Medicalpress

Czy rehabilitacja może przypominać grę? Naukowcy z Katedry Medycyny Rodzinnej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu sprawdzili, jak na sprawność seniorów wpływa trening, w którym tradycyjne ćwiczenia połączono z interaktywnymi grami ruchowymi. Po sześciu tygodniach zaobserwowali poprawę wybranych parametrów sprawności fizycznej. Szczególnie interesujące okazały się efekty u osób zagrożonych rozwojem zespołu kruchości. Wyniki badania UMW nabierają szczególnego znaczenia w kontekście obchodzonego 1 października Międzynarodowego Dnia Osób Starszych, który zwraca uwagę m.in. na zdrowie, samodzielność i jakość życia seniorów.

Starzenie nie musi oznaczać zespołu kruchości. Frailty, czyli zespół kruchości, to stan zmniejszonej rezerwy organizmu, który sprawia, że starszy człowiek staje się bardziej podatny na skutki chorób i innych obciążeń. Wiąże się m.in. ze zwiększonym ryzykiem pogorszenia sprawności, upadków i utraty samodzielności. Co ważne, kruchość nie pojawia się z dnia na dzień. Wcześniej może wystąpić stan określany jako pre-frailty – moment, w którym pierwsze oznaki osłabienia są już widoczne, ale pełny zespół kruchości jeszcze się nie rozwinął. To właśnie ten etap szczególnie interesuje naukowców poszukujących sposobów na jak najdłuższe zachowanie sprawności seniorów.

Rehabilitacja zamieniona w grę

Jednym z ważnych elementów przeciwdziałania utracie sprawności jest odpowiednio dobrana aktywność fizyczna, obejmująca m.in. ćwiczenia wzmacniające mięśnie, równowagę i elastyczność. Wyzwaniem bywa jednak utrzymanie regularności ćwiczeń przez dłuższy czas.

I tu pojawia się exergaming. Pod tą nazwą kryją się interaktywne gry ruchowe, w których ruch ciała służy do sterowania tym, co dzieje się na ekranie. Zamiast wykonywać kolejne powtórzenia wyłącznie według instrukcji, ćwiczący ma do wykonania konkretne zadanie i na bieżąco widzi efekty swoich ruchów.

W badaniu UMW wykorzystano platformę rehabilitacyjną ActivLife oraz czujnik Kinect śledzący ruchy uczestnika. Seniorzy ćwiczyli w pozycji stojącej, a ruchami ciała sterowali przebiegiem terapeutycznych gier. Platforma zapewniała im przy tym dodatkową stabilizację dzięki uprzęży wyposażonej w siedzisko.

Sześć tygodni treningu

W badaniu uczestniczyło 111 osób w wieku od 65 do 89 lat. Naukowcy ocenili, czy uczestnicy byli sprawni, znajdowali się w stanie pre-frailty, czy rozwinął się już u nich pełnoobjawowy zespół kruchości. Po sześciu tygodniach treningu średni wynik w skali kruchości nieznacznie, ale istotnie statystycznie się poprawił. Pozytywne zmiany zaobserwowano również w konkretnych obszarach sprawności.

U osób w stanie pre-frailty poprawiły się wyniki testów oceniających siłę mięśni, chód i wytrzymałość oraz równowagę. W grupach pre-frail i frail zmniejszyło się również ryzyko upadków oceniane za pomocą testu Tinetti.

– Przeprowadzone badania wykazały także, że exergaming wpływa korzystnie nie tylko na parametry sprawności funkcjonalnej, ale również istotnie poprawia funkcje poznawcze, w tym pamięć, nastrój i jakość życia seniorów – podkreśla główna autorka badania, dr hab. Maria Bujnowska-Fedak z Katedry Medycyny Rodzinnej UMW, która łączy pracę naukową z praktyką lekarza rodzinnego. – Exergaming okazał się najbardziej skuteczny w grupie pacjentów z wczesnym zespołem kruchości (pre-frailty). Grupa ta również ćwiczyła znacznie chętniej, a seniorzy istotnie rzadziej rezygnowali z ćwiczeń z powodów zdrowotnych lub logistycznych, m.in. potrzeby wsparcia rodziny w dotarciu na zajęcia. To właśnie obiecujące wyniki osób znajdujących się pomiędzy pełną sprawnością a zespołem kruchości zwracają naszą szczególną uwagę. Rodzą pytanie, czy jest to moment, w którym odpowiednio dobrana aktywność może mieć szczególne znaczenie dla dalszego funkcjonowania seniora.

Technologia zamiast tradycyjnych ćwiczeń?

Niekoniecznie. Exergaming nie zmienia podstawowej zasady: najważniejszy pozostaje ruch. Technologia może natomiast zmienić sposób, w jaki ćwiczenia są wykonywane – i sprawić, że trening stanie się bardziej angażujący.

Gra stawia przed ćwiczącym kolejne zadania, dostarcza mu informacji zwrotnej i pozwala obserwować efekty własnych działań. Może to mieć znaczenie zwłaszcza wtedy, gdy barierą dla regularnej aktywności stają się monotonia, spadek motywacji czy obawa przed utratą równowagi i urazem.

– Na podstawie tego badania nie można jeszcze powiedzieć, że trening z ActivLife jest skuteczniejszy od tradycyjnych ćwiczeń – dodaje dr hab. Maria Bujnowska-Fedak, prof. UMW. – Uczestników nie porównywano z formalną grupą kontrolną, która realizowałaby inny program lub nie korzystała z platformy. Wiadomo natomiast, że po sześciu tygodniach treningu poprawiła się większość ocenianych parametrów funkcjonalnych, funkcje poznawcze i jakość życia seniorów.

Dla naukowców i lekarzy to punkt wyjścia do kolejnych pytań: jak wykorzystać nowe technologie, by zachęcać osoby starsze do ruchu, jak długo utrzymują się uzyskane efekty i którzy seniorzy mogą skorzystać z takiej formy treningu najbardziej. Badania będą kontynuowane.

– W starzejącym się społeczeństwie potrzebujemy nie tylko skutecznych, ale także atrakcyjnych i angażujących sposobów pomagania seniorom w utrzymaniu sprawności – podsumowuje dr hab. Maria Bujnowska-Fedak, prof. UMW. –. Być może właśnie w tym tkwi jeden z największych potencjałów exergamingu. Aktywność ruchowa połączona z grą może być przy tym czymś więcej niż tylko formą rehabilitacji. Może stać się również okazją do spotkania i wspólnego spędzania czasu. Wyobraźmy sobie seniora, który zamiast ćwiczyć samotnie przed ekranem, zaprasza do wspólnej gry wnuczkę lub wnuka. Dla jednej osoby jest to sposób na ruch i trening pamięci czy równowagi, dla drugiej – zabawa, a dla obu – okazja do bycia razem. Być może przyszłość exergamingu to więc nie tylko połączenie ruchu z technologią, ale także połączenie pokoleń.

Wrocławskie badanie wpisuje się w szerszy światowy trend poszukiwania nowych sposobów wspierania sprawności osób starszych. Coraz większe zainteresowanie naukowców budzą rozwiązania, które łączą ruch z jednoczesnym angażowaniem pamięci, uwagi i koordynacji. Szczególnie istotna jest przy tym wczesna interwencja – zanim osłabienie zacznie prowadzić do trwałej utraty sprawności i samodzielności.

Wyniki badań zostały opublikowane w czasopiśmie Scientific Reports: „The ActivLife exergame rehabilitation program improves functional abilities in pre-frail and frail older adults: a clinical trial”, Maria Magdalena Bujnowska-Fedak, Mateusz Sobieski, Aleksandra Fedak i Joanna Waligóra, Scientific Reports, vol. 16, Article number: 12637 (2026).

Źródło: inf pras

Ponad 100 chirurgów dziecięcych, urologów i specjalistów innych dziedzin z Polski i zagranicy przyjechało do Wrocławia na XII International PAAFIS Symposium. Międzynarodowe spotkanie rozpoczyna się w szczególnym dla Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu momencie – wraz z obchodami 70-lecia Katedry i Kliniki Chirurgii i Urologii Dziecięcej UMW.

PAAFIS (ang. Pediatric Adolescent Adult Foregut Interdisciplinary Society) to międzynarodowe, interdyscyplinarne towarzystwo skupiające specjalistów zajmujących się chorobami i wadami górnego odcinka przewodu pokarmowego oraz górnych dróg oddechowych – od wieku dziecięcego po dorosłość.

23 września rozpoczęły się trzy dni wydarzeń łączących jubileusz wrocławskiej Kliniki z XII International PAAFIS Symposium. Pierwszego dnia uczestnicy biorą udział w kursach praktycznych chirurgii torakoskopowej oraz chirurgii tchawicy. Zajęcia prowadzą specjaliści z Polski i zagranicy, w tym eksperci z Włoch i Argentyny. Kursy poprzedzają uroczyste obchody 70-lecia Katedry i Kliniki Chirurgii i Urologii Dziecięcej UMW. Część naukowa międzynarodowego sympozjum została zaplanowana na 24 i 25 września.

Dla wrocławskiej Katedry i Kliniki Chirurgii i Urologii Dziecięcej tegoroczne spotkanie ma szczególne znaczenie. W ciągu 70 lat zmieniły się zarówno możliwości diagnostyczne i techniki operacyjne, jak i opieka nad dziećmi przed zabiegami i po nich. Jubileusz jest okazją, by przypomnieć, jak wraz z całą dziedziną zmieniała się wrocławska Klinika – od czasów bardzo ograniczonych możliwości diagnostycznych po współczesną chirurgię małoinwazyjną na światowym poziomie.

– Dokładnie 40 lat temu zaczynałem pracę w tej jednostce – wspomina prof. Dariusz Patkowski, kierownik Katedry i Kliniki Chirurgii i Urologii Dziecięcej UMW. – Poza słuchawkami lekarskimi mieliśmy do dyspozycji jedynie aparat RTG i podstawowe badania laboratoryjne. Nie było tomografii komputerowej, rezonansu magnetycznego. Pierwsze USG dotarło do nas dopiero na początku lat 90.

Z perspektywy tych czterech dekad skalę zmian trudno przecenić. Obecnie uniwersytecka Klinika jest ośrodkiem, którego osiągnięcia zapewniają jej znaczące miejsce w światowej chirurgii dziecięcej. Szczególną pozycję zdobyła w chirurgii endoskopowej i małoinwazyjnym leczeniu wad wrodzonych u najmłodszych pacjentów.

Prof. Dariusz Patkowski jest autorem techniki PIRS – małoinwazyjnej operacji przepukliny pachwinowej u dzieci, opisanej po raz pierwszy przez wrocławski zespół w 2006 roku. Metoda rozpowszechniła się w ośrodkach chirurgii dziecięcej na świecie, a jej autor wielokrotnie operował i szkolił chirurgów za granicą, przekazując doświadczenia w stosowaniu opracowanej we Wrocławiu techniki.

Kolejnym znakiem rozpoznawczym wrocławskiej jednostki są pionierskie w Polsce endoskopowe operacje atrezji przełyku. Zastosowanie technik małoinwazyjnych pozwala przeprowadzić niezwykle skomplikowane leczenie bez otwierania klatki piersiowej, ograniczając uraz operacyjny u małych pacjentów.

Jubileusz jest jednak nie tylko okazją do spojrzenia w przeszłość. Odbywające się równolegle XII International PAAFIS Symposium pokazuje, czym zajmuje się współczesna chirurgia dziecięca i w jakim kierunku rozwija się leczenie najbardziej złożonych wad.

Do Wrocławia przyjechali uznani eksperci z wielu zagranicznych ośrodków, reprezentujący różne specjalności. Taki skład uczestników nie jest przypadkowy – jednym z założeń PAAFIS jest kompleksowe spojrzenie na pacjenta, wykraczające poza granice jednej dyscypliny. Wśród wykładowców są m.in. specjaliści z Niemiec, Włoch, Argentyny, Turcji, Stanów Zjednoczonych i Republiki Południowej Afryki.

Program tegorocznego spotkania pokazuje, że współczesne leczenie dzieci z najtrudniejszymi wadami wrodzonymi wykracza daleko poza samą operację. Eksperci rozmawiają we Wrocławiu o małoinwazyjnych technikach chirurgicznych, leczeniu atrezji przełyku i wad tchawicy, diagnostyce genetycznej i chorobach rzadkich, ale także o rehabilitacji, zaburzeniach połykania, jakości życia i wieloletniej opiece nad pacjentami po operacji. Jednym z ważnych tematów jest również centralizacja leczenia najrzadszych wad w wyspecjalizowanych ośrodkach.

XII International PAAFIS Symposium organizowane jest przez PAAFIS we współpracy z Katedrą i Kliniką Chirurgii i Urologii Dziecięcej UMW. W organizację wydarzenia zaangażowane są także inne jednostki Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, w tym Katedra i Klinika Pediatrii, Endokrynologii, Diabetologii i Chorób Metabolicznych oraz Uniwersyteckie Centrum Chorób Rzadkich.

