Medicalpress

Pacjent z cukrzycą, chorobą sercowo-naczyniową i przewlekłą chorobą nerek nie potrzebuje kilku niezależnych ścieżek leczenia, ale jednej, skoordynowanej opieki. Potrzebne są wcześniejsza diagnostyka, silniejsza rola lekarza rodzinnego i koordynatora, lepsza współpraca POZ z AOS oraz ograniczenie barier finansowych i logistycznych. Takie wnioski płyną z drugiej edycji badania „Dostęp do diagnostyki i profilaktyki pacjentów z wielochorobowością” oraz dyskusji ekspertów i pacjentów podczas konferencji zorganizowanej przez Polskie Stowarzyszenie Diabetyków we współpracy z Stowarzyszeniem Pacjentów EcoSerce i Stowarzyszeniem Moje Nerki.

Dyskusja wokół wyników pokazała, że wielochorobowość wymaga zmian na wielu poziomach – od profilaktyki i aktywnego wykrywania chorób, przez organizację POZ i AOS, po dostęp do leczenia, aktywność zawodową pacjentów i wsparcie ich rodzin.

Pacjent zagubiony między kilkoma ścieżkami

Wyniki badania pokazują pozorny paradoks. 69 proc. badanych pozytywnie ocenia dostęp do diagnostyki w pobliżu miejsca zamieszkania, ale 66 proc. deklaruje trudności z uzyskaniem konsultacji specjalistycznej. Niemal połowa respondentów w ostatnim roku finansowała część diagnostyki lub leczenia prywatnie, a 23 proc. doświadczyło pogorszenia stanu zdrowia podczas oczekiwania na świadczenie.

Problemem nie jest jednak wyłącznie czas oczekiwania. Pacjent z kilkoma wzajemnie powiązanymi chorobami trafia do różnych specjalistów i funkcjonuje pomiędzy odrębnymi ścieżkami. Tymczasem cukrzyca typu 2, otyłość, przewlekła choroba nerek i choroby sercowo-naczyniowe wymagają całościowego podejścia.

– Wielochorobowość staje się coraz powszechniejsza także w młodszych grupach pacjentów. Potrzebujemy całościowego spojrzenia na chorego i koordynacji opieki. Dobrym przykładem jest KOS-zawał, który pokazuje, jak wiele daje pacjentowi zaplanowana ścieżka wizyt i badań. Koordynator jest w takim modelu kluczowy – podkreśla dr hab. n. med. Marta Kałużna-Oleksy z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, prezes Polskiego Stowarzyszenia Osób z Niewydolnością Serca.

Nie czekajmy na chorobę

W 46 proc. przypadków od wystąpienia pierwszych objawów cukrzycy typu 2 do rozpoznania mijało od roku do trzech lat. Kiedy jednak proces diagnostyczny już się rozpoczął, u 70 proc. badanych trwał nie dłużej niż trzy miesiące. Problem zaczyna się więc wcześniej – na etapie profilaktyki, identyfikowania osób z grup ryzyka i aktywnego poszukiwania choroby.

– Cieszy, że u części pacjentów choroby zostały wykryte podczas badań profilaktycznych. Musimy jednak jeszcze mocniej postawić na edukację i aktywne poszukiwanie stanu przedcukrzycowego. Lekarz rodzinny może prowadzić profilaktykę nie tylko pojedynczego pacjenta, ale całej rodziny, obejmując nią kolejne pokolenia – wskazuje dr n. med. Alicja Milczarczyk z Państwowego Instytutu Medycznego MSWiA w Warszawie, członkini Forum Ekspertów ds. Cukrzycy.

Jak podkreślał prof. Grzegorz Dzida, podstawą profilaktyki może być znajomość swoich prostych parametrów: ciśnienie tętnicze, poziom glukozy i cholesterolu. Potrzebna jest zmiana podejścia – badania nie powinny być wykonywane dopiero wtedy, gdy pojawiają się objawy, ale przede wszystkim po to, by potwierdzić, że wszystko jest w porządku.

Eksperci wskazywali jednocześnie, że profilaktyka nie jest wyłącznie zadaniem lekarza. Potrzebne są edukacja, self-care i większa odpowiedzialność pacjenta za własne zdrowie, w tym regularne wykonywanie dostępnych badań i korzystanie z coraz powszechniejszych narzędzi cyfrowych.

POZ i AOS muszą działać jak jeden system

Jednym z najczęściej powracających podczas dyskusji postulatów była potrzeba lepszego połączenia podstawowej i specjalistycznej opieki zdrowotnej. Pacjent z wielochorobowością nie powinien sam uzgadniać zaleceń diabetologa, kardiologa czy nefrologa i decydować, jak połączyć kilka planów leczenia.

Marzanna Bieńkowska z Biura Rzecznika Praw Pacjenta zwróciła uwagę na rolę POZ jako pierwszego punktu kontaktu pacjenta z systemem. Zachęcała do korzystania z porad lekarza rodzinnego lub internisty, a w sytuacji problemów z uzyskaniem pilnej konsultacji specjalistycznej – także ze wsparcia Biura Rzecznika Praw Pacjenta. Podkreślała jednocześnie potrzebę dalszej edukacji i szeroko zakrojonych działań profilaktycznych, pozwalających jak najwcześniej wykrywać czynniki ryzyka.

Jednym z możliwych rozwiązań jest wzmocnienie roli lekarza rodzinnego jako specjalisty przygotowanego do prowadzenia pacjenta z wielochorobowością oraz rozwijanie funkcji koordynatora opieki.

– Pacjent nie powinien sam łączyć zaleceń kolejnych specjalistów. Potrzebuje jednej osoby, która spojrzy na nie całościowo. Jednocześnie musimy lepiej dostosować AOS do realnego życia pacjentów. Osoby aktywne zawodowo często nie mogą dostać się do poradni w godzinach swojej pracy i w efekcie finansują badania z własnej kieszeni – podkreśla dr hab. n. med. Karolina Kędzierska-Kapuza z Centrum Diabetologii Państwowego Instytutu Medycznego MSWiA w Warszawie.

Na potrzebę wzmocnienia AOS zwracała również uwagę posłanka Ewa Kołodziej, przewodnicząca Parlamentarnego Zespołu ds. Cukrzycy. Wskazywała m.in. na konieczność ograniczenia „białych plam” na mapie opieki diabetologicznej, tworzenia zachęt dla specjalistów do pozostawania w publicznym systemie oraz lepszej koordynacji POZ i AOS, tak aby nie powielać badań i świadczeń.

Wielochorobowość dotyczy także ludzi aktywnych zawodowo

Wielochorobowość nie jest wyłącznie problemem seniorów. Wśród respondentów poniżej 40. roku życia 88 proc. zgłaszało trudności z dostępem do specjalistów, a 71 proc. korzystało z prywatnie finansowanej diagnostyki lub leczenia.

Jak zwróciła uwagę Marzanna Bieńkowska z Biura Rzecznika Praw Pacjenta, wynik dotyczący prywatnego finansowania świadczeń wśród młodszych pacjentów należy interpretować ostrożnie – część z nich może korzystać z prywatnej opieki w ramach pakietów medycznych zapewnianych przez pracodawców. Nie zmienia to jednak szerszego problemu dostępności świadczeń dla osób aktywnych zawodowo.

– Choroby przewlekłe, w tym cukrzyca oraz choroby sercowo-naczyniowe i nerek, mogą funkcjonować jako „niewidzialne niepełnosprawności” i prowadzić do wykluczania pracowników z rynku pracy. Dlatego tak ważna jest profilaktyka. Jednym z rozwiązań może być dodatkowy dzień wolny na wykonanie badań profilaktycznych. Są już instytucje, które takie rozwiązanie stosują. To wymierna korzyść nie tylko dla pracownika, ale również dla biznesu – podkreślała Emilia Szczukowska, koordynatorka projektu „Każdy talent na wagę złota – Inkluzywni w zatrudnianiu”, ZPP.

Problem dotyczy także organizacji opieki. Osoby aktywne zawodowo często mają trudności z korzystaniem z AOS w godzinach pracy, co może skłaniać je do finansowania badań i konsultacji z własnej kieszeni. Dlatego, jak wskazywała prof. Karolina Kędzierska-Kapuza, potrzebne jest lepsze dostosowanie funkcjonowania poradni do realnych potrzeb pacjentów.

Zapobiegać powikłaniom zamiast płacić za ich konsekwencje

Badanie pokazuje wysoką deklarowaną adherencję – aż 90 proc. osób, którym zalecono terapię zmniejszającą ryzyko powikłań, potwierdza jej stosowanie. Jednocześnie 25 proc. pacjentów zgłasza trudności z dostępem do takiego leczenia lub jego stosowaniem.

Zdaniem ekspertów wysoka adherencja jest efektem nie tylko dostępu do terapii, ale również rozmowy z pacjentem i wyjaśnienia mu celu leczenia – zapobiegania powikłaniom i utrzymaniu dłuższego życia w zdrowiu. Równie ważne jest wytłumaczenia pacjentowi, dlaczego przy wielochorobowości konieczne może być jednoczesne stosowanie kilku leków.

– Non-adherence może mieć również przyczynę ekonomiczną. Dlatego potrzebujemy sprawnie działających mechanizmów refundacyjnych, które ograniczają bariery w dostępie do terapii. Im wcześniej podejmujemy skuteczną interwencję, tym większa szansa, że unikniemy znacznie droższych powikłań w przyszłości – komentuje prof. Marcin Czech, członek Zarządu Polskiego Towarzystwa Farmakoekonomicznego, członek Forum Ekspertów ds. Cukrzycy.

