Medicalpress

Rynek suplementów diety w Polsce rozwija się dynamicznie od wielu lat i dziś należy do największych segmentów rynku produktów zdrowotnych. Jego wartość szacuje się na około 8 miliardów złotych rocznie, przy czym tempo wzrostu w ostatnich latach utrzymuje się na poziomie około 10 proc. rocznie. Wraz z rosnącą skalą sprzedaży coraz wyraźniej ujawniają się jednak napięcia pomiędzy regulacją prawną, możliwościami nadzoru państwa oraz realnymi praktykami rynkowymi. Z jednej strony system prawny jest rozbudowany i obejmuje liczne przepisy krajowe oraz unijne dotyczące bezpieczeństwa żywności, reklamy czy ochrony konsumentów. Z drugiej – jego stosowanie w praktyce napotyka ograniczenia wynikające z konstrukcji przepisów, rozproszenia kompetencji instytucji oraz skali nieformalnego obrotu produktami funkcjonującymi poza oficjalnym systemem nadzoru.

W debacie nad funkcjonowaniem tego rynku coraz częściej powraca pytanie, czy problemem jest brak regulacji, czy raczej sposób ich stosowania. Dyskusja ta nabiera szczególnego znaczenia w kontekście prac legislacyjnych dotyczących zmian w ustawie o bezpieczeństwie żywności i żywienia, a także w świetle rosnącej liczby sygnałów o nielegalnych produktach obecnych w obrocie oraz sporach dotyczących praktyk reklamowych.

System prawny istnieje, ale jego stosowanie rodzi wątpliwości

Jednym z kluczowych elementów systemu nadzoru nad suplementami diety pozostaje ustawa o bezpieczeństwie żywności i żywienia. W praktyce szczególne znaczenie ma art. 32 tej ustawy, który daje organom Państwowej Inspekcji Sanitarnej możliwość czasowego wstrzymania wprowadzania do obrotu lub wycofania z rynku produktu niespełniającego wymagań określonych dla środków spożywczych.

W obecnym brzmieniu przepis ten przewiduje możliwość podjęcia takiej decyzji w przypadku podejrzenia niezgodności produktu z wymaganiami prawa. W praktyce oznacza to bardzo niski próg działania organów nadzoru. Już samo pojawienie się wątpliwości co do składu lub sposobu prezentacji produktu może skutkować natychmiastowym wstrzymaniem jego sprzedaży do czasu zakończenia postępowania wyjaśniającego. Jak ujęła to Grażyna Osęka z Foodie Sp. z o. o. Sp. k., „Artykuł 32 ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia w obecnym brzmieniu mówi, że w przypadku podejrzenia, iż środek spożywczy niespełniający wymagań znajduje się w obrocie, państwowy powiatowy inspektor sanitarny podejmuje decyzję o czasowym wstrzymaniu wprowadzenia do obrotu lub wycofaniu z obrotu. W praktyce dzieje się to zbyt automatycznie, bez przeprowadzenia postępowań dowodowych i ustalenia stanu faktycznego.”

Z punktu widzenia organów państwa rozwiązanie to ma charakter ostrożnościowy i wynika z zasad ochrony zdrowia publicznego. Taką interpretację przedstawił również Główny Inspektor Sanitarny. W odczytanym podczas posiedzenia piśmie dr Paweł Grzesiowski wskazał, że „Artykuł 32 ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia daje organom terenowym Państwowej Inspekcji Sanitarnej możliwość czasowego wstrzymania wprowadzania środka spożywczego do obrotu lub jego wycofania w przypadku podejrzenia, że nie spełnia on określonych wymagań. Celem tego przepisu jest zastosowanie zasady ostrożności wynikającej z rozporządzenia 178/2002. (…) Dalsze zmiany w obszarze suplementów diety mogą być zasadne, jednak powinny zmierzać do ujednolicenia i doprecyzowania wymagań dla tej kategorii produktów, która na poziomie Unii Europejskiej jest regulowana jedynie częściowo.”

Z perspektywy przedsiębiorców mechanizm ten bywa jednak postrzegany jako uruchamiany zbyt automatycznie, bez uprzedniego ustalenia stanu faktycznego i przeprowadzenia analizy ryzyka. W praktyce prowadzi to do sporów administracyjnych oraz postępowań odwoławczych, a w niektórych przypadkach także do roszczeń odszkodowawczych wobec państwa. W ocenie Grażyny Osęki: „Obecne brzmienie przepisów ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia i praktyka nie spełnia standardów prawa UE. Postępowania prowadzone są bez przeprowadzenia ustaleń dowodowych stanu faktycznego, jak również bez odpowiedniej analizy ryzyka, którą nakazują przeprowadzać każdorazowo przepisy unijne. Zasadne jest w związku z tym rozpoczęcie prac nad nowelizacją, która wzmocni standardy dowodowej analizy ryzyka, a tym samym wytrąci argument, że polskie przepisy są niezgodne z prawem unijnym.”

W środowisku prawnym i branżowym pojawia się więc postulat zmiany konstrukcji przepisu poprzez zastąpienie przesłanki podejrzenia przesłanką stwierdzenia naruszenia oraz wyraźne wprowadzenie zasady proporcjonalności w stosowaniu środków administracyjnych. Zwolennicy takiego rozwiązania wskazują, że mogłoby ono uporządkować praktykę stosowania prawa i zbliżyć ją do standardów wynikających z prawa unijnego, które nakłada obowiązek przeprowadzania analizy ryzyka przed zastosowaniem restrykcyjnych środków ograniczających działalność gospodarczą. Jak argumentowała Grażyna Osęka, „W artykule 32 ust. 1 mamy zapis o podejrzeniu, natomiast w ustępie drugim użyto słowa stwierdzenie. Powstaje więc paradoks: w sytuacji naprawdę krytycznej – gdy mamy do czynienia z produktem leczniczym albo wyrobem medycznym ukrytym pod postacią środka spożywczego – organ musi coś stwierdzić. Natomiast w ustępie pierwszym wystarczy samo podejrzenie. W praktyce oznacza to, że inspektor, mając jakiekolwiek pismo z GIS-u czy wątpliwość co do produktu, automatycznie wydaje decyzję o wstrzymaniu.”

To właśnie w tym miejscu pojawia się spór o granice stosowania zasady ostrożności. „Zasada ostrożności nie może być stosowana automatycznie tylko dlatego, że pojawiło się podejrzenie. Musi być poprzedzona analizą ryzyka i ustaleniem stanu faktycznego. Jeżeli państwo chce ograniczyć działalność gospodarczą, musi wykazać dowody, że takie wstrzymanie jest zasadne z punktu widzenia ochrony zdrowia publicznego. Tymczasem obecne brzmienie przepisu powoduje, że w pierwszym ustępie nie wiadomo, jakie podejrzenia mogą być podstawą decyzji” – podkreślała Osęka.

Zmiana ta miałaby charakter punktowy, ale mogłaby wpłynąć na sposób funkcjonowania całego systemu nadzoru nad produktami wprowadzanymi do obrotu.

