Medicalpress
Rosnąca liczba rosyjskich ataków rakietowych i dronowych coraz mocniej uderza nie tylko w ludność cywilną, ale także w system ochrony zdrowia w Ukrainie. Niszczenie szpitali, przerwy w dostawach energii i ewakuacje placówek sprawiają, że w wielu regionach jedyną szansą na pomoc medyczną są mobilne kliniki. Polska Misja Medyczna alarmuje, że wsparcia wymagają zarówno pacjenci z terenów przyfrontowych, jak i szpitale opiekujące się noworodkami.
Nasilone rosyjskie ataki rakietowe i dronowe powodują coraz większą liczbę ofiar wśród ludności cywilnej oraz utrudniają dostęp do opieki medycznej w Ukrainie. Według danych ONZ maj był najtragiczniejszym miesiącem dla cywilów od początku 2022 roku. Polska Misja Medyczna podkreśla, że na terenach przyfrontowych pomoc można dziś zapewnić głównie dzięki mobilnym klinikom, a wsparcia wymagają także ukraińskie szpitale.

 Maj był najtragiczniejszym miesiącem od 2022 roku pod względem skali ataków na cywili, także ich śmiertelności i liczby osób, które zostały ranne. Podejrzewamy, że czerwiec tylko utrwali tę statystykę i okaże się, że presja na ludność cywilną była ogromna. To wszystko jest spowodowane oczywiście nasileniem ataków rakietowych i dronowych zarówno na główne ośrodki miejskie w Ukrainie, jak i na tereny przygraniczne – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Justyna Stępień, członkini zarządu Polskiej Misji Medycznej.

W ostatnich miesiącach Rosja nasila ataki rakietowe i dronowe na ukraińskie miasta, co przekłada się na coraz większą liczbę ofiar wśród ludności cywilnej. Biuro Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka podkreśla, że zmasowany atak z początku lipca był kolejnym z serii śmiercionośnych uderzeń, które powodują gwałtowny wzrost liczby zabitych i rannych. Według ONZ wzrost liczby ofiar wynika przede wszystkim z coraz częstszego wykorzystywania broni dalekiego zasięgu oraz rosnącej liczby ataków dronami krótkiego zasięgu wzdłuż linii frontu.

W maju zginęły co najmniej 274 osoby cywilne, a 1763 zostały ranne. Był to najwyższy miesięczny bilans ofiar od kwietnia 2022 roku oraz wzrost o 93 proc. w porównaniu z majem ubiegłego roku. Blisko połowa wszystkich ofiar była skutkiem ataków z użyciem broni dalekiego zasięgu, przede wszystkim rakiet i dronów, które uderzały głównie w duże miasta położone z dala od linii frontu. Łącznie od 1 grudnia 2025 roku do 31 maja 2026 roku w Ukrainie zginęło co najmniej 1270 cywilów, a 6850 zostało rannych. To o 40 proc. więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej.

Celem ataków coraz częściej stają się placówki ochrony zdrowia – w maju Światowa Organizacja Zdrowia zarejestrowała 50 ataków na placówki ochrony zdrowia, a od początku pełnoskalowej rosyjskiej agresji ich liczba przekroczyła już 3 tys. Ataki są wymierzone także w ratowników oraz osoby niosące pomoc cywilom.

– Lekarze, ośrodki medyczne i szpitale są stałym celem ataków. Ma to szczególne znaczenie w pasie przyfrontowym, co skutkuje albo decyzją o ewakuacji tych placówek, albo często ich trwałym zniszczeniem. W związku z tym dzisiaj dotarcie z pomocą medyczną do osób cywilnych, które zamieszkują tereny przyfrontowe, jest możliwe tylko poprzez kliniki mobilne, czyli zespoły, które dojeżdżają do pacjentów z podstawowym wyposażeniem – tłumaczy Justyna Stępień.

Mobilne kliniki prowadzone przez Polską Misję Medyczną działają przede wszystkim w obwodach sumskim i charkowskim. Organizacja zapewnia tam podstawową opiekę medyczną mieszkańcom terenów przyfrontowych, którzy często nie mają już dostępu do przychodni ani aptek w swoich miejscowościach. Kliniki PMM przeprowadzają nawet 1000 konsultacji lekarskich miesięcznie. Ponad połowę pacjentów stanowią osoby powyżej 65. roku życia.

