Medicalpress

Nowoczesne terapie przeciwnowotworowe coraz częściej wymagają wcześniejszego poznania biologii nowotworu. Problem w tym, że dostęp do odpowiedniej diagnostyki nadal nie jest równy i powszechny, a materiał pobrany od pacjenta potrafi krążyć pomiędzy kilkoma placówkami. Eksperci wskazują, że nie zawsze potrzeba więcej badań i więcej pieniędzy – potrzebna jest przede wszystkim spójna ścieżka, jasno określone standardy i odpowiedzialność za przeprowadzenie pacjenta przez cały proces diagnostyczny.

Nowoczesne leczenie zaczyna się od właściwej diagnostyki

W części nowotworów wynik badania molekularnego nie jest już dodatkową informacją, ale jednym z elementów niezbędnych do prawidłowego rozpoznania choroby i wyboru leczenia. Dostępność nowoczesnych terapii nie oznacza więc jeszcze, że każdy pacjent, który mógłby z nich skorzystać, rzeczywiście otrzyma taką możliwość.

Na problem nierówności w dostępie do diagnostyki zwracali uwagę eksperci podczas posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. profilaktyki nowotworowej – RAK STOP, poświęconego diagnostyce molekularnej jako warunkowi nowoczesnego leczenia onkologicznego.

Szczególnie dobrze widać to w raku płuca, w którym zakres zmian molekularnych mających znaczenie dla wyboru terapii systematycznie się zwiększa.

– Jeżeli nie zrobimy tego dobrze od początku, to niestety pacjent straci szansę na personalizowane leczenie, na leczenie nowoczesne immunoterapią, immunochemioterapią w programie lekowym. Czyli mamy bardzo dobrze zaopatrzone programy lekowe, mamy dostęp do świetnych nowoczesnych terapii, ale przez braki w dostępie do diagnostyki część pacjentów, i to spora część pacjentów, traci tę szansę – podkreślała Aleksandra Wilk, dyrektor Sekcji Raka Płuca Fundacji TO SIĘ LECZY, członkini Forum Nowoczesnej Diagnostyki.

Problem zaczyna się już na poziomie dostępu do badań.

– Dostęp do diagnostyki molekularnej jest w dalszym ciągu uzależniony trochę od kodu pocztowego, czyli są nierówności w dostępie do tej diagnostyki. Niestety pacjenci z mniejszych ośrodków takiej opcji nie mają. Muszą wędrować po Polsce, muszą szukać miejsc, gdzie ta diagnostyka będzie wykonana w sposób optymalny – mówiła Aleksandra Wilk.

Materiał krąży, a pacjent czeka

Ścieżka diagnostyczna może dziś obejmować kilka niezależnych placówek. Materiał pobrany w jednym szpitalu trafia do zakładu patomorfologii w drugim ośrodku, następnie wynik wraca do placówki zlecającej, a materiał musi zostać przekazany dalej na badania molekularne. Jeżeli pomiędzy podmiotami brakuje odpowiednich umów lub sprawnego sposobu przekazywania materiału, kolejne etapy zaczynają funkcjonować niezależnie od siebie.

– To wyzwanie, które przed nami jest, to po prostu rozproszenie tej diagnostyki. […] Materiał pacjentów z rakiem płuca krąży po Polsce – mówiła Aleksandra Wilk.

Zdaniem prof. Andrzeja Marszałka, konsultanta krajowego w dziedzinie patomorfologii, eksperta odpowiedzialności za połączenie tych etapów nie można przerzucać na chorego. – Problem diagnostyki to nie jest problem pacjenta, tylko to musi być systemowo załatwione i to leży na podmiocie, który się zajął pacjentem. Taka była chyba idea Krajowej Sieci Onkologicznej, że niezależnie od tego, gdzie pacjent trafi, to on w całym kraju, niezależnie od sieci dróg bitych czy kodu pocztowego, powinien być tak samo zaopiekowany.

Rozproszenie nie musi przy tym oznaczać, że cały system powinien zostać skupiony w kilku największych instytutach. Nie każda placówka musi również posiadać własne zaplecze pozwalające na wykonanie najbardziej zaawansowanych badań. Potrzebny jest natomiast model, w którym kolejne ośrodki tworzą jedną funkcjonalną ścieżkę.

Tygodnie można stracić na samej logistyce

Dr n. med. Andrzej Tysarowski, Kierownik Zakładu Diagnostyki Genetycznej i Genomiki PIM-MSWiA, ekspert Forum Nowoczesnej Diagnostyki, wskazywał, że część barier można ograniczyć bez tworzenia od podstaw nowej infrastruktury diagnostycznej. – W większości przypadków właśnie nie chodzi o finanse, nie chodzi o zakresy działań laboratoriów, tylko właśnie o taką, można powiedzieć, prostą logistykę, organizację i komunikację między sobą.

Jako przykład podaje diagnostykę raka płuca, która – według przedstawionych przez niego informacji – może trwać od dwóch do trzech miesięcy. Problemem są m.in. kolejne przekazania materiału i wyników pomiędzy niezależnymi placówkami.

– Wystarczyłoby, żeby jednostka patomorfologiczna porozumiała się z tym laboratorium zakontraktowanym na zewnątrz i przesłała dalej materiał. Na tym zyskujemy te 2–3 tygodnie cennego czasu, czyli zwykła logistyka, bo jeżeli chodzi o możliwości sprzętowe, jeżeli chodzi o finansowanie, to te rzeczy są w dużej mierze zabezpieczone – podkreślał dr Tysarowski.

W raku płuca dodatkowym problemem może być już samo uzyskanie odpowiedniego materiału. Aleksandra Wilk wskazała na przypadki pacjentów, u których konieczne było jego kilkukrotne pobieranie. Według przedstawionych przez nią danych zdarzały się nawet przypadki pięciu pobrań, natomiast u chorych wymagających trzech pobrań droga od rozpoczęcia diagnostyki do leczenia trwała około pół roku.

– Żebyśmy mogli w ogóle mówić o tym, że będziemy wykonywać diagnostykę molekularną, o której dzisiaj szeroko mówimy, musimy mieć pobrany materiał – mówiła Aleksandra Wilk.

Diagnostyka nie może zaczynać się dopiero wtedy, gdy wybrano terapię

Problem dotyczy jednak nie tylko przepływu materiału pomiędzy ośrodkami. Prof. Bartosz Wasąg, kierownik Laboratorium Genetyki Klinicznej Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku, zwracał uwagę na samą konstrukcję ścieżki diagnostyczno-terapeutycznej.

– Badanie molekularne jest w większości przypadków kosztem wewnątrz hospitalizacji albo tym świadczeniem, które jest uruchamiane po tym, gdy lekarz rozważa kwalifikację do konkretnego programu lekowego. I to jest, myślę, wielki problem, który powoduje wydłużenie diagnostyki, bo wykonanie badania jest konsekwencją decyzji terapeutycznej, a powinno być de facto przesłanką – mówił prof. Bartosz Wasąg.

Diagnostyka molekularna nie może być przy tym traktowana w oderwaniu od wcześniejszej diagnostyki patomorfologicznej, obejmującej – zależnie od nowotworu – również odpowiednie badania immunohistochemiczne i inne metody pozwalające zarówno określić rodzaj choroby, jak i później dobrać leczenie. 

– Bardzo dobrze, że sfinansowano badania molekularne, brakuje pewnych koszyków […], ale finansując trzeci etap, zapomina się na przykład o pełnym sfinansowaniu pierwszego etapu. I do trzeciego część osób nie dojdzie, bo ten pierwszy jest nie do końca załatwiony – wskazał prof. Andrzej Marszałek.

Rozwój diagnostyki molekularnej nie oznacza, że każdy chory powinien mieć wykonywany najszerszy możliwy panel badań. Kluczowe jest określenie, jakie oznaczenia mają rzeczywistą użyteczność kliniczną w danym rozpoznaniu i na konkretnym etapie choroby.

– Nadrzędną cechą użyteczności testów diagnostycznych jest ta użyteczność kliniczna, czyli koncentrujemy się tylko i wyłącznie na biomarkerach czy na zmianach, które są istotne z punktu widzenia chorego, z punktu widzenia klinicysty, które mają wpływ na diagnostykę czy ewentualne leczenie tych chorych. I to należy rozdzielić – podkreśla prof. Wasąg.

Czy NFZ wie, za jaką diagnostykę płaci?

Oprócz samego dostępu do badań coraz większego znaczenia nabiera możliwość oceny ich kompletności i jakości. Aleksandra Wilk zwracała uwagę, że samo rozliczenie procedury nie daje jeszcze odpowiedzi na pytanie, jaki zakres diagnostyki rzeczywiście wykonano.

– W tym momencie NFZ płaci za procedurę, ale my de facto nie wiemy, czy dana jednostka zleciła tylko pojedyncze testy, czyli na przykład samego EGFR-a albo tylko trzy mutacje: EGFR, ALK, ROS1, a może się okazać, że pacjent ma KRAS-a, BRAF-a albo MET-a, na którym mamy leczenie w programie lekowym. Czyli NFZ płaci za procedurę, ale nie sprawdza jakości i generalnie, jakie badania zostały wykonane – mówiła Aleksandra Wilk.

Jednym z proponowanych rozwiązań jest „checklista” kompletności diagnostyki, powiązana z elektroniczną kartą diagnostyki i leczenia onkologicznego. Nie chodzi o wymaganie identycznego zestawu badań u wszystkich chorych, ale o możliwość sprawdzenia, czy wykonano zakres właściwy dla konkretnego rozpoznania.

e-DILO jest wdrażana od sierpnia 2026 roku, a od 1 października ma być dostępna dla pozostałych uprawnionych podmiotów. Ministerstwo Zdrowia wskazuje, że karta ma umożliwiać monitorowanie diagnostyki i leczenia w czasie rzeczywistym; do końca 2026 roku trwa okres przejściowy, w którym możliwe jest jeszcze prowadzenie karty na dotychczasowych zasadach.

– Marzy nam się, żebyśmy mieli informację o jakości i rodzaju wykonywanych badań u pacjentów z rakiem płuca. I wtedy będziemy wiedzieć […], czy są wykonywane te badania, gdzie są wykonywane, jak są wykonywane i za co tak naprawdę NFZ płaci. Generalnie płacimy po prostu za jakość – mówiła Aleksandra Wilk.

Są pierwsze zmiany. Biopsja płynna i oczekiwane Lung Cancer Units

Ministerstwo Zdrowia podkreśla, że diagnostyka molekularna jest już elementem świadczeń gwarantowanych, choć system musi być dostosowywany do szybko pojawiających się nowych biomarkerów i możliwości terapeutycznych.

– Diagnostyka molekularna staje się integralnym elementem nowoczesnej diagnostyki onkologicznej i generalnie znajduje odzwierciedlenie w zakresie świadczeń gwarantowanych, finansowanych ze środków publicznych. W wielu nowotworach wynik badania molekularnego jest niezbędny do kwalifikacji do leczenia celowanego bądź immunoterapii – mówił Tomasz Kuleta, naczelnik Wydziału Świadczeń Gwarantowanych Departamentu Lecznictwa Ministerstwa Zdrowia.

Jednym z nowych rozwiązań jest możliwość wykonywania biopsji płynnej w warunkach ambulatoryjnych u odpowiednio kwalifikowanych pacjentów, gdy nie ma możliwości uzyskania odpowiedniego materiału tkankowego lub jest on niediagnostyczny.

W przypadku raka płuca od lat oczekiwane jest natomiast wdrożenie modelu Lung Cancer Units. Przygotowane zostały trzy projekty rozporządzeń dotyczące świadczeń gwarantowanych w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej, leczeniu szpitalnym i rehabilitacji leczniczej. Przygotowanie tych projektów potwierdzają także dokumenty dotyczące realizacji Narodowej Strategii Onkologicznej.

– Projekty są gotowe i jesteśmy na etapie tak naprawdę podejmowania decyzji już o skierowaniu do konsultacji, przy czym najpierw to będą konsultacje wewnętrzne, wewnątrz Ministerstwa oraz Narodowego Funduszu Zdrowia, i dopiero po zakończeniu tych konsultacji skierowane do konsultacji publicznych – informował Tomasz Kuleta.