Najsłabszym ogniwem pozostaje system zgłoszeń do GIS

Jeszcze większe kontrowersje budzi jednak inny element regulacji rynku suplementów diety – system zgłaszania produktów do Głównego Inspektora Sanitarnego.

Zgodnie z obowiązującymi przepisami każdy suplement diety przed pierwszym wprowadzeniem do obrotu powinien zostać zgłoszony do GIS. Zgłoszenie to stanowi podstawowy element kontroli bezpieczeństwa produktu, ponieważ umożliwia organom nadzoru analizę jego składu, oznakowania i sposobu prezentacji. Jak przypominała dr n. praw. Ewa Butkiewicz, ekspertka Krajowej Rady Suplementów i Odżywek, „Najważniejszą bramką, przez którą musi przejść suplement diety, żeby zostać uznanym za legalny, jest powiadomienie Głównego Inspektora Sanitarnego o pierwszym wprowadzeniu do obrotu. Celem tego powiadomienia jest poddanie produktu kontroli GIS-u pod kątem składu, jakości i oznakowania, co ma służyć zapewnieniu bezpieczeństwa konsumentów.”

W praktyce mechanizm ten nie zawsze działa w sposób skuteczny. Brak zgłoszenia produktu do GIS jest obecnie traktowany jako wykroczenie, za które grozi mandat. Sankcja ta ma charakter wykroczeniowy i w wielu przypadkach nie stanowi realnego czynnika odstraszającego. Jak mówiła Grażyna Osęka, „Mandaty za niezgłoszenie produktu do GIS wynoszą od 20 do 5000 zł i w praktyce często są to kwoty rzędu 500 czy 1000 zł. Przedsiębiorca dostaje mandat, ale nie dostaje nakazu wpisania produktu do systemu. (…) Ja nie chciałam tego tak wprost powiedzieć, ale to się bardzo opłaca. Jeżeli ktoś chce być poza systemem i szybko wchodzić i schodzić z produktami z rynku i nie ma uczciwych zamiarów, to nie powinien zgłaszać się do systemu.”

Jednocześnie przedsiębiorca, który nie zgłosi produktu do systemu, pozostaje w dużej mierze poza jego zasięgiem. Brak notyfikacji oznacza, że produkt nie pojawia się w rejestrze, a tym samym organy nadzoru mogą w ogóle nie mieć wiedzy o jego istnieniu. W praktyce oznacza to, że wykrycie takiego produktu często zależy od przypadkowej kontroli, sygnału od konkurencji lub zgłoszenia konsumenckiego. Osęka zwracała uwagę, że „Jeżeli firma zgłasza produkt do GIS-u, to praktyka wygląda tak, że Główny Inspektor Sanitarny bardzo często odpisuje i prosi o dodatkowe wyjaśnienia. Nierzadko taka notyfikacja powoduje też wizytę inspekcji sanitarnej u przedsiębiorcy. W pozostałych przypadkach inspekcja musi najpierw wiedzieć, że taki przedsiębiorca w ogóle istnieje i że dany produkt został zgłoszony. Jeżeli produktu nie ma w rejestrze, to w wielu przypadkach po prostu nie ma wiedzy, że on funkcjonuje na rynku.

W efekcie powstaje paradoks regulacyjny. Podmioty działające zgodnie z prawem, zgłaszające swoje produkty do systemu, podlegają regularnemu nadzorowi i kontrolom. Natomiast przedsiębiorcy funkcjonujący poza systemem mogą przez długi czas pozostawać niewidoczni dla organów państwa. „To jest niespójność systemowa, która ma bardzo istotne skutki praktyczne. Po pierwsze jest to wykroczenie i zagrożenie finansowe nie jest odstraszające. Osłabia to szybkość działania organów i ich skuteczność, a sankcje w praktyce nie są realnie egzekwowane” – podsumowała Osęka.

Dlatego wśród proponowanych zmian legislacyjnych pojawia się postulat przeniesienia naruszenia polegającego na braku zgłoszenia produktu do reżimu administracyjnych kar pieniężnych. W takim modelu sankcja mogłaby być powiązana z wartością wprowadzonego do obrotu produktu lub osiągniętego przychodu, co w większym stopniu odzwierciedlałoby skalę potencjalnego naruszenia.

Reklama suplementów – obszar szczegółowo regulowany

Równolegle do dyskusji o systemie zgłoszeń i kontroli pojawia się pytanie o regulację reklamy suplementów diety. W debacie publicznej bywa ona przedstawiana jako obszar wymagający nowych przepisów, jednak analiza obowiązujących regulacji prowadzi do odmiennych wniosków. Jak podkreślała Agata Zalewska-Gawrych z Food and Pharma Legal, „Mamy segment rynku, który jest elementem systemu regulowanego na wielu poziomach. Te regulacje bardzo szczegółowe wynikają zarówno z poziomu unijnego, jak i krajowego. (…) To, co można rozważać, dotyczy raczej sposobu egzekwowania już istniejących obowiązków.” 

Kluczowe znaczenie mają przepisy unijne dotyczące informacji przekazywanych konsumentom oraz oświadczeń żywieniowych i zdrowotnych. „Już z przepisów unijnych, w tym z rozporządzenia 1169, wynika zakaz wprowadzania konsumenta w błąd (…) oraz przypisywania właściwości, których produkt nie posiada” – wskazywała ekspertka.

System ten uzupełniają przepisy krajowe, w tym ustawa o bezpieczeństwie żywności i żywienia, ustawa o ochronie konkurencji i konsumentów czy ustawa o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym, a w określonych sytuacjach także prawo farmaceutyczne. „Jeżeli suplement diety jest prezentowany w taki sposób, że wynika z niego, iż posiada właściwości lecznicze, mogą mieć do niego zastosowanie przepisy prawa farmaceutycznego” – zaznaczała Zalewska-Gawrych.

Nadzór nad reklamą sprawuje kilka instytucji publicznych. Jak wskazywała mec. Magdalena Wawrzyniak z Food and Pharma Legal, przedsiębiorcy działają w systemie szerokiej kontroli i sankcji: „Mamy również Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, gdzie kara może sięgać do 10 proc. obrotu za poprzedni rok finansowy firmy, a także Głównego Inspektora Farmaceutycznego (…) Do tego dochodzi Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych. Tych podstaw do kontroli i do nakładania kar jest więc naprawdę bardzo dużo.”

W praktyce oznacza to, że system sankcji w obszarze reklamy jest już rozbudowany, a wyzwaniem pozostaje raczej spójność jego stosowania. Jak zwracała uwagę Wawrzyniak, kontrola obejmuje dziś również przestrzeń cyfrową: „Inspekcja Sanitarna bardzo dobrze kontroluje social media. (…) Cytaty z takich komunikatów są wprost przywoływane w decyzjach inspekcji, która stwierdza nieprawidłowości w reklamie.” Jej zdaniem kluczowe znaczenie ma dziś raczej ujednolicenie praktyki działania organów nadzoru niż wprowadzanie kolejnych regulacji.