Źródło: inf pras

Blisko 2,5 tysiąca publikacji o zasięgu 190 milionów kontaktów w zaledwie 2 dni!  Barometr dezinformacji medycznej opracowany przez Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu (UMW) oraz firmę Mediaboard analizuje medialny wydźwięk ustawy „lex szarlatan” jako kluczowy wątek ostatniego kwartału. To pierwsza z cyklicznych publikacji przygotowywanych przez Obserwatorium Dezinformacji Medycznej UMW, która nie tylko opisuje główne narracje, ale też wskazuje potencjalne źródła kryzysów w niedalekiej przyszłości.

Dezinformacja medyczna nie jest już tematem publikacji w mediach branżowych. Ostatni kwartał, którego analizę zawiera Barometr dezinformacji, pokazuje, że tocząca się wokół ustawy dyskusja o pseudomedycynie przestała być wyłącznie rozmową o bezpieczeństwie pacjentów. Została połączona z polityką, wolnością słowa, „cenzurą”, „Big Pharmą” czy rzekomym zagrożeniem dla zielarzy i dietetyków. Temat medyczny stał się paliwem dla szerszego konfliktu politycznego i światopoglądowego. I jako konflikt świetnie sprzedał się w mediach.

Potrzebujemy działań systemowych – Obserwatorium Dezinformacji Medycznej UMW

– Świat medyczny to dziś za mało, by skutecznie przeciwdziałać dezinformacji. Konieczne jest działanie międzysektorowe, a przede wszystkim działanie systemowe. Deklaracje, jednorazowe akcje czy eventy nie przełożą się na wymierne rezultaty. Dlatego na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu stworzyliśmy Centrum Odkryć Medycznych, w którym wyodrębniamy teraz Obserwatorium Dezinformacji Medycznej – wyjaśnia rektor uczelni prof. Piotr Ponikowski. – Przestajemy rozmawiać na poziomie ogólnikowych haseł i przypuszczeń, odnosimy się do tworzonych przez nas analiz, narracji i liczb opisujących konkretny moment w czasie. Relacjonujemy rzeczywistość niemal na bieżąco, co pozwala lepiej zrozumieć jej dynamikę i dzięki temu przygotować działania, które mogą zapobiegać nowym stanom zapalnym. Obserwatorium jest częścią szerszego systemu działań UMW na rzecz odporności informacyjnej państwa. Obejmuje on popularyzację nauki, bezpłatny podręcznik edukacji zdrowotnej, narzędzia AI wspierające nauczycieli, ich kształcenie oraz portal weryfikujący popularne mity medyczne – podkreśla rektor prof. Piotr Ponikowski.

„Lex szarlatan” uruchomił lawinę

Pierwszy kwartalny Barometr pozwala zobaczyć, jak ta debata zmienia się pod wpływem bieżących wydarzeń. Od czerwca do końca sierpnia zidentyfikowano 8393 publikacje i wpisy dotyczące dezinformacji zdrowotnej. Wygenerowały one 883 mln potencjalnych kontaktów z przekazem. Analiza objęła również 9136 komentarzy internautów.

Najważniejszym tematem kwartału był spór o ustawę określaną jako „lex szarlatan”. Odpowiadał za 64 proc. wszystkich publikacji i wpisów oraz 76 proc. całego zasięgu analizowanej debaty. W ciągu trzech miesięcy pojawiło się 5369 materiałów dotyczących ustawy, które wygenerowały blisko 674 mln potencjalnych kontaktów i ponad 5 tys. komentarzy.

Punktem zwrotnym była decyzja prezydenta z 20 sierpnia o niepodpisaniu ustawy i skierowaniu jej do Trybunału Konstytucyjnego. Tego dnia ukazało się 1458 publikacji i wpisów, generujących 190 mln kontaktów. Dzień później, po zapowiedzi projektu prezydenckiego, odnotowano kolejne 1009 materiałów. W ciągu zaledwie dwóch dni powstało ich 2467.

– W mojej ocenie poszerzenie kompetencji Rzecznika Praw Pacjenta to dobry kierunek. Oczywiście można dyskutować nad zakresem tych kompetencji, definicjami praktyk pseudomedycznych czy dezinformacji medycznej, ale warto też podkreślić, że uprawnienia, jakie miał zyskać Rzecznik Praw Pacjenta, nie są uprawnieniami nowymi w polskim porządku prawnym. Zgodnie z treścią uzasadnienia do projektu „lex szarlatan” zostały one zaprojektowane na wzór kompetencji, jakie w sprawach ochrony konkurencji i konsumentów już posiada Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów – przypomina Dominika Szachniewicz – radca prawny i dyrektor generalna UMW. Skoro jako konsumenci jesteśmy objęci wszechstronną ochroną, to dlaczego obawiamy się podobnej ochrony w sytuacji, gdy chodzi o nasze życie czy zdrowie, a skutki pewnych działań mogą być już dla nas nieodwracalne? Dzisiaj nie ma żadnego systemu ostrzegania przed dezinformacją medyczną czy praktykami pseudomedycznymi. Dlatego sam system kar to za mało. Musimy mieć jako pacjenci legalne źródło informacji, np. w postaci rejestru podmiotów prowadzących dezinformację medyczną, a ochrona naszego życia i zdrowia musi być priorytetem w zderzeniu z nieuczciwą działalnością zarobkową – apeluje Dominika Szachniewicz. 

Dezinformacja „recyklinguje” stare narracje

 Barometr pokazuje, że fałszywe narracje nie znikają wraz z końcem wydarzenia, które je uruchomiło. Pozostają w infosferze i mogą zostać szybko wykorzystane przy kolejnym sporze, kryzysie czy decyzji politycznej.

– „Lex szarlatan” uwidocznił, jak łatwo istniejące narracje można podłączyć pod nowe wydarzenie: „Big Pharma” staje się „lex Big Pharma”, a wcześniejsze opowieści o cenzurowaniu niewygodnej wiedzy – argumentem przeciw regulacjom dotyczącym pseudomedycyny – wyjaśnia Wioletta Samborska, dyrektorka Centrum Odkryć Medycznych UMW. –  Dezinformacja nie zaczyna się od zera. Ma bibliotekę gotowych opowieści, które można uruchomić przy kolejnym, „sprzyjającym im” wydarzeniu – dodaje.

U progu nowych kryzysów

Barometr identyfikuje nie tylko tematy, ale również formuły narracyjne, które mogą zostać ponownie wykorzystane. Wokół „Lex szarlatan” pojawiły się trzy szczególnie wyraźne schematy:  ustawa miała być projektem napisanym pod dyktando koncernów farmaceutycznych, uderzać w zielarzy i dietetyków oraz prowadzić do cenzury i odebrania pacjentom prawa wyboru.

Narracja „Lex Big Pharma” pojawiła się w 226 materiałach i 304 komentarzach. Niemal równie często – w 227 materiałach – powtarzano, że regulacja zagrozi legalnej działalności zielarzy, dietetyków i praktyków medycyny naturalnej. Ten przekaz okazał się szczególnie istotny, ponieważ łączył narrację antysystemową z bardziej powszechną obawą o ograniczenie legalnych praktyk. W 56 materiałach ustawę przedstawiano natomiast jako narzędzie cenzury i ograniczania wolności. Duże ryzyko nasilenia dezinformacji medycznej wiąże się także z wygenerowanymi przez AI wizerunkami lekarzy oraz głośnymi procesami sądowymi celebrytów szerzących antynaukowe treści.

Głos nauki jest słyszalny, ale pojawia się zbyt rzadko

Eksperci wyjaśniający i prostujący treści dezinformacyjne pojawili się w mediach w badanym okresie 264 razy. Promotorzy pseudonauki mieli 578 wystąpień. Co ciekawe, materiały eksperckie miały zdecydowanie większy zasięg. Jak to możliwe? Pojawiały się w mediach, które docierały znacznie szerzej. To pokazuje, że odpowiednio zaplanowana obecność ekspertów w mediach może skutecznie równoważyć przekaz pseudonaukowy. Pod warunkiem, że nie ograniczy się wyłącznie do samych materiałów dziennikarskich, ale obejmie też pojawiające się pod nimi komentarze.

Dezinformacja żyje w komentarzach

Treści fałszywe lub wprowadzające w błąd stanowiły 7% analizowanych publikacji i postów, ale ich udział wzrastał do 12% w komentarzach. W analizie uwzględniono 9136 komentarzy.

To istotna różnica, która unaocznia,  że rzetelny materiał dziennikarski czy wypowiedź eksperta nie zamyka obiegu informacji. Pod publikacją może powstać drugi obieg: pojawiają się kontrargumenty, teorie spiskowe, osobiste świadectwa czy podważanie wiarygodności lekarzy.

– Liczby w naszym raporcie mówią same za siebie, ale warto powiedzieć wprost, co się za nimi kryje. Śledzimy media i rzadko widzimy temat zdrowotny, który w dwa dni potrafi wygenerować blisko dwa i pół tysiąca publikacji. Oczywiście stwierdzenie to nie odnosi się do wydarzeń niespodziewanych czy kryzysowych – jak pandemia Covid. To pokazuje, że dezinformacja medyczna przestała być niszą i zdecydowanie żyje tam, gdzie są emocje, konflikt i szybkie tempo newsa – przyznaje Marcin Szczupak CEO Mediaboard Polska.

– Dla nas jako firmy zajmującej się monitoringiem i analityką mediów najważniejszy wniosek jest taki, że nie wystarczy patrzeć na to, co napisała redakcja. Trzeba dostrzegać też to, co dzieje się później w komentarzach i mediach społecznościowych, w drugim, nieformalnym obiegu informacji. To tam fałszywe treści rosną najszybciej.

Cieszymy się, że mogliśmy wesprzeć Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu danymi do tego opracowania. Wierzymy, że regularne pokazywanie skali zjawiska liczbami, a nie przeczuciami to pierwszy krok do tego, żeby skutecznie na nie reagować – dodaje CEO Mediaboard Polska.

Szczegółowe analizy i metodologie badania znaleźć można w Barometrze dezinformacji medycznej na stronie: https://www.umw.edu.pl/pl/raport

Źródło: inf pras

Niewydolność serca należy do najpoważniejszych wyzwań współczesnej kardiologii. Skuteczność jej leczenia zależy nie tylko od właściwie dobranej farmakoterapii, ale także od sprawnej współpracy interdyscyplinarnego zespołu medycznego. Istotną rolę odgrywa w nim personel pielęgniarski, którego kompetencje w zakresie specjalistycznej opieki nad pacjentami rozwija STEP-ONE – program opracowany przez Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu (UMW). Inicjatywa jest już realizowana w 11 krajach europejskich.

Niewydolność serca to przewlekła choroba, wymagającą systematycznego monitorowania objawów, edukacji zdrowotnej oraz ścisłej współpracy specjalistów reprezentujących różne dziedziny medycyny. Szczególne miejsce w tym modelu zajmują pielęgniarki i pielęgniarze. Towarzyszą pacjentom podczas kolejnych etapów terapii, pomagają im zrozumieć zalecenia medyczne oraz wspierają w kształtowaniu nawyków umożliwiających świadome i bezpieczne życie z chorobą.

Program STEP-ONE (Supportive Training and Essential Preparation for Optimal Nursing Education) powstał w ramach inicjatywy „Global ACT on HF – Accelerate Change Together” (Działajmy w obszarze niewydolności serca – razem przyspieszmy zmianę), realizowanej we współpracy z AstraZeneca Pharma Poland sp. z o.o. Jego celem jest wspieranie zintegrowanego, interprofesjonalnego modelu opieki oraz przygotowanie pacjentów do świadomego i możliwie samodzielnego zarządzania chorobą.

– Zalecenia Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego (European Society of Cardiology – ESC) jednoznacznie wskazują, że opieka nad pacjentem z niewydolnością serca powinna mieć charakter zespołowy i opierać się na współpracy kardiologa, lekarza podstawowej opieki zdrowotnej oraz pielęgniarki lub pielęgniarza wyspecjalizowanych w tej dziedzinie. W Polsce, podobnie jak w wielu innych krajach, brakowało jednak certyfikowanej ścieżki kształcenia personelu pielęgniarskiego w tym zakresie. STEP-ONE powstał, aby wypełnić tę lukę i zapewnić odpowiednie przygotowanie do sprawowania opieki nad tą grupą chorych – wyjaśnia prof. Izabella Uchmanowicz, kierownik Zakładu Metodyki Badań Naukowych Wydziału Pielęgniarstwa i Położnictwa UMW, stojąca na czele interdyscyplinarnego zespołu odpowiedzialnego za merytoryczną część programu.

W rozwój STEP-ONE zaangażowane są również dr Magdalena Lisiak i dr Marta Wleklik. Program współtworzyli prof. Piotr Ponikowski oraz prof. Ewa A. Jankowska z Instytutu Chorób Serca UMW.

STEP-ONE nie jest pojedynczym kursem, lecz kompleksowym systemem edukacji i certyfikacji. Łączy materiały dydaktyczne, szkolenia praktyczne oraz platformę internetową umożliwiającą prowadzenie ujednoliconego procesu kształcenia w różnych krajach. Platforma, dostępna w językach polskim i angielskim pod adresem educardio.umw.edu.pl/nurses, zawiera materiały wideo, prezentacje i test egzaminacyjny, a po ukończeniu kursu automatycznie generuje certyfikat.

