Medicalpress
Pisanie, rzucanie piłką czy korzystanie z narzędzi wydają się dla jednej ręki znacznie łatwiejsze niż dla drugiej. Przez lata sądzono, że odpowiada za to wrodzona specjalizacja mózgu. Wyniki nowego badania wskazują jednak, że większe znaczenie może mieć doświadczenie zdobywane podczas codziennego wykonywania tych samych ruchów.
Najnowsze badanie naukowców z University of California, Los Angeles (UCLA), opublikowane na łamach Proceedings of the National Academy of Sciences (PNAS), wskazuje jednak, że decydujące znaczenie może mieć coś znacznie prostszego – wieloletnia praktyka.

Czy dominująca ręka rzeczywiście jest sprawniejsza?

Większość ludzi posługuje się na co dzień przede wszystkim jedną ręką – najczęściej prawą. To właśnie nią piszemy, używamy sztućców, nożyczek czy narzędzi, rzucamy piłkę i wykonujemy wiele innych precyzyjnych czynności.

Dotychczas dominowało przekonanie, że lepsza sprawność ręki dominującej wynika z wrodzonej specjalizacji dominującej półkuli mózgu odpowiedzialnej za kontrolę ruchów. Autorzy nowego badania postanowili sprawdzić, czy rzeczywiście tak jest.

Badacze porównali różne rodzaje ruchów

Zespół kierowany przez dr. Ahmeta Araca przeprowadził serię eksperymentów z udziałem zdrowych, praworęcznych dorosłych.

W pierwszym uczestnicy wykonywali ruchy sięgania do wyznaczonych punktów w trzech różnych warunkach:
Ruchy rejestrowano za pomocą systemu kamer analizujących trójwymiarową trajektorię kończyny.

W drugim eksperymencie uczestnicy pisali litery i cyfry najpierw dłonią, a następnie… długopisem przymocowanym do łokcia – części ciała, która praktycznie nigdy nie służy do pisania.

Sama siła nie wystarczy

Okazało się, że podczas zwykłego sięgania oraz wykonywania ruchów z dodatkowym ciężarem przewaga ręki dominującej była niewielka lub wręcz nieobecna. Obie kończyny radziły sobie podobnie, mimo że zadanie było fizycznie trudniejsze.

Sytuacja zmieniła się dopiero wtedy, gdy badani musieli wykonywać bardziej złożone ruchy przypominające korzystanie z narzędzia. W tym przypadku ręka dominująca wyraźnie przewyższała niedominującą pod względem precyzji prowadzenia ruchu.

Zdaniem autorów sugeruje to, że przewaga nie wynika z ogólnej „lepszej kontroli ruchu”, ale z doświadczenia zdobywanego podczas wykonywania konkretnych czynności przez wiele lat.

Pisanie łokciem zaskoczyło naukowców

Jeszcze bardziej wymowne okazały się wyniki eksperymentu z pisaniem.

Gdy uczestnicy pisali łokciem, przewaga strony dominującej całkowicie zniknęła. Zarówno prawy, jak i lewy łokieć radziły sobie równie słabo.
Co więcej, po treningu oba łokcie poprawiały swoje umiejętności w podobnym stopniu. Po zakończeniu ćwiczeń osiągały nawet lepsze wyniki niż niedominująca dłoń przed rozpoczęciem nauki.

Dominująca ręka nie jest sprawniejsza dlatego, że jedna półkula mózgu lepiej kontroluje ruch. Jest sprawniejsza, ponieważ przez całe życie ćwiczymy złożone ruchy wymagane podczas pisania czy korzystania z narzędzi. Gdy odbierzemy tę przewagę doświadczenia i każemy wykonywać zadanie częścią ciała, która nigdy wcześniej tego nie robiła, przewaga znika – wyjaśnia dr Ahmet Arac, neurolog z David Geffen School of Medicine na UCLA i autor korespondencyjny publikacji.

Co oznaczają wyniki badania?

Autorzy podkreślają, że ich wyniki nie podważają biologicznych podstaw preferencji jednej ręki. Wcześniejsze badania wskazują, że skłonność do używania prawej lub lewej ręki pojawia się już w życiu płodowym i ma podłoże rozwojowe.

Nowe badanie sugeruje jednak, że większa sprawność ręki dominującej jest przede wszystkim efektem wieloletniego doskonalenia konkretnych umiejętności, a nie wrodzonej przewagi jednej półkuli mózgu w sterowaniu wszystkimi ruchami.

Zdaniem naukowców może to zmienić sposób myślenia o tym, jak uczymy się złożonych czynności manualnych oraz jak mózg tworzy i utrwala precyzyjne wzorce ruchowe.

Możliwe znaczenie dla rehabilitacji

Choć badanie przeprowadzono wyłącznie u zdrowych dorosłych, jego wyniki mogą okazać się istotne dla rehabilitacji neurologicznej. Lepsze zrozumienie mechanizmów uczenia się precyzyjnych ruchów może w przyszłości pomóc w opracowywaniu skuteczniejszych metod terapii osób po udarach mózgu lub innych schorzeniach wymagających ponownego nabywania sprawności ruchowej.

Źródła:Arac A, Lee NYHJ, Krakauer JW. Arm dominance is an emergent effect of practice executing complex trajectory shapes required by tools and objects. Proceedings of the National Academy of Sciences. 2026;123(27):e2601569123. doi:10.1073/pnas.2601569123.
UCLA Health. Study explains why your dominant hand is better at everyday tasks. 30 czerwca 2026.
Problemy z chodzeniem, przewlekłe zmęczenie, zawroty głowy i zaburzenia emocjonalne przez lata nie zostały połączone w jedną diagnozę. Dopiero w wieku 17 lat Wiktoria usłyszała, że choruje na stwardnienie rozsiane. Dziś wraz z mamą opowiada o wieloletniej drodze do rozpoznania, opóźnionym wdrożeniu właściwego leczenia oraz o tym, dlaczego w stwardnieniu rozsianym każda zwłoka może oznaczać nieodwracalną utratę sprawności.
Pierwsze objawy pojawiły się już w dzieciństwie, ale przez lata nikt nie potrafił połączyć ich w jedną całość. Dopiero w wieku 17 lat Wiktoria usłyszała diagnozę stwardnienia rozsianego. Dziś ma 24 lata i wraz z mamą opowiada o długiej drodze do rozpoznania choroby, walce o skuteczne leczenie i o tym, jak jedna decyzja terapeutyczna może zmienić całe życie pacjenta.
 
Jakie były pierwsze objawy choroby? Kiedy się pojawiły?

Wiktoria: Pierwsze wyraźne objawy pojawiły się, gdy miałam około 16 lat. Zaczęło się od problemów z pęcherzem, zaburzeń emocjonalnych, a później doszły trudności z chodzeniem i coraz większe przygarbienie sylwetki.

Dziś, z perspektywy czasu, widzę, że choroba dawała o sobie znać już dużo wcześniej, jeszcze w szkole podstawowej. Podczas szkolnych wycieczek bardzo szybko się męczyłam, a po zajęciach na basenie nie byłam w stanie wrócić pieszo do domu. Mama musiała przyjeżdżać po mnie samochodem. Zdarzały się także niewyjaśnione zawroty głowy. Kiedyś przewróciłam się na boisku bez wyraźnej przyczyny i złamałam rękę. Lekarze badali wtedy nawet błędnik, ale nikt nie podejrzewał choroby neurologicznej.

Patrycja, mama Wiktorii: W tamtym czasie nikt nie łączył tych objawów w jedną całość. Każdy problem był traktowany osobno i szukano dla niego innego wyjaśnienia. W liceum pojawiły się kolejne trudności. Wiktoria zmagała się z fobią społeczną, a jednocześnie coraz bardziej odczuwała skutki postępującej choroby.

Wiktoria: Bardzo ciężko było mi wejść do klasy znajdującej się na najwyższym piętrze szkoły. Rówieśnicy żartowali, że mam słabą kondycję, a ja sama nie rozumiałam, dlaczego zwykłe czynności sprawiają mi taką trudność.

Jak wyglądała droga do diagnozy?

Patrycja, mama Wiktorii: Trafiałyśmy od jednego specjalisty do drugiego – nefrologa, ortopedy, psychologa. Słyszałyśmy, że problem może być związany z kręgosłupem. Nikt nie łączył tych objawów z chorobą neurologiczną. Zaburzenia emocjonalne również wydawały się czymś zupełnie niezwiązanym z późniejszą diagnozą. Wszystkie wizyty i badania wykonywałyśmy prywatnie, bo w publicznym systemie ochrony zdrowia czas oczekiwania był bardzo długi. W końcu jeden z lekarzy skierował Wiktorię na rezonans magnetyczny. Badanie wykazało zmiany demielinizacyjne i jako matka od razu przeczuwałam, że może chodzić o stwardnienie rozsiane. Najgorsze było jednak to, że nikt nie powiedział nam, gdzie dalej szukać pomocy. Nie wiedziałyśmy, do którego szpitala się zgłosić, gdzie działa neurologia dziecięca. Tymczasem stan Wiktorii wyraźnie się pogarszał i potrzebowała pomocy już nawet przy codziennych czynnościach. Ostatecznie trafiłyśmy do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka, gdzie postawiono diagnozę.

Co czułyście, kiedy padła diagnoza?

Wiktoria: Dla mnie była to przede wszystkim ulga. Wreszcie dowiedziałam się, dlaczego mając 17 lat nie mogę normalnie chodzić. Najbardziej bałam się usłyszeć, że nic mi nie jest albo że lekarze nie wiedzą, co mi dolega.

Patrycja, mama Wiktorii: Przed diagnozą wiele osób uważało Wiktorię za leniwą. Słyszała, że nie chce ćwiczyć na WF-ie, jeździć na rowerze czy chodzić na spacery. Diagnoza była wyjaśnieniem tych objawów – i dla nas i dla otoczenia.

Paradoksalnie, po pobycie w szpitalu i zetknięciu się z innymi ciężkimi chorobami, stwardnienie rozsiane nie wydawało się nam najgorszym możliwym scenariuszem. Przede wszystkim, wiedziałyśmy, że nie jest to choroba śmiertelna. Oczywiście pojawiło się wiele obaw dotyczących przyszłości i tego, jak poradzimy sobie również pod względem finansowym.

Czy po diagnozie udało się zatrzymać postęp choroby?

Wiktoria: Początkowo otrzymałam leczenie tabletkowe. Miałam wtedy 17 lat i ze względu na wiek nie kwalifikowałam się do terapii, którą otrzymuję obecnie. Nikt nie poinformował nas o możliwości zastosowania leczenia o wyższej skuteczności. Niestety choroba stale postępowała. Coraz bardziej pogarszało się chodzenie, później także sprawność rąk. Bywały dni, kiedy nie byłam w stanie wstać z łóżka. Nie doświadczałam typowych rzutów – objawy po prostu stopniowo się nasilały.

Patrycja, mama Wiktorii: Przy leczeniu tabletkowym choroba była obecna w naszym życiu każdego dnia. Musiałam stale przypominać córce o przyjmowaniu leków, co często prowadziło do napięć między nami. Gdy Wiktoria skończyła 18 lat, musiałyśmy samodzielnie szukać ośrodka, który przejmie dalsze leczenie. Nikt nas nigdzie nie pokierował. W nowym szpitalu kontynuowano dotychczasową terapię, nie analizując dokładnie postępu choroby. Sytuację dodatkowo utrudniała pandemia – wizyty ograniczały się właściwie do wydawania leków.

Wiktoria: W końcu doszło do tego, że zaczęłam poruszać się na wózku. Dopiero wtedy przeprowadzono ponownie pełną diagnostykę. Okazało się, że mam pierwotnie postępującą postać stwardnienia rozsianego. Diagnoza została zmieniona po trzech latach od rozpoznania choroby. I wtedy udało się wdrożyć leczenie okrelizumabem podawanym dożylnie. Otrzymuję ten lek już prawie cztery lata i choroba praktycznie się zatrzymała. Mój stan jest stabilny od momentu rozpoczęcia tej terapii. Mam też więcej energii, nie odczuwam już tak ogromnego zmęczenia jak wcześniej. Poprawiła się również sprawność moich rąk. Bardzo żałuję, że wcześniej nie dostałam tego właśnie leczenia. Być może pozwoliłoby mi to uniknąć tak dużej niepełnosprawności.

Patrycja, mama Wiktorii: Nasz historia pokazuje, że każdy przypadek SM przebiega inaczej, dlatego tak ważny jest dostęp do szerokiego wachlarza terapii, niezależnie od wieku pacjenta. Jeśli dziecko kwalifikuje się do leczenia wysoko skutecznego, powinno otrzymać je jak najszybciej. W początkowym okresie choroby czas ma ogromne znaczenie.

Czy po diagnozie były momenty złości i buntu?

Wiktoria: Oczywiście. Byłam zła na cały świat. Przez pewien czas nie chciałam nawet się rehabilitować. Nie mogłam pogodzić się z tym, że choroba pojawiła się właśnie wtedy, gdy wchodziłam w dorosłość. Dziś jest już inaczej. Zaakceptowałam chorobę i uczę się z nią żyć. Wychodzę z domu, poznaję ludzi, mam chłopaka.

Jak dziś wygląda Wasza codzienność?

Wiktoria: Choroba zmieniła moje spojrzenie na życie. Dziś bardziej doceniam małe rzeczy. Staram się żyć tu i teraz. Nie wybiegam daleko w przyszłość, ale na co dzień znajduję sobie wiele zajęć – szydełkuję, maluję, układam klocki LEGO. Dlatego sprawność rąk jest dla mnie tak ważna. Obecnie robię także prawo jazdy. Paradoksalnie dzięki wózkowi mogę dotrzeć do miejsc, do których wcześniej nie byłam w stanie dojść o własnych siłach.