Istotną rolę w tym obszarze odgrywa również samoregulacja branżowa. Funkcjonujący od lat kodeks dobrych praktyk reklamy suplementów diety określa dodatkowe standardy komunikacji marketingowej i stał się podstawą porozumienia nadawców dotyczącego emisji takich reklam w mediach audiowizualnych. Jak zauważała Agata Zalewska-Gawrych z Food and Pharma Legal, „Na przedsiębiorcach (…) spoczywają rozliczne obowiązki dotyczące zarówno treści komunikacji, jak i formy oraz kontekstu komunikacji reklamowej. Dodatkowo nakłada się na to kwestia samoregulacji i to właśnie ona odzwierciedla dążenie przedsiębiorców do zapewnienia bezpieczeństwa konsumenta poprzez przyjmowanie nawet wyższych standardów niż te, które wynikają wprost z przepisów prawa”.

Szara strefa – problem trudny do oszacowania

Największym wyzwaniem pozostaje jednak funkcjonowanie nielegalnych suplementów diety w tzw. szarej strefie.

Produkty te często nie są zgłoszone do systemu, a ich pochodzenie bywa trudne do ustalenia. „Nielegalne suplementy diety są zwykle produktami niewiadomego pochodzenia. Są wytwarzane w nielegalnych wytwórniach, często za granicą, trafiają do kraju w drodze przemytu albo poprzez przesyłki deklarowane jako coś innego. Warunki ich produkcji są dalekie od standardów, a składy często nieznane lub zanieczyszczone, nierzadko zawierają też substancje zabronione” – mówiła dr Ewa Butkiewicz.

Nielegalne produkty trafiają do sprzedaży różnymi kanałami – od tradycyjnych punktów sprzedaży po platformy internetowe, media społecznościowe czy sprzedaż transgraniczną w ramach e-commerce. W niektórych przypadkach dystrybucja obejmuje także sieci działające w tzw. darknecie.

Skala zjawiska pozostaje trudna do oszacowania. Jak wskazywała dr n. praw. Ewa Butkiewicz, ekspertka Krajowej Rady Suplementów i Odżywek: „Wartość szarej strefy jest w zasadzie nie do oszacowania. W jednym z raportów Najwyższej Izby Kontroli wprost stwierdzono, że jej skali nie potrafią określić ani instytucje publiczne, ani podmioty zajmujące się badaniem rynku. Trudno więc oszacować także wartość należnych danin publicznych, które powinny trafiać do budżetu państwa.”

Zjawisko to ma znaczenie nie tylko z punktu widzenia ochrony zdrowia konsumentów. Wpływa także na konkurencję na rynku, ponieważ podmioty działające nielegalnie nie ponoszą kosztów związanych z kontrolą jakości, notyfikacją produktu czy spełnianiem wymogów regulacyjnych. Jednocześnie, jak zwracała uwagę ekspertka, państwo ma ograniczone możliwości reagowania. „Walka z nielegalnymi suplementami diety jest utrudniona między innymi przez szczupłe kadry w instytucjach kontrolnych, ograniczone możliwości techniczne i niewystarczające środki finansowe. W praktyce bardzo ogranicza to skuteczną identyfikację i eliminację nielegalnych produktów z rynku.”

Granice kontroli państwa

Z punktu widzenia administracji publicznej jednym z najtrudniejszych obszarów nadzoru pozostaje handel internetowy.

W ostatnich latach liczba małych przesyłek trafiających do Unii Europejskiej wzrosła do poziomu przekraczającego pięć miliardów rocznie. Skala ta sprawia, że kontrola każdej przesyłki jest w praktyce niemożliwa. Jak przyznał Piotr Żak z Departamentu Ceł Ministerstwa Finansów i Krajowej Administracji Skarbowej, „Rzeczą, z którą rzeczywiście się mierzymy i która jest trudna, jest e-commerce. Do Unii Europejskiej w ubiegłym roku trafiło ponad pięć miliardów małych paczek i wszystkie administracje celne mają z tym problem. W przypadku suplementów diety właśnie w takich przesyłkach identyfikujemy największe ryzyko.”

W odpowiedzi na to wyzwanie administracje celne stosują analizę ryzyka oraz specjalne procedury kontrolne. „Już ponad trzy lata temu wprowadziliśmy suplementy diety do tzw. słownika negatywnego. Oznacza to, że nie mogą być odprawiane w uproszczonych procedurach e-commerce. Nawet pojedyncza przesyłka musi być zgłoszona w ramach pełnego zgłoszenia celnego, z pełnym zakresem danych, co pozwala nam prowadzić dokładniejszą analizę ryzyka” – wyjaśniał przedstawiciel KAS.

Jednocześnie administracja skarbowa podkreśla, że jej kompetencje w tym obszarze są ograniczone. Główna odpowiedzialność za nadzór nad rynkiem suplementów diety spoczywa na wyspecjalizowanych organach zajmujących się bezpieczeństwem żywności. Jak wyjaśniał Piotr Żak: „Krajowa Administracja Skarbowa posiada w zakresie suplementów diety pewne kompetencje i stara się je wykonywać we właściwy sposób. Nie jest to jednak nasze kluczowe zadanie, ponieważ w Polsce są powołane organy, które bezpośrednio zajmują się tym rynkiem. Nasze działania koncentrują się głównie na obszarze kontroli celnej.”

W praktyce oznacza to, że skuteczność systemu zależy od współpracy wielu instytucji – od inspekcji sanitarnych, przez organy celne i administrację skarbową, po organy ścigania. Jedną z istotnych cech obecnego modelu jest także rozdzielenie momentu importu od obowiązku zgłoszenia produktu do rejestru GIS. Jak zaznaczał Żak, „Istotne jest to, że obowiązek wpisu suplementu diety do rejestru prowadzonego przez Głównego Inspektora Sanitarnego jest w przepisach oddzielony od formalności celnych. Na etapie importu taki wpis nie musi jeszcze istnieć – może nastąpić później, przed wprowadzeniem produktu na rynek.”

Przedstawiciel KAS zwracał też uwagę na szczególnie trudny obszar produktów z pogranicza kategorii prawnych. „Dużym problemem są produkty z pogranicza – sytuacje, w których przedsiębiorcy deklarują, że dany produkt jest suplementem diety, podczas gdy w naszej ocenie jest to produkt leczniczy. Jeżeli widzimy, że zawiera on substancję czynną typową dla leków, nie traktujemy go jako suplementu i nie dopuszczamy takiej przesyłki do importu” – mówił.

Istotne są również granice możliwości ingerencji państwa na poziomie surowców. W odniesieniu do importu składników wykorzystywanych później do produkcji nielegalnych suplementów Piotr Żak wyjaśniał: „Jeżeli surowiec jest importowany legalnie i nie podlega ograniczeniom w obrocie, każdy może go sprowadzić. Natomiast sposób jego wykorzystania na rynku – czy będzie legalny, czy nie – nie pozostaje już w naszej gestii. To trochę jak z nożem: ktoś może go sprowadzić do krojenia, a ktoś inny użyć do popełnienia przestępstwa.”