– W ramach programu opracowaliśmy również narzędzia wspierające codzienną praktykę kliniczną pielęgniarek i pielęgniarzy. Należą do nich formularze służące do oceny ryzyka niewydolności serca z zachowaną frakcją wyrzutową, a także listy kontrolne pomocne w edukowaniu pacjentów i ocenie stopnia optymalizacji leczenia farmakologicznego. Uczestnicy kursu otrzymują zatem nie tylko uporządkowaną wiedzę teoretyczną, lecz także rozwiązania, które mogą bezpośrednio wykorzystywać w pracy z pacjentami – dodaje prof. Izabella Uchmanowicz.

Jednym z elementów programu jest Heart Failure Handbook – przewodnik dla pacjentów i ich rodzin, przygotowany w językach polskim, angielskim i chorwackim. Publikacja zawiera najważniejsze informacje na temat samoopieki, farmakoterapii, aktywności fizycznej i stylu życia. Pomaga również rozpoznawać objawy, których wystąpienie powinno skłonić pacjenta do kontaktu z personelem medycznym.

Pierwszy kurs STEP-ONE odbył się pod koniec grudnia 2021 roku. Od tego czasu autorski program Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu przekształcił się z lokalnej inicjatywy w międzynarodowy model kształcenia, rozwijany we współpracy z instytucjami ochrony zdrowia z 11 krajów europejskich. W formule Train-the-Trainers przygotowywani są liderzy, którzy następnie wdrażają program na poziomie lokalnym i prowadzą proces certyfikacji personelu pielęgniarskiego w swoich krajach.

Dotychczas kurs ukończyło ponad 100 osób. Jego absolwenci uzyskali certyfikat HF Nurse, potwierdzający kompetencje do sprawowania specjalistycznej opieki nad pacjentami z niewydolnością serca.

– Jednym z największych atutów projektu jest jego interdyscyplinarność. STEP-ONE integruje wiedzę z zakresu kardiologii, pielęgniarstwa, geriatrii, psychologii zdrowia i informatyki. Dzięki temu uwzględnia nie tylko aktualne wytyczne kliniczne, ale również zagadnienia związane z komunikacją, edukacją terapeutyczną, uwarunkowaniami behawioralnymi oraz cyfrową dostępnością procesu kształcenia – ocenia prof. Izabella Uchmanowicz.

Założenia programu oraz wnioski płynące z jego wdrażania przedstawiono między innymi na łamach czasopism „European Journal of Cardiovascular Nursing” i „ESC Heart Failure”.

– Wyniki opublikowanych prac wskazują, że standaryzacja szkoleń oraz formalne potwierdzanie kompetencji personelu pielęgniarskiego sprzyjają lepszemu przestrzeganiu zaleceń przez pacjentów, zwiększają bezpieczeństwo terapii i mogą przyczyniać się do ograniczenia liczby hospitalizacji – podkreśla prof. Izabella Uchmanowicz.

Program zaprezentowano również podczas konferencji ACNAP 2024, organizowanej przez Association of Cardiovascular Nursing and Allied Professions, która działa w strukturach European Society of Cardiology. STEP-ONE przedstawiono jako przykład dobrej praktyki edukacyjnej oraz narzędzie wspierające profesjonalizację opieki pielęgniarskiej w skali międzynarodowej. Inicjatywa spotkała się z pozytywną oceną środowiska ESC.

Kolejnym etapem rozwoju przedsięwzięcia jest program STEP-TWO, rozszerzony między innymi o nowe moduły poświęcone ocenie klinicznej pacjenta.

Źródło: inf pras

Kosmos od lat inspiruje rozwój nowych technologii. Dziś może również pomóc w walce z jednym z największych wyzwań współczesnej onkologii, lekoopornością nowotworów. Naukowcy z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu badają jak mikrograwitacja wpływa na komórki nowotworowe i czy może pomóc lepiej zrozumieć mechanizmy odpowiedzialne za to, że część guzów przestaje reagować na leczenie.

Badania prowadzone przez zespół prof. Julity Kulbackiej pokazują, że zmiana warunków grawitacyjnych wpływa na funkcjonowanie komórek nowotworowych. W badanych modelach in vitro, komórki stają się bardziej podatne na działanie chemioterapii, a mechanizmy odpowiedzialne za oporność na leczenie ulegają osłabieniu. Choć droga od laboratorium do praktyki klinicznej jest jeszcze długa, wyniki otwierają nowy kierunek badań nad leczeniem nowotworów opornych na terapię.

Fizyka spotyka medycynę

Większość badań nad rakiem prowadzona jest w warunkach ziemskich. Tymczasem naukowcy z UMW sprawdzają, jak komórki nowotworowe reagują na zmianę jednego z najbardziej podstawowych bodźców mechanicznych, grawitacji.

Do tego celu wykorzystują urządzenia symulujące mikrograwitację w laboratorium (bioreaktory i klinostaty) oraz eksperymenty prowadzone w warunkach zbliżonych do pozaziemskich. Współpraca z Europejską Agencją Kosmiczną oraz udział w projektach z zakresu medycyny kosmicznej pozwalają prowadzić badania, które jeszcze kilkanaście lat temu wydawały się niemożliwe.

– Na co dzień w laboratorium w ogóle nie myślimy o grawitacji, bo jest tak oczywista, że staje się niewidzialna. Tymczasem dla komórki jest ona jednym z podstawowych sygnałów mechanicznych. Kiedy ten sygnał znika lub się zmienia, komórka zaczyna się przebudowywać, zmienia organizację cytoszkieletu, sposób kontaktu z otoczeniem i funkcjonowanie. Właśnie dlatego mikrograwitacja jest tak cennym narzędziem badawczym – wyjaśnia prof. Julita Kulbacka.

Mikrograwitacja pomaga przełamywać lekooporność 

Jednym z najciekawszych odkryć zespołu jest wpływ mikrograwitacji na komórki nowotworowe oporne na leczenie.

W badaniach nad komórkami raka żołądka naukowcy wykorzystali doksorubicynę. Wybrany model in vitro wykazywał mechanizmy odpowiedzialne za oporność na antracykliny, dzięki czemu możliwe było sprawdzenie, czy mikrograwitacja może osłabić mechanizmy lekooporności. Połączenie symulowanej mikrograwitacji i chemioterapii prowadziło do spadku ekspresji genów odpowiedzialnych za wielolekową oporność (MDR), wzrostu markerów uszkodzeń DNA oraz przebudowy cytoszkieletu.

W kolejnym badaniu zespół wykorzystał model raka jajnika opornego na cisplatynę. Po umieszczeniu komórek na klinostacie 3D naukowcy zaobserwowali zatrzymanie cyklu komórkowego, wzrost liczby obumierających komórek, większe uszkodzenia DNA oraz zahamowanie namnażania i ruchliwości komórek. Oznacza to, że mikrograwitacja i cisplatyna działały synergistycznie, wzajemnie wzmacniając swoje działanie.

– Nie chodzi wyłącznie o to, że komórki są bardziej wrażliwe na lek. Mikrograwitacja przebudowuje cytoszkielet, osłabia adhezję komórek oraz zmienia organizację błony komórkowej i tzw. tratw lipidowych. To właśnie w tych strukturach zakotwiczone są białka odpowiedzialne za wypompowywanie leków z komórki i rozwój oporności na leczenie. Mówiąc najprościej, mikrograwitacja rozregulowuje mechanizmy, na których opiera się lekooporność nowotworów – mówi prof. Julita Kulbacka.

Badania pozwalają nie tylko zwiększyć skuteczność działania leków w modelach doświadczalnych, ale przede wszystkim lepiej zrozumieć biologiczne mechanizmy odpowiedzialne za rozwój oporności wielolekowej – jednej z głównych przyczyn niepowodzeń współczesnej chemioterapii.

Jednocześnie badaczka podkreśla, że celem tych prac nie jest leczenie nowotworów w kosmosie. Mikrograwitacja stanowi przede wszystkim narzędzie badawcze, które pozwala lepiej zrozumieć zachowanie komórek oraz wykorzystać tę wiedzę do opracowania skuteczniejszych terapii na Ziemi. Równie ważne jest poznanie wpływu zmienionej grawitacji na zdrowe komórki oraz sposobu działania leków podczas przyszłych długotrwałych misji załogowych.

Technologie rozwijane z myślą o badaniach pozaziemskich 

Efektem badań są również nowoczesne platformy Lab-on-a-Chip. Zespół wykazał, że ludzkie komórki można hodować na szklanych platformach Lab-on-a-Chip w warunkach symulowanej mikrograwitacji oraz potwierdził biozgodność takiego rozwiązania. Powstałe we współpracy z naukowcami z Politechniki Wrocławskiej, Instytutu Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN oraz Uniwersytetu Przyrodniczego miniaturowe laboratorium potrafi samodzielnie utrzymywać żywe komórki, kontrolować temperaturę, wilgotność, dopływ gazów i prowadzić pomiary bez udziału człowieka.

Naukowcy wskazują trzy najważniejsze kierunki rozwoju tej technologii.

Pierwszym jest szybka diagnostyka wykonywana bezpośrednio w miejscu opieki nad pacjentem, także tam, gdzie dostęp do dużego laboratorium jest utrudniony.

Drugim jest medycyna spersonalizowana. Platformy typu organ-on-a-chip mogą w przyszłości umożliwić sprawdzenie skuteczności różnych terapii na komórkach konkretnego pacjenta jeszcze przed rozpoczęciem leczenia.

Trzecim kierunkiem są autonomiczne systemy monitorowania zdrowia, projektowane pierwotnie z myślą o długotrwałych misjach załogowych, które mogą znaleźć zastosowanie również w telemedycynie i opiece nad pacjentami mieszkającymi z dala od wyspecjalizowanych ośrodków.

– Technologie rozwijane z myślą o przyszłych misjach bardzo często rozwiązują problemy, z którymi mierzymy się na Ziemi. Mikroukłady Lab-on-a-Chip mogą w przyszłości wspierać szybką diagnostykę, dobór terapii dla konkretnego pacjenta czy rozwój autonomicznych systemów monitorowania zdrowia – podkreśla prof. Julita Kulbacka.

Medycyna przyszłości rodzi się na styku nauk

Badania prowadzone przez zespół UMW łączą medycynę, biologię, inżynierię, mikroelektronikę oraz technologie związane z badaniami pozaziemskimi.

Klinostat 3D wykorzystywany w eksperymentach został opracowany przez inżynierów, platformy Lab-on-a-Chip powstały we współpracy ze specjalistami od mikrosystemów, a projekt LabSat jest efektem współpracy Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, Politechniki Wrocławskiej, Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu, Instytutu Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN oraz firmy SatRevolution.

– Biolog wie, o co zapytać komórkę. Inżynier potrafi zbudować urządzenie, które to pytanie zada. Informatyk zamienia odczytany sygnał w dane, które umiemy zinterpretować. Największe przełomy medyczne będą rodzić się właśnie na styku biologii, mikroelektroniki, sztucznej inteligencji i technologii kosmicznych – mówi prof. Julita Kulbacka.

Badaczka, współautorka „Strategii Kosmicznej Województwa Dolnośląskiego 2026–2035”, podkreśla, że rozwój medycyny kosmicznej został wskazany jako jeden z obszarów, w których Polska, a szczególnie Wrocław, ma realny potencjał rozwoju. To sygnał, że badania prowadzone na styku wielu dyscyplin są postrzegane jako element budowania trwałych kompetencji naukowych i technologicznych.

Korzyści dla wszystkich

Choć badania wykorzystują warunki mikrograwitacji, ich celem nie jest leczenie ludzi w przestrzeni kosmicznej.

– Kiedy pytamy, czy jesteśmy gotowi na podróż człowieka w kosmos, tak naprawdę pytamy o osteoporozę, zaniki mięśniowe, starzenie się komórek czy oporność nowotworów na leczenie. Mikrograwitacja przyspiesza i uwypukla procesy, z którymi mierzymy się na Ziemi każdego dnia. Dlatego wiedza zdobywana podczas takich badań wraca do pacjentów i pomaga rozwijać medycynę przyszłości – podsumowuje prof. Julita Kulbacka.

Choć nikt nie zakłada, że nowotwory będą kiedyś leczone w przestrzeni kosmicznej, coraz więcej wskazuje na to, że badania prowadzone w warunkach symulowanej mikrograwitacji mogą pomóc opracować skuteczniejsze metody walki z guzami opornymi na dostępne terapie.

Więcej informacji:

Choć pandemia COVID-19 przestała być globalnym stanem zagrożenia, jej odległe konsekwencje nadal pozostają wyzwaniem dla pediatrów. Jednym z najpoważniejszych powikłań u dzieci jest PIMS-TS – zespół wieloukładowej reakcji zapalnej pojawiający się po zakażeniu SARS-CoV-2. Badania prowadzone przez zespół Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu nie tylko pozwoliły lepiej zrozumieć przebieg tej choroby, ale również wpłynęły na polskie rekomendacje dotyczące diagnostyki, leczenia i bezpiecznego stosowania szczepień u dzieci z grup ryzyka.
Pandemia COVID-19 minęła jako stan nagłego globalnego kryzysu, ale nie zakończyły się wszystkie wyzwania, które ujawniła. Jednym z nich pozostaje PIMS-TS – rzadka, opóźniona reakcja zapalna organizmu dziecka po zakażeniu SARS-CoV-2. Dziś lekarze wiedzą więcej o optymalnych metodach leczenia i zapobiegania metodą szczepień, dzięki badaniom, takim jak te prowadzone na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu: wieloośrodkowym, interdyscyplinarnym i nastawionym na szybkie przełożenie wyników naukowych na praktykę kliniczną.