Nie wskazał jednak konkretnej daty.

– Nie chcę mówić o terminie, ponieważ nie ode mnie zależy czas na podejmowanie tej decyzji, ale myślę, że to będzie naprawdę już w najbliższym czasie. – dodał.

Potrzebny jeden standard niezależnie od „kodu pocztowego”

Doświadczenia z diagnostyką patomorfologiczną pokazują, że powiązanie standardów jakości z organizacją i finansowaniem może być jednym z kierunków zmian.

– Standardy, i te akredytacyjne, i te, które zostały przygotowane do badań patomorfologicznych, one nie są rzeczą ekstra, one nie są optimum, one są minimum – podkreśla prof. Andrzej Marszałek.

W przypadku diagnostyki molekularnej kolejnym krokiem powinno być stworzenie jednoznacznych schematów określających, jakie badania, u których pacjentów i na jakim etapie należy wykonywać. Dopiero taki model pozwala myśleć o równym dostępie niezależnie od miejsca zamieszkania i ośrodka, do którego trafi chory.

– Najważniejszy cel, który należy osiągnąć, to opracowanie schematów diagnostycznych, które w sposób precyzyjny określają, u kogo, w jaki sposób wykonywane są badania diagnostyczne. I mówimy raz jeszcze o tych badaniach diagnostycznych, które mają realną użyteczność kliniczną – podsumowuje prof. Bartosz Wasąg.

W praktyce wyzwanie nie sprowadza się więc do prostego zwiększenia liczby wykonywanych badań. Chodzi o to, aby właściwy pacjent miał wykonane właściwe badanie, we właściwym momencie – a jego wynik był dostępny, zanim zapadnie decyzja o leczeniu.

Źródło: posiedzenie Parlamentarnego Zespołu ds. profilaktyki nowotworowej – RAK STOP, cykl spotkań eksperckich „Wyprzedźmy chorobę”, „Najpierw diagnoza, potem terapia – diagnostyka molekularna jako warunek nowoczesnego leczenia onkologicznego”, 22.09.2026 r.; Ministerstwo Zdrowia; Narodowa Strategia Onkologiczna.

Opracowanie: Redakcja Medicalpress

Zbliża się kolejny sezon zakażeń RSV, a znaczna część najmłodszych dzieci nadal pozostaje bez bezpośredniej ochrony przed ciężkim przebiegiem infekcji. W Polsce działa program profilaktyki dla wybranych grup ryzyka, bezpłatnie szczepione przeciw RSV mogą być m.in. wcześniaki oraz kobiety w ciąży. Dostępne jest również długodziałające przeciwciało monoklonalne. To ostatnie rodzice muszą jednak obecnie sfinansować samodzielnie. Eksperci podkreślają, że największym wyzwaniem pozostaje ochrona niemowląt, które nie kwalifikują się do programu B.40 i nie uzyskały ochrony dzięki szczepieniu matki.

RSV (syncytialny wirus oddechowy) jest szczególnym zagrożeniem dla najmłodszych dzieci. Zakażenie może początkowo wyglądać niegroźnie – od kataru czy kaszlu – a następnie w krótkim czasie doprowadzić do poważnych problemów z oddychaniem.

– Ta choroba przebiega bardzo podstępnie. Nawet jeśli pierwszego dnia dziecko przyjdzie z katarem czy kaszlem do pediatry, w drugiej, trzeciej dobie może dojść do niewydolności oddechowej. Ten przebieg u najmłodszych dzieci, w pierwszym kwartale życia, jest najcięższy – mówiła prof. Teresa Jackowska, prezes Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego, podczas posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Zdrowia Matki i Dziecka poświęconego profilaktyce zakażeń RSV.

Doświadczenia rodziców pokazują, jak szybko może zmienić się stan niemowlęcia.

– W ciągu trzech dni stan Mai zmienił się tak drastycznie, że stwierdziłam, że pojadę do szpitala. Maja zaczęła bardzo ciężko oddychać, nie oddychała w ogóle przez nos. […] Podczas RSV dzieci mają takie straszne napady kaszlu, które trwają 2–3 minuty, podczas których nie mogą odkaszlnąć i nie mogą oddychać. To było przerażające dla mnie. […] Leżałyśmy dwa tygodnie w szpitalu – opowiadała mama Mai.

Do szpitali trafiają przede wszystkim najmłodsze dzieci

Skalę problemu pokazują dane przedstawione podczas posiedzenia. Jak wskazał prof. Marcin Czech z Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie, w 2025 roku odnotowano 14 982 hospitalizacje z powodu RSV wśród dzieci do 2. roku życia. Łączny koszt ich leczenia szpitalnego wyniósł około 105 mln zł, a najmłodsze dzieci odpowiadały za blisko 61 proc. wszystkich hospitalizacji związanych z RSV.

Dane z programu „Prevent RSV”, obejmującego 21 oddziałów pediatrycznych w Polsce, wskazują, że liczba hospitalizacji w monitorowanych placówkach nie maleje i utrzymuje się na poziomie około tysiąca w sezonie.

Prawie 90 proc. hospitalizowanych w rejestrze stanowią dzieci poniżej 2. roku życia. Najdłuższego pobytu w szpitalu wymagają najmłodsze niemowlęta.

– Ci najmniejsi pacjenci, którzy mają miesiąc, dwa, trzy, cztery miesiące, wymagają najdłuższej hospitalizacji. To jest mediana 8 i więcej dni. – wskazał prof. Jan Mazela, neonatolog, pediatra, koordynator programu „Prevent RSV”..

Ciężkie zakażenie nie dotyczy wyłącznie wcześniaków

Jednym z najważniejszych problemów pozostaje fakt, że do szpitali trafiają nie tylko wcześniaki czy dzieci z chorobami zwiększającymi ryzyko ciężkiego przebiegu RSV. Znaczną część hospitalizowanych stanowią dzieci, które przed zakażeniem nie miały rozpoznanych czynników ryzyka.

W Polsce od 2008 roku funkcjonuje program lekowy B.40, w którym stosowany jest paliwizumab – krótkodziałające przeciwciało monoklonalne przeznaczone dla określonych grup dzieci obciążonych zwiększonym ryzykiem ciężkiego zakażenia RSV. Program był przez lata stopniowo rozszerzany, jednak nadal obejmuje jedynie niewielką część populacji.

Dane przedstawione przez ekspertów pokazują jednocześnie, że w chronionych grupach hospitalizacje z powodu RSV należą do rzadkości.

– Dane wskazują na to, że dzieci te, mimo największego narażenia, nie chorowały ciężko i nie wymagały hospitalizacji. To pokazuje, że immunizacja, którą im oferowaliśmy, jest skuteczna – podkreśliła prof. Ewa Helwich z Instytutu Matki i Dziecka. 

Profilaktyka ma szczególne znaczenie, bo nie ma leczenia przyczynowego

Znaczenie profilaktyki wynika również z ograniczonych możliwości leczenia dziecka, które już zachoruje. Postępowanie w ciężkim zakażeniu RSV ma przede wszystkim charakter objawowy i wspomagający – obejmuje m.in. tlenoterapię i, w zależności od stanu pacjenta, różne formy wspomagania oddychania.

– Profilaktyka jest dlatego taka ważna, że pomimo upływu czasu i starań niestety nie mamy nowych metod terapeutycznych i postępowanie w sytuacji, w której dojdzie już do zakażenia, szczególnie do jego ciężkich postaci, skupia się na leczeniu zachowawczym – podkreślił prof. Tomasz Szczapa, konsultant krajowy w dziedzinie neonatologii i prezes Polskiego Towarzystwa Neonatologicznego.

Dane z rejestru „Prevent RSV” wskazują ponadto, że około połowa hospitalizowanych dzieci otrzymywała antybiotyki, mimo że zakażenie RSV ma etiologię wirusową.

– Praktycznie 50 proc. otrzymuje antybiotyki. […] To jest leczenie wspomagające, a nie leczenie przyczynowe, bo takiego nie ma, więc jeżeli byśmy mogli mieć skuteczną profilaktykę, moglibyśmy uniknąć takiej terapii – powiedział prof. Jan Mazela.

Jak można dziś chronić niemowlęta przed RSV?

Obecnie dostępnych jest kilka sposobów profilaktyki. Dzieci należące do określonych grup ryzyka mogą korzystać z programu B.40. Drugą możliwością jest szczepienie kobiety w ciąży – wytworzone przez matkę przeciwciała są przekazywane dziecku i zapewniają mu ochronę w pierwszych miesiącach życia.

Problem polega na tym, że nie wszystkie kobiety korzystają ze szczepienia, a nie każde dziecko może uzyskać w ten sposób odpowiednią ochronę.

Trzecią możliwością jest nirsewimab – długodziałające przeciwciało monoklonalne, którego pojedyncze podanie może zapewnić ochronę przez sezon RSV. Preparat jest dostępny w Polsce, ale poza obecnym systemem publicznego finansowania rodzice muszą pokryć jego koszt samodzielnie.

Eksperci podkreślają, że szczepienie kobiety w ciąży i podawanie przeciwciał niemowlętom nie powinny być traktowane jako konkurencyjne strategie.

– To, o co zabiegamy już od dłuższego czasu, kolejny sezon, mógłbym powiedzieć, to kwestia zabezpieczenia tej części populacji, która obecnie dostępu do tych metod zapobiegania zakażeniom nie ma. Przy czym wydaje się, że te metody wszystkie, o których powiedziałem, są do siebie komplementarne. Idealny jest taki model, w którym moglibyśmy zarówno ze szczepień korzystać, które są już dostępne, ale jednocześnie też u tych dzieci, których matki zaszczepione nie były, mieć możliwość podania długodziałających przeciwciał monoklonalnych – powiedział prof. Tomasz Szczapa.

Nirsewimab z pozytywnymi rekomendacjami AOTMiT

W ostatnich tygodniach nastąpił istotny krok w kierunku możliwego rozszerzenia dostępu do tej formy profilaktyki. Prezes AOTMiT wydał dwie pozytywne rekomendacje dotyczące objęcia refundacją nirsewimabu: w ramach programu lekowego B.40 dla dzieci urodzonych w sezonie RSV oraz w ramach refundacji aptecznej dla noworodków i niemowląt urodzonych poza sezonem, w pierwszym dla nich sezonie zakażeń RSV. 

– Ta ocena jest rzeczywiście pozytywna, natomiast jest tam zastrzeżenie odnośnie obniżenia ceny zbytu netto, więc tutaj to już jest poniekąd po stronie producenta, a poniekąd po stronie Ministerstwa Zdrowia, jak te negocjacje przebiegną – mówiła Katarzyna Skrętowska-Szyszko, dyrektorka Zespołu Zdrowia w Biurze Rzeczniczki Praw Dziecka.

Na razie nie oznacza to jednak decyzji o objęciu preparatu refundacją.

– Z naszej perspektywy czekamy. Ja jednak liczę na to, że to się zakończy pozytywnie. Oczywiście nikt z nas tutaj nie ma żadnej pewności i gwarancji co do tego – podkreśliła Katarzyna Skrętowska-Szyszko.

Przedstawicielki Koalicji dla Wcześniaka relacjonowały podczas posiedzenia, że w czasie niedawnego spotkania w Ministerstwie Zdrowia styczeń 2027 roku miał zostać wskazany jako najwcześniejszy możliwy termin uruchomienia finansowania. Termin ten nie został jednak oficjalnie potwierdzony, a według relacji uczestniczek spotkania jego realizacja zależy od przebiegu negocjacji.

Profilaktyka kosztuje, ale hospitalizacje również

Argumentem w dyskusji o rozszerzeniu profilaktyki są także koszty ponoszone przez system ochrony zdrowia. Według danych przedstawionych przez prof. Marcina Czecha hospitalizacje dzieci do 2. roku życia z powodu RSV kosztowały w 2025 roku około 105 mln zł.

Ekspert wskazywał również na doświadczenia państw, w których po wprowadzeniu szerokiej profilaktyki obserwowano znaczące zmniejszenie liczby hospitalizacji.