Rynek, który wymaga uporządkowania

Analiza funkcjonowania rynku suplementów diety prowadzi do wniosku, że system regulacyjny jest rozbudowany, ale jego skuteczność zależy od kilku czynników: spójności przepisów, realnej egzekwowalności sankcji oraz możliwości monitorowania rynku, który w coraz większym stopniu przenosi się do internetu.

Dyskusja nad zmianami legislacyjnymi koncentruje się dziś wokół trzech głównych obszarów: korekty przepisów dotyczących wstrzymywania produktów z rynku, uszczelnienia systemu zgłoszeń do GIS oraz poprawy narzędzi monitorowania nielegalnych produktów w sprzedaży internetowej. Równolegle trwa spór o to, czy w obszarze reklamy potrzebne są nowe ograniczenia, czy raczej większa przewidywalność stosowania prawa. Nie bez znaczenia pozostaje również rola samoregulacji, która – przynajmniej w ocenie części uczestników rynku – już dziś pełni funkcję porządkującą i wyprzedzającą część rozwiązań ustawowych.

Wszystkie te elementy mają wspólny cel – zwiększenie przejrzystości rynku i wzmocnienie ochrony konsumentów przy jednoczesnym zachowaniu stabilnych warunków działania dla legalnie funkcjonujących przedsiębiorstw.

Źródło: opracowanie redakcji Medicalpress na podstawie zapisu posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Żywności Prozdrowotnej i Żywienia z 25 marca 2026 r.

Proces starzenia się społeczeństwa przestaje być abstrakcyjnym pojęciem z dokumentów strategicznych i prognoz demograficznych, a staje się realnym wyzwaniem dla systemu ochrony zdrowia, polityki społecznej i codziennego funkcjonowania rodzin. Wraz z wydłużaniem życia rośnie nie tylko liczba lat, które przeżywamy, ale także znaczenie ich jakości. Jak podkreślała Monika Wielichowska, wicemarszałek Sejmu, zdrowie i godne starzenie się nie są hasłem, lecz rzeczywistością, która dotyczy milionów Polaków. Starzenie nie musi oznaczać utraty jakości życia – może wiązać się z aktywnością, bezpieczeństwem i niezależnością, pod warunkiem że towarzyszy mu „skuteczna i dostępna, ale także mądrze prowadzona profilaktyka”.

W praktyce coraz wyraźniej chodzi o przesunięcie akcentu z samej długości życia na lata przeżywane w sprawności – z zachowaniem samodzielności i możliwości decydowania o sobie. Mimo szerokiej dostępności badań profilaktycznych i coraz lepszej diagnostyki, korzystanie z nich pozostaje ograniczone, a wielu pacjentów trafia do systemu dopiero w zaawansowanym stadium choroby. To nie tylko kwestia dostępności świadczeń, ale także nawyków zdrowotnych, poziomu świadomości i złożoności samego systemu.

Dlatego kluczowe znaczenie ma wczesna diagnostyka oraz proste, czytelne informacje dotyczące profilaktyki – co badać, kiedy reagować i gdzie się zgłosić. Szczególnie że decyzje zdrowotne często podejmowane są w ramach gospodarstw domowych, a nie wyłącznie indywidualnie.

Skala wyzwania będzie w najbliższych latach rosnąć. Jak wskazuje prof. Tomasz Targowski, z Narodowego Instytutu Geriatrii, Reumatologii i Rehabilitacji, krajowy konsultant w dziedzinie geriatrii, Polska wchodzi w okres szybkiego starzenia demograficznego – do 2050 roku około 10% populacji będą stanowiły osoby powyżej 80. roku życia. To grupa najbardziej narażona na niesamodzielność i choroby przewlekłe, ale jednocześnie ta, która może najwięcej zyskać na skutecznej, dobrze zaplanowanej profilaktyce.

Choroby nie pojawiają się nagle po sześćdziesiątce

Wbrew potocznym wyobrażeniom choroby przewlekłe – zwłaszcza nowotwory – nie zaczynają się w momencie przejścia na emeryturę. Są to procesy, które rozwijają się przez dekady. Jak wyjaśnia dr hab. n. med. Marta Mańczuk, prof. NIO-PIB, zastępca kierownika Zakładu Epidemiologii i Prewencji Nowotworów w Narodowym Instytucie Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie, „choroba nowotworowa to tak naprawdę ponad 100 różnych jednostek chorobowych o rozmaitej etiologii. To, co je łączy, to fakt, że naturalny proces wzrostu komórek (…) zostaje zaburzony”.

Kluczowe znaczenie ma czas i kumulacja czynników ryzyka. „Mutacje gromadzą się przez całe życie, czyli drobne uszkodzenia DNA kumulują się z czasem. Jeżeli działa na nas czynnik ryzyka, na przykład w dymie tytoniowym, to on przez lata uszkadza DNA” – tłumaczy ekspertka. W efekcie zachorowania częściej pojawiają się w późniejszym wieku, choć ich źródło leży znacznie wcześniej.

Nie oznacza to jednak nieuchronności. „Wiek jest najsilniejszym czynnikiem ryzyka (…) ale na wiele innych mamy realny wpływ” – podkreśla prof. Mańczuk, wymieniając palenie tytoniu, alkohol, otyłość, dietę, brak aktywności fizycznej czy zanieczyszczenie powietrza. Co więcej, „nawet 50% nowotworów można zapobiec poprzez modyfikację stylu życia”.

To zasadnicza zmiana perspektywy: rak nie jest „chorobą starości”. Ryzyko rzeczywiście rośnie z wiekiem, ale bardzo wiele zależy od stylu życia – rozumianego nie tylko jako codzienne nawyki, lecz także udział w badaniach przesiewowych i szczepieniach.

Problem polega na tym, że te narzędzia są wykorzystywane zbyt rzadko. „Badania przesiewowe działają tylko wtedy, kiedy się na nie zgłaszamy. Jeżeli zgłaszalność jest na poziomie 10–11%, to nie przyniosą oczekiwanego efektu” – mówi prof. Mańczuk. Dotyczy to zarówno mammografii, jak i badań w kierunku raka jelita grubego czy wizyt urologicznych u mężczyzn.

Najbardziej dramatycznym przykładem pozostaje rak płuca. „Rozpoznajemy to schorzenie bardzo późno i nasze opcje terapeutyczne są ograniczone, stąd tak wysoka umieralność” – podkreśla ekspertka. To pokazuje, że profilaktyka nie może ograniczać się do badań – musi obejmować także działania antynikotynowe i szeroko rozumianą edukację zdrowotną.

Kobieta po menopauzie nadal potrzebuje ginekologa

Jednym z najbardziej niedocenianych obszarów profilaktyki jest opieka ginekologiczna kobiet po 65. roku życia. Jak zauważa dr n. med. Anna Dańska-Bidzińska, specjalista położnictwa i ginekologii oraz ginekologii onkologicznej ze Szpitala Klinicznego im. ks. Anny Mazowieckiej w Warszawie, „kobiety powyżej 65. roku życia często nie korzystają z opieki ginekologicznej, ponieważ panuje takie błędne przekonanie, że one właściwie już nie muszą”.

