Medicalpress

Czerwiec to Miesiąc Świadomości Hidradenitis Suppurativa (HS) – przewlekłej, zapalnej choroby skóry, która mimo ogromnego wpływu na jakość życia pacjentów wciąż pozostaje mało znana. Hidradenitis Suppurativa to nie tylko bolesne zmiany skórne, ale też ogromne cierpienie psychiczne, stygmatyzacja i wykluczenie społeczne. Wielu chorych przez lata nie otrzymuje właściwej diagnozy ani skutecznego leczenia. Dlaczego tak się dzieje? Jak rozpoznać chorobę i jakie są obecnie dostępne formy terapii? Miesiąc świadomości HS to dobry moment, by lepiej zrozumieć sytuację pacjentów i zadbać o realną zmianę.

Trwa miesiąc Świadomości Hidradenitis Suppurativa (HS) i prawdopodobnie wiele osób po raz pierwszy usłyszy o tej chorobie. To przewlekła, nawrotowa choroba zapalna skóry i tkanki podskórnej, która charakteryzuje się występowaniem bolesnych guzków, ropni i przetok, z tendencją do bliznowacenia. Pacjentom towarzyszy intensywny ból, ropna wydzielina o nieprzyjemnym zapachu oraz liczne choroby współistniejące. HS to ciężka i wyniszczająca choroba, która ma ogromny wpływ na jakość życia chorych, niejednokrotnie powodując izolację i samotność w obawie przed stygmatyzacją. Niska świadomość społeczna wpływa na to, że pacjenci latami pozostają niezdiagnozowani, a choroba postępuje. Tymczasem szybka i trafna diagnostyka, skoordynowany model opieki i skuteczne leczenie mogą zmienić trudną dziś sytuację pacjentów z Hidradenitis Suppurativa.

„Bałam się. Czy to zaraźliwe, niebezpieczne? Czy będę musiała się z tym zmagać do końca życia?”, „To ciało, które znasz od lat… i nagle czujesz się… skreślona”, „To krępujące, człowiek czuje się bardzo wyizolowany i samotny”, „Na szczęście udało mi się znaleźć dermatologa, który znał HS… ale dopiero po 16 latach” – to słowa przytoczone w Manifeście ośmiu pacjentek z całej Europy, w tym z Polski, zmagających się z nieustannym bólem i piętnem związanym z HS oraz średnio… 7,3 roku oczekiwania na diagnozę. Autorki zwracają uwagę na to, że ich dni płyną według rytmu zmian opatrunków i kontroli bólu, a poranki spędzają na wybieraniu ubrań, które ukryją prawdziwy charakter choroby. Choć walka jest trudna, HS ich nie definiuje.

Trio HS: Przewlekłość, nawrotowość i lokalizacja

Najczęściej do lekarza pacjenci zgłaszają się z bolesnymi, zapalnymi guzkami i grudkami przypominającymi czyraki, które z czasem przekształcają się w ropnie i blizny. Lokalizują się one zazwyczaj w okolicach pach, pachwin, pośladków i narządów płciowych. Najbardziej uciążliwy dla pacjentów z Hidradenitis Suppurativa jest ból. Wśród innych objawów wymieniają ropnie, świąd, sączenie się zmian skórnych, ból podczas siedzenia oraz ból ograniczający ruch kończyn.

Hidradenitis Suppurativa to choroba, która ma dwa oblicza. Widać ją gołym okiem – guzki, ropnie, rany, blizny, czuć ją – ropna wydzielina ma nieprzyjemny zapach. Dramatem dla pacjenta jest też to, czego nie widzimy – ból, cierpienie, wstyd, samotność, izolacja. W Fundacji Amicus spotykam się z historiami osób, które z powodu niezrozumienia i stygmatyzacji całkowicie wycofały się z życia, zrezygnowały z relacji,  planów i  marzeń. To dramatyczna konsekwencja braku szybkiej diagnozy i właściwego leczenia, wsparcia psychologicznego oraz zrozumienia ze strony otoczenia – mówi Dagmara Samselska, prezeska Fundacji Amicus i przypomina, że od poniedziałku do piątku działa infolinia dla pacjentów z przewlekłymi chorobami skóry, gdzie pod nr. tel. 530 812 500 można uzyskać informację na temat ośrodków leczących tę chorobę oraz potrzebne wsparcie. Można także skorzystać z darmowej konsultacji dermatologicznej w kursującym po całym kraju DERMABUSIE i zasięgnąć informacji w mobilnym punkcie.  Szczegóły dostępne są na stronie www.dermabus.pl.

HS to nie tylko choroba skóry

Pacjentom z Hidradenitis Suppurativa często towarzyszą liczne choroby współistniejące m.in. spondyloartropatia osiowa, choroby zapalne jelit, choroba Leśniowskiego-Crohna i wrzodziejące zapalenie jelita grubego, reumatoidalne zapalenie stawów, łuszczyca i łuszczycowe zapalenie stawów, nowotwory skóry, choroby sercowo-naczyniowe, zespół metaboliczny.Co więcej, bardzo często pacjenci zmagają się z zaburzeniami psychicznymi, podejmują decyzję o „zamknięciu się w czterech ścianach”. Szacuje się, że 29% pacjentów z HS cierpi na depresję kliniczną lub borderline, 45% z powodu lęku.

HS dotyka przede wszystkim kobiety, a pierwsze objawy najczęściej pojawiają się w młodym wieku (20–30 lat)– czyli w kluczowym momencie wchodzenia w dorosłość, gdy podejmowane są decyzje dotyczące przyszłości zawodowej, życia prywatnego i planów dot. założenia rodziny. Szacunkowo roczna absencja chorobowa wynosi średnio 34 dni, a 10% pacjentów deklaruje utratę pracy z powodu HS.

Hidradenitis Suppurativa może w istotny sposób determinować wybory życiowe, ograniczając szanse rozwoju zawodowego i plany dot. założenia rodziny. Pacjenci cierpiący na HS, często rezygnują z pracy, ograniczają życie towarzyskie i seksualne, porzucają marzenia o założeniu rodziny, kobiety – które stanowią większą część pacjentów – podejmują świadomą decyzję o tym, że nie chcą być matkami. Pacjenci z HS chcą żyć inaczej. Chcą żyć tak, jak zdrowi rówieśnicy – studiować, pracować, mieć rodziny, być matkami… – zwraca uwagę Dagmara Samselska, prezeska Fundacji Amicus.

Czekając na diagnozę… i leczenie

Jednym z największych wyzwań HS pozostaje czas, który upływa  od wystąpienia pierwszych objawów do postawienia prawidłowej diagnozy. Jest to średnio ok. 7-10 lat. Pacjenci latami błądzą po gabinetach, zapisują się na wizyty do lekarzy rodzinnych, ginekologów, chirurgów, zdarza się, że trafiają na SOR, zanim trafią do dermatologa specjalizującego się w diagnostyce i leczeniu HS. Na opóźnienia diagnostyczne wpływa niska świadomość choroby zarówno wśród społeczeństwa, jaki lekarzy. Nieznajomość objawów, wstyd, lęk sprawiają, że pacjenci odkładają wizyty u specjalisty, a choroba postępuje. Bywa, że nawet jeśli pacjent trafi do lekarza, choroba błędnie klasyfikowana jest jako czyraki lub inne stany zapalne skóry.

– Opóźnienia diagnostyczne w Hidradenitis Suppurativa powodują ogromne konsekwencje zarówno dla pacjenta, dla lekarza jak i całego systemu ochrony zdrowia. Trudno w to uwierzyć, ale bywa tak, że pacjenci swoich zmian wstydzą się pokazać nawet lekarzowi i zwlekają z wizytą. Nieleczona choroba postępuje i wywiera ogromny wpływ na życie pacjenta, w pewnym momencie wyłączając go z codziennego życia i pracy zawodowej. Z punktu widzenia lekarza – pacjent z zaawansowaną postacią choroby – zwykle już z chorobami współistniejącymi – jest trudniejszy do leczenia i bardziej kosztowny dla systemu ochrony zdrowia. To, co mogłoby ułatwić skuteczną terapię  pacjentów z HS to większa świadomość choroby u lekarzy innych specjalności oraz większe dostępne portfolio leków w ramach programu lekowego B.161– mówi prof. dr hab. n. med. Irena Walecka, specjalistka dermatologii i wenerologii, kierownik Kliniki.

Dermatologii CMKP/PIM MSWiA. 
Niewidzialni dla społeczeństwa, niewidzialni dla systemu
Przez lata pacjenci z Hidradenitis Suppurativa byli niewidzialni nie tylko dla społeczeństwa, ale i dla systemu. Długo wyczekiwany przez środowisko lekarzy i pacjentów program lekowy “Leczenie chorych z ropnym zapaleniem apokrynowych gruczołów potowych (HS)” (B.161) funkcjonuje dopiero od 1 lipca 2024 r. Kwalifikacja do programu obejmuje pacjentów powyżej 18. roku życia z umiarkowaną lub ciężką postacią choroby, którzy nie reagują na inne metody leczenia. Obejmuje jednak tylko jedną opcję terapeutyczną, podczas gdy zarejestrowane są trzy…

– Aktualnie obowiązujący program lekowy dla pacjentów z HS  obejmuje tylko jedną terapię inhibitorem IL-17A dla pacjentów od 18 r.ż., co oznacza, że jeśli jest ona nieskuteczna lub pacjent ma działania niepożądane to niestety  zostaje  wyłączony z programu i de facto nie mamy  mu nic do zaproponowania poza powrotem do terapii klasycznych – czyli głównie antybiotykoterapii i leczenia chirurgicznego.
W przypadku umiarkowanej lub ciężkiej postaci choroby nie są to terapie wystarczająco skuteczne. Chcielibyśmy mieć możliwość wyboru rozwiązania optymalnego dla każdego pacjenta  – poza terapią IL-17A, mamy zarejestrowane jeszcze dwie terapie o różnych mechanizmach działania – inhibitory TNF alfa zarejestrowane od 12 r.ż. i IL-17 A/F od 18 r.ż., które powinny być dostępne w ramach programu lekowego. Wszystkie trzy terapie są ujęte w najnowszych polskich wytycznych PTD dotyczących diagnostyki i leczenia Hidradenitis Suppurativa
– zwraca uwagę prof. dr hab. n. med. Irena Walecka.

Wzrost świadomości społeczeństwa i lekarzy nt. HS, szybsza i trafna diagnostyka i dostęp lekarzy do szerszego wachlarza skutecznych opcji terapeutycznych mogą znacząco poprawić trudną dziś sytuację pacjentów z Hidradenitis Suppurativa. Szybkie wdrożenie skutecznej terapii i uzyskanie u pacjenta długotrwałej remisji jest kluczowe dla zahamowania postępu choroby i może zmniejszyć uciążliwe skutki wynikające z objawów choroby oraz ograniczyć powstawanie nieodwracalnych zmian skórnych. Miesiąc świadomości HS to doskonały czas na poszerzenie wiedzy na temat choroby, która latami pozostawała niepoznana, a przez to błędnie diagnozowana i nieskutecznie leczona. Łatwy dostęp do programów lekowych oraz większa świadomość społeczna są tym, czego pacjenci z Hidradenitis Suppurativa tak bardzo dzisiaj potrzebują. 

Choć Hidradenitis Suppurativa to trudna, bolesna i przewlekła choroba, szybka diagnoza i odpowiednie leczenie mogą znacząco poprawić jakość życia pacjentów. Konieczne jest zwiększenie świadomości społecznej i medycznej, zapewnienie dostępu do nowoczesnych terapii oraz rozwój programów wsparcia psychologicznego. Czerwiec – Miesiąc Świadomości HS – to doskonała okazja, by mówić o potrzebach tej grupy pacjentów, walczyć ze stygmatyzacją i wspólnie dążyć do zmiany systemowej. Chorzy na HS zasługują na widoczność, empatię i profesjonalną pomoc – nie tylko w czerwcu, ale każdego dnia.

Przyspieszenie badań genetycznych to warunek konieczny dla skutecznego leczenia pacjentów ze stwardnieniem zanikowym bocznym (ALS) – podkreślają eksperci i organizacje pacjenckie. Diagnostyka trwająca miesiącami utrudnia szybki dostęp do terapii i opóźnia decyzje terapeutyczne, które mogą poprawić jakość i długość życia chorych. W Polsce procedury są zbyt wolne, a dostępność do nowoczesnych metod wciąż ograniczona. Specjaliści apelują o systemowe zmiany i lepsze wykorzystanie możliwości, jakie daje medycyna personalizowana.
 
Stwardnienie zanikowe boczne (ALS) to jedna z najcięższych chorób neurodegeneracyjnych, którą można skutecznie powstrzymać pod warunkiem znaczącego zwiększenia dostępności do badań genetycznych i przyśpieszenia diagnostyki, co pozwoli na szybsze wdrożenie odpowiedniej terapii – wskazali eksperci podczas konferencji prasowej w Centrum Prasowym PAP. Dodali, że pacjenci z ALS czekają na refundację nowej terapii w mutacji genu SOD1 i wdrożenie multidyscyplinarnej opieki.