Patrycja, mama Wiktorii: Ze względu na konieczność opieki nad córką musiałam zrezygnować z pracy zawodowej. Musieliśmy też dostosować dom do potrzeb osoby z niepełnosprawnością. Niestety nadal napotykamy mnóstwo barier. Nawet miejsca oznaczone jako dostępne często nie są w pełni przystosowane. Zdarza się na przykład, że toaleta dla osób z niepełnosprawnościami ma ciężkie drzwi, których osoba na wózku nie jest w stanie samodzielnie otworzyć.

Co chciałybyście powiedzieć rodzicom dzieci, które właśnie usłyszały diagnozę SM?

Patrycja, mama Wiktorii: Przede wszystkim, żeby się nie poddawali i wspierali swoje dziecko najlepiej, jak potrafią. Jednocześnie nie można dopuścić do tego, żeby całe życie kręciło się wyłącznie wokół choroby. Dziecko musi mieć przestrzeń, aby czasem o niej zapomnieć, śmiać się, wygłupiać i robić zwyczajne rzeczy.

Wiktoria: Bardzo ważne jest dobre leczenie od samego początku choroby – to może zmienić całe życie pacjenta. To nie tylko kwestia zdrowia i samodzielności, ale także przyszłości – możliwości nauki, pracy i niezależności. Nieskutecznie leczone stwardnienie rozsiane generuje ogromne koszty społeczne. Dziś ani ja, ani moja mama nie pracujemy. Jeśli nasza historia pomoże choć jednej rodzinie szybciej trafić na właściwe leczenie, będzie to miało ogromny sens.

źródło: informacja prasowa

Badania prowadzone na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu pokazują, jak nauka może przekładać się na konkretną pomoc pacjentom: szybsze rozpoznawanie chorób rzadkich u dzieci, rekomendacje dla lekarzy, skoordynowaną opiekę specjalistyczną i wsparcie rodzin. Rok 2026 jest kolejnym etapem wdrażania Planu dla Chorób Rzadkich, a zespół kierowany przez prof. Roberta Śmigla, członka Rady Chorób Rzadkich przy Ministerstwie Zdrowia oraz Zespołu Koordynacyjnego ds. Leczenia Chorób Ultrarzadkich przy NFZ, a także prof. Annę Rozensztrauch, pioniera badań nad jakością życia w chorobach rzadkich, od lat łączą badania naukowe z codzienną praktyką kliniczną.
Choroby rzadkie, choć każda z osobna dotyczy niewielkiej grupy pacjentów, łącznie stanowią jedno z najważniejszych wyzwań współczesnej medycyny. Są częstą przyczyną hospitalizacji dzieci i jednym z istotnych czynników śmiertelności niemowląt. Dla rodzin oznaczają zwykle długą drogę do rozpoznania („odyseja diagnostyczna”), konsultacje u wielu specjalistów, niepewność oraz konieczność organizowania opieki medycznej, rehabilitacyjnej i psychologicznej.

W 2026 roku w Polsce kontynuowana jest realizacja Planu dla Chorób Rzadkich. Zakłada on m.in. rozwój ośrodków eksperckich, poprawę dostępu do badań diagnostycznych, prowadzenie Polskiego Rejestru Chorób Rzadkich, wdrażanie Karty Pacjenta z Chorobą Rzadką oraz rozwój Platformy Informacyjnej „Choroby Rzadkie”,  której redaktorem jest prof. Śmigiel). To działania systemowe, ale ich skuteczność weryfikuje się przede wszystkim w praktyce – przy łóżku pacjenta, w poradni genetycznej, podczas rozmowy z rodziną i w decyzjach podejmowanych przez zespoły specjalistów.

Diagnoza przełomem

Na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu od lat prowadzone są interdyscyplinarne badania nad chorobami rzadkimi, ich podłożem genetycznym, przebiegiem klinicznym oraz możliwościami leczenia i wsparcia pacjentów. Prace zespołów UMW przyczyniły się m.in. do rozpoznania nowych przyczyn zaburzeń rozwoju u dzieci, opisania mutacji w genach związanych z chorobami neurometabolicznymi i rozwojowymi oraz lepszego zrozumienia mechanizmów wielu zespołów genetycznych.

 
– W chorobach rzadkich diagnoza jest momentem przełomowym. Dla lekarza oznacza możliwość zaplanowania dalszego postępowania, ale dla rodziny bardzo często jest końcem wieloletniej niepewności. Możemy wreszcie nazwać problem, określić ryzyko, zaproponować opiekę i powiedzieć rodzicom, czego mogą się spodziewać – mówi prof. Robert Śmigiel, kierownik Kliniki Pediatrii, Endokrynologii, Diabetologii i Chorób Metabolicznych UMW oraz Uniwersyteckiego Centrum Chorób Rzadkich we Wrocławiu.

Badania prowadzone na UMW dotyczą m.in. chorób neurometabolicznych, zaburzeń neurorozwojowych, zespołów genetycznych i wad wrodzonych. Naukowcy analizują zarówno przyczyny genetyczne chorób, jak i ich konsekwencje kliniczne, psychologiczne oraz społeczne. Wśród obszarów badawczych znajdują się m.in. zespół Downa, zespół Pradera-Williego, zespół DiGeorge’a, zespół Angelmana, zespołu Pitta-Hopkinsa, zespołu Kabuki, zespołu CHARGE, FASD (jako diagnostyka różnicowa genetycznych zaburzeń rozwoju u dzieci), padaczki uwarunkowane genetycznie, wrodzone zarośnięcie przełyku czy wrodzone defekty surfaktantu odpowiedzialne za ciężką niewydolność oddechową u noworodków urodzonych o czasie oraz inne wrodzone wady metabolizmu.

Rekomendacje diagnostyczno-terapeutyczne

Jednym z najważniejszych efektów prac naukowców i klinicystów z UMW jest udział w opracowywaniu rekomendacji diagnostyczno-terapeutycznych. Dotyczą one m.in. zespołu Pitta-Hopkinsa, zespołu Pradera-Williego, zespołu Kabuki, zespołu Schaafa-Yang, delecji 22q11.2, zespołu Beckwitha-Wiedemanna, zespołu GAPO, FASD, padaczki związanej z mutacją w genie CDKL5 oraz wrodzonego zarośnięcia przełyku.

Takie zalecenia mają bezpośrednie znaczenie dla pacjentów. Pozwalają ujednolicić diagnostykę, leczenie, rehabilitację i monitorowanie stanu zdrowia, a lekarzom różnych specjalności pomagają prowadzić pacjenta według wspólnego, sprawdzonego schematu.

– W chorobach rzadkich jest to szczególnie ważne, ponieważ pacjent często wymaga opieki wielospecjalistycznej, w tym opieki pediatry, genetyka, neurologa, neonatologa, psychologa, fizjoterapeuty, dietetyka i wielu innych specjalistów – podkreśla prof. Robert Śmigiel. – Nie wystarczy postawić rozpoznanie genetyczne i zakończyć proces diagnostyczny. Pacjent oraz jego rodzina potrzebują planu opieki, informacji, wsparcia psychologicznego i dostępu do specjalistów, którzy rozumieją specyfikę danej choroby.

Szczególne znaczenie ma rozwój diagnostyki genetycznej. W ramach „Programu polityki zdrowotnej w zakresie wczesnego wykrywania wad rozwojowych u noworodków i niemowląt” opieką objęto dzieci z województwa dolnośląskiego urodzone w latach 2022–2026, u których występowały wady rozwojowe, zespoły wad lub zaburzenia neurorozwoju. Do połowy 2026 roku przebadano ponad 1300 dzieci, a skuteczność diagnostyczna u pacjentów zakwalifikowanych do szerokoprzepustowych badań genetycznych wyniosła 65 procent.

Dla rodzin taka informacja ma ogromne znaczenie. Rozpoznanie konkretnej przyczyny choroby pozwala lepiej zrozumieć stan dziecka, zaplanować dalszą opiekę, określić ryzyko wystąpienia podobnych problemów w rodzinie i szybciej rozpocząć odpowiednie działania terapeutyczne, rehabilitacyjne oraz wspierające rozwój.

Kompleksowa opieka i edukacja

Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu rozwija także zaplecze organizacyjne dla pacjentów z chorobami rzadkimi. Utworzone Uniwersyteckie Centrum Chorób Rzadkich ma zapewniać kompleksową, koordynowaną i wielospecjalistyczną diagnostykę oraz opiekę nad pacjentem i jego rodziną. Centrum integruje różne jednostki kliniczne, dzięki czemu łatwiej prowadzić chorego przez kolejne etapy diagnostyki, leczenia i opieki długoterminowej.

Ważnym elementem działań jest również edukacja. Prof. Robert Śmigiel jest przewodniczącym zespołu redakcyjnego rządowej Platformy Informacyjnej „Choroby Rzadkie”, która gromadzi informacje o ścieżkach diagnostycznych, możliwościach leczenia i dostępnych formach wsparcia. Platforma jest skierowana zarówno do pacjentów i ich rodzin, jak i do specjalistów systemu ochrony zdrowia.

– W chorobach rzadkich wiedza jest formą pomocy. Rodzice potrzebują rzetelnych informacji, a lekarze dostępu do aktualnych zaleceń. Dobrze przygotowana edukacja skraca dystans między nauką a praktyką i pomaga uniknąć przypadkowości w opiece nad pacjentem – zaznacza prof. Robert Śmigiel.

Działania UMW obejmują także współpracę z organizacjami pacjenckimi i fundacjami. Konferencje, spotkania rodzicielskie i inicjatywy edukacyjne organizowane m.in. we współpracy z Fundacją „Potrafię Pomóc” pozwalają rodzinom lepiej rozumieć chorobę, wymieniać doświadczenia i budować sieci wsparcia. Przykładem takiej aktywności jest także powstanie Polskiego Stowarzyszenia Dzieci z Atrezją Przełyku, wspierającego rodziny dzieci z wrodzonym zarośnięciem przełyku. W skład  rady naukowej stowarzyszenia wchodzą naukowcy UMW: prof. Dariusz Patkowski, prof. Robert Śmigiel oraz prof. Anna Rozensztrauch.

Badacze z Wrocławia współpracują również z ośrodkami zagranicznymi, m.in. z Uniwersytetem w Göteborgu i The Queen Silvia Children’s Hospital w Szwecji, w ramach projektu „Joint Initiative: EA-QOL International”. Projekt koncentruje się na ocenie jakości życia dzieci z chorobami przewlekłymi i rzadkimi oraz ich rodzin. Współpraca międzynarodowa pozwala porównywać doświadczenia różnych systemów opieki i lepiej projektować wsparcie dla pacjentów oraz opiekunów.

Dorobek zespołów UMW w obszarze chorób rzadkich obejmuje setki publikacji międzynarodowych, a wyniki badań zasilają specjalistyczne bazy wiedzy, takie jak Orphanet. Dzięki temu ustalenia naukowców mogą być wykorzystywane przez lekarzy i badaczy w innych ośrodkach, wspierając rozpoznawanie chorób oraz rozwój nowych metod postępowania.

Najważniejszy pozostaje jednak pacjent. W przypadku chorób rzadkich postęp naukowy ma bardzo praktyczny wymiar: może oznaczać szybszą diagnozę, trafniejsze leczenie, lepiej zaplanowaną rehabilitację, wsparcie psychologiczne oraz większe poczucie bezpieczeństwa dla rodziny. Dlatego działania prowadzone na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu łączą badania, klinikę, edukację i współpracę społeczną.

– Naszym celem jest, aby dziecko z chorobą rzadką nie było pozostawione samo sobie w systemie. Nowoczesna medycyna powinna prowadzić rodzinę krok po kroku: od podejrzenia choroby, przez diagnostykę, po długofalową opiekę. To właśnie w takim modelu wiedza naukowa naprawdę służy pacjentom – podsumowuje prof. Robert Śmigiel.

Źródło: inf. pras.

Ministerstwo Zdrowia przygotowało projekt rozporządzenia, który może znacząco zmienić sposób kierowania pacjentów na rehabilitację finansowaną przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Zamiast opierać kwalifikację głównie na rozpoznaniu i skierowaniu lekarza, większą rolę mają odgrywać obiektywne narzędzia oceny funkcjonowania chorego. Resort przekonuje, że nowe rozwiązania pozwolą lepiej dopasować rehabilitację do rzeczywistych potrzeb pacjentów, ograniczyć nadmiarowe skierowania i skrócić kolejki do świadczeń.
Projekt nowelizacji rozporządzenia dotyczącego świadczeń gwarantowanych z zakresu rehabilitacji leczniczej został skierowany do konsultacji publicznych. To jedna z największych zmian organizacyjnych w rehabilitacji od wielu lat. Zakłada ona odejście od modelu, w którym samo rozpoznanie choroby często wystarczało do zakwalifikowania pacjenta do określonego rodzaju rehabilitacji.

W nowym systemie lekarze i fizjoterapeuci będą zobowiązani do przeprowadzania ustrukturyzowanej oceny funkcjonalnej chorego. W zależności od rodzaju schorzenia wykorzystywane mają być uznane międzynarodowe skale oceny sprawności oraz klasyfikacja ICF (Międzynarodowa Klasyfikacja Funkcjonowania, Niepełnosprawności i Zdrowia), która pozwala ocenić nie tylko samą chorobę, ale przede wszystkim jej wpływ na codzienne funkcjonowanie pacjenta.

