Medicalpress
Komitet ds. Produktów Leczniczych Stosowanych u Ludzi (CHMP) przy Europejskiej Agencji Leków pozytywnie ocenił stosowanie enfortumabu vedotin w skojarzeniu z pembrolizumabem u pacjentów z rakiem naciekającym mięśniówkę pęcherza (MIBC), którzy kwalifikują się do operacji, ale nie mogą otrzymać standardowej chemioterapii opartej na cisplatynie.
Zgodnie z rekomendacją terapia miałaby być stosowana zarówno przed operacją usunięcia pęcherza moczowego, jak i po zabiegu, aby zmniejszyć ryzyko nawrotu choroby. Ostateczną decyzję o dopuszczeniu leczenia do stosowania w Unii Europejskiej podejmie Komisja Europejska.

Rak pęcherza naciekający mięśniówkę – choroba o wysokim ryzyku nawrotu

Rak pęcherza moczowego należy do najczęstszych nowotworów urologicznych. W Europie każdego roku rozpoznaje się go u ponad 200 tys. osób. Około 30 proc. przypadków stanowi tzw. rak naciekający mięśniówkę pęcherza (ang. muscle-invasive bladder cancer, MIBC), w którym nowotwór wrasta w warstwę mięśniową ściany pęcherza lub ją przekracza.

Standardowym leczeniem w tej grupie chorych jest chemioterapia oparta na cisplatynie stosowana przed operacją, a następnie radykalne leczenie chirurgiczne. Problem polega jednak na tym, że nawet połowa pacjentów nie kwalifikuje się do leczenia cisplatyną – najczęściej z powodu współistniejących chorób, funkcji nerek lub ogólnego stanu zdrowia.

W takich przypadkach sama operacja nie zawsze pozwala skutecznie ograniczyć ryzyko nawrotu choroby lub jej rozsiewu.

Leczenie przed i po operacji

Pozytywna opinia CHMP dotyczy stosowania skojarzenia dwóch leków: enfortumabu vedotin (PADCEV) i pembrolizumabu (Keytruda).

Enfortumab vedotin jest tzw. koniugatem przeciwciało–lek (ADC), czyli terapią ukierunkowaną na komórki nowotworowe. Lek rozpoznaje białko obecne na powierzchni komórek raka pęcherza i dostarcza do nich substancję przeciwnowotworową. Pembrolizumab należy natomiast do immunoterapii i wspiera układ odpornościowy w rozpoznawaniu oraz zwalczaniu komórek nowotworowych.

Zgodnie z proponowanym wskazaniem leczenie miałoby rozpoczynać się przed operacją, a następnie być kontynuowane po radykalnym usunięciu pęcherza moczowego.

Co pokazało badanie EV-303?

Pozytywna opinia CHMP opiera się na wynikach badania III fazy EV-303 (KEYNOTE-905), w którym porównano leczenie enfortumabem vedotin i pembrolizumabem ze standardowym postępowaniem polegającym na samej operacji.

W badaniu uczestniczyli pacjenci z naciekającym mięśniówkę rakiem pęcherza, którzy nie kwalifikowali się do leczenia cisplatyną lub z niego zrezygnowali.

Wyniki pokazały, że zastosowanie terapii przed i po operacji zmniejszało ryzyko nawrotu choroby, jej progresji lub zgonu o 60 proc. w porównaniu z samą operacją.

Odnotowano również zmniejszenie ryzyka zgonu o 50 proc. względem leczenia chirurgicznego bez dodatkowej terapii systemowej.

Profil bezpieczeństwa terapii

Jak podano, profil bezpieczeństwa skojarzenia enfortumabu vedotin i pembrolizumabu był zgodny z wcześniejszymi obserwacjami dotyczącymi obu leków i nie odnotowano nowych sygnałów bezpieczeństwa.

Do najczęściej zgłaszanych działań niepożądanych należały świąd skóry, wypadanie włosów, biegunka, zmęczenie i niedokrwistość.

Co dalej?

Obecnie skojarzenie enfortumabu vedotin i pembrolizumabu jest już stosowane w leczeniu miejscowo zaawansowanego lub przerzutowego raka urotelialnego. Jeśli Komisja Europejska zatwierdzi nową rekomendację, terapia mogłaby być dostępna także na wcześniejszym etapie choroby – u pacjentów kwalifikowanych do leczenia operacyjnego, ale nie mogących otrzymać cisplatyny.

Źródło: komunikat firmy Astellas, wyniki badania EV-303/KEYNOTE-905
Rak pęcherza moczowego często kojarzy się z zabiegami, kontrolnymi badaniami i leczeniem przeciwnowotworowym. Rzadziej mówi się o tym, jak bardzo choroba wpływa na codzienne życie pacjentów – ich relacje, poczucie własnej wartości, aktywność społeczną czy zdrowie psychiczne. Tymczasem wielu chorych przyznaje, że skutki leczenia wykraczają daleko poza gabinet lekarski.
Ponad 90 proc. pacjentów leczonych z powodu nieinwazyjnego raka pęcherza zgłasza negatywny wpływ terapii na zdrowie fizyczne, psychiczne i emocjonalne. Wielu unika spotkań z bliskimi, rezygnuje z wyjść z domu lub ukrywa emocjonalny ciężar choroby nawet przed lekarzem – wynika z międzynarodowego badania przeprowadzonego wśród pacjentów i urologów z sześciu krajów.

Rak pęcherza często nie kończy się po pierwszym leczeniu

Rak pęcherza moczowego jest jednym z najczęstszych nowotworów układu moczowego. Większość przypadków stanowi tzw. nieinwazyjny rak pęcherza nienaciekający mięśniówki (NMIBC), który – choć wykrywany na wcześniejszym etapie – często ma charakter nawrotowy i wymaga wieloletniej kontroli.

Pacjenci poddawani są regularnym cystoskopiom, kolejnym zabiegom usuwania zmian oraz leczeniu dopęcherzowemu, najczęściej z wykorzystaniem BCG – terapii stosowanej w celu zmniejszenia ryzyka nawrotu nowotworu. W części przypadków konieczne okazuje się także radykalne usunięcie pęcherza moczowego.

Dla wielu chorych oznacza to życie podporządkowane kontroli choroby i kolejnym etapom leczenia.

„Nie czuję się sobą” – skutki leczenia wykraczają poza objawy fizyczne

W badaniu ponad dziewięciu na dziesięciu pacjentów, którzy przeszli usunięcie pęcherza moczowego lub leczenie BCG, deklarowało negatywny wpływ terapii na zdrowie fizyczne, emocjonalne i psychiczne. Ponad połowa określała te konsekwencje jako umiarkowane lub znaczące.

Szczególnie obciążające okazywały się zmiany wpływające na codzienne funkcjonowanie i obraz własnego ciała. Wśród osób po usunięciu pęcherza wielu pacjentów wskazywało na trudności związane z adaptacją do nowych sposobów odprowadzania moczu oraz zmianą postrzegania własnego ciała, pewności siebie i samodzielności.

Równie trudne doświadczenia opisywali pacjenci leczeni BCG – jedną z najczęściej stosowanych terapii dopęcherzowych w NMIBC. Wielu ankietowanych mówiło o utracie poczucia kontroli nad własnym ciałem, obniżeniu poczucia godności czy wrażeniu utraty własnej tożsamości. Trzy czwarte pacjentów przyznało, że radzenie sobie z objawami związanymi z leczeniem było dla nich upokarzające.

Jak podkreśla dr Ashish M. Kamat, założyciel International Bladder Cancer Group i profesor urologii onkologicznej w MD Anderson Cancer Center:
„Dla osób żyjących z nieinwazyjnym rakiem pęcherza decyzja o usunięciu pęcherza jest bardzo trudnym momentem. Gdy niemal 40 proc. ankietowanych urologów, którzy rekomendowali tę operację, przyznaje, że odczuwa z tego powodu żal, pokazuje to ograniczenia obecnych możliwości leczenia – a nie błąd w ocenie klinicznej. Wyniki te pokazują znaczenie wspólnego podejmowania decyzji, realistycznego przygotowania pacjentów i dalszego rozwoju metod leczenia, które lepiej odpowiadają ich celom i jakości życia” (tłum. red.).

Choroba wpływa na codzienność bardziej, niż wielu pacjentów się spodziewa

Skutki raka pęcherza i jego leczenia bardzo często wykraczają poza kwestie medyczne.

Aż 94 proc. ankietowanych przyznało, że z powodu choroby lub terapii ominął ich przynajmniej jeden ważny moment życiowy. Ponad jedna trzecia pacjentów deklarowała, że unikała wychodzenia z domu, spotkań towarzyskich czy przebywania w miejscach publicznych.

U części osób leczenie wiązało się z wycofaniem społecznym, ograniczeniem aktywności zawodowej czy zmianą codziennych nawyków. Blisko połowa ankietowanych wskazywała depresję i lęk jako jedną z głównych przyczyn rezygnowania z aktywności lub unikania ważnych sytuacji życiowych.

W decyzjach terapeutycznych coraz większe znaczenie ma także jakość życia. Ponad jedna trzecia pacjentów wskazywała ograniczenie wpływu leczenia na codzienność jako jeden z najważniejszych czynników przy wyborze terapii. Podobnego zdania było niemal połowa ankietowanych urologów.

Pacjenci często nie mówią lekarzom wszystkiego

Choć większość pacjentów deklarowała, że ufa swojemu urologowi i czuje się komfortowo podczas rozmów, wyniki ankiety pokazują, że emocjonalny wymiar choroby często pozostaje niewidoczny.

Ponad połowa badanych przyznała, że ukrywa przed lekarzem wpływ raka pęcherza na swoje samopoczucie psychiczne, a niemal co trzeci pacjent stwierdził, że często lub zawsze ukrywa swoje emocje.

