Medicalpress

W 2025 roku odnotowano 27,5 mln zaświadczeń lekarskich o czasowej niezdolności do pracy na łącznie 290,5 mln dni absencji chorobowej. Natomiast jeśli połowa osób nieaktywnych fizycznie w Polsce zaczęłaby spełniać rekomendacje WHO, można byłoby liczyć na 14,6 mln mniej dni chorobowego, a co za tym idzie ok. 1,9 mld zł oszczędności rocznie – wynika z analizy Instytutu Badań Strukturalnych na zlecenie Benefit Systems. Do wyższego poziomu aktywności fizycznej pracujących Polaków przyczyniają się rozwiązania udostępniane przez pracodawców. W ramach sprawdzonego modelu pracownicy mają dostęp do różnych form aktywności i miejsc, w których można ją podejmować.

– Liczba zwolnień lekarskich rośnie z roku na rok. O ile kiedyś mówiliśmy jeszcze o 24–25 mln zwolnień lekarskich w ciągu jednego roku, o tyle w tym momencie mówimy już o 28 mln. Widać więc, że o zdrowie nie tyle powinniśmy, ile musimy zadbać, a profilaktyka powinna być na pierwszym miejscu u każdego z nas – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Paweł Jaroszek, członek zarządu Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Z danych ZUS wynika, że w 2025 roku odnotowano 27,5 mln zaświadczeń lekarskich o czasowej niezdolności do pracy łącznie na 290,5 mln dni absencji chorobowej, zarówno z tytułu choroby własnej, jak i opieki nad dziećmi lub innymi członkami rodziny. Tylko z tytułu choroby własnej do ZUS wpłynęło 24,2 mln zaświadczeń lekarskich, które przełożyły się na 277,6 mln dni absencji chorobowej.

– Na pierwszym miejscu są choroby układu narządu ruchu. Spowodowała to przede wszystkim pandemia, ale nie łudźmy się: to także efekt tego, że coraz więcej pracujemy zdalnie i spędzamy dużo czasu z laptopem na kanapie. Podstawka pod monitor tego nie rozwiąże. Tu potrzebne są bardzo mocne działania profilaktyczne – uważa członek zarządu ZUS.

Choroby układu mięśniowo-szkieletowego i tkanki łącznej w 2025 roku spowodowały 42,4 mln dni absencji chorobowej (17,5 proc.). Na drugim miejscu znalazły się zaburzenia psychiczne i zaburzenia zachowania z 34,1 mln dniami chorobowego (14,1 proc.).

Wydatki związane z absencją chorobową w 2025 roku ogółem wyniosły 34,88 mld zł, co oznacza wzrost o 12,4 proc. r/r. Na zasiłki chorobowe finansowane z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych wydatkowano 20,71 mld zł (+13,2 proc.), a na wynagrodzenia za czas niezdolności do pracy finansowane ze środków zakładów pracy i Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych – 14,17 mld zł (+11,2 proc.). 

– Aktywność fizyczna jest częścią profilaktyki i prewencji. Zaczęło się od różnych rejestrów, które są wskazówkami dla zachowania życia w zdrowiu. Na przykład INTERHEART mówi, że brak aktywności fizycznej skraca nasze życie. Łącznie z tym, że gdy uprawiamy sport w młodym wieku, to w wieku starszym wydłużamy życie o 13 proc., a ryzyko zgonu redukujemy o 15 proc. To są twarde dane, z którymi nie dyskutujemy – podkreśla dr n. med. Agnieszka Gorgoń-Komor, senator RP, wiceprzewodnicząca senackiej Komisji Zdrowia.

Według badania MultiSport Index 2025 94 proc. dorosłych Polaków uważa, że regularna aktywność fizyczna pomaga im zadbać o lepszą jakość życia teraz i na przyszłość. 93 proc. wskazuje, że różnorodna aktywność fizyczna ma pozytywny wpływ na zdrowie psychofizyczne, a 77 proc. – że na wykonywanie obowiązków zawodowych.

– Świadomość potrzeby aktywności fizycznej się zwiększa, a sama aktywność zwiększa się tylko w ramach grupy ludzi już aktywnych. Mamy jednak całą rzeszę osób, które jej unikają albo jej po prostu nie doświadczają. Musimy doprowadzić do tego, by edukacja dla sportu nie polegała tylko i wyłącznie na zadawaniu ćwiczeń fizycznych, tylko była rzeczywiście edukacją, która wchodzi w strefę budowania postaw na całe życie. To jest zadanie dla naszego społeczeństwa, inaczej nie będziemy 20. gospodarką świata i stracimy tę pozycję, a na pewno nie zyskamy pozycji jeszcze wyższej – mówi Robert Korzeniowski, chodziarz, czterokrotny mistrz olimpijski.

Z raportu MultiSport Index 2025 wynika, że co trzeci dorosły Polak nie podejmuje żadnej formy aktywności fizycznej w ciągu miesiąca, w tym nawet spacerów czy jazdy na rowerze. Jednocześnie ponad 64 proc. chciałoby się więcej ruszać.

– Ruch jest możliwy w każdym wieku. Nie ma bardzo wielu przeciwwskazań, poza kilkoma jednostkami chorobowymi, do wysiłku fizycznego, umiarkowanego bądź ograniczonego objawami. Oczywiście, im jesteśmy starsi, tym więcej jest ograniczeń, ale żeby ich nie było, wysiłek jest konieczny – podkreśla dr n. med. Agnieszka Gorgoń-Komor.

Pracodawcy w Polsce dostrzegają konsekwencje zmian demograficznych. 52 proc. firm spodziewa się, że starzejąca się i kurcząca siła robocza wpłynie na ich działalność w ciągu najbliższych pięciu lat. 65 proc. przewiduje natomiast trudności z rekrutacją pracowników – wynika z raportu „Future of Jobs Report 2025” Światowego Forum Ekonomicznego (WEF).

– Potrzebujemy rozwiązań wypracowanych zarówno przez pracodawców, jak i biznes. W pracy spędzamy bardzo dużo swojego czasu. Jeżeli więc będziemy mieć tam możliwość wykonywać ruch fizyczny, na przykład w przerwach w pracy, to pracujemy efektywniej, korzystamy z mniejszej liczby zwolnień lekarskich i jesteśmy zdrowsi – podkreśla ekspertka.

Polscy pracodawcy sięgają po narzędzia, które wspierają profilaktykę poprzez aktywność fizyczną.

– Dbanie o kondycję fizyczną jest zarówno przejawem odpowiedzialności za zdrowie zespołu, jak i całkiem konkretną decyzją biznesową. Dlaczego? Dzisiaj pracodawcy czują i wiedzą, że pracownik, który fizycznie i psychicznie czuje się dobrze, ma zadbany dobrostan, to pracownik, który jest efektywny i pomaga firmie funkcjonować. Profilaktyka oparta na aktywności fizycznej, jakościowym śnie i odpowiedniej diecie to oprócz oczywistego wpływu na zdrowie także korzyść ogólnospołeczna i biznesowa – uważa Kinga Kołodziej, dyrektor Działu Relacji z Klientami w Benefit Systems.

Analiza Instytutu Badań Strukturalnych, przygotowana na zlecenie Benefit Systems, pokazuje scenariusz, w którym połowa osób nieaktywnych fizycznie w Polsce zaczyna spełniać rekomendacje WHO dotyczące aktywności. W takim scenariuszu model wskazuje na 14,6 mln mniej dni absencji chorobowej rocznie, 127 tys. dodatkowych osób pracujących i spadek liczby zgonów o 13,7 proc. rocznie. Potencjalne oszczędności z tytułu mniejszej liczby absencji chorobowych oszacowano na 1,9 mld zł, a oszczędności dla systemu ochrony zdrowia na 359 mln zł rocznie.

– Biznes cały czas poszukuje rozwiązań wspierających kondycję psychofizyczną pracowników. Mogę to powiedzieć na przykładzie współpracy Benefit Systems z innymi przedsiębiorcami. Informacja zwrotna, którą dostajemy od klientów przy rozmowach, jest jednoznaczna. Jeden wymiar to ten biznesowy, za którym stoi wyraźna potrzeba wsparcia zdrowia pracowników, ponieważ to jest kwestia przyszłości przedsiębiorstwa. Drugi dotyczy relacji pracodawca i pracownik, gdzie pracodawcy mówią wprost: chcemy zadbać o kondycję naszych pracowników, żeby w tym dobrostanie pracowało im się jak najlepiej, jak najdłużej i jak najefektywniej – zaznacza Kinga Kołodziej.

W Polsce z programu MultiSport korzysta ponad 1,9 mln osób. Według danych MultiSport Index 2025 84 proc. jego użytkowników deklaruje aktywność fizyczną co najmniej raz w tygodniu (48 proc. w populacji ogólnej).

– Program MultiSport jest wielowymiarowy. Z jednej strony pozwala pracodawcom zabezpieczyć kwestie związane z dbaniem o kondycję pracownika, z drugiej wspiera cele HR-owe, w tym te wellbeingowe w przedsiębiorstwie. Dodatkowo nasz program pomaga budować nawyki pracownikom, którzy korzystają z kart sportowych. Mogą to robić, korzystając z różnych aktywności i dziedzin sportowych, z kilkunastu tysięcy obiektów sportowych w Polsce i za granicą, dodatkowo angażując i zachęcając do ruchu swoich bliskich w ramach kart dla osób towarzyszących – tłumaczy przedstawicielka Benefit Systems.

O aktywności fizycznej jako jednym z narzędzi profilaktyki zdrowotnej dyskutowano podczas Europejskiego Forum Nowych Idei – EFNI 2026, które odbyło się 14–16 października w Sopocie.

Źródło: Newseria

Otyłość u dzieci staje się jednym z najpoważniejszych wyzwań zdrowia publicznego, a coraz młodszy wiek pacjentów zmusza ekspertów do poszukiwania skutecznych i bezpiecznych metod leczenia. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) opublikowała pierwsze wytyczne dotyczące postępowania z otyłością u dzieci poniżej 10. roku życia. Dokument wskazuje na konieczność kompleksowej zmiany nawyków żywieniowych, zwiększenia aktywności fizycznej i zaangażowania całej rodziny w proces terapeutyczny. Jednocześnie WHO nie rekomenduje farmakoterapii ani chirurgii bariatrycznej w tej grupie wiekowej, zwracając uwagę na niedostatek badań dotyczących ich długoterminowego bezpieczeństwa. Nowe zalecenia pokazują również, jak wiele pozostaje do zrobienia, aby leczenie otyłości dziecięcej było dostępne, skuteczne i wolne od stygmatyzacji.

Otyłość coraz częściej dotyka dzieci już w pierwszych latach życia. To problem, którego konsekwencje wykraczają daleko poza nadmierną masę ciała i mogą wpływać na zdrowie metaboliczne, rozwój fizyczny oraz funkcjonowanie psychiczne dziecka. Jednocześnie leczenie otyłości u najmłodszych pozostaje jednym z trudniejszych obszarów współczesnej medycyny. Organizm dziecka intensywnie się rozwija, a interwencje terapeutyczne muszą uwzględniać nie tylko redukcję ryzyka zdrowotnego, ale również prawidłowy wzrost i dojrzewanie.

W odpowiedzi na narastającą skalę problemu Światowa Organizacja Zdrowia opublikowała 7 października 2026 roku pierwsze kompleksowe wytyczne dotyczące zintegrowanego leczenia otyłości u dzieci w wieku od 29. dnia życia do ukończenia 10 lat. Osobny dokument poświęcono młodzieży w wieku od 10 do 19 lat. Zalecenia mają pomóc państwom i placówkom medycznym w organizowaniu opieki, która uwzględnia potrzeby zdrowotne dzieci i ich rodzin, a jednocześnie opiera się na dostępnych dowodach naukowych.

Najważniejszy wniosek płynący z nowych rekomendacji jest jednoznaczny. W przypadku najmłodszych pacjentów podstawą leczenia powinny pozostawać odpowiednio zaplanowane interwencje żywieniowe, aktywność fizyczna, zmiana codziennych nawyków oraz wsparcie rodziców i opiekunów. WHO nie rekomenduje rutynowego stosowania leków przeciwotyłościowych ani chirurgii bariatrycznej u dzieci poniżej 10. roku życia.

Nie oznacza to jednak, że otyłość dziecięca jest problemem, który można rozwiązać wyłącznie poprzez ograniczenie słodyczy czy zachęcanie dziecka do większej ilości ruchu. Przeciwnie, nowe wytyczne wskazują na potrzebę kompleksowego podejścia, w którym interwencje medyczne, psychologiczne i środowiskowe wzajemnie się uzupełniają.

Jednym z kluczowych elementów terapii jest sposób żywienia. WHO zaleca, aby u dzieci powyżej drugiego roku życia interwencje dietetyczne były planowane przez osoby posiadające odpowiednie kompetencje w zakresie żywienia, we współpracy z rodzicami. Plan powinien uwzględniać wiek, potrzeby rozwojowe, stan zdrowia, preferencje żywieniowe oraz warunki społeczne i kulturowe rodziny.

