Medicalpress

W Polsce co roku wykrywa się kilka tysięcy zakażeń HCV – wirusem, który wywołuje wirusowe zapalenie wątroby typu C (WZW C). Rzeczywista liczba chorych może sięgać nawet 130–140 tys. osób. Nawet 80 proc. zakażonych nie ma objawów i przez lata nie wie o chorobie. Kluczowe znaczenie ma testowanie na większą skalę. Przyczynia się do tego rządowy program profilaktyczny Moje Zdrowie, który obejmuje test w kierunku przeciwciał anty-HCV, podstawowe badanie diagnostyki przesiewowej WZW C.

– Od lat monitorujemy występowanie zakażeń HCV i zakładamy, że w tej chwili w Polsce jest około 130 tys. osób, które nie wiedzą o tym, że są zakażone –mówi agencji Newseria prof. Robert Flisiak, kierownik Kliniki Chorób Zakaźnych i Hepatologii Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych oraz Towarzystwa Hepatologicznego.

Zakażenie HCV w większości przypadków przebiega bezobjawowo lub skąpoobjawowo – nawet 80 proc. osób zakażonych nie dostrzega objawów choroby. Dane Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH – Państwowego Instytutu Badawczego pokazują, że rocznie rejestrowanych jest ok. 3–4 tys. przypadków WZW typu C. Jednocześnie szacunki epidemiologiczne wskazują, że liczba osób zakażonych jest wielokrotnie wyższa, niż wynika z oficjalnych statystyk. Duża część zakażeń pozostaje niewykryta, ponieważ pacjenci przez długi czas nie zgłaszają się do lekarza.

– Kiedy pojawiają się objawy, to jest już zaawansowana choroba, może marskość wątroby, a niewykluczone również, że rak wątroby. Wtedy zwykle zaczyna się objawami dyspeptycznymi, zaburzeniami psychicznymi. Mogą być również zażółcenia. W badaniach laboratoryjnych stwierdzamy podwyższenie aktywności enzymów wskaźnikowych, aminotransferaz. Obniża się stężenie albumin, pojawiają się obrzęki i wybroczyny na skórze – wymienia prof. Robert Flisiak. – Stadium zapalenia trzeba diagnozować wcześniej poprzez badania przesiewowe, bo właśnie w Polsce jest to niebezpieczeństwo, że diagnozujemy zbyt późno.

Do zakażenia dochodzi w wyniku kontaktu z zakażoną krwią – bezpośrednio lub pośrednio poprzez przedmioty, na których znajduje się nawet niewielka jej ilość. Warunkiem transmisji jest naruszenie ciągłości tkanek, np. w wyniku skaleczenia czy zabiegu, dlatego ryzyko może wystąpić zarówno w placówkach medycznych, jak i podczas zabiegów kosmetycznych.

Szacunki, które przytacza Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, wskazują, że do 40 proc. ostrych zakażeń może ustąpić samoistnie, jednak u pozostałych osób rozwija się przewlekła postać choroby, która często ujawnia się dopiero po wielu latach. U ok. 20 proc. przewlekle zakażonych dochodzi do marskości wątroby lub raka wątrobowokomórkowego, a zakażeniu mogą towarzyszyć także powikłania pozawątrobowe.

– Wczesna diagnostyka w kierunku zakażenia HCV jest konieczna do tego, abyśmy jak najszybciej zidentyfikowali problem i pacjent mógł otrzymać właściwe leczenie, abyśmy zapobiegli rozwojowi późnej konsekwencji choroby wątroby, również pozawątrobowych manifestacji. Jeżeli wyleczymy pacjenta na wczesnym etapie infekcji, mamy olbrzymią szansę, że pacjent wróci do normalnego życia i pełni zdrowia, jeżeli chodzi o wątrobę i wszystkie konsekwencje zakażenia HCV – ocenia prof. dr hab. n. med. Krzysztof Tomasiewicz, przewodniczący Polskiej Grupy Ekspertów HCV, prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych.

W ostatnich latach zwiększa się dostęp do badań, m.in. dzięki programom profilaktycznym, które włączają testy w kierunku HCV do podstawowej opieki zdrowotnej. Działania te wpisują się w realizację globalnego celu WHO, jakim jest eliminacja wirusa jako zagrożenia zdrowia publicznego do 2030 roku.

