Medicalpress
15 tysięcy dzieci urodziło się w ciągu dwóch lat od startu programu pn. Leczenie niepłodności obejmujące procedury medycznie wspomaganej prokreacji, w tym zapłodnienie pozaustrojowe prowadzone w ośrodku medycznie wspomaganej prokreacji, na lata 2024-2028. Z tej okazji z rodzinami uczestniczącymi w programie spotkał się premier Donald Tusk, minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda i wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej Aleksandra Gajewska.
– Patrzę dziś na dzieci i szczęśliwych rodziców. Ale to szczęście całych rodzin. Jako babcia jestem naprawdę wzruszona. Dziś, na chwilę zostałam babcią dla tych kilkunastu maluchów. To jest największe szczęście, które spotkało rodziny po latach oczekiwań. Jako ministerstwo zdrowia otaczamy szczególną opieką dzieciaczki. Niech się zdrowo chowają. A w przyszłości spełniają swoje marzenia – mówiła minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda.

– To jest jeden z najpiękniejszych Dni Dziecka. Dzięki Waszym wysiłkom i procedurze, która jest bardzo wymagająca, macie możliwość mieć upragnionego skarba. Każda cena jest warta zapłacenia za to szczęście. Wiem, co oznacza radość rodzica, szczególnie wtedy, kiedy na nie się długo czeka. To jest również niezwykle ważne z punktu widzenia państwa – powiedział premier Donald Tusk. – Chcę podkreślić, jak ważne jest, abyśmy wszyscy mobilizowali nasze siły, aby w Polsce było jak najwięcej dzieci. Żeby były bezpieczne i rodzice mieli poczucie bezpieczeństwa materialnego. Od tego zależy nasza przyszłość – dodał.

Rodzice mieli okazję porozmawiać o swoich doświadczeniach związanych z programem i drogą do rodzicielstwa oraz o polskiej polityce prorodzinnej. A to wszystko w specjalnie przygotowanej strefie z myślą o najmłodszych gościach.

Program wystartował 1 czerwca 2024 r. Pierwsze dzieci zaczęły przychodzić na świat w marcu 2025 roku. Od początku, do programu realizowanego w 58 klinikach w całym kraju, dołączyło ponad 50 tys. par. Mogą z niego skorzystać pary, u których stwierdzono niepłodność lub nieskuteczne leczenie w ciągu 12 miesięcy przed zgłoszeniem, a także pary posiadające zarodki z wcześniejszych procedur. Zapewnia dostęp do maksymalnie 6 procedur in vitro, w tym do 4 cykli z własnymi komórkami rozrodczymi, do 2 cykli z oocytami od dawczyń oraz do 6 cykli z dawstwem zarodków.

Program zapewnia też pełne finansowanie zabezpieczenia płodności na przyszłość u osób leczonych onkologicznie. Kobiety i mężczyźni, którzy muszą poddać się leczeniu onkologicznemu – wycieńczającemu organizm, czasem powodującemu niepłodność – mogą zabezpieczyć płodność na przyszłość – program umożliwia zamrożenie komórek, aby móc skorzystać z nich po zakończeniu terapii. Do tej pory do zabezpieczenia płodności zgłosiło się ponad 2 200 osób, a gamety zamroziło ponad 1900.

Na pięcioletni program przeznaczono w budżecie państwa 2,5 mld zł, czyli 500 mln zł rocznie. W ubiegłym roku budżet poszerzono o 100 mln zł. Również na rok 2026 r. do ustawy budżetowej zostało zgłoszone zabezpieczenie środków na ten cel w wysokości 600 mln zł.

Stowarzyszenie Nasz Bocian przeprowadziło w ostatnich miesiącach badania ankietowe na grupie 767 pacjentów uczestniczących w programie oraz 37 realizatorów. Zarówno pacjenci, jak i realizatorzy oceniają założenia programu bardzo pozytywnie. Badani docenili dostępność leczenia, organizację procedury oraz merytoryczność programu.

Źródło: MZ
Foto: MZ

 

Program zabezpieczenia płodności dla pacjentów onkologicznych działa od 2024 roku i z roku na rok obejmuje coraz większą liczbę osób. Sam wzrost liczby wykonanych procedur nie zamyka jednak dyskusji o tym, jak ten model powinien wyglądać w przyszłości. Podczas posiedzenia sejmowej podkomisji do spraw onkologii wyraźnie wybrzmiało, że największym wyzwaniem przestaje być dziś już samo istnienie programu, a staje się nim jego trwałe wpisanie w organizację leczenia onkologicznego, tak aby żaden pacjent, który mógłby skorzystać z zabezpieczenia płodności, nie trafiał do tego procesu przypadkiem, zbyt późno albo wyłącznie dzięki własnej determinacji.
Program działa i odpowiada na realne potrzeby

Z perspektywy Ministerstwa Zdrowia program zabezpieczenia płodności jest jednym z elementów szerszego programu leczenia niepłodności realizowanego przez ministra zdrowia od 2024 do 2028 roku. Magdalena Kramska, zastępca dyrektora Departamentu Lecznictwa w Ministerstwie Zdrowia, przypominała, że jego celem jest umożliwienie kriokonserwacji komórek rozrodczych u pacjentów, u których planowane leczenie może doprowadzić do utraty lub istotnego upośledzenia płodności. Jak podkreślała, „jednym z elementów programu leczenia niepłodności realizowanego przez Ministra Zdrowia jest zabezpieczenie płodności u pacjentów, u których istnieje ryzyko jej utraty – najczęściej w związku z koniecznością leczenia onkologicznego”.

Program obejmuje pacjentów dojrzałych płciowo, którzy mogą zostać zakwalifikowani przed rozpoczęciem leczenia onkologicznego albo w jego trakcie, jeśli istnieje wysokie ryzyko uszkodzenia funkcji rozrodczych. W przypadku kobiet granicą wieku jest 40. rok życia, a w przypadku mężczyzn 45. rok życia, liczony w dniu pierwszej wizyty. Pacjenci trafiają do programu poza kolejnością, ponieważ – jak zaznaczało ministerstwo – w chorobach nowotworowych czas między rozpoznaniem a rozpoczęciem leczenia ma często kluczowe znaczenie. Obowiązkowym elementem kwalifikacji pozostaje konsultacja specjalistyczna, w tym z onkologiem klinicznym lub hematologiem, a dodatkowo przewidziano również konsultacje psychologiczne.

Ministerstwo przekonywało, że program już dziś odpowiada na realne potrzeby. Magdalena Kramska wskazywała, że „W 2024 roku do programu zgłosiło się 590 osób, z czego u 518 zabezpieczono materiał rozrodczy”. W kolejnym roku liczby wyraźnie wzrosły. „W 2025 roku liczba zgłoszeń przekroczyła tysiąc, a u 895 pacjentów przeprowadzono procedurę kriokonserwacji”. Z kolei według danych na 28 lutego 2026 r. do programu zgłosiło się już 321 osób, a u 297 pacjentów zabezpieczono materiał rozrodczy. Z punktu widzenia resortu oznacza to, że instrument działa, ale jednocześnie powinien podlegać dalszej ewaluacji. Jak zaznaczała przedstawicielka ministerstwa, „jesteśmy otwarci na sugestie dotyczące ewentualnych modyfikacji programu – oczywiście w granicach możliwości prawnych oraz dostępnych środków finansowych”.

Największy problem nie dotyczy już samej procedury, lecz drogi do niej

Choć sam program został oceniony pozytywnie, niemal cała dyskusja szybko przesunęła się z pytania, czy takie świadczenie jest potrzebne, na pytanie, jak sprawić, by pacjent rzeczywiście z niego korzystał w odpowiednim momencie. Właśnie tu najmocniej wybrzmiał rozdźwięk między formalną dostępnością procedury a praktyką działania systemu.

Dr hab. n. med. Maciej Brązert, kierownik Uniwersyteckiego Centrum Leczenia Niepłodności UMP, mówił wprost, że z perspektywy lekarza pracującego z takimi chorymi system nadal pozostaje rozproszony. „Większość pacjentów trafia do ośrodków leczenia niepłodności dzięki indywidualnym wskazówkom lekarzy, opiniom znajomych czy informacjom znalezionym w internecie. To pokazuje, że ścieżka kierowania pacjentów do zabezpieczenia płodności wciąż nie jest wystarczająco uporządkowana”. W jego ocenie nie wystarczy samo informowanie, że taka możliwość istnieje. Potrzebna jest rzeczywista integracja między onkologiem a specjalistą medycyny rozrodu. „Takie decyzje powinny zapadać na poziomie konsyliów, gdzie lekarz prowadzący leczenie onkologiczne i lekarz zajmujący się płodnością wspólnie ustalają najlepszą ścieżkę postępowania dla pacjenta” – podkreślał.

Ten postulat wracał w wielu wypowiedziach. Dr hab. n. med. Radosław Mądry, prezes Polskiego Towarzystwa Ginekologii Onkologicznej, zwracał uwagę, że dobrze zorganizowany system nie może opierać się wyłącznie na aktywności samego chorego. „To system powinien być tak zorganizowany, aby odpowiednie rozwiązania były dostępne dla pacjenta automatycznie”. Jego zdaniem ośrodki onkologiczne powinny być strukturalnie powiązane z ośrodkami leczenia niepłodności tak samo, jak są powiązane z diagnostyką obrazową czy histopatologią. „Ośrodki onkologiczne powinny być w sposób systemowy powiązane z ośrodkami leczenia niepłodności” – mówił. I dodawał jeszcze mocniej: „To nie powinno zależeć od przypadku czy indywidualnej inicjatywy”.

