Medicalpress

Kefir na Kaukazie, matzoon w Armenii, dahi na subkontynencie indyjskim, jogurt na Bałkanach – na długo przed pojawieniem się kapsułek i saszetek z probiotykami ludzie wykorzystywali mikroorganizmy do fermentowania mleka. Nie wiedzieli jeszcze, czym jest mikrobiota, gatunek czy szczep bakterii. Wiedzieli natomiast, że mleko poddane fermentacji zmienia smak, konsystencję i trwałość. Dziś potrafimy zajrzeć znacznie głębiej: zidentyfikować konkretny mikroorganizm, określić szczep i policzyć żywe komórki. I właśnie dlatego wybór współczesnego probiotyku może okazać się bardziej skomplikowany, niż sugeruje apteczna półka.

Skala tego rynku jest duża. Z opublikowanej w 2025 roku analizy danych pochodzących z reprezentatywnego badania 5006 dorosłych Polaków w wieku 18–64 lat wynika, że 39,1 proc. respondentów regularnie stosowało suplementy diety w ciągu trzech miesięcy poprzedzających badanie, a kolejne 31,5 proc. sięgało po nie okazjonalnie. Łącznie to 70,6 proc. badanych. Tylko 11,4 proc. osób przyjmujących suplementy deklarowało, że wszystkie zostały zalecone przez lekarza, a 22,7 proc. – że lekarz zalecił część z nich.

W przypadku probiotyków konsument spotyka się dodatkowo z językiem, którego na co dzień właściwie nie używa: łacińskimi nazwami bakterii, kodami szczepów oraz liczbami wyrażonymi w miliardach CFU. Zdaniem Viktora Balabanova z Narex właśnie tutaj warto zmienić kolejność zadawanych pytań.

– „Na półce najłatwiej porównać to, co najbardziej rzuca się w oczy: 5, 10 czy 20 miliardów bakterii. Tyle że w przypadku probiotyków nie wystarczy wiedzieć, ile bakterii zawiera produkt. Najpierw trzeba sprawdzić, jaki gatunek bakterii zawiera, a przede wszystkim – jaki konkretny szczep”– mówi Viktor Balabanov, przedstawiciel Narex.

Od tradycji fermentacji do precyzyjnej mikrobiologii

Historia jest znacznie starsza niż współczesny rynek suplementów. Badania naczyń znalezionych na terenie dzisiejszej Polski dostarczyły bezpośrednich chemicznych dowodów przetwarzania mleka na ser już w VI tysiącleciu p.n.e. Fermentowane produkty mleczne rozwijały się później w różnych kulturach niezależnie od siebie. Kefir jest tradycyjnie związany z Kaukazem, matzoon z Armenią, a dahi pozostaje tradycyjnym fermentowanym produktem mlecznym subkontynentu indyjskiego.

Przez tysiące lat była to jednak przede wszystkim wiedza praktyczna. Kolejną porcję produktu często zaszczepiano częścią poprzedniej, nie wiedząc jeszcze, jakie dokładnie mikroorganizmy odpowiadają za fermentację. Współczesna mikrobiologia pozwala ten proces rozłożyć na czynniki pierwsze.

– Korzystanie z fermentowanych produktów nie zaczęło się wraz z pojawieniem się probiotyków w aptece. Ludzie robili to od setek, a właściwie tysięcy lat. Dziś różnica polega na tym, że potrafimy znacznie dokładniej określić, jakie mikroorganizmy biorą udział w tym procesie i z jakim konkretnie szczepem mamy do czynienia – mówi Viktor Balabanov.

To rozróżnienie jest istotne także z innego powodu: produkt fermentowany i probiotyk nie są synonimami. Panel ekspertów ISAPP definiuje żywność fermentowaną jako żywność powstałą w wyniku pożądanego wzrostu mikroorganizmów i enzymatycznych przemian składników. Probiotyk wymaga natomiast konkretnych, żywych mikroorganizmów podawanych w odpowiedniej ilości, dla których wykazano korzyść zdrowotną. Jogurt, kefir czy kiszonka mogą więc zawierać żywe kultury, ale nie każdy fermentowany produkt można z tego powodu nazywać probiotykiem.

Najpierw szczep. Dopiero później miliardy

Na etykiecie probiotyku można znaleźć np. nazwę Lactobacillus acidophilus. Pierwszy człon określa rodzaj, drugi – gatunek. To jednak jeszcze nie koniec identyfikacji.

W obrębie tego samego gatunku występują różne szczepy. Można je potraktować jak kolejne, znacznie dokładniejsze oznaczenie mikroorganizmu. Dlatego za nazwą gatunku pojawia się kod złożony z liter i cyfr.

I właśnie na tym rozróżnieniu Narex chce opierać edukację konsumentów: nie traktować słowa „probiotyk” jako informacji wystarczającej samej w sobie, lecz sprawdzać, jaki konkretnie mikroorganizm znajduje się w preparacie.

Nie jest to wyłącznie kwestia technicznego nazewnictwa. Informacje o właściwościach probiotyku wynikające z badań dotyczą określonych mikroorganizmów i określonych dawek. Nie powinno się więc automatycznie przypisywać wyników dotyczących jednego szczepu wszystkim innym szczepom należącym do tego samego gatunku. NIH (Narodowych Instytutów Zdrowia) również podkreśla, że potencjalne korzyści zależą zarówno od konkretnych mikroorganizmów, jak i ich ilości.

– W przypadku probiotyków nazwa gatunku to dopiero początek informacji. Jeśli dane naukowe dotyczą konkretnego szczepu stosowanego w określonej dawce, nie powinniśmy automatycznie przenosić tych wyników na inne szczepy tego samego gatunku. Dlatego przy wyborze warto sprawdzić nazwę gatunku, oznaczenie szczepu i ilość mikroorganizmów w zalecanej porcji, a nie kierować się wyłącznie największą liczbą na opakowaniu – mówi Tomasz Kolipiński, dietetyk kliniczny.

10 miliardów CFU. Dużo, ale czego?

Dopiero w tym miejscu warto przejść do liczby, którą producenci często eksponują na opakowaniu.

CFU to skrót od angielskiego colony-forming units – jednostek tworzących kolonie. W praktyce jest to sposób wyrażania liczby żywych mikroorganizmów zdolnych do namnażania się w odpowiednich warunkach. Dlatego na opakowaniach probiotyków możemy zobaczyć np. 1 miliard, 10 miliardów czy nawet kilkadziesiąt miliardów CFU w porcji.

Duża liczba działa na wyobraźnię, ale CFU nie jest rankingiem jakości. NIH wprost zaznacza, że produkt zawierający więcej CFU nie musi zapewniać większych korzyści niż produkt o niższej liczbie. Znaczenie ma jednocześnie to, jaki szczep znajduje się w preparacie oraz w jakiej ilości był badany.

Liczba CFU podana na opakowaniu określa minimalną liczbę żywych mikroorganizmów zdolnych do tworzenia kolonii, którą producent gwarantuje do końca okresu przydatności produktu. Uwzględnia więc ewentualny spadek ich liczby podczas przechowywania.

I właśnie tutaj dobrze domyka się zasada, na której Narex chce budować rozmowę o probiotykach: najpierw identyfikacja szczepu, później liczba CFU, a następnie sposób stosowania i warunki przechowywania.

Narine – kiedy ciąg liter i cyfr ma własną historię

Dobrym przykładem tego, po co w ogóle potrzebny jest kod szczepu, jest Narine.

W produktach Narex stosowany jest Lactobacillus acidophilus Er 317/402 Narine. Lactobacillus to rodzaj, acidophilus – gatunek, natomiast Er 317/402 pozwala wskazać konkretny szczep. Dokumentacja Narex wiąże jego historię z pracami ormiańskiego mikrobiologa Levona Akopovicha Erzinkyana. W historii szczepu Narine ważną datą jest rok 1964, kiedy wydano jego paszport. Z czasem Narine wykorzystywano m.in. do przygotowywania fermentowanych produktów mlecznych.

– Właśnie dlatego tak dużo mówimy o szczepach. Er 317/402 nie jest ozdobnikiem na etykiecie ani marketingową nazwą. To identyfikator konkretnego szczepu Narine, który pozwala odróżnić go od innych szczepów Lactobacillus acidophilus. Jeśli chcemy naprawdę wiedzieć, jakie bakterie zawiera produkt probiotyczny, takich informacji powinniśmy szukać na jego etykiecie – mówi Viktor Balabanov.

Historia Narine ma przy tym ciekawą klamrę. Szczep może być wykorzystywany nie tylko w postaci preparatu zawierającego liofilizowane kultury, lecz również jako kultura do fermentacji mleka. Wracamy więc do punktu wyjścia – fermentowanego produktu przygotowywanego w domu – z tą różnicą, że zamiast nieokreślonej mieszaniny mikroorganizmów można użyć konkretnego, zidentyfikowanego szczepu.