Resort podkreśla, że rehabilitacja ma być planowana w sposób bardziej indywidualny. Ocena funkcjonalna ma służyć nie tylko zakwalifikowaniu chorego do odpowiedniego rodzaju świadczeń, ale również określeniu celu terapeutycznego oraz monitorowaniu efektów leczenia. W praktyce oznacza to, że rehabilitacja ma być bardziej ukierunkowana na odzyskanie konkretnych funkcji i samodzielności niż wyłącznie na realizację określonej liczby zabiegów.

Jednym z głównych powodów przygotowania nowych przepisów są rosnące kolejki do rehabilitacji. Ministerstwo wskazuje, że obecny system nie zawsze pozwala właściwie różnicować potrzeby pacjentów. W efekcie do świadczeń trafiają osoby o bardzo różnym stopniu niesprawności, co utrudnia efektywne wykorzystanie dostępnych zasobów. Nowe kryteria mają pomóc kierować rehabilitację przede wszystkim do tych pacjentów, którzy mogą odnieść z niej największe korzyści.

Projekt przewiduje także doprecyzowanie zasad kwalifikacji do różnych form rehabilitacji – ambulatoryjnej, domowej, dziennej i stacjonarnej. W części wskazań pojawią się również określone ramy czasowe, w których rehabilitacja będzie mogła zostać rozpoczęta po konkretnych zdarzeniach medycznych, takich jak udar mózgu czy wszczepienie endoprotezy. Rozwiązanie ma zwiększyć skuteczność leczenia poprzez kierowanie pacjentów do rehabilitacji w okresie, kiedy przynosi ona największe efekty.

Istotną zmianą będzie również większa odpowiedzialność osób kwalifikujących pacjentów do rehabilitacji. Zarówno lekarze, jak i fizjoterapeuci będą musieli dokumentować ocenę stanu funkcjonalnego przy wykorzystaniu wskazanych narzędzi. Ma to ujednolicić proces kwalifikacji w całym kraju i ograniczyć różnice pomiędzy poszczególnymi placówkami.

Projekt wzbudza jednak dyskusję w środowisku medycznym. Zwolennicy zmian wskazują, że rehabilitacja powinna być planowana na podstawie rzeczywistych potrzeb funkcjonalnych, zgodnie z międzynarodowymi standardami. Krytycy zwracają natomiast uwagę, że nowe obowiązki oznaczają dodatkową dokumentację oraz wydłużenie procesu kwalifikacji. Pojawiają się również pytania, czy sztywne kryteria nie utrudnią dostępu do rehabilitacji części pacjentów, którzy wprawdzie nie spełnią określonych progów punktowych, ale nadal odniosą korzyść z leczenia usprawniającego.

Na razie projekt znajduje się na etapie konsultacji publicznych. Ostateczny kształt przepisów może jeszcze ulec zmianie po uwzględnieniu uwag zgłoszonych przez organizacje pacjentów, środowiska lekarskie i fizjoterapeutyczne oraz innych uczestników procesu legislacyjnego. Jeśli nowe regulacje zostaną przyjęte, rehabilitacja finansowana przez NFZ będzie w większym stopniu opierała się na obiektywnej ocenie sprawności pacjenta, a nie wyłącznie na rozpoznaniu choroby czy samym skierowaniu.

Źródło: gov.pl

Każdego roku około 800 osób w Polsce słyszy diagnozę stwardnienia zanikowego bocznego (ALS/SLA). To rzadka, szybko postępująca choroba neurodegeneracyjna prowadząca do utraty sprawności, możliwości mówienia, samodzielnego jedzenia i oddychania. Dla niewielkiej części pacjentów istnieje terapia modyfikująca przebieg choroby, jednak warunkiem jej zastosowania jest potwierdzona w badaniu genetycznym mutacja w genie SOD1. Eksperci podkreślają, że dziś największym wyzwaniem pozostaje skrócenie czasu diagnostyki oraz zapewnienie chorym i ich rodzinom kompleksowego wsparcia.
– ALS objawia się bardzo podstępnie. Początkowo są to drobne potknięcia, problemy z utrzymaniem przedmiotów w dłoni czy osłabienie jednej ręki lub nogi, które często są bagatelizowane. Z czasem choroba może prowadzić do całkowitego niedowładu kończyn, problemów z mówieniem, poruszaniem się, a nawet oddychaniem – mówi agencji Newseria Ewa Waksmundzka ze Stowarzyszenia Dignitas Dolentium.

ALS (z ang. amyotrophic lateral sclerosis) to rzadka, wyniszczająca i szybko postępująca choroba. Podobnie jak rdzeniowy zanik mięśni (SMA) należy do grupy chorób neurodegeneracyjnych. W mózgu i rdzeniu kręgowym osób nią dotkniętych dochodzi do uszkodzenia i utraty neuronów ruchowych, tzw. motoneuronów.

Obecnie jedyną refundowaną terapią modyfikującą przebieg ALS jest tofersen – pierwsze na świecie leczenie przeznaczone dla pacjentów z mutacją genu SOD1. W Polsce jest ono dostępne w ramach programu lekowego B.176 od października 2025 roku. Największe korzyści przynosi wtedy, gdy zostanie wdrożone na wczesnym etapie choroby.

– Na dzisiaj choroba ALS jest nadal chorobą nieuleczalną, ale obserwujemy już ogromny postęp w medycynie. Od zeszłego roku mamy refundowany lek dla grupy około 100 osób, które mają mutację w genie SOD1. Jest to ogromny postęp, leczenie niestety nie powoduje wyleczenia z choroby, ale może w dużej mierze ją spowolnić bądź nawet zatrzymać. Liczymy na to, że w związku z odkryciem tego leku już niedługo pojawią się kolejne leki na kolejne mutacje, a nawet lek dla wszystkich chorych – mówi Ewa Waksmundzka.

Pierwsze objawy ALS mogą być bardzo różne i łatwo je pomylić z innymi schorzeniami. Choroba może się początkowo objawiać m.in. trudnościami z wykonywaniem precyzyjnych ruchów dłoni, osłabieniem kończyn, problemami z mową lub przełykaniem. To właśnie niespecyficzny przebieg sprawia, że postawienie właściwej diagnozy często zajmuje wiele miesięcy, a nawet lat.

Mutacja genu SOD1 odpowiada jedynie za część przypadków ALS. Szacuje się, że około 90 proc. zachorowań ma charakter sporadyczny, a około 10 proc. – rodzinny. Do tej pory zidentyfikowano około 40 genów związanych z rozwojem choroby, przy czym najczęściej mutacje dotyczą genów C9orf72, TARDBP, FUS oraz SOD1.

– Wobec pierwszej terapii celowanej dla pacjentów z ALS każdy pacjent powinien trafić na badania genetyczne i mieć zbadany co najmniej gen SOD1. Dobrze, gdyby miał zbadanych tych genów więcej, dlatego że spodziewamy się kolejnych terapii – zaznacza dr hab. n. med. Magdalena Badura-Stronka z Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu.

Eksperci podkreślają, że ponieważ mutacja SOD1 występuje zarówno u części pacjentów z rodzinną, jak i sporadyczną postacią ALS, diagnostyka genetyczna powinna być wykonywana u wszystkich chorych, niezależnie od wywiadu rodzinnego, wieku czy stanu zdrowia. W Polsce z ALS żyje ok. 3 tys. osób, z czego ok. 100 ma mutację genu SOD1 i może zostać zakwalifikowanych do leczenia tofersenem.

– Leczenie nie cofa tego, co już się stało, ale może zatrzymać skutki w przyszłości. Dlatego na obecnym etapie bardzo ważna jest szybka diagnostyka, która obecnie trwa nawet rok, oraz szybkie wykonywanie badań genetycznych, na których wyniki czeka się kolejne miesiące. Priorytetem jest dziś przyspieszenie diagnostyki i badań genetycznych – podkreśla Ewa Waksmundzka.

Choć pojawienie się pierwszej terapii celowanej otworzyło nowe możliwości leczenia, eksperci podkreślają, że przed medycyną wciąż wiele wyzwań związanych z opracowaniem terapii dla pozostałych pacjentów.

– Mam nadzieję, że skoro latamy już komercyjnie w kosmos, to i w leczeniu ALS w najbliższych latach nastąpi przyspieszenie – ocenia dr hab. n. med. Magdalena Badura-Stronka. – Pacjenci chorują w Polsce od 18. do 80. roku życia, każdego roku przybywa ich około 800. Musimy o nich mówić, wspierać ich w tej walce i wspierać także ich rodziny, które są niezwykle dzielne.

Postępujący charakter ALS sprawia, że z czasem chorzy tracą możliwość samodzielnego poruszania się, mówienia i oddychania. Wymagają nie tylko leczenia, ale także rehabilitacji, opieki wielu specjalistów oraz kosztownego sprzętu wspomagającego oddychanie i żywienie. W praktyce ciężar codziennej opieki najczęściej spoczywa na rodzinach i bliskich.

– Jest bardzo dużo osób chorych, które nie chorują na mutację w genie SOD1, są to inne mutacje, które wymagają sprzętu i opiekunów, gdzie rodzina też czasami chce normalnie funkcjonować, na przykład wyjść do kina, a nie ma takiej możliwości. Stowarzyszenie pomaga w specjalistycznym sprzęcie, mamy też wsparcie psychologów, co jest bardzo ważne – mówi Monika Partyka, pacjentka Stowarzyszenia Dignitas Dolentium.

Aby zwrócić uwagę na potrzeby osób żyjących z ALS i ich rodzin, Stowarzyszenie Dignitas Dolentium zorganizowało w Poznaniu akcję „800 flag dla ALS”. Każda z błękitnych flag była poświęcona konkretnej osobie żyjącej z ALS lub zmarłej z powodu tej choroby. Instalacja miała przypominać, że za statystykami kryją się ludzie oraz ich historie.

– Przechadzając się przez tę instalację, odczuwam ogromne wzruszenie, ponieważ są tu nazwiska osób, które kojarzę ze stowarzyszenia. Wiem, z jakimi problemami się do nas zwracają, wiem też, że niektórych z nich już z nami nie ma. Tym bardziej się cieszę, że ta akcja spotkała się z tak pozytywnym odzewem wśród chorych i ich rodzin – wskazuje Ewa Waksmundzka.

Akcja „800 flag dla ALS”, zorganizowana z okazji Światowego Dnia ALS, odbyła się w Polsce po raz pierwszy. Inspiracją była inicjatywa amerykańskiej organizacji I AM ALS, która co roku tworzy podobną instalację w Waszyngtonie. Organizatorzy podkreślają, że celem przedsięwzięcia było nie tylko upamiętnienie osób żyjących z ALS i tych, którzy zmarli z powodu choroby, ale także zwrócenie uwagi na potrzebę szybszej diagnostyki oraz zapewnienia chorym kompleksowej opieki.

Źródło: Newseria

Zaledwie co piąty Polak jest wystarczająco aktywny fizycznie w czasie wolnym, mimo że brak ruchu należy do najważniejszych czynników ryzyka chorób przewlekłych. W odpowiedzi na ten problem Medicover uruchomił w Polsce pilotażowy model łączący opiekę medyczną, diagnostykę laboratoryjną i aktywność fizyczną w jednym miejscu. Celem jest nie tylko leczenie chorób, ale przede wszystkim ich skuteczna profilaktyka i budowanie zdrowych nawyków.
Zaledwie 21 proc. Polaków powyżej 15. roku życia spełnia zalecenia WHO dotyczące aktywności fizycznej w czasie wolnym – wynika z danych Ministerstwa Sportu i Turystyki. W sytuacji gdy brak ruchu staje się jednym z kluczowych czynników ryzyka zdrowotnego, dotychczasowy model opieki – rozdzielający leczenie, diagnostykę i aktywność fizyczną – przestaje być wystarczający. Medicover odpowiada na tę zmianę, wdrażając w Polsce nowy, zintegrowany koncept, który łączy opiekę medyczną, diagnostykę i aktywność fizyczną w jednym miejscu. To pierwszy tego typu model na rynku i krok w stronę podejścia, w którym zdrowie buduje się nie tylko w gabinecie, ale także poprzez codzienne nawyki i ruch. 

– Aktywność fizyczna to nie tylko wymiar sportowy, ale również medyczny. Widzimy dużą możliwość synergii pomiędzy nimi. To działa w dwie strony. Osoby trenujące są dziś coraz bardziej świadome, że nie sam trening pozwoli im osiągnąć cele. Profilaktyka i badania są bardzo dobrym uzupełnieniem – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Łukasz Wolski, dyrektor sieci Just GYM Box.

Z badania Ministerstwa Sportu i Turystyki „Poziom aktywności fizycznej Polaków w 2025 roku” wynika, że zalecenia WHO dotyczące aktywności fizycznej spełnia co piąty Polak po 15. roku życia. Po uwzględnieniu aktywności związanej z przemieszczaniem się, np. chodzenia czy jazdy na rowerze, odsetek ten rośnie do 69 proc.

Światowa Organizacja Zdrowia zaleca dorosłym co najmniej 150 minut umiarkowanej aktywności fizycznej tygodniowo. Według analiz WHO osiągnięcie tego poziomu aktywności mogłoby zapobiec ponad 10 tys. przedwczesnych zgonów w krajach Unii Europejskiej rocznie oraz przynieść im oszczędności sięgające niemal 8 mld euro rocznie na wydatkach na ochronę zdrowia. Międzynarodowe wytyczne rekomendują odpowiednio dobrany wysiłek fizyczny jako część terapii m.in. chorób układu krążenia, cukrzycy typu 2, otyłości, schorzeń narządu ruchu czy niektórych nowotworów.