– Mamy dane pochodzące z różnych krajów mówiące o tym, że immunizacja połączona ze szczepieniami ochronnymi, czyli profilaktyka pierwotna zakażenia RSV, jest korzystna dla systemu. Obserwujemy w wielu krajach europejskich i pozaeuropejskich znaczną redukcję hospitalizacji, która sięga nawet ponad 80 proc. – mówił prof. Marcin Czech.

Zwracał jednocześnie uwagę, że ocena profilaktyki powinna uwzględniać zarówno wydatki związane z jej finansowaniem, jak i możliwe efekty zdrowotne oraz koszty hospitalizacji, których można uniknąć.

– Po stronie efektów to jest działanie niesłychanie skuteczne, obarczone bardzo niewielkim ryzykiem działań niepożądanych. […] Także zarówno po stronie kosztów, jak i po stronie efektów widać, że jest to godne rozważenia – powiedział prof. Marcin Czech.

Edukacja potrzebna, ale nie zastąpi dostępu

Osobnym problemem pozostaje wiedza rodziców o RSV i dostępnych możliwościach profilaktyki. Biuro Rzecznika Praw Pacjenta zwracało uwagę, że informacja powinna docierać do kobiet już podczas ciąży, a nie dopiero wtedy, gdy chore dziecko trafia do lekarza czy szpitala.

– Prawo do informacji powinno już być w gabinecie, kiedy przychodzi kobieta w ciąży. […] Jeżeli jest wyszczepialność około 30 proc. kobiet w ciąży, to gdzieś ta informacja ucieka, czyli gdzieś ta pacjentka nie dostaje informacji – mówiła Marzanna Bieńkowska, zastępca dyrektora Departamentu Współpracy w Biurze Rzecznika Praw Pacjenta.

Przedstawiciele NFZ wskazywali na możliwość większego wykorzystania podstawowej opieki zdrowotnej oraz edukacji przedporodowej. Fundusz zapowiedział również dalsze działania informacyjne dotyczące RSV w okresie zimowym.

– Na pewno będziemy również uwzględniać i kontynuować nasze działania. Planując tematykę kampanii edukacyjnych na przede wszystkim ten okres zimowy, będziemy w podejmowanych działaniach podkreślać właśnie wagę profilaktyki RSV – powiedziała Irena Łaba z Departamentu Obsługi Klientów i Profilaktyki NFZ.

Eksperci zwracali jednak uwagę, że sama edukacja nie rozwiąże problemu, jeśli za informacją o skutecznej profilaktyce nie idzie możliwość skorzystania z niej w ramach publicznego systemu.

– Edukacja kobiet w ciąży jest na pewno niedostateczna i my to widzimy, ale tutaj mamy odnośnik do konkretnego, bezpłatnego produktu. Natomiast […] do jakiego produktu mamy odnieść naszą edukację, jeżeli tego produktu nie mamy? […] Nie możemy odnieść do tego, żeby rodzice z własnych funduszy sobie tę profilaktykę zafundowali – mówiła prof. Maria Katarzyna Borszewska-Kornacka, prezeska Fundacji Koalicja dla Wcześniaka.

Przed kolejnym sezonem RSV Polska dysponuje więc kilkoma możliwościami ochrony najmłodszych dzieci, ale nadal nie tworzą one systemu obejmującego wszystkie niemowlęta. Po pozytywnych, warunkowych rekomendacjach AOTMiT dalszy etap zależy od procesu refundacyjnego i warunków finansowych. Do czasu jego zakończenia część rodziców nadal będzie mogła skorzystać z długodziałającego przeciwciała jedynie odpłatnie.

Źródło: posiedzenie Parlamentarnego Zespołu ds. Zdrowia Matki i Dziecka „Profilaktyka zakażeń wirusem RSV”, 16 września 2026 r.; AOTMiT – zlecenia nr 52/2026 i 53/2026.
Redakcja: Medicalpress

Mniej palimy i lepiej kontrolujemy nadciśnienie. Jednocześnie, ponad 18 mln dorosłych Polaków ma nadmierną masę ciała, około 4 mln osób z nadciśnieniem nie otrzymuje leczenia farmakologicznego, a wśród młodych dorosłych narastają problemy związane m.in. z otyłością brzuszną i zaburzeniami metabolicznymi. Badanie WOBASZ3 po ponad dekadzie ponownie pokazuje rzeczywisty stan zdrowia sercowo-naczyniowego Polaków. Czy jesteśmy dziś zdrowsi niż 20 lat temu?

WOBASZ3 to kolejna odsłona ogólnopolskiego badania prowadzonego według porównywalnej metodologii. Bezpośrednie wywiady, pomiary ciśnienia i badania laboratoryjne pozwalają nie tylko określić skalę czynników ryzyka, ale także prześledzić ich zmiany od pierwszego badania WOBASZ z początku lat 2000.

– Badanie pokazuje, że konsekwentna profilaktyka może realnie zmieniać zdrowie społeczeństwa. Jednocześnie wyniki badania precyzyjnie wskazują obszary, w których potrzebujemy dalszych działań: od zdrowia młodych dorosłych, przez otyłość i zaburzenia metaboliczne, po wcześniejsze rozpoznawanie ryzyka sercowo-naczyniowego – mówi Katarzyna Kęcka, podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia.

Sukces profilaktyki kontra nowa epidemia

Najbardziej pozytywna zmiana dotyczy używania tradycyjnych wyrobów tytoniowych. Dwie dekady temu paliło 31%. Polaków w wieku 20–75 lat, dekadę później – 25%, dziś – 17%. Oznacza to, że w ciągu 20 lat odsetek palaczy zmniejszył się niemal o połowę – to jeden z największych sukcesów w ograniczaniu ryzyka sercowo-naczyniowego.

Ponad 18 mln Polaków z nadmierną masą ciała

Gorzej wyglądają dane dotyczące masy ciała. Dziś 39%. dorosłych Polaków ma nadwagę, a 21% choruje na otyłość. Łącznie problem nadmiernej masy ciała dotyczy ponad 18 mln osób. W ciągu 20 lat odsetek dorosłych z otyłością praktycznie się nie zmienił, wzrosła natomiast częstość nadwagi: z 34,2%. do 37,6%

Zespół metaboliczny stwierdzono u 27,6% badanej populacji, co odpowiada około 7,6 mln Polaków. Problem ten ma szczególne znaczenie, ponieważ oznacza współwystępowanie kilku czynników zwiększających ryzyko chorób sercowo-naczyniowych.

  – Wyniki WOBASZ3 pokazują, że zmienia się profil ryzyka sercowo-naczyniowego Polaków. Badanie wykazało mniejszą częstotliwość palenia wśród Polaków, jednak nadmierna masa ciała nadal dotyczy ogromnej części populacji. To ważne, ponieważ nadwaga i otyłość często współwystępują z nadciśnieniem tętniczym, zaburzeniami lipidowymi i nieprawidłową gospodarką węglowodanową. Kumulacja tych czynników istotnie zwiększa ryzyko zawału serca, udaru mózgu i niewydolności serca – podkreśla prof. Janina Stępińska, dyrektor Narodowego Instytutu Kardiologii, członkini Naukowego Komitetu Sterującego badania WOBASZ3.

Nadciśnienie – leczymy lepiej, ale w systemie nadal pozostają duże luki

W przypadku nadciśnienia tętniczego widać wyraźną poprawę. Dwadzieścia lat temu dotyczyło ono 35,5% Polaków w wieku 20–75 lat, dziesięć lat później 39,2%, dziś 32,3%. Obecnie z nadciśnieniem żyje około 11,5 mln dorosłych Polaków, a farmakoterapię otrzymuje około 7,3 mln.

Jeszcze większą zmianę widać w skuteczności leczenia. Odsetek pacjentów z prawidłowo kontrolowanym ciśnieniem wzrósł z 28,5% do 56,4%. Poprawiła się skuteczność terapii: wśród osób przyjmujących leki około 55% osiąga wartości poniżej 140/90 mm Hg. W odniesieniu do wszystkich osób z nadciśnieniem skuteczna kontrola dotyczy obecnie 32% chorych. To niemal dwukrotny wzrost. Nadal jednak około 4 mln chorych pozostaje poza leczeniem farmakologicznym.

Hipercholesterolemia nadal jednym z największych wyzwań

W przypadku zaburzeń lipidowych postęp jest znacznie mniejszy. Hipercholesterolemia od 20 lat dotyczy ponad połowy Polaków, a jej częstość zmniejszyła się nieznacznie, z 58,4% do 56,3%. Jeszcze bardziej niepokoją wyniki leczenia pacjentów po zawale serca lub udarze. Docelowe stężenie LDL-C poniżej 55 mg/dl osiąga mniej niż co piąty z nich. Potrafimy skutecznie ratować pacjentów w ostrej fazie choroby, ale później zbyt rzadko osiągamy cele leczenia, które mają zmniejszyć ryzyko kolejnego zawału lub udaru.

 – WOBASZ3 dostarczył nam unikatowego zbioru danych o zdrowiu Polaków. Teraz najważniejsze jest zrozumienie zależności między poszczególnymi czynnikami ryzyka i wskazanie tych obszarów, w których możemy najskuteczniej interweniować. Chcemy, aby wyniki badania przełożyły się na lepsze strategie prewencji i leczenia chorób układu krążenia, oparte na rzeczywistym obrazie zdrowia polskiej populacji – wyjaśnia prof. Aleksander Prejbisz
z Narodowego Instytutu Kardiologii, główny badacz badania WOBASZ3.

Młodzi dorośli wymagają szczególnej uwagi

Szczególnie niepokoją wyniki w grupie 20–35 lat. W tej grupie osób nie widać oczekiwanej poprawy części parametrów metabolicznych i skuteczności leczenia. Nadciśnienie ma już około 10%. młodych dorosłych, narasta problem otyłości brzusznej, a objawy bezsenności dotyczą około co dziesiątej osoby. Czynniki ryzyka chorób sercowo-naczyniowych są więc obecne już na początku dorosłego życia.

To ważne także z perspektywy kolejnych dekad i dobry argument za rozpoczynaniem profilaktyki wcześniej, zanim wieloletnia ekspozycja na czynniki ryzyka przełoży się na rozwój choroby.  Im wcześniej pojawiają się nadciśnienie, otyłość brzuszna czy zaburzenia metaboliczne, tym dłużej organizm jest narażony na ich niekorzystne działanie. Jeśli ten trend się utrzyma, choroby sercowo-naczyniowe mogą pojawiać się wcześniej, a liczba pacjentów wymagających leczenia już w wieku produkcyjnym może rosnąć. Dzisiejsze wyniki młodych dorosłych mogą więc zdecydować o tym, jak za kilkanaście lat będzie wyglądał bilans zdrowia całej populacji.

Ukryte, ciche zagrożenia

WOBASZ3 po raz pierwszy pozwolił tak szeroko ocenić skalę problemów, które przez lata mogą rozwijać się bez wyraźnych objawów. Niemal 900 tys. Polaków żyje z nierozpoznaną, a więc nieleczoną cukrzycą. Ponad 2,3 mln ma przewlekłą chorobę nerek. Blisko 4 mln ma podwyższone stężenie lipoproteiny(a), w dużej mierze uwarunkowanego genetycznie czynnika zwiększającego ryzyko sercowo-naczyniowe.

Do tego dochodzi zespół metaboliczny, który dotyczy około 7,6 mln Polaków. To szczególnie ważny wynik, ponieważ oznacza współwystępowanie kilku zaburzeń zwiększających ryzyko chorób sercowo-naczyniowych i cukrzycy. Najnowsze wyniki pokazują więc nie tylko znane od lat problemy, takie jak nadciśnienie, cholesterol czy nadmierna masa ciała. Ujawnia również skalę ryzyka, o którym wielu pacjentów może nie wiedzieć, dopóki nie zostanie ono wykryte w badaniach.

To zmienia perspektywę profilaktyki. Nie wystarczy reagować na chorobę, kiedy pojawią się jej objawy. Coraz większego znaczenia nabiera wcześniejsze rozpoznawanie ryzyka i identyfikowanie osób, które wymagają dalszej diagnostyki lub leczenia, zanim dojdzie do zawału, udaru czy innych powikłań.

