edukować, że szczepienia chronią, a nie wywołują objawy choroby.
Jak szczepią się sami lekarze? Rożnie to bywa, zależy od środowiska. Prof. Wysocki, szacuje, że to zróżnicowanie jest od 30 do 90 proc. Np. chirurdzy bardzo bali się zakażenia WZW typu B i byli doskonale wyszczepieni. Bardzo wzrosła świadomość szczepień wśród onkologów.

 „Planujemy, żeby w takcie stażu lekarskiego każdy przeszedł siedmiogodzinny, szybki kurs szczepień. Żeby ludzie chcieli się szczepić, szczepienie musi być dla nich proste i tanie. Nie może być tak, że czekają w kolejkach, mają kłopot z przechowaniem preparatu. Dobrze, że teraz przeciwko grypie można zaszczepić się w aptece” – podkreśla prof. Jacek Wysocki.

Pacjenci hematoonkologiczni i z chorobami płuc szczególna grupa ryzyka
Prof. Iwona Hus, kierownik Kliniki Hematologii w Państwowym Instytucie Medycznym MSWiA, przypomina, że leki leczące nowotwory układu chłonnego, szpiczaka czy białaczkę niszczą nie tylko komórki rakowe, lecz także komórki zdrowe.

„Pandemia wyjątkowo zaktywizowała ruchy antyszczepionkowe, ale to właśnie wtedy pacjenci hematoonkologiczni byli najlepiej wyszczepioną grupą przeciwko covid. Ryzyko rozwoju choroby pneumokokowej u osoby chorującej na szpiczaka jest 60 razy wyższe niż u osoby zdrowej. Dotychczas  pokutowało stwierdzenie: >>Jak pacjent ma zaburzenia odporności, lepiej go nie szczepić<<. Tymczasem chorych onkologicznie, reumatologicznie najlepiej szczepić, ale w czasie gdy akurat nie są leczeni. Albo jeszcze przed leczeniem” – zaleca prof. Hus.

„Dla osób cierpiących na astmę, mających zwłóknienia płuc, szczepienia są zbawieniem. Śmiało można powiedzieć, że ratują im życie. Aż 30 proc. pacjentów z przewlekłą obturacyjną chorobą płuc (POChP), nie przeżywa roku, gdy złapią infekcję. Ważne dla nich są szczepienia przeciwko RSV, krztuścowi, półpaścowi. Oni i tak mają ograniczoną wydolność płuc. Nie mogą sobie pozwolić na jeszcze mniejszą” – tłumaczy dr Piotr Dąbrowiecki, przewodniczący Polskiej Federacji Stowarzyszeń Chorych na Astmę, Alergię i POChP z Kliniki Chorób Wewnętrznych, Infekcyjnych i Alergologii Wojskowego Instytut Medycznego- Państwowego Instytutu Badawczego w Warszawie.

Dlaczego ludzie boją się szczepień?
Justyna Pronobis- Szczylik, psycholog kliniczny, psychoterapeuta, psychoonkolog, superwizor psychoonkologii, podkreśla, że lęk to manifestacja mechanizmów obronnych, choćby one były zagrożeniem dla chorego. „Nie poddam się szczepieniu, choć wiem, że ta decyzja o 50 proc. zwiększy ryzyko mojej śmierci”.

„Jednym ze sposobów pracy z lękiem jest psychoterapia. Zawsze zaczynam od pytania: >>Co pana/ panią sprowadza, jaki wewnętrzny problem?<<. Gdy padnie odpowiedź, zajmuję się psychodiagnozą, śledzę przejawy lęku w ciele. One są nie tylko na poziomie mięśni prążkowanych i gładkich. Manifestują się w postaci zakłócenia percepcji, zakłóceń poznawczych. Pacjenci mówią: >>Jakiś jestem dzisiaj zakręcony<<” – opowiada Justyna Pronobis-Szczylik.

Jej zdaniem lęk przed szczepieniem to także nieuświadomione przekonania związane ze stylem przywiązania wyniesionym z domu rodzinnego. Osoba z bezpiecznym stylem przywiązania – zaszczepi się, osoba z lękowym stylem – nie zaszczepi się.
Depresja obniża odporność, ponieważ łączy się lękiem, a lęk obniża funkcje układu odpornościowego. 