Jak podkreślał prof. Czech, na profilaktykę i leczenie należy patrzeć szeroko –uwzględniając nie tylko kontrolę jednej choroby, ale również redukcję masy ciała, ryzyka sercowo-naczyniowego i nerkowego, zdrowie psychiczne oraz szczepienia.

Jedna ścieżka zamiast kilku silosów

Wnioski z badania i dyskusji pokazują, że nie ma jednego prostego rozwiązania problemu wielochorobowości. Potrzebne jest jednoczesne działanie w kilku obszarach: wcześniejsze wykrywanie chorób i czynników ryzyka, edukacja i self-care, silny POZ i koordynator opieki, dostępny AOS, sprawny przepływ informacji między specjalistami oraz ograniczanie barier finansowych i geograficznych.

– Pacjent potrzebuje jasnej ścieżki, stabilności i ciągłości leczenia. Kod pocztowy czy zasobność portfela nie powinny decydować o tym, czy otrzyma właściwą diagnostykę i leczenie zgodne z aktualnymi standardami – podkreśla Monika Kaczmarek, prezes Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków.

Z kolei Agnieszka Wołczenko, prezes EcoSerce, dodaje: – Wielochorobowość wymaga spojrzenia szerszego niż tylko organizacja świadczeń. Pacjent z wielochorobowością nie choruje sam. Musimy pamiętać o jego najbliższych, którzy mierzą się z obowiązkami opiekuńczymi, obciążeniem psychicznym i logistycznym. Organizm jest całością i tak samo całościowo powinniśmy patrzeć na opiekę. Wołczenko zaznacza, żew ograniczaniu nierówności w dostępie do profilaktyki i opieki większą rolę mogą odgrywać również samorządy lokalne.

Pacjent z wielochorobowością nie powinien sam pełnić funkcji koordynatora własnego leczenia. System powinien połączyć profilaktykę, POZ, specjalistów i leczenie wokół potrzeb jednej osoby oraz reagować odpowiednio wcześnie – zanim pojawią się powikłania, których można było uniknąć.

***

Badanie ankietowe „Dostęp do diagnostyki i profilaktyki pacjentów z wielochorobowością”zostałoprzeprowadzone na celowej próbie pacjentów N=404. Do badania kwalifikowały się osoby, które mają zdiagnozowane co najmniej dwie choroby z grupy: cukrzyca typu 2, przewlekła choroba nerek, choroby sercowo-naczyniowe lub nadwaga/otyłość. Większość badanych (371 osób) stanowiły osoby ze zdiagnozowaną cukrzycą typu-2.

Źródło: inf pras

Pacjenci z wieloma chorobami przewlekłymi są bardziej narażeni na zakażenia i ich ciężki przebieg. Infekcja może zaburzyć kontrolę cukrzycy, zaostrzyć astmę lub POChP, a niekiedy doprowadzić do hospitalizacji. Wbrew częstym obawom wielochorobowość nie jest argumentem przeciw szczepieniom. Zdaniem ekspertów to właśnie tacy pacjenci szczególnie potrzebują ochrony przed infekcjami.

– Im więcej pacjent ma chorób przewlekłych i im gorszy jest jego ogólny stan zdrowia, tym większa jest jego podatność na infekcje. Wiele osób myśli jednak, że skoro ma tak dużo chorób i przyjmuje kilkanaście leków, to jest zbyt chory, żeby się zaszczepić. Jest dokładnie odwrotnie. Im więcej chorób współistniejących, tym większa potrzeba szczepień, ponieważ odporność takiego pacjenta jest słabsza – mówi agencji Newseria prof. dr hab. n. med. Leszek Czupryniak, diabetolog i internista, kierownik Kliniki Diabetologii i Chorób Wewnętrznych na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym.

Wielochorobowość, czyli współwystępowanie u jednej osoby co najmniej dwóch chorób przewlekłych, jest wyzwaniem zarówno dla pacjentów, jak i systemu opieki zdrowotnej. Wymaga ciągłej i skoordynowanej opieki, najczęściej prowadzonej przez lekarza POZ. Z międzynarodowego badania PaRIS, przeprowadzonego przez OECD, wynika, że 82 proc. osób w wieku co najmniej 45 lat korzystających z podstawowej opieki zdrowotnej ma przynajmniej jedną chorobę przewlekłą, a 54 proc. – co najmniej dwie. Pacjenci z wielochorobowością gorzej oceniają jakość swojego życia i przyjmują wiele leków, co utrudnia im codzienne stosowanie się do zaleceń terapeutycznych.

W Polsce skala problemu wyraźnie rośnie wraz z wiekiem. Według badania PolSenior2 wielochorobowość dotyczy ok. 70 proc. osób w wieku 60–64 lat i 90 proc. osób 90-letnich. Mediana liczby chorób przewlekłych wynosiła trzy. Ponad połowa osób po 60. roku życia przyjmowała co najmniej pięć leków dziennie, a 12 proc. – co najmniej 10.

– U pacjentów z chorobami przewlekłymi, w tym z cukrzycą, infekcje mogą mieć cięższy przebieg. Szczepienia nie zawsze całkowicie zapobiegają zakażeniu, ale jeśli do niego dojdzie, mogą złagodzić przebieg choroby – dodaje Monika Kaczmarek, prezes Zarządu Głównego Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków.

– Każda infekcja może zaburzyć stan równowagi, który udało się osiągnąć u pacjenta z chorobą przewlekłą. Dobrze widać to w przypadku cukrzycy. Gorączka, ból i stres związane z zakażeniem powodują wzrost poziomu glukozy i utrudniają kontrolę choroby. W ostrym okresie choroby część pacjentów z cukrzycą wymaga hospitalizacji. Bardzo dotkliwy może być półpasiec, ponieważ towarzyszący mu ból nerwowy niekiedy utrzymuje się przez kilka miesięcy. Jedyną skuteczną profilaktyką są szczepienia. W przypadku półpaśca mamy obserwacje 11-letnie. Wynika z nich, że 90 proc. pacjentów zaszczepionych na półpaśca nie rozwija choroby przez 11 lat, więc jest to bardzo duża skuteczność – wyjaśnia prof. Leszek Czupryniak.

Ryzyko związane z infekcją zależy nie tylko od liczby chorób przewlekłych, lecz także od tego, jakie schorzenia występują jednocześnie. Z badania opublikowanego w 2026 roku w czasopiśmie „Age and Ageing” wynika, że wśród osób starszych wielochorobowość zwiększa ryzyko hospitalizacji z powodu zakażeń dolnych dróg oddechowych oraz ponownego przyjęcia do szpitala z dowolnej przyczyny w ciągu 30 dni. Z hospitalizacjami z powodu takich infekcji szczególnie wiązało się współwystępowanie chorób kardiometabolicznych, m.in. niewydolności serca i cukrzycy.

– Chorzy na przewlekłe choroby układu oddechowego są zdecydowanie bardziej narażeni na cięższy przebieg infekcji, które u osób zdrowych mogą mieć łagodny charakter. U pacjentów, u których stan zapalny obejmuje już górne lub dolne drogi oddechowe, odporność miejscowa jest osłabiona. Z tego powodu infekcje przebiegają ciężej i częściej prowadzą do niekorzystnych konsekwencji – podkreśla dr hab. n. med. Aleksandra Kucharczyk z Kliniki Chorób Wewnętrznych, Pneumonologii, Alergologii, Immunologii Klinicznej i Chorób Rzadkich Wojskowego Instytutu Medycznego.

Infekcje dróg oddechowych należą do najczęstszych przyczyn zaostrzeń astmy i POChP. Mogą nasilać duszność, kaszel i ograniczenie przepływu powietrza, a w cięższych przypadkach prowadzić do hospitalizacji. Opublikowany w 2026 roku przegląd badań ECDC wskazuje na związek między przewlekłymi chorobami płuc, zwłaszcza POChP, a ryzykiem ciężkiego przebiegu zakażenia RSV u dorosłych.

– Szczepienia są ważnym elementem prawidłowego postępowania u pacjentów z przewlekłymi chorobami układu oddechowego, przede wszystkim z astmą i POChP. Uwzględniają je zarówno wytyczne GINA dotyczące leczenia astmy, jak i zalecenia GOLD odnoszące się do POChP. Lekarze powinni o nich pamiętać i zalecać je pacjentom – podkreśla dr hab. Aleksandra Kucharczyk.

Zakres zalecanej profilaktyki zależy nie tylko od wieku pacjenta, lecz także od jego chorób, przyjmowanych leków i dotychczas wykonanych szczepień. Kalendarz szczepień dorosłych opracowany przez ekspertów uwzględnia zalecenia dostosowane m.in. do potrzeb osób z cukrzycą, przewlekłymi chorobami serca, płuc, nerek i wątroby oraz zaburzeniami odporności. Dlatego też decyzja o szczepieniach powinna być poprzedzona oceną całego stanu zdrowia pacjenta, a nie każdej choroby oddzielnie.

– Pacjenci obciążeni chorobami przewlekłymi to grupa, którą w szczególny sposób obejmujemy opieką. Częściej trafiają do szpitala i zgłaszają się do lekarza z powodu zaostrzenia choroby. Dlatego tak ważne jest sprawdzanie ich statusu szczepień, choć podczas wizyty nie zawsze wystarcza na to czasu. Pomocne byłyby automatyczne przypomnienia, dzisiaj sztuczna inteligencja może podpowiadać lekarzowi, którego pacjenta należy zakwalifikować do szczepienia. Każda wizyta, również rutynowa, może być jednak dobrą okazją, żeby poruszyć temat profilaktyki, w tym szczepień – mówi dr n. med. Justyna Tymińska z Wydziału Medycznego Uczelni Łazarskiego, członkini zarządu Oddziału Mazowieckiego Polskiego Towarzystwa Medycyny Rodzinnej.