 – Aktualne i wiarygodne dane epidemiologiczne są podstawą skutecznej polityki zdrowotnej. WOBASZ3 pozwala precyzyjnie wskazać najważniejsze zagrożenia i grupy, które wymagają szczególnej uwagi. Dzięki temu możemy lepiej projektować działania profilaktyczne, szybciej reagować na niekorzystne zmiany i skuteczniej planować leczenie chorób cywilizacyjnych – przekonuje prof. Piotr Dobrowolski, pełnomocnik Ministra Zdrowia ds. Narodowego Programu Chorób Układu Krążenia na lata 2022-2032, zastępca głównego badacza badania WOBASZ3, Narodowy Instytut Kardiologii.

Bilans dwóch dekad. Czy jesteśmy zdrowsi niż 20 lat temu?

Ogólny bilans jest lepszy. „Indeks 10 dla zdrowia” pokazuje wzrost odsetka osób z dobrym wynikiem z 48,2% do 71,1%. Znacznie mniej palimy, poprawiła się kontrola nadciśnienia, a w części starszych grup obserwujemy korzystne zmiany. Ale za tą poprawą kryje się wyraźna kumulacja czynników ryzyka i niepokojący obraz zdrowia młodych dorosłych. Miliony Polaków żyją z nadmierną masą ciała, hipercholesterolemią lub nierozpoznanymi czynnikami ryzyka, a młodzi dorośli wymagają szczególnej uwagi. To właśnie od ich zdrowia zależy, czy za kolejne 20 lat ten bilans nadal będzie dodatni.

WOBASZ3 nie jest tylko bilansem ostatnich 20 lat. To mapa najważniejszych wyzwań dla profilaktyki, wczesnego wykrywania ryzyka i leczenia na kolejne dekady.

Badanie zostało zrealizowane w ramach Narodowego Programu Chorób Układu Krążenia na lata 2022–2032, finansowanego przez Ministra Zdrowia.

Źródło: inf pras

Każdego roku 1 września obchodzimy Światowy Dzień Przewlekłej Białaczki Limfocytowej (PBL). To okazja nie tylko do edukowania o samej chorobie, ale także dobry moment by zadać pytanie: Czy w systemie przeciążonym brakami kadrowymi i długim oczekiwaniem na wizytę w poradni hematologicznej jest szansa, by zadbać kompleksowo o potrzeby starszych pacjentów? Jak wygląda rozmowa z pacjentem podczas przekazania diagnozy? Czy jest przestrzeń, by omówić możliwości leczenia i rozwiać wszelkie wątpliwości chorego? Nowoczesne terapie poprawiają rokowania, ale bezpieczeństwo leczenia, adherencja i jakość życia zależą również od tego, czy pacjent rozumie dostępne opcje i może współdecydować o terapii.


Każdy pacjent ma inne potrzeby

Przewlekła białaczka limfocytowa jest chorobą, która dotyczy najczęściej osób starszych i może mieć bardzo różny przebieg. Część pacjentów przez lata pozostaje w obserwacji, inni wymagają możliwie jak najwcześniejszego rozpoczęcia leczenia. W ostatnich latach w hematoonkologii znacząco zwiększyły się możliwości leczenia, ale to jednocześnie sprawiło, że rozmowa o terapii staje się bardziej wymagająca.

– Pacjenci z PBL są bardzo różni. To często osoby starsze, u których poza chorobą krwi występują inne choroby m.in. kardiologiczne, metaboliczne, nefrologiczne, co sprawia, że podczas wyboru terapii należy wziąć pod uwagę wiele czynników: wspomniane choroby współistniejące, biologię choroby, wyniki badań genetycznych oraz preferencje pacjenta. Dla jednej osoby kluczowe będzie ograniczenie wizyt w szpitalu, dla innej możliwość elastycznego dawkowania leków, a dla jeszcze innej dobór terapii tak, aby mogła kontynuować pracę zawodową czy realizować się w życiu rodzinnym. Potrzeby są różne, dlatego umiejętność aktywnego wsłuchania się w preferencje pacjenta powinna być standardem – mówi prof. dr hab. n. med. Iwona Hus, kierownik Kliniki Hematologii Państwowego Instytutu Medycznego MSWiA w Warszawie.

Realia polskiego systemu ochrony zdrowia są wymagające. Średni czas oczekiwania na wizytę w poradni hematologicznej wynosi 146 dni. Brakuje także kadry medycznej – w publicznym systemie ochrony zdrowia pracuje obecnie 542 specjalistów hematologii, co daje wskaźnik ok. 1,4 lekarza na 100 tys. mieszkańców, tymczasem zalecany poziom to co najmniej 2,5-3 hematologów. To pokazuje jak bardzo potrzebne są rozwiązania, które wyposażą pacjenta w niezbędną wiedzę, zwiększając w konsekwencji jego poczucie bezpieczeństwa oraz adherencję w leczeniu.

Udział pacjenta w decyzjach terapeutycznych to dobra praktyka czy utopijna wizja?

Z badań dotyczących shared decision-making (SDM) w PBL wynika, że 70–75% pacjentów chce aktywnie uczestniczyć w decyzjach terapeutycznych, równolegle tylko 1 na 5 pacjentów zgodził się z stwierdzeniem, że decyzja rzeczywiście była wspólna. Inne międzynarodowe badanie również podkreśla pewną lukę – 70% pacjentów z PBL deklaruje, że podczas wizyty zaproponowano im tylko jedną opcję terapeutyczną, a 48% nie było zaangażowanych w proces decyzyjny w takim stopniu, jakiego oczekiwało. Podobne konkluzje płyną z raportu ARC Rynek i Opinia zrealizowanego wśród polskich pacjentów z PBL, który pokazuje, że chorzy w dużej mierze polegają na rekomendacji lekarza. Jednocześnie z ich relacji wynika, że nie zawsze omówiono
z nimi alternatywne możliwości leczenia, wady i zalety różnych form terapii. Rozmowa częściej dotyczyła skutków ubocznych leczenia już wskazanego przez specjalistę niż przedstawienia dostępnych opcji.

– Badanie ARC Rynek i Opinia przeprowadzone wśród pacjentów z przewlekłą białaczką limfocytową pokazuje, że zaledwie 2 spośród 15 respondentów wyraziło w rozmowie z lekarzem swoje obawy dotyczące proponowanego leczenia. Z kolei badanie organizacji Myeloma Patients Europe zrealizowane wśród pacjentów z szpiczakiem mnogim pokazało, że aż 57% ankietowanych nigdy wcześniej nie słyszało o shared decision-making. Wspomniane badania potwierdzają, że pomimo deklarowanej przez pacjentów hematologicznych chęci aktywnego uczestnictwa w procesie terapeutycznym, w praktyce dzieje się to niestety dość rzadko. Mam nadzieję, że ta rzeczywistość będzie się zmieniać, bo w przypadku chorób przewlekłych wspólne podejmowanie decyzji to ważny element budowania życia po diagnozie – mówi Barbara Leonardi, prezes Myeloma Patients Europe i przedstawicielka Fundacji Carita.

SDM nie oznacza, że pacjent zostaje sam z wyborem terapii. To proces, w którym lekarz wnosi wiedzę kliniczną, a pacjent swoje obawy i realia życia. Ma to nieocenioną wartość w kontekście bezpieczeństwa całego procesu leczenia, bo pacjent, który rozumie terapię, wie, czego się spodziewać, dokładniej przestrzega zaleceń i szybciej wychwyci potencjalne działania niepożądane.

– Pacjenci chcą rozumieć, dlaczego dana opcja terapeutyczna jest dla nich tą najbardziej odpowiednią. Co więcej badanie ARC Rynek i Opinia potwierdza, że niezależnie od terapii, pacjenci starają się koncentrować na jej pozytywach. Mają nadzieje, że ostatecznie będą mogli żyć prawie normalnie. Pytanie o potrzeby pacjenta, omówienie dostępnych możliwości, zrozumiałe materiały edukacyjne i przygotowanie pytań do lekarza przed konsultacją są szczególnie ważne w systemie, w którym wizyta u hematologa jest wręcz dobrem deficytowym – mówi Dominik Romiński, prezes Stowarzyszenia Kierunek Zdrowie.

Pilotaż, który może ułatwić pacjentom drogę przez system

Szansą na wzmocnienie takiego modelu opieki jest uruchomiony 1 lipca 2025 r. pilotaż Krajowej Sieci Hematologicznej, który ma potrwać do 2029 roku. Jednym z wyzwań najbliższych lat będzie nie tylko poprawa organizacji opieki hematologicznej, ale także lepsze wsparcie pacjenta w poruszaniu się po systemie. Okres pilotażu może być dobrą okazją do wzmocnienia roli koordynatorów opieki, którzy mogliby pomagać pacjentom przygotować się do wizyt, lepiej rozumieć proces leczenia oraz skuteczniej komunikować swoje potrzeby zespołowi medycznemu.

Eksperci wskazują, że poprawa nie musi oznaczać wyłącznie dłuższych wizyt. Realistyczne rozwiązania to krótkie checklisty pytań dla pacjenta, materiały porównujące opcje leczenia, wzmocnienie roli pielęgniarki hematologicznej, kierowanie do rzetelnych źródeł wiedzy i partnerska współpraca z organizacjami pacjenckimi.

– W przypadku chorób przewlekłych, takich jak przewlekła białaczka limfocytowa, leczenie staje się częścią życia. Pacjenci i ich bliscy muszą „wkomponować” chorobę w codzienność i pogodzić ją z pracą zawodową, prowadzeniem domu, opieką nad rodziną, pasjami czy ulubionymi sposobami spędzania wolnego czasu. Dlatego warto się zapoznać z ideą shared decision-making i aktywnie uczestniczyć w procesie leczenia. O ile lekarz jest ekspertem od medycyny, o tyle to pacjent jest ekspertem od własnego życia i tylko on wie, jaki wpływ choroba ma na jego codzienne funkcjonowanie. Częścią strategii shared decision-making jest rozmowa o priorytetach życiowych, obawach, codziennych wyzwaniach związanych ze stanem zdrowia oraz tym jak zminimalizować wpływ choroby, leczenia i skutków ubocznych na jakość życia. Współpraca z lekarzem oparta na dialogu daje również pacjentowi poczucie wpływu na własne życie, które choroba często odbiera – podsumowuje Barbara Leonardi.

***

Pełna treść raportu ARC Rynek i Opinia dotyczącego przewlekłej białaczki limfocytowej dostępna online: RAPORT

Źródło: inf pras

Wśród pacjentów dializowanych wciąż pokutuje przeświadczenie, że konieczność hemodializy 3 razy w tygodniu zmusza ich do pozostawania blisko swojej stacji dializ, a myśl o dalszym wyjeździe jest źródłem stresu. Przykłady pacjentów z całej Polski jednak udowadniają, że dializy nie muszą przekreślać marzeń o podróżach. Kluczem do wolności są tzw. dializy wakacyjne.

Pan Piotr z Krakowa regularnie odwiedza swój rodzinny dom w Żywcu. Kiedyś przyjeżdżał tam na tydzień w miesiącu, a niedawno zdecydował się na dłuższy, półroczny pobyt, podczas którego kontynuuje leczenie dzięki dializom gościnnym. Pan Piotr wypoczywał w ten sposób również nad polskim morzem.

Z kolei Pani Wanda z Bydgoszczy już 7 lat temu odkryła możliwość korzystania z dializ wakacyjnych i od tego czasu regularnie wyjeżdża na słoneczną Sycylię. Zabiegi w krajach Unii Europejskiej odbywają się bezpłatnie dzięki Europejskiej Karcie Ubezpieczenia Zdrowotnego (EKUZ).

– Diagnoza i rozpoczęcie dializoterapii bez wątpienia zmieniają codzienność, jednak nie powinny oznaczać rezygnacji z odpoczynku ani podróży – podkreśla Dorota Ligęza, wiceprezeska Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Moje Nerki. Możliwość zmiany otoczenia, spędzenia urlopu nad morzem czy odwiedzenia rodziny ma ogromny, pozytywny wpływ na stan psychiczny pacjenta. – Pacjenci pytają nas, jak zorganizować dializę poza miejscem zamieszkania, a my staramy się edukować ich na temat niezbędnych formalności lub odsyłać do specjalnych koordynatorów w kraju i za granicą. Często wystarczy zapytać w swojej macierzystej stacji dializ, aby uzyskać odpowiednią pomoc. – dodaje.