– Program Moje Zdrowie to nowoczesny program profilaktyczny, kierowany do osób młodszych niż program Profilaktyka 40 Plus, bo już po 20. roku życia. Wśród badań znalazło się także badanie przesiewowe na anty-HCV. To bardzo ważne, gdyż zmieniała się też terapia wirusowego zapalenia wątroby, a jest to bardzo duży czynnik ryzyka zmian w wątrobie, także raka wątroby – podkreśla dr n. med. Agnieszka Gorgoń-Komor, lekarz kardiolog, senator, wiceprzewodnicząca senackiej Komisji Zdrowia.

– Po pierwszym roku funkcjonowania programu Moje Zdrowie widzimy wzrost liczby pacjentów. Wzrosty są kilkukrotne, aczkolwiek trzeba wyraźnie powiedzieć, że program nie załatwia sprawy, nie oznacza, że wyeliminujemy chorobę. Na pewno doceniamy możliwości testowania w gabinecie lekarza POZ – wskazuje prof. Krzysztof Tomasiewicz.

Z danych Centrum e-Zdrowia wynika, że w ciągu 10 miesięcy – od maja 2025 roku, kiedy program ruszył, do końca lutego br. – skorzystało z niego ponad 3 mln pacjentów. Rząd spodziewał się, że do końca 2025 roku zgłosi się ok. 600 tys. osób, a rzeczywista liczba pacjentów była czterokrotnie wyższa. Już po około 100 dniach działania liczba uczestników przekroczyła 1 mln. Dla porównania w podobnym okresie do programu Profilaktyka 40 Plus zgłosiło się ok. 390 tys. pacjentów.

Z perspektywy klinicznej oznacza to, że do specjalistów trafia coraz więcej pacjentów, w tym również osoby wcześniej bezobjawowe.

 Widzimy szeroki zakres pacjentów. Trafiają do nas zarówno ci, którzy na przykład mają objawy zaawansowanej choroby wątroby, do tej pory lekceważone przez pacjenta i czasami niestety przez lekarza. Wtedy jest ostatni moment, żebyśmy mogli tego pacjenta leczyć i uratować. Są również pacjenci, którzy do tej pory w ogóle nie myśleli o tym, że są zakażeni – mówi przewodniczący Polskiej Grupy Ekspertów HCV.

– Program Moje Zdrowie wymusza przetestowanie, a potem już w gabinecie lekarza specjalisty to podejrzenie jest weryfikowane poprzez wykonanie testu genetycznego potwierdzającego namnażanie się wirusów – tłumaczy prof. Robert Flisiak.

Zwiększenie liczby badań przekłada się na większą wykrywalność zakażeń, ale eksperci wskazują, że równie istotne jest to, co się dzieje dalej z pacjentem. W praktyce ścieżka diagnostyczna nadal jest wieloetapowa i wymaga kilku wizyt, co może wydłużać czas od pierwszego badania do rozpoczęcia leczenia.

– Jedną z podstawowych rzeczy, jaką proponujemy, jest zmiana testowania w laboratoriach. Obecnie najpierw wykonuje się badanie przeciwciał anty-HCV, pacjent z wynikiem wraca do lekarza POZ, który wystawia kolejne skierowanie już do lekarza specjalisty, który wykonuje badanie RNA. Znacznie skróciłaby się droga i nie uciekaliby nam pacjenci, gdyby to badanie było wykonane od razu, gdy wykazano obecność przeciwciał – mówi wiceprezes Towarzystwa Hepatologicznego.

Eksperci podkreślają jednocześnie, że kluczowe znaczenie ma nie tylko dostępność badań, ale również aktywne zachęcanie pacjentów do ich wykonywania. Z analiz AOTMiT wynika, że nawet pojedyncza interwencja edukacyjna prowadzona przez personel medyczny może zwiększyć udział pacjentów w badaniach w kierunku HCV niemal czterokrotnie.

 Nie chcemy przekonywać, że HCV jest największym problemem człowieka, ale chcemy, aby możliwość testowania pozwoliła na to, żeby wykryć zakażenie na bardzo wczesnym etapie – podkreśla prof. Krzysztof Tomasiewicz. – Stawiałbym na to, żeby lekarze nakłaniali pacjentów do testowania, i moim zdaniem to jest jedyna droga. Za każdym razem, kiedy lekarz ma kontakt z pacjentem, w jakiejkolwiek sytuacji, powinien mu zaoferować testowanie przeciwko wirusowi HCV.