Zespół prof. Leszka Szenborna współtworzył jedną z największych na świecie baz danych o PIMS-TS, a wyniki jego prac stały się podstawą polskich rekomendacji dotyczących rozpoznawania, leczenia i profilaktyki powikłań COVID-19 u dzieci.

PIMS-TS, czyli paediatric inflammatory multisystem syndrome temporally associated with SARS-CoV-2, był jednym z najpoważniejszych powikłań COVID-19 obserwowanych u dzieci. Choroba pojawiała się zwykle kilka tygodni po zakażeniu i mogła prowadzić do gwałtownej reakcji zapalnej obejmującej wiele narządów. U części pacjentów dochodziło do wstrząsu, niewydolności krążenia oraz powikłań kardiologicznych, w tym tętniaków naczyń wieńcowych.

W pierwszych miesiącach pandemii lekarze na całym świecie musieli bardzo szybko nauczyć się rozpoznawać i leczyć nową jednostkę chorobową. Nie było jeszcze ugruntowanych standardów postępowania, a strategie terapeutyczne wypracowywano równolegle w różnych krajach i ośrodkach. W Polsce kluczową rolę w tym procesie odegrał zespół Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu kierowany przez prof. Leszka Szenborna.

– W czasie pandemii nie mieliśmy komfortu czekania na idealne dane – mówi prof. Leszek Szenborn, kierownik Katedry i Kliniki Pediatrii i Chorób Infekcyjnych UMW. – Dzieci trafiały do szpitali często w ciężkim stanie, a lekarze potrzebowali jasnych wskazówek. Naszym zadaniem było bardzo szybko zebrać doświadczenia wielu ośrodków, przeanalizować je i przełożyć na bezpieczne decyzje kliniczne.

Od lokalnej inicjatywy do ogólnopolskiego rejestru

Początkiem prac była grupa badawcza zajmująca się chorobą Kawasakiego, powołana jeszcze przed pandemią. Gdy pojawiły się pierwsze przypadki PIMS-TS, wcześniejsze doświadczenia okazały się bezcenne. W 2020 roku inicjatywa przekształciła się w badanie MOIS-CoR – ogólnopolski rejestr obejmujący dane kliniczne ponad 500 dzieci diagnozowanych i leczonych z powodu PIMS-TS w 45 ośrodkach w Polsce.

Zespół UMW odpowiadał za kluczowe etapy przedsięwzięcia: opracowanie projektu, procedury bioetyczne, organizację współpracy wieloośrodkowej, prowadzenie i analizę bazy danych, badania laboratoryjne oraz przygotowanie publikacji. Dzięki temu w krótkim czasie powstał jeden z największych zbiorów danych dotyczących tej choroby na świecie.

Wyniki pozwoliły opisać przebieg PIMS-TS w populacji środkowoeuropejskiej i wskazać różnice w porównaniu z obserwacjami z USA czy Europy Zachodniej. Miały też bezpośrednie znaczenie dla praktyki: pomagały szybciej rozpoznawać chorobę, oceniać ryzyko powikłań sercowo-naczyniowych i wybierać optymalne leczenie.

– Każdy rekord w rejestrze oznaczał konkretne dziecko, konkretną rodzinę i konkretną decyzję terapeutyczną. Dla naukowca to dane, ale dla klinicysty – odpowiedzialność. Dlatego od początku zależało nam, aby badania nie kończyły się na publikacji, tylko wracały do lekarzy w postaci rekomendacji i algorytmów postępowania – podkreśla prof. Szenborn.

Przełom w leczeniu: skuteczne i dostępne terapie

Jednym z najważniejszych osiągnięć wrocławskiego zespołu było wykazanie, że w leczeniu PIMS-TS glikokortykosteroidy mogą być skuteczną alternatywą dla dożylnych immunoglobulin. To ustalenie miało ogromne znaczenie praktyczne. Immunoglobuliny są terapią kosztowną i okresowo trudno dostępną, szczególnie w czasie pandemii, gdy systemy ochrony zdrowia na całym świecie działały pod presją.

Badania UMW i współpracujących ośrodków pokazały, że odpowiednio zastosowane glikokortykosteroidy mogą chronić dzieci przed najpoważniejszymi następstwami PIMS-TS, w tym tętniakami naczyń wieńcowych. W międzynarodowym konsorcjum z udziałem badaczy z Polski, Hiszpanii i Kolumbii potwierdzono równoważną skuteczność glikokortykosteroidów i immunoglobulin w zapobieganiu tym powikłaniom. Był to jeden z pierwszych tak mocnych dowodów na świecie, że leczenie PIMS-TS może być zarówno skuteczne, jak i bardziej dostępne.

Wyniki te przełożyły się na rekomendacje, które pomagały wskazać pacjentów wymagających leczenia immunoglobulinami oraz tych, u których możliwe było zastosowanie glikokortykosteroidów. Miało to znaczenie medyczne, organizacyjne i ekonomiczne: ograniczało narażenie dzieci na niepotrzebne interwencje, wspierało racjonalne wykorzystanie deficytowych leków i ujednolicało postępowanie w szpitalach.

Bezpieczeństwo szczepień w grupach ryzyka

Drugi ważny obszar badań dotyczył szczepień przeciw COVID-19 u dzieci i młodych dorosłych szczególnie narażonych na powikłania. Zespół UMW przeprowadził prospektywne badania bezpieczeństwa i immunogenności szczepień m.in. u pacjentów po przeszczepieniu szpiku wykonanym w dzieciństwie oraz u dzieci po przebytym PIMS-TS.

Były to badania unikatowe, prowadzone w momencie, gdy lekarze, pacjenci i rodzice pilnie potrzebowali wiarygodnych odpowiedzi. Czy dziecko po PIMS może zostać zaszczepione? Czy szczepienie nie wywoła nawrotu choroby? Czy pacjenci po transplantacji szpiku wytworzą odpowiedź immunologiczną? Wyniki wrocławskich prac potwierdziły dobrą tolerancję, bezpieczeństwo i immunogenność szczepień. U dzieci po przebytym PIMS-TS nie odnotowano nawrotu choroby.

Te ustalenia wspierały rekomendacje dotyczące szczepień i pomagały odbudowywać zaufanie w grupach, w których niepewność była szczególnie duża. Miały też znaczenie społeczne: chroniły pacjentów z grup ryzyka i ułatwiały lekarzom rozmowę z rodzicami na podstawie danych, a nie obaw.

Model badań, który działa także po pandemii

Znaczenie tych badań wykracza poza czas pandemii. PIMS-TS nadal wymaga czujności diagnostycznej, a doświadczenia zespołu UMW pokazują, jak ważne są szybkie rejestry kliniczne, współpraca wielu ośrodków, analiza danych i natychmiastowe wdrażanie wyników do rekomendacji. To model badań translacyjnych, w którym nauka odpowiada na pilną potrzebę kliniczną, a następnie pozostaje trwałym elementem bezpieczeństwa zdrowotnego dzieci.

Dorobek UMW ma zasięg międzynarodowy. Publikacje zespołu są wykorzystywane w metaanalizach i dalszych badaniach wieloośrodkowych, a stworzone bazy danych były pobierane przez naukowców z innych ośrodków. Wrocławscy badacze uczestniczyli także w międzynarodowej współpracy dotyczącej powikłań kardiologicznych PIMS-TS, a jej efektem była publikacja oparta na danych z Polski, Hiszpanii i Kolumbii.

Najważniejszy pozostaje jednak wymiar praktyczny. Dzięki badaniom prowadzonym na UMW lekarze otrzymali narzędzia do szybszego rozpoznawania PIMS-TS, racjonalnego leczenia, monitorowania powikłań kardiologicznych i bezpiecznego prowadzenia profilaktyki u dzieci z grup ryzyka. To przykład nauki, która w realnym czasie zmienia decyzje podejmowane przy łóżku pacjenta.

– Pandemia pokazała, że medycyna musi być przygotowana na choroby, których jeszcze nie znamy. Nie da się przewidzieć wszystkiego, ale można stworzyć system współpracy, w którym wiedza powstaje szybko, jest wiarygodna i natychmiast trafia do praktyki. Taki jest najważniejszy wniosek z naszych badań – podsumowuje prof. Leszek Szenborn.

Źródło: inf pras

Badania prowadzone na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu pokazują, jak nauka może przekładać się na konkretną pomoc pacjentom: szybsze rozpoznawanie chorób rzadkich u dzieci, rekomendacje dla lekarzy, skoordynowaną opiekę specjalistyczną i wsparcie rodzin. Rok 2026 jest kolejnym etapem wdrażania Planu dla Chorób Rzadkich, a zespół kierowany przez prof. Roberta Śmigla, członka Rady Chorób Rzadkich przy Ministerstwie Zdrowia oraz Zespołu Koordynacyjnego ds. Leczenia Chorób Ultrarzadkich przy NFZ, a także prof. Annę Rozensztrauch, pioniera badań nad jakością życia w chorobach rzadkich, od lat łączą badania naukowe z codzienną praktyką kliniczną.
Choroby rzadkie, choć każda z osobna dotyczy niewielkiej grupy pacjentów, łącznie stanowią jedno z najważniejszych wyzwań współczesnej medycyny. Są częstą przyczyną hospitalizacji dzieci i jednym z istotnych czynników śmiertelności niemowląt. Dla rodzin oznaczają zwykle długą drogę do rozpoznania („odyseja diagnostyczna”), konsultacje u wielu specjalistów, niepewność oraz konieczność organizowania opieki medycznej, rehabilitacyjnej i psychologicznej.

W 2026 roku w Polsce kontynuowana jest realizacja Planu dla Chorób Rzadkich. Zakłada on m.in. rozwój ośrodków eksperckich, poprawę dostępu do badań diagnostycznych, prowadzenie Polskiego Rejestru Chorób Rzadkich, wdrażanie Karty Pacjenta z Chorobą Rzadką oraz rozwój Platformy Informacyjnej „Choroby Rzadkie”,  której redaktorem jest prof. Śmigiel). To działania systemowe, ale ich skuteczność weryfikuje się przede wszystkim w praktyce – przy łóżku pacjenta, w poradni genetycznej, podczas rozmowy z rodziną i w decyzjach podejmowanych przez zespoły specjalistów.

Diagnoza przełomem

Na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu od lat prowadzone są interdyscyplinarne badania nad chorobami rzadkimi, ich podłożem genetycznym, przebiegiem klinicznym oraz możliwościami leczenia i wsparcia pacjentów. Prace zespołów UMW przyczyniły się m.in. do rozpoznania nowych przyczyn zaburzeń rozwoju u dzieci, opisania mutacji w genach związanych z chorobami neurometabolicznymi i rozwojowymi oraz lepszego zrozumienia mechanizmów wielu zespołów genetycznych.

 
– W chorobach rzadkich diagnoza jest momentem przełomowym. Dla lekarza oznacza możliwość zaplanowania dalszego postępowania, ale dla rodziny bardzo często jest końcem wieloletniej niepewności. Możemy wreszcie nazwać problem, określić ryzyko, zaproponować opiekę i powiedzieć rodzicom, czego mogą się spodziewać – mówi prof. Robert Śmigiel, kierownik Kliniki Pediatrii, Endokrynologii, Diabetologii i Chorób Metabolicznych UMW oraz Uniwersyteckiego Centrum Chorób Rzadkich we Wrocławiu.

Badania prowadzone na UMW dotyczą m.in. chorób neurometabolicznych, zaburzeń neurorozwojowych, zespołów genetycznych i wad wrodzonych. Naukowcy analizują zarówno przyczyny genetyczne chorób, jak i ich konsekwencje kliniczne, psychologiczne oraz społeczne. Wśród obszarów badawczych znajdują się m.in. zespół Downa, zespół Pradera-Williego, zespół DiGeorge’a, zespół Angelmana, zespołu Pitta-Hopkinsa, zespołu Kabuki, zespołu CHARGE, FASD (jako diagnostyka różnicowa genetycznych zaburzeń rozwoju u dzieci), padaczki uwarunkowane genetycznie, wrodzone zarośnięcie przełyku czy wrodzone defekty surfaktantu odpowiedzialne za ciężką niewydolność oddechową u noworodków urodzonych o czasie oraz inne wrodzone wady metabolizmu.

Rekomendacje diagnostyczno-terapeutyczne

Jednym z najważniejszych efektów prac naukowców i klinicystów z UMW jest udział w opracowywaniu rekomendacji diagnostyczno-terapeutycznych. Dotyczą one m.in. zespołu Pitta-Hopkinsa, zespołu Pradera-Williego, zespołu Kabuki, zespołu Schaafa-Yang, delecji 22q11.2, zespołu Beckwitha-Wiedemanna, zespołu GAPO, FASD, padaczki związanej z mutacją w genie CDKL5 oraz wrodzonego zarośnięcia przełyku.

Takie zalecenia mają bezpośrednie znaczenie dla pacjentów. Pozwalają ujednolicić diagnostykę, leczenie, rehabilitację i monitorowanie stanu zdrowia, a lekarzom różnych specjalności pomagają prowadzić pacjenta według wspólnego, sprawdzonego schematu.