Pacjenci najchętniej wybierają polskie morze

Naprzeciw chorym wychodzą też inicjatywy takie jak strona dializygoscinne.pl, która pomaga pacjentom oraz ich bliskim w wyszukiwaniu wolnych miejsc i rezerwacji terminów. Projekt wspiera firma Fresenius NephroCare Polska, operator 69 centrów dializ w całej Polsce.

Dzięki tej akcji planowanie urlopu nad morzem czy w górach staje się o wiele prostsze, co pokazują dane podsumowujące ostatnie miesiące. Według organizatorów aż 60% pacjentów poszukiwało w tym roku dializ nad polskim morzem. Zgłoszenia napływały z całej Polski,
a najwięcej z nich pochodziło z województw oddalonych od wybrzeża: mazowieckiego, śląskiego, wielkopolskiego, dolnośląskiego i łódzkiego. Drugie pod względem popularności były góry i uzdrowiska górskie.

Dializy wakacyjne organizowane w ramach akcji najczęściej trwały tydzień, chociaż zdarzały się również wyjazdy na cały miesiąc. Najważniejsze było jednak planowanie z wyprzedzeniem. Pacjenci zgłaszający się 40 dni przed wyjazdem mieli o wiele większe szanse na zarezerwowanie miejsca niż ci, którzy zgłosili się dzień przed wyjazdem. Organizatorzy akcji dializygoscinne.pl rekomendują, aby zgłaszać się na 6-7 tygodni przed planowanym urlopem.

– Dzięki standaryzacji procedur medycznych oraz odpowiedniemu wyposażeniu placówek pacjent poddający się dializie gościnnej otrzymuje dokładnie taką samą opiekę jak w swojej stacji macierzystej. Co równie ważne, na terenie Polski leczenie w ramach dializ gościnnych jest w pełni refundowane przez NFZ. Jedyne, co musi zrobić pacjent, to poszukać ośrodka dializ, który będzie miał wolny termin. Pomaga w tym nasz Koordynator dializ gościnnych – wyjaśnia Mariusz Młodzikowski, Dyrektor Operacyjny Fresenius NephroCare Polska.

Pacjenci dializowani przełamują bariery

O tym, jak w praktyce wygląda podróżowanie na dializie, najlepiej opowiadają sami pacjenci. Wśród nich nie brakuje osób, dla których dializy gościnne stały się sposobem na ciekawe życie przez cały rok.

Pan Dariusz z Tarnowskich Gór, u którego niewydolność nerek uaktywniła się po przechorowaniu COVID-19, wraz z żoną prowadzi aktywny tryb życia, jeździ na rowerze i stale odkrywa nowe miejsca. W ciągu jednego roku skorzystał z zabiegów w trzech różnych ośrodkach w Polsce, a w planach ma już wyjazd do Włoch. – Trzeba po prostu nie załamywać się i nie myśleć, że to koniec świata. Da się z tym żyć i normalnie funkcjonować – przekonuje.

Wspiera go w tym podejściu Pan Tomasz z Piotrkowa Trybunalskiego, 74-letni emeryt, który w trakcie swojej terapii wielokrotnie korzystał z dializ gościnnych m.in. w Zamościu, Wejherowie czy Skierniewicach. Jego receptą jest umiejętność oddzielenia czasu leczenia od życia prywatnego. Podobne zdanie ma pan Andrzej, dializowany w Kraśniku od 1996 roku: – Dzisiaj stacje dializ są w niemal każdym mieście. Można normalnie podróżować i cieszyć się życiem.

Koniec lata i zbliżająca się jesień to okres, gdy chętnie wracamy myślami do słonecznych dni i wypoczynku, a także planujemy kolejne wyjazdy. Dzięki dializom wakacyjnym również osoby z przewlekłą chorobą nerek mogą swobodnie podróżować i wypoczywać.

źródło: inf. prasowa

Prezydent Karol Nawrocki nie podpisał nowelizacji ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta, określanej jako „Lex szarlatan”, i skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli prewencyjnej. Jednocześnie zapowiedział własną inicjatywę legislacyjną, która ma penalizować świadome zniechęcanie pacjentów do leczenia zgodnego z aktualną wiedzą medyczną. Ministerstwo Zdrowia krytycznie ocenia tę decyzję i przekonuje, że uchwalone przepisy dawały państwu narzędzia do szybkiej ochrony pacjentów przed pseudomedycyną i dezinformacją.

Decyzję dotyczącą ustawy prezydent ogłosił 20 sierpnia. Jak podkreślił, sam cel regulacji – ochrona pacjentów przed osobami żerującymi na chorobie, strachu i desperacji – uważa za słuszny. Jego zastrzeżenia dotyczą jednak sposobu, w jaki ustawa miałaby ten cel realizować.

Prezydent wskazał przede wszystkim na wątpliwości konstytucyjne związane z zakresem uprawnień Rzecznika Praw Pacjenta oraz możliwością nakładania sankcji i blokowania działalności jeszcze przed prawomocnym rozstrzygnięciem sądu.

– Państwo musi chronić pacjentów przed oszustami, którzy żerują na chorobie i ludzkim strachu, szczególnie przed tymi, którzy dla zysku odciągają ludzi od skutecznego leczenia – podkreślił Karol Nawrocki.

Prezydent: cel słuszny, ale środki budzą wątpliwości

Zdaniem prezydenta uchwalone przepisy zbyt szeroko ujmują grupę podmiotów, które mogłyby zostać objęte sankcjami. W jego ocenie istnieje ryzyko, że obok osób faktycznie zagrażających zdrowiu pacjentów restrykcje mogłyby dotknąć także przedsiębiorców zajmujących się m.in. zielarstwem, zdrowym odżywianiem czy medycyną komplementarną.

Karol Nawrocki argumentował również, że proponowane rozwiązania mogą ograniczać prawo do skutecznej obrony. Szczególne zastrzeżenia budzi możliwość wykonania określonych decyzji, w tym blokad i kar, zanim sprawa zostanie prawomocnie oceniona przez sąd.

W jego ocenie problemem jest również brak obowiązkowego udziału niezależnych ekspertów medycznych w ocenie, czy doszło do dezinformacji lub praktyki pseudomedycznej.

Prezydent zapowiedział więc skierowanie ustawy do Trybunału Konstytucyjnego, który ma ocenić zgodność jej przepisów z ustawą zasadniczą.

Własny projekt prezydenta: odpowiedzialność karna za odciąganie od leczenia

Równocześnie Karol Nawrocki zapowiedział własny projekt nowelizacji Kodeksu karnego.

Zgodnie z przedstawionymi założeniami odpowiedzialności mieliby podlegać ci, którzy dla zysku lub innych korzyści świadomie zniechęcają pacjentów do leczenia metodami opartymi na nauce.

Prezydent przekonywał, że o winie i karze powinien decydować niezawisły sąd po przeprowadzeniu pełnego postępowania. Projekt ma jednocześnie wzmacniać rolę Rzecznika Praw Pacjenta, umożliwiając mu udział w działaniach prokuratury i w postępowaniu sądowym.

– Potrzebujemy przepisów, które skutecznie zablokują działalność oszustów, ale nie będą uderzały w uczciwych ludzi – argumentował prezydent.

Ministerstwo Zdrowia: państwo zostało pozbawione narzędzi szybkiej reakcji

Decyzję prezydenta krytycznie oceniła minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda.

Jak podkreśliła, nowelizacja była przygotowywana przy udziale lekarzy, ekspertów, organizacji pacjenckich oraz Rzecznika Praw Pacjenta, a jej nadrzędnym celem było zwiększenie bezpieczeństwa osób chorych.

– Pacjent ma być bezpieczny, a państwo ma mieć narzędzia, żeby stanąć po jego stronie. I właśnie tych narzędzi zostaliśmy dziś pozbawieni – komentowała minister zdrowia.

Resort wskazuje, że ustawa miała umożliwić Rzecznikowi Praw Pacjenta szybsze reagowanie na niebezpieczne praktyki, wydawanie publicznych ostrzeżeń oraz nakazywanie natychmiastowego wstrzymania działań zagrażających pacjentom.

Jednym z najważniejszych elementów zmian miało być również zwiększenie kar finansowych. Za naruszenie zbiorowych praw pacjentów lub stosowanie praktyk pseudomedycznych możliwe byłoby nałożenie sankcji do 1 mln zł, a za brak współpracy z Rzecznikiem Praw Pacjenta – do 100 tys. zł.

Spór o to, kogo obejmowałyby przepisy

Ministerstwo Zdrowia odrzuca argument, że „Lex szarlatan” miałoby być wymierzone w szeroką grupę legalnie działających przedsiębiorców.

Według resortu firmy oferujące np. zioła, masaże czy inne legalne usługi nie byłyby objęte sankcjami tylko z powodu charakteru działalności. Problem pojawiałby się wtedy, gdy podmiot oferowałby wyleczenie ciężkiej choroby za pomocą niesprawdzonej metody lub nakłaniał pacjenta do rezygnacji z leczenia zgodnego z aktualną wiedzą medyczną.

Resort podkreśla, że ustawa miała dotyczyć przede wszystkim sytuacji, w których pacjent jest świadomie wprowadzany w błąd i narażany na utratę zdrowia lub życia.

Rejestr dezinformacji i ostrzeżenia dla pacjentów

Jednym z elementów uchwalonych przepisów było utworzenie jawnego rejestru podmiotów rozpowszechniających dezinformację medyczną w celu uzyskania korzyści majątkowej lub osobistej.

Przewidywano również możliwość przekierowywania użytkowników z niektórych stron internetowych na stronę Rzecznika Praw Pacjenta, gdzie dostępne byłyby ostrzeżenia i zweryfikowane informacje zdrowotne.

Z perspektywy resortu rozwiązania te miały ograniczyć sytuacje, w których chorzy trafiają na fałszywe autorytety i rezygnują z diagnostyki lub skutecznego leczenia pod wpływem pseudomedycznych przekazów.

Ochrona pacjentów pozostaje wspólnym celem, spór dotyczy narzędzi

W stanowiskach obu stron pojawia się wspólny punkt: potrzeba skuteczniejszej ochrony pacjentów przed osobami i podmiotami, które dla zysku oferują niesprawdzone terapie lub odciągają chorych od leczenia zgodnego z wiedzą medyczną.

Różnica dotyczy przede wszystkim modelu działania państwa.

Ministerstwo Zdrowia opowiada się za silnymi uprawnieniami administracyjnymi pozwalającymi Rzecznikowi Praw Pacjenta reagować szybko, zanim dojdzie do poważnych konsekwencji zdrowotnych. Prezydent wskazuje natomiast, że sankcje powinny być bardziej precyzyjnie opisane i w większym stopniu opierać się na odpowiedzialności karnej oraz rozstrzygnięciach sądowych.

Dalszy los uchwalonej ustawy zależy teraz od orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego. Niezależnie od tego prezydent zapowiedział wniesienie własnego projektu przepisów dotyczących działalności osób świadomie odciągających pacjentów od terapii o potwierdzonej skuteczności.

Spór o „Lex szarlatan” będzie więc prawdopodobnie toczył się dalej – już nie wokół pytania, czy pacjentów należy chronić przed pseudomedycyną, lecz jak zrobić to skutecznie, szybko i jednocześnie z zachowaniem gwarancji prawnych dla osób i podmiotów objętych postępowaniem.

opracowanie: redakcja Medicalpress

Jeszcze kilka lat temu pacjent, który doznał szkody podczas leczenia szpitalnego, najczęściej stawał przed trudnym wyborem. Mógł zrezygnować z dochodzenia swoich praw albo wejść na wieloletnią drogę sądową, wymagającą kosztownych opinii biegłych, pomocy prawników i dużej cierpliwości. Dziś coraz więcej osób wybiera zupełnie inną ścieżkę. Fundusz Kompensacyjny Zdarzeń Medycznych, działający przy Rzeczniku Praw Pacjenta od września 2023 roku, staje się realną alternatywą dla postępowań sądowych, a najnowsze dane pokazują, że zaufanie pacjentów do tego rozwiązania systematycznie rośnie.