Dostępne badania nie pozwalają wskazać jednego modelu żywienia, który byłby zdecydowanie skuteczniejszy od pozostałych. To ważna informacja w czasach, gdy popularność zdobywają kolejne diety i programy redukcji masy ciała, często reklamowane jako uniwersalne rozwiązania. W przypadku dzieci priorytetem nie powinno być szybkie odchudzanie, lecz trwała poprawa sposobu odżywiania bez narażania organizmu na niedobory pokarmowe czy zaburzenia rozwoju.

Podobne podejście dotyczy aktywności fizycznej. Zamiast narzucania intensywnych treningów WHO zwraca uwagę na potrzebę dostosowania ruchu do możliwości i zainteresowań dziecka. Szczególnie istotne mogą być aktywności oparte na zabawie, niewymagające rywalizacji i pozwalające budować pozytywne doświadczenia związane z ruchem. Dla dziecka z otyłością, które może doświadczać ograniczeń sprawności lub negatywnych komentarzy ze strony rówieśników, ma to szczególne znaczenie.

W nowych wytycznych dużo miejsca poświęcono również interwencjom behawioralnym, czyli metodom wspierającym stopniową zmianę codziennych zachowań. Obejmują one między innymi wspólne wyznaczanie realistycznych celów, modyfikowanie domowego otoczenia sprzyjającego nadmiernemu jedzeniu oraz wzmacnianie korzystnych nawyków.

W tym kontekście WHO wyraźnie podkreśla rolę rodziny. Dziecko, szczególnie kilkuletnie, nie podejmuje samodzielnie większości decyzji dotyczących zakupów spożywczych, przygotowywania posiłków, organizacji dnia czy sposobu spędzania wolnego czasu. Oczekiwanie, że samo zmieni swoje zachowania, bez odpowiedniego wsparcia najbliższego otoczenia, jest więc mało realistyczne.

WHO dopuszcza także wykorzystanie wybranych narzędzi cyfrowych, takich jak aplikacje wspierające aktywność fizyczną czy interaktywne gry ruchowe, u dzieci powyżej drugiego roku życia. Mają one jednak pełnić funkcję uzupełniającą, a nie zastępować rzeczywisty ruch, kontakt z opiekunami czy bezpośrednią opiekę medyczną. Organizacja zwraca uwagę na negatywne konsekwencje nadmiernego czasu spędzanego przed ekranami, szczególnie gdy przekracza on dwie godziny dziennie w czasie wolnym.

Jednym z najbardziej znaczących elementów nowych zaleceń jest ostrożne podejście do farmakoterapii. W ostatnich latach leczenie otyłości u dorosłych przeszło ogromną transformację dzięki rozwojowi nowoczesnych leków, w tym preparatów oddziałujących na układ inkretynowy. Ich skuteczność wywołała dyskusję o możliwościach stosowania podobnych terapii w coraz młodszych grupach pacjentów.

WHO wskazuje jednak, że nie można automatycznie przenosić wyników badań przeprowadzonych u dorosłych i nastolatków na dzieci w wieku przedszkolnym czy wczesnoszkolnym. U dzieci poniżej szóstego roku życia brakuje badań oceniających farmakologiczne leczenie otyłości, natomiast w grupie od sześciu do dziewięciu lat dostępne dane dotyczą przede wszystkim metforminy, stosowanej głównie w leczeniu cukrzycy.

Największą niewiadomą pozostaje długoterminowy wpływ leków na rozwijający się organizm, w tym wzrastanie, dojrzewanie i zdrowie psychiczne. W przypadku chirurgii bariatrycznej oraz urządzeń wspomagających redukcję masy ciała brak odpowiednich badań w tej grupie wiekowej dodatkowo uniemożliwia wiarygodną ocenę bilansu korzyści i ryzyka.

Warto podkreślić, że brak rekomendacji dla najmłodszych dzieci nie oznacza odrzucenia farmakoterapii jako metody leczenia otyłości w ogóle. WHO przyjęła odrębne podejście do młodzieży, u której w określonych sytuacjach klinicznych można rozważać bardziej intensywne metody terapii pod opieką wyspecjalizowanego zespołu. Różnica ta pokazuje, jak istotne jest dostosowanie leczenia do wieku i etapu rozwoju pacjenta.

Nowe wytyczne ujawniają poważną lukę w wiedzy medycznej. Mimo rosnącej liczby dzieci z otyłością nadal brakuje wysokiej jakości badań dotyczących skuteczności poszczególnych interwencji u najmłodszych pacjentów. Część dostępnych analiz opiera się na niewielkich grupach, krótkim okresie obserwacji lub danych pochodzących od starszych dzieci i nastolatków.

Wytyczne WHO zwracają uwagę na konieczność uwzględnienia nierówności społecznych i ekonomicznych. Leczenie otyłości dziecięcej nie może być uzależnione wyłącznie od zasobności portfela rodziców, ich poziomu wiedzy zdrowotnej czy miejsca zamieszkania.

Z perspektywy systemu ochrony zdrowia oznacza to potrzebę rozwijania opieki, w której lekarz podstawowej opieki zdrowotnej, dietetyk, psycholog i inni specjaliści mogą współpracować w ramach spójnej ścieżki terapeutycznej. Szczególnego znaczenia nabiera wczesne rozpoznawanie problemu, odpowiednia ocena rozwoju dziecka oraz zapewnienie rodzinie długoterminowego wsparcia.

W praktyce skuteczna terapia powinna koncentrować się na poprawie zdrowia, sprawności i codziennego funkcjonowania, a nie wyłącznie na liczbie kilogramów. U rosnącego dziecka sukces terapeutyczny nie zawsze musi oznaczać szybką redukcję masy ciała. W zależności od wieku i sytuacji klinicznej korzystnym efektem może być także spowolnienie przyrostu masy ciała przy zachowaniu prawidłowego wzrastania.

Nowe wytyczne WHO są czymś więcej niż zbiorem zaleceń dotyczących żywienia i aktywności fizycznej. Stanowią próbę uporządkowania podejścia do choroby, której znaczenie przez wiele lat było niedoceniane, szczególnie w najmłodszych grupach wiekowych.

Najważniejsza zmiana powinna dotyczyć nie tylko sposobu leczenia, ale również postrzegania samej choroby. Otyłość u dziecka nie jest kwestią braku silnej woli ani problemem, z którego zawsze można po prostu wyrosnąć. Jest przewlekłą chorobą wymagającą odpowiedniej diagnostyki, indywidualnego postępowania i długofalowej opieki.

WHO zapowiada aktualizowanie zaleceń wraz z pojawianiem się nowych dowodów naukowych. Do tego czasu najważniejszym zadaniem pozostaje zapewnienie dzieciom i ich rodzinom dostępu do bezpiecznego, kompleksowego leczenia, które nie będzie sprowadzało się do nakazu jedzenia mniej i ruszania się więcej.

Źródło: WHO, Guidelines on the integrated management of obesity in children, 7 października 2026 r.

Światowa Organizacja Zdrowia wskazuje trzy obszary szczególnie istotne dla bezpieczeństwa lekowego: sytuacje wysokiego ryzyka, polifarmakoterapię oraz przejścia pacjenta pomiędzy poziomami opieki. Według najnowszego przeglądu systematycznego Światowej Organizacji Zdrowia możliwe do uniknięcia szkody związane z farmakoterapią pozostają istotnym wyzwaniem dla bezpieczeństwa pacjentów, szczególnie w grupach o podwyższonym ryzyku, takich jak pacjenci geriatryczni czy osoby objęte opieką wysoko specjalistyczną. Wraz ze wzrostem złożoności terapii rośnie więc znaczenie narzędzi, które pomagają personelowi szybko zweryfikować informacje dotyczące interakcji, dawkowania czy postępowania w przypadku szczególnych populacji pacjentów.

Bezpieczeństwo farmakoterapii jest integralnym elementem bezpieczeństwa pacjenta. Dlatego tak ważna jest współpraca szpitali z podmiotami technologicznymi, które tworzą rozwiązania odpowiadające na realne potrzeby kliniczne. Jednocześnie innowacyjne narzędzia powinny być oceniane przede wszystkim w rzeczywistym środowisku pracy – z uwzględnieniem ich użyteczności dla personelu, wpływu na organizację pracy oraz specyfiki leczonej populacji. Tylko taka ocena pozwala odpowiedzialnie decydować o ich dalszym wykorzystaniu w praktyce klinicznej. – tłumaczy dr n. med. Eliza Kozyra-Pydyś, Pełnomocnik Dyrektora ds. Klinicznych IMID

Od informacji do decyzji klinicznej

Właśnie temu obszarowi poświęcony był pilotaż Medbase w Instytucie Matki i Dziecka. Narzędzie oceniali użytkownicy korzystający z niego w codziennej pracy. Analizowano m.in. użyteczność kliniczną, wpływ na organizację pracy oraz ogólną ocenę rozwiązania. W odpowiedziach otwartych powtarzały się przede wszystkim: szybki dostęp do informacji potrzebnych przy ocenie farmakoterapii, skrócenie analizy interakcji i terapii, możliwość dotarcia do uzasadnień naukowych i publikacji oraz konsolidacja danych w jednym miejscu. Aż 48 proc. badanych wskazało, że bez narzędzia Medbase weryfikacja zdecydowanie zajęłaby o wiele więcej czasu, a odpowiedź “raczej tak” wybrało 22 proc. ankietowanych, co jasno wskazuje na usprawnienie tego procesu. Jednocześnie 80 proc. respondentów uważa, że narzędzie zdecydowanie zwiększa bezpieczeństwo farmakoterapii.

Użytkownicy wskazywali również na przydatność informacji dotyczących interakcji lekowych, modyfikacji dawkowania w niewydolności nerek i wątroby, polifarmakoterapii oraz stosowania leków w ciąży i podczas laktacji. Z perspektywy praktyki klinicznej istotne jest zatem nie samo zgromadzenie danych, lecz możliwość szybkiego dotarcia do informacji potrzebnej w konkretnym przypadku. Cyfrowe wsparcie nie zastępuje decyzji lekarza czy farmaceuty. Może natomiast ograniczać czasochłonne wyszukiwanie i porównywanie informacji pochodzących z wielu źródeł.

Technologia, która nie powinna zakłócać workflow

Jednym z kluczowych elementów pilotażu była ocena wpływu rozwiązania na organizację pracy. Żaden z respondentów nie wskazał, aby korzystanie z narzędzia zaburzało rytm pracy, a wszyscy potwierdzili skrócenie czasu potrzebnego na sprawdzenie interakcji. To ważny aspekt oceny technologii w środowisku szpitalnym. Narzędzie wspierające decyzję kliniczną powinno wpisywać się w istniejący workflow, a nie tworzyć dodatkowy etap procesu. W pilotażu żaden z respondentów nie zakwestionował również wiarygodności prezentowanych informacji, a wpływ rozwiązania na bezpieczeństwo farmakoterapii oceniono pozytywnie w całej badanej grupie.

Wprowadzanie technologii do środowiska klinicznego ma sens wtedy, gdy realnie wspiera pracę personelu, a nie tworzy kolejnej warstwy obciążenia. Dlatego w pilotażu szczególnie ważne było dla nas sprawdzenie, czy rozwiązanie skraca drogę od pytania klinicznego do wiarygodnej i potrzebnej w danym momencie informacji. Chcieliśmy zobaczyć nie tylko, jak działa samo narzędzie, ale przede wszystkim, jak wpisuje się ono w rzeczywisty workflow szpitala i codzienną pracę użytkowników. Wyniki pilotażu dostarczyły nam cennych informacji na temat jego praktycznego zastosowania i obszarów, w których może wspierać personel – wyjaśnia Sławomir Kmak, Dyrektor Operacyjny Medbase Polska, Specjalista Zdrowia Publicznego.

Pilotaż jako sprawdzian użyteczności, nie tylko technologii

Współpraca Medbase z Instytutem Matki i Dziecka jest przykładem modelu, w którym innowacja przechodzi od etapu prezentacji do praktycznej oceny w szpitalu. Medbase znalazł się w gronie TOP10 finalistów 4. edycji MCSC Hospital Leadership Innovation w zeszłym roku. Jury wskazało rozwiązanie jako bazę wiedzy farmaceutycznej i klinicznej wspierającą personel w codziennych decyzjach terapeutycznych. Pilotaż pokazał jednocześnie, że przydatność technologii należy rozpatrywać w kontekście konkretnej populacji pacjentów. Użytkownicy zwracali uwagę, że w placówce z przewagą pacjentów pediatrycznych część potencjału rozwiązania może być wykorzystywana w mniejszym zakresie. Wskazywali natomiast na wysoką użyteczność w przypadku pacjentów dorosłych, szczególnie geriatrycznych i stosujących polifarmakoterapię, a także w wybranych obszarach wymagających szczególnej uwagi przy prowadzeniu farmakoterapii.

