Medicalpress

Urlop brany tradycyjnie, raz albo dwa razy do roku, to za mało dla prawidłowego funkcjonowania organizmu. Brak systematycznej regeneracji może prowadzić m.in. do wypalenia zawodowego – powiedziała PAP psycholożka z Uniwersytetu SWPS Aleksandra Penza. Wskazała też na elementy dobrego wypoczynku.

Psycholożka z Uniwersytetu SWPS Aleksandra Penza zwróciła uwagę, że praca, niezależnie od miejsca i stanowiska, może generować wysoki poziom pobudzenia organizmu i stresu. – To osłabia naszą odporność psychiczną, umiejętność podejmowania decyzji, skrupulatność, rzetelność w działaniu. Ludzki organizm dla sprawnego funkcjonowania potrzebuje czasu na regenerację – stwierdziła ekspertka.

Istotna jest przy tym świadomość, co to znaczy dobrze wypoczywać. Psycholożka zwróciła uwagę, że w tym celu warto odwołać się do modelu DRAMMA (detachment, relaxation, autonomy, mastery, meaning, affiliation), który jest akronimem słów wskazujących, jak ten wypoczynek ma wyglądać.

Pierwszy element wiąże się ze słowem detachment, czyli odłączenie psychiczne. – Podczas urlopu ważne jest odcięcie się od zadań zawodowych, zarówno od myśli, jak i od konkretnych czynności, np. sprawdzania e-maili czy odczytywania wiadomości na komunikatorach – wyjaśniła psycholożka.

Dodała, że drugim elementem jest relaks, czyli skupianie się na takich działaniach, które będą obniżać aktywność współczulnego układu nerwowego odpowiedzialnego za mobilizację organizmu. Zgodnie z tą zasadą powinny to być aktywności o niskiej intensywności – spacer, joga, ćwiczenia oddechowe.

Trzeci składnik dotyczy autonomii podczas wypoczynku, czyli wpływu na to, jak spędzamy czas wolny. – Chodzi o to, by nie robić rzeczy pod tak zwane dyktando: zwiedzać miejsca na siłę, czy mieć wszystko zaplanowane co do minuty – wyjaśniła.

Kolejny element udanego wypoczynku wiąże się ze słowem mastery (mistrzostwo), czyli szukaniem aktywności, które będą sprawiały nam satysfakcję, a jednocześnie będziemy mogli się w nich doskonalić. – To może być wspinaczka, jazda na rowerze, ale też czytanie książek, czyli coś, co będzie dla nas stanowiło jakieś minimalne wyzwanie – wymieniła ekspertka.

Ważne będzie także znalezienie takich rzeczy podczas wypoczynku, które dadzą nam poczucie sensu (meaning). – Mowa tutaj o aktywnościach, które będą zgodne z naszymi wartościami – podkreśla psycholożka.

Ostatni czynnik – jak wskazała – związany jest z przynależnością (affiliation) w czasie urlopu. Chodzi o budowanie relacji z innymi ludźmi, szczególnie z bliskimi.

Ekspertka podkreśliła, że bardzo ważne, jest to, by wypoczynek nie polegał na scrollowaniu mediów społecznościowych czy serwisów informacyjnych. – Kiedy oglądamy rolki albo czytamy newsy, nasz mózg jest bombardowany dużą ilością informacji, które musi przetworzyć. Nasze ciało teoretycznie odpoczywa, ale nasz organizm intensywnie przetwarza informacje – powiedziała ekspertka.

Zaznaczyła, że według badań szczyt dobrostanu przypada ok. 8. dnia wypoczynku, dlatego optymalny urlop powinien trwać od 10 do 14 dni. – Czas po urlopie też powinien być takim stopniowym wejściem z zadania, a nie rzutem na głęboką wodę – powiedziała psycholożka.

Jak zauważyła, urlop brany tradycyjnie, raz albo dwa razy do roku, to za mało dla prawidłowego funkcjonowania organizmu. – Brak systematycznej regeneracji może prowadzić m.in. do wypalenia zawodowego. – Codzienne rutyny związane z odpoczynkiem mają duże znaczenie dla naszego dobrostanu psychicznego – wskazała psycholożka.

Przypomniała, że w klasycznym modelu opracowanym przez Christinę Maslach jednym z kluczowych elementów wypalenia jest wyczerpanie – zarówno fizyczne, jak i emocjonalne.

– Pierwsze symptomy poznawcze wypalenia zawodowego mogą być związane z trudnością ze skupieniem uwagi, częstszym popełnianiem błędów w pracy, odraczaniem podejmowania decyzji trudnych, mniejszą zdolnością do zajmowania się trudnymi zadaniami. Może pojawić się frustracja, zniechęcenie, brak chęci nawiązania relacji w pracy, cynizm, czyli zobojętnienie, a wręcz negatywny stosunek do współpracowników lub klientów – wyjaśniła.

Nieprzyjemne emocje – jak dodała – będziemy czuć także w ciele. – Mogą występować bóle głowy, trudności ze snem, napięcia przy karku, bóle kręgosłupa – wskazała.

Zdaniem ekspertki obecnie coraz więcej firm zwraca uwagę na budowanie dobrostanu pracowników i widzi związek pomiędzy ich dobrostanem a zaangażowaniem w pracę. – Pracownicy, którzy mają wysokie poczucie dobrostanu, wysoką satysfakcję z pracy, są w stanie bardziej się angażować – podkreśliła psycholożka.

Źródło: Nauka w Polsce

Pracoholizm jest rodzajem uzależnienia behawioralnego, które wiąże się z dużą dozą lęku i niepewności, a w efekcie nieumiejętnością odpoczynku, z niską efektywnością pracy – wskazuje w Światowym Dniu Pracoholików psychiatra Katarzyna Podkowska-Kurpas.

Pomóc może psycholog, ewentualnie w pierwszym etapie psychiatra, a następnie psychoterapeuta.

Wypowiedź o pracoholizmie Katarzyny Podkowskiej-Kurpas, specjalistki z zakresu psychiatrii Centrum Zdrowia Psychicznego Szpitala Specjalistycznego w Chorzowie, przesłała PAP rzeczniczka placówki Anna Ginał.

Jak zdefiniowała ekspertka, pracoholizm jest rodzajem uzależnienia behawioralnego, które wiąże się z dużą dozą lęku, obsesyjnej potrzeby kontroli, niepewności i – tak naprawdę – niską efektywnością pracy.

„Pracowitość jest wtedy, kiedy jesteśmy efektywni w pracy, kiedy tę pracę lubimy, kiedy ona przynosi nam satysfakcję, kiedy się w niej rozwijamy. Ale po pracy mamy swoje rzeczy, swoje zainteresowania, swoje życie i jesteśmy w stanie od tej pracy odpocząć” – stwierdziła.

Jak zobrazowała, przy pracoholizmie praca wchodzi na wszystkie obszary życia, pacjent tak naprawdę nie ma nic poza pracą, nic innego się nie liczy. Sypią się relacje rodzinne, zainteresowania, ponieważ pacjent nie jest w stanie przestać o niej myśleć.

Jednocześnie pracoholik nie jest efektywny w pracy – przez to, że nie ma czasu na odpoczynek, jego mózg nie jest w stanie się zregenerować, mieć świeżych pomysłów, w pełni zaangażować się w pracę. „Więc przynosi to dużo więcej szkód niż pożytku i taka jest definicja tego uzależnienia, że jest to coś negatywnego” – wyjaśniła.

Pytana, jak wesprzeć pracoholika specjalistka oceniła, że kluczowe jest samo zauważenie problemu: osoby, które są pracoholikami najczęściej to wypierają, bo jest to dla nich często rodzaj ucieczki od problemów, odpowiedzialności w innych obszarach życia.

„Jeżeli ktoś zwraca na to uwagę, a najczęściej to jest otoczenie, które doświadcza negatywnych skutków tego, bo taka osoba jest nieobecna np. w życiu rodzinnym, najlepiej udać się do psychologa, psychoterapeuty, który będzie w stanie nas wesprzeć, żeby sobie z tym poradzić, żeby ten problem zauważyć i nauczyć się innych metod radzenia sobie ze stresem, z napięciem” – wskazała.

Podkowska-Kurpas zaznaczyła, że kryzysów psychicznych w związku z pracoholizmem doświadcza wiele osób. Pracoholizm powoduje bowiem wiele konsekwencji negatywnych dla zdrowia fizycznego i psychicznego: wypalenie zawodowe, lęk, stres, choroby układu sercowo-naczyniowego np. w udarach czy zawałach w młodym wieku.

„Jest dużo osób, które przychodzą do mnie po pomoc, kiedy już sobie nie radzą, bo kryzys nastał i nie są w stanie ani pracować ani po tej pracy odpoczywać. Potrzebują pomocy i leczenia psychiatrycznego, żeby opanować najgorszy moment, a potem psychoterapii, żeby sobie poradzić z sytuacją pracoholizmu samego w sobie” – uściśliła ekspertka.