Podobnie problem ujmowała przedstawicielka środowiska pacjenckiego wskazując, że program nie powinien funkcjonować jako osobny dodatek do leczenia, lecz zostać wpisany w ścieżkę pacjenta onkologicznego – od prehabilitacji, przez konsylium, po plan terapii. Z tej perspektywy najważniejsze nie jest już tylko to, czy państwo finansuje procedurę, ale czy pacjent w ogóle dostaje szansę, by dowiedzieć się o niej na czas.

Dzieci i młodzi dorośli po leczeniu nadal pozostają szczególnym wyzwaniem

Jednym z kluczowych problemów, który pojawia się w kontekście zabezpieczenia płodności, pozostaje sytuacja pacjentów pediatrycznych oraz osób leczonych onkologicznie w dzieciństwie, u których w późniejszych latach życia może dojść do przedwczesnej utraty płodności. Prof. Alicja Chybicka wskazywała, że choć roczna liczba dzieci chorujących na nowotwory jest niewielka w porównaniu z populacją dorosłych, nie można tej grupy pomijać. „Warto pamiętać, że mimo postępu medycyny każdego roku w Polsce około 1200 dzieci choruje na nowotwory – i ta liczba utrzymuje się od dekad”.

Dr n. med. Joanna Grabowska-Kufel zwracała uwagę, że w odniesieniu do dzieci system organizacyjny w Polsce jest już w pewnym stopniu zbudowany. Jak przypominała, „wspólnie z zespołem, w tym z prof. Ninelą Irgą-Jaworską, krajowym koordynatorem zabezpieczenia płodności u pacjentów nieletnich, przygotowaliśmy pod egidą Polskiego Towarzystwa Onkologicznego zalecenia dotyczące zabezpieczenia płodności zarówno u dorosłych, jak i u dzieci”. Podkreślała też, że obowiązujące kryteria są na tyle szerokie, by umożliwić kwalifikację dzieci dojrzałych płciowo, u których możliwe jest pobranie materiału rozrodczego. Równocześnie zwracała uwagę na kolejną, dziś nieuwzględnioną w programie grupę – osoby leczone onkologicznie w dzieciństwie, które nie mogły zabezpieczyć płodności w momencie rozpoznania choroby, ale u których istnieje wysokie ryzyko jej przedwczesnego wygaśnięcia po zakończeniu terapii. „Rozszerzenie programu o taką grupę pacjentów dotyczyłoby niewielkiej liczby osób – prawdopodobnie kilkunastu rocznie – ale mogłoby mieć dla nich ogromne znaczenie” – mówiła.

Resort zdrowia przyznał, że otrzymał już wniosek dotyczący rozszerzenia programu na tę grupę i prowadzi wstępne analizy. Z wypowiedzi ministerstwa wynikało jednak wyraźnie, że ewentualna zmiana będzie uzależniona od możliwości trwałego finansowania.

Psycholog jest w programie, ale nie zastąpi szerszego wsparcia

Ważnym elementem debaty była także kwestia konsultacji psychologicznych. Poseł Grzegorz Napieralski zwracał uwagę, że pacjent onkologiczny znajduje się w szczególnie trudnym momencie życiowym, bo zderza się jednocześnie z lękiem związanym z chorobą nowotworową i pytaniem o możliwość przyszłego rodzicielstwa. W odpowiedzi ministerstwo podkreślało, że każdy realizator programu musi zapewniać dostęp do psychologa, a wsparcie tego rodzaju jest elementem przewidzianym w warunkach konkursu dla ośrodków uczestniczących w programie.

Aleksandra Saniewska-Kilim, naczelnik Wydziału Zdrowia Prokreacyjnego, Ministerstwo Zdrowia wyjaśniała, że „każda klinika uczestnicząca w programie musi mieć psychologa, który może konsultować zarówno pary, jak i pacjentów indywidualnych”. Jednocześnie zarówno ona, jak i Magdalena Kramska zaznaczały, że jest to wsparcie powiązane przede wszystkim z samą procedurą zabezpieczenia płodności i decyzją o rodzicielstwie, a nie pełny proces terapii psychologicznej. Resort wyraźnie sygnalizował, że nie chce budować odrębnego, równoległego systemu pomocy psychologicznej w ramach programu polityki zdrowotnej, lecz raczej rozwijać powszechne rozwiązania dostępne w ramach systemu psychiatrii i zdrowia psychicznego.

W trakcie dyskusji zwracano uwagę, że konsultacja psychologiczna przewidziana w programie ma charakter wsparcia towarzyszącego procedurze zabezpieczenia płodności i zwykle ogranicza się do pojedynczej konsultacji związanej z podjęciem decyzji o zachowaniu materiału rozrodczego, natomiast szersza opieka psychoonkologiczna pozostaje poza zakresem samego programu.

Jak informować pacjentów o możliwości zabezpieczenia płodności

Jednym z najczęściej powracających tematów była kwestia informacji. Ministerstwo przyznawało, że od początku funkcjonowania programu prowadziło działania komunikacyjne kierowane do konsultantów krajowych, Polskiego Towarzystwa Onkologicznego i Narodowego Funduszu Zdrowia, jednak równocześnie otwarcie przyznało, że nie dysponuje jeszcze badaniami pozwalającymi ocenić, jak bardzo wzrosła rzeczywista świadomość pacjentów.

Dr hab. Radosław Mądry postulował, by w systemie e-konsyliów u pacjentów w określonym wieku automatycznie pojawiała się zakładka dotycząca zabezpieczenia płodności. Jak argumentował, takie rozwiązanie nie tylko przypominałoby lekarzowi o obowiązku poruszenia tego tematu, ale pozwoliłoby w przyszłości analizować, ilu pacjentów zadano to pytanie i jaka była ich odpowiedź. W jego ocenie pytanie o zachowanie płodności powinno paść co najmniej dwa razy – pierwszy raz po rozpoznaniu, drugi wtedy, gdy plan terapii jest już bardziej konkretny, a pacjent zdążył częściowo oswoić diagnozę.

Także ministerstwo deklarowało gotowość do wzmocnienia działań informacyjnych. Magdalena Kramska zapowiadała, że temat zostanie przekazany do struktur odpowiedzialnych za Narodową Strategię Onkologiczną i Krajową Sieć Onkologiczną, a także omówiony podczas jednego z najbliższych posiedzeń Rady do spraw Onkologii. Mówiła również o praktycznych rozwiązaniach – materiałach informacyjnych w miejscach leczenia, kodach QR odsyłających do najważniejszych treści czy wykorzystaniu narzędzi cyfrowych, w tym Internetowego Konta Pacjenta. Wyraźnie zaznaczała jednak, że ministerstwo chciałoby raczej wykorzystać już istniejące mechanizmy systemowe, niż tworzyć kolejny osobny kanał działania.

Stabilność finansowania nie zamyka pytań o przyszłość programu

Na posiedzeniu pojawiły się też wątpliwości dotyczące stabilności finansowania. Przedstawicielka stowarzyszenia „Nasz Bocian” sygnalizowała, że pod koniec ubiegłego roku część realizatorów miała mieć problemy z wypłatą środków za procedury zabezpieczenia płodności, a także postulowała włączenie do programu możliwości zabezpieczania tkanki jajnikowej – jedynej realnej opcji dla dziewczynek przed pierwszą miesiączką oraz dla części pacjentek, które nie mogą czekać na stymulację hormonalną.

Resort zdrowia odpowiadał, że program ma obecnie stabilne finansowanie, a jego budżet – po zwiększeniu – wynosi 600 mln zł i został utrzymany na tym poziomie również w bieżącym roku. Magdalena Kramska przekonywała, że mechanizm finansowania jest skonstruowany tak, iż pacjent, który rozpoczął procedurę, powinien mieć zagwarantowane środki na dokończenie całego cyklu. Jeśli pojawiały się trudności, to – jak zaznaczała – najprawdopodobniej wynikały one z planowania środków przez samych realizatorów, a nie z systemowego niedofinansowania programu.

Znacznie bardziej złożona okazała się kwestia zabezpieczenia tkanki jajnikowej. Resort wyjaśniał, że obecnie nie ma podstawy prawnej pozwalającej finansować taką procedurę w ramach programu, ponieważ obowiązujące regulacje dotyczące leczenia niepłodności i transplantacji nie obejmują jej wprost. Zmiany mają stać się możliwe dopiero po dostosowaniu polskiego prawa do nowych regulacji unijnych dotyczących substancji pochodzenia ludzkiego. Ministerstwo przyznało, że prace w tym obszarze już trwają, ale ewentualne rozszerzanie katalogu świadczeń będzie możliwe dopiero po stworzeniu odpowiednich podstaw prawnych.

Coraz mocniej wybrzmiewa potrzeba systemu, a nie tylko programu

W całej dyskusji najmocniej powracał jeden wspólny wniosek: zabezpieczenie płodności nie powinno być traktowane wyłącznie jako osobna procedura finansowana z programu ministerialnego, lecz jako element nowoczesnej, kompleksowej opieki onkologicznej. Prof. Mariusz Bidziński, konsultant krajowy w dziedzinie ginekologii onkologicznej, przypominał, że środowiska medyczne postulowały wprowadzenie systemowego programu już kilkanaście lat temu, a dziś – choć program wreszcie istnieje – widać wyraźnie, że trzeba wykonać kolejny krok. W jego ocenie problem nie będzie malał, lecz przeciwnie: będzie narastał wraz z rosnącą liczbą pacjentów skutecznie leczonych onkologicznie, którzy po terapii myślą o powrocie do normalnego życia, w tym o rodzicielstwie. „Program zabezpieczenia płodności nie powinien być rozwiązaniem ograniczonym czasowo” – mówił. „Dlatego z punktu widzenia zdrowia publicznego program ten powinien mieć stabilne finansowanie i trwałe miejsce w systemie ochrony zdrowia”.