– W chorobach rzadkich jest to szczególnie ważne, ponieważ pacjent często wymaga opieki wielospecjalistycznej, w tym opieki pediatry, genetyka, neurologa, neonatologa, psychologa, fizjoterapeuty, dietetyka i wielu innych specjalistów – podkreśla prof. Robert Śmigiel. – Nie wystarczy postawić rozpoznanie genetyczne i zakończyć proces diagnostyczny. Pacjent oraz jego rodzina potrzebują planu opieki, informacji, wsparcia psychologicznego i dostępu do specjalistów, którzy rozumieją specyfikę danej choroby.

Szczególne znaczenie ma rozwój diagnostyki genetycznej. W ramach „Programu polityki zdrowotnej w zakresie wczesnego wykrywania wad rozwojowych u noworodków i niemowląt” opieką objęto dzieci z województwa dolnośląskiego urodzone w latach 2022–2026, u których występowały wady rozwojowe, zespoły wad lub zaburzenia neurorozwoju. Do połowy 2026 roku przebadano ponad 1300 dzieci, a skuteczność diagnostyczna u pacjentów zakwalifikowanych do szerokoprzepustowych badań genetycznych wyniosła 65 procent.

Dla rodzin taka informacja ma ogromne znaczenie. Rozpoznanie konkretnej przyczyny choroby pozwala lepiej zrozumieć stan dziecka, zaplanować dalszą opiekę, określić ryzyko wystąpienia podobnych problemów w rodzinie i szybciej rozpocząć odpowiednie działania terapeutyczne, rehabilitacyjne oraz wspierające rozwój.

Kompleksowa opieka i edukacja

Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu rozwija także zaplecze organizacyjne dla pacjentów z chorobami rzadkimi. Utworzone Uniwersyteckie Centrum Chorób Rzadkich ma zapewniać kompleksową, koordynowaną i wielospecjalistyczną diagnostykę oraz opiekę nad pacjentem i jego rodziną. Centrum integruje różne jednostki kliniczne, dzięki czemu łatwiej prowadzić chorego przez kolejne etapy diagnostyki, leczenia i opieki długoterminowej.

Ważnym elementem działań jest również edukacja. Prof. Robert Śmigiel jest przewodniczącym zespołu redakcyjnego rządowej Platformy Informacyjnej „Choroby Rzadkie”, która gromadzi informacje o ścieżkach diagnostycznych, możliwościach leczenia i dostępnych formach wsparcia. Platforma jest skierowana zarówno do pacjentów i ich rodzin, jak i do specjalistów systemu ochrony zdrowia.

– W chorobach rzadkich wiedza jest formą pomocy. Rodzice potrzebują rzetelnych informacji, a lekarze dostępu do aktualnych zaleceń. Dobrze przygotowana edukacja skraca dystans między nauką a praktyką i pomaga uniknąć przypadkowości w opiece nad pacjentem – zaznacza prof. Robert Śmigiel.

Działania UMW obejmują także współpracę z organizacjami pacjenckimi i fundacjami. Konferencje, spotkania rodzicielskie i inicjatywy edukacyjne organizowane m.in. we współpracy z Fundacją „Potrafię Pomóc” pozwalają rodzinom lepiej rozumieć chorobę, wymieniać doświadczenia i budować sieci wsparcia. Przykładem takiej aktywności jest także powstanie Polskiego Stowarzyszenia Dzieci z Atrezją Przełyku, wspierającego rodziny dzieci z wrodzonym zarośnięciem przełyku. W skład  rady naukowej stowarzyszenia wchodzą naukowcy UMW: prof. Dariusz Patkowski, prof. Robert Śmigiel oraz prof. Anna Rozensztrauch.

Badacze z Wrocławia współpracują również z ośrodkami zagranicznymi, m.in. z Uniwersytetem w Göteborgu i The Queen Silvia Children’s Hospital w Szwecji, w ramach projektu „Joint Initiative: EA-QOL International”. Projekt koncentruje się na ocenie jakości życia dzieci z chorobami przewlekłymi i rzadkimi oraz ich rodzin. Współpraca międzynarodowa pozwala porównywać doświadczenia różnych systemów opieki i lepiej projektować wsparcie dla pacjentów oraz opiekunów.

Dorobek zespołów UMW w obszarze chorób rzadkich obejmuje setki publikacji międzynarodowych, a wyniki badań zasilają specjalistyczne bazy wiedzy, takie jak Orphanet. Dzięki temu ustalenia naukowców mogą być wykorzystywane przez lekarzy i badaczy w innych ośrodkach, wspierając rozpoznawanie chorób oraz rozwój nowych metod postępowania.

Najważniejszy pozostaje jednak pacjent. W przypadku chorób rzadkich postęp naukowy ma bardzo praktyczny wymiar: może oznaczać szybszą diagnozę, trafniejsze leczenie, lepiej zaplanowaną rehabilitację, wsparcie psychologiczne oraz większe poczucie bezpieczeństwa dla rodziny. Dlatego działania prowadzone na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu łączą badania, klinikę, edukację i współpracę społeczną.

– Naszym celem jest, aby dziecko z chorobą rzadką nie było pozostawione samo sobie w systemie. Nowoczesna medycyna powinna prowadzić rodzinę krok po kroku: od podejrzenia choroby, przez diagnostykę, po długofalową opiekę. To właśnie w takim modelu wiedza naukowa naprawdę służy pacjentom – podsumowuje prof. Robert Śmigiel.

Źródło: inf. pras.

Sztuczna inteligencja coraz śmielej wkracza do edukacji, ale tym razem nie ma zastąpić nauczyciela, lecz ułatwić mu pracę. Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu we współpracy z Connect 4 Kids rozwija bezpłatnego Asystenta AI, który będzie opierał się wyłącznie na zweryfikowanej wiedzy ekspertów. Narzędzie ma pomóc w przygotowywaniu lekcji, odpowiadaniu na pytania uczniów oraz prowadzeniu zajęć z edukacji zdrowotnej zgodnie z aktualną wiedzą medyczną.
Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu oraz Connect 4 Kids pracują nad bezpłatnym narzędziem dla nauczycieli edukacji zdrowotnej. Asystent AI, dostępny na platformie thekidly.com, będzie korzystał z treści publikacji „Edukacja zdrowotna. Podręcznik dla nauczycieli”, opracowanej przez ekspertów UMW. Narzędzie ma ułatwiać przygotowywanie zajęć, szybkie wyszukiwanie sprawdzonych informacji i odpowiadanie na pytania uczniów.

Projekt jest kontynuacją działań Uniwersytetu Medycznego im. Piastów Śląskich we Wrocławiu na rzecz wsparcia nauczycieli realizujących nowy przedmiot w szkołach. Po przygotowaniu podręcznika UMW rozpoczął współpracę z Connect 4 Kids nad rozwiązaniem, które pomoże w praktycznym wykorzystywaniu eksperckiej wiedzy w codziennej pracy szkolnej.

Publikacja „Edukacja zdrowotna. Podręcznik dla nauczycieli” porządkuje zagadnienia z zakresu zdrowia fizycznego, psychicznego, społecznego i środowiskowego oraz pomaga prowadzić zajęcia w sposób odpowiedzialny, nowoczesny i oparty na dowodach naukowych. Jej treści będą stanowić podstawę działania Asystenta AI.

Nowe narzędzie ma wspierać nauczycieli w pracy z tematami dotyczącymi zdrowia: od wyszukiwania informacji, przez przygotowanie do lekcji, po prowadzenie rozmów z uczniami. W kolejnych etapach projekt będzie rozwijany o funkcje generowania scenariuszy zajęć, kart pracy oraz innych materiałów pomocniczych.

W praktyce szkolnej nauczyciele coraz częściej mierzą się z pytaniami i wątpliwościami uczniów, którzy czerpią informacje o zdrowiu z internetu i mediów społecznościowych. Asystent AI ma pomagać w ich porządkowaniu, korzystając wyłącznie z materiałów przygotowanych przez UMW. Odpowiedzi generowane przez narzędzie będą powiązane z publikacją, a system wskaże fragment, z którego pochodzi dana informacja. Dzięki temu nauczyciel otrzyma nie tylko syntetyczne wyjaśnienie, lecz także konkretny punkt odniesienia do dalszej rozmowy z uczniami.

– Asystent AI nie zastępuje nauczyciela, ale może wspierać go w przygotowaniu zajęć i w rozmowie z uczniami o zdrowiu. Dla nas ważne jest przede wszystkim to, by nowe technologie wzmacniały rolę nauczyciela, a nie ją marginalizowały. Edukacja zdrowotna wymaga zaufania, uważności i odpowiedzialności, a więc kompetencji, których nie da się sprowadzić do algorytmu. Sztuczna inteligencja może natomiast pomóc uporządkować wiedzę, oszczędzić czas i dać nauczycielowi większą pewność, że w trudnych tematach opiera się na rzetelnych podstawach – mówi Jakub Sojka, dyrektor Centrum Transferu Technologii UMW.

Rozwiązanie będzie rozwijane etapowo. Pierwszy działający prototyp planowany jest na koniec lipca. W sierpniu z narzędziem ma zapoznać się grupa nauczycieli, która przekaże twórcom informacje zwrotne. Uwagi praktyków zostaną wykorzystane przy dalszym dopracowywaniu platformy, tak aby odpowiadała na potrzeby szkół wraz z początkiem roku szkolnego.

Z Asystenta AI będzie można korzystać bezpłatnie na stronie thekidly.com, bez instalowania dodatkowej aplikacji. Narzędzie będzie dostępne zarówno dla nauczycieli, którzy chcą używać go indywidualnie, jak i dla całych placówek.

– Zależy nam na tym, aby nauczyciel otrzymywał odpowiedź opartą na sprawdzonym źródle, a nie przypadkowy wynik wygenerowany na podstawie nieznanych treści. Dlatego model będzie pracował na publikacji UMW i pomagał szybko odnaleźć informacje potrzebne podczas lekcji. Chcemy rozwijać to rozwiązanie wspólnie z nauczycielami, słuchając ich uwag i obserwując, które funkcje są dla nich najbardziej przydatne – podkreśla Rafał Gromek z Connect 4 Kids.

Inicjatywa ma charakter niekomercyjny. Connect 4 Kids odpowiada za zaprojektowanie, wdrożenie i utrzymanie Asystenta AI, natomiast Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu zapewnia podstawę merytoryczną oraz nadzór ekspercki nad zakresem wiedzy wykorzystywanej przez narzędzie.

Twórcy przewidzieli też mechanizmy ograniczające ryzyko generowania nieprecyzyjnych odpowiedzi przez sztuczną inteligencję. Jednym z nich jest rozwiązanie typu RAG, czyli mechanizm, w którym model tworzy odpowiedź na podstawie wyszukanych fragmentów wskazanego źródła. W praktyce oznacza to, że Asystent AI ma opierać się na treściach publikacji UMW, a nie na przypadkowych lub niezweryfikowanych materiałach.

Źródło: inf pras

Dr Paweł Dąbrowski z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu jest współautorem międzynarodowych badań, które pozwoliły po raz pierwszy odtworzyć genetyczny portret grupy neandertalczyków żyjących na terenie dzisiejszej Polski południowej. Analizy zębów odnalezionych w jaskini Stajnia w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej wykazały, że szczątki należały do co najmniej siedmiu osobników żyjących przed około 120–92 tys. lat. Wyniki opublikowane w prestiżowym czasopiśmie  „Current Biology” zmieniają sposób patrzenia na prehistorię Europy Środkowo-Wschodniej: nie jako peryferia świata neandertalczyków, lecz jako ważny obszar ich migracji, kontaktów biologicznych, społecznych i historii populacyjnej.

Praca „First multi-individual Neanderthal mitogenomes from north of the Carpathians” przynosi pierwszą tak szczegółową charakterystykę genetyczną wieloosobniczej grupy neandertalczyków z tej części Europy. Badania wykazały, że zęby odnalezione w jaskini Stajnia należały do co najmniej siedmiu, a być może nawet dziewięciu osobników żyjących w okresie pomiędzy120-92 tys. lat temu. To najstarszy tak dobrze rozpoznany genetycznie i antropologicznie  zespół kopalnych szczątków przedstawicieli Homo neanderthalensis w Europie Środkowej.

Odkrycie to ma znaczenie wykraczające poza opis pojedynczego stanowiska archeologicznego. Analiza mitochondrialnego DNA pokazała, że osobnicy ze Stajni należeli do linii genetycznej znanej również z innych części Eurazji, m.in. z południowo-wschodniej Francji, Półwyspu Iberyjskiego i Kaukazu. Wyniki wskazują więc, że linia ta była szeroko rozpowszechniona w epoce wielkich zlodowaceń, a obszar dzisiejszej Polski mógł stanowić ważną część  mapy neandertalskich migracji i powiązań populacyjnych.

Zęby, które opowiedziały historię.