Paweł Bała, prezes Stowarzyszenia Dignitas Dolentium, otwierając konferencję prasową pt. „Sytuacja polskich chorych ze stwardnieniem zanikowym bocznym (ALS). Szanse i wyzwania”, zauważył, że na ALS najczęściej chorują osoby w sile wieku, w pełni aktywne zawodowo i rodzinnie.

„ALS choć jest rzadką chorobą, jej niszczycielskie konsekwencje dotykają nie tylko samych pacjentów, ale i ich rodziny” – powiedział.

Zwrócił uwagę, że ponad rok temu została zarejestrowana pierwsza przełomowa terapia, modyfikująca przebieg choroby w mutacji w genie SOD1, która dała realną szansę na zatrzymanie choroby i poprawę jakości życia pacjentów, ale wciąż nie jest ona refundowana.
Prof. Magdalena Kuźma-Kozakiewicz z Kliniki Neurologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego wskazała, że ALS (z łaciny SLA, od sclerosis lateralis amyotrophica), to choroba neurozwyrodnieniowa, która dotyka głównie neurony ruchowe.

„Choroba Parkinsona czy Alzheimera uszkadza różne neurony, zaś ALS atakuje tylko te, które odpowiedzialne są za ruch: w obrębie twarzy – mówienie i połykanie, w obrębie rąk i nóg. Zwykle od zachorowania do czterokończynowego porażenia, braku możliwości mówienia, połykania i oddychania mija od 3 do 5 lat. Mamy chorych, którzy żyją 15-20 lat, ale też mamy chorych, którzy dochodzą do momentu zamknięcia, czyli zamknięcia w swoim ciele przy zachowanym myśleniu, odczuwaniu, emocjach, nawet w ciągu roku” – powiedziała prof. Kuźma-Kozakiewicz.

Dodała, że na ALS rocznie zapada w Polsce 800 osób, a wszystkich chorych jest ok. 3 tys. Według prof. Kuźmy-Kozakiewicz ALS występuje w różnych postaciach klinicznych, które różnią się lokalizacją początkowych objawów, tempem rozwoju i rokowaniem.

„Najczęściej, bo aż w 70 proc. przypadków diagnozuje się postać klasyczną z osłabieniem i zanikiem dystalnym mięśni jednej kończyny” – podała.

Zwróciła uwagę, że ok. 90 proc. przypadków ALS występuje sporadycznie, zaś 10 proc. ma postać występującą rodzinnie. Podkreśliła, że genetyczne podłoże ALS dotyczy 21 proc. chorych i może występować zarówno w rodzinnej, jak i sporadycznej postaci.

„Dotychczas zidentyfikowano ok. 40 genów, w których mutacje mogą spowodować lub są związane z ALS. Z tej puli wyróżniają się cztery geny, które stanowią najczęstszą przyczynę genetycznego ALS. Na pierwszym miejscu jest C9orf2, na drugim SOD1. Szacuje się, że w Polsce mutacja w genie SOD1 może dotyczyć grupy ok. 100 chorych” – podała ekspertka.

O możliwościach leczenia pacjentów z mutacją w genie SOD1 mówiła dr Anna Gruszczak z Kliniki Neurologii Państwowego Instytutu Medycznego MSWiA w Warszawie, przywołując pozytywny przykład siedmiorga pacjentów, którzy zakwalifikowali się do programu wczesnego dostępu do terapii pod jej kierownictwem.

Podkreśliła, że w maju 2024 roku został zarejestrowany pierwszy przełomowy lek, modyfikujący przebieg choroby w mutacji w genie SOD1.

„Z naszych doświadczeń klinicznych wynika, że leczenie tym preparatem staje się realną szansą na zatrzymanie choroby i poprawę jakości życia w 63 procentach. Niestety wciąż ta terapia nie jest refundowana, więc dostęp do niej jest bardzo ograniczony” – zauważyła dr Gruszczak. Dodała, że trwają badania nad leczeniem innych mutacji, więc jest nadzieja dla szerszej grupy chorych na ALS.
W ocenie prof. Aliny Kułakowskiej, prezes Polskiego Towarzystwa Neurologicznego, ALS nie jest wcale chorobą ultrarzadką.

„To co doskwiera pacjentom z ALS, to zbyt długa diagnostyka, która nie zawsze oznacza dopasowanie skutecznej terapii” – wskazała.

Dodała, że ogromnym wyzwaniem dla pacjentów i lekarzy jest przyśpieszenie badań genetycznych, żeby oznaczyć mutacje w genie.
„Te badania są kluczowe dla dobrania odpowiedniej terapii, która skutecznie spowolni lub nawet zatrzyma chorobę” – podkreśliła.

Ekspertka zaznaczyła, że trzeba wprowadzić systemowe rozwiązania, aby ułatwić tym pacjentom dostęp do szybkich badań genetycznych, choć nie będzie to łatwe, bo brakuje genetyków.

Według prof. Kułakowskiej kolejnym wyzwanie jest zapewnienie koordynowanej opieki multidyscyplinarnej pacjentom w czasie leczenia.

„ALS jest chorobą przewlekłą, więc opieka neurologiczna nie wystarczy. Naszym pacjentom potrzeba wsparcia psychologicznego, w rehabilitacji, a na późniejszym etapie choroby, również potrzebne jest wsparcie pulmonologiczne” – powiedziała.
Marzanna Bieńkowska z Biura Rzecznika Praw Pacjenta i opiekun Rady Organizacji Pacjentów przy RPP podkreśliła, że Rzecznik Praw Pacjentów podejmuje działania wspierające pacjentów z ALS.

„Wspólnie z organizacjami pacjenckimi zabiegamy w resorcie zdrowia o to, żeby przyśpieszyć badanie genetyczne dla pacjentów z podejrzeniem ALS poprzez ominiecie poradni genetycznej, gdzie są bardzo długie kolejki. Szybkie wykonanie badania genetycznego pozwoli bowiem wyłapać mutację i dobrać do niej odpowiednie leczenie, bo w tej chorobie czas jest kluczowy, żeby ochronić pacjenta przed niepełnosprawnością” – wskazała.

Swoim doświadczeniem diagnostycznym podzieliła się Barbara Gołubowska, pacjentka chorująca na ALS z mutacją SOD1. Opowiedziała o pierwszych symptomach choroby, które były niegroźne i dość mylące, a sam proces kolejnych badań i konsultacji wraz z badaniem genetycznym trwał łącznie cztery lata.

„Szansa na nową, skuteczną terapię pojawiła się z czasem. To było dla mnie jak wygrana na loterii. Po roku leczenia moja choroba spowolniła, a nawet się zatrzymała, dzięki czemu mogę w miarę normalnie pracować, wychowywać córki i podróżować” – powiedziała pacjentka.

O dobrodziejstwie terapii ukierunkowanej na genetyczną przyczynę ALS i potrzebie jej refundacji mówił podczas konferencji strażak Mariusz Żywko, który również zachorował na ALS z mutacją genu SOD1.

„Dzięki tej terapii mogę być sprawny i dalej pracować, choć nie na pierwszej linii ognia, ale jako szkoleniowiec’’ – zapewnił.

Na zakończenia spotkania Ewa Waksmundzka ze Stowarzyszenia Dignitas Dolentium wskazała, że jest szansa na skuteczne leczenie stwardnienie zanikowego bocznego w Polsce.

„Trzeba tylko przyśpieszyć diagnostykę, zwłaszcza badania genetyczne, które pozwolą wdrożyć odpowiednie leczenie, zanim choroba zrobi spustoszenie w organizmie” – oceniła.

Dodała, że chorzy potrzebują też szybkiej rehabilitacji i opieki koordynowanej spinającej kilku specjalistów, jak ma to miejsce w onkologii.

„Teraz pacjenci i ich rodziny ponoszą duże koszty rehabilitacji i opieki. Przykładów tych kosztów jest wiele, jak np. asystor kaszlu, który nie jest refundowany przez NFZ, a który dla pacjentów w zawansowanym stadium choroby może być niezbędny do życia” – zaznaczyła.
Członkini Stowarzyszenia Dignitas Dolentium zwróciła też uwagę, że pacjenci z ALS i ich rodziny z niecierpliwością czekają na ustawę o asystencji osobistej.

Źródło informacji: PAP MediaRoom

Na Oddziale Kardiologicznym Szpitala w Sztumie przyjęto 105-latkę, u której wszczepiono stymulator serca. To najstarsza pacjentka, która przeszła taki zabieg na tym oddziale. Następnego dnia, w dobrym stanie, została wypisana do domu. Jak informuje lek. Łukasz Drelich, kardiolog Szpitala w Sztumie, American Heart of Poland, 105-latka była w dobrej kondycji fizycznej, co pozwoliło na przeprowadzenie zabiegu wszczepienia stymulatora serca. Zabieg przebiegł pomyślnie, a pacjentka następnego dnia została wypisana do domu.

Diagnoza – tzw. blok przedsionkowo-komorowy
Pacjentka dotychczas nie chorowała na schorzenia układu sercowo-naczyniowego. W Centrum Kardiologii Scanmed w Iławie, American Heart of Poland, zdiagnozowano u niej tzw. całkowity blok przedsionkowo-komorowy – stan, w którym serce zwalnia lub zatrzymuje się, co stanowi bezpośrednie zagrożenie życia. Poza tym wykazano także zwężenie zastawki aortalnej w stopniu nie wymagającym leczenia zabiegowego. Celem ratowania życia konieczne było założenie elektrody czasowej do stymulacji serca. Tak zabezpieczoną pacjentkę przekazano do Szpitala w Sztumie, gdzie zespół medyczny pod kierownictwem lek. Łukasza Drelicha wszczepił jej stymulator serca. To najstarsza pacjentka hospitalizowana na Oddziale Kardiologicznym sztumskiego szpitala.

Szybka reakcja lekarzy
Lek. Łukasz Drelich podkreśla, że szybka reakcja była kluczowa. – Gdyby pacjentka musiała długo czekać na zabieg, tymczasowa elektroda mogłaby stać się źródłem zakażenia i prowadzić do powikłań. U nas otrzymała natychmiastową pomoc – mówi lek. Łukasz Drelich. Elektrodę zakładała lek. Urszula Kossakowska-Jemioło, która pracuje zarówno w Centrum Kardiologii Scanmed w Iławie, jak i na Oddziale Kardiologicznym w Sztumie.

Stymulator serca zwany potocznie rozrusznikiem to urządzenie, które generując impulsy elektryczne zapewnia normalną częstość pracy serca. Urządzenie to nieustannie odczytuje wewnątrzsercowe EKG i podejmuje działanie w razie potrzeby, tzn. gdy akcja serca spadnie poniżej zadanej wartości. Jest to jedyna opcja leczenia w sytuacji, gdy serce bije za wolno lub się zatrzymuje. Schorzenia powodujące takie problemy mogą dawać objawy od łagodnych – takich jak zasłabnięcia czy spadek tolerancji wysiłku, przez omdlenia aż po zagrożenie całkowitym zatrzymaniem pracy serca.

Wiek to tylko liczba

Karolina Kuś, pielęgniarka koordynująca na Oddziale Kardiologicznym Szpitala w Sztumie podkreśla, że opieka nad 105-latką wymagała szczególnej troski i indywidualnego podejścia: – Było nam niezmiernie miło być częścią procesu terapeutycznego tak wyjątkowej pacjentki.

Historia 105-latki motywuje do troski o zdrowie i pokazuje, że PESEL to tylko liczba, a każdy z nas może potrzebować, nawet w zaawansowanym wieku, opieki medycznej.

źródło: American Heart of Poland

Według OECD popyt na usługi opiekuńcze będzie rósł ze względu na starzenie się ludności. Obecnie około jednej czwartej seniorów w krajach OECD potrzebuje opieki długoterminowej – powiedział dr Jacek Barszczewski z OECD podczas konferencji Opieka długoterminowa w Polsce i pozostałych krajach OECD zorganizowanej w Szkole Głównej Handlowej (SGH) w Warszawie.
Wraz ze starzeniem się populacji zapotrzebowanie na pomoc osobom starszym w codziennych czynnościach – tzw. opieka długoterminowa – ma wzrosnąć w krajach OECD o ponad jedną trzecią do 2050 roku.

Niemal we wszystkich krajach OECD koszty opieki długoterminowej przekraczają 100 proc. mediany dochodu, co sprawia, że staje się ona finansowo nieosiągalna dla wielu seniorów – zauważył dr Jacek Barszczewski, ekspert ds. polityki zdrowotnej OECD.

Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) oraz Międzykolegialne Centrum Badań nad Rodzinami i Generacjami w SGH zorganizowały konferencję poświęconą opiece długoterminowej dla osób starszych. Spotkanie było okazją do analizy systemów opieki długoterminowej w krajach OECD oraz porównania ich z sytuacją w Polsce. Podstawą dyskusji był zaprezentowany raport OECD „Opieka długoterminowa w Polsce i pozostałych krajach OECD”.