Co naprawdę warto sprawdzić na opakowaniu?

Jeżeli więc mamy przed sobą kilka probiotyków, sama informacja „10 miliardów bakterii” niewiele jeszcze rozstrzyga. Warto sprawdzić:

Nie wszystkie informacje znajdziemy jednak na opakowaniu. Dokumentacji dotyczącej konkretnego szczepu warto szukać w wiarygodnych źródłach i publikacjach naukowych. Nie należy przy tym zakładać, że wyniki badań jednego szczepu odnoszą się również do innych bakterii o podobnej nazwie.

Przez tysiące lat człowiek wiedział, że odpowiednio prowadzona fermentacja działa, choć nie potrafił jeszcze zobaczyć jej głównych bohaterów. Dzisiaj potrafimy ich nazwać niemal „po imieniu”. I właśnie tę zmianę Narex chce wykorzystać w edukacji o probiotykach: zamiast pytać wyłącznie „ile bakterii?”, zacząć od pytania „jaki szczep?”.

Źródła danych: R. Sierpiński, M. Jankowski, F. Raciborski, A. Kamińska, Sociodemographic differences in the use of dietary supplements in a representative sample of adults in Poland—a secondary analysis, „Frontiers in Nutrition”, 2025. M. Salque, P.I. Bogucki, J. Pyzel i in., Earliest evidence for cheese making in the sixth millennium BC in northern Europe, „Nature”, 2013.  M.L. Marco i in., The International Scientific Association for Probiotics and Prebiotics (ISAPP) consensus statement on fermented foods, „Nature Reviews Gastroenterology & Hepatology”, 2021. NIH Office of Dietary Supplements, Probiotics – Consumer oraz Probiotics – Health Professional Fact Sheet.

Viktor Balabanov jest przedsiębiorcą zaangażowanym w rozwój i dystrybucję produktów probiotycznych na rynku polskim. Jako przedstawiciel ProBiomarket Sp. z o.o. rozwija markę Narex i odpowiada za promocję produktów z probiotykiem Narine, zawierającym szczep Lactobacillus acidophilus n.v. Er 317/402.

źródło: komunkat prasowy

Powrót do szkoły oznacza dla dziecka nie tylko nowe wyzwania, ale również zmianę rytmu dnia, posiłków, snu i aktywności. U części dzieci właśnie w tym okresie nasilają się dolegliwości ze strony przewodu pokarmowego, takie jak bóle brzucha, wzdęcia, biegunki lub zaparcia. Jedną z możliwych przyczyn jest zespół jelita drażliwego (IBS), należący do tzw. zaburzeń osi jelito-mózg. Jak podkreślają współczesne kryteria diagnostyczne, IBS nie jest wyłącznie „problemem jelit”. Na jego objawy wpływają m.in. zaburzenia motoryki przewodu pokarmowego, nadwrażliwość trzewna, mikrobiota oraz czynniki psychologiczne i środowiskowe. Dlatego skuteczne wsparcie dziecka powinno obejmować nie tylko dietę, ale całościowe spojrzenie na jego funkcjonowanie.

IBS to nie tylko ból brzucha

Zespół jelita drażliwego (IBS – Irritable Bowel Syndrome) jest zaburzeniem osi jelito-mózg, którego głównym objawem jest nawracający ból brzucha związany z wypróżnieniem, zmianą jego częstości lub zmianą konsystencji stolca. Objawom mogą towarzyszyć m.in. zaparcie stolca, biegunka i wzdęcia. IBS ma złożone, wieloczynnikowe podłoże, a w jego rozwoju i nasileniu objawów mogą uczestniczyć m.in. mechanizmy związane z nadwrażliwością trzewną, motoryką przewodu pokarmowego, czynnikami psychospołecznymi oraz mikrobiotą jelitową.

Skala problemu jest większa niż mogłoby się wydawać. Metaanaliza opublikowana w 2025 r., obejmująca 66 badań z udziałem ponad 200 tys. dzieci i młodzieży z 29 krajów, wykazała, że IBS jest najczęstszym z zaburzeń osi jelito-mózg – występuje u 5,8% badanych.

IBS u dziecka należy traktować jako rzeczywisty problem zdrowotny, a nie jako chwilową dolegliwość czy próbę unikania szkoły. Ból brzucha może bardzo mocno wpływać na codzienne funkcjonowanie, koncentrację, aktywność, relacje z rówieśnikami, a także poczucie bezpieczeństwa. Dlatego ważne jest, aby dziecko wiedziało, że jego objawy są traktowane poważnie i że wspólnie z rodzicami oraz lekarzem można szukać sposobu na ich złagodzenie – mówi prof. dr hab. n. med. Anna Szaflarska-Popławska, gastroenterolog dziecięcy i Członkini Rady Naukowej Biocodex Microbiota Foundation.

Prawidłowa diagnostyka to podstawa

Ból brzucha u dziecka jest częstym objawem i może mieć wiele przyczyn. Rozpoznanie IBS opiera się przede wszystkim na charakterystyce i czasie trwania bólu lub dyskomfortu brzucha oraz ich związku z wypróżnianiem. Lekarz bierze również pod uwagę, czy występują objawy mogące wskazywać na inną przyczynę dolegliwości1.

Każde dziecko z podejrzeniem zespołu jelita drażliwego powinno mieć wykonany podstawowy zestaw badań diagnostycznych, obejmujący morfologię krwi, CRP oraz badania serologiczne w kierunku celiakii. U dzieci z postacią biegunkową zaleca się dodatkowo oznaczenie kalprotektyny w kale. Szczególnie ważne jest zwrócenie uwagi na, m.in. niezamierzoną utratę masy ciała, zahamowanie wzrastania, krwawienie z przewodu pokarmowego, uporczywe wymioty, gorączkę, przewlekłą biegunkę, ból budzący dziecko w nocy czy obciążony wywiad rodzinny w kierunku chorób przewlekłych. W takich sytuacjach lekarz może zdecydować o poszerzeniu diagnostyki.

Jelita i mózg pozostają ze sobą w stałym kontakcie

Jednym z kluczowych elementów współczesnego spojrzenia na IBS jest tzw. oś jelito–mózg. Przewód pokarmowy i układ nerwowy nie funkcjonują niezależnie – komunikują się za pośrednictwem licznych mechanizmów nerwowych, hormonalnych i immunologicznych.

Stres i napięcie emocjonalne mogą u niektórych dzieci wpływać na nasilenie dolegliwości związanych z IBS. Początek roku szkolnego może być pod tym względem okresem szczególnym: nowe wymagania, sprawdziany, relacje rówieśnicze, zmiana nauczyciela czy obawa przed korzystaniem z toalety w szkole mogą wpływać na samopoczucie dziecka. Warto obserwować, czy takie sytuacje wiążą się u dziecka z nasileniem dolegliwości ze strony przewodu pokarmowego1.

W IBS bardzo ważna jest komunikacja pomiędzy jelitami a mózgiem. Stres może wpływać na motorykę przewodu pokarmowego i sposób odczuwania bodźców płynących z jelit, dlatego u niektórych dzieci objawy nasilają się właśnie w sytuacjach trudnych emocjonalnie. Nie powinniśmy jednak mówić dziecku, że „boli je brzuch, bo się stresuje”. Takie podejście może sprawić, że poczuje się niezrozumiane. Lepiej pomóc mu rozpoznać czynniki, które nasilają objawy i nauczyć je sposobów radzenia sobie z napięciem – wyjaśnia prof. dr hab. n. med. Anna Szaflarska-Popławska.

Dieta ma znaczenie, ale eliminacja pokarmów „na własną rękę” nie jest dobrym rozwiązaniem

W przypadku IBS sposób odżywiania może wpływać na nasilenie objawów, ale nie istnieje jedna uniwersalna dieta odpowiednia dla każdego dziecka. Postępowanie powinno być dostosowane do dominujących objawów, wieku, potrzeb rozwojowych i sposobu odżywiania dziecka.

Ważne jest utrzymanie odpowiednio zbilansowanej diety i prawidłowego nawodnienia. Warto również obserwować, czy określone produkty powtarzalnie wiążą się z nasileniem dolegliwości. Przydatne może być prowadzenie przez pewien czas prostego dzienniczka, w którym rodzic wraz z dzieckiem zapisuje posiłki, objawy, wypróżnienia oraz sytuacje stresowe.

Szczególnej ostrożności wymagają diety eliminacyjne. Ograniczanie wielu produktów bez konsultacji ze specjalistą może prowadzić do niedoborów składników odżywczych i niepotrzebnie ograniczać jadłospis dziecka. Jeżeli lekarz lub dietetyk uzna, że uzasadniona jest określona modyfikacja diety, powinna ona uwzględniać potrzeby rozwijającego się organizmu.

