Medicalpress
Przed wakacjami do przychodni rodzinnych wraca ten sam problem – rodzice proszą o zaświadczenia lekarskie dla dzieci wyjeżdżających na kolonie, półkolonie i obozy sportowe. Jak podkreślają eksperci Federacji Porozumienie Zielonogórskie, w większości przypadków takie dokumenty nie są wymagane przez przepisy, a ich żądanie wynika wyłącznie z wewnętrznych formularzy przygotowanych przez organizatorów. To niepotrzebnie obciąża zarówno rodziców, jak i system ochrony zdrowia.
Jest czerwcowe popołudnie. W poczekalni czekają pacjenci z infekcjami, po recepty i na konsultacje wyników badań. Do gabinetu wchodzi zdenerwowana mama z dokumentami
w ręku. – „Potrzebuję tylko pieczątkę. Bez niej syn nie pojedzie na obóz”. Dla rodzica to ostatni punkt na liście przed wakacjami. Dla lekarza rodzinnego często początek rozmowy, która nie ma wiele wspólnego z medycyną. Sezon zaświadczeń w pełni!

Co roku przed rozpoczęciem sezonu urlopowego do przychodni trafiają rodzice dzieci wyjeżdżających na kolonie, półkolonie czy obozy sportowe. Przynoszą formularze przygotowane przez organizatorów i proszą o podpis lekarza. Problem polega na tym, że takie zaświadczenia nie mają ani uzasadnienia medycznego, ani podstawy prawnej. Mimo to presja jest ogromna.

„Rodzice słyszą, że bez podpisu lekarza dziecko nie zostanie przyjęte na kolonie.
W efekcie trafiają do przychodni przekonani, że muszą uzyskać takie zaświadczenie. Tymczasem jest to bezprawny wymóg”
– mówi Anna Osowska, ekspertka Federacji Porozumienie Zielonogórskie.

„Bo organizator tak wymaga”

Scenariusz zwykle wygląda podobnie. Organizator wypoczynku przygotowuje własny formularz. Na końcu pojawia się miejsce na podpis lekarza. Rodzic nie chce ryzykować, więc zgłasza się do przychodni. Lekarz wyjaśnia, że nie ma podstaw do wystawienia dokumentu. Rodzic wraca do organizatora. Organizator ponownie odsyła go do lekarza. W ten sposób powstaje problem, którego można byłoby uniknąć, gdyby wymagania organizatorów były zgodne z obowiązującymi przepisami.

„Sam fakt, że ktoś przygotował formularz z miejscem na pieczątkę, nie oznacza jeszcze, że lekarz ma obowiązek go podpisać. Organizator może wpisać do dokumentu wiele rzeczy, ale to nie tworzy podstawy prawnej do wydania zaświadczenia” – podkreśla ekspertka.

Karta kwalifikacyjna i wyjątki od reguły

Przepisy przewidują kartę kwalifikacyjną uczestnika wypoczynku. To rodzic lub opiekun przekazuje w niej informacje o stanie zdrowia dziecka, przyjmowanych lekach, alergiach czy przebytych chorobach.

Mimo to część organizatorów, bezprawnie  oczekuje dodatkowych zaświadczeń lekarskich.

Wątpliwości najczęściej pojawiają się przy obozach sportowych. Sama nazwa nie oznacza jednak, że dziecko musi posiadać dodatkowe orzeczenie lekarskie. Przepisy dotyczące wypoczynku dzieci i młodzieży nie przewidują odrębnych zaświadczeń na obozy sportowe. Większość wakacyjnych wyjazdów ma charakter rekreacyjny i nie wymaga kwalifikacji medycznej. Wyjątkiem są sytuacje określone w przepisach, dotyczące między innymi zawodników uczestniczących we współzawodnictwie sportowym organizowanym przez polskie związki sportowe. W takich przypadkach obowiązują odrębne zasady kwalifikacji zdrowotnej wynikające z ustawy o sporcie.

Do przychodni zgłaszają się również osoby, które mają pracować jako wychowawcy kolonijni lub opiekunowie grup. Zdarza się, że organizatorzy oczekują od nich zaświadczeń lekarskich, choć przepisy dotyczące wypoczynku dzieci i młodzieży nie nakładają takiego obowiązku. Status wychowawcy określają odrębne przepisy związane z wykonywaną funkcją. „Przepisy dotyczące wypoczynku dzieci i młodzieży nie przewidują obowiązku uzyskania zaświadczenia od lekarza potwierdzającego zdolność do pełnienia funkcji wychowawcy” – mówi Anna Osowska.

O obowiązkach decydują przepisy, nie formularz

„Warto pamiętać, że o obowiązkach rodziców, uczestników i organizatorów decydują przepisy, a nie wzór formularza przygotowanego przez organizatora” – podkreśla ekspertka. Lekarze rodzinni od lat zwracają uwagę na potrzebę ograniczania zbędnych obowiązków administracyjnych w ochronie zdrowia. Każde lato pokazuje jednak, że wokół kolonii, obozów i półkolonii nadal funkcjonuje wiele błędnych przekonań. Przed wizytą w przychodni warto sprawdzić, czy wymagane przez organizatora zaświadczenie lekarskie rzeczywiście wynika z obowiązujących przepisów. Pozwala to uniknąć niepotrzebnych wizyt, oszczędza czas rodziców i personelu medycznego.

Źródło: inf pras

 
Rosnąca rola organizacji pacjenckich, potrzeba realnego dialogu z decydentami oraz wyzwania związane z dostępnością świadczeń zdrowotnych były głównymi tematami konferencji Fundacji MY PACJENCI. Podczas wydarzenia eksperci, przedstawiciele instytucji publicznych i środowiska pacjenckiego dyskutowali o kierunkach rozwoju opieki zdrowotnej w Polsce, a wieczorna gala stała się okazją do uhonorowania osób i inicjatyw, które w szczególny sposób przyczyniają się do budowania systemu skoncentrowanego na potrzebach pacjentów.
Podczas tegorocznej konferencji Fundacji MY PACJENCI dyskutowano o sytuacji pacjentów w aktualnej  sytuacji finansowej, zastanawiając się czy można w ogóle mówić o pacjentocentryźmie w czasach lęków i obaw o dostępność świadczeń. Organizacje pacjentów w ostatnim dziesięcioleciu wykonały ogromną pracę, rozwijając swoje kompetencje i profesjonalizując się, co nas bardzo cieszy, przekształcając się z kółek samopomocy w partnera dialogu systemowego – mówiła Magdalena Kołodziej, Prezes Fundacji MY PACJENCI. Zmianę dostrzega również Marzanna Bieńkowska z Biura Rzecznika Praw Pacjenta, który to kilkakrotnie przywoływany był jako przykład otwartości i dobrej współpracy z organizacjami pacjentów. Łukasz Jankowski, Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej zaznaczył, że ma poczucie, iż aktualnie dialog w rozumieniu Ministerstwa Zdrowia oznacza zapoznanie się z pomysłami resortu bez prowadzenia rozmów na dany temat  z zainteresowanymi stronami. Senator Beata Małecka Libera podkreśliła, że organizacje i stowarzyszenia pacjenckie to najlepsi ambasadorzy profilaktyki i zachęcania Polaków do dbania o zdrowie. Niestety problemem dla wielu organizacji jest częsta zmiana decydentów w kluczowych resortach, co uniemożliwia doprowadzenie do finału zmian, o które zabiegają. Pomysły na reformę ochrony zdrowia zmieniają się jak w kalejdoskopie – natomiast średni czas pełnienia funkcji Ministra Zdrowia w Polsce to 9 miesięcy, zdecydowanie za krótko by zmiany wdrożyć, ale i wziąć za nie odpowiedzialność. 

W trakcie konferencji Profesor Agnieszka Mastalerz – Migas przedstawiła zmiany, jakie zaszły w ostatnich latach w POZ a uczestnicy wzięli udział w warsztacie podsuwając własne pomysły możliwych i oczekiwanych zmian w funkcjonowaniu podstawowej opieki medycznej (odpowiadając m.in. na wielochorobowość, większe zaangażowanie zespołów terapeutycznych POZ, profilaktykę czy rozwój programu MOJE ZDROWIE).   

W tym roku nowością były rozmowy z liderami organizacji pacjenckich, którzy podzieli się swoim wieloletnim doświadczeniem.   

W części poświęconej projektom Fundacji MY PACJENCI omówione zostały zagadnienia programów lekowych, szczepień osób dorosłych oraz dezinformacji.

Liderzy PACJENTOCENTRYZMU 2026

 
Podczas wieczornej gali nagrody LIDER PACJENTOCENTRYZMU im. Ewy Borek otrzymali:
  1. Senator Beata Małecka-Libera
za konsekwentne działania na rzecz budowania kultury adherencji terapeutycznej w Polsce, wzmacniania roli pacjenta jako partnera procesu leczenia oraz inicjowania dialogu między pacjentami, ekspertami i decydentami na temat skuteczności terapii i bezpieczeństwa zdrowotnego.
 
  1. Profesor Grzegorz Dzida
za wieloletnie zaangażowanie na rzecz poprawy jakości opieki nad pacjentami z chorobami przewlekłymi, konsekwentne promowanie partnerskich relacji lekarz–pacjent oraz aktywny udział w tworzeniu rozwiązań systemowych służących poprawie skuteczności leczenia i jakości życia pacjentów.
 
  1. Stowarzyszenie Pomocy Chorym na Mięsaki i Czerniaki SARCOMA – Onkobieg „Razem po zdrowie!”
za organizację Onkobiegu „Razem po zdrowie!” – inicjatywy łączącej edukację, profilaktykę, integrację społeczną oraz wsparcie osób chorujących onkologicznie i ich rodzin.  Od osiemnastu lat Onkobieg pokazuje, że wspólnota, aktywność i solidarność mogą być ważnym elementem procesu zdrowienia. To wydarzenie, które skutecznie łączy promocję zdrowia z budowaniem wsparcia dla osób dotkniętych chorobą nowotworową. To jedna z najbardziej kompleksowych i wielowymiarowych inicjatyw społeczno-zdrowotnych w Polsce, która od 18 lat konsekwentnie stawia pacjenta w centrum działań. Wydarzenie w wyjątkowy sposób łączy realne wsparcie osób chorujących onkologicznie, edukację zdrowotną, profilaktykę nowotworową, integrację społeczną oraz działania na rzecz poprawy jakości życia pacjentów i ich rodzin.

Wyróżnienia otrzymali:

  1. Stowarzyszenie na rzecz osób z chorobą Addisona i niedoczynnością nadnerczy
za stworzenie kompleksowego programu wsparcia pacjentów, obejmującego działania edukacyjne, rzecznicze i narzędzia zwiększające bezpieczeństwo chorych, w tym aplikację CortiZone wspierającą codzienne funkcjonowanie osób z chorobami nadnerczy.
  1. Fundacja PoMOC Daje MOC – „Oswoić skoliozę”
za inicjatywę „Oswoić skoliozę”, która wspiera dzieci i ich rodziny w procesie leczenia, dostarcza rzetelnej wiedzy oraz wzmacnia partnerstwo między pacjentami, opiekunami i personelem medycznym.
 
Źródło: inf pras
Na nadciśnienie tętnicze choruje niemal 11 mln dorosłych Polaków. Zdrowy i aktywny styl życia wraz ze zbilansowaną dietą ma duże znaczenie w przeciwdziałaniu i leczeniu nadciśnienia. Niemniej jednak w wielu przypadkach konieczne jest leczenie farmakologiczne. Choć dostępne są skuteczne metody leczenia, niektórzy pacjenci nie osiągają  zalecanych wartości ciśnienia. Jedną z przyczyn jest zbyt rzadkie stosowanie terapii zgodnych z aktualnymi wytycznymi, które zalecają stosowanie leczenia skojarzonego już na początkowym etapie choroby. Te wyzwania były jednym z tematów poruszanych przez lekarzy podczas 35. Kongresu Europejskiego Towarzystwa Nadciśnienia Tętniczego.
Z danych WHO wynika, że liczba osób z nadciśnieniem tętniczym na świecie wzrosła w ciągu ostatnich 30 lat niemal dwukrotnie – z 648 mln do 1,28 mld. Nadciśnienie tętnicze jest najważniejszym modyfikowalnym czynnikiem ryzyka chorób układu krążenia. Według Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego nadciśnienie dotyczy blisko 37 proc. dorosłych mieszkańców Europy, podobnie jak w Polsce (35 proc.), i odpowiada za około jedną czwartą wszystkich zgonów w regionie. Tematy związane ze skutecznością leczenia nadciśnienia tętniczego, wpływem choroby otyłościowej na ryzyko sercowo-naczyniowe oraz nowymi możliwościami terapeutycznymi były jednymi z głównych zagadnień omawianych podczas tegorocznego Kongresu Europejskiego Towarzystwa Nadciśnienia Tętniczego, który po raz pierwszy odbył się w Polsce, w Gdańsku.

– W Polsce, pomimo rekomendacji, żeby łączyć leki, połowa chorych rozpoczyna leczenie od jednego leku. To jest przykład inercji terapeutycznej – mówi agencji Newseria prof. dr hab. n. med. Krzysztof Narkiewicz, kierownik Kliniki Nadciśnienia Tętniczego i Diabetologii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. – Dobra wiadomość jest taka, że polscy lekarze w ciągu pierwszego roku intensyfikują leczenie i już po sześciu miesiącach–roku większość chorych jest leczona terapią złożoną. Warto by było, żeby etap złożonej terapii był inicjowany wcześniej i żeby jednak częściej sięgać po większe dawki.

Jak podkreśla, inercja terapeutyczna jest jednym z najważniejszych wyzwań w terapii sercowo-naczyniowej, obok nieprzestrzegania zaleceń.

– Ciągle pamiętamy, że powinniśmy, jak w podręcznikach farmakologii sprzed wielu lat, zaczynać od jednego leku. To już zupełnie nieaktualne, musimy się pozbyć starych nawyków. Druga niezwykle ważna rzecz to trzymanie się zaleceń, które jednoznacznie mówią, co możemy zrobić. Warto też przestrzegać zalecenia dotyczącego monitorowania ciśnienia tętniczego w domu. To niezwykle przydatne narzędzie, żeby przełamywać naszą inercję – przekonuje prof. Krzysztof Narkiewicz, współtwórca 35. Kongresu Europejskiego Towarzystwa Nadciśnienia Tętniczego (ESH Gdańsk 2026).

Według danych Polskiego Towarzystwa Nadciśnienia Tętniczego skuteczną kontrolę ciśnienia osiąga obecnie jedynie około 22 proc. chorych.

– Aby osiągnąć sukces terapeutyczny, musimy mieć proaktywnego lekarza, współpracującego chorego i dobrze dobrane leczenie. Zalecenia mówią nam bardzo jednoznacznie: wyjątkowo, u niewielu chorych stosujemy jeden lek, myślmy o łączeniu preparatów od samego początku i tym, żeby to była terapia także w połączeniu z modyfikacją stylu życia – mówi ekspert.

Samo pojawianie się nowych terapii nie wystarczy do poprawy wyników leczenia. Kluczowe znaczenie mają wdrażanie aktualnych wytycznych w codziennej praktyce oraz regularna edukacja zarówno lekarzy, jak i pacjentów.

– Bausch Health bardzo mocno stawia na edukację lekarzy, zwłaszcza środowiska lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej, hipertensjologów i kardiologów. Jednym z tematów jest przełamywanie inercji terapeutycznej, która jest jedną z przyczyn niepowodzeń w terapii – dodaje Agata Subocz, group brand manager cardiology w Bausch Health, który był partnerem ESH Gdańsk 2026.