„Wykorzystując międzynarodowe porównania, wydarzenie ma na celu zidentyfikowanie kluczowych wyzwań, zbadanie możliwości oraz zaproponowanie potencjalnych rozwiązań na rzecz poprawy systemu opieki długoterminowej w Polsce” – powiedziała prorektorka SGH ds. nauki. dr hab. Agnieszka Chłoń-Domińczak, prof. SGH.

W najnowszym raporcie OECD przeanalizowała: rozkład potrzeb w zakresie opieki długoterminowej, koszty i publiczne wsparcie dla usług opiekuńczych, wydatki z własnych środków na opiekę długoterminową i ich wpływ na ubóstwo, a także przekazała prognozy popytu na usługi opiekuńcze i związane z tym symulacje wydatków publicznych na te usługi.

„Obserwujemy zmiany w strukturze ludności Polski. W UE w 2050 roku trzy na 10 osób będzie miało ponad 65 lat, dziś są to dwie osoby. Żeby zachować populację w zdrowiu, rekomendujemy wspieranie zdrowego stylu życia, a także rozwijanie systemu opieki długoterminowej” – mówił Mark Pearson, zastępca dyrektora Dyrektoriatu OECD ds. Zatrudnienia, Pracy i Spraw Społecznych (ELS). „W Polsce szczególny nacisk warto położyć na zwiększenie finansowania i poprawę koordynacji usług” – dodał.

Według OECD popyt na usługi opiekuńcze będzie rósł ze względu na starzenie się ludności. Jednocześnie będzie mniej opiekunów. Już dziś według dr. Barszczewskiego średnio około jednej czwartej osób starszych potrzebuje opieki długoterminowej.

Ekspert zwrócił uwagę, że koszty opieki długoterminowej różnią się znacząco między krajami OECD. W Polsce, dla osób o wysokich potrzebach zarówno w opiece domowej, jak i instytucjonalnej wynoszą one średnio około 150 proc. mediany dochodu osób w wieku 65+. Jest to jeden z niższych poziomów wśród krajów OECD. Z drugiej strony, jeśli spojrzymy na wartości absolutne w złotówkach, to koszty wynoszą odpowiednio około 600 zł w przypadku niskich potrzeb, 2000 zł w przypadku potrzeb umiarkowanych i prawie 4000 zł w przypadku potrzeb wysokich. Są to koszty bardzo wysokie, szczególnie w przypadku osób starszych z wysokimi potrzebami.

„Warto jednak podkreślić, że w niemal wszystkich krajach OECD koszty opieki długoterminowej przekraczają 100 proc. mediany dochodu, co sprawia, że bez znaczącego wsparcia publicznego staje się ona finansowo nieosiągalna dla wielu seniorów” – zauważył Barszczewski.

W Polsce trwają prace nad stworzeniem systemu opieki długoterminowej. O ich rezultatach poinformowały uczestniczki panelu dyskusyjnego prowadzonego przez prof. dr. hab. Piotra Błędowskiego, dyrektora Instytutu Gospodarstwa Społecznego Kolegium Ekonomiczno-Społecznego SGH.

„Tworzymy definicję opieki długoterminowej. Pracujemy nad skoordynowaniem działań prowadzonych w tym obszarze przez resorty rodziny i zdrowia. Elementy opieki i wsparcia osób starszych są w tych dwóch systemach, chcemy, żeby się uzupełniały” – przekonywała Marzena Okła-Drewnowicz, ministra do spraw polityki senioralnej.

Katarzyna Nowakowska, wiceministra rodziny, pracy i polityki społecznej stwierdziła, że najważniejszym pojęciem powstającego systemu opieki długoterminowej jest deinstytucjonalizacja. Oznacza to odchodzenie od pomocy opartej na placówkach całodobowego pobytu na rzecz wsparcia środowiskowego przy wykorzystaniu usług społecznych, tak aby umożliwić osobom niesamodzielnym pozostawanie w swoich domach, rodzinach i środowiskach. Wiceministra rodziny zwróciła uwagę na złożony charakter prowadzonych prac, dlatego że należy utrzymać system, który mamy, oparty na domach pomocy i rozwijać system opiekuńczy w domach. Trzeba zadbać o finasowanie jednego i budowę drugiego. Według niej to wyzwanie dla rządu i samorządów.

„Deinstytucjonalizacja to najlepsza metoda opieki, ale czasem niemożliwa, na przykład w przypadku osób wymagających stałego nadzoru. Jest to trudne, ale warto wypracować model, w którym senior pozostaje jak najdłużej w swoim środowisku, w myśl przysłowia, że starych drzew się nie przesadza” – przekonywała Urszula Demkow, wiceministra zdrowia.

W części podsumowującej konferencję eksperci mówili, że opieka długoterminowa musi zyskać na znaczeniu, gdyż prognozy wskazują na znaczący wzrost zapotrzebowania na opiekę długoterminową w przyszłości.

Zwrócili uwagę, że koszty opieki długoterminowej są wysokie dla osób starszych, a wsparcie publiczne opieki długoterminowej w Polsce jest za niskie, co uniemożliwia wielu osobom starszym korzystanie z niej.

Według specjalistów programy prewencyjne oraz zwiększanie wydajności pracy w sektorze opieki długoterminowej mogą częściowo złagodzić spodziewane wzrosty kosztów.

„Reformowanie opieki długoterminowej to gra długoterminowa. Koszty są natychmiastowe, zaś efekty staną się widoczne po dziesięcioleciach” – powiedział na koniec dr hab. Paweł Kubicki, prof. SGH, kierownik Katedry Polityki Społecznej w Instytucie Gospodarstwa Społecznego.

źródło: PAP MediaRoom

Zanim w latach czterdziestych XIX wieku lekarze zaczęli stosować eter do znieczulenia, pacjenta kilka osób musiało na siłę utrzymywać na stole operacyjnym, by nie uciekł tuż przed samym zabiegiem. Za najlepszych chirurgów uznawani byli ci, którzy wykonywali zabiegi w ciągu kilku minut. Dzisiejsza anestezjologia to nowoczesne metody znieczulania i monitorowania pacjenta. Intensywna terapia, która „wyrosła” z anestezjologii, potrafi podtrzymywać życie pacjenta, dając szansę na powrót to zdrowia.  

Dziś trudno byłoby sobie wyobrazić jakikolwiek zabieg lub operację bez sedacji lub znieczulania. Współczesna anestezjologia zajmuje się kwalifikacją pacjenta do zabiegów i do operacji, zapewnieniem znieczulenia i bezpieczeństwa pacjenta podczas operacji i w okresie pooperacyjnym. Z anestezjologii wyrosła intensywna terapia, której celem jest podtrzymanie funkcji życiowych i ich monitorowanie u ciężko chorych pacjentów. W Polsce anestezjologia i intensywna terapia to jedna specjalizacja, ale są kraje, np. Hiszpania, Wielka Brytania, w których są to osobne specjalizacje, ponieważ w obydwu potrzeba dużej wiedzy i umiejętności, by jak najlepiej pomagać pacjentom. 

Bezpieczeństwo podczas znieczulenia 

Anestezjolodzy znieczulają pacjenta do zabiegów, operacji, a także do niektórych procedur diagnostycznych, takich jak kolonoskopia czy gastroskopia; dbają, by znieczulenie było dokładnie takie, jakie jest konieczne podczas zabiegu, a przede wszystkim dbają o bezpieczeństwo pacjenta podczas zabiegów i operacji. W zależności od tego, jaki zabieg ma być przeprowadzony, stosuje się różne rodzaje znieczuleń. W przypadku badań diagnostycznych, zwykle stosowana jest sedacja. 

Sedacja ma swoje stopnie: najlżejszym jest sedacja minimalna (przeciwlękowa): pacjent jest uspokojony i zrelaksowany, ale zachowuje świadomość, można nawiązać z nim kontakt. Taki sposób sedacji stosujemy przy bezinwazyjnych lub bardzo mało inwazyjnych procedurach. Gdy musi być przeprowadzona bardziej inwazyjna procedura lub taka, podczas której występują dolegliwości bólowe, np. gastroskopia czy kolonoskopia, to sedacja musi być pogłębiana. Sedację wywołuje się lekami wpływającymi na stan świadomości, ale można dodać do nich lek przeciwbólowy (zwykle stosuje się opioidy); wtedy mamy połączenie działania przeciwbólowego z sedacją – jest to analgosedacja. W przypadku konieczności przeprowadzenia operacji, gdy chcemy, by pacjent był głęboko znieczulony, stosujemy znieczulenie ogólne mówi dr Tomasz Napiórkowski, specjalista anestezjologii i intensywnej terapii z Narodowego Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie – Państwowy Instytut Badawczy. 

Choć bez znieczulenia nie wyobrażamy sobie dziś już żadnego poważnego zabiegu, wielu pacjentów ma obawy, jeśli chodzi o sedację i znieczulenie. Są to zarówno obawy dotyczące tego, że leki nie zadziałają i ból będzie odczuwalny, jak również (odwrotnie), że będą mieli problem z wybudzeniem się po operacji. Dlatego przed każdym zabiegiem i operacją bardzo ważna jest rozmowa z anestezjologiem, by pacjent rozumiał, na czym polegać będą zastosowane metody znieczulenia i jakie odniosą z nich korzyści. 

Pacjenci zwykle obawiają się czegoś, czego do tej pory nie przeżywali, a przede wszystkim braku kontroli nad tym, co się z nimi dzieje. Często bardziej obawiają się samego znieczulenia niż tego, że operacja się nie powiedzie. Mają też obawy, jeśli proponujemy znieczulenie regionalne, danej części ciała, np. znieczulenie podpajęczynówkowemówi dr Napiórkowski

Postępy w farmakoterapii i monitorowaniu pacjenta 

Współczesna anestezjologia, dzięki nowym lekom i monitorowaniu pacjenta, jest bardzo bezpieczna. Potwierdza to dr Napiórkowski: – Mamy coraz lepsze leki, coraz lepsze metody znieczulenia. W momencie znieczulenia ogólnego pacjent, można wręcz powiedzieć: jest najbezpieczniejszy w życiu, gdyż cały czas monitorujemy jego ciśnienie, tętno, saturację. Jeśli w trakcie operacji pacjent jest zaintubowany i wentylowany respiratorem, to ma podawane większe stężenie tlenu niż człowiek, który oddycha powietrzem atmosferycznym. Bardzo ważne jest też, że leki, które stosujemy, są coraz bardziej bezpieczne. Ich istotą jest to, że działają tylko w tym czasie, kiedy chcemy, by działały. 

W ostatnich latach jednym z największych postępów w anestezjologii jest właśnie nowoczesna farmakoterapia. Stosowane są trzy główne grupy leków. Pierwsza to leki wpływające na stan świadomości i powodujące sen; druga to leki przeciwbólowe; trzecia – leki zwiotczające mięśnie, by umożliwić intubację pacjenta i ułatwić operację. Najważniejszym celem jest to, by leki działały tylko tak długo, jak to jest niezbędne. 

Jeden z nowych leków, który wpływa na świadomość pacjenta, a działa bardzo krótko (tylko wtedy, gdy przeprowadzana jest dana procedura) to remimazolam. Jest to lek z grupy leków o działaniu sedatywnym; jego podanie w odpowiedniej dawce powoduje, że pacjent wchodzi w sedację: uspokaja się, lekko przysypia, ale można go obudzić. Lek bardzo szybko ulega metabolizmowi w organizmie; okres jego działania można odpowiednio dostosować do tego, ile będzie trwała dana procedura – mówi dr Napiórkowski. Lek może być wykorzystywany np. do krótkich procedur. – Do tej pory w tych sytuacjach używano leków, które mają nieco dłuższy okres działania. Używanie remimazolamu powoduje, że pacjent po krótkim czasie działania leku wraca do pełni świadomości. Czas od podania ostatniej dawki do pełnego powrotu świadomości wynosi ok. 12 min. Dla pacjenta to bardzo bezpieczna opcja. W Polsce lek jest zarejestrowany do sedacji do zabiegów, takich jak np. kolonoskopia, gastroskopia, a także np. przy kardiowersji – zaznacza dr Napiórkowski

Nowoczesne technologie umożliwiają także monitorowanie głębokości znieczulenia; podczas operacji anestezjolog widzi, jak głęboko pacjent „śpi”. – W naszym szpitalu każdy pacjent ma monitorowaną głębokość znieczulenia: elektrody monitorują i mierzą czynność mózgu: odpowiedni algorytm matematyczny przekłada to na liczbę od 0 do 100, gdzie około 100 oznacza „przytomny pacjent”. Gdy podajemy środki znieczulające, widzimy, że ten parametr spada. Widzimy też, kiedy pacjent zaczyna się budzić: jeśli jeszcze trwa operacja, to możemy dodać więcej leków znieczulających. Nie jest to jeszcze stosowane we wszystkich szpitalach u wszystkich pacjentów, ale w naszym już tak – zaznacza dr Napiórkowski.  