To przekonanie jest nie tylko błędne, ale i niebezpieczne. „Opieka ginekologiczna w tym wieku nadal jest potrzebna” – podkreśla lekarka, zwracając uwagę, że po zakończeniu programów przesiewowych pojawia się pytanie o dalsze postępowanie. W wielu przypadkach konieczne są regularne kontrole, a „większość towarzystw naukowych zaleca (…) wizyty przynajmniej co dwa lata”.

Kluczowa jest czujność onkologiczna. „Każde, nawet plamienie u pacjentki po menopauzie jest objawem nieprawidłowym i wymaga dalszej diagnostyki” – zaznacza ekspertka. Podobnie nie wolno ignorować objawów takich jak powiększenie obwodu brzucha czy przewlekły ból miednicy, które mogą świadczyć o zaawansowanej chorobie.

Wizyta ginekologiczna nie powinna ograniczać się do rozmowy. „Badanie ginekologiczne bez ultrasonografii dopochwowej nie jest badaniem pełnym” – podkreśla dr Dańska-Bidzińska.

Najgroźniejsza bywa nie choroba, lecz leczenie prowadzone bez całościowego spojrzenia

Jednym z najmocniejszych i najbardziej praktycznych wątków posiedzenia była kwestia wielolekowości oraz bezpieczeństwa farmakoterapii. W starzejącym się społeczeństwie ten problem przestaje być niszowym tematem farmakologii klinicznej, a staje się jednym z centralnych zagadnień zdrowia publicznego. Seniorzy często są leczeni przez wielu specjalistów jednocześnie, każdy z nich koncentruje się na własnym fragmencie problemu, a całościowego przeglądu terapii nie wykonuje nikt.

Dr hab. n. med. Jarosław Woroń, ekspert w zakresie farmakologii klinicznej, kierownik Zakładu Farmakologii Klinicznej Wydziału Lekarskiego Kolegium Medicum UJ w Krakowie, kierownik Uniwersyteckiego Ośrodka Monitorowania i Badania Niepożądanych Działań Leków w Krakowie, podkreślał: „dzisiaj możemy z pełną świadomością mówić o zabójczej apteczce seniora”. To sformułowanie nie jest retoryczną przesadą. Opisuje zjawisko, w którym wielochorobowość, równoległe konsultacje u różnych specjalistów, leki bez recepty i suplementy diety zaczynają tworzyć układ bardziej niebezpieczny niż sama choroba podstawowa.

Sednem problemu jest fragmentacja leczenia. „Mamy coraz więcej pacjentów z wielochorobowością, którzy korzystają z porad bardzo różnych specjalistów. I dochodzi do fragmentacji – każdy specjalista zajmuje się jedną chorobą bez szerszego kontekstu wielochorobowości” – wskazał dr hab. Woroń. A przecież, jak dodał, „istnieje coś takiego jak interakcja lek–choroba. Choroby zmieniają działanie leków, a leki zmieniają działanie chorób. Nie wolno wyciągać z pacjenta pojedynczych chorób”.

To właśnie dlatego starszy pacjent wymaga spojrzenia całościowego. W przeciwnym razie bardzo łatwo o błędne decyzje terapeutyczne, nakładanie się działań niepożądanych i sytuację, w której nowe objawy – wywołane przez leki – zaczynają być traktowane jako kolejne choroby. „Nowe objawy, które powstają w wyniku działań niepożądanych leków, są bardzo często traktowane jako kolejna choroba i na tę chorobę stosuje się kolejny lek. I w ten sposób powstaje błędne koło, które prowadzi do chorób polekowych”.

Problem dodatkowo pogłębia rynek suplementów diety i preparatów dostępnych bez recepty. W teorii mają one wspierać zdrowie, w praktyce często zwiększają chaos terapeutyczny. „Mamy ogromny problem z nadużywaniem suplementów diety. Większość seniorów, którzy korzystają z suplementacji, to jest tak zwana patosuplementacja. Suplementy diety nie leczą, nie mają żadnych badań, nie wiadomo, czy w ogóle działają, natomiast wiemy o tym, że mogą powodować działania niepożądane” – mówił ekspert. „Bardzo często dochodzi do pomieszania leków, które pacjent dostaje na receptę, z tym, co kupi bez recepty, i z tym, co jeszcze uzupełni suplementami diety. Robi się taki miks, który absolutnie na nic dobrego nie działa i zwiększa koszty leczenia” – dodaje specjalista.

Szczególnie narażeni są seniorzy mieszkający samotnie. „O wiele bardziej podatni na reklamy suplementów i leków bez recepty są pacjenci mieszkający samotnie” – zauważył dr hab. Woroń, dodając gorzko, że „nie mówi się: uważaj, żeby cię nie zrobili na reklamę”. W praktyce oznacza to, że marketing staje się dla części osób starszych substytutem realnej porady medycznej, a zakup kolejnych preparatów – formą pozornego dbania o zdrowie.

Konsekwencje bywają bardzo poważne. „15% pacjentów trafia do szpitala tylko dlatego, że ma konsekwencje farmakoterapii nieprawidłowo dobranej” – przypomniał ekspert. Tym bardziej że – jak podkreślił – „stosowanie leków dostępnych bez recepty to nie jest już problem pojedynczego seniora, tylko problem zdrowia publicznego”.

Szczególnie groźne okazują się leki działające na ośrodkowy układ nerwowy. U seniorów, ze względu na zmiany fizjologiczne związane z wiekiem, szybciej i silniej wywołują one działania niepożądane. „Jeżeli senior kupuje cokolwiek bez recepty albo ma przepisywane jakiekolwiek leki, trzeba zwracać uwagę przede wszystkim na senność, sedację i zaburzenia widzenia” – mówił dr hab. Woroń. To nie są drobne niedogodności, lecz objawy, które mogą zwiększać ryzyko upadków, wypadków komunikacyjnych, majaczenia, zaburzeń równowagi i utraty sprawności.

Szczególnie mocno wybrzmiał też temat depreskrypcji, czyli racjonalnego odstawiania leków, które przestają przynosić korzyść lub zaczynają szkodzić. „Polski senior nie lubi słowa depreskrypcja. Uważa, że jeżeli odstawia mu się jakieś leki, to robi się mu na złość. Tymczasem im jesteśmy starsi, tym pojawiają się nowe przeciwwskazania do stosowania niektórych leków i jednym z elementów racjonalnej terapii jest właśnie odstawianie tego, co już szkodzi bardziej, niż pomaga” – podkreślił ekspert. To bardzo ważny postulat systemowy, bo bez przeglądów lekowych i zmiany kulturowej w podejściu do farmakoterapii trudno będzie poprawić bezpieczeństwo leczenia starszych pacjentów.

„Robienie z suplementów diety prezentów na Dzień Babci, na Dzień Dziadka czy na Dzień Matki może kończyć się tragicznie” – ostrzegł ekspert, wskazując na ryzyko interakcji zwłaszcza z lekami przeciwkrzepliwymi i przeciwpłytkowymi. W tym punkcie profilaktyka zdrowotna wyraźnie styka się z edukacją konsumencką i bezpieczeństwem publicznym.