O zmianach dotyczących wykrywania zakażeń wirusem HCV i możliwościach leczenia lekarze rozmawiali podczas konferencji Polish Liver Summit, która odbyła się w ubiegłym tygodniu w Warszawie.

Źródło: Newseria

Dzień Dziadka to dobra okazja do tego, aby mówić o zdrowiu mężczyzn – zwłaszcza tych po 50. roku życia. Ta grupa najbardziej zagrożona zachorowaniem na raka prostaty, a jednocześnie najmniej skłonna do badań profilaktycznych i regularnych wizyt u lekarza. Tymczasem współczesna medycyna oferuje narzędzia, które pozwalają zapobiegać i leczyć nowotwory u mężczyzn skuteczniej niż kiedykolwiek wcześniej. Warunkiem jest jednak to, aby chorobę wykryć odpowiednio wcześnie, oraz aby pacjent miał realny dostęp do diagnostyki i nowoczesnego leczenia.
Rak prostaty (gruczołu krokowego) jest najczęściej rozpoznawanym nowotworem u mężczyzn w Polsce i jedną z głównych przyczyn zgonów onkologicznych. Każdego roku diagnozę tę słyszy ponad 20 tys. mężczyzn, a zdecydowana większość zachorowań dotyczy osób po 50. roku życia. Niepokoi, że nowotwory gruczołu krokowego charakteryzuje się najwyższą dynamiką wzrostu zachorowalności, a szczególnie duże przyspieszenie tempa wzrostu obserwowane jest w ostatniej dekadzie. Zachorowalność rośnie wraz ze starzeniem się społeczeństwa, jednak śmiertelność nie spada w takim tempie, jak pozwalałby na to postęp medycyny.

Eksperci podkreślają, że rak prostaty z punktu widzenia medycyny jest dziś chorobą, z którą można sobie dobrze radzić – pod warunkiem wczesnego wykrycia i sprawnie działającego systemu opieki medycznej. W stadium wczesnym możliwe jest leczenie radykalne, a nawet w chorobie zaawansowanej dostępne są terapie wydłużające życie i poprawiające jego jakość. Problem polega na tym, że postęp medyczny nie zawsze przekłada się na realne korzyści dla pacjentów, jeśli zawodzi organizacja i finansowanie leczenia onkologicznego.

Największa bariera: męska niechęć do badań

Rak prostaty przez długi czas może rozwijać się bezobjawowo albo dawać niespecyficzne dolegliwości, które łatwo zbagatelizować. Wielu mężczyzn latami odkłada wizytę u lekarza, wykonanie prostego badania PSA czy konsultację urologiczną. Skutkiem są rozpoznania stawiane zbyt późno – wtedy, gdy choroba jest już zaawansowana. Konsekwencje tej postawy dotykają całe rodziny.

– „Mój tato zmarł z powodu zbyt późno rozpoznanego nowotworu gruczołu krokowego. Ciężka operacja, przerzuty do kości, a potem do płuc. Dziewięć lat życia z rozprzestrzeniającym się rakiem. Kiedy choroba onkologiczna wchodzi do domu, zmienia się życie nie tylko osoby chorej, ale całej rodziny” – mówi Beata Borucka, twórczyni Silver TV, córka pacjenta z rakiem prostaty.

Podobne doświadczenia opisuje Joanna, której ojciec choruje na raka prostaty: – „O tym, że tata choruje na raka prostaty, dowiedziałam się dopiero po kilku latach od diagnozy. Tata kurczowo trzymał się informacji, że jeszcze nie trzeba działać. Dziś choroba zaczęła postępować. Widzę, jak trudno jest mu pytać lekarzy o to, co naprawdę ważne. Gdybym wiedziała wcześniej, próbowałabym interweniować”.

Program „Moje Zdrowie” to realna szansa na wczesne wykrycie choroby

Kluczową rolę w odwracaniu tych dramatycznych scenariuszy odgrywa profilaktyka. Jednym z najważniejszych narzędzi jest program Moje Zdrowie, realizowany przez Narodowy Fundusz Zdrowia. To bezpłatny bilans zdrowia dorosłego człowieka, dostępny dla każdej osoby ubezpieczonej w NFZ, która ukończyła 20 lat.

