Medicalpress

Polski rynek medycznych konopi przestał być niszowym marginesem farmakoterapii. Skala importu rośnie, liczba zarejestrowanych surowców zwiększa się, a zapotrzebowanie pacjentów jest dziś na tyle duże, że Polska należy już do największych rynków europejskich. Jednocześnie cały system nadal opiera się niemal wyłącznie na produkcie sprowadzanym z zagranicy, kosztownym i podatnym na zakłócenia logistyczne. W efekcie pacjent funkcjonuje w rzeczywistości, w której lek formalnie jest dostępny, ale w praktyce jego ciągłość, cena i organizacja terapii pozostają obciążone wieloma barierami.

Z dyskusji wokół obowiązujących przepisów wyłania się obraz rynku rozwijającego się szybciej niż krajowe instrumenty prawne i organizacyjne. Teoretycznie Polska od lat posiada podstawę ustawową umożliwiającą prowadzenie upraw medycznych konopi. W praktyce jednak nie przełożyło się to dotąd na realną i stabilną obecność krajowego surowca w aptekach. Powstał więc paradoks: państwo dopuściło medyczne wykorzystanie konopi, ale jednocześnie skonstruowało model, który nie doprowadził do zbudowania sprawnego krajowego łańcucha produkcji.

Pacjenci między importem a dostępnością terapii

Najbardziej odczuwają to pacjenci. Maciej Pawłowski, reprezentujący Stowarzyszenie Pacjentów Konopnych, zwracał uwagę, że rynek wciąż jest zakładnikiem importu, a to oznacza nie tylko wysokie ceny, lecz także problemy z ciągłością terapii. Jak podkreślał, „Często dochodzi do sytuacji, w której pacjent nie może kupić w aptece swojego leku z konopi, ponieważ producent boryka się z problemami importowymi.”. W jego ocenie dla osób leczonych przewlekle nie jest to jedynie niedogodność organizacyjna, ale realny problem terapeutyczny, bo – jak podkreśla – „pacjent musi przyjmować lek stale, nie może dochodzić do przerw w terapii”. Z tej perspektywy dyskusja o modelu uprawy nie jest sporem wyłącznie ustrojowym czy gospodarczym, lecz pytaniem o bezpieczeństwo i przewidywalność leczenia.

Do problemu dostępności dochodzi kwestia ceny. Mec. Daniel Wójtowicz wskazywał, że mimo nowelizacji przepisów w polskich aptekach nadal nie ma krajowej marihuany medycznej, a ta obecna na rynku jest droga. Jak mówił, „dzisiaj jeden gram marihuany medycznej kosztuje średnio około 65 zł, co sprawia, że koszt miesięcznej kuracji może sięgać nawet 1000 zł”. W jego ocenie koszt wytworzenia surowca w Polsce mógłby być realnie znacznie niższy, ale obowiązujący model prawny nie stworzył dotąd warunków do tego, by krajowa produkcja rzeczywiście ruszyła na większą skalę.

W ostatnich latach wolumen importu systematycznie rósł, a Polska stała się trzecim największym rynkiem medycznych konopi w Europie. Jednocześnie – jak zwracał uwagę Maciej Pawłowski – „0 g pochodzi z surowca krajowego”. Ten kontrast dobrze oddaje obecną sytuację: rynek istnieje, pacjenci są, pieniądze krążą, ale produkcja wciąż pozostaje poza Polską.

Regulacje, które nie doprowadziły do powstania krajowej produkcji

Wśród powodów tego stanu rzeczy najczęściej pojawia się konstrukcja art. 49a ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, który dopuścił uprawę konopi innych niż włókniste wyłącznie przez państwowe instytuty badawcze, po uzyskaniu zezwolenia Głównego Inspektora Farmaceutycznego. W założeniu miał to być model bezpieczny, ściśle kontrolowany i nastawiony na potrzeby polskich pacjentów. W praktyce okazał się jednak rozwiązaniem trudnym do wdrożenia. Jak argumentował mec. Wójtowicz, instytuty zazwyczaj nie dysponują ani własną infrastrukturą, ani odpowiednim finansowaniem, a więc są zmuszone budować skomplikowane modele współpracy z podmiotami zewnętrznymi. To wydłuża cały proces o kolejne konkursy, negocjacje, przygotowanie dokumentacji, procedury administracyjne, kontrole zabezpieczeń, sprowadzenie materiału roślinnego i dalsze etapy prowadzące dopiero do rozpoczęcia uprawy.