Podczas wydarzenia eksperci wskazywali, że coraz częściej wyzwaniem nie jest wyłącznie samo obniżenie ciśnienia tętniczego, ale też poradzenie sobie z wtórną przyczyną choroby, jakimi są otyłość i inne zaburzenia metaboliczne.

– Za kilka lat będziemy modyfikować książki do kardiologii i hipertensjologii, umieszczając chorobę otyłościową we wtórnych przyczynach nadciśnienia tętniczego. Doskonale wiemy, że każdy kilogram masy ciała po prostu podwyższa ciśnienie tętnicze – ocenia prof. dr hab. n. med. Aleksander Prejbisz, kierownik Centrum Prewencji i Epidemiologii Chorób Układu Krążenia w Narodowym Instytucie Kardiologii.

„American Heart Association Journals” przytacza badania, które wskazują, że nadmierna masa ciała odpowiadała za 78 proc. nowych przypadków nadciśnienia u mężczyzn i 65 proc. u kobiet. Naukowcy zaobserwowali również, że wzrost masy ciała o 5 proc. wiązał się z 20–30-proc. wzrostem ryzyka rozwoju nadciśnienia tętniczego. Zależność działa także w drugą stronę – nawet niewielka redukcja masy ciała może pomóc obniżyć ciśnienie tętnicze i poprawić kontrolę choroby, a tym samym zmniejszyć ryzyko zawału serca, udaru mózgu i zgonu z przyczyn sercowo-naczyniowych. Z tego powodu tak ważne są odpowiedni styl życia i zbilansowana dieta.

– Powinniśmy wrócić do tak zwanej interny, czyli do tego, żeby patrzeć na pacjenta całościowo. Musimy ocenić chorobę otyłościową i jej przyczyny, ustalić sposób leczenia, ale też zaadresować trzy pozostałe główne czynniki ryzyka: stężenie glukozy, cholesterolu LDL i wysokość ciśnienia tętniczego. Nie da się skutecznie leczyć pacjenta ani zmniejszać ryzyka sercowo-naczyniowego bez uwzględnienia wszystkich czterech głównych filarów tego ryzyka – przekonuje prof. Aleksander Prejbisz.

Według danych Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego (ESC) nadwagę ma już 57,4 proc. mieszkańców krajów należących do ESC, a otyłość – 23,2 proc. Choroba otyłościowa zwiększa ryzyko zgonu z dowolnej przyczyny nawet o 50–100 proc., głównie z powodu chorób układu krążenia.

– Pacjent z chorobą otyłościową często wymaga większej liczby leków, żeby uzyskać skuteczną kontrolę ciśnienia tętniczego. Pamiętajmy, że bardzo ważne jest hamowanie układu renina–angiotensyna–aldosteron, bo w chorobie otyłościowej dochodzi do aktywacji tego systemu, ale również często jest konieczne hamowanie nadmiernej stymulacji układu współczulnego. Stąd często u pacjenta z chorobą otyłościową w leczeniu nadciśnienia tętniczego znajdują zastosowanie beta-adrenolityki – wskazuje kierownik Centrum Prewencji i Epidemiologii Chorób Układu Krążenia w Narodowym Instytucie Kardiologii.

– Wiedza, którą posiadamy, zmienia się praktycznie z dnia na dzień, pojawiają się nowe doniesienia, wyniki nowych badań klinicznych. To sprawia, że lekarze, nie tylko polscy, potrzebują ciągłej edukacji w obszarze hipertensjologii i kardiologii. Dane, które dostarczają różnego rodzaju badania kliniczne, otwierają nowe drzwi w leczeniu chorób sercowo-naczyniowych – podkreśla Agata Subocz.

– To w pewnym sensie jest uznanie przez naszych europejskich partnerów zasług silnych ośrodków badających nadciśnienie tętnicze. To niebywale ważne wydarzenie też dla polskich lekarzy. Dzięki temu, że odbywa się w Gdańsku, możemy gościć więcej lekarzy z Polski, specjalistów, lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej, którzy najwięcej skorzystają na swojej obecności tutaj – ocenia dr hab. n. med. Jacek Wolf z Kliniki Nadciśnienia Tętniczego i Diabetologii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

Źródło: Newseria

Apteka nie powinna być jedynie miejscem realizacji recept, ale pełnoprawnym elementem systemu ochrony zdrowia – przekonywali uczestnicy konferencji poświęconej przyszłości opieki farmaceutycznej w Polsce. Organizacje pacjenckie, seniorskie i konsumenckie apelują o zmiany w Prawie farmaceutycznym, które zapewnią pacjentom dostęp do rzetelnej informacji o cenach i dostępności leków, umożliwią rozwój usług farmaceutycznych oraz lepiej wykorzystają kompetencje farmaceutów. W centrum proponowanych reform ma znaleźć się pacjent, jego bezpieczeństwo i realny dostęp do świadczeń zdrowotnych.
Podczas konferencji organizacje pozarządowe, reprezentujące środowiska: pacjenckie, seniorskie i konsumenckie, przedstawiły stanowisko w toczącej się debacie nt. zmian w Prawie farmaceutycznym. Chodzi o kwestie dotyczące dostępu pacjentów do informacji oraz świadczeń oferowanych przez apteki i farmaceutów. 

Wydarzenie było kolejnym krokiem po wspólnym apelu organizacji pacjenckich do minister zdrowia z 26 marca 2026 r. Punkt wyjścia stanowił ubiegłoroczny wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie C-200/24, który nakreślił ramy dopuszczalnej reklamy porównawczej w aptekach i którego pełna implementacja wymaga działania od polskiego ustawodawcy.

Wyrok TSUE przesądza, że państwa członkowskie nie mogą utrzymywać zakazów reklamy aptecznej niezgodnych z zasadą swobody przepływu towarów i usług. Dotychczasowy art. 94a Prawa farmaceutycznego wymaga nowelizacji – jest to obowiązek wynikający z prawa europejskiego. Uczestnicy konferencji z zadowoleniem przyjęli fakt, że Ministerstwo Zdrowia przygotowało projekt zmiany przepisów (UD291). Jednocześnie zgodnie ocenili, że dotychczas zaproponowane zmiany stanowią krok w dobrym kierunku, ale nie są wystarczające – zwłaszcza z perspektywy realnych potrzeb pacjentów oraz czekających Polskę wyzwań demograficznych.

Uczestnicy debaty podkreślili, że możliwość kupowania leków po niższych cenach dzięki dostępowi do wiarygodnej informacji o ofertach aptecznych nie oznacza wzrostu nakładów na leki ani ich nadmiernej konsumpcji. 

Zdaniem biorących udział w dyskusji ekspertów dziś problemem jest niekontrolowana polipragmazja (przyjmowanie zbyt wielu leków jednocześnie). Bariery w dostępie do informacji o dostępności leków w aptece, ich interakcjach z innymi lekami, czy oferowanych przez apteki innych świadczeniach, stają się problemem natury zdrowotnej oddziałującym szczególnie na mieszkańców mniejszych miejscowości. W ich sytuacji, poza placówką POZ, najczęściej mogą liczyć jedynie na aptekę oraz pracującego w niej farmaceutę lub farmaceutkę.

Uczestnicy konferencji podkreślali, że nowelizacja art. 94a Pf powinna zostać wpisana w szerszy cel: uczynienia apteki pełnoprawnym ogniwem systemu ochrony zdrowia, czyli lokalnym centrum zdrowia oferującym szersze świadczenia niż tylko sprzedaż produktów leczniczych. Osiągnięcie tego celu wymaga nowelizacji prawa, które umożliwi rozszerzenie świadczeń oferowanych przez apteki o takie obszary jak:

„Od 17 lat – także poprzez program Ogólnopolskiej Karty Seniora i Głos Seniora – jesteśmy w bezpośrednim kontakcie z setkami tysięcy seniorów w całej Polsce. Dlaczego umożliwiamy koncernom farmaceutycznym szeroką reklamę leków bez recepty, zabraniając jednocześnie aptekom honorować karty rabatowe, takie jak np. Ogólnopolska Karta Seniora?” – argumentował Łukasz Salwarowski.

Z kolei Stanisław Maćkowiak, prezes Federacji Pacjentów Polskich, podkreślił, że apteka istnieje po to, żeby służyć pacjentowi, a nie żeby być przedmiotem sporu o to, kto ma prawo nią zarządzać. Maćkowiak podkreślił, że hasło „apteka dla aptekarza” jest odwróceniem właściwej hierarchii – w centrum powinien stać pacjent, a nie interes właściciela. Jego zdaniem dopóki debata publiczna pozostaje zdominowana przez spory branżowe, głos pacjenta będzie systematycznie wypychany na margines.
Zwrócono również uwagę na zjawiska, które – jeśli nie zostaną odpowiednio zaadresowane przez politykę zdrowotną – przełożą się na trwałe pogorszenie dostępności do opieki zdrowotnej. Należą do nich:
Tomasz Michałek, dyrektor Biura Zarządu Koalicji „Na pomoc niesamodzielnym”, podkreślił: „Apel z 26 marca, pod którym podpisały się organizacje reprezentujące miliony polskich pacjentów, nie jest postulatem ideologicznym – to wezwanie do racjonalnej polityki opartej na interesie pacjenta i spójnym podejściu do całości zagadnień związanych z funkcjonowaniem aptek w Polsce. Pacjenta nie interesuje, kto jest właścicielem apteki – jego interesuje dostępność do apteki oraz zakres świadczeń, jakie może mu ta placówka zaoferować”.

Zbigniew Tomczak, przewodniczący Obywatelskiego Parlamentu Seniorów, prezes Polskiego Stowarzyszenia Pomocy Osobom z chorobą Alzheimera, stwierdził: „Seniorzy to dziś ponad 10 milionów obywateli – największa grupa odbiorców świadczeń aptecznych w Polsce. A jednak w tej debacie ich głos jest najsłabiej słyszalny. Dominuje spór o własność aptek, o przepisy, o rynek. My mówimy o czymś innym: o człowieku, który stoi przy okienku aptecznym, często z listą kilkunastu leków w ręku, i nie wie, czy stać go na wszystkie, czy są tańsze zamienniki i czy w ogóle bezpiecznie jest je łączyć. Szczególnie niewidzialni są opiekunowie osób z chorobą Alzheimera: to oni zarządzają terapią, to oni stoją przy okienku aptecznym, bez możliwości wizyty farmaceuty u ich podopiecznego w domu. My prosimy tylko o jedno: żeby prawo wreszcie ich zobaczyło” – stwierdził Zbigniew Tomczak.

Anna Gryżewska, dyrektor Biura Polskiego Towarzystwa Stwardnienia Rozsianego, zaznaczyła, że pacjent przewlekle chory, zmagający się do końca życia z postępująca chorobą (jaką jest np. stwardnienie rozsiane), ma prawo oczekiwać od systemu ochrony zdrowia bardziej elastycznego podejścia do jego potrzeb. „Apteka to często ostatnie miejsce w systemie ochrony zdrowia, w którym pacjent ma realny kontakt z profesjonalistą medycznym przed sięgnięciem po lek. Szczególnie u osób z wielochorobowością i dużą różnorodnością objawów, przyjmujących nierzadko kilka preparatów dziennie, rola rzetelnej opieki farmaceutycznej wyraźnie oddzielonej od działań marketingowych jest kluczowa dla bezpieczeństwa terapii. Debata o art. 94a Prawa farmaceutycznego to w istocie debata o tym, czy farmaceuta będzie miał wreszcie warunki, by wpisać się w rolę profesjonalnego doradcy, zarówno w aptece, jak i poza nią. Dla chorych na SM tych, którzy chorują długo i doświadczają niepełnosprawności istotny jest też kontakt z farmaceutą w domu poza apteką – co także jest podnoszone przez środowiska chorych jako ważny element – możliwy do wprowadzenia w Polsce” – wskazała Anna Gryżewska.

Prof. Agnieszka Neumann-Podczaska, prezes Polskiego Towarzystwa Opieki Farmaceutycznej, podsumowała: „Senior przyjmujący kilkanaście leków dziennie to codzienność zarówno w polskich aptekach, jak i w placówkach opieki długoterminowej. Właśnie w tej grupie pacjentów szczególnie widoczny jest niewykorzystany potencjał farmaceutów. Farmaceuta powinien mieć możliwość wykonywania przeglądów lekowych finansowanych przez NFZ, zarówno w aptece, jak i w miejscu zamieszkania lub przebywania seniora, ponieważ są one jednym z najskuteczniejszych narzędzi ograniczania niekontrolowanej polipragmazji, zmniejszania ryzyka interakcji lekowych oraz optymalizacji farmakoterapii” – mówiła prof. Agnieszka Neumann-Podczaska.

Jej zdaniem rzetelna informacja nie prowadzi do nadmiernej konsumpcji leków. „Przeciwnie, dobrze poinformowany pacjent podejmuje bardziej racjonalne decyzje zdrowotne, np. zrezygnuje z drogiego, niepotrzebnego suplementu, a rozpocznie regularne stosowanie zleconego przez lekarza leku, z którego często zrezygnował ze względu na cenę. Dziś największym problemem jest brak systemowych narzędzi wspierających optymalną farmakoterapię. Dlatego rozwój opieki farmaceutycznej, w tym przeglądów lekowych finansowanych przez NFZ, powinien stać się jednym z priorytetów polityki zdrowotnej państwa.

Dzięki temu farmaceuci będą mogli w pełni wykorzystać swoje kompetencje, zwiększając bezpieczeństwo terapii i poprawiając jej skuteczność, a jednocześnie ograniczając koszty wynikające z nieoptymalnego leczenia” – wskazała prof. Agnieszka Neumann-Podczaska.

Źródło: PAP MediaRoom

Ponad 3,7 mln osób wypełniło ankietę programu „Moje Zdrowie”, a ponad 1,6 mln zrealizowało indywidualny bilans zdrowia, wynika z podsumowania pierwszego roku działania programu profilaktycznego. Eksperci podkreślają, że projekt nie tylko zwiększył zainteresowanie profilaktyką zdrowotną, ale także pozwolił wcześniej wykrywać choroby cywilizacyjne i kierować pacjentów do dalszej diagnostyki. Zdaniem lekarzy kluczowym elementem programu pozostaje indywidualna rozmowa z pacjentem oraz tworzenie spersonalizowanego planu zdrowotnego.
Fundacja MY PACJENCI podsumowała rocznicę funkcjonowania programu profilaktycznego w formie debaty ekspertów, którzy komentowali zaprezentowane przez Profesor Agnieszkę Mastalerz – Migas, Konsultant Krajową w dziedzinie medycyny rodzinnej oraz Macieja Karaszewskiego, Dyrektora Departamentu Lecznictwa Ministerstwa Zdrowia dane dotyczące realizacji programu oraz wskazywali na oczekiwane/zasadne/oczekiwane modyfikacje.

Maciej Karaszewski, Dyrektor Departamentu Lecznictwa Ministerstwa Zdrowia jako sukces programu uznaje jego bardzo duży zasięg populacyjny – w ciągu niespełna roku 3, 6 miliona osób wypełniło ankietę, a ponad 1,6 miliona zrealizowało indywidualny bilans zdrowia, co stanowi 72 % ankiet. W grupach wiekowych 20 – 39 lat ankietę wypełniło ponad milion osób. Założenie przy uruchomieniu programu było takie, że do końca 2025 skorzysta z niego 600 tysięcy osób –  ankiet wypełnionych na koniec 2025 było 2,3 miliona, gdzie  w całym programie PROFILAKTYKA 40 plus udział wzięło 1,2 miliona osób. Łączny koszt realizacji programu to 800 milionów złotych. Magdalena Kołodziej, Prezes Fundacji MY PACJENCI wskazuje, że ilość zgłoszeń do programu obala stereotyp, że Polacy nie chcą korzystać z profilaktyki, wskazując też, że w sondzie przeprowadzonej przez Fundację wśród osób, które z niego skorzystało, oceniony został pozytywnie, szczególnie zaś ankieta czyli moment wejścia do programu.     