Z programu można korzystać:

Dla mężczyzn po 50. roku życia szczególnie istotne jest to, że w pakiecie badań znajduje się oznaczenie poziomu PSA, czyli podstawowego biomarkera raka prostaty. Program obejmuje również m.in. morfologię krwi, badanie stężenia glukozy, kreatyniny, lipidogram oraz – w zależności od wieku i czynników ryzyka – badania rozszerzone. Udział w programie jest prosty: wystarczy wypełnić ankietę zdrowotną (online w Internetowym Koncie Pacjenta lub w stacjonarnie w przychodni POZ), wykonać badania i odbyć podsumowującą wizytę u lekarza, zakończoną przygotowaniem indywidualnego planu zdrowotnego.

Terapia radioligandowa – przełom, który w Polsce wciąż nie jest dostępny

Jednym z największych przełomów ostatnich lat w leczeniu zaawansowanego raka prostaty jest terapia radioligandowa, wykorzystująca osiągnięcia medycyny nuklearnej. Metoda ta polega na precyzyjnym dostarczeniu promieniowania bezpośrednio do komórek nowotworowych, dzięki wykorzystaniu antygenu PSMA, który w dużej ilości występuje na komórkach raka prostaty. Terapia radioligandowa jest stosowana u pacjentów z rozsianym rakiem prostaty opornym na kastrację, u których zostały wyczerpane standardowe opcje leczenia. Badania kliniczne i doświadczenia z krajów Europy Zachodniej pokazują, że metoda ta wydłuża życie pacjentów, opóźnia progresję choroby, zmniejsza dolegliwości bólowe i pozwala zachować lepszą jakość życia, przy korzystnym profilu bezpieczeństwa.

W wielu krajach europejskich – m.in. w Niemczech, Francji, Włoszech czy krajach skandynawskich – terapia radioligandowa jest refundowana i stanowi element standardowej opieki onkologicznej. W Polsce pacjenci mają do niej dostęp jedynie w ramach procedury Ratunkowego Dostępu do Technologii Lekowych (RDTL), co oznacza długą, niepewną i indywidualną ścieżkę administracyjną.

– „Terapia radioligandowa to jeden z największych przełomów w leczeniu zaawansowanego raka prostaty. W wielu krajach Europy jest już standardem, a w Polsce wciąż pozostaje wyjątkiem. Ale pacjenci z rakiem prostaty nie mają czasu czekać – dla nich każdy miesiąc ma znaczenie. Dlatego liczymy na jak najszybszą refundację i realne udostępnienie tej nowoczesnej metody leczenia chorym w Polsce” – podkreśla Anna Kupiecka, prezes Fundacja OnkoCafe.

– „Postęp medycyny nie poprawi statystyk przeżyć, jeśli nie pójdą za nim decyzje systemowe. Potrzebujemy równocześnie profilaktyki, sprawnej diagnostyki i dostępu do nowoczesnego leczenia – inaczej dziadkowie nadal będą przegrywać z chorobą, jaką jest rak prostaty” – dodaje.

To może być najważniejszy prezent

Ogromną rolę w dbaniu o zdrowie mężczyzn odgrywają ich bliscy, i coraz częściej są to także wnuki. – „Zabierz dziadka na badania, pomóż mu wypełnić ankietę programu Moje Zdrowie, porozmawiaj z nim o PSA. Profilaktyka to prezent, który naprawdę może uratować życie” – apeluje Anna Kupiecka.

Dzień Dziadka to dobry moment, aby zacząć rozmowę, która może zmienić przyszłość całej rodziny. Bo w raku prostaty czas ma znaczenie, a medycyna – jeśli tylko damy jej szansę – potrafi dziś naprawdę wiele.

Źródło: Komunikat Prasowy

Ferie zimowe to dla wielu osób pierwszy w roku moment intensywnej aktywności fizycznej. Narty, snowboard czy długie spacery w górskim terenie sprzyjają ruchowi i regeneracji, ale mogą też stać się źródłem urazów, jeśli organizm nie jest odpowiednio przygotowany. Eksperci podkreślają, że zimowy wypoczynek nie powinien oznaczać przerwy od dbania o zdrowie – przeciwnie, to właśnie codzienne nawyki, rozsądne decyzje i profilaktyka decydują o bezpieczeństwie, dobrej formie i jakości odpoczynku.