Jeszcze mocniej aspekt nadziei i przyszłości podkreślał dr Janusz Meder, prezes Polskiej Unii Onkologii, który przypominał, że informacja o możliwości zachowania płodności ma dla pacjenta także znaczenie psychologiczne. „Informacja o możliwości zabezpieczenia płodności może być dla pacjenta ogromnym wsparciem” – mówił. „Osoba, która właśnie usłyszała diagnozę choroby nowotworowej, często doświadcza ogromnego lęku. Jeżeli w tym momencie słyszy, że istnieje możliwość zachowania płodności, pojawia się nadzieja”.

Cała debata pokazała więc, że podstawowe pytanie nie brzmi już, czy warto chronić płodność pacjentów onkologicznych. Dziś pytamy o coś innego: czy państwo zdoła wbudować tę możliwość w realną ścieżkę leczenia, tak aby nie była ona przywilejem osób najlepiej poinformowanych, lecz standardem dostępnym dla każdego chorego, który może z niej skorzystać.

Źródło: opracowanie redakcyjne na podstawie materiału z posiedzenia Podkomisji stałej do spraw onkologii z 15 kwietnia 2026 r. dotyczącego realizacji oraz kierunku rozwoju programu zabezpieczenia płodności dla pacjentów onkologicznych.
Marzec to miesiąc świadomości endometriozy – choroby, która dotyka około 10% kobiet w wieku rozrodczym na świecie, czyli nawet 190 milionów osób. Mimo tak dużej skali problemu, wiele pacjentek przez lata nie otrzymuje właściwej diagnozy. Objawy bywają bagatelizowane, a silny ból miesiączkowy wciąż zbyt często traktowany jest jako coś „normalnego”.

To jedna z najbardziej podstępnych chorób ginekologicznych. Przez lata wiele kobiet słyszało, że silny ból miesiączkowy to „taka ich uroda”. Tymczasem miesiączka może powodować dyskomfort, ale nie powinna wyłączać z codziennej aktywności – podkreśla lek. Paweł Gruszecki, ordynator Oddziału Ginekologiczno-Położniczego Szpitala im. Rudolfa Weigla w Blachowni, Scanmed.

Choroba, której nie widać

Endometrioza polega na tym, że komórki błony śluzowej macicy pojawiają się poza jej jamą. Mogą występować m.in. w jajnikach, jelitach czy pęcherzu moczowym. Pod wpływem hormonów reagują tak samo jak endometrium w macicy – krwawią i wywołują przewlekły stan zapalny. Przyczyny choroby wciąż nie są do końca poznane.

– Najczęściej mówi się o tzw. menstruacji wstecznej, kiedy krew miesiączkowa wraz z komórkami endometrium cofa się przez jajowody do jamy brzusznej. Jednak na rozwój choroby mogą wpływać również czynniki genetyczne, immunologiczne czy procesy przekształcania się komórek – wyjaśnia lek. Paweł Gruszecki. – Choć choroba najczęściej dotyczy kobiet w wieku rozrodczym, może pojawić się także u nastolatek, a nawet po menopauzie.

W Polsce średni czas od pierwszych objawów do postawienia diagnozy wynosi od 7 do 10 lat

Wiele kobiet przez długi czas nie trafia do specjalisty, który zajmuje się diagnostyką endometriozy. Problemem jest również to, że objawy mogą przypominać inne choroby, np. zespół jelita drażliwego.

– Jeśli pacjentka wielokrotnie słyszy od lekarzy, że przesadza, zaczyna sama w to wierzyć. W efekcie zgłasza się po pomoc dopiero wtedy, gdy ból staje się nie do zniesienia lub pojawiają się poważne problemy z zajściem w ciążę – podkreśla lek. Paweł Gruszecki.

Kiedy ból powinien zaniepokoić?

– Niepokojące objawy to przede wszystkim bardzo silny ból podbrzusza, który uniemożliwia codzienne aktywności, brak reakcji na standardowe leki przeciwbólowe, omdlenia i wymioty podczas okresu, ból przy wypróżnianiu czy promieniowanie bólu do nóg i kręgosłupa – mówi ekspert Szpitala im. R. Weigla w Blachowni. – Zdarza się również, że endometrioza atakuje płuca i występują krwioplucia podczas okresu. Takie symptomy są sygnałem, że należy skonsultować się ze specjalistą – dodaje.

Jak wygląda dziś diagnostyka?

Podstawą rozpoznania endometriozy są badania obrazowe. Najważniejsze jest specjalistyczne USG przezpochwowe wykonywane przez lekarza doświadczonego w diagnostyce tej choroby. W wielu przypadkach pomocny jest także rezonans magnetyczny, który pozwala dokładnie ocenić stopień zaawansowania zmian oraz ich lokalizację. Diagnostyczna laparoskopia nie jest już rutynowo zalecana i wykonuje się ją głównie wtedy, gdy konieczne jest jednoczesne leczenie operacyjne.

Terapia endometriozy wymaga indywidualnego podejścia i często łączy kilka metod. Stosuje się farmakoterapię, której celem jest zahamowanie wzrostu ognisk choroby i zmniejszenie dolegliwości. W niektórych przypadkach konieczne jest leczenie chirurgiczne, najczęściej w formie laparoskopii, polegającej na usunięciu zmian.

Coraz częściej podkreśla się potrzebę podejścia interdyscyplinarnego, obejmującego współpracę ginekologa, fizjoterapeuty uroginekologicznego, dietetyka i psychologa. – To schorzenie systemowe, które wymaga opieki długoterminowej, a nie tylko jednorazowej operacji. Nawet po zabiegu istnieje ryzyko nawrotów, dlatego pacjentka powinna pozostawać pod stałą opieką specjalistyczną – podkreśla lekarz.

Choroba, która wpływa na całe życie

Endometrioza może mieć konsekwencje nie tylko zdrowotne, ale także psychologiczne i społeczne. Przewlekły ból utrudnia pracę zawodową, ogranicza aktywność społeczną i wpływa na relacje. U części kobiet pojawia się również dyspareunia, czyli ból podczas współżycia. Dodatkowo choroba bywa związana z problemami z płodnością. Szacuje się, że nawet 30–50% kobiet zmagających się z niepłodnością może mieć endometriozę.

– Dlatego zwiększanie świadomości na temat endometriozy jest tak ważne. Wczesna diagnoza pozwala szybciej wdrożyć leczenie i poprawić jakość życia pacjentek – podsumowuje lek. Paweł Gruszecki.

Źródło: Komunikat Prasowy

Marzec od lat staje się momentem, w którym więcej mówi się o zdrowiu kobiet. To również dobry czas, by przyjrzeć się temu, jak wygląda codzienna troska o zdrowie i gdzie pojawiają się największe luki. Raport „Kobieca perspektywa zdrowia”, przygotowany na zlecenie Centrum Medycznego Damiana, Klinik Leczenia Niepłodności Invimed i Centrum Zdrowia Psychicznego MindHealth, pokazuje, że w wielu obszarach profilaktyki wciąż jest jeszcze wiele do zrobienia.
Dane z raportu wskazują, że regularne badania i wizyty kontrolne nie są dla wielu Polek oczywistym elementem dbania o zdrowie. Z badania wynika, że 18 proc. kobiet wykonuje badania krwi w celach profilaktycznych bardzo rzadko, czyli raz na cztery lata lub rzadziej, albo nie wykonuje ich wcale. Kolejne 31 proc. robi je co dwa lub trzy lata. Jeszcze bardziej niepokojąco wygląda sytuacja w przypadku wizyt ginekologicznych. Aż 33 proc. kobiet odwiedza ginekologa profilaktycznie bardzo rzadko albo w ogóle.

Badania profilaktyczne: wiele do zrobienia

Regularne badania i wizyty kontrolne wciąż nie są priorytetem dla dużej części Polek: 18 proc. wykonuje badania krwi w celach profilaktycznych bardzo rzadko (co cztery lata i rzadziej) lub wcale, a 31 proc. co dwa-trzy lata. 33 proc. kobiet odwiedza ginekologa profilaktycznie bardzo rzadko lub wcale. Najczęstsze powody zaniedbywania badań to brak objawów lub przekonanie, że nic się nie dzieje (64 proc.), trudności w dostępie do lekarzy lub badań (46 proc.), obawy przed wynikami (41 proc.), brak czasu i koszty (po 40 proc.) oraz niewiedza jakie badania są potrzebne (31 proc.).

Jednocześnie 45 proc. Polek ocenia swoją wiedzę o zalecanych badaniach jako średnią, a kolejne 17 proc. jako słabą lub bardzo słabą.

Styl życia bywa pasywny

Co piąta Polka zauważa, że jej styl życia negatywnie wpływa na zdrowie i samopoczucie. Jednocześnie blisko połowa kobiet nie podejmuje wystarczającej aktywności fizycznej: 11 proc. w ogóle nie podejmuje regularnego ruchu, a 35 proc. kilka razy w miesiącu lub jeszcze rzadziej.