Jakie są cele programu MOJE ZDROWIE?

Głównym celem programu Moje Zdrowie jest zbudowanie modelu kompleksowej profilaktyki dostępnej dla każdego w jego przychodni POZ oraz zachęcanie do kontrolowania swojego zdrowia. Z programu może skorzystać każda ubezpieczona dorosła osoba, która ukończyła 20 lat – co 5 lat w okresie życia od 20 do 49 lat i co 3 lata, gdy ukończy 49 lat.

Program Moje zdrowia składa się z poniższych elementów:

– kwestionariusz bilansu
– badania laboratoryjne
– wizyta podsumowująca z utworzeniem Indywidualnego Planu Zdrowotnego
– interwencje prozdrowotne
– budowania nawyku badań profilaktycznych
– długoterminowe wsparcie monitorowania zdrowia pacjentów

Lekarze specjaliści medycyny rodzinnej podkreślają, że kluczowym elementem programu jest wizyta podsumowująca, która jest indywidualnym świadczeniem medycznym, kończącym się opracowaniem Indywidualnego Planu Zdrowotnego. Pacjent może otrzymać także dwie porady edukacyjne. To jeden z najlepszych programów profilaktycznych w Europie. I decyduje o tym właśnie jego unikalna konstrukcja, czyli to indywidualne spotkanie omawiające wyniki badań i  inne rekomendacje dla danej osoby – ocenia dr Michał Sutkowski, Prezes Kolegium Lekarzy Rodzinnych.   

Zdaniem dr n. med. Aleksandra Biesiady, wiceprezesa Polskiego Towarzystwa Medycyny Rodzinnej – „Moje Zdrowie” to nie tylko badania diagnostyczne, które stanowią jeden z elementów programu. To przede wszystkim okazja do kompleksowej oceny stanu zdrowia pacjenta, umożliwiająca identyfikację chorób oraz czynników ryzyka ich wystąpienia. To także przestrzeń do indywidualnej edukacji zdrowotnej i dopasowania zaleceń do potrzeb pacjenta. Dla wielu osób udział w programie to impuls do zmiany stylu życia i poprawy zdrowia.

Michał Dzięgielewski, Pełnomocnik Prezesa NFZ, podkreśla, że program trafił do ludzi młodych, którzy nie chodzą zazwyczaj do lekarza i nie było dla nich oferty profilaktycznej.

Po wykonaniu badań pacjent wraca do placówki POZ, gdzie odbywa się wizyta podsumowująca. Podczas niej lekarz, pielęgniarka lub położna przygotowują indywidualny plan zdrowotny.

Najczęstsze choroby wykrywane w programie „Moje Zdrowie”

Lekarze wskazują, że w programie „Moje Zdrowie najczęściej diagnozowane są choroby cywilizacyjne. Do najważniejszych należą: choroba otyłościowa, zaburzenia lipidowe, nadciśnienie oraz cukrzyca. Pacjenci najczęściej otrzymywali recepty na zaburzenia lipidowe, nadciśnienie tętnicze, cukrzycę, niedoczynność i nadczynność tarczycy. 3670 pacjentów otrzymało kartę DILO. Problemem jest fakt, że z ponad 65 000 (grypa, pneumokoki, półpasiec, RSV) wystawionych w ramach Indywidualnego Planu Opieki Medycznej recept na szczepienia aż 22 480 nie zostało zrealizowanych. W ankiecie wstępnej do programu prawie 30 % podało, że ma objawy obniżonego nastroju lub utratę zainteresowania codziennymi aktywnościami, a aż 40 % odczuwa przewlekłe zmęczenie i problemy ze snem.

Wykonano prawie 600 000 badań anty HCV, 185 000 liporoteiny oraz prawie 76 000 testów FIT OC.

Wielu pacjentów wymaga dalszego leczenia w ramach podstawowej opieki zdrowotnej, a część trafia do opieki koordynowanej, gdzie możliwe są konsultacje ze specjalistami. Pozostałe osoby otrzymują skierowania do dalszej diagnostyki lub leczenia w AOS.  Najczęściej wystawiano skierowania na kolonoskopię, USG brzucha, gastroskopię, USG tarczycy i RTG klatki piersiowej.

Sukces programu to przede wszystkim efekt ogromnego zaangażowania zespołów POZ. Lekarze, pielęgniarki, położne, koordynatorzy, profilaktycy, a także pracownicy rejestracji i administracji łączyli działania profilaktyczne z bieżącą opieką nad pacjentami, co w praktyce przełożyło się na lepsze rozpoznawanie potrzeb zdrowotnych, większą dostępność badań i wzrost świadomości pacjentów w zakresie zdrowia i działań sprzyjających jego utrzymaniu – podkreśla Profesor Agnieszka Mastalerz – Migas, Konsultant Krajowa w dziedzinie medycyny rodzinnej.

Co można zrobić lepiej?

Pacjenci i eksperci są zgodni, że nie ma sensu wykonywać badań na przykład poziomu glukozy na czczo u osób chorujących na cukrzycę czy anty HCV u osób, które przeszły to zakażenie – zamiast tego zasadne jest wprowadzenie nowoczesnych badań diagnostycznych, które aktualnie są dostępne jedynie dla pacjentów objętych opieka koordynowaną. „Mamy NT-proBNP, który wiemy, z czym się wiąże, jak możemy monitorować tego pacjenta i jakie mamy ryzyko zgonu. W Polsce jedną z najbardziej kosztownych jednostek leczenia są pacjenci z niewydolnością serca, więc dodanie tego badania mogłoby program jeszcze wzmocnić – mówiła prof. Agnieszka Pawlak z Państwowego Instytutu Medycznego MSWiA. Wskazywane jest także badanie UACR, które jest zalecane do wykonania u osób chorujących na cukrzycę oraz nadciśnienie tętnicze jako kluczowe badanie diagnostyczne wykrywające wcześnie przewlekłą niewydolność nerek. Istnieje silny związek pomiędzy przewlekłą chorobą nerek, cukrzycą, chorobami układu sercowo-naczyniowego oraz zaburzeniami metabolicznymi.  

Szacuje się, że cukrzyca typu 2 i nadciśnienie tętnicze stanowią przyczynę 80% przypadków niewydolności nerek. Aby pakiet badań mógł być bardziej zindywidualizowany niezbędne jest wdrożenie narzędzi cyfrowych, które to umożliwią, co podkreśla dr Tomasz Zieliński, wiceprezes Porozumienia Zielonogórskiego. Joanna Kazana, wicedyrektorka Onkofundacji Alivia apeluje o umożliwienie lekarzom POZ dostępu/wglądu w informacje czy pacjent wykonuje badania profilaktyczne poza POZ (typu mammografia czy test HPV HR) oraz o zbieranie przez system większej ilości kompletnych danych z tego typu programów by móc badać ich dokładny wymiar w zakresie dalszej ścieżki pacjenta, już poza POZ.   

Program MOJE ZDROWIE po roku – liczby – dane Centrum e-Zdrowia: 

 
– 3 739 583 osoby wypełniło ankietę
– 95 proc. ankiet zostało podjętych przez placówki POZ
– lekarze zlecili 61,2 proc. badań podstawowych oraz 38,8 proc. badań rozszerzonych
– najwięcej ankiet wypełniono w województwie mazowieckim, a najmniej w lubuskim i opolskim
– prawie 62 proc. ankiet wypełniły kobiety
– co piąta osoba, która wypełniła ankietę, ma 30-39 lat, a prawie co piąta 40-49.  
– 53 proc. pacjentów wybrało tradycyjny sposób zapisów w przychodni POZ, 26 proc. osób skorzystało z IKP, a 21 proc. z aplikacji moje IKP

Ocena satysfakcji

Fundacja My Pacjenci przeprowadziła sondę internetową oceny satysfakcji odbiorców programu Moje Zdrowie. Badanie pokazuje, że uczestnicy programu „Moje Zdrowie” generalnie pozytywnie oceniają udział w programie, szczególnie w zakresie prostoty procesu, możliwości wykonania badań profilaktycznych oraz omówienia wyników z personelem medycznym. Najwyżej oceniono proces wypełniania ankiety (NPS 58,34) oraz wizyty omawiające wyniki badań (NPS 48,15). Uczestnicy doceniali przede wszystkim możliwość wykonania badań bez konieczności wcześniejszej wizyty lekarskiej, dostępność profilaktyki oraz szansę na kontrolę stanu zdrowia.  „Badanie pokazuje, że program ma potencjał do wzmacniania postaw prozdrowotnych i budowania większej świadomości zdrowotnej. Pacjenci często wskazywali, że udział w programie był impulsem do wykonania badań, których wcześniej nie realizowali oraz pozwolił im lepiej zrozumieć własny stan zdrowia” – komentuje Magdalena Kołodziej, Prezes Fundacji My Pacjenci.

Źródło: inf pras

Choć zawód lekarza nadal znajduje się w czołówce najbardziej prestiżowych profesji w Polsce, sami medycy coraz częściej mają poczucie spadku społecznego uznania. Z „Ogólnopolskiego badania dobrostanu lekarek i lekarzy” wynika, że aż 42 proc. lekarzy uważa, iż prestiż ich zawodu zmalał w ostatnich latach. Eksperci wskazują, że wpływają na to m.in. podważanie kompetencji medycznych, roszczeniowe postawy pacjentów, agresja oraz rosnąca presja związana z pracą w ochronie zdrowia.
W rankingach prestiżu zawodów profesja lekarza nadal znajduje się w czołówce. W badaniu przeprowadzonym przez SW Research z 2025 roku lekarze uplasowali się na 5. miejscu w zestawieniu najbardziej cenionych zawodów wśród Polaków. Medyków wyprzedzili jedynie strażacy, ratownicy medyczni, piloci samolotów pasażerskich oraz pielęgniarki.

Dane te wyraźnie wskazują, że najbardziej cenimy profesje, które wiążą się z odpowiedzialnością, misją i wymagają wysokich kompetencji. Jednocześnie wyniki badania zainicjowanego przez PolpharmaDlaCiebie.pl, przeprowadzonego wśród lekarzy pokazują inną perspektywę – opartą na codziennych doświadczeniach zawodowych. Okazuje się, że aż 4 na 10 medyków czuje, że prestiż ich zawodu spadł w ostatnim czasie. Jak wskazują eksperci, wynika to nie z ogólnej zmiany stosunku społeczeństwa do zawodu lekarza, ale powtarzających się indywidualnych sytuacji, z którymi medycy spotykają się w pracy. Wśród nich pojawiają się m.in. podważanie kompetencji lekarskich, porównywanie diagnoz z informacjami znalezionymi w internecie, roszczeniowe postawy pacjentów, a nawet naruszenia nietykalności w pracy.

Autorytet zawodu w ocenie różnych grup lekarzy

Wyniki badania pokazują, że odczucia dotyczące prestiżu różnią się w zależności od wieku, płci i miejsca pracy. Najstarsi przebadani lekarze, powyżej 60. roku życia, najmocniej odczuwają obniżkę społecznego uznania – 56% z nich uważa, że zmieniło się ono na gorsze (tymczasem w grupie medyków do 39. roku życia sądzi tak 40% badanych). Starsi, bardziej doświadczeni lekarze dysponują szeroką skalą porównawczą wynikającą z długoletniej pracy, pamiętają także realia pracy sprzed ery mediów społecznościowych.

Wśród osób oceniających zmianę prestiżu negatywnie częściej znajdują się lekarki niż lekarze (47% wobec 35%). Różnice te mogą mieć związek z częściej zgłaszanym przez kobiety poczuciem zagrożenia w pracy ze strony pacjentów. Dodatkowo, spadek prestiżu zawodu najbardziej widoczny jest w ocenie medyków pracujących w podstawowej opiece zdrowotnej (POZ), a ponadto aż

53% z nich obawia się agresywnych reakcji swoich pacjentów.

Informacja o tym, że aż 42% lekarzy uważa, że prestiż ich zawodu spadł, jest dla mnie szczególnie trudna. To nie jest tylko wrażenie – tę zmianę widać zarówno w badaniu, ale też w rozmowach czy w przekazie medialnym. Przez lata zaufanie i wiedza budowały autorytet lekarza, a dziś ten fundament jest coraz częściej podważany. Jako medycy doświadczamy też agresji, zarówno werbalnej jak i fizycznej oraz rosnącej presji oczekiwań związanych z natychmiastową dostępnością. Wyzwaniem staje się dziś odbudowanie zaufania i autorytetu zawodu w rzeczywistości, w której medycyna oparta na faktach bywa kwestionowana, a relacja lekarz–pacjent coraz częściej obciążona jest napięciemmówi prof. dr hab. Artur Mamcarz, Kierownik III Kliniki Chorób Wewnętrznych i Kardiologii Wydziału Lekarskiego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Społeczne uznanie vs. sens i motywacja do pracy

Mimo poczucia spadku autorytetu, większość lekarzy pozostaje silnie związana ze swoim zawodem i nie traci motywacji do pracy. Dane pokazują, że tylko 13% badanych rozważa wyjazd z Polski, a zaledwie 1% aktywnie realizuje ten plan. Co więcej, aż 88% lekarzy zadeklarowało, że ponownie wybrałoby ten zawód, gdyby miało taką możliwość. To silny sygnał, że poczucie misji i sensu pracy wciąż przeważa nad frustracjami wynikającymi z pogarszającego się wizerunku społecznego.

Dla mojego pokolenia lekarzy satysfakcja z życia i pracy coraz rzadziej wynika z zewnętrznego prestiżu czy społecznych deklaracji. Czerpiemy ją przede wszystkim z poczucia sensu, rozwoju i realnego wpływu na zdrowie pacjentów – nawet jeśli na co dzień mierzymy się z krytyką, presją czasu czy podważaniem kompetencji. Mimo trudnych doświadczeń, wielu z nas nadal świadomie wybiera medycynę jako drogę zawodową, bo to zawód, który daje głębokie poczucie misji dodaje dr hab. n. med. Daniel Śliż, III Klinika Chorób Wewnętrznych i Kardiologii, Warszawski Uniwersytet Medyczny, Adiunkt.

Pełną wersję raportu „Ogólnopolskie badanie dobrostanu lekarek i lekarzy”, który powstał w ramach kampanii „Specjalizacja: dobrostan lekarzy” można znaleźć na stronie: https://polpharma.pl/materialy-do-pobrania/#!dobrostan-lekarzy

Źródło: Raport „Jak się dziś czujesz? Ogólnopolskie badanie dobrostanu lekarek i lekarzy” na zlecenie serwisu dla lekarzy PolpharmaDlaCiebie.pl

Pacjent z niewydolnością serca trafia do szpitala, jest skutecznie leczony, po czym wraca do domu bez zapewnionej dalszej opieki. W tym czasie system wydaje ponad 90 proc. środków właśnie na hospitalizacje, zamiast na leczenie ambulatoryjne i monitorowanie choroby. Eksperci nie mają wątpliwości: to model, który generuje kolejne zaostrzenia i kolejne przyjęcia do szpitala. Podczas posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Kardiologii wskazano wprost – rozwiązania są znane, ale nadal nie są wdrażane.
Eksperci uczestniczący w posiedzeniu byli zgodni, że dalsze utrzymywanie obecnego modelu będzie pogłębiało zarówno obciążenie kliniczne, jak i ekonomiczne. W centrum rozmowy znalazły się więc nie tylko dane o skali niewydolności serca, ale także pytanie, dlaczego pacjent nadal trafia do systemu zbyt późno, a po hospitalizacji zbyt często nie otrzymuje opieki adekwatnej do ryzyka zaostrzenia choroby.