Źródło: Nauka w Polsce

Niemal połowa Polek deklaruje, że w czasie ciąży lub po porodzie spotkała się z krytycznymi komentarzami dotyczącymi swojego wyglądu. Najczęściej uwagi pochodzą od członków rodziny i partnerów, ale część kobiet doświadcza ich także ze strony personelu medycznego. Eksperci ostrzegają, że presja związana z wyglądem może negatywnie wpływać na samoocenę, zwiększać poziom stresu i sprzyjać rozwojowi zaburzeń nastroju, w tym depresji poporodowej.

Kobiety, które doświadczyły krytyki, zapytano też o jej charakter. Najczęściej (w niemal 48% przypadków) były to komentarze dotyczące wagi lub rozmiaru ciała. Co trzecia ankietowana słyszała sugestie, że powinna szybciej schudnąć po ciąży (33,3%). Niemal tak samo często pojawiały się porównania do innych kobiet: „ona tak szybko wróciła do formy” (31,6%) i uwagi o wyglądzie skóry, czyli rozstępach i cellulicie (31,6%). Co czwarta kobieta odczuła presję dotyczącą szybszego powrotu do aktywności fizycznej (28,4%), co piąta komentarze na temat ubierania się (23,6%), a co szósta uwagi dotyczące wyglądu piersi (17,8%).

– Wyniki przedstawionego badania wskazują, że aż 45% kobiet doświadczyło krytycznych komentarzy dotyczących swojego wyglądu w czasie ciąży lub po porodzie. Jest to wynik niepokojący, ponieważ literatura psychologiczna jednoznacznie wskazuje, że negatywne komunikaty dotyczące wyglądu mogą obniżać samoocenę, nasilać niezadowolenie z własnego ciała, zwiększać poziom stresu oraz stanowić czynnik ryzyka wystąpienia zaburzeń nastroju, w tym depresji poporodowej – mówi Jan Gosztyła, psycholog i psychoterapeuta z Akademickiego Centrum Rozwoju Osobistego i Wsparcia Psychologicznego WSIiZ.

Krytyka a samoocena

Co czwarta kobieta biorąca udział w badaniu opinii SW Research (czyli 25,4%) przyznała, że w pełni akceptowała zmiany w ciele jako naturalny element macierzyństwa. Niemal połowa (49,6%) akceptowała je częściowo: niektóre zmiany przyjmowała z większą łatwością, inne były trudniejsze do zaakceptowania. Dla 16,8% zmiany ciała były trudnym przeżyciem, a 8,2% przyznało, że jej stosunek do własnego ciała zmieniał się z czasem, raz było lepiej, a raz gorzej. Oznacza to, że trzy czwarte kobiet zmagało się z jakimś poziomem braku akceptacji własnego ciała w jednym z najbardziej wyjątkowych momentów swojego życia.

–  Jesteśmy istotami społecznymi i porównywanie się z innymi jest wpisane w ludzką naturę. Problem pojawia się wtedy, gdy porównania stają się miarą własnej wartości. „Ona już wróciła do formy”, „udało jej się schudnąć”, „kiedy ona ma czas i siłę ćwiczyć?” – takie komunikaty tworzą fałszywe wzorce, do których kobiety zaczynają się odnosić. Tymczasem każde ciało jest inne, każda ciąża przebiega inaczej, a każda kobieta potrzebuje własnego czasu na regenerację i adaptację do nowej roli. Jako społeczeństwo wciąż zbyt często oceniamy to, co widać na zewnątrz, zamiast docenić to, czego nie widać: wysiłek, proces regeneracji oraz ogrom pracy, jaką organizm kobiety wykonuje po porodzie. Powrót do formy jest sprawą głęboko indywidualną. Nikt z zewnątrz nie powinien wyznaczać jego tempa, a kobiety nie powinny czuć presji wynikającej z porównywania się z innymi – mówi Grzegorz Mikucki, socjolog.

Wspierający partner robi różnicę

Nieco mniej niż połowa kobiet biorących udział w badaniu SW Research (47,6%) oceniła, że partner w pełni akceptował zmiany jej ciała i że czuła się przy nim akceptowana i bezpieczna. Co czwarta (24,8%) przyznała, że raczej tak, choć zdarzały się sytuacje, które bolały. Co piąta (18%) stwierdziła, że partner był obojętny, a temat ciała w ogóle nie był między nimi poruszany. Dla 7,2% jego reakcje były trudne lub raniące.

Jak zauważa Beata Bożek z Hydrex Diagnostics, firmy, która od lat produkuje testy diagnostyczne, w tym testy ciążowe Pink, a niedawno wprowadziła do oferty kosmetyki dla kobiet w ciąży Pink Mama: „Kobiety, które czują się krytykowane za wygląd po porodzie, znacznie rzadziej szukają pomocy medycznej, rzadziej korzystają z fizjoterapii uroginekologicznej i rzadziej rozmawiają z partnerem o swoich potrzebach. Dlatego edukacja w tym obszarze jest tak ważna, i to nie tylko edukacja kobiet, ale też ich otoczenia: partnerów, rodziców, przyjaciół i specjalistów medycznych. Z tego powodu prowadzimy kampanię edukacyjną poświęconą akceptacji ciała w ciąży i po ciąży. Właśnie ukazał się raport z badania opinii przeprowadzonego przez SW Research na zlecenie marek Pink Mama i Pink, który wzbogaciliśmy komentarzami eksperckimi m.in. ginekolożki, urolożki, fizjoterapeutki, kosmetolożki, czy położnej.”

Źródło: inf pras

Depresja poporodowa najczęściej kojarzona jest z kobietami, jednak trudności ze zdrowiem psychicznym po narodzinach dziecka mogą dotyczyć również mężczyzn. Eksperci zwracają uwagę, że objawy depresji poporodowej występują u około jednego na dziesięciu świeżo upieczonych ojców. Mimo to wielu z nich nie otrzymuje diagnozy ani odpowiedniego wsparcia, ponieważ problem nadal pozostaje mało rozpoznawalny.
Nie tylko matki doświadczają kryzysu po narodzinach dziecka

Według ekspertów z Hackensack Meridian Health okres okołoporodowy to czas ogromnych zmian nie tylko dla kobiet, ale także dla mężczyzn. Nowi ojcowie mierzą się z nową rolą, odpowiedzialnością oraz zmianami w życiu rodzinnym i zawodowym.

Jak podkreśla dr Brett A. Biller, psycholog i dyrektor ds. zdrowia psychicznego w Audrey Hepburn Children’s House przy Hackensack University Medical Center, w tym okresie dochodzi również do zmian hormonalnych. U mężczyzn obserwuje się m.in. spadek poziomu testosteronu oraz wzrost stężenia estrogenu i kortyzolu. Mechanizmy te sprzyjają budowaniu więzi z dzieckiem, ale jednocześnie mogą zwiększać podatność na depresję i zaburzenia lękowe.

Objawy mogą wyglądać inaczej niż u kobiet

Eksperci zwracają uwagę, że depresja poporodowa u ojców często przebiega inaczej niż u matek.

Zamiast smutku czy wycofania częściej pojawiają się:
Takie objawy mogą pozostawać niezauważone zarówno przez samych ojców, jak i ich otoczenie.

Dlaczego tak niewielu mężczyzn szuka pomocy?

Zdaniem ekspertów jednym z największych problemów jest niska świadomość społeczna. Wielu mężczyzn nie zdaje sobie sprawy, że ich trudności mogą być objawem depresji poporodowej.

Dodatkowo silne pozostaje przekonanie, że ojciec powinien być przede wszystkim wsparciem dla partnerki i dziecka. W efekcie wielu mężczyzn odczuwa poczucie winy, wstyd lub przekonanie, że proszenie o pomoc świadczy o słabości.

Na pogorszenie samopoczucia wpływają również czynniki związane z codziennym funkcjonowaniem, takie jak niedobór snu, większa presja finansowa, zmiana relacji z partnerką czy brak wsparcia skierowanego do ojców.

Według szacunków cytowanych przez ekspertów oficjalnie rozpoznawanych jest jedynie około 10% przypadków depresji poporodowej u mężczyzn, co oznacza, że wielu ojców może zmagać się z problemem bez odpowiedniej pomocy.

Konsekwencje odczuwa cała rodzina

Nieleczona depresja poporodowa u ojców może wpływać nie tylko na ich zdrowie psychiczne, ale również na funkcjonowanie całej rodziny. Może pogarszać relacje partnerskie, utrudniać budowanie więzi z dzieckiem oraz – jak wskazują eksperci – zwiększać ryzyko problemów językowych i zaburzeń zachowania u dzieci.

Ryzyko wystąpienia depresji u ojca jest również większe, jeśli podobnych trudności doświadcza jego partnerka.

Warto szukać pomocy

Eksperci podkreślają, że depresja poporodowa jest problemem zdrowotnym, który można skutecznie leczyć. W przypadku utrzymujących się objawów warto skonsultować się z lekarzem lub psychologiem. Jedną z metod o potwierdzonej skuteczności jest terapia poznawczo-behawioralna.