Źródło: Newseria

Starzenie się społeczeństwa wymaga od systemu ochrony zdrowia zmiany podejścia. Profilaktyka powinna zaczynać się, zanim pojawią się pierwsze problemy zdrowotne, a jej celem ma być jak najdłuższe zachowanie sprawności i niezależności osób starszych oraz przewlekle chorych – uznali eksperci podczas dyskusji o roli żywienia, aktywności fizycznej i społecznej w zachowaniu samodzielności seniorów.

Takiego podejścia oczekują również sami Polacy. Z przedstawionego na konferencji badania Maison & Partners na zlecenie Fresenius Kabi Polska wynika, że 80 proc. respondentów uważa, iż zapobieganie utracie sprawności należy rozpoczynać odpowiednio wcześnie, zaś 83 proc. wskazuje utratę samodzielności jako jedno z największych wyzwań związanych ze starzeniem.

Eksperci podczas dyskusji podkreślili, że w starzejącym się społeczeństwie celem opieki nie może być jedynie leczenie chorób, ale również jak najdłuższe zachowanie sprawności i niezależności.

Beata Małecka-Libera, senator RP i przewodnicząca senackiej komisji zdrowia, zauważyła, że seniorzy nie są jednorodną grupą. „Potrzeby aktywnej osoby po sześćdziesiątce mogą znacząco różnić się od potrzeb 80- czy 90-latka” – wskazała.

Jej zdaniem nowa generacja osób starszych chce żyć na własnych warunkach, tymczasem wciąż brakuje różnorodnych form zatrudnienia, mieszkalnictwa i profilaktyki odpowiadających jej potrzebom. Polityczka zapowiedziała prace nad ustawą, wprowadzającą m.in. koordynatorów dla osób starszych i podkreśliła znaczenie edukacji zdrowotnej oraz partnerskiego traktowania seniorów.

Według prof. dr hab. n. med. Krzysztofa J. Filipiaka, rektora Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego, jednym z największych, a zarazem słabo rozpoznawanych zagrożeń jest sarkopenia – postępująca utrata masy i siły mięśniowej.

Ekspert zwrócił uwagę, powołując się na badania, że aż 79 proc. Polaków nigdy nie spotkało się z tym pojęciem, a tylko 4 proc. deklaruje, że wie, co ono oznacza. Tymczasem 15 proc. badanych ocenia, że większość seniorów w ich otoczeniu ma duże trudności z poruszaniem się i codziennymi czynnościami.

Według prof. Filipiaka sarkopenia i szerzej zespół kruchości należą do tzw. geriatrycznych olbrzymów. Starzenie się społeczeństwa oznacza zatem konieczność przygotowania całego systemu.

„W tym sensie wszyscy stajemy się w pewnym stopniu geriatrami – niezależnie od specjalizacji musimy rozumieć potrzeby starszego pacjenta, jego wielochorobowość, ryzyko utraty sprawności oraz znaczenie właściwego odżywienia” – powiedział.

Dodał, że szczególna rola przypadnie lekarzom POZ, którzy powinni wcześnie rozpoznawać ryzyko utraty sprawności i problemy ze stanem odżywienia.

Prof. dr hab. n. med. Jacek Sobocki, kierownik Katedry i Kliniki Chirurgii Ogólnej i Żywienia Klinicznego CMKP w SPSK im. prof. W. Orłowskiego CMKP oraz wiceprezes Towarzystwa Chirurgów Polskich, wyjaśnił, że sarkopenia wiąże się przede wszystkim z niedostateczną podażą białka i zbyt małą aktywnością.

„W chorobie przewlekłej zapotrzebowanie na białko wzrasta, a pogorszenie stanu odżywienia prowadzi do utraty mięśni. Dla mnie istotą operacji chirurgicznej nie jest wycięcie, a wyleczenie” – zaznaczył, wskazując na znaczenie prehabilitacji.

Wyjaśnił, że obejmuje ona poprawę odżywiania, zwiększenie aktywności, wsparcie psychiczne i rezygnację z nałogów przed operacją, chemioterapią lub innym ciężkim leczeniem. „Pozwala skrócić terapię, zwiększyć jej efektywność i ograniczyć ryzyko powikłań” – dodał.

Według specjalisty utratę mięśni można zauważyć w codziennych sytuacjach: gdy coraz trudniej wstać z krzesła, wejść po schodach, dojść do sklepu czy przynieść zakupy.

„Takim wskaźnikiem może być też zjawisko, że nie jestem w stanie przynieść zakupów ze sklepu albo ograniczam ilość zakupów” – zauważył prof. Sobocki.

Jego zdaniem takich zmian nie należy automatycznie przypisywać starzeniu. „Niedożywienia i sarkopenii nie powinno się traktować jako nieuniknionej konsekwencji wieku lub choroby. Potrzebna jest za to wczesna ocena lekarska, interwencja żywieniowa i ruch dostosowany do możliwości pacjenta” – zalecił specjalista.

Agnieszka Dolna z Fundacji Onkologicznej Alivia podkreśliła, że szczególnie istotne jest to w przypadku osób przewlekle chorych i pacjentów onkologicznych.

Wskazała, że pacjenci często nie wiedzą o znaczeniu rehabilitacji, prehabilitacji i właściwego żywienia przed leczeniem, w jego trakcie oraz po zakończeniu terapii.

„Ważne, aby pacjent i jego bliscy mieli świadomość, że pogorszenie stanu odżywienia wymaga reakcji” – podkreśliła Agnieszka Dolna.

Dodała, że odpowiednio wcześnie przekazana wiedza o wsparciu żywieniowym może mieć realny wpływ na jakość życia i możliwość pozostania we własnym środowisku.

Dr Anna Zmarzły, kierownik Ośrodka Żywienia Klinicznego, Wojewódzki Szpital Specjalistyczny im. J. Gromkowskiego we Wrocławiu, Wydział Medyczny Politechniki Wrocławskiej, przypomniała, że niedożywienie może dotyczyć także osób z nadwagą i otyłością.

„Każda niezamierzona utrata masy ciała tworzy ryzyko żywieniowe. Jeżeli jest tego więcej niż 10 proc. w krótkim okresie, to już mamy niedożywienie. A jest ono chorobą ogólnoustrojową, wpływającą m.in. na mózg, układ krążenia, przewód pokarmowy, mięśnie, kości i skórę. Do tego pogarsza przebieg innych schorzeń, wydłuża hospitalizację i zwiększa ryzyko zakażeń, niegojących się ran, reoperacji oraz szeregu innych powikłań” – wyjaśniła.

Zwróciła uwagę na aspekt ekonomiczny, przywołując publikacje wskazujące, że leczenie konsekwencji niedożywienia w krajach rozwiniętych pochłania od 7 do 14 proc. nakładów na ochronę zdrowia.

„Nam się opłaca leczyć niedożywienie na etapie rozpoznania ryzyka żywieniowego” – podkreśliła dr Zmarzły.

Dodała, że bez właściwego wsparcia żywieniowego trudniej też odbudowywać mięśnie nawet przy rehabilitacji, dlatego żywienie powinno być integralną częścią profilaktyki, terapii i powrotu do sprawności.

Dr Anna Zmarzły, podobnie jak pozostali uczestnicy dyskusji, zgodziła się, że samodzielność seniora należy chronić, zanim zacznie jej brakować. Odpowiednie żywienie, ruch, kontakty społeczne, profilaktyka, wczesne wykrywanie niedożywienia i sarkopenii oraz właściwa opieka medyczna wzajemnie się uzupełniają.

Eksperci podkreślili, że celem jest przede wszystkim możliwie długie życie w sprawności i na własnych warunkach.

Źródło: PAP MediaRoom  

W Polsce żyje już niemal 10 mln osób w wieku 60 lat i więcej. Starzenie się społeczeństwa przestaje więc być problemem jednej grupy pacjentów czy wyzwaniem wyłącznie dla systemu emerytalnego. Dotyczy ochrony zdrowia, opieki długoterminowej, mieszkalnictwa, transportu, rynku pracy, usług społecznych i nowych technologii. Powołana przez premiera Rada do spraw Polityki Senioralnej ma pomóc stworzyć strategię, która połączy te obszary. Najważniejsze pytanie brzmi jednak, czy eksperckie rekomendacje uda się przełożyć na rozwiązania odczuwalne dla seniorów i ich rodzin.

Premier Donald Tusk powołał Radę do spraw Polityki Senioralnej zarządzeniem nr 37 z 9 czerwca 2026 r. Formalnie jest ona organem pomocniczym Prezesa Rady Ministrów. 7 września pełnomocnik rządu do spraw Polityki Senioralnej Marzena Okła-Drewnowicz wręczyła akty powołania jej 24 członkom i odbyło się pierwsze posiedzenie Rady.

Nie jest to jednak kolejna rada, której sens można oceniać wyłącznie przez pryzmat liczby ekspertów i reprezentowanych przez nich instytucji. Jej powołanie przypada na moment, w którym Polska musi odpowiedzieć na znacznie bardziej fundamentalne pytanie: jak powinno funkcjonować państwo, w którym coraz większą część społeczeństwa stanowią osoby starsze?

Skala wyzwania jest już bardzo duża. W trakcie tegorocznych prac parlamentarnych dotyczących systemu wsparcia osób starszych wskazywano, że w Polsce żyje niemal 10 mln osób w wieku co najmniej 60 lat, a ich liczba będzie rosła. Nie chodzi przy tym wyłącznie o to, że seniorów będzie więcej. Zmieni się struktura potrzeb zdrowotnych i społecznych, wzrośnie znaczenie opieki nad osobami niesamodzielnymi, a coraz więcej rodzin będzie musiało godzić pracę zawodową z opieką nad starszymi bliskimi.