– Badania objęły dziewięć zębów odkrytych w jaskini Stajnia, obecnie najważniejszym stanowisku paleolitycznym  w tej części Europy – tłumaczy współautor publikacji dr Paweł Dąbrowski, antropolog i anatom z Zakładu Anatomii Prawidłowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, który wraz z innymi  badaczami w międzynarodowym  zespole naukowym zajmował się opisem cech taksonomicznych zachowanych zębów. – Z ośmiu próbek udało się uzyskać pełne lub niemal pełne genomy mitochondrialne, czyli materiał genetyczny dziedziczony w linii matczynej. Dzięki temu ustalono zarówno minimalną liczbę osobników reprezentowanych przez szczątki, a w trzech przypadkach bliskie związki genetyczne pomiędzy nimi. W grupie były zarówno osoby dorosłe, jak i dzieci oraz – jak powiedzielibyśmy dziś – nastolatkowie. Warto tu wspomnieć, że w ocenie wieku biologicznego trzeba uwzględnić inne tempo rozwoju neandertalczyków. W stosunku do Homo sapiens rozwijali się oni szybciej, a więc był to gatunek o strategii szybkiego dojrzewania i szybkiej wymiany pokoleń. Wynikało to w dużej mierze z trudnych warunków, w jakich niewątpliwie żyli neandertalczycy. Musieli szybciej się usamodzielniać, żeby przetrwać.

Dr Paweł Dąbrowski zastrzega, że biologicznych „właścicieli” zbadanych próbek nie można traktować jako rodziny w dzisiejszym rozumieniu tego pojęcia, mimo rozprzestrzenienia ich w osadach jednej warstwy.  Lepszym określeniem w odniesieniu do tej grupy byłby raczej „klan”. Jednocześnie trzy próbki miały identyczne mitochondrialne DNA, co może oznaczać wspólne pochodzenie w linii matczynej i możliwe bliskie pokrewieństwo między częścią osobników.

Autorzy badań podkreślają jednak, że mitochondrialne DNA pokazuje tylko fragment historii populacyjnej. Dlatego wyniki interpretowano w zestawieniu z innymi danymi: archeologicznymi  i  paleontologicznymi. Ważnym elementem pracy było uporządkowanie chronologii materiału ze Stajni. Nie było to proste, ponieważ osady jaskiniowe zostały zaburzone przez procesy naturalne, w tym przemieszczenia warstw i oddziaływanie warunków klimatycznych. Dlatego autorzy  połączyli analizę morfologiczną zębów, datowanie radiowęglowe oraz sekwencjonowanie DNA. Takie interdyscyplinarne podejście pozwoliło lepiej określić wiek szczątków, liczbę osobników oraz ich przynależność taksonomiczną.  Potwierdzono, że wszystkie próbki pochodzą sprzed około 120–92 tys. lat, czyli z okresu ważnego dla historii neandertalczyków w Europie. W naukach o przeszłości Ziemi ten przedział zalicza się do tzw. MIS 5, jednego z morskich stadiów izotopowych używanych do opisu zmian klimatu w plejstocenie (nazwa pochodzi z badań obecności w szkieletach mikroorganizmów morskich z dennych osadów izotopów tlenu), w tym przypadku oznacza ono schyłek środkowego i początek późnego plejstocenu.

Ciekawe jest także samo miejsce, w którym odkryto tak wiele szczątków

– Jaskinia Stajnia jest pod tym względem ewenementem, bo dotychczas znajdowano tylko pojedyncze zęby neandertalczyków – podkreśla dr Paweł Dąbrowski. – Zagadką pozostaje, jaką pełniła funkcję w ówczesnym ekosystemie. Czy był to rodzaj przejściowego obozowiska, np. schroniska, w którym z jakichś powodów się spotykali? Ukształtowanie terenu wskazuje, że mógł to być doskonały punkt obserwacyjny przemieszczających się zwierząt, więc być może chodziło o całą strategię polowania. Jaskinia byłaby według tej koncepcji czymś w rodzaju myśliwskiej ambony ówczesnych łowców. Kolejna zagadka dotyczy stanu zachowania szczątków neandertalskich. Nie wiemy jednak, dlaczego spośród różnych biologicznych szczątków znaleziono tam tylko zęby, ale nie odkryto  innych części szkieletu. Można założyć, że po prostu się nie zachowały ze względu na kwaśny charakter podłoża jaskiniowego i wilgoć. W warunkach fosylizacji, tylko szkliwo  koron zębowych w zasadzie ma szanse na przetrwanie bez możliwości jego remodelowania, stając się  najtrwalszym dowodem istnienia określonego osobnika. Prawdopodobna jest  także inna hipoteza. Można ją nazwać kulinarną. Jaskinia mogła być  schronieniem ówczesnych zwierząt- głównie drapieżników, stanowiąc swoiste miejsce mięsnej uczty. W taki przypadku nasi ewolucyjni krewni byliby na niej głównym daniem.  Zatem po przejściu przez układ pokarmowy drapieżnika, po neandertalczykach mogły pozostać jedynie niestrawione do końca zęby. Miejmy nadzieję, że dalsze badania, w tym traseologiczne i histochemiczne  pozwolą wyjaśnić kolejne zagadki z przeszłości.

Pożegnanie z mitem jaskiniowca

Dr Paweł Dąbrowski przy każdej okazji walczy ze stereotypem neandertalczyka jako prymitywnego „kuzyna” Homo sapiens, postrzeganego stereotypowo jako „gorszego” od naszego gatunku pod każdym względem. Co ciekawe, autorem tego krzywdzącego wizerunku jest wrocławski naukowiec: Hermann Klaatsch, profesor anatomii i antropologii na Uniwersytecie w Breslau, który w 1908 roku dokonał rekonstrukcji tzw. chłopca z Le Moustier. Na skutek wadliwych interpretacji i innych błędów badawczych powstał stereotyp topornego jaskiniowca o masywnej sylwetce, zgarbionej postawie, grubych wałach nadoczodołowych, a także niezbyt rozgarniętego, co wynikało z zastosowanych zasad dziewiętnastowiecznej frenologii.

– Niestety, ten stereotyp wciąż jest obecny w powszechnej świadomości, choć mamy coraz więcej dowodów na to, że jest on krzywdzący – ubolewa dr Paweł Dąbrowski. – W rzeczywistości neandertalczycy byli bardzo sprawni, silni, potrafili szybko biegać – choć w przeciwieństwie do Homo sapiens, raczej  na krótkich dystansach, co było przydatne podczas polowania na duże zwierzęta. Specjalizowali się w produkcji broni łowieckiej  przeznaczonej do bezpośredniego ataku – specyficznych dzid do śmiertelnego kłucia i nadziewania ciał dużych zwierząt. Umieli też wykonywać zabiegi medyczne, m.in. zachowały się ślady nieprzypadkowych amputacji części kończyn, wygojonych miejsc złamań kości długich; nieobca im była opieka paliatywna –  zwłaszcza w przypadku schorzeń  narządu żucia, uniemożliwiających samodzielne spożywanie pokarmu. Jeden z badanych przez nas zębów z jaskini Stajnia nosił ślady celowego usunięcia- wybicia. Urazy korzenia i korony zębowej były niemalże identyczne z obserwowanymi na zębach trzonowych usuwanych „niewprawną” jeszcze ręką stomatologa. Pozbycie się tego zęba mogło wynikać z zaostrzających się zmian paradontopatycznych i towarzyszącej neuralgii.  Neandertalczycy charakteryzowali się  też złożonymi relacjami społecznymi  i kulturowymi. Potrafili komunikować się  drogą werbalną, na co wskazują dowody anatomiczne związane z budową kości gnykowej, stawu skroniowo-żuchwowego oraz podstawy czaszki. Prawdopodobnie rozwinięty aparat krtaniowy, zbliżony budową do „sapiętnego” wskazuje na zdolność do artykulacji. Choć technicznie był bardziej przystosowany do wymawiania samogłosek niż spółgłosek.

Jednocześnie dowody na działalność artystyczną neandertalczyków są niezwykle rzadkie. Być może jednak nie ozdabiali swoich jaskiń i rzadko wyrabiali „biżuterię”, bo nie mieli na taką aktywność czasu? Tryb życia, czas poświęcany na zdobycie pożywienia i związany z tym wysiłek, rozniecanie ognia, wytwarzanie narzędzi, opieka rodzinna, lecznictwo, rozród – to czynności, które wypełniały  czas aktywności dziennej. Jednocześnie ich ręce działały precyzyjne, o czym świadczy ukształtowanie kciuka i liczne wokół niego przyczepy mięśniowe, których już nie posiada człowiek współczesny. 

 
W genomie wielu współczesnych ludzi, zwłaszcza spoza Afryki, zachował się niewielki udział DNA neandertalskiego. Około 45 tysięcy lat temu doszło do trwałego kontaktu przedstawicieli obu gatunków na południu Europy lub nawet na Bliskim Wschodzie.  Neandertalczycy wchodzili z nami w bliskie relacje. Być może „produkcja” hybryd międzygatunkowych była strategią przetrwania pod koniec ostatniego zlodowacenia, odpowiedzią adaptacyjną  na zmieniające się warunki siedlisk,  zarówno z naszej, jak i z ich strony. To genetyczne dziedzictwo, rozpoznane przez  znakomitego genetyka ewolucyjnego Svante Pääbo z Instytutu Maxa Plancka w Lipsku wraz z zespołem, może mieć znaczenie m.in. dla cech związanych z odpornością, metabolizmem czy pigmentacją. To temu gatunkowi zawdzięczamy m.in. rozjaśnienie karnacji, niebieskie tęczówki, rudą barwę włosów, cechy rozwijające się przez tysiące lat po wymarciu neandertalczyka w Europie. Znacząco stłumiły  one nasze afrykańskie morfologiczne markery. Neandertalczycy odpowiadają też za insulinooporność i skłonność do cukrzycy typu II. Neandertalski gen  SLC16A11 wspierał u niego odkładanie  i transport lipidów  oraz szybką reakcję trzustki w warunkach głodu, poprzez wyrzut insuliny.

– Te cechy metaboliczne sprawdzały się u ruchliwego łowcy, nomady – w okresie niedoboru pożywienia – podkreśla dr Dąbrowski. –  Neandertalczyk najadał się na zapas, ale równie szybko zużywał te zapasy. U Homo sapiens w obecnych warunkach żywieniowych i przy trybie życia typu stułbia; taki metabolizm kompletnie się nie sprawdza. Tyjemy i chorujemy. To nasze przekleństwo. To także taka przestroga z głębokiej przeszłości:  jeśli chcesz przeżyć to ruszaj się jak twoi przodkowie. Związków genetycznych z tą wymarłą linią człowieka znamy coraz więcej, a wiele z nich zapewne wciąż czeka na dokładniejsze opisanie przez kolejnych specjalistów. Poznanie przeszłości jest niezwykle istotne, jeśli chcemy wiedzieć, kim jesteśmy i jaka jest nasza historia. Neandertalczycy są jej istotną częścią, a my, współcześni ludzie  stanowimy żywą spuściznę tamtych czasów.

Wśród autorów najnowszego badania szczątków z jaskini Stajnia znaleźli się naukowcy z wielu ośrodków, m.in. z Uniwersytetu Bolońskiego, Instytutu Antropologii Ewolucyjnej Maxa Plancka, Uniwersytetu Wrocławskiego, Uniwersytetu Śląskiego, Polskiej Akademii Nauk oraz Uniwersytetu Medycznego im. Piastów Śląskich we Wrocławiu. Dr Paweł Dąbrowski z UMW jest jednym z autorów publikacji łączącej perspektywę paleoantropologii, archeologii, genetyki ewolucyjnej.

Wyniki opublikowane w „Current Biology” pokazują, jak wiele informacji można uzyskać z niewielkich fragmentów, szczątków pozostających w podłożu post mortem, jeśli zostaną przebadane z użyciem nowoczesnych metod. W przypadku materiału z jaskini Stajnia zęby pozwoliły nie tylko potwierdzić obecność neandertalczyków na terenach dzisiejszej Polski, lecz także odtworzyć fragment historii ich gatunku  na obszarze Europy Środkowej. Badania będą kontynuowane. Planowana jest m.in. dalsza analiza DNA, tym razem jądrowego. Pozwoli ona na bardziej szczegółowe ustalenia dotyczące płci i stopnia pokrewieństwa grupy neandertalczyków z polskiej jaskini.

 
Źródło: Andrea Picin, Mateja Hajdinjak, Wioletta Nowaczewska, Maarten Blaauw, Alex Bayliss, Helen Fewlass, Timothy J. Heaton, Paula J. Reimer, John Richard Southon, Johannes van der Plicht, Lukas Wacker, Gregorio Oxilia, Rita Sorrentino, Antonino Vazzana, Erica Piccirilli, Stefano Benazzi, Marcin Binkowski, Paweł Dąbrowski, Adrian Marciszak, Paweł Socha, Krzysztof Stefaniak, Marcin Żarski, Andrzej Wiśniewski, Janet Kelso, Jean-Jacques Hublin, Adam Nadachowski, Sahra Talamo, „First multi-individual Neanderthal mitogenomes from north of the Carpathians”, Current Biology, 2026, t. 36, nr 9, s. 2442–2453.e7, DOI: 10.1016/j.cub.2026.03.069.