Jednocześnie 86 proc. respondentów przyznało, że stale obawia się nawrotu choroby lub jej pogorszenia.

Co ciekawe, wielu lekarzy dostrzega ten problem. Aż 78 proc. ankietowanych urologów deklarowało, że chciałoby mieć więcej czasu podczas wizyt na rozmowę o psychicznym i emocjonalnym wpływie raka pęcherza na pacjentów, a dziewięciu na dziesięciu uważało, że potrzebne są lepsze sposoby wspierania chorych w tym obszarze.

Jak mówi Alex Filicevas, dyrektor wykonawczy World Bladder Cancer Patient Coalition:
„Zbyt często prawdziwy wpływ raka pęcherza pacjenci noszą w sobie po cichu. To badanie pokazuje, że ciężar obecnych metod leczenia wykracza daleko poza gabinet lekarski. Potrzebujemy opieki, która w większym stopniu uwzględnia dobrostan emocjonalny pacjentów i lepiej wpisuje się w ich codzienne życie” (tłum. red.).

Leczyć nie tylko nowotwór

Autorzy badania zwracają uwagę, że rak pęcherza – szczególnie w postaci nienaciekającej mięśniówki – często przypomina chorobę przewlekłą, wymagającą wieloletniego monitorowania, regularnych zabiegów i życia w niepewności związanej z ryzykiem nawrotu.

Za każdą diagnozą stoi jednak człowiek, którego codzienność obejmuje nie tylko wyniki badań i kolejne procedury medyczne, ale także lęk, ograniczenia, poczucie utraty kontroli czy potrzebę zachowania normalności mimo choroby.

Wyniki globalnej ankiety pokazują, że rozmowa o raku pęcherza coraz częściej obejmuje nie tylko skuteczność terapii, ale również jakość życia pacjentów i ich potrzeby emocjonalne.

Źródło: globalne badanie ankietowe The Harris Poll przeprowadzone na zlecenie Johnson & Johnson we współpracy z World Bladder Cancer Patient Coalition, International Bladder Cancer Group oraz Bladder Cancer Advocacy Network; materiały informacyjne AUA 2026

W raku pęcherza jednym z największych problemów nie jest wyłącznie samo rozpoznanie choroby, lecz to, co dzieje się później. Nawet jeśli nowotwór zostaje wykryty wcześnie i usunięty, ryzyko nawrotu pozostaje wysokie. W praktyce oznacza to konieczność dalszego leczenia i ścisłego nadzoru, ale bez pełnej pewności, którzy pacjenci rzeczywiście wymagają intensywniejszego postępowania, a u których zabieg chirurgiczny okazał się wystarczający. Nowe badanie opublikowane w czasopiśmie „Cell”, przygotowane przez zespół badaczy ze Stanford, wskazuje, że pomocne może być nieinwazyjne badanie moczu oparte na analizie DNA guza. 

Autorzy pokazali, że taki test może na poziomie molekularnym odróżnić pacjentów, u których choroba została skutecznie opanowana, od tych, u których po leczeniu nadal utrzymują się ślady nowotworu i wysokie ryzyko nawrotu.

Problem, którego dotąd nie udawało się dobrze rozwiązać

Większość chorych na raka pęcherza rozpoznaje się na etapie raka nienaciekającego mięśniówki pęcherza, czyli NMIBC. W tej postaci nowotwór pozostaje ograniczony do bardziej powierzchownych warstw ściany pęcherza. Mimo to choroba bardzo często nawraca. Po przezcewkowej resekcji guza pacjenci z cechami wyższego ryzyka zwykle otrzymują dopęcherzowe wlewki BCG, czyli immunoterapię stosowaną w tym wskazaniu od wielu lat. Nadal jednak brakowało wiarygodnego narzędzia, które pozwalałoby z wyprzedzeniem rozpoznać, kto rzeczywiście odniesie korzyść z takiego leczenia, a kto będzie wymagał innej strategii.

To właśnie ten punkt stanowi o wadze nowego badania. Autorzy nie skupili się wyłącznie na wykrywaniu samej obecności nowotworu, lecz na ocenie minimalnej choroby resztkowej po leczeniu. Innymi słowy, chodzi o uchwycenie tych sytuacji, w których po zabiegu i terapii nadal pozostają komórki nowotworowe niewidoczne jeszcze w rutynowym nadzorze, ale istotne z punktu widzenia dalszego przebiegu choroby.

Na czym polega nowe podejście

Podstawą testu jest analiza fragmentów DNA nowotworu obecnych w moczu. W raku pęcherza to rozwiązanie jest szczególnie obiecujące, ponieważ materiał biologiczny może być pozyskiwany bez dodatkowych procedur inwazyjnych. Badacze zwrócili jednak uwagę na problem, który mógł zaburzać wyniki wcześniejszych prób diagnostycznych. Także u osób zdrowych w nabłonku pęcherza mogą z wiekiem gromadzić się mutacje związane z nowotworzeniem. Takie komórki, choć nie są rakiem, również mogą uwalniać zmienione DNA do moczu.

Zespół ze Stanford określił to zjawisko mianem clonal cystopoiesis i opracował metodę statystyczną, która pozwala odfiltrować to tło biologiczne. Dzięki temu test ma lepiej rozróżniać między rzeczywistym sygnałem utrzymującej się choroby a zmianami pochodzącymi z prawidłowego, choć zmutowanego wraz z wiekiem, urotelium.

Problem polega bowiem na tym, że w nabłonku pęcherza – podobnie jak w wielu innych tkankach – wraz z wiekiem mogą pojawiać się mutacje genetyczne związane z procesem starzenia się komórek. Nie oznaczają one jednak obecności nowotworu. Jeśli test wykrywający DNA nowotworowe jest bardzo czuły, może zarejestrować takie mutacje i błędnie zinterpretować je jako sygnał choroby resztkowej. W praktyce oznaczałoby to wynik sugerujący utrzymywanie się nowotworu, mimo że w rzeczywistości pacjent został skutecznie wyleczony.

To właśnie dlatego sam wzrost czułości testu nie zawsze oznacza poprawę jego wartości klinicznej. Bez odpowiedniej swoistości – czyli zdolności do odróżnienia rzeczywistej choroby od zmian niezwiązanych z nowotworem – badanie może prowadzić do nadinterpretacji wyników. W takim scenariuszu pacjent mógłby zostać uznany za osobę z utrzymującą się chorobą, co skutkowałoby niepotrzebnym niepokojem, dodatkowymi badaniami lub wdrożeniem leczenia, które w rzeczywistości nie jest konieczne.

Jak podkreślił dr Joseph Liao, współautor badania, „nasz test pozwala nieinwazyjnie wykrywać minimalną chorobę resztkową po leczeniu raka pęcherza, a jednocześnie uwzględnia mutacje obecne w prawidłowym urotelium, które komplikowały wcześniejsze badania. Po raz pierwszy mogliśmy odróżnić pacjentów prawdopodobnie wyleczonych dzięki BCG od tych, którzy zostali wyleczeni samą operacją.” (tłum. red.).

Trzy wzorce odpowiedzi na leczenie

Analiza próbek pobieranych przed operacją, po operacji i po immunoterapii pozwoliła badaczom wyróżnić trzy odrębne wzorce odpowiedzi. W pierwszej grupie znaleźli się pacjenci, u których sygnał DNA nowotworu znikał już po samym zabiegu chirurgicznym. W drugiej byli chorzy, u których materiał nowotworowy utrzymywał się po operacji, ale zmniejszał się po leczeniu BCG. Trzecią grupę stanowili pacjenci, u których DNA guza utrzymywało się lub narastało mimo immunoterapii, co wskazywało na brak skutecznej odpowiedzi na leczenie.

Taki podział ma duże znaczenie praktyczne. Pokazuje bowiem, że pacjenci z pozoru leczeni według podobnego schematu mogą w rzeczywistości należeć do biologicznie różnych kategorii. Część z nich jest skutecznie leczona już na etapie chirurgii, część odpowiada na immunoterapię dopęcherzową, a część wymaga prawdopodobnie wcześniejszego rozważenia innego postępowania.

Test może uprzedzać to, co później widać w cystoskopii

Według autorów test okazał się silnym narzędziem prognostycznym w prospektywnie obserwowanej grupie chorych. Pacjenci, u których po zakończeniu leczenia BCG nadal wykrywano DNA nowotworowe w moczu, mieli bardzo wysokie ryzyko nawrotu choroby. Z kolei u osób, u których materiał genetyczny guza przestawał być wykrywalny, obserwowano bardzo dobre wyniki leczenia i znacznie niższe prawdopodobieństwo ponownego pojawienia się nowotworu.

Autorzy zwracają jednocześnie uwagę, że analiza DNA nowotworowego w moczu może dostarczać informacji o aktywności choroby na poziomie molekularnym. W części analizowanych przypadków sygnał ten był obecny jeszcze przed pojawieniem się zmian możliwych do uchwycenia w rutynowej cystoskopii. Oznacza to, że tego typu badanie mogłoby w przyszłości stanowić uzupełnienie obecnych metod monitorowania pacjentów po leczeniu raka pęcherza.

W stronę bardziej precyzyjnego leczenia

Autorzy pracy zwracają uwagę, że możliwość rozróżnienia odpowiedzi na sam zabieg chirurgiczny i na BCG pozwala lepiej zrozumieć biologię nowotworu. Guzy oporne na leczenie chirurgiczne wykazywały cechy związane z proliferacją i inwazyjnością, natomiast te odpowiadające na BCG charakteryzowały się wyższym obciążeniem mutacyjnym i wcześniejszą aktywnością immunologiczną. Sugeruje to, że odpowiedź na oba typy leczenia nie jest przypadkowa, lecz wynika z odmiennych właściwości biologicznych guza.