– Wciąż zbyt często zajmujemy się zdrowiem dopiero wtedy, gdy coś zaczyna boleć lub realnie nas niepokoić. Tymczasem nowoczesne podejście do zdrowia polega na tym, by nie czekać na chorobę, ale wcześniej poznać potrzeby swojego organizmu i jego słabsze punkty. Wiedza naprawdę daje poczucie kontroli i bezpieczeństwa – mówi lek. Aleksandra Leksińska, kardiolog, ekspertka medycyny stylu życia i longevity z Centrum Medycznego Damiana – Profilaktyka nie ogranicza się do wizyty u lekarza raz na kilka lat – to codzienne wybory dotyczące snu, ruchu, diety czy odpoczynku. To właśnie te małe decyzje podejmowane każdego dnia w największym stopniu wpływają na to, jak będziemy się czuły i funkcjonowały za 10 czy 20 lat.

Improwizacja zamiast planowania posiłków

Wiedza o podstawowych mechanizmach metabolicznych jest dość powszechna: 67 proc. kobiet wie, że zaburzenia metaboliczne mogą zwiększać ryzyko cukrzycy i chorób serca, a 60 proc. zna rolę insuliny w regulowaniu poziomu glukozy we krwi. Jednak za wiedzą nie zawsze idą działania: wciąż ponad połowa Polek nie ma nawyku regularnego planowania posiłków z myślą o zdrowiu: 39 proc. stara się to robić, ale często improwizuje, a 17 proc. planuje posiłki rzadko lub wcale.

Hormony bardzo silnie reagują na środowisko, które im tworzymy i na nasz styl życia. Gdy jemy za mało, śpimy za krótko, pijemy zbyt dużo kawy i dokładamy intensywne treningi, poziom kortyzolu zaczyna dominować, zaburzając równowagę m.in. progesteronu – mówi mgr inż. Aneta Łańcuchowska, dietetyczka kliniczna z Centrum Medycznego Damiana – Punktem wyjścia do regulacji gospodarki hormonalnej powinna być stabilizacja glikemii, nawet poprzez małe kroki, ale podejmowane każdego dnia. Regularne posiłki, odpowiednia kaloryczność, obecność białka i tłuszczu w każdym daniu ograniczają gwałtowne skoki glukozy i wyrzuty insuliny. Ciepłe, odżywcze, przeciwzapalne posiłki – jak zupy, jak również pełnoziarniste kanapki z warzywami, owsianki z owocami jagodowymi czy dania ze strączkami – wspierają pracę tarczycy oraz prawidłową owulację. Warto zadbać o odpowiedni poziom witaminy D3, kwasów omega-3, żelaza i selenu, które wspierają równowagę hormonalną, szczególnie u kobiet z niedoczynnością tarczycy, Hashimoto czy mierzących się z wyzwaniami związanymi z płodnością.

Psychika i emocje często bez profesjonalnego wsparcia

24 proc. kobiet ocenia swój poziom stresu w ostatnim kwartale jako wysoki. 32 proc. respondentek przyznaje, że w ciągu ostatniego roku często doświadczały pogorszenia nastroju. Spośród pań, które odczuwały spadki nastroju, tylko co czwarta korzystała z profesjonalnego wsparcia psychicznego lub emocjonalnego.

Stres u kobiet często ma charakter przewlekły i obciąża układ nerwowy, odpornościowy i hormonalny. Wynika to z łączenia ról zawodowych, rodzinnych i społecznych oraz nierównomiernego podziału obowiązków i odpowiedzialności emocjonalnej w rodzinie. Takie przeciążenie podwyższa poziom kortyzolu, co może zaburzać sen, metabolizm i odporność, a w dłuższej perspektywie zwiększać podatność na zaburzenia nastroju – mówi prof. dr hab. n. o zdr. Ewa Mojs, neuropsycholog i terapeuta, członek Rady Naukowej Centrów Zdrowia Psychicznego MindHealth – Hormonalne wahania cyklu miesiączkowego, ciąży czy menopauzy dodatkowo modulują reakcję na stres, wpływając na stabilność emocjonalną, motywację i samopoczucie. Świadomość własnego cyklu i zmian hormonalnych pozwala lepiej planować aktywność, podejmować decyzje i regulować emocje – wiedza daje poczucie kontroli i zmniejsza chaos dnia codziennego. Małe, codzienne kroki – regularny sen, zbilansowana dieta, ruch oraz wsparcie społeczne – wzmacniają odporność psychiczną i hormonalną, a szukanie pomocy u innych jest oznaką odpowiedzialności, nie słabości. Przewlekłe zmęczenie, drażliwość, utrata satysfakcji czy poczucie braku sensu to sygnały ostrzegawcze – im szybciej je rozpoznamy, tym łatwiej zapobiec poważnemu kryzysowi psychicznemu.

Zdrowie reprodukcyjne pod lupą

Ponad jedna czwarta Polek nie zna powodów, dla których kobiety i mężczyźni korzystają z metod zabezpieczania płodności. Pozostałe najczęściej wskazują choroby onkologiczne, genetyczne, autoimmunologiczne i zakaźne. Wymieniają też odroczenie rodzicielstwa i działania prewencyjne przed zabiegami w obrębie narządów płciowych. O badaniu rezerwy jajnikowej AMH, które pozwala sprawdzić stan jajników i oszacować szanse na zajście w ciążę, wie zaledwie 9% kobiet w wieku 25-44 lat.

– Aż 72% kobiet nigdy nie słyszało o badaniu AMH, a w grupie 25-34 lata, czyli w najbardziej newralgicznym okresie dla płodności, blisko 60% nie zna tego podstawowego, prostego testu z krwi – podsumowuje wyniki raportu lek. Dorota Pietrzyk ginekolog-położnik z Kliniki Leczenia Niepłodności Invimed Koneser. – Tymczasem to badanie jest jednym z kluczowych wskaźników rezerwy jajnikowej i pierwszym krokiem do świadomego planowania macierzyństwa. Obniżone AMH to sygnał jaki daje organizm, by odpowiednio wcześnie zadbać o przyszłą możliwość zajścia w ciążę. Dlatego zachęcam młode kobiety, by traktowały badanie AMH jako ważny element profilaktyki pro‑płodnościowej. Podobnie jak morfologię krwi – dodaje ekspertka.

Kolejny krok: zaplanuj badania profilaktyczne!

Raport „Kobieca Perspektywa Zdrowia” pokazuje, jak ważne jest zwiększanie świadomości o regularnych, dopasowanych do wieku badaniach profilaktycznych. To profilaktyka pozwoli kobietom lepiej zadbać o zdrowie na co dzień, zwłaszcza że 24 proc. Polek deklaruje, że częściej troszczy się o zdrowie bliskich niż swoje własne.

– Wiele kobiet regularnie dba o zdrowie swoich bliskich, ale własne badania odkłada na później. Tymczasem profilaktyka zaczyna się od prostego kroku – zaplanowania badań i potraktowania ich jak stałego elementu troski o siebie, a nie reakcji na problem – mówi lek. Aleksandra Leksińska, kardiolog, ekspertka medycyny stylu życia i longevity z Centrum Medycznego Damiana – Podstawowe badania krwi, kontrola hormonalna i wizyty profilaktyczne pozwalają wykryć nieprawidłowości znacznie wcześniej, zanim pojawią się objawy. To daje realną szansę na szybką reakcję i uniknięcie poważniejszych konsekwencji zdrowotnych. Dbając o siebie, dbamy również o osoby, które na co dzień są od nas zależne.

Raport „Kobieca perspektywa zdrowia” pokazuje więc coś więcej niż statystyki. Pokazuje codzienność zdrowotną kobiet w Polsce, w której wiedza często nie przekłada się na działanie, a profilaktyka przegrywa z brakiem czasu, dostępnością usług i zwykłym odkładaniem spraw na później.

Eksperci przypominają jednak, że zmiana nie musi zaczynać się od wielkich decyzji. Często wystarczy jeden prosty krok. Zaplanowanie badań, wprowadzenie regularnego ruchu, lepszy sen czy bardziej świadome podejście do diety. To właśnie te drobne codzienne decyzje najczęściej decydują o zdrowiu w dłuższej perspektywie.

Źródło: Komunikat Prasowy

Zarząd Województwa Dolnośląskiego ogłasza konkurs ofert na wybór realizatora ,,Programu polityki zdrowotnej w zakresie zachowania płodności u pacjentów leczonych onkologicznie na terenie Województwa Dolnośląskiego”.  Oferty można składać do 15 grudnia 2023 r. do godziny 15:00.
Konkurs daje możliwość realizacji programu skierowanego do mężczyzn chorujących na nowotwory lub choroby hematologiczne. W ramach interwencji zaplanowano mrożenie nasienia przed planowaną radio-lub chemioterapią, a także zabiegami operacyjnymi potencjalnie mogącymi doprowadzić do upośledzenia ich płodności. Proponowane w programie postępowanie jest jedyną rekomendowaną przez Polskie Towarzystwo Ginekologii Onkologicznej metodą zachowania płodności u mężczyzn.

– Chcemy wspierać pacjentów onkologicznych, by mimo choroby nowotworowej nie utracili szansy na zostanie w przyszłości rodzicami. Obecnie choroby nowotworowe są coraz częściej uleczalne, dlatego tak istotne jest podniesienie tematu zabezpieczenia płodności przed rozpoczęciem terapii onkologicznej. Zależy nam, by po wyleczeniu choroby pacjenci mieli możliwość posiadania własnego potomstwa. – mówi Marcin Krzyżanowski, wicemarszałek województwa dolnośląskiego.