Jak podkreśla dr Brett A. Biller, szukanie pomocy nie jest oznaką słabości, lecz ważnym krokiem w kierunku poprawy zdrowia psychicznego i dobrostanu całej rodziny.
Źródło: Hackensack Meridian Health. News Medical Life Sciences: Paternal postpartum depression affects more fathers than widely recognized
Choć to osoby starsze najczęściej kojarzone są z samotnością, lękiem o przyszłość i pogarszającym się samopoczuciem, najnowsze badanie pokazuje zupełnie inny obraz. Raport dotyczący postrzegania długowieczności wskazuje, że to młodzi dorośli częściej odczuwają osamotnienie, przemęczenie i brak wiary w przyszłość. Tymczasem seniorzy częściej deklarują satysfakcję z życia, poczucie sensu oraz większy spokój niż przedstawiciele najmłodszego pokolenia.
To nie seniorzy, lecz młodzi dorośli z większym niepokojem patrzą w przyszłość. To właśnie oni mówią o samotności, przemęczeniu, a co piąty młody Polak uważa, że nie dożyje 60. urodzin. Z kolei osoby po 70. częściej deklarują satysfakcję z życia i poczucie jego sensu. Skąd bierze się to pokoleniowe pęknięcie? Odpowiedzi przynosi najnowszy raport „Spojrzenie Polaków na długowieczność. Między deklaracjami a codziennością”, przygotowany na zlecenie Gedeon Richter.

Stereotypowy obraz starości nie należy do optymistycznych. Kojarzy się przede wszystkim z samotnością, zależnością od innych i utratą sensu życia. Tymczasem raport „Spojrzenie Polaków na długowieczność. Między deklaracjami a codziennością”, przygotowany na zlecenie Gedeon Richter, pokazuje, że rzeczywistość wygląda inaczej. Największym zaskoczeniem badania nie jest jednak to, jak o starości myślą seniorzy. Znacznie bardziej niepokojące okazuje się podejście najmłodszych Polaków w wieku 18-29 lat. Chociaż wydawałoby się, że są w najlepszym momencie życia, to właśnie oni najczęściej patrzą na swoją przyszłość z lękiem i sceptycyzmem. W ich odpowiedziach wyraźnie widać nie tylko obawy związane ze starzeniem, ale także szerszy problem związany z brakiem wiary we własną przyszłość. Skalę tego zjawiska wyraźnie pokazują najnowsze badania.

Młodzi bardziej boją się przyszłości niż starości

To właśnie wśród ankietowanych w wieku 18–29 lat odnotowano najwyższy poziom samotności, przemęczenia i pesymizmu wobec własnej przyszłości. Szczególnie niepokojący jest fakt, że co piąty ankietowany z tej grupy uważa, że nie dożyje 60. roku życia. Dla porównania, w całej badanej populacji podobnie sądzi zaledwie 8% respondentów. Ale smutne wnioski nasuwają się nie tylko w kwestii przewidywanej długości życia. Aż 28% badanych w wieku 18–29 lat deklaruje, że często lub zawsze czuje się samotnie, niemal co trzeci nie odczuwa sensu życia, a około 70% doświadcza zmęczenia mimo odpoczynku. Wyłania się z tego obraz pokolenia, które zamiast z nadzieją patrzeć w kolejne etapy życia, coraz częściej doświadcza niepewności, przeciążenia i poczucia osamotnienia. Najbardziej uderzający jest jednak rozdźwięk między marzeniami a przekonaniami. Aż 69% osób w wieku 18–29 lat chciałoby dożyć co najmniej 80 lat, jednak jedynie 46% wierzy, że rzeczywiście tyle przeżyje. To niemal 25-punktowa różnica między tym, czego młodzi pragną, a tym, co uznają za realne.

Skąd bierze się ten pesymizm? Można tu wskazać co najmniej kilka powodów, począwszy od pogarszającego się samopoczucia psychicznego młodych ludzi, przez niepewność jutra i presję codzienności. Nie bez znaczenia jest też sposób, w jaki mówi się dziś o starzeniu, co może częściowo tłumaczyć, dlaczego młodzi badani z takim niepokojem myślą o kolejnych etapach życia.

Jeżeli kultura pokazuje, że kulminacją naszego zdrowia, szczęścia, urody i możliwości jest młody wiek, powiedzmy 25 lat, to z tej perspektywy żyjemy w przekonaniu, że później może już być tylko gorzej. Spójrzmy na komunikaty wokół nas: ciągłe doszlifowywanie się, odmładzanie, poprawianie. Wszystko ma nas odmładzać – zauważa dr n. med. Robert Kowalczyk, prof. UMW, psycholog i seksuolog kliniczny.

Seniorzy vs. stereotypy

Raport „Spojrzenie Polaków na długowieczność. Między deklaracjami a codziennością” pokazuje, że mylimy się zarówno w myśleniu o młodości, jak i o starości. Obraz przeciętnego dwudziestolatka nie jest więc beztroski i pełen optymizmu. Podobnie jest w przypadku osób starszych, którym daleko do naszych wyobrażeń. Dane pokazują, że wraz z wiekiem jesteśmy bardziej zadowoleni z naszej codzienności. Wśród osób po 70. roku życia aż 90% deklaruje, że widzi sens swojego życia, podczas gdy w grupie 18–29 lat odsetek ten wynosi 61%. Podobnie wygląda poziom satysfakcji z życia – od 55% wśród najmłodszych do 89% wśród najstarszych badanych. Seniorzy znacznie rzadziej niż młodzi zmagają się z samotnością. Wśród osób po 70. roku życia deklaruje ją około 10% badanych, podczas gdy w grupie najmłodszych niemal trzy razy więcej. To właśnie tutaj najwyraźniej widać pokoleniowe pęknięcie ujawnione w badaniu. Podczas gdy najmłodsi częściej patrzą na swoją przyszłość z niepokojem, osoby po 70. roku życia znacznie częściej deklarują satysfakcję z życia, poczucie sensu i większy spokój. Okazuje się więc, że to nie starość, lecz sposób myślenia o niej najmocniej dzieli dziś pokolenia.

Przyszłość pod znakiem zapytania

Raport Gedeon Richter pokazuje coś więcej niż tylko stosunek Polaków do długowieczności, lecz także głęboką zmianę społeczną. Pokolenie, które powinno z największą nadzieją patrzeć w przyszłość, coraz częściej patrzy na nią z niepokojem. Tymczasem osoby najbliższe starości częściej odnajdują sens, akceptację i satysfakcję z życia.

Każda dekada ma swój potencjał. I warto patrzeć na ten potencjał z ciekawością, a nie przez pryzmat tego, co już utraciliśmy. Jeśli będziemy przekonani, że cały potencjał życia ulokowany jest między dwudziestką a trzydziestką, to co nam pozostaje? Tylko opłakiwanie strat – podsumowuje dr Robert Kowalczyk.

Problemem nie jest dziś samo starzenie się, ale sposób, w jaki o nim myślimy. Najbardziej poruszający wniosek z raportu nie dotyczy jednak samej długości życia, lecz tego, jak myślimy o przyszłości. Bo jeśli to osoby, które mają przed sobą najwięcej lat, patrzą na każdy nadchodzący rok z lękiem i zwątpieniem, być może największym wyzwaniem współczesności nie jest już samo wydłużanie życia, ale zrozumienie skąd ten pesymizm.

Pełen raport z badania dostępny jest na: zdrowa-ona.pl

Źródło: inf pras

Przyszłość psychiatrii tworzy się tam, gdzie nauka spotyka się z codziennymi potrzebami pacjentów. Jednym z najlepszych przykładów takiego podejścia jest Grupa Odyseusza – pionierski program diagnostyczno-terapeutyczny dla dorosłych z ADHD, który właśnie został wyróżniony prestiżową nagrodą Psychiatryczna Innowacja Roku 2026.
22 maja 2026 roku podczas Gali Młodej Synapsy w Katowicach ogłoszono laureatów ogólnopolskiego konkursu promującego najbardziej wartościowe inicjatywy w polskiej psychiatrii. W kategorii Psychiatryczna Innowacja Roku, przyznawanej za najciekawsze rozwiązania organizacyjne w opiece psychiatrycznej, zwyciężyła Grupa Odyseusza, działająca w ramach Oddziału Dziennego Zaburzeń Nerwicowych Kliniki Psychiatrii, Stresu Bojowego i Psychotraumatologii Wojskowego Instytutu Medycznego – Państwowego Instytutu Badawczego (WIM-PIB).

Decyzję o przyznaniu nagrody podjęła Rada Naukowa Kongresu, uwzględniając liczbę głosów oddanych w ankiecie. Wyróżnienie stanowi ważny sygnał, że nowoczesne podejście do leczenia osób neuroatypowych znajduje coraz większe uznanie zarówno w środowisku medycznym, jak i społecznym.

Młoda Synapsa – konkurs dla tych, którzy zmieniają psychiatrię

Młoda Synapsa jest specjalną edycją prestiżowego plebiscytu Złota Synapsa. Konkurs organizowany przez Medforum ma na celu docenienie osób, zespołów i instytucji, które przyczyniają się do rozwoju polskiej psychiatrii.

Nagrody przyznawane są w trzech kategoriach:

-Przyszłość Psychiatrii – dla osób wspierających rozwój opieki psychiatrycznej i walczących o prawa pacjentów;
-Najbardziej znaczący artykuł o tematyce psychiatrycznej napisany przez autorów pracujących w Polsce;
-Psychiatryczna Innowacja Roku – dla najbardziej nowatorskich rozwiązań organizacyjnych w systemie opieki psychiatrycznej.
Właśnie w tej ostatniej kategorii zwyciężyła Grupa Odyseusza.