Z punktu widzenia klinicznego może to być krok w stronę bardziej precyzyjnego prowadzenia chorych z NMIBC. Nie chodzi wyłącznie o wcześniejsze przewidywanie nawrotu, ale również o lepsze dopasowanie dalszego leczenia do realnego ryzyka i do biologii choroby. Jak zaznaczyła dr Eila Skinner, kierująca Katedrą Urologii na Stanford, „takie biomarkery predykcyjne są niezwykle istotne. Mamy dziś nowe terapie, które są kosztowne i wiążą się z ryzykiem działań niepożądanych. Chcielibyśmy personalizować leczenie tak, aby każdy pacjent otrzymywał terapię najlepiej dopasowaną do jego nowotworu” (tłum. red.).

Obiecujący kierunek, ale jeszcze nie gotowe rozwiązanie

Wyniki opublikowane w „Cell” są bardzo obiecujące, ale nie oznaczają jeszcze natychmiastowej zmiany standardu postępowania. Jak zwykle w przypadku nowych biomarkerów konieczne będzie potwierdzenie tych obserwacji w większych grupach pacjentów i w niezależnych ośrodkach. Dopiero wtedy będzie można ocenić, czy test nie tylko dobrze prognozuje przebieg choroby, ale też realnie poprawia decyzje terapeutyczne i wyniki leczenia.

Mimo to kierunek jest wyraźny. W raku pęcherza coraz większe znaczenie może mieć nie tylko to, czy guz został usunięty, ale również to, czy po leczeniu pozostaje molekularny ślad choroby. Jeśli nowa metoda przejdzie kolejne etapy walidacji, zwykła próbka moczu może stać się ważnym narzędziem w ocenie skuteczności terapii i planowaniu dalszego postępowania u chorych z rakiem pęcherza nienaciekającym mięśniówki.

Źródła: Stanford Medicine, A Urine Test That Could Change the Course of Bladder Cancer Care, 20 marca 2026; badanie opublikowane w „Cell”.
Rak pęcherza moczowego pozostaje jednym z tych nowotworów, które w statystykach widać wyraźnie, ale w debacie publicznej przez długi czas zajmowały miejsce na drugim planie. Tymczasem co roku rozpoznaje się w Polsce około 7–8 tysięcy nowych przypadków, a liczba zgonów sięga 3–4 tysięcy. To choroba, która dotyczy przede wszystkim mężczyzn, wiąże się z wysokim odsetkiem nawrotów i wymaga nie tylko leczenia, ale także wieloletniego nadzoru. Problemem nie jest już wyłącznie sam dostęp do terapii. Coraz wyraźniej widać, że jednym z najsłabszych ogniw systemu pozostaje etap wcześniejszy: rozpoznanie pierwszych objawów, reakcja pacjenta, czujność lekarza podstawowej opieki zdrowotnej i sprawne skierowanie do diagnostyki urologicznej.
Największe opóźnienia powstają jeszcze przed rozpoznaniem

Jednym z najważniejszych problemów pozostaje fakt, że wielu pacjentów trafia do systemu zbyt późno. Dotyczy to zarówno momentu zgłoszenia się do lekarza, jak i dalszego przechodzenia przez ścieżkę diagnostyczną. Dr hab. n. med. Jakub Kucharz, prof. NIO-PIB, kierownik Oddziału Zachowawczego w Klinice Nowotworów Układu Moczowego Narodowego Instytutu Onkologii i członek Zarządu Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej, zwraca uwagę, że pacjenci bardzo często trafiają do specjalistów już w zaawansowanym stadium choroby. Jak dodaje, wynika to nie tylko z późnej zgłaszalności do lekarza, ale także z ograniczeń w dostępie do urologa oraz z częstych obciążeń współistniejących, które dodatkowo komplikują leczenie.

To właśnie na tym etapie rozstrzygają się późniejsze szanse chorego. Prof. Kucharz podkreśla, że w analizach ścieżki pacjenta z rakiem urotelialnym jako dwa najbardziej problematyczne odcinki wyraźnie wyłaniają się czas od wystąpienia objawów do zgłoszenia się do lekarza podstawowej opieki zdrowotnej oraz czas od wizyty u lekarza rodzinnego do konsultacji urologicznej. W jego ocenie to właśnie tutaj koncentrują się opóźnienia, które później rzutują na stadium zaawansowania choroby w momencie rozpoznania.

Krwiomocz to sygnał alarmowy, ale nie jedyny

W praktyce klinicznej najważniejszym objawem alarmowym pozostaje krwiomocz. Dr n. med. Tomasz Syryło z Polskiego Towarzystwa Urologicznego podkreśla, że „takim objawem wysoce niepokojącym, który powinien zwrócić uwagę już na etapie diagnostyki u lekarzy rodzinnych, jest bezbólowy nawracający krwiomocz, który powinien być sygnałem alarmowym i zmusić pacjentów, aby zgłosili się na diagnostykę pogłębioną do poradni lub oddziałów urologicznych”. Ten sygnał wciąż jednak zbyt często nie uruchamia wystarczająco szybkiej reakcji.

Eksperci zwracali uwagę, że problem nie polega wyłącznie na braku wiedzy pacjentów. Równie istotna jest czujność po stronie systemu ochrony zdrowia. Prof. Kucharz zaznacza, że potrzebna jest „edukacja nie tylko społeczeństwa, ale także lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej, tak aby zachowywali odpowiednią czujność onkologiczną”. Jak dodaje, w praktyce klinicznej sposób myślenia powinien być bardzo prosty: „jeśli widzimy pacjenta z jakimikolwiek niepokojącymi objawami, najpierw należy wykluczyć nowotwór, a dopiero później rozważać inne przyczyny”.

Ta zasada ma szczególne znaczenie właśnie w raku pęcherza, ponieważ objawy bywają bagatelizowane lub tłumaczone bardziej pospolitymi przyczynami. Krwinkomocz czy krwiomocz są nieraz interpretowane jako skutek leczenia przeciwzakrzepowego, infekcji, intensywnego wysiłku fizycznego czy kamicy układu moczowego. Taki tok rozumowania może wydawać się logiczny, ale równocześnie osłabia czujność onkologiczną.

Prof. Kucharz zwraca uwagę, że nie można uspokajać się wyłącznie dlatego, że pacjent nie prezentuje klasycznego krwiomoczu. „To nie jest tak, że krwiomocz czy krwinkomocz to jedyny objaw. Pamiętajmy, że szereg innych dolegliwości – takich jak ból, uczucie niepełnego opróżnienia pęcherza czy nawracające infekcje dróg moczowych – również wymaga diagnostyki” – podkreśla. Jak dodaje, brak krwiomoczu nie powinien usypiać czujności diagnostycznej: „jeżeli chory ma objawy niepokojące, nie możemy się uspokoić tylko dlatego, że nie ma krwiomoczu. Taki pacjent wymaga diagnostyki, w tym badania cystoskopowego i wykluczenia przyczyny onkologicznej”.

Nie ma prostego screeningu, więc kluczowa pozostaje wczesna diagnostyka objawowa

Rak pęcherza moczowego należy do tych nowotworów, dla których nie istnieje dziś prosty i skuteczny program badań przesiewowych na poziomie populacyjnym. Jak przypominała przedstawicielka Ministerstwa Zdrowia Agnieszka Molenda-Wiśniewska, w praktyce jedynym badaniem, które może zwrócić uwagę na problem już na poziomie podstawowej opieki zdrowotnej, pozostaje badanie ogólne moczu. To właśnie ono może ujawnić obecność krwiomoczu i stać się punktem wyjścia do dalszej diagnostyki.

Dr n. med. Tomasz Syryło z Polskiego Towarzystwa Urologicznego podkreśla, że w takiej sytuacji kolejnym krokiem powinno być badanie obrazowe, ale wykonane w sposób pozwalający na rzeczywistą ocenę pęcherza moczowego. „Kolejnym badaniem po badaniu ogólnym moczu, które wskazuje na obecność krwiomoczu makroskopowego albo mikroskopowego, jest badanie USG. Apelujemy do lekarzy rodzinnych, aby zlecali je z pełnym pęcherzem moczowym, ponieważ tylko wypełniony pęcherz sprawia, że badanie może być diagnostyczne” – zaznacza.

Jednocześnie eksperci przypominają, że mimo wielu lat badań nadal nie udało się opracować prostego markera, który mógłby stać się podstawą populacyjnego screeningu raka pęcherza. Jak mówi dr Syryło, „cały czas trwają poszukiwania uniwersalnego markera – zarówno w moczu, jak i we krwi – który pozwoliłby na wczesne wykrywanie raka urotelialnego. Na razie nie mamy jednak markerów o takiej czułości i swoistości, które umożliwiałyby wprowadzenie powszechnych badań przesiewowych”.

System ma narzędzia, ale nie zawsze wykorzystuje je odpowiednio wcześnie

W praktyce oznacza to, że ciężar wczesnego wykrywania nadal opiera się głównie na czujności klinicznej i sprawności organizacyjnej systemu. A z tym, bywa różnie. Dr Bernard Waśko z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego i członek Krajowej Rady Onkologicznej przypominał, że właśnie w tej „przedszpitalnej” części ścieżki kryją się największe rezerwy poprawy. Jego zdaniem jeden z kluczowych problemów polega na niewystarczającym wykorzystaniu karty DILO na odpowiednio wczesnym etapie. Jak podkreślał, w części województw karta bywa zakładana dopiero w szpitalu, przed konsylium, co podważa jej sens jako narzędzia przyspieszającego diagnostykę. „Mamy w Polsce bardzo zróżnicowaną sytuację. Mamy wiele do zrobienia w tej części przedszpitalnej diagnostyki, ale mamy do tego narzędzia i zróbmy tak, żeby te narzędzia były stosowane” – mówił.