Procedura zabezpieczenia płodności u mężczyzn polega na pobraniu męskich komórek rozrodczych (plemników) i zastosowaniu kriokonserwacji, czyli poddaniu ich specjalnym płynom oraz zamrożeniu i przechowywaniu w ciekłym azocie lub w oparach azotu w temperaturze poniżej minus 150 stopni Celsjusza.
Program adresowany do mężczyzn uwzględniający zastosowanie procedury kriokonserwacji nasienia obejmie lata 2024-2025. Odbiorcami Programu będą mężczyźni w wieku 18-40 lat ze zdiagnozowaną chorobą onkologiczną bądź hematologiczną. Przewidujemy, że z konsultacji ze specjalistami skorzysta około 100 pacjentów rocznie, a z zabiegów kriokonserwacji nasienia 25 pacjentów w skali roku. Dodatkowo ważną informacją jest fakt, że Program nie opóźnia leczenia onkologicznego pacjentów.

Ogłoszenie o konkursie oraz dodatkowe informacje o możliwościach złożenia ofert dostępne są na stronie internetowej: https://bip.dolnyslask.pl/a,131893,konkurs-ofert-na-wybor-realizatora-programu-polityki-zdrowotnej-w-zakresie-zachowania-plodnosci-u-pa.html

Samorząd Województwa Dolnośląskiego realizuje już podobny program skierowany do mieszkanek Województwa Dolnośląskiego w wieku prokreacyjnym (18-40 lat) ze zdiagnozowaną chorobą nowotworową i umożliwia zachowanie płodności u pacjentek onkologicznych i hematologicznych między innymi poprzez mrożenie tkanki jajnika. Na realizację Programu Samorząd Województwa Dolnośląskiego przeznaczył ponad 2 miliony zł.
Metoda stosowana w przypadku pacjentek w Szpitalu im. A. Falkiewicza polega na krioprezerwacji tkanki jajnika i jest rekomendowana przez Polskie Towarzystwo Ginekologii Onkologicznej. Została dopracowana i zaakceptowana przez specjalistów w ostatnich dwudziestu latach, a jej walorem pozostaje, przy jej wysokim powodzeniu, możliwość wielokrotnej ciąży.

 Metoda polega na pobraniu fragmentu tkanki jajnika metodą laparoskopową, następnie zamrożeniu i przechowywaniu w odpowiednich warunkach w banku komórek, a następnie, kiedy pacjentka będzie wyleczona i podejmie decyzję o posiadaniu potomstwa, zostanie wykonany autoprzeszczep tkanki, również metodą laparoskopową – mówi dr n. med. Izabela Szczuka specjalista ds. przetwarzania tkanek i komórek DCOPiH. Mrożenie i przechowywanie tkanki odbywają się w Banku Komórek w Dolnośląskim Centrum Onkologii Pulmonologii i Hematologii we w Wrocławiu.

Skuteczność zastosowanej metody u kobiet ocenia się jako 50% – powrót funkcji prokreacyjnej i uzyskanie co najmniej 1 ciąży, a ciąży zakończonej porodem na 42%. Oprócz powrotu cyklu kobiety, przeszczepiona tkanka jajnika podejmuje funkcje hormonalne, które są równie istotne dla zdrowia – jest to działanie kardioprotekcyjne, zmniejszające ryzyko osteoporozy oraz demencji starczej. Przeszczepiona tkanka jajnika może produkować komórki jajowe przez okres 2-3 lat po transplantacji, a nawet dłużej w przypadku młodszych pacjentek. W tym czasie pacjentka może zajść w ciążę w sposób naturalny nawet wielokrotnie.
 
Przypominamy, ogłoszenie o konkursie oraz dodatkowe informacje o możliwościach złożenia ofert dostępne są na stronie internetowej: https://bip.dolnyslask.pl/a,131893,konkurs-ofert-na-wybor-realizatora-programu-polityki-zdrowotnej-w-zakresie-zachowania-plodnosci-u-pa.html

Źródło informacji: Urząd Marszałkowski Województwa Dolnośląskiego

Czy chorzy na otyłość mają takie same potrzeby seksualne jak osoby, których otyłość nie dotyczy? Skąd często powielane założenie, że osoby z otyłością są aseksualne, a ich libido jest dużo mniejsze niż u osób o prawidłowej masie ciała? Czy wynika to z błędnego przekonania, że osoby, których dotyczy otyłość są w percepcji społecznej postrzegane jako mniej aktywne? A może z  trendu fatfobii, który przyczynia się do wielu uprzedzeń wobec osób z nadmierną masą ciała?
Zaburzenia w sferze seksualnej u osób chorujących na otyłość, jeśli się pojawiają, wynikają nie tyle z  samej otyłości, co z powikłań, które za sobą pociąga. Eksperci zwracają uwagę na to, że otyłość to choroba prowadząca do rozwoju ponad 200 różnych powikłań, w tym m.in. cukrzycy typu 2, nadciśnienia tętniczego, choroby niedokrwiennej serca, niewydolności serca czy stłuszczeniowej choroby wątroby i wielu innych.

Nadciśnienie tętnicze i cukrzyca typu 2 wpływają na jakość życia seksualnego – problemy z krążeniem, które przekładają się na obniżenie poziomu libido oraz zdolność do osiągania satysfakcji seksualnej.

Badania prowadzone przez naukowców pokazują związek pomiędzy funkcjonowaniem seksualnym kobiet a otyłością. Kobiety z wysokim wskaźnikiem BMI mogą doświadczać niższego poziomu libido, zmniejszonej częstotliwości owulacji oraz problemów z cyklami krwawienia miesiączkowego[1]. Istnieją też dowody z badań przekrojowych wskazujące na zaburzenia erekcji związane z otyłością. Badania wskazały, że u mężczyzn z otyłością ryzyko zaburzeń wzwodu może być zwiększone nawet o  30%[2]. Zdiagnozowana u mężczyzn otyłość wiązała się ze względnym wzrostem częstości występowania nowych przypadków zaburzeń wzwodu nawet o 90% w ciągu 14 lat obserwacji[3]. W  badaniu zaobserwowano również istotny spadek w poziomie libido u chorych z otyłością III stopnia.

Szczera rozmowa z lekarzem
– Bardzo często sfera seksualności chorych z otyłością jest pomijana przez lekarzy w procesie terapeutycznym i schodzi na drugi plan. Niestety, ale podczas mojej pracy z pacjentami chorującymi na otyłość zauważam, że otoczenie z góry zakłada ich aseksualność. Jest to bardzo krzywdzące i stygmatyzujące dla chorych, ponieważ każda osoba, niezależnie od choroby, posiada swoją sferę seksualności, której nie można ignorować bądź uważać za mniej istotną. Bardzo często to wstyd i lęk przed oceną powodują, że pacjenci, mimo że mają potrzebę poruszenia tej kwestii podczas wizyty, nie robią tego  tłumaczy Agata Stola, psychoterapeutka, seksuolożka, współzałożycielka Instytutu SPLOT.

Czynniki psychologiczne
Otyłość może również wpływać na samoocenę i samoakceptację ciała, co może negatywnie przełożyć się na chęć inicjowania zbliżenia z partnerem czy partnerką. – Sfera intymna jest nierozerwalnie połączona ze zdrowiem psychicznym każdego z nas, niezależnie od jakiejkolwiek jednostki chorobowej. Na dysfunkcję seksualną mają wpływ negatywne stany emocjonalne człowieka, takie jak m.in. depresja, lęk, stres czy niska samoocena, która dotyczy również wyglądu ciała. Dysfunkcja seksualna jest blisko powiązana z otyłością, ponieważ bardzo często pacjenci przejawiają symptomy owych stanów psychicznych  komentuje Adrianna Sobol, psycholog, pomysłodawczyni portalu „W trosce o  chorego pracownika oraz autorka podcastów dotyczących otyłości na kanale „Zdrowie zaczyna się w głowie”.

– W przypadku pacjentów z otyłością III stopnia w kontaktach seksualnych dochodzi często kwestia sprawności fizycznej, która może stanowić pewną przeszkodę w zbliżeniach intymnych z partnerem lub partnerką. O ile badania wskazują na wpływ otyłości na obniżenie poziomu libido u obu płci, to nie oznacza to jego całkowitej utraty. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy, że istnieją odpowiednie treningi, pozycje seksualne lub innego rodzaju rozwiązania, które wspierają rozładowanie napięcia seksualnego. Niezbędnym elementem do zastosowania tych ćwiczeń jest komunikacja pomiędzy partnerami. Jeśli jest to trudne, warto skorzystać z profesjonalnej pomocy  radzi Agata Stola pracująca na co dzień m.in. z chorymi na otyłość.

Lekarze zwracają uwagę na pozytywny wpływ redukcji masy ciała na funkcjonowanie seksualne u  kobiet i mężczyzn z otyłością. U mężczyzn z otyłością, którzy doświadczyli zaburzeń wzwodu, po redukcji masy ciała zauważono znaczną poprawę w tej sferze. Ponadto wielu mężczyzn zaobserwowało znaczną poprawę w zakresie postrzegania atrakcyjności seksualnej[4]. Natomiast u kobiet z otyłością redukcja masy ciała była istotnie związana z poprawą funkcji seksualnych, zwłaszcza w zakresie poziomu podniecenia czy możliwości odczuwania orgazmów, ale również wpłynęła pozytywnie na normalizację parametrów płodności i rozrodu[5].

Każdy pacjent, niezależnie od jednostki chorobowej, zasługuje na to, by czerpać satysfakcję również z życia seksualnego, dlatego ważne jest, aby wzbogacać wiedzę i edukować społeczeństwo na ten temat. Tylko w ten sposób będziemy w stanie zwiększyć świadomość i poprawić jakość życia osób z  otyłością.
 