 Ludzie, którzy borykają się z różnego rodzaju chorobami czy problemami zdrowotnymi, powinni również trenować i zadbać o aspekt medyczny nie tylko z perspektywy leków, ale bardziej holistycznie, czyli poprzez ruch – wskazuje Łukasz Wolski. – Ponad 80 proc. chorób cywilizacyjnych bierze się z otyłości, częściowo też z braku aktywności, więc to jest zajęcie się problemem od podstawy. Nie leczymy samych objawów, ale przyczynę, która się złożyła na to, że ktoś jest właśnie w takiej, a nie innej kondycji.

Raport NIZP-PZH „Sytuacja zdrowotna ludności Polski i jej uwarunkowania 2025” wskazuje, że dwie trzecie zgonów osób w wieku poniżej 75 lat jest związanych z przyczynami możliwymi do uniknięcia. Do najważniejszych czynników ryzyka należą m.in. otyłość, brak aktywności fizycznej, palenie tytoniu i nadużywanie alkoholu. W Polsce nadwagę ma ponad 53 proc. osób, a otyłość dotyczy blisko jednej czwartej społeczeństwa.

Z raportu Medicover „Praca. Zdrowie. Ekonomia. Perspektywa 2025” wynika, że efekty pracowniczych programów zdrowotnych i wellbeingowych są lepsze, jeżeli obejmują aktywizację sportową pracowników. W badaniu naukowym „Zdrowa OdWaga” wskazano, że aktywność wspiera leczenie chorób cywilizacyjnych, dodatkowo obniżając absencję o ponad 30 proc. Programy aktywizujące pracowników przy jednoczesnym monitoringu ich stanu zdrowia, budujące nawyk regularnego treningu, przynoszą więc wymierne korzyści zarówno pracownikom, jak i organizacjom.

 Pakiet medyczny i pakiet sportowy to najpopularniejsze benefity pozapłacowe pozwalające wyróżnić się pracodawcy na rynku pracy. Natomiast połączenie tego typu usług w jedno daje jeszcze wymierny efekt w postaci optymalizacji kosztów – mówi Dominik Kurmanowski, dyrektor Działu Sprzedaży Korporacyjnej w Medicover.

Przykładem takiego podejścia jest nowy punkt Medicover w warszawskim Międzylesiu, uruchomiony we współpracy z Just GYM Box i Synevo. To pierwsza tego typu inicjatywa w Polsce, w ramach której opieka medyczna, diagnostyka laboratoryjna i infrastruktura sportowa funkcjonują w jednym, spójnym modelu. Integracja tych obszarów umożliwia lepszą koordynację działań profilaktycznych, diagnostycznych i wspierających proces leczenia.

 Pacjent zyskuje w jednym miejscu możliwość konsultacji swoich problemów zdrowotnych, wykonania badań laboratoryjnych i diagnostycznych oraz wykonywania zaleconych ćwiczeń w ramach rehabilitacji – tłumaczy Elżbieta Krasuska, dyrektor regionu ds. operacyjnych w Medicover.

– Do tej pory Medicover kojarzony był wyłącznie z opieką medyczną, dopiero od niedawna z benefitami związanymi z kartami sportowymi, natomiast tutaj mamy możliwość zobaczenia, jak te dwa światy się przenikają. W miejscu, gdzie jest klub sportowy, mamy jednocześnie dostęp do opieki medycznej, fizjoterapeutów, dietetyków i ortopedy – mówi Dominik Kurmanowski. – Jeśli mam nieleczoną kontuzję, to ona przeszkadza w osiąganiu założonego przeze mnie efektu i powoduje, że ćwiczenia nie są tak przyjemne. Dlatego formuła połączenia opieki medycznej z obiektem sportowym daje możliwość szybkiego usunięcia problemu i powoduje, że efekty przychodzą łatwiej.

 Diagnostyka jest nazywana królową badań, ponieważ na podstawie wyników krwi otrzymujemy informacje o stanie naszego zdrowia. Jest to bardzo istotne z punktu widzenia kolejnych kroków – zarówno rozpoznania choroby, jak i potwierdzenia, że wszystko jest z nami w porządku. Dlatego badania powinniśmy wykonywać rutynowo – przekonuje Arkadiusz Gawrych, dyrektor ds. sprzedaży i rozwoju biznesu w Synevo. – Połączenie diagnostyki, opieki medycznej i sportu może przynosić wyłącznie korzyści z punktu widzenia pacjenta. Trenując, może zadbać o siebie, wykonać badania, zweryfikować swój stan zdrowia i być z lekarzem w stałym kontakcie.

Model łączący profilaktykę, diagnostykę i aktywność fizyczną nie tylko wpisuje się w globalny trend integracji usług zdrowotnych, ale też wyznacza jego kierunek na polskim rynku. To podejście wykraczające poza tradycyjny model leczenia – stawia nacisk na aktywne budowanie zdrowia, zmianę nawyków i zapobieganie chorobom. Jak podkreślają przedstawiciele Medicover, warszawska placówka pełni rolę projektu pilotażowego i punktu odniesienia dla dalszego rozwoju. Zebrane doświadczenia mają stanowić fundament do skalowania tego modelu i wdrażania kolejnych lokalizacji w przyszłości.

– Widzimy dużą potrzebę takich rozwiązań i zasadność ich skalowania na inne rynki. Będziemy zbierać opinie pacjentów – zapowiada Elżbieta Krasuska.

– To rozwiązanie, które będzie dostępne w ramach proponowanych benefitów pozapłacowych zarówno w formie pakietu medycznego, jak i karty sportowej, ale także w formule, która łączy oba te produkty: Zdrowie Active – mówi Dominik Kurmanowski.

Źródło: Newseria

Utrata krtani po leczeniu nowotworu oznacza dla wielu pacjentów nie tylko problemy z komunikacją, ale także utratę możliwości wyrażania emocji głosem. Polski startup Uhura Bionics pracuje nad sztuczną krtanią nowej generacji, która ma umożliwić osobom po laryngektomii naturalniejszą mowę, śmiech, śpiew i ciche rozmowy. Projekt zdobył wielomilionowe wsparcie z Funduszy Europejskich i przygotowuje się do wejścia na rynek międzynarodowy.
Czy technologia może przywrócić osobom po laryngektomii nie tylko możliwość mówienia, ale też swobodę wyrażania emocji? Nad takim rozwiązaniem pracuje Uhura Bionics – polski startup medtech rozwijający sztuczne krtanie nowej generacji. Firma, wsparta kilkumilionowym dofinansowaniem z programu Fundusze Europejskie dla Polski Wschodniej (FEPW), realizowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości (PARP), odnosi już także pierwsze sukcesy na rynku amerykańskim.
Ilość zachorowań na raka krtani rośnie

Według analizy opublikowanej w 2025 r. w BMC Cancer do 2050 r. globalna liczba nowych przypadków nowotworu krtani u mężczyzn może wzrosnąć o 72,5 proc., a liczba zgonów – o 81,3 proc. Choć choroba zdecydowanie częściej dotyka mężczyzn, prognozy wskazują na podobny trend także wśród kobiet: liczba nowych przypadków może zwiększyć się o niemal 70 proc., a liczba zgonów – o ponad 83 proc. To właśnie ten nowotwór odpowiada za większość operacji usunięcia krtani. Zabieg ten ratuje życie, ale trwale zmienia codzienne funkcjonowanie chorego, wiążąc się z utratą naturalnego głosu. Według badań po 12 miesiącach od całkowitej laryngektomii ponad 1/3 pacjentów spełniała kryteria klinicznej depresji.

Źródłem tego obciążenia nie jest wyłącznie sama choroba nowotworowa, ale także kumulacja jej trwałych konsekwencji. Po zabiegu usunięcia krtani pacjent musi nauczyć się na nowo mówić, połykać oraz funkcjonować w sytuacjach społecznych. Badania wskazują, że szczególnie obciążające psychicznie są trudności w komunikacji – lęk przed niezrozumieniem, problemy z rozmową w hałasie, przez telefon czy w pracy – a także poczucie utraty dawnej tożsamości oraz błędne przekonania o życiu po laryngektomii funkcjonujące w świadomości społecznej.

– W kulturze jest dużo złych przykładów – przekaz jest taki, że osoba z laryngofonem brzmi robotycznie, dziwnie. Przebywając w Stanach Zjednoczonych, bardzo często zauważałem także reklamy antynikotynowe, w których pojawiały się osoby po laryngektomii. Dlaczego w przestrzeni publicznej pokazuje się stomę – zwykły otwór w ciele służący do oddychania – jako coś odpychającego? Moim zdaniem to bardzo krzywdzący sposób reprezentacji, bo ludzie zaczynają bać się stomy i traktować ją jak coś wstydliwego. Osobom po laryngektomii zajmuje wiele lat, żeby się z tym pogodzić albo nie udaje im się to nigdy. Warto pokazywać takie osoby w zwykłych sytuacjach – nie przez pryzmat ich głosu – mówi Konrad Zieliński, cofounder i CEO Uhura Bionics.

Odzyskać głos

Ułatwienie porozumiewania się osobom po operacji usunięcia krtani jest kluczowe dla ich zdrowia psychicznego. Tego zadania podjął się Konrad Zieliński – cofounder i prezes startupu medtech Uhura Bionics, sam posługujący się sztucznym aparatem mowy. Zdiagnozowany z rakiem krtani w wieku 17 lat, przeszedł zabieg laryngektomii sześć lat później. Jego osobiste doświadczenia stały się motorem napędowym do zrewolucjonizowania rynku urządzeń ułatwiających komunikację.

– Podczas studiów prowadziłem badania nad różnymi obszarami z zakresu komunikacji – interesowało mnie zwłaszcza wszystko związane z mową. Uważam, że w kontekście porozumiewania się, intonacja, tempo i ton głosu są równie istotne jak same słowa. Wyrażanie emocji, które są czytelne właśnie poprzez wymienione elementy mowy, jest podstawą komunikacji – wspólne śmianie się, płakanie, życzenia, pytania. To najważniejsze pod względem emocjonalnym momenty życia – powiedzenie komuś bliskiemu „kocham cię” w sposób, który w pełni to uczucie wyrazi. Rozwiązania obecnie dostępne na rynku nie pozwalają osobom po zabiegu usunięcia krtani na pełną ekspresję emocjonalnych niuansów, śmiech, płacz czy śpiew. Chciałbym to zmienić – mówi Konrad Zieliński.

Z Ełku do San Francisco

Uhura Bionics powstało pod koniec 2022 roku. W ciągu kilku lat założona przez dwóch studentów – Konrada Zielińskiego i Marka Grzelca – spółka rozwinęła się w wielokrotnie nagradzany startup z planami globalnej ekspansji.

– Pierwsze kroki jako przedsiębiorcy stawialiśmy w programie PARP „Platformy startowe dla nowych pomysłów”. Dzięki tej współpracy mogliśmy ruszyć z projektem. Potem zdecydowaliśmy się aplikować o kolejne finansowanie poprzez PARP, które pomogło nam opatentować naszą innowacyjną sztuczną krtań Tik-Tak. Przełomowym momentem było uruchomienie własnej produkcji. Zauważyliśmy, że logopedzi czy lekarze zupełnie inaczej reagują, kiedy mamy produkt w pudełku, który można postawić na półce i sprzedać pacjentowi, niż kiedy mamy tylko pomysł w głowie – opowiada Konrad Zieliński.

Startup dopiero się rozpędza. Kolejne finansowanie w wysokości 2 milionów złotych, przyznane Uhura Bionics z Funduszy Europejskich dla Polski Wschodniej (FEPW), ma pomóc spółce w dalszym skalowaniu działalności. Równolegle Uhura Bionics rozwija relacje na rynku amerykańskim i uczestniczy w kalifornijskim ekosystemie startupowym. W ramach programu SF Startup Labs founderzy przygotowują się do wejścia na rynek USA, rozmów z inwestorami i funkcjonowania według standardów Doliny Krzemowej.

– Nasze urządzenia cieszą się sporym zainteresowaniem za granicą. Obecnie produkujemy 500 sztucznych krtani, które za pośrednictwem amerykańskiego partnera zostaną wprowadzone na globalne rynki – mówi Konrad Zieliński. – Jesteśmy doceniani także w Polsce – od lipca rozpoczynamy grant z ElevenLabs, ostatnio wygraliśmy Polish Startup Competition podczas Infoshare w Gdańsku, odnieśliśmy też sukces na Carpathian Startup Fest w Rzeszowie. Momenty, które jednak cieszą mnie równie mocno jak takie wyróżnienia, to interakcje z osobami po laryngektomii i ciekawość, jaką wykazują względem naszych produktów. Ostatnio byłem na kontroli w Poznaniu i trzy osoby podeszły do mnie, bo chciały dowiedzieć się, jak udaje mi się tak wyraźnie mówić. Pokierowałem je w stronę nowych rozwiązań. Wiem z własnego doświadczenia, że dobór odpowiedniego urządzenia potrafi odmienić życie – dodaje Konrad Zieliński.

„Chcę śpiewać!”

Konrad Zieliński jest rozpoznawalną postacią w środowisku laryngologicznym. Równolegle do kariery biznesowej rozwija także działalność naukową – w 2026 roku ukończy doktorat na Uniwersytecie Warszawskim. Podczas studiów badał codzienne sytuacje, z którymi stykają się osoby mówiące atypowo, a które mogą powodować trudności oraz stres.