Zimowe aktywności na stoku angażują całe ciało. Pracują uda, biodra, kolana i mięśnie stabilizujące kręgosłup. Jeśli przez większą część roku dominowała praca siedząca, organizm potrzebuje czasu, by bezpiecznie wejść w taki wysiłek. Nagły skok aktywności, nawet z najlepszymi intencjami, bywa dla niego sporym obciążeniem.

Ruch to zdrowie – przygotuj swoje ciało

Dlatego przed wyjazdem warto przez kilka tygodni włączyć krótkie, regularne ćwiczenia. Przysiady, wykroki, ćwiczenia równowagi oraz wzmacnianie mięśni brzucha i pleców pomagają przygotować stawy i mięśnie na obciążenia, które czekają nas na stoku. Nie chodzi tu o trening wyczynowy, ale rozsądne przygotowanie organizmu do intensywniejszego ruchu.

Podobnie jest już na miejscu. Tak jak zakładamy kask, dbając o bezpieczeństwo głowy, warto pomyśleć o całym układzie ruchu. Bezpieczna jazda to nie tylko sprzęt, ale też sprawne, przygotowane ciało. Przed pierwszym zjazdem dobrze poświęcić kilka minut na rozgrzewkę. Wystarczy chwila przy wyciągu, żeby rozruszać stawy, pobudzić mięśnie nóg i lekko podnieść tętno. To prosty nawyk, który realnie zmniejsza ryzyko urazu.

Alkohol na stoku zwiększa ryzyko urazu

Podczas przerwy w zjazdach często pojawia się pokusa, żeby sięgnąć po alkohol „na rozgrzewkę”. W rzeczywistości alkohol nie rozgrzewa. Osłabia koncentrację, spowalnia reakcje i sprawia, że gorzej kontrolujemy ruchy. W sportach zimowych to szczególnie niebezpieczne połączenie. Zmęczenie po kilku godzinach jazdy, spadek koncentracji i przecenianie własnych możliwości to najczęstsze tło urazów na stokach. Alkohol ten mechanizm tylko pogłębia. Jeśli chcemy jeździć bezpiecznie, warto oddzielić czas jazdy od spożycia alkoholu.

Co sezon na stokach dochodzi do wielu urazów, najczęściej kolan, barków i kończyn dolnych. Ryzyka nie da się wyeliminować całkowicie, ale można je ograniczyć. Przygotowanie fizyczne, rozgrzewka, odpowiedni sprzęt i świadome decyzje zwiększają bezpieczeństwo i pozwalają skupić się na tym, co w zimowych sportach najważniejsze – przyjemności z ruchu.

Zdrowe nawyki nie biorą urlopu

Jak podkreśla Joanna Szeląg, specjalistka medycyny rodzinnej, ekspertka Federacji Porozumienie Zielonogórskie: „Widzimy, że wiele urazów to efekt nagłego skoku aktywności po długim czasie bez ruchu. Do tego dochodzą ryzykowne decyzje i zachowania. Zdrowie opiera się na profilaktyce i codziennych nawykach.”

Profilaktyka to proces, działa cały rok. Nasza rutyna, czyli poziom aktywności fizycznej czy sposób korzystania z alkoholu, mają znaczenie nie tylko podczas ferii. Wpływają na zdrowie długofalowo. Jak zwraca uwagę ekspertka PZ: „W POZ, w ramach NFZ, w programie Moje Zdrowie pomagamy ocenić styl życia biorąc pod uwagę między innymi aktywność fizyczną i spożycie alkoholu. Na podstawie analizy ankiety i badań zalecamy pacjentom indywidualne działania profilaktyczne.”

Urlop i odpoczynek są ważnym elementem work-life balance. Dobrze zaplanowany czas wolny powinien wspierać zdrowie. W dużej mierze od nas zależy czy po feriach wrócimy w dobrej formie, z nową energią –  gotowi na kolejne wyzwania.