Rak pęcherza moczowego jest chorobą, w której czas ma wyjątkowo duże znaczenie. Dr Syryło zwraca uwagę, że Polska nie odstaje znacząco od ośrodków europejskich, jeśli chodzi o wyposażenie czy możliwości techniczne. „Problem dotyczy przede wszystkim czasu – zarówno momentu, w którym pacjent trafia do urologa, jak i czasu potrzebnego do podjęcia leczenia radykalnego” – zaznacza. Jak dodaje, diagnostyka pogłębiona, wymagająca badań obrazowych, często się wydłuża, a pacjenci nierzadko zbyt długo oczekują również na sam zabieg. Tymczasem – podkreśla ekspert – cystektomia radykalna powinna zostać wykonana możliwie szybko: „najpóźniej w ciągu około 90 dni, czyli trzech miesięcy. Jeżeli czas oczekiwania jest dłuższy, przekłada się to bezpośrednio na gorsze wyniki leczenia”.

To nie jest jedna choroba i nie wystarcza jedno podejście terapeutyczne

Rak pęcherza moczowego jest chorobą wyraźnie niejednorodną. Jak przypomina dr Syryło, około 70 proc. przypadków stanowią nowotwory powierzchowne, natomiast około 30 proc. – nowotwory naciekające, które wiążą się z odmiennym rokowaniem i wymagają innej strategii leczenia. W wielu przypadkach podstawową metodą terapii pozostaje elektroresekcja przezcewkowa guza pęcherza moczowego wykonywana w oddziałach urologii, która na tym etapie bywa leczeniem wystarczającym. W postaciach naciekających konieczne jest jednak leczenie radykalne, w tym cystektomia, czyli jedna z najbardziej rozległych operacji w urologii.

W tym kontekście środowisko kliniczne coraz częściej zwraca uwagę na potrzebę objęcia refundacją cystektomii wykonywanej z wykorzystaniem chirurgii robotycznej. Dr Syryło podkreśla, że „pacjenci odnoszą z zastosowania tej metody największą korzyść”, apelując jednocześnie do decydentów o rozważenie finansowania tej techniki. Przy tak rozległym zabiegu potencjalne korzyści wynikające z zastosowania chirurgii robotycznej mogą mieć dla chorych szczególne znaczenie.

Nowoczesne leczenie jest dostępne szerzej niż kilka lat temu, ale nadal niepełnie

Nie oznacza to jednak, że w ostatnich latach nie nastąpił postęp. Przeciwnie – rak pęcherza moczowego przestał być obszarem całkowicie pomijanym w nowoczesnym leczeniu systemowym. Prof. Kucharz przypomina, że jeszcze kilka lat temu możliwości terapeutyczne w raku urotelialnym były bardzo ograniczone. „Jeszcze niedawno nie mieliśmy żadnej nowoczesnej terapii dla tych chorych. Program lekowy w ogóle nie istniał w tej chorobie” – zauważa.

Dziś sytuacja wygląda inaczej. „Pojawiło się wiele nowych możliwości leczenia i można powiedzieć, że znacząca część wartościowych opcji terapeutycznych jest już dostępna dla naszych pacjentów” – podkreśla onkolog.

W tym sensie system przeszedł wyraźną zmianę. Ministerstwo Zdrowia wskazywało, że program lekowy B.141 obejmuje kilka opcji terapeutycznych, zależnie od stopnia zaawansowania choroby: leczenie uzupełniające, podtrzymujące, immunoterapię w chorobie miejscowo zaawansowanej lub przerzutowej, terapie celowane oraz leczenie skojarzone w pierwszej linii u wybranych pacjentów. Z przedstawionych danych wynikało również, że liczba chorych włączanych do programu systematycznie rośnie: z nieco ponad 300 pacjentów w 2023 roku do 894 osób w 2024 roku, a po 11 miesiącach 2025 roku już do 1375 pacjentów. Wydatki na ten obszar przekroczyły 140 mln zł.

Środowisko kliniczne przyznaje, że dostęp do leczenia poprawił się w ostatnich latach w sposób znaczący, ale jednocześnie nie ukrywa, że nadal pozostają istotne luki. Jedną z nich jest pełna dostępność terapii skojarzonych w pierwszej linii leczenia zaawansowanego raka urotelialnego. Organizacje pacjenckie zwracały uwagę, że to właśnie ten brakujący element mógłby dopełnić obecny program lekowy i jeszcze bardziej zbliżyć polską praktykę do aktualnych standardów międzynarodowych. Wśród rozwiązań wskazywano przede wszystkim schemat łączący immunoterapię pembrolizumabem z koniugatem przeciwciało–lek enfortumabem wedotyną, który w badaniach klinicznych wykazał wyraźną poprawę wyników leczenia w porównaniu z dotychczasowym standardem terapii. W sytuacji, gdy takie leczenie ma już ugruntowaną pozycję w międzynarodowych wytycznych i wykazuje przewagę pod względem przeżycia całkowitego lub czasu wolnego od progresji choroby, długie oczekiwanie na decyzję refundacyjną przekłada się na realne konsekwencje dla pacjentów.

Warto przy tym zauważyć, że poprawa dostępu do nowych terapii nie rozwiązuje wszystkich problemów automatycznie. Prof. Kucharz słusznie zaznacza, że na ocenę wpływu nowych refundacji na przeżycie czy czas wolny od nawrotu potrzebny jest dłuższy okres obserwacji. Zmiany w programie lekowym są stosunkowo świeże, w dużej mierze z ostatnich 2–3 lat, dlatego skutki systemowe będą widoczne dopiero z czasem. Nie zmienia to jednak faktu, że kierunek zmian jest oceniany jako ważny i potrzebny.

Chirurgia robotyczna i radioterapia

Równolegle do leczenia systemowego rozwija się również chirurgia robotyczna. Ministerstwo informowało, że liczba takich operacji rośnie, a zabiegi są koncentrowane w głównych ośrodkach, co ma sprzyjać zarówno jakości leczenia, jak i bezpieczeństwu chorych. Przy najbardziej złożonych operacjach znaczenie ma nie tylko dostęp do technologii, ale także doświadczenie zespołu oraz pełne zaplecze diagnostyczne i pooperacyjne.

W dyskusji pojawił się też wątek radioterapii, o którym – jak zauważył prof. Krzysztof Składowski, konsultant krajowy w dziedzinie radioterapii onkologicznej – mówi się przy raku pęcherza rzadziej niż o chirurgii czy leczeniu systemowym. Nie oznacza to jednak, że radioterapia nie ma znaczenia. Profesor przypominał, że nie jest to metoda pierwszego wyboru w leczeniu zasadniczym, ale pozostaje ważną opcją uzupełniającą po nieradykalnych zabiegach oraz w leczeniu nieoperacyjnych nawrotów. „To leczenie może przynieść naprawdę ewidentny zysk w postaci długiego przeżycia, wieloletniego nawet przeżycia” – mówił.

Rak pęcherza to choroba przewlekła także po zakończeniu leczenia

Osobnym, ale bardzo istotnym problemem jest przewlekły charakter tej choroby. Jak przypominała przedstawicielka resortu zdrowia, rak pęcherza moczowego wiąże się z bardzo wysokim odsetkiem nawrotów, sięgającym 50–70 proc., zwłaszcza w postaciach nienaciekających. To oznacza, że pacjent nie znika z systemu po zakończeniu leczenia radykalnego. Wymaga wieloletnich kontroli, nadzoru urologicznego i onkologicznego, a niekiedy ponownych interwencji. W 2023 roku w Polsce leczonych lub monitorowanych było 58 tysięcy pacjentów z tym rozpoznaniem, a liczba ta w ciągu pięciu lat wzrosła o około 20 proc.

To właśnie dlatego dyskusja o raku pęcherza nie może ograniczać się do samej dostępności do leków. Równie ważne są organizacja diagnostyki, jakość ścieżki pacjenta, sprawność współpracy między POZ, AOS i leczeniem szpitalnym oraz to, czy system faktycznie wychwytuje chorych na etapie, kiedy nowotwór jest jeszcze ograniczony do pęcherza. Z perspektywy klinicznej i zdrowia publicznego to właśnie tu znajduje się największy potencjał poprawy wyników.

Bez edukacji i czujności onkologicznej system nadal będzie reagował zbyt późno

Nieprzypadkowo więc tak mocno wybrzmiewał wątek edukacji. Dotyczy on nie tylko pierwszych objawów, ale także czynników ryzyka. Jednym z najważniejszych pozostaje palenie tytoniu, nadal zbyt rzadko kojarzone społecznie z rakiem pęcherza moczowego. Tymczasem eksperci przypominali, że to właśnie tytoń jest głównym czynnikiem etiologicznym tej choroby. Zwracano też uwagę na narażenia zawodowe, zwłaszcza w grupach mających kontakt z substancjami chemicznymi, w tym w przemyśle chemicznym, petrochemicznym czy w służbach narażonych na ekspozycję na dym i związki toksyczne.

Z tego wszystkiego wyłania się obraz choroby, która z jednej strony jest dziś lepiej leczona niż jeszcze kilka lat temu, ale z drugiej nadal zbyt często rozpoznawana zbyt późno. I być może właśnie w tym tkwi sedno problemu. W raku pęcherza moczowego nie wystarczy już mówić tylko o kolejnych technologiach i refundacjach, choć one pozostają ważne. Równie ważne jest to, czy pacjent z pierwszym objawem trafi do właściwej diagnostyki odpowiednio wcześnie, czy lekarz nie zbagatelizuje sygnału ostrzegawczego, czy system nie zatrzyma chorego w kolejkach i rozproszonej ścieżce, zanim w ogóle rozpocznie się leczenie.