W trakcie operacji mogą zdarzyć się nieprzewidziane sytuacje, potencjalnie niebezpieczne dla pacjenta, jak zatrzymanie krążenia, czy uczulenia na zastosowane leki: anestezjolodzy wiedzą, jak postępować w takich przypadkach.  

Pacjent w OIT 

W oddziałach intensywnej terapii (OIT) również pracują anestezjolodzy; tu na co dzień ratuje się życie. Wyzwaniem są pacjenci, którzy ulegli wypadkowi, mają urazy wielonarządowe, pacjenci po bardzo rozległej operacji, a także pacjenci np. we wstrząsie septycznym, wywołanym przez zakażenie bakteryjne. – W przebiegu wstrząsu septycznego dochodzi do rozszerzenia się łożyska naczyniowego, a tym samym pojawia się spadek ciśnienia. W OIT należy zadziałać tak, by podwyższyć ciśnienie; podaje się leki wpływające na układ krążenia, dzięki czemu ciśnienie wzrasta. W pierwszym etapie podajemy noradrenalinę; uzyskując wzrost ciśnienia tętniczego. Jeśli to nie pomaga, to dodajemy leki z nowej grupy, które pojawiły się w ostatnim czasie – zaznacza dr Napiórkowski

 

W Polsce brakuje lekarzy anestezjologów i intensywnej terapii 

„Zapotrzebowanie” na specjalistów anestezjologii i intensywnej terapii jest coraz większe: są niezbędni przy operacjach, zabiegach, porodach, w których konieczne jest znieczulenie. Coraz częściej też pacjenci chcieliby mieć komfort psychiczny i „lekkie znieczulenie” podczas takich zabiegów jak kolonoskopia czy gastroskopia. Anestezjologia i intensywna terapia to trudna specjalizacja, wymagająca odpowiedniej wiedzy. 

W przypadku intensywnej terapii na oddział trafiają pacjenci na granicy życia i śmierci, często mając również choroby współistniejące: lekarz musi wiedzieć, jak je leczyć, jednocześnie podtrzymując życie pacjenta. Potrzebna jest tu ogromna wiedza i bardzo dobra współpraca ze specjalistami z innych dziedzin. Trudne decyzje trzeba podejmować szybko, zdając sobie sprawę z odpowiedzialności za pacjenta. Jest to praca bardzo odpowiedzialna, ale też obciążająca psychicznie: w stresie, z pacjentami na granicy życia i śmierci. Często konieczne są też bardzo trudne rozmowy z rodzinami pacjentów, także w sytuacjach, których nikt się nie spodziewał – np. w przypadku wypadków komunikacyjnych. 

źródło: Dziennikarski Klub Promocji Zdrowia

Mijają właśnie dwa lata od wprowadzenia w pierwszych przychodniach jednej z najważniejszych reform w ochronie zdrowia w ostatnich dekadach: opieki koordynowanej. Jej cel był jasny: umożliwienie pacjentom kompleksowego leczenia w POZ, prowadzonego przez zaufany personel medyczny i specjalnego koordynatora. Najnowsze badanie przeprowadzone przez Fundację MY PACJENCI pokazuje, że program spełnia pokładane w nim nadzieje.

Wyniki ankiety przeprowadzonej wśród ponad tysiąca pacjentów korzystających z opieki koordynowanej zostały zaprezentowane podczas konferencji w Centrum Prasowym PAP. Uczestniczyli w niej przedstawiciele instytucji i środowisk, będących jednocześnie współautorami tego przełomowego dla bezpieczeństwa oraz dobrostanu milionów Polaków programu – organizacje pacjentów, Ministerstwo Zdrowia i NFZ, stowarzyszenia lekarskie.

„Opinie respondentów objętych naszym badaniem pokazują, że możliwe jest wprowadzanie pozytywnych i dobrze ocenianych przez pacjentów zmian w polskim systemie ochrony zdrowia. Nasi rozmówcy deklarują, że są angażowani w podejmowanie decyzji terapeutycznych, mają zaufanie i dostęp do personelu medycznego, a diagnostyka przebiega zgodnie z planem i w sposób terminowy” – tłumaczyła Magdalena Kołodziej, prezes Fundacji MY PACJENCI.

W modelu opieki koordynowanej to w Poradni Podstawowej Opieki Zdrowotnej (POZ) odbywa się cały proces leczenia: od diagnostyki, po badania (dotychczas leżące najczęściej w kompetencji lekarzy specjalistów), aż po monitorowanie stanu pacjenta i doraźną pomoc. Wszystko jest oparte na indywidualnym planie leczenia, uwzględniającym konsultacje między lekarzem POZ a różnymi specjalistami, nad którego prawidłowym przebiegiem czuwa specjalny koordynator.

„Model opieki koordynowanej został wdrożony w odpowiedzi na potrzebę poprawy skuteczności opieki nad coraz większą liczbą pacjentów z chorobami przewlekłymi i wielochorobowością. U jego podstaw leży zmiana paradygmatu z udzielania pomocy w sytuacjach epizodycznych w kierunku podejścia długofalowego i zapobiegawczego” – komentowała prof. Agnieszka Mastalerz-Migas, pełnomocnik Ministerstwa Zdrowia ds. wdrożenia opieki koordynowanej.

Dostęp do opieki koordynowanej z miesiąca na miesiąc staje się doświadczeniem coraz większej liczby pacjentów w całym kraju.

„Odsetek ośrodków POZ realizujących opiekę koordynowaną od momentu jej wprowadzenia ciągle rośnie: obecnie jest to ponad 2270 placówek, co oznacza, że możliwość skorzystania z tego modelu ma już niemal połowa populacji Polski. Co więcej, pozytywne opinie pacjentów, wyrażone m.in. w omawianym badaniu, stanowią dla nas argument, by ten projekt kontynuować i stale rozbudowywać” – zadeklarował Maciej Karaszewski z Narodowego Funduszu Zdrowia.

Z badania Fundacji MY PACJENCI wynika, że aż 95 proc. pacjentów objętych tym modelem opieki ma poczucie, że ich potrzeby czy sugestie były uwzględnianie na etapie konsultacji z lekarzem. Ponad 90 proc. respondentów stosuje się do jego zaleceń i nie dostrzega potrzeby sięgania po dodatkowe opinie czy konsultacje poza swoją placówką POZ.

„Wracamy do pryncypiów medycyny rodzinnej: budowania relacji z pacjentami, planowania długofalowej opieki nad nimi. Mówimy dziś o sukcesie nie tylko ostatnich dwóch lat funkcjonowania modelu opieki koordynacyjnej, ale również poprzedzającego je okresu pilotażu i ciężkiej pracy koncepcyjnej wielu ludzi, niesionych ideą pomocy pacjentom” – podkreślał dr Aleksander Biesiada z Polskiego Towarzystwa Medycyny Rodzinnej.

Bardzo pozytywnie oceniana jest także funkcja koordynatora leczenia – pytane przez Fundację MY PACJENCI osoby podkreślają, że efektywnie pomaga im on na każdym etapie procesu diagnostycznego i terapeutycznego. Ponad 91 proc. respondentów w ankiecie Fundacji MY PACJENCI potwierdziło zaangażowanie koordynatora, a 97 proc. było zadowolonych z jakości jego pracy.

„Uważam, że opieka koordynowana powinna przejąć wszystkich pacjentów i ich potrzeby: od badań profilaktycznych po szczepienia. Chorzy powinni być kierowani do szpitali tylko w wyjątkowych sytuacjach, wymagających unikalnego sprzętu czy kompetencji. Idealną sytuacją byłoby, gdyby pacjenci zaczęli konsultować ze swoimi lekarzami rodzinnymi, czy specjalista przepisał im właściwe leki bądź kuracje, a nie odwrotnie” – powiedział Michał Dzięgielewski z Ministerstwa Zdrowia.

Prowadząca debatę Ewelina Nazarko-Ludwiczak z Fundacji MY PACJENCI dodała, że badaniu towarzyszyły pogłębione wywiady z 16 pacjentami korzystającymi z opieki koordynowanej. Wynika z nich, że wśród ankietowanych przewija się poczucie bezpieczeństwa i satysfakcji, a także nadzieja na rozciągnięcie dobrych praktyk na kolejne obszary: rehabilitację, psychologię, neurologię.

„Wprowadzenie i rozwój opieki koordynowanej skutkują już obecnie znacznym wzrostem dostępności świadczeń zdrowotnych, również w mniejszych ośrodkach miejskich czy na terenach wiejskich. Pozostajemy jednak wciąż na początku długiej drogi: musimy teraz skoncentrować się na zachęcaniu specjalistów, takich jak kardiolodzy czy diabetolodzy, by chcieli coraz liczniej dołączać do programu” – komentował Filip Pawliczak z Naczelnej Izby Lekarskiej.

Jednym z fundamentalnych osiągnięć opieki koordynowanej jest wyraźne skrócenie czasu oczekiwania na badania. Przykładowo, objęci nią pacjenci czekają na założenie holtera EKG średnio 2,5 tygodnia wobec 16 tygodni w „tradycyjnym” systemie. Biopsja tarczycy wykonywana jest natomiast po zaledwie trzech zamiast po 22 tygodniach.

„Dlatego wprowadzenie opieki koordynowanej uważam za jedną z najważniejszych reform w systemie ochrony zdrowia w ostatnich dekadach. Skróceniu czasu diagnostyki towarzyszy poczucie bezpieczeństwa, również bardzo istotne dla powodzenia każdej terapii” – argumentował Jakub Adamski, reprezentujący Rzecznika Praw Pacjenta.

Z przedstawicielem RPP zgodził się dr Tomasz Zieliński, wiceprzewodniczący Porozumienia Zielonogórskiego.
„Kiedyś sam nie byłem entuzjastą idei organizowania opieki koordynacyjnej, jednak po zgłębieniu tematu dostrzegłem w niej szansę na gruntowną zmianę roli POZ w całym systemie ochrony zdrowia i możliwość pełnego zaopiekowania pacjenta w ramach najbliższej mu placówki” – wskazywał ekspert.

Uczestnicy debaty zgodzili się, że pomimo ewidentnego sukcesu dotychczasowego funkcjonowania opieki koordynowanej nie należy spoczywać na laurach. System wciąż wymaga udoskonaleń (chociażby podkreślania, że POZ to nie tylko lekarze, ale cały personel, na czele z pielęgniarkami mogącymi wykonywać większość czynności medycznych) oraz coraz większego finansowania (wraz z dołączaniem kolejnych placówek), a także pewnych zmian organizacyjnych.

„Ostatecznie dążymy przecież do odwrócenia tzw. piramidy świadczeń zdrowotnych, czyli przeniesienia ciężaru lecznictwa szpitalnego do ambulatoryjnej opieki specjalistycznej oraz podstawowej opieki zdrowotnej. Aby to się udało, opiekę koordynowana musi być dostępna w minimum 60 – 70 proc. placówek. Bez tego żadne zmiany systemowe okażą się niemożliwe” – konkludował Paweł Żuk ze Stowarzyszenia IFIC Polska.

Z pełnymi wynikami badania można się zapoznać na stronie Fundacji.

źródło: PAP 

 

Polski system ochrony zdrowia mierzy się z narastającym problemem braków kadrowych. Jego skutki odczuwają też coraz bardziej przeciążeni i przepracowani lekarze, pielęgniarki, położne i pozostały personel medyczny. 50 proc. menedżerów i dyrektorów placówek medycznych wskazuje na coraz częstsze w tych grupach wypalenie zawodowe, przewlekły stres i brak work–life balance, a 33 proc. deklaruje, że z tego powodu personel medyczny coraz częściej decyduje się na odejście z zawodu – wynika z nowego raportu Philips „Future Health Index 2024”. Oprócz kształcenia nowych kadr rozwiązaniem może być także szersze wykorzystanie technologii.

– Problemy kadrowe uznaje się za jedno z największych wyzwań polskiego systemu ochrony zdrowia – mów dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, dyrektorka Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego. – Nie jest on łatwy do rozwiązania w krótkiej perspektywie czasu, ponieważ kształcenie kadr medycznych trwa wiele lat i nawet działania podejmowane tu i teraz – jak choćby zwiększenie limitu miejsc na kierunkach lekarskich – zaowocują poprawą sytuacji dopiero za kilka, a nawet kilkanaście lat, jeśli mówimy o specjalistach.

Według ostatniego raportu OECD („Health at a Glance 2023”) w Polsce na każdy 1 tys. mieszkańców przypada 5,7 praktykujących pielęgniarek (przy średniej dla krajów OECD wynoszącej 9,2) oraz 3,4 praktykującego lekarza (przy średniej dla krajów OECD wynoszącej 3,7). Co istotne, dystans do pozostałych państw OECD się zwiększa, a statystyki pokazują, że polski system ochrony zdrowia w dużej mierze podtrzymują lekarze w wieku emerytalnym. Według danych Naczelnej Izby Lekarskiej wśród aktywnych zawodowo lekarzy jest obecnie 77 proc. mężczyzn po 65. roku życia (wobec 60 proc. w 2012 roku) oraz 66 proc. kobiet po 60. roku życia (wobec 46 proc. w 2012 roku). Z kolei największe niedobory kadrowe widać zwłaszcza wśród specjalistów w wieku 40–50 lat, w tym kluczowych dla funkcjonowania systemu ochrony zdrowia – internistów, pediatrów, chirurgów ogólnych i ginekologów-położników (PAN, „Polskie Zdrowie 2.0”).