[1] Polotsky J. A., MD, MS, Otyłość a seksualność mężczyzn i kobiet: mity, błędne poglądy i dane, Sexuality, Reprodaction & Menopause, Vol. 8, No.2, Maj 2010, s.7-10.
[2] j. w.
[3] Bacon CG, Mittleman MA, Kawachi I, et al. A prospective study of risk factors for erectile dysfunction. J Urol. 2006; 176:217-221.
[4] Botlani B. S., Pal S., Obesity, mental health, and sexual dysfunction: A critical review, Health Psychology Open, Lipiec – Sierpień 2018, s. 1-13.
[5] j. w.
źódło: Porozmawiajmy Szczerze o Otyłości
– Celem Programu jest wsparcie pacjentek, które leczą się onkologicznie, by pomimo choroby nowotworowej nie utraciły w przyszłości szansy na urodzenie własnego potomstwa. Projekt jest finansowany przez Samorząd Województwa Dolnośląskiego i jest bezpłatny dla pacjentek – mówi Marcin Krzyżanowski Wicemarszałek Województwa Dolnośląskiego.
Szpital im. A. Falkiewicza we Wrocławiu w drodze konkursu został wybrany na realizatora „Programu polityki zdrowotnej w zakresie zachowania płodności u pacjentów leczonych onkologicznie na terenie Województwa Dolnośląskiego na lata 2023 – 2025”. Na realizację Programu Samorząd Województwa Dolnośląskiego przeznaczy 2 181 800 zł.
 
Projekt skierowany jest do mieszkanek Województwa Dolnośląskiego w wieku prokreacyjnym (18-40 lat) ze zdiagnozowaną chorobą nowotworową. Program ma również na celu propagowanie wiedzy z zakresu Oncofertility skierowanej zarówno do pacjentek, jak i do kadry medycznej  poprzez dostęp do specjalistycznej wiedzy oraz wsparcia specjalistów. Nowa rozwijająca się dziedzina medycyny Oncofertility  umożliwia zachowanie płodności u pacjentek onkologicznych i hematologicznych między innymi poprzez mrożenie tkanki jajnika.

Obecnie choroby nowotworowe są coraz częściej uleczalne, dlatego podniesienie tematu zabezpieczenia płodności przed rozpoczęciem terapii onkologicznej jest tak istotne. Dodatkowo ważną informacją jest fakt, że Program nie opóźnia leczenia onkologicznego pacjentki.

Pacjentki przed rozpoczęciem leczenia chemioterapią, radioterapią lub innymi metodami będą mogły zabezpieczyć swoją płodność po to, by po wyleczeniu choroby miały możliwość posiadania własnego potomstwa. Jest to istotne, gdyż skutkiem ubocznym tych terapii jest często nieodwracalna utrata płodnościmówi dr n. med. Jarosław Pająk ginekolog-onkolog.

Metoda, która będzie stosowana w Szpitalu im. A. Falkiewicza polega na krioprezerwacji tkanki jajnika i jest rekomendowana przez Polskie Towarzystwo Ginekologii Onkologicznej. Została dopracowana i zaakceptowana przez specjalistów w ostatnich dwudziestu latach, a jej walorem pozostaje, przy jej wysokim powodzeniu, możliwość wielokrotnej ciąży.

Metoda polega na pobraniu fragmentu tkanki jajnika metodą laparoskopową, następnie zamrożeniu i przechowywaniu w odpowiednich warunkach w banku komórek, a następnie kiedy pacjentka będzie wyleczona i podejmie decyzję o posiadaniu potomstwa, zostanie wykonany autoprzeszczep tkanki, również metodą laparoskopową – mówi dr n. med. Izabela Szczuka specjalista ds. przetwarzania tkanek i komórek DCOPiH. Mrożenie i przechowywanie tkanki będzie odbywało się w Banku Komórek w Dolnośląskim Centrum Onkologii Pulmonologii i Hematologii we w Wrocławiu.

Skuteczność metody ocenia się jako 50%  – powrót funkcji prokreacyjnej i uzyskanie co najmniej 1 ciąży, a ciąży zakończonej porodem na 42%. Oprócz powrotu cyklu kobiety, przeszczepiona tkanka jajnika podejmuje funkcje hormonalne, które są równie istotne dla zdrowia – jest to działanie kardioprotekcyjne, zmniejszające ryzyko osteoporozy oraz demencji starczej. Przeszczepiona tkanka jajnika może produkować komórki jajowe przez okres 2-3 lat po transplantacji, a nawet dłużej w przypadku młodszych pacjentek. W tym czasie pacjentka może zajść w ciążę w sposób naturalny nawet wielokrotnie.

Pacjentka, która zgłosi się do Programu zostanie skierowana na konsultacje ze specjalistami: ginekologiem położnikiem, ginekologiem onkologiem, onkologiem, hematologiem, radiologiem oraz psychologiem.  Następnie, po wykonaniu odpowiednich badań, zostanie podjęta decyzja na konsylium lekarskim o zakwalifikowaniu do zabiegu krioprezerwacji tkanki jajnika. Decyzja będzie podejmowana indywidulanie w przypadku każdej pacjentki.

Program będzie trwał od 01.09.2023 do 31.12.2025 r. i przewidujemy, że z konsultacji ze specjalistami skorzysta około 100 pacjentek rocznie, a zabieg krioprezerwacji tkanki jajnika zostanie wykonany u 25 pacjentek w skali roku. W trakcie trwania Programu przewidujemy 300 konsultacji pacjentek onkologicznych ze specjalistami w Szpitalu im. A. Falkiewicza oraz 75 zabiegów, które odbędą się w tym samym ośrodku.

Zainteresowane pacjentki bądź lekarze mogą uzyskać więcej informacji dzwoniąc pod numer telefonu  71 37 74 137 lub 71 37 74 138  bądź wysyłając maila na adres: zachowaj.plodnosc@falkiewicza.pl

W najbliższym czasie zostanie uruchomiona dedykowana strona internetowa o Programie, gdzie będą pojawiały się treści edukacyjne skierowane zarówno do lekarzy jak i pacjentek w postaci artykułów oraz wykładów lekarzy. Przewidujemy, iż pierwsze pacjentki zostaną zaproszone na konsultacje na początku jesieni.
 
źródło: Dolnośląski Urząd Marszałkowski
Rak piersi nie dotyczy wyłącznie kobiet powyżej 50. roku życia. Istnieje niemała grupa młodszych pacjentek, dla których leczenie ma dodatkowy aspekt – jest zagrożeniem dla planów prokreacyjnych. Ale są dobre wieści. Przerwa od leków obniżających poziom hormonów, by zajść w ciążę nie wydaje się zwiększać ryzyka nawrotu choroby – wynika z badania POSITIVE.
 
Rak piersi należy do grupy nowotworów o bardzo dobrym rokowaniu. Jeszcze do niedawna jego leczenie było jednak bardzo agresywne. U większości chorych wykonywano amputację piersi i stosowano chemioterapię. W ostatnich dwóch dekadach sposoby leczenia raka piersi uległy zasadniczej ewolucji. U większości chorych można zachować zajętą nowotworem pierś. 

„Pojawiło się wiele nowych leków skierowanych na specyficzne dla komórek nowotworowych zaburzenia molekularne, co umożliwia stosowanie bardziej precyzyjnych i >>inteligentnych<< metod. Okazało się także, że można zmniejszyć intensywność leczenia, utrzymując jego wysoką skuteczność. Przykładami tej taktyki jest mniej toksyczna chemioterapia towarzysząca zabiegowi operacyjnemu czy zaniechanie jej u chorych z określonym molekularnie niskim ryzykiem nawrotu. Pooperacyjna hormonoterapia jest stosowana w leczeniu raka piersi od około 60 lat. Jest metodą znacznie mniej toksyczną od chemioterapii, ale stosuje się ją przez 5-10 lat. Wśród chorych na raka piersi są młode kobiety, które w tym czasie mogą utracić zdolności rozrodcze” – mówi prof. Jacek Jassem, z Katedry i Kliniki Onkologii i Radioterapii, Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. Uczestniczył w dyskusjach nad kształtem badania.

Dotychczas doktryną było utrzymanie ciągłości leczenia. Nie było solidnych dowodów na to, że kobiety, które przestały przyjmować leki zmniejszające hormony, aby zajść w ciążę, mogły to zrobić bez dalszego zwiększania ryzyka nawrotu. Pierwsze tego rodzaju badanie zostało zaprezentowane na grudniowym Sympozjum Raka Piersi w San Antonio w 2022 roku, dorocznym spotkaniu specjalistów zajmujących się rakiem piersi. 

Brak dziecka skutkiem leczenia

Kobietom z nowotworami z dodatnim receptorem hormonalnym, czyli napędzanym przez estrogen lub progesteron ,zwykle zaleca się stosowanie terapii hormonalnej przez okres do 10 lat po postawieniu diagnozy, aby stłumić wszelkie hormony, które mogłyby spowodować nawrót raka. 

Efektem ubocznym tych leków jest jednak to, że mogą one zniszczyć wszelkie szanse na zajście w ciążę lub urodzenie zdrowego dziecka. W obliczu takiej możliwości wiele kobiet przerywa lub nigdy nie rozpoczyna terapii hormonalnej, wbrew radom swoich lekarzy.

„Niektóre młode kobiety po prostu mówią: >>Nie biorę tego. Chcę urodzić dziecko<<. Dlatego zaczęliśmy się zastanawiać w jaki sposób możemy im pomóc zarówno w uzyskaniu optymalnej opieki nad rakiem piersi i zmniejszeniu ryzyka, a jednocześnie w skompletowaniu rodziny” – powiedziała kierująca nowymi badaniami dr Ann Partridge, wiceprzewodnicząca onkologii medycznej w Dana-Farber Cancer Institute i profesor medycyny w Harvard Medical School.