Instytuty między misją publiczną a realiami finansowymi

W tej perspektywie problem nie sprowadza się do samego formalnego zakazu działania przez prywatnych producentów. Równie ważne jest to, że państwowe instytuty, którym powierzono tę misję, muszą często wykonywać ją w warunkach niedostosowanych do realiów przedsięwzięcia wymagającego wysokich nakładów, infrastruktury i specjalistycznego zaplecza technologicznego. Dr inż. Przemysław Baraniecki z Instytutu Włókien Naturalnych i Roślin Zielarskich Państwowego Instytutu Badawczego podkreśla, że „najistotniejszym problemem dla nas były i wciąż pozostają kwestie finansowe”. Jak zaznaczał, wysokość nakładów potrzebnych do uruchomienia takiego przedsięwzięcia okazała się dla instytutu zaporowa. „Nie mogliśmy sobie pozwolić ani na finansowanie z własnych środków, ani na zaciągnięcie tak dużego kredytu, który pozwoliłby sfinansować to przedsięwzięcie” – wyjaśniał, dodając, że w jego instytucie prace nad projektem ostatecznie nie są dziś kontynuowane.

Z kolei przedstawiciel Instytutu Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa – Państwowego Instytutu Badawczego w Puławach podkreślał, że ich zespół prowadzi projekt samodzielnie, na własny koszt i we własnym modelu organizacyjnym. Instytut korzysta wprawdzie z wydzierżawionego obiektu, ale – jak zaznaczono – bez powierzania zasadniczej części przedsięwzięcia zewnętrznemu wykonawcy. Według przedstawionych informacji instytut jest już zaawansowany w badaniach stabilności dwóch odmian i liczy na szybkie przejście do etapu rejestracji surowców farmaceutycznych.

Pokazuje to jednak, że tylko część instytutów jest w stanie zbudować odpowiednie zaplecze organizacyjne i finansowe. W praktyce obecny model sprawia, że uruchomienie produkcji staje się procesem długim, kosztownym i zależnym od zdolności konkretnej jednostki do samodzielnego udźwignięcia takiego przedsięwzięcia.

Spór o otwarcie rynku na podmioty prywatne

Na tym tle wraca pytanie o ewentualne otwarcie rynku na podmioty prywatne. Zwolennicy tej zmiany wskazują, że skoro obowiązujące wymogi dotyczące zabezpieczeń, kontroli i zezwoleń pozostają rygorystyczne, to nie ma przekonującego uzasadnienia, by samo prawo do wystąpienia o zgodę na uprawę było ograniczone wyłącznie do państwowych instytutów badawczych. Taką logikę prezentował m.in. poseł Przemysław Wipler, który pytał przedstawicieli administracji, czy przy zachowaniu wszystkich pozostałych rygorów deregulacja w zakresie kręgu uprawnionych podmiotów niosłaby realne ryzyka dla państwa. W jego ocenie obecna konstrukcja tworzy „biurokratyczne, niepotrzebne pośrednictwo”, a Polska, mimo korzystnych warunków, oddaje w praktyce cały rynek podmiotom zagranicznym.