– Głównym obszarem naukowym, którym się zajmuję, jest analiza interakcji. Najpierw stworzyłem dla siebie listę sytuacji, które są trudne i problematyczne, ale da się je rozwiązywać. To na przykład granie na gitarze i śpiewanie w nowej grupie znajomych, wspinanie się z liną i krzyczenie do partnera „daj mi więcej luzu na linie” czy pływanie na plaży z dzieckiem znajomych. Każda z tych sytuacji wymaga umiejętności przekazywania emocji poprzez mowę. Co za tym idzie, aby realnie pomóc osobom używającym aparatów mowy w pokonaniu tej bariery, potrzebne są rozwiązania, które wprowadzą opcję wyrażania uczuć przez głos. To nasza misja – podkreśla Konrad Zieliński.

Marzeniem Konrada, wywodzącym się z jego nastoletnich pasji, jest możliwość śpiewu. Cel został osiągnięty. Pod koniec 2026 Uhura Bionics wprowadzi na rynek sztuczną krtań nowej generacji pod nazwą Whitney – na cześć legendarnej amerykańskiej piosenkarki Whitney Houston. Na tle obecnie dostępnych urządzeń rozwiązanie wyróżnia się możliwością naturalnego odwzorowania intonacji i emocji, obsługą kobiecego głosu oraz funkcjami wykraczającymi poza samą mowę – umożliwia śmiech, śpiew i prowadzenie cichych rozmów.

– Razem z Gabi (Gabrielą Kołtun – przyp. red.), naszą Chief of Staff, a zarazem instruktorką śpiewu w studiu Vocalis, przygotowujemy koncert w Parku Bródnowskim 26 czerwca br. W jego trakcie wykonam trzy utwory przy użyciu Whitney, będzie to premiera tego urządzenia. Jestem bardzo podekscytowany – chodzę nawet na lekcje śpiewu! – mówi Konrad Zieliński.

Źródło: inf pras

Uzdrowisko Ustroń, American Heart of Poland, zakończyło pięcioletni proces kompleksowej modernizacji infrastruktury medycznej, rehabilitacyjnej oraz diagnostyczno-terapeutycznej. Projekt objął około 60 tys. mkw. powierzchni i stanowi jedną z największych inwestycji w sektorze uzdrowiskowo-rehabilitacyjnym w Europie. Łączna wartość inwestycji wyniosła 275 mln zł. Modernizacja została ukierunkowana na zwiększenie potencjału terapeutycznego ośrodka, poprawę dostępności świadczeń oraz podniesienie standardów leczenia w ramach systemu finansowanego m.in. przez NFZ, ZUS oraz PFRON.
Modernizacja objęła kluczowe obiekty lecznicze, w tym Sanatorium Równica oraz sanatoria Narcyz, Kos, Rosomak i Wilga, a także centralną bazę zabiegową – Instytut Zdrowia, w ramach którego funkcjonuje Specjalistyczny Szpital im. K. Grzybowskiego. Instytut Zdrowia stanowi jedno z największych w Polsce zintegrowanych centrów rehabilitacji medycznej, realizujących świadczenia w zakresie rehabilitacji kardiologicznej, neurologicznej oraz onkologicznej, a także leczenia chorób przewlekłych i cywilizacyjnych.

– Pomysł zrodził się 5 lat temu, z perspektywy czasu okazał się on jednym z najtrudniejszych i najbardziej wymagających przedsięwzięć, z jakimi przyszło zmierzyć się Grupie American Heart of Poland. Projekt ten miał ogromne znaczenie nie tylko dla naszej organizacji, ale również dla rozwoju Ustronia – mówił Adam Szlachta, prezes Zarządu AHP.

– Infrastruktura towarzysząca Uzdrowisku Ustroń stanowi ważne uzupełnienie procesu leczenia i rehabilitacji, tworząc przyjazną przestrzeń do odpoczynku, aktywności i regeneracji. Wszystko to znajduje się w wyjątkowej lokalizacji, której walory przyrodnicze i krajobrazowe sprawiają, że jesteśmy miejscem unikatowym nie tylko w Polsce, ale również w skali Europy – podkreślił Wojciech Budzowski, Prezes Uzdrowiska Ustroń.

Jak podkreśliła Ewa Rybicka, dyrektor operacyjna Instytutu Zdrowia Uzdrowiska Ustroń, Instytut umożliwia realizację blisko 8 tys. procedur medycznych dziennie dla ponad 2 tys. pacjentów, co czyni go jednym z największych ośrodków rehabilitacyjnych w kraju pod względem wolumenu świadczeń. Dodała również, że skala działalności pozwala na prowadzenie kompleksowego procesu leczenia obejmującego zarówno hospitalizację, jak i długoterminową rehabilitację w jednym ośrodku.

Zrealizowana inwestycja miała na celu integrację leczenia szpitalnego, wczesnej rehabilitacji oraz terapii funkcjonalnej w jednym spójnym systemie opieki nad pacjentem. Modernizacja pozwoliła na zwiększenie efektywności procesu leczenia pacjentów po incydentach kardiologicznych i neurologicznych, skrócenie czasu powrotu do sprawności oraz poprawę dostępności świadczeń rehabilitacyjnych w publicznym systemie ochrony zdrowia. Istotnym elementem było także dostosowanie infrastruktury do współczesnych standardów medycznych i wymogów bezpieczeństwa klinicznego.

Zespół zabudowy uzdrowiskowej w Ustroniu-Zawodziu przy ul. Sanatoryjnej 1, decyzją Śląskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków został jednocześnie wpisany do rejestru zabytków nieruchomych województwa śląskiego. Ochroną konserwatorską objęto również obiekty pełniące funkcje medyczne i administracyjne. Oznacza to konieczność łączenia procesów inwestycyjnych z utrzymaniem ciągłości świadczeń zdrowotnych oraz ochroną wartości architektonicznych i historycznych obiektu.

Zakończona modernizacja stanowi przykład połączenia ochrony dziedzictwa modernistycznego z rozwojem infrastruktury medycznej ukierunkowanej na poprawę efektywności leczenia i dostępności świadczeń w publicznym systemie ochrony zdrowia.

Podsumowanie zakończonej modernizacji Uzdrowiska Ustroń, American Heart of Poland, odbyło się w ramach wydarzenia „Trzy U: Ustroń, Uzdrowisko, Uśmiech – Centralny Klub Pacjenta”, łączącego wykłady eksperckie, porady specjalistów oraz bezpłatne badania profilaktyczne. W wydarzeniu uczestniczyli również mistrzowie olimpijscy: Robert Korzeniowski i Władysław Kozakiewicz, którzy dzielili się doświadczeniami oraz zachęcali do regularnej aktywności fizycznej. W IV Centralnym Klubie Pacjenta wzięło udział około 3 tys. osób z całej Polski.

Źródło: inf pras

 
 
Jeszcze kilkanaście lat temu rdzeniowy zanik mięśni (SMA) był jedną z najcięższych chorób neurologicznych wieku dziecięcego. Dziś, dzięki przełomowym terapiom i programowi badań przesiewowych noworodków, coraz więcej pacjentów prowadzi aktywne życie, a SMA stopniowo staje się chorobą przewlekłą. Jak podkreśla prof. dr hab. n. med. Justyna Paprocka, konsultant krajowa w dziedzinie neurologii dziecięcej, współczesne wyzwania nie dotyczą już wyłącznie dostępu do leczenia, ale przede wszystkim jego optymalizacji. Coraz większą rolę odgrywają medycyna personalizowana, biomarkery, terapie sekwencyjne oraz zapewnienie pacjentom kompleksowej opieki na każdym etapie życia.
Pani Profesor, jak dziś wygląda leczenie rdzeniowego zaniku mięśni i czym obecna sytuacja chorych różni się od tej sprzed kilku lat?

Zmiana w leczeniu pacjentów z SMA, której jesteśmy świadkami, jest naprawdę fundamentalna. Jeszcze stosunkowo niedawno rdzeniowy zanik mięśni był chorobą głównie dziecięcą, o ciężkim, często dramatycznym przebiegu. Dziś, dzięki ogromnemu postępowi terapeutycznemu, widzimy coś zupełnie nowego, a mianowicie rosnącą populację pacjentów dorosłych. To najlepszy dowód na skuteczność leczenia, ale jednocześnie początek zupełnie nowego etapu w myśleniu o tej chorobie. Coraz częściej mamy do czynienia z pacjentami, którzy żyją długo, a SMA przyjmuje charakter choroby przewlekłej, ustabilizowanej. To automatycznie zmienia nasze cele terapeutyczne. Nie koncentrujemy się już wyłącznie na ratowaniu życia, ale na jego jakości – na funkcjonowaniu ruchowym, oddechowym, społecznym. To z kolei wymusza rozwój długoterminowych strategii opieki nad pacjentami, zwłaszcza w zakresie rehabilitacji i wsparcia wielospecjalistycznego.

Czyli zmieniło się podejście do samej terapii?

Zdecydowanie tak. Przeszliśmy od pytania „czy leczyć?” do pytania „jak leczyć najlepiej?”. Pojawienie się przełomowych terapii – takich jak nusinersen, risdiplam czy terapia genowa onasemnogene abeparvovec – oraz ich refundacja w ramach programu lekowego całkowicie zmieniło krajobraz terapeutyczny. Obecnie w Polsce w programie lekowym leczymy 655 pacjentów nusinersenem i 474 risdiplamem, terapię genową otrzymało 85 dzieci. Nie dyskutujemy już więc o dostępności leczenia, ale o jego optymalizacji. Z tego względu coraz większego znaczenia nabierają koncepcje terapii sekwencyjnych i skojarzonych. Zastanawiamy się, kiedy zmienić leczenie, a kiedy łączyć różne terapie. Każda taka decyzja musi być bardzo precyzyjna i uwzględniać wiek pacjenta, jego stan funkcjonalny, a także historię wcześniejszego leczenia, w tym udział w badaniach klinicznych. Jest to nowe podejście, które sprawia, że leczenie staje się procesem ciągłego dostosowywania do zmieniającej się sytuacji pacjenta.

Czy to oznacza, że wchodzimy w erę medycynie spersonalizowanej w rdzeniowym zaniku mięśni?

Medycyna personalizowana to jeden z najważniejszych kierunków rozwoju. Odchodzimy od modelu „jedna terapia dla wszystkich chorych” i coraz wyraźniej zmierzamy w stronę leczenia szytego na miarę. Chcemy dobierać terapię nie tylko do rozpoznania, ale też do konkretnego pacjenta – jego wieku, fenotypu, dynamiki choroby i wcześniejszych doświadczeń terapeutycznych. Ogromną rolę odegrają tutaj biomarkery. Dziś najbardziej zaawansowanym kandydatem są neurofilamenty (łańcuchy lekkie), które zostały uznane przez Europejską Agencję Leków za biomarker rozwojowy. U dzieci obserwujemy wyraźną zależność – wysokie wartości neurofilamentów odpowiadają aktywnej chorobie, a ich spadek świadczy o skuteczności leczenia. U dorosłych sytuacja jest bardziej skomplikowana, bo ta korelacja nie jest już tak wyraźna. Dlatego coraz częściej mówi się o biomarkerach złożonych, które będą łączyć parametry biologiczne, takie jak neurofilamenty, z oceną kliniczną i neuropsychologiczną.

W przyszłości biomarkery mogą pełnić trzy kluczowe funkcje – monitorować skuteczność leczenia, przewidywać przebieg choroby oraz pomagać w wyborze optymalnej terapii dla konkretnego pacjenta, także w kontekście decyzji o zmianie leczenia lub zastosowaniu terapii skojarzonych.

Jednym z przełomów w SMA jest także bardzo wczesne leczenie…

To prawda – leczenie presymptomatyczne, czyli jeszcze przed pojawieniem się jakichkolwiek objawów choroby, jest absolutnym przełomem. W Polsce jest to możliwe dzięki badaniom przesiewowym noworodków. Efekty takiego postępowania, kiedy staramy się wyprzedzać chorobę, są zdecydowanie najlepsze, co potwierdzają nasze doświadczenia kliniczne.

Obecnie idziemy jeszcze o krok dalej. Pojawiają się pierwsze doniesienia o leczeniu prenatalnym, czyli terapii rozpoczynanej jeszcze w czasie ciąży – podawanej matce, z myślą o dziecku. Dotyczy to bardzo szczególnej grupy przypadków, w których SMA zostaje rozpoznane już na etapie życia płodowego, na podstawie badań genetycznych – na przykład wtedy, gdy w rodzinie jest już chore dziecko i wykonuje się diagnostykę prenatalną. W tym kontekście mówimy o stosowaniu doustnego risdiplamu, podawanego jeszcze przed narodzinami, zanim choroba zdąży się ujawnić i doprowadzić do nieodwracalnych uszkodzeń. Na razie jest to leczenie eksperymentalne, ale pierwsze wyniki są bardzo obiecujące. To podejście pokazuje, jak bardzo przesuwa się granica możliwości terapeutycznych w rdzeniowym zaniku mięśni.

A co z nowościami terapeutycznymi?

Tych zmian jest naprawdę dużo, biorąc pod uwagę, że SMA jest chorobą rzadką. Aktualnie mamy już dostęp do risdiplamu w formie tabletek, które znacząco ułatwiają codzienne funkcjonowanie pacjentów. Zarejestrowana jest wyższa dawka nusinersenu oraz terapia genowa podawana drogą dokanałową, przeznaczona dla starszych dzieci i dorosłych pacjentów. Ponadto rozwijane są nowe cząsteczki działające bezpośrednio na mięśnie i jednocześnie coraz większego znaczenia nabiera koncepcja łączenia terapii – na przykład obecnych leków wpływających na białko SMN z terapiami ukierunkowanymi na mięśnie. To może być kolejny krok w zwiększaniu skuteczności leczenia.