ADHD u dorosłych – więcej niż problem z koncentracją

Choć ADHD kojarzone jest głównie z dziećmi, współczesna psychiatria i psychologia coraz lepiej rozumieją, że objawy tego zaburzenia często utrzymują się również w dorosłości. Trudności z koncentracją uwagi, planowaniem działań, organizacją czasu, kontrolą impulsów czy regulacją emocji mogą znacząco wpływać na jakość życia, relacje społeczne i funkcjonowanie zawodowe.

Szczególnie skomplikowana sytuacja dotyczy osób, u których ADHD współwystępuje z zaburzeniami nerwicowymi lub zaburzeniami osobowości. W takich przypadkach klasyczne formy terapii nie zawsze odpowiadają na wszystkie potrzeby pacjentów.

Skąd wziął się pomysł na Grupę Odyseusza?

Program skierowany jest do dorosłych pacjentów w wieku od 18 do 50 lat z podejrzeniem lub rozpoznaniem ADHD oraz współwystępującymi zaburzeniami nerwicowymi i zaburzeniami osobowości.

Inicjatorami jego powstania są lek. Justyna Sabela, kierownik Oddziału Dziennego Zaburzeń Nerwicowych Kliniki Psychiatrii, oraz mgr Justyna Gielerak, psycholog i psychoterapeuta odpowiedzialna za kwalifikację pacjentów oraz prowadzenie grupy.

Jak podkreślają twórcy programu, inspiracją były doświadczenia zdobyte podczas pracy z pacjentami Oddziału Dziennego. Wielu z nich, mimo motywacji do leczenia, napotykało dodatkowe trudności wynikające z deficytów uwagi, zaburzeń funkcji wykonawczych oraz problemów z organizacją czasu i przestrzeni. Czynniki te utrudniały realizację innych celów terapeutycznych.

Potrzebne było rozwiązanie, które nie tylko pomoże lepiej zrozumieć ADHD, ale przede wszystkim nauczy praktycznych sposobów radzenia sobie z jego objawami.

Terapia jako trening codziennego życia

Praca w Grupie Odyseusza koncentruje się na wyposażeniu uczestników w konkretne narzędzia wspierające codzienne funkcjonowanie. Pacjenci uczą się między innymi skuteczniejszej organizacji czasu, planowania zadań i priorytetów, samoregulacji impulsów, rozpoznawania własnych wzorców funkcjonowania, technik ograniczania wpływu bodźców rozpraszających, strategii radzenia sobie z objawami ADHD.

Jednak skuteczna terapia osób z ADHD wymaga odpowiednio dostosowanej formy pracy. Dlatego zajęcia prowadzone są według przejrzystej struktury, z częstym przypominaniem zasad oraz wykorzystaniem aktywnych metod angażujących uczestników.

Równie istotnym elementem programu jest możliwość wymiany doświadczeń pomiędzy osobami zmagającymi się z podobnymi trudnościami. Takie środowisko sprzyja normalizacji przeżyć, redukuje poczucie osamotnienia oraz pomaga budować bardziej realistyczny i życzliwy obraz samego siebie.

Praca nad samoakceptacją stanowi jeden z najważniejszych filarów programu. Dla wielu osób z ADHD wieloletnie doświadczenia niepowodzeń, krytyki czy niezrozumienia prowadzą bowiem do obniżonego poczucia własnej wartości. Grupa daje przestrzeń do odbudowywania wiary we własne możliwości.

Pierwszy taki program w Polsce

Grupa Odyseusza jest pierwszym w Polsce programem, który w sposób kompleksowy obejmuje opieką osoby dorosłe z ADHD w ramach finansowania przez Narodowy Fundusz Zdrowia. To szczególnie istotne, ponieważ proces diagnostyki i leczenia ADHD u dorosłych często wiąże się z wysokimi kosztami ponoszonymi przez pacjentów. Dzięki finansowaniu publicznemu specjalistyczna pomoc staje się dostępna dla znacznie szerszej grupy osób.

Twórcy programu podkreślają, że jego powstanie było również możliwe dzięki wcześniejszym doświadczeniom zdobytym podczas prowadzenia Grupy Leonidasa – programu skierowanego do wysoko funkcjonujących osób w spektrum autyzmu. Sukces tamtej inicjatywy pokazał, że tworzenie dedykowanych form wsparcia dla osób neuroatypowych odpowiada na realne potrzeby pacjentów.

Dlaczego właśnie Odyseusz?

Nazwa grupy nie jest przypadkowa.

Odyseusz, bohater starożytnego eposu Homera, po zakończeniu wojny trojańskiej przez wiele lat próbował powrócić do rodzinnej Itaki. Jego podróż pełna była przeszkód, nieoczekiwanych wydarzeń i konieczności nieustannego dostosowywania się do zmieniających się warunków. Twórcy programu dostrzegli w tej historii trafną metaforę doświadczeń osób z ADHD.

W codziennym życiu „rejs” często zakłócają pojawiające się nagle bodźce rozpraszające, impulsy emocjonalne czy wymagania stawiane przez otoczenie. Podobnie jak legendarny król Itaki, uczestnicy terapii uczą się rozpoznawać przeszkody, korygować kurs i wracać do wyznaczonego celu. Symbol Odyseusza przypomina, że skuteczne funkcjonowanie nie polega na unikaniu trudności, lecz na rozwijaniu umiejętności powracania na właściwą drogę mimo pojawiających się przeciwności.

Sukces zespołu

Grupa Odyseusza nie powstałaby bez zaangażowania i pracy całego zespołu psychologów i lekarzy, którzy zapewniali pacjentom profesjonalną opiekę oraz wsparcie terapeutyczne. Podziękowania należą się również Kierownikowi Kliniki Psychiatrii, Stresu Bojowego i Psychotraumatologii oraz Kierowniczce Oddziału Dziennego Zaburzeń Nerwicowych Kliniki Psychiatrii WIM-PIB.

Innowacja, która zmienia życie

Nagroda Psychiatryczna Innowacja Roku 2026 jest nie tylko wyróżnieniem dla konkretnego programu terapeutycznego. To także dowód na rosnące znaczenie nowoczesnych, wyspecjalizowanych form wsparcia dla osób neuroatypowych. Historia Grupy Odyseusza pokazuje, że skuteczna psychiatria nie ogranicza się do diagnozy i leczenia objawów. Jej celem jest przede wszystkim pomaganie ludziom w odnalezieniu własnej drogi – nawet wtedy, gdy codzienność przypomina pełen wyzwań rejs przez wzburzone morze. A jak uczy historia Odyseusza, nie zawsze najważniejsze jest to, jak szybko dotrzemy do celu. Czasem największą wartością jest nauczenie się, jak wracać na właściwy kurs.

Prowadząca Grupę Odyseusza

Justyna Olga Gielerak ukończyła jednolite studia magisterskie na kierunku psychologia w 2022 roku na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Rok później rozpoczęła czteroletnie szkolenie psychoterapeutyczne w nurcie poznawczo-behawioralnym, prowadzone przez Instytut Poznawczy w Warszawie. Od lutego 2023 roku pracuje w Wojskowym Instytucie Medycznym – Państwowym Instytucie Badawczym. Doświadczenie kliniczne zdobywała na Oddziale Dziennym, Oddziale Całodobowym, w Poradni Zdrowia Psychicznego, w Oddziale Diagnostyczno-Terapeutycznym Zaburzeń Związanych ze Stresem Traumatycznym oraz w Punkcie Zgłoszeniowo-Koordynacyjnym Centrum Zdrowia Psychicznego dla Pragi-Południe. W 2023 roku uczestniczyła w pilotażu programu pomocy humanitarnej, realizowanego wspólnie przez Rzeczpospolitą Polską i Królestwo Jordanii, adresowanego do uchodźców z Ukrainy. Udzielała wsparcia psychologicznego osobom potrzebującym oraz ich rodzinom. Od 2024 roku konsultuje pacjentów i towarzyszy im na etapie diagnostyki oraz leczenia raka gruczołu krokowego w ramach kompleksowej opieki Prostate Cancer Unit, prowadzonej w WIM-PIB. W 2025 roku, podczas pracy na Oddziale Całodobowym, koordynowała zespół realizujący pilotaż długoterminowej profilaktyki zachowań samobójczych CLASP. Program został następnie wprowadzony jako standard postępowania z pacjentem z grupy ryzyka samobójczego w macierzystej klinice. Jej zainteresowania zawodowe skupiają się wokół pracy z pacjentami neuroatypowymi, w szczególności z pacjentami doświadczającymi trudności wynikających z ADHD i współistniejącymi zaburzeniami lękowymi.