„Każda choroba to nieustające doświadczenie utraty: zdrowia, funkcjonowania społecznego itp. Lęk towarzyszy choremu przez cały proces chorobowy i leczenia. W depresji lęk jest wynikiem patologicznych mechanizmów obronnych. Chory bez przerwy dokonuje na siebie ataków – złość, wściekłość przekierowuje na siebie. W wyniku tego czuje się gorzej. Jego układ odpornościowy obniża swoje funkcjonowanie. Jako pacjent jest więc dodatkowo „karany” przez atak autoagresywnych mechanizmów obronnych. Ważne, aby osobie zmagającej się z depresją uświadomić, na kogo tak naprawdę złości się, kierując złość do siebie” – mówi Justyna Pronobis-Szczylik.

Źródło informacji: PAP MediaRoom
Powikłania rozmaitych chorób cywilizacyjnych dotykają zwłaszcza osoby starsze, po 65. roku życia. Za pomocą nowoczesnych leków i szczepień można jednak skutecznie z nimi walczyć. Takie wnioski płyną z debaty „Zatrzymać efekt domina. Jak nie dopuścić do powikłań chorób cywilizacyjnych”, zorganizowanej przez „Puls medycyny” w Centrum Prasowym PAP.

 

Osoby starsze, po 65. roku życia są szczególnie dotknięte ryzykiem wystąpienia poważnej choroby. Często jedno schorzenie sprawia, że pojawiają się kolejne. Mamy wtedy do czynienia ze zjawiskiem tzw. wielochorobowości. Jest to duży i nadal rosnący problem polskiej populacji.

A na dodatek prognozy wskazują, że będzie to dynamicznie narastało w związku ze starzeniem się społeczeństwa. Powinniśmy przygotować cały system opieki zdrowotnej i społecznej na walkę z wielochorobowością – powiedział, otwierając debatę, prof. Piotr Jankowski, kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych i Gerontokardiologii w Szpitalu Klinicznym im prof. Orłowskiego w Warszawie.
Według profesora Jankowskiego system opieki zdrowotnej powinien być zoptymalizowany w zakresie leczenia wielochorobowości. Zwłaszcza że opieka nad chorymi może stanowić spore obciążenie dla ich rodzin, a nie wszyscy są przygotowani na taki wysiłek.

Jak wynika z danych OECD za 2022 r., wśród krajów rozwiniętych Polska jest na niechlubnym drugim miejscu pod względem odsetka pacjentów powyżej 65. roku życia, u których występują co najmniej dwie choroby przewlekłe. Schorzenia sercowo-naczyniowe są wśród nich na czołowym miejscu. Wiele z tych chorób powoduje powikłania, np. związane z nerkami czy niewydolnością serca.
Profil pacjenta z niewydolnością serca z zachowaną frakcją wyrzutową lewej komory bardzo pasuje do wielochorobowości. Bo jest to pacjent starszy, jego choroby współistniejące są zróżnicowane. Najczęściej są to: nadciśnienie tętnicze, zaburzenia lipidowe, przewlekła choroba nerek, otyłość, cukrzyca czy POCHP – mówiła prof. Małgorzata Lelonek, przewodnicząca Asocjacji Niewydolności Serca Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego. Jak podkreśliła, diagnostyka nie jest łatwa, bo objawy się na siebie nakładają. „Dlatego chory nie jest identyfikowany na czas jako chory z niewydolnością serca. I nie jest leczony – wskazała ekspertka.
W ostatnim czasie pojawiły się jednak leki, które pomagają w terapii niewydolności serca. „Mamy fantastyczną nową grupę leków, które działają wielokierunkowo. Myślę tu o flozynach. Zrewolucjonizowały nie tylko kardiologię, ale i leczenie chorych na nerki czy pacjentów diabetologicznych. Badania kliniczne potwierdzają ich efektywność. Redukują ryzyko hospitalizacji oraz zgonu z powodu sercowo-naczyniowego” – podkreśliła prof. Lelonek.