To właśnie dlatego polityka senioralna nie może sprowadzać się do świadczeń pieniężnych, programów aktywizacyjnych czy okazjonalnych działań kierowanych do osób 60+. Potrzebna jest odpowiedź na pytanie, jak możliwie długo utrzymywać samodzielność starszego człowieka, a kiedy zaczyna ją tracić, jak zorganizować wokół niego opiekę, która nie przerzuci całej odpowiedzialności na rodzinę.

Rząd deklaruje, że jednym z najważniejszych zadań nowej Rady będzie udział w przygotowaniu założeń Strategii Polityki Senioralnej.

„Głównym zadaniem Rady jest przełożenie wiedzy i doświadczenia jej członków na założenia projektu Strategii Polityki Senioralnej. Ważne, aby osoby starsze mogły być aktywne, miały potrzebne wsparcie i czuły się bezpiecznie. Niezbędne też jest rozwijanie usług, nowoczesnych technologii w obszarze srebrnej gospodarki. Wszystkie te działania powinna spajać solidarność międzypokoleniowa” – powiedziała podczas pierwszego posiedzenia Marzena Okła-Drewnowicz.

Skład Rady rzeczywiście wskazuje, że problem ma być analizowany szerzej niż tylko z perspektywy pomocy społecznej. Znaleźli się w niej geriatrzy, gerontolodzy, eksperci zdrowia publicznego, opieki długoterminowej, prawa i ekonomii, przedstawiciele samorządów i organizacji senioralnych, a także osoby zajmujące się projektowaniem przestrzeni przyjaznej starzeniu.

Z punktu widzenia ochrony zdrowia szczególnie istotna jest obecność ekspertów, którzy od lat zajmują się geriatrią i organizacją opieki nad osobami starszymi. Wśród członków są między innymi prof. Barbara Bień, specjalistka chorób wewnętrznych i geriatrii, prof. Piotr Błędowski, gerontolog i kierownik badań PolSenior i PolSenior2, prof. Bolesław Samoliński, specjalista zdrowia publicznego, oraz Magdalena Osińska-Kurzywilk, specjalistka pielęgniarstwa geriatrycznego i psychiatrycznego związana z opieką długoterminową.

To ważne, ponieważ jednym z największych błędów w myśleniu o starzeniu się społeczeństwa jest traktowanie ochrony zdrowia i polityki społecznej jako dwóch oddzielnych systemów. Dla starszego człowieka granica między nimi często nie istnieje. Pacjent po hospitalizacji może nie wymagać już leczenia szpitalnego, ale nadal potrzebować rehabilitacji, pomocy w codziennym funkcjonowaniu, opieki pielęgniarskiej czy dostosowania mieszkania. Jeżeli tych elementów zabraknie, konsekwencją może być utrata samodzielności i kolejna hospitalizacja.

Problem koordynacji opieki nad seniorami jest zresztą dostrzegany również poza nową Radą. W 2026 r. w pracach parlamentarnych wielokrotnie pojawiała się potrzeba budowy bardziej zintegrowanej polityki senioralnej, łączącej profilaktykę, zdrowie i aktywizację. Podczas kwietniowego posiedzenia senackiej Komisji Zdrowia zwracano uwagę właśnie na brak zintegrowanej strategii uwzględniającej różne potrzeby starzejącej się populacji.

Państwo próbuje równolegle rozwijać inne elementy tego systemu. Program „Aktywni Seniorzy – ASY” na lata 2026–2030 ma budżet 610 mln zł i koncentruje się między innymi na aktywności społecznej i fizycznej osób starszych. W 2026 r. trwały również prace nad zmianami dotyczącymi koordynacji opieki długoterminowej i wsparcia osób starszych.

Nowa Rada będzie więc działała w rzeczywistości, w której inicjatyw dotyczących seniorów już nie brakuje. Wyzwaniem staje się raczej ich połączenie.

Dobrym przykładem jest zdrowie. Starzenie się populacji oznacza wzrost liczby osób z wielochorobowością, ograniczeniami sprawności i potrzebą długotrwałego wsparcia. Jednocześnie skuteczna polityka senioralna powinna zaczynać się znacznie wcześniej, zanim starsza osoba stanie się pacjentem wymagającym intensywnej opieki. Profilaktyka, aktywność fizyczna, rehabilitacja, zapobieganie upadkom, dostęp do transportu czy mieszkanie pozwalające bezpiecznie funkcjonować mogą decydować o tym, jak długo senior zachowa niezależność.

Dlatego interesujący jest również pozamedyczny skład Rady. Dr Agnieszka Labus zajmuje się projektowaniem przestrzeni przyjaznych starzeniu, dr Karolina Jarosz usługami społecznymi i potrzebami starszych mieszkańców obszarów wiejskich, a przedstawiciele samorządów wnoszą doświadczenia z organizowania pomocy tam, gdzie senior rzeczywiście mieszka.

To może okazać się szczególnie istotne. Dostępność świadczenia zapisana w ustawie czy programie nie oznacza jeszcze jego rzeczywistej dostępności. Starszy człowiek musi być w stanie dotrzeć do lekarza, rehabilitacji czy miejsca aktywności społecznej. Problem wykluczenia transportowego seniorów, zwłaszcza na terenach wiejskich, jest już przedmiotem prac sejmowej Komisji Polityki Senioralnej.

Podobnie jest z technologiami. Rozwój cyfrowych usług zdrowotnych i publicznych może ułatwiać życie seniorom, ale może również tworzyć nową barierę dla osób, które nie korzystają sprawnie ze smartfona, aplikacji czy bankowości elektronicznej. Srebrna gospodarka, o której mówi pełnomocnik rządu, będzie więc miała znaczenie tylko wtedy, gdy technologia będzie projektowana wokół rzeczywistych możliwości starszych użytkowników, a nie oczekiwania, że użytkownicy dostosują się do technologii.

Rada ma również korzystać z wyników badań naukowych, wskazywać dobre praktyki i przygotowywać opinie oraz rekomendacje dla polityki państwa. Na jej zastępców przewodniczącej wybrano prof. Martę Podhorecką oraz prof. Piotra Błędowskiego.

Samo powołanie interdyscyplinarnego zespołu nie rozwiąże jednak żadnego z problemów związanych ze starzeniem się społeczeństwa. Rada jest ciałem opiniodawczo-doradczym. Nie zastąpi finansowania świadczeń, zwiększenia liczby specjalistów, rozwoju opieki długoterminowej ani usług lokalnych. Może natomiast zrobić coś, czego w polskiej polityce senioralnej szczególnie potrzeba: pomóc zbudować wspólną koncepcję systemu zamiast kolejnych rozwiązań tworzonych osobno przez ochronę zdrowia, pomoc społeczną, samorządy i administrację centralną.

I właśnie według tego należałoby za jakiś czas oceniać efekty jej pracy. Nie po liczbie posiedzeń, stanowisk czy powołanych zespołów roboczych, ale po tym, czy przygotowywana Strategia Polityki Senioralnej odpowie na bardzo praktyczne pytania. Jak długo starszy człowiek może pozostać samodzielny? Co dzieje się, kiedy tej samodzielności zaczyna brakować? Kto koordynuje wtedy pomoc i gdzie kończy się odpowiedzialność rodziny, a zaczyna odpowiedzialność państwa?

Przy niemal 10 mln osób po 60. roku życia nie są to już pytania dotyczące wyłącznie seniorów. To pytania o to, jak za kilkanaście lat będzie funkcjonował cały polski system ochrony zdrowia i opieki społecznej.

Źródło: KPRM

600 mieszkańców województwa opolskiego skorzystało w pierwszym roku realizacji programu badań medycznych „WygrajMY z miażdżycą” w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Opolu. Program jest elementem 5-letniego projektu naukowego „Profilaktyczna interwencja sercowo-naczyniowa w prewencji wielochorobowości (CV-IMP)”, którego celem jest zapobieganie rozwojowi chorób sercowo-naczyniowych w Polsce.
– Zbliżamy się do półmetka naszych badań, na które zaprosiliśmy dotychczas 600 z zaplanowanych 1500 mieszkańców województwa opolskiego z rozpoznaną miażdżycą. Sprawdzamy, czy ta miażdżyca rozwija się wielołożyskowo (w naczyniach krwionośnych w sercu, tętnicach kończyn dolnych, ośrodkowym układzie nerwowym). Wykonujemy u tych osób badania laboratoryjne, obrazowe (rezonans głowy i serca, tomografię serca i kończyn, usg) i inne (EKG, wskaźnik kostka-ramię, badanie dna oka, skład ciała). Omawiamy wyniki, zalecamy dalsze leczenie, żeby uczestnicy byli zaopiekowani pod kątem ryzyka sercowo-naczyniowego i miażdżycy – informuje kardiolog prof. Marek Gierlotka, główny badacz projektu naukowego „Profilaktyczna interwencja sercowo-naczyniowa w prewencji wielochorobowości (CV-IMP)”. 

 żródło: USK w Opolu

Projekt realizowany jest przez Uniwersytecki Szpital Kliniczny w Opolu wspólnie z konsorcjantami: Uniwersytetem Opolskim, Polskim Towarzystwem Lipidologicznym i pacjencką Fundacją „To się leczy”, a finansowany z grantu z budżetu państwa pozyskanego w konkursie Agencji Badań Medycznych (18 mln zł). 

Od roku w Centrum Naukowo-Badawczym USK w Opolu każdego tygodnia pojawiają się dziesiątki pacjentów. Każdy z nich zostanie zaproszony ponownie po 3 latach na badania kontrolne. – Mamy już pierwsze doraźne efekty tego programu, bo uczestnicy otrzymują kompleksową specjalistyczną diagnostykę i propozycje optymalnego leczenia. Wiemy, że u części z nich ujawniono cukrzycę czy nadciśnienie, które wymagają leczenia, a ok. 20 osób w sytuacjach zagrażających zdrowiu zostało pilnie przekierowanych do szpitala– komentuje Marek Kustosz, prezes Fundacji To się leczy. – Już teraz możemy powiedzieć, że z takiego programu powinni móc korzystać wszyscy pacjenci w Polsce. 