Główny Inspektorat Farmaceutyczny nie zajął w tej sprawie stanowiska politycznego, ale sygnalizował, że temat wymaga analizy międzyresortowej. Magdalena Rychter, dyrektor Departamentu Nadzoru Farmaceutycznego GIF, przypominała, że organ jest przede wszystkim wykonawczy i działa w granicach obowiązującej ustawy. Zaznaczała jednocześnie, że sama uprawa substancji narkotycznej musi pozostawać pod odpowiednim nadzorem i że wymagania w tym zakresie „nie są na wyrost”. Dodała jednak, że przy właściwych zabezpieczeniach i dobrze zaprojektowanych regulacjach zmiany nie są wykluczone. 

Z drugiej strony część instytutów badawczych broniła obecnego rozwiązania. Przedstawiciel Instytutu Biotechnologii Przemysłu Rolno-Spożywczego argumentował, że prywatne podmioty są nastawione przede wszystkim na zysk, podczas gdy intencją ustawodawcy było zabezpieczenie potrzeb polskiego rynku i polskich pacjentów. W jego ocenie instytuty są w stanie docelowo zaspokoić krajowe zapotrzebowanie, zachowując przy tym reżimy bezpieczeństwa i przejrzystość działania. 

Dostęp do terapii i skutki ograniczenia „receptomatów”

Obok kwestii uprawy wyraźnie wybrzmiał także problem dostępu do leczenia na poziomie lekarz–pacjent. Maciej Pawłowski zwracał uwagę na skutki zmian związanych z ograniczeniem działalności tzw. receptomatów. W jego ocenie sama eliminacja praktyk polegających na wystawianiu recept bez rzeczywistego badania pacjenta była potrzebna, ale sposób interpretacji nowych przepisów doprowadził do nadmiernego ograniczenia telemedycyny. Jak argumentował, uznanie, że badanie osobiste musi oznaczać fizyczną obecność pacjenta i lekarza w jednym pomieszczeniu, uderza szczególnie w osoby z mniejszych miejscowości i w tych pacjentów, którzy nie mają łatwego dostępu do wyspecjalizowanych poradni. Według niego skutek jest taki, że ciężar kontynuacji terapii został w dużej mierze przerzucony na lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej, którzy często nie mają odpowiedniego przygotowania do prowadzenia leczenia z użyciem konopi medycznych.

Z perspektywy nadzorczej zwrócono także uwagę na skutki zmian dotyczących tzw. receptomatów. Joanna Sosnowska, naczelnik Wydziału ds. Substancji Kontrolowanych w Departamencie Nadzoru Farmaceutycznego, stwierdziła wprost, że „te zapisy spowodowały, że preskrypcja marihuany w Polsce spadła prawie o 50%”. Ten spadek można oczywiście interpretować na różne sposoby: jako ograniczenie patologii, ale też jako sygnał pogorszenia dostępności legalnej terapii dla części pacjentów. 

Wiedza medyczna i kontekst zdrowia publicznego

Istotną rolę w całej debacie odgrywa także kwestia wiedzy medycznej. Pawłowski mówił o niewielkiej liczbie lekarzy gotowych do pogłębiania kompetencji w tym obszarze i wskazywał, że temat leczenia konopiami medycznymi praktycznie nie funkcjonuje w standardowym kształceniu medycznym. Do tego wątku odniósł się także dr n. społ. Artur Malczewski z Krajowego Centrum Przeciwdziałania Uzależnieniom, przypominając, że w 2022 roku na zlecenie KCPU powstała publikacja „Konopie i medyczne zastosowanie kanabinoidów. Praktyczne rekomendacje”. Jak zaznaczał, celem tego opracowania było właśnie dostarczenie środowisku lekarskiemu kompendium wiedzy o możliwych zastosowaniach kanabinoidów w leczeniu różnych chorób. W polskiej debacie medyczne konopie są często omawiane przede wszystkim w kategoriach regulacyjnych i politycznych, podczas gdy bez szerszego zaplecza edukacyjnego nawet najlepsze przepisy nie przełożą się na dojrzałą praktykę kliniczną.