Z flozyn korzystają również nefrolodzy. „Dostaliśmy narzędzie, które nie tylko powstrzymuje postęp przewlekłej choroby nerek, ale i sprawia, że pacjenci żyją dłużej. Te leki to prawdziwy eliksir życia” – powiedział prof. Tomasz Hryszko, kierownik II Kliniki Nefrologii z Odziałem leczenia Nadciśnienia Tętniczego i Pododdziałem Dializoterapii Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.

W przypadku chorób nerek, jak i serca, flozyny są refundowane, dzięki temu duża grupa pacjentów może z nich skorzystać.
Czekamy jednak na wprowadzenie skoordynowanej opieki nefrologicznej lub zyskania przez lekarzy rodzinnych możliwości oznaczania albuminy. Ten parametr pozwala nam podjąć decyzje o podjęciu terapii nowymi lekami w ramach refundacji – tłumaczył prof. Hryszko.
Z kolei środowiska pacjenckie apelują, by flozyny trafiły na listę leków bezpłatnie wydawanych seniorom 75+, bo są to ludzie zagrożeni wielochorobowością, a dysponujący zazwyczaj ograniczonymi zasobami finansowymi.
Chcielibyśmy zwrócić uwagę, że osoby 75+ powinny mieć do nich lepszy dostęp. Starszym pacjentom trudno jest dostać się na dializę i mają różne choroby. Są biedni, ale chcą żyć. Przychodzą do nas i pytają, czy możemy pomóc im w zakupie tych leków. 50 zł na miesiąc to dla niektórych bardzo dużo pieniędzy – mówiła Dorota Ligęza, wiceprezeska Ogólnopolskiego Stowarzyszenia „Moje Nerki”.
Dużo zmienić w profilaktyce powikłań chorób cywilizacyjnych mogą również szczepienia, szczególnie jeśli chodzi o osoby starsze z wielochorobowością.
Pandemia SARS-CoV-2 uświadomiła wszystkim, że zakażenia są niebezpieczne, mimo że mamy antybiotyki czy leki przeciwwirusowe. Szczególnie dla grup ryzyka, bo u nich te zakażenia mogą przebiegać ciężej – przekonywał prof. Adam Antczak, kierownik Kliniki Pulmonologii Ogólnej i Onkologicznej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.
Wśród czynników zwiększających prawdopodobieństwo cięższego przebiegu zakażenia należy wymienić cukrzycę i otyłość, niewydolność serca czy POCHP. Część z wymienionych schorzeń można leczyć flozynami, ale szczepienia są równie ważne.