– Badanie wielochorobowości miażdżycowej dotyczy rozpowszechnienia chorób sercowo-naczyniowych, będących najczęstszymi przyczynami zgonów. Wyniki tego projektu posłużą nam do skonstruowania modelu lepszej opieki nad pacjentami z chorobami serca, chorobami mózgu oraz chorobami naczyń obwodowych właśnie na tle miażdżycy – wyjaśnia specjalista medycyny rodzinnej dr hab. n. med. Jacek Jóźwiak, prof. Uniwersytetu Opolskiego, badacz w projekcie, członek zarządu Polskiego Towarzystwa Lipidologicznego. 

Dyrektor ds. lecznictwa USK w Opolu dr n. med. Piotr Feusette zauważa, że w program zaangażowany jest wielu specjalistów z różnych dziedzin medycyny (kardiolodzy, chirurdzy naczyniowi, interniści, neurolodzy, radiolodzy, diagności laboratoryjni, pielęgniarki oraz wolontariusze zrekrutowani spośród studentów kierunku lekarskiego Uniwersytetu Opolskiego), ale także koordynatorzy badań klinicznych, statystycy, zajmujący się gromadzeniem i analizą danych. – Cały ten zespół pracuje z pacjentami oraz nad opracowaniem wyników tych badań, które są niezwykle ważne jeśli chodzi o prewencję i diagnostykę miażdżycy w Polsce – wskazuje dyrektor Feusette. – Jesteśmy dumni, że Opole akcentuje swoją obecność na polskiej mapie badań medycznych i oferuje mieszkańcom dostęp do nowoczesnej diagnostyki i leczenia. 

– To projekt ważny dla rozwoju dydaktyki opartej o jakościowe badania naukowe. Projekt interdyscyplinarny, więc jestem przekonany, że w najbliższych latach będzie podstawą do niejednego doktoratu i habilitacji. Istotne jest także oddziaływanie tego projektu na poprawę jakości życia społeczeństwa – ocenił prorektor Uniwersytetu Opolskiego ds. nauki dr hab. Daniel Pietrek, prof. UO.

 
źródło: USK w Opolu
Wielochorobowość dotyka coraz większą część społeczeństwa i staje się jednym z kluczowych wyzwań dla polskiego systemu ochrony zdrowia. Podczas ostatniego posiedzenia sejmowej Podkomisji Stałej ds. Organizacji Ochrony Zdrowia omówiono konieczność usprawnienia opieki nad pacjentami z wieloma chorobami przewlekłymi. W imieniu środowiska pacjentów głos zabrała Prezes Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków, Monika Kaczmarek, apelując o skuteczne wdrożenie koordynowanej opieki zdrowotnej w ramach Podstawowej Opieki Zdrowotnej (POZ).

Według szacunków blisko 15 milionów obywateli Polski ma nadwagę, 4 miliony Polaków cierpi na otyłość, 3 miliony choruje na cukrzycę, u kolejnych 3 milionów występuje zespół metaboliczny. Ponad 2 miliony Polaków cierpi na chorobę niedokrwienną serca, a niewydolność serca dotyka ponad milion chorych. Przewlekła choroba nerek to 4 miliony chorych. Jedna choroba przyczynia się do rozwoju kolejnej, ponieważ są ze sobą powiązane i wzajemnie się napędzają.

Powszechność tych zjawisk oraz ciężar powikłań zaawansowanej choroby jest jednym z najpoważniejszych wyzwań dla systemu ochrony zdrowia już dzisiaj, a zmiany demograficzne będą się pogłębiać. Jak przekazał obecny na posiedzeniu dyrektor Departamentu Lecznictwa w Ministerstwie Zdrowia – w Polsce wielochorobowość dotyczy 70,9% osób w wieku 55-59 lat, 88,4% w wieku 65-79 lat oraz 83,9% w wieku 80+. W związku ze skalą problemu, wprowadzono systemowe rozwiązania mające usprawnić opiekę nad chorymi.

Systemowe rozwiązania – czy są wystarczające?

Od lipca 2023 r. wprowadzono dodatek za opiekę nad pacjentami z wielochorobowością w POZ. Stawka rośnie w zależności od liczby współistniejących schorzeń z zakresu kardiologii, diabetologii, nefrologii, pulmonologii i endokrynologii. Warunkiem uzyskania dodatku jest prowadzenie pacjenta głównie w POZ, bez przekazywania leczenia do ambulatoryjnej opieki specjalistycznej.

Jednak – jak podkreślano podczas debaty – brakuje danych dotyczących efektywności tych działań, a opieka koordynowana w wielu miejscach funkcjonuje wyłącznie w ograniczonym zakresie.
Głos ekspertów i pacjentów

Krzysztof Zdobylak (Naczelna Izba Lekarska) i Magdalena Władysiuk (HTA Consulting) wskazywali na potrzebę:
Prezes Monika Kaczmarek, reprezentując Polskie Stowarzyszenie Diabetyków oraz organizacje „EcoSerce” i „Moje Nerki”, zwracała uwagę na braki sprzętowe, kadrowe oraz ograniczony dostęp do specjalistów w mniejszych miejscowościach.
Wyniki ankiety PSD

Badanie przeprowadzone wśród pacjentów diabetologicznych ujawniło, że:

Apel pacjentów

W związku z sytuacją, organizacje pacjentów wystosowały pismo do parlamentarzystów, apelując o:

Jak podkreśliła Prezes Monika Kaczmarek – szybka diagnostyka, dostępność lekarzy i kompleksowe podejście to klucz do poprawy zdrowia publicznego i zmniejszenia obciążenia systemu ochrony zdrowia w przyszłości.

Źródło: diabetyk.org.pl

Pacjent z niedoborami odporności powstałymi wskutek choroby albo jej leczenia jest szczególnie podatny na infekcje. Dlatego tym bardziej powinien się chronić szczepieniami przed kolejną chorobą – tym razem zakaźną. Niestety, w tej kwestii panują szkodliwe mity. Owszem, u chorych przewlekle po szczepieniu odpowiedź immunologiczna może być słabsza niż u zdrowych osób, ale szczepionka na pewno nie zaszkodzi.
Zazwyczaj szczepienia kojarzymy z dziećmi. I one faktycznie potrzebują ochrony przed chorobami zakaźnymi. Ale są jeszcze dwie populacje szczególnie wymagające troski o odporność – to osoby starzejące się i osoby chorujące na choroby przewlekłe.
Przy czym, jak podkreślał w czasie w konferencji „Immunoniekompetentni – szczepienia dla osób z obniżoną odpornością” z cyklu „Ze szczepień się nie wyrasta”, prof. Jacek Wysocki prezes Polskiego Towarzystwa Wakcynologii, kierownik katedry Profilaktyki Zdrowotnej na Uniwersytecie Medycznym Karola Marcinkowskiego w Poznaniu, osoby starzejące się są akurat w Polsce najlepiej wyszczepioną grupą społeczną. Gdy jedynie 4-5 proc. społeczeństwa szczepi się przeciwko grypie, wśród seniorów jest to 24 proc. Seniorzy są bowiem świadomi swojego wieku i stanu zdrowia.

Kogo szczególnie chronić przed infekcjami?

„Szczególnie chronić przed chorobami zakaźnymi trzeba osoby cierpiące na wielochorobowość: nadciśnienie tętnicze, cukrzycę, otyłość. Weźmy przykład pneumokoków: w przypadku dzieci do 5. roku życia śmiertelność wynosi 5-6 proc., w przypadku osób w wieku 65 plus śmiertelność wynosi  ponad 50 proc. Tworzymy właśnie kalendarz szczepień dla dorosłych. Uważam, że szczepienie nie powinno być przymusem. Nie straszmy, nie nakazujmy, proponujmy. Dajmy dorosłym ludziom szansę” – mówił prof. Jacek Wysocki.

Ekspert uważa, że szczepienie powinien doradzić lekarz rodzinny. 

„Często słyszę, jak kobiety ciężarne zachęcane do szczepienia przeciwko grypie, mówią: >>Jeśli zgodzi się mój ginekolog, przyjmę szczepionkę<<. Czyli dla pacjentów zaczyna być ważny głos specjalistów. A ci zachęcają do szczepień. Paradoksalnie czasami za niechęcią do szczepień tkwi głęboka wiara w moc medycyny: >>Co ja będę się szczepił, skoro leczenie zapalenia płuc jest dziś proste?<<. Słyszę też czasem: >>Panie doktorze, ja to jestem za słaby na szczepienie<<. No właśnie, skoro jesteś słaby, zaszczep się dla swojego dobra. Wielu pacjentów w sposób nieuzasadniony wierzy, że półpasiec akurat oni przejdą łagodnie, że zapalenie płuc to pestka” – mówi prof. Wysocki.