Problem z narastającym deficytem kadr medycznych potwierdza też m.in. raport „World Index of Healthcare Innovation 2023”, opracowany przez Foundation for Research on Equal Opportunity, w którym Polska znalazła się na ostatnim, 32. miejscu (spadając z 31. w 2021 roku i 30. w 2020 roku). Autorzy rankingu zwrócili uwagę m.in. na fakt, że Polska ma najniższą spośród przeanalizowanych państw liczbę lekarzy i pielęgniarek podstawowej opieki zdrowotnej.

– Obecna sytuacja kadrowa, choć może wiąże się już z lepszymi warunkami płacowymi, nadal stwarza ogromne wyzwania w zakresie środowiska i komfortu pracy. Wypalenie zawodowe jest zjawiskiem bardzo powszechnie występującym wśród kadr medycznych. Wielu lekarzy i pielęgniarek w okresie aktywności zawodowej jest zagrożonych poważnymi problemami zdrowotnymi, a to też osłabia potencjał, którego system tak bardzo potrzebuje – podkreśla dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.

Najnowsza edycja cyklicznego raportu Philips „Future Health Index 2024” pokazuje, że w Polsce pracownicy służby zdrowia są przeciążeni i przepracowani. W efekcie aż 50 proc. liderów tego sektora (m.in. menedżerowie oraz dyrektorzy szpitali i placówek medycznych) wskazuje na coraz częstsze w tej grupie wypalenie zawodowe, przewlekły stres i brak work-life balance, przekładające się na obniżone morale i spadek zaangażowania. Co więcej, 33 proc. personelu medycznego zadeklarowało, że z tego powoduoraz częściej decyduje się na odejście z zawodu.

– Praca w tym środowisku jest niestety bardzo stresogenna. Większość profesjonalistów medycznych pracuje nie tylko pod bardzo dużą presją czasu, ale i ogromnej odpowiedzialności. To potęguje również moc obowiązków biurokratycznych, które w wielu innych systemach europejskich są przeniesione na nowe technologie bądź personel pomocniczy, np. asystentów czy sekretarki medyczne – mówi dyrektorka Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego.

Konsekwencje niedoborów kadrowych odczuwają nie tylko lekarze czy pielęgniarki, ale i pacjenci. W badaniach przeprowadzonych na potrzeby raportu „Future Health Index 2024” aż 74 proc. polskich liderów ochrony zdrowia wskazywało, że personel medyczny ma przez to mniej czasu na pracę z pacjentem. To dużo wyższy odsetek niż europejska średnia wynosząca 58 proc.

– Ludzie żyją coraz dłużej i niestety chorują, dlatego potrzebujemy coraz więcej personelu medycznego – lekarzy i pielęgniarek – żeby móc tych pacjentów diagnozować i leczyć, żeby zaadresować wszystkie ich potrzeby medyczne. Natomiast obecny niedobór personelu powoduje, że pacjenci dłużej czekają w kolejkach, są później diagnozowani i leczeni –mówi dr Tomasz Zieliński, wiceprezes Federacji Porozumienie Zielonogórskie. – Lekarz, który jest przepracowany, zmęczony i musi pracować szybko, jest mniej efektywny, przez co może też popełniać więcej błędów.

Jak wskazuje, szansą na złagodzenie braków kadrowych w polskim systemie ochrony zdrowia jest szkolenie nowego i podnoszenie kwalifikacji obecnego personelu.

– Kształcenie dodatkowych osób w zawodach medycznych ma ograniczenia, bo nie wszystkich się da wykształcić na lekarzy, pielęgniarki czy położne. Dlatego szukamy rozwiązań w postaci zawodów dodatkowych, czyli np. asystentów lub sekretarek medycznych, dzięki którym ten wysoko wykwalifikowany personel medyczny jest wykorzystywany w zakresie swoich unikalnych kompetencji, bo u nas w Polsce lekarze często poświęcają więcej czasu na biurokrację niż na samą aktywność medyczną – podkreśla dr Tomasz Zieliński. – Drugą ścieżką jest wykorzystanie technologii, które przyspieszają pracę, ułatwiają przyjmowanie i obsługę pacjentów. Dzisiaj to są przede wszystkim narzędzia informatyczne, które m.in. ułatwiają gromadzenie i wyszukiwanie danych, ale przyszłościowo chcemy też wykorzystać możliwości algorytmów sztucznej inteligencji.

Jak wynika z raportu Philipsa, w Polsce niemal wszyscy liderzy sektora ochrony zdrowia (94 proc.) są przekonani, że wykorzystanie technologii – m.in. w celu automatyzacji prostych, rutynowych czynności i odciążenia personelu medycznego od codziennych zadań administracyjnych – ma i będzie mieć kluczowe znaczenie dla rozwiązania problemu niedoborów kadrowych w opiece zdrowotnej. Jeszcze większy odsetek (99 proc.) wskazuje też na korzyści płynące z wdrożenia rozwiązań, które umożliwiają zdalną, wirtualną opiekę i komunikację z pacjentem.

– Sztuczna inteligencja, automatyzacja procesów, wirtualizacja procesów medycznych i zdalne systemy opieki nad pacjentami – wszystkie te rozwiązania są już w tej chwili wykorzystywane do tego, żeby złagodzić niedobory kadr medycznych – wskazuje Michał Kępowicz, członek zarządu Philips Polska. – Wirtualna opieka umożliwia zdalną obserwację pacjenta, np. monitoring osób starszych i możliwość dwustronnej komunikacji pomiędzy lekarzem a pacjentem. Systemy RPA, robotic automatization process, pomagają usprawnić obsługę procesów diagnostycznych i administracyjnych w szpitalach. Natomiast sztuczna inteligencja już teraz m.in. podpowiada lekarzom, jaka diagnoza byłaby najbardziej prawidłowa.

Z raportu „Future Health Index 2024” wynika, że liderzy ochrony zdrowia w Polsce coraz śmielej wdrażają technologiczne nowinki, a w nadchodzących trzech latach duży odsetek spośród nich zamierza automatyzować kolejne procesy w swoich placówkach. Pewnym problemem pozostaje jednak podejście personelu – według badań Philipsa 75 proc. liderów ochrony zdrowia twierdzi, że pracownicy są sceptycznie nastawieni do automatyzacji w tym sektorze. Ponadto 66 proc. z nich deklaruje też brak czasu na podnoszenie kwalifikacji personelu i wdrażanie nowych technologii.

– Polscy profesjonaliści medyczni lubią nowinki i są nimi zainteresowani nawet bardziej niż reszta świata. Natomiast z drugiej strony widzą też potrzebę zastanowienia się, jak te nowinki wykorzystywać w sposób etyczny i efektywny, żeby one miały jak największą skuteczność. Przykładowo, żeby algorytmy działały poprawnie, to muszą się opierać na dużych zbiorach danych zawierających rzetelne informacje. Dlatego 91 proc. młodych liderów ochrony zdrowia, badanych na potrzeby raportu, wskazuje, że musimy te narzędzia wykorzystywać, ale jednocześnie trzeba to robić w sposób odpowiedzialny i etyczny – mówi Michał Kępowicz.

źródło: Newseria.pl

Jesteśmy na finiszu Leczmy z troską! i towarzyszącej mu kampanii wzmacniającej ideę medycyny o ludzkiej twarzy. Do konkursu zgłaszają się stowarzyszenia i fundacje z całej Polski, a im bliżej mety, tym powszechniejsza mobilizacja – termin na nadsyłanie zgłoszeń mija bowiem 15 września.

W nawiązaniu do konkursu padło już w mediach wiele ważnych słów, bo „Leczmy z troską!” ma przede wszystkim propagować ideę troski o pacjenta wykraczającej poza terapię, co okazuje się ważne zarówno dla chorych czy ich bliskich, jak i środowiska medycznego.

„Większość lekarzy, których znam ma dar empatii – mówił prof. Cezary Szczylik, ambasador konkursu. – Ale trzeba stworzyć warunki, by mogła ona wybrzmieć. Warunków brak, dlatego dochodzi do sytuacji, w której człowiek, pełen uzasadnionego lęku spotyka się z drugim człowiekiem, który jest sfrustrowany, nie czuje się spełniony w misji zawodowej. Misją zawodu lekarza jest pomóc pacjentowi, a nie odfajkować wizytę, wystawić receptę i skierowanie bez słowa komentarza”.

Dorota Czekaj, również ambasadorka „Leczmy z troską!”, a zarazem pacjentka onkologiczna opowiedziała, co czuje człowiek, gdy usłyszy tak poważną diagnozę – m.in. że wymaga wsparcia psychicznego i psychoonkologicznego, co często mogą zapewnić osoby, które już przeszły podobną ścieżkę i które chętnie działają w organizacjach non profit.

„A jeśli chodzi o lekarzy, to warto przypomnieć, że dla pacjenta w leczeniu, oprócz podania leków, najważniejsze jest ludzkie podejście i empatia. Zdaję sobie sprawę, że lekarze mają wiele wyzwań, często pracują w trudnych warunkach, ale czasami jedno słowo, jeden gest w stosunku do chorego może wiele zdziałać. I tu mam też apel do pacjentów, żeby wobec lekarzy okazywali czułość i zrozumienie. Myślę, że jeśli obie strony będą do siebie w taki sposób podchodzić, może to dać bardzo dobre rezultaty. Otoczenie troską, podejście z czułością w chorobie, oprócz leków, są najważniejsze. Myślę, że tego najbardziej brakuje w tradycyjnej medycynie”.

Z intencją przywrócenia medycynie ludzkiej twarzy, a zarazem podkreślenia wagi działań organizacji non-profit na rzecz pacjentów w maju 2024 r. ruszyły kampania i konkurs „Leczmy z troską!” To pierwsza polska edycja globalnego projektu firmy Teva Pharmaceuticals pod nazwą Humanizing Health. „Leczmy z troską!” przypomina, że nadal często zdarzają się sytuacje, w których chorzy otrzymują leczenie medyczne, ale brakuje dbałości o ich samopoczucie czy nawet dobrej, życzliwej rozmowy. Te zadania często przejmują organizacje non-profit – fundacje czy stowarzyszenia, które prowadzą projekty dla pacjentów, a ich działalność jest wręcz bezcenna. To dlatego organizatorzy konkursu chcą docenić ich starania i wsparcie oferowane chorym czy potrzebującym opieki.

Organizacje non-profit – fundacje i stowarzyszenia prowadzące działania na rzecz pacjentów czy ich bliskich do 15 września br. mogą zgłaszać do konkursu swoje projekty z poprzedniego roku, czyli działania, których realizacja przebiegła między 1 stycznia 2023 a 20 maja 2024. Następnie w dwóch etapach zgłoszenia zostaną ocenione m.in. pod kątem zasięgu, innowacyjności i użyteczności dla zainteresowanych, czyli chorych i opiekunów. Zgłoszenia należy przesyłać poprzez specjalny formularz dostępny na stronie konkursu.

Piątkę zwycięzców konkursu, którzy otrzymają granty na dalszą działalność, poznamy w listopadzie 2024 r. Laureat nagrody głównej odbierze 40 tysięcy zł, a pozostała czwórka – po 15 tysięcy zł. Finałem projektu będzie uroczysta gala „Leczmy z troską!”.

Ambasadorami akcji są: Edyta Jungowska – aktorka, prof. Cezary Szczylik – onkolog i Dorota Czekaj, prezeska Sieci Przedsiębiorczych Kobiet, a prywatnie pacjentka. Patronem merytorycznym projektu jest Instytut Praw Pacjenta i Edukacji Zdrowotnej.

więcej informacji – https://www.teva.pl/leczmy-z-troska/ 

źródło: Leczmy z troską

W Centrum Medycznym Med4Fit American Heart of Poland w Bieruniu rozpoczyna się realizacja programu KOS-zawał, czyli kompleksowej opieki kardiologicznej dla pacjentów po zawale serca.  Jest to program przygotowany i refundowany przez Narodowy Fundusz Zdrowia, obejmujący okres pierwszych dwunastu miesięcy od momentu opuszczenia szpitalnego oddziału. KOS-zawał pomaga w powrocie do zdrowia i aktywnego stylu życia oraz zmniejsza ryzyka występowania kolejnych zdarzeń sercowo-naczyniowych.

Co to jest program KOS-zawał?

 

– KOS-zawał to program kompleksowej specjalistycznej opieki w zakresie leczenia szpitalnego, ambulatoryjnego i rehabilitacji kardiologicznej, przeznaczony dla pacjentów po zawale mięśnia sercowego. Program KOS-zawał obejmuje: leczenie zawału serca, rehabilitację kardiologiczną, wsparcie psychologiczne oraz edukację na temat czynników ryzyka chorób serca – wymienia prof. dr hab. n. med. Krzysztof Milewski, dyrektor medyczny Med4Fit American Heart of Poland i ordynator Oddziału Kardiologii PAKS AHP w Bielsku-Białej.