Leczenie powinno być dopasowane do dziecka

Celem leczenia IBS jest przede wszystkim ograniczenie objawów i poprawa codziennego funkcjonowania oraz jakości życia dziecka. Postępowanie powinno być dostosowane do rodzaju i nasilenia dolegliwości oraz indywidualnej sytuacji pacjenta1. Najnowsze wspólne wytyczne Europejskiego i Północnoamerykańskiego Towarzystwa Gastroenterologii, Hepatologii i Żywienia Dzieci (ESPGHAN i NASPGHAN), podkreślają znaczenie indywidualizacji terapii oraz podejścia obejmującego zarówno aspekty fizyczne, żywieniowe, jak i psychologiczne. Jedną z rozważanych możliwości są także wybrane probiotyki. Warto jednak pamiętać, że działanie probiotyków zależy od konkretnego szczepu i nie każdy preparat ma taką samą skuteczność w określonym wskazaniu klinicznym1.

Ważnym elementem leczenia jest więc współpraca różnych specjalistów – w zależności od potrzeb dziecka może obejmować pediatrę, gastroenterologa dziecięcego, a w określonych sytuacjach także dietetyka czy psychologa. Takie postępowanie pozwala spojrzeć na objawy z różnych perspektyw i lepiej dopasować sposób postępowania do indywidualnej sytuacji młodego pacjenta. Istotną rolę odgrywa także współpraca z dzieckiem i jego rodzicami. Szczegółowy wywiad oraz rozmowa pozwalają lepiej poznać charakter i nasilenie objawów, ich wpływ na codzienne funkcjonowanie oraz czynniki, które mogą je nasilać. Relacja oparta na zaufaniu jest szczególnie ważna w przypadku dzieci – daje im poczucie bezpieczeństwa i ułatwia otwarte mówienie o dolegliwościach oraz trudnościach związanych z chorobą.

Leczenie IBS powinno przede wszystkim przebiegać indywidualnie. U niektórych dzieci największym problemem jest zaparcie stolca, a u innych biegunki. U części dzieci objawem dominującym jest ból brzucha i wzdęcia, które nasilają się w określonych sytuacjach. Dlatego nie ma jednego schematu postępowania, który można zastosować u wszystkich pacjentów. Ważne jest również, aby rodzice wiedzieli, że poprawa nie zawsze oznacza całkowite ustąpienie wszystkich objawów – często celem jest ich wyraźne zmniejszenie i odzyskanie przez dziecko swobody w codziennym życiu – podkreśla prof. dr hab. n. med. Anna Szaflarska-Popławska.

Powrót do szkoły: jak można pomóc dziecku?

Dziecko z IBS powinno mieć możliwość normalnego uczestniczenia w życiu szkolnym. Zamiast koncentrować całą uwagę na chorobie, warto wspólnie wypracować rozwiązania, które pozwolą mu funkcjonować możliwie swobodnie.

Pomocne może być:

Szczególnie ważne jest, aby dziecko nie rezygnowało z aktywności tylko dlatego, że obawia się wystąpienia objawów. Jeżeli IBS zaczyna prowadzić do częstego opuszczania lekcji, unikania wyjazdów, zajęć sportowych czy spotkań z rówieśnikami, jest to sygnał, że potrzebne może być szersze wsparcie. Kluczowe znaczenie ma obserwacja dziecka, konsultacja z lekarzem w przypadku utrzymujących się lub nasilających objawów.

Źródło: inf pras

Z badania opinii SW Research wynika, że blisko co czwarta kobieta doświadczyła w ciąży lub po porodzie częstszych infekcji intymnych. Ponad jedna na pięć skarżyła się na suchość pochwy powodującą dyskomfort lub ból. Jak kobiety próbowały sobie z tym radzić? Najczęściej (28,5%) sięgały po pomoc ginekologa. Co piąta (21,8%) stosowała leki lub preparaty bez recepty. Niemal tyle samo (20,4%) zmieniała kosmetyki do higieny intymnej. Po probiotyki doustne lub dopochwowe sięgało 20,2% ankietowanych, tyle samo ograniczało aktywność seksualną. Zmiana sposobu odżywiania pojawiła się u 15,6% kobiet. Tylko 5,2% nie robiło nic, licząc na samoistną poprawę.

„Infekcje intymne w ciąży to temat, który wymaga spokojnego podejścia. W ciąży, pod wpływem estrogenów, dochodzi do zwiększonego ukrwienia i zmian w środowisku pochwy, co może powodować fizjologicznie obfitszą wydzielinę. Wydzielina zmienia konsystencję i może być obfitsza, co kobiety mogą interpretować jako objaw stanu zapalnego. Tymczasem sama zmiana wydzieliny nie musi nic złego oznaczać. Aby ocenić, czy mamy do czynienia z infekcją, lekarz może ocenić wygląd wydzieliny i ścian pochwy, sprawdzić pH, a w razie potrzeby pobrać materiał w celu wykonania badania mikroskopowego wydzieliny (biocenoza pochwy) lub jej posiewu. Te badania wykonane łącznie dają rzetelny obraz sytuacji” – mówi dr hab. med. Barbara Suchońska, ginekolog, Zastępca dyrektora medycznego oraz Kierownik Zespołu Poradni Specjalistycznych i Izby Przyjęć w Uniwersyteckim Centrum Zdrowia Kobiety i Noworodka Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Mniejsza aktywność seksualna

Z badania SW Research wynika, że co piąta kobieta, która zmagała się z infekcjami intymnymi lub suchością pochwy, ograniczyła w tym czasie aktywność seksualną. To naturalna konsekwencja bólu i dyskomfortu, ale niesie ze sobą dodatkowy ciężar, bo bliskość fizyczna w związku jest ważna dla obojga partnerów.

„Wokół powrotu do życia seksualnego po porodzie narosło wiele oczekiwań. Często słyszę, że połóg trwa sześć czy osiem tygodni, więc po tym czasie wszystko powinno wrócić do wcześniejszej normy. Tymczasem gotowość fizyczna to dopiero jeden z elementów. Równie ważne są emocje, zmęczenie, oswojenie zmian w ciele i odnalezienie się w nowej roli. Tego procesu nie da się zamknąć w określonych ramach czasowych. To, co uważam za szczególnie ważne, to prawo kobiety do tego, by nie być gotową. Nie trzeba wracać do współżycia dlatego, że >>już wypada<< albo minęło odpowiednio dużo czasu. Bliskość po porodzie najlepiej odbudowuje się wtedy, gdy kobieta czuje się bezpieczna, wysłuchana i ma przestrzeń, by otwarcie mówić o swoich potrzebach oraz obawach. Szczera rozmowa może być trudna, ale często staje się pierwszym krokiem do odbudowy bliskości. Partner, który rozumie, czego kobieta doświadcza i czego potrzebuje, może być ogromnym wsparciem. Z kolei brak wiedzy, nawet przy najlepszych intencjach, może prowadzić do nieporozumień i nieświadomego wywierania presji” – mówi Dominika Gołąb, psycholożka i seksuolożka.

Jak sobie pomóc?

„Po porodzie dochodzi do gwałtownego spadku stężenia hormonów ciążowych, przede wszystkim estrogenów. Niska zawartość estrogenów wpływa m.in. na grubość ścian pochwy i stan jej śluzówki. W badaniu cytologicznym u kobiety karmiącej piersią mogą być widoczne cechy zmian atroficznych, czyli zanikowych, wynikające z hipoestrogenizmu związanego tym razem nie z menopauzą, a z laktacją. To nie jest choroba, tylko fizjologiczny efekt laktacji i obniżonego poziomu hormonów. Ale może powodować realny dyskomfort: suchość pochwy, ból podczas współżycia, a także sprzyjać podrażnieniom i infekcjom intymnym. Kobietom można pomóc. Miejscowe preparaty estrogenowe stosowane dopochwowo charakteryzują się minimalnym wchłanianiem do krwiobiegu i są uznawane za bezpieczne również u większości kobiet karmiących piersią. O ich zastosowaniu powinien jednak zdecydować lekarz. Dostępne są też preparaty nawilżające z kwasem hialuronowym, które nie usuwają przyczyny dolegliwości wynikających z niedoboru estrogenów, ale wspierają regenerację nabłonka, poprawiają nawilżenie i mogą zmniejszać dyskomfort” – mówi dr hab. med. Barbara Suchońska.

Obok konsultacji medycznej, na którą powinna zdecydować się każda kobieta odczuwająca niepokojące objawy, dużą rolę odgrywa też codzienna, delikatna pielęgnacja okolic intymnych. Jak zauważa Beata Bożek Brand Manager marki Pink Mama (Hydrex Diagnostics):

„W higienie intymnej w ciąży i po porodzie mniej znaczy więcej. Warto sięgać po preparaty o łagodnej formule, które oczyszczają, nie naruszając przy tym naturalnej flory bakteryjnej i fizjologicznego pH. W płynie do higieny intymnej Pink Mama postawiliśmy właśnie na taki kierunek: 86,35% składników pochodzenia naturalnego, w tym prebiotyk Imdermalab® V-Equib przywracający właściwe pH, a także nagietek i ekstrakt z żurawiny, które koją i łagodzą podrażnienia. Produkt jest przebadany ginekologicznie i nie zawiera sztucznych kompozycji zapachowych”.