Rozwój terapii niesie jednak nowe wyzwania systemowe…

Tak, i to bardzo poważne. Jednym z największych wyzwań jest dziś płynna tranzycja pacjentów z opieki pediatrycznej do systemu dla osób dorosłych. Liczba dorosłych pacjentów z SMA rośnie, natomiast liczba ośrodków przygotowanych do ich leczenia pozostaje niewystarczająca. To może wpływać na ciągłość terapii. Z jednej strony potrzebujemy standaryzacji, czyli jasnych wytycznych i algorytmów postępowania, które zapewnią pacjentom bezpieczeństwo i spójność terapii, ale z drugiej – musimy zachować elastyczność i możliwość dostosowania leczenia do konkretnego chorego.

Kolejnym wyzwaniem jest monitorowanie efektów leczenia. Potrzebujemy dobrze prowadzonych rejestrów, które pozwolą nam ocenić skuteczność i bezpieczeństwo terapii – szczególnie w przypadku terapii sekwencyjnych i skojarzonych – a także ich wpływ na jakość życia pacjentów. Jest to niezwykle ważne również w kontekście decyzji refundacyjnych, ponieważ mówimy o terapiach bardzo kosztownych.

Jakie są najważniejsze kierunki na najbliższe lata?

Bez wątpienia dalszy rozwój medycyny personalizowanej czyli terapii szytych na miarę, opartych na kompleksowych danych i biomarkerach. Równolegle będą rozwijać się strategie łączenia i sekwencjonowania terapii oraz bardzo wczesnej interwencji terapeutycznej. Ale równie ważne będzie zarządzanie odniesionym już sukcesem, bo będąca jego efektem, rosnąca liczba dorosłych pacjentów z SMA oznacza nowe wyzwania, m.in. ortopedyczne, społeczne i związane z jakością życia.

Ale największa, najważniejsza zmiana już się dokonała – dziś nie pytamy już, czy możemy pomóc pacjentowi z SMA, lecz pytamy o to, jak najlepiej prowadzić go przez całe jego życie. I to jest zupełnie nowy rozdział w historii tej choroby.

Źródło: inf pras

Polska stoi przed jednym z największych wyzwań zdrowotnych i społecznych najbliższych dekad. Z danych GUS wynika, że liczba osób po 60. roku życia będzie systematycznie rosła, zwiększając zapotrzebowanie na opiekę medyczną, rehabilitację i wsparcie społeczne. Tymczasem eksperci alarmują, że obecny system ochrony zdrowia nie jest przygotowany na skalę nadchodzących zmian. Podczas VI Kongresu „Pacjent w Centrum Uwagi” organizowanego przez DOZ S.A. zwracano uwagę na niedobór specjalistycznej opieki geriatrycznej, problem wielolekowości, brak koordynacji działań oraz konieczność inwestowania w profilaktykę i aktywne starzenie się społeczeństwa.
Z danych GUS wynika, że na koniec 2023 r. było już 9,9 mln osób 60+, a do 2060 r. może ich być 11,9 mln. To oznacza nie tylko więcej seniorów, ale też więcej chorób przewlekłych, leków i potrzeby rehabilitacji. Problem w tym, że geriatria nie wystarczy. W Polsce działa tylko 195 poradni geriatrycznych i 62 oddziały z ok. 1,2 tys. łóżek. Eksperci podkreślają więc, że potrzebny jest model współpracy wielu specjalistów, a nie leczenie seniora „na raty” w kolejnych gabinetach.

Starość zaczyna się „poza szpitalem”. Warszawa pokazuje kierunek

Starzenie nie zaczyna się w gabinecie, tylko na ulicy, przystanku i w mieszkaniu bez windy. Dlatego jako przykład działań samorządowych wskazywano Warszawę. Jarosław Jóźwiak, radny Warszawy i przewodniczący komisji zdrowia, mówił o transporcie, profilaktyce, szczepieniach i rozwiązaniach mieszkaniowych. Jak podkreślał, „miasto podchodzi do wsparcia seniorów w sposób integralny”.

Zwracał też uwagę, że dłuższe życie oznacza większe potrzeby. „Im lepiej, tym trudniej – mówił, dodając – Sztuka życia polega na tym, by w wieku 80-90 lat jeździć na rajdach i ćwiczyć na siłowni”. To pokazuje, że aktywna starość zależy nie tylko od chęci, ale też od warunków: dostępnej przestrzeni, usług, profilaktyki i wsparcia.

Brak informacji i koordynacji – bariera, która psuje nawet dobre rozwiązania

Nawet najlepsze lokalne programy nie wystarczą jednak, jeśli pacjent – szczególnie senior – nie wie, gdzie i po co ma się zgłosić. Uczestnicy kongresu podkreślali problem niedostatecznej informacji oraz brak spójnej koordynacji działań. Irena Rej, prezes Izby Gospodarczej Farmacja, oceniała, że „dużo mówimy i robimy, tylko brak koordynacji pomiędzy jednym a drugim”. Zwracała uwagę, że seniorzy często nie wiedzą, jakie mają uprawnienia i gdzie szukać pomocy. „Jak nie wiemy, to narzekamy. Jak wiemy, to możemy być aktywni” – mówiła.

Wątek aktywizacji seniorów powiązano z profilaktyką i zdrowiem publicznym. Łukasz Salwarowski podkreślał, że „człowiek nieaktywny, zamknięty w czterech ścianach, to człowiek chory”, a izolacja i bierność szybko przekładają się na pogorszenie stanu zdrowia – i w konsekwencji na koszty ponoszone zarówno przez system, jak i przez rodziny.

Wielolekowość: NFZ o skali problemu, apteki o możliwym rozwiązaniu

Jednym z największych wyzwań zdrowotnych seniorów jest wielolekowość. Z danych NFZ wynika, że „aż 1/3 Polaków po 65. roku życia przyjmuje co najmniej 5 leków dziennie”, co zwiększa ryzyko interakcji i powikłań.

Dlatego podczas kongresu dużo mówiono o roli farmaceutów, bo to właśnie apteka często jest dla seniora najłatwiej dostępnym miejscem kontaktu z systemem ochrony zdrowia. Zdaniem uczestników rozwój usług takich jak przeglądy lekowe czy edukacja pacjentów może poprawić bezpieczeństwo terapii. „Jeżeli w aptekach będą takie usługi, jak przegląd lekowy, będziemy mogli edukować pacjentów, jak zażywać leki (…) to system na tym zyska” – przekonywał Radosław Wesołek.

Profilaktyka i styl życia: starość zaczyna się dużo wcześniej niż w gabinecie

W dyskusji o systemie łatwo skupić się na brakach kadrowych i organizacyjnych, a zapomnieć, że część ryzyka można ograniczać, zanim pacjent trafi do przychodni. W tym kontekście wybrzmiała perspektywa prof. Michała Rabijewskiego, który podkreślał znaczenie codziennych nawyków – ruchu, diety i profilaktyki – nawet wtedy, gdy ktoś ma obciążenia rodzinne. Jak mówił: „W granicach 80, 90% tego, ile my będziemy żyli i w jakim zdrowiu będziemy żyli, tak naprawdę zależy od nas samych”. W praktyce oznacza to, że system powinien nie tylko leczyć skutki, ale także wspierać ludzi w utrzymaniu sprawności jak najdłużej – bo to jedna z najbardziej opłacalnych i zarazem najbardziej „ludzkich” dróg ochrony zdrowia.

Wnioski z kongresu DOZ: współpraca i koordynacja zamiast gaszenia pożarów

Z debaty podczas VI Kongresu „Pacjent w Centrum Uwagi” organizowanego przez DOZ S.A. wyłaniał się obraz systemu, który nie nadąża za rosnącą liczbą seniorów: opieka nad pacjentem wielochorobowym jest rozproszona, informacja nie zawsze dociera tam, gdzie powinna, a profilaktyka zbyt często ustępuje leczeniu skutków.

Uczestnicy podkreślali, że potrzebne są lepsza koordynacja, silniejsza profilaktyka i współpraca między zawodami medycznymi, by seniorzy szybciej otrzymywali wsparcie bliżej domu, a system mógł ograniczać możliwe do uniknięcia powikłania i hospitalizacje. W przeciwnym razie zamiast planu pozostanie reagowanie i „gaszenie pożarów”.

Źródło: PAP MediaRoom

Prehabilitacja, rozumiana jako kompleksowe przygotowanie pacjenta do leczenia i rehabilitacji, była głównym tematem XIV Bonifraterskich Spotkań z Rehabilitacją w Piaskach koło Gostynia. Wydarzenie organizowane przez Bonifraterskie Centrum Medyczne zgromadziło ekspertów różnych dziedzin medycyny, którzy podkreślali, że skuteczne leczenie nie zaczyna się w dniu zabiegu i nie kończy w momencie wypisu ze szpitala. Coraz większe znaczenie zyskuje holistyczne podejście obejmujące nie tylko terapię medyczną, ale także żywienie, przygotowanie psychiczne, rehabilitację i bezpieczeństwo pacjenta.
Organizowane przez Bonifraterskie Centrum Medyczne – Szpital Rehabilitacyjny Zakonu Bonifratrów w Piaskach k. Gostynia – spotkanie od dawna wykracza poza formułę konferencji. To przestrzeń dialogu, wymiany doświadczeń i interdyscyplinarnej rozmowy o tym, jak mądrzej, uważniej i skuteczniej pomagać pacjentom.

Człowiek w centrum – przesłanie otwarcia

Konferencję otworzył list Prowincjała Zakonu Bonifratrów, br. Pawła Kulki OH, który nadał całemu wydarzeniu głęboki, wartościowy kontekst. „Troska o człowieka chorego nie jest jedynie zadaniem zawodowym, ale także drogą formacji serca: uczenia się uważności, cierpliwości i miłosierdzia” – napisał Prowincjał w liście odczytanym przez pierwszego radnego Prowincji, br. Tymoteusza Hołozubca OH.

W centrum tego spojrzenia znalazła się prehabilitacja – rozumiana nie jako etap, ale jako sposób myślenia o pacjencie. „Nie wszystko zaczyna się w dniu zabiegu i nie wszystko kończy się w dniu wypisu” – zaznaczył Prowincjał. Podkreślił, że Św. Jan Boży pozostawił charyzmat hospitalitas – gościnności gotowej przyjąć człowieka takim, jakim jest, z jego cierpieniem, niepewnością i kruchością. „W tym świetle rehabilitacja i prehabilitacja stają się czymś więcej niż zestawem ćwiczeń czy zaleceń – są towarzyszeniem człowiekowi w odzyskiwaniu zdrowia, sprawności i nadziei. To właśnie w takim podejściu szczególnie wyraźnie widać, […] że prawdziwa troska obejmuje całego człowieka: jego ciało i kondycję, jego godność  i bezpieczeństwo, jego relacje oraz duchowość. Człowiek jest jednością – a więc i nasza pomoc powinna być integralna: oparta na wiedzy i profesjonalizmie, a zarazem przeniknięta uważnością, cierpliwością i szacunkiem” – napisał w liście do uczestników spotkania przełożony Polskiej Prowincji Zakonu Bonifratrów.

Naszym zadaniem jest szukać rozwiązań, które służą pacjentowi

Wystąpienie Prezesa Zarządu Bonifraterskiego Centrum Medycznego mocno osadziło konferencję w realiach codziennej pracy zespołów medycznych. „O jakości w ochronie zdrowia nie świadczą deklaracje ani dokumenty – świadczy nasza codzienna praca, decyzje, które podejmujemy, i sposób, w jaki jesteśmy obecni przy pacjencie” – mówił Jacek Graliński. Podkreślił, że prehabilitacja pokazuje, iż leczenie nie zaczyna się w dniu zabiegu i nie kończy się w dniu wypisu – to proces, w którym towarzyszymy pacjentowi dużo wcześniej i dużo dłużej. Jak zaznaczył, jest to także istotne wyzwanie organizacyjne. „System nie zawsze nadąża za rzeczywistością kliniczną, ale naszym zadaniem jest każdego dnia szukać rozwiązań, które najlepiej służą pacjentowi – nawet w warunkach ograniczeń i wyzwań organizacyjnych” – podkreślił.

Mocny i wielowątkowy głos ekspertów

Część merytoryczna konferencji pokazała, jak szeroko i wielowymiarowo współcześnie rozumiane jest przygotowanie pacjenta do leczenia – od zagadnień chirurgicznych i internistycznych po żywienie, fizjoterapię i nowoczesne podejście do bezpieczeństwa terapii.

Mocnym otwarciem części eksperckiej było wystąpienie prof. dr. hab. n. med. Rafała Stojko, zastępcy dyrektora ds. medycznych Szpitala Zakonu Bonifratrów w Katowicach, prezesa Polskiego Towarzystwa Ginekologów i Położników poświęcone zarządzaniu krwią jako ważnemu elementowi prehabilitacji – zagadnieniu coraz wyraźniej obecnemu w nowoczesnym podejściu do bezpieczeństwa pacjenta. O znaczeniu prehabilitacji w chirurgii onkologicznej mówił z kolei prof. dr hab. n. med. Mirosław Szura, dyrektor ds. medycznych Szpitala Zakonu Bonifratrów w Krakowie i przewodniczący Rady Naukowej Bonifraterskiego
Centrum Medycznego, pokazując, jak właściwe przygotowanie chorego wpływa na przebieg leczenia i proces rekonwalescencji.

Perspektywę praktyczną wniósł Mateusz Kózka – chirurg, specjalista chirurgii naczyniowej z zespołu dr. n. med. Macieja Chwały ze Szpitala Zakonu Bonifratrów św. Jana Grandego w Krakowie – omawiając ścieżkę przygotowania pacjenta do zabiegu angiologicznego. Do codziennych dylematów klinicznych odniosła się natomiast dr Dorota Studzińska, także z krakowskiego Szpitala Zakonu Bonifratrów, podejmując temat modyfikacji leczenia przewlekłego w okresie przedoperacyjnym – decyzji wymagających doświadczenia, uważności i dużej odpowiedzialności.