Źródło: opracowanie redakcyjne na podstawie posiedzenia Podkomisji stałej do spraw onkologii „Rozpatrzenie informacji na temat systemu opieki nad pacjentami z podejrzeniem lub rozpoznaniem raka pęcherza moczowego”, 26 marca 2026 r.; cytowane wypowiedzi pochodzą z tego posiedzenia.
Rak pęcherza moczowego nadal kojarzy się w Polsce przede wszystkim z mężczyznami – i statystyki rzeczywiście to potwierdzają. Jednocześnie u kobiet rozpoznanie bywa stawiane później, ponieważ pierwsze objawy często przypominają typowe dolegliwości ze strony układu moczowego lub problemy ginekologiczne. W tej chorobie czas od pojawienia się objawów do rozpoczęcia diagnostyki ma istotne znaczenie dla rokowania.
Podczas ostatniego posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Mężczyzn dr n. med. Bożena Sikora-Kupis z Kliniki Nowotworów Układu Moczowego Narodowego Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie przedstawiła kompleksowe ujęcie raka pęcherza moczowego. Jednym z najmocniej zaakcentowanych wątków była jednak sytuacja kobiet, u których nieswoiste objawy i opóźnienia w kierowaniu do diagnostyki urologicznej mogą wpływać na stadium rozpoznania.

Dane przedstawione podczas posiedzenia warto uzupełnić o wnioski międzynarodowego raportu Women Unseen: Tackling the Gender Care Gap in Bladder Cancer – Call to Action Report, który analizuje doświadczenia pacjentek i przebieg ich ścieżki diagnostycznej. W raporcie przytoczono m.in. wyniki ankiety WBCPC (Patient and Carer Experience Survey, maj 2023), z których wynika, że 39% kobiet na początku było leczonych jak w przypadku zakażenia układu moczowego, podczas gdy wśród mężczyzn odsetek ten wynosił 21%. Jednocześnie 54% badanych nie znało objawów raka pęcherza przed rozpoznaniem, a 64% nie wiedziało, że widoczna krew w moczu może być jego symptomem – mimo że jest to najczęstszy objaw choroby.

Te dane pokazują, że nieswoistość pierwszych dolegliwości oraz ograniczona świadomość objawów mogą wydłużać drogę do właściwej diagnostyki. W sytuacji, gdy krwiomocz ma charakter epizodyczny, a dominują objawy typowe dla infekcji dolnych dróg moczowych, decyzja o pogłębieniu diagnostyki bywa odkładana, co w przypadku nowotworu może oznaczać rozpoznanie na bardziej zaawansowanym etapie.

Statystyki: wciąż częściej mężczyźni, ale kobiety to istotna grupa pacjentek

Zacznijmy od aktualnych danych epidemiologicznych. Na świecie rak pęcherza moczowego zajmuje dziesiąte miejsce pod względem częstości występowania. W Polsce w 2023 roku wśród mężczyzn był czwartym najczęściej rozpoznawanym nowotworem, natomiast wśród kobiet znajdował się poza pierwszą dziesiątką. W liczbach oznacza to ponad 5000 nowych zachorowań rocznie u mężczyzn i blisko 2000 u kobiet.
Podobne proporcje dotyczą zgonów – w 2023 roku odnotowano niemal 3000 zgonów wśród mężczyzn i około 1000 wśród kobiet.
Różnice te sprawiają, że rak pęcherza bywa postrzegany przede wszystkim jako nowotwór mężczyzn. Jednocześnie około 2000 nowych zachorowań rocznie wśród kobiet oznacza, że nie jest to problem marginalny – zwłaszcza w kontekście danych wskazujących na częstsze rozpoznanie w bardziej zaawansowanym stadium w tej grupie pacjentek.

Ryzyko: palenie nie ma płci, a wiek nie jest już jedyną granicą

Wiek pozostaje jednym z najważniejszych czynników epidemiologicznych. Ponad 90% przypadków dotyczy osób po 55. roku życia, a mediana wieku w chwili rozpoznania wynosi 73 lata. Rak pęcherza jest więc klasycznie nowotworem populacji starszej. Jednocześnie – jak podkreślała ekspertka – w praktyce klinicznej obserwuje się coraz więcej młodszych pacjentów. – „Mój najmłodszy pacjent z rakiem pęcherza to 37-latek.” – zaznaczyła dr n. med. Bożena Sikora-Kupis.
Wśród czynników ryzyka kluczowe znaczenie ma palenie tytoniu. To najważniejszy, dobrze udokumentowany czynnik kancerogenny w raku pęcherza. W kontekście kobiet istotne jest to, że rozpowszechnienie palenia w młodszych kohortach wiekowych nie różni się już tak wyraźnie między płciami. W grupie 30–39 lat odsetek palących kobiet i mężczyzn jest zbliżony, w kolejnych dekadach życia różnice zmniejszają się, a w części przedziałów wiekowych ponownie się wyrównują.
Jeżeli główny czynnik ryzyka rozkłada się coraz bardziej równomiernie w populacji kobiet i mężczyzn, można oczekiwać, że struktura zachorowań również będzie się stopniowo zmieniać. W tym kontekście szczególnego znaczenia nabiera czujność diagnostyczna wobec kobiet oraz wczesna interpretacja pierwszych objawów.

Objawy: epizodyczny krwiomocz i nieswoiste dolegliwości

Najczęstszym objawem raka pęcherza moczowego jest krwiomocz. W części przypadków ma on charakter makroskopowy, czyli widoczny gołym okiem jako zmiana zabarwienia moczu. Zdarza się jednak, że ilość krwi jest niewielka i może zostać wykryta jedynie w badaniu ogólnym moczu jako krwiomocz mikroskopowy.
Krwiomocz w raku pęcherza często ma charakter epizodyczny. Może pojawić się jednorazowo, ustąpić samoistnie i powrócić dopiero po wielu tygodniach lub miesiącach. Najczęściej nie towarzyszy mu ból lub występują jedynie niewielkie dolegliwości ze strony dolnych dróg moczowych. Właśnie ta bezbolesność oraz przemijający charakter objawu sprawiają, że bywa on bagatelizowany lub nie staje się bezpośrednim powodem zgłoszenia się do lekarza.
Rak pęcherza może również manifestować się objawami typowymi dla podrażnienia dolnych dróg moczowych. Należą do nich częstomocz, parcia naglące, pieczenie podczas mikcji, uczucie niepełnego opróżnienia pęcherza czy okresowe zatrzymanie moczu. Objawy te są nieswoiste i znacznie częściej wynikają ze schorzeń łagodnych, takich jak zakażenia układu moczowego, jednak w każdym przypadku – zwłaszcza jeśli utrzymują się lub nawracają – wymagają pogłębionej diagnostyki urologicznej.
W bardziej zaawansowanych stadiach choroby mogą pojawić się objawy związane z miejscowym naciekaniem lub utrudnieniem odpływu moczu, takie jak ból w podbrzuszu, trudności w oddawaniu moczu i stolca, bóle okolicy lędźwiowej czy bezmocz. Na tym etapie choroba często wymaga już leczenia radykalnego i wielospecjalistycznego podejścia terapeutycznego.

Kobiety: interpretacja objawów i opóźnienia diagnostyczne

Raport Women Unseen pokazuje, że doświadczenia pacjentek często różnią się od ścieżki diagnostycznej mężczyzn. 31% kobiet deklarowało, że ich objawy nie zostały potraktowane poważnie podczas pierwszej wizyty lekarskiej. W analizowanym w raporcie badaniu z Anglii (2009–2010) 27% kobiet miało trzy lub więcej konsultacji przed skierowaniem na właściwe badania – wobec 11% mężczyzn. Oznacza to tygodnie, a nierzadko miesiące przesunięcia momentu rozpoznania.
Jednym z elementów tego mechanizmu jest interpretacja pierwszych objawów. Wnioski raportu wskazują, że u kobiet widoczna krew w moczu bywa łączona z częstszymi przyczynami dolegliwości, w tym problemami ginekologicznymi czy zmianami okołomenopauzalnymi. Gdy krwiomocz ma charakter przemijający, a objawy bólowe są niewielkie, decyzja o pogłębieniu diagnostyki może zostać odłożona.
Na ten sam problem zwraca uwagę dr n. med. Bożena Sikora-Kupis. Jak podkreśla, krwiomocz „bardzo często jest interpretowany jako zakażenie układu moczowego (ZUM), zapalenie pęcherza, niejednokrotnie jednak jest też mylony z krwawieniem z dróg rodnych”. Sama wstępna kwalifikacja objawu jako infekcji nie jest zaskakująca, ponieważ zakażenia układu moczowego należą do najczęstszych przyczyn podobnych dolegliwości. Kluczowe znaczenie ma jednak moment, w którym objawy nawracają, a diagnostyka nie zostaje rozszerzona.
Ekspertka zaznacza, że „powtarzające się epizody zakażenia układu moczowego, również powinny wzbudzić taką czujność i skierowanie pacjenta do dalszej diagnostyki”. W praktyce jednym z czynników wydłużających czas do rozpoznania bywa wielokrotne leczenie antybiotykami bez wykonania badań obrazowych – jak wskazuje dr Sikora-Kupis – „Lekarz POZ leczy pacjentkę antybiotykami, jednym, drugim, trzecim. Nie wykonuje żadnej diagnostyki. (…) zanim pacjentka dostanie skierowanie do poradni urologicznej, naprawdę minie wiele tygodni. A tak naprawdę musi czekać na konsultację do poradni urologicznej”. Nawet po skierowaniu do specjalisty proces nie zawsze przebiega natychmiastowo. „Z tego co wiem, to na pierwszej konsultacji koledzy urolodzy nie robią od razu cystoskopii, tylko znowu pacjentka musi czekać na wykonanie tych badań obrazowych. Więc to wszystko trwa, a niestety w przypadku raka pęcherza moczowego, szczególnie zaawansowanego, niestety czas odgrywa wielką rolę”.
Dr n. med. Bożena Sikora-Kupis zwraca uwagę, że w przypadku kobiet należy uwzględniać nie tylko uwarunkowania systemowe, ale także potencjalne różnice biologiczne, w tym wpływ hormonów płciowych na proces karcynogenezy oraz odmienną ekspresję receptorów. W praktyce klinicznej obserwuje się również, że „w przypadku pań mamy częstsze występowanie bardziej agresywnych wariantów i niestety większy odsetek nowotworów naciekających mięśniówkę w chwili rozpoznania”.
Równolegle istotny pozostaje wymiar społeczno-systemowy. „Niższa czujność onkologiczna wobec kobiet, ponieważ utarło się tak naprawdę, że rak pęcherza moczowego jest równy chorobie mężczyzn” – podkreśla ekspertka. Takie postrzeganie choroby może wpływać na interpretację pierwszych objawów i moment skierowania do specjalistycznej diagnostyki.
W efekcie ścieżka od pierwszego objawu do rozpoznania może być rozciągnięta w czasie na kilku etapach: w podstawowej opiece zdrowotnej, na etapie kwalifikacji do specjalisty oraz w oczekiwaniu na badania diagnostyczne. W raku pęcherza każde z tych opóźnień może wpływać na stadium rozpoznania i dalsze rokowanie.