– Także szpitale w Ukrainie potrzebują naszego wsparcia. W tej chwili pracujemy w 27 szpitalach, w oddziałach neonatologicznych, które wyposażamy. Naszym celem jest zapewnienie jak największej pomocy kobietom i lekarzom w przyjęciu porodów i opiece nad noworodkami. Jednocześnie widzimy potrzebę, żeby szkolić personel medyczny – wskazuje przedstawicielka Polskiej Misji Medycznej.

Organizacja wspiera oddziały neonatologiczne w różnych regionach Ukrainy, gdzie dostarcza sprzęt medyczny i prowadzi szkolenia dla personelu. Program jest współfinansowany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Problemy z dostępem do opieki zdrowotnej wynikają nie tylko z ataków na szpitale. ONZ wskazuje, że rosyjskie uderzenia w infrastrukturę energetyczną powodują wielogodzinne przerwy w dostawach prądu, utrudniając funkcjonowanie placówek medycznych, szkół i systemów wodociągowych.

– Mnóstwo osób w Ukrainie przemieściło się wewnętrznie, w związku z czym zwiększyło to presję na placówki funkcjonujące nawet w bezpieczniejszych miejscach, chociaż właściwie trudno o takie w Ukrainie. Placówki medyczne i szpitale zmagają się z dużą liczbą pacjentów, a jednocześnie z takimi problemami jak na przykład dostęp do prądu, co przekłada się na pomoc pacjentom. Generalnie jednak nie ma sytuacji, w której ludzie zostawaliby bez opieki. System, zarówno państwa, jak i organizacji humanitarnych, w jakimś stopniu umożliwia docieranie do wszystkich potrzebujących – zapewnia Justyna Stępień.

Źródło: Newseria

Według ostatnich opublikowanych danych Światowej Organizacji Zdrowia, w 2017 roku blisko 50 mln pacjentów na całym świecie zachorowało na sepsę z czego 11 mln ze skutkiem śmiertelnym. W Polsce nie ma ogólnokrajowego elektronicznego rejestru sepsy, ale eksperci szacują, że mowa o ok. 47–50 tys. przypadków rocznie. Wskaźnik śmiertelności jest jeszcze wyższy niż globalnie i sięga na oddziałach intensywnej terapii ok. 50 proc. Lekarze podkreślają, że sepsa jest trudna do zdiagnozowania zwłaszcza na początkowym etapie, a jej objawy postępują szybko.
 Sepsa to stan zagrożenia życia, który rozwija się w wyniku nieprawidłowej, nadmiernej reakcji organizmu na zakażenie i prowadzi do niewydolności narządów. Zakażenie, które wywołuje sepsę, może mieć różną etiologię: bakteryjną, wirusową, grzybiczą lub pasożytniczą. Szczególnie narażone na rozwój sepsy są osoby z obniżoną odpornością i z chorobami towarzyszącymi, zwłaszcza małe dzieci i osoby starsze – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria dr hab. n. med. Barbara Adamik, prof. Uniwersytetu Medycznego im. Piastów Śląskich we Wrocławiu (UMW), z Katedry i Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii na Wydziale Lekarskim UMW.

Jak wynika z raportu WHO „Global report on the epidemiology and burden of sepsis”, 20,3 mln przypadków sepsy wśród wszystkich zdiagnozowanych w 2017 roku na całym świecie dotyczyło dzieci poniżej piątego roku życia. Odnotowano wśród nich 2,9 mln zgonów (26,4 proc.) związanych z sepsą. W Polsce również szacuje się, że ok. 40 proc. przypadków dotyczy dzieci poniżej piątego roku życia.

– W Polsce umieralność jest bardzo wysoka – dotyczy ok. 50 proc. przypadków sepsy leczonej na intensywnej terapii, szczególnie jeśli dochodzi do rozwoju wstrząsu septycznego – wyjaśnia prof. Barbara Adamik.