„Młode kobiety, które chorują na raka piersi, nie chcą rezygnować z normalnego życia i macierzyństwa mimo rozpoznania choroby nowotworowej, a wyniki badania POSITIVE dają nadzieję młodym kobietom na możliwość posiadania potomstwa i powrót do pełni życia, pomimo rozpoznania raka piersi” – uważa dr Joanna Kufel-Grabowska adiunkt w Katedrze i Klinice Onkologii i Radioterapii GUM-ed.

Specjalistka zaznacza jednak, że choć wyniki badania POSITIVE są bardzo obiecujące, to trzeba pamiętać, że to dopiero wstępne dane, z bardzo krótką obserwacją. Poza tym prawie połowa chorych, które wzięły udział w badaniu, chorowała na wczesnego raka piersi, w I stopniu zaawansowania. 

Niemniej jednak można mówić o postępie.

„To kolejna dobra wiadomość dla naszych pacjentek, bowiem celem leczenia onkologicznego jest nie tylko powrót chorych do zdrowia fizycznego, ale także do życia rodzinnego, społecznego i zawodowego. Wyniki badania bardzo przybliżają nas do tego celu” – mówi prof. Jacek Jassem.

Przerwa w hormonoterapii jest bezpieczna

Badanie kliniczne POSITIVE miało ocenić, czy u kobiet leczonych z powodu raka piersi chcących zajść w ciążę, bezpieczne jest zastosowanie przerwy w uzupełniającej hormonoterapii. Do badania włączono 518 kobiet w wieku 42 lat lub młodszych. 62% z nich otrzymała wcześniej chemioterapię. Wszystkie były na terapii hormonalnej przez co najmniej półtora roku zanim otrzymywały zgodę na dwuletnią przerwę w leczeniu, aby spróbować zajść w ciążę. Badacze zachęcali kobiety, aby z powrotem do terapii czekały nie dłużej niż dwa lata.

Po trzech latach obserwacji okazało się, że przerwa w leczeniu nie zwiększyła ryzyka wznowy nowotworu. Blisko 75% kobiet zaszło w co najmniej jedną ciążę i zdecydowana większość z nich wróciła do HT  po planowanej przerwie. Łącznie w trakcie badania odnotowano 507 ciąż, a 86% z nich zakończyło się porodem żywego dziecka. Z technik wspomaganego rozrodu skorzystało 43% chorych. Powikłania w ciąży wystąpiły u 11% kobiet i najczęściej było to: nadciśnienie/stan przedrzucawkowy (3%) oraz cukrzyca ciążowa (2%). Niską wagę urodzeniową miało zaledwie 8% noworodków, a u 2% stwierdzono wady wrodzone. 62% chorych, które urodziły dzieci, karmiły je piersią. HT wznowiło 76% chorych. Wśród chorych, które nie wznowiły HT w 8% przyczyną była wznowa nowotworu i konieczność zastosowania innych form terapii. Spośród chorych bez wznowy nowotworu, które nie wznowiły HT, 79% podjęło tę decyzję z powodu kontynuacji prób zajścia w ciążę, niedawnego porodu lub karmienia piersią.

„Badanie POSITIVE w sposób jednoznaczny potwierdza, że czasowe wstrzymanie hormonoterapii uzupełniającej stosowanej po leczeniu radykalnym raka piersi, po to, żeby pacjentka mogła zrealizować swoje plany rodzicielskie, jest procedurą całkowicie bezpieczną. Takie postępowanie rekomendujemy naszym pacjentkom, leczonym w naszym instytucie w Warszawie już od kilku lat. Wiele kobiet skorzystało z tej możliwości. Czasem jest to jedyna opcja, która umożliwia pacjentkom po przebytym leczeniu raka piersi posiadanie własnego potomstwa, ze względu na konieczność wieloletniej hormonoterapii” – mówi dr n. med. Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld, kierownik Oddziału Zachowawczego Kliniki Nowotworów Piersi i Chirurgii Rekonstrukcyjnej w Narodowym Instytucie Onkologii – Państwowym Instytucie Badawczym w Warszawie.

„Przedstawiona w San Antonio analiza pokazała nie tylko, że przerwa w hormonoterapii nie pogarszała rokowania chorych, ale też, że kobiety, które urodziły dziecko miały mniejsze ryzyko nawrotu niż te, które nie zostały mamami” –  zwraca uwagę dr Joanna Kufel-Grabowska.

Mały Ronin potwierdza wyniki badań

Shayla Johnson, która ma 40 lat, dołączyła do badania z nadzieją, że wyniki mogą pomóc innym kobietom „poczuć się trochę bezpieczniej, jeśli chodzi o założenie rodziny”. Raka piersi we wczesnym stadium zdiagnozowano u niej 6 lat temu, kiedy planowała założyć rodzinę. Jej diagnoza doprowadziła do podwójnej mastektomii i ośmiu rund chemioterapii. Johnson ostatecznie zaszła w ciążę poprzez zapłodnienie in vitro podczas przerwy w terapii hormonalnej. Dziś nie wyobraża sobie życia bez syna Ronina i chce podzielić się swoją historią.  

„Nie powinno się wybierać między leczeniem ratującym życie a założeniem rodziny” – powiedział Johnson, dodając, że „rak może być bardzo skomplikowany, zwłaszcza dla młodych kobiet”.

https://clinicaltrials.gov/ct2/show/NCT02308085

https://www.cancer.gov/news-events/cancer-currents-blog/2023/pausing-breast-cancer-treatment-to-conceive

Źródło: Serwis Zdrowie

Rak piersi nie dotyczy wyłącznie kobiet powyżej 50. roku życia. Istnieje niemała grupa młodszych pacjentek, dla których leczenie ma dodatkowy aspekt – jest zagrożeniem dla planów prokreacyjnych. Ale są dobre wieści. Przerwa od leków obniżających poziom hormonów, by zajść w ciążę nie wydaje się zwiększać ryzyka nawrotu choroby – wynika z badania POSITIVE.
 
Rak piersi należy do grupy nowotworów o bardzo dobrym rokowaniu. Jeszcze do niedawna jego leczenie było jednak bardzo agresywne. U większości chorych wykonywano amputację piersi i stosowano chemioterapię. W ostatnich dwóch dekadach sposoby leczenia raka piersi uległy zasadniczej ewolucji. U większości chorych można zachować zajętą nowotworem pierś. 

„Pojawiło się wiele nowych leków skierowanych na specyficzne dla komórek nowotworowych zaburzenia molekularne, co umożliwia stosowanie bardziej precyzyjnych i >>inteligentnych<< metod. Okazało się także, że można zmniejszyć intensywność leczenia, utrzymując jego wysoką skuteczność. Przykładami tej taktyki jest mniej toksyczna chemioterapia towarzysząca zabiegowi operacyjnemu czy zaniechanie jej u chorych z określonym molekularnie niskim ryzykiem nawrotu. Pooperacyjna hormonoterapia jest stosowana w leczeniu raka piersi od około 60 lat. Jest metodą znacznie mniej toksyczną od chemioterapii, ale stosuje się ją przez 5-10 lat. Wśród chorych na raka piersi są młode kobiety, które w tym czasie mogą utracić zdolności rozrodcze” – mówi prof. Jacek Jassem, z Katedry i Kliniki Onkologii i Radioterapii, Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. Uczestniczył w dyskusjach nad kształtem badania.

Dotychczas doktryną było utrzymanie ciągłości leczenia. Nie było solidnych dowodów na to, że kobiety, które przestały przyjmować leki zmniejszające hormony, aby zajść w ciążę, mogły to zrobić bez dalszego zwiększania ryzyka nawrotu. Pierwsze tego rodzaju badanie zostało zaprezentowane na grudniowym Sympozjum Raka Piersi w San Antonio w 2022 roku, dorocznym spotkaniu specjalistów zajmujących się rakiem piersi. 

Brak dziecka skutkiem leczenia

Kobietom z nowotworami z dodatnim receptorem hormonalnym, czyli napędzanym przez estrogen lub progesteron ,zwykle zaleca się stosowanie terapii hormonalnej przez okres do 10 lat po postawieniu diagnozy, aby stłumić wszelkie hormony, które mogłyby spowodować nawrót raka. 

Efektem ubocznym tych leków jest jednak to, że mogą one zniszczyć wszelkie szanse na zajście w ciążę lub urodzenie zdrowego dziecka. W obliczu takiej możliwości wiele kobiet przerywa lub nigdy nie rozpoczyna terapii hormonalnej, wbrew radom swoich lekarzy.

„Niektóre młode kobiety po prostu mówią: >>Nie biorę tego. Chcę urodzić dziecko<<. Dlatego zaczęliśmy się zastanawiać w jaki sposób możemy im pomóc zarówno w uzyskaniu optymalnej opieki nad rakiem piersi i zmniejszeniu ryzyka, a jednocześnie w skompletowaniu rodziny” – powiedziała kierująca nowymi badaniami dr Ann Partridge, wiceprzewodnicząca onkologii medycznej w Dana-Farber Cancer Institute i profesor medycyny w Harvard Medical School.

„Młode kobiety, które chorują na raka piersi, nie chcą rezygnować z normalnego życia i macierzyństwa mimo rozpoznania choroby nowotworowej, a wyniki badania POSITIVE dają nadzieję młodym kobietom na możliwość posiadania potomstwa i powrót do pełni życia, pomimo rozpoznania raka piersi” – uważa dr Joanna Kufel-Grabowska adiunkt w Katedrze i Klinice Onkologii i Radioterapii GUM-ed.