Jeśli jest jedno zdanie, które warto zapamiętać, to właśnie to, które padło w finale wykładu: „każdy makroskopowy krwiomocz na pewno wymaga pilnej diagnostyki urologicznej niezależnie od płci”.

Raport Women Unseen dokłada do tego drugi, równie praktyczny wniosek: luka nie polega tylko na biologii, ale na tym, jak system reaguje na kobietę z objawami. Jeśli prawie dwie trzecie pacjentów nie wie, że krew w moczu jest objawem, jeśli kobiety częściej słyszą „to ZUM”, a część z nich potrzebuje trzech i więcej wizyt, zanim ruszy właściwa diagnostyka, to poprawa rokowań zaczyna się nie w sali operacyjnej, tylko wcześniej: w POZ, w gabinecie urologa, w decyzji o zleceniu diagnostyki, w edukacji i w „czujności na objaw”, który ma być sprawdzony, a nie przeczekany. Rak pęcherza może statystycznie częściej dotyczyć mężczyzn, ale w diagnostyce kobiet, zbyt często zaczyna się mylnego rozpoznania: „to tylko zapalenie pęcherza”.

Źródła: Wykład dr n. med. Bożeny Sikory-Kupis (Klinika Nowotworów Układu Moczowego) podczas posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Mężczyzn z 24.02.2026 r.; Women Unseen: Tackling the gender care gap in bladder cancer – Call to Action Report (m.in. dane WBCPC Patient and Carer Experience Survey, May 2023; informacje o rozpoznaniu „UTI” oraz świadomości objawów).

W polskiej onkologii paradoks polega dziś na tym, że mamy coraz więcej narzędzi – leków, ścieżek postępowania, programów, nawet portali informacyjnych – a jednocześnie wciąż przegrywamy tam, gdzie zaczyna się najprostsza część medycyny: wczesne wykrywanie i sprawna diagnostyka. To nie jest wyłącznie problem pieniędzy ani wyłącznie „niskiej świadomości”. To problem konstrukcji systemu, który w wielu obszarach nie bierze pod uwagę tego, że profilaktyka nie działa jednakowo dla wszystkich. Ma płeć, wiek, miejsce zamieszkania i kontekst społeczny – a także własną logikę barier.

Posiedzenie Parlamentarnego Zespołu ds. Zdrowia Mężczyzn pokazało to wyraźnie: w jednym miejscu spotkały się trzy kluczowe tematy polskiej onkologii 2026 roku – profilaktyka, diagnostyka molekularna i dostępność ścieżek. Zderzenie tych wątków prowadzi do wniosku dość niewygodnego: nawet najlepsze leczenie nie zadziała populacyjnie, jeśli pacjent zbyt późno trafia do systemu, a potem nie dostaje właściwego rozpoznania na czas.

Tu zaczyna się pytanie ważniejsze niż to, „co jeszcze można refundować”: czy państwo potrafi zaprojektować Polakom równą, prostą i rzeczywiście dostępną drogę do badań przesiewowych – niezależnie od kodu pocztowego, PESELu, płci i zasobności portfela?

Równa dostępność? Spór o skierowanie do urologa

Jednym z najbardziej konkretnych przykładów tej systemowej konstrukcji jest dostęp do lekarza urologa – specjalisty kluczowego w diagnostyce wielu nowotworów męskich, w tym raka prostaty czy raka pęcherza. To właśnie w tym punkcie teoria o „równej dostępności” zderza się z praktyką organizacyjną.
Przewodniczący Parlamentarnego Zespołu ds. Zdrowia Mężczyzn, poseł Marcin Józefaciuk, przypomniał, że kwestia skierowań do urologa była już przedmiotem formalnej interpelacji skierowanej do Ministerstwa Zdrowia.
Jak relacjonował, w ubiegłym roku zespół zapytał wprost, czy resort planuje zniesienie obowiązku posiadania skierowania do lekarza urologa – na wzór przepisów dotyczących dostępu do ginekologa – oraz czy prowadzone są analizy lub prace legislacyjne mające na celu usunięcie tej bariery administracyjnej. Odpowiedź ministerstwa była jednoznaczna: na ten moment nie są planowane żadne działania zmierzające do zniesienia wymogu skierowania.
W uzasadnieniu resort wskazał m.in., że lekarz podstawowej opieki zdrowotnej ma możliwość zlecenia podstawowych badań diagnostycznych, w tym oznaczenia PSA – antygenu swoistego dla stercza – a następnie, w razie potrzeby, skierowania pacjenta do właściwego specjalisty, wystawienia karty DILO czy skierowania do szpitala.
Ministerstwo argumentowało również, że zniesienie obowiązku skierowania mogłoby doprowadzić do sytuacji, w której pacjenci z dolegliwościami urologicznymi trafialiby bezpośrednio do specjalisty, choć ich problem mógłby zostać rozwiązany na poziomie POZ. To z kolei – jak wskazano w odpowiedzi – mogłoby skutkować wydłużeniem kolejek do urologa oraz utratą cennego czasu na postawienie właściwej diagnozy i wdrożenie leczenia.
Józefaciuk podkreślił jednak, że argument o kolejkach nie wyczerpuje problemu.
„Jeżeli chodzi o sprawy męskie, o mężczyzn, to jednak nie zauważamy wzrostu zainteresowania czy wzrostu posyłania mężczyzn do urologa. (…) Według szacunków, badań i analiz różnych organizacji mężczyzna, jeżeli już pójdzie do jednego lekarza, to jest bardzo dobrze, a żeby jeszcze musiał później do drugiego lekarza pójść, ten odsetek jest już o wiele mniejszy.”
W jego ocenie wieloetapowość ścieżki może w praktyce działać zniechęcająco, szczególnie w przypadku pacjentów, którzy i tak rzadziej korzystają z systemu ochrony zdrowia. Jednocześnie zaznaczył, że ministerstwo podejmuje działania promujące profilaktykę – zarówno poprzez patronaty, wsparcie finansowe inicjatyw, jak i obecność tematów zdrowia mężczyzn w kampaniach medialnych czy nawet wątkach serialowych.
Jak podsumował, zespół zamierza nadal wracać do tematu uproszczenia dostępu, zwłaszcza że – jak zauważył – w ostatnim czasie zniesiono obowiązek skierowań do niektórych innych specjalistów.

Ten systemowy argument znajduje potwierdzenie w praktyce klinicznej.

Na różnicę w „naturalnych” punktach kontaktu z systemem zwróciła uwagę dr Anna Bonder-Nowicka, specjalistka urologii. „Kobiety częściej trafiają do gabinetów ginekologicznych – głównie w związku z kwestiami rozrodu, a jeśli nie z rozrodem, to z antykoncepcją. Jest więc więcej sytuacji, w których nawet niejako przy okazji mogą zostać zapytane o profilaktykę, o samobadanie piersi czy o ostatnią cytologię – i chwała kolegom ginekologom za to. (…) Dostęp do urologa w pewnym sensie jest ograniczony, ponieważ droga do jego gabinetu najczęściej prowadzi przez lekarza rodzinnego. (…) Mężczyźni nie mają takiej odruchowej możliwości, by po prostu pojawić się w gabinecie urologicznym. Nawet jeśli mają wątpliwości, które chcieliby szybko z urologiem rozwiać, i tak muszą najpierw udać się do lekarza rodzinnego po skierowanie. Wydłużanie tej ścieżki wydaje się w naszym środowisku zbędnym utrudnieniem.” – podkreśliła.

W tym kontekście postulat uproszczenia dostępu do urologa nie jest postulatem „przywileju”, lecz próbą skrócenia jednego z newralgicznych odcinków ścieżki diagnostycznej. Obawy o kolejki są realne, ale warto je odwrócić: są argumentem za lepszym triage i sprawniejszą organizacją opieki, a nie za utrzymywaniem barier administracyjnych, które w praktyce opóźniają rozpoznania.

Dyskusja o skierowaniach do urologa nie jest sporem proceduralnym. W przypadku części nowotworów męskich to realnie kwestia czasu.