Eksperci wskazują, że do wysokiej śmiertelności z powodu sepsy dochodzi z powodu mało swoistych objawów na początku jej rozwoju. Należą do nich: gorączka, dreszcze, szybki oddech i duszności, przyspieszone bicie serca, pocenie i złe ogólne samopoczucie. Dlatego często bywają mylone z innymi chorobami.

– Takie czynniki jak różnorodność etiologiczna, niespecyficzne kliniczne objawy początkowe, brak swoistych dla sepsy markerów laboratoryjnych oraz trudności w jednoznacznym potwierdzeniu zakażenia sprawiają, że wczesne rozpoznanie sepsy jest dużym wyzwaniem dla klinicysty – podkreśla prof. UMW.

Jak dodaje, opóźnienie w rozpoznaniu istotnie pogarsza rokowanie, ponieważ objawy sepsy postępują bardzo szybko, a każda godzina zwłoki w leczeniu zwiększa ryzyko rozwoju powikłań, wiąże się z przedłużoną hospitalizacją i wyższą śmiertelnością.

– W miarę postępu choroby pojawiają się objawy ciężkiego stanu zapalnego i niewydolności narządów. Najczęściej objawy dotyczą niewydolności układu oddechowego, układu krążenia oraz ośrodkowego układu nerwowego. Może również dojść do niewydolności nerek i wątroby, a także do zaburzeń krzepnięcia. Pacjent z sepsą najczęściej wymaga leczenia na oddziale intensywnej terapii – tłumaczy prof. Barbara Adamik.

Diagnostyka sepsy obecnie bazuje głównie na analizie objawów klinicznych. Podczas wstępnej oceny lekarz powinien m.in. sprawdzić temperaturę, częstość akcji serca i oddechów, przeprowadzić pomiar ciśnienia tętniczego, ocenić stan świadomości i wysycenie krwi tlenem. Do tego dochodzi również zwrócenie uwagi na zmiany i urazy skórne, a także informacje dotyczące tego, jak często pacjent oddawał mocz w ciągu ostatniej doby. Uzupełnieniem obrazu klinicznego są badania laboratoryjne, mikrobiologiczne, a także diagnostyka obrazowa.

 Warto podkreślić, że nie istnieje pojedynczy, wysoce czuły i swoisty marker umożliwiający jednoznaczne potwierdzenie rozpoznania sepsy, dlatego interpretacja wyników badań zawsze odbywa się w odniesieniu do obrazu klinicznego pacjenta. W diagnostyce laboratoryjnej przy podejrzeniu sepsy najczęściej analizuje się wskaźniki ogólnoustrojowej odpowiedzi zapalnej, takie jak stężenie białka C-reaktywnego, prokalcytoniny, liczba leukocytów, stężenie interleukiny 6. Mierzy się także parametry odzwierciedlające funkcję poszczególnych narządów – wyjaśnia prof. Barbara Adamik.

We wczesnej diagnostyce sepsy kluczowe znaczenie ma szybkie rozpoznanie czynnika etiologicznego i natychmiastowe wdrożenie odpowiedniego leczenia przeciwdrobnoustrojowego, najlepiej jeszcze przed rozpoczęciem antybiotykoterapii. Współcześnie stosuje się zarówno klasyczne metody mikrobiologiczne i immunochemiczne, jak i techniki molekularne, w tym testowanie syndromiczne, które pozwala jednocześnie wykryć wiele potencjalnych patogenów.

 Rośnie zainteresowanie metodami uczenia maszynowego, zwłaszcza modelami pozwalającymi na rozpoznanie sepsy na wczesnym etapie. Te algorytmy są wykorzystywane m.in. do tworzenia tzw. skali wczesnego ostrzegania, które stanowią modele predykcji klinicznej, oparte na monitorowaniu podstawowych parametrów życiowych pacjenta w szpitalnym oddziale ratunkowym lub podczas hospitalizacji – mówi lekarka z Katedry i Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii na Wydziale Lekarskim na UMW.

Stosowanie skali wczesnego ostrzegania znajduje się w międzynarodowych wytycznych Surviving Sepsis Campaign (SSC) – inicjatywy Towarzystwa Medycyny Intensywnej Terapii i Europejskiego Towarzystwa Medycyny Intensywnej Terapii, która dąży do zmniejszenia śmiertelności i zachorowalności na sepsę na całym świecie. Zgodnie z nimi wspomniane skale są zalecane do oceny wstępnego ryzyka. Dzięki nim lekarze mogą monitorować stan pacjentów i rozpoznawać zagrożenie jego pogorszenia. Mowa zarówno o konieczności przeniesienia chorego na oddział intensywnej terapii, jak i ryzyku zgonu.