Pilotaż Medbase pozwolił nam zweryfikować, jak rozwiązanie sprawdza się w realnych warunkach oraz w specyfice Szpitala i codziennego sposobu pracy personelu. To istotny element oceny nowych technologii, ponieważ rozwiązanie, które sprawdza się w jednym środowisku, nie zawsze w ten sam sposób odpowiada na potrzeby innej placówki czy konkretnej specjalizacji. Szczególnie cenna jest dla nas informacja zwrotna od użytkowników, którzy wskazali, że rozwiązanie rzeczywiście ułatwia im pracę, przyspiesza realizację zadań i pozwala działać sprawniej. To najlepsze potwierdzenie, że warto wspólnie szukać rozwiązań odpowiadających na rzeczywiste potrzeby personelu i pacjentów. – opowiada Ewelina Tomaszczyk, Innovation Manager Działu Wdrożeń – Centrum Innowacji i Sztucznej Inteligencji w IMiD.

To istotny wniosek dla procesu cyfryzacji ochrony zdrowia: o wartości rozwiązania nie decyduje wyłącznie zakres jego funkcjonalności. Równie ważne jest dopasowanie do profilu placówki, potrzeb personelu i specyfiki leczonej populacji.

Od pilotażu do dalszej oceny rozwiązań cyfrowych

Ogólna ocena Medbase była jednoznacznie pozytywna; wszyscy respondenci przyznali technologii najwyższą lub prawie najwyższą możliwą ocenę. Przeważająca większość badanych zadeklarowała chęć stałego dostępu do narzędzia, a wszyscy uczestnicy wskazali, że poleciliby je innym użytkownikom.

Wyniki pokazują przede wszystkim postrzeganą użyteczność narzędzia, jego wpływ na organizację pracy oraz obszary, w których może wspierać proces oceny farmakoterapii. Przypadek Medbase pokazuje model współpracy, w którym technologia jest oceniana nie tylko pod kątem możliwości technicznych, ale przede wszystkim w odniesieniu do realnych potrzeb klinicznych i organizacyjnych. Dla bezpieczeństwa farmakoterapii kluczowe pozostaje bowiem nie samo wykorzystanie technologii, lecz jej właściwe włączenie w proces leczenia; tak, aby wiarygodna informacja była dostępna wtedy, gdy jest potrzebna do podjęcia decyzji klinicznej.

Wyniki pilotażu Medbase w Instytucie Matki i Dziecka zostały przedstawione 15 września podczas Hospital Innovation Summit & Demo Day 2026 w Warszawie, jednego z kluczowych wydarzeń 5. edycji MCSC Hospital Leadership Innovation. Zwycięzcy tegorocznej edycji zostaną ogłoszeni podczas październikowej gali finałowej. Szczegóły zostaną podane wkrótce przez organizatorów na stronie www.

Według WHO około 1 na 20 pacjentów doświadcza możliwej do uniknięcia szkody związanej z farmakoterapią, a niemal połowa wszystkich możliwych do uniknięcia szkód w opiece medycznej ma związek z lekami i terapiami. W praktyce oznacza to, że bezpieczeństwo farmakoterapii zależy nie tylko od kompetencji personelu, ale również od sprawnego dostępu do wiarygodnej informacji klinicznej w momencie podejmowania decyzji. Pilotaż Medbase w Instytucie Matki i Dziecka pokazuje, jak cyfrowe wsparcie tego procesu jest oceniane przez użytkowników w rzeczywistym środowisku szpitalnym, a wyniki zaprezentowane podczas Hospital Innovation Summit & Demo Day są obiecujące.

Światowa Organizacja Zdrowia wskazuje trzy obszary szczególnie istotne dla bezpieczeństwa lekowego: sytuacje wysokiego ryzyka, polifarmakoterapię oraz przejścia pacjenta pomiędzy poziomami opieki. Według najnowszego przeglądu systematycznego Światowej Organizacji Zdrowia możliwe do uniknięcia szkody związane z farmakoterapią pozostają istotnym wyzwaniem dla bezpieczeństwa pacjentów, szczególnie w grupach o podwyższonym ryzyku, takich jak pacjenci geriatryczni czy osoby objęte opieką wysoko specjalistyczną. Wraz ze wzrostem złożoności terapii rośnie więc znaczenie narzędzi, które pomagają personelowi szybko zweryfikować informacje dotyczące interakcji, dawkowania czy postępowania w przypadku szczególnych populacji pacjentów.

Bezpieczeństwo farmakoterapii jest integralnym elementem bezpieczeństwa pacjenta. Dlatego tak ważna jest współpraca szpitali z podmiotami technologicznymi, które tworzą rozwiązania odpowiadające na realne potrzeby kliniczne. Jednocześnie innowacyjne narzędzia powinny być oceniane przede wszystkim w rzeczywistym środowisku pracy – z uwzględnieniem ich użyteczności dla personelu, wpływu na organizację pracy oraz specyfiki leczonej populacji. Tylko taka ocena pozwala odpowiedzialnie decydować o ich dalszym wykorzystaniu w praktyce klinicznej. – tłumaczy dr n. med. Eliza Kozyra-Pydyś, Pełnomocnik Dyrektora ds. Klinicznych IMID

Od informacji do decyzji klinicznej

Właśnie temu obszarowi poświęcony był pilotaż Medbase w Instytucie Matki i Dziecka. Narzędzie oceniali użytkownicy korzystający z niego w codziennej pracy. Analizowano m.in. użyteczność kliniczną, wpływ na organizację pracy oraz ogólną ocenę rozwiązania. W odpowiedziach otwartych powtarzały się przede wszystkim: szybki dostęp do informacji potrzebnych przy ocenie farmakoterapii, skrócenie analizy interakcji i terapii, możliwość dotarcia do uzasadnień naukowych i publikacji oraz konsolidacja danych w jednym miejscu. Aż 48 proc. badanych wskazało, że bez narzędzia Medbase weryfikacja zdecydowanie zajęłaby o wiele więcej czasu, a odpowiedź “raczej tak” wybrało 22 proc. ankietowanych, co jasno wskazuje na usprawnienie tego procesu. Jednocześnie 80 proc. respondentów uważa, że narzędzie zdecydowanie zwiększa bezpieczeństwo farmakoterapii.

Użytkownicy wskazywali również na przydatność informacji dotyczących interakcji lekowych, modyfikacji dawkowania w niewydolności nerek i wątroby, polifarmakoterapii oraz stosowania leków w ciąży i podczas laktacji. Z perspektywy praktyki klinicznej istotne jest zatem nie samo zgromadzenie danych, lecz możliwość szybkiego dotarcia do informacji potrzebnej w konkretnym przypadku. Cyfrowe wsparcie nie zastępuje decyzji lekarza czy farmaceuty. Może natomiast ograniczać czasochłonne wyszukiwanie i porównywanie informacji pochodzących z wielu źródeł.

Technologia, która nie powinna zakłócać workflow

Jednym z kluczowych elementów pilotażu była ocena wpływu rozwiązania na organizację pracy. Żaden z respondentów nie wskazał, aby korzystanie z narzędzia zaburzało rytm pracy, a wszyscy potwierdzili skrócenie czasu potrzebnego na sprawdzenie interakcji. To ważny aspekt oceny technologii w środowisku szpitalnym. Narzędzie wspierające decyzję kliniczną powinno wpisywać się w istniejący workflow, a nie tworzyć dodatkowy etap procesu. W pilotażu żaden z respondentów nie zakwestionował również wiarygodności prezentowanych informacji, a wpływ rozwiązania na bezpieczeństwo farmakoterapii oceniono pozytywnie w całej badanej grupie.

Wprowadzanie technologii do środowiska klinicznego ma sens wtedy, gdy realnie wspiera pracę personelu, a nie tworzy kolejnej warstwy obciążenia. Dlatego w pilotażu szczególnie ważne było dla nas sprawdzenie, czy rozwiązanie skraca drogę od pytania klinicznego do wiarygodnej i potrzebnej w danym momencie informacji. Chcieliśmy zobaczyć nie tylko, jak działa samo narzędzie, ale przede wszystkim, jak wpisuje się ono w rzeczywisty workflow szpitala i codzienną pracę użytkowników. Wyniki pilotażu dostarczyły nam cennych informacji na temat jego praktycznego zastosowania i obszarów, w których może wspierać personel – wyjaśnia Sławomir Kmak, Dyrektor Operacyjny Medbase Polska, Specjalista Zdrowia Publicznego.

Pilotaż jako sprawdzian użyteczności, nie tylko technologii

Współpraca Medbase z Instytutem Matki i Dziecka jest przykładem modelu, w którym innowacja przechodzi od etapu prezentacji do praktycznej oceny w szpitalu. Medbase znalazł się w gronie TOP10 finalistów 4. edycji MCSC Hospital Leadership Innovation w zeszłym roku. Jury wskazało rozwiązanie jako bazę wiedzy farmaceutycznej i klinicznej wspierającą personel w codziennych decyzjach terapeutycznych. Pilotaż pokazał jednocześnie, że przydatność technologii należy rozpatrywać w kontekście konkretnej populacji pacjentów. Użytkownicy zwracali uwagę, że w placówce z przewagą pacjentów pediatrycznych część potencjału rozwiązania może być wykorzystywana w mniejszym zakresie. Wskazywali natomiast na wysoką użyteczność w przypadku pacjentów dorosłych, szczególnie geriatrycznych i stosujących polifarmakoterapię, a także w wybranych obszarach wymagających szczególnej uwagi przy prowadzeniu farmakoterapii.

Pilotaż Medbase pozwolił nam zweryfikować, jak rozwiązanie sprawdza się w realnych warunkach oraz w specyfice Szpitala i codziennego sposobu pracy personelu. To istotny element oceny nowych technologii, ponieważ rozwiązanie, które sprawdza się w jednym środowisku, nie zawsze w ten sam sposób odpowiada na potrzeby innej placówki czy konkretnej specjalizacji. Szczególnie cenna jest dla nas informacja zwrotna od użytkowników, którzy wskazali, że rozwiązanie rzeczywiście ułatwia im pracę, przyspiesza realizację zadań i pozwala działać sprawniej. To najlepsze potwierdzenie, że warto wspólnie szukać rozwiązań odpowiadających na rzeczywiste potrzeby personelu i pacjentów. – opowiada Ewelina Tomaszczyk, Innovation Manager Działu Wdrożeń – Centrum Innowacji i Sztucznej Inteligencji w IMiD.

To istotny wniosek dla procesu cyfryzacji ochrony zdrowia: o wartości rozwiązania nie decyduje wyłącznie zakres jego funkcjonalności. Równie ważne jest dopasowanie do profilu placówki, potrzeb personelu i specyfiki leczonej populacji.

Od pilotażu do dalszej oceny rozwiązań cyfrowych

Ogólna ocena Medbase była jednoznacznie pozytywna; wszyscy respondenci przyznali technologii najwyższą lub prawie najwyższą możliwą ocenę. Przeważająca większość badanych zadeklarowała chęć stałego dostępu do narzędzia, a wszyscy uczestnicy wskazali, że poleciliby je innym użytkownikom.

Wyniki pokazują przede wszystkim postrzeganą użyteczność narzędzia, jego wpływ na organizację pracy oraz obszary, w których może wspierać proces oceny farmakoterapii. Przypadek Medbase pokazuje model współpracy, w którym technologia jest oceniana nie tylko pod kątem możliwości technicznych, ale przede wszystkim w odniesieniu do realnych potrzeb klinicznych i organizacyjnych. Dla bezpieczeństwa farmakoterapii kluczowe pozostaje bowiem nie samo wykorzystanie technologii, lecz jej właściwe włączenie w proces leczenia; tak, aby wiarygodna informacja była dostępna wtedy, gdy jest potrzebna do podjęcia decyzji klinicznej.

Wyniki pilotażu Medbase w Instytucie Matki i Dziecka zostały przedstawione 15 września podczas Hospital Innovation Summit & Demo Day 2026 w Warszawie, jednego z kluczowych wydarzeń 5. edycji MCSC Hospital Leadership Innovation. Zwycięzcy tegorocznej edycji zostaną ogłoszeni podczas październikowej gali finałowej. Szczegóły zostaną podane wkrótce przez organizatorów na stronie www.

Źródło: inf pras

W Ministerstwie Zdrowia odbyła się konferencja inaugurująca realizację Krajowego Programu Działań wobec Chorób Otępiennych. Program wyznacza długofalową strategię wsparcia pacjentów, ich rodzin oraz rozwoju wczesnej profilaktyki i diagnostyki do 2030 roku.

To pierwsza tego typu polityka publiczna przyjęta przez Radę Ministrów. Program ma na celu poprawę jakości życia osób z chorobami otępiennymi i ich opiekunów, zwiększanie świadomości w zakresie profilaktyki, wspieranie wczesnego rozpoznawania zaburzeń poznawczych oraz rozwijanie systemu wsparcia zdrowotnego i społecznego.

– Choroby otępienne dotykają całe rodziny, społeczności lokalne, rynek pracy oraz system opieki zdrowotnej i społecznej. Nie możemy ich postrzegać wyłącznie jako problemu medycznego. W grudniu 2025 r. program został przyjęty przez Radę Ministrów, z realizacją na 5 lat. Dokument, przygotowany wspólnie przez ministerstwo zdrowia, zespół przy pełnomocniku rządu ds. polityki senioralnej oraz ekspertów medycznych, ma wielką wagę, bo dotyka nie tylko obszarów zdrowotnych, ale też społecznych – kładzie duży nacisk na opiekę nad chorymi. Ten dokument to dowód, że Polska jest gotowa podjąć to wyzwanie w sposób systemowy, odpowiedzialny i oparty na dowodach naukowych – podkreśla wiceminister zdrowia Katarzyna Kęcka.