W celu uzyskania informacji pacjenci mogą kontaktować się pod numerem: 261 818 003

https://wim.mil.pl/klinika-psychiatrii-stresu-bojowego-i-psychotraumatologii/odzn/grupa-odyseusza/

Źródło: inf pras

Dyspareunia, czyli ból odczuwany podczas współżycia, może dotyczyć nawet 20 proc. kobiet, jednak wciąż pozostaje jednym z najmniej rozpoznawanych problemów zdrowia seksualnego. Eksperci podkreślają, że za opóźnioną diagnozą stoją nie tylko trudności medyczne, ale także wstyd, brak otwartej komunikacji oraz ograniczony dostęp do kompleksowej opieki. Coraz więcej badań wskazuje, że skuteczne leczenie wymaga współpracy ginekologów, fizjoterapeutów, psychologów i seksuologów.
 
Ból podczas współżycia to temat, który wciąż rzadko przebija się do publicznej debaty o zdrowiu. Jak pokazują najnowsze analizy opublikowane w Journal of Clinical Medicine dyspareunia dotyczy nawet co piątej kobiety. To problem medyczny, ale także społeczny, związany z wstydem i niedostatecznym systemowym wsparciem. W praktyce oznacza to, że jedna z najczęstszych dysfunkcji seksualnych pozostaje jednocześnie jedną z najrzadziej rozpoznawanych.

Dyspareunia, czyli ból odczuwany podczas współżycia, to stan złożony, który trudno sprowadzić do jednej przyczyny. Może wynikać z chorób somatycznych, takich jak endometrioza, stany zapalne miednicy czy niedobory hormonalne, ale równie istotne są czynniki psychologiczne i społeczne. 

Jak podkreśla dr hab. Marek Murawski z Kliniki Ginekologii Operacyjnej i Onkologicznej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu: – Przypadłość ta jest stanem złożonym, obejmującym czynniki biologiczne, psychologiczne i społeczne. To właśnie ta wielowymiarowość sprawia, że dyspareunia często wymyka się prostym schematom diagnostycznym.

Wstyd jako bariera diagnostyczna

Skala problemu jest większa, niż mogłoby się wydawać. Szacuje się, że objawy dyspareunii może doświadczać około 20% kobiet, jednak tylko część z nich zgłasza ten problem lekarzowi. Pomimo tego, że dyspareunia może mieć znaczący wpływ na relacje intymne kobiet, nadal jest w wielu przypadkach traktowana jako temat wstydliwy.

To właśnie wstyd i brak otwartej komunikacji stają się jedną z głównych przyczyn opóźnionej diagnozy. W efekcie wiele pacjentek przez lata funkcjonuje z bólem, który choć realny i obciążający pozostaje niewidoczny dla systemu ochrony zdrowia.

Jednym z kluczowych problemów jest sposób, w jaki dyspareunia bywa diagnozowana. W praktyce klinicznej często dominuje podejście biomedyczne, skoncentrowane na ciele i możliwych przyczynach fizycznych. 

– Nierzadko obserwuje się koncentrację lekarzy wyłącznie na biomedycznym podejściu zupełnie pomijając aspekt czynnościowy i psychologiczny. To ograniczenie może prowadzić do sytuacji, w której diagnoza jest formalnie postawiona, ale rzeczywista przyczyna problemu pozostaje nierozpoznana – zauważa ekspert.

Kluczowa rola relacji lekarz–pacjentka

W przypadku dyspareunii szczególnego znaczenia nabiera coś, co w medycynie często traktowane jest jako oczywistość: rozmowa.

– Szczegółowo zebrany wywiad uwzględniający również sferę psychologiczną i seksuologiczną wydaje się być kluczowym elementem pozwalającym na poprawne zdiagnozowanie – podkreśla dr hab. Marek Murawski.

To właśnie jakość relacji lekarz–pacjent decyduje o tym, czy pacjentka w ogóle zdecyduje się mówić o swoich objawach, a tym samym, czy możliwe będzie rozpoczęcie leczenia.

Skoro przyczyny są wielowymiarowe, takie samo musi być leczenie. W praktyce oznacza to konieczność współpracy specjalistów z różnych dziedzin, od ginekologów, poprzez fizjoterapeutów uroginekologicznych, do psychologów i seksuologów.

– Kompleksowa terapia obejmuje farmakoterapię, fizjoterapię, edukację seksualną i psychoterapię – podsumowuje dr hab. Marek Murawski.

Coraz więcej danych wskazuje, że np. fizjoterapia dna miednicy może być skuteczna jako leczenie pierwszego rzutu, a terapia poznawczo-behawioralna pomaga zmniejszyć lęk związany z bólem. Problem polega jednak na dostępności tych form wsparcia, zwłaszcza w ramach publicznego systemu ochrony zdrowia.

Widzialność jako pierwszy krok

Największym wyzwaniem w przypadku dyspareunii nie jest dziś brak wiedzy medycznej, ale brak jej zastosowania w praktyce. Choroba jest opisana, mechanizmy częściowo poznane, metody leczenia dostępne. Problem polega na tym, że wciąż zbyt rzadko trafiają do tych, którzy ich potrzebują. Dlatego pierwszym krokiem do zmiany pozostaje coś pozornie prostego: uznanie, że ból podczas współżycia nie jest „normalny” i że zasługuje na uwagę, diagnozę i leczenie.

Materiał powstał na podstawie artykułu:Exploring the Diagnostic and Therapeutic Pathways of Women with Dyspareunia: A Mixed-Methods Study, Joanna Wojtas, Zofia Sotomska, Marek Murawski, Magdalena Emilia Grzybowska
Źródło: inf pras

Stres to naturalna reakcja, której doświadcza każdy niezależnie od wieku, nawet dzieci. W ich przypadku źródłem stresu najczęściej są zmiany w rutynie, presja szkolna, konflikty rodzinne oraz relacje rówieśnicze. I choć nie da się całkowicie wyeliminować stresujących sytuacji, to opiekunowie powinni zadbać o to, by dzieci miały możliwość odstresowania się poprzez zabawę i ruch na świeżym powietrzu, rozwijanie pasji i przerwy w korzystaniu z urządzeń elektronicznych. W przeciwnym razie długotrwały stres może doprowadzić do poważnych zaburzeń w funkcjonowaniu organizmu.
Specjaliści tłumaczą, że stres u dzieci mogą wywoływać na przykład duże zmiany w ich życiu i otoczeniu: nowa szkoła czy przedszkole, narodziny rodzeństwa, przeprowadzka, a nawet powrót rodzica do pracy. Dzieci stresują także: częste kłótnie bądź przemoc w rodzinie, wysokie wymagania stawiane im przez rodziców i nauczycieli, natłok zadań domowych, trudności w nauce, wystąpienia na forum klasy, strach przed porażką, wyśmiewanie przez rówieśników i nadmiar bodźców. Głośne zabawki i wielogodzinne korzystanie z tabletów czy smartfonów pobudzają najmłodszych i nie dają im możliwości, by się zregenerowały. Poza tym dzieci chłoną emocje swoich opiekunów i stres może też wynikać z ich niepokoju.

– W dzisiejszych czasach mamy epidemię stresu wśród dzieci, które bardzo łatwo reagują na niekorzystne dla nich zmiany otoczenia. Poza tym są uzależnione od mediów społecznościowych, wpuszczone w niesamowity tryb konkurencji i trochę też pozbawione dzieciństwa, dlatego że w tej machinie bycia lepszym, zdolniejszym i fantastycznym czasami zapominamy o tym, że dla dzieci ważne są uwaga, zabawa i czas spędzany na świeżym powietrzu z innymi dziećmi, niekoniecznie edukacyjny. Dzisiaj ciągle staramy się nasze dzieci ulepszać, edukować, żeby miały lepszą przyszłość, ale w tym wszystkim zróbmy im pewną przestrzeń i pozwólmy być dziećmi. Dajmy im kawałki takiego dzieciństwa, jakie my mieliśmy – mówi agencji Newseria dr Magdalena Cubała-Kucharska.

Dzieci nie potrafią w pełni wyrazić swoich uczuć, dlatego stres często manifestuje się u nich somatycznie, na przykład bólami brzucha czy głowy, wybuchami gniewu, problemami ze snem oraz brakiem apetytu. Lekarze alarmują, że taki stan emocjonalny ma negatywny wpływ zarówno na zdrowie psychiczne, jak i na kondycję całego organizmu.

– Dzieci, które podlegają silnemu stresowi, chorują częściej i łatwiej. Stres może wpływać na przewlekłe stany zapalne w jelitach oraz na spadki odporności, więc ma też swój wymiar biologiczny. Słabsza odporność u dzieci bardzo często spowodowana jest podwyższonym stresem, tym bardziej że przewlekle podniesiony hormon stresu, kortyzol, w długim czasie osłabia odporność. Tam działają też różne mechanizmy, na przykład wytrącanie się cynku, który jest minerałem, który przywraca nam odporność. Poza tym coraz częściej spotykamy się z wypaleniem u dzieci i młodzieży właśnie pod wpływem stresu – mówi dr Magdalena Cubała-Kucharska.

Dlatego też dorośli nie powinni ignorować oznak stresu u dzieci i wychodzić z założenia, że z czasem to minie. Zdaniem specjalistów trzeba reagować na bieżąco, rozmawiać z najmłodszymi o ich emocjach i wspierać ich w odzyskiwaniu równowagi emocjonalnej.