Metody uczenia maszynowego (ML) potrafią m.in. przewidzieć rozwój sepsy na kilka godzin przed jej rozpoznaniem w warunkach klinicznych. Jak pokazują badania, modele ML, zwłaszcza sieci neuronowe i drzewa decyzyjne, przewyższają tradycyjne skale ryzyka sepsy pod względem efektywności.

 Gdy stan pacjenta zaczyna się pogarszać, skale te generują ostrzeżenia o podejrzeniu sepsy, co pozwala na szybsze podjęcie odpowiedniej interwencji medycznej. Obecnie tego typu systemy coraz częściej są integrowane z elektroniczną dokumentacją medyczną, co umożliwia ciągłe monitorowanie pacjenta i wspomaga podejmowanie decyzji terapeutycznych – podkreśla prof. Barbara Adamik.

Zgodnie z aktualnymi wytycznymi Surviving Sepsis Campaign w systemie opieki zdrowotnej powinno się wdrażać programy poprawy jakości opieki nad pacjentami z sepsą. Zaleca się, aby obejmowały m.in. badania przesiewowe zarówno u pacjentów w ostrym stanie klinicznym, jak i osób z wysokim ryzykiem jej rozwoju.

 Proponowane są takie rozwiązania jak badania przesiewowe. Są to specjalne skale, które pozwalają przewidzieć ryzyko pogorszenia się stanu pacjenta. Na podstawie bardzo podstawowych objawów klinicznych pozwalają określić, czy to ryzyko jest niskie, średnie, czy wysokie. Skale przesiewowe są stosowane od lat w wielu szpitalach w Unii Europejskiej i przynoszą dość dobre efekty. Spodziewamy się, że w Polsce również będą wkrótce wdrożone, bo jest to bardzo dobry sposób, żeby jak najszybciej rozpoznać sepsę na wczesnym etapie na oddziale szpitalnym – uważa ekspertka.

W najnowszym raporcie oceniającym stan opieki nad pacjentami z sepsą w szpitalach europejskich „Status of Sepsis Care in European Hospitals: Results from an International Cross-Sectional Survey” wzięto pod lupę 1023 placówki w 69 krajach, z czego 81,6 proc. znajdowało się w Europie. Badania przesiewowe w kierunku sepsy stosowano w 54,2 proc. oddziałów ratunkowych (SOR), 47,9 proc. oddziałów i 61,7 proc. oddziałów intensywnej terapii. Jednocześnie analiza wykazała, że w wielu szpitalach jest jeszcze duże pole do poprawy w kwestii m.in. wczesnego wykrywania i standaryzowanego leczenia sepsy, dostępności wytycznych czy też dedykowanej infrastruktury diagnostycznej i terapeutycznej.

– W Polsce nierozwiązany pozostaje problem z dostępnością do informacji na temat tego, ile mamy przypadków sepsy i zgonów z tego powodu. Społeczeństwo powinno być dobrze poinformowane o tym zagadnieniu. Jedynym rozwiązaniem jest wprowadzenie elektronicznego ogólnopolskiego rejestru sepsy – podkreśla prof. Barbara Adamik.

Źródło: Newseria

Wrodzona zakrzepowa plamica małopłytkowa to ultrarzadka, ale wyjątkowo groźna choroba krwi. W Polsce żyje z nią zaledwie kilkadziesiąt osób, a każdy jej rzut może prowadzić do udaru, krwotoku czy niewydolności nerek. Często nierozpoznawana na czas, wymaga specjalistycznej diagnostyki i szybkiego wdrożenia leczenia. Pacjenci przez lata byli skazani na uciążliwe i krótkotrwałe terapie osoczem, ale dziś pojawia się nadzieja – nowoczesny enzymatyczny lek w formie zastrzyku, który może diametralnie zmienić ich życie. 17 września, w Światowy Dzień TTP, eksperci i pacjenci przypominają, że diagnoza ratuje życie, a szybkie rozpoznanie to jedyna szansa na powstrzymanie choroby.
Życie 32-letniej Adrianny Mleczko z Warszawy dzieli się na dwie niemal równe części. Pierwszych objawów nie może pamiętać, miała zaledwie kilka miesięcy. Ale i z reszty dzieciństwa zachowała tylko strzępy wspomnień.