W tym kontekście dr n. med. Bożena Sikora-Kupis z Kliniki Nowotworów Układu Moczowego przypomniała, że rak pęcherza moczowego w Polsce jest w grupie mężczyzn czwartym najczęściej rozpoznawanym nowotworem. W 2023 roku odnotowano ponad 5 tysięcy nowych zachorowań u panów i blisko 3 tysiące zgonów. U kobiet liczby są niższe – niespełna 2 tysiące zachorowań i około tysiąca zgonów – ale to wciąż znacząca skala problemu.
To nowotwór, który w ponad 75 proc. dotyczy mężczyzn. Mediana wieku wynosi 73 lata, ale – jak podkreślała ekspertka – w praktyce klinicznej pojawiają się coraz młodsi pacjenci. „Mój najmłodszy pacjent z rakiem pęcherza to 37-latek.” – zaznaczyła dr n. med. Bożena Sikora-Kupis.
Głównym czynnikiem ryzyka pozostaje palenie tytoniu. I choć tradycyjnie kojarzone było ono głównie z mężczyznami, dane pokazują, że w młodszych grupach wiekowych odsetek palących kobiet i mężczyzn zaczyna się wyrównywać.
Najczęstszym objawem raka pęcherza jest krwiomocz – najczęściej widoczny gołym okiem, ale czasem jedynie mikroskopowy. Problem polega na tym, że bywa jednorazowy, przemijający, niebolesny. Pacjent widzi krew raz, objaw ustępuje i temat znika. Czasem pojawiają się objawy niespecyficzne: częstomocz, parcia naglące, uczucie niepełnego opróżnienia pęcherza.

I właśnie w tym miejscu wraca pytanie o ścieżkę dostępu. Jeśli pierwszym objawem jest krwiomocz, a droga do urologa prowadzi przez kilka wizyt w POZ i kolejne tygodnie oczekiwania, system sam wydłuża czas do rozpoznania. W nowotworze, w którym połowa chorych po leczeniu radykalnym doświadcza nawrotu, a stadium przerzutowe dramatycznie pogarsza rokowanie, opóźnienie nie jest kategorią administracyjną – jest kliniczną.

Medycyna precyzyjna w męskiej onkologii

Najważniejszym nowotworem męskim pozostaje rak prostaty. I to właśnie on pokazuje, jak bardzo współczesna onkologia zależy dziś od jakości diagnostyki molekularnej.
Podobnie jak w raku piersi – w tym wypadku również mówimy o nowotworze, który w części przypadków jest zależny od mutacji w genach BRCA. U około 10–20 proc. pacjentów z rakiem prostaty identyfikuje się mutacje w genach BRCA1, BRCA2, a także w innych genach związanych z naprawą DNA, takich jak ATM, CHEK2, PALB2 czy CDK12. Dla tej grupy dostępne są dwa programy lekowe oparte na inhibitorach PARP – terapii celowanej, która działa właśnie w przypadku określonych zaburzeń genetycznych.
Nie oznacza to jednak, że badania molekularne wykonuje się u wszystkich chorych. Diagnostyka dotyczy wyselekcjonowanej populacji – pacjentów z przerzutowym rakiem prostaty, leczonych hormonalnie, u których doszło do niepowodzenia terapii hormonalnej. W praktyce to około 5 tysięcy chorych rocznie, u których badania genetyczne powinny być standardem postępowania.
Szczególne znaczenie ma także diagnostyka u mężczyzn, u których rak prostaty pojawia się w młodym wieku. Wczesne zachorowania częściej są związane z mutacjami w genach BRCA – zwłaszcza BRCA2, który jest najczęściej identyfikowanym genem predyspozycyjnym w tym nowotworze.
Eksperci podkreślali, że klasyczne testy przesiewowe w kierunku wybranych mutacji BRCA1 i BRCA2 nie są w tym przypadku wystarczające. Konieczne jest pełne badanie metodą NGS, obejmujące analizę całej sekwencji kodującej genów. Co więcej, sama krew nie zawsze wystarcza.
W raku prostaty około połowa mutacji ma charakter germinalny, dziedziczny, ale druga połowa to mutacje somatyczne, obecne wyłącznie w tkance nowotworowej. Oznacza to, że optymalnym materiałem do diagnostyki jest właśnie guz.
I tu pojawia się poważny problem systemowy.
Materiał w raku prostaty pochodzi najczęściej z cienkoigłowych biopsji – niewielkich fragmentów tkanki utrwalanych w bloczkach parafinowych. Jak wskazywano podczas posiedzenia, nawet około 50 proc. takich preparatów okazuje się niediagnostycznych: materiał bywa zbyt skąpy, źle utrwalony albo zawiera zbyt mało komórek nowotworowych, by przeprowadzić wiarygodne badanie molekularne. W praktyce oznacza to, że co drugi pacjent może nie mieć możliwości wykonania testu, który decyduje o kwalifikacji do leczenia.
Dlatego jednym z kluczowych postulatów stało się dopuszczenie i finansowanie tzw. płynnej biopsji. Badanie to pozwala wykrywać mutacje w materiale genetycznym krążącym we krwi i może być wykonane ambulatoryjnie, bez konieczności ponownego pobierania tkanki. W sytuacji, gdy materiał tkankowy jest niediagnostyczny, płynna biopsja mogłaby stanowić realną „drugą szansę” na kwalifikację do terapii celowanej.
Bez finansowania tego świadczenia medycyna precyzyjna w raku prostaty pozostaje częściowo deklaratywna – dostępna teoretycznie, ale w praktyce ograniczona jakością materiału diagnostycznego.

Ale rak prostaty nie jest jedynym nowotworem męskim, w którym genetyka zaczyna odgrywać rolę.
Dr hab. Andrzej Tysarowski, prezes Polskiej Koalicji Medycyny Personalizowanej, zwrócił uwagę, że również rak pęcherza moczowego – jeszcze do niedawna postrzegany wyłącznie przez pryzmat leczenia chirurgicznego i chemioterapii – wchodzi w obszar terapii ukierunkowanych molekularnie. Od ubiegłego roku funkcjonuje program lekowy obejmujący diagnostykę w kierunku zmian w genie FGFR3 i kwalifikację do terapii celowanej u pacjentów z odpowiednim profilem molekularnym.
Badanie wykonywane jest z tkanki nowotworowej – metodą PCR jako test przesiewowy lub przy użyciu paneli NGS obejmujących tzw. hotspoty genu FGFR3. To obecnie jedyne rutynowo finansowane badanie genetyczne w tym nowotworze, ale pokazuje kierunek zmian: nawet w raku pęcherza medycyna precyzyjna przestaje być wyjątkiem.

W przypadku innych nowotworów męskich – przede wszystkim raka jądra – sytuacja wygląda inaczej. To nowotwór typowo młodych mężczyzn, w którym diagnostyka nie opiera się na badaniach genetycznych. Kluczowe znaczenie ma samobadanie i szybkie zgłoszenie się do lekarza w przypadku zauważenia niepokojących zmian w budowie jąder.
Tu medycyna precyzyjna ustępuje miejsca najprostszej profilaktyce wtórnej: czujności i szybkiej reakcji.

Trzeba zmienić model dotarcia

W dyskusji o barierach dostępu pojawił się jeszcze jeden, bardzo praktyczny wątek – mobilna profilaktyka.
Od lat oswoiliśmy się z obecnością mammobusów i cytobusów. Mobilne pracownie mammograficzne czy punkty cytologii płynnej pojawiają się przy centrach handlowych, podczas wydarzeń sportowych czy lokalnych festynów. Stały się symbolem aktywnego wychodzenia systemu do pacjentki.
Tymczasem analogicznych rozwiązań skierowanych typowo do mężczyzn wciąż brakuje.
Prof. Paweł Krawczyk przywołał doświadczenie z województwa lubelskiego, gdzie w ramach unijnego projektu realizowano mobilny program przesiewowy w kierunku raka płuca. Po regionie jeździł tzw. tomobus – mobilna pracownia niskodawkowej tomografii komputerowej, wykorzystywanej właśnie w badaniach przesiewowych osób z grupy podwyższonego ryzyka.
„To był strzał w dziesiątkę, bo zwłaszcza mężczyźni nie przyjadą do dużego miasta. Gdy tomobus pojawia się w ich miejscowości, zgłaszalność na badania wyraźnie rośnie. Województwo lubelskie jest rolniczym regionem. Jeżeli ktoś miałby przyjechać z obrzeży do miasta, to raczej da sobie z tym spokój. Dlatego akcje profilaktyczne muszą być zdywersyfikowane pod kątem miejsca zamieszkania pacjentów. Inaczej mieszkańcy miast będą mogli korzystać z programów profilaktycznych, a inaczej mieszkańcy terenów wiejskich.” – mówił profesor.
Na tę lukę zwrócił uwagę również Marcin Józefaciuk, mówiąc wprost o potrzebie „androbusów” – „Mammobusy czy busy z cytologią płynną pojawiają się coraz częściej (…) ale ciągle tych androbusów bardzo, bardzo mocno brakuje.”

Niezależnie od nazwy, idea jest prosta: jeśli państwo chce mówić o równej dostępności badań przesiewowych, musi wyjść do mężczyzn równie konsekwentnie, jak od lat wychodzi do kobiet. W przeciwnym razie różnica nie będzie wynikać z biologii, lecz z organizacji systemu.