 

Rehabilitacja kardiologiczna to kluczowy element opieki po przebytym zawale serca. Wczesna rehabilitacja kardiologiczna poszpitalna w II etapie rehabilitacji trwa od trzech do pięciu tygodni. W skład zespołu rehabilitantów wchodzą: lekarz, fizjoterapeuta, pielęgniarka, psycholog oraz dietetyk.

 

– Podczas rehabilitacji kardiologicznej specjaliści prowadzą pacjentów przez różnorodne ćwiczenia fizyczne, monitorują parametry zdrowia oraz udzielają wsparcia psychologicznego, co pozwala na szybszą i skuteczniejszą rekonwalescencję. W Centrum Medycznym Med4Fit American Heart of Poland w Bieruniu do dyspozycji pacjentów są: sala gimnastyczna, cykloergometry rowerowe (rowery rehabilitacyjne) oraz innego rodzaju urządzenia przeznaczone do rehabilitacji – wymienia prof. dr hab. n. med. Krzysztof Milewski.

 

Przyjęcie pacjenta na rehabilitację kardiologiczną w ramach Rehabilitacji Dziennej Kardiologicznej poprzedzone jest konsultacją kardiologa.

 

– Kardiolog przeprowadza dokładny wywiad z pacjentem, analizuje wyniki dotychczasowych badań, choroby współistniejące i inne czynniki ryzyka. Przy wyborze modelu rehabilitacji kardiologicznej brane są pod uwagę m.in. wyniki testów wysiłkowych oraz badań kardiologicznych, tj. EKG, echo serca, wartości ciśnienia krwi i tętna czy frakcji wyrzutowej lewej komory czy test wysiłkowy – wyjaśnia prof. dr hab. n. med. Krzysztof Milewski.

KOS-zawał to inwestycja w zdrowie pacjentów po zawale serca.

– Zwiększenie dostępności w całym kraju do programu kompleksowej opieki po zawale serca jest jednym z głównych celów Grupy. Od wielu lat skutecznie ratujemy pacjentów po zawale mięśnia sercowego w całej Polsce. Naszą ambicją jest nie tylko uratować pacjenta z zawałem, ale też ułatwić mu powrót do codziennej aktywności i zmniejszyć ryzyko kolejnego incydentu sercowo-naczyniowego. Opieka realizowana w ramach tego programu w ośrodkach medycznych Grupy American Heart of Poland jest również bardzo dobrze oceniana przez pacjentów – wyjaśnia dr n. med. Paweł Kaźmierczak, członek Zarządu i dyrektor medyczny Grupy American Heart of Poland.

 
Więcej informacji pod numerem tel.: 32 341 72 00 (rejestracja Med4Fit, ul. Jerzego 2 w Bieruniu, czynna od poniedziałku do piątku, 8.00-20.00).

źródło: Grupa American Heart of Poland

Od czerwca tego roku osoby wymagające zabiegów hemodializy mogą korzystać z usług nowo wyremontowanej stacji dializ w szpitalu Pomnik Chrztu Polski w Gnieźnie. Powiększona stacja umożliwia przyjęcia o jedną trzecią więcej pacjentów niż dotychczas. Zmiana jest odpowiedzią na nieustannie rosnącą potrzebę leczenia pacjentów ze schyłkową niewydolnością nerek w powiecie gnieźnieńskim.

Ośrodek dializ w szpitalu gnieźnieńskim przyjmuje pacjentów już od prawie czterdziestu lat. Odkąd działa na niższej kondygnacji szpitala, może pochwalić się zmodernizowaną infrastrukturą, która wpływa pozytywnie na komfort osób dializowanych oraz pozwala przeprowadzać zabiegi ponad 100 pacjentom.

 

Z roku na rok przybywa chorych na przewlekłą chorobę nerek. Tylko co trzecia osoba mająca chore nerki o tym wie. Zapotrzebowanie na zwiększoną ofertę diagnostyczną i zabiegową w dziedzinie nefrologii nieustannie wzrasta. Działalność poradni nefrologicznej i większej stacji dializ Fresenius na terenie szpitala umożliwia szybsze diagnozowanie chorób nerek i przeprowadzanie większej liczby zabiegów hemodializy ratujących życie mieszkańcom powiatu poznańskiego i żnińskiego.

 
Dzięki relokacji, pacjenci zyskali większą przestrzeń, gdzie mogą czekać na zabieg i odpoczywać po jego zakończeniu. Nowa bardziej komfortowa infrastruktura jest ważne dlatego, że pacjenci spędzają w ośrodku wiele godzin. Zabiegi zazwyczaj odbywają się trzy razy w tygodniu i trwają po ok. 4 godziny.

– Fresenius Nephrocare Polska jest liderem w branży m.in. dlatego, że przywiązuje dużą wagę do jakości wykonywanych usług, wyników medycznych oraz warunków w jakich leczymy naszych pacjentów. Jesteśmy zadowoleni z tego, że uruchomienie nowego ośrodka podnosi znacznie komfort naszym pacjentom oraz personelowi. Nowy ośrodek to również większa ilość stanowisk dializacyjnych, więc będziemy mogli odpowiedzieć pozytywnie na potrzeby większej liczby pacjentów z Gniezna i okolic. – mówi Jakub Janiak, Dyrektor Zarządzający Fresenius Nephrocare Polska.

 

Ośrodek dializ Fresenius w Gnieźnie wyróżnia się na tle innych ośrodków dializacyjnych w Polsce z uwagi na szeroki zakres usług. Oferuje dwie metody leczenia: hemodializę (HD) i hemodiafiltrację (HDF). Ta druga jest szczególnie polecana dla chorych wymagających dializy, ponieważ – jak pokazują badania – ryzyko zgonu u pacjentów leczonych metodą HDF jest niższe o 23% niż w ogólnej populacji pacjentów dializowanych metodą HD.

 

– W naszej stacji aż jedna trzecia pacjentów korzysta z hemodiafiltracji. Dzieje się tak dlatego, że czynnie poszukujemy osób spełniających kryteria NFZ kwalifikujące pacjenta do stosowania tej metody – mówi Bartosz Kaźmierczak, ordynator stacji dializ Fresenius w Gnieźnie. – Leczenie tą metodą daje pozytywny efekt szczególnie u młodych ludzi, dlatego Fresenius Nephrocare propaguje tę metodę dializy w Polsce. Aktualnie jest ona stosowana u 7% pacjentów dializowanych w całym kraju, a uważamy, że powinna być dostępna dla szerszej liczby pacjentów – dodaje.

 

Poradnia nefrologiczna Fresenius działająca na terenie szpitala, jako jedna z niewielu w kraju oferuje pacjentom program lekowy, dzięki któremu mogą korzystać z darmowych leków.

 

Stacja dializ w gnieźnieńskim szpitalu przeprowadza zabiegi hemodializy ratujące życie pacjentom z przewlekłą chorobą nerek od 1988 r. Była wówczas pierwszą stacją dializ, poza Poznaniem, w ówczesnym województwie poznańskim. Od 2011 r. należy do sieci stacji dializ Fresenius Nephrocare Polska. Swoim zasięgiem obejmuje cały powiat gnieźnieński (ponad 140 tysięcy mieszkańców), a także sąsiednie gminy powiatu żnińskiego. Wykonywane są tu także dializy gościnne dla pacjentów z Wielkopolski oraz wakacyjne i świąteczne dla chorych z całej Polski. 

 

Stacja ściśle współpracuje z Katedrą i Kliniką Nefrologii, Transplantologii i Chorób Wewnętrznych Szpitala Klinicznego im. Heliodora Święcickiego Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, oddziałami transplantologicznymi z Poznania i Bydgoszczy, a także sąsiednimi stacjami dializ w Poznaniu i Słupcy. W ośrodku odbywają staż studenci Akademii Nauk Stosowanych w Gnieźnie, zdobywając wiedzę praktyczną w dziedzinie leczenia nerkozastępczego.

źródło:Fresenius Nephrocare Polska

Opóźnienie w rozpoznaniu pierwotnych niedoborów odporności (PNO) u dzieci wynosi średnio ok. 5 lat, u dorosłych ok. 10-11 lat. O tym, co należałoby zrobić, aby poprawić rozpoznawalność PNO w Polsce, eksperci, w tym Konsultanci Krajowi i Wojewódzcy w dziedzinie pediatrii, immunologii klinicznej, a także wykładowcy i przedstawiciele organizacji pacjenckich, dyskutowali podczas sesji tematycznej XI Konferencji Polskiej Grupy Roboczej ds. Pierwotnych Niedoborów Odporności. Spotkanie odbyło się w Warszawie w ramach obchodów Światowego Tygodnia Pierwotnych Niedoborów Odporności.

Pierwotne niedobory odporności (PNO) to grupa chorób uwarunkowanych genetycznie, inaczej nazywanych wrodzonymi błędami odporności, związanych z nieprawidłowym funkcjonowaniem jednego lub kilku elementów układu odpornościowego. Mogą być rozpoznawane w każdym wieku, u dzieci i u dorosłych. Zalicza się je do chorób rzadkich, a niektóre typy – do ultrarzadkich. Szacuje się, że częstość występowania PNO to 1 na 1000 osób, co oznaczałoby 40 tys. chorych w Polsce, jednak do tej pory wykryto zaledwie ok. 5 tys. przypadków. Opóźnienie w prawidłowym rozpoznaniu choroby u dzieci wynosi średnio ok. 5 lat, a u dorosłych ok. 10-11 lat.

Jest lepiej, ale…

W ostatnich latach liczba rozpoznawanych przypadków pierwotnych niedoborów odporności wzrasta. Przede wszystkim wykrywa się więcej defektów genetycznych, warunkujących wystąpienie PNO, a jest to możliwe m.in. dzięki dostępności narzędzi diagnostycznych – mówi dr hab. n. med. Małgorzata Pac, prof. IP CZD, Kierownik Kliniki Immunologii, Instytutu „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka” w Warszawie. Ostatnia dostępna aktualizacja Międzynarodowej Unii Towarzystw Immunologicznych (International Union of Immunological Societies, IUIS) z 2022 roku mówi o 485 defektach genetycznych, odpowiadających za PNO. Wydaje się jednak, że w tej chwili może być ponad 500 wariantów genowych leżących u podstaw PNO. Warto nadmienić, że pierwsze klasyfikacje powstałe z inicjatywy WHO miały miejsce na początku lat 70. XX wieku, kiedy to wyróżniono tylko 16 niedoborów odporności. Zatem postęp jest olbrzymi.

Jednak – zwraca uwagę prof. dr hab. n. med. Jarosław Peregud-Pogorzelski, Konsultant Krajowy w dziedzinie Pediatrii, Kierownik Kliniki Pediatrii, Onkologii Dziecięcej i Immunologii Klinicznej Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie – wciąż ok. 80 proc. pacjentów z PNO nie ma zapewnionej odpowiedniej opieki terapeutycznej, co związane jest z opóźnioną diagnostyką i na co składa się wiele czynników – brak wiedzy wśród lekarzy wynikający m.in. z braków w systemie kształcenia studentów, a konkretnie ze zbyt małej liczby godzin poświęconych immunologii klinicznej, a poza tym luki w dostępie do diagnostyki i leczenia oraz niewystarczająca liczba specjalistów. Owszem, mamy kampanie edukacyjne, inicjowane m.in. przez organizacje pacjenckie i platformy dostępne w internecie, ale to za mało. Rozpoznawalność PNO wciąż jest niska.

Kluczowy czynnik – wczesna diagnostyka

Kluczowym czynnikiem wpływającym na prawidłową opiekę i cały proces diagnostyczno-terapeutyczny osoby z PNO jest wczesna diagnostyka. Jednak, aby to nastąpiło, musi istnieć świadomość występowania tej grupy chorób, zarówno wśród pracowników ochrony zdrowia, jak i w społeczeństwie – podkreśla prof. Pac.Kluczowa jest też znajomość symptomów pierwotnych niedoborów odporności. Powszechnie uważa się, że głównie są to nawracające infekcje. Ale to nie wszystko. Musimy zwracać uwagę na atypową etiologię zakażeń, na pojawianie się ich mimo szczepień, na powtarzające się zakażenia tym samym patogenem. W grupie PNO spotykamy też fenotypy nieinfekcyjne. Są to objawy czy choroby o podłożu autoimmunizacyjnym, do których należą np. te dotyczące innych narządów, m.in. autoimmunizacyjne zapalenie tarczycy. Do fenotypów nieinfekcyjnych zalicza się też powiększenie węzłów chłonnych o niejasnej etiologii czy powiększenie śledziony i/lub wątroby.