Pamiętam, że ciągle jeździłam do szpitala. Tych hospitalizacji było tak dużo, że nie jestem w stanie wyliczyć, bo choroba była ze mną od zawsze. Utkwiły mi w pamięci sytuacje, kiedy mój stan drastycznie się pogarszał. Nagle pojawiały się siniaki, wybroczyny, miałam trudności z mówieniem. Przypominam sobie mamę, jak szybko pakuje mi torbę do szpitala, bo jest mało czasu, żeby ratować moje życie, a ja leżę w jadącym samochodzie. A potem te całe długie dnie, tygodnie w szpitalu, najdłużej byłam na oddziale aż cztery miesiące. Całe dzieciństwo w ogóle słabo i jak przez mgłę pamiętam, bo przez leki i słaby stan zdrowia ta głowa jednak jest słabsza – opowiada Adrianna. Do 14 roku Adrianna nie usłyszała żadnej konkretnej diagnozy, były tylko przypuszczenia. W szpitalu wykonywano jej transfuzje krwi i podawano sterydy.

Wrodzona zakrzepowa plamica małopłytkowa ‒ choroba ultrarzadka

Kiedy lekarze postawili na atypowy zespół hemolityczno-mocznicowy, pierwszy raz podano jej osocze. Ale pech chciał, że na osocze miała alergię. Skutek? Obrzęki, wstrząs anafilaktyczny, ciało pokryte pokrzywką. Żeby przygotować organizm do uczulającego Adę osocza, lekarze stosowali tzw. premedykację, co oznacza, że dalej przyjmowała sterydy.

Dziewczyna za każdym razem bardzo długo dochodziła do siebie, jednak leczenie osoczem jakoś działało, wyniki krwi ‒ na krótko ‒ ale się poprawiały.

– Miałam już 16 lat, gdy w końcu jeden z lekarzy zainteresował się mną, zaczął zgłębiać temat. Zastanawiał się, czy to rzeczywiście nerki są podłożem choroby. Wysłał moją krew na dokładne badanie i dopiero ono potwierdziło, że przyczyną choroby jest brak enzymu ADAMTS13. Diagnoza brzmiała: cTTP, czyli wrodzona zakrzepowa plamica małopłytkowa. Mimo to leczenie na wiele lat wcale się nie zmieniło – wspomina 32-latka.

Chorobę odkryto 101 lat temu

Pierwszy przypadek choroby został opisany przez amerykańskiego lekarza patologa, Eliego Moschcowitza, którego w 1924 roku zaintrygowała śmierć 16-letniej pacjentki. Młoda kobieta cierpiała na paraliż, śpiączkę, a jej blade ciało pokrywały liczne wybroczyny i siniaki. Po sekcji zwłok stwierdził, że naczynia krwionośne kobiety były wypełnione płytkami krwi. Choć przyczyn choroby w tamtych czasach lekarz upatrywał w działaniu toksyn i zakrzepową plamicę małopłytkową czasem nazywa się „chorobą Moschcowitza” lub „zespołem Moschcowitza”, to dziś wiadomo, że wrodzona zakrzepowa plamica małopłytkowa to genetyczna i jedna z najrzadszych chorób układu krwiotwórczego. I że przez niski poziom enzymu o nazwie ADAMTS13 dochodzi do tworzenia się zakrzepów w naczyniach krwionośnych. A to jest dla życia i zdrowia niezwykle groźne, gdyż krew w takiej sytuacji ma utrudnioną drogę dopływu do licznych narządów.