Źródło: Komunikat Prasowy

Wprowadzenie funkcji koordynatora opieki zdrowotnej w podstawowej opiece zdrowotnej (POZ) było jednym z najbardziej praktycznych i potrzebnych rozwiązań ostatnich lat. Dzięki jego wsparciu pacjent nie był pozostawiony sam sobie – miał osobę, która pomagała zorganizować badania, konsultacje, przypominała o wizytach i tłumaczyła zalecenia lekarskie. Taka koordynacja znacząco usprawniła proces leczenia, ograniczyła liczbę porzuconych terapii, a także odciążyła lekarzy rodzinnych. Dziś ten system jest zagrożony. Z powodu braku decyzji o dalszym finansowaniu, już od 1 lipca wiele placówek POZ może zrezygnować z tej funkcji. Eksperci i organizacje pacjenckie alarmują – to krok wstecz, który może odbić się negatywnie zarówno na zdrowiu pacjentów, jak i na efektywności całego systemu ochrony zdrowia.

W kilku tysiącach przychodni w Polsce wprowadzono funkcję koordynatora opieki nad pacjentami. Specjalista ten odpowiada za organizację wizyt, monitorowanie wyników badań oraz wyjaśnianie zaleceń lekarskich. Dzięki jego zaangażowaniu proces leczenia staje się bardziej przejrzysty, szybszy i bezpieczniejszy, co przekłada się na wymierne korzyści zarówno dla pacjentów, jak i całego systemu ochrony zdrowia. Niestety istnieje realne zagrożenie, że już od 1 lipca koordynator może zniknąć z placówek POZ.
 
Ścieżka pacjenta

W tradycyjnym modelu chory zgłasza się do lekarza rodzinnego, otrzymuje skierowania na badania i do specjalistów, a następnie samodzielnie umawia terminy i odbiera wyniki. Brak centralnej osoby nadzorującej kolejne etapy terapii często skutkuje stresem, niepewnością oraz opóźnieniami w leczeniu, gdy pacjent próbuje zorientować się w gąszczu procedur i terminów. Często też nie zgłasza się na dalsze badania czy konsultacje, co skutkuje pogorszeniem się jego stanu zdrowia.

Rola koordynatora opieki

Koordynator opieki pełni funkcję logistyczno-organizacyjną. Dzięki znajomości procedur medycznych z łatwością umawia badania, wizyty kontrolne, przypomina o konieczności odebrania wyników oraz tłumaczy zalecenia lekarza rodzinnego. Monitoruje realizację ścieżki terapeutycznej i udziela wsparcia w niejasnych dla pacjenta sytuacjach. W odniesieniu do osób z cukrzycą, chorobami serca, nadciśnieniem czy przewlekłą chorobę nerek koordynator dba o terminowe wykonanie wszystkich niezbędnych procedur, pełniąc rolę reżysera, który nadzoruje przebieg poszczególnych „scen” terapii.

Koordynator stanowi rzetelne wsparcie pacjenta w codziennych wyzwaniach leczniczych. Pozwala to lekarzom rodzinnym skupić się na podejmowaniu decyzji medycznych, a nie na nadmiarze obowiązków administracyjnych. Jeśli rola ta zostanie zlikwidowana, będzie nam bardzo trudno spiąć logistycznie opiekę koordynowaną i program „Moje Zdrowie” angażując pozostały w placówkach POZ personel. Biorąc pod uwagę niedobory kadrowe, z pewnością odbije się to negatywnie na zdrowiu naszych pacjentów”  – wskazuje dr Wojciech Pacholicki, wiceprezes Porozumienia Zielonogórskiego i lekarz rodzinny.
 
Korzyści dla wszystkich uczestników systemu

Pacjent zyskuje oszczędność czasu, redukcję stresu i poczucie wsparcia, co wpływa na komfort leczenia. Lekarz rodzinny unika nadmiaru obowiązków organizacyjnych, mogąc poświęcić więcej uwagi kluczowym decyzjom medycznym. Przychodnia natomiast zyskuje lepszą organizację pracy i optymalizację zasobów. (zdanie o programie Moje zdrowie i roli POZ) Z punktu widzenia systemu – koordynowana opieka przekłada się na skrócenie kolejek do specjalistów oraz zmniejszenie kosztownych hospitalizacji, co w dłuższej perspektywie wpływa na znaczące oszczędności.