Jednocześnie KCPU przypomina o drugim, znacznie szerszym tle zjawiska, czyli o ryzykach związanych z używaniem marihuany poza kontekstem medycznym. Z przedstawionych danych wynikało, że w grupie 15–16-latków skala używania marihuany spadła między 2019 a 2025 rokiem z 21 proc. do 17 proc., ale w populacji ogólnej odnotowano wzrost zarówno odsetka osób, które próbowały marihuany kiedykolwiek w życiu, jak i tych, które używały jej w ostatnim roku. 

System nadzoru i perspektywa regulacyjna

GIF podkreśla, że w swojej części system stara się działać sprawnie. Magdalena Rychter informowała, że wydano dotąd dwa zezwolenia dotyczące uprawy, z czego jedno pozostaje aktywne, a kolejny wniosek jest procedowany. Zaznaczała też, że wnioski importowe są obecnie rozpatrywane bez opóźnień, a średni czas procedowania skrócił się do około 14 dni. Jednocześnie urząd rozwija narzędzia monitorowania rynku, m.in. przez propozycję raportowania obrotu surowcami farmaceutycznymi do systemu SMOP. Z punktu widzenia nadzoru to ruch racjonalny: skoro rynek rośnie, konieczne jest lepsze śledzenie dystrybucji i wyłapywanie nieprawidłowości.

Rynek, który wciąż czeka na krajowy surowiec

To wszystko nie zmienia jednak podstawowego faktu, że Polska nadal pozostaje rynkiem importowym. Nawet jeśli administracja usprawniła część procedur, a niektóre instytuty są bliżej uruchomienia krajowego surowca niż jeszcze kilka lat temu, system nadal nie zapewnił pacjentom tego, co z perspektywy zdrowotnej i gospodarczej wydaje się najbardziej oczywiste: przewidywalnego, krajowego źródła produktu leczniczego dostępnego w rozsądnej cenie.

Właśnie dlatego dyskusja o medycznych konopiach coraz mniej przypomina spór ideologiczny, a coraz bardziej debatę o jakości regulacji. Dziś nie chodzi już o samo pytanie, czy terapia konopiami medycznymi ma prawo funkcjonować w Polsce, bo to zostało rozstrzygnięte wcześniej. Kluczowe staje się raczej to, czy państwo potrafi zbudować model, który rzeczywiście służy pacjentowi: zapewnia ciągłość leczenia, nie skazuje rynku wyłącznie na import, nie produkuje zbędnych barier biurokratycznych i jednocześnie nie rezygnuje z nadzoru właściwego dla substancji kontrolowanej.

Źródło: opracowanie redakcyjne na podstawie zapisu posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Legalizacji Marihuany pt. „Spotkanie z ekspertami dotyczące polskich regulacji prawnych w zakresie uprawy medycznych konopi oraz praktycznego funkcjonowania tego rynku”, 26 marca 2026 r., sala nr 04A, bud. U. Wypowiedzi cytowane w tekście pochodzą z tego posiedzenia.
W Stanach Zjednoczonych trwa intensywna dyskusja wokół zmian w prawie żywnościowym. W centrum uwagi znalazł się spór między promowaniem tzw. real food, czyli żywności minimalnie przetworzonej, a rosnącą krytyką produktów ultraprzetworzonych. Choć debata toczy się w amerykańskim kontekście legislacyjnym, jej znaczenie wykracza daleko poza granice USA i dotyka fundamentalnych pytań o zdrowie publiczne, profilaktykę oraz odpowiedzialność państwa za środowisko żywieniowe obywateli.

W USA coraz częściej mówi się o konieczności ograniczania spożycia żywności ultraprzetworzonej jako elementu strategii walki z otyłością i chorobami metabolicznymi. Proponowane reformy obejmują większą przejrzystość etykiet, ograniczenia w marketingu kierowanym do dzieci oraz rozwiązania fiskalne promujące produkty o wyższej wartości odżywczej. Dyskusja dotyczy również aktualizacji zaleceń dietetycznych i ich zgodności z aktualną wiedzą naukową.