Jak wyjaśnia prof. Antczak, panel szczepień ochronnych u osób dorosłych obejmuje już 15 szczepień. Szczepionki np. przeciw grypie czy covid chronią przed ciężkimi zakażeniami.
Jeśli zastosujemy je u pacjentów z niewydolnością serca, będzie zdecydowanie mniej hospitalizacji, mniej zaostrzeń choroby. Co więcej, widzimy korzyści skumulowane. Jeśli ktoś regularnie szczepi się przeciw grypie, z roku na rok korzyść w postaci mniejszego ryzyka zaostrzenia, hospitalizacji czy zgonu się zwiększa. Warto to robić regularnie – podkreślił prof. Antczak.
Nowością w dziedzinie szczepień jest dopuszczony w tym roku preparat przeciw półpaścowi. Osoby z cukrzycą czy chorobami nerek są bardziej niż inne narażone na pojawienie się tego schorzenia. U małych dzieci wirus półpaśca wywołuje ospę wietrzną, natomiast u dorosłych może się uaktywnić ponownie, powodując liczne problemy neurologiczne w postaci zapalenia nerwów.
Kiedy po 50. roku życia nasz układ immunologiczny się starzeje, choroba się ujawnia. Oczywiście, wszystko zależy od tego, w jakiej lokalizacji. Jeżeli znajduje się ona w obszarze tułowia, dużego problemu nie ma” – tłumaczyła prof. Irena Walecka, kierownik Kliniki Dermatologii w Centralnym Szpitalu Klinicznym w Warszawie. Problemem jest ból półpaścowy, który jest odczuwany wiele tygodni po chorobie i najczęściej dotyczy osób powyżej 65. roku życia. „Nie mówiąc już o tym, że w przebiegu półpaśca można mieć zapalenie opon mózgowych, mózgu, rogówki czy nerwów czaszkowych. Lepiej jest więc się zaszczepić i tego uniknąć – powiedziała prof. Walecka.
Warto się szczepić, bo wirus powodujący ospę wietrzną i półpaśca jest w naszej populacji bardzo rozpowszechniony.
Problem dotyczy ponad 90 proc. społeczeństwa. Każda osoba, która miała okazję zachorować na ospę wietrzną, ma go w sobie i w sprzyjających okolicznościach może on ulec reaktywacji, dając półpaśca – powiedział dr hab. Tomasz Dzieciątkowski, wirusolog z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.
Według dr hab. Dzieciątkowskiego przebieg choroby jest zazwyczaj łagodny, ale są wyjątki.
Zdarzyło mi się widzieć półpaśca nerwu trójdzielnego gałązki ocznej, co prowadziło do ślepoty, półpaśca uogólnionego u pacjentów leczonych terapią immunosupresyjną. Dlatego należałoby rozpocząć kampanię szczepień pacjentów pediatrycznych. Jeżeli dziecko zostanie zaszczepione przeciwko ospie wietrznej, nie zachoruje, nie będzie miało wirusa w sobie, nie będzie miało półpaśca – argumentował dr hab. Dzieciątkowski.
Na koniec dyskusji wszyscy prelegenci zgodzili się, że w kwestii zapobiegania powikłaniom chorób cywilizacyjnych najważniejsza jest edukacja społeczeństwa.

źródło: PAP MediaRoom

– Sama zmiana wycen izolowanych procedur neurologicznych może nie być wystarczająca do tego, żeby poprawić trudną sytuację finansową oddziałów neurologicznych w Polsce. Dotyczy to zwłaszcza dużych oddziałów, przyjmujących najciężej chorych pacjentów, bardzo często obarczonych wielochorobowością. Wówczas na neurologii odbywa się nie tylko leczenie dysfunkcji układu nerwowego, ale także kosztowna diagnostyka i leczenie innych chorób, najczęściej internistycznych. Rozwiązaniem byłaby możliwość sumowania procedur w takich przypadkach – mówi prof. dr hab. n. med. Konrad Rejdak, kierownik Katedry i Kliniki Neurologii Uniwersytetu Medycznego w Lublinie, prezes Polskiego Towarzystwa Neurologicznego.

Oddziały neurologiczne w Polsce od lat borykają się z poważnymi problemami finansowymi. Personel wciąż słyszy o tym, że oddział przynosi straty, jest zadłużony, że konieczne są kolejne cięcia. To rodzi frustrację, a konsekwencją tego jest coraz większy odpływ kadr z oddziałów neurologicznych do opieki ambulatoryjnej i sektora prywatnego. Ciągły deficyt finansowy i związana z nim presja zniechęcają też młodych lekarzy do wyboru neurologii jako specjalizacji, która jest trudna i wymagająca. Deficyt oznacza również brak premiowania za pracę, tak jak to się dzieje na innych oddziałach, które przynoszą szpitalowi zyski.

Niestety trudno o geniusza biznesowego, który sprawiłby, że oddział neurologiczny miałby dodatni bilans finansowy. To kwestia zbyt niskich wycen procedur neurologicznych, ale nie tylko. Kryzys finansowy dotyczy szczególnie tych oddziałów neurologicznych, które pełnią strategiczną funkcję w systemie i przyjmują najciężej chorych pacjentów. A takich pacjentów – i związanej z nimi pracy – przybywa. Wynika to ze specyfiki dziedziny neurologii, ale także popandemicznego długu zdrowotnego, oraz, że dzięki zdobyczom medycyny udaje się przedłużyć życie tym pacjentom. Niestety często ci chorzy mają duże utrwalone deficyty i dysfunkcje neurologiczne i ich leczenie generuje ogromne koszty. Wiemy, że ministerstwo stara się wsłuchać w nasze problemy, ale wciąż nie widać gruntownych zmian, które są konieczne. Brak tych zmian sprawi, że bieżący rok znowu będzie niekorzystny, jeśli chodzi o bilans finansowy oddziałów neurologicznych – wyjaśnia prof. Konrad Rejdak i dodaje:

Jako praktyk kierujący dużym oddziałem neurologicznym dostrzegam problem w tym, że neurologia przejęła obecnie dużą część zadań oddziałów internistycznych, ale nie poszło za tym odpowiednie finansowanie. Kierowani do nas są chorzy obarczeni wielochorobowością, z różnymi chorobami internistycznymi, w momencie gdy tylko wystąpi u nich jakaś dysfunkcja neurologiczna, mimo że pierwotna przyczyna tkwi często w schorzeniach innych układów czy narządów, jak chociażby w zaburzeniach pracy serca, niewydolności nerek, czy stanach zapalnych płuc. Możemy nawet nazwać to zjawisko neurofobią – lekarze innych specjalności boją się dysfunkcji neurologicznych i natychmiast takiego pacjenta odsyłają do nas. Przykłady można mnożyć. Gdy dojdzie do zaburzeń systemowych, takich jak niewydolność krążenia, wątroby czy nerek, prawie zawsze pojawiają się objawy neurologiczne i tacy pacjenci natychmiast są kierowany na neurologię. W rezultacie leczymy nie tylko tę dysfunkcję, ale także zlecamy mnóstwo badań i wdrażamy leczenie, aby opanować chorobę zasadniczą. Kolejny przykład to pacjent z przerzutem nowotworowym do mózgu. Taki chory także kierowany jest na oddział neurologii, gdzie przeprowadzana jest szeroka diagnostyka całego organizmu w poszukiwaniu ogniska pierwotnego nowotworu. Wykonywane są m.in. badania klatki piersiowej i jamy brzusznej. To wiąże się z ogromnymi kosztami, które ponosimy, ale możemy rozliczyć tylko koszty wynikające z choroby neurologicznej. To samo dotyczy pacjentów ze stwardnieniem rozsianym i np. urosepsą. Choć leczymy ich u nas, nie mamy możliwości rozliczenia się z NFZ za leczenie urosepsy. Z kolei u pacjentów z udarem mózgu często dochodzi do zapalenia płuc, którego leczenia też nie możemy rozliczyć. Takich przykładów można mnożyć bez końca i uważam, że jest to bardzo niesprawiedliwie w naszym systemie ochrony zdrowia.
Według prezesa PTN, rozwiązaniem byłaby możliwość sumowania procedur.

Przykładowo, lecząc zapalenie płuc u pacjenta z udarem mózgu, powinniśmy mieć możliwość rozliczania tego dodatkową grupą JPG. Obecnie obowiązuje zasada, że leczenie takiego pacjenta rozlicza się, wykorzystując wyższą grupą JPG, bez sumowania procedur, ale jest to absolutnie niewystraczające, chociażby biorąc pod uwagę ciężkość przebiegu chorób neurologicznych. Paradoks polega na tym ze jeżeli u pacjenta neurologicznego leczonego w oddziale neurologii przez wiele tygodni dojdzie nagle do zawału serca lub innych zaburzeń wymagających leczenia zabiegowego to wówczas zostajemy z poniesionymi ogromnymi kosztami, a punkty za leczenie otrzymuje inny oddział i rozliczna jest tylko ta najwyżej wyceniona procedura, która w żaden sposób nie pokrywa całkowitych kosztów. To są absurdy naszego systemu i należy je skorygować – apeluje prof. Rejdak.

Zmiana sposobu rozliczania kosztów ponoszonych przez oddziały neurologiczne wpisuje się w dekalog potrzeb polskiej neurologii, opracowany przez Polskie Towarzystwo Neurologiczne i przedstawiony w lutym tego roku. Jednym z punktów tego dekalogu jest wzrost nakładów finansowych na diagnostykę i leczenie chorób układu nerwowego.