Do tej pory do Rzecznika Praw Pacjenta wpłynęło już 6037 wniosków, a łączna wartość przyznanych świadczeń osiągnęła 64,5 mln zł. Spośród 1125 pozytywnie rozpatrzonych spraw jedynie 45 pacjentów zdecydowało się nie przyjąć proponowanego świadczenia i skierować roszczenia do sądu. To odsetek, który może świadczyć o wysokiej akceptacji proponowanych rozstrzygnięć oraz o tym, że pozasądowy model rekompensat zaczyna spełniać swoją rolę.

Jak podkreśla Rzecznik Praw Pacjenta Bartłomiej Chmielowiec: „To bardzo ważne dla mnie i mojego zespołu, że coraz więcej pacjentów docenia zasadę funkcjonowania Funduszu Kompensacyjnego Zdarzeń Medycznych i z niego korzysta. Do tej pory przyznałem już świadczenia o wysokości ponad 60 milionów złotych, co oznacza, że średnia wypłacana kwota dla jednej osoby to ponad 55 tysięcy złotych”.

Fundusz Kompensacyjny Zdarzeń Medycznych został stworzony jako odpowiedź na jeden z największych problemów polskiego systemu dochodzenia roszczeń medycznych – czas. W klasycznym procesie sądowym postępowania potrafią trwać wiele lat, a ich wynik często zależy od skomplikowanych opinii biegłych oraz konieczności udowodnienia winy konkretnego podmiotu lub personelu medycznego. Model zastosowany w Funduszu opiera się na zupełnie innej filozofii.

Postępowanie prowadzone jest zgodnie z zasadą „no fault”, co oznacza, że nie bada się odpowiedzialności lekarza ani szpitala. Celem nie jest wskazanie winnego, lecz ustalenie, czy pacjent doznał szkody zdrowotnej związanej z udzielaniem świadczeń zdrowotnych i czy należy mu się rekompensata. Z rozwiązania mogą korzystać osoby, które podczas pobytu w szpitalu doznały uszkodzenia ciała, rozstroju zdrowia lub zakażenia szpitalnego. W przypadku śmierci pacjenta świadczenie przysługuje również jego bliskim.

Taki model ma jeszcze jedną zaletę. Ogranicza konflikt pomiędzy pacjentem a placówką medyczną i pozwala skupić się przede wszystkim na szybszym uzyskaniu świadczenia oraz poprawie bezpieczeństwa pacjentów w przyszłości.

Mimo rosnącej popularności Funduszu Rzecznik Praw Pacjenta zwraca uwagę na zjawisko, które może budzić niepokój. Coraz więcej osób decyduje się korzystać z usług kancelarii odszkodowawczych, choć – jak podkreśla urząd – procedura została zaprojektowana tak, aby większość pacjentów mogła przeprowadzić ją samodzielnie.

Według danych Biura Rzecznika dwie największe kancelarie odszkodowawcze z Warszawy skierowały już do Funduszu ponad 413 wniosków. Problem polega na tym, że wynagrodzenie takich firm często sięga nawet 30 proc. przyznanego świadczenia, co oznacza, że znaczna część rekompensaty trafia nie do pacjenta, lecz do pośrednika.

To właśnie dlatego Rzecznik Praw Pacjenta zachęca do samodzielnego składania wniosków. Jak podkreśla urząd, formularz można wypełnić w około 20 minut, a w razie problemów pracownicy Biura udzielają bezpłatnej pomocy telefonicznej oraz merytorycznej.

Bartłomiej Chmielowiec apeluje: „Zachęcam pacjentów, aby nie obawiali się samodzielnego składania wniosków do Funduszu Kompensacyjnego Zdarzeń Medycznych, a jeśli natrafią na jakąś trudność, aby dzwonili do Biura Rzecznika Praw Pacjenta i tam uzyskają wsparcie”.

Rosnąca liczba składanych wniosków pokazuje, że Fundusz przestaje być mało znanym rozwiązaniem prawnym, a staje się elementem systemu ochrony praw pacjenta. Jednocześnie doświadczenia ostatnich dwóch lat wskazują, że samo stworzenie mechanizmu rekompensat nie wystarczy. Równie ważne jest budowanie świadomości, że pacjent może skorzystać z niego bez kosztownego pośrednictwa i bez konieczności wieloletniego procesu sądowego.

Jeżeli obecny trend się utrzyma, Fundusz Kompensacyjny Zdarzeń Medycznych może stać się jednym z najważniejszych narzędzi pozasądowego rozwiązywania sporów medycznych w Polsce. Wyzwanie na kolejne lata będzie polegało nie tylko na dalszym usprawnianiu procedur, ale również na dotarciu z informacją do pacjentów, którzy nadal nie wiedzą, że w wielu przypadkach mogą dochodzić rekompensaty szybciej, prościej i bez ponoszenia wysokich kosztów obsługi prawnej.

Źródło: RPP

Czy lekarz powinien pytać swojego pracodawcę o zgodę, zanim skieruje pacjenta do specjalisty spoza własnej sieci medycznej? Takie pytanie jeszcze do niedawna mogło wydawać się czysto teoretyczne. Dziś staje się przedmiotem postępowań prowadzonych przez Rzecznika Praw Pacjenta. Powodem są zapisy w umowach zawieranych z lekarzami przez niektóre podmioty lecznicze, które mogą ograniczać niezależność decyzji medycznych i wpływać na dostęp pacjentów do optymalnego leczenia.

Relacja między lekarzem a pacjentem od dziesięcioleci opiera się na jednej fundamentalnej zasadzie: decyzje terapeutyczne powinny wynikać wyłącznie z wiedzy medycznej i dobra chorego. To lekarz, a nie administrator czy właściciel placówki, odpowiada za ocenę stanu zdrowia pacjenta oraz wybór najlepszej ścieżki diagnostyczno-terapeutycznej. Tym większe poruszenie wywołały doniesienia o praktykach stosowanych przez część podmiotów leczniczych, które mogą ingerować w tę niezależność.

Rzecznik Praw Pacjenta wszczął postępowania wyjaśniające dotyczące zapisów umów zawieranych z lekarzami. Analizowane dokumenty mają ograniczać możliwość kierowania pacjentów do specjalistów lub placówek spoza danej organizacji. W praktyce lekarz może wystawić takie skierowanie dopiero wtedy, gdy uzyska potwierdzenie od kierownictwa, że w ramach własnej sieci nie ma możliwości zapewnienia odpowiedniego świadczenia.

To pozornie organizacyjne rozwiązanie rodzi jednak znacznie poważniejsze pytania. Gdzie przebiega granica między zarządzaniem placówką a ingerencją w proces leczenia? Czy względy biznesowe mogą wpływać na decyzję o skierowaniu pacjenta do innego specjalisty? I wreszcie – kto powinien ostatecznie decydować o tym, gdzie pacjent otrzyma najlepszą pomoc?

Stanowisko Rzecznika Praw Pacjenta w tej sprawie jest jednoznaczne.

„W każdej sytuacji klinicznej specjalista ma prawo skierować osobę pozostającą pod jego opieką do innego specjalisty lub placówki, jeśli uzna, że będzie to korzystne dla pacjenta i procesu leczenia.”

Rzecznik przypomina również, że wykonywanie zawodu lekarza opiera się na zasadzie niezależności zawodowej, a obowiązujące przepisy nie przewidują możliwości ograniczania lekarzowi prawa do podejmowania decyzji dotyczących kierowania pacjentów do innych specjalistów wyłącznie na podstawie przesłanek medycznych.

Sprawa nabiera szczególnego znaczenia w psychiatrii i ochronie zdrowia psychicznego. W wielu przypadkach skuteczność terapii zależy od szybkiego skierowania chorego do odpowiedniego specjalisty, terapeuty lub ośrodka dysponującego doświadczeniem w leczeniu konkretnego zaburzenia. Każde dodatkowe ogniwo administracyjne może oznaczać opóźnienie rozpoczęcia leczenia, a w psychiatrii czas często ma kluczowe znaczenie dla rokowania.

Jednocześnie problem nie dotyczy wyłącznie zdrowia psychicznego. Podobne sytuacje mogą występować także w onkologii, neurologii, kardiologii czy leczeniu chorób rzadkich, gdzie dostęp do wysokospecjalistycznych ośrodków często decyduje o skuteczności terapii. Jeżeli lekarz uznaje, że pacjent powinien trafić do placówki dysponującej większym doświadczeniem lub określoną technologią, możliwość podjęcia takiej decyzji bez dodatkowych ograniczeń staje się elementem bezpieczeństwa zdrowotnego.

W praktyce analizowane przez Rzecznika rozwiązania mogą powodować, że lekarz przed podjęciem decyzji terapeutycznej zaczyna brać pod uwagę nie tylko wskazania medyczne, ale również konsekwencje wynikające z warunków współpracy z pracodawcą. To właśnie ten mechanizm budzi największe wątpliwości. Nawet jeśli zgoda kierownictwa jest ostatecznie wydawana, sam obowiązek jej uzyskania może wpływać na swobodę podejmowania decyzji klinicznych.

Do sprawy odniosło się również Polskie Towarzystwo Psychiatryczne, które podkreśliło, że prawo pacjenta do wyboru najlepszego miejsca leczenia nie powinno być ograniczane przez wewnętrzne regulacje obowiązujące w komercyjnych sieciach medycznych.

„Osoba poszukująca pomocy (pacjent) ma pełne prawo do uzyskania najlepszej możliwej formy opieki, a ograniczanie jej wyboru wyłącznie do specjalistów zatrudnionych w ramach danej sieci komercyjnej stanowi naruszenie tego prawa.”

Eksperci zwracają uwagę, że wraz z rozwojem dużych sieci medycznych i postępującą konsolidacją rynku coraz częściej pojawia się pytanie o równowagę między efektywnym zarządzaniem organizacją a zachowaniem autonomii decyzji medycznych. Wewnętrzna koordynacja opieki może poprawiać ciągłość leczenia i ograniczać dublowanie świadczeń, jednak nie powinna prowadzić do sytuacji, w której interes organizacyjny zaczyna konkurować z indywidualnym dobrem pacjenta.

Postępowanie prowadzone przez Rzecznika Praw Pacjenta może więc mieć znaczenie wykraczające poza ocenę konkretnych zapisów umownych. Jego wynik może stać się ważnym sygnałem dla całego rynku ochrony zdrowia, wskazując, gdzie kończy się prawo podmiotu leczniczego do organizowania procesu udzielania świadczeń, a zaczyna konstytucyjnie chronione prawo pacjenta do leczenia zgodnego z aktualną wiedzą medyczną oraz niezależną oceną lekarza.

Źródło: Rzecznik Praw Pacjenta

Czy o skuteczności systemu ochrony zdrowia powinny świadczyć wyłącznie nowe terapie i liczba wyleczonych pacjentów? Coraz częściej odpowiedź brzmi: nie. Równie ważne jest zapobieganie chorobom, zanim konieczna stanie się hospitalizacja. O tym, dlaczego profilaktyka i immunoprofilaktyka stają się jednym z najważniejszych wyzwań zdrowia publicznego, opowiada Szymon Chrostowski, prezes Fundacji Wygrajmy Zdrowie, pomysłodawca projektu „Zdrowy Start – Zdrowa Przyszłość”.

Fundacja Wygrajmy Zdrowie działa już od wielu lat. Jak dziś definiujecie swoją misję?

Fundacja powstała z przekonania, że pacjent powinien być partnerem systemu ochrony zdrowia, a nie jedynie jego odbiorcą. Od początku wspieraliśmy pacjentów przede wszystkim poprzez edukację, budowanie świadomości zdrowotnej oraz działania na rzecz poprawy dostępu do diagnostyki, leczenia i profilaktyki.

Najczęściej jesteśmy kojarzeni z onkologią i rzeczywiście jest to bardzo ważny obszar naszej działalności. Jednak tak naprawdę zawsze zajmowaliśmy się szeroko rozumianym zdrowiem publicznym. Interesuje nas wszystko, co pozwala ludziom dłużej żyć w zdrowiu i unikać chorób, którym można skutecznie zapobiegać. Dlatego dziś równie naturalnie rozmawiamy o profilaktyce nowotworów, szczepieniach, odporności populacyjnej czy ochronie najmłodszych dzieci przed ciężkimi chorobami zakaźnymi.