Specjalistka zaznacza jednak, że choć wyniki badania POSITIVE są bardzo obiecujące, to trzeba pamiętać, że to dopiero wstępne dane, z bardzo krótką obserwacją. Poza tym prawie połowa chorych, które wzięły udział w badaniu, chorowała na wczesnego raka piersi, w I stopniu zaawansowania. 

Niemniej jednak można mówić o postępie.

„To kolejna dobra wiadomość dla naszych pacjentek, bowiem celem leczenia onkologicznego jest nie tylko powrót chorych do zdrowia fizycznego, ale także do życia rodzinnego, społecznego i zawodowego. Wyniki badania bardzo przybliżają nas do tego celu” – mówi prof. Jacek Jassem.

Przerwa w hormonoterapii jest bezpieczna

Badanie kliniczne POSITIVE miało ocenić, czy u kobiet leczonych z powodu raka piersi chcących zajść w ciążę, bezpieczne jest zastosowanie przerwy w uzupełniającej hormonoterapii. Do badania włączono 518 kobiet w wieku 42 lat lub młodszych. 62% z nich otrzymała wcześniej chemioterapię. Wszystkie były na terapii hormonalnej przez co najmniej półtora roku zanim otrzymywały zgodę na dwuletnią przerwę w leczeniu, aby spróbować zajść w ciążę. Badacze zachęcali kobiety, aby z powrotem do terapii czekały nie dłużej niż dwa lata.

Po trzech latach obserwacji okazało się, że przerwa w leczeniu nie zwiększyła ryzyka wznowy nowotworu. Blisko 75% kobiet zaszło w co najmniej jedną ciążę i zdecydowana większość z nich wróciła do HT  po planowanej przerwie. Łącznie w trakcie badania odnotowano 507 ciąż, a 86% z nich zakończyło się porodem żywego dziecka. Z technik wspomaganego rozrodu skorzystało 43% chorych. Powikłania w ciąży wystąpiły u 11% kobiet i najczęściej było to: nadciśnienie/stan przedrzucawkowy (3%) oraz cukrzyca ciążowa (2%). Niską wagę urodzeniową miało zaledwie 8% noworodków, a u 2% stwierdzono wady wrodzone. 62% chorych, które urodziły dzieci, karmiły je piersią. HT wznowiło 76% chorych. Wśród chorych, które nie wznowiły HT w 8% przyczyną była wznowa nowotworu i konieczność zastosowania innych form terapii. Spośród chorych bez wznowy nowotworu, które nie wznowiły HT, 79% podjęło tę decyzję z powodu kontynuacji prób zajścia w ciążę, niedawnego porodu lub karmienia piersią.

„Badanie POSITIVE w sposób jednoznaczny potwierdza, że czasowe wstrzymanie hormonoterapii uzupełniającej stosowanej po leczeniu radykalnym raka piersi, po to, żeby pacjentka mogła zrealizować swoje plany rodzicielskie, jest procedurą całkowicie bezpieczną. Takie postępowanie rekomendujemy naszym pacjentkom, leczonym w naszym instytucie w Warszawie już od kilku lat. Wiele kobiet skorzystało z tej możliwości. Czasem jest to jedyna opcja, która umożliwia pacjentkom po przebytym leczeniu raka piersi posiadanie własnego potomstwa, ze względu na konieczność wieloletniej hormonoterapii” – mówi dr n. med. Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld, kierownik Oddziału Zachowawczego Kliniki Nowotworów Piersi i Chirurgii Rekonstrukcyjnej w Narodowym Instytucie Onkologii – Państwowym Instytucie Badawczym w Warszawie.

„Przedstawiona w San Antonio analiza pokazała nie tylko, że przerwa w hormonoterapii nie pogarszała rokowania chorych, ale też, że kobiety, które urodziły dziecko miały mniejsze ryzyko nawrotu niż te, które nie zostały mamami” –  zwraca uwagę dr Joanna Kufel-Grabowska.

Mały Ronin potwierdza wyniki badań

Shayla Johnson, która ma 40 lat, dołączyła do badania z nadzieją, że wyniki mogą pomóc innym kobietom „poczuć się trochę bezpieczniej, jeśli chodzi o założenie rodziny”. Raka piersi we wczesnym stadium zdiagnozowano u niej 6 lat temu, kiedy planowała założyć rodzinę. Jej diagnoza doprowadziła do podwójnej mastektomii i ośmiu rund chemioterapii. Johnson ostatecznie zaszła w ciążę poprzez zapłodnienie in vitro podczas przerwy w terapii hormonalnej. Dziś nie wyobraża sobie życia bez syna Ronina i chce podzielić się swoją historią.  

„Nie powinno się wybierać między leczeniem ratującym życie a założeniem rodziny” – powiedział Johnson, dodając, że „rak może być bardzo skomplikowany, zwłaszcza dla młodych kobiet”.

https://clinicaltrials.gov/ct2/show/NCT02308085

https://www.cancer.gov/news-events/cancer-currents-blog/2023/pausing-breast-cancer-treatment-to-conceive

Źródło: Serwis Zdrowie

Polskie Towarzystwo Onkologiczne powołało Sekcję Płodności w Chorobie Nowotworowej (Oncofertility), która będzie prowadzić działalność edukacyjno-naukową w zakresie zabezpieczenia płodności u chorych na nowotwory. – Niezwykle ważne jest budowanie wspólnej przestrzeni do wymiany wiedzy oraz pomocy naszym pacjentom w tym jakże delikatnym, ale niebywale ważnym aspekcie naszego życia – mówi dr n. med. Joanna Kufel-Grabowska, przewodniczącą sekcji, onkolog kliniczny z Kliniki Onkologii i Radioterapii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.
Ostatnie lata przyniosły znaczną poprawę rokowania u chorych na nowotwory, co zawdzięczamy nowoczesnym metodom diagnostycznym i terapeutycznym. Niestety leczenie onkologiczne, a szczególnie chemioterapia, wpływa niekorzystnie na płodność chorych w wieku prokreacyjnym. Zachorowania na nowotwory oraz stosowane terapie przeciwnowotworowe mogą powodować upośledzenie funkcji rozrodczych, a w  skrajnych przypadkach prowadzić nawet do trwałej niepłodności. Brak dostatecznej wiedzy i zrozumienia problemów związanych z rozrodczością po chorobie nowotworowej budzi czasem kontrowersyjne reakcje otoczenia, co wzmacnia zjawisko dyskryminacji chorych na nowotwory. Jednakże odpowiednie działania profilaktyczne i edukacyjne dają chorym szansę na posiadanie potomstwa i zbudowanie w przyszłości szczęśliwego życia rodzinnego.
 
Nowo powołana Sekcja Płodności w Chorobie Nowotworowej (Onkofertility) PTO zajmie się przede wszystkim opracowaniem zaleceń i wytycznych dotyczących zabezpieczenia płodności u chorych na nowotwory oraz szeroko pojętą edukacją lekarzy, pielęgniarek, personelu medycznego, ale też chorych i ich rodzin. Zadaniem Sekcji będzie również współpraca z innymi towarzystwami naukowymi i aktywny udział w opracowaniu standardów w zakresie prowadzenia i bezpieczeństwa ciąży u chorych po leczeniu onkologicznym, jak również ocena zdrowia dzieci oraz działania profilaktyczne w tym zakresie. 
 
W skład Sekcji weszli: 
Członkowie Zarządu:
źródło: PTO
Polskie Towarzystwo Onkologiczne powołało Sekcję Płodności w Chorobie Nowotworowej (Oncofertility), która będzie prowadzić działalność edukacyjno-naukową w zakresie zabezpieczenia płodności u chorych na nowotwory. – Niezwykle ważne jest budowanie wspólnej przestrzeni do wymiany wiedzy oraz pomocy naszym pacjentom w tym jakże delikatnym, ale niebywale ważnym aspekcie naszego życia – mówi dr n. med. Joanna Kufel-Grabowska, przewodniczącą sekcji, onkolog kliniczny z Kliniki Onkologii i Radioterapii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.
Ostatnie lata przyniosły znaczną poprawę rokowania u chorych na nowotwory, co zawdzięczamy nowoczesnym metodom diagnostycznym i terapeutycznym. Niestety leczenie onkologiczne, a szczególnie chemioterapia, wpływa niekorzystnie na płodność chorych w wieku prokreacyjnym. Zachorowania na nowotwory oraz stosowane terapie przeciwnowotworowe mogą powodować upośledzenie funkcji rozrodczych, a w  skrajnych przypadkach prowadzić nawet do trwałej niepłodności. Brak dostatecznej wiedzy i zrozumienia problemów związanych z rozrodczością po chorobie nowotworowej budzi czasem kontrowersyjne reakcje otoczenia, co wzmacnia zjawisko dyskryminacji chorych na nowotwory. Jednakże odpowiednie działania profilaktyczne i edukacyjne dają chorym szansę na posiadanie potomstwa i zbudowanie w przyszłości szczęśliwego życia rodzinnego.
 
Nowo powołana Sekcja Płodności w Chorobie Nowotworowej (Onkofertility) PTO zajmie się przede wszystkim opracowaniem zaleceń i wytycznych dotyczących zabezpieczenia płodności u chorych na nowotwory oraz szeroko pojętą edukacją lekarzy, pielęgniarek, personelu medycznego, ale też chorych i ich rodzin. Zadaniem Sekcji będzie również współpraca z innymi towarzystwami naukowymi i aktywny udział w opracowaniu standardów w zakresie prowadzenia i bezpieczeństwa ciąży u chorych po leczeniu onkologicznym, jak również ocena zdrowia dzieci oraz działania profilaktyczne w tym zakresie. 
 
W skład Sekcji weszli: 
Członkowie Zarządu:
źródło: PTO