Rosnąca skala problemu i kosztów

Dane Narodowego Funduszu Zdrowia nie pozostawiają wątpliwości co do skali problemu niewydolności serca w Polsce. Jak zaznaczył Anatol Gołąb, główny specjalista w Departamencie Analiz, Monitorowania Jakości i Optymalizacji Świadczeń Narodowego Funduszu Zdrowia, „liczba pacjentów z niewydolnością serca w Polsce systematycznie rośnie. Widzimy to konsekwentnie od 2016 roku, niezależnie od poziomu opieki”, a po okresie pandemii system wrócił do trendu wzrostowego również w lecznictwie szpitalnym. Jednocześnie struktura kosztów pozostaje niezmienna: „około 90% wydatków związanych z leczeniem niewydolności serca przypada na lecznictwo szpitalne”, podczas gdy opieka ambulatoryjna i POZ generują jedynie marginalną część kosztów.

Ten obraz potwierdzała prof. Agnieszka Pawlak, zastępca Kierownika Kliniki Kardiologii, Kierownik Pododdziału Niewydolności Serca i Transplantologii PIM MSWiA, która zwróciła uwagę, że mimo skutecznego leczenia w warunkach szpitalnych system nie potrafi utrzymać efektów terapii. „Pacjent z niewydolnością serca jest skutecznie leczony w warunkach szpitalnych – to leczenie ratuje życie. Problem polega jednak na tym, że ten efekt często zostaje później zaprzepaszczony, ponieważ brakuje ciągłości opieki po wypisie. To właśnie ten moment jest najsłabszym ogniwem całego systemu” – mówiła.

Skala obciążenia jest ogromna. „W 2024 roku było to około 660 tysięcy osób hospitalizowanych z powodu niewydolności serca” – przypomniała prof. Pawlak, dodając, że rosnąca liczba świadczeń przekłada się bezpośrednio na wzrost kosztów systemowych. Jednocześnie wiadomo, że znaczną część hospitalizacji można byłoby uniknąć. „Znaczna część hospitalizacji wynika z zaostrzeń choroby, często związanych z retencją płynów, którym można by zapobiec poprzez skuteczne monitorowanie i leczenie ambulatoryjne”.

Na złożoność tych zaostrzeń zwracała uwagę także prof. Renata Główczyńska, konsultant wojewódzka w dziedzinie intensywnej terapii, podkreślając, że niewydolność serca nie jest jednorodnym schorzeniem. „Jednym z podstawowych mitów jest przekonanie, że niewydolność serca to wyłącznie problem lewej komory. Tymczasem musimy pamiętać o niewydolności prawokomorowej, nadciśnieniu płucnym czy ciężkich wadach zastawkowych, które istotnie pogarszają rokowanie i zwiększają ryzyko hospitalizacji”.

Luka po wypisie: krytyczne 14 dni dla pacjenta z niewydolnością serca

Najbardziej krytyczny moment w ścieżce pacjenta to okres bezpośrednio po hospitalizacji. Prof. Jadwiga Nessler, kierownik Oddziału Klinicznego Choroby Wieńcowej i Niewydolności Serca Krakowskiego Szpitala Specjalistycznego im. św. Jana Pawła II, nie pozostawiła tu miejsca na wątpliwości: „Pacjent wypisywany ze szpitala trafia w lukę systemową, bo nie ma zapewnionej ciągłości opieki. Efekt jest taki, że nawet 50 proc. chorych wraca do szpitala w ciągu 30 dni, a część z nich w tym czasie umiera”.

Kluczowym elementem, który w tej dyskusji powracał wielokrotnie, była potrzeba zapewnienia pacjentowi realnej kontroli w krótkim czasie po wypisie ze szpitala – najlepiej w ciągu 14 dni.  Prof. Pawlak mówiła wprost: „Pacjent wychodzący ze szpitala powinien dostać wizytę w 14. dniu (…) Na razie ciągle rozmawiamy o tym, że coś będzie, że coś powstanie, że coś się wdroży. Tymczasem pacjenci nam umierają”.

Podobnie senator Gorgoń-Komor zwracała uwagę, że bez realnej dostępności do opieki ambulatoryjnej system pozostaje niewydolny organizacyjnie. „Nie możemy powiedzieć pacjentowi: proszę czekać w kolejce. Co ma zrobić, jeśli w tym czasie się zaostrzy? Ma jechać na SOR? Gdzie on ma być w systemie?” – pytała, wskazując, że brak szybkiej wizyty kontrolnej oznacza w praktyce powrót do hospitalizacji.

Od „gaszenia pożarów” do zarządzania chorobą

Wielu ekspertów podkreślało, że obecny model opieki nad pacjentem z niewydolnością serca ma charakter reaktywny. Prof. Paweł Rubiś, Przewodniczący Asocjacji Niewydolności Serca PTK, trafnie opisał tę sytuację jako „model gaszenia pożarów”, w którym pacjent trafia do szpitala dopiero w momencie zaostrzenia, a wcześniej nie jest objęty odpowiednim nadzorem.

„Choć hospitalizacje stanowią około jednej czwartej świadczeń, generują aż 90 proc. kosztów leczenia niewydolności serca” – zaznaczył, wskazując jednocześnie, że kluczowe jest przesunięcie ciężaru opieki na wcześniejsze etapy choroby. Jednym z proponowanych rozwiązań są oddziały jednodniowe i szybkie interwencje ambulatoryjne. „Pacjent przychodzi rano, jest szybko oceniany, otrzymuje leczenie – najczęściej diuretyczne – i wraca do domu tego samego dnia. To realna alternatywa dla hospitalizacji”.

Jak podkreślała prof. Pawlak, „możemy przejść od modelu reaktywnego – czyli leczenia zaostrzeń w szpitalu – do modelu proaktywnego, opartego na wczesnym wykrywaniu pogorszenia i interwencji w warunkach domowych”.

Koordynacja i cyfryzacja: rozwiązania są znane

Po stronie Ministerstwa Zdrowia odpowiedzią na te wyzwania ma być Krajowa Sieć Kardiologiczna oraz rozwój narzędzi cyfrowych. Piotr Czerwonka, naczelnik Wydziału Narodowego Programu Chorób Układu Krążenia w Departamencie Opieki Koordynowanej Ministerstwa Zdrowia, podkreślał, że celem jest „prowadzenie pacjenta w sposób zaplanowany i ciągły, a nie tylko w momentach zaostrzenia choroby”, a kluczową rolę mają odegrać koordynatorzy opieki.

Istotnym elementem systemu ma być elektroniczna karta opieki kardiologicznej (EKOK), której obligatoryjne wdrożenie planowane jest na 2028 rok, choć – jak zaznaczył Czerwonka – już teraz trwają prace pilotażowe i szkoleniowe. „Mam nadzieję, że jeszcze po wakacjach będziemy mogli pokazać pierwsze efekty tych prac” – deklarował.

Równolegle rozwijana jest platforma domowej opieki medycznej. „Informacje będą automatycznie zaciągane do systemu. Lekarz i koordynator będą je widzieli, a docelowo pojawią się także powiadomienia związane ze zmianami parametrów, takich jak masa ciała czy ciśnienie” – mówił przedstawiciel MZ.

Jednak w dyskusji wyraźnie wybrzmiała potrzeba doprecyzowania, jak nowe rozwiązania – zwłaszcza w obszarze innowacji i wyrobów medycznych – będą w praktyce włączane do systemu opieki nad pacjentem.
 
Pacjent w systemie: nadal zagubiony

W centrum tej dyskusji pozostaje pacjent – i to, co dzieje się z nim po zakończeniu leczenia szpitalnego. Jak mówi Tomasz Łaszcz, koordynator Sekcji Niewydolności Serca Fundacji TO SIĘ LECZY, „pacjent jest dziś chory, dziś musi być leczony i dziś bardzo często jest zagubiony w systemie, który go po prostu gubi”, co dobrze oddaje doświadczenie wielu chorych pozostawionych po wypisie bez realnego wsparcia.

Najbardziej widocznym problemem jest dostęp do dalszej opieki. „Jeżeli po hospitalizacji pacjent ma czekać pół roku na wizytę u kardiologa, to znaczy, że ten system po prostu nie działa” – podkreśla Łaszcz, wskazując, że ścieżka leczenia powinna być zaplanowana już na etapie wypisu ze szpitala, tak aby pacjent miał zapewnioną ciągłość opieki i konkretne terminy kolejnych wizyt.

Problem ten ma również wymiar systemowy. Jak wskazuje prof. Marek Gierlotka, prezes Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego, udział ambulatoryjnej opieki specjalistycznej w leczeniu pacjentów z niewydolnością serca pozostaje niewystarczający, a sama choroba często rozpoznawana jest dopiero w warunkach szpitalnych. „Jeżeli pacjent z podejrzeniem niewydolności serca chciałby zapisać się planowo do kardiologa, to realnie musi liczyć się z czasem oczekiwania rzędu 100–200 dni, a w niektórych regionach nawet blisko 300 dni”.

Jak dodaje, przeciętny pacjent trafia do ambulatoryjnej opieki specjalistycznej zaledwie około dwóch razy, co rodzi pytanie o realną możliwość prowadzenia skutecznej kontroli choroby.

Do tego dochodzi wymiar psychologiczny choroby. „Pacjenci po rozpoznaniu niewydolności serca bardzo często są przerażeni. Ta diagnoza dla wielu z nich brzmi niemal jak diagnoza onkologiczna”, co przekłada się na dezorientację i trudności w podejmowaniu decyzji dotyczących leczenia.

Na znaczenie prostych rozwiązań organizacyjnych zwraca uwagę także Marek Kustosz z Fundacji TO SIĘ LECZY: „Koordynacja nie musi być od razu czymś bardzo kosztownym, a może rozwiązać ogromną część problemów. Ważne jest też, żeby taka pomoc pojawiała się jak najwcześniej, a nie dopiero wtedy, gdy pacjent już zdąży się zgubić w systemie”.

Jednocześnie w systemie istnieją zasoby, które mogłyby odciążyć lekarzy i poprawić ciągłość opieki. Jak podkreśla dr Ewa Molka, wiceprezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych, „pielęgniarki od lat mają kompetencje do ordynowania leków, kierowania na badania i prowadzenia części procesu diagnostyczno-terapeutycznego. System jednak nie wykorzystuje tego potencjału”.

Model opieki – jak zaznacza – powinien zakładać większe włączenie pielęgniarek w prowadzenie stabilnych pacjentów. „Część wizyt w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej to wizyty kontrolne, które mogłyby być prowadzone przez pielęgniarki. Szacunkowo nawet 15% tych świadczeń można byłoby w ten sposób odciążyć lekarzy”.

Dyskusja pokazała również niespójność w zakresie opieki koordynowanej. Jak wskazywano, obejmuje ona obecnie około połowy placówek podstawowej opieki zdrowotnej – według różnych szacunków około 51% – co oznacza, że znaczna część pacjentów nadal pozostaje poza tym modelem.

Ekonomia i rynek pracy: rosnące konsekwencje

Konsekwencje niewydolności serca wyraźnie widać również poza systemem ochrony zdrowia. Dane ZUS pokazują rosnące obciążenie dla gospodarki. Jak wskazał dr Piotr Winciunas, naczelny lekarz ZUS, „liczba dni absencji chorobowej spowodowanej niewydolnością serca wzrosła z 617 tysięcy dni w 2020 roku do 768 tysięcy w roku ubiegłym”, a liczba pacjentów objętych zwolnieniami wzrosła z 11 do 16 tysięcy.

Jednocześnie pojawia się pewien pozytywny sygnał: „liczba osób przechodzących na rentę spadła – z około 14 tysięcy do 12,3 tysiąca”, co może świadczyć o skuteczniejszym leczeniu. Nie zmienia to jednak faktu, że koszty systemowe rosną – z 304 mln zł w 2020 roku do 466 mln zł obecnie.

System, który trzeba zmierzyć

Bez mierzenia efektów leczenia nie da się mówić o realnej zmianie systemu ochrony zdrowia. Jak podkreśla dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia oraz dziekan Centrum Kształcenia Podyplomowego Uczelni Łazarskiego, bez jasno określonych wskaźników klinicznych reformy pozostają jedynie deklaracjami. „Jeśli wprowadzamy ścieżkę pacjenta, to musimy równocześnie jasno zdefiniować parametry kliniczne (…) Bez tego my się po prostu oszukujemy”.

Ten sam problem dotyczy nowych programów zdrowotnych. Odnosząc się do programu „Moje Zdrowie”, zwraca uwagę, że brak obowiązku raportowania efektów uniemożliwia realną ocenę jego skuteczności. „To będzie kolejna wielka inwestycja, która być może przyniesie zwrot, ale my nie będziemy umieli powiedzieć, jaki to jest zwrot”.

W szerszym ujęciu dobrze zorganizowana opieka zdrowotna powinna – jak wskazuje – opierać się na trzech filarach: „kompleksowości, koordynacji i orientacji na wynik leczenia”. Tymczasem w praktyce system wciąż koncentruje się na zarządzaniu zasobami, a nie na osiąganych efektach zdrowotnych. „Dziś zbyt często organizujemy system nie po to, by osiągać najlepsze efekty zdrowotne, ale by efektywnie zarządzać zasobami”.

W przypadku niewydolności serca te proporcje są szczególnie wyraźne. „W Europie hospitalizacje generują średnio około 65% kosztów leczenia niewydolności serca. W Polsce jest to ponad 95%. To jest jeden z najważniejszych wskaźników, który powinniśmy monitorować, bo pokazuje, czy system się zmienia”. Jeśli jego udział nie spada, oznacza to, że wprowadzane rozwiązania nie przekładają się na rzeczywistą poprawę funkcjonowania systemu.

Zmiana wymaga nie tylko nowych narzędzi, ale także innego podejścia do finansowania opieki. „Nie powinniśmy finansować pojedynczych procedur, tylko całe plany opieki. To jest fundament nowoczesnych systemów ochrony zdrowia”. Jak podkreśla, Polska ma już doświadczenia pokazujące, że taki model może działać. „Mamy własny przykład – KOS-zawał. To dowód, że w Polsce można stworzyć skuteczny, zintegrowany model opieki, który przynosi realne efekty zdrowotne i ekonomiczne”.

Punkt krytyczny: decyzje zamiast dyskusji

Cała dyskusja prowadzi do jednego wniosku: problem niewydolności serca nie polega już na braku wiedzy czy narzędzi, ale na braku zdecydowanych działań. Jak podsumowała senator Gorgoń-Komor,to już nie jest czas na dyskusję, tylko na podejmowanie decyzji”.

Eksperci są zgodni, że model hospitalocentryczny jest nie do utrzymania – zarówno klinicznie, jak i ekonomicznie. System musi przejść w stronę zintegrowanej opieki ambulatoryjnej, aktywnego monitorowania pacjenta i realnej koordynacji leczenia. Pytanie, które pozostało po tym spotkaniu, nie dotyczy już tego, co należy zrobić, ale jak szybko państwo będzie w stanie to wdrożyć – i czy zdąży przed kolejną falą rosnącej liczby pacjentów.
 