Z perspektywy europejskiej, w tym polskiej, temat ten jest wyjątkowo aktualny. W Polsce od lat obserwujemy wzrost częstości otyłości, cukrzycy typu 2 oraz chorób sercowo naczyniowych. Dane epidemiologiczne pokazują, że model żywienia oparty na wysoko przetworzonych produktach, bogatych w cukry proste, sól i tłuszcze nasycone, koreluje ze zwiększonym ryzykiem przewlekłych chorób niezakaźnych. Problem nie dotyczy wyłącznie jednostek, ale ma charakter populacyjny i systemowy.

Współczesna medycyna coraz wyraźniej odchodzi od postrzegania diety wyłącznie jako elementu stylu życia pozostawionego indywidualnym wyborom pacjenta. Coraz częściej podkreśla się rolę środowiska żywieniowego, dostępności produktów oraz regulacji prawnych, które kształtują codzienne decyzje konsumentów. Jeżeli żywność wysokiej jakości jest droższa i mniej dostępna niż produkty ultraprzetworzone, to wybory zdrowotne stają się w praktyce ograniczone.

Polityka żywieniowa staje się więc narzędziem zdrowia publicznego. Decyzje dotyczące subsydiowania określonych grup produktów, zasad znakowania żywności czy regulacji reklamy mogą wpływać na strukturę spożycia w całym społeczeństwie. To z kolei przekłada się na obciążenie systemu ochrony zdrowia kosztami leczenia chorób przewlekłych.

Warto również zwrócić uwagę na aspekt systemowy. Medycyna oparta na dowodach naukowych wskazuje, że skuteczna prewencja chorób metabolicznych wymaga podejścia wielowymiarowego. Obejmuje ono nie tylko farmakoterapię i opiekę specjalistyczną, lecz także edukację, profilaktykę oraz modyfikację czynników środowiskowych. Żywność i sposób jej przetwarzania stają się w tym kontekście elementem strategii terapeutycznej na poziomie populacyjnym.

Debata tocząca się w USA pokazuje, że pytanie o jakość żywności przestaje być wyłącznie tematem dietetycznym. Staje się zagadnieniem polityki zdrowotnej, gospodarczej i społecznej. W Polsce, gdzie system ochrony zdrowia zmaga się z rosnącą liczbą pacjentów z chorobami metabolicznymi, warto uważnie obserwować te procesy i zastanowić się, w jakim stopniu krajowa polityka żywieniowa odpowiada na aktualne wyzwania epidemiologiczne.

Dyskusja o real food i żywności ultraprzetworzonej to w istocie dyskusja o tym, czy profilaktyka stanie się filarem systemu ochrony zdrowia. W dobie rosnących kosztów leczenia i starzenia się społeczeństwa pytanie to nabiera szczególnej wagi.

Źródło: The Washington Post

Debata o tym, kto może wykonywać zabiegi z zakresu medycyny estetyczno-naprawczej, od lat budzi emocje zarówno w środowisku medycznym, jak i wśród pacjentów. Rosnąca popularność iniekcji, laserów i procedur „naprawczych” sprawiła, że rynek wypełniły kursy, szkolenia i certyfikaty obiecujące szybkie wejście w świat zabiegów o wysokim stopniu ingerencji. Najnowszy komunikat Ministerstwo Zdrowia jednoznacznie porządkuje ten obszar i stawia wyraźną granicę, której przekraczać nie wolno.
Resort zdrowia nie pozostawia wątpliwości. Procedury takie jak podawanie toksyny botulinowej, kwasu hialuronowego, osocza bogatopłytkowego, zabiegi iniekcyjne czy stosowanie zaawansowanych technologii laserowych są świadczeniami zdrowotnymi. Oznacza to, że mogą być wykonywane wyłącznie przez lekarzy posiadających prawo wykonywania zawodu oraz odpowiednie certyfikaty potwierdzające nabycie konkretnych umiejętności zawodowych. Ukończenie kursu czy szkolenia, nawet potwierdzone certyfikatem, nie nadaje takich uprawnień osobom spoza zawodu lekarza.