Istotnie wybrzmiał również wątek żywienia. Mgr Marta Zygmanowska-Mykaj podkreśliła rolę diety przeciwzapalnej jako elementu przygotowania pacjenta do leczenia, a temat ten został rozwinięty także w wystąpieniu dr hab. n.med. Agaty Kosmaczewskiej poświęconym znaczeniu żywienia w poprawie jakości życia kobiet z endometriozą.

O roli rehabilitacji i prehabilitacji uroginekologicznej mówił dr hab. n. o zdr. Kuba Ptaszkowski, prof. UMW, zwracając uwagę na obszary, które wciąż wymagają większej obecności w codziennej praktyce klinicznej.

Mgr Aleksandra Reichert zaprezentowała z kolei trening węchowy jako jedną z metod prehabilitacji, pokazując, jak szeroko można dziś definiować przygotowanie pacjenta do terapii.

Część wykładową domknęło wystąpienie dr. hab. n. med. Macieja Krawczyka, który spojrzał w przyszłość, mówiąc o rozwoju kompetencji fizjoterapeutów w Polsce i na świecie.
Ważnym zwieńczeniem wydarzenia była dyskusja panelowa z udziałem m.in. prezesa Jacka Gralińskiego oraz prof. Jana Szczegielniaka – podsumowująca najważniejsze wątki konferencji i otwierająca przestrzeń do wymiany doświadczeń między ekspertami.

Bonifraterskie Spotkania z Rehabilitacją to cykliczna konferencja organizowana przez Bonifraterskie Centrum Medyczne – Szpital Rehabilitacyjny Zakonu Bonifratrów pod wezwaniem św. Benedykta Menni w Piaskach-Marysinie – która od lat gromadzi specjalistów różnych dziedzin medycyny, fizjoterapii i opieki nad pacjentem. Spotkania w Piaskach od lat są przestrzenią wymiany wiedzy, doświadczeń i dobrych praktyk, ale także miejscem budowania relacji i dialogu między środowiskami medycznymi. Ich celem pozostaje wspólne poszukiwanie rozwiązań, które realnie przekładają się na jakość życia pacjentów.

Szpital Rehabilitacyjny Zakonu Bonifratrów pod wezwaniem św. Benedykta Menni w Piaskach-Marysinie jest jednym z kluczowych ośrodków Bonifraterskiego Centrum Medycznego, specjalizującym się w kompleksowej rehabilitacji ogólnoustrojowej i neurologicznej. Placówka rozwija model opieki oparty na współpracy zespołów interdyscyplinarnych – lekarzy, fizjoterapeutów, pielęgniarek i specjalistów innych dziedzin – zapewniając pacjentom ciągłość i spójność procesu leczenia. Szpital w Piaskach jest także miejscem, w którym szczególny nacisk kładzie się na jakość i bezpieczeństwo opieki, co znajduje potwierdzenie w uzyskiwanych certyfikatach i wyróżnieniach jakościowych, a przede wszystkim w doświadczeniu pacjentów.

Bonifraterskie Centrum Medyczne prowadzi szpitale wielospecjalistyczne, stacjonarną, ambulatoryjną i domową opiekę rehabilitacyjną, hospicjum stacjonarne i domowe oraz stacjonarną opiekę paliatywną, a także podstawową opiekę zdrowotną i ambulatoryjną opiekę specjalistyczną. Działa w zgodzie z etosem – charyzmatem szpitalnictwa Zakonu Bonifratrów, którego fundamentami są jakość, odpowiedzialność, szacunek oraz duchowość. Z powodzeniem łączy wielowiekową tradycję Bonifratrów z otwartością na innowacje w ochronie zdrowia.

Źródło: inf pras

Lecznictwo uzdrowiskowe od lat funkcjonuje w Polsce w stanie swoistego systemowego zawieszenia. Z jednej strony nikt nie kwestionuje, że pozostaje ono ważnym elementem opieki nad pacjentami przewlekle chorymi, osobami starszymi, pacjentami wymagającymi rehabilitacji, rekonwalescencji i długofalowego wsparcia funkcjonalnego. Z drugiej strony praktyka organizacyjna pokazuje, że ten segment systemu ochrony zdrowia wciąż jest obciążony problemami, które nie tylko ograniczają jego efektywność, ale też utrwalają uproszczony, nie do końca medyczny sposób myślenia o jego roli. Jednym z najbardziej widocznych objawów tej niewydolności są tzw. niedojazdy pacjentów, czyli sytuacje, w których zakontraktowane miejsce w uzdrowisku ostatecznie nie zostaje wykorzystane. Jak wynika z danych przedstawionych podczas posiedzenia, skala zjawiska utrzymuje się od lat na podobnym poziomie, mimo ogromnej pracy organizacyjnej wykonywanej przez oddziały wojewódzkie NFZ.
Przedstawicielka NFZ Barbara Jabłońska wskazywała, że w 2024 r. realizacja skierowań stacjonarnych wyniosła 98,29 proc., a liczba niezrealizowanych skierowań sięgnęła 7342. Rok później wskaźnik ten był nieco wyższy – 98,6 proc., przy 6145 niewykorzystanych skierowaniach. W praktyce utrzymanie takiego poziomu realizacji wymaga jednak ogromnej pracy organizacyjnej. „Przy około 430 tys. skierowań w 2024 r. pracownicy oddziałów wojewódzkich NFZ wykonali ponad 611 tys. operacji rezerwacji. Oznacza to, że liczba działań administracyjnych znacząco przekracza liczbę samych skierowań – wszystko po to, żeby utrzymać realizację na poziomie około 98 proc.” – zaznaczała przedstawicielka NFZ.

Kiedy pacjent nie przyjeżdża – skala i przyczyny niedojazdów

Dr Jacek Gąsiorowski, konsultant wojewódzki ds. medycyny fizykalnej z Dolnego Śląska, zwracał uwagę, że część rezygnacji ma charakter całkowicie niesystemowy i wynika z bardzo swobodnego traktowania leczenia uzdrowiskowego przez samych pacjentów. Jak mówił, „Chciałbym zwrócić uwagę na bardzo duży problem powodów zwrotów skierowań. Pacjenci bardzo często oddają skierowania w ostatniej chwili albo po prostu nie przyjeżdżają z powodów błahych. Powiem kolokwialnie – są w tej kwestii rozpasani ponad wyobrażenie. W mojej ocenie w takich sytuacjach powinna istnieć możliwość dyskwalifikacji takiej osoby z ponownego wyjazdu”. Wśród powodów rezygnacji wymieniał m.in. umówiony termin implantu zębowego, zaplanowany wyjazd rodzinny, komunię, niekorzystne warunki atmosferyczne czy fakt, że małżonkowie otrzymali skierowania do różnych typów zakładów lecznictwa uzdrowiskowego i nie mogą wyjechać razem. W praktyce prowadzi to do długotrwałej korespondencji, kolejnych zmian terminów i ogromnego nakładu pracy administracyjnej, przy czym pacjent bardzo często zachowuje pełną swobodę ponownego ubiegania się o kolejny wyjazd.

Dr Aleksandra Sędziak, konsultant krajowa w dziedzinie medycyny fizykalnej i balneologii, zwracała uwagę, że problem nie dotyczy wyłącznie tych pacjentów, którzy oficjalnie zwracają skierowanie. Istnieje także grupa osób, które po prostu nie informują ani NFZ, ani świadczeniodawcy, że nie przyjadą. Wówczas placówka pozostaje z pustym łóżkiem, przygotowanym personelem i niewykorzystanym zapleczem, a w przypadku turnusu najczęściej nie ma już możliwości sensownego uzupełnienia tego miejsca. Jej zdaniem w systemie praktycznie nie istnieją dziś żadne mechanizmy dyscyplinujące pacjentów. Nie chodzi przy tym o kary finansowe, które trudno byłoby realnie wdrożyć, ale o rozwiązania miękkie, takie jak dłuższa karencja przed możliwością ponownego złożenia skierowania w przypadku nieuzasadnionej rezygnacji. 

Lecznictwo uzdrowiskowe wciąż nie zostało porządnie osadzone w systemie rehabilitacji i opieki długoterminowej. Dr Aleksandra Sędziak wskazywała, że uzdrowiska dysponują zapleczem, kompetencjami, kadrą i bazą łóżkową, które mogłyby w większym stopniu przejąć opiekę nad pacjentami przewlekle chorymi, seniorami oraz osobami wymagającymi regularnej rehabilitacji. Oddziały rehabilitacji stacjonarnej powinny natomiast koncentrować się przede wszystkim na pacjentach pilnych, po świeżych incydentach, zabiegach czy urazach. Taki podział ról lepiej odpowiadałby rzeczywistym potrzebom klinicznym. Dziś jednak te granice są rozmyte, a część pacjentów trafia do niewłaściwego typu świadczenia, podczas gdy potencjał szpitali uzdrowiskowych i rehabilitacji uzdrowiskowej pozostaje niedowykorzystany. Szczególnie jaskrawo wybrzmiało to w odniesieniu do Dolnego Śląska, gdzie – jak wskazywała konsultant krajowa – zakontraktowanych jest niespełna 60 łóżek rehabilitacji uzdrowiskowej szpitalnej, a ich obłożenie sięga zaledwie około 50 proc., mimo że pacjentów z takimi potrzebami nie brakuje.

Sanatorium to nie wypoczynek, tylko leczenie

Prof. Joanna Głogowska-Szeląg, przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Medycyny Fizykalnej, mocno akcentowała potrzebę odejścia od potocznego myślenia o „sanatorium” jako miejscu pobytu i wypoczynku. „Jeśli mówimy o medycynie i o pacjencie, powinniśmy mówić o leczeniu uzdrowiskowym. Im szybciej zaczniemy to w ten sposób postrzegać, tym szybciej zmieni się także sposób myślenia o tej formie leczenia” – podkreślała. Jej zdaniem słaby społeczny i medialny wizerunek lecznictwa uzdrowiskowego przekłada się na brak właściwego zrozumienia jego funkcji zarówno wśród pacjentów, jak i części lekarzy kierujących. Leczenie uzdrowiskowe wciąż zbyt często kojarzone jest z wyjazdem wypoczynkowym, a nie ze świadczeniem medycznym. To z kolei utrudnia budowanie poważnej pozycji tego segmentu wobec rehabilitacji stacjonarnej czy szpitalnej.

Na ten sam problem zwracano uwagę również w kontekście pacjentów aktywnych zawodowo. Zdaniem prof. Głogowskiej-Szeląg brak możliwości korzystania z leczenia uzdrowiskowego w formule zbliżonej do zwolnienia lekarskiego ogranicza dostępność tej formy terapii dla młodszych pacjentów i osób pracujących. Dla wielu z nich wyjazd oznacza konieczność wykorzystania urlopu, co w naturalny sposób zniechęca do skorzystania ze świadczenia. Jest to szczególnie istotne w przypadku pacjentów, którzy mogliby odnieść korzyść z wcześniejszej interwencji, przygotowania do zabiegów, tzw. prehabilitacji czy leczenia na etapie mniej zaawansowanych zmian chorobowych. Właśnie w tym obszarze znajduje się jeden z największych niewykorzystanych potencjałów lecznictwa uzdrowiskowego: mogłoby ono w większym stopniu wspierać profilaktykę, opóźniać rozwój niepełnosprawności i zmniejszać późniejsze koszty opieki.

Przepisy sprzed kilkunastu lat coraz słabiej pasują do współczesnej medycyny

Dr Aleksandra Sędziak zwracała uwagę, że obowiązujące przepisy regulujące kierowanie pacjentów do zakładów lecznictwa uzdrowiskowego wymagają dziś aktualizacji. „Rozporządzenie regulujące zasady kierowania i kwalifikowania do zakładów lecznictwa uzdrowiskowego pochodzi z 2012 roku. Na pierwszy rzut oka nie wydaje się to odległy czas, ale w medycynie to bardzo dużo – w tym okresie zmieniło się podejście do wielu chorób i przeciwwskazań do leczenia. Dlatego dziś coraz wyraźniej widać, że część zapisów wymaga aktualizacji.

Dotyczy to zwłaszcza obszaru przeciwwskazań, kwalifikacji pacjentów po leczeniu onkologicznym, z chorobami hematologicznymi czy problemami psychiatrycznymi. Jej propozycja zmierza w kierunku aktualizacji katalogu przeciwwskazań oraz wskazań do szpitala uzdrowiskowego i rehabilitacji uzdrowiskowej, przy jednoczesnym odejściu od nadmiernie sztywnego katalogu wskazań do sanatorium. W tym modelu większe znaczenie miałaby wiedza medyczna lekarza kierującego, a mniejsze formalne trzymanie się katalogu kodów i rozpoznań. „Chodzi o to, aby to wiedza medyczna – a nie sam kod ICD – decydowała o możliwości skierowania pacjenta na leczenie uzdrowiskowe” – mówiła.

Ewa Rybicka, reprezentująca środowisko świadczeniodawców, Unię Uzdrowisk Polskich i fizjoterapeutów, podkreślała, że kluczowe znaczenie ma tu określenie celu postępowania terapeutycznego oraz ocena funkcjonalna pacjenta. „Podstawą rehabilitacji jest określenie celu terapii. Przyjmując pacjenta do jakiejkolwiek formy leczenia – czy fizjoterapii, czy leczenia uzdrowiskowego – musimy wiedzieć, jaki efekt chcemy osiągnąć. Mamy narzędzia do oceny funkcjonalnej pacjenta i to one powinny decydować o doborze działań terapeutycznych. Wtedy nie chodzi już o to, czy pacjent dostanie określoną liczbę zabiegów, ale o to, czy osiągniemy zakładany efekt leczenia” – mówiła.