Lekarze nie zawsze potrafią ją rozpoznać

Dla wrodzonej zakrzepowej plamicy małopłytkowej typowe jest to, że gdy tego jednego enzymu brakuje, to duże cząsteczki białka „sklejają” płytki krwi. W ten sposób w naczyniach włosowatych i tętniczkach mózgu, serca i nerek tworzą się mikrozakrzepy. Grozi to niedokrwieniem tkanek i narządów. Jeśli pacjent nie jest leczony, każdy rzut choroby może zakończyć się zgonem z powodu udaru, krwotoku, niewydolności nerek – tłumaczy dr Joanna Zdziarska, hematolog z Oddziału Klinicznego Hematologii i Chorób Wewnętrznych Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie.

cTTP jest chorobą ultrarzadką. Rocznie odnotowuje się ok. 4–11 przypadków na milion.

– W Polsce nie jest to duża grupa, w tej chwili w opiece mamy kilkudziesięciu pacjentów. Można też przypuszczać, że wiele osób nie ma prawidłowej diagnozy – podkreśla dr Zdziarska. Wrodzoną zakrzepową plamicę małopłytkową dziedziczy się w sposób recesywny: wadliwy gen dostaje się zarówno od matki, jak i od ojca. Zazwyczaj zostaje rozpoznana późno. Ujawnia się najczęściej na skutek infekcji a u kobiet natomiast może ją aktywować ciąża.

Ze względu na to, że jest to choroba niezwykle rzadka, to neurolodzy, nefrolodzy, lekarze medycyny ratunkowej czyli medycy, którzy jako pierwsi mają do czynienia z pacjentami z cTTP nie zawsze potrafią ją rozpoznać.

Pacjenci z cTTP błądzą, trafiają do wielu różnych specjalistów

Skojarzyć objawy wrodzonej zakrzepowej plamicy małopłytkowej nie jest prosto. Zmiany w morfologii nie są widoczne od razu, dlatego pacjent zamiast do hematologa, najpierw trafia do wielu innych specjalistów. Po drugie cTTP to choroba, która wymaga odpowiedniej diagnostyki, a badania nie są dostępne wszędzie, w Polsce jest zaledwie kilka punktów, gdzie są wykonywane: w Warszawie, Poznaniu, Krakowie, Gdańsku i Lublinie – wymienia dr Zdziarska.

Standardowe leczenie cTTP polega na uzupełnianiu brakującego enzymu ADAMTS13 poprzez przetaczanie osocza, które ten enzym zawiera.

Bywa jednak, że ‒ tak jak Adrianna ‒ niektórzy pacjenci mają alergię na osocze, a u tych, którym wykonuje się te dożylne wlewy, może dochodzić do zakażeń.

Wlewy to leczenie o stosunkowo krótkim działaniu. Wiążą się z pobytem w szpitalu, dokąd trzeba się zgłosić raz na dwa tygodnie, na mniej więcej trzydniowy pobyt. Wszystko po to, żeby podać preparat i niestety jeszcze czasem leczyć skutki uboczne, między innymi w postaci nudności. A rzuty choroby może wystąpić nagle, niespodziewanie. Pacjent może trafić do szpitala w stanie zagrożenia życia – analizuje dr. Zdziarska i dodaje, że w dodatku choroba jest nieprzewidywalna.

Może być tak, że rzut pojawi się raz, rzuty mogą być też regularne. U niektórych pacjentów aż tak często, że wymagają profilaktyki, regularnego leczenia po to, żeby tych rzutów uniknąć. Nie da się tego przewidzieć – zaznacza lekarka.

Przełom w leczeniu: w formie zastrzyku i niekoniecznie w szpitalu

Adrianna przez swoją chorobę i ciągłe pobyty w szpitalu miała braki w nauce, koniecznością stało się nauczanie indywidualne.

No i nie doświadczyłam typowego, beztroskiego dzieciństwa, jakie mają inne dzieci. Wszystko zawsze było podszyte tą chorobą i cokolwiek robiłam, to myślałam chorobie. Musiałam być bardzo uważna. Widziałam, że jestem dużo bardziej dojrzała niż inne dzieci. One nie zawsze rozumiały, że ja bardzo doceniałam życie i zdrowie. Że podchodziłam do wielu spraw filozoficznie, a inne dzieci po prostu goniły za zabawą. Sytuacja zmieniła się diametralnie razem ze zmianą leczenia. W tym momencie na pewno jestem w stanie normalnie się spełniać i zawodowo, i prywatnie – uśmiecha się kobieta, która ostatecznie skończyła studia pedagogiczne i pracuje z małymi dziećmi jako nauczycielka. Bo od 28 roku życia do dziś Adrianna przyjmuje nowy lek, rekombinowany enzym ADAMTS13.