Wprowadzenie możliwości sumowania procedur powinno zadziać się równolegle ze zmianami wycen procedur neurologicznych, nad którymi – według deklaracji ministerstwa – trwają obecnie prace. Bo zmiana samych wycen izolowanych grup neurologicznych nie będzie wystarczająca w przypadkach leczenia pacjentów z wielochorobowością. Leczenie takich pacjentów znacząco przewyższa te wyceny. Wdrożenie możliwości sumowania procedur leży w gestii NFZ i nie wymaga żadnych zmian ustawowych. Zgłosiliśmy ten temat również Krajowej Radzie ds. Neurologii jako kwestię do pilnych rozmów z ministerstwem. Cieszymy się z bardzo dobrej dotychczasowej współpracy z panem ministrem Maciejem Miłkowskim i liczymy na zrozumienie przez decydentów także tego problemu – podsumowuje prof. Konrad Rejdak.

źródło: PTN

– Sama zmiana wycen izolowanych procedur neurologicznych może nie być wystarczająca do tego, żeby poprawić trudną sytuację finansową oddziałów neurologicznych w Polsce. Dotyczy to zwłaszcza dużych oddziałów, przyjmujących najciężej chorych pacjentów, bardzo często obarczonych wielochorobowością. Wówczas na neurologii odbywa się nie tylko leczenie dysfunkcji układu nerwowego, ale także kosztowna diagnostyka i leczenie innych chorób, najczęściej internistycznych. Rozwiązaniem byłaby możliwość sumowania procedur w takich przypadkach – mówi prof. dr hab. n. med. Konrad Rejdak, kierownik Katedry i Kliniki Neurologii Uniwersytetu Medycznego w Lublinie, prezes Polskiego Towarzystwa Neurologicznego.

Oddziały neurologiczne w Polsce od lat borykają się z poważnymi problemami finansowymi. Personel wciąż słyszy o tym, że oddział przynosi straty, jest zadłużony, że konieczne są kolejne cięcia. To rodzi frustrację, a konsekwencją tego jest coraz większy odpływ kadr z oddziałów neurologicznych do opieki ambulatoryjnej i sektora prywatnego. Ciągły deficyt finansowy i związana z nim presja zniechęcają też młodych lekarzy do wyboru neurologii jako specjalizacji, która jest trudna i wymagająca. Deficyt oznacza również brak premiowania za pracę, tak jak to się dzieje na innych oddziałach, które przynoszą szpitalowi zyski.

Niestety trudno o geniusza biznesowego, który sprawiłby, że oddział neurologiczny miałby dodatni bilans finansowy. To kwestia zbyt niskich wycen procedur neurologicznych, ale nie tylko. Kryzys finansowy dotyczy szczególnie tych oddziałów neurologicznych, które pełnią strategiczną funkcję w systemie i przyjmują najciężej chorych pacjentów. A takich pacjentów – i związanej z nimi pracy – przybywa. Wynika to ze specyfiki dziedziny neurologii, ale także popandemicznego długu zdrowotnego, oraz, że dzięki zdobyczom medycyny udaje się przedłużyć życie tym pacjentom. Niestety często ci chorzy mają duże utrwalone deficyty i dysfunkcje neurologiczne i ich leczenie generuje ogromne koszty. Wiemy, że ministerstwo stara się wsłuchać w nasze problemy, ale wciąż nie widać gruntownych zmian, które są konieczne. Brak tych zmian sprawi, że bieżący rok znowu będzie niekorzystny, jeśli chodzi o bilans finansowy oddziałów neurologicznych – wyjaśnia prof. Konrad Rejdak i dodaje:

Jako praktyk kierujący dużym oddziałem neurologicznym dostrzegam problem w tym, że neurologia przejęła obecnie dużą część zadań oddziałów internistycznych, ale nie poszło za tym odpowiednie finansowanie. Kierowani do nas są chorzy obarczeni wielochorobowością, z różnymi chorobami internistycznymi, w momencie gdy tylko wystąpi u nich jakaś dysfunkcja neurologiczna, mimo że pierwotna przyczyna tkwi często w schorzeniach innych układów czy narządów, jak chociażby w zaburzeniach pracy serca, niewydolności nerek, czy stanach zapalnych płuc. Możemy nawet nazwać to zjawisko neurofobią – lekarze innych specjalności boją się dysfunkcji neurologicznych i natychmiast takiego pacjenta odsyłają do nas. Przykłady można mnożyć. Gdy dojdzie do zaburzeń systemowych, takich jak niewydolność krążenia, wątroby czy nerek, prawie zawsze pojawiają się objawy neurologiczne i tacy pacjenci natychmiast są kierowany na neurologię. W rezultacie leczymy nie tylko tę dysfunkcję, ale także zlecamy mnóstwo badań i wdrażamy leczenie, aby opanować chorobę zasadniczą. Kolejny przykład to pacjent z przerzutem nowotworowym do mózgu. Taki chory także kierowany jest na oddział neurologii, gdzie przeprowadzana jest szeroka diagnostyka całego organizmu w poszukiwaniu ogniska pierwotnego nowotworu. Wykonywane są m.in. badania klatki piersiowej i jamy brzusznej. To wiąże się z ogromnymi kosztami, które ponosimy, ale możemy rozliczyć tylko koszty wynikające z choroby neurologicznej. To samo dotyczy pacjentów ze stwardnieniem rozsianym i np. urosepsą. Choć leczymy ich u nas, nie mamy możliwości rozliczenia się z NFZ za leczenie urosepsy. Z kolei u pacjentów z udarem mózgu często dochodzi do zapalenia płuc, którego leczenia też nie możemy rozliczyć. Takich przykładów można mnożyć bez końca i uważam, że jest to bardzo niesprawiedliwie w naszym systemie ochrony zdrowia.
Według prezesa PTN, rozwiązaniem byłaby możliwość sumowania procedur.

Przykładowo, lecząc zapalenie płuc u pacjenta z udarem mózgu, powinniśmy mieć możliwość rozliczania tego dodatkową grupą JPG. Obecnie obowiązuje zasada, że leczenie takiego pacjenta rozlicza się, wykorzystując wyższą grupą JPG, bez sumowania procedur, ale jest to absolutnie niewystraczające, chociażby biorąc pod uwagę ciężkość przebiegu chorób neurologicznych. Paradoks polega na tym ze jeżeli u pacjenta neurologicznego leczonego w oddziale neurologii przez wiele tygodni dojdzie nagle do zawału serca lub innych zaburzeń wymagających leczenia zabiegowego to wówczas zostajemy z poniesionymi ogromnymi kosztami, a punkty za leczenie otrzymuje inny oddział i rozliczna jest tylko ta najwyżej wyceniona procedura, która w żaden sposób nie pokrywa całkowitych kosztów. To są absurdy naszego systemu i należy je skorygować – apeluje prof. Rejdak.

Zmiana sposobu rozliczania kosztów ponoszonych przez oddziały neurologiczne wpisuje się w dekalog potrzeb polskiej neurologii, opracowany przez Polskie Towarzystwo Neurologiczne i przedstawiony w lutym tego roku. Jednym z punktów tego dekalogu jest wzrost nakładów finansowych na diagnostykę i leczenie chorób układu nerwowego.

Wprowadzenie możliwości sumowania procedur powinno zadziać się równolegle ze zmianami wycen procedur neurologicznych, nad którymi – według deklaracji ministerstwa – trwają obecnie prace. Bo zmiana samych wycen izolowanych grup neurologicznych nie będzie wystarczająca w przypadkach leczenia pacjentów z wielochorobowością. Leczenie takich pacjentów znacząco przewyższa te wyceny. Wdrożenie możliwości sumowania procedur leży w gestii NFZ i nie wymaga żadnych zmian ustawowych. Zgłosiliśmy ten temat również Krajowej Radzie ds. Neurologii jako kwestię do pilnych rozmów z ministerstwem. Cieszymy się z bardzo dobrej dotychczasowej współpracy z panem ministrem Maciejem Miłkowskim i liczymy na zrozumienie przez decydentów także tego problemu – podsumowuje prof. Konrad Rejdak.

źródło: PTN