Materiał redakcyjny opracowany na podstawie wypowiedzi uczestników posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Kardiologii, które odbyło się 17 kwietnia 2026 r. w Senacie RP
14 kwietnia wchodzą w życie zmiany w rozporządzeniu Ministra Zdrowia dotyczące składu zestawu przeciwwstrząsowego w placówkach ambulatoryjnych. Choć aktualizacja wykazu leków jest oceniana pozytywnie, nowe obowiązki, zwłaszcza dotyczące zapewnienia dostępu do tlenu, rodzą pytania o ich realne wdrożenie w codziennej praktyce POZ.
Rozporządzenie modyfikuje dotychczasowy skład zestawu przeciwwstrząsowego i różnicuje jego zakres w zależności od rodzaju udzielanych świadczeń. Oznacza to, że placówki ambulatoryjne muszą zweryfikować swoje wyposażenie i dostosować je do nowych wymogów.

– Pozytywnie oceniamy fakt, że z wykazu usunięto część preparatów, których obecność w ambulatoryjnych placówkach od dawna budziła wątpliwości praktyczne i organizacyjne. To krok w stronę lepszego dostosowania przepisów do realiów codziennej praktyki świadczeniodawców – mówi Wojciech Pacholicki, specjalista medycyny rodzinnej, wiceprezes Federacji Porozumienie Zielonogórskie.

Jak zaznacza Federacja, nowelizacja wprowadza jednak również nowe obowiązki związane z zapewnieniem określonych produktów leczniczych i wyrobów medycznych zależnie od miejsca oraz charakteru udzielanych świadczeń. Dla wielu placówek oznacza to konieczność szybkiego przeorganizowania części zaplecza technicznego i organizacyjnego.

Kontrowersję budzi obowiązek zapewnienia tlenu

W praktyce największe wątpliwości dotyczą obowiązku zapewnienia dostępu do tlenu. Trzeba pamiętać, że to nie tylko zakup samej butli.

– Trzeba jeszcze zapewnić prawidłowe przechowywanie, serwisowanie i bieżącą obsługę. W wielu przypadkach dochodzą do tego bardzo przyziemne, ale realne problemy organizacyjne. Są placówki, do których zwyczajnie nie ma możliwości technicznego dowozu butli przez specjalistyczny transport obsługujący gazy medyczne. I to są kwestie, które trzeba brać pod uwagę przy tworzeniu takich przepisów – przekonuje wiceprezes.

Przepisy trzeba oceniać także przez pryzmat praktyki

Federacja podkreśla, że bezpieczeństwo pacjentów pozostaje bezdyskusyjnym priorytetem. Jednocześnie każda zmiana organizacyjna w ochronie zdrowia powinna uwzględniać realne warunki, w jakich funkcjonują placówki. Nie wszystkie poradnie działają w nowoczesnych, dużych budynkach z pełnym zapleczem technicznym. Wiele z nich funkcjonuje w lokalizacjach, gdzie każda dodatkowa zmiana organizacyjna oznacza konieczność rozwiązania szeregu praktycznych problemów logistycznych.

Dlatego środowisko POZ zwraca uwagę, że przy wdrażaniu nowych obowiązków równie ważny jak sam cel regulacji jest sposób ich wprowadzania oraz uwzględnienie realiów codziennej pracy świadczeniodawców. Dobrze zaprojektowane przepisy to nie tylko właściwe założenia, ale także możliwość ich praktycznego wdrożenia w różnych warunkach organizacyjnych i lokalowych.

Nowelizacja przepisów porządkuje skład zestawów przeciwwstrząsowych i dostosowuje je do rodzaju udzielanych świadczeń, co środowisko lekarzy ocenia jako krok w dobrym kierunku. Jednocześnie wprowadza nowe wymagania organizacyjne, które dla wielu placówek mogą okazać się trudne do spełnienia. Największe kontrowersje budzi obowiązek zapewnienia tlenu, wiążący się nie tylko z zakupem, ale także z logistyką, przechowywaniem i serwisowaniem. Eksperci podkreślają, że bezpieczeństwo pacjentów musi iść w parze z realnymi możliwościami organizacyjnymi placówek.

Opieka koordynowana w podstawowej opiece zdrowotnej miała być odpowiedzią na jeden z najbardziej trwałych problemów polskiego systemu ochrony zdrowia: rozproszenie diagnostyki, długie ścieżki pacjenta z chorobą przewlekłą i zbyt słabe wykorzystanie potencjału lekarza rodzinnego. Po ponad trzech latach od uruchomienia modelu widać, że rozwiązanie przestało być jedynie projektem organizacyjnym, a stało się istotnym elementem funkcjonowania POZ. Jednocześnie dyskusja nad jego dalszym rozwojem coraz wyraźniej przesuwa się z pytania, czy ten kierunek ma sens, na pytanie, jak mierzyć jego efekty, jak wyrównywać dostęp i jak nie dopuścić do utrwalenia systemu podstawowej opieki zdrowotnej o dwóch prędkościach.

Model został uruchomiony formalnie jesienią 2022 roku i od początku był adresowany do pacjentów przewlekle chorych. Jak przypominał podczas posiedzenia Komisji Zdrowia Tomasz Maciejewski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia, „Opieka koordynowana w podstawowej opiece zdrowotnej została wprowadzona do systemu ochrony zdrowia rozporządzeniem ministra zdrowia z 15 września 2022 roku. Od 1 października 2022 r. świadczeniodawcy POZ mogą udzielać świadczeń pacjentom przewlekle chorym w nowym modelu opieki koordynowanej”. Istotą tego rozwiązania jest dobrowolność po stronie placówki, ale także brak konieczności uzyskiwania skierowania przez pacjenta. To lekarz POZ staje się punktem wejścia do bardziej uporządkowanej ścieżki diagnostyczno-terapeutycznej, a sama przychodnia może rozszerzyć swoją ofertę dzięki odpowiedniej zmianie umowy z NFZ.

Nie był to model tworzony od zera. Ministerstwo podkreśla, że oparto go na doświadczeniach pilotażu POZ+, prowadzonego w latach 2018–2021. To właśnie z tego etapu wynikał wybór grup chorób, które miały zostać objęte koordynacją w pierwszej kolejności. W praktyce chodzi o schorzenia najczęstsze, obciążające populacyjnie i jednocześnie takie, które przy odpowiednim zapleczu diagnostycznym mogą być skutecznie prowadzone na poziomie podstawowej opieki zdrowotnej. Do tego katalogu włączono m.in. nadciśnienie tętnicze, chorobę niedokrwienną serca, niewydolność serca, migotanie przedsionków, cukrzycę, astmę, przewlekłą obturacyjną chorobę płuc, niedoczynność tarczycy i guzki tarczycy. To nie przypadek, ale konsekwencja założenia, że koordynacja ma najpierw objąć te obszary, w których skala potrzeb jest największa, a korzyści z szybszej diagnostyki i lepszej kontroli choroby mogą być najbardziej odczuwalne.

Więcej badań, konsultacji i plan leczenia zamiast rozproszonej ścieżki

Najważniejsza zmiana w stosunku do tradycyjnego modelu POZ polega na tym, że lekarz rodzinny nie zostaje sam z pacjentem i ograniczonym koszykiem badań. W opiece koordynowanej zyskuje dostęp do szerszego katalogu diagnostyki oraz możliwość konsultowania chorego ze specjalistą, także zdalnie. W założeniu ma to skracać czas od podejrzenia problemu do ustalenia rozpoznania i terapii. Tomasz Maciejewski podkreślał, że „Wprowadzenie opieki koordynowanej oraz finansowanie jej w formie budżetu powierzonego miało na celu zwiększenie dostępności do badań diagnostycznych i konsultacji specjalistycznych w takich dziedzinach jak kardiologia, diabetologia, pulmonologia, alergologia, endokrynologia czy nefrologia. Nowym rozwiązaniem jest również możliwość konsultowania stanu zdrowia pacjenta przez lekarza POZ z lekarzem specjalistą”.

Drugim filarem modelu jest indywidualny plan opieki medycznej. W teorii nie chodzi więc wyłącznie o zlecenie kilku dodatkowych badań, lecz o zorganizowanie wokół pacjenta bardziej przewidywalnej ścieżki postępowania. Lekarz prowadzi pogłębiony wywiad, interpretuje wyniki, ustala plan leczenia, a koordynator organizuje terminy badań, porad i konsultacji oraz pozostaje w kontakcie z osobami uczestniczącymi w procesie leczenia. Taki model ma szczególne znaczenie w chorobach przewlekłych, gdzie jakość opieki nie zależy od pojedynczej wizyty, ale od ciągłości nadzoru, regularności kontroli i edukacji chorego. Ministerstwo akcentuje także rolę wzmacniania samoopieki pacjenta oraz pełniejszego wykorzystania kompetencji lekarzy rodzinnych, którzy w klasycznym modelu często pełnili bardziej funkcję kierującą niż rzeczywiście koordynującą.

Na poziomie deklaracji cele są więc ambitne: skrócenie czasu oczekiwania na badania i konsultacje, lepsza kontrola chorób przewlekłych, ograniczenie niepotrzebnych skierowań, poprawa przepływu informacji oraz rozwój edukacji zdrowotnej. Pytanie, które coraz mocniej wybrzmiewa po kilku latach działania systemu, nie dotyczy już samej logiki tego rozwiązania, ale tego, jak te cele przekładają się na wskaźniki i codzienną praktykę.

Skala rośnie, ale wraz z nią rośnie też pytanie o nierówności

Z danych przedstawionych przez Ministerstwo Zdrowia wynika, że opieka koordynowana przestała być rozwiązaniem niszowym. Tomasz Maciejewski wskazywał, że „obecnie ponad 50 proc. placówek podstawowej opieki zdrowotnej obejmuje pacjentów tym modelem opieki. Co więcej, w około 70 proc. tych przychodni funkcjonują już co najmniej trzy ścieżki opieki koordynowanej”. W samym 2025 roku zrealizowano około 11,5 mln porad i konsultacji specjalistycznych w ramach tego modelu, a finansowanie, które początkowo wynosiło około 223 mln zł, wzrosło do blisko 1,5 mld zł w całym okresie funkcjonowania programu, z czego około 690 mln zł przypadło na sam 2025 rok.

To liczby, które pokazują realne wejście opieki koordynowanej do systemu. Równocześnie jednak skala wdrożenia pozostaje mocno zróżnicowana regionalnie. W jednych województwach liczba placówek realizujących opiekę koordynowaną jest wysoka, w innych wyraźnie niższa. Prof. Agnieszka Mastalerz-Migas, konsultant krajowa w dziedzinie medycyny rodzinnej, nie pozostawiała tu wątpliwości co do przyczyn. „Skala wdrażania opieki koordynowanej jest jednak bardzo zróżnicowana regionalnie. W dużej mierze wynika to z dostępności specjalistów, ponieważ przychodnie POZ muszą mieć podpisane umowy z lekarzami specjalistami, aby móc realizować ten model opieki. W niektórych częściach kraju jest to znacznie trudniejsze, dlatego mniej placówek decyduje się na wdrożenie koordynacji”.

To właśnie w tym miejscu pojawia się najpoważniejsza bariera. Skoro model daje szerszy dostęp do badań i szybszej ścieżki diagnostycznej, to pacjent zapisany do placówki realizującej opiekę koordynowaną ma istotnie inne możliwości niż pacjent przypisany do POZ, który z różnych przyczyn do tego modelu nie wszedł. Magdalena Kołodziej z Fundacji My Pacjenci mówiła wprost o narastającej przepaści i o „POZ-ach dwóch prędkości”. Z perspektywy pacjenta nie jest to już wyłącznie kwestia organizacyjna, lecz realna różnica w dostępie do diagnostyki i tempa dalszego postępowania. Dlatego coraz ważniejsze staje się pytanie, czy państwo zamierza nadal rozwijać koordynację tylko poprzez zachęcanie kolejnych placówek do wejścia w model, czy również poprzez szersze udostępnienie części badań diagnostycznych wszystkim POZ-om, niezależnie od formalnego statusu.

Jak wskazała prof. Mastalerz-Migas, „Jedną z propozycji przyspieszenia rozwoju opieki koordynowanej jest zapewnienie wszystkim placówkom POZ dostępu do części badań diagnostycznych, które dziś funkcjonują w tym modelu. Dotyczy to przede wszystkim badań laboratoryjnych”. Przykładem może być wskaźnik UACR, przydatny we wczesnym wykrywaniu przewlekłej choroby nerek. Z punktu widzenia systemowego byłby to krok pośredni: nawet jeśli nie każda placówka od razu wdroży pełny model koordynacji, to przynajmniej część nierówności diagnostycznych mogłaby zostać ograniczona.

Korzyści są widoczne, ale twarda ewaluacja wciąż pozostaje niepełna

Najwięcej pytań podczas posiedzenia dotyczyło nie tego, ile placówek weszło do systemu, lecz
jakie są efekty kliniczne i organizacyjne tego rozwiązania. Posłowie i przedstawiciele strony społecznej pytali o czas oczekiwania na badania i wizyty, skalę ograniczenia skierowań do AOS, spadek hospitalizacji, wpływ na korzystanie z SOR-ów, satysfakcję pacjentów i faktyczne koszty opieki. To właśnie te pytania decydują o tym, czy opieka koordynowana będzie w kolejnych latach traktowana jako centralny element przebudowy systemu, czy raczej jako jedno z kilku punktowych narzędzi poprawiających funkcjonowanie POZ.

Maciej Karaszewski, dyrektor Departamentu Lecznictwa w Ministerstwie Zdrowia, zwracał uwagę, że „Ocena efektów opieki koordynowanej nie jest prosta, ponieważ populacja pacjentów z chorobami przewlekłymi nie jest jednorodna. Występuje w niej wielochorobowość, a sama populacja jest zmienna”. Dodatkową trudność stanowi fakt, że równolegle zmieniała się struktura i wycena świadczeń w AOS oraz leczeniu szpitalnym, co utrudnia prostą analizę porównawczą przed i po wdrożeniu modelu. To zastrzeżenie jest zasadne metodologicznie, ale nie zmienia faktu, że po kilku latach działania system potrzebuje coraz bardziej precyzyjnych odpowiedzi.

Ministerstwo przedstawiło jednak pewne sygnały, które można uznać za zachęcające. Jak mówił Maciej Karaszewski, „Z analiz prowadzonych przez Narodowy Fundusz Zdrowia wynika jednak kilka wyraźnych tendencji. W placówkach realizujących opiekę koordynowaną obserwujemy spadek liczby skierowań do ambulatoryjnej opieki specjalistycznej. Zmniejsza się także liczba skierowań pacjentów na szpitalne oddziały ratunkowe i do izb przyjęć”. Dodał także, że dziś około 1,5 mln pacjentów korzysta ze świadczeń w ramach opieki koordynowanej i że osoby objęte tym modelem szybciej uzyskują dostęp do badań diagnostycznych niż w standardowej ścieżce AOS.

To ważne informacje, ale na razie mają raczej charakter kierunkowy niż rozstrzygający. Potwierdzają sens modelu, lecz nie zamykają pytań o skalę oszczędności, wpływ na wyniki zdrowotne i różnice między poszczególnymi grupami pacjentów. W praktyce oznacza to, że kolejny etap rozwoju opieki koordynowanej będzie zależał nie tylko od dalszego finansowania i szkoleń, ale także od jakości analityki. Bez bardziej systematycznego monitorowania wskaźników trudno będzie przekonać sceptyczne placówki, że wejście do modelu rzeczywiście poprawia efektywność ich pracy i jakość opieki.