 To jest właśnie ta substancja, której brakuje pacjentom. Enzym wskakuje w brakujące miejsce jak puzzel. Jest przyjmowana przez chorych w formie zastrzyku, nawet samodzielnie i niekoniecznie w szpitalu – mówi Katarzyna Lisowska, prezeska fundacji Per Humanus, administratorka facebookowej grupy „Zakrzepowa plamica małopłytkowa choroba nasza i naszych bliskich”. – Preparat nie jest jeszcze refundowany w Polsce, pacjenci do tej pory korzystali z darowizny producenta leku. Obecnie jest w trakcie procesu refundacyjnego, czekamy na decyzję Ministerstwa Zdrowia – dodaje.

Pacjenci mogą normalnie żyć

Dla pacjentów dotkniętych tą chorobą nowy sposób leczenia jest szansą na zmianę jakości i komfortu życia.

 – To przecież młodzi ludzie. Chcą normalnie żyć, funkcjonować, uczyć się, pracować, mieć dzieci. I to się udaje! Wcześniej byli stałymi bywalcami szpitali, a dzięki nowoczesnej terapii ich życie zmieniło się na o niebo lepsze – zauważa Katarzyna Lisowska, która aktywnie udziela się także w Stowarzyszeniu Hematoonkologiczni oraz od 16 lat wspiera swojego męża i innych pacjentów z chorobami krwi.

Adrianna do teraz zmaga się ze skutkami choroby, bo wrodzona zakrzepowa plamica małopłytkowa zostawiła w jej organizmie trwałe ślady.

Ponieważ nie byłam prawidłowo leczona od urodzenia, to moje nerki działają dużo słabiej. Organizm szybko się męczy, więc potrzebuję dużo więcej czasu na regenerację niż osoby zdrowe. Czasem w rozmowach widzę, że mój mózg potrzebuje chwili, żeby przemyśleć coś, co chcę powiedzieć. Ale mam nadzieję, że nikt więcej w Polsce już nie umrze na cTTP, tak jak moja siostra, która w wieku 9 lat, gdy ja byłam jeszcze maleńka, odeszła. Nie została w porę zdiagnozowana i nie doczekała skutecznego leku – kończy ze smutkiem Adrianna.

Diagnoza ratuje życie

Co roku 17 września na całym świecie obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Zakrzepowej Plamicy Małopłytkowej (Światowy Dzień TTP). Jest po to, aby uświadomić, czym ta choroba jest i aby zwrócić uwagę na potrzeby pacjentów borykających się z niedoborem enzymu ADAMTS13. Międzynarodowy Dzień Zakrzepowej Plamicy Małopłytkowej służy szerzeniu wiedzy o jej objawach nie tylko w społeczeństwie, ale także wśród środowiska medycznego, bo to podejrzenia ratowników medycznych, lekarzy dyżurujących na SOR-ach i w podstawowej opiece zdrowotnej, dzięki odpowiedniemu rozpoznaniu i wdrożeniu leczenia, mogą uratować życie pacjenta.

Źródło: Komunikat Prasowy

Wakacje to dla wielu dzieci czas swobody, zabawy i beztroski. Niestety, z punktu widzenia lekarzy oznacza to również sezon wypadków i urazów. W Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym we Wrocławiu liczba dzieci trafiających na oddział chirurgii urazowo-ortopedycznej rośnie w tym okresie nawet trzykrotnie. Powód? Zabawy bez zabezpieczeń, jazda bez kasku, skoki do nieznanej wody – czyli szybka zabawa, która może skończyć się długotrwałą rehabilitacją, a czasem nawet trwałym kalectwem.
„Najczęściej są to pacjenci z urazami kończyn górnych i dolnych, które powstają wskutek upadków z roweru, hulajnogi, deskorolki czy podczas zabawy na trampolinie” – mówi dr hab. Wiktor Urbański, neurochirurg i kierownik Oddziału Klinicznego Chirurgii Urazowo-Ortopedycznej Dziecięcej USK. „Letnie miesiące sprzyjają aktywności, ale niestety nie zawsze idzie za tym zachowanie zasad bezpieczeństwa, zwłaszcza u dzieci i nastolatków”.