Choroby otępienne stanowią jedno z największych wyzwań medycznych, społecznych i gospodarczych XXI wieku. Zgodnie z danymi Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) na świecie żyje z nimi ponad 55 mln osób. W Polsce szacuje się, że z otępieniem zmaga się obecnie ponad pół miliona osób, a prognozy OECD wskazują, że do 2040 roku liczba ta może przekroczyć 770 tysięcy.

7 kluczowych filarów programu

Prace nad Programem obejmowały współpracę ekspertów z wielu sektorów. Dokument opiera się na kluczowych obszarach działań:

  1. Podnoszenie świadomości społecznej oraz przełamywanie tabu wokół demencji.
  2. Zmniejszanie ryzyka zachorowania poprzez promocję profilaktyki i zdrowego stylu życia.
  3. Wsparcie wczesnej diagnostyki, umożliwiające szybsze rozpoznanie pierwszych objawów.
  4. Leczenie i opieka nastawione na skoordynowaną pomoc medyczną i środowiskową.
  5. Wsparcie opiekunów nieformalnych, w tym ich edukacja oraz ochrona zdrowia psychicznego.
  6. Rozwój systemów gromadzenia danych, niezbędnych do optymalizacji polityk publicznych.
  7. Wspieranie badań naukowych nad chorobami otępiennymi.

Profilaktyka – dbając o serce, dbamy o mózg

Program kładzie duży nacisk na modyfikowalne czynniki ryzyka. Nawet około 45% przypadków otępienia wiąże się z czynnikami, na które mamy wpływ. Wśród nich wymienia się m.in. nadciśnienie tętnicze, wysoki poziom cholesterolu LDL, utratę słuchu, depresję, aktywność fizyczną, dietę oraz relacje społeczne. Wiele z nich pokrywa się z ryzykiem chorób układu krążenia, co potwierdza zasadę, że dbając o zdrowie serca, chronimy również mózg.

Krajowy Program Działań wobec Chorób Otępiennych powstał po to, aby wiedzę naukową przełożyć na działania publiczne. To plan konkretnych kroków, które będą realizowane w kolejnych latach przez różne instytucje i podmioty odpowiedzialne za ochronę zdrowia oraz politykę społeczną.

– Naszym zadaniem jest przygotowanie informatora, który ma podnosić świadomość o chorobach otępiennych oraz rekomendacje, jak ma wyglądać przestrzeń osób dotkniętych tą choroba i jak ją przygotować. Część działań jest już podejmowana. Jest program Aktywny Senior i rekomendacje, jak powinny funkcjonować placówki dziennego pobytu. Aktywność przychofizyczna ma wielkie znaczenie, bo aż o 45% zwiększa się szansa na uniknięcie chorób otępiennych – tłumaczy minister Marzena Okła-Drewnowicz, sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, pełnomocnik rządu ds. polityki senioralnej.

Prof. dr hab. n. med. Bartosz Karaszewski, konsultant krajowy w dziedzinie neurologii, również podkreśla znaczenie profilaktyki w zahamowaniu chorób otępiennych: – Mamy bardzo niekorzystny profil demograficzny. W ciągu najbliższych 20 lat liczba chorych na Alzheimera i inne choroby otępienne znacząco wzrośnie. Dlatego tak ważna jest prewencja. Mamy dobrze zdefiniowane elementy, na które możemy wpływać. Ważne, żeby je implementować od najmłodszych lat. Rozpoczynamy też wielką rewolucję terapeutyczną choroby Alzheimera – zaczynamy rozumieć działania mechanizmów przyczynowych.

Realne wsparcie dla opiekunów

Opieka nad osobą z chorobą otępienną stanowi ogromne wyzwanie dla bliskich. Działania przewidziane w Programie uwzględniają m.in. adaptację bezpłatnych kursów edukacyjnych WHO dla opiekunów nieformalnych, wsparcie psychologiczne oraz funkcjonowanie dedykowanej infolinii.

Wiele z działań przewidzianych w Programie jest już podejmowanych. Od niespełna roku działa infolinia Rzecznika Praw Pacjenta dla pacjentów i ich bliskich, realizowane są projekty z Narodowego Programu Zdrowia i funduszy unijnych mające na celu wsparcie opiekunów nieformalnych i obejmujące profilaktykę funkcji poznawczych u osób starszych.

Podczas wydarzenia wręczono również oficjalne powołania członkom Zespołu do spraw monitorowania realizacji Krajowego Programu Działań wobec Chorób Otępiennych, w którego skład weszli przedstawiciele świata nauki, administracji publicznej oraz organizacji pacjenckich.

Źródło: MZ

Ograniczenie spożycia produktów pochodzenia zwierzęcego może zmniejszać ryzyko chorób przewlekłych i niektórych zakażeń, presję na środowisko i użycie antybiotyków w hodowli. Dlatego dieta powinna stać się ważniejszym elementem międzynarodowej koncepcji One Health – przekonują polscy naukowcy.

Autorzy z Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu (UMP) przedstawili swoją argumentację na łamach „Frontiers in Environmental Science”.

One Health, czyli Jedno Zdrowie, to koncepcja, która zaczęła się formować na początku XXI w., a dziś rozwijają ją wspólnie Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa (FAO), Program Narodów Zjednoczonych ds. Środowiska (UNEP) oraz Światowa Organizacja Zdrowia Zwierząt (WOAH).

Opiera się na założeniu, że zdrowie ludzi jest ściśle związane ze zdrowiem zwierząt i stanem środowiska, dlatego problemy takie jak choroby odzwierzęce, oporność drobnoustrojów na leki czy degradacja ekosystemów powinny być rozpatrywane łącznie.

Do tej pory właśnie te zagadnienia znajdowały się w centrum koncepcji. Zdaniem polskich naukowców zbyt mało uwagi poświęcano temu, co je łączy, czyli produkcji żywności.

– W naszej pracy proponujemy włączenie w ramy One Health diety roślinnej, bo może ona jednocześnie realizować niemal wszystkie jej cele: wspierać zdrowie ludzi i dobrostan zwierząt oraz ograniczać antybiotykooporność, ryzyko chorób odzwierzęcych i presję na środowisko – wyjaśniła w rozmowie z PAP Anna Choręziak ze Szkoły Doktorskiej UMP, główna autorka publikacji.

Jak dodała, nie chodzi jedynie o znany od dawna związek diety z chorobami sercowo-naczyniowymi, cukrzycą i otyłością. Zależności zaczynają się bowiem już na etapie produkcji żywności.

Na przykład w hodowlach przemysłowych wiele zwierząt przebywa na niewielkiej przestrzeni. – Lochy czy kury przetrzymywane są w tak ciasnych klatkach, że nie mogą się obrócić. Przewlekły stres, złe warunki i liczne rany mogą osłabiać ich odporność, przez co stają się bardziej podatne na zakażenia – wyjaśniła Anna Choręziak.

Ryzyko rozprzestrzeniania zakażeń zwiększa też kontakt pracowników z dużą liczbą zwierząt, przenoszenie drobnoustrojów między hodowlą a środowiskiem przez dzikie ptaki, gryzonie i owady oraz transport zwierząt na duże odległości. Jak zaznaczyli badacze z UMP, o skali problemu świadczy fakt, że ok. 75 proc. chorób zakaźnych człowieka, które pojawiły się w ostatnich dekadach, ma pochodzenie odzwierzęce.

Z intensywną produkcją zwierzęcą wiąże się też duże zużycie antybiotyków. Według danych przytaczanych przez autorów odpowiada ona za niemal trzy czwarte ich globalnego wykorzystania i sprzyja powstawaniu antybiotykooporności.

Kolejną kwestią jest to, że produkcja mięsa ma ogromny wpływ na klimat oraz zasoby ziemi i wody. Najbardziej widocznym przykładem jest czerwone mięso. – Średni ślad wodny produkcji kilograma wołowiny to ok. 15,4 tys. litrów, a kilograma soczewicy tylko 1,25 tys. litrów – powiedziała badaczka.

Zmniejszenie zapotrzebowania na mięso mogłoby też ograniczyć presję na wycinkę lasów i degradację innych ekosystemów naturalnych. Obecnie ponad 75 proc. światowej produkcji soi przeznacza się na paszę dla zwierząt, podczas gdy jedynie ok. 6 proc. trafia bezpośrednio na nasze talerze. Ograniczenie hodowli zwierząt zmniejszyłoby więc zapotrzebowanie zarówno na grunty wykorzystywane jako pastwiska, jak i na tereny przeznaczane pod uprawę roślin paszowych. Autorka zwróciła też uwagę na duży ślad węglowy hodowli przeżuwaczy, związany m.in. z emisją metanu podczas trawienia. Nieco niższe są emisje z produkcji jaj, nabiału i wieprzowiny, jednak nadal pozostają wyższe niż w przypadku strączków i innych produktów roślinnych.

– Z kolei kury należą do najliczniej hodowanych zwierząt na świecie, dlatego ich łączny wpływ środowiskowy także pozostaje bardzo duży. I nie należy pomijać ryb – tu presja dotyczy ekosystemów wodnych, wykorzystania paszy w akwakulturze oraz ryzyka rozprzestrzeniania się chorób – przypomniała.

Jak podkreśliła, nie oznacza to, że jedynym rozwiązaniem jest przejście całego społeczeństwa na weganizm.

– Nie ma takiej konieczności. Dla części osób dieta wegańska może być dobrym wyborem. Ważne by była prawidłowo zbilansowana, wtedy może być stosowana różnym wieku i na różnych etapach życia, w tym przez kobiety w ciąży i karmiące, dzieci, osoby starsze czy sportowców. Jednak równie ważnym kierunkiem jest po prostu ograniczanie spożycia produktów odzwierzęcych i zwiększanie udziału żywności roślinnej w diecie – powiedziała.

– Światowe rekomendacje mówią, że spożycie 300-600 g mięsa tygodniowo jest wystarczające, tymczasem w Europie zjadamy go nawet 1,5 kg, czyli 2,5 razy więcej. A badania wskazują, że zmniejszenie o połowę udziału produktów odzwierzęcych w diecie może ograniczyć związane z nią emisje gazów cieplarnianych o 30-50 proc. – dodała.

Taka zmiana przynosi korzyści również zdrowiu, kluczowe jest jednak, czym zastępujemy mięso, nabiał i jaja. Udowodniono, że dobrze skomponowane diety roślinne obniżają ryzyko chorób sercowo-naczyniowych, cukrzycy typu 2 i niektórych nowotworów, a także sprzyjają utrzymaniu prawidłowej masy ciała, ciśnienia tętniczego, stężenia glukozy i profilu lipidowego.

Sama etykieta „roślinny” nie gwarantuje jednak, że produkt jest zdrowy. Podstawą jadłospisu powinny być rośliny strączkowe, warzywa, owoce, pełne ziarna, orzechy i nasiona, a także odpowiednie zbilansowanie witamin B12 i D, wapnia, żelaza, jodu, cynku i kwasów omega-3.

– Jeśli naszym głównym wyborem będą bezmięsne produkty wysokoprzetworzone albo po prostu wykluczymy odzwierzęce źródła białka i nie zastąpimy ich odpowiednimi źródłami roślinnymi, nie będzie to zdrowa ani zbilansowana dieta – wytłumaczyła badaczka.

Poza tym, jak dodała, trzeba mieć świadomość, że żywność roślinna także może prowadzić do wylesiania, nadmiernego zużywania wody i utraty bioróżnorodności. Ostateczny efekt zależy bowiem nie tylko od rodzaju produktu, ale też miejsca i sposobu jego wytwarzania.

Dlatego autorzy nie chcą przerzucać całej odpowiedzialności za zmianę systemu żywnościowego na konsumentów. Uważają, że potrzebne są zmiany w oficjalnych zaleceniach żywieniowych i żywieniu zbiorowym, edukacja, wsparcie rolników w produkcji roślin wysokobiałkowych oraz inwestycje w nowe źródła białka i technologie, w tym mięso hodowane komórkowo.

Zmiany te nie muszą wyglądać tak samo w każdym kraju. Powinny uwzględniać lokalną produkcję żywności, jej ceny, dostępność oraz tradycje kulinarne.

– Najważniejsza zmiana polega na tym, by przestać traktować sposób żywienia wyłącznie jako prywatną sprawę konsumenta. Jeżeli system żywnościowy wpływa jednocześnie na choroby przewlekłe i zakaźne, antybiotykooporność, klimat, wodę, bioróżnorodność oraz dobrostan zwierząt, to polityka żywieniowa staje się także polityką zdrowotną – podsumował współautor pracy prof. Piotr Rzymski.