Wakcynolog zwraca uwagę na problem z dokumentacją szczepień. Jej dobre prowadzenie jest szczególnie ważne w przypadku szczepień przypominających. Np. pacjenci z nagłym urazem nie pamiętają, kiedy byli ostatnio szczepieni przeciwko tężcowi. A informacja o tym szczepieniu powinna być w dokumentacji. Podobnie jest ze szczepieniami przeciwko wirusowemu zapaleniu wątroby typu B – pacjenci czasem nawet nie pamiętają, czy w ogóle byli szczepieni.
Eksperci zgromadzeni w czasie konferencji „Immunoniekompetentni – szczepienia dla osób z obniżoną odpornością” nie negują możliwości wystąpienia niepożądanych odczynów poszczepiennych – one mogą się zdarzyć. Ale we współczesnej wakcynologii zawsze jest wyważone ryzyko i korzyści ze szczepień. Poza tym szczepionki są bardzo dobrze przebadane, na dużych populacjach.
Z obniżoną odpornością zmagają się pacjenci z HIV. Obecnie w Polsce osiem osób dziennie dowiaduje się o zakażeniu HIV. Inną grupą szczególnie zagrożoną są także pacjenci po przeszczepieniach narządów i tkanek. Dla nich został stworzony specjalny kalendarz szczepień. Wielu z nich przejawiało i przejawia lęk przed szczepieniem.
Szczepień obawiają się także niektórzy pacjenci dermatologiczni, szczególnie ci cierpiący na pokrzywkę czy na atopowe zapalenie skory. Takich pacjentów trzeba edukować, że szczepienia chronią, a nie wywołują objawy choroby.
Jak szczepią się sami lekarze? Rożnie to bywa, zależy od środowiska. Prof. Wysocki, szacuje, że to zróżnicowanie jest od 30 do 90 proc. Np. chirurdzy bardzo bali się zakażenia WZW typu B i byli doskonale wyszczepieni. Bardzo wzrosła świadomość szczepień wśród onkologów.

 „Planujemy, żeby w takcie stażu lekarskiego każdy przeszedł siedmiogodzinny, szybki kurs szczepień. Żeby ludzie chcieli się szczepić, szczepienie musi być dla nich proste i tanie. Nie może być tak, że czekają w kolejkach, mają kłopot z przechowaniem preparatu. Dobrze, że teraz przeciwko grypie można zaszczepić się w aptece” – podkreśla prof. Jacek Wysocki.

Pacjenci hematoonkologiczni i z chorobami płuc szczególna grupa ryzyka
Prof. Iwona Hus, kierownik Kliniki Hematologii w Państwowym Instytucie Medycznym MSWiA, przypomina, że leki leczące nowotwory układu chłonnego, szpiczaka czy białaczkę niszczą nie tylko komórki rakowe, lecz także komórki zdrowe.

„Pandemia wyjątkowo zaktywizowała ruchy antyszczepionkowe, ale to właśnie wtedy pacjenci hematoonkologiczni byli najlepiej wyszczepioną grupą przeciwko covid. Ryzyko rozwoju choroby pneumokokowej u osoby chorującej na szpiczaka jest 60 razy wyższe niż u osoby zdrowej. Dotychczas  pokutowało stwierdzenie: >>Jak pacjent ma zaburzenia odporności, lepiej go nie szczepić<<. Tymczasem chorych onkologicznie, reumatologicznie najlepiej szczepić, ale w czasie gdy akurat nie są leczeni. Albo jeszcze przed leczeniem” – zaleca prof. Hus.

„Dla osób cierpiących na astmę, mających zwłóknienia płuc, szczepienia są zbawieniem. Śmiało można powiedzieć, że ratują im życie. Aż 30 proc. pacjentów z przewlekłą obturacyjną chorobą płuc (POChP), nie przeżywa roku, gdy złapią infekcję. Ważne dla nich są szczepienia przeciwko RSV, krztuścowi, półpaścowi. Oni i tak mają ograniczoną wydolność płuc. Nie mogą sobie pozwolić na jeszcze mniejszą” – tłumaczy dr Piotr Dąbrowiecki, przewodniczący Polskiej Federacji Stowarzyszeń Chorych na Astmę, Alergię i POChP z Kliniki Chorób Wewnętrznych, Infekcyjnych i Alergologii Wojskowego Instytut Medycznego- Państwowego Instytutu Badawczego w Warszawie.

Dlaczego ludzie boją się szczepień?
Justyna Pronobis- Szczylik, psycholog kliniczny, psychoterapeuta, psychoonkolog, superwizor psychoonkologii, podkreśla, że lęk to manifestacja mechanizmów obronnych, choćby one były zagrożeniem dla chorego. „Nie poddam się szczepieniu, choć wiem, że ta decyzja o 50 proc. zwiększy ryzyko mojej śmierci”.

„Jednym ze sposobów pracy z lękiem jest psychoterapia. Zawsze zaczynam od pytania: >>Co pana/ panią sprowadza, jaki wewnętrzny problem?<<. Gdy padnie odpowiedź, zajmuję się psychodiagnozą, śledzę przejawy lęku w ciele. One są nie tylko na poziomie mięśni prążkowanych i gładkich. Manifestują się w postaci zakłócenia percepcji, zakłóceń poznawczych. Pacjenci mówią: >>Jakiś jestem dzisiaj zakręcony<<” – opowiada Justyna Pronobis-Szczylik.

Jej zdaniem lęk przed szczepieniem to także nieuświadomione przekonania związane ze stylem przywiązania wyniesionym z domu rodzinnego. Osoba z bezpiecznym stylem przywiązania – zaszczepi się, osoba z lękowym stylem – nie zaszczepi się.
Depresja obniża odporność, ponieważ łączy się lękiem, a lęk obniża funkcje układu odpornościowego. 

„Każda choroba to nieustające doświadczenie utraty: zdrowia, funkcjonowania społecznego itp. Lęk towarzyszy choremu przez cały proces chorobowy i leczenia. W depresji lęk jest wynikiem patologicznych mechanizmów obronnych. Chory bez przerwy dokonuje na siebie ataków – złość, wściekłość przekierowuje na siebie. W wyniku tego czuje się gorzej. Jego układ odpornościowy obniża swoje funkcjonowanie. Jako pacjent jest więc dodatkowo „karany” przez atak autoagresywnych mechanizmów obronnych. Ważne, aby osobie zmagającej się z depresją uświadomić, na kogo tak naprawdę złości się, kierując złość do siebie” – mówi Justyna Pronobis-Szczylik.

Źródło informacji: PAP MediaRoom
Powikłania rozmaitych chorób cywilizacyjnych dotykają zwłaszcza osoby starsze, po 65. roku życia. Za pomocą nowoczesnych leków i szczepień można jednak skutecznie z nimi walczyć. Takie wnioski płyną z debaty „Zatrzymać efekt domina. Jak nie dopuścić do powikłań chorób cywilizacyjnych”, zorganizowanej przez „Puls medycyny” w Centrum Prasowym PAP.

 

Osoby starsze, po 65. roku życia są szczególnie dotknięte ryzykiem wystąpienia poważnej choroby. Często jedno schorzenie sprawia, że pojawiają się kolejne. Mamy wtedy do czynienia ze zjawiskiem tzw. wielochorobowości. Jest to duży i nadal rosnący problem polskiej populacji.

A na dodatek prognozy wskazują, że będzie to dynamicznie narastało w związku ze starzeniem się społeczeństwa. Powinniśmy przygotować cały system opieki zdrowotnej i społecznej na walkę z wielochorobowością – powiedział, otwierając debatę, prof. Piotr Jankowski, kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych i Gerontokardiologii w Szpitalu Klinicznym im prof. Orłowskiego w Warszawie.
Według profesora Jankowskiego system opieki zdrowotnej powinien być zoptymalizowany w zakresie leczenia wielochorobowości. Zwłaszcza że opieka nad chorymi może stanowić spore obciążenie dla ich rodzin, a nie wszyscy są przygotowani na taki wysiłek.

Jak wynika z danych OECD za 2022 r., wśród krajów rozwiniętych Polska jest na niechlubnym drugim miejscu pod względem odsetka pacjentów powyżej 65. roku życia, u których występują co najmniej dwie choroby przewlekłe. Schorzenia sercowo-naczyniowe są wśród nich na czołowym miejscu. Wiele z tych chorób powoduje powikłania, np. związane z nerkami czy niewydolnością serca.
Profil pacjenta z niewydolnością serca z zachowaną frakcją wyrzutową lewej komory bardzo pasuje do wielochorobowości. Bo jest to pacjent starszy, jego choroby współistniejące są zróżnicowane. Najczęściej są to: nadciśnienie tętnicze, zaburzenia lipidowe, przewlekła choroba nerek, otyłość, cukrzyca czy POCHP – mówiła prof. Małgorzata Lelonek, przewodnicząca Asocjacji Niewydolności Serca Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego. Jak podkreśliła, diagnostyka nie jest łatwa, bo objawy się na siebie nakładają. „Dlatego chory nie jest identyfikowany na czas jako chory z niewydolnością serca. I nie jest leczony – wskazała ekspertka.
W ostatnim czasie pojawiły się jednak leki, które pomagają w terapii niewydolności serca. „Mamy fantastyczną nową grupę leków, które działają wielokierunkowo. Myślę tu o flozynach. Zrewolucjonizowały nie tylko kardiologię, ale i leczenie chorych na nerki czy pacjentów diabetologicznych. Badania kliniczne potwierdzają ich efektywność. Redukują ryzyko hospitalizacji oraz zgonu z powodu sercowo-naczyniowego” – podkreśliła prof. Lelonek.

Z flozyn korzystają również nefrolodzy. „Dostaliśmy narzędzie, które nie tylko powstrzymuje postęp przewlekłej choroby nerek, ale i sprawia, że pacjenci żyją dłużej. Te leki to prawdziwy eliksir życia” – powiedział prof. Tomasz Hryszko, kierownik II Kliniki Nefrologii z Odziałem leczenia Nadciśnienia Tętniczego i Pododdziałem Dializoterapii Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.