System ma narzędzia, ale to wciąż za mało

Narodowy Fundusz Zdrowia i Ministerstwo Zdrowia dysponują dziś większą niż jeszcze kilka lat temu liczbą narzędzi profilaktycznych. Programy badań przesiewowych, refundowane szczepienia, narzędzia cyfrowe, serwisy informacyjne i akcje lokalne tworzą coraz gęstszą sieć możliwości. Problem polega jednak na tym, że sama obecność tych rozwiązań nie oznacza jeszcze ich powszechnego wykorzystania.

Na ten rozdźwięk zwracał uwagę Marek Augustyn, wiceprezes Narodowego Funduszu Zdrowia. Jak podkreślił, skala finansowania profilaktyki rośnie: „w planie finansowym Narodowego Funduszu Zdrowia na 2025 rok na profilaktyczne programy zdrowotne przewidziano ponad 614,5 mln zł, to o 22,8% więcej niż w 2024 roku. Na 2026 planujemy kolejny wzrost o 7,7% do poziomu 661,9 mln zł”. Dodał również, że program „Moje Zdrowie” od maja do grudnia 2025 roku to ponad 704,9 mln zł, a łączna wartość refundacji szczepionek przekroczyła 688,6 mln zł.

Pokazuje to wyraźnie, że profilaktyka staje się obszarem realnych inwestycji, a nie tylko deklaracji. Wśród dostępnych narzędzi Marek Augustyn wymienił m.in. program „Moje Zdrowie”, program profilaktyki raka piersi, badania przesiewowe raka jelita grubego, program profilaktyki chorób odtytoniowych i POChP oraz program profilaktyki gruźlicy. Jednocześnie bardzo wyraźnie podkreślił rolę prostszych narzędzi, które mogą obniżać próg wejścia do systemu. „Bardzo mocno promujemy test FIT jako rodzaj profilaktyki raka jelita grubego. Wielu pacjentów nie decyduje się na przesiewową kolonoskopię z powodu lęku lub wstydu związanego z badaniem, a test FIT stanowi bardzo prostą, dyskretną i łatwo dostępną alternatywę”.

Skuteczna profilaktyka nie zawsze musi zaczynać się od najbardziej zaawansowanego badania. Czasem to właśnie prostsze, mniej obciążające i bardziej akceptowalne narzędzia pozwalają uruchomić proces diagnostyczny. Skala ich wykorzystania już dziś pokazuje potencjał takiego podejścia. „Ponad milion wykonanych testów FIT w programie ‘Moje Zdrowie’ u pacjentów po 50. roku życia – to pokazuje, że takie prostsze narzędzia profilaktyczne są potrzebne i znajdują odbiorców” – zaznaczył wiceprezes NFZ.

Jednocześnie dane dotyczące zgłaszalności pozostają niepokojące. „Dane z realizacji programów profilaktycznych na koniec ubiegłego roku pokazują, że zgłaszalność wciąż jest zbyt niska: mammografia 33,8%, cytologia 12%, kolonoskopia 16%”.

Dlatego coraz większego znaczenia nabierają nie tylko same programy, ale również kanały informacji i sposoby kontaktu z pacjentem. Przedstawiciel NFZ zwrócił uwagę, że „najprostszym miejscem, gdzie można szukać informacji o programach profilaktycznych i sposobie zapisania się, jest strona internetowa Narodowego Funduszu Zdrowia”, a także przypominał o Telefonicznej Informacji Pacjenta i Internetowym Koncie Pacjenta. 

Ale sam system cyfrowy nie wystarczy tam, gdzie część seniorów jest wykluczona technologicznie albo komunikacyjnie. Dlatego NFZ rozwija także działania bezpośrednie. „Najbliższe działania dotyczące profilaktyki to między innymi projekt ‘Wiosenny Przegląd Zdrowia’ oraz cykl ‘Polska na Tak’. To są działania, które mają charakter bezpośredniego kontaktu z pacjentem i pozwalają docierać z profilaktyką także tam, gdzie wcześniej ten kontakt był ograniczony” – wyjaśniał Augustyn.

Wiceprezes NFZ przypomniał, że w zeszłym roku pracownicy Funduszu zorganizowali ponad 2900 wydarzeń promujących profilaktykę w całej Polsce i że celem jest docieranie także „do miejsc wykluczonych komunikacyjnie, które dotychczas być może były trochę zaniedbane”. Tego rodzaju działania nie zastąpią oczywiście trwałych zmian systemowych, ale mogą realnie zmniejszać dystans między instytucją a pacjentem.
Ważnym elementem tej układanki staje się także prostsze poruszanie się po samym systemie ochrony zdrowia. „Wspólnie z organizacjami pacjentów stworzyliśmy poradnik o instytucjach systemu ochrony zdrowia. To jest mapa tego, jaka instytucja w ochronie zdrowia w Polsce jest za co odpowiedzialna” – mówił Augustyn. To cenna inicjatywa, bo dla wielu pacjentów – zwłaszcza starszych – nie sama choroba jest dziś największym problemem, lecz zagubienie w skomplikowanej strukturze systemu.

Profilaktyka seniorów to więcej niż badania

W profilaktyce zdrowotnej osób starszych nie można pomijać roli szczepień. To nie tylko ochrona przed infekcjami, ale jeden z elementów utrzymywania sprawności i ograniczania ryzyka powikłań. Szczególnie niebezpieczne pozostają zapalenia płuc, które są jedną z najczęstszych przyczyn hospitalizacji w tej grupie wiekowej. U osób po 80. roku życia wiążą się one z bardzo wysoką śmiertelnością – sięgającą nawet kilkudziesięciu procent w okresie hospitalizacji i w krótkim czasie po niej.

Mimo to poziom wyszczepialności pozostaje niski. W Polsce żyje około 7,5 miliona seniorów, podczas gdy przeciwko grypie szczepi się jedynie około 1,3 miliona osób. Tymczasem, aby osiągnąć realny efekt zdrowotny na poziomie populacyjnym, poziom wyszczepialności powinien sięgać co najmniej 75%.

Jednocześnie żadna profilaktyka nie będzie skuteczna bez uwzględnienia stylu życia. Aktywność fizyczna, sposób odżywiania, sen czy ograniczenie używek mają bezpośredni wpływ na tempo utraty sprawności i przebieg chorób przewlekłych. To czynniki, które działają długofalowo i których znaczenie nie maleje wraz z wiekiem.

Istotną barierą pozostaje także samotność części seniorów. Izolacja społeczna wpływa na późniejsze zgłaszanie się do lekarza, gorsze przestrzeganie zaleceń i mniejszą gotowość do korzystania z profilaktyki. W praktyce oznacza to, że czynniki społeczne i środowiskowe w równym stopniu jak medyczne kształtują przebieg starzenia się.

Rok 2026 został ogłoszony rokiem profilaktyki zdrowotnej. W kontekście zmian demograficznych szczególnego znaczenia nabiera właśnie profilaktyka osób starszych – jako jedno z kluczowych wyzwań zdrowotnych i społecznych, które będą w coraz większym stopniu definiować najbliższe dekady.