Źródło informacji: komunikat prasowy

Coraz więcej pacjentów z udarem niedokrwiennym mózgu ma dostęp do nowoczesnego leczenia dzięki dynamicznemu rozwojowi trombektomii mechanicznej w Polsce. Od momentu włączenia tej procedury do katalogu świadczeń finansowanych ze środków publicznych liczba ośrodków wykonujących zabiegi wzrosła ponad dwukrotnie, a liczba leczonych pacjentów zwiększyła się kilkukrotnie. Eksperci podkreślają, że kluczową rolę w rozwoju systemu odegrały europejskie standardy neuroradiologii zabiegowej współtworzone przez specjalistów Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.
Neuroradiologia zabiegowa należy do najbardziej precyzyjnych dziedzin współczesnej medycyny. Lekarze wykonują zabiegi przez naczynia krwionośne, docierając do struktur mózgu bez klasycznej operacji neurochirurgicznej. W ten sposób leczy się m.in. część udarów niedokrwiennych, tętniaki mózgu, przetoki, malformacje naczyniowe i zwężenia naczyń. Dla pacjentów oznacza to często mniej obciążające leczenie, krótszą hospitalizację i większą szansę na uniknięcie ciężkiej niepełnosprawności.

Właśnie dla takich procedur szczególne znaczenie mają wspólne zasady szkolenia i organizacji leczenia. Europejskie standardy neuroradiologii zabiegowej, opracowane z inicjatywy środowiska Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, określają m.in., jak szkolić lekarzy, jak organizować ośrodki i jakie warunki powinny być spełnione, aby procedury wykonywane wewnątrz naczyń mózgowych były bezpieczne, porównywalne i dostępne dla pacjentów w różnych krajach Europy.

Jednym z najlepiej widocznych przykładów znaczenia tych procedur jest trombektomia mechaniczna, stosowana u części pacjentów z ostrym udarem niedokrwiennym mózgu. Zabieg polega na usunięciu skrzepliny zamykającej naczynie w mózgu. W najcięższych udarach może zdecydować o tym, czy pacjent przeżyje i czy wróci do pełnosprawności.

– Europejskie standardy porządkują całą ścieżkę: od przygotowania lekarza, przez wymagania wobec ośrodka, po bezpieczeństwo wykonywania procedur. To szczególnie ważne w tak wymagającej dziedzinie jak neuroradiologia zabiegowa, gdzie decyzje kliniczne zapadają często bardzo szybko, a ich skutki są dla pacjenta fundamentalne – wyjaśnia prof. Anna Zimny, kierownik Katedry Radiologii UMW oraz kierownik Uniwersyteckiego Centrum Diagnostyki Obrazowej USK we Wrocławiu.

Wspólne zasady dla bezpieczniejszych procedur

Jeszcze kilka lat temu w Europie brakowało jednolitego modelu szkolenia i organizacji neuroradiologii zabiegowej. Ankieta przeprowadzona w 2019 r. w 31 krajach zrzeszonych w Europejskiej Unii Lekarzy Specjalistów (UEMS) pokazała duże różnice między państwami, a nawet między ośrodkami w tych samych krajach. Różniły się ścieżki szkolenia, wymagania wobec lekarzy, zasady certyfikacji, organizacja placówek oraz dostępność procedur dla pacjentów.

Europejskie standardy powstały po to, aby te różnice ograniczyć. Dokument określa, jakie kompetencje powinien mieć lekarz wykonujący zabiegi neuroradiologiczne, jak powinno wyglądać szkolenie, kto może je prowadzić, jakie doświadczenie musi mieć ośrodek i jakim zapleczem powinien dysponować. W praktyce to mapa drogowa dla szpitali, uczelni, instytucji szkolących i organizatorów ochrony zdrowia.

Prace nad standardami prowadzone były pod przewodnictwem prof. Marka Sąsiadka, kierownika Katedry Radiologii UMW, pełniącego wówczas funkcję prezydenta Dywizji Neuroradiologii UEMS. Po analizie wyników europejskiej ankiety prof. Sąsiadek kierował pracami grupy ekspertów, a następnie przedstawił dokument Radzie UEMS. Standardy zostały przyjęte jednogłośnie.

Od pilotażu do świadczenia gwarantowanego 

Znaczenie standardów widać także w Polsce. Po zakończeniu pilotażu trombektomia mechaniczna została wpisana do wykazu świadczeń gwarantowanych. Od 1 lipca 2024 r. leczenie ostrej fazy udaru niedokrwiennego za pomocą przezcewnikowej trombektomii mechanicznej naczyń domózgowych lub wewnątrzczaszkowych jest dostępne jako świadczenie finansowane ze środków publicznych.

W latach 2021–2025 efektem projektu było m.in. zwiększenie liczby ośrodków wykonujących trombektomię, rozwój kursów certyfikacyjnych dla lekarzy uprawnionych do wykonywania procedury, a także rozpoczęcie tworzenia sieci szpitali trombektomijnych połączonych aplikacją Brainomix, wspierającą szybką ocenę badań obrazowych u pacjentów z podejrzeniem udaru.

– Korzyści z wdrożenia standardów są wielopoziomowe. Pacjenci zyskują większą szansę na leczenie w ośrodku spełniającym określone wymagania. Lekarze mają jasne kryteria szkolenia i certyfikacji. Szpitale mogą rozwijać procedury według wspólnych zasad, a system ochrony zdrowia łatwiej planuje sieć ośrodków i kontroluje jakość świadczeń – podsumowuje prof. Zimny.

Europejskie standardy neuroradiologii zabiegowej stały się też punktem odniesienia dla kolejnych środowisk eksperckich, m.in. Sekcji Neuroradiologii Pediatrycznej UEMS oraz Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego. Były wykorzystywane przy opracowywaniu następnych dokumentów dotyczących organizacji szkolenia, jakości procedur i leczenia chorób naczyniowych mózgu.

Efekty wdrożenia widoczne w praktyce 

Po prawie dwóch latach od systemowego finansowania trombektomii można mówić nie tylko o założeniach, ale o konkretnych efektach. Liczba ośrodków wykonujących zabiegi trombektomii wzrosła w Polsce z 17 w 2019 r. do 37 w 2025 r., a liczba pacjentów leczonych tą metodą zwiększyła się z 1412 w 2019 r. do 4807 w 2024 r. Oznacza to większą dostępność leczenia, rozwijany system szkolenia i rosnące znaczenie współpracy między szpitalami.

Najważniejszy efekt jest praktyczny: pacjent trafiający do ośrodka neuroradiologii zabiegowej ma większą szansę, że leczenie będzie prowadzone przez właściwie przygotowany zespół, według jasnych zasad i w warunkach odpowiadających europejskim standardom.

Źródło: inf pras

Nietrzymanie moczu i dysfunkcje dna miednicy to nie tylko problem medyczny, ale także społeczny. Pacjenci ograniczają aktywność, rezygnują ze sportu, podróży, życia intymnego, niekiedy wycofują się z relacji. Tymczasem w wielu przypadkach można im pomóc. Warunkiem jest dobra diagnostyka i indywidualnie dobrana terapia, także z wykorzystaniem nowoczesnej fizjoterapii.
Szacuje się, że nietrzymanie moczu może dotyczyć w Polsce ok. 2,5 mln osób. Problem często kojarzony jest z kobietami po porodach albo w okresie menopauzy, ale nie dotyczy wyłącznie kobiet. Z rehabilitacji urologicznej i uroginekologicznej korzystają także mężczyźni – m.in. po leczeniu urologicznym, po operacjach prostaty, z parciami naglącymi, bólem miednicy czy zaburzeniami pracy mięśni dna miednicy.
 
Dla pacjentów to często codzienność podporządkowana objawom: planowanie wyjść pod kątem dostępu do toalety, rezygnacja z podróży, sportu, spotkań, pracy wymagającej dłuższego przebywania poza domem. Objawy mogą zaburzać sen, pogarszać koncentrację, wywoływać lęk przed „wpadką” w miejscu publicznym, wpływać na relacje intymne i prowadzić do izolacji.

Problem interdyscyplinarny

Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu rozwija podejście łączące fizjoterapię, medycynę kliniczną, diagnostykę funkcjonalną i nowoczesne metody oceny pracy mięśni. Celem jest leczenie skuteczniejsze, bardziej precyzyjne i oparte na obiektywnych danych. Badacze analizują m.in. aktywność mięśni dna miednicy, ustawienie miednicy, napięcie mięśniowe, koordynację oddechu i postawy oraz skuteczność metod takich jak wysokoindukcyjna stymulacja elektromagnetyczna. W diagnostyce wykorzystują m.in. elektromiografię powierzchniową i elastografię.

– Nowoczesna rehabilitacja urologiczna i uroginekologiczna nie polega na tym, żeby powiedzieć pacjentowi: „proszę ćwiczyć mięśnie Kegla” – mówi dr hab. Kuba Ptaszkowski, prof. UMW z Zakładu Fizjoterapii Klinicznej i Rehabilitacji Uniwersyteckiego Centrum Fizjoterapii i Rehabilitacji. – Najpierw musimy sprawdzić, czy pacjent w ogóle prawidłowo aktywuje mięśnie dna miednicy, czy potrafi je rozluźnić, czy problemem jest osłabienie, nadmierne napięcie, brak koordynacji, ból, blizna, zaburzenie oddechu, postawy albo kontroli ciśnienia w jamie brzusznej. Samodzielne ćwiczenia mogą pomagać, ale źle dobrane bywają nieskuteczne, a u części osób mogą nawet nasilać objawy. Dlatego w podejściu, które rozwijamy na UMW, kluczowe są diagnostyka, indywidualizacja terapii i obiektywna ocena pracy mięśni.

Efekty badań prowadzonych na UMW nie pozostają wyłącznie w publikacjach naukowych. Są wykorzystywane w programach terapeutycznych, działaniach edukacyjnych, szkoleniach dla fizjoterapeutów i lekarzy oraz w poradniku dla pacjentów. Uczelnia rozwija także współpracę z ośrodkami medycznymi i instytucjami publicznymi, aby zwiększać dostępność rehabilitacji urologicznej i uroginekologicznej.

Dobrze dobrana rehabilitacja może ograniczać objawy i wspierać pacjenta w powrocie do normalnego rytmu życia. Dlatego w terapii coraz większe znaczenie ma nie tylko ocena parametrów pracy mięśni, ale także wpływ leczenia na codzienne funkcjonowanie.

– W rehabilitacji uroginekologicznej sukcesem nie zawsze jest wyłącznie wynik badania – podkreśla prof. Ptaszkowski. – Dla pacjenta sukcesem bywa to, że może wrócić do biegania, przespać noc, pójść na spotkanie albo przestać nosić wkładki zabezpieczające. W badaniach oceniamy parametry pracy mięśni, ale równie ważny jest praktyczny efekt terapii, czyli to, czy pacjent lepiej funkcjonuje. Poprawa jakości życia jest jednym z najważniejszych celów terapii.

Kiedy do specjalisty?

Specjaliści zwracają uwagę, że wiele osób zwleka z szukaniem pomocy. Nietrzymanie moczu po porodzie, w okresie menopauzy czy po operacji bywa traktowane jako „naturalna konsekwencja wieku” albo „normalny koszt macierzyństwa”. Tymczasem częste występowanie objawów nie oznacza, że trzeba się z nimi godzić.

Eksperci UMW radzą, by do specjalisty zgłosić się m.in. wtedy, gdy pojawia się nietrzymanie moczu przy kaszlu, kichaniu, śmiechu, wysiłku lub bieganiu; nagła, trudna do powstrzymania potrzeba oddania moczu; częste wizyty w toalecie; wstawanie w nocy; uczucie ciężkości lub obniżenia narządów miednicy; ból w obrębie miednicy, krocza lub podbrzusza; dolegliwości po porodzie, operacjach urologicznych lub ginekologicznych; a także trudności w życiu intymnym związane z bólem, napięciem lub dyskomfortem.

–  Pierwsza wizyta nie powinna kojarzyć się z bólem ani przymusem – dodaje ekspert UMW. – Zaczyna się od rozmowy, analizy objawów, stylu życia, aktywności, przebytych porodów lub operacji. Dopiero później dobierany jest zakres badania funkcjonalnego. Jeżeli diagnostyka dotyczy intymnych obszarów ciała, szczególne znaczenie mają zgoda pacjenta, wyjaśnienie każdego etapu i możliwość przerwania procedury w dowolnym momencie.

Terapia zwykle trwa od kilku tygodni do kilku miesięcy. Jej długość zależy od rodzaju problemu, wieku, chorób współistniejących, nasilenia objawów i systematyczności pracy własnej pacjenta. Pierwsze efekty część osób obserwuje już po kilku wizytach i wdrożeniu zaleceń domowych, ale w przypadkach przewlekłych, bólowych lub pooperacyjnych potrzebny może być dłuższy proces.

Rehabilitacja może być również ważnym elementem leczenia zachowawczego i interdyscyplinarnego. U części pacjentów dobrze dobrana terapia ogranicza nasilenie objawów na tyle, że leczenie operacyjne nie jest konieczne albo może zostać odroczone. Może też wspierać leczenie farmakologiczne, przygotowanie do zabiegu i powrót do sprawności po operacji. Decyzja zawsze powinna być jednak podejmowana indywidualnie, po diagnostyce i konsultacji ze specjalistą.