– Dzisiaj ogromną rolą dorosłych jest to, by przywrócić dzieciom dzieciństwo i radość życia, a przez to przywrócić im zdrowie. Trzeba pozwolić im na to, żeby robiły rzeczy, które lubią robić najbardziej, trochę poleniuchować i pozwolić im na to, co my robiliśmy dawniej, czyli na grę w klasy, zabawę z innymi dziećmi, kopanie piłki czy cokolwiek, co może im sprawić przyjemność. Te momenty luzu, które dajemy naszym dzieciom, są dla nich bardzo ważne – dodaje ekspertka.

Liczne badania pokazują, że stres wśród dzieci i młodzieży jest poważnym problemem społecznym i potwierdzają alarmujący wzrost jego poziomu w ostatnich latach. W raporcie „Młode Głowy”, przeprowadzonym w 2023 roku przez Fundację UNAWEZA, który objął ponad 180 tys. uczniów w wieku 10–19 lat, aż 81,9 proc. młodych osób deklaruje, że stres dnia codziennego ich przerasta, a 46 proc. ma skrajnie niską samoocenę. Z kolei raport UNICEF „Prawa dziecka w Polsce 2024” wskazuje, że dla 70 proc. dzieci stres związany ze szkołą jest najpoważniejszym problemem, podczas gdy tylko 9 proc. nauczycieli dostrzega ten problem i szuka rozwiązania.

Źródło: Newseria

Ogólnopolska Konferencja Naukowa „Między normą a autodestrukcją: zdrowie młodego pokolenia w świecie trendów” odbędzie się w dniach 13–14 maja 2026 roku na Uniwersytecie Rzeszowskim w ramach projektu Studenci dla Zdrowia, realizowanego przez Niezależne Zrzeszenie Studentów.
Wydarzenie poświęcone będzie problemom, z którymi coraz częściej mierzą się młodzi ludzie – zdrowiu psychicznemu, uzależnieniom oraz wpływowi współczesnych trendów, presji społecznej i kultury porównywania się na codzienne funkcjonowanie. Konferencja ma stworzyć przestrzeń do otwartej rozmowy, wymiany doświadczeń i refleksji nad granicą między tym, co uznajemy za normę, a tym, co zaczyna prowadzić do autodestrukcji.

Program konferencji obejmuje trzy główne obszary tematyczne:

Pierwszy dzień wydarzenia będzie miał charakter ekspercki. Uczestnicy będą mogli wysłuchać wystąpień specjalistów z zakresu medycyny, psychologii i nauk społecznych, a także osób, które podzielą się własnymi doświadczeniami związanymi z problemami zdrowotnymi i uzależnieniami. W programie przewidziano również panele dyskusyjne, występy artystyczne, nagrody dla aktywnych słuchaczy oraz rozstrzygnięcie konkursu na najlepszą pracę malarską.

Drugiego dnia głos zostanie oddany studentom i młodym uczestnikom. Będzie to przestrzeń do prezentacji badań, refleksji i doświadczeń związanych ze zdrowiem współczesnego pokolenia. Udział prelegentów możliwy jest zarówno stacjonarnie, jak i online.

W ramach konferencji odbędzie się także wystawa organizowana we współpracy ze Studenckim Kołem Naukowo-Artystycznym „Non Finito”, prezentująca artystyczne interpretacje tematyki zdrowia psychicznego, fizycznego oraz problematyki uzależnień.

Wystawa dostępna będzie w głównym holu na parterze budynku A1 Uniwersytetu Rzeszowskiego w dniach 29.04-15.05.2026 r.
Głosowanie na najlepszą pracę potrwa do 13.05.2026 r., a ogłoszenie zwycięzcy nastąpi podczas pierwszego dnia konferencji.

Miejsce konferencji: Aula im. św. Jadwigi Królowej, budynek A1, Uniwersytet Rzeszowski

13 maja 2026 r. – dzień ekspercki
14 maja 2026 r. – dzień studencki

Więcej informacji, zapisy dla słuchaczy i prelegentów oraz możliwość głosowania na prace w ramach wystawy dostępne są pod linkiem: https://linktr.ee/studenci.dla.zdrowia

Udział w konferencji jest bezpłatny, jednak obowiązuje wcześniejsza rejestracja, a liczba miejsc jest ograniczona.
Źródło: inf. pras.
Stres, presja wyników i trudności w regulacji emocji znacząco zwiększają ryzyko kryzysów psychicznych wśród studentów. Badanie zespołu z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu pokazuje, że kluczowe znaczenie mają nie pojedyncze objawy, lecz sposób radzenia sobie ze stresem – zwłaszcza unikanie problemów, dysocjacja oraz umiejętność reinterpretowania trudnych sytuacji.
Okres studiów to dla wielu młodych dorosłych moment intensywnych zmian – wyprowadzka z domu, nowe relacje, pierwsze poważne decyzje życiowe. To także czas zwiększonej podatności na problemy psychiczne. Jak pokazują dane zebrane od ponad 1600 studentów, ryzyko samobójcze nie jest efektem jednego czynnika, lecz wynikiem splotu wielu wzajemnie powiązanych mechanizmów. Zespół badawczy pod kierunkiem prof. Błażeja Misiaka zastosował analizę sieci, która pozwala zobaczyć, jak cechy osobowości, strategie radzenia sobie i objawy psychiczne wzajemnie na siebie oddziałują.

– To podejście lepiej oddaje rzeczywistość niż tradycyjne modele, które szukają jednego „głównego problemu” – wyjaśnia prof. Misiak.

Dysocjacja

Najsilniejszy związek z ryzykiem samobójczym miały objawy dysocjacyjne, takie jak poczucie odłączenia od emocji, depersonalizacja czy derealizacja. Choć mogą one chwilowo obniżać napięcie, jednocześnie osłabiają naturalne mechanizmy kontroli zachowania.

– Nasza sieć pokazała, że spośród wszystkich zmiennych najmocniejszą krawędź z ryzykiem samobójczym miały objawy dysocjacyjne. To uzasadnia włączenie krótkiego screeningu dysocjacji obok standardowych skal depresji/lęku (np. PHQ-9, GAD-7) i przesiewowych narzędzi w kierunku ryzyka suicydalnego (np. C-SSRS). Jeśli wynik jest dodatni, należałoby przeprowadzić pogłębioną ocenę bezpieczeństwa, psychoedukację i ukierunkowanie na techniki ugruntowania (grounding) oraz pracę nad traumą zgodnie z protokołem – wskazuje prof. Błażej Misiak

Unikanie

W analizie sieci unikanie (czyli odkładanie problemów, odwracanie uwagi, ucieczka od trudnych emocji) okazało się węzłem o najwyższej „mostowej” wpływowości. Oznacza to, że łączyło różne czynniki ryzyka – od objawów depresji i lęku po impulsywność – i wzmacniało ich wzajemne oddziaływanie. Gdy unikanie rośnie, trudniej o realne rozwiązania, a negatywne emocje kumulują się, zamiast wygasać.

– Programy profilaktyczne powinny systemowo zmniejszać unikanie i wzmacniać podejście ukierunkowane na rozwiązywanie problemów. Przykładem są mikro-warsztaty ACT, które celują
w doświadczeniowe unikanie, oraz trening rozwiązywania problemów z indywidualnym planem kryzysowym w 3–4 krótkich sesjach grupowych – wskazuje prof. Błażej Misiak. W praktyce oznacza to, że uczelnie mogą realnie wpływać na kondycję psychiczną studentów, oferując krótkie, dobrze zaplanowane interwencje uczące konfrontowania się ze stresem zamiast jego unikania. Takie działania nie tylko zmniejszają ryzyko kryzysu, ale też rozwijają odporność emocjonalną i kompetencje przydatne w dalszym życiu.

Osobowość i więzi

Zespół z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu zauważył, że cechy osobowości mają istotne znaczenie w kształtowaniu ryzyka samobójczego. Wyższa impulsywność i tzw. venturesomeness – czyli skłonność do podejmowania ryzyka z pełną świadomością konsekwencji – zwiększały to ryzyko. Z kolei empatia działała jak bufor ochronny, osoby bardziej empatyczne rzadziej czuły się samotne i częściej doświadczały emocjonalnego wsparcia ze strony innych.

Reinterpretacja poznawcza – tarcza psychiczna

Jednym z najciekawszych wniosków badania było to, że reinterpretacja poznawcza, czyli umiejętność nadawania nowego znaczenia trudnym zdarzeniom. Wyraźnie obniżała ryzyko samobójcze. To zdolność, której można się nauczyć, a ćwiczenie jej w realnych sytuacjach, np. w obliczu egzaminu czy konfliktu interpersonalnego, może znacząco poprawić odporność psychiczną studentów. A jak uczyć reinterpretacji w praktyce? – Najlepiej sprawdzają się krótkie warsztaty oparte na codziennych sytuacjach (np. stres przed egzaminem), moduły e-learningowe z ćwiczeniami na żywo oraz aplikacje przypominające o ‘mikro-interwencjach’. Kluczowe, by trening odbywał się blisko realnych doświadczeń studentów – podpowiada prof. Błażej Misiak

Badanie miało charakter przekrojowy i opierało się na samoopisie, dlatego nie rozstrzyga, które z mechanizmów są przyczyną, a które skutkiem. Jednak – jak zaznacza prof. Błażej Misiak – to dopiero pierwszy krok w kierunku nowego modelu profilaktyki.