Źródło: Nauka w Polsce

Alkohol kojarzymy z marskością wątroby, uzależnieniem, wypadkami i chorobami układu krążenia. Znacznie rzadziej z rakiem. Tymczasem nowe dane ze Stanów Zjednoczonych pokazują, jak duży może być onkologiczny koszt jego spożywania. W ciągu nieco ponad trzech dekad liczba zgonów z powodu nowotworów przypisywanych alkoholowi wzrosła z 11,3 tys. do ponad 23,1 tys. rocznie. Problem jest tym istotniejszy, że nauka nie pozostawia już większych wątpliwości: alkohol jest substancją rakotwórczą, a z punktu widzenia ryzyka zachorowania na nowotwór nie udało się określić dawki, którą można uznać za bezpieczną.

Analiza opublikowana w „The Lancet Regional Health – Americas” obejmuje okres od 1990 do 2023 roku. W 1990 roku w Stanach Zjednoczonych odnotowano 11 361 zgonów z powodu nowotworów przypisywanych spożyciu alkoholu. W 2023 roku było ich już 23 126. Nie jest to wyłącznie konsekwencja wzrostu i starzenia się populacji. Według autorów analizy po uwzględnieniu zmian demograficznych wskaźnik umieralności wzrósł z 4,54 do 6,90 na 100 tys. mieszkańców, czyli o około 52 proc.

To interesujący sygnał również dlatego, że pojawia się w czasie, kiedy w wielu innych obszarach onkologii obserwujemy odwrotny kierunek. Rozwój diagnostyki, profilaktyki i leczenia pozwala ograniczać umieralność z powodu części nowotworów. W przypadku nowotworów przypisywanych alkoholowi tak wyraźnej poprawy nie widać.

Szczególną uwagę zwracają dane dotyczące raka jelita grubego. Wśród osób w wieku od 20 do 54 lat był on najczęstszą przyczyną zgonów z powodu nowotworów związanych z alkoholem u mężczyzn i drugą u kobiet. To kolejny powód, aby o ryzyku związanym z alkoholem nie mówić wyłącznie w kontekście wieloletniego, intensywnego picia i chorób pojawiających się w starszym wieku.

Mechanizm nie jest przy tym hipotetyczny. Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem klasyfikuje napoje alkoholowe jako czynnik rakotwórczy grupy 1. To kategoria oznaczająca, że istnieją wystarczające dowody rakotwórczego działania u ludzi. Nie oznacza ona, że wszystkie znajdujące się w tej grupie czynniki są jednakowo niebezpieczne przy każdej ekspozycji, ale że ich zdolność do wywoływania nowotworów została naukowo potwierdzona.

Związek przyczynowy wykazano w przypadku co najmniej siedmiu lokalizacji nowotworów: jamy ustnej, gardła, krtani, przełyku, wątroby, jelita grubego i odbytnicy oraz piersi u kobiet.

Znaczenie ma sam etanol, niezależnie od tego, czy pochodzi z piwa, wina czy wysokoprocentowego alkoholu. W organizmie jest on metabolizowany między innymi do aldehydu octowego, który może uszkadzać DNA. Alkohol może również zwiększać stres oksydacyjny, wpływać na gospodarkę hormonalną i metabolizm folianów oraz ułatwiać działanie innych substancji rakotwórczych.

Właśnie dlatego coraz trudniej utrzymać popularne rozróżnienie na picie „zdrowe” i „niezdrowe”, przynajmniej jeśli pytamy konkretnie o profilaktykę nowotworów.

WHO wskazuje, że z punktu widzenia ryzyka raka nie ma ustalonego bezpiecznego poziomu spożycia alkoholu. Ryzyko rośnie wraz z ilością wypijanego alkoholu, ale może zwiększać się również przy niewielkim spożyciu. Nie oznacza to oczywiście, że osoba wypijająca okazjonalnie kieliszek wina zachoruje na nowotwór. Mówimy o zmianie prawdopodobieństwa zachorowania, a nie o pewnym skutku u konkretnego człowieka. Z perspektywy zdrowia publicznego różnica jest jednak istotna, ponieważ nawet niewielki wzrost indywidualnego ryzyka, jeśli dotyczy milionów ludzi, może przekładać się na dużą liczbę zachorowań.

Problemem pozostaje świadomość tego ryzyka. Papierosy są społecznie jednoznacznie kojarzone z rakiem. Alkohol nadal funkcjonuje inaczej. Jest częścią spotkań towarzyskich, świętowania i codziennych rytuałów, a jego związek z chorobami nowotworowymi pozostaje znacznie mniej rozpoznawalny. WHO wskazuje, że mniej niż połowa mieszkańców Europy wymienia alkohol jako czynnik ryzyka rozwoju raka. Szczególnie mała jest świadomość związku między spożyciem alkoholu a rakiem piersi.

Ten rozdźwięk między stanem wiedzy naukowej a wiedzą konsumentów zaczyna mieć konsekwencje dla polityki zdrowotnej. WHO/Europe rekomenduje umieszczanie na opakowaniach alkoholu wyraźnych ostrzeżeń o ryzyku nowotworów. W Stanach Zjednoczonych podobny kierunek zaproponował były Surgeon General Vivek Murthy, wskazując na potrzebę aktualizacji ostrzeżeń zdrowotnych na napojach alkoholowych.

Nie jest to wyłącznie spór o etykiety. Dotyczy pytania, czy konsument rzeczywiście posiada informacje pozwalające świadomie ocenić ryzyko produktu, który kupuje. W przypadku tytoniu ostrzeżenie o nowotworach stało się oczywistym elementem polityki zdrowotnej. W przypadku alkoholu podobna informacja w wielu krajach nadal nie dociera do konsumenta w równie bezpośredni sposób.

Jednocześnie profilaktyka nie sprowadza się do wyboru pomiędzy całkowitą abstynencją a dalszym piciem bez zmian. IARC oceniła dowody dotyczące ograniczania i zaprzestawania spożycia alkoholu. Eksperci uznali, że istnieją wystarczające dowody, iż zaprzestanie picia zmniejsza ryzyko raka jamy ustnej i przełyku, a część mechanizmów biologicznych odpowiedzialnych za karcynogenezę związaną z alkoholem jest odwracalna po zaprzestaniu jego spożywania.

Nowe dane z USA są więc czymś więcej niż kolejną statystyką dotyczącą alkoholu. Pokazują konsekwencje czynnika ryzyka, który od dziesięcioleci jest dobrze poznany, ale społecznie nadal nie jest traktowany tak jak inne kancerogeny.

Dyskusja o alkoholu i nowotworach nie musi opierać się na straszeniu ani moralizowaniu. Powinna natomiast opierać się na informacji, której przez lata w debacie publicznej brakowało. Kieliszek wina, piwo i mocny alkohol różnią się smakiem, sposobem konsumpcji i kulturowym znaczeniem. Z punktu widzenia ryzyka nowotworowego łączy je jednak etanol.

A tego organizm nie rozpoznaje jako „umiarkowanego”, „dobrego jakościowo” czy wypitego przy specjalnej okazji.

Minister Zdrowia opublikował 7 września komunikat nr 39 dotyczący realizacji szczepień przeciw COVID-19 w sezonie 2026/2027. Resort, opierając się m.in. na rekomendacjach Zespołu do spraw Szczepień Ochronnych, zaleceniach WHO na 2026 r. oraz stanowisku grupy zadaniowej ds. sytuacji nadzwyczajnych (ETF) przy Europejskiej Agencji Leków (EMA), poinformował o zapewnieniu możliwości skorzystania z bezpłatnych, zalecanych szczepień przeciw COVID-19.

Szczepionki finansuje i kupuje Minister Zdrowia, natomiast koszt kwalifikacji i wykonania szczepienia zostanie pokryty przez Narodowy Fundusz Zdrowia.

Spikevax XFG dla dorosłych i dzieci

W sezonie 2026/2027 szczepienia osób w wieku 12 lat i starszych będą wykonywane jednodawkową szczepionką Spikevax XFG w dawce 50 mikrogramów, w ampułko-strzykawce. Jedna dawka wynosi 0,5 ml.

W przypadku osób z ciężkim niedoborem odporności lekarz może zdecydować o podaniu dodatkowej dawki. Powinna ona zostać podana w odstępie co najmniej dwóch miesięcy od poprzedniej dawki.

Dla młodszych dzieci stosowana będzie pediatryczna dawka Spikevax XFG – 25 mikrogramów/0,25 ml.

Schemat wygląda następująco:

U dzieci z ciężkim niedoborem odporności lekarz może zdecydować o podaniu dodatkowej dawki lub dawek, odpowiednich dla wieku. W przypadku dzieci od 6 miesięcy do 4 lat, które wcześniej nie były szczepione, trzecia dawka może zostać podana po co najmniej 28 dniach od drugiej.

Kto powinien szczególnie rozważyć szczepienie?

Minister Zdrowia wskazuje przede wszystkim osoby najbardziej narażone na ciężki przebieg COVID-19. W tej grupie znajdują się osoby powyżej 60. roku życia, szczególnie po 75. roku życia, a także dzieci, młodzież i dorośli z chorobami współistniejącymi.

Chodzi m.in. o osoby z:

Szczepienie jest również szczególnie wskazane dla pensjonariuszy placówek opieki długoterminowej i ich opiekunów, kobiet w ciąży oraz pracowników ochrony zdrowia, którzy mają bezpośredni kontakt z pacjentami lub mieszkańcami placówek opieki długoterminowej.

COVID-19 i grypa podczas jednej wizyty

Ministerstwo podkreśla, że jednoczesne podanie szczepionki przeciw COVID-19 i szczepionki przeciw grypie jest bezpieczne i powszechnie zalecane.

Szczepionkę przeciw COVID-19 można również podać w dowolnym czasie przed innymi szczepieniami lub po nich – zarówno w przypadku szczepionek żywych, jak i inaktywowanych oraz szczepień zalecanych kobietom w ciąży.

Bez e-skierowania. Gdzie można się zaszczepić?

Pacjent nie potrzebuje e-skierowania. Na szczepienie należy zapisać się bezpośrednio w wybranym punkcie, w terminach wskazanych przez placówkę.

Szczepienia będą wykonywane w:

Na razie pacjenci zapisują się bezpośrednio w punktach szczepień. Ministerstwo zapowiedziało osobny komunikat dotyczący uruchomienia Centralnej e-Rejestracji i możliwości zapisywania się na szczepienie za pośrednictwem IKP i aplikacji mojeIKP.

Co w przypadku szczepionki kupionej przez pacjenta?

Jeżeli producent udostępni szczepionkę przeciw COVID-19 do sprzedaży w aptekach, pacjent będzie mógł kupić ją samodzielnie.

W przypadku osoby posiadającej prawo do świadczeń finansowanych ze środków publicznych szczepienie taką szczepionką również może zostać rozliczone przez NFZ. W aptece odbywa się to na takich samych zasadach jak usługa wykonana szczepionką zakupioną przez Ministra Zdrowia. W POZ szczepienie jest rozliczane w ramach stawki kapitacyjnej w przychodni, w której pacjent złożył deklarację.

Osoby, które nie mają prawa do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, nie mogą skorzystać z bezpłatnej szczepionki zapewnionej przez Ministra Zdrowia ani z finansowania przez NFZ usługi kwalifikacji i wykonania szczepienia. Jeżeli szczepionka będzie dostępna w sprzedaży aptecznej, mogą zaszczepić się odpłatnie, ponosząc koszt preparatu oraz kwalifikacji i podania.

Bez kwestionariusza, ale z obowiązkowym wpisem w e-Karcie Szczepień

W sezonie 2026/2027 nie będzie obowiązywał kwestionariusz wstępnego wywiadu przesiewowego przed szczepieniem przeciw COVID-19.

Jednocześnie kwalifikacja do szczepienia oraz informacja o jego wykonaniu muszą zostać odnotowane w e-Karcie Szczepień.

Kiedy szczepionki trafią do punktów?

Szczepionki są przechowywane w stanie zamrożenia przez Rządową Agencję Rezerw Strategicznych (RARS). Po rozmrożeniu trafiają do dystrybucji w warunkach zimnego łańcucha.

Punkty szczepień mogą składać zapotrzebowanie na szczepionki dla dorosłych od 11 września 2026 r., natomiast zamówienia na szczepionki dla dzieci będą możliwe od 29 września 2026 r. Zamówienia złożone w danym tygodniu są zamykane w każdy czwartek o godz. 12.

Termin rozpoczęcia szczepień w konkretnym punkcie będzie zależał od terminu odbioru szczepionek z właściwej powiatowej stacji sanitarno-epidemiologicznej.

Po rozmrożeniu szczepionka ma 30-dniowy okres ważności. Punkty szczepień muszą przechowywać ją w temperaturze od +2°C do +8°C, zgodnie z zasadami zimnego łańcucha.

Szpitale i inne placówki zachowują możliwość zamawiania szczepionek

Szpitale, zakłady opiekuńczo-lecznicze, zakłady pielęgnacyjno-opiekuńcze, hospicja, zakłady karne oraz jednostki MON pozostają uprawnione do składania zapotrzebowania na szczepionki przeciw COVID-19 dla swoich pracowników i osób przebywających w tych placówkach.