Źródło: Hydrex Diagnostics

Polscy naukowcy zmodyfikowali probiotyczną bakterię tak, by skuteczniej chroniła przed zakażeniem Salmonellą. W badaniach na myszach wykazali, że zmiana poprawiła zdolność probiotyku do konkurowania z patogenem o miejsce w jelicie, a jednocześnie nasilała odpowiedź układu odpornościowego.

Badanie przeprowadzili naukowcy z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Jego wyniki opublikowano w czasopiśmie „npj Biofilms and Microbiomes”.

Pomysł ulepszenia bakterii probiotycznych tak, by skuteczniej chroniły gospodarza przed patogenem, pojawił się w zespole dr. hab. Krzysztofa Grzymajły, prof. UPWr kilka lat temu.

– Od dawna zajmuję się adhezją, czyli przyleganiem bakterii do komórek, przede wszystkim w przypadku patogenów, zwłaszcza Salmonelli. W pewnym momencie uznałem jednak, że sam układ gospodarz-patogen jest zbyt prosty, bo w rzeczywistości bakterie funkcjonują przecież wśród całego mikrobiomu. Postanowiłem więc włączyć ten trzeci element do badań. A ponieważ częścią mikrobiomu są także bakterie probiotyczne, pojawił się pomysł, by spróbować je ulepszyć – wyjaśnił naukowiec w rozmowie z PAP.

Do eksperymentów wybrano Escherichia coli Nissle 1917. Choć niektóre szczepy E. coli odpowiadają za zakażenia jelitowe i inne infekcje, gatunek ten obejmuje również szczepy naturalnie zasiedlające jelita, a nawet wykorzystywane jako probiotyki. Nissle 1917 należy właśnie do tej ostatniej grupy.

– Wybraliśmy E. coli między innymi dlatego, że jest organizmem modelowym, co oznacza, że od dziesięcioleci bardzo intensywnie się ją bada. Dzięki temu dobrze znamy jej genetykę i dysponujemy wieloma sprawdzonymi metodami modyfikacji, które także stosujemy w naszym laboratorium – powiedział prof. Grzymajło.

Naukowcy zmodyfikowali białko FimH znajdujące się na końcach cienkich, włoskowatych struktur na powierzchni bakterii, które pomagają jej przyczepiać się do komórek gospodarza. Struktury te nazywane są fimbriami typu 1.

Wprowadzili trzy różne mutacje. Wszystkie powodowały, że bakterie lepiej przylegały do komórek, jednak jedna z nich, oznaczona G66R, dawała zdecydowanie najsilniejszy efekt. W badaniach laboratoryjnych na hodowlach komórkowych zmodyfikowany szczep przyczepiał się do komórek nabłonka jelitowego ok. czterokrotnie skuteczniej niż jego niezmodyfikowana wersja. Co ważne, skuteczniej konkurował też z Salmonellą.

– Kiedy taki probiotyk lepiej się przyczepia do komórek jelita, zajmuje więcej nisz i pozbawia Salmonellę miejsca oraz zasobów, dzięki którym może się tam rozprzestrzeniać – wytłumaczył ekspert.

Po obiecujących doświadczeniach na komórkach badacze przeszli do eksperymentów na myszach. Zwierzętom najpierw podawano zwykły albo zmodyfikowany szczep probiotyczny, a następnie zakażano je Salmonella Typhimurium.

Efekt okazał się bardzo wyraźny – myszy, które wcześniej otrzymywały zmodyfikowany probiotyk, znacznie łagodniej przechodziły zakażenie. Traciły mniej masy ciała, a liczba bakterii w ich jelitach i innych narządach wewnętrznych była znacznie niższa.

Autorzy wyliczyli, że w ich śledzionie komórek bakteryjnych było 7300 razy mniej, a w wątrobie 1700 razy mniej niż u myszy, które nie przyjmowały zmodyfikowanego probiotyku. Nie dochodziło też u nich do splenomegalii, czyli powiększenia śledziony, charakterystycznego dla ciężkiego ogólnoustrojowego zakażenia Salmonellą.

– Czyli fizycznie nasz probiotyk redukował skutki zakażenia – zaznaczył prof. Grzymajło.

Dalsze analizy zaskoczyły naukowców. Okazało się bowiem, że zmodyfikowany szczep Nissle 1917 chronił przed zakażeniem nie tylko dzięki skuteczniejszej konkurencji z Salmonellą w jelicie, ale także poprzez pobudzanie układu odpornościowego.

Badacze zauważyli, że u myszy, które go otrzymały, zwiększała się liczba limfocytów T, w tym limfocytów cytotoksycznych CD8+. Komórki te są szczególnie ważne w zwalczaniu patogenów, które ukrywają się wewnątrz komórek gospodarza.

Jak wyjaśnia prof. Grzymajło, Salmonella może ukrywać się i namnażać się w makrofagach – komórkach układu odpornościowego – oraz wykorzystywać je do rozprzestrzeniania się do kolejnych tkanek. Limfocyty cytotoksyczne niszczą natomiast zakażone komórki, ograniczając w ten sposób dalszy rozsiew bakterii. – Ochrona działa więc dwutorowo: lokalnie w jelicie, gdzie probiotyk konkuruje z patogenem, i systemowo poprzez pobudzenie układu odpornościowego – powiedział naukowiec.

Badanie nie pozwoliło jeszcze w pełni wyjaśnić, dlaczego zmodyfikowany probiotyk silniej pobudza odpowiedź immunologiczną ani co dokładnie uruchamia tę reakcję. Naukowcy podejrzewają jednak, że zmodyfikowane białko bakterii może aktywować dodatkowe receptory na komórkach gospodarza, które następnie uruchamiają szlaki prowadzące do zmian w układzie odpornościowym.

Kolejne prace zespołu mają pomóc wyjaśnić ten mechanizm i sprawdzić, czy podobny efekt można uzyskać także poprzez inne modyfikacje oraz w przypadku innych bakterii probiotycznych.

– To mógłby być bardziej uniwersalny mechanizm, ponieważ nie chodziłoby wyłącznie o ochronę przed Salmonellą, ale także o pobudzenie odpowiedzi organizmu gospodarza. Jeśli uda się ją uruchamiać w podobny sposób, zmodyfikowane probiotyki mogłyby pomagać również w ochronie przed innymi patogenami – stwierdził prof. Grzymajło.

Jednym z kolejnych pomysłów zespołu jest sprawdzenie zmodyfikowanego probiotyku u kurcząt. Zakażenia Salmonellą stanowią poważny problem w hodowli drobiu, więc skuteczna ochrona przed nimi mogłaby mieć duże znaczenie praktyczne.

Zdaniem prof. Grzymajły w przyszłości podobne rozwiązania będzie można wykorzystać także u ludzi.

– Coraz więcej bakterii staje się opornych na antybiotyki, przez co leczenie zakażeń jest coraz trudniejsze. W pewnym momencie leki te mogą przestać wystarczać. Musimy więc szukać innych sposobów, które pomogą nam się bronić. To może być potencjalnie jedna z takich alternatyw – podsumował naukowiec.

Źródło: Nauka w Polsce

Zaburzenia mikrobioty jelitowej mogą się wiązać z wieloma problemami zdrowotnymi. Jej skład ma znaczenie dla układu odpornościowego, metabolizmu, a nawet zdrowia psychicznego. Naukowcy przypominają, że duże znaczenie dla kształtowania mikrobioty ma okres pierwszego tysiąca dni życia. Przyglądają się potencjalnej roli biotyków w zapobieganiu i łagodzeniu wybranych schorzeń u dzieci.

– Skład mikrobioty jelitowej jest istotny dla naszego zdrowia, również psychicznego. Mówi się często o połączeniu mózg–jelito. Żeby skład mikrobioty był zbilansowany, żeby była homeostaza, a nie dysbioza, potrzebne są odpowiednia dieta i nawyki oraz ewentualna suplementacja biotykami – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria dr hab. Katarzyna Neffe-Skocińska z Katedry Technologii Gastronomicznej i Higieny Żywności Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. – To bardzo szerokie pojęcie, obejmujące zarówno probiotyki, prebiotyki, synbiotyki, czyli połączenie probiotyku z prebiotykiem, jak i postbiotyki. Coraz częściej mówi się również o parabiotykach, czyli o martwych komórkach korzystnych mikroorganizmów.