Rozszerzanie modelu: otyłość, układ ruchu, onkologia po leczeniu

Debata pokazała również, że opieka koordynowana weszła w etap, w którym naturalnie pojawia się presja na rozszerzanie jej zakresu. Dotyczy to zarówno nowych grup pacjentów, jak i większej integracji z innymi elementami systemu. Prof. Mastalerz-Migas wskazała, że wśród rozważanych kierunków rozwoju są pacjenci z dolegliwościami bólowymi układu ruchu, gdzie istotną rolę mogliby odgrywać fizjoterapeuci, a także osoby z chorobą otyłościową, które mogłyby zostać objęte istniejącymi ścieżkami albo nową, odrębną ścieżką.

Szczególne zainteresowanie budzi onkologia. Wątpliwości zgłaszane podczas posiedzenia dotyczyły tego, czy POZ ma pozostać tylko punktem wejścia do diagnostyki onkologicznej, czy też powinien odgrywać większą rolę również po zakończeniu leczenia specjalistycznego. Odpowiedź była dwuczęściowa. Z jednej strony Maciej Karaszewski przypomniał, że „Każdy lekarz podstawowej opieki zdrowotnej może wystawić kartę DiLO już na etapie podejrzenia choroby nowotworowej. Otwiera to pacjentowi ścieżkę do nielimitowanej diagnostyki onkologicznej”. Z drugiej strony prof. Mastalerz-Migas poinformowała, że trwają już prace nad follow-upem onkologicznym, czyli opieką nad pacjentem po zakończonym leczeniu. Te rozwiązania mają być jednak skoordynowane z ewolucją karty DiLO, jej elektronicznej wersji, paszportem onkologicznym pacjenta i funkcjonowaniem Krajowej Sieci Onkologicznej.

Profilaktyka jako kolejny etap koordynacji

Coraz wyraźniej widać też, że logika koordynacji zaczyna wykraczać poza opiekę nad pacjentem już chorym. Prof. Mastalerz-Migas zwracała uwagę, że program „Moje Zdrowie” nie powinien być traktowany wyłącznie jako zestaw okresowych badań, lecz jako narzędzie kompleksowej profilaktyki prowadzonej z poziomu POZ. „Lekarz lub pielęgniarka przeprowadzający program tworzą dla pacjenta indywidualny plan zdrowotny” – podkreślała. Docelowo plan ten ma mieć formę cyfrową i być połączony z możliwością bezpośredniego zapisywania pacjenta na badania przesiewowe, zwłaszcza onkologiczne.

W tym kontekście szczególne znaczenie ma włączenie do programu testu FIT, czyli badania na krew utajoną w kale metodą immunochemiczną, jako pierwszego etapu profilaktyki raka jelita grubego. To pokazuje, że koordynacja w POZ może stać się nie tylko sposobem lepszego prowadzenia pacjenta z już rozpoznaną chorobą, ale także platformą łączenia profilaktyki, wczesnego wykrywania i dalszej diagnostyki. Jeśli ten kierunek zostanie rozwinięty, podstawowa opieka zdrowotna może zyskać znacznie bardziej aktywną rolę w zarządzaniu ryzykiem zdrowotnym całej dorosłej populacji.

Docelowa wizja jest jeszcze szersza. Jak mówiła konsultant krajowa, system miałby prowadzić do funkcjonowania „bilansu zdrowia osoby dorosłej”, czyli okresowego, kompleksowego przeglądu zdrowia zakończonego przygotowaniem planu zdrowotnego na kolejne lata. W tym planie miałyby się znaleźć elementy profilaktyki kardiologicznej, onkologicznej i szczepień. To ambicja wykraczająca poza tradycyjnie rozumiane POZ i zarazem sygnał, że koordynacja ma być nie tylko narzędziem porządkowania leczenia, ale także organizowania profilaktyki.

Kierunek jest wyraźny, ale system wciąż jest w połowie drogi

Z przebiegu dyskusji wyłania się obraz modelu, który zyskał już skalę, polityczną akceptację i poparcie dużej części środowiska, ale wciąż pozostaje niedomknięty w najważniejszych wymiarach: dostępności, mierzalności efektów i wyrównywaniu różnic między regionami oraz placówkami. Ponad połowa POZ-ów weszła do systemu, około 1,5 mln pacjentów z niego korzysta, a analizy wskazują na spadek części skierowań do AOS oraz ograniczenie kierowań na SOR i izby przyjęć. Jednocześnie nadal nie ma pełnej, szeroko komunikowanej ewaluacji pokazującej skalę korzyści klinicznych i ekonomicznych.

Najważniejszym wyzwaniem na kolejne lata nie wydaje się więc samo utrzymanie programu, lecz jego dojrzewanie. To oznacza potrzebę bardziej precyzyjnych wskaźników jakości, dalszego wzmacniania słabszych organizacyjnie placówek, udostępnienia części badań diagnostycznych szerzej niż tylko w formalnym modelu koordynacji oraz takiego rozwoju nowych ścieżek, który nie pogłębi nierówności terytorialnych. Bez tego opieka koordynowana może pozostać dobrym rozwiązaniem dla części pacjentów, ale nie stanie się realnym standardem nowoczesnej podstawowej opieki zdrowotnej.

Źródło: opracowanie redakcyjne na podstawie zapisu posiedzenia Komisji Zdrowia dotyczącego informacji Ministra Zdrowia na temat opieki koordynowanej w podstawowej opiece zdrowotnej, 25 marca 2026 r. Wypowiedzi cytowane w tekście pochodzą z tego posiedzenia.

Przewlekła choroba nerek rozwija się po cichu. Przez lata nie daje wyraźnych objawów, a kiedy zostaje rozpoznana, bywa już zbyt późno, by odwrócić jej przebieg. Tymczasem w Polsce z chorobą może żyć nawet ponad 5 milionów osób – a zdecydowana większość z nich nie ma o tym pojęcia. Eksperci nie mają wątpliwości: system ochrony zdrowia wciąż wykrywa tę chorobę zbyt późno, a konsekwencje zdrowotne i finansowe będą w kolejnych latach tylko rosły.

Jak podkreślała prof. Magdalena Krajewska, konsultant krajowa w dziedzinie nefrologii, przewlekła choroba nerek „to stan, do którego dochodzi w przebiegu wielu chorób nerek, ale przede wszystkim w przebiegu chorób cywilizacyjnych – nadciśnienia, cukrzycy, otyłości – których będzie coraz więcej”. To właśnie dlatego mówimy dziś nie o wąskim problemie jednej specjalizacji, lecz o narastającym wyzwaniu zdrowia publicznego.

Dane przywoływane przez ekspertów wskazują, że właściwą diagnozę ma zaledwie około 5 proc. chorych. Oznacza to, że ogromna większość osób żyje z chorobą, nie mając świadomości jej istnienia – aż do momentu, gdy pojawiają się poważne powikłania.

Prognozy epidemiologiczne nie pozostawiają wątpliwości, że skala zjawiska będzie rosła wraz ze starzeniem się społeczeństwa. Jak wskazywała prof. Magdalena Krajewska, do 2034 roku liczba osób z przewlekłą chorobą nerek w Polsce może przekroczyć 5 milionów, a w populacji powyżej 60. roku życia schorzenie to dotyczy już niemal co piątej osoby. To oznacza, że system ochrony zdrowia będzie miał do czynienia nie z problemem marginalnym, lecz z jednym z najważniejszych przewlekłych obciążeń zdrowotnych najbliższych lat.

Nie chodzi jednak wyłącznie o samą niewydolność nerek. Choroba ta znacząco zwiększa ryzyko zgonu z przyczyn sercowo-naczyniowych i bywa wskazywana jako jeden z najbardziej niedocenianych czynników ryzyka w medycynie. W praktyce oznacza to, że pacjent z obniżoną funkcją nerek może mieć gorsze rokowanie niż osoba z niektórymi nowotworami we wczesnym stadium. „Rozmawiamy o chorobie, która jest chorobą śmiertelną – to jest sprawa życia i śmierci” – podkreśla prof. Marcin Adamczak, prezes Polskiego Towarzystwa Nefrologicznego. „Pacjent z eGFR około 30 (…) nie ma żadnych objawów poza nadciśnieniem tętniczym, a jego rokowanie co do przeżycia jest nawet dwa razy gorsze niż u chorego z nowotworem złośliwym bez przerzutów.”

Choroba, która przez lata nie daje objawów

Jednym z największych wyzwań w nefrologii pozostaje fakt, że przewlekła choroba nerek rozwija się długo bez wyraźnych symptomów. W początkowych stadiach pacjent może odczuwać jedynie niespecyficzne dolegliwości – zmęczenie, niewielkie obrzęki czy podwyższone ciśnienie tętnicze. Objawy te rzadko kojarzone są z chorobą nerek.

Choroba na początku jest chorobą bezobjawową albo skąpoobjawową” – tłumaczyła prof. Magdalena Krajewska.

Brak objawów nie oznacza jednak braku ryzyka, co potwierdzają także doświadczenia samych pacjentów. „Zachorowałam, gdy miałam 18 lat. Nie miałam objawów, a w dzień, w którym zachorowałam, następnego dnia musiałam mieć dializę.” – mówi Dorota Ligęza, wiceprezeska Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Moje Nerki. Zwraca przy tym uwagę, że choroby nerek mogą dotykać także bardzo młode osoby, dlatego jej zdaniem warto rozważyć wcześniejsze i bardziej systematyczne badania przesiewowe również wśród młodych ludzi.

Co istotne, brak objawów nie oznacza braku ryzyka. „Ryzyko chorób sercowo-naczyniowych zaczyna się już w momencie, kiedy objawy się jeszcze nie pojawiają, ale już mamy rozpoznanie przewlekłej choroby nerek” – podkreślała.

Z tego powodu kluczowe znaczenie ma diagnostyka laboratoryjna. Podstawowe badania pozwalające wykryć chorobę są stosunkowo proste: oznaczenie stężenia kreatyniny we krwi z wyliczeniem wskaźnika filtracji kłębuszkowej (eGFR), badanie ogólne moczu oraz oznaczenie stosunku albuminy do kreatyniny w moczu (ACR). To właśnie ten ostatni parametr – pozwalający wykryć niewielkie ilości białka w moczu – ma szczególne znaczenie dla wczesnego rozpoznania choroby.

Problem polega na tym, że w praktyce badanie to wykonywane jest zbyt rzadko. W wielu przypadkach przewlekła choroba nerek rozpoznawana jest dopiero w stadium trzecim lub czwartym, kiedy możliwości spowolnienia jej przebiegu są znacznie ograniczone.

System zaczyna reagować, ale wciąż zbyt późno

W debacie o przewlekłej chorobie nerek coraz wyraźniej wybrzmiewa przekonanie, że miejscem, w którym system powinien wychwytywać pacjenta najwcześniej, jest podstawowa opieka zdrowotna. To właśnie tam trafiają osoby z nadciśnieniem, cukrzycą, otyłością czy chorobami serca – a więc z najważniejszymi czynnikami ryzyka uszkodzenia nerek.

Jak mówiła Magdalena Kramska, zastępca dyrektora Departamentu Lecznictwa w Ministerstwie Zdrowia, „Cały sposób myślenia o ścieżce pacjenta w systemie należy niewątpliwie rozpocząć od podstawowej opieki zdrowotnej, bo tutaj tak naprawdę wszystko się zaczyna – a jeśli się nie zaczyna, to powinno się zaczynać”.

Zdaniem prof. Krajewskiej to właśnie brak charakterystycznych symptomów sprawia, że choroba wymyka się rutynowej czujności diagnostycznej i najczęściej rozpoznawana jest dopiero w stadiach zaawansowanych, „czyli 3b do 5, właściwie wtedy, kiedy już powinniśmy rozpoczynać dializoterapię”.

To właśnie POZ ma być tym miejscem, w którym system po raz pierwszy zbiera kluczowe informacje o pacjencie i decyduje o dalszej ścieżce diagnostycznej oraz terapeutycznej. Jak podkreślała przedstawicielka resortu, „to powinien być ten pierwszy moment, w którym system jest w stanie pozyskać kluczowe informacje o pacjencie, tak aby później móc skierować go na odpowiednie poziomy leczenia. Pewne rzeczy już się zadziały, a pewne rzeczy dopiero planujemy”.

W ostatnich latach w Polsce wprowadzono elementy opieki koordynowanej w POZ, obejmujące także obszar nefrologii. W ramach tej ścieżki możliwe jest wykonywanie podstawowych badań diagnostycznych, monitorowanie pacjentów oraz konsultacje z nefrologiem. Dane wskazują jednak, że skala korzystania z tej formy opieki jest wciąż niewystarczająca.

Jednym z najważniejszych zapowiadanych kierunków zmian jest rozszerzenie diagnostyki dostępnej na wczesnym etapie. Magdalena Kramska zapowiedziała, że „jednym z najistotniejszych planowanych działań jest badanie stężenia albuminy do kreatyniny. Docelowo ma ono zostać przesunięte ze ścieżki nefrologicznej w podstawowej opiece zdrowotnej do ścieżki diagnostycznej, co pozwoli nam odpowiednio wcześnie i w odpowiedniej skali wykrywać pierwsze sygnały oraz symptomy tej choroby u pacjentów, a później odpowiednio nimi się zajmować”.

To ważna deklaracja, bo właśnie oznaczenie ACR jest dziś uznawane za jedno z kluczowych badań w wykrywaniu przewlekłej choroby nerek na etapie, gdy pacjent nie ma jeszcze wyraźnych objawów. Bez niego znaczna część chorych pozostaje poza systemem aż do czasu zaawansowanego pogorszenia funkcji nerek.

To właśnie brak oznaczania albuminurii (ACR) sprawia, że znaczna część chorych pozostaje poza systemem. Jak wskazywała konsultant krajowa, dane pokazują, że „połowa pacjentów nam ucieknie, jeśli nie będą mieli oznaczonej albuminurii”. W tym sensie spór o zakres badań przesiewowych nie dotyczy detalu organizacyjnego, lecz tego, ilu pacjentów zostanie wykrytych zanim choroba wejdzie w etap zaawansowany.

Resort zdrowia wiąże ten wątek także z szerszym podejściem do profilaktyki chorób przewlekłych. Jak wskazywała Magdalena Kramska, problem zaczyna się często jeszcze przed samym rozpoznaniem przewlekłej choroby nerek, bo jego źródłem bywają nierozpoznane wcześniej nadciśnienie tętnicze i cukrzyca. W tym kontekście program „Moje Zdrowie” ma służyć temu, by pacjent wcześniej trafiał do systemu z podstawowymi informacjami o swoim stanie zdrowia, a sam system mógł lepiej pokierować dalszą diagnostyką.

Prof. Krajewska zwracała jednak uwagę, że obecny zakres programu nadal nie odpowiada w pełni na potrzeby nefrologii. „Mamy teraz ‘Moje Zdrowie’, bo ‘40 plus’ nie działał (…)” – mówiła, dodając, że w programie nadal nie przewidziano możliwości wykonania badania ACR, czyli oznaczenia albuminy do kreatyniny w moczu, które jest jednym z podstawowych badań pozwalających wykrywać przewlekłą chorobę nerek na wczesnym etapie. Kierunek zmian wydaje się więc dość jasno zarysowany: większy nacisk na POZ, wcześniejsze wykrywanie i rozszerzenie katalogu badań wykonywanych zanim pacjent trafi do specjalisty.

Nierówności dostępu i brak specjalistów

Wczesna diagnostyka to tylko pierwszy etap problemu. Równie poważnym wyzwaniem pozostaje dostęp do specjalistycznej opieki nefrologicznej.