Wykonane w tych jednostkach szczepienia muszą być raportowane do e-Karty Szczepień. W przeciwieństwie do szczepień realizowanych w POZ i aptekach nie podlegają one rozliczeniu z NFZ.

Źródło: MZ

Do 2050 roku zachorowalność na raka na całym świecie wzrośnie o 66,7 proc., a liczba nowych przypadków wyniesie blisko 35 mln. W Europie ma ona wzrosnąć o 19,2 proc., do poziomu 5,16 mln – wynika z najnowszych prognoz Międzynarodowej Agencji Badań nad Rakiem (IARC). Eksperci podkreślają, że wśród czynników ryzyka znajdują się m.in. wiek i styl życia, a edukacja zdrowotna powinna być obowiązkowym przedmiotem nauczanym w szkole.

– Dane Międzynarodowej Agencji Badań nad Rakiem sugerują, że w ciągu kolejnych dekad będziemy mieli lawinowy wzrost zachorowalności na nowotwory złośliwe w całej Europie. Jest to sygnał dla osób, które projektują systemy opieki zdrowotnej w Europie, aby podjąć to wyzwanie – mówi w rozmowie z agencją Newseria dr hab. n. med. Paweł Koczkodaj, kierownik Pracowni Prewencji Pierwotnej i Polityki Zdrowotnej w Zakładzie Epidemiologii i Prewencji Pierwotnej Nowotworów Narodowego Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie – Państwowego Instytutu Badawczego.

W Europie do 2024 roku zdiagnozowano 4,33 mln nowotworów. Do 2050 roku ta liczba ma wzrosnąć o 833 tys. i tym samym osiągnąć poziom 5,16 mln. Tak wynika z najnowszych danych IARC.

– Coraz częściej mówimy o tym, że coraz więcej osób choruje na nowotwory złośliwe. Powinniśmy pamiętać o tym, że nadal ich najsilniejszym czynnikiem ryzyka pozostaje rosnący wiek. Jesteśmy na progu zjawiska, które nazywa się silver tsunami. Widzimy, że populacja europejska i Polski bardzo szybko się starzeje. Obserwujemy taką zależność wykładniczą, że jest coraz więcej przypadków zachorowań, co nie znaczy, że w młodszych grupach ryzyka ich nie ma – tłumaczy dr hab. n. med. Paweł Koczkodaj.

Jak podaje Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), częstość występowania nowotworów gwałtownie rośnie wraz z wiekiem, najprawdopodobniej z powodu kumulacji narażenia na czynniki ryzyka. Wiąże się to z tendencją do zmniejszania się skuteczności mechanizmów naprawy komórkowej.

– Na przykładzie raka jelita grubego widać, że coraz więcej młodych osób choruje. Powstaje więc naturalne pytanie, dlaczego tak się dzieje? Mamy tutaj kilka odpowiedzi. Jedną z nich jest to, że rak jelita grubego jest bardzo mocno związany z naszym stylem życia, który, w szczególności w środowiskach wysoko zurbanizowanych czy w populacjach wysoko rozwiniętych, pozostawia wiele do życzenia – wyjaśnia ekspert Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie – Państwowego Instytutu Badawczego.

W Europie do 2024 roku zdiagnozowano 328,5 tys. nowotworów jelita grubego, a liczba ta do 2050 roku ma wzrosnąć o 27,1 proc., do 417,7 tys.

– Mówimy tutaj przede wszystkim o nadwadze i otyłości. Podwyższone BMI jest bardzo silnym czynnikiem, który zwiększa ryzyko zachorowania na raka jelita grubego. Do tego rosnące spożycie alkoholu czy palenie papierosów, narażenie na działanie dymu tytoniowego. Dieta ubogoresztkowa, czyli wysoko przetworzona, zawierająca mięso czerwone oraz wysoko przetworzone – peklowane, wędzone czy solone, powoduje, że w młodszych grupach wiekowych również w przypadku tego rodzaju nowotworu możemy mówić o wzrostach – podkreśla dr hab. n. med. Paweł Koczkodaj.

Jak podaje WHO, rak jelita grubego często nie daje żadnych objawów lub są one łagodne we wczesnym stadium. Gdy się pojawią, mogą obejmować m.in. biegunkę, zaparcia lub zwężenie stolca, krew w stolcu, skurcze brzucha, ból lub wzdęcia, które nie ustępują, niewyjaśnioną nagłą utratę wagi bez podejmowania żadnych starań, uporczywe zmęczenie czy też niedokrwistość.

– Generalnie rosnący wiek nadal pozostaje decydującym czynnikiem, który zwiększa ryzyko występowania chorób nowotworowych, w tym złośliwych. Często też możemy przeczytać w literaturze, że wczesne zachorowania w najmłodszych grupach wiekowych są związane z genetycznym obciążeniem, więc dla większości z nas zagrożenie niestety wzrasta wraz z wiekiem – zaznacza ekspert Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie – Państwowego Instytutu Badawczego.

Z ostatnich dostępnych danych Krajowego Rejestru Nowotworów wynika, że w 2023 roku w Polsce zdiagnozowano 192 922 przypadków nowotworów złośliwych, w tym 96 925 u mężczyzn i 95 997 u kobiet.

– Jeżeli popatrzymy na dane epidemiologiczne, które dotyczą Polski, widzimy, że tzw. duża trójka nowotworów wśród obydwu płci pozostaje mniej więcej taka sama w ostatnich latach. Jeżeli chodzi o mężczyzn, to na pierwszym miejscu mamy raka gruczołu krokowego, czyli raka prostaty. Następnie raka płuca i jelita grubego. Wśród kobiet na pierwszym miejscu jest rak piersi, następnie płuca i jelita grubego – podkreśla dr hab. n. med. Paweł Koczkodaj.

W 2023 roku na nowotwór złośliwy gruczołu krokowego zachorowało 23 710 Polaków. Rok wcześniej było to 21,5 tys., a dwa lata wcześniej nieco ponad 18 tys.

– Jeżeli chodzi o raka gruczołu krokowego, to wykazuje on największą dynamikę zachorowań. Widzimy bardzo duży przyrost. Natomiast rak piersi to jest ten nowotwór, o którym mówimy już bardzo dużo i jest to najczęstszy nowotwór na świecie, niezależnie od płci. To też jest przedmiotem dużego zmartwienia osób, które zajmują się prewencją chorób nowotworowych – zaznacza ekspert Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie – Państwowego Instytutu Badawczego.

U 21,7 tys. Polek w 2023 roku wykryto nowotwór piersi. W 2022 roku było to 22 tys. przypadków, a w 2021 roku – 21,3 tys. 

– W przypadku raka piersi wiemy, że mamy pewną listę czynników ryzyka, które predysponują kobietę do zachorowania. Światowa Organizacja Zdrowia podkreśla, że w przypadku ponad 50 proc. zachorowań nie możemy zidentyfikować czynników ryzyka modyfikowalnych, poza dwoma, które są niemodyfikowalne, czyli płeć żeńska oraz wiek powyżej 40. roku życia. Prewencja wtórna, czyli mammografia, odgrywa tutaj kluczowe znaczenie – podkreśla dr hab. n. med. Paweł Koczkodaj.

WHO szacuje, że  w 2024 roku na świecie zdiagnozowano raka piersi u 2,4 mln kobiet i odnotowano 694 tys. zgonów. Występuje w każdym kraju na świecie u kobiet w każdym wieku po okresie dojrzewania, ale jego częstość wzrasta w późniejszym wieku. 

– Zachorowania wśród osób młodych często są związane z mutacjami genetycznymi, natomiast dla większości populacji ze środowiskiem, w którym żyjemy, i z czynnikami modyfikowalnymi. Edukacja zdrowotna jest podstawą i ona powinna rzeczywiście zaistnieć. Nie lubię tego określenia, że powinna być obowiązkowa. Ona powinna być naturalnym elementem programu w szkołach – uważa ekspert Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie – Państwowego Instytutu Badawczego.

Źródło: Newseria

Od września w aptekach będą dostępne szczepionki przeciwko grypie na sezon 2026/2027. Eksperci zauważają, że mamy szeroki system refundacji i coraz więcej miejsc, w których można się zaszczepić, jednak większa ich dostępność nie zawsze przekłada się na wysoki poziom wyszczepialności.

Jak poinformowano podczas konferencji prasowej Ogólnopolskiego Program Zwalczania Chorób Infekcyjnych „Gotowi na sezon”, w sezonie 2025/2026 przeciwko grypie zaszczepiło się 2,3 mln Polaków – o ponad 0,5 mln więcej aniżeli w sezonie 2024/2025. To zaledwie 6 proc. naszej populacji, kilkakrotnie mniej niż w wielu krajach Unii Europejskiej.

Zbyt rzadko szczepią się u nas nawet seniorzy. W grupie osób po 65. roku życia odsetek zaszczepionych nie przekroczył w minionym sezonie 16 proc. – To stawia nasz kraj na jednym z ostatnich miejsc wśród państw OECD – zaznaczył przewodniczący Rady Naukowej Ogólnopolskiego Program Zwalczania Chorób Infekcyjnych prof. Adam Antczak.

Wskazuje na to raport OECD opublikowany w 2025 r. Wynika z niego, że w Danii i Wielkiej Brytanii przeciwko grypie szczepi się 78 proc. seniorów, w Irlandii – 76 proc., a w Portugalii – 72 proc. Wyprzedzają nas Czechy (25 proc.), Rumunia (23 proc.), Węgry (20 proc.) i Słowenia (18 proc.).

Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) w każdym sezonie przeciwko grypie powinno zostać zaszczepionych co najmniej 75 proc. osób po 65. roku życia. Wtedy jest największa gwarancja, że seniorzy dzięki szczepieniom unikną ciężkiego przebiegu tej choroby oraz przedwczesnego zgonu. – Grypa toruje drogę innym infekcjom i może powodować groźne powikłania – ostrzegał prof. Antczak. Niektóre z nich – zaznaczył – mogą się ujawnić nawet po kilku latach w postaci zawału serca i udaru mózgu albo demencji.

Zdaniem ekspertów Ogólnopolskiego Program Zwalczania Chorób Infekcyjnych konieczne jest dalsze zwiększenie wyszczepialności przeciwko grypie oraz innym zakażeniom układu oddechowego, takim jak RSV oraz pneumokoki. Przyznają oni, że ostatnio zwiększyła się dostępność szczepień przeciwko grypie, RSV oraz półpaścowi. Przyczyniła się do tego szersza refundacja szczepień i zwiększenie miejsc, w których można się zaszczepić, przede wszystkim w aptekach.

– Mamy dziś więcej narzędzi niż jeszcze kilka sezonów temu – refundację, szczepienia w aptekach, możliwość koadministracji (jednoczesnego wykonania kilku szczepień – PAP) i coraz szerszą ofertę profilaktyki. Teraz musimy zamienić dostępność w realną wyszczepialność. Pacjent powinien mieć prostą ścieżkę, jasną rekomendację i możliwość zaszczepienia się wtedy, kiedy już jest w kontakcie z systemem ochrony zdrowia – uważa prof. Adam Antczak.

Szczepionka przeciwko grypie jest bezpłatna dla seniorów od 65. roku życia oraz dla dzieci i młodzieży od 6. miesiąca do 17. roku życia. Dla osób w wieku 18-64 lat obowiązuje 50-proc. refundacja. Po 60. roku życia bardziej korzystna jest tzw. szczepionka wysokodawkowa (o zwiększonej zawartości antygenu), gdyż w większym stopniu zwiększa odporność przeciwko grypie. Jednak w tej grupie wiekowej szczepionka ta jest dostępna jedynie w ramach 50-proc. refundacji. Eksperci Ogólnopolskiego Programu Zwalczania Chorób Infekcyjnych uważają, że powinna być ona bezpłatna, podobnie jak szczepionka standardowa.

Ważne jest zwiększenie dostępności szczepień w aptekach oraz w ośrodkach podstawowej opieki zdrowotnej (POZ). – Pacjent w każdym miejscu powinien mieć możliwość skorzystania ze szczepień w szybki i łatwy sposób – przekonywał prof. Antczak.

W aptekach powstają nowe punkty szczepień (jest ich już 2,5 tys. w całym kraju) i można się w nich zaszczepić przeciwko grypie i innym chorobom zakaźnym podczas jednej wizyty. W POZ szczepienie zalecane wymaga dwukrotnego pobytu w placówce: po kwalifikacji i wystawieniu recepty trzeba się udać do apteki po szczepionkę, a potem powrócić na szczepienie.

– Tę procedurę w POZ trzeba uprościć w najbliższym sezonie grypowym – powiedział prof. Antczak. Wyraził nadzieję, że wkrótce to nastąpi. – Model ten zakłada dostępność zalecanej szczepionki w placówce POZ oraz stworzenie świadczenia dla ośrodków finansowanych przez Narodowy Fundusz Zdrowia – dodał. Zaznaczył, że nie wyklucza to utrzymania osobnej ścieżki refundacji aptecznej.