Autorzy przeglądu „Biotics and Children’s and Adolescents’ Health: A Narrative Review”, opublikowanego w 2024 roku w czasopiśmie „Children”, wskazują na potencjalną skuteczność probiotyków, prebiotyków i synbiotyków w wybranych schorzeniach u dzieci, jednocześnie podkreślając potrzebę dalszych badań klinicznych. Zauważają, że dysbioza, czyli zaburzenia równowagi, może się wiązać m.in. z chorobami przewodu pokarmowego, alergiami, zaburzeniami metabolicznymi, otyłością i niektórymi problemami psychicznymi.

Z przeglądu publikacji, dokonanego przez greckich naukowców, wynika, że szczególne znaczenie ma kształtowanie mikrobioty w pierwszym tysiącu dni życia dziecka. To ważny okres dla rozwoju metabolizmu, układu odpornościowego czy funkcji poznawczych. Dlatego wspieranie prawidłowego składu mikrobioty od początku życia może mieć znaczenie dla zdrowia w przyszłości.

– Mówi się, że czym „wykarmimy” mikrobiotę za młodu, taka ona będzie później przez całe nasze życie. Duży wpływ mają na to nasz sposób odżywiania i nawyki żywieniowe, które przejmujemy od rodziców. Istotne jest też środowisko, w którym się wychowujemy: czy jest to środowisko miejskie, wiejskie, małe miasto, a także czy żyjemy w kraju rozwijającym się, czy rozwiniętym – tłumaczy ekspertka SGGW.

Wyjaśnia, że utrzymanie prawidłowego składu mikrobioty jelitowej u dzieci jest utrudnione z powodu szerokiego dostępu do wysokoprzetworzonej żywności, a także spożywania dużej ilości tłuszczów utwardzonych i cukrów prostych.

Jak przekonuje ekspertka, jednym z głównych źródeł korzystnych bakterii w diecie są produkty fermentowane.

– Nie możemy jednak mówić, że w żywności fermentowanej są probiotyki, ponieważ są to mikroorganizmy, które mają udowodnione naukowo działanie prozdrowotne, muszą być na to dowody naukowe. Zbilansowana dieta obejmująca kiszonki, zakwas z buraków, ogórki, kapustę kiszoną jest jak najbardziej pożądana – mówi dr hab. Katarzyna Neffe-Skocińska. – Jednak suplementacji też bym nie odsuwała na bok.

Zdaniem ekspertki najlepszym rozwiązaniem jest wprowadzanie biotyków do diety pod kontrolą lekarza lub dietetyka. Jak podkreśla, osoby, które chcą to zrobić samodzielnie, powinny zwracać uwagę na etykiety produktów. Istotne są rodzaj, gatunek i szczep bakterii probiotycznych. Producenci suplementów często nie uwzględniają jednak tej ostatniej informacji na etykiecie produktu. 

– Przykładowo w nazwie Lactobacillus rhamnosus GG pierwszy człon oznacza rodzaj, rhamnosus to gatunek, a GG szczep. Ten ostatni człon na etykiecie również powinien się znajdować – wskazuje. – Bardzo istotną informacją jest także dawka, czyli koncentracja korzystnych bakterii w takim preparacie. Według organizacji zajmujących się tym zagadnieniem minimalna dawka terapeutyczna to 10⁶ jednostek tworzących kolonię (CFU) na gram produktu lub suplementu albo na mililitr preparatu.

Jak podkreśla, pozostaje pytanie, jak zaplanować takie kuracje u dzieci: przez jaki czas, jakie szczepy czy połączenia szczepów bakterii wybrać. To wciąż otwarty kierunek do dalszych badań.

Szczegółowe wytyczne dotyczące stosowania probiotyków i prebiotyków u dzieci i dorosłych w chorobach przewodu pokarmowego publikuje Światowa Organizacja Gastroenterologii (World Gastroenterology Organization, WGO). Dotyczą one konkretnych szczepów lub ich kombinacji w konkretnych wskazaniach, a każde z nich wymaga podania innego dawkowania i czasu kuracji. Według WGO niektóre preparaty mogą być pomocne m.in. w nieżycie żołądkowo-jelitowym, zapobieganiu biegunce związanej z antybiotykoterapią, zapobieganiu martwiczemu zapaleniu jelit u wcześniaków, leczeniu kolki niemowlęcej czy czynnościowego bólu brzucha.

Globalny rynek szeroko pojętych produktów probiotycznych (m.in. żywności i napojów probiotycznych, suplementów diety i produktów dla zwierząt), według raportu Grand View Research z 2025 roku, wyceniany jest na 114 mld dol. Prognozy wskazują na silny trend wzrostowy – do 2033 roku rynek ma urosnąć niemal trzykrotnie i osiągnąć wartość 301,2 mld dol. (CAGR na poziomie 12,8 proc. w latach 2026–2033).

Źródło: Newseria

Jogurt na śniadanie, ogórki kiszone do obiadu, a do tego porcja świeżych warzyw i owoców. Okazuje się, że taki sposób odżywiania może mówić o jakości naszej diety więcej, niż dotychczas sądzono. Naukowcy z Francji wykazali, że osoby częściej sięgające po produkty prawdopodobnie zawierające żywe mikroorganizmy zazwyczaj odżywiają się zdrowiej i dostarczają organizmowi więcej cennych składników odżywczych. Nie oznacza to jednak, że to same mikroorganizmy odpowiadają za ten efekt – są raczej elementem szerszego, zdrowego modelu żywienia.
Do takich produktów należą przede wszystkim naturalne jogurty, kefiry, niektóre sery, a także surowe warzywa i owoce oraz wybrane produkty fermentowane, w tym kiszonki. To właśnie one od lat znajdują się w centrum zainteresowania badaczy zajmujących się mikrobiotą jelitową i wpływem diety na zdrowie.

Niemal każdy je produkty zawierające żywe mikroorganizmy

Badanie opublikowane w czasopiśmie Nutrition Bulletin objęło blisko 3900 dzieci i dorosłych uczestniczących w reprezentatywnym francuskim badaniu żywieniowym INCA3. Naukowcy ocenili, jak często badani spożywali produkty zakwalifikowane jako zawierające niskie, średnie lub wysokie ilości żywych mikroorganizmów.

Okazało się, że niemal wszyscy uczestnicy sięgali po produkty zawierające średnie lub wysokie ilości żywych mikroorganizmów. Dotyczyło to 97,7 proc. dzieci oraz 98,4 proc. dorosłych. Średnie dzienne spożycie takich produktów wynosiło około 167 g u dzieci i ponad 215 g u dorosłych.

Najważniejszym źródłem produktów o średniej zawartości żywych mikroorganizmów były surowe owoce i warzywa. Z kolei do produktów o najwyższej zawartości zaliczano przede wszystkim jogurty oraz sery niepasteryzowane.

Co ciekawe, mimo rosnącej popularności żywności fermentowanej, we Francji znacznie rzadziej spożywano kefir, tofu, miso, kiszoną kapustę czy inne fermentowane dodatki do potraw.

Mniej kalorii, więcej wartości odżywczych

Choć produkty zawierające żywe mikroorganizmy dostarczały jedynie niewielką część dziennej energii, okazały się ważnym źródłem wielu składników odżywczych.

U dorosłych odpowiadały za ponad 20 proc. dziennego spożycia wapnia, witaminy A, witaminy D oraz ryboflawiny. Podobne zależności obserwowano również u dzieci. Oznacza to, że produkty te dostarczają organizmowi stosunkowo dużo wartości odżywczych w stosunku do swojej kaloryczności.

Im więcej takich produktów, tym lepsza dieta

Najciekawsze wnioski dotyczyły jednak ogólnego sposobu odżywiania.

Osoby, które najczęściej spożywały produkty zawierające żywe mikroorganizmy, jednocześnie jadły więcej warzyw, owoców i naturalnych produktów mlecznych. Rzadziej natomiast sięgały po słodzone napoje, słodycze, słone przekąski czy wysoko przetworzone dania.

Dorośli częściej wybierali również produkty pełnoziarniste oraz ryby, natomiast dzieci spożywały więcej roślin strączkowych. Analiza wykazała także, że ich sposób odżywiania lepiej odpowiadał francuskim zaleceniom żywieniowym i zapewniał wyższe spożycie wielu niezbędnych witamin oraz składników mineralnych.

Badacze podkreślają, że produkty zawierające żywe mikroorganizmy mogą być dobrym wskaźnikiem ogólnie zdrowszego modelu żywienia.

Dlaczego fermentowane produkty są tak cenne?

Rosnące zainteresowanie produktami fermentowanymi nie jest przypadkowe. Naturalne jogurty, kefiry, maślanki czy tradycyjne kiszonki są źródłem bakterii fermentacji mlekowej, które pomagają utrzymać prawidłową równowagę mikrobioty jelitowej. Dzięki temu mogą wspierać funkcjonowanie przewodu pokarmowego oraz ograniczać rozwój niepożądanych drobnoustrojów.