Jakie działania związane z profilaktyką Fundacja prowadziła do tej pory?

Profilaktyka od wielu lat stanowi jeden z filarów działalności Fundacji. Realizowaliśmy liczne projekty edukacyjne dotyczące profilaktyki nowotworów, badań przesiewowych, zdrowego stylu życia oraz bezpieczeństwa zdrowotnego pacjentów. Od początku staraliśmy się pokazywać, że skuteczna ochrona zdrowia zaczyna się znacznie wcześniej niż leczenie choroby.

Jednym z ważnych obszarów naszych działań była również immunoprofilaktyka. Już wiele lat temu angażowaliśmy się w działania na rzecz samorządowych programów szczepień przeciw HPV dla dziewcząt, zgodnie z ówczesnymi rekomendacjami Agencji Oceny Technologii Medycznych oraz towarzystw naukowych. Widzieliśmy wtedy, jak ogromne znaczenie ma edukacja i budowanie społecznego zaufania do profilaktyki. Przez kilka lat realizowaliśmy projekt „Immunoprofilaktyka chorych na nowotwory”, którego celem było zwiększenie wiedzy pacjentów i personelu medycznego oraz wypracowanie rekomendacji dotyczących ochrony osób z chorobami nowotworowymi przed zakażeniami. W ramach projektu współpracowaliśmy z ekspertami, przygotowywaliśmy materiały edukacyjne dla pacjentów oraz prowadziliśmy debatę na temat rozwiązań systemowych zwiększających bezpieczeństwo tej szczególnie narażonej grupy chorych.

Te doświadczenia utwierdziły nas w przekonaniu, że profilaktyka nie może być traktowana jako dodatek do systemu ochrony zdrowia. To jedna z najbardziej efektywnych inwestycji w zdrowie publiczne, dlatego dziś konsekwentnie rozwijamy działania edukacyjne także w nowych obszarach.

Stąd ostatni pomysł na działania wokół immunoprofilaktyki?

Jest to naturalna kontynuacja naszej dotychczasowej działalności. Pracując przez lata z pacjentami onkologicznymi, bardzo szybko zrozumieliśmy, że profilaktyka jest jednym z najbardziej niedocenianych elementów systemu ochrony zdrowia. W debacie publicznej dużo mówimy o nowych terapiach, diagnostyce czy dostępie do leczenia, znacznie rzadziej natomiast o tym, jak skutecznie zapobiegać chorobom i ich powikłaniom.

Działania w zakresie profilaktyki infekcji i zakażeń osób chorych na nowotwory, pokazały nam, jak duże są potrzeby edukacyjne zarówno wśród pacjentów, jak i personelu medycznego oraz jak ważne jest wypracowywanie rozwiązań systemowych wspierających profilaktykę. Już wtedy, we współpracy z ekspertami, zwracaliśmy uwagę na potrzebę upowszechniania wiedzy o szczepieniach i innych metodach ochrony osób z obniżoną odpornością oraz na konieczność tworzenia spójnych rekomendacji dla praktyki klinicznej.

Dziś patrzymy na immunoprofilaktykę szerzej – jako element bezpieczeństwa zdrowotnego całego społeczeństwa. Stąd pomysł na projekt edukacyjny „Zdrowy Start”, który koncentruje się na budowaniu odporności od najwcześniejszych etapów życia. Wierzymy, że skuteczna profilaktyka najmłodszych przekłada się nie tylko na ochronę dzieci, ale także na bezpieczeństwo osób szczególnie narażonych na ciężki przebieg zakażeń, w tym pacjentów onkologicznych, osób z chorobami przewlekłymi i seniorów. To wciąż ta sama filozofia działania – zapobiegać, zanim konieczne będzie leczenie

Czym dla Pana osobiście jest immunoprofilaktyka?

Dla mnie immunoprofilaktyka jest symbolem medycyny, która wyprzedza chorobę, a nie tylko reaguje na jej skutki. Od lat obserwuję, jak dużą część wysiłku systemu ochrony zdrowia pochłania leczenie konsekwencji chorób, którym często można było przynajmniej częściowo zapobiec. Dlatego coraz częściej powtarzam, że skuteczności systemu ochrony zdrowia nie powinniśmy mierzyć wyłącznie liczbą wyleczonych pacjentów, ale również liczbą hospitalizacji, których udało się uniknąć.

Najlepsza hospitalizacja to ta, do której w ogóle nie doszło. Największym sukcesem jest sytuacja, w której dziecko może bezpiecznie zostać w domu z rodziną, zamiast trafiać na oddział szpitalny.

Dlatego jednym z tematów projektu „Zdrowy Start” stał się właśnie RSV?

Tak, to problem, który dotyczy bardzo wielu rodzin, a jednocześnie wciąż nie jest wystarczająco obecny w świadomości społecznej. RSV pozostaje jedną z głównych przyczyn hospitalizacji niemowląt. Co ważne, ciężkie zakażenie może dotyczyć nie tylko dzieci z grup ryzyka, ale również zupełnie zdrowych niemowląt urodzonych o czasie. Dla rodziców taka hospitalizacja jest ogromnym stresem, często pierwszym poważnym doświadczeniem choroby dziecka. Dlatego chcemy mówić o możliwościach ochrony najmłodszych, edukować rodziców i wspierać rozwiązania, które pozwalają ograniczać liczbę ciężkich zakażeń.

Jakie cele stawia sobie Fundacja w ramach projektu „Zdrowy Start”?

Przede wszystkim chcemy budować świadomość. Z doświadczenia wiemy, że nawet najlepsze rozwiązania medyczne nie przynoszą pełnych efektów, jeśli pacjenci lub rodzice nie wiedzą o ich istnieniu albo nie rozumieją ich znaczenia. Dlatego zależy nam na prowadzeniu rzetelnej edukacji zdrowotnej, wspieraniu dialogu pomiędzy ekspertami, decydentami i organizacjami pacjentów oraz pokazywaniu, jak ważna jest profilaktyka na najwcześniejszym etapie życia. Projekt „Zdrowy Start – Zdrowa Przyszłość” jest dla nas inwestycją w przyszłość. Chcemy, żeby coraz więcej dzieci rozpoczynało życie z możliwie najlepszą ochroną zdrowia.

Jakie przesłanie chciałby Pan przekazać rodzicom?

Żeby nie bali się zadawać pytań i szukać wiarygodnych informacji. Dzisiaj rodzice są bombardowani ogromną liczbą komunikatów dotyczących zdrowia dzieci. To naturalne, że trudno odnaleźć się w takim natłoku informacji. Najważniejsze jest jednak to, że profilaktyka działa wtedy, kiedy wyprzedza chorobę. Dlatego chcemy mówić o możliwościach ochrony najmłodszych dzieci, edukować rodziców i wspierać rozwiązania, które pozwalają ograniczać liczbę ciężkich zakażeń oraz związanych z nimi hospitalizacji.

źródło: wywiad redakcji Medicalpress

W pierwszym półroczu 2026 r. liczba użytkowników aplikacji mojeIKP wzrosła do 5 mln. To wyraźne przyspieszenie jej rozwoju – zdobycie pierwszych 4 mln użytkowników zajęło ponad cztery lata, natomiast kolejny milion dołączył w zaledwie sześć miesięcy.

– Milion nowych użytkowników w zaledwie pół roku potwierdza, że mojeIKP odpowiada na codzienne potrzeby pacjentów. Rozwijamy cyfrowe usługi zdrowotne tak, aby były proste, bezpieczne i wygodne. Chcemy, aby w jednym miejscu można było sprawdzić dokumenty medyczne, zarządzać wizytami i korzystać z coraz większej liczby usług – mówi minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda.

mojeIKP to bezpłatna aplikacja mobilna, która zapewnia dostęp do najważniejszych funkcji Internetowego Konta Pacjenta na smartfonie lub tablecie. Użytkownicy mogą szybko sprawdzić informacje o swoim zdrowiu i dokumenty medyczne oraz korzystać z coraz szerszego zakresu usług cyfrowych.

mojeIKP jest jednym z najważniejszych narzędzi cyfrowych rozwijanych przez Ministerstwo Zdrowia i Centrum e-Zdrowia. Ułatwia dostęp do usług zdrowotnych i pozwala załatwiać coraz więcej spraw związanych z leczeniem bezpośrednio w telefonie.

Co stoi za rekordowym wzrostem liczby użytkowników?

Internetowe Konto Pacjenta ma już ponad 21 mln użytkowników, a mojeIKP rozwija się w rekordowym tempie. Aplikacja zapewnia szybki dostęp do e-recept, e-skierowań, wyników badań, historii leczenia, informacji o przyjmowanych lekach i ich dawkowaniu, terminów ważności recept oraz danych dotyczących ubezpieczenia.

Użytkownicy mogą również ustawiać przypomnienia o przyjmowaniu leków, otrzymywać powiadomienia o nowych dokumentach, realizować e-recepty w aptece za pomocą kodu QR, korzystać z wybranych informacji dotyczących zdrowia dziecka lub osoby, która udzieliła odpowiedniego upoważnienia, a także z narzędzi wspierających profilaktykę.

Wygodne zarządzanie wizytami

Za pośrednictwem mojeIKP pacjenci mogą korzystać z centralnej e-rejestracji. Aplikacja umożliwia sprawdzenie dostępnych terminów, umówienie wizyty oraz – w razie potrzeby – zmianę lub odwołanie rezerwacji. Zakres usług zależy od rodzaju świadczenia i placówek uczestniczących w centralnej e-rejestracji.

Samodzielne zarządzanie terminami oszczędza czas pacjentów, a odwołanie wizyty, z której nie można skorzystać, umożliwia wykorzystanie zwolnionego terminu przez inną osobę.

Ministerstwo Zdrowia i Centrum e-Zdrowia stale rozwijają kolejne funkcje mojeIKP oraz rozszerzają zakres świadczeń dostępnych w centralnej e-rejestracji. Dzięki temu pacjenci mogą coraz więcej spraw związanych ze zdrowiem załatwiać szybko, wygodnie i bezpośrednio w telefonie.

Najważniejsze informacje o zdrowiu zawsze pod ręką

mojeIKP zapewnia szybki dostęp do dokumentów medycznych i najważniejszych informacji o zdrowiu oraz umożliwia korzystanie z wybranych usług bez konieczności osobistej wizyty w placówce.

Aplikacja jest bezpłatna i dostępna na urządzenia z systemami Android i iOS

Rozwój mojeIKP pokazuje, że cyfrowe usługi zdrowotne stają się codziennym narzędziem milionów pacjentów. Ministerstwo Zdrowia i Centrum e-Zdrowia będą nadal rozwijać aplikację, aby zapewnić użytkownikom jeszcze wygodniejszy dostęp do usług i informacji o zdrowiu.

Źródło: MZ

Z Internetowego Konta Pacjenta korzysta już ponad 21 milionów osób, co czyni je jednym z największych publicznych systemów cyfrowych w Polsce. Rosnąca liczba użytkowników pokazuje, że e-zdrowie na dobre wpisało się w codzienność pacjentów, ułatwiając dostęp do recept, skierowań, historii leczenia oraz kolejnych usług medycznych.

To już oficjalne: ponad 21 milionów Polaków ma Internetowe Konto Pacjenta (IKP). Tym samym jest to jeden z największych cyfrowych serwisów publicznych w historii kraju. Ten imponujący wynik to nie tylko suche statystyki, lecz przede wszystkim dowód na rosnące zaufanie do e-zdrowia.

Cyfrowa przychodnia w każdym domu

Internetowe Konto Pacjenta to bezpłatne i intuicyjne narzędzie, które przeniosło kluczowe usługi medyczne prosto na ekrany naszych komputerów i smartfonów (w formie aplikacji mojeIKP). Bez stania w kolejkach i bez wychodzenia z domu, pacjenci mają natychmiastowy wgląd w swoją historię medyczną.

W jednym, bezpiecznym miejscu sprawdzisz m.in.:

  • e-recepty oraz historię przepisanych leków (wraz z dawkowaniem)
  • e-skierowania na badania i do specjalistów
  • historię wizyt sfinansowanych w ramach NFZ
  • zwolnienia lekarskie (w tym zwolnienia na dziecko)

Dzięki IKP kontakt z systemem ochrony zdrowia stał się prostszy, bardziej przejrzysty i pozbawiony zbędnej biurokracji.