Źródło: Nauka w Polsce

Postęp medycyny sprawił, że zakażenie HIV, które bez leczenia prowadzi do AIDS i do śmierci, można dziś skutecznie kontrolować jako chorobę przewlekłą. Stygmatyzacja osób żyjących z wirusem, a także zjawisko autostygmatyzacji nadal są barierą w testowaniu i wykrywaniu zakażeń oraz dostępie do opieki. Eksperci podkreślają, że bez edukacji i przełamania tabu trudno będzie zahamować epidemię HIV. Na ten problem zwraca uwagę kampania „Pozytywnie też znaczy dobrze”.

– Zakażenie HIV może dotyczyć każdego. Pamiętajmy, że wirus przenosi się drogą krwiopochodną, podczas kontaktów intymnych oraz z matki na dziecko. Świadomość dotycząca tej choroby w Polsce niestety nie jest bardzo duża i co przykre, nie jest też duża wśród specjalistów – jest pewien opór przed testowaniem pacjenta w kierunku zakażenia HIV – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria dr n. med. Iwona Cielniak, specjalistka chorób zakaźnych.

Osoby żyjące z HIV, które regularnie przyjmują leczenie i utrzymują niewykrywalny poziom wirusa we krwi, nie przenoszą go drogą kontaktów seksualnych (zasada N=N – „niewykrywalny = niezakaźny”). Choć wiedza o HIV jest dziś znacznie większa niż kilkadziesiąt lat temu, wiele mitów utrwalonych przed laty wciąż wpływa na postrzeganie osób żyjących z wirusem.

– Coraz więcej osób spotyka się z dobrą reakcją, otwartością i często ze zrozumieniem. Niestety to zrozumienie czasami szybko się kończy, bo po pierwszym momencie akceptacji i szacunku do drugiej osoby często do głosu dochodzą nasze osobiste przekonania, obawy, może poczucie wstydu i wtedy ta reakcja się zmienia – tłumaczy dr n. społ. Bogna Szymańska-Kotwica, psycholożka i psychoterapeutka.

Badania prowadzone przez Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC) we współpracy z European AIDS Treatment Group i AIDS Action Europe wśród ponad 3,2 tys. osób żyjących z HIV w 55 krajach Europy i Azji Centralnej pokazują, że 59 proc. respondentów ma trudności z mówieniem innym o swoim zakażeniu. Blisko co trzecia osoba nie powiedziała o nim żadnemu członkowi rodziny, a co czwarta deklarowała, że doświadczyła odrzucenia przez znajomych z powodu wirusa.

– Osoby żyjące z HIV najbardziej obawiają się odrzucenia. Ludzie potrzebują żyć w grupie, nawiązywać relacje, jeżeli mam poczucie, że jestem inna, że nie przynależę do tej grupy, pojawia się autostygmatyzacja – mówi dr n. społ. Bogna Szymańska-Kotwica. – Najczęstsze autostygmatyzujące przekonania dotyczą tego, że jesteśmy gorszej kategorii, że jako osoba żyjąca z HIV nie zasługuję na miłość i relacje, czy będę mogła mieć dzieci. Nie ze względu biologicznego, tylko bardziej z moralnego czy etycznego punktu widzenia, emocjonalnego, czy to w porządku, że osoba żyjąca z HIV ma rodzinę i dzieci albo zawiera nowe związki. Bardzo często te przekonania są zbudowane na bazie negatywnych treści myśli, zniekształceń poznawczych.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) wskazuje, że stygmatyzacja jest jedną z głównych barier utrudniających wykonywanie testów i wczesne rozpoczynanie leczenia. Może wpływać na zachowanie osób żyjących z wirusem, m.in. skłaniając ich do ukrywania statusu serologicznego czy do rezygnacji z terapii. Potwierdzają to również badania ECDC – 26 proc. osób żyjących z HIV obawiało się w ostatnim roku gorszego traktowania przez personel medyczny, 21 proc. bało się korzystać z opieki zdrowotnej z powodu ryzyka ujawnienia swojego statusu serologicznego, a 16 proc. unikało kontaktu z systemem ochrony zdrowia z obawy przed gorszym traktowaniem. Co trzeci respondent wskazał, że czuł się źle traktowany w placówce opieki zdrowotnej, a co czwarty przyznał, że zdarzyła mu się odmowa lub opóźnienie w leczeniu z powodu zakażenia HIV.

Bohaterowie kampanii „Pozytywnie też znaczy dobrze” zdecydowali się opowiedzieć o swojej diagnozie i codziennym życiu, aby przełamywać stereotypy i oswajać temat HIV.

– HIV wciąż jest tematem tabu w naszym społeczeństwie, bo jest głównie kojarzony z seksem, a o tym się nigdy nie mówi w domu. Jest tematem tabu także dlatego, że brakuje rzetelnej edukacji w szkołach, bo znam młodych ludzi, którzy nie wiedzą, jak się zakazić. To przez brak edukacji seksualnej w szkołach – ocenia Magdalena Glewicz, jedna z bohaterek kampanii.

Wyniki międzynarodowego badania Positive Perspectives wskazują, że skuteczne leczenie nie eliminuje problemów, z którymi mierzą się osoby żyjące z HIV. Na ich jakość życia wpływają również czynniki społeczne, takie jak akceptacja otoczenia, możliwość otwartego mówienia o zakażeniu czy dostęp do wiarygodnych informacji. W polskiej części badania 100 proc. respondentów zadeklarowało, że nie czuje się komfortowo, ujawniając innym swój status serologiczny.

– Coraz więcej osób jest gotowych pytać i rozmawiać o HIV. Nawet wśród moich znajomych widzę, że osoby, które żyją z nim od lat, zaczynają otwarcie mówić o swoim zakażeniu, przyznają się do niego przed znajomymi, mówią o tym w mediach czy w miejscu pracy. To dobrze, że coraz mniej boimy się rozmawiać o ważnych tematach – mówi Antoni Bremer, bohater kampanii „Pozytywnie też znaczy dobrze”.

Od początku epidemii w Polsce rozpoznano ponad 35 tys. zakażeń HIV, jednak eksperci szacują, że nawet co piąta osoba żyjąca z wirusem nie zna swojego statusu serologicznego. Dlatego jednym z największych wyzwań jest zwiększenie liczby wykonywanych testów i jak najwcześniejsze rozpoczynanie leczenia.

– Wirus może dotyczyć każdego. Każdy, kto jest aktywny seksualnie, powinien się przebadać. Warto znać swój status, bo jeżeli okaże się dodatni, można rozpocząć leczenie i żyć normalnie – przekonuje Magdalena Glewicz.

Test w kierunku HIV można wykonać anonimowo i bezpłatnie w punktach konsultacyjno-diagnostycznych. Badanie nie wymaga skierowania ani ubezpieczenia. Wczesne wykrycie zakażenia pozwala szybko rozpocząć leczenie, zachować dobrą kondycję zdrowotną i ograniczyć dalsze przenoszenie wirusa. Wciąż jednak wiele osób błędnie obawia się codziennych kontaktów z osobami żyjącymi z HIV.

– Nie spotykam się bezpośrednio z dyskryminacją, ale raczej ze stygmatyzacją wynikającą właśnie z niewiedzy. Zresztą najlepszy przykład – znajoma mi osoba, kiedy dowiedziała się pośrednio, że mam HIV, to przerażona zareagowała: „Jak to, przecież siedzieliśmy na tej samej kanapie?”. Mimo że wszyscy wiemy, że osoba, która się leczy, a nawet ta, która się nie leczy, nie ma szans przez dotyk zakazić drugiej, nadal nawet wśród młodych osób tej wiedzy i świadomości po prostu nie ma – podkreśla Antoni Bremer.

Kampania „Pozytywnie też znaczy dobrze” powstała z inicjatywy GSK we współpracy ze specjalistami leczenia HIV, psychologiem i osobami żyjącymi z wirusem. Jej celem jest przeciwdziałanie stygmatyzacji, zwiększanie wiedzy o HIV oraz zachęcanie do wykonywania testów. Zwiększenie dostępu do testowania i wczesne wykrywanie zakażeń są ważnymi elementami globalnej strategii walki z HIV. UNAIDS zakłada zakończenie epidemii AIDS jako problemu zdrowia publicznego do 2030 roku.

Źródło: Newseria

Jak odnaleźć najbardziej wiarygodne dowody naukowe wśród tysięcy publikacji dotyczących nowotworów? Odpowiedzią ma być WCT Evidence Explorer – nowe, ogólnodostępne narzędzie opracowane w międzynarodowym projekcie WCT EVI MAP finansowanym z programu Horyzont Europa. Istotny wkład w jego powstanie mieli naukowcy z Narodowego Instytutu Onkologii – PIB, którzy współtworzyli metodologię oceny jakości dowodów naukowych oraz mapowali dane dla ponad 120 typów nowotworów.

Narodowy Instytut Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie – Państwowy Instytut Badawczy (NIO – PIB) był jednym z kluczowych partnerów zakończonego w czerwcu br. międzynarodowego projektu WCT EVI MAP (Mapping the Evidence for the World Health Organization (WHO) Classification of Tumours: a Living Evidence Gap Map by Tumor Type) sfinansowanego ze środków programu Horyzont Europa (2,7 mln Euro). Liderem konsorcjum 7 grup badawczych była Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem (IARC/WHO). Najważniejszym rezultatem czteroletniej współpracy naukowców i ekspertów z sześciu krajów jest opracowanie i uruchomienie ogólnodostępnego narzędzia WCT Evidence Explorer wspierającego tworzenie klasyfikacji nowotworów WHO – światowego standardu diagnostyki nowotworów – oraz rozwój „patologii opartej na faktach”. 

W prace zaangażowany był kierowany przez dr hab. Magdalenę Chechlińską interdyscyplinarny zespół w składzie: prof. Magdalena Kowalewska, mgr Kateryna Maslova, dr Paulina Kober, mgr Łukasz Taraszkiewicz, dr Maria Sromek, dr Mariusz Kulińczak, dr hab. Irmina Michalek, prof. Joanna Didkowska, dr hab. Grzegorz Rymkiewicz, mgr Agnieszka Janowska oraz Alicja Machnacka. 

Wraz z lawinowym wzrostem liczby publikacji coraz większą trudność stanowi selekcja i ocena jakości dowodów, na których można opierać kolejne edycje i zmiany klasyfikacji nowotworów. Projekt WCT EVI MAP był pierwszą inicjatywą, która podjęła wyzwanie systematycznej oceny zakresu i poziomu wiarygodności dowodów naukowych w dziedzinie patologii nowotworów – tłumaczy prof. Magdalena Kowalewska.

NIO – PIB odpowiedzialny za jeden z kluczowych pakietów merytorycznych. 

Zespół NIO-PIB odpowiadał za klasyfikację i mapowanie dowodów naukowych dla ponad 120 typów nowotworów, ale to nie wszystko – Uczestniczyliśmy także w opracowaniu podstaw metodologicznych całego projektu w tym klasyfikacji schematów badań oraz – co bardzo istotne – w stworzeniu pierwszej hierarchii poziomów dowodów na potrzeby patologii nowotworów (Hierarchy of Research Evidence for Tumour Pathology). Dotychczas stosowane hierarchie dowodów powstawały przede wszystkim z myślą o badaniach klinicznych i ocenie skuteczności terapii. Nie zawsze odpowiadały one specyfice badań diagnostycznych. Te opracowania opublikowaliśmy w czasopismach naukowych.  – wyjaśnia dr hab. Magdalena Chechlińska i dodaje: Ponadto wraz z partnerami adaptowaliśmy do celów projektu nowoczesną metodę Evidence Gap Maps (EGM), której poświęciliśmy międzynarodowe warsztaty zorganizowane przez zespół w czerwcu 2024 r. w Narodowym Instytucie Onkologii w Warszawie.

Podusmowanie projektu w siedzibie IARC w Lyonie 

W siedzibie IARC/WHO w Lyonie 25 czerwca br. odbyła się konferencja kończąca projekt. W wydarzeniu uczestniczyli przedstawiciele zespołów realizujących projekt, eksperci z całego świata współtworzący klasyfikację nowotworów WHO, przedstawiciele instytucji naukowych oraz organizacji pacjenckich. Podczas konferencji podsumowano osiągnięcia międzynarodowego konsorcjum. 

Do udziału w dyskusjach okrągłego stołu zaproszone zostały dr hab. Magdalena Chechlińska oraz prof. Magdalena Kowalewska. Nastąpiło oficjalne uruchomienie interaktywnego narzędzia WCT Evidence Explorer, które umożliwia przeglądanie map publikacji naukowych według typu nowotworu, jego charakterystyki diagnostycznej, schematu badania i poziomu wiarygodności dowodów. Narzędzie łączy mapy opracowane przez wykonawców projektu na podstawie systematycznych przeglądów piśmiennictwa, przygotowane z wykorzystaniem metod sztucznej inteligencji oraz mapy literatury cytowanej w 5 edycji klasyfikacji nowotworów WHO. Użytkownicy mogą tworzyć własne analizy, filtrować dane oraz pobierać zestawienia wyników. Platforma jest na bieżąco aktualizowana wraz z pojawianiem się nowych publikacji.