Źródło: „Zdrowe i godne starzenie się – profilaktyka i edukacja zdrowotna seniorów w Polsce”, spotkanie współorganizowane przez wicemarszałek Sejmu Monikę Wielichowską, 18 marca 2026 r., Sejm RP
Zamawianie leków bez recepty oraz suplementów diety w aptekach internetowych zyskuje w ostatnich latach na popularności. Jak podaje Główny Inspektorat Farmaceutyczny, Polacy zostawiają w aptekach internetowych już ponad 3 mld złotych rocznie. Taka forma zakupu medykamentów jest bardzo wygodna, jednak w okresie zimowym może też być niebezpieczna. Niskie, w tym minusowe temperatury, z którymi mamy do czynienia w ostatnich tygodniach, mogą negatywnie wpływać na skuteczność i bezpieczeństwo leków oraz suplementów diety, szczególnie tych dostarczanych do automatów paczkowych. Ważne więc, aby zarówno pacjenci, jak i dostawcy leków zwracali szczególną uwagę na warunki, w jakich trzymane i przewożone są farmaceutyki, bo to od nich zależą ich właściwości terapeutyczne.
Jak wynika z badań CBOS w 2024 roku już 9% użytkowników Internetu w Polsce kupowało leki on-line, a sprzedaż wysyłkową leków za pośrednictwem strony internetowej tylko w 2024 roku oferowało aż 236 aptek i 8 punktów aptecznych (dla porównania: 197 i 6 w 2023 roku).Popularność tej formy zakupu farmaceutyków nie powinna jednak dziwić – bez stania w kolejkach, często z dostawą prosto pod dom, jesteśmy w stanie otrzymać potrzebne preparaty nie martwiąc się o to, czy apteka akurat będzie je miała na stanie. I o ile nikt nie kwestionuje szybkości i wygody zakupu leków tą drogą, to – szczególnie w okresie zimowym – warto mieć na uwadze sposób transportu i przechowywania leków, które kupujemy przez Internet.

– Niewłaściwe warunki przechowywania i transportu mogą prowadzić do pogorszenia jakości leków oraz suplementów diety, a w konsekwencji do obniżenia ich skuteczności i bezpieczeństwa stosowania. Preparaty narażone na działanie niskich, w szczególności ujemnych temperatur, mogą ulegać zmianom fizykochemicznym wpływającym na ich stabilność. – tłumaczy mgr farm. Sylwia Baranowska-Skoneczna z Pharmalink, firmy logistycznej specjalizującej się w transporcie leków. – Szczególnie wrażliwe na niskie temperatury są produkty zawierające znaczną ilość wody, w których może dochodzić do krystalizacji, a także probiotyki zawierające żywe kultury bakterii, podatne na zniszczenie w nieodpowiednich warunkach termicznych. Z tego względu podczas zakupów online istotne jest zwracanie uwagi na sposób transportu i zabezpieczenia przesyłek, zwłaszcza gdy dostawa odbywa się na dużą odległość lub w okresach niskich temperatur. – dodaje ekspertka.

Transport i sposób dostawy kluczowe dla zachowania właściwości leków

Zamawiając farmaceutyki w aptece internetowej warto zatem zwrócić uwagę na to, gdzie produkty są składowane i wybrać taką formę dostawy, która zminimalizuje ryzyko ich długiego przetrzymywania na zewnątrz. Szczególną ostrożność należy zachować w przypadku odbioru produktów leczniczych oraz suplementów diety z popularnych automatów paczkowych, które w warunkach niskich temperatur otoczenia nie zapewniają właściwych i kontrolowanych warunków termicznych. Automaty paczkowe, pozbawione aktywnych systemów utrzymania i kontroli temperatury, nie stanowią skutecznej bariery ochronnej przed wychłodzeniem, co może skutkować obniżeniem jakości, skuteczności oraz bezpieczeństwa stosowania przechowywanych w nich produktów.

Pamiętajmy, że wiele farmaceutyków musi być dostarczanych w kontrolowanych warunkach. Dlatego tak ważne jest, aby, szczególnie zimą, przewoźnik stosował odpowiednie opakowania izolacyjne lub transportował leki w dostosowanych do tego celu autach o zabudowie izotermicznej, co zapewni ochronę preparatów przed ekstremalnymi temperaturami. Utrzymanie: 15-25°C dla ciepłego łańcucha i 2-8°C dla zimnego łańcucha jest niezbędne, niezależnie od panującej pogody. Chcąc dowiedzieć się czy oferowane przez aptekę internetową leki lub suplementy diety wymagają specjalnych warunków, powinniśmy zapoznać się z zaleceniami producenta jeszcze przed złożeniem zamówienia.

Informacje dotyczące warunków w jakich muszą być przechowywane konkretne farmaceutyki są umieszczane przez producenta na opakowaniu lub w ulotce, ale powinny też znajdować się na stronie sklepu internetowego. To szczególnie ważne, bo jeśli pacjent musi przyjmować konkretne leki, a te zostaną nieprawidłowo przechowane, mogą stracić na jakości, co skutkuje niedostarczaniem zalecanej dawki. Ostatecznie może to prowadzić do braku pozytywnych rezultatów terapeutycznych, co jest nieakceptowalne w procesie leczenia.

W procesie leczenia istotny jest nie tylko sam produkt leczniczy, ale również sposób jego dostarczenia, który pozwala zachować wszystkie właściwości preparatu. Wybierając formę dostawy po dodaniu leków do koszyka w aptece internetowej, warto zdecydować się na przesyłkę bezpośrednio do domu lub do apteki, realizowaną przez firmę logistyczną specjalizującą się w transporcie leków. Coraz więcej aptek internetowych oferuje taką opcję i warto z niej korzystać, ponieważ tylko ona daje gwarancję, że zamówione preparaty dotrą do pacjenta w niezmienionej jakości – podsumowuje mgr farm. Sylwia Baranowska-Skoneczna z Pharmalink.

Źródło: Komunikat Prasowy

Polacy nie przestają sięgać po suplementy diety. Z danych PMR Market Experts by Hume’s wynika, że w 2024 roku rynek ten odnotował solidny, choć jednocyfrowy wzrost, a aż 75 procent obywateli korzysta z tego typu produktów. To oznacza, że decyzje zakupowe w tym segmencie podejmuje ponad 23 milionów konsumentów. „Dla dwóch na pięciu konsumentów suplementów diety są niezbędnym elementem zdrowego stylu życia, a trzech na pięciu sięga po nie, by… poprawić sobie samopoczucie” – wskazuje raport.
Rynek suplementów diety w Polsce należy do najbardziej nasyconych, ale jednocześnie eksperci dostrzegają w nim potencjał dalszego wzrostu. Wysokie zainteresowanie przekłada się jednak na rosnącą konkurencję i presję wobec producentów i dystrybutorów. Jak podkreśla Marta Marszałek z PMR Market Experts/Hume’s Institute: „Obserwujemy, że firmy działające w tym segmencie mierzą się z rosnącą liczbą wyzwań. W naszym badaniu producenci i dystrybutorzy jako jeden z kluczowych czynników wskazywali coraz surowsze przepisy w Polsce i całej Unii Europejskiej jako jedną z głównych przeszkód w rozwoju. Nowe regulacje wymagają większej przejrzystości w reklamie oraz w informowaniu o składzie i skuteczności produktów”.