Konieczne zmiany systemowe

Z rehabilitacji urologicznej i uroginekologicznej można korzystać przede wszystkim w wyspecjalizowanych gabinetach fizjoterapii, poradniach rehabilitacyjnych oraz wybranych ośrodkach medycznych współpracujących z lekarzami. W ramach NFZ nie funkcjonuje obecnie powszechnie dostępna, odrębna ścieżka świadczeń określanych wprost jako rehabilitacja uroginekologiczna. Pacjenci mogą jednak –  zależnie od placówki, wskazań medycznych i decyzji lekarza –  korzystać z ogólnych świadczeń rehabilitacyjnych. W przypadku świadczeń finansowanych publicznie potrzebne jest skierowanie od lekarza ubezpieczenia zdrowotnego.

Eksperci UMW podkreślają, że potrzebne są zmiany systemowe: większa świadomość pacjentów, lepsze kierowanie do fizjoterapeutów urologicznych i uroginekologicznych oraz większa dostępność świadczeń finansowanych publicznie. Zespół UMW prowadzi działania edukacyjne, szkoleniowe i systemowe, m.in. we współpracy z instytucjami publicznymi, organizacjami społecznymi, Komitetem Rehabilitacji PAN i podkomisją sejmową ds. uroonkologii.

Jednym z efektów takich działań jest wydanie poradnika „Rehabilitacja urologiczna dla kobiet i mężczyzn”, przygotowanego z myślą o pacjentach, którzy nie wiedzą, że ich objawy można diagnozować i leczyć albo wstydzą się zapytać o pomoc. To ważne, bo wokół nietrzymania moczu i mięśni dna miednicy wciąż funkcjonuje wiele mitów: że „po porodzie tak już musi być”, że „w menopauzie to normalne”, że problem dotyczy wyłącznie starszych kobiet, że mężczyźni nie mają takich dolegliwości, albo że jedynym rozwiązaniem jest operacja.

Specjaliści UMW chcą, aby rehabilitacja urologiczna i uroginekologiczna była traktowana jako naturalna część ścieżki leczenia: po porodzie, po operacjach, w nietrzymaniu moczu i w przewlekłych dolegliwościach miednicy. Nie jako temat wstydliwy i odkładany latami, ale jako realna pomoc, która może przywracać pacjentom sprawczość, swobodę i komfort codziennego życia.

Źródło: UMW

Naukowcy z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu sprawdzają, jak olejki eteryczne – w tym tymiankowy i rozmarynowy – mogą pomóc w walce z antybiotykoopornością, a ich skuteczność zależy od środowiska i konkretnego szczepu bakterii. To część projektu PUMA i zarazem pierwszy krok do „essential oil stewardship” – standaryzowanych zasad odpowiedzialnego wykorzystania naturalnych substancji w terapii.
Tymianek, rozmaryn czy lawenda od wieków kojarzą się z medycyną niekonwencjonalną. Dziś jednak te aromatyczne rośliny coraz częściej trafiają pod mikroskopy badaczy, którzy starają się dowieźć ich wpływu na poprawę zdrowia.

– Ze względu na wciąż narastający problem oporności drobnoustrojów na antybiotyki podkreśla się konieczność wprowadzenia do terapii produktów przeciwdrobnoustrojowych, względem których drobnoustroje jeszcze nie nabyły odporności – mówi dr Malwina Brożyna z Katedry i Zakładu Mikrobiologii Farmaceutycznej i Parazytologii Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. Od blisko dekady bada ona właściwości olejków eterycznych i ich potencjał terapeutyczny.

Jak podkreśla badaczka, każdy olejek to złożony zestaw molekuł chemicznych, które działają jednocześnie i wielokierunkowo na komórki bakterii.

– Można myśleć o nim jako o swoistym koktajlu przeciwdrobnoustrojowym – mieszaninie naturalnych związków, które w terapii skojarzonej mogą nie tylko zwiększać efektywność antybiotyków, ale też ograniczać ryzyko powstawania oporności – wyjaśnia dr Brożyna.

Tymianek i rozmaryn pod lupą

W najnowszych badaniach zespół naukowców przyjrzał się działaniu olejków tymiankowego i rozmarynowego wobec gronkowca złocistego (Staphylococcus aureus). To bakteria dobrze znana lekarzom – odpowiada za wiele infekcji skóry i ran, a niektóre jej szczepy są wyjątkowo oporne na leczenie.

Eksperymenty prowadzono w warunkach możliwie najbardziej zbliżonych do rzeczywistego środowiska rany. Wyniki zaskoczyły badaczy: olejek tymiankowy wykazywał znacznie wyższą aktywność przeciwdrobnoustrojową w tym środowisku niż w klasycznej pożywce laboratoryjnej, podczas gdy rozmarynowy – odwrotnie.

– Takie różnice pokazują, jak bardzo na skuteczność działania wpływają warunki, w jakich prowadzi się badania – tłumaczy dr Brożyna. – Jeśli chcemy, by olejki rzeczywiście znalazły zastosowanie kliniczne, musimy projektować eksperymenty w sposób odzwierciedlający to, co dzieje się w organizmie, a nie tylko w probówce.

Równie ważne okazały się różnice między samymi szczepami bakterii. Niektóre reagowały bardzo silnie, inne – wcale. To potwierdza, że analizując skuteczność olejków, należy uwzględniać wewnątrzgatunkową zmienność drobnoustrojów.

Odpowiedzialne badania – idea „essential oil stewardship”

Badacze z Wrocławia zwracają uwagę, że fascynacja olejkami nie może przesłaniać konieczności rygorystycznego podejścia naukowego. Stąd pomysł na „essential oil stewardship” – zbiór zasad określających, jak badać i stosować olejki w sposób odpowiedzialny i powtarzalny.

– Idea ta zrodziła się, gdy zauważyłam, że ogromna liczba niewystandaryzowanych badań, bazujących na nieadekwatnych metodach, paradoksalnie spowalnia wprowadzenie leczenia olejkami do praktyki klinicznej – mówi dr Brożyna.

W ramach grantu NCN Preludium opracowano szczegółowe wytyczne metodologiczne dotyczące oceny aktywności przeciwdrobnoustrojowej olejków. Celem projektu jest zapewnienie, by każdy badacz – niezależnie od laboratorium – mógł uzyskać rzetelne, powtarzalne wyniki. To pierwszy krok do stworzenia międzynarodowych standardów badań i realnej oceny klinicznej skuteczności tych naturalnych substancji.

PUMA – laboratorium przyszłości

Badania prowadzone są w ramach platformy PUMA (Platform for Unique Model Applications), działającej pod kierownictwem dr hab. Adama Junki z Katedry i Zakładu Mikrobiologii Farmaceutycznej i Parazytologii UMW. To jednostka opracowująca i rozwijająca modele biologiczne i bioinżynieryjne, które pozwalają testować skuteczność antybiotyków, antyseptyków i związków naturalnych
w warunkach zbliżonych do rzeczywistych infekcji.

– PUMA to środowisko, w którym łączymy mikrobiologię, bioinżynierię i nowoczesne technologie, by badać procesy biologiczne z maksymalną wiarygodnością – tłumaczy dr Brożyna. – W planach jest również wdrożenie modeli opartych na sztucznej inteligencji, które pomogą przewidywać skuteczność badanych substancji i optymalizować proces eksperymentalny.

Co dalej?

Choć olejki eteryczne nie zastąpią klasycznej farmakoterapii, mogą ją uzupełnić – zwłaszcza w terapii infekcji miejscowych. Zanim jednak trafią do praktyki klinicznej, konieczne będzie opracowanie stabilnych formulacji i pełna standaryzacja. Największe wyzwanie to zmienność – zarówno chemiczna, wynikająca z pochodzenia roślin, jak
i biologiczna, związana z zachowaniem bakterii. Dlatego – jak podkreśla dr Brożyna – potrzebne jest odpowiedzialne, oparte na dowodach podejście do natury.

Ten materiał powstał na podstawie publikacji: Toward essential oil stewardship: strain-resolved evaluation of thyme oil activity against Pseudomonas aeruginosa Malwina Brożyna, Zuzanna Stępnicka, Natalia Tymińska, Bartłomiej Dudek, Katarzyna Kapczyńska, Adam Matkowski, Yanfang Sun, Michał Tomczyk, Adam Junka

Establishing essential oil stewardship through the case of rosemary and thyme oils against Staphylococcus aureus Malwina Brożyna, Zuzanna Stępnicka,  Katarzyna Kapczyńska, Bartłomiej Dudek, Adam Matkowski, Adam Junka
Dynia kojarzy się przede wszystkim z jesiennymi potrawami – zupą, ciastem czy dekoracjami na Halloween. Tymczasem jej nasiona kryją w sobie bogactwo składników, które mogą wspierać zdrowie i znaleźć zastosowanie we współczesnej dietetyce oraz suplementacji. To właśnie te właściwości zbadał zespół naukowców z Katedry i Zakładu Dietetyki i Bromatologii oraz Katedry Biologii i Biotechnologii Farmaceutycznej, Wydziału Farmaceutycznego Uniwersytetu Medycznego we współpracy z naukowcami z Ogrodu Botanicznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Wyniki ich analiz, opublikowane w 2025 r.  w czasopiśmie Foods, pokazują, że wartości prozdrowotne dyni są bardzo różnorodne, w zależności od odmiany.
Blisko połowa masy nasion dyni stanowi tłuszcz. To nie tylko źródło energii, lecz także wielu bioaktywnych związków. Znajdziemy w nich wielonienasycone kwasy tłuszczowe, przede wszystkim kwas linolowy i oleinowy, które wspierają układ krążenia. Obecne są również unikalne sterole typu ∆7, rzadko występujące w innych olejach roślinnych, mające korzystny wpływ m.in. na zdrowie prostaty. Nasiona są także bogate w tokoferole, czyli witaminy z grupy E, oraz w karotenoidy, chroniące komórki przed stresem oksydacyjnym. Wyróżnia je ponadto obecność skwalenu – związku o potencjale przeciwnowotworowym i antyoksydacyjnym. Jest to wielonienasycony węglowodór, który jest jednym z głównych prekursorów w biosyntezie cholesterolu, hormonów steroidowych i witaminy D w ludzkim organizmie.

Z tego powodu niektóre odmiany dyni mogą być traktowane nie tylko jako źródło oleju spożywczego, ale wręcz jako surowiec nutraceutyczny, czyli żywność o dodatkowych właściwościach prozdrowotnych.

– Przeanalizowaliśmy jedenaście odmian dyni, uprawianych w Polsce, reprezentujących trzy gatunki: dynia olbrzymia (Cucurbita maxima), dynia zwyczajna (Cucurbita pepo) i dynia piżmowa (Cucurbita moschata) – mówi dr Magdalena Grajzer z Katedry i Zakładu Dietetyki i Bromatologii UMW, pierwsza autorka publikacji. – Izolowane z nasion oleje badaliśmy pod kątem składu chemicznego i odporności na utlenianie, wykorzystując m.in. chromatografię gazową i cieczową, test DPPH oraz różnicową kalorymetrię skaningową.

Wyniki nie pozostawiły wątpliwości – odmiany różniły się znacznie między sobą pod względem zawartości związków korzystnie wływających na zdrowie.  Dynia Pink Jumbo Banana (z gatunku dynia olbrzymia), wyróżniała się wyjątkowo wysoką zawartością γ-tokoferolu, karotenoidów (β-karoten, luteina) i skwalenu oraz najwyższą odpornością na utleniania. Wśród zdrowotnych liderek znalazła się odmiana Show Winner, ze względu na bogactwo α- i γ-tokoferolu oraz skwalenu. Jack Sprat (C. pepo) i Golden Hubbard (C. maxima) wykazywały wysoką stabilność oksydacyjną dzięki korzystnemu składowi (m.in. dużej zawartości γ-tokoferolu i skwalenu szczególnie w Jack Sprat). Na przeciwnym biegunie znalazła się odmiana Moonshine (C. pepo), uboga w tokoferole, sterole i skwalen. Choć jej odporność na utlenianie była niższa, charakteryzowała się wydłużoną fazą propagacji utleniania, co naukowcy wiążą z obecnością luteiny i zeaksantyny.

Co w praktyce wynika z badań naukowców UMW dla amatorów chrupiących nasion?

– Nasiona dyni, niezależnie od odmiany, pozostają cennym źródłem składników wspierających zdrowie – tłumaczy dr Magdalena Grajzer. – Mogą obniżać poziom cholesterolu, chronić układ krążenia, działać przeciwzapalnie i antyoksydacyjnie, a także wspierać zdrowie prostaty. Szczególną rolę odgrywa również olej z nasion dyni, który, dzięki zawartości tokoferoli i skwalenu, może być używany jako naturalny stabilizator dla innych olejów roślinnych, na przykład lnianego, bogatego w omega-3, ale mało odpornego na utlenianie. To powoduje, że szybko traci swoje właściwości, w związku z czym ma krótki termin przydatności do spożycia. Dodatek oleju dyniowego z nasion odpowiednio dobranej odmiany mógłby ten okres wydłużyć. Być może wnioski z naszego badania zainteresują producentów.

Naukowcy podkreślają, że odpowiedni dobór odmian dyni pozwala nie tylko tworzyć oleje funkcjonalne i suplementy diety, lecz także wzbogacać tradycyjne oleje roślinne w bioaktywne związki, a nawet produkować żywność o wydłużonej trwałości i większej wartości zdrowotnej. Dzięki takim odkryciom nasiona dyni mogą stać się jednym z kluczowych elementów nowoczesnej dietetyki i profilaktyki chorób cywilizacyjnych.

źródło: UM we Wrocławiu