– Potrzebne są analizy podłużne i intensywne monitorowanie w czasie, by uchwycić sekwencję: stres – dysocjacja – unikanie – myśli samobójcze. Równolegle warto testować celowane interwencje – pracę
z dysocjacją, redukcję unikania, naukę reinterpretacji – z oceną ich wpływu nie tylko na myśli samobójcze, lecz także na codzienne funkcjonowanie i regulację emocji – wskazuje prof. Błażej Misiak

Ryzyko samobójcze u studentów nie jest wynikiem jednego czynnika, lecz całej sieci wzajemnych zależności. Dobra wiadomość: ta sieć może działać także w drugą stronę. Nawet niewielkie, dobrze zaplanowane działania – screening dysocjacji, ograniczanie unikania, trening reinterpretacji – mogą uruchomić efekt domina w stronę lepszego samopoczucia i odporności psychicznej. To zadanie nie tylko dla psychologów, lecz także dla całej społeczności akademickiej, wykładowców, tutorów i rówieśników.

Źródło: Na podstawie podstawie artykułu: Unravelling associations of personality traits, emotion regulation strategies, coping styles, and psychopathology with suicide risk in university students: a network perspective

BMC Psychiarty,volume 25, Błażej Misiak, Dorota Frydecka, Monika Szewczuk-Bogusławska
Jesień potrafi wyciszyć tempo codzienności, ale u wielu osób uruchamia również spadek nastroju, energii i motywacji. Zamiast przypływu melancholii, bywa że pojawia się wyraźne przeciążenie – senność, rozdrażnienie i poczucie odizolowania. To właśnie w takim okresie wyjątkowego znaczenia nabierają relacje. Wspierająca obecność partnera, rozmowa, umiejętność mówienia o tym, co trudne – często działają skuteczniej niż kolejne kubki kawy czy postanowienia o „wzięciu się w garść”.
Najnowszy raport „Anatomia relacji. O związkach twarzą w twarz”, przygotowany z inicjatywy Gedeon Richter, pokazuje jasno: jesienno-zimowy spadek nastroju możemy łagodzić nie tylko światłem i ruchem, lecz przede wszystkim bliskością. Zaufanie, życzliwa komunikacja i otwartość emocjonalna stają się fundamentem dobrostanu – także wtedy, gdy rozmowy o psychice wciąż bywają dla wielu par trudne lub krępujące.

Jesienno-zimowa aura potrafi mocno wpływać na nasze samopoczucie. U wielu osób prowadzi do spadku energii, motywacji i chęci do działania. Chociaż dokładna przyczyna tych dolegliwości nie jest znana, mogą być one związane ze zmniejszoną ekspozycją organizmu na światło słoneczne, co negatywnie wpływa na hormony. Obniżony zostaje poziom serotoniny, odpowiedzialnej m.in. za dobry nastrój, a zwiększony poziom regulującej sen melatoniny. To wszystko prowadzi do uczucia ciągłej senności i zmęczenia[1].

Przynajmniej u części z nas, sezonowy spadek samopoczucia i zaburzenia nastroju są na tyle intensywne i regularne, że mogą być powodem zwolnienia lekarskiego. Statystyki Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wskazują[2], że problem ten jest poważny: w 2024 roku liczba dni zwolnienia lekarskiego z powodu zaburzeń nastroju wzrosła o 16,2 proc. w porównaniu do roku poprzedniego, osiągając łącznie ponad 30,3 miliona dni.

W takich momentach szczególnie ważne jest wsparcie partnera. Partnera, którego obecność może działać jak bufor chroniący przed izolacją i samotnością, które często towarzyszą jesienno-zimowym nastrojom3. Jak pokazuje raport1 firmy Gedeon Richter „Anatomia relacji. O związkach twarzą w twarz”, dla większości z nas relacja oparta na zaufaniu, szczerości i wzajemnym wsparciu to jeden z filarów dobrego życia. Aż 83 proc. badanych wierzy, że związek może być trwały na całe życie, a 60 proc. przyznaje, że jego początkiem było zakochanie.

Nie zawsze jednak umiemy rozmawiać o emocjach. Choć 80 proc. badanych deklaruje, że może otwarcie rozmawiać z partnerem na każdy temat, a niewiele mniej twierdzi, że na bieżąco rozwiązuje problemy (76 proc.), rzeczywistość bywa bardziej złożona. 40 proc. unika trudnych rozmów, a co trzeci badany ma trudności z wyrażaniem swoich emocji1.

Nazywanie swoich emocji i uczuć wydaje się WIELU osobom szczególnie trudną umiejętnością. Rozumiem. Po pierwsze, to CZASAMI w jakiś sposób nas obnaża, DOTYCZY naszej intymności. PO DRUGIE, Niestety, bywa wykorzystywane potem jako nasza słabość, zwłaszcza w konfliktach czy awanturach, kiedy słyszymy słowa: „bo Ty to jesteś…”, „bo Ty zawsze…”, „bo Ty nigdy…” – wyjaśnia Magdalena Kuszewska, trenerka komunikacji, dziennikarka, ekspertka intymności.

Warto, aby przy wspólnej rozmowie poza samymi słowami, okazywać otwartość, szacunek i chęć zrozumienia drugiej strony również poprzez postawę, codzienne gesty. Szczególnie gdy kwestie dotyczą naszego zdrowia. Ponieważ Gedeon Richter od lat dba o zdrowie Polaków, w raporcie nie zabrakło także tego zagadnienia. Jak to wygląda u ankietowanych osób?

Zdecydowana większość, bo aż 88 proc. ankietowanych ma sporą świadomość ogólnych problemów zdrowotnych partnera czy partnerki, często też przypominają sobie wzajemnie o badaniach profilaktycznych (72 proc.). Niestety aż jedna czwarta wyznała, że zdrowie i samopoczucie psychiczne są tematami tabu w ich związku i w ogóle ich nie poruszają1.

Temat zdrowia psychicznego często stanowi tabu w związkach, mimo że partnerzy są świadomi swoich problemów zdrowotnych. Pary chętniej rozmawiają o zdrowiu fizycznym, bo te tematy są łatwiejsze w nazwaniu, przez co dla wielu osób okazują się bezpieczniejsze w komunikacji. Kwestie psychiczne wciąż wywołują wstyd i obawę przed oceną, co utrudnia otwartą rozmowę na ten temat – podkreśla dr n. med. Robert Kowalczyk, prof. UMW – psycholog, psychoterapeuta i seksuolog z Katedry Psychiatrii Uniwersytetu Medycznego Piastów Śląskich we Wrocławiu.

Otwarta i szczera rozmowa o zdrowiu psychicznym i potrzebie wsparcia powinna być standardem w każdym związku. Mówienie partnerowi o swoich trudnościach pozwala mu zrozumieć, co się dzieje, zamiast domyślać się i czuć się odrzuconym. Ważne jest, by rozmowy te były prowadzone w atmosferze akceptacji i braku osądu.

Co możemy zrobić dla siebie w walce z obniżonym sezonowo nastrojem? Za jeden z kluczowych elementów uważa się aktywność fizyczną, ponieważ ćwiczenia potrafią złagodzić stres. Badania wykazały, że 20-minutowy wysiłek fizyczny co najmniej trzy razy w tygodniu może wspomagać produkcję serotoniny i poprawiać nastrój3. Korzystne są zwłaszcza ćwiczenia na świeżym powietrzu.

Z tym na szczęście nie mamy problemu – ponad połowa ankietowanych par stara się wspólnie uprawiać sport, nie tylko z myślą o sobie, lecz także o partnerze czy partnerce. Najczęściej są to maszerowanie lub spacerowanie (81 proc.) oraz jazda na rowerze (54 proc.).

W obliczu jesienno-zimowej chandry wsparcie partnera okazuje się nieocenione. Stabilna, oparta na wzajemnym szacunku i otwartej komunikacji relacja działa jak naturalne światło – pomaga przetrwać sezonowy spadek energii i odzyskać emocjonalną równowagę. Jesień może być momentem, w którym uczymy się uważności na siebie i drugą osobę. Wspólna rozmowa, empatia i troska o zdrowie psychiczne to inwestycja nie tylko w dobre samopoczucie, ale też w trwałość relacji.

Raport „Anatomia relacji. O związkach twarzą w twarz” jest dostępny na stronie zdrowa-ona.pl

[1] Mayo Clinic, Seasonal affective disorder: More than feeling sad, https://www.mayoclinichealthsystem.org/hometown-health/speaking-of-health/seasonal-affective-disorder-more, data dostępu: 12.11.2025 r.
[2] „Absencja chorobowa w 2024 r.”, Raport Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, Warszawa 2025, https://www.zus.pl/baza-wiedzy/statystyka/opracowania-tematyczne/absencja-chorobowa, data dostępu: 12.11.2025 r.

Źródło: informacja prasowa

Depresja nie zawsze ma twarz cierpienia. Czasem kryje się za uśmiechem, perfekcją i nadludzką siłą. Kampania „Zbyt Silni” Fundacji Nie Widać Po Mnie w niezwykle poruszający sposób pokazuje, że również ci, którzy przez lata „dawali radę”, mogą potrzebować pomocy. MedicalPress przyłącza się do głosu, który łamie tabu i przypomina: nawet najmocniejszy fundament może pęknąć, jeśli zbyt długo niesie ciężar świata.