Fermentacja pozwala również zachować wiele cennych składników odżywczych obecnych w warzywach i produktach mlecznych. Kiszonki dostarczają m.in. witaminy C, błonnika oraz związków o właściwościach przeciwutleniających, natomiast fermentowane produkty mleczne są dobrym źródłem wapnia, białka oraz – w przypadku produktów zawierających odpowiednie szczepy – bakterii probiotycznych, których korzystny wpływ na zdrowie został potwierdzony w badaniach klinicznych.

Eksperci podkreślają jednak, że największe korzyści przynosi nie pojedynczy produkt, lecz całościowy sposób odżywiania. Regularne spożywanie warzyw, owoców, produktów pełnoziarnistych oraz naturalnych produktów fermentowanych sprzyja budowaniu wartościowej, różnorodnej diety, która wspiera prawidłowe funkcjonowanie organizmu.

Co warto włączyć do codziennej diety?

Pamiętaj: samo spożywanie kiszonek czy jogurtów nie zastąpi zdrowej diety. Największe korzyści przynosi różnorodny jadłospis bogaty w warzywa, owoce, produkty pełnoziarniste i naturalne produkty fermentowane.

Źródło: Gazan R., Maillot M., Vieux F., Poinsot R., Drewnowski A. Association Between Dietary Live Microbes and Diet Quality Among Children and Adults in France. Nutrition Bulletin. 2026;51(2):245–257. DOI: 10.1111/nbu.70057

Kiszonki, kefiry czy kimchi to nie tylko element tradycyjnej diety, ale także ważne źródło korzystnych mikroorganizmów. Coraz więcej badań naukowych wskazuje, że produkty fermentowane mogą wspierać odporność, poprawiać funkcjonowanie mikrobiomu jelitowego i pomagać w profilaktyce chorób cywilizacyjnych, takich jak otyłość czy cukrzyca. Naukowcy podkreślają, że zawarte w nich bakterie oraz metabolity powstające podczas fermentacji mogą ograniczać stany zapalne i wzmacniać barierę jelitową.
– Kiedy spożywamy produkty fermentowane, nie dostarczamy sobie jedynie składników odżywczych, ale także wprowadzamy do jelit żywe społeczności mikroorganizmów wraz z ich metabolitami. Oddziałują one na nasz mikrobiom jelitowy na dwa sposoby. Po pierwsze, dostarczając żywe mikroby jako „gości”. Po drugie, mikroorganizmy dostarczają metabolity wytwarzane podczas procesu fermentacji żywności. Jeśli chodzi o same mikroby – w żywności fermentowanej znajdują się ich miliardy. Tak jest na przykład w kimchi czy w polskiej kapuście kiszonej – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria dr Mohamed Mannaa, fitopatolog prowadzący badania na Państwowym Uniwersytecie w Pusanie (Korea Południowa), wykładowca na Uniwersytecie Kairskim.

O prozdrowotnym wpływie produktów fermentowanych mówiło się od dawna. W serwisie internetowym Ministerstwa Zdrowia i Narodowego Funduszu Zdrowia czytamy na przykład, że kiszonki warto wprowadzić do codziennej diety, ponieważ zawierają dużo antyoksydantów (przeciwutleniaczy) i probiotyków, a to właśnie te substancje odpowiadają za odporność organizmu.

Przeciwnicy kiszonek i innych produktów fermentowanych argumentowali jednak, że przekonanie o ich prozdrowotnym działaniu nie jest poparte naukowymi dowodami, ale opiera się jedynie na przekonaniach. Pod koniec maja ubiegłego roku na łamach czasopisma „Foods” ukazał się jednak przegląd badań klinicznych i przedklinicznych, które uzasadniają rolę fermentowanej żywności w regulacji odporności, homeostazie metabolicznej, funkcjach poznawczych i łagodzeniu stanów zapalnych. Wykazano między innymi, że fermentowana żywność jest siedliskiem złożonych ekosystemów mikrobiologicznych, obejmujących różnorodne populacje pożytecznych mikroorganizmów takich jak bakterie kwasu mlekowego, bakterie kwasu octowego, drożdże i pleśnie.

– Fermentując jedzenie, powierzamy mikrobom rolę szefa kuchni czy też oddajemy im miejsce w fotelu kierowcy. Ich aktywność całkowicie przekształca żywność od środka. W tym naturalnym bioreaktorze mikroorganizmy przekształcają złożone składniki w ich prostsze i bardziej prozdrowotne postacie. Na przykład cukry przechodzą kompletną transformację i zamieniają się w kwasy organiczne. Te kwasy organiczne nie tylko przedłużają trwałość żywności, ale po spożyciu zmieniają środowisko w organizmie w taki sposób, że sprzyja ono rozwojowi dobrych, korzystnych mikroorganizmów. Jeśli chodzi o białka, mikroby rozkładają je na bioaktywne peptydy, które pomagają w regulacji ciśnienia krwi, a także wspierają modulację odporności. Dochodzi też do syntezy witamin, zwłaszcza z grupy B, co w naturalny sposób wzbogaca żywność – mówi Mohamed Mannaa.

Naukowcy zwrócili uwagę na to, że spożywanie fermentowanej żywności powoduje ponadto przejściowe wprowadzenie do przewodu pokarmowego złożonych społeczności mikroorganizmów, które dynamicznie wchodzą w interakcje z mikroflorą jelitową. Chociaż mikroorganizmy z fermentowanej żywności zazwyczaj nie wykazują długotrwałej kolonizacji, ich tymczasowa obecność znacząco wpływa na różnorodność mikroorganizmów, aktywność metaboliczną i odporność ekosystemu jelitowego. Regularne spożywanie produktów fermentowanych, takich jak jogurt, kefir, kimchi i kiszona kapusta, konsekwentnie wiąże się z korzystnymi zmianami w mikrobiomie jelitowym. Co godne uwagi, często zgłaszano zwiększoną różnorodność mikroorganizmów i wzbogacenie w taksony prozdrowotne, takie jak gatunki Bifidobacterium, Lactobacillus i Akkermansia. Te korzystne mikroorganizmy wzmacniają funkcję bariery jelitowej, modulują reakcje immunologiczne i wspierają procesy przeciwzapalne.

– W próbkach kału osób spożywających produkty fermentowane nadal obecne są żywe mikroby, co oznacza, że są one w stanie przetrwać przejście przez przewód pokarmowy. Ich obecność, nawet krótkotrwała, przesuwa ekosystem jelitowy w kierunku zdrowszego środowiska, zwiększając różnorodność mikrobiomu i wspierając rozwój innych korzystnych bakterii. Podobnie dzieje się z metabolitami. Nawet jeśli same mikroby nie docierają do jelit, to metabolity wytwarzane podczas fermentacji pełnią rolę swoistych posłańców. Wzbogacają i wzmacniają florę jelitową i tłumią działanie niekorzystnych mikrobów, wspierając rozwój tych dobrych. W rezultacie zwiększają różnorodność mikrobiomu jelitowego i ograniczają liczebność szkodliwych mikroorganizmów – przekonuje badacz.

Doniesienia naukowe potwierdzają, że kiszonki mogą mieć znaczenie we wspieraniu leczenia chorób cywilizacyjnych, w tym otyłości. Wspomniany już szczep Akkermansia charakteryzuje się tym, że u osób otyłych czy też w modelach zwierzęcych otyłości jej kolonizacja jest bardzo niska albo wręcz bakteria ta nie występuje. U osób szczupłych, a także w badaniach na myszach okazywało się jednak, że jej wysoka liczebność korelowała z niższą ilością tkanki tłuszczowej. Jak podkreśla dr Mannaa, prowadzone były badania z suplementacją Akkermansii u ludzi, które wykazały, że rzeczywiście obniżała ona poziom tłuszczu w organizmie.

– Badane osoby przez 10 tygodni spożywały żywność fermentowaną. Wykazano, że produkty fermentowane obniżały poziom markerów zapalnych w organizmie i poprawiały różnorodność mikrobiomu nawet skuteczniej niż dieta bogata w błonnik. Inne badanie dotyczyło kimchi – fermentowanej kapusty popularnej w Azji, szczególnie w Korei. Po ośmiu tygodniach spożywania kimchi przez kobiety otyłe wykazano znaczący spadek tkanki tłuszczowej i poprawę zdrowia metabolicznego w porównaniu do grupy spożywającej niefermentowane kimchi. Udowodniono w ten sposób, że kluczowa była właśnie fermentacja, a nie sama kapusta. Dodatkowo długoterminowe badania populacyjne pokazały, że regularne spożywanie fermentowanych produktów mlecznych, takich jak jogurt czy kefir, wiąże się z niższym ryzykiem zachorowania na cukrzycę typu 2, choroby sercowo-naczyniowe, a także niektóre nowotwory – podkreśla naukowiec.