Ważną kwestią jest dostępność do metod i narzędzi diagnostycznych, czyli np. czy możemy ocenić stężenie immunoglobulin u pacjentów z nawracającymi zakażeniami na poziomie podstawowej opieki zdrowotnej. Istotna jest też umiejętność interpretacji uzyskanych wyników. Nie wystarczy spojrzeć na parametr. Trzeba go odnieść do wartości referencyjnych dla poszczególnych grup wiekowych. Ponadto duże znaczenie ma dostęp do immunologa, który ukierunkowuje dalszą diagnostykę bądź od razu stawia rozpoznanie PNO. Nie mniej ważna jest dostępność do innych specjalistów – ze względu na występowanie objawów czy chorób ze strony pozostałych układów i narządów.

A kiedy już zostanie dokonana właściwa diagnoza, koniecznie trzeba zagwarantować dostęp do różnych terapii. W przypadku niedoborów odporności z zaburzeniem produkcji przeciwciał najczęściej stosuje się terapię immunoglobulinami. W niektórych niedoborach odporności istnieje możliwość leczenia docelowego, np. transplantacji komórek krwiotwórczych.

Pierwszy i najważniejszy krok – w gabinecie lekarza POZ

Pierwotne niedobory odporności najczęściej są rozpoznawane w wieku dziecięcym. Dziecko, zwłaszcza na etapie żłobkowo-przedszkolnym zazwyczaj często choruje, nawet 10-12 razy w roku. I jeśli liczba infekcji zmniejsza się z upływem czasu, a ich przebieg łagodnieje, to nie ma powodu do zmartwienia. Kiedy jednak infekcje przebiegają w sposób nietypowy, ciężki, powikłany, wymagający hospitalizacji, a ponadto pojawiają się inne problemy zdrowotne, np. słabo reagująca na leczenie alergia, choroby autoimmunizacyjne(małopłytkowość, neutropenie), to takie dziecko zdecydowanie powinno trafić do immunologa z podejrzeniem niedoboru odporności – wyjaśnia dr hab. n. med. Sylwia Kołtan, prof. UMK, Konsultantka Krajowa w dziedzinie Immunologii Klinicznej, Katedra Pediatrii, Hematologii i Onkologii Collegium Medicum w Bydgoszczy, Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu. – Ale rodzic najpierw udaje się z dzieckiem do lekarza pierwszego kontaktu, pediatry, ale też do alergologa, pulmonologa. I to oni powinni zachować największą czujność. To oni powinni przeprowadzić wywiad z rodzicami, m.in. na temat dotychczas przebytych chorób, ciężkich zakażeń czy PNO w rodzinie, zlecić pierwsze badania laboratoryjne – morfologię krwi z rozmazem, proteinogram, badania poziomu gammaglobulin IgG, IgE, IgA.

Choć infekcje są bardzo częstą manifestacją PNO, to ich brak wcale nie stanowi dowodu, że zaburzeń odporności nie ma. Problemy alergiczne, gastroenterologiczne, autoimmunizacyjne, choroby nowotworowe, przewlekłe powiększenie wątroby, śledziony, węzłów chłonnych – to również powody skłaniające do zastanowienia, czy ich wspólnym mianownikiem nie jest właśnie niedobór odporności.

Niedoceniany wywiad rodzinny i nieumiejętna interpretacja badań laboratoryjnych

Dużo pracujemy nad świadomością lekarzy, aby wiedzieli, jak rozpoznawać pierwsze symptomy niedoborów odporności, jednak wciąż jest wiele braków – wyjaśnia prof. Kołtan. Należy zwrócić uwagę na niedocenianie wywiadu rodzinnego i nieumiejętne interpretowanie badań laboratoryjnych. A konsekwencje późnych diagnoz mogą być tragiczne.

Historie pacjentów z PNO:

  1. Czterej bracia kobiety zmarli w wieku od 3 do 10 lat, na skutek zakażenia o piorunującym przebiegu. Z powodu zakażenia zmarł także jej bratanek. Jej syn urodził się z ciąży prawidłowej, okres noworodkowy przebiegał bez istotnych zakłóceń. Jednak zaczęły się one później. Kiedy matka chłopca zapytała neonatologa, czy historia jej rodziny może wskazywać na jakieś zagrożenia dla jej syna, usłyszała: „Urodziła pani zdrowe dziecko i proszę nie wymyślać”. Taką samą odpowiedź kobieta otrzymała od pediatrów, którym w ciągu następnych trzech lat zadawała to pytanie. Kiedy objawy wskazujące na niedobory odporności u chłopca były już mocno rozwinięte, u matki wykonano badanie w kierunku genetycznie uwarunkowanych zaburzeń odporności. Okazało się, że jest ona nosicielką patogennej zmiany w genie SH2D1A, która prowadzi do zespołu limfoproliferacyjnego typu 1, sprzężonego z chromosomem X (XLP1, OMIM#308240).
  2. Chłopiec z ciąży III, bliźniaczej (bliźnięta różnojajowe), poród o czasie, ciężar urodzeniowy 2160g (brata – 3000g), morfologia po urodzeniu: limfopenia poniżej 1000. Wywiad rodzinny obciążony zgonem niemowlęcia u siostry babci, u matki dziecka obumarcie płodu w 40. hbd (ciąża II), bez ustalonej przyczyny. Od urodzenia słaby przyrost wagi. Brak reakcji lekarzy na limfopenię (i cały wywiad!).
  3. Chłopiec w wieku 2,5 miesiąca, podejrzenie zakażenia układu moczowego, przewlekła biegunka, skierowanie do szpitala, wykluczenie ZUM, nieprawidłowości hematologiczne: leukopenia z ciężką neutropenią. limfopenia (brak komentarza w dokumentacji medycznej), wysokie transaminazy. Wypis do domu z zaleceniem opieki w Poradni Hematologicznej i Chorób Wątroby. Później nadal obecne biegunka, gorączka, ciężka neutropenia i ciężka limfopenia, niedokrwistość i… „Brak wskazań do hospitalizacji w oddziale specjalistycznym, skierowanie do oddziału ogólno-pediatrycznego”. Kontrola morfologii: agranulocytoza, skrajnie niska liczba limfocytów i dopiero konsultacja immunologiczna – podejrzenie SCID (ang. severe combined immunodeficiency – ciężki złożony niedobór odporności).

Potrzebne badania przesiewowe

Sytuację w procesie diagnostyczno-terapeutycznym chorych z PNO z pewnością polepszyłoby wprowadzenie badań przesiewowych w kierunku niedoborów odporności i do tego powinniśmy dążyć – podkreśla dr hab. n. med. Monika Gos, prof. IMID, Kierownik Pracowni Genetyki Rozwoju Zakładu Genetyki Medycznej w Instytucie Matki i Dziecka w Warszawie. – Mamy jeden z lepiej działających programów badań przesiewowych noworodków, finansowany z Ministerstwa Zdrowia, a pierwotne niedobory odporności spełniają wszystkie kryteria. W krajach europejskich badania przesiewowe w kierunku PNO zostały wprowadzone przed badaniami w kierunku SMA*, u nas najpierw doczekaliśmy się takich badań w kierunku SMA. Teraz kolej na PNO. To też byłyby testy z kropli krwi, więc z jednej próbki moglibyśmy wykonać kilka badań w kierunku kilku jednostek chorobowych. Potrzebujemy tylko większego wsparcia ze strony immunologów klinicznych i dopracowania konkretów, m.in. kwestii weryfikacji ośrodków wykonujących badania i ujednolicenia norm. A może – wesprze nas sztuczna inteligencja? Choć u nas mogą być trudności z przekonaniem do niej lekarzy.

Skrócenie ścieżki diagnostycznej w PNO – możliwe, ale…

Aby tak się stało, niezbędne jest wprowadzenie określonych standardów – podkreślali uczestnicy XI Konferencji Polskiej Grupy Roboczej ds. Pierwotnych Niedoborów Odporności. To przede wszystkim uświadomienie (edukacja) lekarzy rodzinnych, pediatrów, jakie są sygnały ostrzegawcze PNO, tak u dzieci, jak u dorosłych – które przede wszystkim powinny wzbudzić czujność specjalistów. Prawidłowe odczytywanie tych sygnałów, trafna interpretacja wyników badań to podstawa. W diagnozowaniu tej choroby czas liczy się szczególnie. Chodzi o to, by pacjenci jak najszybciej zostali otoczeni właściwą opieką.

Eksperci zwracali także uwagę na brak dostępności lub utrudnioną dostępność do niektórych narzędzi diagnostycznych, na wciąż niezadowalającą współpracę lekarzy różnych specjalności, zajmujących się chorymi z PNO, na konieczność wprowadzenia nadzoru nad laboratoriami wykonującymi badania i ujednolicenie norm oraz na potrzebę wprowadzenia do koszyka świadczeń na poziomie POZ większej liczby badań diagnostycznych, jak również na zacieśnienie współpracy z organizacjami pacjenckimi, które pełnią istotną rolę w edukacji lekarzy, pacjentów i ich rodzin.

Jako Stowarzyszenie na rzecz osób z niedoborami odporności „Immunoprotect” włączamy się do każdej akcji, każdej kampanii społecznej, mającej na celu szerzenie świadomości na temat PNO – mówi Paweł Górniak, Prezes Zarządu  Stowarzyszenia. – Organizujemy warsztaty edukacyjne w szkołach, na terenie całego kraju, przygotowujemy materiały edukacyjne, a wśród nich min. ulotki, banery, infografiki, filmy. Nasze materiały trafiają również do gabinetów lekarzy POZ, do pediatrów. Chcemy bowiem w jak największym stopniu dotrzeć z wiedzą na temat pierwotnych niedoborów odporności do polskiego społeczeństwa, a zwłaszcza do rodziców małych dzieci. Optujemy również za tym, żeby jak najszybciej zostały wprowadzone w Polsce badania screeningowe noworodków pod kątem niedoborów odporności, bo to najlepsza metoda diagnostyczna.

 

XI Konferencja Polskiej Grupy Roboczej ds. Pierwotnych Niedoborów Odporności odbyła się 20 kwietnia 2024 roku w ramach obchodów Światowego Tygodnia Pierwotnych Niedoborów Odporności (22-29 kwietnia). Spotkanie zostało zorganizowane przez dr hab. n. med. Małgorzata Pac, prof. IP CZD, Kierownika Kliniki Immunologii, Instytutu „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka” w Warszawie, pod patronatem: Instytutu „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka” w Warszawie, European Reference Network for Immunodeficiency, Autoinflammatory, Autoimmune and Paediatric Rheumatic Diseases (ERN-RITA), Jeffrey Modell Centers Network, Jproject

źródło: Polska Grupa Robocza Pierwotnych Niedoborów Odporności

Grupa American Heart of Poland (Spółka wspierana przez Gruppo San Donato Italy i GKSD Srl) rozszerza swoją działalność, przejmując od Abris Capital Partners kontrolę nad Grupą Scanmed w Polsce, w skład której wchodzi ponad 30 placówek medycznych, w tym szpitale wielospecjalistyczne, oddziały kardiologiczne oraz sieć poradni podstawowej opieki zdrowotnej i ambulatoryjnej opieki specjalistycznej.


American Heart of Poland przejmuje Grupę Scanmed – AHP (część Gruppo San Donato Italy „GSD” i GKSD Srl), specjalizującą się w skoordynowanej diagnostyce, leczeniu i rehabilitacji chorób cywilizacyjnych, podwoi tym samym wielkość swojej działalności w sektorze publicznej opieki zdrowotnej.

Znacząco zwiększy także swój zasięg terytorialny, oferując po połączeniu opiekę medyczną 500 000 pacjentom rocznie. To kolejna transakcja związana z rozwojem American Heart of Poland w ramach publicznego systemu opieki zdrowotnej w Polsce, wspieranej przez wiodącą europejską grupę medyczną – Gruppo San Donato.

 
Po połączeniu obie grupy będą świadczyły usługi dla pacjentów w 7 szpitalach wielospecjalistycznych, 35 oddziałach szpitalnych, 5 ośrodkach rehabilitacyjnych (dysponując łącznie ponad 3 tysiącami łóżek szpitalnych),  oraz w 42 poradniach ambulatoryjnych, dwóch ośrodkach badawczo-rozwojowych oraz prowadziły szpital weterynaryjny AMVET w Krakowie.

 

Zbliżając się do 25-lecia swojej działalności American Heart of Poland sukcesywnie zwiększa liczbę placówek – od 2022 roku zarządza szpitalem w Drawsku Pomorskim, od ubiegłego roku zaczęła także zarządzać szpitalem wieloprofilowym w Sztumie. Przejęcie kontroli nad Grupą Scanmed to kolejny ważny etap realizacji strategii rozwoju American Heart of Poland, a GSD, która specjalizuje się we wszystkich aspektach zaawansowanej opieki medycznej, wypracowuje sobie tym samym wiodące zaplecze badawcze i edukacyjne na kontynencie.

 

Grupa Scanmed, której dotychczasowym właścicielem jest zarządzający funduszami private equity Abris Capital Partners, jest wiodącym operatorem medycznym pod względem zakresu świadczonych usług. Scanmed oferuje opiekę medyczną w blisko 40 lokalizacjach w Polsce. Działalność Scanmed obejmuje podstawową opiekę zdrowotną, ambulatoryjną opiekę specjalistyczną oraz leczenie szpitalne.