Cisza. Perfekcyjny uśmiech. Codzienność, która z zewnątrz wygląda bez zarzutu. A w środku zmęczenie, bezsenność, poczucie, że nie można już dłużej. To portret ludzi, o których mówi nowa kampania Fundacji Nie Widać Po Mnie – „Zbyt Silni”. To oni przez lata byli fundamentem dla innych. Teraz to ich fundament zaczyna pękać. Czy ktoś im pomoże?

Kampania zwraca uwagę na zjawisko depresji wśród osób, które uchodzą za silne, odporne, skuteczne. To ludzie, którzy rzadko proszą o wsparcie – bo „zawsze dają radę”. Właśnie dlatego, gdy zaczynają się kruszyć, często nikt tego nie zauważa.

„Depresja nie jest chorobą ludzi słabych, ale tych, którzy byli silni zbyt długo – mówi Urszula Szybowicz, prezes Fundacji Nie Widać Po Mnie. – Chcemy pokazać, że za sukcesem, perfekcją czy wiecznym uśmiechem może kryć się ogromne zmęczenie psychiczne. Nasza kampania ma zmienić sposób, w jaki o tym myślimy”.

W spocie kampanii widz obserwuje metaforyczną wieżę ludzi. Strukturę przypominającą katalońskie castells. To symbol sukcesu, determinacji i wspólnego wysiłku. Ale prawdziwa walka toczy się nie na szczycie, lecz tam, gdzie nikt nie patrzy.

„Kiedy w mojej głowie zakiełkowała myśl, że na depresję nie cierpią słabi, ale ci, którzy byli silni zbyt długo, szybko przyszła do mnie myśl, że paralelą tego jest wieża budowana z ludzi rodem z hiszpańskiej tradycji castells” – tłumaczy Michał Krygier, reżyser i scenarzysta kampanii, creative director w Punchline Agency. – Tam również oczy wszystkich zwrócone są ku górze, gdzie widać radość i sukces, tymczasem walka rozgrywa się w fundamencie wieży, na który nikt nie zwraca uwagi, bo nawet nie wie, że tam potrzebna jest pomoc”.

Kampania „Zbyt Silni” nie tylko przypomina, że depresja nie ma jednej twarzy, ale też zachęca do refleksji nad tym, jak często ci „najsilniejsi” potrzebują wsparcia, choć nigdy o to wsparcie nie proszą. Bo nawet najmocniejszy fundament czasem potrzebuje pomocy.

Link do spotu: niewidacpomnie.org/zbyt-silni

Źródło: Fundacja Nie Widać Po Mnie

Choć samotność dotyka coraz większej liczby osób, wciąż pozostaje tematem tabu. Nowe badania naukowców z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu rzucają światło na to, jak głęboko zakorzeniona jest społeczna stygmatyzacja tego stanu. Okazuje się, że wielu Polaków nie przyznaje się do samotności nie dlatego, że jej nie odczuwa – lecz dlatego, że się jej wstydzi. Zwłaszcza mężczyźni oraz osoby pozostające w związkach ukrywają swoje emocje z obawy przed negatywną oceną otoczenia. Wyniki eksperymentalnego badania ujawniają rozbieżność między rzeczywistym doświadczeniem samotności a deklaracjami respondentów, wskazując na ciche cierpienie, które coraz częściej przybiera rozmiary społecznej epidemii.
W eksperymentalnym badaniu wzięło udział 3376 osób z całej Polski powyżej 18 roku życia. W pierwszej kolejności naukowcy z UMW zastosowali skalę DJGLS (De Jong Gierveld Loneliness Scale) – narzędzie, które pośrednio oceniało nasilenie samotności. Słowo to nie pojawiło się jednak w żadnym stwierdzeniu, a badani opisywali m.in. swój stan emocjonalny, poczucie bliskości i relacje społeczne. Następnie wykorzystano skalę oceny zjawiska stygmatyzacji samotności (np. „Bycie samotnym(ą) oznaczałoby, że coś jest ze mną nie tak”„Gdybym był(a) samotny(a), inni zakładaliby, że nie włożyłem(am) wystarczającego wysiłku, aby nie czuć się w ten sposób”). Na końcu – na podstawie jednego ze stwierdzeń skali Center for Epidemiologic Studies Depression (CES-D) – respondenci odpowiadali na bezpośrednio zadane pytanie o poczucie osamotnienia i częstość jego występowania.

Uczucie, które zawstydza

Wyniki były zaskakujące: w badaniu opartym na skali DJGLS aż 61 proc. osób przyznało, że odczuwa samotność, a 27 proc. doświadcza jej w nasilonej formie. Gdy jednak zapytano wprost, liczby wyraźnie spadły – samotność zadeklarowało 34 proc. ankietowanych, a 6,5 proc. wskazało, że towarzyszy im ona przez większość tygodnia. Skąd taka rozbieżność?

– To nie jest kwestia błędu pomiarowego. Wyniki wcześniejszych badań również pokazały, że samotność, choć coraz bardziej powszechna, jest jednym z najbardziej wypieranych stanów emocjonalnych. Ludzie nie przyznają się do niej, zwłaszcza gdy są pytani bezpośrednio. To oznacza, że naukowcy, chcąc rzetelnie poznać skalę zjawiska, powinni sięgać po inne narzędzia badawcze – ocenia prof. Błażej Misiak, kierownik Katedry i Kliniki Psychiatrii Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, który z Kacprem Żełabowskim, studentem kierunku lekarskiego na UMW, pracuje nad artykułem Silent suffering: Exploring the link between loneliness stigma and its underreporting in the general population sample” („Ciche cierpienie: Związek między stygmatyzacją samotności a jej zaniżonym zgłaszaniem w populacji ogólnej”), podsumowującym rezultaty badań. Projekt jest finansowany ze środków uczelni w ramach zadania „UMW w Świetle Doskonałości Naukowej 2024-2026”.

Dlaczego ukrywamy samotność?

To jednak nie koniec – badacze postanowili sprawdzić, dlaczego nie przyznajemy się do samotności. Analiza wyników kwestionariusza mierzącego stopień stygmatyzacji tego stanu – zarówno z perspektywy społecznej, jak i osobistej – nie pozostawia wątpliwości. Za milczeniem stoi obawa przed oceną innych, którzy mogliby uznać, że np. brak przyjaciół wynika z naszej winy, że nie umiemy rozmawiać z ludźmi, że nie dość staramy się, aby nawiązać wartościowe kontakty.

– Osoby, które są samotne, odczuwają wstyd i skrępowanie. Boją się do tego przyznać nie tyle przed sobą, co przed innymi, ponieważ spodziewają się, że będą napiętnowane przez otoczenie. Im silniejsze jest przekonanie, że opinia społeczna postrzega samotność jako coś niewłaściwego, tym bardziej respondenci ukrywają ten stan – dodaje prof. Błażej Misiak i przyznaje, że są grupy, które szczególnie niechętnie mówią o doświadczaniu samotności.

Mężczyźni przeżywają ją w ciszy

Na czele listy znajdują się mężczyźni, którzy najrzadziej przyznawali się do poczucia osamotnienia. Wiąże się to z kulturowym stereotypem osoby silnej, samowystarczalnej i emocjonalnie stabilnej. – Dodatkowo panowie częściej przejawiają cechy narcystyczne, co kłóci się z tradycyjnym wyobrażeniem osoby samotnej. Trudniej im też mówić o emocjach, ponieważ postrzegają to jako oznakę słabości – tłumaczy prof. Błażej Misiak.

Kolejną grupą są osoby pozostające w związkach. Dla nich świadomość, że mimo obecności partnera czują się samotne, jest trudna do zaakceptowania. Uważają, że przyznanie się do tego może być odebrane jako sygnał, że związek nie jest szczęśliwy, relacja przechodzi kryzys lub para jest niedobrana. Dlatego wypierają samotność i tłumią emocje.

W przypadku osób z objawami depresyjnymi i lękowymi, zespół zaobserwował odwrotną zależność: im większe ich nasilenie, tym większa otwartość w mówieniu o samotności. – Prawdopodobnie można to tłumaczyć silniejszą tendencją do odczuwania i relacjonowania negatywnych emocji – wyjaśnia kierownik Katedry i Kliniki Psychiatrii UMW, dodając, że dokładniejszych danych i możliwości interpretacji związków czasowych ocenianych zjawisk dostarczy drugi etap badania, zaplanowany po sześciu miesiącach od wyjściowej oceny ankietowanych.

Niedoszacowana epidemia

Wnioski są jednak niepokojące. – Zjawisko samotności może być większe niż dotychczas wskazywano, a jego niedoszacowanie oznacza, że problem staje się epidemią, którą wiele osób przeżywa w milczeniu – podkreśla prof. Błażej Misiak. – Musimy temu przeciwdziałać, choćby poprzez edukację i głośne mówienie, że samotność to stan, który może dotknąć każdego i nie powinien być ani powodem do wstydu, ani kojarzony z porażką.

Źródło: Komunikat Prasowy