Źródło: Newseria

Okres jesienno-zimowy w naszej szerokości geograficznej nieodłącznie wiąże się ze wzrostem liczby zachorowań – nie tylko na przeziębienia i grypę, ale również na inne infekcje, w tym rotawirusowe. Przyczyn jest wiele: od zmian warunków środowiskowych, przez spadek aktywności fizycznej i zmiany w diecie, aż po naturalne mechanizmy biologiczne naszego układu odpornościowego.
Niskie temperatury i suche powietrze, szczególnie zimą, sprzyjają przetrwaniu i przenoszeniu wielu wirusów. Dlatego właśnie w tym okresie występuje najwyższe prawdopodobieństwo zakażeń. Dotyczy to również infekcji przewodu pokarmowego. Ogrzewane i rzadko wietrzone mieszkania wysuszają błony śluzowe dróg oddechowych, osłabiając ich funkcję oczyszczającą i zwiększając podatność na infekcje. Smog i zanieczyszczenia powietrza dodatkowo obciążają układ oddechowy.

– W okresie jesienno-zimowym mamy również do czynienia z mniejszą aktywnością na świeżym powietrzu oraz mniejszym spożyciem płynów, co dodatkowo wysusza błony śluzowe. Ponadto obserwujemy zmiany w codziennej diecie, które związane są z obniżoną dostępnością świeżych owoców i warzyw. Dodatkowo krótsze dni przyczyniają się znacząco do obniżenia syntezy witaminy D w skórze, co u dzieci i dorosłych może zwiększać podatność na infekcje – wyjaśnia prof. dr hab. n. farm. Paweł Ramos, Kierownik Zakładu Farmacji Aptecznej Wydziału Nauk Farmaceutycznych w Sosnowcu Śląskiego Uniwersytetu Medycznego.

Jesień to także czas powrotu dzieci do żłobków i przedszkoli, co zwiększa ryzyko transmisji wirusów. Zimą częściej zaostrzają się choroby przewlekłe, takie jak atopowe zapalenie skóry (AZS), co wiąże się z suchym powietrzem i obecnością roztoczy.

– Należy pamiętać, że na prawidłowy stan i funkcjonowanie naszego układu odpornościowego wpływa racjonalne odżywienie. Niedożywienie, spowodowane niewystarczającym spożyciem witamin oraz mikroelementów głównie cynku i selenu, może upośledzać zdolność organizmu do wspierania wrodzonej odpowiedzi immunologicznej – dodaje ekspert.

Witaminy i mikroelementy wspierające odporność

Najczęściej wskazywaną witaminą jesieni i zimy jest witamina D. Odpowiada ona za modulację układu odpornościowego, wspiera funkcje błon śluzowych i procesy immunologiczne. Pobudza działanie makrofagów i monocytów, które pomagają zwalczać bakterie, a jednocześnie ogranicza nadmierną odpowiedź immunologiczną charakterystyczną dla chorób autoimmunologicznych. Suplementacja witaminy D jest zalecana niemal wszystkim – od niemowląt, przez osoby starsze, po kobiety w ciąży – zawsze po konsultacji lekarskiej.

W Polsce jednak tylko niewielki odsetek populacji ma wystarczający poziom tej witaminy. Eksperci ostrzegają przed nadmiernym jej przyjmowaniem: objawy przedawkowania mogą obejmować nudności, bóle głowy, zaburzenia rytmu serca, zaparcia lub biegunki, a także wysypkę. W trakcie suplementacji warto regularnie kontrolować poziom witaminy D w badaniach laboratoryjnych.

Kolejnym ważnym składnikiem jest witamina C – silny przeciwutleniacz, który neutralizuje wolne rodniki, wspiera działanie leukocytów i barier śluzowych. Może skracać czas trwania infekcji, jeśli jest stosowana w początkowej fazie choroby. Jej źródłem są świeże warzywa i owoce: papryka, natka pietruszki, owoce dzikiej róży, czarne porzeczki, kiwi czy truskawki. Ponieważ witamina C jest wrażliwa na temperaturę, najlepiej spożywać ją w postaci surowej.

Cynk z kolei jest kluczowym mikroelementem odpowiedzialnym za prawidłową pracę komórek odpornościowych i gojenie błon śluzowych. Wspiera organizm w walce z przeziębieniem, jeśli zostanie przyjęty w odpowiednim momencie. Eksperci przypominają jednak, że jego nadmiar (powyżej 40 mg na dobę) może prowadzić do niedoboru miedzi i żelaza, a w konsekwencji – do anemii.

Nie mniej istotne są witaminy A i E, które wspierają błony śluzowe, działają antyoksydacyjnie i wspomagają odporność. Witamina A, oprócz znaczenia immunologicznego, wpływa również na prawidłowe widzenie i stan skóry. Witamina E występuje m.in. w olejach roślinnych, orzechach i nasionach. Obie rozpuszczają się w tłuszczach, dlatego ich nadmierne spożycie wiąże się z ryzykiem kumulacji w organizmie, szczególnie u kobiet w ciąży.

Witaminy z grupy B, zwłaszcza B6, uczestniczą w produkcji hemoglobiny i przeciwciał, wspierając układ nerwowy i odpornościowy. Jednak długotrwałe przyjmowanie bardzo wysokich dawek może prowadzić do neuropatii i uszkodzenia nerwów.

Równie ważne są mikroelementy takie jak selen, żelazo i magnez. Niedobory tych pierwiastków obniżają odporność, a suplementację należy podejmować po potwierdzeniu ich braków w badaniach laboratoryjnych.

Probiotyki – naturalna tarcza ochronna

W ostatnich latach coraz więcej uwagi poświęca się mikrobiocie jelitowej, która jest jednym z kluczowych elementów odporności. Probiotyki wzmacniają barierę jelitową, modulują działanie komórek odpornościowych i pomagają w produkcji przeciwciał.

Eksperci przypominają, że skuteczność probiotyków zależy od szczepu bakterii oraz liczby jednostek tworzących kolonie (CFU). – Należy wybierać preparaty probiotyczne, które zawierają przebadane szczepy bakterii o udowodnionym naukowo działaniu – wskazano w opracowaniu. Do najlepiej przebadanych należą m.in. Lactobacillus rhamnosus GG, Lactobacillus acidophilus LC1 czy Lactobacillus casei Shirota.

Rozsądek i bezpieczeństwo w suplementacji

Pomimo szerokiej oferty suplementów, eksperci przypominają: żaden z nich nie zastąpi zdrowego stylu życia. – Nie powinniśmy nadużywać suplementów diety ze względu na kilka aspektów. Suplementy diety nie podlegają takim samym rygorystycznym wymogom dopuszczania do obrotu jak leki – podkreślają autorzy opracowania.

Warto wybierać produkty zarejestrowane jako leki OTC i kupować je wyłącznie w aptekach. Należy unikać niezweryfikowanych źródeł w internecie – wiele dostępnych tam preparatów może być sfałszowanych. Kobiety w ciąży, karmiące, dzieci i osoby z chorobami przewlekłymi powinny każdorazowo konsultować suplementację z lekarzem lub farmaceutą. Badania laboratoryjne, np. poziomu witaminy D, pozwalają dobrać odpowiednią, bezpieczną dawkę suplementu i uniknąć skutków przedawkowania.

Praktyczne wskazówki na zimę

Eksperci Śląskiego Uniwersytetu Medycznego przypominają kilka prostych zasad, które pomagają wzmocnić odporność w sezonie zwiększonej zachorowalności:

Podsumowując – sezon jesienno-zimowy to czas, w którym nasz organizm potrzebuje szczególnej troski. Odpowiednia dieta, sen, ruch, higiena, szczepienia oraz rozsądna suplementacja – zwłaszcza witaminy D, C, cynku i probiotyków – stanowią najlepszą ochronę przed infekcjami.

Źródło: Śląski Uniwersytet Medyczny

Zdrowie zaczyna się w jelitach – to nie jest slogan reklamowy, lecz coraz lepiej udokumentowany naukowo fakt. Z roku na rok rośnie liczba badań, które pokazują, że mikrobiota jelitowa wpływa nie tylko na trawienie, ale też na odporność, nastrój, metabolizm, a nawet rozwój chorób cywilizacyjnych. W tym kontekście biotyki – czyli pre-, pro-, syn- i postbiotyki – przestają być dodatkiem, a stają się narzędziem terapeutycznym.
Zespół badaczy z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu – dr n. med. Sylwia Smolińska, dr Magdalena Zemelka-Wiącek oraz prof. UMW i dr Florin-Dan Popescu z Uniwersytetu Medycyny i Farmacji w Rumunii – przygotował przegląd aktualnej wiedzy na temat wpływu biotyków na florę jelitową i barierę jelitową. To nasza „wewnętrzna linia obrony”, a jej szczelność decyduje o tym, czy organizm potrafi chronić się przed stanami zapalnymi, infekcjami i chorobami przewlekłymi.