W przypadku chorób nerek, jak i serca, flozyny są refundowane, dzięki temu duża grupa pacjentów może z nich skorzystać.
Czekamy jednak na wprowadzenie skoordynowanej opieki nefrologicznej lub zyskania przez lekarzy rodzinnych możliwości oznaczania albuminy. Ten parametr pozwala nam podjąć decyzje o podjęciu terapii nowymi lekami w ramach refundacji – tłumaczył prof. Hryszko.
Z kolei środowiska pacjenckie apelują, by flozyny trafiły na listę leków bezpłatnie wydawanych seniorom 75+, bo są to ludzie zagrożeni wielochorobowością, a dysponujący zazwyczaj ograniczonymi zasobami finansowymi.
Chcielibyśmy zwrócić uwagę, że osoby 75+ powinny mieć do nich lepszy dostęp. Starszym pacjentom trudno jest dostać się na dializę i mają różne choroby. Są biedni, ale chcą żyć. Przychodzą do nas i pytają, czy możemy pomóc im w zakupie tych leków. 50 zł na miesiąc to dla niektórych bardzo dużo pieniędzy – mówiła Dorota Ligęza, wiceprezeska Ogólnopolskiego Stowarzyszenia „Moje Nerki”.
Dużo zmienić w profilaktyce powikłań chorób cywilizacyjnych mogą również szczepienia, szczególnie jeśli chodzi o osoby starsze z wielochorobowością.
Pandemia SARS-CoV-2 uświadomiła wszystkim, że zakażenia są niebezpieczne, mimo że mamy antybiotyki czy leki przeciwwirusowe. Szczególnie dla grup ryzyka, bo u nich te zakażenia mogą przebiegać ciężej – przekonywał prof. Adam Antczak, kierownik Kliniki Pulmonologii Ogólnej i Onkologicznej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.
Wśród czynników zwiększających prawdopodobieństwo cięższego przebiegu zakażenia należy wymienić cukrzycę i otyłość, niewydolność serca czy POCHP. Część z wymienionych schorzeń można leczyć flozynami, ale szczepienia są równie ważne.

Jak wyjaśnia prof. Antczak, panel szczepień ochronnych u osób dorosłych obejmuje już 15 szczepień. Szczepionki np. przeciw grypie czy covid chronią przed ciężkimi zakażeniami.
Jeśli zastosujemy je u pacjentów z niewydolnością serca, będzie zdecydowanie mniej hospitalizacji, mniej zaostrzeń choroby. Co więcej, widzimy korzyści skumulowane. Jeśli ktoś regularnie szczepi się przeciw grypie, z roku na rok korzyść w postaci mniejszego ryzyka zaostrzenia, hospitalizacji czy zgonu się zwiększa. Warto to robić regularnie – podkreślił prof. Antczak.
Nowością w dziedzinie szczepień jest dopuszczony w tym roku preparat przeciw półpaścowi. Osoby z cukrzycą czy chorobami nerek są bardziej niż inne narażone na pojawienie się tego schorzenia. U małych dzieci wirus półpaśca wywołuje ospę wietrzną, natomiast u dorosłych może się uaktywnić ponownie, powodując liczne problemy neurologiczne w postaci zapalenia nerwów.
Kiedy po 50. roku życia nasz układ immunologiczny się starzeje, choroba się ujawnia. Oczywiście, wszystko zależy od tego, w jakiej lokalizacji. Jeżeli znajduje się ona w obszarze tułowia, dużego problemu nie ma” – tłumaczyła prof. Irena Walecka, kierownik Kliniki Dermatologii w Centralnym Szpitalu Klinicznym w Warszawie. Problemem jest ból półpaścowy, który jest odczuwany wiele tygodni po chorobie i najczęściej dotyczy osób powyżej 65. roku życia. „Nie mówiąc już o tym, że w przebiegu półpaśca można mieć zapalenie opon mózgowych, mózgu, rogówki czy nerwów czaszkowych. Lepiej jest więc się zaszczepić i tego uniknąć – powiedziała prof. Walecka.
Warto się szczepić, bo wirus powodujący ospę wietrzną i półpaśca jest w naszej populacji bardzo rozpowszechniony.
Problem dotyczy ponad 90 proc. społeczeństwa. Każda osoba, która miała okazję zachorować na ospę wietrzną, ma go w sobie i w sprzyjających okolicznościach może on ulec reaktywacji, dając półpaśca – powiedział dr hab. Tomasz Dzieciątkowski, wirusolog z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.
Według dr hab. Dzieciątkowskiego przebieg choroby jest zazwyczaj łagodny, ale są wyjątki.
Zdarzyło mi się widzieć półpaśca nerwu trójdzielnego gałązki ocznej, co prowadziło do ślepoty, półpaśca uogólnionego u pacjentów leczonych terapią immunosupresyjną. Dlatego należałoby rozpocząć kampanię szczepień pacjentów pediatrycznych. Jeżeli dziecko zostanie zaszczepione przeciwko ospie wietrznej, nie zachoruje, nie będzie miało wirusa w sobie, nie będzie miało półpaśca – argumentował dr hab. Dzieciątkowski.
Na koniec dyskusji wszyscy prelegenci zgodzili się, że w kwestii zapobiegania powikłaniom chorób cywilizacyjnych najważniejsza jest edukacja społeczeństwa.

źródło: PAP MediaRoom

– Sama zmiana wycen izolowanych procedur neurologicznych może nie być wystarczająca do tego, żeby poprawić trudną sytuację finansową oddziałów neurologicznych w Polsce. Dotyczy to zwłaszcza dużych oddziałów, przyjmujących najciężej chorych pacjentów, bardzo często obarczonych wielochorobowością. Wówczas na neurologii odbywa się nie tylko leczenie dysfunkcji układu nerwowego, ale także kosztowna diagnostyka i leczenie innych chorób, najczęściej internistycznych. Rozwiązaniem byłaby możliwość sumowania procedur w takich przypadkach – mówi prof. dr hab. n. med. Konrad Rejdak, kierownik Katedry i Kliniki Neurologii Uniwersytetu Medycznego w Lublinie, prezes Polskiego Towarzystwa Neurologicznego.

Oddziały neurologiczne w Polsce od lat borykają się z poważnymi problemami finansowymi. Personel wciąż słyszy o tym, że oddział przynosi straty, jest zadłużony, że konieczne są kolejne cięcia. To rodzi frustrację, a konsekwencją tego jest coraz większy odpływ kadr z oddziałów neurologicznych do opieki ambulatoryjnej i sektora prywatnego. Ciągły deficyt finansowy i związana z nim presja zniechęcają też młodych lekarzy do wyboru neurologii jako specjalizacji, która jest trudna i wymagająca. Deficyt oznacza również brak premiowania za pracę, tak jak to się dzieje na innych oddziałach, które przynoszą szpitalowi zyski.

– Niestety trudno o geniusza biznesowego, który sprawiłby, że oddział neurologiczny miałby dodatni bilans finansowy. To kwestia zbyt niskich wycen procedur neurologicznych, ale nie tylko. Kryzys finansowy dotyczy szczególnie tych oddziałów neurologicznych, które pełnią strategiczną funkcję w systemie i przyjmują najciężej chorych pacjentów. A takich pacjentów – i związanej z nimi pracy – przybywa. Wynika to ze specyfiki dziedziny neurologii, ale także popandemicznego długu zdrowotnego, oraz, że dzięki zdobyczom medycyny udaje się przedłużyć życie tym pacjentom. Niestety często ci chorzy mają duże utrwalone deficyty i dysfunkcje neurologiczne i ich leczenie generuje ogromne koszty. Wiemy, że ministerstwo stara się wsłuchać w nasze problemy, ale wciąż nie widać gruntownych zmian, które są konieczne. Brak tych zmian sprawi, że bieżący rok znowu będzie niekorzystny, jeśli chodzi o bilans finansowy oddziałów neurologicznych – wyjaśnia prof. Konrad Rejdak i dodaje:

– Jako praktyk kierujący dużym oddziałem neurologicznym dostrzegam problem w tym, że neurologia przejęła obecnie dużą część zadań oddziałów internistycznych, ale nie poszło za tym odpowiednie finansowanie. Kierowani do nas są chorzy obarczeni wielochorobowością, z różnymi chorobami internistycznymi, w momencie gdy tylko wystąpi u nich jakaś dysfunkcja neurologiczna, mimo że pierwotna przyczyna tkwi często w schorzeniach innych układów czy narządów, jak chociażby w zaburzeniach pracy serca, niewydolności nerek, czy stanach zapalnych płuc. Możemy nawet nazwać to zjawisko neurofobią – lekarze innych specjalności boją się dysfunkcji neurologicznych i natychmiast takiego pacjenta odsyłają do nas. Przykłady można mnożyć. Gdy dojdzie do zaburzeń systemowych, takich jak niewydolność krążenia, wątroby czy nerek, prawie zawsze pojawiają się objawy neurologiczne i tacy pacjenci natychmiast są kierowany na neurologię. W rezultacie leczymy nie tylko tę dysfunkcję, ale także zlecamy mnóstwo badań i wdrażamy leczenie, aby opanować chorobę zasadniczą. Kolejny przykład to pacjent z przerzutem nowotworowym do mózgu. Taki chory także kierowany jest na oddział neurologii, gdzie przeprowadzana jest szeroka diagnostyka całego organizmu w poszukiwaniu ogniska pierwotnego nowotworu. Wykonywane są m.in. badania klatki piersiowej i jamy brzusznej. To wiąże się z ogromnymi kosztami, które ponosimy, ale możemy rozliczyć tylko koszty wynikające z choroby neurologicznej. To samo dotyczy pacjentów ze stwardnieniem rozsianym i np. urosepsą. Choć leczymy ich u nas, nie mamy możliwości rozliczenia się z NFZ za leczenie urosepsy. Z kolei u pacjentów z udarem mózgu często dochodzi do zapalenia płuc, którego leczenia też nie możemy rozliczyć. Takich przykładów można mnożyć bez końca i uważam, że jest to bardzo niesprawiedliwie w naszym systemie ochrony zdrowia.
Według prezesa PTN, rozwiązaniem byłaby możliwość sumowania procedur.