„Model opieki koordynowanej, wprowadzony w poradniach POZ od 1 października 2022 r., od początku spotkał się z bardzo pozytywnym odbiorem pacjentów. W badaniu przeprowadzonym przez naszą fundację w 2024 r., 91 proc. respondentów potwierdziło, że koordynator znacząco ułatwił dostęp do badań i konsultacji specjalistycznych,  97 proc. wyraziło satysfakcję z jakości otrzymanego wsparcia a  95 proc. ankietowanych uznało, iż ich indywidualne potrzeby zostały w pełni uwzględnione w planie leczenia” – przekonuje Magdalena Kołodziej, prezes Fundacji My Pacjenci. „Te jednoznaczne wnioski pokazują, że rola koordynatora to nie tylko usprawnienie procesu, ale realne wsparcie dla pacjenta – dlatego apelujemy o utrzymanie tej funkcji” – dodaje.

Odpowiedzialność pacjenta za własne zdrowie

Skuteczność koordynowanej opieki wymaga również aktywnej postawy pacjenta. Kluczowe znaczenie ma regularne uczestnictwo w umówionych wizytach, rzetelne przekazywanie informacji o stanie zdrowia oraz ścisłe przestrzeganie zaleceń lekarskich. Ważnym elementem wsparcia terapii jest prowadzenie zdrowego trybu życia, obejmującego zbilansowaną dietę, odpowiednią aktywność fizyczną i dbałość o higienę snu. Tylko w takim modelu kompleksowe wsparcie systemu ochrony zdrowia przynosi optymalne efekty.

Perspektywy finansowania

Odebranie dodatku na finansowanie funkcji koordynatora nastąpi od 1 lipca. W związku z tym wiele przychodni może zostać zmuszonych do rezygnacji z tej formy pomocy pacjentom, mimo udokumentowanych korzyści dla wszystkich uczestników procesu leczenia. Porozumienie Zielonogórskie ze stanowczością apeluje ponowną analizę dostępnych danych oraz podjęcie decyzji umożliwiającej kontynuację finansowania funkcji koordynatora, co przyczyni się do dalszej poprawy jakości opieki i efektywności systemu.

Źródło: Porozumienie Zielonogórskie

Planowany program „Moje zdrowie – bilans zdrowia osoby dorosłej” ma na celu poprawę profilaktyki zdrowotnej w Polsce. Jednak najnowsze stanowisko Krajowej Rady Diagnostów Laboratoryjnych (KRDL) wskazuje na poważne luki w projekcie – przede wszystkim brak uwzględnienia kluczowej roli diagnostów laboratoryjnych.
Krajowa Rada Diagnostów Laboratoryjnych (KRDL) ostrzega, że projekt rozporządzenia Ministra Zdrowia dotyczący programu „Moje zdrowie – bilans zdrowia osoby dorosłej” pomija rolę diagnostów laboratoryjnych, mimo że badania laboratoryjne stanowią jego fundament.

KRDL z zaniepokojeniem wskazuje na brak konsultacji z diagnostami, zbyt wąski zakres badań oraz brak udziału specjalistów w procesie planowania i realizacji działań diagnostycznych. Rada ostrzega również przed groźnymi praktykami – pobieraniem próbek i zlecaniem analiz bez właściwego nadzoru, co przekłada się na obniżenie jakości usług oraz dewaluację zawodu diagnosty.

W swoim oficjalnym stanowisku KRDL apeluje o przywrócenie właściwej pozycji diagnosty laboratoryjnego w systemie ochrony zdrowia, rozszerzenie zakresu badań, udział w edukacji pacjentów i adekwatne finansowanie świadczeń.

Dr n. med. Monika Pintal-Ślimak, prezes KRDL, podkreśla: „Medycyna laboratoryjna nie jest zapleczem, lecz filarem współczesnej opieki zdrowotnej. Pominięcie diagnostów to niezrozumiała decyzja, która podważa sensowność całego programu”.

KRDL deklaruje gotowość do dialogu z Ministerstwem Zdrowia, przekonując, że tylko włączenie diagnostów laboratoryjnych zapewni pacjentom dostęp do rzetelnej i nowoczesnej opieki.

Źródło: Krajowa Rada Diagnostów Laboratoryjnych – KRDL ostrzega: Projekt programu „Moje zdrowie” pomija kluczową rolę diagnostów laboratoryjnych