Prebiotyki, probiotyki, synbiotyki, postbiotyki – każdy z tych elementów pełni inną rolę. Prebiotyki to „pożywka” dla dobrych bakterii. Choć nie zawierają mikroorganizmów, wspomagają wzrost tych, które są już obecne w jelitach. Znajdziemy je m.in. w inulinie, błonniku czy fruktooligosacharydach. Probiotyki to z kolei żywe kultury bakterii, takie jak Lactobacillus czy Bifidobacterium. Jak podkreśla dr Sylwia Smolińska, „niektóre szczepy probiotyczne, jak Lactobacillus rhamnosus GG, mogą wspierać rozwój tolerancji pokarmowej u dzieci z alergiami”.

Kolejną kategorią są synbiotyki – połączenie probiotyku i prebiotyku, które wzajemnie wzmacniają swoje działanie. Szczególnym obiektem zainteresowania naukowców są synbiotyki synergiczne. „Szczególnie obiecujące są synbiotyki synergiczne, które mogą być skuteczne nawet u osób wcześniej nieodpowiadających na inne formy terapii. Kluczowe znaczenie ma personalizacja ich doboru oraz prowadzenie dalszych badań nad długofalowym wpływem na zdrowie” – mówi dr Magdalena Zemelka-Wiącek.

Ale największą uwagę badaczy skupiają dziś postbiotyki – nowa generacja biotyków. To nie żywe bakterie, lecz ich martwe fragmenty, metabolity i krótkołańcuchowe kwasy tłuszczowe. Są bezpieczne, stabilne i nie wymagają kolonizacji jelit, co czyni je szczególnie przydatnymi u pacjentów z osłabioną odpornością. „Postbiotyki wykazują obecnie najsilniejsze i najbardziej wszechstronne działanie wspierające integralność bariery jelitowej, spośród wszystkich grup biotyków” – podkreśla dr Smolińska.

Dlaczego to wszystko ma znaczenie? Bo zaburzenie równowagi mikrobioty – tzw. dysbioza – może prowadzić do całej serii problemów zdrowotnych: od zespołu jelita drażliwego, przez cukrzycę typu 2 i otyłość, aż po depresję i alergie. Biotyki działają nie tylko objawowo, ale strukturalnie – wzmacniają połączenia ścisłe między komórkami jelit, hamują apoptozę, pobudzają wydzielanie mucyny i obniżają pH, ograniczając rozwój patogenów.

Mikrobiomoterapia to nie przyszłość – to teraźniejszość. Postbiotyki już dziś stosuje się nie tylko w suplementach, ale i w żywności funkcjonalnej czy kosmetykach. Rynek biotyków dynamicznie rośnie i ma osiągnąć wartość ponad 100 miliardów dolarów do 2030 roku. Kluczem do sukcesu będzie jednak personalizacja – jak podkreśla dr Zemelka-Wiącek, „to właśnie indywidualny profil mikrobioty oraz choroby pacjenta powinny determinować wybór biotyku”.

Badanie mikroflory może już wkrótce stać się równie rutynowe jak morfologia. A biotyki – mikroskopijni, ale skuteczni sojusznicy – będą odgrywać pierwszoplanową rolę w budowaniu zdrowia od podstaw.

Źródło: Komunikat Prasowy

W erze rosnącego zainteresowania zdrowiem jelit, odpornością i długowiecznością, mikrobiota staje się bohaterem wielu rozmów – zarówno w gabinetach lekarskich, jak i mediach społecznościowych. Jednak dane z tegorocznego badania Międzynarodowego Obserwatorium Mikrobioty pokazują jasno: Polacy coraz częściej słyszą o mikrobiomie, ale ich wiedza nadal jest powierzchowna. Czas, by zmienić to podejście – nie tylko dla lepszego trawienia, ale dla zdrowia całego organizmu.
Dane z trzeciej edycji badania Międzynarodowego Obserwatorium Mikrobioty, przeprowadzonego przez Instytut Mikrobioty Biocodex i Ipsos, rzucają światło na to, jak obecnie postrzegamy mikrobiotę – oraz jak niewiele nadal o niej wiemy.
 
Mikrobiota: małe organizmy, wielki wpływ

Mikrobiota, czyli miliardy mikroorganizmów (bakterii, wirusów, grzybów, archeonów) zasiedlających nasze jelita, skórę, usta i inne części ciała, odgrywa kluczową rolę w funkcjonowaniu organizmu. Pomaga w trawieniu, wzmacnia odporność, chroni przed infekcjami, a także wpływa na nastrój, metabolizm i długość życia. Zaburzenia równowagi mikrobioty mogą skutkować nie tylko problemami trawiennymi, ale również chorobami serca, depresją czy spadkiem odporności. Co więcej, najnowsze badania dot. mikrobioty wykazują związek między otyłością[1] i chorobami neurodegeneracyjnymi.
 
Polacy wiedzą, że mikrobiota istnieje – ale nie do końca rozumieją, czym ona jest

Mimo że mikrobiota ma tak ogromne znaczenie, wciąż nie jesteśmy jej w pełni świadomi. Choć 74% badanych deklaruje, że słyszało o mikrobiocie, jedynie 20% potrafi wyjaśnić, co to pojęcie oznacza – to wynik niższy niż światowa średnia (23%) i aż o 6 punktów procentowych mniej niż w roku 2024. Jeszcze słabsza jest znajomość poszczególnych rodzajów mikrobioty: zaledwie 15% zna mikrobiotę jelitową, a jeszcze mniej potrafi zidentyfikować mikrobiotę skóry (13%), jamy ustnej (12%) czy pochwy (12%).
 
Jak dbamy o mikrobiotę? Najczęściej sięgamy po suplementy

Niska świadomość przekłada się również na to, jak troszczymy się o naszą mikrobiotę w codziennym życiu. 64% respondentów deklaruje, że wprowadziło zmiany w swoim stylu życia, by zadbać o mikrobiotę – wynik powyżej światowej średniej (56%). Jednak tylko 15% mówi o istotnych zmianach. Zdecydowana większość skupia się na suplementacji: aż 58% ankietowanych przyjmuje probiotyki, a 47% – prebiotyki. Inne formy dbania o zdrowie mikrobioty, jak zmiana diety czy stylu życia, są wciąż marginalne.

„Fakt, że większość osób sięga po probiotyki i prebiotyki, świadczy o rosnącej świadomości, ale niestety także o uproszczonym podejściu do tematu. Mikrobiota potrzebuje zróżnicowanej diety, ruchu, redukcji stresu i unikania nadmiaru leków, szczególnie antybiotyków. Suplementy są skuteczne, ale nie są złotym środkiem” – mówi prof. dr hab. n. med. Dariusz Koziorowski z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.
 
Rośnie chęć badań i zaangażowania naukowego

Pozytywnym sygnałem jest to, że coraz więcej osób dostrzega wartość badań mikrobioty i jest gotowych bardziej świadomie dbać o swoje zdrowie.  56% respondentów wyraziło gotowość do poddania się takim badaniom – tylko nieco mniej niż średnia europejska (61%). Motywacją są przede wszystkim ogólne badania kontrolne (62%), identyfikacja ryzyk wynikających ze stylu życia (53%) i profilaktyka chorób (51%). Co ciekawe, aż 56% badanych byłoby skłonnych oddać próbkę kału na potrzeby badań naukowych.
 
Rola personelu medycznego – kluczowa, ale niedoceniana

Najbardziej zaufanym źródłem wiedzy o mikrobiocie są pracownicy służby zdrowia (72%). Niestety, tylko 38% respondentów otrzymało od nich jakiekolwiek szczegółowe informacje na ten temat. Tam, gdzie taka edukacja miała miejsce, efekty są wyraźne: aż 87% pacjentów zmieniło swoje codzienne nawyki, w porównaniu do 64% w ogólnej populacji.

„Musimy wzmocnić rolę lekarzy i dietetyków jako przewodników po świecie mikrobioty. Edukacja pacjenta nie powinna kończyć się na przepisaniu preparatu. Potrzebujemy szerszej kampanii informacyjnej, najlepiej już na poziomie podstawowej opieki zdrowotnej” – stwierdza prof. dr hab. n. med. Dariusz Koziorowski z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.
 
Edukacja to przyszłość

Wyniki badania pokazują, że chętniej interesujemy się tematem i dbamy o mikrobiotę – ale potrzebujemy jeszcze więcej wiedzy i wsparcia. Światowy Dzień Mikrobioty to doskonała okazja, by przypomnieć o znaczeniu równowagi mikrobioty i zachęcić do działań profilaktycznych. Zdrowie jelit to nie tylko kwestia trawienia – to fundament ogólnego dobrostanu.
 
***
Badanie Międzynarodowe Obserwatorium Mikrobioty przeprowadzono online między 21 stycznia a 28 lutego 2025 roku na reprezentatywnej próbie 7500 osób z 11 krajów, w tym Polski.
 
[1] https://www.biocodexmicrobiotainstitute.com/pl/otylosc-mikrobiota-bakteria-pogarszajaca-efekt-diety-wysokotluszczowej

Źródło: materiał prasowy