– Przykładowo, lecząc zapalenie płuc u pacjenta z udarem mózgu, powinniśmy mieć możliwość rozliczania tego dodatkową grupą JPG. Obecnie obowiązuje zasada, że leczenie takiego pacjenta rozlicza się, wykorzystując wyższą grupą JPG, bez sumowania procedur, ale jest to absolutnie niewystraczające, chociażby biorąc pod uwagę ciężkość przebiegu chorób neurologicznych. Paradoks polega na tym ze jeżeli u pacjenta neurologicznego leczonego w oddziale neurologii przez wiele tygodni dojdzie nagle do zawału serca lub innych zaburzeń wymagających leczenia zabiegowego to wówczas zostajemy z poniesionymi ogromnymi kosztami, a punkty za leczenie otrzymuje inny oddział i rozliczna jest tylko ta najwyżej wyceniona procedura, która w żaden sposób nie pokrywa całkowitych kosztów. To są absurdy naszego systemu i należy je skorygować – apeluje prof. Rejdak.

Zmiana sposobu rozliczania kosztów ponoszonych przez oddziały neurologiczne wpisuje się w dekalog potrzeb polskiej neurologii, opracowany przez Polskie Towarzystwo Neurologiczne i przedstawiony w lutym tego roku. Jednym z punktów tego dekalogu jest wzrost nakładów finansowych na diagnostykę i leczenie chorób układu nerwowego.

– Wprowadzenie możliwości sumowania procedur powinno zadziać się równolegle ze zmianami wycen procedur neurologicznych, nad którymi – według deklaracji ministerstwa – trwają obecnie prace. Bo zmiana samych wycen izolowanych grup neurologicznych nie będzie wystarczająca w przypadkach leczenia pacjentów z wielochorobowością. Leczenie takich pacjentów znacząco przewyższa te wyceny. Wdrożenie możliwości sumowania procedur leży w gestii NFZ i nie wymaga żadnych zmian ustawowych. Zgłosiliśmy ten temat również Krajowej Radzie ds. Neurologii jako kwestię do pilnych rozmów z ministerstwem. Cieszymy się z bardzo dobrej dotychczasowej współpracy z panem ministrem Maciejem Miłkowskim i liczymy na zrozumienie przez decydentów także tego problemu – podsumowuje prof. Konrad Rejdak.

źródło: PTN

– Sama zmiana wycen izolowanych procedur neurologicznych może nie być wystarczająca do tego, żeby poprawić trudną sytuację finansową oddziałów neurologicznych w Polsce. Dotyczy to zwłaszcza dużych oddziałów, przyjmujących najciężej chorych pacjentów, bardzo często obarczonych wielochorobowością. Wówczas na neurologii odbywa się nie tylko leczenie dysfunkcji układu nerwowego, ale także kosztowna diagnostyka i leczenie innych chorób, najczęściej internistycznych. Rozwiązaniem byłaby możliwość sumowania procedur w takich przypadkach – mówi prof. dr hab. n. med. Konrad Rejdak, kierownik Katedry i Kliniki Neurologii Uniwersytetu Medycznego w Lublinie, prezes Polskiego Towarzystwa Neurologicznego.

Oddziały neurologiczne w Polsce od lat borykają się z poważnymi problemami finansowymi. Personel wciąż słyszy o tym, że oddział przynosi straty, jest zadłużony, że konieczne są kolejne cięcia. To rodzi frustrację, a konsekwencją tego jest coraz większy odpływ kadr z oddziałów neurologicznych do opieki ambulatoryjnej i sektora prywatnego. Ciągły deficyt finansowy i związana z nim presja zniechęcają też młodych lekarzy do wyboru neurologii jako specjalizacji, która jest trudna i wymagająca. Deficyt oznacza również brak premiowania za pracę, tak jak to się dzieje na innych oddziałach, które przynoszą szpitalowi zyski.

– Niestety trudno o geniusza biznesowego, który sprawiłby, że oddział neurologiczny miałby dodatni bilans finansowy. To kwestia zbyt niskich wycen procedur neurologicznych, ale nie tylko. Kryzys finansowy dotyczy szczególnie tych oddziałów neurologicznych, które pełnią strategiczną funkcję w systemie i przyjmują najciężej chorych pacjentów. A takich pacjentów – i związanej z nimi pracy – przybywa. Wynika to ze specyfiki dziedziny neurologii, ale także popandemicznego długu zdrowotnego, oraz, że dzięki zdobyczom medycyny udaje się przedłużyć życie tym pacjentom. Niestety często ci chorzy mają duże utrwalone deficyty i dysfunkcje neurologiczne i ich leczenie generuje ogromne koszty. Wiemy, że ministerstwo stara się wsłuchać w nasze problemy, ale wciąż nie widać gruntownych zmian, które są konieczne. Brak tych zmian sprawi, że bieżący rok znowu będzie niekorzystny, jeśli chodzi o bilans finansowy oddziałów neurologicznych – wyjaśnia prof. Konrad Rejdak i dodaje:

– Jako praktyk kierujący dużym oddziałem neurologicznym dostrzegam problem w tym, że neurologia przejęła obecnie dużą część zadań oddziałów internistycznych, ale nie poszło za tym odpowiednie finansowanie. Kierowani do nas są chorzy obarczeni wielochorobowością, z różnymi chorobami internistycznymi, w momencie gdy tylko wystąpi u nich jakaś dysfunkcja neurologiczna, mimo że pierwotna przyczyna tkwi często w schorzeniach innych układów czy narządów, jak chociażby w zaburzeniach pracy serca, niewydolności nerek, czy stanach zapalnych płuc. Możemy nawet nazwać to zjawisko neurofobią – lekarze innych specjalności boją się dysfunkcji neurologicznych i natychmiast takiego pacjenta odsyłają do nas. Przykłady można mnożyć. Gdy dojdzie do zaburzeń systemowych, takich jak niewydolność krążenia, wątroby czy nerek, prawie zawsze pojawiają się objawy neurologiczne i tacy pacjenci natychmiast są kierowany na neurologię. W rezultacie leczymy nie tylko tę dysfunkcję, ale także zlecamy mnóstwo badań i wdrażamy leczenie, aby opanować chorobę zasadniczą. Kolejny przykład to pacjent z przerzutem nowotworowym do mózgu. Taki chory także kierowany jest na oddział neurologii, gdzie przeprowadzana jest szeroka diagnostyka całego organizmu w poszukiwaniu ogniska pierwotnego nowotworu. Wykonywane są m.in. badania klatki piersiowej i jamy brzusznej. To wiąże się z ogromnymi kosztami, które ponosimy, ale możemy rozliczyć tylko koszty wynikające z choroby neurologicznej. To samo dotyczy pacjentów ze stwardnieniem rozsianym i np. urosepsą. Choć leczymy ich u nas, nie mamy możliwości rozliczenia się z NFZ za leczenie urosepsy. Z kolei u pacjentów z udarem mózgu często dochodzi do zapalenia płuc, którego leczenia też nie możemy rozliczyć. Takich przykładów można mnożyć bez końca i uważam, że jest to bardzo niesprawiedliwie w naszym systemie ochrony zdrowia.
Według prezesa PTN, rozwiązaniem byłaby możliwość sumowania procedur.

– Przykładowo, lecząc zapalenie płuc u pacjenta z udarem mózgu, powinniśmy mieć możliwość rozliczania tego dodatkową grupą JPG. Obecnie obowiązuje zasada, że leczenie takiego pacjenta rozlicza się, wykorzystując wyższą grupą JPG, bez sumowania procedur, ale jest to absolutnie niewystraczające, chociażby biorąc pod uwagę ciężkość przebiegu chorób neurologicznych. Paradoks polega na tym ze jeżeli u pacjenta neurologicznego leczonego w oddziale neurologii przez wiele tygodni dojdzie nagle do zawału serca lub innych zaburzeń wymagających leczenia zabiegowego to wówczas zostajemy z poniesionymi ogromnymi kosztami, a punkty za leczenie otrzymuje inny oddział i rozliczna jest tylko ta najwyżej wyceniona procedura, która w żaden sposób nie pokrywa całkowitych kosztów. To są absurdy naszego systemu i należy je skorygować – apeluje prof. Rejdak.

Zmiana sposobu rozliczania kosztów ponoszonych przez oddziały neurologiczne wpisuje się w dekalog potrzeb polskiej neurologii, opracowany przez Polskie Towarzystwo Neurologiczne i przedstawiony w lutym tego roku. Jednym z punktów tego dekalogu jest wzrost nakładów finansowych na diagnostykę i leczenie chorób układu nerwowego.

– Wprowadzenie możliwości sumowania procedur powinno zadziać się równolegle ze zmianami wycen procedur neurologicznych, nad którymi – według deklaracji ministerstwa – trwają obecnie prace. Bo zmiana samych wycen izolowanych grup neurologicznych nie będzie wystarczająca w przypadkach leczenia pacjentów z wielochorobowością. Leczenie takich pacjentów znacząco przewyższa te wyceny. Wdrożenie możliwości sumowania procedur leży w gestii NFZ i nie wymaga żadnych zmian ustawowych. Zgłosiliśmy ten temat również Krajowej Radzie ds. Neurologii jako kwestię do pilnych rozmów z ministerstwem. Cieszymy się z bardzo dobrej dotychczasowej współpracy z panem ministrem Maciejem Miłkowskim i liczymy na zrozumienie przez decydentów także tego problemu – podsumowuje prof. Konrad Rejdak.

źródło: PTN