HPV: mit „kobiecego wirusa” i luka w męskiej profilaktyce

Jeśli mobilna profilaktyka pokazuje, jak docierać do pacjentów, to wątek HPV pokazał, jak bardzo profilaktyka bywa źle rozumiana – także w wymiarze płci.
Prof. Mariusz Bidziński, konsultant krajowy w dziedzinie ginekologii onkologicznej, rozpoczął od rozprawienia się z jednym z najtrwalszych mitów: „HPV kojarzy się przede wszystkim z nowotworami kobiecymi, ale tak do końca nie jest to prawdą.”
Wirus brodawczaka ludzkiego ma ponad 200 typów, z czego około 40 uznaje się za wysokoonkogenne, czyli predysponujące do powstawania nowotworów. W praktyce klinicznej szczególne znaczenie ma kilkanaście, które dziś można identyfikować testami molekularnymi.
Nie każda infekcja prowadzi do nowotworu. W większości przypadków sprawny układ odpornościowy eliminuje wirusa bez trwałych konsekwencji. Problem pojawia się wtedy, gdy zakażenie przechodzi w fazę przewlekłą – a to, jak wskazywał profesor, może być związane m.in. z czynnikami środowiskowymi i osłabieniem odporności w populacji.
Efekt widać w statystykach globalnych. “Mamy statystyki międzynarodowe, które mówią, że od 4 do 5% wszystkich nowotworów, wszystkich globalnie, to są nowotwory wywołane przez HPV. We światowych statystykach prawie 700 tysięcy przypadków są to przypadki, gdzie czynnikiem etiologicznym jest rzeczywiście wirus HPV. A więc jest to problem zdrowia publicznego.” – kontynuował ekspert.
Kluczowe jest jednak to, że HPV nie dotyczy wyłącznie kobiet. „Mniej więcej 4 na 10 przypadków zachorowań to kwestia mężczyzn” – podkreślił prof. Bidziński.
O ile rak szyjki macicy jest niemal w stu procentach związany z zakażeniem HPV, o tyle wirus odpowiada również za około 90 proc. przypadków raka odbytu oraz około 70 proc. nowotworów części ustnej gardła. Istotny odsetek dotyczy także raka prącia. W praktyce oznacza to, że wirus jest czynnikiem etiologicznym zarówno nowotworów kobiecych, jak i męskich – zwłaszcza w obrębie okolic anogenitalnych i jamy ustnej.
To sprawia, że szczepienia przeciw HPV są narzędziem profilaktyki pierwotnej dla obu płci.
Ekspert odniósł się również do obaw, które przez lata towarzyszyły szczepieniom – że mogą sprzyjać „rozwiązłości” czy być traktowane jako forma antykoncepcji. Przytoczone badania nie potwierdzają wzrostu liczby partnerów seksualnych, ciąż ani innych zachowań ryzykownych wśród osób zaszczepionych.
Szczepienia są dziś rekomendowane przede wszystkim w wieku 9–14 lat – wtedy wystarczą dwie dawki, a skuteczność jest najwyższa. W grupie 15–26 lat nadal mają silną rekomendację (wymagają trzech dawek), a także między 27. a 45. rokiem życia, gdy istnieje ryzyko nowych zakażeń. Dopiero po 45. roku życia decyzja ma charakter indywidualny.
„Te szczepionki również powinny być u mężczyzn stosowane” – podsumował prof. Bidziński.

W kontekście wcześniejszej dyskusji o „androbusach” i braku naturalnych punktów kontaktu mężczyzn z systemem, wątek HPV pokazuje jeszcze jedno: profilaktyka nie może być projektowana pod stereotypy. Jeśli wirus odpowiada za setki tysięcy nowotworów rocznie – w tym znaczną część u mężczyzn – programy szczepień nie mogą być komunikowane wyłącznie jako element „kobiecej onkologii”.

„Zacznijmy zarządzać zdrowiem, a nie chorobą”

Po dyskusji o barierach w dostępie i o tym, jak wiele zależy od czasu rozpoznania, głos zabrała przedstawicielka Ministerstwa Zdrowia. Magdalena Klimek, naczelnik Wydziału Narodowej Strategii Onkologicznej w Departamencie Opieki Koordynowanej, przedstawiła kierunki działań resortu.
Jak podkreśliła, z perspektywy Ministerstwa Zdrowia kluczowe są dwa filary: wzmocnienie profilaktyki i wczesnego wykrywania nowotworów oraz standaryzacja opieki w ramach Krajowej Sieci Onkologicznej.
W ramach Narodowej Strategii Onkologicznej w ostatnim czasie poszerzono grupy wiekowe objęte badaniami przesiewowymi w kierunku raka piersi i raka szyjki macicy. Wprowadzono szczepienia przeciw HPV, umożliwiono wykonywanie testu HPV oraz cytologii na podłożu płynnym, która charakteryzuje się większą czułością niż klasyczna cytologia.
Do koszyka świadczeń gwarantowanych włączono także badanie kolonoskopowe w ramach wczesnego wykrywania raka jelita grubego. Kolejnym krokiem ma być ogólnopolski program badań przesiewowych raka płuca z wykorzystaniem niskodawkowej tomografii komputerowej. „Według ostatniej informacji, którą posiadam, program ma być włączony do koszyka w lipcu” – poinformowała Klimek.
Równolegle prowadzone są działania informacyjno-edukacyjne. Kampania „Planuję Długie Życie” funkcjonuje zarówno w przestrzeni medialnej, jak i w kanałach cyfrowych państwa. Na portalu pacjent.gov.pl dostępne są materiały dotyczące profilaktyki, stylu życia oraz informacji o badaniach – skierowane zarówno do kobiet, jak i mężczyzn.
Niemal rok temu uruchomiono Narodowy Portal Onkologiczny – narzędzie, które ma stanowić przeciwwagę dla dezinformacji i niezweryfikowanych treści pojawiających się w mediach społecznościowych. Portal powstaje we współpracy z ekspertami i ma zapewniać aktualne, rzetelne informacje dotyczące profilaktyki, diagnostyki i leczenia nowotworów.
Ważnym elementem cyfrowym jest również rozwój Internetowego Konta Pacjenta – w tym narzędzie „Dziesiątka dla Serca”, umożliwiające ocenę stylu życia i ryzyka zdrowotnego. Trwa także wdrażanie centralnej e-rejestracji, która obecnie umożliwia kobietom zapis na badania przesiewowe w kierunku raka szyjki macicy i raka piersi.
Drugim filarem działań jest Krajowa Sieć Onkologiczna. Jej celem jest standaryzacja opieki i zapewnienie pacjentowi – niezależnie od miejsca zamieszkania – porównywalnego poziomu leczenia. Ministerstwo opublikowało już 20 ścieżek postępowania w formie kluczowych zaleceń dla najczęściej występujących nowotworów, w tym raka piersi, jajnika, pęcherza moczowego oraz gruczołu krokowego. Podmioty zakwalifikowane do Krajowej Sieci Onkologicznej mają obowiązek stosowania tych zaleceń.

Przewodniczący zespołu, Marcin Józefaciuk w odpowiedzi podkreślił, że dostrzega wysiłek Ministerstwa Zdrowia – zarówno organizacyjny, jak i finansowy – ale jego zdaniem wciąż brakuje jednego elementu: wyraźnego uwzględnienia różnic między chłopcami i dziewczętami w projektowaniu profilaktyki. „Zabrakło mi skupienia się na różnicach też w profilaktyce u chłopców i u dziewcząt, bo zupełnie inaczej to wygląda i powinno wyglądać, tak mi się wydaje, ze strony edukacyjnej.” – powiedział.
W jego ocenie nauczycielom brakuje konkretnych narzędzi – gotowych materiałów, scenariuszy rozmów i wsparcia komunikacyjnego. Choć Ministerstwo Edukacji udostępnia podstawowe treści na platformach edukacyjnych, to – jak podkreślał – wciąż za mało, by realnie zmieniać postawy. „Brakuje nauczycielom takich możliwości, materiałów, żeby na ten temat rozmawiać, a to jest myślę taka bardzo niezagospodarowana grupa.” – mówił Marcin Józefaciuk.
Józefaciuk wskazał również na potrzebę nowoczesnej komunikacji – kampanii „z prawdziwego zdarzenia”, także w przestrzeni influencerskiej, skierowanej bezpośrednio do młodzieży. W jego ocenie profilaktyka mężczyzn bywa realizowana „tak samo” jak profilaktyka kobiet – tymi samymi kanałami, tym samym językiem i przy użyciu tych samych narzędzi.
A to nie działa.
„Nie chciałbym, żeby to zabrzmiało, że nic nie jest robione dla mężczyzn, ale jest robione dla mężczyzn tak samo, jakby było robione dla kobiet (…) te same sposoby, techniki, metody są wykorzystywane, które widać, że nie działają.” – podkreślił.
To nie jest postulat zwiększenia liczby programów, lecz zmiany ich konstrukcji. Jeśli kobiety mają „naturalne” punkty kontaktu z systemem – wizyty ginekologiczne, badania związane z rozrodem – mężczyźni takich punktów nie mają. Wymagają więc innego modelu dotarcia.
Jak podkreślił przewodniczący Zespołu: „Zacznijmy zarządzać zdrowiem, a nie chorobą.”
To zdanie, przywołane z jednego z wcześniejszych spotkań, stało się w pewnym sensie klamrą całego posiedzenia. Bo jeśli system ma skutecznie redukować śmiertelność nowotworów, nie wystarczy oferować leczenie na wysokim poziomie. Trzeba projektować profilaktykę w taki sposób, by realnie trafiała do tych, którzy dziś pozostają poza jej zasięgiem.

Źródło: Transkrypcja posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Zdrowia Mężczyzn (wspólnie z Parlamentarnym Zespołem ds. Zdrowia Kobiet), 24 lutego 2026 r., konferencja: „Nowotwory kobiet i mężczyzn: wyzwania profilaktyczne, diagnostyczne i systemowe XXI wieku”