Co oznacza próg 21 milionów?

Osiągnięcie takiego wyniku oznacza, że z Internetowego Konta Pacjenta korzysta już większość obywateli Polski – zarówno dorosłych, jak i dzieci, gdyż ich konta podpięte są pod konta rodziców. Tego typu kont jest prawie 6 milionów, co oznacza, że ponad 80% Polek i Polaków poniżej 18 roku życia ma założone IKP. To pokazuje jak przydatnym narzędziem w planowaniu ochrony zdrowia dziecka jest dla rodziców Internetowe Konto Pacjenta. Dowiedz się więcej o tym, jak zarządzać dokumentacją medyczną dziecka dzięki IKP. 

Cyfrowe rozwiązania przestały być technologiczną nowinką dla wybranych, a stały się codziennym standardem. Tylko w tym roku Internetowe Konto Pacjenta uruchomiło ponad 772 tysięcy ludzi, co daje średnią prawie 130 tysięcy miesięcznie. To wzrost w stosunku do ostatnich lat – w 2024 roku średnio miesięcznie IKP uruchamiało prawie 95 tysięcy osób, a w 2025 prawie 105 tysięcy miesięcznie.

Kolejne rozwiązania, które są wprowadzane do IKP takie jak: orzeczenie medycyny pracy, Domowa Opieka Medyczna, Elektroniczna Karta Diagnostyki i Leczenia Onkologicznego z pewnością zachęcą kolejne grupy Polek i Polaków do dołączenia do tej cyfrowej transformacji ochrony zdrowia.

Co ten sukces oznacza w praktyce dla nas wszystkich?

Rozwój Internetowego Konta Pacjenta to m.in.

  • Koniec z papierologią: błyskawiczny czas obsługi spraw pacjenta.
  • Większą dostępność: łatwiejszy kontakt z lekarzem i farmaceutą.
  • Oddech dla medyków: odczuwalne odciążenie placówek medycznych z rutynowych formalności.

Zdrowie zawsze pod ręką – aplikacja mojeIKP

Dla tych, którzy cenią sobie maksymalną mobilność, idealnym rozwiązaniem stała się aplikacja mojeIKP. To kieszonkowe centrum dowodzenia zdrowiem, które sprawdza się zwłaszcza w nagłych sytuacjach.

Aplikacja pozwala na:

  • odbiór e-recepty za pomocą wygodnego kodu QR lub powiadomienia (bez czekania na SMS)
  • sprawdzenie numeru skierowania do specjalisty lub na badanie
  • wygodne zarządzanie dokumentacją medyczną swoich dzieci oraz osób, które nas do tego upoważniły.

Bezpieczeństwo na poziomie bankowości elektronicznej

Ponieważ IKP gromadzi niezwykle wrażliwe dane medyczne, system przygotowany przez państwo spełnia najwyższe standardy cyberbezpieczeństwa. Do konta nie zaloguje się nikt przypadkowy. Dostęp chroniony jest przez sprawdzone cyfrowe narzędzia weryfikacji tożsamości, takie jak:

  • Profil Zaufany
  • bankowość elektroniczna
  • aplikacja mObywatel lub e-dowód.

Dzięki temu użytkownicy mają pewność, że ich wrażliwe informacje są bezpieczne i widoczne wyłącznie dla nich oraz uprawnionych medyków.

Krok w stronę nowoczesnej medycyny

Sukces IKP to dopiero początek. System jest stale rozwijany i wzbogacany o nowe, inteligentne funkcjonalności, które mają jeszcze lepiej odpowiadać na wyzwania współczesnej medycyny. Ponad 21 milionów użytkowników to jasny sygnał: Polacy chcą nowoczesnej i cyfrowej ochrony zdrowia. I dokładnie w tym kierunku zmierzamy. 

Przekroczenie progu 21 milionów użytkowników potwierdza, że Internetowe Konto Pacjenta stało się jednym z filarów cyfrowej transformacji polskiego systemu ochrony zdrowia. Rozwój nowych funkcji, takich jak elektroniczna karta diagnostyki i leczenia onkologicznego czy dokumentacja medycyny pracy, ma jeszcze bardziej zwiększyć znaczenie IKP w codziennej opiece nad pacjentem i usprawnić funkcjonowanie całego systemu.

Źródło: e-zdrowie.pl

Zakłady opiekuńczo-lecznicze finansowane ze środków publicznych nie mogą odgórnie ograniczać czasu przebywania pacjentów na przepustkach – uznał Rzecznik Praw Pacjenta. W wydanej decyzji podkreślono, że przepustka powinna wynikać z indywidualnych potrzeb zdrowotnych chorego, a nie z limitów związanych z zasadami finansowania świadczeń przez NFZ.
Rzecznik Praw Pacjenta wydał decyzję wobec jednego z zakładów opiekuńczo-leczniczych, który nakazywał pacjentom przebywanie na przepustce nie dłużej niż 10% czasu w ciągu roku pobytu w zakładzie. Zakład wprowadził to ograniczenie z uwagi na względy finansowe, bowiem zgodnie z obowiązującymi przepisami, obecnie finansowana jest rezerwacja miejsca (w obniżonej stawce) jedynie przez okres nieprzekraczający 10% czasu pobytu w zakładzie w ciągu roku. Po przekroczeniu określonego limitu 10%, przepustka nie jest finansowana. Co istotne, przepis ten normuje wyłącznie zakres finansowania, a nie czas trwania przepustki pacjenta. Tym samym brak jest podstawy do odgórnego limitowania pacjentom wymiaru przepustki.

Wiemy, że przepustka dla pacjentów zakładów opiekuńczo-leczniczych jest bardzo ważna, ale też może być istotnym elementem dobrostanu zdrowotnego pacjenta. Dlatego wydałem decyzję, która zwraca uwagę na to, że przyznawanie limitu przepustki jest niezgodne z prawami pacjenta – mówi Bartłomiej Chmielowiec Rzecznik Praw Pacjenta.

Przepustka to okresowe przebywanie świadczeniobiorcy poza zakładem opiekuńczo-leczniczym lub pielęgnacyjno-opiekuńczym, bez potrzeby wypisywania go z zakładu. Przepustka ma, w dużej mierze, walor terapeutyczny dla pacjenta zakładu opiekuńczo- leczniczego i czas jej trwania ma zależeć, przede wszystkim, od jego potrzeb zdrowotnych i indywidualnej sytuacji. Przepustka stanowi też dla lekarza sposób weryfikacji, czy stan zdrowia pacjenta uległ poprawie, jak pacjent funkcjonuje w warunkach poza zakładem długoterminowej opieki.

Nie ma żadnej podstawy prawnej do tego, aby zrównywać wszystkim pacjentom maksymalny czas trwania przepustki. Prowadziłoby to na przykład do nieuzasadnionego pokrzywdzenia pacjentów, którzy przebywają krótko w zakładzie opieki długoterminowej i tylko z tego powodu nie mogą pojechać z rodziną na wyczekiwane wakacje czy na święta. Co ważne, takie limitowanie przepustki, jedynie z uwagi na względy finansowe, stanowi naruszenie prawa pacjenta do świadczeń zdrowotnych udzielanych z należytą starannością, a także może prowadzić do zachwiania konstytucyjnego prawa obywatela do równego dostępu do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych.

Rzecznik Praw Pacjenta nakazał wyeliminowanie tych nieprawidłowości i obecnie oczekuje na stanowisko podmiotu leczniczego.

Źródło: RPP

Ministerstwo Zdrowia przygotowało projekt rozporządzenia, który może znacząco zmienić sposób kierowania pacjentów na rehabilitację finansowaną przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Zamiast opierać kwalifikację głównie na rozpoznaniu i skierowaniu lekarza, większą rolę mają odgrywać obiektywne narzędzia oceny funkcjonowania chorego. Resort przekonuje, że nowe rozwiązania pozwolą lepiej dopasować rehabilitację do rzeczywistych potrzeb pacjentów, ograniczyć nadmiarowe skierowania i skrócić kolejki do świadczeń.
Projekt nowelizacji rozporządzenia dotyczącego świadczeń gwarantowanych z zakresu rehabilitacji leczniczej został skierowany do konsultacji publicznych. To jedna z największych zmian organizacyjnych w rehabilitacji od wielu lat. Zakłada ona odejście od modelu, w którym samo rozpoznanie choroby często wystarczało do zakwalifikowania pacjenta do określonego rodzaju rehabilitacji.

W nowym systemie lekarze i fizjoterapeuci będą zobowiązani do przeprowadzania ustrukturyzowanej oceny funkcjonalnej chorego. W zależności od rodzaju schorzenia wykorzystywane mają być uznane międzynarodowe skale oceny sprawności oraz klasyfikacja ICF (Międzynarodowa Klasyfikacja Funkcjonowania, Niepełnosprawności i Zdrowia), która pozwala ocenić nie tylko samą chorobę, ale przede wszystkim jej wpływ na codzienne funkcjonowanie pacjenta.

Resort podkreśla, że rehabilitacja ma być planowana w sposób bardziej indywidualny. Ocena funkcjonalna ma służyć nie tylko zakwalifikowaniu chorego do odpowiedniego rodzaju świadczeń, ale również określeniu celu terapeutycznego oraz monitorowaniu efektów leczenia. W praktyce oznacza to, że rehabilitacja ma być bardziej ukierunkowana na odzyskanie konkretnych funkcji i samodzielności niż wyłącznie na realizację określonej liczby zabiegów.

Jednym z głównych powodów przygotowania nowych przepisów są rosnące kolejki do rehabilitacji. Ministerstwo wskazuje, że obecny system nie zawsze pozwala właściwie różnicować potrzeby pacjentów. W efekcie do świadczeń trafiają osoby o bardzo różnym stopniu niesprawności, co utrudnia efektywne wykorzystanie dostępnych zasobów. Nowe kryteria mają pomóc kierować rehabilitację przede wszystkim do tych pacjentów, którzy mogą odnieść z niej największe korzyści.

Projekt przewiduje także doprecyzowanie zasad kwalifikacji do różnych form rehabilitacji – ambulatoryjnej, domowej, dziennej i stacjonarnej. W części wskazań pojawią się również określone ramy czasowe, w których rehabilitacja będzie mogła zostać rozpoczęta po konkretnych zdarzeniach medycznych, takich jak udar mózgu czy wszczepienie endoprotezy. Rozwiązanie ma zwiększyć skuteczność leczenia poprzez kierowanie pacjentów do rehabilitacji w okresie, kiedy przynosi ona największe efekty.

Istotną zmianą będzie również większa odpowiedzialność osób kwalifikujących pacjentów do rehabilitacji. Zarówno lekarze, jak i fizjoterapeuci będą musieli dokumentować ocenę stanu funkcjonalnego przy wykorzystaniu wskazanych narzędzi. Ma to ujednolicić proces kwalifikacji w całym kraju i ograniczyć różnice pomiędzy poszczególnymi placówkami.

Projekt wzbudza jednak dyskusję w środowisku medycznym. Zwolennicy zmian wskazują, że rehabilitacja powinna być planowana na podstawie rzeczywistych potrzeb funkcjonalnych, zgodnie z międzynarodowymi standardami. Krytycy zwracają natomiast uwagę, że nowe obowiązki oznaczają dodatkową dokumentację oraz wydłużenie procesu kwalifikacji. Pojawiają się również pytania, czy sztywne kryteria nie utrudnią dostępu do rehabilitacji części pacjentów, którzy wprawdzie nie spełnią określonych progów punktowych, ale nadal odniosą korzyść z leczenia usprawniającego.

Na razie projekt znajduje się na etapie konsultacji publicznych. Ostateczny kształt przepisów może jeszcze ulec zmianie po uwzględnieniu uwag zgłoszonych przez organizacje pacjentów, środowiska lekarskie i fizjoterapeutyczne oraz innych uczestników procesu legislacyjnego. Jeśli nowe regulacje zostaną przyjęte, rehabilitacja finansowana przez NFZ będzie w większym stopniu opierała się na obiektywnej ocenie sprawności pacjenta, a nie wyłącznie na rozpoznaniu choroby czy samym skierowaniu.

Źródło: gov.pl