Na popyt odpowiadają zarówno silne brandy krajowe, globalne koncerny, jak i marki własne sieci aptecznych. Swoje miejsce znajdują również produkty premium w sprzedaży pozaaptecznej. Warto zauważyć, że leki bez recepty i suplementy diety należą do kategorii, na których Polacy najmniej chcą oszczędzać – wskazało je zaledwie 10 procent badanych. Po suplementy częściej sięgają kobiety (78 procent) niż mężczyźni (72 procent), choć różnica jest niewielka. Odwrotną tendencję widać w kategoriach takich jak odżywki dla sportowców czy zakupy w specjalistycznych sklepach stacjonarnych – tam dominują panowie.

Czym kierują się Polacy przy wyborze suplementów? Cena pozostaje czynnikiem dominującym – wskazało ją 50 procent ankietowanych, co oznacza wzrost o 6 punktów procentowych względem poprzedniego roku. Eksperci podkreślają, że to wyjaśnia popularność aptek internetowych, gdzie łatwo porównać koszty. Na drugim miejscu znajduje się polecenie lekarza lub farmaceuty (43 procent), a na trzecim sposób działania produktu (38 procent).

Historia polskiego rynku suplementów to historia rosnącej potrzeby – potrzeby wsparcia zdrowia, poczucia kontroli nad samopoczuciem, ale też zmagań między popytem a regulacjami. Coraz bardziej oczywiste staje się, że obok rosnącej świadomości konsumentów, to właśnie transparentność i zaufanie mogą być kluczami do przyszłości tego sektora.

Od 1 października 2025 r. w życie wejdą nowe przepisy dotyczące systemu kaucyjnego w Polsce. Obowiązek przyjmowania zwrotnych opakowań po napojach obejmie większość sklepów detalicznych o powierzchni powyżej 100 m² – w tym również apteki. Choć w przypadku mniejszych placówek udział w systemie będzie dobrowolny, środowisko farmaceutyczne stanowczo sprzeciwia się obowiązkowi nakładanemu na większe apteki. Argumentują, że obowiązki te są sprzeczne z podstawową funkcją aptek jako placówek ochrony zdrowia, a także stwarzają poważne zagrożenie sanitarne.
– „Może ktoś tam z rządzących zapomniał, czym się zajmują apteki. Apteki już są ośrodkami zdrowia, nie tylko realizują recepty i nie tylko wydają produkty lecznicze” – przypomniał Łukasz Konka z Okręgowej Izby Aptekarskiej w Łodzi w materiale Faktów TVN. Podkreślił, że oprócz realizacji recept, w aptekach przeprowadza się szczepienia i sporządza leki recepturowe, które wymagają sterylnych warunków pracy.

Podobne obawy wyraziła farmaceutka Marta Hoszman-Kulisz: – „Takie leki wymagają sterylności, jałowości. Obecność odpadów stwarzałaby duże zagrożenie sanitarne”.

Z inicjatywy środowiska farmaceutów powstała także petycja, w której domagają się oni wyłączenia aptek z obowiązku uczestnictwa w systemie kaucyjnym. Jednak Ministerstwo Klimatu i Środowiska pozostaje nieugięte.

Ministerstwo: „Nie przewidujemy wyjątków”

– „Nie, nie mamy takich planów” – odpowiedziała Paulina Hennig-Kloska, ministra klimatu i środowiska, pytana o możliwość wyłączenia aptek i suplementów diety z systemu kaucyjnego. Jak wyjaśniła, suplementy diety w Polsce mają bardzo szeroką definicję, a ich wykluczenie z systemu mogłoby doprowadzić do nadużyć. Istnieje obawa, że producenci celowo klasyfikowaliby swoje produkty jako suplementy, by uniknąć nowych obowiązków.

Zgodnie z rozporządzeniem, każda placówka objęta systemem kaucyjnym będzie musiała przyjmować opakowania zwrotne (puszki, plastikowe i szklane butelki), pobierać kaucję i prowadzić stosowną ewidencję. W praktyce oznacza to konieczność zapewnienia przestrzeni magazynowej, zatrudnienia dodatkowego personelu oraz wdrożenia rozwiązań IT. Zdaniem farmaceutów, apteki nie są przygotowane na takie zmiany – ani lokalowo, ani organizacyjnie.

Głos branży i ekspertów

– „System kaucyjny to świetny pomysł, ale nie wszędzie” – mówi dr hab. n. farm. Katarzyna Wietecha-Posłuszny z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. – „Apteki są jednostkami ochrony zdrowia, w których obowiązują najwyższe standardy higieniczne. Pomysł łączenia przestrzeni obsługi pacjenta z magazynowaniem butelek po napojach przeczy zasadom dobrej praktyki farmaceutycznej”.

Do sprawy odniósł się także Związek Zawodowy Pracowników Farmacji. W opublikowanym oświadczeniu czytamy: „Domagamy się racjonalnego podejścia do wprowadzania przepisów. System kaucyjny w aptekach zagraża bezpieczeństwu sanitarno-epidemiologicznemu, godzi w wizerunek farmaceutów i tworzy dodatkowe bariery w dostępie do usług farmaceutycznych”.

System kaucyjny – o co chodzi?

System kaucyjny ma na celu zwiększenie poziomu recyklingu opakowań po napojach i ograniczenie ich obecności w środowisku. Nowe przepisy przewidują, że konsumenci będą płacić kaucję przy zakupie napoju w butelce plastikowej (do 3 l), szklanej (do 1,5 l) lub puszce aluminiowej (do 1 l). Po zwrocie opakowania – do dowolnego punktu zbiórki – otrzymają kaucję z powrotem. Wprowadzenie systemu to efekt unijnych regulacji, które Polska zobowiązała się wdrożyć najpóźniej do 2025 roku.

Zgodnie z szacunkami Ministerstwa Klimatu i Środowiska, systemem objętych zostanie ponad 300 tysięcy punktów handlowych w Polsce. Jak podkreślają urzędnicy, objęcie nim również aptek wynika z konieczności utrzymania wysokiego poziomu dostępności miejsc odbioru opakowań – także w mniejszych miejscowościach, gdzie apteki często są jedynymi działającymi punktami handlowymi.

Pat w rozmowach

Farmaceuci zapowiadają dalsze protesty i działania informacyjne. – „Jeśli ministerstwo nie zmieni stanowiska, nie wykluczamy nawet ograniczenia działalności wybranych aptek w październiku – dla zapewnienia bezpieczeństwa sanitarnego i personelu” – mówi jeden z członków Okręgowej Izby Aptekarskiej w Poznaniu. Tymczasem Ministerstwo Klimatu wskazuje, że rozwiązania prawne zostały już uchwalone, a system musi ruszyć zgodnie z planem. Spór wydaje się zatem pogłębiać – między ekologiczną koniecznością a zdrowotną racjonalnością.