W komunikacie podkreślono, że medycyna estetyczno-naprawcza od lat stanowi element programów specjalizacyjnych m.in. w dermatologii i wenerologii oraz chirurgii plastycznej. Jej wykonywanie nie ogranicza się do samej techniki zabiegowej. Wymaga przeprowadzenia badania podmiotowego i przedmiotowego, kwalifikacji pacjenta, wykluczenia przeciwwskazań, prowadzenia dokumentacji medycznej oraz gotowości do natychmiastowego leczenia ewentualnych powikłań. To właśnie ten ostatni element, często pomijany w marketingowych przekazach, decyduje o medycznym charakterze tych procedur.

„Procedury medycyny estetyczno-naprawczej są świadczeniami zdrowotnymi o dużym ryzyku wystąpienia powikłań, zagrożenia życia lub zdrowia, dlatego podlegają regulacji przez Ministra Zdrowia” – wskazano w komunikacie podpisanym przez Katarzyna Kęcka. Ten fragment jasno pokazuje, że nie chodzi o administracyjne porządkowanie rynku, lecz o realne ryzyko kliniczne.

Ministerstwo szczegółowo zwraca uwagę na możliwe konsekwencje nieprawidłowo wykonanych zabiegów. Iniekcje wypełniaczy czy toksyny botulinowej, podobnie jak użycie wysokoenergetycznych laserów, mogą prowadzić do powikłań miejscowych i ogólnoustrojowych. Wśród nich wymieniane są m.in. stany zapalne, martwica tkanek, a w skrajnych przypadkach zagrożenie zdrowia lub życia pacjenta. Dlatego kluczowe znaczenie ma fakt, że osoba wykonująca zabieg musi posiadać uprawnienia do wdrożenia leczenia powikłań oraz ponosić pełną odpowiedzialność medyczną i prawną za cały proces, od kwalifikacji pacjenta po interwencję w sytuacjach niepożądanych. Udzielanie takich świadczeń jest działalnością leczniczą w rozumieniu ustawy i może odbywać się wyłącznie w zarejestrowanych podmiotach wykonujących działalność leczniczą.

W tym kontekście resort jednoznacznie wskazuje, że kosmetyczki i kosmetolodzy są osobami nieuprawnionymi do wykonywania procedur medycyny estetyczno-naprawczej. Dotyczy to także tych, którzy ukończyli liczne kursy czy szkolenia. Certyfikaty te jedynie potwierdzają udział w szkoleniu i nie nadają żadnych uprawnień do wykonywania zabiegów medycznych. Ministerstwo podkreśla, że procedury będące elementem programów specjalizacyjnych lekarzy nie mogą jednocześnie stanowić przedmiotu kształcenia innych zawodów, ponieważ wymagają kompetencji właściwych wyłącznie dla zawodu lekarza.

Komunikat precyzuje również zakres procedur zastrzeżonych dla lekarzy. Minimalny standard certyfikacji umiejętności zawodowej medycyny estetyczno-naprawczej obejmuje m.in. zabiegi z użyciem toksyny botulinowej, kwasu hialuronowego, kwasu polimlekowego, hydroksyapatytu wapnia, nici medycznych, skleroterapię, lipotransfer, lipolizę iniekcyjną, peelingi medyczne średniogłębokie i głębokie oraz stosowanie zaawansowanych urządzeń medycznych, w tym laserów wysokoenergetycznych i technologii HIFU. Jednocześnie zaznaczono, że poza tym zakresem pozostają zabiegi o niskim ryzyku powikłań, takie jak mezoterapia mikroigłowa czy procedury wykonywane na urządzeniach dopuszczonych przez producentów do użytku przez osoby inne niż lekarze.