Scanmed to m.in. sieć ośrodków kardiologicznych, zlokalizowanych na terenie 8 województw, zapewniających kompleksową diagnostykę i leczenie szpitalne chorób układu krążenia w ramach kardiologii zachowawczej, interwencyjnej i elektrofizjologii. Scanmed prowadzi także trzy szpitale wielospecjalistyczne – Szpital św. Rafała w Krakowie, Szpital Rudolfa Weigla w Blachowni i Ars Medical w Pile.

Scanmed to także specjalistyczne szpitale jednoprofilowe: gastroenterologii, okulistyki i ortopedii. Uzupełnieniem działalności szpitalnej Grupy Scanmed są centra medyczne oferujące pacjentom dostęp do podstawowej opieki zdrowotnej, nowoczesnej diagnostyki i ambulatoryjnej opieki specjalistycznej.

 

American Heart of Poland w ramach publicznego systemu opieki zdrowotnej zapewnia pacjentom w ponad 20 ośrodkach medycznych kompleksową, wielospecjalistyczną opiekę medyczną, łączącą edukację zdrowotną, profilaktykę, diagnostykę, leczenie i rehabilitację w zakresie chorób cywilizacyjnych.

AHP zapewnia pacjentom  dostęp do wysokiej klasy procedur medycznych, w ramach kontraktu z Narodowym Funduszem Zdrowia. Podmioty należące do AHP realizują rocznie 73 000 hospitalizacji, związanych w szczególności z zabiegami wieńcowymi, zaburzeniami rytmu i przewodzenia oraz niewydolnością serca.

 

Gruppo San Donato to największa włoska prywatna grupa z branży opieki zdrowotnej i wiodąca europejska grupa z branży opieki zdrowotnej, specjalizująca się w opiece doraźnej, edukacji medycznej i badaniach. Prowadzi 136 placówek medycznych, wiodące na świecie szpitale z działalnością dydaktyczną i badawczą, Uniwersytet Vita Salute San Raffaele w Mediolanie z 22 programami magisterskimi i kształceniem na poziomie doktoranckim, a także badania medyczne plasujące się w pierwszej dziesiątce na świecie (według cytowań badań medycznych), Gruppo San Donato jest także pionierem terapii genowej i komórkowej na całym świecie. GSD leczy ponad 5,8 miliona pacjentów rocznie i zatrudnia ponad 28 000 pracowników.

 

GKSD zarządza zróżnicowanym portfelem spółek działających we Włoszech, które generują wartość dodaną dla swoich interesariuszy, wykorzystując swoje unikalne know-how. GKSD koncentruje się na wielu sektorach, w tym na rynku nieruchomości, inżynierii, energetyce, zakupach i doradztwie w zakresie opieki zdrowotnej.

 

Adam Szlachta, Prezes Zarządu American Heart of Poland i Dyrektor Finansowy, powiedział: „Bardzo dobrej jakości, powszechnie dostępne leczenie w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia to przyszłość publicznego systemu opieki zdrowotnej w Polsce, a rozwijająca się American Heart of Poland czuje się odpowiedzialnym partnerem tego systemu”.

 

Kamel Ghribi, Prezes GKSD Investment Holding, Wiceprezes Gruppo San Donato i Przewodniczący Rady Nadzorczej American Heart of Poland komentuje: „Jesteśmy przekonani, że przy wsparciu Grupy GKSD i GSD w rozwoju infrastruktury medycznej, szkoleniu kadr , promocji badań naukowych wspierających rozwój AHP, Polska stanie się liderem w dziedzinie innowacji medycznych w Europie Środkowo-Wschodniej. W ramach naszego programu inwestycyjnego AHP przewiduje nakłady przekraczające 1 miliard złotych, które poprawią jakość i dostępność usług medycznych w publicznym systemie opieki zdrowotnej w Polsce.”

 

Paolo Rotelli, Prezydent Uniwersytetu Vita-Salute San Raffaele i Wiceprezes Gruppo San Donato, powiedział: „Jesteśmy zachwyceni dalszym rozszerzaniem naszej działalności w Polsce, a także nie możemy się doczekać postępu w badaniach medycznych i programach edukacyjnych. Polska jest ważną gospodarką i GSD jest zachwycone dalszą ekspansją w kraju w celu poprawy jakości opieki za pośrednictwem American Heart of Poland”.

 

Masroor Haq, Dyrektor ds. Inwestycji Strategicznych w GKSD – Gruppo San Donato oraz Członek Rady Nadzorczej American Heart of Poland, skomentował: „Polska stanowi ważną część strategicznego planu rozwoju Grupy i jesteśmy bardzo podekscytowani dalszą ekspansją, która będzie przyczynić się do poprawy jakości opieki zdrowotnej obywateli Polski. Polska jest rosnącą gospodarką, która jest nie tylko interesująca z punktu widzenia inwestycji w opiekę zdrowotną, ale także bardzo interesującym rynkiem dla innych sektorów, na których koncentruje się GKSD, w tym technologii środowiskowych i zielonej energii, rozwoju infrastruktury, edukacji i sektora technologii.”

 

Paweł Gieryński, Partner Zarządzający w Abris Capital Partners, dodaje: „W ciągu ostatnich trzech lat wspieraliśmy budowanie wszechstronnego, regionalnego dostawcy wysokiej jakości usług medycznych w Polsce. Połączenie naszej wiedzy specjalistycznej w zakresie ESG oraz wiedzy o sektorze opieki zdrowotnej pozwoliło nam prowadzić proces zmiany w kierunku najlepszych w swojej klasie usług medycznych i doświadczenia dla pacjentów, a także skupić się na wdrożeniu najwyższych standardów ESG. Współpraca z doświadczonymi menadżerami i najwyższej klasy zespołem medycznym Scanmed była dla nas zaszczytem. Jesteśmy pewni, że będą mieli oni okazję wnieść ogromny wkład w dalszy rozwój American Heart of Poland, nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie.”

 
Transakcja przejęcia kontroli nad Scanmed wymaga zgody Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

źródło: American Heart of Poland S.A

Główną oś kampanii stanowi spot wizerunkowo-produktowy „Telefon mam ubezpieczony. A Was?”. Prowokuje on do refleksji nad hierarchią wartości. W materiale nastolatka zwraca się do swoich rodziców dającym do myślenia pytaniem – ukazuje im, że pamiętają o rzeczach materialnych, a zarazem zapominają o czymś ważniejszym, czyli własnym zdrowiu. To nie przypadek, że ubezpieczyciel zdecydował się oddać głos nastolatce. Z badań, które przeprowadziła marka, wynika, że blisko 90% rodziców z uwagą słucha swoich dzieci i potrafi być zaskoczonych ich wiedzą czy trafnością oceny. ​

1 na 20 dorosłych Polaków usłyszało diagnozę nowotworu. Chorych systematycznie przybywa, a według szacunków Narodowej Strategii Onkologicznej, między 2020 a 2025 rokiem zachorowania mogą wzrosnąć nawet o 15 proc. Dlatego Nationale-Nederlanden konsekwentnie kontynuuje działania, które mają skłonić Polaków do refleksji nad zabezpieczeniem finansowym na wypadek nowotworu. Z tego względu do 12 listopada w telewizji będą emitowane spoty reklamowe ubezpieczyciela, zaś działania contentowe oraz aktywność w mediach społecznościowych potrwają do 30 listopada. Całość poprzedza sonda „Co subskrybujesz co miesiąc?” zrealizowana wspólnie z redakcją Onet.

Nowotwory złośliwe są drugą najczęstszą przyczyną zgonów w Polsce i stają się ogromnym wyzwaniem społecznym. Dlatego Nationale-Nederlanden od wielu lat angażuje się w akcje prozdrowotne i edukacyjne, szerząc świadomość na temat czynników ryzyka i profilaktyki raka. Dodatkowo październik jest Miesiącem Świadomości Raka Piersi, a listopad – czasem, kiedy więcej mówi się o nowotworach prostaty i jąder. To więc nie przypadek, że właśnie w tym okresie ubezpieczyciel rozpoczyna kolejną kampanię, która ma skłaniać do podjęcia działań w zakresie bezpieczeństwa finansowego, i promuje produkt oferujący realne zabezpieczenie na wypadek zachorowania.

Zdrowie czy rozrywka – co jest ważniejsze?

Główną oś kampanii stanowi spot wizerunkowo-produktowy „Telefon mam ubezpieczony. A Was?”. Prowokuje on do refleksji nad hierarchią wartości. W materiale nastolatka zwraca się do swoich rodziców dającym do myślenia pytaniem – ukazuje im, że pamiętają o rzeczach materialnych, a zarazem zapominają o czymś ważniejszym, czyli własnym zdrowiu. To nie przypadek, że ubezpieczyciel zdecydował się oddać głos nastolatce. Z badań, które przeprowadziła marka, wynika, że blisko 90% rodziców z uwagą słucha swoich dzieci i potrafi być zaskoczonych ich wiedzą czy trafnością oceny. ​

Spotom produktowym w telewizji i digitalu towarzyszą działania contentowe oraz komunikacja w mediach społecznościowych, przez które marka zachęca do „subskrypcji” ubezpieczenia na wypadek nowotworu. ​

 

Poprzez naszą najnowszą kampanię po raz kolejny chcemy skłonić Polaków do tego, aby zadbali o profilaktykę finansową i odpowiednio się zabezpieczyli, również na wypadek chorób nowotworowych. Z badań przeprowadzonych na nasze zlecenie wynika, że tylko jedna trzecia Polaków ma wykupione indywidualne ubezpieczenie na życie. Zdecydowanie więcej osób natomiast ubezpiecza rzeczy materialne. Troszczymy się też o to, by mieć dostęp do produktów i usług, które dostarczą rozrywkę i materialne korzyści. Większość z nas ma np. wykupionych kilka subskrypcji na serwisy streamingowe, muzyczne, catering czy siłownię. Jednocześnie o zdrowiu i bezpieczeństwie finansowym często myśli dopiero w sytuacji, gdy coś się wydarzy.  

Marta Maszewska-Danielewicz, dyrektorka ds. komunikacji marketingowej i marki w Nationale-Nederlanden

Inwestycja w najważniejszą subskrypcję

W nawiązaniu do współczesnego trendu rosnącej popularności subskrypcji w różnych aspektach naszego życia, ubezpieczyciel wystartował ze specjalną sondą „Co subskrybujesz co miesiąc?”, chcąc sprawdzić, jakie usługi regularnie opłacają Polacy, ile ich to kosztuje i jakie korzyści przynosi. Nationale-Nederlanden chce w ten sposób zachęcić odbiorców do refleksji nad ich podejściem do subskrypcji i podkreślić, że o zabezpieczenie swojej sytuacji finansowej na wypadek problemów ze zdrowiem mogą zadbać w tak samo prosty sposób, jak o kolejny abonament. Znajduje to odzwierciedlenie w haśle towarzyszącym tegorocznej kampanii: „Zasubskrybuj pRAKtyczną pomoc”.
 

W percepcji Polaków szansa na zachorowanie wydaje się niewielka i w dodatku oddalona w czasie. Wydaje nam się, że ten problem nas nie dotyczy. Poprzez nasze działania po raz kolejny chcemy przypomnieć rodzicom, że o bezpieczeństwie finansowym warto pomyśleć wcześniej, a nie dopiero w momencie, gdy choroba stanie się faktem. To jest łatwiejsze niż może się wydawać i może kosztować niewiele więcej niż opłata za kolejną platformę streamingową. Wystarczy zasubskrybować pRAKtyczną pomoc, czyli zdecydowanie ważniejszą życiową subskrypcję, która zapewni wsparcie przy zachorowaniu na nowotwór.

Marta Maszewska-Danielewicz, dyrektorka ds. komunikacji marketingowej i marki w Nationale-Nederlanden

Działania promocyjne są prowadzone od 16 października w telewizji, Internecie i social mediach marki oraz w kanałach wybranych influencerów parentingowych. Kampania w telewizji, obejmująca spoty, potrwa do 12 listopada, zaś aktywności w digitalu będą kontynuowane do 30 listopada. 

Projekt został zrealizowany we współpracy z agencją Brasil. Za przygotowanie materiałów video odpowiada agencja filmowa Prime Time. Zakup mediów zrealizował dom mediowy Wavemker, a działania w mediach społecznościowych prowadzi Bluecloud Interactive. 

Linki do spotów: 

Nationale-Nederlanden działa w Polsce od 1994 roku. Firma jest jednym z liderów rynku, specjalizującym się w ubezpieczeniach na życie, oszczędnościach i emeryturach. W ofercie posiada produkty, które pomagają klientom dbać o to, co dla nich najważniejsze, czyli życie i zdrowie. Jako firma odpowiedzialna społecznie od lat angażuje się w inicjatywy, które rozwiązują problemy społeczne i poprawiają jakość życia Polaków.  

źródło: NN