Statystyki mówią same za siebie – w całym 2024 roku pod opiekę ortopedów USK we Wrocławiu trafiło 691 dzieci. Tymczasem tylko do trzeciej dekady czerwca 2025 roku leczono już 398 dzieci z urazami. Większość to niegroźne złamania, skręcenia czy stłuczenia, ale wraz z wiekiem pacjentów rośnie także skala obrażeń. U nastolatków i młodych dorosłych coraz częściej mamy do czynienia z poważnymi urazami głowy, kręgosłupa, czy wielonarządowymi obrażeniami.

„Wypadki przy wysokiej prędkości na hulajnodze, motocyklu czy rowerze, szczególnie w połączeniu z brakiem kasku, mogą skutkować urazami głowy, złamaniami kręgosłupa, a nawet trwałym kalectwem” – ostrzega dr Krzysztof Kołtowski, ortopeda i traumatolog dziecięcy z USK. Jak zaznacza, ofiarami są często nie tylko kierujący, ale też przypadkowi przechodnie, którzy nagle znajdą się na drodze rozpędzonego pojazdu.

Do jednych z najniebezpieczniejszych wakacyjnych aktywności należą skoki do wody. Szczególnie niebezpieczne są te wykonywane „na główkę”, w nieznanym miejscu lub do płytkiej wody. Dr Goutham Chourasia, zastępca kierownika Szpitalnego Oddziału Ratunkowego USK, przypomina: „W najgorszym przypadku może dojść do uszkodzenia rdzenia kręgowego i czterokończynowego porażenia. Liczne kampanie społeczne przynoszą efekty, bo jeszcze kilka lat temu w wakacje tak zwany skoczek trafiał się co najmniej raz w tygodniu, teraz to jest raczej jeden taki przypadek na miesiąc, ale i tak. To dalej o jeden przypadek za dużo”.

Wrocławski szpital dysponuje jedynym na Dolnym Śląsku Centrum Leczenia Urazów Wielonarządowych i Mnogich dla dzieci. Trafiają tu najmłodsi pacjenci z najcięższymi obrażeniami, którzy następnie przekazywani są pod opiekę odpowiednich specjalistów. To miejsce, w którym medycyna ratunkowa działa na najwyższym poziomie – także latem.

Zespół lekarzy zwraca również uwagę na inne niepokojące zjawisko: wzrost liczby wypadków związanych z zażyciem alkoholu lub substancji psychoaktywnych. Niestety, część przypadków dotyczy prób samobójczych wśród młodzieży. Dlatego, jak podkreślają specjaliści, wakacje to także czas, w którym warto rozmawiać – z dziećmi, z rodzeństwem, z przyjaciółmi. Jedna szczera rozmowa może okazać się kluczowa.

Choć w wakacje liczba nagłych przyjęć wzrasta, Oddział Chirurgii Urazowo-Ortopedycznej Dziecięcej USK nie przerywa zaplanowanych hospitalizacji. Część rodzin – świadomie lub intuicyjnie – wykorzystuje letnią przerwę na przeprowadzenie mniej skomplikowanych zabiegów, aby dzieci zdążyły dojść do siebie przed wrześniem. Lekarze przyznają, że przy prostych procedurach taka strategia może być sensowna, ale przestrzegają przed planowaniem dużych zabiegów chirurgicznych w okresie największych upałów – wysoka temperatura i trudniejsze warunki domowe mogą utrudnić gojenie ran.

„W przededniu wakacji apelujemy do rodziców i opiekunów o większą czujność, a do młodzieży o rozwagę. Wakacje to czas odpoczynku i nie powinien kończyć się na szpitalnym oddziale” – podsumowuje dr hab. Wiktor Urbański.

Pozostaje mieć nadzieję, że te słowa dotrą nie tylko do rodziców, ale przede wszystkim do młodych ludzi – bo choć dzieciństwo rządzi się swoimi prawami, to zdrowie i bezpieczeństwo muszą być priorytetem, niezależnie od pogody.

Źródło: USK we Wrocławiu