WCT Evidence Explorer nie zastępuje przeglądu systematycznego ani eksperckiej oceny danych. Pozwala jednak szybko ocenić, w których obszarach istnieją wartościowe badania, gdzie dominują publikacje o niższym poziomie wiarygodności, a gdzie nadal występują istotne luki badawcze – mówi dr hab. Magdalena Chechlińska. 

WCT Evidence Explorer to ważne narzędzie, przydatne dla patologów, naukowców, autorów klasyfikacji WHO, instytucji finansujących badania oraz osób kształtujących polityki zdrowotne. WCT Evidence Explorer, zapewniając aktualizowaną, powszechnie dostępną syntezę dowodów w dziedzinie patologii nowotworów oraz identyfikując braki i obszary danych o niskim poziomie wiarygodności, wspomaga nie tylko klasyfikację nowotworów i wdrożenie „patologii opartej na faktach”, ale również promuje stosowanie wyższych standardów w diagnostyce, leczeniu i badaniach naukowych.

Udział NIO-PIB w projekcie WCT EVI MAP potwierdza silną pozycję naukową Instytutu oraz jego zdolność do realizacji złożonych, interdyscyplinarnych przedsięwzięć międzynarodowych. 

Więcej informacji:

WCT Evidence Explorer – www.wctevidenceexplorer.iarc.who.int 
Projekt WCT EVI MAP – www.wct-evi-map.iarc.who.int  

Źródło: NIO

Bezpieczeństwo farmakoterapii staje się jednym z najważniejszych elementów jakości opieki zdrowotnej. Nowe standardy akredytacyjne dla szpitali kładą większy nacisk na systemowe zarządzanie ryzykiem związanym z leczeniem, rozwój współpracy między lekarzami, pielęgniarkami i farmaceutami oraz wykorzystanie narzędzi cyfrowych wspierających analizę terapii. Eksperci podkreślają, że w dobie starzenia się społeczeństwa i rosnącej wielolekowości bezpieczne stosowanie leków jest równie istotne jak dostęp do nowoczesnych terapii.

Cyfryzacja ochrony zdrowia coraz częściej obejmuje nie tylko dokumentację medyczną, ale również rozwiązania wspierające bezpieczeństwo procesu leczenia. W swoim najnowszym raporcie z końca czerwca Komisja Europejska wskazuje, że w ciągu ostatniego roku swoje wyniki poprawiło 18 państw członkowskich, a już 85 proc. krajów UE udostępnia obywatelom scentralizowany dostęp do elektronicznej dokumentacji medycznej. Dlatego też postawiono na rozwój interoperacyjnych systemów danych oraz Europejskiej Przestrzeni Danych dotyczącej Zdrowia (EHDS) jako jeden z fundamentów poprawy jakości opieki i bezpieczeństwa pacjentów.

Warto zwrócić uwagę na rosnącą potrzebę cyfryzacji w sektorze ochrony zdrowia. Instytut Matki i Dziecka już od pięciu lat prowadzi międzynarodowy konkurs MCSC Hospital Leadership Innovations, w którym nagradzane są nowatorskie rozwiązania wspierające rozwój medycyny i pracę placówek ochrony zdrowia. W ostatnich edycjach dominującym trendem były rozwiązania usprawniające zarządzanie szpitalem i dokumentacją medyczną, automatyzację administracji i zwiększenie bezpieczeństwa, w tym także bezpieczeństwa lekowego.

Doświadczenia z pilotażu prowadzonego wspólnie z IMiD wskazują, że narzędzia wspierające analizę farmakoterapii mogą realnie poprawiać bezpieczeństwo leczenia oraz usprawniać codzienną pracę personelu medycznego. W obliczu starzenia się społeczeństwa i rosnącej skali wielolekowości rozwiązania tego typu będą odgrywać coraz większą rolę w organizacji nowoczesnej opieki zdrowotnej.

Bezpieczeństwo lekowe jako inwestycja w jakość

Bezpieczeństwo farmakoterapii przestaje być pojedynczym elementem procesu leczenia, a staje się jednym z filarów zarządzania jakością w nowoczesnym szpitalu. Już w 2024 roku WHO zwracała uwagę, że blisko połowa możliwych do uniknięcia szkód w opiece zdrowotnej jest związana z farmakoterapią. Znaczenie tego problemu będzie rosło wraz ze zmianami demograficznymi: starzejące się społeczeństwo i rosnąca liczba pacjentów z chorobami przewlekłymi sprawiają, że coraz więcej osób przyjmuje jednocześnie kilka lub kilkanaście leków, zwiększając ryzyko niepożądanych interakcji oraz działań niepożądanych.  Każda kolejna ordynacja zwiększa złożoność procesu terapeutycznego, dlatego konieczne staje się wykorzystywanie narzędzi, które wspierają personel medyczny w analizie potencjalnych interakcji i bezpieczeństwa leczenia.

W praktyce oznacza to większą rolę farmaceutów szpitalnych, przeglądów lekowych oraz współpracy między lekarzami, pielęgniarkami i personelem farmaceutycznym. Jak zatem sprawić, aby ich praca była efektywniejsza, a jednocześnie nie dokładać im dodatkowych obowiązków?

Cyfrowe narzędzia zwiększają bezpieczeństwo pacjentów

Eksperci są zgodni, że poprawa bezpieczeństwa farmakoterapii nie będzie efektem pojedynczego rozwiązania. Wymaga jednoczesnego rozwoju kompetencji personelu, odpowiednich procedur, współpracy interdyscyplinarnej oraz wykorzystania nowoczesnych technologii wspierających analizę danych.

Nowe standardy akredytacyjne tworzą ku temu odpowiednie ramy, wzmacniając rolę farmaceutów szpitalnych i jakości procesów związanych z farmakoterapią. Dla placówek medycznych oznacza to nie tylko konieczność spełnienia wymogów formalnych, ale przede wszystkim szansę na poprawę bezpieczeństwa pacjentów oraz ograniczenie liczby zdarzeń niepożądanych związanych z leczeniem.

Coraz więcej leków, coraz większa odpowiedzialność

W październiku 2025 roku wartość sprzedaży na rynku aptecznym wyniosła 5,232 mld zł, co oznacza wzrost o 16,4 proc. w porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej. Jednocześnie około 68 proc. leków dostępnych na polskim rynku pochodzi z importu, podczas gdy krajowi producenci odpowiadają za około 32 proc. rynku. Dane te pokazują skalę farmakoterapii w Polsce oraz znaczenie odpowiedzialnego zarządzania leczeniem farmakologicznym.

Jak podkreśla Polskie Towarzystwo Farmaceutyczne, bezpieczeństwo lekowe powinno być rozumiane znacznie szerzej niż wyłącznie jako zapewnienie dostępności produktów leczniczych. Obejmuje ono również racjonalne ich stosowanie, monitorowanie terapii oraz skuteczne wykrywanie problemów lekowych jeszcze przed wystąpieniem ich konsekwencji klinicznych, które mogą prowadzić do pogorszenia jakości leczenia, ciężkich skutków ubocznych, wydłużenia hospitalizacji oraz wzrostu kosztów funkcjonowania systemu.

Dalsza cyfryzacja oraz rozwój narzędzi do monitorowania farmakoterapii mogą stanowić skuteczne rozwiązanie problemów z bezpieczeństwem lekowym, z którymi boryka się polska ochrona zdrowia.

Źródło: inf pras

Każdego roku mieszkańcy Europy samodzielnie leczą ok. 1,2 mld drobnych dolegliwości, stosując leki bez recepty, co przynosi blisko 36,7 mld euro oszczędności rocznie. Sam system ochrony zdrowia w UE oszczędza na tym 26,3 mld euro, a w Polsce – 1 mld zł. Starzenie się społeczeństwa i jego rosnące potrzeby zdrowotne sprawiają, że takie podejście będzie zyskiwać na znaczeniu, ale potrzeba do tego podnoszenia kompetencji zdrowotnych pacjentów – przypominają eksperci z okazji Międzynarodowego Dnia Samoleczenia.

– Odpowiedzialne samoleczenie to element każdego nowoczesnego systemu opieki zdrowotnej. Oznacza to, że pacjent samodzielnie podejmuje decyzje o leczeniu drobnych dolegliwości przy użyciu leków bez recepty (OTC) – mówi w rozmowie z agencją Newseria Ewa Jankowska, prezeska PASMI – Polskiego Związku Producentów Leków Bez Recepty.

Samoleczenie jest elementem szerszej koncepcji samoopieki (self-care), którą Światowa Organizacja Zdrowia definiuje jako zdolność do zapobiegania chorobom, utrzymywania zdrowia oraz radzenia sobie z dolegliwościami. Według raportu Uczelni Łazarskiego „Rola samoleczenia w systemie opieki zorientowanym na wartość zdrowotną” w Unii Europejskiej każdego dnia ok. 3,3 mln drobnych dolegliwości zdrowotnych można leczyć przy użyciu leków OTC. To głównie infekcje wirusowe, ból gardła, kaszel, alergie, dolegliwości układu pokarmowego, bóle głowy czy niewielkie urazy. Bezpieczne samoleczenie dotyczy wyłącznie mniejszych dolegliwości, a w przypadku utrzymywania się lub nasilenia objawów konieczna jest konsultacja z lekarzem.

– Samoleczenie jest dzisiaj benefitem nie tylko dla pacjenta, ale również dla całego systemu opieki zdrowotnej – ocenia Łukasz Marynowski, country head Poland w Opella Healthcare, członek zarządu PASMI. – W obliczu starzejącego się społeczeństwa, rosnącej liczby pacjentów, ale też ograniczonych zasobów kadrowych to właśnie odpowiedzialne samoleczenie powinno być niezbędnym uzupełnieniem opieki medycznej. Pozwoli to efektywnie wykorzystać zasoby całego systemu ochrony zdrowia.

Według raportu AESGP Study „Self-Care in Europe: Economic and Social Impact on Individuals and Society” każde 1 euro wydane przez pacjenta na samoleczenie przynosi średnio 6,7 euro korzyści ekonomicznych – 4,6 euro dla systemu ochrony zdrowia oraz 2,1 euro dla gospodarki. Przytaczane w raporcie wyliczenia ekspertów szacują, że gdyby pacjenci zgłaszali się ze wszystkimi drobnymi dolegliwościami, w całej UE potrzebnych byłoby dodatkowo 120 tys. lekarzy pierwszego kontaktu lub obecna kadra musiałaby pracować dodatkowe 144 minuty dziennie. Większe wykorzystanie odpowiedzialnego samoleczenia mogłoby ograniczyć liczbę wizyt u lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej o kolejne 10–25 proc. i przynieść 17,6 mld euro oszczędności rocznie (12,5 mld dla systemu i 5,1 mld dla gospodarki).

W Polsce obecnie nieco ponad połowa drobnych dolegliwości leczona jest w ramach odpowiedzialnego samoleczenia, co pokazuje, że model ten odgrywa istotną rolę w funkcjonowaniu krajowego systemu ochrony zdrowia. Tak szerokie wykorzystanie samoleczenia wymaga jednak odpowiednich kompetencji zdrowotnych oraz świadomego i bezpiecznego stosowania produktów leczniczych dostępnych bez recepty.

– Kompetencje te buduje się poprzez uważne czytanie ulotek. Ważne również, aby w trakcie procesu samoleczenia obserwować reakcję organizmu i w przypadkach wątpliwych skonsultować się z farmaceutą i lekarzem – mówi Ewa Jankowska.

Światowa Organizacja Zdrowia wskazuje, że kompetencje zdrowotne obejmują umiejętność wyszukiwania, rozumienia i wykorzystywania informacji dotyczących zdrowia przy podejmowaniu codziennych decyzji. Oznacza to m.in. umiejętność właściwego stosowania leków zgodnie z ulotką, rozpoznania objawów wymagających konsultacji z lekarzem oraz korzystania z wiedzy farmaceutów.

– Odpowiedzialne samoleczenie zaczyna się od rzetelnej i sprawdzonej wiedzy. Dzisiaj pacjenci mają bardzo szeroki dostęp do informacji i trudno jest dokonać wyboru pomiędzy faktem a niesprawdzoną poradą. Dlatego bardzo ważną rolę odgrywa środowisko medyczne – podkreśla Ewa Królikowska, dyrektor generalna Teva Pharmaceuticals Polska, członkini zarządu PASMI.

Jak wynika z przytoczonego w raporcie badania Polskiego Towarzystwa Medycyny Rodzinnej, 62,5 proc. pacjentów jako główne źródło wiedzy o stosowanych lekach wskazuje lekarza. Również farmaceuci odgrywają ważną rolę w budowaniu ich kompetencji zdrowotnych i wspieraniu w bezpiecznym zażywaniu leków bez recepty. Właśnie promowaniu takich postaw służy obchodzony 24 lipca Międzynarodowy Dzień Samoleczenia.

– W tym dniu przypominamy, jak ważne społecznie jest odpowiednie stosowanie leków bez recepty. Symbol 24/7 oznacza, że o zdrowie powinniśmy dbać odpowiedzialnie przez całą dobę, siedem dni w tygodniu – podkreśla Ewa Jankowska.

Źródło: Newseria