Jeżeli wiadomo, jaki efekt ma zostać osiągnięty, łatwiej dobrać właściwe procedury, ocenić ich skuteczność i racjonalnie zarządzać świadczeniem. Z tej perspektywy lecznictwo uzdrowiskowe nie powinno być traktowane jako sztywny pakiet jednakowych działań, lecz jako część szerszego procesu celowanej rehabilitacji.

Poseł Patryk Wicher wskazywał, że część tych rozwiązań ma charakter bezkosztowy i mogłaby usprawnić funkcjonowanie systemu bez dodatkowych nakładów finansowych. Zwracał uwagę nie tylko na potrzebę uporządkowania samych rodzajów świadczeń, ale też na możliwość wykorzystania nowych technologii do kontaktu z pacjentami. Jego zdaniem współczesne narzędzia cyfrowe, automatyczne komunikaty i systemy potwierdzania gotowości wyjazdu mogłyby zmniejszyć skalę rezygnacji i ułatwić szybsze zagospodarowanie wolnych miejsc. Podkreślał również, że lekarze kierujący często nie rozróżniają w praktyce sanatorium, szpitala uzdrowiskowego i rehabilitacji uzdrowiskowej, co prowadzi do błędów już na samym początku ścieżki pacjenta. 

Puste miejsca w turnusach to także realne straty finansowe

Praktyczny wymiar strat najlepiej wybrzmiał w wypowiedziach przedstawicieli uzdrowisk. Janusz Zaborowicz, prezes Uzdrowiska Wieniec-Zdrój, mówił o setkach niedojazdów już w pierwszych turnusach roku i opisywał, jak wygląda telefoniczna weryfikacja sytuacji pacjentów w dniu przyjazdu. W jednym z takich dni na 47 niedojazdów 17 osób nie odebrało telefonu, 20 deklarowało chorobę lub pobyt w szpitalu, część twierdziła, że w ogóle nie otrzymała skierowania. Skala strat jest nie tylko organizacyjna, ale i finansowa. Jak podkreślał, rocznie w jego placówce przekłada się to na około 1122 ‘nieprzyjazdy’ i stratę rzędu 5,2 mln zł. Problem dotyczy też wykorzystania pokoi komercyjnych, które uzdrowisko musi ograniczać, aby utrzymać gotowość dla kontraktu z NFZ. Z kolei Marcin Zajączkowski, prezes Uzdrowiska Ciechocinek, zauważał, że mimo wieloletnich raportów, rekomendacji i prac eksperckich sytuacja zasadniczo się nie zmieniła, a w części segmentów, zwłaszcza w lecznictwie uzdrowiskowym dzieci, skala ‘niedojazdów’ przybiera już wymiar krytyczny. W jego ocenie w przypadku Ciechocinka w tym roku sięga ona blisko 30 proc.

Z wypowiedzi Elżbiety Mianowskiej-Komzy wynika, że Ministerstwo Zdrowia dostrzega skalę problemu i deklaruje gotowość do współpracy, zarówno w obszarze przeciwwskazań, jak i organizacji skierowań. „Jesteśmy otwarci na propozycje zmian, zwłaszcza w obszarze przeciwwskazań do leczenia uzdrowiskowego. W tym zakresie oczekujemy wkładu ze strony ekspertów, w tym konsultanta krajowego. Jednocześnie mamy świadomość, że problem tzw. niedojazdów jest duży i wymaga systemowej refleksji.” – deklarowała Elżbieta Mianowska-Komza, Radca w Departamencie Lecznictwa w Ministerstwie Zdrowia.

Jednocześnie resort zdrowia sygnalizuje ostrożność wobec zbyt automatycznego wprowadzania sankcji wobec pacjentów. Przedstawicielka Ministerstwa podkreśla, że: „Musimy jednak uważać, żeby nie wylać dziecka z kąpielą. Oczywiście zdarzają się rezygnacje z powodów błahych, ale są też sytuacje, które trudno jednoznacznie ocenić. Dlatego być może należałoby określić pewne kryteria – które powody uznajemy za uzasadnione, a które nie. Trzeba przy tym pamiętać, że wielu pacjentów to osoby starsze, w różnych sytuacjach życiowych, dlatego przy wprowadzaniu jakichkolwiek sankcji trzeba zachować ostrożność. Z jednej strony problem jest realny i wymaga większej dyscypliny, z drugiej – nie powinniśmy pozbawiać pacjentów możliwości leczenia.”

Problem zaczyna się znacznie wcześniej niż w samym uzdrowisku

Cała dyskusja prowadzi do wniosku, że problem lecznictwa uzdrowiskowego nie sprowadza się do samej liczby pustych miejsc na turnusach. Chodzi o coś więcej: o nie do końca uporządkowaną rolę tego segmentu w całym systemie ochrony zdrowia, o niespójne przepisy, nieaktualne kryteria kwalifikacji, niedostateczne wykorzystanie potencjału rehabilitacyjnego uzdrowisk i utrwalony społecznie obraz wyjazdu „do sanatorium” jako czegoś bardziej turystycznego niż medycznego. W tym sensie ‘niedojazdy’ są tylko najbardziej widocznym objawem znacznie szerszego problemu. Uzdrowiska mają bazę, personel, doświadczenie i zasoby, ale wciąż nie zostały systemowo włączone w sposób odpowiadający współczesnym potrzebom starzejącego się społeczeństwa, rosnącej liczby pacjentów przewlekłych i konieczności wzmacniania opieki rehabilitacyjnej.

To dlatego podczas posiedzenia tak wyraźnie powracał postulat zmian bezkosztowych lub niskokosztowych: uporządkowania kwalifikacji, aktualizacji przepisów, lepszego wykorzystania technologii komunikacyjnych, doprecyzowania przeciwwskazań, wzmocnienia roli lekarza kierującego i odejścia od sztywnego, anachronicznego modelu przypisywania pacjentów do świadczeń. 

Źródło: opracowanie redakcyjne na podstawie zapisu posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Lecznictwa Uzdrowiskowego, Mundurowej Służby Zdrowia, Rehabilitacji i Gmin Uzdrowiskowych oraz Parlamentarnego Zespołu na rzecz wspierania rozwoju uzdrowisk i gmin uzdrowiskowych pt. „Aktualne problemy w lecznictwie uzdrowiskowym”, które odbyło się 26 marca 2026 r. w Sejmie RP.
Lipoedema długo pozostawała w Polsce chorobą, która nie miała swojego miejsca w systemie. Nie dlatego, że jest medycznie nieuchwytna, lecz dlatego, że w praktyce klinicznej zbyt łatwo stapia się z rozpoznaniami, które mają gotowe ścieżki postępowania, otyłością, przewlekłą niewydolnością żylną, obrzękiem limfatycznym. W efekcie pacjentki latami krążą między gabinetami, a ostatecznie trafiają do prywatnych usług, gdzie obietnica szybkiej poprawy bywa silniejsza niż standardy medycyny opartej na dowodach.
Z klinicznego punktu widzenia lipoedema jest przewlekłą, postępującą chorobą tkanki podskórnej, która dotyczy głównie kończyn dolnych, czasem także górnych, i prowadzi do symetrycznego, dysproporcjonalnego nagromadzenia patologicznej tkanki tłuszczowej. W odróżnieniu od otyłości, ta zmieniona tkanka nie reaguje w sposób przewidywalny na dietę ani aktywność fizyczną. W odróżnieniu od obrzęku limfatycznego, podstawowym, konstytutywnym objawem jest ból i tkliwość, a także skłonność do powstawania siniaków. Coraz częściej lipoedema opisywana jest jako choroba o charakterze wieloukładowym, z komponentą mikrokrążeniową i zapalną oraz wtórnym obciążeniem układu limfatycznego, co tłumaczy, dlaczego w codziennym funkcjonowaniu pacjentek dominują objawy, których nie da się sprowadzić ani do „estetyki sylwetki”, ani do prostej kategorii nadmiernej masy ciała.

Najbardziej niedoszacowanym wymiarem tej choroby pozostaje ból przewlekły. To on organizuje życie pacjentek, wpływa na zdolność do pracy, na aktywność społeczną, na decyzje życiowe i rodzinne. Z biegiem czasu narasta ograniczenie funkcji, pojawiają się trudności w długotrwałym staniu, chodzeniu, wchodzeniu po schodach i wykonywaniu podstawowych czynności domowych. W zawodach wymagających mobilności, takich jak praca w ochronie zdrowia, edukacji, handlu czy usługach, lipoedema może oznaczać stopniową utratę możliwości utrzymania aktywności na dotychczasowym poziomie. Dla systemu to nie tylko koszty bezpośrednie leczenia, lecz także koszty pośrednie, absencje, spadek produktywności, a w skrajnych przypadkach ryzyko trwałej niepełnosprawności funkcjonalnej i świadczeń rentowych.

W tle tych konsekwencji jest doświadczenie, które pacjentki opisują niezwykle spójnie, wieloletnie opóźnienie rozpoznania. Problem nie polega na braku „jednego badania”, które trzeba wykonać, lecz na braku formalnej ścieżki i świadomości klinicznej. Gdy choroba jest utożsamiana z otyłością, naturalnym zaleceniem staje się redukcja masy ciała, a brak efektu w obrębie zmienionej tkanki tłuszczowej bywa interpretowany jako brak dyscypliny. Ten mechanizm napędza wstyd, poczucie winy i frustrację terapeutyczną. Pacjentki podejmują kolejne próby diet i wysiłku fizycznego, trafiają na interwencje, które nie rozwiązują problemu, a jednocześnie utwierdzają je w przekonaniu, że system nie dostrzega ich choroby. Kiedy przez lata nie ma diagnozy, a cierpienie fizyczne jest stale podważane lub upraszczane wraz z tym rośnie ryzyko objawów lękowych i depresyjnych, zaburzeń odżywiania, spadku jakości życia i wycofania społecznego

Lipoedema jest też chorobą, w której koszty ponoszone przez pacjentki szybko stają się barierą leczenia. Elementem, który w praktyce decyduje o funkcjonowaniu, jest kompresjoterapia, w tym wyroby uciskowe, które wymagają systematycznego stosowania, wymiany i dopasowania. Jeśli brak jest jasnych wskazań refundacyjnych, a możliwość zlecania wyrobów medycznych ogranicza się do wąskiej listy specjalizacji, pacjentki zostają w szarej strefie systemu, formalnie mogą korzystać ze świadczeń „na zasadach ogólnych”, ale realnie nie mają dostępu do rozwiązań, które w tej jednostce chorobowej są standardem leczenia zachowawczego. Podobny mechanizm dotyczy rehabilitacji, która bez znajomości specyfiki choroby może być dla pacjentek źródłem dodatkowego cierpienia, a nie poprawy. Najdroższe pozostaje leczenie operacyjne, podejmowane prywatnie, często po wielu latach błądzenia diagnostycznego, bez jednolitych kryteriów kwalifikacji i bez systemowych narzędzi oceny efektów.

W tym miejscu ujawnia się zasadniczy problem państwa, lipoedema jest niewidoczna w danych, więc nie da się nią zarządzać: nie ma rejestru pacjentek, nie ma monitorowania rozpoznań, przebiegu choroby i wyników terapii

Skala występowania lipoedemy w literaturze międzynarodowej bywa szacowana szeroko, zwykle mówi się o kilku do kilkunastu procentach kobiet, ale rozpiętość tych danych wynika z różnic metodologicznych i kryteriów diagnostycznych. W Polsce brakuje badań populacyjnych, które pozwoliłyby oszacować liczbę pacjentek i ich potrzeby, a bez twardych danych trudno planować budżetowo, organizacyjnie i edukacyjnie. W praktyce oznacza to błędne koło, brak narzędzi systemowych utrwala brak danych, a brak danych utrudnia stworzenie narzędzi systemowych.

Aby poprawić tę sytuację potrzebne są krajowe wytyczne diagnostyczno terapeutyczne, spójne kryteria rozpoznania i jednolity standard różnicowania z otyłością i obrzękiem limfatycznym. Równolegle konieczne jest takie kodowanie rozpoznań, które pozwoli zbierać dane i analizować ścieżki pacjentek w systemie. W kolejnym etapie potrzebny jest pilotaż w ośrodkach spełniających jasno opisane kryteria kompetencyjne oraz obowiązek raportowania wyników klinicznych i funkcjonalnych, redukcji bólu, poprawy sprawności, jakości życia, a także powikłań. 

Ważnym wątkiem, który w Polsce wymaga szczególnej uwagi, jest ochrona pacjentek przed chaosem informacyjnym i rynkiem usług, który rozwija się szybciej niż kompetencje systemu publicznego. Gdy rośnie zainteresowanie chorobą, rośnie też liczba ofert, które nie mają oparcia w dowodach naukowych, a pacjentki są szczególnie podatne na obietnice, bo ich doświadczenie to ból, bezradność i lata bez diagnozy. Stąd postulaty, by obok wytycznych powstał realny mechanizm certyfikacji kompetencji, zarówno po stronie lekarzy, jak i fizjoterapeutów, oraz by edukacja o lipoedemie weszła do programów kształcenia. 

Bez tego nawet najlepsze rozwiązania refundacyjne mogą stać się finansowaniem błędnych rozpoznań i nieprawidłowo prowadzonych terapii, a z perspektywy pacjentek, kolejnym źródłem rozczarowania i szkody.

Artykuł powstał na podstawie zapisu posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Lipoedemy z 27 lutego 2026 r.