Choć liczba poradni nefrologicznych w Polsce rośnie, ich rozmieszczenie jest nierównomierne. W niektórych regionach kraju dostęp do specjalisty jest stosunkowo łatwy, w innych czas oczekiwania na wizytę pozostaje bardzo długi. Prof. Krajewska zwracała uwagę, że dane NFZ pokazują nie tylko wydłużenie czasu oczekiwania na poradę nefrologiczną, ale też bardzo nierównomierny dostęp do oddziałów nefrologicznych. Jak mówiła, „połowa oddziałów nefrologicznych znajduje się w czterech województwach”, podczas gdy druga połowa musi zabezpieczyć całą resztę kraju. 

Równocześnie rośnie liczba pacjentów wymagających leczenia nerkozastępczego. W ostatnich latach zwiększyła się liczba stacji dializ, a także liczba osób dializowanych. Wydatki na dializoterapię pochłaniają ogromną część budżetu przeznaczonego na nefrologię – według szacunków nawet około 96 proc. wszystkich nakładów.

Paradoks polega na tym, że znaczna część tych kosztów wynika z późnego wykrywania choroby. Wczesne leczenie i odpowiednia profilaktyka mogłyby w wielu przypadkach spowolnić postęp choroby lub nawet zapobiec konieczności dializoterapii.

Równie poważnym problemem jest niedobór kadr. Prof. Magdalena Krajewska nie pozostawiała w tej sprawie wątpliwości: „Lekarzy nefrologów jest zdecydowanie za mało”. Na tę lukę kadrową nakładają się dodatkowo nierówności regionalne w dostępie do leczenia. Konsultant krajowa zwracała uwagę, że w przypadku leczenia nefropatii IgA różnice między województwami są trudne do racjonalnego uzasadnienia, a terminy konkursów i okresy ich zawierania wyraźnie się między sobą różnią. To jeden z tych obszarów, w których formalna dostępność terapii nie zawsze przekłada się na równy dostęp pacjenta do leczenia.

Podobną diagnozę stawiał prof. Marcin Adamczak, prezes Polskiego Towarzystwa Nefrologicznego, zwracając uwagę na skalę dysproporcji w porównaniu z innymi krajami Europy. „Nie mam wątpliwości, że w Polsce jest zdecydowanie za mało nefrologów w porównaniu z innymi krajami europejskimi. W stosunku do takich krajów jak Grecja czy Węgry nefrologów mamy trzy–cztery razy mniej, a w porównaniu z Niemcami – około dwa razy mniej. To nie są różnice rzędu 20 czy 30 procent, tylko różnice całych rzędów wielkości, które w oczywisty sposób utrudniają wczesną diagnostykę i wczesne, celowane leczenie chorób nerek.”

Nowe możliwości leczenia

Postęp terapeutyczny w nefrologii w ostatnich latach jest wyraźny. Do praktyki klinicznej wprowadzono nowe grupy leków, w tym inhibitory SGLT2, czyli flozyny, które wykazują działanie nefroprotekcyjne i mogą spowalniać postęp choroby nerek.

Ten kierunek dostrzega również Ministerstwo Zdrowia. Jak podkreślała Magdalena Kramska, „to, co należy podkreślić, to zwiększająca się liczba wskazań i refundacji, jeżeli chodzi o flozyny, czyli substancje, które pozwalają skutecznie wpływać na leczenie przewlekłej choroby nerek. Tutaj również widać intensyfikację prac”.

Znaczenie nowoczesnego leczenia polega dziś nie tylko na wprowadzaniu kolejnych cząsteczek, ale też na wcześniejszym włączaniu terapii u pacjentów z grup ryzyka. Jak podkreślała prof. Krajewska, celem wczesnego rozpoznania jest nie tylko samo nazwanie problemu, ale możliwość realnego spowolnienia jego przebiegu. „Możemy spowodować, że przewlekła choroba nerek, która z zasady jest postępująca, będzie rozwijała się wolniej albo nawet – jeśli zaczniemy odpowiednio wcześnie – w niektórych patologiach jesteśmy w stanie zapobiec terapii nerkozastępczej” – mówiła. Im później choroba zostaje rozpoznana, tym mniejsze są możliwości realnego zahamowania jej progresji.

Coraz większą rolę odgrywa także kompleksowe podejście do leczenia, obejmujące kontrolę ciśnienia tętniczego, leczenie zaburzeń metabolicznych oraz terapię chorób współistniejących. W wielu przypadkach odpowiednio wczesne wdrożenie leczenia pozwala znacząco opóźnić moment konieczności dializoterapii.

Jednocześnie eksperci zwracają uwagę na problem wielolekowości. Pacjenci z przewlekłą chorobą nerek często cierpią na kilka chorób przewlekłych jednocześnie i przyjmują wiele leków. „Większość pacjentów z przewlekłą chorobą nerek to chorzy z wielochorobowością, czyli współwystępowaniem wielu schorzeń. Problem polega na tym, że przyjmują oni często wiele leków, a jeśli funkcja nerek jest już upośledzona, brak modyfikacji farmakoterapii może prowadzić do przyspieszenia pogorszenia funkcji nerek i nasilenia powikłań” – mówi dr hab. Jarosław Woroń, farmakolog kliniczny, ekspert w zakresie działań niepożądanych i interakcji lekowych.

Niewłaściwie dobrana farmakoterapia może przyspieszać pogorszenie funkcji nerek lub prowadzić do powikłań wymagających hospitalizacji. „Mamy dziś w Polsce do czynienia z tzw. hiperpolifarmakoterapią. Każde działanie niepożądane wynikające z niewłaściwego leczenia generuje ogromne koszty dla systemu ochrony zdrowia – szacuje się je na 6–8 tysięcy euro na jeden przypadek” – podkreśla specjalista.

W tym kontekście ekspert zwraca uwagę, że inwestycja w nowoczesne i właściwie dobrane leczenie może w dłuższej perspektywie ograniczać zarówno powikłania, jak i koszty systemowe. „Jeżeli nie wydamy pieniędzy na właściwą refundację i dostęp do skutecznych terapii, to system i tak wyda je później na leczenie powikłań.”

Przeszczepienie – najlepsza, ale wciąż niedostatecznie wykorzystywana metoda leczenia

Dla części pacjentów z zaawansowaną niewydolnością nerek najlepszą metodą leczenia pozostaje przeszczepienie narządu. W ostatnich latach liczba transplantacji nerek w Polsce zaczęła ponownie rosnąć. Jak wskazywała Magdalena Kramska, „w ostatnich latach obserwujemy zwiększającą się liczbę przeszczepień. W zeszłym roku, jeżeli chodzi o nerki, wykonano ich ponad 1200. To jest rzecz, która szczególnie cieszy”.

Jednocześnie resort nie ukrywa, że sam wzrost liczby przeszczepień nie rozwiązuje całego problemu. Mimo poprawy wyników wciąż istnieją bariery w kwalifikowaniu pacjentów do przeszczepienia. Proces kwalifikacji bywa długi i skomplikowany, a wielu pacjentów trafia na listę oczekujących zbyt późno. Z punktu widzenia zarówno pacjentów, jak i systemu ochrony zdrowia oznacza to konieczność dłuższego leczenia dializami, które są mniej korzystne dla zdrowia i jednocześnie znacznie droższe dla systemu.

To właśnie ten obszar ma być jednym z ważniejszych pól dalszych działań. Jak zapowiedziała Magdalena Kramska, „w tym roku chcielibyśmy skupić nasze działania systemowe w obszarze nerki na usprawnieniu procesu kwalifikacji do przeszczepienia. Wiemy od przedstawicieli pacjentów, że problemy z szybką ścieżką kwalifikacji do przeszczepienia nerki obiektywnie w systemie istnieją, dlatego chcielibyśmy zastanowić się, jak ten problem rozwiązać i zaproponować konkretne rozwiązania”.

W praktyce oznacza to, że obok profilaktyki i diagnostyki jednym z najważniejszych systemowych wyzwań pozostaje dziś uporządkowanie ścieżki prowadzącej pacjenta do przeszczepienia – tak, by nie trafiał do niej dopiero po długim okresie dializoterapii.

Choroba, która wymaga szerokiej koalicji

Coraz wyraźniej widać, że skuteczna walka z przewlekłą chorobą nerek nie może ograniczać się wyłącznie do działań nefrologów. Konieczna jest współpraca wielu środowisk: lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej, specjalistów różnych dziedzin, diagnostów laboratoryjnych, organizacji pacjentów oraz instytucji odpowiedzialnych za finansowanie systemu ochrony zdrowia.

Kluczową rolę odgrywa także edukacja społeczeństwa. Wiele osób nie wykonuje podstawowych badań laboratoryjnych przez lata, ponieważ nie odczuwa żadnych dolegliwości. Tymczasem proste badania krwi i moczu mogą pozwolić na wykrycie choroby na etapie, gdy jej przebieg można jeszcze skutecznie spowolnić.

Dlatego coraz częściej pojawiają się postulaty wprowadzenia szerszych programów badań przesiewowych – zarówno w podstawowej opiece zdrowotnej, jak i w medycynie pracy czy w ramach badań profilaktycznych u młodych dorosłych.

„Około 4,7 miliona Polaków choruje na choroby nerek. Natomiast pacjent to jest ktoś, kto jest już zdiagnozowany i o tym wie – a to jest zaledwie około 5 procent” – mówi prof. Rajmund Michalski, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Moje Nerki.

Jak dodaje, doświadczenia organizacji pacjenckich pokazują, że zainteresowanie badaniami profilaktycznymi jest bardzo duże. „Robimy co roku akcję edukacyjną w Krakowie, gdzie wykonujemy 1500 bezpłatnych badań kreatyniny. Zainteresowanie jest ogromne – zanim badania się rozpoczną, lista chętnych jest już właściwie pełna.”

Jeżeli system ochrony zdrowia nie zacznie wykrywać choroby wcześniej, liczba pacjentów wymagających dializ i przeszczepień będzie nadal rosnąć. A to oznacza nie tylko ogromne koszty dla systemu, lecz także poważne konsekwencje społeczne – utratę zdrowia, sprawności i możliwości pracy przez tysiące osób.

Artykuł powstał na podstawie zapisu posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Medycyny Bólu pt. „Pacjent z przewlekłą chorobą nerek w systemie opieki zdrowotnej. Stan obecny i rekomendacje zmian”, które odbyło się 9 marca 2026 r.
Opieka koordynowana w POZ to długoterminowe prowadzenie pacjenta z chorobą przewlekłą. Oznacza specjalistyczną opiekę realizowaną na poziomie podstawowej opieki zdrowotnej, opartą na planie leczenia, regularnym kontakcie i ciągłości decyzji terapeutycznych. Dzięki temu pacjent może być skutecznie leczony w POZ, z dostępem do potrzebnej diagnostyki i bez zbędnego krążenia po systemie. Warunkiem działania tego modelu są stabilne warunki organizacyjne i finansowe. Im więcej poradni POZ prowadzi opiekę koordynowaną, tym większa korzyść dla pacjentów i całego systemu ochrony zdrowia.
W leczeniu chorób przewlekłych kluczowa jest dziś ciągłość opieki. Pacjent z nadciśnieniem, cukrzycą, chorobą tarczycy, nerek, astmą czy POChP do tej pory zgłaszał się do lekarza rodzinnego dopiero w momencie pogorszenia stanu zdrowia, co znacznie pogarszało rokowanie. Jeżeli pacjent trafił do poradni POZ wcześniej, to lekarz nie miał możliwości szerszej diagnostyki, gdyż badani potwierdzające rozpoznanie były w gestii poradni specjalistycznych. W efekcie leczenie w podstawowej opiece zdrowotnej często przypominało gaszenie pożaru, co na szczęście zmieniła opieka koordynowana.

Pacjent „zaopiekowany” w systemie

Opieka koordynowana polega na stałym prowadzeniu pacjenta z chorobą przewlekłą przez lekarza POZ. Obejmuje zaplanowane kontrole, monitorowanie efektów leczenia oraz regularny kontakt, zamiast pojedynczych, spontanicznych wizyt pacjenta. To lekarz opracowuje indywidualny plan opieki medycznej, a potem koordynator ustala z pacjentem plan wizyt i dba o to, by pacjent się na nie zgłaszał. Do dyspozycji są: lekarz, dietetyk, pielęgniarka. Pacjent ma kompleksową opiekę i to w swojej przychodni. W uzasadnionych przypadkach lekarz rodzinny posiłkuje się rada specjalisty, do którego czas oczekiwania jest nie dłuższy niż 3 tygodnie. Dzięki temu decyzje terapeutyczne są podejmowane na bieżąco, a ewentualne problemy mogą być wychwycone wcześniej, zanim dojdzie do pogorszenia stanu zdrowia lub powikłań przewlekłego schorzenia.

„W opiece koordynowanej nie czekamy, aż pacjent wróci z gorszym wynikiem albo trafi na SOR. Umawiamy się na wizyty edukacyjne, monitorujemy leczenie, motywujemy pacjenta do samokontroli (mierzenie w domu cukru, ciśnienia) i co najważniejsze – reagujemy wcześniej niż do tej pory. To zmienia jakość pracy, daje satysfakcję  i realnie wpływa na poprawę zdrowia pacjenta. Pacjent staje się naszym partnerem w procesie diagnostyki i leczenia” – Anna Osowska, specjalistka chorób wewnętrznych i endokrynologii, lekarka POZ, ekspertka Federacji Porozumienie Zielonogórskie.

Zmienia się także rola lekarza rodzinnego. Z osoby skupionej głównie na bieżących problemach staje się on prowadzącym proces leczenia, który zna historię pacjenta monitoruje leczenie oraz reaguje na zmiany, zanim pojawią się powikłania.

Choć opieka koordynowana często kojarzona jest z cukrzycą i ścieżką diabetologiczną, w praktyce obejmuje także inne obszary leczenia chorób przewlekłych. W POZ realizowane są również ścieżki kardiologiczna, pulmonologiczna, endokrynologiczna oraz nefrologiczna, co pozwala na prowadzenie pacjentów m.in. z nadciśnieniem tętniczym, chorobą niedokrwienną serca, astmą lub POChP, chorobami tarczycy czy chorobami nerek.  To szczególnie istotne u pacjentów, u których rozpoznano kilka chorób przewlekłych. Opieka koordynowana umożliwia lekarzowi podejmowanie spójnych decyzji i stałego nadzoru, co przynosi pacjentowi wymierne korzyści.

Pan Adam, 57 lat, od kilku lat objęty opieką koordynowaną z powodu cukrzycy i nadciśnienia, zwraca uwagę, że największą zmianą nie były same leki. „Najważniejsze jest to, że wiem, co się ze mną dzieje i co jest kolejnym krokiem. Nie zostaję sam z wynikami. Lekarz je ze mną omawia i mówi, co dalej. Wyznaczane mam kolejne wizyty edukacyjne. Prowadzę dzienniczek kontroli cukru i nadciśnienia. Razem z lekarzem analizujemy moje zapiski. To daje mi spokój i poczucie kontroli nad chorobą” – stwierdza pacjent. Ekspertka Porozumienia Zielonogórskiego podkreśla, że ten element bywa niedoceniany
w debacie systemowej. „Diagnostyka jest ważna, ale bez edukacji i rozmowy nie ma trwałego efektu. Pacjent musi rozumieć, dlaczego coś robimy i jaki jest cel leczenia. Wtedy łatwiej o współpracę, adherencję i lepsze wyniki. Unikamy również zjawiska inercji, bowiem przygotowywanie IPOM-u to za każdym razem analiza sytuacji zdrowotnej konkretnego pacjenta” – zaznacza.