W tle całego stanowiska wyraźnie wybrzmiewa jeden priorytet. Bezpieczeństwo pacjentów. Ministerstwo Zdrowia podkreśla, że granica pomiędzy medycyną estetyczno-naprawczą a kosmetologią estetyczną wynika bezpośrednio z poziomu ryzyka oraz konieczności posiadania kompetencji do leczenia powikłań. Resort zaznacza również, że nie reguluje zawodów niemedycznych, takich jak kosmetolog czy kosmetyczka. Jego kompetencje ograniczają się do zawodów medycznych oraz działalności leczniczej.

Ten komunikat zamyka wiele interpretacyjnych luk, które przez lata funkcjonowały na rynku. Dla pacjentów jest sygnałem ostrzegawczym, by uważnie sprawdzać, kto i w jakich warunkach wykonuje zabiegi ingerujące w zdrowie. Dla środowiska medycznego to potwierdzenie, że estetyka, gdy wkracza w obszar procedur o wysokim ryzyku, pozostaje medycyną, a nie usługą kosmetyczną.

Źródło: Ministerstwo Zdrowia

W Polsce coraz częściej dochodzi do przypadków, w których pacjenci są wprowadzani w błąd przez nazewnictwo placówek medycznych — a ostatnia interwencja Biuro Rzecznika Praw Pacjenta (RPP) pokazuje, jak poważnym problemem może to być. Rzecznik interweniował w sprawie podmiotu stomatologicznego, który bezprawnie posługiwał się nazwą „klinika”, mimo że nie spełniał ustawowych warunków stosowania tego określenia.
RPP przypomniał, że „używanie nazwy ‚klinika’ jest zatrzone wyłącznie dla jednostek współpracujących z uczelniami medycznymi”. W uzasadnieniu decyzji podkreślił, że możliwość stosowania oznaczeń takich jak „klinika”, „kliniczny” lub „uniwersytecki” „jest przywilejem wynikającym z powiązania z uczelnią medyczną, która prowadzi działalność dydaktyczną, badawczą i innowacyjną”.

Według komunikatu RPP, przedmiotowy podmiot leczniczy „nie współpracował z żadną uczelnią medyczną, ale również nie dysponował kadrą i zapleczem odpowiadającym standardom jednostki klinicznej”. W ocenie RPP ten fakt oznaczał, że działalność podmiotu „mogła wprowadzać pacjentów w błąd co do charakteru, jakości i zakresu udzielanych świadczeń zdrowotnych”.

W praktyce nazwa placówki ma znaczenie nie tylko marketingowe. Jak zauważa RPP: „O tym, do jakiego podmiotu leczniczego pacjenci zdecydują się zwrócić o udzielenie świadczenia zdrowotnego, często przesądza nie tylko renoma czy opinie, ale także sama nazwa. Dobrze brzmiące określenie – takie jak ‚klinika’ – może sugerować wyższy standard usług, zaawansowaną kadrę medyczną i współpracę z ośrodkami akademickimi.” Wprowadzenie pacjenta w błąd w tym zakresie może skutkować „poważnymi konsekwencjami finansowymi”.

RPP zaznacza, że działalność lecznicza jest działalnością regulowaną i wymaga pełnej zgodności z przepisami prawa oraz „najwyższych standardów informowania pacjentów”. Mylące lub nieprawidłowe nazewnictwo – choć może wydawać się drobną nieprawidłowością – ma realne znaczenie dla zaufania pacjentów i transparentności rynku usług medycznych.

W wydanej decyzji Rzecznik stwierdził, że opisana praktyka „stanowi naruszenie zbiorowych praw pacjentów” i nakazał podmiotowi wdrożenie działań naprawczych. Na teraz oczekuje się stanowiska podmiotu. RPP podkreśla, iż „w przypadku niewykonania decyzji, może zostać nałożona kara finansowa w wysokości do 500 000 zł”.

Ten przypadek przypomina, że dla pacjentów kluczowa pozostaje świadomość swoich praw oraz ostrożność w wyborze placówki — a dla podmiotów leczniczych, że nazwa to nie tylko element identyfikacji, ale także część odpowiedzialności wobec osób, których zdrowie powierzają.

Źródło: RPP