Efekty, które widać w dłuższej perspektywie a decydują o wydolności systemu

Opieka koordynowana bywa przez decydentów oceniana przez pryzmat kosztów. Tymczasem jej realne efekty nie mieszczą się w jednym roku budżetowym ani w prostych statystykach liczby wizyt.

Korzyści pojawiają się wtedy, gdy: choroby są wykrywane i leczone wcześniej, leczenie jest modyfikowane na bieżąco, a nie po wystąpieniu powikłań, pacjent rzadziej trafia do szpitala i na SOR oraz gdy podstawowa opieka zdrowotna realnie przejmuje rolę pierwszego i wiodącego kontaktu z pacjentem.

„Jeżeli pacjent jest prowadzony regularnie, mierzy ciśnienie, kontroluje glikemię i wie, kiedy ma zgłosić się wcześniej, to naprawdę zapobiegamy ciężkim powikłaniom. Tego nie zawsze widać od razu w danych, ale jest to zauważane i doceniane przez pacjentów.” – dodaje Anna Osowska.

Warunkiem jest jednak stabilność. Bez przewidywalnych zasad organizacyjnych i finansowych opieka koordynowana pozostanie rozwiązaniem punktowym, a nie powszechnym standardem.

Opieka koordynowana to model, który wymaga czasu, zaangażowania i współpracy lekarza oraz pacjenta. Odpowiada na potrzeby osób z chorobami przewlekłymi a jednocześnie wspiera sprawne funkcjonowanie systemu ochrony zdrowia. Dobrze zorganizowana podstawowa opieka zdrowotna, oparta na opiece koordynowanej, pozwala ograniczać hospitalizacje i wizyty w SOR. Stanowi fundament efektywnego systemu.

Źródło: Komunikat Prasowy

Narodowy Fundusz Zdrowia opublikował 19 stycznia 2026 r. zarządzenie nr 8/2026/DSOZ, które istotnie modyfikuje zasady zawierania i realizacji umów w podstawowej opiece zdrowotnej. Dokument wprowadza nowy sposób ustalania poziomu objęcia populacji opieką koordynowaną, kwartalne dodatki motywacyjne dla świadczeniodawców oraz ryczałty dla koordynatorów w pierwszych miesiącach realizacji programu. Zmiany dotyczą świadczeń rozliczanych od 1 stycznia 2026 r.
Nowe zarządzenie nr 8/2026/DSOZ modyfikuje regulacje obowiązujące od marca 2025 r. i, co istotne, ma zastosowanie do rozliczania świadczeń udzielanych już od 1 stycznia 2026 r. Choć formalnie wchodzi w życie dzień po podpisaniu, jego skutki finansowe będą liczone wstecz, co dla części placówek oznacza konieczność szybkiej adaptacji do nowych zasad.

Z uzasadnienia dokumentu wynika jasno, że zmiany nie są jednostronną decyzją płatnika. Zostały wypracowane w toku uzgodnień ze środowiskiem świadczeniodawców realizujących umowy w POZ. To ważny sygnał w kontekście wielokrotnie podnoszonych przez lekarzy rodzinnych i menedżerów ochrony zdrowia zarzutów o brak dialogu przy projektowaniu rozwiązań systemowych. Tym razem NFZ deklaruje, że celem modyfikacji jest doprecyzowanie i korekta zasad finansowania opieki koordynowanej, zwłaszcza w obszarze pracy koordynatorów oraz bodźców motywacyjnych.

Najbardziej widoczną zmianą jest wprowadzenie kwartalnej premii motywacyjnej. Jej wysokość ma być uzależniona od poziomu objęcia populacji świadczeniami realizowanymi w ramach budżetu powierzonego opieki koordynowanej. W praktyce oznacza to odejście od biernego rozliczania gotowości na rzecz premiowania realnego zaangażowania w obejmowanie pacjentów kompleksową opieką. Mechanizm ten ma zachęcać świadczeniodawców do aktywnego wdrażania modelu opieki koordynowanej i zwiększania jego dostępności, a nie jedynie formalnego spełniania warunków kontraktu.

Drugim istotnym elementem jest wprowadzenie ryczałtu dla koordynatora opieki w pierwszym półroczu realizacji świadczeń finansowanych z budżetu powierzonego. To odpowiedź na jeden z najczęściej zgłaszanych problemów we wdrażaniu opieki koordynowanej, czyli brak stabilności finansowej na etapie organizowania nowego modelu pracy. Ryczałt ma dać świadczeniodawcom czas i przestrzeń na zbudowanie zespołów, procedur i narzędzi bez presji natychmiastowego osiągania określonych wskaźników.

Zarządzenie zmienia także sposób naliczania stawki za realizację zadań wykonywanych przez koordynatora. NFZ zapowiada, że nowe zasady mają lepiej odzwierciedlać zakres i charakter obowiązków związanych z realizacją świadczeń w opiece koordynowanej. To ważna korekta w kontekście rosnącej roli koordynatora jako osoby łączącej lekarza POZ, specjalistów, diagnostykę i pacjenta, a nie jedynie funkcji administracyjnej.

W szerszym ujęciu nowe zarządzenie pokazuje, że NFZ coraz wyraźniej dostrzega, iż skuteczność opieki koordynowanej zależy nie tylko od zapisów ustawowych, ale od precyzyjnie zaprojektowanych bodźców finansowych. Premia motywacyjna i ryczałt startowy to próba odpowiedzi na realne bariery wdrożeniowe, które do tej pory spowalniały rozwój tego modelu w POZ.

Pozostaje pytanie, czy zaproponowane rozwiązania okażą się wystarczające, by opieka koordynowana przestała być projektem punktowym, a stała się standardem organizacyjnym w podstawowej opiece zdrowotnej. Odpowiedź na nie przyniosą najbliższe kwartały rozliczeń, już według nowych zasad.

Jak uzasadnia zmiany NFZ?

W uzasadnieniu podkreślono, że decyzje są wynikiem uzgodnień ze środowiskiem POZ i mają wzmocnić stabilność finansowania w opiece koordynowanej. Fundusz wskazuje trzy główne cele:

Przepisy obowiązują dla świadczeń realizowanych od 1 stycznia 2026 r., a zarządzenie weszło w życie dzień po podpisaniu.

Pełny dokument dostępny jest tu: 
https://baw.nfz.gov.pl/NFZ/document/43752/Zarzadzenie-8_2026_DSOZ

Źródło informacji: NFZ

Nadciśnienie tętnicze pozostaje jednym z najpoważniejszych wyzwań zdrowia publicznego w Polsce, dotykając 11 milionów dorosłych osób.  Mimo powszechnego dostępu do skutecznych terapii, jedynie 22,4% chorych osiąga cele terapeutyczne tj. ciśnienie tętnicze poniżej 130/80 mmHg, co ma poważne konsekwencje zdrowotne – m.in. zwiększona liczba udarów i zawałów, a także przedwczesne zgony.
Odpowiedzią na ten niski poziom skuteczności leczenia jest inauguracja nowego, ogólnopolskiego programu Polskiego Towarzystwa Nadciśnienia Tętniczego – „Misja 50/30. Ciśnienie pod kontrolą”. Inicjatywa zakłada zwiększenie odsetka pacjentów z prawidłowo kontrolowanym ciśnieniem tętniczym do 50% do 2030 roku. Program „Misja 50/30. Ciśnienie pod kontrolą” został objęty honorowym patronatem Senackiej Komisji Zdrowia, w ramach ogłoszonego przez Senat RP Roku Edukacji Zdrowotnej i Profilaktyki 2025.

Trzy bariery skutecznego leczenia

Jak podkreśla prof. dr hab. n. med. Mieczysław Litwin, prezes Polskiego Towarzystwa Nadciśnienia Tętniczego, wyzwanie związane z nadciśnieniem tętniczym dotyczy przede wszystkim skutecznego wdrażania i konsekwentnej realizacji celów terapeutycznych w codziennej praktyce.

Nadciśnienie tętnicze wciąż pozostaje jednym z największych, a jednocześnie najbardziej zaniedbanych wyzwań zdrowia publicznego w Polsce. Przegrywamy nie dlatego, że nie mamy skutecznych terapii, ale dlatego, że zbyt rzadko osiągamy realne cele leczenia – przez niską świadomość choroby, inercję terapeutyczną i brak przestrzegania zaleceń terapeutycznych. Program „Misja 50/30” odpowiada kompleksowo na wszystkie te bariery i jest krokiem od deklaracji do systemowych działań”zaznacza prof. Litwin.

Eksperci PTNT od lat wskazują, że poprawa adherence, czyli przestrzegania zaleceń terapeutycznych, jest jednym z kluczowych warunków skutecznego leczenia chorób przewlekłych. Niski poziom kontroli ciśnienia wynika w dużej mierze z braku systematycznego stosowania się pacjentów do zaleceń lekarskich. Wielu z nich przerywa terapię, a część nie wykupuje nawet pierwszej zaordynowanej recepty na leki obniżające ciśnienie tętnicze krwi.  

Adherencja jako wyzwanie systemowe

O znaczeniu adherence z perspektywy systemowej i legislacyjnej mówi dr n. med. Beata Małecka-Libera, senator RP, przewodnicząca Senackiej Komisji Zdrowia oraz Parlamentarnego Zespołu ds. Adherencji: „Adherencja to nie problem pojedynczego pacjenta czy lekarza, ale jedno z kluczowych, a przez lata niedostatecznie adresowanych, wyzwań zdrowotnych w Polsce. Dane pokazują jasno, że poprawa przestrzegania zaleceń terapeutycznych ratuje życie i przynosi realne oszczędności społeczne. Powołanie Parlamentarnego Zespołu ds. Adherencji było wyraźnym sygnałem, że ten problem wymaga trwałego zainteresowania na poziomie legislacyjnym. Program „Misja 50/30. Ciśnienie pod kontrolą” pokazuje, jak takie zaangażowanie może przełożyć się na konkretne działania systemowe, a program Misji doskonale wpisuje się w cele Roku Edukacji Zdrowotnej i Profilaktyki”podkreśla senator Małecka-Libera.

Skala problemu i nowe cele leczenia

Dane epidemiologiczne i wyniki ogólnopolskich pomiarów ciśnienia tętniczego jednoznacznie pokazują skalę wyzwania, przed jakim stoi system ochrony zdrowia. W grupie dorosłych Polaków szacujemy, że 11-12 mln ma podstawy do rozpoznania NT, a w wieku 60 lat i powyżej problem ten dotyczy aż 75% naszej populacji. Mimo leczenia kontrolę ciśnienia tętniczego (poniżej 140/90 mmHg) osiąga jedynie 23-33% chorych. Należy podkreślić, że założeniem programu „Misja 50/30. Ciśnienie pod kontrolą” jest skupienie uwagi lekarzy na bardziej rygorystycznym celu terapii hipotensyjnej tj. poniżej 130/80 mmHg. Wartości docelowe terapii nadciśnienia tętniczego w zakresie 120-129/70-79 zostały opisane w aktualnych wytycznych jako pożądane dla większości chorych na nadciśnienie tętnicze. Konsekwentne wdrażanie tych wytycznych w codziennej praktyce lekarzy POZ jest kluczowe dla poprawy sytuacji epidemiologicznej w Polsce.

Skuteczna terapia hipotensyjna jest ogólnie dostępna i stosunkowo niedroga dla pacjentów. Ma ona także wielki potencjał w redukcji zdarzeń sercowo-naczyniowych – szacujemy, że obniżenie ciśnienia skurczowego zaledwie o 10 mmHg pozwala zmniejszyć ryzyko powikłań NT o około 20%, w tym niewydolności serca o 28%, udaru mózgu o 27% oraz ogólnej śmiertelności o 13%.

„Nadciśnienie tętnicze dotyczy w Polsce ponad 11 milionów osób, a mimo zaordynowanego leczenia jedynie niewielka część pacjentów osiąga obecnie zalecane cele terapeutyczne. Dane z ogólnopolskich pomiarów jasno pokazują, że sytuacja jest dalece niesatysfakcjonująca. Kluczowym wyzwaniem jest poprawa adherencji pacjentów i lekarzy, kontrola inercji terapeutycznej oraz konsekwentna edukacja. Aktualne, wspólne wytyczne Polskiego Towarzystwa Nadciśnienia Tętniczego i Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego wprawdzie wprowadzają nowe bardziej restrykcyjne cele terapeutyczne (poniżej 130/80 mmHg u większości chorych, podobnie jak w innych krajach europejskich i Ameryki Północnej), ale też przekazują narzędzia ich skutecznego osiągania. Niewątpliwie kluczem do ich realizacji jest powszechne stosowanie leków złożonych z chwilą rozpoznania farmakoterapii i na każdym etapie jej intensyfikacji” mówi dr hab. n. med. Jacek Wolf z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

Pacjent jako partner terapii

Istotnym elementem programu „Misja 50/30. Ciśnienie pod kontrolą” jest wzmocnienie roli pacjentów i organizacji pacjenckich.

„Nadciśnienie tętnicze to choroba, z którą pacjent żyje często latami bezobjawowo. Ta pozorna „niegroźność” sprawia, że wielu chorych ignoruje problem, nie traktując go jako realnego zagrożenia. Wyniki naszego ostatniego badania „Pacjent z chorobą przewlekłą w systemie ochrony zdrowia” pokazują, że blisko połowie pacjentów zdarza się przerywać terapię lub przyjmować leki nieregularnie, głównie z powodu zapominania czy braku wiedzy o konsekwencjach przerwania leczenia. Skuteczne leczenie zaczyna się tam, gdzie pacjent rozumie swoje cele terapeutyczne, widzi sens regularnego leczenia i czuje się partnerem w procesie terapii. Dlatego właśnie potrzebujemy zdecydowanie więcej edukacji i wsparcia – tak, aby pacjenci byli świadomi, że kontrola wartości nadciśnienia tętniczego wymaga systematyczności, nawet wtedy, gdy „nic nie boli”. Programy takie jak „Misja 50/30. Ciśnienie pod kontrolą” udowadniają, że bez aktywnego zaangażowania pacjentów nie da się osiągnąć trwałych efektów. To wspólna droga – personelu medycznego i świadomego pacjenta” – podkreśla Magdalena Kołodziej, prezes Fundacji My Pacjenci.

Od deklaracji do działania

Jak zaznacza prof. dr hab. n. med. Jacek Lewandowski, prezes elekt PTNT i koordynator programu, „Misja 50/30. Ciśnienie pod kontrolą” jest strategicznym przedsięwzięciem o perspektywie wieloletniej, opartym na współpracy szerokiego grona interesariuszy.

„Program „Misja 50/30. Ciśnienie pod kontrolą” powstał jako odpowiedź na dysonans pomiędzy wiedzą medyczną a codzienną praktyką kliniczną. Naszym celem jest osiągnięcie 50-procentowej kontroli ciśnienia tętniczego do 2030 roku poprzez wspólne działania środowiska medycznego, pacjentów i decydentów. To długofalowa inicjatywa oparta na wytycznych, edukacji i współpracy interdyscyplinarnej”podsumowuje prof. Lewandowski.

Program realizowany będzie w latach 2026-2030, z trzema etapami oceny skuteczności i szerokim udziałem lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej, specjalistów, pielęgniarek, farmaceutów oraz organizacji pacjenckich. W ramach programu zaplanowano ogólnopolskie badania przesiewowe, umożliwiające monitorowanie postępów w kontroli nadciśnienia tętniczego.

Źródło: Komunikat Prasowy